Bez ciebie nie ma lata - Jenny Han

-
Proszę czekać

roz­dział czwar­ty

Je­re­mi

Widok płaczącego taty po­tra­fi na­prawdę na­mie­szać ci w głowie. Może nie na wszyst­kich by to zro­biło ta­kie samo wrażenie, może niektórzy mają ojców, którym zda­rza się płakać i którzy oka­zują swo­je emo­cje. Mój tata nie był ty­pem emo­cjo­nal­nym i nig­dy nie po­zwa­lał nam płakać, ale w szpi­ta­lu, a po­tem w domu po­grze­bo­wym płakał jak za­gu­bio­ne dziec­ko.

Mama umarła wcześnie rano - to stało się tak szyb­ko, że po­trze­bo­wałem chwi­li, żeby zro­zu­mieć, że to się wy­da­rzyło na­prawdę. To nie od razu do­cie­ra do człowie­ka.

Wie­czo­rem - pierw­sze­go wie­czo­ru bez niej - w domu zo­sta­liśmy tyl­ko ja i Con­rad. Byliśmy sami po raz pierw­szy od wie­lu dni.

W domu pa­no­wała ci­sza. Tata ra­zem z Lau­rel byli w domu po­grze­bo­wym, a krew­ni za­trzy­ma­li się w ho­te­lu. Zo­sta­liśmy tyl­ko ja i Con. Przez cały dzień lu­dzie wcho­dzi­li i wy­cho­dzi­li, ale te­raz byliśmy sami.

Sie­dzie­liśmy przy sto­le w kuch­ni. Lu­dzie przy­syłali nam różne rze­czy: ko­sze z owo­ca­mi, ta­le­rze ka­na­pek, cia­sto ka­wo­we i wielką puszkę maśla­nych her­bat­ników z Co­st­co.

Ukroiłem kawałek cia­sta ka­wo­we­go i we­pchnąłem je so­bie do ust. Było su­che. Ukroiłem i zjadłem jesz­cze kawałek.

- Chcesz trochę? - za­py­tałem Con­ra­da.

- Nie bar­dzo - od­parł.

Pił mle­ko, a ja zacząłem się za­sta­na­wiać, czy jest jesz­cze do­bre. Nie mogłem so­bie przy­po­mnieć, kie­dy ostat­nio ktoś robił za­ku­py.

- Ja­kie są pla­ny na ju­tro? - za­py­tałem. - Czy wszy­scy tu się zwalą?

Con­rad wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Pew­nie tak - po­wie­dział.

Miał wąsy z mle­ka.

Nie roz­ma­wia­liśmy więcej.

Con­rad po­szedł do sie­bie na górę, a ja po­sprzątałem kuch­nię. Kie­dy po­czułem się zmęczo­ny, także po­szedłem na górę. Za­sta­na­wiałem się, czy wejść do Con­rada, po­nie­waż na­wet jeśli nie roz­ma­wia­liśmy ze sobą, kie­dy byliśmy ra­zem, czułem się le­piej, mniej sa­mot­ny.

Stałem na ko­ry­ta­rzu i przez mo­ment za­mie­rzałem za­pu­kać, ale wte­dy usłyszałem, że płacze, sta­rając się stłumić szloch. Nie wszedłem do jego po­ko­ju, zo­sta­wiłem go sa­me­go, po­nie­waż wie­działem, że on tak by wolał.

Wróciłem do swo­jej sy­pial­ni, położyłem się do łóżka i też się rozpłakałem.

roz­dział trze­ci

Wyszłam wcześniej od Mar­cy. Po­wie­działam Tay­lor, że chcę od­począć przed wie­czorną im­prezą u Bra­da, co było po części prawdą. Rze­czy­wiście chciałam od­począć, cho­ciaż nie z po­wo­du im­prezy. Kie­dy tyl­ko wróciłam do domu, założyłam roz­ciągnięty T-shirt z Co­usins, nalałam do bu­tel­ki zim­ny sok wi­no­gro­no­wy i gapiłam się w te­le­wi­zor, aż roz­bo­lała mnie głowa.

Ota­czała mnie cu­dow­na, kojąca ci­sza, w której słychać było tyl­ko te­le­wi­zor i szum włączającej się i wyłączającej kli­ma­ty­za­cji. Miałam cały dom dla sie­bie, po­nie­waż Ste­ven zna­lazł so­bie na lato pracę w Best Buy - oszczędzał na pięćdzie­sięcio­ca­lo­wy te­le­wi­zor LCD, który za­mie­rzał je­sie­nią za­brać ze sobą do col­le­ge'u. Mat­ka była w domu, ale całe dnie spędzała za­mknięta w ga­bi­ne­cie. Twier­dziła, że musi nad­go­nić swoją pracę.

Ro­zu­miałam ją, bo na jej miej­scu też chciałabym być sama.

Tay­lor przyszła około szóstej, uzbro­jo­na w ciem­noróżowy ku­fe­rek do ma­ki­jażu z logo Vic­to­ria's Se­cret. Weszła do sa­lo­nu i zmarsz­czyła brwi, widząc mnie leżącą na ka­na­pie i ubraną w T-shirt z Co­usins.

- Nie brałaś jesz­cze prysz­ni­ca, Bel­ly?

- Brałam prysz­nic rano - od­parłam, nie wstając.

- Tak, a po­tem leżałaś cały dzień na słońcu. - Tay­lor złapała mnie za ramię, więc po­zwo­liłam, żeby mnie po­sa­dziła. - Wsta­waj i idź pod prysz­nic.

Poszłam za nią na górę i weszłam do łazien­ki, pod­czas gdy Tay­lor zniknęła w mo­jej sy­pial­ni. Wzięłam chy­ba naj­szyb­szy prysz­nic w życiu - zo­sta­wio­na sama so­bie moja przy­ja­ciółka była nie­praw­do­po­dob­nie wścib­ska i miałam pew­ność, że grze­bie w mo­ich rze­czach, jak­by należały do niej.

Kie­dy wyszłam, Tay­lor sie­działa na podłodze przed lu­strem, szyb­ki­mi ru­cha­mi nakładając na po­licz­ki pu­der brązujący.

- Chcesz, żebym cię uma­lo­wała?

- Nie trze­ba - od­parłam. - Czy możesz za­mknąć oczy, bo chciałabym się ubrać?

Przewróciła ocza­mi, za­nim je za­mknęła.

- Bel­ly, prze­sa­dzasz z tą wsty­dli­wością.

- Mnie to nie prze­szka­dza - po­wie­działam, zakładając majt­ki i sta­nik. Zno­wu włożyłam T-shirt z Co­usins. - Do­bra, możesz już pa­trzeć.

Tay­lor otwo­rzyła sze­ro­ko oczy i nałożyła ma­scarę.

- Mogę ci po­ma­lo­wać pa­znok­cie - za­pro­po­no­wała. - Mam trzy nowe ko­lo­ry.

- Nie ma sen­su. - Pod­niosłam ręce i po­ka­załam jej, że mam pa­znok­cie ogry­zio­ne do mięsa.

Tay­lor skrzy­wiła się.

- No do­bra, to w czym za­mie­rzasz iść?

- W tym - od­parłam, ukry­wając uśmiech i wska­zując na swój T-shirt.

Miałam go na so­bie tyle razy, że wokół szyi zro­biły się ma­lut­kie dziur­ki, a ma­te­riał stał się miękki jak chu­s­tecz­ka. Na­prawdę chciałabym móc założyć go na im­prezę.

- Bar­dzo śmiesz­ne - prychnęła Tay­lor i po­deszła na czwo­ra­kach do mo­jej sza­fy.

Wstała i zaczęła w niej grze­bać, prze­su­wając wie­sza­ki, jak­by nie znała już na pamięć każdego no­szo­ne­go prze­ze mnie ciu­cha.

Za­zwy­czaj mi to nie prze­szka­dzało, ale dzi­siaj czułam się lek­ko roz­drażnio­na i wszyst­ko mnie de­ner­wo­wało.

- Nie martw się, założę po pro­stu szor­ty i bluzkę bez rękawów - po­wie­działam do niej.

- Bel­ly, lu­dzie przy­chodzą na im­pre­zy u Bra­da na­prawdę od­sta­wie­ni. Nie byłaś na żad­nej, więc możesz tego nie wie­dzieć, ale nie wy­pa­da przyjść po pro­stu w sta­rych szor­tach.

Tay­lor wyciągnęła z sza­fy białą let­nią su­kienkę. Ostat­ni raz miałam ją na so­bie zeszłego lata, na im­pre­zie, na której po­znałam Cama. Su­san­na twier­dziła, że wyglądam w niej jak z ob­raz­ka.

Wstałam, wzięłam od Tay­lor su­kienkę i od­wie­siłam ją do sza­fy.

- Jest po­pla­mio­na - oznaj­miłam. - Znajdę coś in­ne­go.

Tay­lor z po­wro­tem usiadła przed lu­strem.

- No to załóż tę czarną w kwiat­ki. Nie­sa­mo­wi­cie pod­kreśla two­je cyc­ki.

- Jest za cia­sna. Nie­wy­god­nie mi w niej - od­parłam.

- A jak ład­nie po­proszę?

Wes­tchnęłam, zdjęłam su­kienkę z wie­sza­ka i założyłam. Cza­sem łatwiej było po pro­stu posłuchać Tay­lor. Byłyśmy naj­lep­szy­mi przy­ja­ciółkami od dziec­ka, tak długo, że stało się to całko­wi­cie oczy­wi­ste, było czymś, o czym nie war­to już na­wet wspo­mi­nać.

- No, sama wi­dzisz, że świet­nie wyglądasz. - Tay­lor po­deszła i zapięła mi su­wak. - Do­bra, to prze­myślmy nasz plan działania.

- Jaki plan działania?

- Myślę, że po­win­naś na tej im­pre­zie złapać Cory'ego.

- Tay­lor...

Pod­niosła rękę.

- Posłuchaj mnie cho­ciaż. Cory jest bar­dzo miły i do tego przy­stoj­ny. Gdy­by po­pra­co­wał trochę nad mięśnia­mi, można by go wziąć za mo­de­la.

- Da­ruj so­bie - prychnęłam.

- Do­bra, ale na pew­no jest tak samo przy­stoj­ny, jak pan C. - Nig­dy nie na­zy­wała go te­raz po imie­niu, za­wsze tyl­ko "sama-wiesz-kto" albo "pan C".

- Tay­lor, prze­stań mnie piłować. Nie mogę o nim za­po­mnieć tyl­ko dla­te­go, że ty tego chcesz.

- A nie możesz cho­ciaż spróbować? - zaczęła na­ma­wiać. - Cory może ci posłużyć za od­skocz­nię. Nie będzie miał nic prze­ciw­ko.

- Jeśli jesz­cze raz wspo­mnisz o Co­rym, nie pójdę na tę im­prezę - za­gro­ziłam i na­prawdę za­mie­rzałam tak zro­bić.

W grun­cie rze­czy li­czyłam na to, że złamie ten za­kaz, a ja będę miała wymówkę, żeby zo­stać w domu.

Tay­lor otwo­rzyła sze­rzej oczy.

- Do­bra, do­bra, wy­bacz. Nie po­wiem już ani słowa.

Sięgnęła po swój ku­fe­rek i usiadła na krawędzi łóżka, a ja zajęłam miej­sce u jej stóp. Tay­lor wyciągnęła grze­bień, roz­cze­sała mi włosy i zaczęła je szyb­ko za­pla­tać zręczny­mi pal­ca­mi. Kie­dy skończyła, przy­pięła mi war­ko­cze tak, aby two­rzyły ko­ronę. Żadna z nas się nie od­zy­wała, ale Tay­lor w końcu prze­rwała mil­cze­nie.

- Uwiel­biam cię w tym ucze­sa­niu. Wyglądasz zupełnie jak in­diańska księżnicz­ka.

Zaczęłam się śmiać, ale za­raz się po­wstrzy­małam. Tay­lor złapała mój wzrok w lu­strze.

- Wiesz co, na­prawdę wol­no ci się śmiać i do­brze się bawić.

- Wiem - od­parłam, ale nie byłam o tym prze­ko­na­na.

