BETA - Rachel Cohn

Reflow text when sidebars are open.
Gdy obudziłam się po raz pierwszy, nie wiedziałam, co znaczy "mama". Jak wszystkie świeżo wyklute klony miałam braki w wiedzy, przejęłam natomiast po mojej Pierwszej podstawową znajomość języka i symboli, nie znałam jednak ich kontekstów.
Gdy powoli otworzyłam oczy, najpierw zobaczyłam twarz kobiety, którą potem przedstawiono mi jako doktor Lusardi. Obserwowała moje przebudzenie. Widziałam jak przez mgłę, lecz jej barwna postać była tak wyrazista, że dostrzegłam rozmazany kontur: biały kitel, burzę rudych, poskręcanych jak spirale loków okalających bladą twarz upstrzoną pomarańczowymi piegami, przekrwione oczy. Zza jej pleców dochodził warkot maszyn, pobrzękiwały i dzwoniły, wygrywając cichą symfonię elektronicznych tonów, która nie miała dla mnie żadnego sensu.
Gdyby to było możliwe, zerwałabym się ze stołu i uciekła. Biegłabym ile sił w nogach. Ale możliwe nie było. Dopiero później zrozumiałam, co działo się w pierwszej chwili po przebudzeniu, gdy urządzenia przymocowane do moich ramion - ręce - wydawały się wilgotne, a mechanizm umieszczony w lewej górnej części tułowia - serce - i drugi w głowie - mózg - prowadziły ze sobą jakiś szaleńczy wyścig o to, który pierwszy stopnieje z przegrzania. Po zainstalowaniu chipa zrozumiałam, że było to uczucie przerażenia. Mając chip, nigdy już nie doznam tego niepotrzebnego uczucia. Takie były moje początki.
Jedynym w pełni zrozumiałym odczuciem towarzyszącym mi po przebudzeniu było przejmujące zimno. Objawiało się dreszczami przebiegającymi przez całe ciało, spoczywające na lodowatym stole z metalu, podłączone do genialnego wynalazku doktor Lusardi - maszyny reprodukującej ludzi. Urządzenie, z którego się wyklułam, przypominało otwartą trumnę z rurkami przyczepionymi na obu krańcach. Przetaczało jakąś substancję ze sprzętu umieszczonego na innym wysokim stole, ustawionym równolegle do mojego. Leżała na nim moja Pierwsza, przeznaczona do skopiowania. Ale gdy się obudziłam, jej ciała już tam nie było.
Jakiś głos w pobliżu - należący zapewne do asystentki doktor Lusardi - powiedział:
- Nieźle jak na betę. Milusia.
Poczułam na czole czyjś wilgotny dotyk - dłoń doktor Lusardi, która sprawdzała, czy nie mam gorączki. Odezwała się:
- Wygląda na to, że wyklucie przebiegło pomyślnie. Poczekajmy jeszcze kilka godzin, by się upewnić, że wszystko jest dobrze, ale akurat o nią się nie martwię. Daj jej coś łagodnego na uspokojenie. Gdy ciśnienie i temperatura się unormują, uśpij ją, oznakuj jej twarz i wszyj chip.
Gdy obudziłam się po raz drugi, już z chipem, stała nade mną doktor Lusardi.
- Mama? - spytałam. Otoczenie, które wydało mi się tak niezrozumiałe po pierwszym przebudzeniu, naznaczonym paniką, zdawało się teraz bardziej przyjazne. Nie wiem skąd, ale było dla mnie jasne, że jestem dziełem doktor Lusardi.
- Stworzycielka! - rzuciła oschle doktor Lusardi. - Żadna tam mama. No, siadaj.
