Bestiariusz nowohucki - Elżbieta Łapczyńska

Kup ebooka

27.00 zł
22.41 zł (27,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

O TYM, JAK PTAK Z LUDZKĄ GŁOWĄNAWIEDZIŁ EMILA

Wszystko się skończyło, gdy po raz pierwszy spuścili surówkę z Wielkiego Pieca. Spłynęła pomarańczowym zawijasem do kadzi, z kadzi przelali ją do żeliwiaka, dodali złomu i wyszła stal. Stal wrzucili w walcarkę. Tam się skończyłem i tam zacząłem. Ale to później. A wtedy był dzień Wielkiego Spustu. Zostało mi po nim życie zapisane na papierkach.

Pani I., chyba nie sypia pani dobrze.

PANIE E., NIE ZASNĘŁAM, ODKĄD PRZYJECHAŁAM DO HUTY.

Zanim surówka wżarła się w halę, wszystkie oczy, a były ich tysiące, śledziły ruch elektroświdra. Drążył dziurę w płaszczu kolosa, by upuścić rozżarzone do białości soki. Walczył już od dwóch godzin. Uroczysta chwila tonęła w kadzi. Brzuszysko opasane rurociągami górowało nad halą. Wszystkie twarze, a były ich tysiące, zwróciły się tam, skąd miał wybić żywioł. Wypatrywały początku. Oczy miałem zajęte, ale ręce wolne. Pod nieobecność myśli prawa dłoń złośliwie popełzła w dół, żeby dotknąć kieszeni spodni. Tej pustej. Głupia, głupia ręka. Palce sunęły po prążkach materiału jak po tarce, bo od wczoraj przedmioty są mi wrogie w dotyku.

Zrobiłem piruet w pamięci. Od pustej kieszeni do dni, gdy wypełniały ją papierki. Od papierków po dłoń, która je zapisywała. Była to dłoń w wiecznym ruchu. Nigdy nie leżała w spoczynku, targały nią spięcia i podrygi. Migała przy twarzy, momentalnie przenosiła się na udo i znów znikała gdzieś za uchem. Przesuwała palcami po czole w dół i górę, zostawiając czerwony ślad. Narzędzia uciekały od rąk na podłogę, byle dalej. Pracowała w stolarni, tak jak i ja. Gwoździe, piła, młot i szalone dłonie I. Od dzisiaj jest tylko stal, nie drewno. Ta stal właśnie miała się narodzić i może już było blisko, aby surówka w końcu trysnęła, ale w jednej chwili znów odpłynąłem w stronę I., która zapisywała skrawki papieru. Zamknąłem oczy i odłączyłem się od wspólnej sprawy. Może do spustu potrzebna była świadomość wszystkich zebranych i moja ucieczka w papierki sprawiała, że surówka nie chciała spłynąć. Albo Wielki Piec znikał, gdy o niej myślałem, i nigdy nie domyśliłem końcówki tego zdania, bo dłonie, bo ręce, jej pismo.

Nie tylko dłonie I. żyły po swojemu. Cała była jednym wielkim trzęsieniem. Myślę, że ktoś pomieszał coś w jej zasilaniu i jakiś impuls elektryczny nieustannie ją pobudzał, a ona z oczami rozwartymi jak u ryby wyrzuconej na piach bezradnie poddawała się temu stanowi rzeczy. Naprężone mięśnie, żyły na szyi, ścięgna w dłoniach domagały się: "Zatrzymajcie ją! Zatrzymajcie tę wariatkę". Nawet jej zęby wydawały się gotowe do ucieczki, każdy w inną stronę. Na pociągłej twarzy wszystko było w ruchu. Łącznie z nieznacznym garbem na wąskim nosie. Trzymała w kieszeniach piętki chleba i jadła, gdy tylko miała wolne ręce. Gryzła tak, że bałem się o jej żuchwę. Obserwowałem ją nieraz z daleka, by uchwycić choćby jeden spokojny ruch.

Miała ochrypły głos, załamywał się na wyższych tonach. Nigdy nie domykała ust. Myślała galopem. Mówiła całym chudym ciałem, choć jeśli tak na to spojrzeć, należałoby powiedzieć, że raczej wrzeszczała. Jak inaczej mogła więc zapisywać słowa na papierze w kratkę niż tak, jak to robiła - wielkimi, rozwrzeszczanymi literami?

Znów dotknąłem pustej kieszeni, tym razem zupełnie przytomnie. Tym razem zupełnie niepotrzebnie, bo wiedziałem, czego się w niej nie spodziewać. Elektroświder pracował, choć kto wie, co się wydarzyło pod moją nieobecność. Nie mam pewności, czy cały kombinat nie zniknął w tym momencie nieuwagi. Miałem nadzieję, że tak. Wiem, że I. właśnie tak by pomyślała albo to wytańczyła roztelepanym ciałem, a najpewniej po prostu napisała. Zanim wydobyła z siebie zdanie, rozsypywała wokół mnóstwo niepotrzebnych sylab i słów. Dlatego pisała. Tak jak wtedy: PANIE E,. ZAMRUGAJMY KAŻDE POTEM. I znów dłoń-kieszeń-nic.

Nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy.

Przemowy trwały. Świder borował. Oczy zebranych pragnęły iskier i blasku. Wypatrywały wielkiego początku. Niech spłynie, niech spłynie, we wszystkich głowach grały te same myśli. Za mną i przede mną - fala oddechów. Rytmiczne uuuh, uuuh. Zadmuchać Wielki Piec prosto z płuc. Zadmuchać piec znaczy nadać mu ruch. Rytmiczne uuuh, uuuh, niech żyje stal, niech ożyje i ożywi miasto, ożywi machinę górującą nad nim. Zadmuchać piec, wydrążyć spust. A ja próbowałem zamrugać przyszłość. Zaciskałem powieki. Teraz. Teraz. Znikasz. Pod powiekami czarno, ale wiedziałem, że nie zniknął, bo uuuh, uuuh, echo oddechów w hali rozlewało się na wszelkie teraz i wszelkie potem. Niech zniknie teraz, niech nigdy nie wydarzy się potem, oby żadna kropla surówki nie spłynęła korytem, oby żaden poranek nie nadszedł. Mógłbym stanąć naprzeciw otworu, twarzą w twarz z żywiołem, krzyknąć: "Nie popłyniesz!", gdyby tylko surówka miała na względzie człowiecze członki i powstrzymała swój rozlew. Niech nie nadchodzi wielki początek, niech żaden wlewek nie wpadnie pod walce. Niech nigdy. Nie. Przerwało. Trysk. Iskry. Lawa zalała halę. Fala oddechów ulgi spadła na posadzkę. Pomarańczowy strumień przeciął świat na pół, na wczoraj wypełnione rozchełstanym pismem i na nieszczęsne potem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Bestiariusz od nowa

Są debiuty, które po premierze cichną, i takie, które po latach wracają jak echo - mocniejsze, niż je zapamiętaliśmy. Bestiariusz nowohucki Elżbiety Łapczyńskiej, wydany pierwotnie w 2020 roku, należy do tej drugiej grupy: wciąż krąży w obiegu, ale domaga się nowej ramy, ponownego ustawienia w szeregu, sprawdzenia, co dziś z nami robi.

Historia tej książki jest mocno osadzona w praktyce wydawniczej Biura Literackiego. Bestiariusz w wydawnictwie wziął się z konkursu "Pierwsza książka prozą", prozatorskiego "Połowu" i z uważnego czytania nadesłanych maszynopisów. Został wypatrzony przez Beatę Stasińską, a później pieczołowicie zredagowany przez Aleksandrę Grzemską. To przykład tego, jak działa nasz model: najpierw kogoś wyszukać, potem wejść z tekstem w długi dialog, w którym debiut przestaje być przypadkiem, a staje się świadomą decyzją. Nagroda Conrada i nominacje do najważniejszych laurów - od Nike, przez Gdynię, po Nagrodę m.st. Warszawy i Paszporty "Polityki" - są w tej historii ważnym dopowiedzeniem, ale nie jej sednem. Sednem pozostaje to, że od pierwszego czytania było jasne: oto książka, która buduje własny język i prywatny świat, nie oglądając się na oczekiwania rynku.

Świat ten ma bardzo konkretny adres: Nowa Huta lat pięćdziesiątych. Nie ta z kronik filmowych, ale ta, która wychodzi z zadymionych hal, z blokowych korytarzy i piwnic, z pralni, barów mlecznych, ze ślepych zaułków między osiedlami. Łapczyńska nie pisze "powieści o Nowej Hucie", tylko funduje jej mitologię: taką, w której miasto zachowuje się jak żywy organizm. Kombinat jest tu sercem i żołądkiem, ulice stają się tętnicami i żyłami, dym zaś to oddech. Na tym organizmie rozsiadają się kolejne stworzenia z tytułowego bestiariusza: prorok wyłaniający się z hutniczych oparów, dziewczyna zjadająca arszenik, człowiek bez twarzy, doktor Szpigiel, którego nazwisko szeleści jak sprzęt w gabinecie. To nie są realistyczne "portrety mieszkańców dzielnicy". To figury, w których skupiają się lęk, pragnienie, przemoc i czułość miejsca.