Przed wyjściem zaj­rzałam do ga­bi­ne­tu mat­ki, która sie­działa przy biur­ku, oto­czo­na tecz­ka­mi z do­ku­men­ta­mi i sto­sa­mi pa­pierów. Su­san­na uczy­niła ją wy­ko­nawcą te­sta­men­tu, a o ile wie­działam, to ozna­czało mnóstwo pa­pierkowej ro­bo­ty. Mat­ka często roz­ma­wiała przez te­le­fon z praw­ni­kiem Su­san­ny, usta­lając różne rze­czy. Chciała, żeby wszyst­ko było ide­al­nie, bo tego życzyłaby so­bie Beck.

Su­san­na za­pi­sała Ste­ve­no­wi i mnie trochę pie­niędzy na stu­dia, a ja do­stałam także biżute­rię. Bran­so­letkę z sza­fi­ra­mi, której chy­ba w życiu nie miałam za­mia­ru założyć, dia­men­to­wy na­szyj­nik na ślub (Su­san­na dokład­nie tak na­pi­sała), a także moje ulu­bio­ne kol­czy­ki i pierścio­nek z opa­la­mi.

- Mamo?

Mat­ka uniosła głowę.

- Tak?

- Jadłaś już obiad?

Wie­działam, że nie jadła, bo nie wy­cho­dziła z ga­bi­ne­tu, odkąd wróciłam do domu.

- Nie je­stem głodna - od­parła. - Jeśli w lodówce nie ma nic do je­dze­nia, możesz zamówić so­bie pizzę.

- Zro­bię ci ka­napkę - za­pro­po­no­wałam.

Zro­biłam za­ku­py wcześniej w ty­go­dniu, ja i Ste­ven zaj­mo­wa­liśmy się tym na zmianę. Wątpiłam, żeby mat­ka pamiętała, że jest długi week­end z oka­zji czwar­te­go lip­ca.

- Nie trze­ba, później zejdę na dół i sama coś so­bie przy­go­tuję.

- Do­bra. - Za­wa­hałam się. - Idę z Tay­lor na im­prezę, po­sta­ram się wrócić nie za późno.

Jakaś część mnie pragnęła, żeby mat­ka po­pro­siła, żebym zo­stała w domu. Jakaś część mnie chciała jej za­pro­po­no­wać, że zo­stanę i do­trzy­mam jej to­wa­rzy­stwa, za­py­tam, czy chciałaby obej­rzeć jakiś sta­ry film albo zjeść trochę świeżo zro­bio­ne­go po­pcor­nu.

Mat­ka zdążyła na nowo po­chy­lić się nad pa­pie­ra­mi i przy­gry­zała końcówkę długo­pi­su.

- Do­bry po­mysł - stwier­dziła. - Uważaj na sie­bie.

Za­mknęłam za sobą drzwi.

Tay­lor cze­kała na mnie w kuch­ni, wysyłając SMS-y.

- Po­spiesz się i wy­cho­dzi­my.

- Chwi­la, muszę jesz­cze coś zro­bić.

Po­deszłam do lodówki i wyciągnęłam skład­ni­ki na ka­napkę z in­dy­kiem: musz­tardę, ser i chleb.

- Bel­ly, na tej im­pre­zie będzie je­dze­nie. Nie mu­sisz te­raz jeść.

- To dla mamy - wyjaśniłam.

Przy­go­to­wałam ka­napkę, położyłam ją na ta­le­rzu, przy­kryłam folią i zo­sta­wiłam na bla­cie w do­brze wi­docz­nym miej­scu.

Im­pre­za oka­zała się dokład­nie taka jak w opo­wieściach Tay­lor. Na miej­scu bawiła się połowa na­szej kla­sy, nie było za to widać ro­dziców Bra­da. Ogród oświe­tlały po­chod­nie, a głośniki nie­mal wi­bro­wały od głośnej mu­zy­ki. Dziew­czy­ny zaczęły już tańczyć.

Zo­ba­czyłam też ogromną baryłkę i wielką czer­woną chłod­ziarkę. Brad stał przy gril­lu, ob­ra­cając ste­ki i kiełba­ski. Miał na so­bie far­tuch z na­pi­sem "Pocałuj ku­cha­rza".

- Tak jak­by kto­kol­wiek chciał się z nim całować - prychnęła Tay­lor.

Kręciła się obok Bra­da na początku roku, za­nim zde­cy­do­wała się na obec­ne­go chłopa­ka, Da­vi­sa. Kil­ka razy umówiła się z Bra­dem, ale po­tem rzu­cił ją dla dziew­czy­ny z czwar­tej kla­sy.

Za­po­mniałam się spry­skać spre­jem na ko­ma­ry, więc czułam, że mają na mnie praw­dziwą ucztę. Co chwi­la po­chy­lałam się, żeby po­dra­pać się w nogę, i cie­szyłam się, że mogę to robić - że mam ja­kieś zajęcie. Bałam się, że przy­pad­kiem na­po­tkam wzrok Cory'ego, którego za­uważyłam obok ba­se­nu.

Lu­dzie pili piwo z czer­wo­nych pla­sti­ko­wych ku­beczków, ale Tay­lor przy­niosła dla nas drin­ki. Mój na­zy­wał się Fuz­zy Na­vel, miał kon­sy­stencję sy­ro­pu i sma­ko­wał che­mią. Wypiłam dwa łyki, a resztę wylałam.

Tay­lor wy­pa­trzyła Da­vi­sa stojącego przy sto­le te­ni­so­wym - chłopa­ki gra­li w ping-pon­ga, próbując wrzu­cić piłeczkę do kub­ka z pi­wem prze­ciw­ni­ka. Przyłożyła pa­lec do ust i złapała mnie za rękę. Kie­dy po­deszłyśmy do nie­go od tyłu, Tay­lor go objęła.

- Mam cię! - oznaj­miła.

Da­vis odwrócił się i ją pocałował, jak­by nie wi­dzie­li się za­le­d­wie kil­ka go­dzin wcześniej. Przez jakąś mi­nutę stałam tam, nie­pew­nie ści­skając to­rebkę i sta­rając się na nich nie pa­trzeć. Tak na­prawdę na­zy­wał się Ben Da­vies, ale wszy­scy mówili na nie­go po pro­stu Da­vis. Był bar­dzo przy­stoj­ny, miał dołecz­ki w po­licz­kach i oczy zie­lo­ne jak szkło. Przy tym nie był spe­cjal­nie wy­so­ki, co początko­wo Tay­lor uważała za powód do dys­kwa­li­fi­ka­cji, ale te­raz prze­stało jej jakoś prze­szka­dzać. Nie cier­piałam jeżdżenia z nimi do szkoły, po­nie­waż przez cały czas trzy­ma­li się za ręce, a ja sie­działam jak dzie­ciak na tyl­nym sie­dze­niu. Zry­wa­li przy­najm­niej raz na mie­siąc i cho­dzi­li ze sobą do­pie­ro od kwiet­nia. Po jed­nym ze­rwa­niu Da­vis za­dzwo­nił do Tay­lor, płacząc, a ona przełączyła roz­mowę na głośniki. Czułam się win­na, słuchając go, ale jed­no­cześnie za­zdro­sna i ełna po­dzi­wu, że zależało mu na niej tak bar­dzo, że na­wet płakał.

- Pete musi się iść od­si­kać. - Da­vis objął Tay­lor w ta­lii. - Za­grasz ze mną, dopóki nie wróci?

Po­pa­trzyła na mnie i potrząsnęła głową, wy­su­wając się z jego objęć.

- Nie mogę zo­sta­wić Bel­ly sa­mej.

Spio­ru­no­wałam ją wzro­kiem.

- Tay­lor, nie mu­sisz mnie prze­cież niańczyć. Za­graj z nim.

- Je­steś pew­na?

- Tak, je­stem pew­na.

Odeszłam od nich, za­nim zdążyła za­pro­te­sto­wać. Przy­wi­tałam się z Mar­cy, Fran­kie, z którą jeździłam w gim­na­zjum do szkoły, z Ali­ce, która była moją naj­lepszą przy­ja­ciółką w przed­szko­lu, z Si­mo­nem, z którym miałam zdjęcie w szkol­nym al­bu­mie. Większość z nich znałam przez całe życie, a jed­nak nig­dy jesz­cze tak bar­dzo nie tęskniłam za Co­usins. Kątem oka zo­ba­czyłam, że Tay­lor roz­ma­wia z Co­rym, więc po­spiesz­nie się od­da­liłam, żeby nie zdążyła mnie zawołać. Wzięłam so­bie coś do pi­cia i po­deszłam do tram­po­li­ny. Nikt na niej nie sie­dział, więc zrzu­ciłam klap­ki i wspięłam się na nią, a po­tem położyłam dokład­nie na środ­ku, ostrożnie układając spódnicę. Gwiaz­dy lśniły jak ja­sne dia­men­to­we iskier­ki na nie­bie. Napiłam się coli, beknęłam kil­ka razy i ro­zej­rzałam, żeby spraw­dzić, czy ktoś mnie usłyszał - ale nie, wszy­scy wrócili już do domu. Po­tem spróbowałam po­li­czyć gwiaz­dy, co było w su­mie tak samo głupie, jak li­cze­nie zia­re­nek pia­sku, ale robiłam to, żeby się czymś zająć. Za­sta­na­wiałam się, kie­dy uda mi się wy­mknąć i wrócić do domu. Przy­je­chałyśmy moim sa­mo­cho­dem, a Tay­lor mogła się za­brać z Da­vi­sem. Zaczęłam się za­sta­na­wiać, czy to będzie dziw­nie wyglądało, jeśli za­pa­kuję kil­ka hot dogów do zje­dze­nia na później.

Od co naj­mniej dwóch go­dzin nie myślałam o Su­san­nie. Może Tay­lor miała rację, może to właśnie tu­taj po­win­nam być. Jeśli wciąż będę pa­trzeć za sie­bie i tęsknić za Co­usins, nig­dy nie zdołam się uwol­nić.

Kie­dy się nad tym za­sta­na­wiałam, Cory Whe­eler wspiął się na tram­po­linę i pod­szedł do mnie. Położył się obok mnie i ode­zwał się:

- Cześć, Con­klin.

Od kie­dy Cory i ja mówimy so­bie po na­zwi­sku?

Ze­brałam się w so­bie i od­po­wie­działam:

- Cześć, Whe­eler.

Sta­rałam się na nie­go nie pa­trzeć i skon­cen­tro­wać się na li­cze­niu gwiazd, a nie na tym, jak bli­sko mnie się znaj­do­wał.

Cory pod­parł się na łokciu.

- Do­brze się ba­wisz? - za­py­tał.

- Ja­sne.

Zaczął mnie boleć brzuch. Do­sta­wałam wrzodów żołądka od uni­ka­nia Cory'ego.

- Wi­działaś ja­kieś spa­dające gwiaz­dy?

- Jesz­cze nie.

Cory pach­niał wodą to­a­le­tową, pi­wem i po­tem, ale o dzi­wo, to nie była nie­przy­jem­na mie­szan­ka. Cy­ka­dy grały głośno, a im­pre­za wy­da­wała się bar­dzo od­legła.

- Słuchaj, Con­klin...

- Tak?

- Da­lej cho­dzisz z tym gościem, z którym byłaś na balu? Tym ze zrośniętymi brwia­mi.

Nie mogłam po­wstrzy­mać uśmie­chu.

- Con­rad wca­le nie ma zrośniętych brwi. I nie chodzę z nim. My, no... ze­rwa­liśmy.

- Faj­nie - od­parł i to słowo za­wisło w po­wie­trzu.

To był je­den z tych przełomo­wych mo­mentów - dal­szy ciąg wie­czo­ru mógł się po­to­czyć na dwa spo­so­by. Gdy­bym po­chy­liła się odro­binę w lewo, mogłabym go pocałować. Mogłabym za­mknąć oczy i za­tra­cić się w Co­rym Whe­ele­rze, a po­tem da­lej sta­rać się za­po­mnieć, a przy­najm­niej uda­wać, że za­po­mi­nam.

Ale cho­ciaż Cory był przy­stoj­ny i uro­czy, nie był Con­ra­dem i na­wet odro­binę nie mógł się do nie­go zbliżyć. Cory był pro­sty jak jego krótko obcięte włosy, schlud­nie ułożone i za­cze­sa­ne. Nie przy­po­mi­nał Con­ra­da, który je­dy­nym spoj­rze­niem lub uśmie­chem po­tra­fił spra­wić, że wszyst­ko we mnie za­czy­nało drżeć.

Cory żar­to­bli­wie szturchnął mnie w ramię.

