Dzień, w którym runął blok
Pruitt-Igoe, St. Louis
Film nie przypominał niczego, co można było obejrzeć na co dzień na małym ani na dużym ekranie. Zamiast akcji obrazy: przemysłowy świat kontrastujący z widokami natury ustępującej przed stalą i betonem. Zamiast dialogów dźwięki, wśród których powtarzało się jedno słowo, recytowane monotonnie, w zwolnionym tempie, jak mantra dobiegająca zza grobu: "Koyaanisqatsi... Koyaanisqatsi...". W tle rozpadała się Krowodrza Górka. Rozpadał się Ruczaj, a może Bieżanów Nowy. Potężne bloki pękały na pół, zapadały się w sobie, znikały za obłokami kurzu i pyłu, podobnymi do tumanów, jakie wznieca wybuch atomowy. Nastoletni widzowie z krakowskich osiedli, nadrabiający filmowe zaległości dzięki przegrywanym nielegalnie kasetom wideo, oglądali te sceny niczym ekranizację powieści science fiction. Przecież ich wspólne domy, galaktyki świecące z oddali identycznymi kwadratami świateł, z których układu każdy umiał odczytać położenie własnej gwiazdy: M-2, M-3 lub M-4, nie mogłyby ot tak podzielić losu zwyczajnych kamienic, znikających w jednej chwili pod uderzeniami bomb, jak na zdjęciach dokumentujących II wojnę światową. Były wieczne i niezniszczalne. Film krążył na kasetach wideo wśród wtajemniczonych, idealnie trafiając w moment, kiedy dorastający człowiek dostrzega własną odrębność i pragnie udawać przed rówieśnikami oryginała. Snobujący się na znawców licealiści zwracali więc przede wszystkim uwagę na muzykę Philipa Glassa, co zaś do obrazów, w zupełności wystarczał ich niejasny, metaforyczny charakter. Mało kto zdawał sobie sprawę, że oto przed jego oczami przesuwają się kadry dokumentujące upadek idei modernizmu, jak określił to krytyk Charles Jencks, tak rozentuzjazmowany swą dosadnie sformułowaną diagnozą, że podał w opisie błędną datę: "Architektura modernistyczna umarła w St. Louis w stanie Missouri 15 lipca 1972 roku o godzinie 15:32 (mniej więcej), kiedy to niesławne osiedle Pruitt-Igoe, a raczej kilka z jego wielkopłytowych bloków, otrzymało końcowy coup de grâce za pomocą dynamitu. Czarni mieszkańcy tych bloków rozwalali, niszczyli i psuli, co tylko się dało. Nic nie pomagało pakowanie milionów dolarów w utrzymywanie (malowanie, wstawianie nowych szyb i naprawianie wind) i w końcu położono kres nieszczęsnym budynkom: bum, bum, bum..."[5].
W istocie pierwszy z trzydziestu trzech identycznych jedenastopiętrowych bloków osiedla Pruitt-Igoe w północnej części miasta St. Louis w stanie Missouri zapadł się w sobie na zawsze o trzeciej po południu 16 marca 1972 roku. Drugi - 22 kwietnia, a operację jego wysadzenia mógł za pośrednictwem publicznej telewizji śledzić na żywo cały amerykański naród. 15 lipca zapisał się dopiero jako dzień kolejnych, nieplanowanych z początku wyburzeń. Można by machnąć ręką na brak kalendarzowej precyzji, lecz wokół Pruitt-Igoe narosło tyle niejasności, przeinaczeń oraz mitów, że przynajmniej w tej kwestii warto trzymać się faktów.
Osiedle, które na archiwalnych zdjęciach lotniczych przypomina urzeczywistnioną wersję Miasta Promiennego Le Corbusiera - prostopadłościany z betonu ustawione w równiutkich rzędach pośrodku terenu wykarczowanego specjalnie na ten cel z wcześniejszej zabudowy - powstaje w 1954 roku jako odpowiedź na najpilniejsze wyzwanie, z jakim zmaga się St. Louis: utrata mieszkańców w pierwszej powojennej dekadzie. Ten odmieniec na tle innych wielkich miast Ameryki, które głowią się raczej nad tym, jak sprostać spodziewanemu przeludnieniu, do tej pory rósł dzięki przemysłowi. Fabryki, które przyciągały przybyszy z uboższych miejscowości Południa, radzą sobie jednak coraz gorzej. Gdy wiele z nich przestaje istnieć, rzesza robotników rusza za pracą gdzie indziej.
W najgorszym stanie jest nieremontowane od dawna śródmieście. Biali Amerykanie z klasy średniej też rozpoczęli masową ucieczkę, tyle że do domów jednorodzinnych na obrzeżach, uznawszy centralne dzielnice za zbyt brudne, niebezpieczne i ciasne - oraz, a może nawet przede wszystkim, zbyt czarne. Akurat pod tym względem St. Louis nie odbiega od reszty kraju owładniętego szaleństwem nazywanym suburbanizacją, czyli rozlewaniem się miast na przedmieścia, skutkującym powstawaniem martwych stref w centrum. Władze dochodzą do wniosku, że grunty w sercu miasta trzeba sprzedać po atrakcyjnych cenach prywatnym deweloperom. Jeśli zechcą zastąpić dotychczasową, głównie dziewiętnastowieczną zabudowę nowoczesnymi budynkami, może uda się skłonić do powrotu lepiej sytuowanych. W ślad za nimi ma przybyć biznes. Stworzony na bazie tych założeń plan zagospodarowania St. Louis na najbliższe ćwierćwiecze zakłada w pierwszej kolejności przeobrażenie trzech najuboższych dzielnic, w tym DeSoto-Carr w północnej części śródmieścia, gdzie - zdaniem urbanistów - najlepiej byłoby urządzić publiczny park otoczony trzypiętrowymi domami. W 1949 roku z pomocą przychodzą władze federalne, które wprowadzają w życie ustawę o mieszkalnictwie, tak zwany Housing Act, pozwalającą hojnie angażować państwowe środki w działania gwarantujące "miejską odnowę". Pod tym pozytywnie brzmiącym hasłem kryją się również inne terminy, jak potrzeba "oczyszczenia slumsów" - rozumiana jako likwidacja starszych budynków zamieszkanych przez uboższych, często czarnoskórych mieszkańców, i przekazanie terenu pod prywatne inwestycje zapewniające "najszlachetniejsze i najlepsze wykorzystanie" ziemi. Lokatorzy "oczyszczanych slumsów" muszą się jednak gdzieś podziać, nie da się ich przepędzić jak szczurów, które gnieżdżą się w zdewastowanych budynkach. Satysfakcjonującym rozwiązaniem wydaje się wzniesienie dla nich za państwowe pieniądze specjalnych osiedli w rejonach, gdzie będą mogli cieszyć się względną wygodą i nie rzucać w oczy bogatszym. Entuzjazm spowodowany odkręceniem kurka ze strumieniem dolarów udziela się demokracie Josephowi Darstowi, nowemu burmistrzowi St. Louis. Podczas wizyty w Nowym Jorku uległ magii tamtejszych drapaczy chmur. "Dogonimy Manhattan!" - oznajmia i zmienia dotychczasowy projekt przebudowy śródmieścia, znosząc ograniczenia w wysokości planowanej zabudowy i gęstości zaludnienia. W 1950 roku St. Louis dostaje rządowe wsparcie na budowę pięciu tysięcy ośmiuset mieszkań komunalnych, a rok później władze stanu Missouri przyjmują prawo umożliwiające wyburzanie slumsów. Mieszkania dla uboższych mają powstać na "oczyszczonym" obszarze dwudziestu trzech hektarów w zapuszczonej dotychczas dzielnicy DeSoto-Carr.
