Betula - Damian Śwircz
32.99 zł
26.39 zł
(24,97 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Obudził go dźwięk syreny przejeżdżającego gdzieś w pobliżu pojazdu uprzywilejowanego. Jeszcze nie rozumiał, gdzie jest i jak się tu znalazł. Pod zamkniętymi powiekami przelatywały mu obrazy z nim samym w wieku około ośmiu lat. Nie pamiętał, by którekolwiek z tych wydarzeń faktycznie miało miejsce. Widział siebie w płonącym domu, po chwili stał już na starym pomoście, którego deski łamały się jedna po drugiej, a za moment w jakimś ciemnym lesie otaczały go dzikie psy lub wilki.
Przerażony otworzył oczy, ale jedyne, co ujrzał, poza ciemnością, to blada poświata chyba gdzieś w rogu pomieszczenia. Pod palcami dłoni wyczuł zimną, lekko chropowatą powierzchnię znajomego gresu podłogowego. Przeciął powietrze rękoma, próbując chwycić jakiś przedmiot, żeby móc ocenić, w jakim miejscu się ocknął. Rozpoznał stare krzesła i stół, na którym leżały rozrzucone narzędzia. Teraz już wiedział, gdzie jest. W podpiwniczeniu swojego starego domu.
- Kurwa - powiedział sam do siebie. Rozejrzał się dookoła, sprawdzając, czy na stole nie leży jakaś latarka. Przeklął w myślach ponownie, bo już niezliczoną ilość razy powtarzał sobie, żeby wymienić tu żarówkę, która przepaliła się dobre trzy miesiące temu.
Usiadł na krześle, rozmasował obolałą głowę, a następnie pokręcił nią kilka razy, aż usłyszał chrupnięcie w szyi. Poczuł się odrobinę lepiej. Ruszył pomału w stronę światła, przebijającego się przez szpary w drzwiach, aż odnalazł wyjście z piwnicy.
Skierował się do kuchni, nalał wodę do czajnika, a do starego kubka wsypał trzy łyżki kawy. Czekając, aż woda się zagotuje, spojrzał na zegarek. Było już po dwunastej. Starał się przypomnieć sobie, co się stało. Jak długo i w ogóle dlaczego leżał w piwnicy. Ostatnie, co pamiętał, to wczorajsze wyjście na wieczorny trening. Starał się biegać systematycznie, dwa - trzy razy w tygodniu. Najbardziej lubił wychodzić po zmroku, a im później, tym lepiej. Nie znosił tłumów, w ogóle coraz mniej lubił ludzi. Dobrze czuł się w ciemności i samotności.
Zalał duży kubek z kawą do pełna i myślał dalej. Nie mógł odnaleźć w pamięci szczegółów wydarzeń, nie miał nawet pojęcia, o której godzinie wyszedł. Totalna dziura w głowie. Spojrzał na siebie i dopiero teraz zauważył, że dalej ubrany jest w odzież sportową. Skierował się do drzwi wejściowych, jakby chciał odtworzyć wczorajszy powrót. Przeszedł jeszcze raz przez dom, a następnie udał się w stronę piwnicy. Nic. Powtórzył te czynności kilka razy, ale to nie pomogło. Zrezygnowany usiadł w salonie na swoim ulubionym amerykańskim fotelu z ruchomym oparciem i podnóżkiem, żeby napić się kawy.
- Jadzia, jesteś tu? - rzucił w pustą przestrzeń, ale nie usłyszał odpowiedzi. - Przydałaby mi się twoja pomoc.
Poczuł, że jest cholernie głodny i zmęczony. Zajrzał do lodówki, ale znalazł w niej tylko resztkę masła, które według krzykliwych reklam miało w magiczny sposób obniżyć jego cholesterol, oraz cztery jajka, które według niektórych miały ten cholesterol podnieść. Wyjął resztkę kilkudniowego chleba, patelnię i przygotował jajecznicę. Zazwyczaj lubił, kiedy jajka były lekko ścięte, ale teraz było mu to obojętne. Chciał po prostu zjeść. Usiadł przy stole z resztką kawy i parującym daniem.
- Myślałem, że mam już z tym spokój... - powiedział sam do siebie. Zastanawiał się, kiedy zdarzyło mu się to ostatni raz. - Będzie chyba już z rok - ciągnął dalej.
Kiedyś luki w pamięci miewał częściej. Był okres, że kilka razy w miesiącu. Później, kiedy już zdecydował się poszukać pomocy u psychiatry, same z siebie stały się coraz rzadsze, aż w końcu pomyślał, że więcej nie wrócą.
- Jacek? Jacek, wołałeś mnie? - usłyszał głos kobiety.
- Jadzia, jesteś! Bałem się, że znowu gdzieś zniknęłaś - wyznał, po czym połknął wielki kęs jajecznicy.
- Jestem, kochany, jestem. Znowu miałeś zanik pamięci?
