BETA - Rachel Cohn

-
Proszę czekać

- 2 -

Gdy obu­dzi­łam się po raz pierw­szy, nie wie­dzia­łam, co zna­czy "mama". Jak wszyst­kie świe­żo wy­klu­te klo­ny mia­łam bra­ki w wie­dzy, prze­ję­łam na­to­miast po mo­jej Pierw­szej pod­sta­wo­wą zna­jo­mość ję­zy­ka i sym­bo­li, nie zna­łam jed­nak ich kon­tek­stów.

Gdy po­wo­li otwo­rzy­łam oczy, naj­pierw zo­ba­czy­łam twarz ko­bie­ty, któ­rą po­tem przed­sta­wio­no mi jako dok­tor Lu­sar­di. Ob­ser­wo­wa­ła moje prze­bu­dze­nie. Wi­dzia­łam jak przez mgłę, lecz jej barw­na po­stać była tak wy­ra­zi­sta, że do­strze­głam roz­ma­za­ny kon­tur: bia­ły ki­tel, bu­rzę ru­dych, po­skrę­ca­nych jak spi­ra­le lo­ków oka­la­ją­cych bla­dą twarz upstrzo­ną po­ma­rań­czo­wy­mi pie­ga­mi, prze­krwio­ne oczy. Zza jej ple­ców do­cho­dził war­kot ma­szyn, po­brzę­ki­wa­ły i dzwo­ni­ły, wy­gry­wa­jąc ci­chą sym­fo­nię elek­tro­nicz­nych to­nów, któ­ra nie mia­ła dla mnie żad­ne­go sen­su.

Gdy­by to było moż­li­we, ze­rwa­ła­bym się ze sto­łu i ucie­kła. Bie­gła­bym ile sił w no­gach. Ale moż­li­we nie było. Do­pie­ro póź­niej zro­zu­mia­łam, co dzia­ło się w pierw­szej chwi­li po prze­bu­dze­niu, gdy urzą­dze­nia przy­mo­co­wa­ne do mo­ich ra­mion - ręce - wy­da­wa­ły się wil­got­ne, a me­cha­nizm umiesz­czo­ny w le­wej gór­nej czę­ści tu­ło­wia - ser­ce - i dru­gi w gło­wie - mózg - pro­wa­dzi­ły ze sobą ja­kiś sza­leń­czy wy­ścig o to, któ­ry pierw­szy stop­nie­je z prze­grza­nia. Po za­in­sta­lo­wa­niu chi­pa zro­zu­mia­łam, że było to uczu­cie prze­ra­że­nia. Ma­jąc chip, nig­dy już nie do­znam tego nie­po­trzeb­ne­go uczu­cia. Ta­kie były moje po­cząt­ki.

Je­dy­nym w peł­ni zro­zu­mia­łym od­czu­ciem to­wa­rzy­szą­cym mi po prze­bu­dze­niu było przej­mu­ją­ce zim­no. Ob­ja­wia­ło się dresz­cza­mi prze­bie­ga­ją­cy­mi przez całe cia­ło, spo­czy­wa­ją­ce na lo­do­wa­tym sto­le z me­ta­lu, pod­łą­czo­ne do ge­nial­ne­go wy­na­laz­ku dok­tor Lu­sar­di - ma­szy­ny re­pro­du­ku­ją­cej lu­dzi. Urzą­dze­nie, z któ­re­go się wy­klu­łam, przy­po­mi­na­ło otwar­tą trum­nę z rur­ka­mi przy­cze­pio­ny­mi na obu krań­cach. Prze­ta­cza­ło ja­kąś sub­stan­cję ze sprzę­tu umiesz­czo­ne­go na in­nym wy­so­kim sto­le, usta­wio­nym rów­no­le­gle do mo­je­go. Le­ża­ła na nim moja Pierw­sza, prze­zna­czo­na do sko­pio­wa­nia. Ale gdy się obu­dzi­łam, jej cia­ła już tam nie było.

Ja­kiś głos w po­bli­żu - na­le­żą­cy za­pew­ne do asy­stent­ki dok­tor Lu­sar­di - po­wie­dział:

- Nie­źle jak na betę. Mi­lu­sia.

Po­czu­łam na czo­le czyjś wil­got­ny do­tyk - dłoń dok­tor Lu­sar­di, któ­ra spraw­dza­ła, czy nie mam go­rącz­ki. Ode­zwa­ła się:

- Wy­glą­da na to, że wy­klu­cie prze­bie­gło po­myśl­nie. Po­cze­kaj­my jesz­cze kil­ka go­dzin, by się upew­nić, że wszyst­ko jest do­brze, ale aku­rat o nią się nie mar­twię. Daj jej coś ła­god­ne­go na uspo­ko­je­nie. Gdy ci­śnie­nie i tem­pe­ra­tu­ra się unor­mu­ją, uśpij ją, ozna­kuj jej twarz i wszyj chip.

Gdy obu­dzi­łam się po raz dru­gi, już z chi­pem, sta­ła nade mną dok­tor Lu­sar­di.

- Mama? - spy­ta­łam. Oto­cze­nie, któ­re wy­da­ło mi się tak nie­zro­zu­mia­łe po pierw­szym prze­bu­dze­niu, na­zna­czo­nym pa­ni­ką, zda­wa­ło się te­raz bar­dziej przy­ja­zne. Nie wiem skąd, ale było dla mnie ja­sne, że je­stem dzie­łem dok­tor Lu­sar­di.

- Stwo­rzy­ciel­ka! - rzu­ci­ła oschle dok­tor Lu­sar­di. - Żad­na tam mama. No, sia­daj.