- No to jak, Con­klin? Może mo­gli­byśmy...

Usiadłam i po­wie­działam pierwszą rzecz, jaka mi przyszła do głowy.

- O kurczę, muszę się wy­si­kać. Do zo­ba­cze­nia, Cory!

Zeszłam z tram­po­li­ny tak szyb­ko, jak tyl­ko mogłam, zna­lazłam klap­ki i ru­szyłam w kie­run­ku domu. Obok ba­se­nu za­uważyłam Tay­lor, więc po­deszłam pro­sto do niej.

- Mu­si­my po­ga­dać! - syknęłam.

Złapałam ją za rękę i pociągnęłam do stołu z przekąska­mi.

- Ja­kieś pięć se­kund temu Cory Whe­eler pra­wie za­py­tał, czy będę z nim cho­dzić.

- I co mu od­po­wie­działaś? - Oczy Tay­lor lśniły, a ja byłam na nią wściekła za tę jej pew­ność sie­bie, prze­ko­na­nie, że wszyst­ko idzie zgod­nie z pla­nem.

- Po­wie­działam, że muszę się wy­si­kać - oznaj­miłam.

- Bel­ly! Marsz z po­wro­tem na tę tram­po­linę i pocałuj go!

- Tay­lor, możesz prze­stać? Po­wie­działam ci, że nie je­stem za­in­te­re­so­wa­na Co­rym. Wi­działam, że wcześniej z nim gadałaś. Po­wie­działaś mu, żeby spróbował się ze mną umówić?

Lek­ko wzru­szyła ra­mio­na­mi.

- Wiesz... po­do­basz mu się od roku i strasz­nie dużo cza­su po­trze­bo­wał, żeby się zde­cy­do­wać. Nie­wy­klu­czo­ne, że odro­binę po­pchnęłam go we właści­wym kie­run­ku. Słodko wyglądaliście ra­zem na tej tram­po­li­nie.

Potrząsnęłam głową.

- Na­prawdę byłabym ci wdzięczna, gdy­byś tego nie robiła.

- Chciałam tyl­ko odwrócić twoją uwagę od pro­blemów!

- Wiesz, że nie mu­sisz tego robić - przy­po­mniałam.

- Owszem, muszę.

Pa­trzyłyśmy na sie­bie ze złością przez jakąś mi­nutę. Zda­rzały się dni ta­kie jak dzi­siej­szy, kie­dy miałam ochotę ją udu­sić za to, że tak się rządzi. Za­czy­nałam mieć całkiem dość Tay­lor po­py­chającej mnie w tym czy tam­tym kie­run­ku albo ubie­rającej mnie, jak­bym była jedną z jej gor­szych i mniej zamożnych la­lek. Na­sza przy­jaźń za­wsze tak wyglądała.

Tym ra­zem jed­nak miałam w końcu praw­dziwą wymówkę, żeby stąd iść, i czułam z tego po­wo­du ulgę.

- Chy­ba już wrócę do domu - po­wie­działam.

- O czym ty mówisz? Do­pie­ro przyszłyśmy.

- Nie je­stem w na­stro­ju, ja­sne?

Tay­lor chy­ba także za­czy­nała mieć mnie dosyć.

- To się już robi nud­ne, Bel­ly - stwier­dziła. - Od mie­sięcy łazisz po­nu­ra. To nie jest zdro­we... Moja mama uważa, że po­win­naś po­szu­kać fa­cho­wej po­mo­cy.

- Co ta­kie­go? Opo­wia­dałaś o mnie swo­jej ma­mie? - Spoj­rzałam na nią z wściekłością. - Po­wiedz jej, żeby za­cho­wała swo­je po­ra­dy psy­chia­trycz­ne dla El­len.

Tay­lor zachłysnęła się.

- Nie wierzę, że po­wie­działaś coś ta­kie­go.

Zgod­nie ze słowa­mi mat­ki Tay­lor ich kot­ka El­len cier­piała na se­zo­no­we za­bu­rze­nia afek­tyw­ne. Z tego po­wo­du przez całą zimę do­sta­wała leki an­ty­de­pre­syj­ne, a kie­dy na wiosnę da­lej była hu­mo­rza­sta, zo­stała wysłana do za­kli­na­cza kotów. Nic jej to nie po­mogło. Moim zda­niem El­len miała po pro­stu wred­ny cha­rak­ter.

Ode­tchnęłam głęboko.

- Przez całe mie­siące wysłuchi­wałam, jak roz­pa­czasz z po­wo­du za­cho­wa­nia El­len, a te­raz Su­san­na umarła, a ty chcesz, żebym się całowała z Co­rym, piła piwo i za­po­mniała o niej? No to przy­kro mi, ale nie po­tra­fię.

Tay­lor ro­zej­rzała się szyb­ko i po­chy­liła do mnie.

- Nie za­cho­wuj się tak, jak­byś była nieszczęśliwa tyl­ko z po­wo­du Su­san­ny. Je­steś też nieszczęśliwa z po­wo­du Con­ra­da i do­sko­na­le o tym wiesz.

Nie wie­rzyłam własnym uszom. To za­bo­lało - za­bo­lało, bo było praw­dzi­we, ale mimo wszyst­ko to był cios poniżej pasa. Mój oj­ciec daw­niej ma­wiał, że Tay­lor jest nie­opa­no­wa­na - to praw­da, ale na do­bre czy na złe, Tay­lor Je­wel była częścią mnie, a ja byłam częścią niej.

Nie­zu­pełnie złośli­wie przy­po­mniałam:

- Nie wszy­scy możemy być tacy jak ty, Tay­lor.

- Ale za­wsze możesz spróbować. - Uśmiechnęła się le­ciut­ko. - Posłuchaj, prze­pra­szam za ten po­mysł z Co­rym. Chciałam tyl­ko, żebyś była szczęśliwa.

- Wiem.

Objęła mnie, a ja na to po­zwo­liłam.

- Zo­ba­czysz, to będzie wspa­niałe lato.

- Wspa­niałe - powtórzyłam jak echo.

Chciałam już iść da­lej, mieć to za sobą. Jeśli prze­trwam to lato, następne na pew­no będzie łatwiej­sze.

Osta­tecz­nie zo­stałam. Po­sie­działam na we­ran­dzie z Tay­lor i Da­vi­sem, po­pa­trzyłam, jak Cory flir­tu­je z dziew­czyną z dru­giej kla­sy, zjadłam hot doga i wróciłam do domu.

Ka­nap­ka nadal leżała na bla­cie za­wi­nięta w folię, więc scho­wałam ją do lodówki i poszłam na górę. W sy­pial­ni mat­ki paliło się światło, ale nie zaj­rzałam tam, żeby po­wie­dzieć jej do­bra­noc. Poszłam pro­sto do mo­je­go po­ko­ju, założyłam z po­wro­tem roz­ciągnięty T-shirt z Co­usins, roz­plotłam war­ko­cze, umyłam zęby i opłukałam twarz. Po­tem wsunęłam się pod kołdrę i po pro­stu leżałam, roz­myślając. Myślałam o tym, że tak właśnie te­raz będzie wyglądać moje życie - bez Su­san­ny i bez chłopców.

Minęły już dwa mie­siące. Prze­trwałam czer­wiec, więc zaczęłam myśleć, że mi się to uda. Mogłam cho­dzić z Tay­lor i Da­vi­sem do kina, pływać w ba­se­nie Mar­cy, może na­wet umówić się z Co­rym Whe­ele­rem. Jeśli będę po­tra­fiła robić ta­kie rze­czy, wszyst­ko będzie w porządku. Może jeśli za­pomnę, jak cu­dow­nie było kie­dyś, moje życie sta­nie się dużo łatwiej­sze.

Ale kie­dy tej nocy zasnęłam, przyśniła mi się Su­san­na i let­nia wil­la, a ja na­wet we śnie pamiętałam do­sko­na­le, jak cu­dow­nie tam było, jak bar­dzo czułam się tam na miej­scu. Nie­za­leżnie od tego, co ro­bisz i jak bar­dzo się sta­rasz, nie masz władzy nad swo­imi sna­mi.

roz­dział pierw­szy

2 LIP­CA

To był ko­lej­ny upal­ny let­ni dzień w Co­usins. Leżałam obok ba­se­nu z twarzą zasłoniętą cza­so­pi­smem, moja mat­ka układała pa­sjans na we­ran­dzie, a Su­san­na krzątała się po kuch­ni. Wie­działam, że niedługo wyj­dzie z domu, niosąc szklankę mrożonej her­ba­ty i książkę, którą jej zda­niem po­win­nam prze­czy­tać - na pew­no jakiś ro­mans.

Chłopcy od rana sur­fo­wa­li na fa­lach po wczo­raj­szej wie­czor­nej bu­rzy. Con­rad i Je­re­mi wrócili jako pierw­si, a ja ich usłyszałam, za­nim jesz­cze zo­ba­czyłam - wcho­dzi­li po scho­dach, pękając ze śmie­chu z po­wo­du Ste­ve­na, który stra­cił kąpielówki po spo­tka­niu z wyjątko­wo wy­soką falą. Con­rad pod­szedł do mnie, pod­niósł lep­kie od potu cza­so­pi­smo i uśmiechnął się.

- Masz na po­licz­kach od­bi­te li­te­ry.

Zmrużyłam oczy, patrząc na nie­go.

- Co tam jest na­pi­sa­ne?

Przy­kucnął obok mnie.

- Nie je­stem pe­wien. Pozwól, że się przyjrzę - po­wie­dział i zaczął wpa­try­wać się we mnie tym swo­im poważnym wzro­kiem.

Po­chy­lił się, żeby mnie pocałować; jego war­gi były zim­ne i słone od wody mor­skiej.

- Może pójdzie­cie na górę? - prychnął Je­re­mi, ale wie­działam, że tyl­ko żar­tu­je.

Mrugnął do mnie, pod­szedł od tyłu do Con­ra­da, pod­niósł go i wrzu­cił do ba­se­nu, a po­tem sam za nim wsko­czył.

- No chodź, Bel­ly! - zawołał.

Oczy­wiście poszłam w ich ślady. Woda była przy­jem­na - na­wet więcej, była cu­dow­na. Tak jak za­wsze Co­usins po­zo­sta­wało je­dy­nym miej­scem, w którym pragnęłam być.

- Halo? Słyszałaś choć słowo z tego, co właśnie do cie­bie po­wie­działam?

Otwo­rzyłam oczy i zo­ba­czyłam Tay­lor strze­lającą mi pal­ca­mi przed no­sem.

- Prze­pra­szam. Co mówiłaś?

Nie spędzałam wa­ka­cji w Co­usins, Con­rad i ja nie byliśmy ra­zem, a Su­san­na nie żyła. Nic już nie miało być ta­kie jak daw­niej. Minęły dwa mie­siące - ile to dokład­nie dni? - od kie­dy umarła, a ja wciąż nie mogłam w to uwie­rzyć. Nie po­zwa­lałam so­bie w to uwie­rzyć - gdy umie­ra ktoś, kogo ko­cha­my, jego śmierć wy­da­je się nie­rze­czy­wi­sta, jak­by to wszyst­ko przy­tra­fiło się komuś in­ne­mu, było częścią czy­je­goś in­ne­go życia. Nig­dy nie ra­dziłam so­bie naj­le­piej z pojęcia­mi abs­trak­cyj­ny­mi. Co to zna­czy, kie­dy ktoś na­prawdę od­cho­dzi na za­wsze?

Cza­sem za­my­kałam oczy i po­wta­rzałam w myślach w kółko: "To nie jest praw­da, to nie jest praw­da, to się nie wy­da­rzyło na­prawdę". To nie była część mo­je­go życia. Ale tak właśnie wyglądało te­raz moje życie po tym wszyst­kim, co zaszło.

Znaj­do­wałam się w ogro­dzie Mar­cy Yoo. Chłopa­ki wygłupia­li się w ba­se­nie, a dziewczęta leżały na ułożonych w rzędzie plażowych ręczni­kach. Przy­jaźniłam się z Mar­cy, ale po­zo­stałe - Ka­tie, Eve­lyn i inne dziew­czy­ny - były ra­czej zna­jo­my­mi Tay­lor. Do­pie­ro minęło południe, a tem­pe­ra­tu­ra prze­kro­czyła już trzy­dzieści stop­ni Cel­sju­sza - dzień za­po­wia­dał się upal­ny. Leżałam na brzu­chu i czułam, jak pot gro­ma­dzi się w zagłębie­niu na mo­ich ple­cach. Za­czy­nało mnie mdlić od słońca.