- Tak... Myślałem, że to się już nie powtórzy, a tu proszę. Życie. - Wziął łyk kawy, po czym poczuł nieprzyjemne wibracje w żołądku.
- Nie czułeś nic wczoraj, nie stało się nic złego? - zapytała z troską w głosie.
- Nic, nie przypominam sobie nic, co miałoby jakieś większe znaczenie. Kolejny zwykły, szary dzień. Nie stało się nic... Ostatnie, co pamiętam, to wyjście na trening koło dwudziestej trzeciej.
- Jezu, Jacek. Tyle razy prosiłam, żebyś nie wychodził tak późno. Powiedz chociaż, że odpuściłeś sobie bieg przez las.
- Nie wiem, nie pamiętam - odpowiedział zmieszany.
- Jacek, czego ty szukasz w tych ciemnościach, co? Odpowiedzi na twoje nieszczęście? Myślę, że tam tego nie znajdziesz.
Nagle poczuł, że nie ma ochoty już jeść. Odstawił resztkę jajecznicy do kuchni i wyszedł przed dom. Większość jego znajomych, o ile można ich tak nazwać, miała nawyk wychodzenia przed dom na papierosa. On nie palił, nienawidził tego. Nie mógł znieść tego smrodu, bez znaczenia czy był to klasyczny papieros, czy jakieś nowoczesne, modne pseudozdrowe ekogówno. On uwielbiał wychodzić tak po prostu.
Tuż za jego płotem był mały brzozowy las. Z przyjemnością patrzył na kołysane wiatrem drzewa. Wyobrażał sobie wtedy, że jest jednym z nich, nic nie musi, korzysta z podmuchu, wolno się buja. Daje schronienie zwierzętom mniejszym i większym oraz, co najważniejsze, czyści powietrze z toksyn. Z produkowanych przez ludzi toksyn. Wyobrażał sobie, że potrafi czyścić powietrze nie tylko z nich, ale też z tych parszywych ludzkich istnień.
W kieszeni spodni poczuł wibrujący telefon. Wyjął go i sprawdził, kto dzwoni. Uśmiechnął się, kiedy zobaczył na wyświetlaczu napis Barka. Moja mała Basia - pomyślał. Basia, mimo że nie była już taka mała, dla niego pozostanie na zawsze jego małą Barką. Szczególnie po tym wszystkim, co ich spotkało.
- Cześć, kochanie - powiedział z udawaną radością.
- Cześć, tato - rzuciła obojętnie.
- Coś się stało? - zapytał troskliwie.
- Nie, dzwonię tylko powiedzieć ci, że nie dam rady przyjechać w najbliższy weekend do domu. Wiem, że masz urodziny i nie chcę, żebyś poczuł się rozczarowany, więc mówię ci już teraz.
- No dobrze, a co się dzieje, Barka? - zapytał, a następnie naciągnął na głowę kaptur.
- Tato, mam na imię Basia. Barką już od dawna nie jestem. Nic się nie dzieje, po prostu mam dużo pracy, muszę tu zostać. Mamy ostatnie dni wakacji, a, co się z tym wiąże, również ostatnie dni mojej pracy, zanim wrócę na uczelnię. Pa, tato. Postaram się przyjechać w październiku. - Rozłączyła się.
- Kocham cię, Barka, powodzenia - zawołał, jednak ona już tego nie usłyszała. Westchnął głośno, rozczarowany.
Basia na studia do Gdańska wyjechała rok temu. Z jednej strony ogromnie jej kibicował, z drugiej strasznie się o nią bał. Mogła wybrać uczelnię znacznie bliżej, mogła studiować nawet blisko domu, w Radomiu, jednak ona tego nie chciała. Każdy wie, jaką opinię ma to miasto. On jednak był przekonany, że nie ma większego znaczenia, gdzie kończy się studia. Oczywiście znaczenie miały możliwości rozwoju, jakie daje miasto, ale ostatecznie wszystko rozgrywało się w nas samych.
Jego córka twierdziła, że potrzebuje szansy na rozpoczęcie wszystkiego od nowa. W nowym miejscu, w nowym otoczeniu i bez ciągnącego się za nią ogona. Zamiast wrócić do domu na czas wakacji, ona wybrała pracę w sezonowej budce gastronomicznej. Nie musiała tego robić, w ogóle nie musiała pracować, nawet jeśli nie chciała wracać. Nie rozumiał, ale starał się ją wspierać. Czuł, że ich relacja od tamtego dnia pogarsza się. Czuł, że go unika. Ich rozmowy były coraz rzadsze i coraz mniej treściwe. Trudno było mu się z tym pogodzić, jednak miał wrażenie, że nie ma wyjścia. Nie chciał jej stracić - ostatniego promyczka słońca.
- Oj, Jadźka, martwię się o nią bardzo. Mogłabyś z nią porozmawiać - powiedział smutno, wróciwszy do kuchni.