Usia­dłam; za­krę­ci­ło mi się w gło­wie od gra­wi­ta­cji, bio­rą­cej moje cia­ło we wła­da­nie. Nadal wi­dzia­łam nie­ostro, ale wy­star­cza­ją­co wy­raź­nie, by się zo­rien­to­wać, że znaj­du­ję się w la­bo­ra­to­rium me­dycz­nym. Za­uwa­ży­łam zaj­mu­ją­ce całą ścia­nę ta­bli­ce in­for­ma­cyj­ne, na któ­rych wy­świe­tla­no szcze­gó­ły ludz­kiej ana­to­mii, da­lej wzo­ry na­uko­we, pró­bów­ki z DNA i szkie­le­ty na­tu­ral­nej wiel­ko­ści. Gdy ro­zej­rza­łam się po po­ma­lo­wa­nym na bia­ło wnę­trzu bez okien, do­strze­głam kon­so­le się­ga­ją­ce od pod­ło­gi do su­fi­tu, na któ­rych prze­my­ka­ły wy­świe­tla­ne la­se­ro­wo licz­by i sym­bo­le. Za kon­so­lą znaj­do­wał się stół z na­rzę­dzia­mi chi­rur­gicz­ny­mi: skal­pe­lem, wzier­ni­kiem, świa­tło­wo­da­mi, włók­na­mi optycz­ny­mi, igła­mi i przy­rzą­da­mi do po­mia­rów - la­se­ro­wą li­nij­ką i cyr­klem. Na ścia­nie za sto­łem umo­co­wa­no rząd pół­ek z do­ku­men­ta­mi me­dycz­ny­mi i sło­ja­mi, a tych ostat­nich było mnó­stwo: z krwią, z że­lo­wy­mi for­ma­mi za­wie­ra­ją­cy­mi frag­men­ty cia­ła: pal­ce dło­ni i stóp, sut­ki, uszy i gał­ki oczne.

Dok­tor Lu­sar­di dźga­ła moje cia­ło pal­ca­mi.

- Skó­ra ma wo­sko­wo­żół­te za­bar­wie­nie, ale to ty­po­we w pierw­szych go­dzi­nach po wy­klu­ciu - stwier­dzi­ła, gdy już zba­da­ła moje wła­sno­ści fi­zycz­ne. - Przej­dzie. Je­steś na­praw­dę do­sko­na­ła. Trze­ba ci nadać od­po­wied­nie imię. Na­zwę cię... Eli­zja. Po­wtórz. E-li-zja.

- Zja. - To wszyst­ko, co zdo­ła­łam z sie­bie wy­do­być.

Dok­tor Lu­sar­di po­ki­wa­ła gło­wą.

- Chy­ba po­trze­bu­jesz do­dat­ko­we­go dnia przed szko­le­niem wpro­wa­dza­ją­cym - po­wie­dzia­ła. - Za­bierz ją do po­cze­kal­ni, niech tam zo­sta­nie, aż bę­dzie go­to­wa do szko­le­nia. I daj jej ja­kieś ubra­nie - zwró­ci­ła się do sto­ją­ce­go w rogu i pa­trzą­ce­go pu­stym wzro­kiem sa­ni­ta­riu­sza, któ­ry być może obu­dził się kie­dyś na tym sa­mym sto­le.

Na od­chod­nym dok­tor Lu­sar­di od­wró­ci­ła się, by jesz­cze raz na mnie spoj­rzeć.

- Bę­dziesz w ce­nie - rzu­ci­ła. - Na­wet jak na betę.

Po­cze­kal­nia oka­za­ła się pu­stym po­ko­jem bez okien, wy­po­sa­żo­nym tyl­ko w rząd łó­żek pod ścia­ną. Były tam już czte­ry inne nowo wy­klu­te klo­ny, rów­nież ocze­ku­ją­ce na szko­le­nie, ubra­ne w zie­lo­ne szpi­tal­ne ki­tle, ta­kie same jak ten, któ­ry otrzy­ma­łam i ja. Po­zo­sta­łe klo­ny - dwa żeń­skie i dwa mę­skie - wy­glą­da­ły na star­sze ode mnie, na ja­kieś dwa­dzie­ścia lub trzy­dzie­ści parę lat wie­ku ludz­kie­go. Ich pięk­ny wy­gląd przy­ku­wał uwa­gę; były ob­da­rzo­ne wszel­ki­mi ce­cha­mi, któ­re w oczach lu­dzi ucho­dzą za do­sko­na­łe: smu­kłe cia­ła i twa­rze z wy­dat­ny­mi ko­ść­mi po­licz­ko­wy­mi, peł­ne usta i gę­ste wło­sy. Ich ob­li­cza mia­ły taki sam wy­raz. Choć moja baza da­nych pod­su­wa­ła mi ob­ra­zy ludz­kich twa­rzy ozna­ko­wa­ne jako "szczę­śli­wy", "smut­ny", "zły", "czu­ły", do twa­rzy tych klo­nów nie dało się nic z tego do­pa­so­wać.

Nie roz­ma­wia­li­śmy ze sobą. Bo co moż­na było po­wie­dzieć? "Co tu jest gra­ne, do cho­le­ry?!".

W do­dat­ku w rogu po­ko­ju przez cały czas ster­czał klon o oczach w ko­lo­rze fuk­sji i o po­stu­rze bok­se­ra wagi cięż­kiej. Są­dząc po jego mi­nie i po tym, jak nas nie­ustan­nie i bez sło­wa ob­ser­wo­wał, mie­li­śmy po pro­stu cze­kać, od­po­czy­wać i nie wda­wać się w dys­ku­sje.