Minoru Yamasaki, potomek japońskich emigrantów przybyłych przed wojną do Stanów Zjednoczonych i wschodząca gwiazda urbanistyki, do którego biura trafia pierwsze tak znaczące zlecenie, przystępuje do dzieła z pełnym zaangażowaniem modernisty pragnącego dowieść, że nowoczesna architektura powstająca z myślą o zapewnieniu obywatelom przyzwoitego dachu nad głową ma również moc przemiany zachowań społecznych. Mawia, że gdy ludzie trafiają do dobrze zaprojektowanych domów, zapanowuje spokój i radość. Wtóruje mu burmistrz Darst: "Dzieci, które zyskają szansę dorastania w zdrowych warunkach, wyratowane z nędzy slumsów, będą mieć większą siłę fizyczną, duchową i ekonomiczną, pozwalającą im nieść ciężar demokratycznych tradycji"[6].
Jednak wbrew pozorom architekt nie projektuje bezdusznych, monotonnych brył, odpowiednich raczej dla zdyscyplinowanych mieszkańców Tokio czy Osaki. Proponuje mieszany schemat budynków otoczonych ogrodami, alejami spacerowymi ze szpalerami drzew, z placami zabaw i parkiem, o którym była mowa od dawna. To administracja St. Louis, przerażona wstępną kalkulacją kosztów przekraczających limity nałożone przez agencję rządową, upiera się, że znacznie taniej będzie wznieść grupę jednakowych szaf mieszkalnych wysokich na jedenaście pięter. Różnica zdań rozstrzyga się na korzyść miasta - to ci, którzy mają pieniądze, podejmują ostateczne decyzje. Dodatkowe oszczędności wymusza Kongres w związku z toczącą się akurat wojną w Korei, więc szafy mieszkalne powstają z najtańszych materiałów, a ich wykończenie jest tak tandetne, że zaczną się rozsypywać wkrótce po przyjęciu pierwszych lokatorów. Nie przeszkadza to prasie prześcigać się w zachwytach nad rezultatem, który "już zaczął zmieniać podejście do budownictwa socjalnego w innych miastach Ameryki"[7], i wskazywać go jako model dla kolejnych eksperymentów z osiedlami mieszkaniowymi o wysokiej zabudowie.
Osiedle, podobnie jak jego nazwa, składa się z dwóch części: część ochrzczoną jako Pruitt, od nazwiska kapitana W. O. Pruitta, bohaterskiego czarnoskórego pilota z II wojny światowej, przeznaczono dla czarnych, zaś część Igoe, nazwaną na cześć byłego kongresmena Williama L. Igoe, dla białych. Choć obaj patroni pochodzili z St. Louis, nigdy nie spotkali się za życia. Podobnie będzie z tym założeniem. Na krótko przed oddaniem Pruitt-Igoe do użytku Stany Zjednoczone zniosą segregację rasową, więc wprowadzony z myślą o niej podział ma teraz dowodzić czegoś zgoła przeciwnego: możliwości ulokowania na jednym terenie mieszkańców o różnym kolorze skóry, choć akurat biali, mimo kuszącej wysokości czynszów (czterdzieści dolarów za najmniejsze, dwupokojowe mieszkanie) nie kwapią się do zasiedlania bloków.
"Wielka nadzieja Ameryki!" - piszą o Pruitt-Igoe dziennikarze, jakby lokatorom, wstępującym między tutejsze jedenastopiętrowce sięgające nieba, które uosabiają pewność dwudziestowiecznej architektury, udzielała się ich strzelistość i zwartość; jakby mieli się natychmiast wyprostować, pozbyć piętna podopiecznych pomocy społecznej, wkroczyć w swoje cztery kąty z wiarą w lepsze jutro. Coś w tym jednak jest: atmosfera nadziei najwyraźniej udziela się również afroamerykańskim rodzinom, które z niedowierzaniem dotykają nowiutkich mebli, w jakie wyposażono lokale, i wypróbowują wraz z dziećmi błyszczące świeżością urządzenia na placu zabaw. Perspektywa odmiany losu zdaje się łagodzić szok związany z przeprowadzką, bo w porównaniu z dotychczasowym widokiem na ceglane ściany innych budynków przestrzeń rozciągająca się wokół bloków aż przeraża bezkresem. Istna oaza nowoczesności na pustyni. Trzeba nauczyć się obsługi wind zatrzymujących się tylko na pierwszym, czwartym, siódmym i dziesiątym piętrze (wydłuża to codzienną drogę do domu, ale ma dać szansę spotkania się na schodach z którymś z sąsiadów), dowiedzieć, do czego służą pomieszczenia zaplanowane z myślą o zebraniach, oraz pobłądzić wiele razy wśród korytarzowych galerii, aż po wielu nieudanych próbach każdy nauczy się rozpoznawać drogę do swojego mieszkania i chociaż trochę oswoi zupełnie nieznane otoczenie.