Był do­pie­ro dru­gi lip­ca, a ja już li­czyłam dni do końca lata.

- Pytałam, co za­mie­rzasz założyć na im­prezę u Bra­da - powtórzyła Tay­lor.

Ułożyła na­sze ręczni­ki tuż obok sie­bie, tak że wyglądały jak je­den duży ręcznik.

- Nie wiem - od­parłam, ob­ra­cając głowę, żeby na nią spoj­rzeć.

Miała na no­sie małe kro­pel­ki potu. Za­wsze za­czy­nała się naj­pierw pocić na no­sie.

- Ja założę tę nową su­kienkę, którą kupiłam z mamą w outle­cie - oznaj­miła.

Zno­wu za­mknęłam oczy, po­nie­waż nosiłam ciem­ne oku­la­ry i Tay­lor nie wi­działa, czy mam je otwar­te.

- Którą?

- No wiesz, tę w grosz­ki, zawiązy­waną na szyi. Po­ka­zy­wałam ci ją dwa dni temu.

Tay­lor wes­tchnęła ze znie­cier­pli­wie­niem.

- A, praw­da - po­wie­działam, cho­ciaż da­lej nie pamiętałam tej su­kien­ki i wie­działam, że Tay­lor to za­uważyła.

Miałam właśnie rzu­cić jakiś kom­ple­ment pod ad­re­sem su­kien­ki, kie­dy na­gle po­czułam na kar­ku coś lo­do­wa­to zim­ne­go. Wrzasnęłam i zo­ba­czyłam, że Cory Whe­eler kuca obok mnie z puszką coli ocie­kającą wodą, pękając ze śmie­chu.

Usiadłam, spoj­rzałam na nie­go ze złością i wy­tarłam szyję. Miałam już kom­plet­nie dość tego dnia i chciałam tyl­ko wrócić do domu.

- Co ci od­wa­liło, Cory?!

Da­lej się śmiał, co jesz­cze bar­dziej mnie rozzłościło.

- Rany, ale ty je­steś dzie­cin­ny! - po­wie­działam.

- Wy­da­wało mi się, że je­steś strasz­nie gorąca - za­pro­te­sto­wał. - Chciałem cię trochę ochłodzić.

Nie od­po­wie­działam mu, da­lej trzy­małam rękę na kar­ku i czułam, że za­ci­skam zęby. Inne dziew­czy­ny gapiły się na mnie, a Cory prze­stał się uśmie­chać.

- Sor­ki - po­wie­dział. - Chcesz się napić coli?

Potrząsnęłam głową, więc wzru­szył ra­mio­na­mi i wy­co­fał się nad ba­sen.

Rzu­ciłam okiem na dziew­czy­ny i po­czułam się za­wsty­dzo­na, bo Ka­tie i Eve­lyn pa­trzyły na sie­bie z mi­na­mi: "O co jej cho­dzi?". Opędza­nie się od Cory'ego przy­po­mi­nało opędza­nie się od szcze­nia­ka owczar­ka nie­miec­kie­go - po pro­stu nie miało sen­su. Spoj­rzałam na Cory'ego, ale on już zajął się czymś in­nym.

- To był tyl­ko żart, Bel­ly - po­wie­działa ci­cho Tay­lor.

Z po­wro­tem położyłam się na ręczni­ku, tym ra­zem na ple­cach. Wciągnęłam po­wie­trze i po­wo­li je wypuściłam. Za­czy­nała mnie boleć głowa od zbyt hałaśli­wej mu­zy­ki z głośników podłączo­nych do iPo­da Mar­cy, a poza tym na­prawdę chciało mi się pić. Po­win­nam była wziąć tę colę od Cory'ego.

Tay­lor po­chy­liła się i zdjęła moje oku­la­ry, żeby spoj­rzeć mi w oczy. Przyj­rzała mi się uważnie.

- Je­steś wściekła?

- Nie, po pro­stu jest mi za gorąco. - Otarłam pot z czoła grzbie­tem ręki.

- Nie wście­kaj się. Cory nie po­tra­fi in­a­czej się za­cho­wy­wać przy to­bie. Po­do­basz mu się.

- Wca­le mu się nie po­do­bam - po­wie­działam, nie patrząc jej w oczy.

Wie­działam, że przy­najm­niej trochę mu się po­do­bam, ale wolałabym, żeby było in­a­czej.

- Nie­ważne, on se­rio na cie­bie leci, a ja da­lej uważam, że po­win­naś mu dać szansę. Prze­sta­niesz myśleć o sama-wiesz-kim.

Odwróciłam od niej głowę.

- Może na tę im­prezę zro­bię ci war­kocz do­bie­ra­ny? - za­pro­po­no­wała Tay­lor. - Mogę zacząć od przo­du i upiąć go z boku, tak jak po­przed­nio.

- Do­brze.

- Co za­mie­rzasz założyć?

- Nie je­stem pew­na.

- Do­bra, tyl­ko masz wyglądać ślicz­nie, bo wszy­scy tam będą - przy­po­mniała Tay­lor. - Wpadnę wcześniej i ra­zem się wy­szy­ku­je­my.

Brad Et­tel­brick urządzał hucz­ne im­pre­zy uro­dzi­no­we każdego lip­ca od początku gim­na­zjum. W lip­cu byłam już w Co­usins Be­ach, a od domu, szkoły i szkol­nych ko­legów dzie­liły mnie mi­lio­ny ki­lo­metrów. Nig­dy nie żałowałam, że te im­pre­zy mnie omi­jają, na­wet wte­dy, gdy Tay­lor opo­wia­dała o wypożyczo­nej przez jego ro­dziców ma­szy­nie do ro­bie­nia waty cu­kro­wej albo nie­sa­mo­wi­tych fa­jer­wer­kach, które pusz­cza­li nad je­zio­rem o północy.

Po raz pierw­szy spędzałam wa­ka­cje w domu i mogłam iść na im­prezę u Bra­da. Po raz pierw­szy nie je­chałam w le­cie do Co­usins i tyl­ko to mnie ob­cho­dziło, tyl­ko tego żałowałam. Myślałam, że będę tam spędzać każde wa­ka­cje mo­je­go życia, a let­nia wil­la od za­wsze była je­dy­nym miej­scem, w którym pragnęłam się zna­leźć.

- Ale idziesz, praw­da? - upew­niła się Tay­lor.

- Tak, mówiłam ci prze­cież, że idę.

Zmarsz­czyła nos.

- Wiem, ale... - urwała w pół słowa. - Nie­ważne.

Wie­działam, że Tay­lor cze­ka, aż wszyst­ko zno­wu wróci do nor­my i będzie tak jak daw­niej, ale to było nie­możliwe. Ja już nig­dy nie miałam być taka jak daw­niej.

Kie­dyś po­tra­fiłam wie­rzyć i mieć na­dzieję. Wy­da­wało mi się, że jeśli cze­goś będę do­sta­tecz­nie moc­no pragnąć, do­sta­tecz­nie długo so­bie tego życzyć, wszyst­ko się ułoży tak, jak po­win­no.

Su­san­na na­zy­wała to prze­zna­cze­niem.

Życzyłam so­bie Con­ra­da w każde uro­dzi­ny i po­wta­rzałam to życze­nie przy każdej spa­dającej gwieździe, każdej zgu­bio­nej rzęsie, każdej mo­ne­cie rzu­co­nej do fon­tan­ny. Myślałam, że tak będzie za­wsze.

Tay­lor chciała, żebym za­po­mniała o Con­ra­dzie, żebym po pro­stu wy­ma­zała go z pamięci i ze wspo­mnień. Po­wta­rzała, że każdy musi jakoś prze­bo­leć pierwszą miłość, to jak ry­tuał wcho­dze­nia w do­rosłość.

Ale Con­rad nie był po pro­stu moją pierwszą miłością, częścią ja­kie­goś ry­tuału - zna­czył dla mnie o wie­le więcej. On, Je­re­mi i Su­san­na byli moją ro­dziną i we wspo­mnie­niach za­wsze po­ja­wia­li się ra­zem, połącze­ni nie­ro­ze­rwal­ny­mi więzami. Żadne z nich nie mogło ist­nieć bez po­zo­stałych.

Gdy­bym za­po­mniała o Con­ra­dzie, wy­rzu­ciła go z ser­ca i uda­wała, że nig­dy mi na nim nie zależało, to tak samo, jak­bym wy­rzu­cała z ser­ca Su­sannę.

Tego nie mogłabym zro­bić.

roz­dział szósty

3 lip­ca

Kiedy wcześnie rano następne­go dnia za­dzwo­nił te­le­fon, pomyślałam od razu, że te­le­fony o ta­kiej po­rze za­wsze ozna­czają złe wieści. Do pew­ne­go stop­nia miałam rację.

Wy­da­je mi się, że ciągle jesz­cze spałam, kie­dy usłyszałam jego głos i przez se­kundę myślałam, że to Con­rad. Nie byłam w sta­nie złapać tchu - to, że Con­rad do mnie dzwo­nił, wy­star­czyło, żebym za­po­mniała, jak się od­dy­cha. Ale to nie był on, tyl­ko Je­re­mi.

Byli prze­cież braćmi, więc mie­li po­dob­ne głosy, cho­ciaż nie iden­tycz­ne.

- Bel­ly? Tu Je­re­mi. Con­rad zniknął.

- Jak to "zniknął"?

Błyska­wicz­nie się obu­dziłam, a ser­ce po­deszło mi do gardła.

To słowo ozna­czało coś in­ne­go niż za­zwy­czaj, za­brzmiało nie­odwołal­nie.

- Kil­ka dni temu wy­je­chał z let­nich kursów i nie wrócił. Masz jakiś po­mysł, gdzie może być?

- Nie. - Nie roz­ma­wiałam z Con­ra­dem od po­grze­bu Su­san­ny.

- Opuścił dwa eg­za­mi­ny. Nig­dy wcześniej cze­goś ta­kie­go nie robił. - W głosie Je­re­mie­go brzmiała de­spe­ra­cja, a może na­wet pa­ni­ka.

Nig­dy przed­tem nie słyszałam ta­kie­go tonu, za­wsze był wy­lu­zo­wa­ny, za­wsze się śmiał, nig­dy nie był poważny. Miał rację, Con­rad nie zro­biłby cze­goś ta­kie­go, nie wy­je­chałby, nie za­wia­da­miając ni­ko­go. W każdym ra­zie daw­ny Con­rad by się tak nie za­cho­wał, ten Con­rad, którego ko­chałam, od kie­dy skończyłam dzie­sięć lat.

Usiadłam i po­tarłam oczy.

- Czy twój tata o tym wie?

- Tak, całkiem spa­ni­ko­wał. Nie ra­dzi so­bie z ta­ki­mi rze­cza­mi. - Ta­kie rze­czy należały do do­me­ny Su­san­ny, a nie pana Fi­she­ra.

- A ty co za­mie­rzasz? - Sta­rałam się, żeby mój głos za­brzmiał tak, jak głos mo­jej mamy, spo­koj­ny i rozsądny.

Zupełnie jak­bym nie była śmier­tel­nie prze­rażona myślą o tym, że Con­rad zniknął. Nie bałam się aż tak bar­dzo, że ma ja­kieś kłopo­ty, ale jeśli wy­je­chał, jeśli na­prawdę wy­je­chał, to mógł nig­dy nie wrócić. I tego bałam się bar­dzie,j niż byłam to w sta­nie wy­ra­zić.

- Nie wiem. - Je­re­mi ode­tchnął ciężko. - Od kil­ku dni ma wyłączoną komórkę. Myślisz, że mogłabyś pomóc mi go szu­kać?

- Tak, oczy­wiście. Ja­sne, że ci po­mogę - od­parłam na­tych­miast.

W tym mo­men­cie wszyst­ko zaczęło mieć sens. To była moja szan­sa, żeby na­pra­wić re­la­cje z Con­ra­dem. Uświa­do­miłam so­bie, że właśnie na coś ta­kie­go cze­kałam i na­wet o tym nie wie­działam. Zupełnie jak­bym przez ostat­nie dwa mie­siące cho­dziła we śnie, a te­raz w końcu obu­dziła się na do­bre. Miałam jakiś cel, coś do zro­bie­nia.