Le­ża­łam więc w tej po­cze­kal­ni, na ko­zet­ce, jak przy­sta­ło na grzecz­ne­go klo­na. Przy­sy­pia­łam, gdy tyl­ko była taka moż­li­wość, i cze­ka­łam na ży­cie, któ­re roz­pocz­nie się na ze­wnątrz.

Na­za­jutrz prze­nie­sio­no mnie i dwa inne klo­ny do sali szko­le­nio­wej - jesz­cze jed­ne­go ciem­ne­go, po­zba­wio­ne­go okien po­ko­ju. Ka­za­no nam usiąść na pod­ło­dze, na uło­żo­nych w krę­gu po­dusz­kach. Po­środ­ku na­sze­go krę­gu wy­świe­tla­no ho­lo­gra­ficz­ną pre­zen­ta­cję na te­mat no­we­go ży­cia, ja­kie cze­ka świe­żo wy­klu­te klo­ny.

Szko­le­nie pro­wa­dzi­ła mło­da ele­ganc­ka ko­bie­ta o ala­ba­stro­wej skó­rze, czar­nych sko­śnych oczach i he­ba­no­wych wło­sach prze­ty­ka­nych fio­le­to­wy­mi pa­sma­mi. Mia­ła na so­bie czer­wo­ną chiń­ską su­kien­kę z wy­ha­fto­wa­ny­mi zło­ty­mi smo­ka­mi, któ­ra pod­kre­śla­ła jej smu­kłe kształ­ty. Gdy mó­wi­ła, wo­kół niej wy­świe­tla­ły się ko­la­że ob­ra­zów: zdję­cia zwia­stu­ją­ce wody Io, któ­rych fioł­ko­wo­nie­bie­skie fale liżą bia­łe piasz­czy­ste pla­że, ka­ska­dy wo­do­spa­dów na kry­sta­licz­nych ka­mie­niach, po­tęż­ne ska­ły wy­nu­rza­ją­ce się z oce­anu, góry i gę­stwi­nę dżun­gli. Jej głos był żywą za­chę­tą.

- Wi­taj­cie, nowo wy­klu­te klo­ny! Na­zy­wam się Mei-Xing i opo­wiem wam o Do­mi­nium, wa­szym no­wym domu!

Do­mi­nium to ar­chi­pe­lag wysp, ufor­mo­wa­ny wsku­tek gi­gan­tycz­nej pod­wod­nej erup­cji wul­ka­nu, któ­ra mia­ła miej­sce ty­sią­ce mil od wy­brze­ża Kon­ty­nen­tu, czy­li no­we­go ukła­du geo­po­li­tycz­ne­go, utrwa­lo­ne­go po tra­gicz­nym okre­sie w dzie­jach ludz­ko­ści, zwa­nym Woj­na­mi Mor­ski­mi. Aż się pro­si­ło, by lu­dzie sko­rzy­sta­li z tego no­we­go raj­skie­go bo­gac­twa. To ro­zu­mie się samo przez się! Naj­pierw prze­ży­li nie­opi­sa­ną roz­pacz, te­raz na­to­miast znów mają na­dzie­ję, że za­pa­nu­ją nad zie­mią i będą żyli w do­bro­by­cie. Ta ar­ka­dia ist­nie­je po to, by dać im ra­dość. Tak więc naj­za­moż­niej­si i naj­bar­dziej wpły­wo­wi miesz­kań­cy Kon­ty­nen­tu ku­pi­li i za­go­spo­da­ro­wa­li tę naj­lep­szą i ma­ją­cą naj­więk­szy po­ten­cjał wy­spę no­we­go ar­chi­pe­la­gu. Ci pio­nie­rzy uczy­ni­li z niej raj re­kre­acyj­ny dla po­dob­nych so­bie no­ta­bli, spra­gnio­nych pry­wat­no­ści. Ja­sna spra­wa! Na­le­ży się im!

Dzię­ki pra­cy wy­bit­nych na­ukow­ców i mi­strzów du­cho­wych ota­cza­ją­cy na­szą wy­spę oce­an za­mie­nił się w naj­zna­ko­mit­szy akwen świa­ta. Jego ar­te­rie wod­ne prze­kształ­co­no w mo­rze, zwa­ne Io, któ­re marsz­czy te­raz swe fioł­ko­we fale (nasz pa­tent) i ofe­ru­je cał­ko­wi­tą me­ta­mor­fo­zę. Al­bo­wiem lu­dzie, za­żyw­szy ką­pie­li w jego toni, od­prę­ża­ją się, ule­ga­ją cza­ro­wi tego miej­sca i po­sze­rza­ją swo­ją świa­do­mość. To pięk­no w czy­stej po­sta­ci!

I wie­cie, co jesz­cze? Po prze­mo­de­lo­wa­niu oce­anu po­sta­no­wio­no ulep­szyć tak­że po­wie­trze. Za­pro­jek­to­wa­no więc sys­tem, któ­ry wpom­po­wu­je do at­mos­fe­ry tlen pre­mium. Tak uzy­sku­je się so­czy­ście słod­kie po­wie­trze - poza wy­spą do­stęp­ne wy­łącz­nie w spe­cjal­nie skon­stru­owa­nych kap­su­łach. Na Do­mi­nium moż­na je wdy­chać do woli. Nie­sa­mo­wi­te, praw­da? Nie in­a­czej.