W 1957 roku zaludnienie Pruitt-Igoe dochodzi do dziewięćdziesięciu jeden procent. Zdaje się, że przez długą chwilę to miejsce rzeczywiście jest "szczęśliwym ulem", jak mawiał Le Corbusier o podobnym eksperymencie własnego autorstwa - Jednostce Mieszkalnej w Marsylii, której lokatorzy, połączeni misją zarządzania niecodzienną przestrzenią oddaną do ich dyspozycji, tworzą coś na kształt "moralnej administracji". Wystarczy jednak dekada, by liczba mieszkańców Pruitt-Igoe spadła o jedną trzecią, a przed wyburzeniami wynosiła już tylko niecałe trzydzieści jeden procent. Już z końcem lat sześćdziesiątych trzeba sporej determinacji i hartu ducha, by mieszkać na osiedlu, na które nawet sklepy nie chcą dostarczać przesyłek. Jeśli ma się wyjątkowego pecha, to któregoś dnia po drodze do mieszkania można tu nawet spotkać własną śmierć. Nieostrożnym w najlepszym wypadku grozi rabunek w windzie, która służy za publiczną toaletę. Ustępy mogły powstać na parterze, lecz nigdy ich nie urządzono, choć aż się o nie prosiło, biorąc pod uwagę, że dzieciarnia cały dzień biega między blokami. Zimą wysiada ogrzewanie, pękają rury i woda zalewa całe piętra. Latem na wyższych kondygnacjach nie ma czym oddychać, a w dodatku wszędzie unosi się smród zgnilizny i odchodów. Korytarze, na których można kupić każdy rodzaj narkotyków, natknąć się na bójkę członków gangów albo prostytutkę obsługującą klienta, toną w wodzie i śmieciach, wśród których buszują szczury. Ściany pokrywa graffiti, między płytami lęgną się karaluchy. Wybite na przestrzał okna ukazują widok na klatki schodowe sąsiednich budynków.
Kiedy socjolog Nathan Glazer, zatrudniony do analizy potencjalnych szans naprawy osiedla, po inspekcji pyta, czy administrator mógłby wskazać wady projektu, ten bez wahania odpowiada:
- Zbyt dużo przejść, zbyt dużo wyjść. Zbyt wiele możliwości ucieczki przed policją. - Choć policja już od dawna nie odbiera wezwań z Pruitt-Igoe.
Architekt Yamasaki westchnie w wywiadzie dla "Architectural Review": "Nie przypuszczałem, że ludzie okażą się aż tak skłonni do wandalizmu"[8] - i doda, że żałuje efektu swojej pracy. Plan naprawy zakłada zburzenie dwóch budynków i obniżenie pozostałych do czterech pięter, a następnie ich przeróbkę. Nikt jednak nie chce się podjąć zadania. Cztery lata później w siedemnastu blokach zostaje już tylko ośmiuset lokatorów. Nie, żeby pozostawali głusi na argumenty Miejskiego Departamentu Mieszkalnictwa, który od dawna zachęca tutejszych mieszkańców do ucieczki. Większość zwyczajnie nie ma dokąd uciec. W 1976 roku ostatni blok zmienia się w hałdę gruzu.
Administracja prezydenta Nixona wskazuje unicestwione osiedle jako przykład spektakularnej porażki koncepcji łożenia na odnowę miast z publicznej kasy, a pokazowa transmisja telewizyjna ma unaocznić Amerykanom, że próby odgórnego rozwiązywania problemów społecznych kończą się jedynie stratami. Sugestia jest jasna: czarnoskórzy lokatorzy, choćby zaoferowało się im najlepsze warunki, nie umieją stworzyć więzi pozwalających zadbać o otoczenie. Gdziekolwiek trafią, kopiują złe wzorce, a modernistyczna architektura tylko wzmacnia w nich skłonność do destrukcji. Jeśli gdzieś szukać pierwowzoru dla polskiego słowa "blokowisko" na długo przed jego narodzinami, to właśnie tam, w Pruitt-Igoe.
Archetyp tego "złego osiedla" powraca po latach w jeszcze jednym filmie. Tym razem o swoich doświadczeniach mówią głównie byli mieszkańcy nakłonieni do zwierzeń przez dokumentalistę Chada Freidrichsa. Nawet jeśli wziąć poprawkę na siłę nostalgii, która zmiękcza kontury obrazów z przeszłości i pokrywa je romantyczną mgiełką, to trudno nie zauważyć, że żaden z dawnych lokatorów, którzy zresztą nadal spotykają się od czasu do czasu, by podtrzymać kontakty, nie ocenia samego osiedla źle. Zwłaszcza tuż po oddaniu go do użytku. "Dla nas to było jak Beverly Hills"[9] - mówią i rozpływają się na wspomnienie nowiutkich mieszkań i sąsiedzkich relacji. Ciągle tkwi w nich uparty sentyment do życia w budynkach, które później musieli opuścić. Słuchając ich opowieści, nietrudno mu zresztą ulec: początki Pruitt-Igoe jawią się w nich jak historia jednej wielkiej rodziny, wiejskiej gromady wspólnie wychowującej dzieci i spotykającej się, by świętować z byle okazji. Dopiero gdy na osiedle zaczęli sprowadzać się kolejni przybysze, a przeludnienie i poczucie odizolowania pośród wielkich brył betonu zaczęło napędzać frustrację, sprawy poszły w złym kierunku.
Film burzy też mit Pruitt-Igoe jako ucieleśnienia błędów w architekturze i polityce mieszkaniowej, na pierwsze miejsce wybijając inne przyczyny: niedofinansowanie i efekt krótkowzrocznego myślenia rządzących. Ogarnięci reformatorskim zapałem, wznieśli osiedle dla uboższych, ale nie zatroszczyli się o jego utrzymanie, zakładając optymistycznie, że złożą się na nie sami lokatorzy. Wpływy z czynszów jednak topniały, w miarę jak część mieszkańców - ci, których było na to stać - porzucała bloki, wiedziona marzeniem o własnym domu na przedmieściach, a ich miejsce zajęła fala bezrobotnych przybyszy z Południa, dotąd biedujących w centrum i przekwaterowanych do Pruitt-Igoe po tym, jak nad miastem przetoczyło się tornado. Szybko zabrakło więc środków na zapewnienie bezpieczeństwa, czystości i doglądanie infrastruktury wciąż wymagającej napraw, bo wykonanej tanim kosztem. Dodatkowo pod koniec lat sześćdziesiątych Kongres przyjął ustawę, która miała chronić lokatorów przed podwyżkami, ustalając stawki czynszowe na poziomie maksymalnie trzydziestu procent dochodów. Chęć ulżenia gorzej sytuowanym z takich miejsc jak Pruitt-Igoe dała dokładnie odwrotny skutek, zamieniając ich codzienność w koszmar, a miejsce, które miało odmienić ich przyszłość - w slumsy, z jakich uciekli, licząc na obiecane lepsze jutro. Pieniędzy było coraz mniej. W lutym 1969 roku Pruitt-Igoe znalazło się na pierwszych stronach gazet, gdy część lokatorów rozpoczęła strajk i odmówiła płacenia czynszu, jeśli władze nie zadbają o bloki i ich otoczenie. Brak szybkiej reakcji urzędników zakończył niespełna dwudziestoletnią historię osiedla. Władze uznały, że mieszkańcy sami są sobie winni i nie zasłużyli, by łożyć na ich utrzymanie. Porażką nie była więc sama koncepcja, wyszydzana przez republikańskich polityków jako "testowanie realnego socjalizmu", lecz błędne i niekompletne wprowadzenie jej w życie - takie przesłanie zdaje się płynąć z filmu, przecząc rozpowszechnionej w latach upadku osiedla tezie, że był on skutkiem braku zaangażowania, jakie wymusić może tylko prywatna własność.