Usiadłam; zakręciło mi się w głowie od grawitacji, biorącej moje ciało we władanie. Nadal widziałam nieostro, ale wystarczająco wyraźnie, by się zorientować, że znajduję się w laboratorium medycznym. Zauważyłam zajmujące całą ścianę tablice informacyjne, na których wyświetlano szczegóły ludzkiej anatomii, dalej wzory naukowe, próbówki z DNA i szkielety naturalnej wielkości. Gdy rozejrzałam się po pomalowanym na biało wnętrzu bez okien, dostrzegłam konsole sięgające od podłogi do sufitu, na których przemykały wyświetlane laserowo liczby i symbole. Za konsolą znajdował się stół z narzędziami chirurgicznymi: skalpelem, wziernikiem, światłowodami, włóknami optycznymi, igłami i przyrządami do pomiarów - laserową linijką i cyrklem. Na ścianie za stołem umocowano rząd półek z dokumentami medycznymi i słojami, a tych ostatnich było mnóstwo: z krwią, z żelowymi formami zawierającymi fragmenty ciała: palce dłoni i stóp, sutki, uszy i gałki oczne.
Doktor Lusardi dźgała moje ciało palcami.
- Skóra ma woskowożółte zabarwienie, ale to typowe w pierwszych godzinach po wykluciu - stwierdziła, gdy już zbadała moje własności fizyczne. - Przejdzie. Jesteś naprawdę doskonała. Trzeba ci nadać odpowiednie imię. Nazwę cię... Elizja. Powtórz. E-li-zja.
- Zja. - To wszystko, co zdołałam z siebie wydobyć.
Doktor Lusardi pokiwała głową.
- Chyba potrzebujesz dodatkowego dnia przed szkoleniem wprowadzającym - powiedziała. - Zabierz ją do poczekalni, niech tam zostanie, aż będzie gotowa do szkolenia. I daj jej jakieś ubranie - zwróciła się do stojącego w rogu i patrzącego pustym wzrokiem sanitariusza, który być może obudził się kiedyś na tym samym stole.
Na odchodnym doktor Lusardi odwróciła się, by jeszcze raz na mnie spojrzeć.
- Będziesz w cenie - rzuciła. - Nawet jak na betę.
Poczekalnia okazała się pustym pokojem bez okien, wyposażonym tylko w rząd łóżek pod ścianą. Były tam już cztery inne nowo wyklute klony, również oczekujące na szkolenie, ubrane w zielone szpitalne kitle, takie same jak ten, który otrzymałam i ja. Pozostałe klony - dwa żeńskie i dwa męskie - wyglądały na starsze ode mnie, na jakieś dwadzieścia lub trzydzieści parę lat wieku ludzkiego. Ich piękny wygląd przykuwał uwagę; były obdarzone wszelkimi cechami, które w oczach ludzi uchodzą za doskonałe: smukłe ciała i twarze z wydatnymi kośćmi policzkowymi, pełne usta i gęste włosy. Ich oblicza miały taki sam wyraz. Choć moja baza danych podsuwała mi obrazy ludzkich twarzy oznakowane jako "szczęśliwy", "smutny", "zły", "czuły", do twarzy tych klonów nie dało się nic z tego dopasować.
Nie rozmawialiśmy ze sobą. Bo co można było powiedzieć? "Co tu jest grane, do cholery?!".
W dodatku w rogu pokoju przez cały czas sterczał klon o oczach w kolorze fuksji i o posturze boksera wagi ciężkiej. Sądząc po jego minie i po tym, jak nas nieustannie i bez słowa obserwował, mieliśmy po prostu czekać, odpoczywać i nie wdawać się w dyskusje.
Leżałam więc w tej poczekalni, na kozetce, jak przystało na grzecznego klona. Przysypiałam, gdy tylko była taka możliwość, i czekałam na życie, które rozpocznie się na zewnątrz.
Nazajutrz przeniesiono mnie i dwa inne klony do sali szkoleniowej - jeszcze jednego ciemnego, pozbawionego okien pokoju. Kazano nam usiąść na podłodze, na ułożonych w kręgu poduszkach. Pośrodku naszego kręgu wyświetlano holograficzną prezentację na temat nowego życia, jakie czeka świeżo wyklute klony.
Szkolenie prowadziła młoda elegancka kobieta o alabastrowej skórze, czarnych skośnych oczach i hebanowych włosach przetykanych fioletowymi pasmami. Miała na sobie czerwoną chińską sukienkę z wyhaftowanymi złotymi smokami, która podkreślała jej smukłe kształty. Gdy mówiła, wokół niej wyświetlały się kolaże obrazów: zdjęcia zwiastujące wody Io, których fiołkowoniebieskie fale liżą białe piaszczyste plaże, kaskady wodospadów na krystalicznych kamieniach, potężne skały wynurzające się z oceanu, góry i gęstwinę dżungli. Jej głos był żywą zachętą.
