Przed wiosną mą jesieni zżąłem plon
I pola me przed czasem bieli szron; Bólom mym z tajni rok się musiał zdać. Każda ma pora drży od chorych tchnień, Misterjum życia w śmierci wchodzi cień, I ja zmierzch widzę tam, gdzie drugi dzień, Zbyt mądry w tem, czegobym nie miał znać.
- A jeśli to będzie dziewczynka? - Panie mego życia - to nie może być. Modliłam się przez
tyle nocy i tak często składałam dary w kaplicy Szejka Badla, że
jestem pewna, że Bóg da nam syna - chłopca, który wyrośnie na
pięknego mężczyznę. Myśl o tem i bądź szczęśliwy. Matka moja będzie
jego matką, póki nie wstanę, a mułła z meczetu Pałłan dokona
obrzezania - daj Boże, aby on przyszedł na świat w szczęśliwą
godzinę! - a potem, potem ty już nigdy nie odwrócisz się odemnie,
swej niewolnicy. - Odkąd-że to jesteś niewolnicą, królowo moja? - Od samego początku - kiedy twoja łaska padła na mnie.
Jakżeż mogłabym być pewną twej miłości, wiedząc, że zapłaciłeś za
mnie srebrem! - Nie, to był tylko posag. Wypłaciłem go twej matce. - A ona zakopała pieniądze w ziemi i siedzi na nich cały
dzień, jak kura na jajach. Co tu mówić o posagu. Kupiono mnie
jakbym nie była dzieckiem, lecz tancerką z Lucknow. - I martwisz się, ze cię kupiono. - Martwiłam się. Ale dziś jestem szczęśliwa. Teraz już
nigdy nie przestaniesz mnie kochać, prawda? Odpowiedz, mój królu! - Nigdy, nigdy! Nie! - Nawet jeśli "mem-log" - białe kobiety z twej własnej
krwi - zechcą cię kochać? A wiedz o tem, przyglądałam się im, kiedy
wieczorem jechały tędy powozami. Są bardzo piękne. - Widziałem setki latających baloników. Ale kiedy wreszcie
ujrzałem księżyc - przestałem patrzeć na baloniki. Ameera klasnęła w ręce i roześmiała się. - Bardzo dobra mowa! - rzekła. A potem z nagłym przypływem uroczystej powagi: - Dosyć już o tem. Pozwalam odjechać - jeśli chcesz. Mężczyzna nie ruszył się. Siedział na niskiej otomanie z
czerwonej laki w pokoju, którego całem umeblowaniem były błękitne i
białe chodniki, kilka kobierczyków i cała kolekcja poduszek w stylu
krajowym. U stóp jego siedziała szesnastoletnia kobieta, poza którą
zdawał się świata bożego nie widzieć. Z wielu przyczyn i pod każdym
względem powinnoby być inaczej, ponieważ on był Anglikiem a ona
córką Mahometanina, kupioną przed dwoma laty od matki, która
znalazłszy się bez pieniędzy, nieczuła na łzy Ameery sprzedałaby ją
Księciu Ciemności, gdyby tylko zapłata była wystarczająca. Z lekkiem sercem i niewiele o tem myśląc, zawarł John
Holden ten związek. Zanim jednak dziewczyna doszła do zupełnego
rozkwitu, zaczęła wypełniać większą część jego życia. Dla niej i
dla jej matki, zwiędłego już babska, wynajął mały domek na górze,
skąd było widać wielkie, czerwonemi wałami otoczone miasto. A kiedy
rozkwitające żółte chryzantemy na wiosnę okoliły studnię w podwórzu
i kiedy Ameera urządziła się stosownie do swych własnych wyobrażeń
o komforcie i kiedy wreszcie matka jej przestała gderać na
niedostatek naczyń kuchennych, oddalenie od targu i kłopoty
gospodarskie, John Holden zrozumiał że ta chatka stała się jego
domem. Do jego kawalerskiego "bungalowu" (angielska willa w
Indjach) dniem czy nocą każdy miał prawo wstępu, a życie, które tam
prowadził, nie było nadzwyczaj przyjemne. W swym drugim domu on
jeden miał prawo przekroczyć podwórze zewnętrzne, z którego się
szło do pokojów kobiet, a kiedy zaryglowano za nim wielką drewnianą
bramę, był na swem terytorjum królem z Ameerą, jako królową. I otóż
w królestwie tem miała się teraz pojawić trzecia osoba, której
przybycie było dla Holdena nie tak znów nadzwyczajnie pożądane.