Niektórzy komentatorzy wskazują też, że za przeprowadzeniem pokazowego eksperymentu mieszkaniowego akurat w tej części miasta nie przemawiały żadne przesłanki. Statystyki, wyciągane po latach z segregatorów i analizowane bezlitośnie przez krytyków ówczesnego podejścia do planowania miast, nie potwierdzają bowiem zupełnie tezy o nadmiernym zagęszczeniu lokatorów centralnych dzielnic St. Louis. Nie było więc podstaw do przesiedleń i tworzenia społeczno-architektonicznego getta.
Są też tacy, którym do wyjaśnienia historii utraconego raju z betonu wystarcza metafizyka, czyli przekonanie o klątwie prześladującej jego twórcę. To przecież on zaprojektował później Twin Towers w Nowym Jorku, ten symbol nadmiernej wiary w techniczny postęp i moc liberalnej gospodarki, i choć nie dożył dnia, gdy jego dwie wieże rozsypały się w pył, widział, jak kilka jego pomniejszych dzieł spotykał równie marny los: począwszy od Military Personnel Records Centre w tym samym St. Louis, gdzie pożar zniszczył gromadzone latami zbiory, poprzez nieistniejący już terminal A na lotnisku Logan w Bostonie, aż po budynek Lincoln Elementary School w Livonii w stanie Michigan, zburzony w latach osiemdziesiątych. Większość wytworów Yamasakiego przetrwała jednak do dziś, a on sam zbyt mocno zapisał się w historii nowoczesnej architektury, by uznać go za pechowca, obciążonego karą za piekło zgotowane mieszkańcom bloków.
"Sześcioletnia Aurelia Jedwabińska przemierzyła wylany betonem plac pośrodku osiedla i podeszła do swego bloku. Przystanęła przed wejściem, uniosła głowę i spojrzała na ogromny, ponury fronton wieżowca. Na trzecim piętrze, w oknach jej mieszkania, było ciemno. [...] Na całym wielkim placu było pusto, kałuże lśniły jak arkusze metalu w świetle wielkich jarzeniowych lamp, samochody kuliły się na parkingu, a silny wiatr uderzał z łoskotem o bryły wielkich bloków"[10].
Córka Marii i Stanisława, dziewczyna z bloku przy Opolskiej na osiedlu Trzydziestolecia PRL w Krakowie, też jest Aurelią Jedwabińską z ulicy Norwida w Poznaniu. A przynajmniej tak się jej wydaje, bo doskonale Aurelię rozumie. Na sportretowane w książce osiedle na poznańskich Jeżycach (którego nigdy nie odwiedziła, lecz jest pewna, że rozpoznałaby je na pierwszy rzut oka) nakłada się jej obraz własnego pokoju, sąsiednich bloków za szybą i kałuż w popękanym betonie, rozświetlanych odbiciami świateł padających z dziesiątków okien.
Ale nie jest też tak, jak wyobrażają sobie niektórzy: że mogłaby zamieszkać w każdym bloku na każdym osiedlu, na przykład tym Aurelii, przenieść się z jednej formy w drugą i umościć w niej jak pszczoła, której wystarcza komórka o znajomych rozmiarach i bliskość innych pszczół z roju. W taki sposób mogą sobie myśleć Japończycy, którzy twierdzą, że dom powstaje w momencie, gdy człowiek wypełni pustkę między czterema ścianami i dachem, a przestaje istnieć, gdy odchodzi.
Czasem prześladuje ją sen. Pokonuje kładkę oglądaną codziennie z okna i trafia na sąsiednie osiedle. Przechadza się wśród bloków i nagle uświadamia sobie, że przecież nie przyszła na spacer, tylko w poszukiwaniu własnego mieszkania. Biega od bloku do bloku, lecz te, które w oddaleniu wyglądały na dobrze znane, z bliska okazują się obce; mija klatkę za klatką, wypatrując numerów, ale wszystkie są jakieś wybrakowane. Zaczyna biec. Od nadmiaru przesuwających się przed oczami wejść, okien i balkonów kręci się jej w głowie. Chwyta się spojrzeniem horyzontu, bo grunt ucieka jej spod stóp, lecz zamiast znajomego, uspokajającego masywu po przeciwległej stronie kładki widzi zupełnie inny obraz: kolonie bloków o nierozpoznanych kształtach, rozrastające się teraz we wszystkie strony. Skąd się wzięły, jak to możliwe, na pewno wcześniej ich tam nie było; mała figurka miotająca się teraz wśród obojętnych brył.
Bloki, myśli sobie, są jak znaki, architektoniczny alfabet Morse'a, układający się w zaszyfrowane zdania. Z pozoru sama przeciętność, nic ciekawego, mówi się nawet, że nie ma nic banalniejszego od bloków, ale spróbujcie złamać ich kod, a przekonacie się, że każde osiedle ma swój własny dialekt. Obcy minie obojętnie kamienną obudowę śmietnika, pawilon spożywczy, piaskownicę na skraju podwórka, krzew śnieguliczki, ale wkrótce odkryje, że wystrychnięto go na dudka, bo wystarczy jedno spojrzenie miejscowych, by każdy z tych punktów, tak drobnych, że lekceważy je mapa, ujawnił ukryty sens.