- Witajcie, nowo wyklute klony! Nazywam się Mei-Xing i opowiem wam o Dominium, waszym nowym domu!
Dominium to archipelag wysp, uformowany wskutek gigantycznej podwodnej erupcji wulkanu, która miała miejsce tysiące mil od wybrzeża Kontynentu, czyli nowego układu geopolitycznego, utrwalonego po tragicznym okresie w dziejach ludzkości, zwanym Wojnami Morskimi. Aż się prosiło, by ludzie skorzystali z tego nowego rajskiego bogactwa. To rozumie się samo przez się! Najpierw przeżyli nieopisaną rozpacz, teraz natomiast znów mają nadzieję, że zapanują nad ziemią i będą żyli w dobrobycie. Ta arkadia istnieje po to, by dać im radość. Tak więc najzamożniejsi i najbardziej wpływowi mieszkańcy Kontynentu kupili i zagospodarowali tę najlepszą i mającą największy potencjał wyspę nowego archipelagu. Ci pionierzy uczynili z niej raj rekreacyjny dla podobnych sobie notabli, spragnionych prywatności. Jasna sprawa! Należy się im!
Dzięki pracy wybitnych naukowców i mistrzów duchowych otaczający naszą wyspę ocean zamienił się w najznakomitszy akwen świata. Jego arterie wodne przekształcono w morze, zwane Io, które marszczy teraz swe fiołkowe fale (nasz patent) i oferuje całkowitą metamorfozę. Albowiem ludzie, zażywszy kąpieli w jego toni, odprężają się, ulegają czarowi tego miejsca i poszerzają swoją świadomość. To piękno w czystej postaci!
I wiecie, co jeszcze? Po przemodelowaniu oceanu postanowiono ulepszyć także powietrze. Zaprojektowano więc system, który wpompowuje do atmosfery tlen premium. Tak uzyskuje się soczyście słodkie powietrze - poza wyspą dostępne wyłącznie w specjalnie skonstruowanych kapsułach. Na Dominium można je wdychać do woli. Niesamowite, prawda? Nie inaczej.
Zastanawiacie się pewnie, czego w takim razie może brakować w tym raju na ziemi. Otóż brakuje pracowników, którzy obsługiwaliby przybywających na wyspę gości! Pokojówek, kamerdynerów, kucharzy, budowniczych! Sęk w tym, że te same warunki atmosferyczne, dzięki którym Dominium jest tak szczególnym miejscem, jednocześnie utrudniają do niego dostęp. Poza tym wyspa daje ludziom taką radość i odprężenie, że obarczanie ich jakąkolwiek pracą jest wykluczone. Szkopuł, co?
Aby temu zaradzić, fundatorzy wyspy wybudowali kompleks badawczy dla niezrównanej doktor Larissy Lusardi, światowej sławy specjalistki od klonowania. Sprowadzili ją tutaj, aby stworzyła siłę roboczą, która wykonywałaby prace niezbędne dla funkcjonowania kurortu. I to właśnie wy, moi drodzy, jesteście tymi szczęściarzami. Wybrano was ze względu na nienaganny wygląd waszych Pierwszych - tych jeszcze "ciepłych" nieboszczyków, z których was sklonowano. Dzięki technologii opatentowanej przez doktor Lusardi ciała Pierwszych można zreplikować w ciągu czterdziestu ośmiu godzin od zgonu, co pozwala na usunięcie duszy. Bonusik! Być wolnym od brzemienia duszy to jak zrzucić ciężki kamień z serca! Dopisało wam wielkie szczęście!
Jesteście cr?me de la cr?me wśród klonów ludzi. Gratuluję! Reprezentujecie siłę i piękno, z których słynie wyspa. Będziecie żyć i pracować w najbardziej luksusowym i zachwycającym miejscu na ziemi. Niesamowite, prawda? Mało powiedziane.
Witajcie!