Za­sta­na­wia­cie się pew­nie, cze­go w ta­kim ra­zie może bra­ko­wać w tym raju na zie­mi. Otóż bra­ku­je pra­cow­ni­ków, któ­rzy ob­słu­gi­wa­li­by przy­by­wa­ją­cych na wy­spę go­ści! Po­ko­jó­wek, ka­mer­dy­ne­rów, ku­cha­rzy, bu­dow­ni­czych! Sęk w tym, że te same wa­run­ki at­mos­fe­rycz­ne, dzię­ki któ­rym Do­mi­nium jest tak szcze­gól­nym miej­scem, jed­no­cze­śnie utrud­nia­ją do nie­go do­stęp. Poza tym wy­spa daje lu­dziom taką ra­dość i od­prę­że­nie, że obar­cza­nie ich ja­ką­kol­wiek pra­cą jest wy­klu­czo­ne. Szko­puł, co?

Aby temu za­ra­dzić, fun­da­to­rzy wy­spy wy­bu­do­wa­li kom­pleks ba­daw­czy dla nie­zrów­na­nej dok­tor La­ris­sy Lu­sar­di, świa­to­wej sła­wy spe­cja­list­ki od klo­no­wa­nia. Spro­wa­dzi­li ją tu­taj, aby stwo­rzy­ła siłę ro­bo­czą, któ­ra wy­ko­ny­wa­ła­by pra­ce nie­zbęd­ne dla funk­cjo­no­wa­nia ku­ror­tu. I to wła­śnie wy, moi dro­dzy, je­ste­ście tymi szczę­ścia­rza­mi. Wy­bra­no was ze wzglę­du na nie­na­gan­ny wy­gląd wa­szych Pierw­szych - tych jesz­cze "cie­płych" nie­bosz­czy­ków, z któ­rych was sklo­no­wa­no. Dzię­ki tech­no­lo­gii opa­ten­to­wa­nej przez dok­tor Lu­sar­di cia­ła Pierw­szych moż­na zre­pli­ko­wać w cią­gu czter­dzie­stu ośmiu go­dzin od zgo­nu, co po­zwa­la na usu­nię­cie du­szy. Bo­nu­sik! Być wol­nym od brze­mie­nia du­szy to jak zrzu­cić cięż­ki ka­mień z ser­ca! Do­pi­sa­ło wam wiel­kie szczę­ście!

Je­ste­ście cr?me de la cr?me wśród klo­nów lu­dzi. Gra­tu­lu­ję! Re­pre­zen­tu­je­cie siłę i pięk­no, z któ­rych sły­nie wy­spa. Bę­dzie­cie żyć i pra­co­wać w naj­bar­dziej luk­su­so­wym i za­chwy­ca­ją­cym miej­scu na zie­mi. Nie­sa­mo­wi­te, praw­da? Mało po­wie­dzia­ne.

Wi­taj­cie!

Jak tyl­ko Mei-Xing wy­po­wie­dzia­ła sło­wo "wi­taj­cie", ru­szy­ła róż­no­li­ta pro­ce­sja klo­nów wszel­kich moż­li­wych et­no­sów, ma­cha­ją­cych rę­ko­ma na po­wi­ta­nie i po­wta­rza­ją­cych: "Wi­taj­cie!". No­si­ły prze­pi­so­we stro­je po­ko­jó­wek, ka­mer­dy­ne­rów, sze­fów kuch­ni, ma­sa­ży­stów, in­struk­to­rów gol­fa i te­ni­sa, luk­sa­to­rów. Tak jak Mei-Xing były to do­ro­słe eg­zem­pla­rze, na oko w wie­ku dwu­dzie­stu kil­ku, trzy­dzie­stu lat, a ich pięk­ne twa­rze i rów­nie do­sko­na­łe cia­ła speł­nia­ły wy­mo­gi do­mi­nu­ją­cej na wy­spie es­te­ty­ki.

Obu­dzi­łam się jako je­den z nich, ale w na­sto­let­niej wer­sji.

By­łam obiet­ni­cą no­wych cza­sów.

- 1 -

To wła­śnie mnie chce ku­pić.

Ele­gant­ka twier­dzi, że we­szła do bu­ti­ku w ku­ror­cie, aby ku­pić swe­ter, ale to wła­śnie ode mnie nie może ode­rwać wzro­ku. Ma na so­bie je­dwab­ny ko­stium ko­lo­ru ko­ści sło­nio­wej, ozdo­bio­ny dia­men­ta­mi, do­sko­na­le do­pa­so­wa­ny do jej fi­gu­ry przy­po­mi­na­ją­cej klep­sy­drę. Jak na ko­bie­tę w śred­nim wie­ku ma nie­ska­zi­tel­ną twarz. Błysz­czą­ce kasz­ta­no­we wło­sy spły­wa­ją na ra­mio­na, a gład­kie, wy­pie­lę­gno­wa­ne przez ma­ni­kiu­rzyst­kę dło­nie upięk­szo­ne są klej­no­ta­mi. Wy­glą­da, jak­by nie od­stę­po­wał jej sty­li­sta, pil­nu­jąc, aby w każ­dym szcze­gó­le była nie­na­gan­na. Eskor­tu­je ją dwóch ochro­nia­rzy - opa­lo­nych, ro­słych blon­dy­nów o po­stu­rze kul­tu­ry­stów. Mają szkli­ste oczy w ko­lo­rze fuk­sji i fio­le­to­wą li­lij­kę wy­ta­tu­owa­ną na pra­wej skro­ni, tak jak ja.