Na przykład blok przy Opolskiej, ta deska o jednakowej szarzyźnie ścian, ma stronę żółtą i stronę niebieską. Niebieska, zimna, patrzy na północ, rządzą nią reguły wejść i wyjść, porannych wypraw do szkoły i pracy, rytm sprawunków w osiedlowym pawilonie, nieustanny wyścig pojazdów mknących jak po taśmie trzema pasami sąsiedniej arterii. Nerwowość tej północnej strony musi mieć coś wspólnego z niedostatkiem słońca. Kiedy blask wreszcie pada na jezdnię, pokonawszy zaporę jedenastu kondygnacji, jest już za późno, by się nim nacieszyć, właśnie mija kolejny dzień. Szyby w oknach od tej strony są przyszarzałe od spalin, podczas gdy strona żółta, we wspomnieniach wiecznie zalana światłem, to odpoczynek, widok rodziców wracających z pracy od strony pętli autobusowej, ich głowy wychylające się z okien w porze kolacji z okrzykami: "Do domu!", długie wakacyjne popołudnia, koce rozkładane na trawie w cieniu drzew owocowych, wrzaski niedorosłych piłkarzy, smak oranżady kupowanej u prywaciarza w sklepiku, po której zostają kapsle, malowane od wewnątrz we flagi krajów kopiowanych z encyklopedii, zgrzytliwe dźwięki muzyki, przerywające niedzielną ciszę w porze, gdy cały placyk przed blokiem drga od upału, i drobniaki zawinięte w papier, padające z pięter na trawę, gdzie odnajduje je natychmiast mały śniady chłopak, odgrywający w muzycznej kompanii rolę asystenta, podczas gdy pozostali, otyli, czarniawi mężczyźni, w geście podzięki cisną w klawisze instrumentów z jeszcze większym zapałem.
Język blokowych osiedli brzmi jak muzyka eksperymentalna: odstręczająca dla uszu leniwych, dla znawców - przekaz ukryty wśród chaotycznych dźwięków, myśli dziewczyna z bloku.
Babcia z Ziem Odzyskanych, matka Stanisława, która na kilka miesięcy dołączyła do jego rodziny w M-4 na osiedlu Trzydziestolecia PRL, rozszyfrować tego przekazu nie umie. Nie nauczyli jej. Musiałaby odrzucić swoje śpiewne narzecze, które przywiozła dawno temu ze wschodu, i przyswajać jeden za drugim sens znaków, jakby uczyła się hieroglifów czy ideogramów. Czekając, aż mąż dojdzie do siebie w krakowskim szpitalu, całymi dniami przesiaduje w mieszkaniu. Jej najdalsze wędrówki sięgają pokoju wnuczki. Tam, skąd przyjechała, pod Wrocławiem, bloki są mniejsze, bardziej ludzkie. Sama mieszka w domu, który trudno jej nazwać swoim, domu po Niemcach, ale stokroć woli go od tej ciasnoty.
Prowadząc z nudów całodniowe obserwacje przy oknie, przygląda się dziennemu rozkładowi ruchu, o którym w czasach jej młodości pisał współtwórca polskich osiedli społecznych Szymon Syrkus: "Presto - ludzie spieszący do szkoły, do fabryki, do sklepu. Lento - ludzie starzy, oglądający powoli zmieniające się widoki. Pauza - widok z okna. [...] O godz. 7-ej - pracownicy umysłowi biegną do tramwaju. O godz. 8 tą samą ścieżką idzie matka. Musi ona przed udaniem się do miejsca pracy odprowadzić dzieci do żłobka czy przedszkola. Matka idzie wolno, mijają ją w biegu spieszący się do szkoły uczniowie. O godz. 9-tej wychodzą na poranną przechadzkę staruszkowie, przysiadają na ulubionej ławce. O godz. 15-ej kobiety spiesznie podążają do domu, by wykończyć obiad. O godz. 16-ej biegną na obiad wygłodniałe dzieci, wracają zmęczeni pracą ojcowie. O 19-ej ścieżką przechadzają się młode pary, zasiadają na ławkach, zajmują je często do późnej nocy. [...] Dążymy do tego, aby wiosną, latem, jesienią i zimą, rano, w południe czy wieczorem mieszkańcy, bez względu na ich wiek, z upodobaniem wracali do swych dziedzińców, aby przywiązywali się do codziennej wędrówki przez ich ciągi i przeżywali wciąż na nowo ich przestrzenną kompozycję, jak kompozycję muzyczną dobrze znanej ulubionej suity"[11].
Mowa bloków jest językiem matematyki. Le Corbusier, jeden z ich ojców, nie na próżno fascynował się myślą Platona i neoplatończyków, szukał harmonii liczb w micie o Orfeuszu, próbował wpisać w swoje konstrukcje kształt ludzkiej sylwetki o idealnych proporcjach i rozwijał po swojemu teorię złotego podziału. W Szkole Podstawowej numer 21 imienia Władysława Jagiełły, do której chodzi wnuczka, córka Marii i Stanisława, nie uczono jednak o Modulorze. Nie uczono w ogóle o architekturze, choć ten chudy Szwajcar w okularach ze szkłami jak denka od butelek byłby tu właściwszym patronem niż staro wyglądający Litwin spoglądający z portretu pędzla Matejki wiszącego w każdej klasie.
Pierwszy film z trylogii Godfreya Reggio, ukazujący światu moment likwidacji osiedla Pruitt-Igoe, powstaje dopiero w 1982 roku. Dekadę wcześniej, gdy Amerykanie mogą na żywo śledzić zarejestrowane później w Koyaanisqatsi wydarzenia, rozbudowująca się po wojnie Europa jak na ironię dopiero zaczyna na masową skalę wprowadzać w życie "upadłe idee" Nowoczesnej Architektury.
Szykowała się do tego długo. By miliony jej mieszkańców mogły zamieszkać w blokach, wiele zjawisk musiało zbiec się w czasie. Ekspansja głównych europejskich potęg w zamorskich koloniach. Rozwój przemysłu, który skłonił robotników do przeprowadzki bliżej fabryk i poszukiwania dachu nad głową, co przyczyniło się do rozrostu miast. Inwencja w podejściu do materiałów i masowa produkcja, które umożliwiły coraz śmielsze eksperymenty z technologiami pozwalającymi budować szybko i tanio. Nowe podejście do miejskiego planowania oparte na wyobrażeniach o zmieniających się potrzebach człowieka ery maszyn. Dwie wojny światowe, które spustoszyły kontynent i postawiły rządzących przed wyzwaniem zapewniania dachu nad głową milionom ludzi. I wreszcie awangardowe kierunki w sztuce: kubizm, futuryzm, ekspresjonizm, modernizm, głoszące prymat formy nad stylizacją, wiarę w moc inżynierii, zjednoczenie piękna z funkcjonalnością i nadzieję, że wskutek kształtowania oblicza miast zgodnie z tymi pryncypiami można przemienić także ducha ich mieszkańców.