Niezbyt ono harmonizowało z jego dotychczas najzupełniej błogim
stanem szczęśliwości. Wniosło pewien rozdźwięk w doskonały spokój
domu, który przywykł uważać za swój własny. Ale Ameera szalała z
radości na myśl o dziecku, a i jej matka była uradowana. Miłość
męską, a już zwłaszcza miłość "białego", uważała za coś niezmiernie
niestałego. Teraz - według zdania obu kobiet - uczucie to mogło być
pewnie kierowane rączką dziecka. - A potem - zwykła mówić Ameera - nigdy więcej już nie
będzie latał za białemi "mem-log". Nienawidzę ich wszystkich,
nienawidzę ich. - Prędzej czy później, kiedy czas przyjdzie, on wróci do
swego narodu - rzekła matka. - Ale dzięki błogosławieństwu boskiemu
obecnie dzień ten jest bardzo oddalony. Holden siedział w milczeniu, pogrążony w myślach o
przyszłości, a trzeba przyznać, że myśli te były niezbyt przyjemne.
Liczne są niekorzyści podwójnego trybu życia. Rząd z właściwą sobie
szczególniejszą pieczołowitością, odkomenderował go na dwa tygodnie
na stanowisko opróżnione przez urzędnika, który musiał czuwać przy
łożu swej cierpiącej żony. Zawiadomienie o tem chwilowem
przeniesieniu obwarowano serdeczną uwagą, iż Holden powinien czuć
się niezmiernie szczęśliwym, jako kawaler i człowiek zupełnie
niezależny. Właśnie przyniósł był te nowiny Ameerze. - To nie bardzo dobrze - mówiła powoli - ale ostatecznie
niema w tem też nic złego. Matka moja jest przy mnie i nie może mi
się stać nic złego - o ile nie umrę z samej radości. Idź do swej
roboty i nie martw się. Kiedy przyjdzie czas, wierzę - nie: jestem
pewna. A wówczas podam ci go na ręce i ty będziesz mnie już kochał
na zawsze. Pociąg odchodzi dziś w nocy, o północy, prawda? Idź i
nie trap się mną, nie bądź o mnie niespokojny. Ale przyjedziesz
niezwłocznie, jak tylko będziesz mógł? Nie będziesz się zatrzymywał
na ulicy, aby mówić z bezczelnemi białemi "mem-log"? Wracaj prędko,
życie moje. Wychodząc z podwórza i kierując się ku uwiązanemu u furtki
koniowi, Holden zawołał starego stróża, który pilnował domu, i
wręczył mu wypełnione już przez siebie blankiety telegraficzne,
wytłumaczywszy mu, kiedy i wśród jakich okoliczności, który z nich
ma wysłać. To było wszystko, co Holden mógł zrobić, poczem, z
uczuciem człowieka jadącego na swój własny pogrzeb, nocnym
pociągiem udał się na wygnanie. Przez cały dzień z godziny na
godzinę z biciem serca oczekiwał depeszy, a w nocy myślał bez
przerwy o śmierci Ameery. Wskutek tego wszystkiego, jego praca dla
państwa nie była pierwszorzędna, a jego zachowanie się wobec
kolegów również nie mogło być nazwane bardzo uprzejmem. Dwa
tygodnie przeszły bez żadnych wieści z domu i wkońcu, prawie
nieprzytomny z niepokoju, Holden musiał strawić dwie bezcenne
godziny na obiedzie klubowym, podczas którego mógł słyszeć,
niejasno, jak w zemdleniu, głosy opowiadające mu, jak nędznie
spełniał obowiązki człowieka, którego miał zastąpić, i jak
haniebnie zachował się wobec swych kolegów. Wysłuchawszy tego
wszystkiego, skoczył na konia i poleciał w noc ciemną przed siebie
z gardłem ściśniętem niepokojem. Nikt mu nie odpowiedział, kiedy
bił pięściami w bramę swego domu. Zniecierpliwiony oczekiwaniem
zawrócił koniem tak, aby on mógł uderzyć w bramę tylnemi kopytami,
gdy naraz z latarnią w ręku pojawił się Pir Chan i stanął przy nim
trzymając mu strzemię. - Co się tu dzieje? - spytał Holden. - Nie moją rzeczą jest odpowiadać na to pytanie, o obrońco
ubogich, ale... To mówiąc, wyciągnął drżącą dłoń, jak przystoi komuś, co,
przynosząc dobrą wiadomość, ma prawo spodziewać się nagrody. Holden pobiegł przez podwórze. Na górze płonęło światło.