Prze­su­wa bla­do­ró­żo­wy­mi pal­ca­mi po ja­sno­błę­kit­nym kar­di­ga­nie, ba­da­jąc ja­kość tka­ni­ny, ale wzrok utkwi­ła we mnie. To mnie oce­nia pod wzglę­dem ja­ko­ści.

-  Czy ona jest na sprze­daż? - pyta w koń­cu Ma­ri­sę, sze­fo­wą bu­ti­ku. Jej głos jest lek­ko chro­pa­wy, jak u dziec­ka. Py­ta­nie wy­po­wia­da ze swo­bo­dą, ale ci­cho, jak­by mia­ła za­fun­do­wać so­bie wiel­ką, ka­lo­rycz­nie za­bój­czą kre­mów­kę. Ma­ri­sa, któ­ra jest tak­że naj­bar­dziej eli­tar­ną bro­ker­ką na Do­mi­nium, po­twier­dza nie­znacz­nym ski­nię­ciem gło­wy. W bu­ti­ku sprze­da­je się odzież i... lu­dzi.

O ile w ogó­le moż­na uwa­żać nas za lu­dzi. Tu­taj, na Do­mi­nium, isto­ty ludz­kie na­zy­wa­ją nas "klo­na­mi" lub "re­pli­kan­ta­mi". Ja mam na imię Eli­zja, bo tak zde­cy­do­wa­ła dok­tor Lu­sar­di, gdy się wy­klu­łam.

Uro­dzi­łam się za­le­d­wie kil­ka ty­go­dni temu. Mam jed­nak szes­na­ście lat. Nie wiem nic o mo­jej Pierw­szej, dziew­czy­nie, któ­rej klo­nem je­stem. I ra­czej ni­cze­go się już na jej te­mat nie do­wiem. Abym ja mo­gła po­wstać, ona mu­sia­ła umrzeć.

Znaj­du­je­my się w osob­nym po­ko­ju: tyl­ko ja, ele­gant­ka i Ma­ri­sa. Żad­nych ochro­nia­rzy, żad­nych klien­tów, nie ma też in­nych klo­nów. Ścia­ny po­ko­ju są całe bia­łe. Ma­to­we fi­ran­ki się wy­dy­ma­ją, wpusz­cza­jąc przez duże wy­ku­szo­we okno pierw­szo­rzęd­ny tlen, je­den z wa­lo­rów Do­mi­nium. Po­kój ma od­zwier­cie­dlać spo­kój i ci­szę, z któ­rych sły­nie ta wy­spa po­ło­żo­na na rów­ni­ko­wych mo­rzach. Z okna roz­cią­ga się sze­ro­ki wi­dok na Io - ota­cza­ją­ce ją spie­nio­ne fio­le­to­wo­nie­bie­skie mo­rze. Za­sta­na­wiam się, co kry­je się w jego wo­dach, że bu­dzą tak wy­jąt­ko­we od­czu­cia. Dla mnie jest to jed­nak nie­po­ję­te: uza­sad­nie­nie na­le­ży do sfe­ry ludz­kich emo­cji, nie do lo­gi­ki. Lu­dzie po­tra­fią wy­dać oszczęd­no­ści ca­łe­go ży­cia, aby przez chwi­lę pła­wić się w Io. A ja, choć­by mnie wrzu­co­no w jego toń, abym mo­gła się roz­ko­szo­wać wszyst­ki­mi przy­pi­sy­wa­ny­mi mu mi­stycz­ny­mi wła­ści­wo­ścia­mi - i tak nic nie po­czu­ję.

Nie mam du­szy.

Ele­gant­ka ob­ma­cu­je mnie, jak­bym była owo­cem na tar­gu. De­li­kat­nie ugnia­ta moje cia­ło, naj­pierw ra­mio­na, po­tem uda. Na­ci­ska dłoń­mi ło­pat­ki, by spraw­dzić, czy mam sil­ne ple­cy, prze­cze­su­je ręką wło­sy.

- Jest ślicz­na - stwier­dza.

- Pani Brat­ton, sy­tu­acja po­win­na być ja­sna pod wzglę­dem praw­nym, więc musi so­bie pani zda­wać spra­wę, iż to eg­zem­plarz typu beta - uprze­dza Ma­ri­sa. - Dok­tor Lu­sar­di nie do­pra­co­wa­ła jesz­cze se­rii na­sto­la­tek.

Wy­cią­ga rękę do mo­ich ra­mion i od­gar­nia wło­sy, żeby klient­ka mo­gła wy­raź­nie zo­ba­czyć la­se­ro­we ozna­ko­wa­nie na szyi: sło­wo "beta" wy­ta­tu­owa­ne fio­le­to­wym tu­szem.

- Ro­zu­miem, że to wpły­wa na jej cenę - mówi mięk­kim gło­sem ele­gant­ka zwa­na pa­nią Brat­ton.

Mój chip pod­po­wia­da mi: "Wła­śnie trwa do­bi­ja­nie tar­gu".

- Oczy­wi­ście - od­po­wia­da Ma­ri­sa. - Dok­tor Lu­sar­di bę­dzie za­chwy­co­na, że ktoś z pani po­zy­cją chce wy­pró­bo­wać na­sto­lat­kę typu beta.

Pani Brat­ton kie­ru­je na mnie wzrok.

- Jak się na­zy­wasz, moja dro­ga?

- Eli­zja - od­po­wia­dam.

"E-li-zja". "E-li-zja". Wciąż sły­szę, jak dok­tor Lu­sar­di uczy mnie wy­ma­wia­nia mo­je­go imie­nia i na­zwy wy­spy: "Do-mi-nium". Klo­ny bu­dzą się bez zdol­no­ści do mó­wie­nia. Po wy­klu­ciu po­trze­ba dnia lub dwóch, by prze­mó­wi­ły. "E-li-zja". "Do-mi-nium".