"Beton" i "ognisko domowe" to hasła pasujące do siebie jak "lód" i "płomień". Materiał odpycha już samym wyglądem, jest szary, kojarzy się z nijakością i chłodem. Z perspektywy kogoś, kto chce budować szybko i tanio, ma jednak masę zalet.
W poszukiwaniu najstarszych przykładów prefabrykacji, czyli kojarzonego dziś powszechnie z blokami taśmowego wytwarzania półproduktów nadających się do łatwego transportu na miejsce budowy, można by zapędzić się aż na antypody i aż do roku 1820. To wówczas londyńskiemu stolarzowi nazwiskiem Henry Manning udaje się opracować - z myślą o rodakach na obczyźnie i ku chwale Korony Brytyjskiej, która liczy na szybkie zasiedlanie odległego kontynentu - projekt lekkiego domu w częściach, który można przetransportować do Australii i zmontować w kilka dni, jak informują emigrantów reklamy prasowe. Ale nie bądźmy aż tak drobiazgowi, zwłaszcza że poszukiwanie prototypowych budynków z prefabrykatów tak czy owak zaprowadzi do Wielkiej Brytanii, kolebki industrializacji. W 1851 roku w Londynie powstaje imponujący obiekt ze stali i szkła, który idealnie nadawał się na symbol nowoczesności, jeden z ośmiu cudów świata: Kryształowy Pałac, dzieło Johna Paxtona, uzdolnionego architektonicznie ogrodnika, specjalisty od konstrukcji szklarniowych, przygotowane specjalnie na wystawę światową w Londynie. Olbrzymia szklana konstrukcja, w której odbijają się refleksy słońca i wody, wsparta lekko na stalowym rusztowaniu, pod którym pomieściło się kilkanaście tysięcy wystawców, w tym siedem tysięcy dwustu reprezentujących imperium brytyjskie - zacna manifestacja nieograniczonych możliwości epoki przemysłowej oraz siły monarchii pod flagą z czerwonym krzyżem. Wykonano go wyłącznie z prefabrykatów. Przypominający monstrualną cieplarnię Pałac, jak każdy gmach zmuszony unieść nadmiar ambicji, miał istnieć wiecznie, więc po zakończeniu targów z pietyzmem zdemontowano go i odtworzono w powiększonej wersji na zamożnych londyńskich przedmieściach, ale w 1936 roku w niejasnych okolicznościach strawił go pożar. Jednak zanim się to stało, zdążył dostatecznie mocno zapisać się w świadomości współczesnych i długo fascynować potomnych.
Katowice, osiedle Tysiąclecia
Mikołaj Czernyszewski, utopijny socjalista i rewolucjonista, obejrzawszy Pałac w 1859 roku, nie zapomni o nim w rosyjskim więzieniu. W pisanej tam powieści Co robić? umieści obraz "wspaniałego ogrodu zimowego" i popuści wodze fantazji, opisując miasta złożone z ogromnych budynków, które są "oddalone od siebie o dwie czy trzy mile, niczym figury szachowe ustawione starannie na szachownicy", rozdzielone zielonymi kwartałami "pól i łąk, lasów i ogrodów". Żyje w nich "ogromna większość, dziewięćdziesiąt osiem procent" mieszkańców, "bo tak jest przyjemniej i korzystniej"[12].
Lothar Bucher, niemiecki intelektualista na emigracji w Londynie i były doradca Bismarcka, dzieląc się wrażeniami z oględzin Pałacu, zanotuje, że jego "romantyczne piękno [...] wywierało na oglądających tak przemożne wrażenie, że ryciny Pałacu widywano później na ścianach chat w najodleglejszych niemieckich wsiach"[13]. Ryciny, w których dziś można bez trudu dostrzec niewyraźną zapowiedź fotogramów Christiana Schada - zdjęć masywu Gropiusstadt majaczącego pośród pól Brandenburgii. Mit Pałacu przetrwał do dzisiaj, analizowany przez filozofów, takich jak Peter Sloterdijk, postrzegający ów gmach jako miejsce dopełnienia się cywilizacji zachodniej, "kres historii"[14].
John Paxton i Henry Manning byli tylko jednymi z wielu. Długi szereg eksperymentatorów, odpowiedzialnych za triumf seryjnej produkcji domów, mógłby równie dobrze otworzyć francuski inżynier François Hennebique, twórca kluczowego dla ich wznoszenia systemu szkieletowej konstrukcji żelbetowej, złożonej ze słupów, belek i płyt stropowych połączonych stalowym zbrojeniem. On z kolei inspirował się eksperymentami swojego rodaka Josepha Moniera, kolejnego ogrodnika w tym poczcie wynalazców, który jako pierwszy zaczął usztywniać odlewy donic z betonu stalową siatką. Ponoć, jak to bywa z przełomowymi osiągnięciami, wymyślił takie rozwiązanie przez przypadek, gdy używany w pracy kosz ze stali wpadł mu do płynnej masy betonowej. Obaj opatentowali swoje odkrycia - Monier płytę betonową, a Hennebique - konstrukcję z żelbetu, otwierając innym drogę do wykorzystania tych materiałów na większą skalę. Za nimi kroczą architekci i inżynierowie: i ci mniej sławni, jak Alexander Brodie czy François-Marie Lebrun, i ci o powszechnie znanych nazwiskach - Auguste Perret, Le Corbusier czy Walter Gropius. Perret w 1903 roku wzniósł dla siebie przy rue Franklin w Paryżu dom wykonany w całości z betonu, a Brodie, główny inżynier Liverpoolu, dwa lata później powiększył skalę, demonstrując ekonomiczne i społeczne korzyści ze stawiania pierwszych skupisk domów z betonowych prefabrykatów na wystawie taniego budownictwa sponsorowanej przez dziennik "Daily Mail". Ideę podchwycił natychmiast amerykański architekt i urbanista Grosvenor Atterbury i zmaterializował ją za oceanem w postaci osiedla Forest Hills Gardens. Realizacja przywodzi na myśl raczej rezydencje Tudorów niż współczesne bloki, lecz pod jej zewnętrzną, tradycyjną powłoką kryje się pierwszorzędna panelowa konstrukcja z elementów rozmiaru jednego piętra, udoskonalona przez architekta, który w celu lepszej izolacji mieszkań zastosował wydrążone płyty. Każdy z domów składał się z około stu siedemdziesięciu znormalizowanych elementów betonowych, a płyty, produkowane na miejscu, montowano przy użyciu dźwigów. Nawet dwuspadowe dachy powstały z prefabrykowanych paneli. Prefabrykacją zainteresował się również Thomas Edison, owładnięty ideą domu, do którego wzniesienia wystarczyłoby wiadro napełniane cementem. Taki dom z płynnej masy dającej się - jak wyobrażał to sobie wynalazca żarówki - dowolnie uformować, a następnie upiec niczym ciasto w specjalnej żeliwnej formie, nie wymagałby dużego nakładu pracy, pozwolił zaoszczędzić na robociźnie, a zarazem byłby "praktycznie niezniszczalny oraz idealnie czysty"[15]. Mógłby sobie na niego pozwolić nawet niezamożny nabywca, więc gdyby udało się uruchomić produkcję na większą skalę, mielibyśmy architektoniczny odpowiednik forda T. Dysponując własną fabryką cementu, Edison przystąpił do działania i w 1909 roku kilku zatrudnionych tam robotników wprowadziło się do dwupiętrowych jednorodzinnych budynków jego projektu w nowojorskim Phillipsburgu (gdzie stoją do dziś). Ambitny zamysł podbicia rynku spalił jednak na panewce ze względu na koszty. Konstruktor potrzebowałby zestawu złożonego aż z pięciuset form pozwalających za jednym zamachem wytworzyć ściany, podłogi, schody i inne części wyposażenia, włącznie z bazą pod przyszłe instalacje.