Tam­te­go dnia wy­ga­dy­wałam strasz­ne, nie­wy­ba­czal­ne rze­czy, ale może jeśli zdołam mu choć odro­binę pomóc, będę mogła to wszyst­ko na­pra­wić.

Mimo że prze­rażała mnie myśl o tym, że Con­rad zniknął i nie mogłam się do­cze­kać od­ku­pie­nia mo­ich win, bałam się także spo­tka­nia się z nim. Nikt na całym świe­cie nie miał na mnie ta­kie­go wpływu jak Con­rad Fi­sher.

Kie­dy tyl­ko skończyłam roz­mowę z Je­re­mim, zaczęło mnie po pro­stu roz­no­sić. Wrzu­ciłam do spor­to­wej tor­by bie­liznę i T-shir­ty.

Ile cza­su po­trze­bo­wa­liśmy, żeby go zna­leźć? Czy wszyst­ko z nim było w porządku? Domyśliłabym się, gdy­by mu się coś stało, praw­da? Za­pa­ko­wałam szczo­teczkę, grze­bień i płyn do so­cze­wek kon­tak­to­wych.

Mat­ka pra­so­wała ubra­nia w kuch­ni, wpa­trując się w prze­strzeń i marszcząc czoło.

- Mamo? - za­py­tałam.

Po­pa­trzyła na mnie za­sko­czo­na.

- Tak? Co się dzie­je?

Miałam już za­pla­no­wa­ne, co po­wiem.

- Tay­lor jest załama­na, bo zno­wu ze­rwała z Da­vi­sem. Prze­no­cuję dzi­siaj u niej, może jesz­cze ju­tro tam zo­stanę. Zo­baczę, jak się będzie czuła.

Wstrzy­małam od­dech, cze­kając, aż się ode­zwie. Mat­ka po­tra­fiła wy­czu­wać kłam­stwa naj­le­piej ze wszyst­kich zna­nych mi lu­dzi. To było coś więcej niż mat­czy­na in­tu­icja, przy­po­mi­nało ra­czej po­li­cyj­ny wy­kry­wacz kłamstw. Ale tym ra­zem nie uru­cho­mił się żaden alarm, nie za­dzwo­nił żaden dzwo­nek.

Jej twarz była całko­wi­cie obojętna.

- Do­brze - od­parła i wróciła do pra­so­wa­nia. - Po­sta­raj się wrócić ju­tro wie­czo­rem - dodała. - Zro­bię ha­li­bu­ta. - Spry­skała kroch­ma­lem spodnie kha­ki.

Miałam wolną drogę i po­win­nam po­czuć ulgę, ale tak na­prawdę nic nie po­czułam.

- Po­sta­ram się - obie­całam.

Przez chwilę za­sta­na­wiałam się, czy nie po­wie­dzieć jej praw­dy - ona po­win­na zro­zu­mieć, po­win­na chcieć pomóc. Ko­chała obu chłopców, to ona za­wiozła Con­ra­da na po­go­to­wie, kie­dy złamał rękę na ska­te­bo­ar­dzie, po­nie­waż Su­san­na trzęsła się tak bar­dzo, że nie była w sta­nie na­wet pro­wa­dzić. Moja mat­ka była opa­no­wa­na i so­lid­na, za­wsze wie­działa, co robić.

Przy­najm­niej daw­niej tak było, bo te­raz prze­stałam być tego pew­na.

Kie­dy Su­san­na zno­wu za­cho­ro­wała, moja mat­ka zaczęła działać jak au­to­mat, wypełniając swo­je obo­wiązki, pra­wie za­wsze nie­obec­na du­chem.

Któregoś dnia zeszłam na dół i zo­ba­czyłam, że za­mia­ta ko­ry­tarz i ma czer­wo­ne oczy. Prze­stra­szyłam się, bo nie była ty­pem oso­by, która by płakała. Kie­dy ją taką wi­działam - za­cho­wującą się jak praw­dzi­wy człowiek, a nie po pro­stu jak mat­ka - nie­mal za­czy­nałam tra­cić w nią wiarę.

Mat­ka od­sta­wiła żelaz­ko, wzięła ze stołu to­rebkę i wyciągnęła port­fel.

- Kup jej ode mnie lody - po­wie­działa, po­dając mi dwa­dzieścia do­larów.

- Dziękuję, mamo.

Wzięłam od niej bank­not i we­pchnęłam go do kie­sze­ni. Przy­da się później na pa­li­wo.

- Baw się do­brze - po­wie­działa i prze­stała zwra­cać na mnie uwagę.

Z nie­obecną twarzą pra­so­wała te same spodnie, które przed chwilą skończyła pra­so­wać.

Kie­dy wsiadłam do sa­mo­cho­du i ru­szyłam spod domu, w końcu po­zwo­liłam so­bie na to, żeby ogarnęło mnie uczu­cie ulgi. Nie mu­siałam dzi­siaj zno­sić milczącej, przygnębio­nej mat­ki. Nie chciałam jej zo­sta­wiać, ale nie chciałam też być z nią, po­nie­waż przy­po­mi­nała mi to, o czym naj­bar­dziej chciałam za­po­mnieć.

Su­san­na odeszła i nig­dy nie wróci, a nikt z nas nie mógł już być taki jak daw­niej.

roz­dział dru­gi

Daw­niej, kie­dy tyl­ko w czerw­cu kończył się rok szkol­ny, pa­ko­wa­liśmy się do sa­mo­cho­du i je­cha­liśmy pro­sto do Co­usins. Dzień wcześniej moja mat­ka wy­bie­rała się do hi­per­mar­ke­tu, żeby kupić wiel­kie kar­to­ny soku jabłko­we­go, a także za­pas olej­ku do opa­la­nia, ba­to­ników owsia­nych i pełno­ziar­ni­stych płatków śnia­da­nio­wych. Kie­dy błagałam o coś słod­kie­go, mówiła mi "Nie bój się, Beck będzie miała mnóstwo płatków, od których do­sta­niesz próchni­cy". Oczy­wiście miała rację, po­nie­waż Su­san­na - na­zy­wa­na przez moją matkę Beck - uwiel­biała płatki dla dzie­ci. W let­niej wil­li je­dliśmy mnóstwo płatków śnia­da­nio­wych, które nig­dy nie miały oka­zji się ze­sta­rzeć.

Jed­ne­go roku chłopcy je­dli płatki na śnia­da­nie, obiad i ko­lację. Mój brat Ste­ven wy­bie­rał Fro­sty Fla­kes, Je­re­mi - Cap'n Crunch, a Con­rad - Corn Pops. Je­re­mi i Con­rad byli sy­na­mi Beck i uwiel­bia­li płatki śnia­da­nio­we. Ja zja­dałam wszyst­ko, co zo­stało i było słod­kie.

Przez całe życie jeździłam do Co­usins, nie ominęliśmy żad­nych wa­ka­cji. Przez pra­wie sie­dem­naście lat próbowałam do­go­nić chłopaków z na­dzieją, że pew­ne­go dnia będę do­sta­tecz­nie duża, żeby stać się częścią ich pacz­ki - let­niej pacz­ki. W końcu mi się to udało, ale te­raz było już za późno. Ostat­nie­go wie­czo­ru zeszłego lata, w ba­se­nie, po­wie­dzie­liśmy, że za­wsze będzie­my tam wra­cać. To prze­rażające, jak łatwo i szyb­ko można złamać obiet­nicę.

Zeszłego lata po po­wro­cie do domu cze­kałam. Po sierp­niu nad­szedł wrze­sień i zaczęła się szkoła, a ja da­lej cze­kałam. Ja i Con­rad nie obie­cy­wa­liśmy so­bie prze­cież ni­cze­go, nie zgo­dził się zo­stać moim chłopa­kiem, łączył nas tyl­ko pocałunek. Con­rad je­chał do col­le­ge'u, gdzie miał spo­tkać mi­lion in­nych dziew­czyn, które nie mu­siały wra­cać o usta­lo­nej po­rze do domu, miesz­kały z nim po sąsiedz­ku, były od mnie mądrzej­sze, ład­niej­sze, bar­dziej ta­jem­ni­cze i zupełnie nowe. To wszyst­ko było dla mnie nie­możliwe.

Myślałam o nim przez cały czas - co to wszyst­ko zna­czyło, czym się dla sie­bie sta­liśmy. Nie mo­gliśmy cofnąć cza­su, wie­działam, że ja już nie mogę się wy­co­fać. To, co zaszło między nami - między mną a Con­ra­dem, a także między mną a Je­re­mim - zmie­niło wszyst­ko. Kie­dy skończył się sier­pień i zaczął wrze­sień, a te­le­fon wciąż nie dzwo­nił, wy­star­czyło, że przy­po­mi­nałam so­bie, jak Con­rad pa­trzył na mnie tego ostat­nie­go wie­czo­ru, a wie­działam, że wciąż jesz­cze mogę mieć na­dzieję. Wie­działam, że nie wymyśliłam so­bie tego, nie po­tra­fiłabym.

Zgod­nie z tym, co mówiła moja mat­ka, Con­rad prze­pro­wa­dził się do aka­de­mi­ka, miał nie­znośnego współlo­ka­to­ra z New Jer­sey, a Su­san­na za­mar­twiała się, że za mało je. Mat­ka opo­wia­dała mi to wszyst­ko przy oka­zji, mi­mo­cho­dem, żeby nie ura­zić mo­jej dumy, a ja nig­dy nie próbowałam z niej wyciągać więcej in­for­ma­cji. Wie­działam, że on za­dzwo­ni, byłam tego pew­na - wy­star­czyło tyl­ko cze­kać.

Te­le­fon za­dzwo­nił w dru­gim ty­go­dniu września, trzy ty­go­dnie po tym, jak wi­działam go po raz ostat­ni. Jadłam lody tru­skaw­ko­we w sa­lo­nie i kłóciłam się ze Ste­ve­nem o pi­lo­ta. Była dzie­wiąta wie­czo­rem w po­nie­działek, pora na naj­lep­sze pro­gra­my w te­le­wi­zji. Te­le­fon za­dzwo­nił, ale ani Ste­ven, ani ja nie ru­szy­liśmy się, żeby ode­brać. Wie­dzie­liśmy, że to z nas, które wsta­nie, prze­gra walkę o te­le­wi­zor.

Mama ode­brała w swo­im ga­bi­ne­cie, przy­niosła słuchawkę do sa­lo­nu i po­wie­działa:

- Bel­ly, to do cie­bie. Dzwo­ni Con­rad.

A po­tem mrugnęła do mnie.

Wszyst­ko we mnie za­wi­bro­wało, usłyszałam w uszach szum oce­anu, ryk sztor­mo­wych fal. Miałam wrażenie, że je­stem pi­ja­na, czułam się cu­dow­nie.

Do­cze­kałam się swo­jej na­gro­dy! Nig­dy nie czułam ta­kiej sa­tys­fak­cji z po­wo­du tego, że miałam rację i że byłam cier­pli­wa.

Ste­ven wy­rwał mnie z tego transu.

- Dla­cze­go Con­rad miałby dzwo­nić do cie­bie? - za­py­tał, marszcząc brwi.

Zi­gno­ro­wałam go, wzięłam od mat­ki te­le­fon i wyszłam z po­ko­ju, zo­sta­wiając za sobą Ste­ve­na z pi­lo­tem do te­le­wi­zo­ra i roz­ta­piające się lody. Wszyst­ko to prze­stało mieć zna­cze­nie.

Po­zwo­liłam Con­ra­do­wi za­cze­kać, aż doszłam do schodów i usiadłam na stop­niach.

- Cześć - po­wie­działam.

Sta­rałam się ukryć uśmiech, bo byłam pew­na, że się go domyśli.

- Cześć - od­parł. - Co słychać?

- Nic spe­cjal­ne­go.

- Coś ci po­wiem. Mój współlo­ka­tor chra­pie jesz­cze głośniej niż ty.

Za­dzwo­nił zno­wu następne­go wie­czo­ru, a po­tem jesz­cze następne­go. Za każdym ra­zem ga­da­liśmy go­dzi­na­mi. Kie­dy dzwo­nił te­le­fon i oka­zy­wało się, że to do mnie, a nie do Ste­ve­na, mój brat początko­wo nic nie ro­zu­miał.

- Dla­cze­go Con­rad do cie­bie wy­dzwa­nia? - dzi­wił się.

- A jak myślisz? Za­ko­chał się we mnie. Po pro­stu je­steśmy za­ko­cha­ni.