Socrealistyczny projekt "nowego człowieka" rozgrywany jest tu od środka, od strony ciała. Oficjalna narracja mówiła o budowie kombinatu, o wzroście produkcji, o planach wykonanych na sto kilka procent. Elżbietę Łapczyńską w Bestiariuszu nowohuckim interesuje zupełnie inna statystyka: ilość trucizny w powietrzu, ciężar kurzu w płucach, liczba siniaków, ubytków, drobnych uszkodzeń, które zbierają się w jednym życiu. Ciało jest tu pierwszą i ostatnią dokumentacją epoki. To przez nie przechodzą choroba, śmierć, fizjologia, intymność. Toksyczność - chemiczna, społeczna, emocjonalna - nie jest metaforą, tylko codziennym doświadczeniem. Kto nie wytrzymuje tempa, ten wypada z obiegu. Kto wytrzymuje, płaci za to wysoką cenę.

Proza Łapczyńskiej działa na granicy gatunków. Formalnie mamy do czynienia z powieścią, ale taką składaną z osobnych historii, które da się czytać jak cykl opowiadań. Każdy rozdział ma swoją dominantę: postać, motyw, obraz, które ciągną resztę za sobą. Całość spina się dzięki rytmowi frazy, powracającym figurom, sieci wewnętrznych odwołań. W tle czuć doświadczenie poetyckie autorki: kondensację, obrazowanie, upór przy pojedynczym detalu, który pracuje na całą scenę. To proza, która chce być słyszana nie tylko znaczeniowo, ale też brzmieniowo - pełna szmerów, powtórzeń, słów, które ocierają się o siebie jak tryby tej samej maszyny.

Ważne jest też to, co w książce nie zostaje wypowiedziane do końca. W Bestiariuszu pojawia się dużo postaci na poły niemych, zaciętych, niezdolnych do pełnego opowiedzenia własnej historii. Mówią za nie symptomy: tiki, nawyki, choroby, drobne przesunięcia w zachowaniu. Autorka w jednym z wywiadów nazywa to "czytaniem z symptomów" - chodzi o uważność na wszystko, co dzieje się obok oficjalnego przekazu. Dla nas w Biurze Literackim to bardzo bliskie temu, co uważamy za dobrą literaturę w ogóle - pojmowaną jako sztuka wychwytywania tego, co kruche, niewyraźne, ledwo widoczne, ale decydujące o kondycji człowieka. Tematy, które wracają w naszych projektach - choroba, śmierć, cielesność, fizjologia, intymność, samotność, kruchość świata - w Bestiariuszu znajdują swoją prozatorską, gęstą realizację.

Dlaczego więc "debiut od nowa"? Co zmienia wznowienie po kilku latach? Na pewno zmienił się kontekst. Czytamy Bestiariusz nowohucki po pandemii, po kolejnych kryzysach, z jeszcze bardziej wyostrzoną świadomością skażenia - klimatycznego, społecznego, informacyjnego. Nowa Huta przestaje być tylko konkretnym miejscem na mapie Polski lat pięćdziesiątych. Coraz wyraźniej widać w niej model każdego wielkiego projektu, który miał nas zbawić, a po drodze wiele popsuł. Łatwiej też dostrzec, jak bardzo ta książka mówi o teraźniejszości: o pracy na granicy wytrzymałości, o ciałach wciągniętych w tryby systemu, o świecie, który nieustannie produkuje nowe odmiany "złego życia".

Wznowienie w ramach serii to także przyznanie wprost: Bestiariusz nowohucki stał się jednym z punktów odniesienia dla wydawanej w Biurze Literackim prozy. Od niego zaczęliśmy myślenie o "Połowie prozatorskim" jako o przestrzeni, w której debiut okazuje się czymś więcej niż jednorazowym olśnieniem. Ma być on początkiem drogi, która później prowadzi w różne strony - do kolejnych książek, do innej pracy, do nowych form obecności w literaturze. "Debiut od nowa" to nasz sposób na to, żeby te początki pielęgnować, przywracać, kiedy trzeba, i czytać raz jeszcze z dzisiejszej perspektywy.

Jeśli chodzi o samą książkę Elżbiety Łapczyńskiej, to można mieć wrażenie, że wiele już o niej powiedziano. Recenzje, rozmowy i nagrody zrobiły swoje. A jednak lektura po latach odsłania inne napięcia, fałdy, szczeliny. Tak działa dobra literatura: nie kończy się na pierwszym obiegu. Właśnie dlatego chcemy, by Bestiariusz nowohucki otwierał serię "Debiut od nowa". Jako przypomnienie, że debiut to nie jest epizod, lecz moment, od którego zaczyna się długa praca - nad językiem, nad światem i nad sobą. I jako zaproszenie, by jeszcze raz wejść do Nowej Huty Łapczyńskiej, przejść przez tutejszy dym, asfalt, błoto czy szpitale, i sprawdzić, jakie bestie dziś rozpoznajemy w sobie i dookoła.

Artur Burszta