- Są­dzę, że do­sko­na­le się nadasz do na­sze­go domu, Eli­zjo. Bar­dzo nam bra­ku­je na­sto­lat­ki od cza­su, gdy Astrid, moja naj­star­sza cór­ka, wy­je­cha­ła na Kon­ty­nent, żeby stu­dio­wać. - Po prze­rwie do­da­je: - Na uni­wer­sy­te­cie Bio­me.

- Gra­tu­lu­ję - mó­wię, bo wiem, że tak wła­śnie na­le­ży po­wie­dzieć ro­dzi­co­wi, któ­re­go dziec­ko do­sta­ło się na pre­sti­żo­wą uczel­nię. - To wiel­ki po­wód do dumy.

Pani Brat­ton się roz­pro­mie­nia.

- Owszem, szko­da tyl­ko, że Astrid jest tak bar­dzo po­chło­nię­ta stu­dia­mi. Twier­dzi, że w cza­sie roku aka­de­mic­kie­go nie może nas od­wie­dzać. Tak bar­dzo nam jej bra­ku­je. Od jej wy­jaz­du młod­szy brat i sio­stra sta­li się ma­rud­ni. - Ury­wa, by przed pod­ję­ciem osta­tecz­nej de­cy­zji zmie­rzyć mnie wzro­kiem od stóp do głów. - Tak, zde­cy­do­wa­nie po­trze­ba nam no­wej dziew­czy­ny. Czy chcia­ła­byś być z nami?

- Tak, pro­szę pani - od­po­wia­dam. Nie ma dla mnie zna­cze­nia, czy będę tkwi­ła w tym skle­pie, czy w jej domu. Mój chip pod­po­wia­da mi jed­nak, że­bym od­po­wied­nim to­nem wy­ra­zi­ła en­tu­zjazm, któ­ry utwier­dzi pa­nią Brat­ton w prze­ko­na­niu, że de­cy­zja o za­ku­pie jest wła­ści­wa.

- Ma nie­na­gan­ne ma­nie­ry - za­chwa­la Ma­ri­sa.

- W rze­czy sa­mej! - przy­ta­ku­je pani Brat­ton. - To wiel­ki po­stęp, gdy się po­my­śli, jak bez­czel­ne mogą być praw­dzi­we na­sto­lat­ki. - Uśmie­cha się cie­pło. - Wiem, bo kil­ko­ro wy­cho­wa­łam.

Ma­ri­sa od­sy­ła mnie z po­wro­tem do skle­pu i koń­czy ne­go­cja­cje z pa­nią Brat­ton. Mam so­bie wy­brać ład­ne, ale skrom­ne ubra­nie do mo­je­go no­we­go domu, w któ­rym będę słu­żyć no­wej wła­ści­ciel­ce. Bio­rę ja­sno­błę­kit­ny swe­ter, któ­ry spodo­bał się wcze­śniej pani Brat­ton, bia­łą bluz­kę i jed­no­li­tą nie­bie­ską spód­ni­cę, pod ko­lor swe­tra. Mun­du­rek dla po­cząt­ku­ją­cych. Wkła­dam nowy strój. Nic wię­cej nie po­trze­bu­ję.

Aha, jesz­cze tyl­ko jed­no: mu­szę po­że­gnać się z Bec­ky.

Bec­ky to dru­ga na­sto­lat­ka typu beta wy­sta­wio­na na sprze­daż w bu­ti­ku. Gdy tyl­ko przy­je­cha­łam, po­wie­dzia­ła mi, że bety trud­niej się sprze­da­ją, po­nie­waż nie ma gwa­ran­cji, że będą dzia­ła­ły zgod­nie z za­pro­gra­mo­wa­niem. Bec­ky i ja je­ste­śmy na­sto­lat­ka­mi typu beta, pierw­szy­mi z tej se­rii. Opo­wia­da­ła, jak dok­tor Lu­sar­di uświa­do­mi­ła jej za­raz po wy­klu­ciu, że bety mogą naj­wy­żej przy­cią­gnąć łow­ców no­wo­ści, poza nimi mało kto się sku­si. Do­ro­śli ra­czej nie prze­pa­da­ją za na­sto­lat­ka­mi; wie­lu z nich sta­ra się na­wet za­po­mnieć, że były cza­sy, gdy sami mie­li na­ście lat. Bec­ky są­dzi, że eg­zem­pla­rze beta będą trak­to­wa­ne jako eks­pe­ry­ment, do­pó­ki dok­tor Lu­sar­di nie zdo­ła wy­pro­du­ko­wać nie­mow­ląt i dzie­ci, bo do­pie­ro te mo­gły­by za­wo­jo­wać ry­nek.