Ste­ven omal się nie zadławił.

- Chy­ba zwa­rio­wał - oznaj­mił, potrząsając głową.

- Czy to na­prawdę nie­możliwe, że Con­rad Fi­sher za­ko­chał się we mnie? - za­py­tałam go, za­pla­tając wy­zy­wająco ręce.

Nie mu­siał się na­wet za­sta­na­wiać nad od­po­wie­dzią.

- Tak - stwier­dził. - To ab­so­lut­nie nie­możliwe.

Szcze­rze mówiąc, miał rację.

To było zupełnie jak sen, całko­wi­cie od­re­al­nio­ne. Po całych la­tach, tylu wa­ka­cjach spędzo­nych na ogląda­niu się za nim, tęskno­cie i ma­rze­niach o nim, dzwo­nił do mnie. Lubił ze mną roz­ma­wiać. Po­tra­fiłam go roz­ba­wić na­wet wte­dy, gdy nie było mu do śmie­chu. Ro­zu­miałam, przez co prze­cho­dzi, bo sama po części przez to prze­cho­dziłam. Na świe­cie było tyl­ko kil­ka osób, które ko­chały Su­sannę w taki sposób, jak my. Myślałam, że to wy­star­czy.

Zaczęło nas łączyć coś, co nig­dy nie zo­stało zde­fi­nio­wa­ne, ale co bez wątpie­nia ist­niało. Na­prawdę.

Kil­ka razy je­chał trzy i pół go­dzi­ny ze swo­jej uczel­ni, żeby się ze mną zo­ba­czyć. Raz no­co­wał u nas, po­nie­waż zro­biło się późno i moja mat­ka nie chciała, żeby wra­cał o tej po­rze. Con­rad spał w gościn­nym po­ko­ju, a ja leżałam bez­sen­nie w łóżku przez wie­le go­dzin, myśląc o tym, że on śpi kil­ka metrów ode mnie, w moim domu.

Byłam pew­na, że gdy­by Ste­ven nie przy­cze­piał się do nas jak rzep, Con­rad próbowałby mnie przy­najm­niej pocałować, ale w obec­ności mo­je­go bra­ta to było prak­tycz­nie nie­możliwe. Kie­dy oglądaliśmy te­le­wizję, wpy­chał się między nas, roz­ma­wiał z Con­radem o rze­czach, o których nie miałam pojęcia i które mnie nie in­te­re­so­wały, ta­kich jak fut­bol.

Pew­ne­go razu po obie­dzie za­py­tałam Con­ra­da, czy ma ochotę wy­brać się na mrożony de­ser do Bru­sters, a Ste­ven wtrącił się, mówiąc, że to świet­ny po­mysł. Spio­ru­no­wałam go wzro­kiem, ale tyl­ko wy­szcze­rzył do mnie zęby. Wte­dy Con­rad na jego oczach wziął mnie za rękę i po­wie­dział, że możemy iść wszy­scy. Po­szliśmy wszy­scy, na­wet moja mat­ka - nie mogłam uwie­rzyć, że jeżdżę na rand­ki z matką i bra­tem na tyl­nym sie­dze­niu.

Ale tak na­prawdę to wszyst­ko spra­wiało, że ta jed­na cu­dow­na noc w grud­niu wy­da­wała się jesz­cze cu­dow­niej­sza. Con­rad i ja po­je­cha­liśmy do Co­usins tyl­ko we dwo­je. Noce jak ze snu rzad­ko się zda­rzają, ale ta była na­prawdę jak ze snu. To było coś, na co war­to było cze­kać.

Byłam szczęśliwa, że mie­liśmy tę noc.

Po­nie­waż w maju było już po wszyst­kim.

roz­dział piąty

Założyłam na po­grzeb sta­re oku­la­ry, te w czer­wo­nej pla­sti­ko­wej opraw­ce. To przy­po­mi­nało no­sze­nie zbyt cia­sne­go płasz­cza sprzed lat - kręciło mi się w głowie, ale nie zwra­całam na to uwa­gi. Su­san­na za­wsze lubiła mnie w tych oku­la­rach, mówiła, że wyglądam w nich jak naj­in­te­li­gent­niej­sza dziew­czy­na w oko­li­cy, jak­bym zdążała do ja­sno określo­ne­go celu i dokład­nie wie­działa, jak za­mie­rzam go osiągnąć. Upięłam włosy luźno do góry, po­nie­waż za­wsze jej się to po­do­bało i mówiła, że w ten sposób pod­kreślam rysy twa­rzy.

Czułam, że postępuję właści­wie, sta­rając się wyglądać tak, jak naj­bar­dziej się jej po­do­bałam. Wie­działam, że mówiła to wszyst­ko tyl­ko po to, żeby mi zro­bić przy­jem­ność, ale i tak wie­rzyłam w jej słowa, po­nie­waż wie­rzyłam we wszyst­ko, co mówiła Su­san­na. Uwie­rzyłam jej na­wet wte­dy, gdy mi obie­cała, że nig­dy nie odej­dzie. Myślę, że wszy­scy w to wie­rzyliśmy, na­wet moja mat­ka, i dla­te­go wszy­scy byliśmy za­sko­cze­ni, kie­dy to się wy­da­rzyło. Ale na­wet wte­dy, gdy stało się nie­za­prze­czal­nym fak­tem, nie po­tra­fi­liśmy na­prawdę tego za­ak­cep­to­wać. To się wy­da­wało nie­rze­czy­wi­ste - to nie mogło do­ty­czyć na­szej Su­san­ny, na­szej Beck. Co chwi­la słyszy się o lu­dziach, których stan się po­pra­wił po­mi­mo nie­po­myślnych ro­ko­wań i za­wsze byłam prze­ko­na­na, że tak będzie w przy­pad­ku Su­san­ny. Na­wet gdy­by to miała być jed­na szan­sa na mi­lion, ona była tą jedną z mi­liona.

Jej stan po­gor­szył się szyb­ko i tak bar­dzo, że moja mat­ka kur­so­wała między do­mem Su­san­ny w Bo­sto­nie a na­szym początko­wo co dru­gi week­end, a po­tem co­raz częściej. Mu­siała brać urlop w pra­cy i urządziła so­bie pokój w domu Su­san­ny.

Te­le­fon za­dzwo­nił wcześnie rano, kie­dy na dwo­rze było jesz­cze ciem­no. Oczy­wiście przy­no­sił złe wieści - tyl­ko złe wieści nie mogą nig­dy za­cze­kać. Kie­dy tyl­ko usłyszałam dzwo­nek, jesz­cze przez sen zro­zu­miałam, że Su­san­na odeszła. Leżałam w łóżku i cze­kałam, aż mat­ka przyj­dzie, żeby mi to po­wie­dzieć. Słyszałam, że cho­dzi po swo­im po­ko­ju, a po­tem odkręca prysz­nic.

Po­nie­waż nie przyszła, ja poszłam do niej - pa­ko­wała się, cho­ciaż miała jesz­cze mo­kre włosy. Po­pa­trzyła na mnie znużonym i pu­stym wzro­kiem.

- Beck odeszła - po­wie­działa.

I to było wszyst­ko.

Po­czułam, że za­ci­ska się we mnie supeł, a ko­la­na odmówiły mi posłuszeństwa. Usiadłam na podłodze, opie­rając się o ścianę. Myślałam, że wiem, ja­kie to uczu­cie, kie­dy pęka ser­ce - byłam pew­na, że to właśnie czułam, stojąc sa­mot­nie na szkol­nym balu. Ale tam­to było ni­czym w porówna­niu z tym bólem w pier­siach, pie­cze­niem w oczach, świa­do­mością, że nic już nie będzie ta­kie jak daw­niej. Jak widać, wszyst­ko jest względne. Wy­da­je ci się, że wiesz, czym jest miłość i czym jest praw­dzi­wy ból, ale tak na­prawdę nie masz o tym pojęcia.

Nie wiem, kie­dy zaczęłam płakać, ale nie po­tra­fiłam prze­stać, cho­ciaż nie byłam w sta­nie od­dy­chać.

Mat­ka przeszła przez pokój i przyklękła na podłodze, przy­tu­lając mnie i kołysząc w ra­mio­nach. Sama nie płakała, była całko­wi­cie nie­obec­na du­chem, jak wy­pro­sto­wa­na trzci­na albo pu­ste na­brzeże.

Mat­ka po­je­chała do Bo­sto­nu jesz­cze tego sa­me­go dnia. Przy­je­chała do domu tyl­ko po to, żeby spraw­dzić, czy wszyst­ko u mnie w porządku, i za­brać do­dat­ko­we ubra­nia. Myślała, że jesz­cze zdąży. Po­win­na tam być, kie­dy Su­san­na umarła, cho­ciażby ze względu na chłopców, i byłam pew­na, że ona też tak uważa.

Opa­no­wa­nym bel­fer­skim głosem po­in­for­mo­wała Ste­ve­na i mnie, że mamy przy­je­chać za dwa dni na sam po­grzeb. Nie chciała, żebyśmy prze­szka­dza­li w przy­go­to­wa­niach, po­nie­waż było mnóstwo rze­czy do zro­bie­nia i spraw do po­za­my­ka­nia.

Moja mat­ka zo­stała wy­ko­nawcą te­sta­men­tu, a Su­san­na oczy­wiście do­sko­na­le wie­działa, co robi, wy­bie­rając ją do tej roli. To praw­da, że nie było ni­ko­go lep­sze­go do tego za­da­nia i że załatwiały część spraw jesz­cze przed śmier­cią Su­san­ny, ale tu cho­dziło o coś więcej. Moja mat­ka czuła się naj­le­piej, kie­dy była zajęta, miała coś do ro­bo­ty. Nie mogła się roz­sy­pać, kie­dy była po­trzeb­na, za­wsze po­tra­fiła stanąć na wy­so­kości za­da­nia. Żałowałam, że nie odzie­dzi­czyłam po niej tych cech, po­nie­waż ja czułam się za­gu­bio­na i nie wie­działam, co mam ze sobą zro­bić.

Myślałam o tym, żeby za­dzwo­nić do Con­ra­da, kil­ka razy na­wet wy­brałam jego nu­mer, ale nie po­tra­fiłam się na to zdo­być. Nie wie­działam, co mam po­wie­dzieć, bałam się, że rzucę coś niewłaści­we­go, co tyl­ko po­gor­szy sprawę. Po­tem pomyślałam o tym, żeby za­dzwo­nić do Je­re­mie­go, ale po­wstrzy­mał mnie strach. Wie­działam, że kie­dy za­dzwo­nię i po­wiem to na głos, to sta­nie się praw­dzi­we, a Su­san­na na­prawdę odej­dzie.

Po dro­dze do Bo­sto­nu pra­wie się nie od­zy­wa­liśmy. Je­dy­ny gar­ni­tur Ste­ve­na, ten, w którym nie­daw­no był na szkol­nym balu, wi­siał na tyl­nym oknie, za­pa­ko­wa­ny w po­kro­wiec. Ja nie za­wra­całam so­bie głowy wie­sza­niem mo­jej su­kien­ki.

- Co my im po­wie­my? - za­py­tałam w końcu.

- Nie wiem - przy­znał Ste­ven. - Byłem tyl­ko na po­grze­bie cio­ci Shir­le, ale ona była strasz­nie sta­ra.

Ja byłam wte­dy zbyt mała, żeby pamiętać tam­ten po­grzeb.

- Gdzie będzie­my no­co­wać? W domu Su­san­ny?

- Nie mam pojęcia.

- Jak myślisz, jak pan Fi­sher to zno­si? - Nie po­tra­fiłam się na ra­zie zmu­sić i wy­obra­zić so­bie re­ak­cji Con­ra­da albo Je­re­mie­go.

- Pije whi­sky - od­parł Ste­ven.

Wte­dy prze­stałam za­da­wać py­ta­nia.

Prze­bra­liśmy się na sta­cji pa­liw, ja­kieś pięćdzie­siąt ki­lo­metrów od domu po­grze­bo­we­go. Kie­dy zo­ba­czyłam schlud­ny i wy­pra­so­wa­ny gar­ni­tur Ste­ve­na, pożałowałam, że nie po­wie­siłam mo­jej su­kien­ki. Siedząc w sa­mo­cho­dzie, cały czas wygładzałam ją dłońmi, ale to nie­wie­le po­mogło. Po­win­nam słuchać mat­ki, kie­dy mówiła mi, że sztucz­ny je­dwab jest nie­prak­tycz­ny. Po­win­nam też przy­mie­rzyć tę su­kienkę, za­nim ją za­pa­ko­wałam. Po raz ostat­ni miałam ją na so­bie na przyjęciu na uni­wer­sy­te­cie mo­jej mat­ki, trzy lata temu, więc te­raz zro­biła się za mała.