Jak tylko Mei-Xing wypowiedziała słowo "witajcie", ruszyła różnolita procesja klonów wszelkich możliwych etnosów, machających rękoma na powitanie i powtarzających: "Witajcie!". Nosiły przepisowe stroje pokojówek, kamerdynerów, szefów kuchni, masażystów, instruktorów golfa i tenisa, luksatorów. Tak jak Mei-Xing były to dorosłe egzemplarze, na oko w wieku dwudziestu kilku, trzydziestu lat, a ich piękne twarze i równie doskonałe ciała spełniały wymogi dominującej na wyspie estetyki.
Obudziłam się jako jeden z nich, ale w nastoletniej wersji.
Byłam obietnicą nowych czasów.
To właśnie mnie chce kupić.
Elegantka twierdzi, że weszła do butiku w kurorcie, aby kupić sweter, ale to właśnie ode mnie nie może oderwać wzroku. Ma na sobie jedwabny kostium koloru kości słoniowej, ozdobiony diamentami, doskonale dopasowany do jej figury przypominającej klepsydrę. Jak na kobietę w średnim wieku ma nieskazitelną twarz. Błyszczące kasztanowe włosy spływają na ramiona, a gładkie, wypielęgnowane przez manikiurzystkę dłonie upiększone są klejnotami. Wygląda, jakby nie odstępował jej stylista, pilnując, aby w każdym szczególe była nienaganna. Eskortuje ją dwóch ochroniarzy - opalonych, rosłych blondynów o posturze kulturystów. Mają szkliste oczy w kolorze fuksji i fioletową lilijkę wytatuowaną na prawej skroni, tak jak ja.
Przesuwa bladoróżowymi palcami po jasnobłękitnym kardiganie, badając jakość tkaniny, ale wzrok utkwiła we mnie. To mnie ocenia pod względem jakości.
- Czy ona jest na sprzedaż? - pyta w końcu Marisę, szefową butiku. Jej głos jest lekko chropawy, jak u dziecka. Pytanie wypowiada ze swobodą, ale cicho, jakby miała zafundować sobie wielką, kalorycznie zabójczą kremówkę. Marisa, która jest także najbardziej elitarną brokerką na Dominium, potwierdza nieznacznym skinięciem głowy. W butiku sprzedaje się odzież i... ludzi.
O ile w ogóle można uważać nas za ludzi. Tutaj, na Dominium, istoty ludzkie nazywają nas "klonami" lub "replikantami". Ja mam na imię Elizja, bo tak zdecydowała doktor Lusardi, gdy się wyklułam.
Urodziłam się zaledwie kilka tygodni temu. Mam jednak szesnaście lat. Nie wiem nic o mojej Pierwszej, dziewczynie, której klonem jestem. I raczej niczego się już na jej temat nie dowiem. Abym ja mogła powstać, ona musiała umrzeć.
Znajdujemy się w osobnym pokoju: tylko ja, elegantka i Marisa. Żadnych ochroniarzy, żadnych klientów, nie ma też innych klonów. Ściany pokoju są całe białe. Matowe firanki się wydymają, wpuszczając przez duże wykuszowe okno pierwszorzędny tlen, jeden z walorów Dominium. Pokój ma odzwierciedlać spokój i ciszę, z których słynie ta wyspa położona na równikowych morzach. Z okna rozciąga się szeroki widok na Io - otaczające ją spienione fioletowoniebieskie morze. Zastanawiam się, co kryje się w jego wodach, że budzą tak wyjątkowe odczucia. Dla mnie jest to jednak niepojęte: uzasadnienie należy do sfery ludzkich emocji, nie do logiki. Ludzie potrafią wydać oszczędności całego życia, aby przez chwilę pławić się w Io. A ja, choćby mnie wrzucono w jego toń, abym mogła się rozkoszować wszystkimi przypisywanymi mu mistycznymi właściwościami - i tak nic nie poczuję.
Nie mam duszy.
Elegantka obmacuje mnie, jakbym była owocem na targu. Delikatnie ugniata moje ciało, najpierw ramiona, potem uda. Naciska dłońmi łopatki, by sprawdzić, czy mam silne plecy, przeczesuje ręką włosy.