Współczesnym może się wydawać oczywiste, że beton i stal to materiały wprost dla siebie stworzone, biorąc pod uwagę ich właściwości - podobny współczynnik rozszerzalności cieplnej oraz dobrą wzajemną przyczepność - lecz nim ich współpraca zmaterializowała się w postaci mnóstwa osiedli wielopiętrowych domów z prefabrykatów, musiały minąć dekady naznaczone wzajemną rywalizacją. Początkowo wygrywała stal, która w XIX wieku zdominowała architekturę przemysłową, odkąd Friedrich Albert Krupp, syn założyciela pierwszej fabryki stali zbudowanej w niemieckim Essen, zainwestował w nowe technologie jej przemysłowego odlewania i wytopu. Dom na stalowej konstrukcji, tak zwany Eisernes Haus, zbudowano już w 1848 roku w Grazu. Największa konkurentka betonu była też podstawą pracującego pełną parą przemysłu zbrojeniowego czasu I wojny. Dopiero kiedy stała się materiałem deficytowym, inżynierowie przypomnieli sobie o łatwiej dostępnym i tańszym betonie, równie trwałym, także ognioodpornym, a poza tym mającym jeszcze jedną zaletę - plastycznym.
Droga do masowego pochodu betonowych gmachów mieszkalnych nie zapowiadała się z początku tak triumfalnie, jak wyobrażali to sobie przejęci entuzjazmem pionierzy. Nie było mowy o błyskawicznym podboju, raczej nieśmiałych próbach przekonywania do swoich zalet. Najpierw pojedyncze prototypy gęstniejące w grupki budynków o klasycznych fasadach maskujących wnętrza z prefabrykatów, a potem pierwsza mała kolonia przyznająca się otwarcie do betonowej proweniencji i przyjęta przez otoczenie z mieszanymi uczuciami. Betondorp, czyli Betonowa Wieś we wschodniej części Amsterdamu, złożona z około dwóch tysięcy domów powstałych między 1923 a 1925 rokiem, spośród których tysiąc zbudowano z czystego betonu z wykorzystaniem różnych metod prefabrykacji, miała być próbą sprawdzenia, czy da się czymś zastąpić drożejącą cegłę, coraz trudniej dostępną w Holandii po I wojnie światowej (kraj cierpiał też na niedostatek wykwalifikowanych murarzy). Taki rodzaj budownictwa był także alternatywą mieszkaniową dla robotników, dla których zaczynało brakować miejsca w przeludnionym centrum Amsterdamu. Powstała na bazie systemu Grosvenora Atterbury'ego - Holendrzy kupili patent. Nowinka odpychała ciekawskich przede wszystkim kolorystyką. Zgodnie z założeniami projektantów beton, chociaż zdobiony różnymi technikami, nie miał udawać niczego, czym nie jest. Na ulicach dominowała więc szarość, przełamana tylko barwnymi plamami drzwi. Styl też wydawał się dziwaczny: niskie, długie rzędy budynków, płaskie dachy, małe okna od frontu, często układające się w jednostajną wstęgę ciągnącą się wzdłuż połączonych fasad. Nie pomogło rozplanowanie zgodne z zasadami miasta ogrodu i centralny plac u styku głównych przecznic. Brakowało miejsc, w których można by się było spotykać, a do nowoczesnego charakteru założenia nie pasowały też nazwy ulic odwołujące się do istniejącej tu wcześniej wsi. Pisarz Gerard Reve, który wychował się w tej okolicy, sportretował ją w książce Wieczory jako Cementową Wieś, spowitą przez wieczną melancholię. ""Ci, którzy macie tutaj dorosnąć, porzućcie wszelką nadzieję" - oto podsumowanie moich uczuć. [...] Strach, zagrożenie, samotność, domy przypominające skupisko jaskiń i pieczar zamieszkałych przez nieprzewidywalne demony, z tego właśnie składa się moje dzieciństwo" - mówił później o niej w telewizyjnym wywiadzie[16].
Holendrzy pretendują też do pierwszeństwa, gdy chodzi o mieszkalne wieżowce - Bergpolderflat w Rotterdamie, dziewięciokondygnacyjny galeriowiec oparty na stalowym szkielecie obudowanym prefabrykowanymi płytami z betonu, powstał między rokiem 1933 i 1934 jako prototyp i zarazem ucieleśnienie idei budownictwa społecznego. Zastosowanie standaryzacji i prefabrykacji pozwoliło ustalić czynsze na poziomie dostępnym dla mniej zamożnych lokatorów. Wokół bloku urządzono ogród, z którego mogli korzystać mieszkańcy. Mimo ułatwiających życie wynalazków - szklanych ścian, wejść do mieszkań bezpośrednio z balkonów-galerii i centralnego ogrzewania - dom też nie wszystkim przypadł do gustu. Narzekano na małe rozmiary mieszkań i brak osobnych toalet, bo architekci ulokowali ogólnodostępne sanitariaty w piwnicy.