Bar­dzo wcześnie byliśmy na miej­scu - do­sta­tecz­nie wcześnie, żeby spo­tkać moją matkę krzątającą się, układającą kwia­ty i roz­ma­wiającą z or­ga­ni­za­to­rem po­grze­bu, pa­nem Brow­ne.

Na mój wi­dok na­tych­miast zmarsz­czyła brwi.

- Po­win­naś była wy­pra­so­wać tę su­kienkę, Bel­ly - po­wie­działa po­nu­ro.

Przy­gryzłam wargę, żeby nie po­wie­dzieć cze­goś, cze­go mu­siałabym po­tem żałować.

- Nie miałam cza­su - od­parłam, cho­ciaż to nie była praw­da.

Miałam mnóstwo cza­su.

Obciągnęłam su­kienkę, żeby nie wy­da­wała się taka krótka.

Mat­ka skinęła tyl­ko głową.

- Możecie iść po­szu­kać chłopców? Bel­ly, po­roz­ma­wiaj z Con­ra­dem.

Ste­ven i ja wy­mie­ni­liśmy spoj­rze­nia. Co miałabym po­wie­dzieć? Minął mie­siąc od szkol­ne­go balu, na którym roz­ma­wia­liśmy po raz ostat­ni.

Zna­leźliśmy ich w przy­ległej sal­ce, w której stały ławki i pudełka chu­s­te­czek przy­kry­te la­kie­ro­wa­ny­mi po­kryw­ka­mi. Je­re­mi miał po­chy­loną głowę i wyglądał, jak­by się mo­dlił, choć nig­dy wcześniej nie wi­działam, żeby to robił. Con­rad sie­dział pro­sto, ze sztyw­ny­mi ra­mio­na­mi, wpa­trując się w prze­strzeń.

- Cześć - rzu­cił Ste­ven i odchrząknął.

Pod­szedł do nich i objął ich szorst­kim ge­stem.

Uświa­do­miłam so­bie, że nig­dy wcześniej nie wi­działam Je­re­mie­go w gar­ni­tu­rze. Był chy­ba trochę za cia­sny, po­nie­waż Je­re­mi wyglądał, jak­by było mu nie­wy­god­nie, i co chwi­la po­pra­wiał go przy szyi. Miał za to no­wiut­kie buty. Byłam cie­ka­wa, czy moja mat­ka po­ma­gała mu je wy­brać.

Kie­dy przyszła ko­lej na mnie, pod­biegłam do Je­re­mie­go i uścisnęłam go tak moc­no, jak tyl­ko mogłam. Był całko­wi­cie sztyw­ny w mo­ich ra­mio­nach.

- Dzięki, że przy­je­cha­liście - po­wie­dział, a jego głos brzmiał dziw­nie ofi­cjal­nie.

Za­sta­no­wiłam się, czy może jest na mnie wściekły, ale od­sunęłam od sie­bie tę myśl, gdy tyl­ko się po­ja­wiła. Czułam się win­na, że coś ta­kie­go w ogóle przyszło mi do głowy. To był po­grzeb Su­san­ny. Dla­cze­go Je­re­mi miałby myśleć o mnie?

Po­kle­pałam go nie­zgrab­nie po ple­cach, za­ta­czając dłonią nie­wiel­kie kręgi. Miał wyjątko­wo nie­bie­skie oczy, co ozna­czało, że mu­siał płakać.

- Strasz­nie mi przy­kro - po­wie­działam i na­tych­miast tego pożałowałam, po­nie­waż słowa wy­da­wały się bar­dzo nie­sku­tecz­ne i nie prze­ka­zy­wały tego, co na­prawdę chciałam po­wie­dzieć i co na­prawdę czułam.

"Strasz­nie mi przy­kro" było równie nie­prak­tycz­ne, co sztucz­ny je­dwab.

Do­pie­ro te­raz po­pa­trzyłam na Con­ra­da, który zdążył już z po­wro­tem usiąść, ze sztyw­ny­mi ple­ca­mi w pomiętej białej ko­szu­li.

- Cześć - po­wie­działam, sia­dając obok nie­go.

- Cześć - od­parł.

Nie byłam pew­na, czy po­win­nam go objąć, czy zo­sta­wić w spo­ko­ju, więc ścisnęłam tyl­ko jego ramię, a on nic nie po­wie­dział. Spra­wiał wrażenie, jak­by był zro­bio­ny z ka­mie­nia. Obie­całam so­bie, że będę przy nim cały dzień, będę tuż obok nie­go, stanę się ostoją siły, tak jak moja mat­ka.

Moja mat­ka, Ste­ven i ja usie­dliśmy w czwar­tym rzędzie, za ku­zy­na­mi Con­ra­da i Je­re­mie­go, a także za bra­tem pana Fi­she­ra i jego żoną, która polała się zde­cy­do­wa­nie za dużą ilością per­fum. Pomyślałam, że mat­ka po­win­na sie­dzieć w pierw­szym rzędzie, i po­wie­działam jej to szep­tem, ale tyl­ko kichnęła i stwier­dziła, że to bez zna­cze­nia. Pew­nie miała rację. Po­tem zdjęła żakiet i przy­kryła nim moje odsłonięte uda.

Odwróciłam się raz i zo­ba­czyłam z tyłu mo­je­go ojca. Z ja­kie­goś po­wo­du nie spo­dzie­wałam się, że tu będzie, co w su­mie było dziw­ne, bo prze­cież on także znał Su­sannę, więc to oczy­wi­ste, że przy­je­chał na jej po­grzeb. Po­ma­chałam do nie­go dys­kret­nie, a on zro­bił to samo.

- Tata tu jest - szepnęłam do mat­ki.

- Ja­sne, że jest - od­parła, nie oglądając się.

Szkol­ni ko­le­dzy Je­re­mie­go i Con­ra­da sie­dzie­li ra­zem z tyłu i wyglądali na nie­pew­nych i nie na miej­scu. Chłopcy mie­li opusz­czo­ne głowy, a dziew­czy­ny szep­tały ner­wo­wo między sobą.

Uro­czy­stość się prze­ciągała. Nie­zna­ny mi pa­stor wygłaszał mowę po­grze­bową za­wie­rającą mnóstwo kom­ple­mentów pod ad­re­sem Su­san­ny. Na­zy­wał ją życz­liwą, współczującą i wy­tworną, a cho­ciaż to wszyst­ko była praw­da, miałam wrażenie, że tak na­prawdę nig­dy jej nie wi­dział. Po­chy­liłam się do mat­ki, żeby jej o tym po­wie­dzieć, ale słuchała go i nie­ustan­nie po­ta­ki­wała.

Myślałam, że nie będę już płakać, ale płakałam bar­dzo dużo. Pan Fi­sher wstał i po­dziękował wszyst­kim za przy­by­cie, po­wie­dział też, że za­pra­sza nas później do domu na poczęstu­nek. Jego głos kil­ka razy się załamał, ale zdołał nad sobą za­pa­no­wać. Kie­dy wi­działam go po raz ostat­ni, był opa­lo­ny, pew­ny sie­bie i wy­so­ki, ale tego dnia spra­wiał wrażenie człowie­ka za­gu­bio­ne­go w bu­rzy śnieżnej. Miał sku­lo­ne ra­mio­na i po­bladłą twarz, a ja myślałam o tym, jak trud­no musi być mu stać przed tymi wszyst­kimi, którzy ko­cha­li Su­sannę. Zdra­dzał ją, zo­sta­wił ją, gdy naj­bar­dziej go po­trze­bo­wała, ale w końcu do niej wrócił. Przez te ostat­nie ty­go­dnie trzy­mał ją za rękę. Może on też myślał, że ma więcej cza­su.

Trum­na była za­mknięta. Su­san­na po­wie­działa mo­jej mat­ce, że nie chce, żeby wszy­scy się na nią ga­pi­li w chwi­li, gdy nie wygląda ide­al­nie. Twier­dziła, że umar­li wyglądają tak, jak­by byli sztucz­ni, zro­bie­ni z wo­sku. Po­wta­rzałam so­bie, że ta oso­ba w trum­nie to nie jest Su­san­na, że nie­ważne, jak wygląda, ponie­waż już nie żyje.

Kie­dy uro­czy­stość się zakończyła i odmówiliśmy mo­dlitwę, usta­wi­liśmy się w ko­lej­ce do złożenia kon­do­len­cji. Czułam się dziw­nie do­rosła, stojąc obok mo­jej mat­ki i bra­ta. Pan Fi­sher po­chy­lił się i uści­skał mnie sztyw­no. Miał mo­kre oczy. Potrząsnął dłonią Ste­ve­na, objął moją matkę i skinął głową, gdy szepnęła mu coś do ucha.

Kie­dy objęłam Je­re­mie­go, zaczęliśmy obo­je tak płakać, że pod­pie­ra­liśmy się na­wza­jem. Czułam, że jego ra­mio­na drżą.

Kie­dy objęłam Con­ra­da, chciałam po­wie­dzieć coś, żeby go po­cie­szyć - coś bar­dziej przy­dat­ne­go niż "przy­kro mi" - ale tak szyb­ko było po wszyst­kim, że nie zdążyłam po­wie­dzieć nic więcej. Za mną stała cała ko­lej­ka lu­dzi cze­kających, żeby także złożyć kon­do­len­cje.

Cmen­tarz znaj­do­wał się nie­da­le­ko. Ob­ca­sy cały czas za­pa­dały mi się w zie­mię. Naj­wi­docz­niej wczo­raj mu­siało tu padać. Za­nim trum­na z Su­sanną zo­stała opusz­czo­na do mo­kre­go gro­bu, Con­rad i Je­re­mi położyli na jej wie­ku po białej róży, a pozo­stali dołożyli inne kwia­ty. Ja wy­brałam różową pi­wo­nię. Ktoś zaczął śpie­wać psalm. Kie­dy już było po wszyst­kim, Je­re­mi nie ru­szył się z miej­sca. Stał tuż obok gro­bu Su­sanny i płakał. To moja mat­ka po­deszła do nie­go, wzięła go za rękę i po­wie­działa coś ci­cho.

Kie­dy wróciliśmy do domu Su­san­ny, Je­re­mi za­pro­sił mnie i Ste­ve­na swo­jej sy­pial­ni. Sie­dzie­liśmy na łóżku w na­szych ele­ganc­kich ciu­chach.

- Gdzie jest Con­rad? - za­py­tałam.

Nie za­po­mniałam o mo­jej obiet­ni­cy, że nie zo­sta­wię go dzi­siaj, ale on nie ułatwiał mi za­da­nia, bez­u­stan­nie gdzieś zni­kając.

- Zo­staw­my go na trochę sa­me­go - od­parł Je­re­mi. - Nie je­steście głodni?

Byłam głodna, ale nie chciałam się do tego przy­znać.

- A ty?

- Owszem, trochę. Na dole jest je­dze­nie. - Jego głos za­wie­sił się lek­ko na słowach "na dole".

Wie­działam, że nie chciał tam iść i stanąć twarzą twarz z tymi wszyst­ki­mi ludźmi, wi­dzieć współczu­cia w ich oczach. "Ja­kie to smut­ne - będą po­wta­rzać. - Po­pa­trz­cie na tych osie­ro­co­nych chłopców".

Jego przy­ja­cie­le nie przy­szli tu­taj, po­szli za­raz po po­grze­bie. Na dole byli tyl­ko dorośli.

- Ja mogę iść - za­pro­po­no­wałam.

- Dzięki - po­wie­dział z wdzięcznością.

Wstałam i za­mknęłam za sobą drzwi. W ko­ry­ta­rzu za­trzy­małam się, żeby po­pa­trzeć na zdjęcia na ścia­nach, ma­to­we i opra­wio­ne w iden­tycz­ne czar­ne ram­ki. Na jed­nym z nich Con­rad nosił muszkę i bra­ko­wało mu przed­nie­go zęba, na in­nym ośmio- lub dzie­więcio­let­ni Je­re­mi miał na głowie cza­peczkę Red Sox, której nie chciał zdjąć chy­ba przez całe lato. Twier­dził, że przy­no­si mu szczęście, i zakładał ją co­dzien­nie przez trzy mie­siące. Co jakiś czas Su­san­na prała ją i odkładała na miej­sce, kie­dy spał.