Koń jego zarżał u bramy, a w tej chwili Holden usłyszał słabe, lecz
przenikliwe skomlenie, na którego odgłos coś go chwyciło za gardło.
Był to nowy tutaj głos - nie mówił jednakże nic o tem, czy Ameera
żyje. - Kto tu? - krzyknął w ciasnej, ceglanej klatce schodowej. Odpowiedział mu okrzyk zachwytu Ameery, a potem drżący z
dumy i starości głos jej matki: - jesteśmy tu dwie kobiety i - mężczyzna - twój syn. Na progu pokoju Holden nastąpił na obnażony sztylet,
położony tam dla odwrócenia złych uroków; sztylet pękł u rękojeści
pod naciskiem jego niecierpliwej stopy. - Bóg jest wielki, krzyknęła w półcieniu Ameera. -
Wszystkie nieszczęścia dziecka ściągnąłeś na swoją głowę. - Aj, ale jak ty się czujesz, życie mego życia? Stara
kobieto, jakże z jej zdrowiem? - Zapomniała o swych cierpieniach z radości, że powiła to
dziecię. Wszystko dobrze - ale mów cicho - rzekła matka. - Do wyzdrowienia brakowało mi właśnie tylko ciebie -
odezwała się Ameera. - Mój królu, długi czas byłeś daleko odemnie.
I jakież to podarki masz dla mnie? Aha, tym razem to ja mam podarek
dla ciebie. Patrz, życie moje, patrz! Widziałeś kiedy na świecie
takie dzieciątko? Nie, jestem tak osłabiona, że ręki od niego
usunąć nie mogę. - Więc odpoczywaj i nie mów. Jestem przy tobie, bachari
(mała kobieta). - Dobrze to powiedziałeś, bo to jest węzeł i lina
(peechari) między nami, węzeł, którego już nic rozwiąże. Patrz, czy
możesz patrzyć w to oślepiające światło? On jest bez zmazy i skazy.
Nigdy nie było takiego chłopca. Ja illach! Będzie pundytą (pundyta
- tajny wywiadowca z topograficznej sekcji angielskiej w Indjach) -
nie, będzie żołnierzem królowej. A słuchaj, życie moje, czy
będziesz mnie kochał jak przedtem, mimo, że jestem słaba, chora i
na nogach utrzymać się nie mogę? Powiedz prawdę. - Tak. Kocham, jak kochałem, szczerze, z całej duszy. Leż
spokojnie, perło, i odpoczywaj. - Tylko nie odchodź. Siadaj tu przy mnie - tak. Matko, pan
tego domu potrzebuje poduszki. Przynieś ją. W tej chwili nowonarodzona istotka, leząca w ramionach
Ameery, dała jakiś, prawie niedostrzegalny znak życia. - Aha! - wykrzyknęła kobieta, głosem łamiącym się z
miłości: - Ten chłopak to siłacz od urodzenia. Wciąż wymierza mi w
bok potężne kopnięcia. Czy widział kto kiedy takie dziecko? I to
jest nasze dziecko - twoje i moje. Połóż rękę na jego główce, ale
ostrożnie, bo to jeszcze bardzo malutkie, a mężczyźni są bardzo
niezgrabni w takich wypadkach. Holden z niezmierną ostrożnością dotknął końcami palców
główki okrytej puchem. - On już jest wyznawcą Wiary prawdziwej - mówiła Ameera. -
Leżąc tak bezsennie w nocy odmówiłam mu do ucha modlitwę i wyznanie
wiary. A co najcudowniejsze to to, że on się urodził w piątek, tak
jak i ja. (Piątek u Mahometan mający znaczenie niedzieli - uważany
jest za dzień bardzo szczęśliwy). Pamiętaj o nim, życie moje! Ale
uważasz, że on już chwyta rączkami? Holden namacał bezsilną, malutką rączkę, która słabo
wzięła go za palec od ręki. Dotknięcie to zbudziło w nim jakiś
prąd, który wstrząsnął całem jego ciałem, aż doszedł do serca.
Dotychczas myślał tylko o Ameerze. Teraz zaczynał rozumieć, że
oprócz nich dwojga był jeszcze ktoś trzeci na świecie, ale nie mógł
sobie wyobrazić, że to był naprawdę jego syn z duszą i ciałem.
Usiadł, myśląc o tem wszystkiem, zaś Ameera zapadła w lekką
drzemkę.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.