Nie sposób zapomnieć przy tej okazji o Skandynawach: tam pochód ku fabrykom bloków z wielkiej płyty rozpoczął jeszcze w XIX wieku szwedzki architekt i wojskowy Fredrik Blom. Opracował system konstrukcji, dzięki któremu budynki można było przenosić z miejsca na miejsce równie łatwo jak baraki dla żołnierzy. Powstało ich sto czterdzieści - niewielkie, wykonane solidnie z drewna, w klasycznym stylu, szybko zyskały zainteresowanie klientów w całej Europie, którzy zamawiali je jako domki letniskowe. Odbiorca mógł kupić cały obiekt lub pojedyncze ściany z drzwiami i oknami, które spajano za pomocą żelaznych nitów - konstruktor był otwarty na indywidualne życzenia. Wkrótce zaczął eksportować swój wynalazek do Kalifornii, gdzie "składany dom" cieszył się szczególnym powodzeniem, ale zyskał także licznych naśladowców w Szwecji, Norwegii i Finlandii. W 1924 roku szwedzka firma Borohus wydała pierwszy katalog takich domów i zaczęła przyjmować zamówienia od odbiorców w całym kraju.
Nowe tendencje, na razie testowane nieśmiało i z różnym skutkiem, od początku mają swoich ideologów - wizjonerów z kręgów artystycznych, którzy twierdzą, że budynki mogą powstawać w fabrykach tak samo jak lampy, pióra, maszyny do pisania czy samochody. Upodobania berlińczyka Waltera Gropiusa do estetyki fabrycznie wytwarzanych przedmiotów, na które napatrzył się, pracując za młodu w biurze innego innowatora Petera Behrensa, inspirują licznych studentów Bauhausu. Ta założona przez niego w 1919 roku szkoła głosi jedność pracy rzemieślników i artystów, a jej radykalny program zakłada, że podstawą nauczania przyszłych architektów są działania praktyczne. W artykule opublikowanym w 1926 roku Gropius apeluje o uprzemysłowienie całej branży budowlanej i wraz z Konradem Wachsmannem próbuje testować na własną rękę różne systemy prefabrykacji. Wtóruje mu Szwajcar Le Corbusier, pisząc o potrzebie masowej produkcji domów na podobieństwo statków lub samolotów oraz podejmując własne próby stworzenia "domu modularnego". Przez piętnaście miesięcy terminuje jako praktykant w paryskiej pracowni specjalizujących się w żelazobetonie braci Perretów, by następnie, wspomagając się lekturą książki o konstrukcjach betonowych, na potrzeby błyskawicznej odbudowy wsi we Flandrii opracować prototyp dzisiejszego bloku: system oparty na trzech poziomych betonowych płytach i sześciu podtrzymujących je słupach z żelbetonu połączonych klatką schodową. Nazywa go "Dom-ino", od połączenia skrótów łacińskiego "domus" i "innowacja" oraz ze względu na podobieństwo płyt do kostek domina. Zakłada, że tak wyglądający budynek nadaje się do masowej produkcji, umożliwiając jednocześnie tworzenie rozmaitych układów i kompozycji wedle życzeń przyszłych mieszkańców (prawdopodobnie dlatego od początku podaje jego nazwę w cudzysłowie, traktując ją jako przyszły znak towarowy wynalazku zasługującego na patent). System, reklamowany przez jego twórcę jako "racjonalizacja produkcji budowlanej", jest pierwszą praktyczną próbą przełożenia na język architektury platońskiego ideału, w który wierzył Le Corbusier, powtarzając, że matematyczna harmonia jest źródłem piękna, a podstawowe relacje między liczbami tkwią u podstaw porządku wszechświata. Rok po przedstawieniu wynalazku, w 1927 roku, sformułuje słynne pięć zasad określających nowoczesną konstrukcję budynku: podparcie na słupach, wolna elewacja, wolny plan, podłużne okna i płaski dach służący również za taras i ogród.
Katowice, aleja Wojciecha Korfantego
Dla idei nie ma granic, krążą po całej Europie, lekceważąc konkurencyjne ustroje, napięcia polityczne i prężenie muskułów rządzących ogłaszających coraz to śmielsze plany przebudowy swych stolic, by stanowiły wyraz potęgi w oczach przeciwników. Zamysł kształtowania społeczeństwa poprzez architekturę, połączony z opartą na socjalistycznych pryncypiach obietnicą zapewnienia każdemu obywatelowi, niezależnie od pozycji i dochodów, jednakowych standardów mieszkaniowych, upowszechniają równolegle Niemcy i Rosjanie. W Moskwie Moisiej Ginzburg głowi się nad typizacją i projektuje pierwszą "jednostkę mieszkaniową typu przejściowego" - komunalny blok z mieszkaniami dla pracowników Narodowego Komitetu Finansów (Narkomfinu) w Moskwie, wykonany z żelbetu i bloczków betonowych, a Nikołaj Ładowski przedstawia zamysł osiedla Kostino - wypisz, wymaluj przyszłe Pruitt-Igoe, może tylko w większej skali. Następca Gropiusa w Bauhausie, radykalny w poglądach Hannes Meyer, wskazuje, że typizacja i standaryzacja są "alfabetem socjalistycznej architektury", adekwatnym do społeczeństwa, w którym nie istnieją różnice klasowe. Skoro przedstawiciele proletariatu są równi, oczekiwania robotników względem budowanych dla nich domów też muszą być takie same - z czego już logicznie wynika konieczność ich wznoszenia wedle jednego wzorca ściśle podporządkowanego funkcji. Ach, to upojenie funkcją, potęgą techniki i możliwościami, jakie stwarza masowa produkcja! Budynek sam w sobie "nie jest ani ładny, ani brzydki, tylko dobry lub zły"[17] - dowodzi z zapałem Meyer. Zaś Szwajcar Sigfried Giedion, współpracujący z modernistami krytyk architektury zafascynowany pierwszymi dokonaniami Le Corbusiera, dodaje: "Domy Le Corbusiera nie są ani przestrzenne, ani plastyczne, przewiewa je powietrze! Powietrze staje się ich czynnikiem konstytutywnym! [...] Jest tylko jedna niepodzielna przestrzeń - łupiny między wnętrzem a zewnętrzem opadają"[18].
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.