Na dole dorośli kręcili się bez celu, pili kawę i roz­ma­wia­li przy­ci­szo­ny­mi głosa­mi. Moja mat­ka stała przy bu­fe­cie i kroiła cia­sto dla ob­cych lu­dzi. Przy­najm­niej dla mnie byli to obcy lu­dzie - za­sta­na­wiałam się, czy ona ich znała, czy wie­dzie­li, kim była dla Su­san­ny, że była jej naj­lepszą przy­ja­ciółką i spędzała z nią nie­mal każde lato swo­je­go życia.

Wzięłam dwa ta­le­rze, a mat­ka po­mogła mi nakładać je­dze­nie.

- Wszyst­ko w porządku tam na górze? - za­py­tała, kładąc na ta­le­rzu pla­ste­rek sera pleśnio­we­go.

Skinęłam głową i zdjęłam go.

- Je­re­mi nie lubi sera pleśnio­we­go - wyjaśniłam, a po­tem wzięłam jesz­cze garść kra­kersów i kiść zie­lo­nych wi­no­gron. - Wi­działaś może Con­ra­da?

- Chy­ba jest w piw­ni­cy - od­parła, po­pra­wiając sery na półmi­sku. - Może do nie­go zaj­rzysz i za­nie­siesz mu ta­lerz? Ja wezmę je­den na górę dla chłopców.

- Do­brze.

Wzięłam ta­lerz i przeszłam przez ja­dal­nię.

Je­re­mi i Ste­ven ze­szli jed­nak na dół, więc za­trzy­małam się i pa­trzyłam, jak Je­re­mi roz­ma­wia z gośćmi, po­zwa­la się obej­mo­wać i ści­skać so­bie rękę. Kie­dy na­sze oczy się spo­tkały, uniosłam dłoń i le­ciut­ko po­ma­chałam. On zro­bił to samo i le­d­wie do­strze­gal­nie przewrócił ocza­mi pod ad­re­sem ko­bie­ty ucze­pio­nej jego ra­mie­nia. Su­san­na byłaby z nie­go dum­na.

Zeszłam po scho­dach do piw­ni­cy wyłożonej wykładziną dy­wa­nową i dźwiękosz­czel­nej. Su­san­na urządziła ją w ten sposób, kie­dy Con­rad zaczął grać na gi­ta­rze elek­trycz­nej.

W środ­ku było ciem­no, Con­rad nie za­pa­lił światła.

Po­cze­kałam, aż moje oczy przy­zwy­czają się do mro­ku, a po­tem ostrożnie zeszłam po scho­dach, wy­ma­cując so­bie drogę.

Zna­lazłam go od razu - leżał na ka­na­pie z głową na ko­la­nach dziew­czy­ny, która głaskała go po włosach, jak­by miała do tego ja­kieś pra­wo. Cho­ciaż lato do­pie­ro się za­czy­nało, była już opa­lo­na. Zdjęła buty, kładąc bose sto­py na ni­skim sto­li­ku, a Con­rad gładził jej nogę.

Wszyst­ko we mnie za­cisnęło się w cia­sny supeł.

Wi­działam ją na po­grze­bie. Pomyślałam, że jest na­prawdę ślicz­na, i za­sta­na­wiałam się, kim może być. Miała orien­talną, chy­ba hin­duską urodę - ciem­ne włosy i oczy - i była ubra­na w czarną mi­nispódniczkę i białą bluzkę w czar­ne gro­chy. I jesz­cze opa­ska - nosiła czarną opaskę.

Za­uważyła mnie pierw­sza.

- Cześć - po­wie­działa.

Do­pie­ro wte­dy Con­rad spoj­rzał w moją stronę i zo­ba­czył, że stoję w drzwiach z ta­le­rzem sera i kra­kersów. Usiadł pro­sto.

- Czy to je­dze­nie dla nas? - za­py­tał, nie patrząc na mnie.

- Moja mama to przy­syła - wy­mam­ro­tałam nie­wy­raźnie.

Po­deszłam, po­sta­wiłam ta­lerz na sto­li­ku i przez chwilę stałam, za­sta­na­wiając się, co po­win­nam te­raz zro­bić.

- Dzięki - rzu­ciła dziew­czy­na to­nem, który mówił ra­czej: "Możesz już iść". Nie w sposób złośliwy, tyl­ko dający do zro­zu­mie­nia, że im prze­szka­dzam.

Po­wo­li wy­co­fałam się z po­ko­ju, ale kie­dy do­tarłam do schodów, ru­szyłam bie­giem. Prze­biegłam między ludźmi w sa­lo­nie. Słyszałam, że Con­rad bie­gnie za mną.

- Za­cze­kaj! - zawołał.

Pra­wie zdążyłam wy­do­stać się z holu, kie­dy do­go­nił mnie i złapał za ramię.

- Cze­go chcesz? - za­py­tałam, strząsając jego rękę. - Puść mnie.

- To była Au­brey - wyjaśnił, pusz­czając mnie.

Au­brey, czy­li dziew­czy­na, która złamała Con­ra­do­wi ser­ce. Za­wsze wy­obrażałam ją so­bie in­a­czej, jako blon­dynkę, ale ta dziew­czy­na była ład­niej­sza, niż myślałam. Nie miałam szans w ry­wa­li­za­cji z taką dziew­czyną.

- Prze­pra­szam, że prze­rwałam wam chwilę in­tym­ności - ode­zwałam się.

- Rany, dorośnij wresz­cie - rzu­cił Con­rad.

Są ta­kie chwi­le w życiu, które z całego ser­ca pra­gniesz cofnąć, wy­ma­zać na za­wsze. Do tego stop­nia, że byłabyś go­to­wa wy­ma­zać także sie­bie, żeby tyl­ko tam­ten mo­ment prze­stał ist­nieć.

To, co się wte­dy stało między mną a Con­ra­dem, było właśnie jedną z ta­kich chwil.

W dniu po­grze­bu jego mat­ki do chłopa­ka, którego ko­chałam bar­dziej niż ko­go­kol­wiek i co­kol­wiek, po­wie­działam:

- Idź do diabła.

To była naj­gor­sze co ko­mu­kol­wiek po­wie­działam. Oczy­wiście mówiłam już wcześniej ta­kie rze­czy, ale te­raz miałam na za­wsze za­pa­miętać wy­raz jego twa­rzy spra­wiający, że pragnęłam umrzeć. Po­twier­dzał każdą podłą i małost­kową rzecz, jaką kie­dy­kol­wiek myślałam o so­bie, te rze­czy, co do których masz na­dzieję, że nikt nig­dy się o nich nie do­wie. Po­nie­waż gdy­by ktoś o nich wie­dział, zo­ba­czyłby, jaka je­steś na­prawdę, i znie­na­wi­dziłby cię.

- Po­wi­nie­nem wie­dzieć, że taka je­steś - stwier­dził Con­rad.

- To zna­czy jaka? - za­py­tałam roz­pacz­li­wie.

Wzru­szył ra­mio­na­mi i za­cisnął zęby.

- Nie­ważne.

- Nie, po­wiedz mi.

Zaczął się od­wra­cać, żeby odejść, ale za­trzy­małam go, stając mu na dro­dze.

- Po­wiedz mi - powtórzyłam, pod­nosząc głos.

Po­pa­trzył na mnie.

- Wie­działem, że to nie jest do­bry po­mysł, żeby coś z tobą za­czy­nać. Je­steś tyl­ko dzie­cia­kiem. Za­da­wa­nie się z tobą to był ogrom­ny błąd.

- Nie wierzę ci - od­parłam.

Goście zaczęli na nas pa­trzeć. Moja mat­ka, która stała w sa­lo­nie i roz­ma­wiała z ludźmi, których nie roz­po­zna­wałam, uniosła głowę, kie­dy zaczęłam mówić. Nie po­tra­fiłam na nią spoj­rzeć, czułam, że płoną mi po­licz­ki.

Wie­działam, że w ta­kim mo­men­cie należy się wy­co­fać. Wie­działam, że po­win­nam tak postąpić - w tam­tej chwi­li miałam wrażenie, jak­bym uno­siła się po­nad sobą i ob­ser­wo­wała sie­bie samą i wszyst­kich w po­bliżu, patrzących na mnie. Ale kie­dy Con­rad tyl­ko wzru­szył ra­mio­na­mi i zno­wu się odwrócił, po­czułam się nie­sa­mo­wi­cie wściekła i nie­sa­mo­wi­cie mała. Chciałam się po­wstrzy­mać, ale nie po­tra­fiłam.

- Nie­na­widzę cię - po­wie­działam.

Con­rad obej­rzał się i skinął głową, jak­by spo­dzie­wał się, że dokład­nie to usłyszy.

- To do­brze - stwier­dził.

Pa­trzył na mnie w sposób mówiący, że li­tu­je się nade mną, ma mnie dość i na­prawdę ze mną skończył, a ja czułam, że za­czy­na mnie mdlić.

- Nie chcę cię nig­dy więcej oglądać - dodałam i prze­pchnęłam się obok nie­go, a po­tem wbiegłam po scho­dach tak szyb­ko, że po­tknęłam się na naj­wyższym stop­niu i upadłam z całym im­pe­tem na ko­la­na.

Wy­da­je mi się, że ktoś wes­tchnął z obu­rze­niem, ale ja nie­mal ni­cze­go nie wi­działam przez łzy. Na oślep wstałam i po­biegłam do gościn­nej sy­pial­ni.

Zdjęłam oku­la­ry, rzu­ciłam się na łóżko i rozpłakałam.

To nie Con­ra­da nie­na­wi­dziłam, tyl­ko sie­bie.

Po chwi­li przy­szedł mój oj­ciec. Za­pu­kał kil­ka razy, ale kie­dy nie od­po­wie­działam, wszedł i po pro­stu usiadł na brze­gu łóżka.

- Wszyst­ko w porządku? - za­py­tał mnie tak łagod­nie, że po­czułam łzy zno­wu cieknące z oczu.

Nikt nie po­wi­nien być dla mnie miły, nie zasługi­wałam na to.

Stanęłam ple­ca­mi do nie­go.

- Czy mama gnie­wa się na mnie?

- Nie, oczy­wiście, że nie - uspo­koił mnie. - Zejdź na dół i pożegnaj się z gośćmi.

- Nie mogę.

Jak miałabym wrócić na dół i spoj­rzeć lu­dziom w oczy po tym, jak urządziłam taką scenę?

To było nie­możliwe. Czułam się upo­ko­rzo­na i sama byłam so­bie win­na.

- O co poszło to­bie i Con­ra­do­wi? Pokłóciliście się? Ze­rwa­liście ze sobą?

Nie­sa­mo­wi­cie dziw­nie się czułam, gdy usłyszałam słowa "ze­rwać ze sobą" z ust mo­je­go taty. Nie mogłam z nim o tym roz­ma­wiać, bo to było zbyt dzi­wacz­ne.

- Tato, nie umiem z tobą roz­ma­wiać o ta­kich rze­czach. Mógłbyś so­bie pójść? Chciałabym być sama.

- No do­brze - od­parł, ale usłyszałam w jego głosie, że go to za­bo­lało. - Chcesz, żebym zawołał twoją matkę?

To była ostat­nia oso­ba, którą chciałam wi­dzieć.

- Nie, proszę, nie rób tego - po­wie­działam na­tych­miast.

Łóżko skrzypnęło, kie­dy mój oj­ciec wstał i za­mknął za sobą drzwi.

Je­dyną osobą, którą chciałam te­raz zo­ba­czyć, była Su­san­na - tyl­ko ona i nikt inny.

W tym mo­men­cie uświa­do­miłam coś so­bie z prze­rażającą ja­snością: nig­dy już nie będę ni­czyją ulu­bie­nicą. Nig­dy nie będę zno­wu dziec­kiem, nie tak jak wcześniej. To już było skończo­ne.

Su­san­na na­prawdę odeszła.?

Miałam na­dzieję, że Con­rad mnie posłucha i nig­dy więcej go nie zo­baczę. Gdy­bym jesz­cze kie­dyś mu­siała na nie­go spoj­rzeć, gdy­by po­pa­trzył na mnie tak, jak tam­te­go dnia, załamałabym się.