Choć ofi­cjal­nie Bec­ky jest wy­sta­wio­na na sprze­daż, nikt nie ocze­ku­je, że zo­sta­nie ku­pio­na. Prze­zna­czo­no ją więc do pra­cy w bu­ti­ku, żeby utrzy­my­wa­ła po­rzą­dek, po­da­wa­ła na­po­je i sprzą­ta­ła po wi­zy­tach klien­tów. Ze swo­im nie­for­tun­nym wy­glą­dem Bec­ky nie ma szans na awans do wyż­szej ka­sty klo­nów, zło­żo­nej z to­wa­rzy­szy i to­wa­rzy­szek, sze­fów kuch­ni, ka­mer­dy­ne­rów, kon­tro­le­rów tle­nu, in­struk­to­rów spor­tu i - ma­ją­cych naj­wyż­szą po­zy­cję - "luk­sa­to­rów", czy­li asy­sten­tów speł­nia­ją­cych luk­su­so­we po­trze­by miesz­kań­ców wy­spy. Bec­ky wy­klu­ła się kil­ka mie­się­cy temu, z szo­pą brą­zo­wych wło­sów krę­co­nych ni­czym splą­ta­ne szczu­rze ogo­ny, z bla­do­ró­żo­wy­mi ocza­mi w od­cie­niu fuk­sji i nie­zdro­wą, po­żół­kłą cerą. Jest też oty­ła, przy­najm­niej o dwa roz­mia­ry grub­sza od ide­ału pięk­na wy­zna­wa­ne­go na wy­spie - per­fek­cyj­nej, nie­ska­żo­nej cel­lu­li­tem Miss Bi­ki­ni.

Dok­tor Lu­sar­di uwa­ża, że je­stem naj­do­sko­nal­szym eg­zem­pla­rzem ze wszyst­kich beta, bez wzglę­du na wiek. Mój wy­gląd od­po­wia­da obo­wią­zu­ją­ce­mu na Do­mi­nium ka­no­no­wi pięk­na, tak jak po­wi­nien mu od­po­wia­dać wy­gląd wszyst­kich klo­nów. We­dług za­łą­czo­nej ho­lo­gra­ficz­nej bro­szur­ki moje wy­mia­ry są wzor­co­we. Ład­nie wy­rzeź­bio­ne mię­śnie su­ge­ru­ją, że moja Pierw­sza była spor­t­smen­ką lub tan­cer­ką. Dok­tor Lu­sar­di stwier­dzi­ła, że "wy­glą­dam mi­lu­sio". Mam wspa­nia­łe ja­sne wło­sy w mio­do­wym od­cie­niu, skó­rę mu­śnię­tą słoń­cem i brzo­skwi­nio­wo­kre­mo­wą cerę. Moje oczy, naj­trud­niej­sza - zda­niem dok­tor Lu­sar­di - rzecz, są bez za­rzu­tu. Są ni­czym lan­dryn­ki w od­cie­niu ja­snej fuk­sji, z po­wie­ka­mi w kształ­cie mig­da­łów i gę­sty­mi brą­zo­wy­mi rzę­sa­mi; za­pro­jek­to­wa­ne tak, by wy­ra­żać ła­god­ność i nie od­stra­szać wła­ści­cie­li. Świe­tli­ste oczy klo­nów wi­dzia­ne z dy­stan­su mają przy­cią­gać lu­dzi i da­wać im po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Z bli­ska wy­da­ją się jed­nak pu­ste. Dla­te­go lu­dzie ra­czej uni­ka­ją pa­trze­nia nam pro­sto w oczy, co - jak mi uświa­do­mio­no - ucho­dzi za to­wa­rzy­ski nie­takt: oczy, w któ­rych nie wi­dać du­szy, są prze­ra­ża­ją­ce dla oczu, z któ­rych du­sza wy­zie­ra.

- Więc masz być to­wa­rzysz­ką? - pyta Bec­ky. - Eks­tra­fu­cha.

Czu­ję na­głe ukłu­cie w ser­cu. To tak, jak­by mia­ło się tę­sk­nić za tą dru­gą betą. Wiem jed­nak, że to tyl­ko z po­wo­du mo­je­go chi­pa, któ­ry po­tra­fi na­śla­do­wać ludz­kie re­ak­cje i nie ma nic wspól­ne­go ze zdol­no­ścią do praw­dzi­wej tę­sk­no­ty za Bec­ky. Nic do sie­bie nie czu­je­my. Nie ma ta­kiej po­trze­by. Nie wiem jed­nak, dla­cze­go na myśl o opusz­cze­niu dru­giej bety od­czu­wam pust­kę w środ­ku. Mu­szę się jesz­cze tak dużo na­uczyć: o wy­spie, o che­mii wła­sne­go cia­ła. Je­stem zu­peł­ną no­wi­cjusz­ką.

- Do­pie­ro co wy­sta­wio­no cię na sprze­daż, a już zna­leź­li się chęt­ni. Moje gra­tu­la­cje - do­rzu­ca Bec­ky.

- Może, gdy się ro­zej­rzę w no­wym domu, spy­tam o ja­kieś od­po­wied­nie dla cie­bie za­ję­cie.

- Dzię­ki - od­po­wia­da Bec­ky, uda­jąc wdzięcz­ność za pro­po­zy­cję bę­dą­cą bez po­kry­cia, o czym obie wie­my. - Je­stem bar­dzo za­do­wo­lo­na z pra­cy tu­taj.

Ra­zem z pa­nią Brat­ton od­jeż­dża­my sa­mo­ste­ro­wa­nym ni­sko­pu­ła­po­wym awia­tem, Po­jaz­dem Luk­su­so­we­go Użyt­ku. PLU ma przy­ciem­nio­ne szy­by, a w środ­ku pach­nie ja­śmi­nem, wy­god­ne sie­dze­nia są nie­mal piesz­czo­tą dla pa­sa­że­ra. Sie­dzi­my z tyłu, z przo­du jej dwaj ochro­nia­rze. Bacz­nie pa­trzą przez okno, jak­by w raju roz­po­ście­ra­ją­cym się na ze­wnątrz mo­gło czy­hać ja­kieś nie­bez­pie­czeń­stwo. Może ga­pią się tak, bo nie mają nic in­ne­go do ro­bo­ty. Awiat jest prze­cież ste­ro­wa­ny au­to­ma­tycz­nie.