- Jest śliczna - stwierdza.
- Pani Bratton, sytuacja powinna być jasna pod względem prawnym, więc musi sobie pani zdawać sprawę, iż to egzemplarz typu beta - uprzedza Marisa. - Doktor Lusardi nie dopracowała jeszcze serii nastolatek.
Wyciąga rękę do moich ramion i odgarnia włosy, żeby klientka mogła wyraźnie zobaczyć laserowe oznakowanie na szyi: słowo "beta" wytatuowane fioletowym tuszem.
- Rozumiem, że to wpływa na jej cenę - mówi miękkim głosem elegantka zwana panią Bratton.
Mój chip podpowiada mi: "Właśnie trwa dobijanie targu".
- Oczywiście - odpowiada Marisa. - Doktor Lusardi będzie zachwycona, że ktoś z pani pozycją chce wypróbować nastolatkę typu beta.
Pani Bratton kieruje na mnie wzrok.
- Jak się nazywasz, moja droga?
- Elizja - odpowiadam.
"E-li-zja". "E-li-zja". Wciąż słyszę, jak doktor Lusardi uczy mnie wymawiania mojego imienia i nazwy wyspy: "Do-mi-nium". Klony budzą się bez zdolności do mówienia. Po wykluciu potrzeba dnia lub dwóch, by przemówiły. "E-li-zja". "Do-mi-nium".
- Sądzę, że doskonale się nadasz do naszego domu, Elizjo. Bardzo nam brakuje nastolatki od czasu, gdy Astrid, moja najstarsza córka, wyjechała na Kontynent, żeby studiować. - Po przerwie dodaje: - Na uniwersytecie Biome.
- Gratuluję - mówię, bo wiem, że tak właśnie należy powiedzieć rodzicowi, którego dziecko dostało się na prestiżową uczelnię. - To wielki powód do dumy.
Pani Bratton się rozpromienia.
- Owszem, szkoda tylko, że Astrid jest tak bardzo pochłonięta studiami. Twierdzi, że w czasie roku akademickiego nie może nas odwiedzać. Tak bardzo nam jej brakuje. Od jej wyjazdu młodszy brat i siostra stali się marudni. - Urywa, by przed podjęciem ostatecznej decyzji zmierzyć mnie wzrokiem od stóp do głów. - Tak, zdecydowanie potrzeba nam nowej dziewczyny. Czy chciałabyś być z nami?
- Tak, proszę pani - odpowiadam. Nie ma dla mnie znaczenia, czy będę tkwiła w tym sklepie, czy w jej domu. Mój chip podpowiada mi jednak, żebym odpowiednim tonem wyraziła entuzjazm, który utwierdzi panią Bratton w przekonaniu, że decyzja o zakupie jest właściwa.
- Ma nienaganne maniery - zachwala Marisa.
- W rzeczy samej! - przytakuje pani Bratton. - To wielki postęp, gdy się pomyśli, jak bezczelne mogą być prawdziwe nastolatki. - Uśmiecha się ciepło. - Wiem, bo kilkoro wychowałam.
Marisa odsyła mnie z powrotem do sklepu i kończy negocjacje z panią Bratton. Mam sobie wybrać ładne, ale skromne ubranie do mojego nowego domu, w którym będę służyć nowej właścicielce. Biorę jasnobłękitny sweter, który spodobał się wcześniej pani Bratton, białą bluzkę i jednolitą niebieską spódnicę, pod kolor swetra. Mundurek dla początkujących. Wkładam nowy strój. Nic więcej nie potrzebuję.
Aha, jeszcze tylko jedno: muszę pożegnać się z Becky.
Becky to druga nastolatka typu beta wystawiona na sprzedaż w butiku. Gdy tylko przyjechałam, powiedziała mi, że bety trudniej się sprzedają, ponieważ nie ma gwarancji, że będą działały zgodnie z zaprogramowaniem. Becky i ja jesteśmy nastolatkami typu beta, pierwszymi z tej serii. Opowiadała, jak doktor Lusardi uświadomiła jej zaraz po wykluciu, że bety mogą najwyżej przyciągnąć łowców nowości, poza nimi mało kto się skusi. Dorośli raczej nie przepadają za nastolatkami; wielu z nich stara się nawet zapomnieć, że były czasy, gdy sami mieli naście lat. Becky sądzi, że egzemplarze beta będą traktowane jako eksperyment, dopóki doktor Lusardi nie zdoła wyprodukować niemowląt i dzieci, bo dopiero te mogłyby zawojować rynek.