Gdy ma­szy­na szy­bu­je po­nad zie­mią, pani Brat­ton prze­su­wa pra­wą ręką po le­wej, od łok­cia po nad­gar­stek. Pod skó­rą po­ja­wia się kon­so­la trans­mi­syj­na. Pani Brat­ton za­czy­na prze­sy­łać wia­do­mo­ści, naj­wy­raź­niej utra­ciw­szy za­in­te­re­so­wa­nie no­wym na­byt­kiem, czy­li mną. Choć wiem, że je­stem tu po to, by spra­wiać jej przy­jem­ność, a nie ją za­nu­dzać, mój chip pod­po­wia­da, że lu­dzie po­trze­bu­ją cza­sem chwi­li spo­ko­ju na prze­sła­nie da­nych, więc nie pró­bu­ję jej te­raz za­ba­wiać. Za­miast tego przy­glą­dam się zni­ka­ją­cym kra­jo­bra­zom: luk­su­so­we wil­le w oto­cze­niu wy­so­kich palm, tur­ku­so­we la­gu­ny, ogro­dy peł­ne kwit­ną­cych drzew ja­ka­ran­dy, li­lii, pas­si­flo­ry, or­chi­dei i hi­bi­sku­sów. W od­da­li ma­lu­ją się ła­god­ne, ko­ją­ce wody Io, a jesz­cze da­lej po­nad nimi szma­rag­do­we za­le­sio­ne góry nad wy­spą. Wpraw­dzie nie wi­dzę tego z okna po­jaz­du, ale pa­mię­tam, że po dru­giej stro­nie pod­nó­ża gór są po­ro­śnię­te dzi­kim la­sem tro­pi­kal­nym, w któ­rym mie­ści się kom­pleks ba­daw­czy Lu­sar­di - miej­sce, z któ­re­go po­cho­dzę.

Nie by­łam nig­dzie poza Do­mi­nium, więc nie mam po­rów­na­nia. Nie po­trze­bu­ję jed­nak pod­po­wie­dzi chi­pa, by wie­dzieć, że wy­spa nie jest ide­ałem we­dług ludz­kich wy­obra­żeń, ale ide­ałem sa­mym w so­bie. Je­dwa­bi­ste po­wie­trze, któ­re wdy­cham, spły­wa po gar­dle słod­ko jak miód. Fe­eria barw znie­wa­la oczy: fioł­ko­wo­nie­bie­ska Io, so­czy­sta zie­leń krze­wów i wy­so­kich drzew, wy­ra­sta­ją­ce ze­wsząd pió­ro­pu­sze kwia­tów, ja­skra­wo­ró­żo­we, żół­te, po­ma­rań­czo­we, czer­wo­ne, fio­le­to­we i zło­te.

Wzbie­ra we mnie eks­cy­ta­cja, a to świet­ne an­ti­do­tum na nie­po­kój, któ­ry od­czu­wa­łam po roz­dzie­le­niu z Bec­ky. Mam już wła­ści­cie­la i wła­śnie je­dzie­my do mo­je­go no­we­go domu, po­ło­żo­ne­go w naj­bar­dziej upra­gnio­nym miej­scu na zie­mi. Jak bę­dzie wy­glą­da­ło moje ży­cie na Do­mi­nium?

Pani Brat­ton od­czy­tu­je od­po­wiedź na kon­so­li i wzdy­cha:

- Rany. Gu­ber­na­tor nie jest tym wszyst­kim za­chwy­co­ny.

Moja baza da­nych prze­sy­ła mi ob­raz wład­cze­go ły­se­go męż­czy­zny w woj­sko­wym mun­du­rze przy­stro­jo­nym me­da­la­mi. In­ter­fejs po­da­je, że gu­ber­na­tor to eme­ry­to­wa­ny ge­ne­rał, obec­ny pre­zes wy­spy mia­no­wa­ny przez radę dy­rek­to­rów.

- Skąd pani zna gu­ber­na­to­ra? - py­tam pa­nią Brat­ton.

- To mój mąż, głup­ta­sko.

Są­dzę, że to wy­ja­śnia obec­ność ochro­nia­rzy, choć to, że w tej oa­zie spo­ko­ju w ogó­le po­trzeb­ni są ochro­nia­rze, nie jest dla mnie do koń­ca zro­zu­mia­łe. Nie do mnie jed­nak na­le­ży za­da­wa­nie py­tań tego ro­dza­ju. Je­stem tyl­ko klon­ką, w do­dat­ku klon­ką typu beta.

- Dla­cze­go na­zy­wa się gu­ber­na­tor? - drą­żę.

- To prze­zwi­sko, złot­ko. Brzmi tro­chę ko­lo­nial­nie. "Pre­zes" to ta­kie bez cha­rak­te­ru.

- Ro­zu­miem, pro­szę pani - od­po­wia­dam. Choć to nie­praw­da. Pod­czas szko­le­nia wpro­wa­dza­ją­ce­go, któ­re prze­szłam tuż po wy­klu­ciu, za­pa­mię­ta­łam ten zwrot jako po­ręcz­ny chwyt, gdy w roz­mo­wach z ludź­mi za­pa­da mil­cze­nie. To, czy na­praw­dę ro­zu­miem, jest bez zna­cze­nia.

- Nie mów do mnie "pro­szę pani". To ta­kie ofi­cjal­ne.

- Jak więc po­win­nam się do pani zwra­cać? - py­tam.

- Mo­żesz do mnie mó­wić "mamo".