Choć oficjalnie Becky jest wystawiona na sprzedaż, nikt nie oczekuje, że zostanie kupiona. Przeznaczono ją więc do pracy w butiku, żeby utrzymywała porządek, podawała napoje i sprzątała po wizytach klientów. Ze swoim niefortunnym wyglądem Becky nie ma szans na awans do wyższej kasty klonów, złożonej z towarzyszy i towarzyszek, szefów kuchni, kamerdynerów, kontrolerów tlenu, instruktorów sportu i - mających najwyższą pozycję - "luksatorów", czyli asystentów spełniających luksusowe potrzeby mieszkańców wyspy. Becky wykluła się kilka miesięcy temu, z szopą brązowych włosów kręconych niczym splątane szczurze ogony, z bladoróżowymi oczami w odcieniu fuksji i niezdrową, pożółkłą cerą. Jest też otyła, przynajmniej o dwa rozmiary grubsza od ideału piękna wyznawanego na wyspie - perfekcyjnej, nieskażonej cellulitem Miss Bikini.
Doktor Lusardi uważa, że jestem najdoskonalszym egzemplarzem ze wszystkich beta, bez względu na wiek. Mój wygląd odpowiada obowiązującemu na Dominium kanonowi piękna, tak jak powinien mu odpowiadać wygląd wszystkich klonów. Według załączonej holograficznej broszurki moje wymiary są wzorcowe. Ładnie wyrzeźbione mięśnie sugerują, że moja Pierwsza była sportsmenką lub tancerką. Doktor Lusardi stwierdziła, że "wyglądam milusio". Mam wspaniałe jasne włosy w miodowym odcieniu, skórę muśniętą słońcem i brzoskwiniowokremową cerę. Moje oczy, najtrudniejsza - zdaniem doktor Lusardi - rzecz, są bez zarzutu. Są niczym landrynki w odcieniu jasnej fuksji, z powiekami w kształcie migdałów i gęstymi brązowymi rzęsami; zaprojektowane tak, by wyrażać łagodność i nie odstraszać właścicieli. Świetliste oczy klonów widziane z dystansu mają przyciągać ludzi i dawać im poczucie bezpieczeństwa. Z bliska wydają się jednak puste. Dlatego ludzie raczej unikają patrzenia nam prosto w oczy, co - jak mi uświadomiono - uchodzi za towarzyski nietakt: oczy, w których nie widać duszy, są przerażające dla oczu, z których dusza wyziera.
- Więc masz być towarzyszką? - pyta Becky. - Ekstrafucha.
Czuję nagłe ukłucie w sercu. To tak, jakby miało się tęsknić za tą drugą betą. Wiem jednak, że to tylko z powodu mojego chipa, który potrafi naśladować ludzkie reakcje i nie ma nic wspólnego ze zdolnością do prawdziwej tęsknoty za Becky. Nic do siebie nie czujemy. Nie ma takiej potrzeby. Nie wiem jednak, dlaczego na myśl o opuszczeniu drugiej bety odczuwam pustkę w środku. Muszę się jeszcze tak dużo nauczyć: o wyspie, o chemii własnego ciała. Jestem zupełną nowicjuszką.
- Dopiero co wystawiono cię na sprzedaż, a już znaleźli się chętni. Moje gratulacje - dorzuca Becky.
- Może, gdy się rozejrzę w nowym domu, spytam o jakieś odpowiednie dla ciebie zajęcie.
- Dzięki - odpowiada Becky, udając wdzięczność za propozycję będącą bez pokrycia, o czym obie wiemy. - Jestem bardzo zadowolona z pracy tutaj.
Razem z panią Bratton odjeżdżamy samosterowanym niskopułapowym awiatem, Pojazdem Luksusowego Użytku. PLU ma przyciemnione szyby, a w środku pachnie jaśminem, wygodne siedzenia są niemal pieszczotą dla pasażera. Siedzimy z tyłu, z przodu jej dwaj ochroniarze. Bacznie patrzą przez okno, jakby w raju rozpościerającym się na zewnątrz mogło czyhać jakieś niebezpieczeństwo. Może gapią się tak, bo nie mają nic innego do roboty. Awiat jest przecież sterowany automatycznie.
Gdy maszyna szybuje ponad ziemią, pani Bratton przesuwa prawą ręką po lewej, od łokcia po nadgarstek. Pod skórą pojawia się konsola transmisyjna. Pani Bratton zaczyna przesyłać wiadomości, najwyraźniej utraciwszy zainteresowanie nowym nabytkiem, czyli mną. Choć wiem, że jestem tu po to, by sprawiać jej przyjemność, a nie ją zanudzać, mój chip podpowiada, że ludzie potrzebują czasem chwili spokoju na przesłanie danych, więc nie próbuję jej teraz zabawiać. Zamiast tego przyglądam się znikającym krajobrazom: luksusowe wille w otoczeniu wysokich palm, turkusowe laguny, ogrody pełne kwitnących drzew jakarandy, lilii, passiflory, orchidei i hibiskusów. W oddali malują się łagodne, kojące wody Io, a jeszcze dalej ponad nimi szmaragdowe zalesione góry nad wyspą. Wprawdzie nie widzę tego z okna pojazdu, ale pamiętam, że po drugiej stronie podnóża gór są porośnięte dzikim lasem tropikalnym, w którym mieści się kompleks badawczy Lusardi - miejsce, z którego pochodzę.
Nie byłam nigdzie poza Dominium, więc nie mam porównania. Nie potrzebuję jednak podpowiedzi chipa, by wiedzieć, że wyspa nie jest ideałem według ludzkich wyobrażeń, ale ideałem samym w sobie. Jedwabiste powietrze, które wdycham, spływa po gardle słodko jak miód. Feeria barw zniewala oczy: fiołkowoniebieska Io, soczysta zieleń krzewów i wysokich drzew, wyrastające zewsząd pióropusze kwiatów, jaskraworóżowe, żółte, pomarańczowe, czerwone, fioletowe i złote.
Wzbiera we mnie ekscytacja, a to świetne antidotum na niepokój, który odczuwałam po rozdzieleniu z Becky. Mam już właściciela i właśnie jedziemy do mojego nowego domu, położonego w najbardziej upragnionym miejscu na ziemi. Jak będzie wyglądało moje życie na Dominium?
Pani Bratton odczytuje odpowiedź na konsoli i wzdycha:
- Rany. Gubernator nie jest tym wszystkim zachwycony.
Moja baza danych przesyła mi obraz władczego łysego mężczyzny w wojskowym mundurze przystrojonym medalami. Interfejs podaje, że gubernator to emerytowany generał, obecny prezes wyspy mianowany przez radę dyrektorów.
- Skąd pani zna gubernatora? - pytam panią Bratton.
- To mój mąż, głuptasko.
Sądzę, że to wyjaśnia obecność ochroniarzy, choć to, że w tej oazie spokoju w ogóle potrzebni są ochroniarze, nie jest dla mnie do końca zrozumiałe. Nie do mnie jednak należy zadawanie pytań tego rodzaju. Jestem tylko klonką, w dodatku klonką typu beta.
- Dlaczego nazywa się gubernator? - drążę.
- To przezwisko, złotko. Brzmi trochę kolonialnie. "Prezes" to takie bez charakteru.
- Rozumiem, proszę pani - odpowiadam. Choć to nieprawda. Podczas szkolenia wprowadzającego, które przeszłam tuż po wykluciu, zapamiętałam ten zwrot jako poręczny chwyt, gdy w rozmowach z ludźmi zapada milczenie. To, czy naprawdę rozumiem, jest bez znaczenia.
- Nie mów do mnie "proszę pani". To takie oficjalne.
- Jak więc powinnam się do pani zwracać? - pytam.
- Możesz do mnie mówić "mamo".