Bestia - Marek Kubski

-
Proszę czekać

 

 

Od tysiącleci żywi wysilają wyobraźnię, aby samym sobie przedstawić śmierć. W średniowieczu i czasach późniejszych w każdym z kościołów wisiał obraz, który miał stanowić przestrogę. W zgodnym korowodzie postępowały obok siebie przyodziane według wymogów swego stanu postacie: panicz i pachołek, król i żołnierz, wielmoża i żebrak, dama i służąca.

Nawet najuboższe z ludzkich szat jaśniały bogactwem kolorów wobec towarzyszącej im najbardziej szarej nagości. Kompletnej nagości, bo obdartej nawet ze skóry. Każda bowiem z osób ściskała w dłoni piszczel bladego kościotrupa. Kostucha na znak równości wobec niej całego ludzkiego rodzaju – wszystkim błyskała w oczy ostrzem swej kosy. Tyle treść malowidła. A co dzieje się po śmierci i co po niej jest, mogą powiedzieć osoby najbardziej kompetentne w naszych czasach, a więc ci, którzy ją przeżyli.

 

Wreszcie przyszła ta chwila. Był szary, chłodny wieczór. Wicher wył i rozrzucał piasek na wszystkie strony świata. Odczuwałem zmęczenie, więc położyłem się wcześniej spać, by rano w pełni sił rozejrzeć się za pracą. Czas jakiś można nic nie robić, ale to jest zbyt męczące. Owszem, emigrant ma prawo na dłużej zamieszkać u kogoś bliskiego, komu otwarcie przyzna się do niedogodnej sytuacji i kto z nim razem zgodzi się ponieść wszelkie ryzyko. Ale żyć za ciężko zarobione pieniądze kochanej cioci? Nie, nie byłem w stanie tak dalej ciągnąć. Dlatego postanowiłem jutro wstać wcześnie i poszukać pracy. Jakiej? Tego jeszcze nie wiedziałem. Angielski był dla mnie jeszcze za trudny, chociaż mimo niechętnej nauki, zrobiłem już drobne postępy.

Lekki szmer kazał mi odwrócić głowę w kierunku, skąd dobiegał. Otworzyłem oczy. Nierozbudzony zupełnie, zastanawiałem się nad przyczyną hałasu. Szafa stała koło okna, łóżko przyspawane do ścian pokoju, reszta mebli niewidoczna. Tylko okno świeciło od płonącego księżyca, a lekkie światło sączyło się do łóżka, na którym leżałem. Minęły dwie minuty. Coś obcego wdarło się do ciemnego pomieszczenia. Czułem to wyraźnie. Serce mi drgnęło. Ocknąłem się. Nie należy przesadzać, w duchy nie wierzę – pomyślałem, ale mimo to czułem strach. Pełnia księżyca, drętwy szum i obcokrajowiec na bezludziu. Nieźle, co?! Postanowiłem nie przejmować się tym, co chodzi po ciemnym pokoju i straszy. To tylko moja wyobraźnia – pomyślałem i po omacku poszukałem wyłącznika lampki nocnej. Znalazłem. Nacisnąłem. Nagle jakby wybuch wulkanu rozprysnął się po pokoju. Kawałki rozbitej żarówki spadły na podłogę z niewielkim brzękiem. Zastygłem w pół ruchu. Tylko serce poczęło się kurczyć, początkowo lekko, po czym zaczęło bić coraz szybciej, jakby chciało dać z siebie wszystko. Poczułem wrażenie falowania, wznoszenia się i opadania, kurczenia się, nabrzmiewania i zanikania. Ze wszystkich stron otaczały mnie jakby falujące tkaniny o gazowej konsystencji, dokładnie mnie okrywające. Wydawało mi się, jakby falowanie znosiło siłę ciążenia.

Co się ze mną dzieje!? Nagle stanęły mi przed oczyma szczegóły z mojego życia, o których już dawno zapomniałem. Drżenie przebiegło przez całe moje ciało, a pokój wydawał z siebie wspomnienia tak szybkie, że nie miałem czasu zastanowić się nad nimi, choć były prawdziwe. Przypomniałem sobie dziewczynę, która uczyła mnie palić papierosy w łaźni szkolnej. Zobaczyłem nagle kolegów z czasów, gdy mieszkałem jeszcze we Wrocławiu. Moje dzieciństwo, kradzione lampy samochodowe. Julka i Piotra.

Wszystko było prawdziwe. Obrazy przesuwały się jak w kalejdoskopie, nasuwając się jeden na drugi, bez związku i sensu. Jakby przypadkowo posklejane, zebrane strzępki taśmy filmowej. Nagle film się skończył. Znalazłem się w towarzystwie świetlistej postaci.

Nie, nie, z pewnością jej nie znałem. Wzięła mnie za rękę. Czułem, że nie ma ciała... a może jednak? Tak, to była postać, ale miała odmienne kształty i zupełnie inne rozmiary niż te, które znamy. W tym momencie sięgnęła po mnie jakaś ciemna ręka. Starała się wyrwać mnie z otoczenia świetlistej istoty. Przez chwilę tkwiłem w miejscu. Całkowity bezruch. Ciemną rękę, która złapała mnie od tyłu, starałem się odepchnąć, lecz nie miałem dość sił. Trzymała żelaznym uchwytem, niwecząc uczucie szczęścia. Otaczające światło stawało się coraz słabsze i wolno niknęło.

– Marek! Marek, co ci się stało! – padł głos.

Czarna dłoń ściskała moją rękę. Nagle błysnęło silnym światłem. Dziwna postać zniknęła. Ale czarna ręka nadal trzymała kurczowo moją. Istota siedziała obok mnie. Zaskoczona zastygła z przerażenia, milczała, jakby nie mogła wymówić ani jednego słowa. Rozczochrana, nieumalowana, w wygniecionym szlafroku, a przecież efektowna i piękna. Trzymała w lewej ręce świecę z dużym płomykiem. Drugą ściskała mnie gorączkowo. Wstrząsał nią szloch.

– Marku! – rzekła ostatnim tchnieniem. – Co z tobą jest? Co się stało?

Oczy moje, skierowane na nią, patrzyły ze strachem.

Byłem mokry od potu, włosy przylepiały mi się do poduszki. Ocknąłem się. Zamiast czarnej ręki poczułem dłoń dobrej cioci Teresy.

Płomień świecy rozjaśniał jej smutną, piękną twarz. Głęboko odetchnąłem.

– Ciociu – rzekłem cicho. – Coś mi się śniło. Coś pięknego i coś strasznego. Nie wiem nawet, dlaczego.

– No już dobrze. Krzyczałeś tak, jakby cię ze skóry obdzierano.

Wstała, podeszła do stołu, postawiła świecę i podała mi ręcznik.

– Wytrzyj się, bo wyglądasz tak, jakbyś się przed chwilą kąpał.

– Tak, to prawda – odrzekłem.

Po czole ściekała mi obfita struga potu, a pościel wyglądała niechlujnie. Wygnieciona, wilgotna płachta białej bielizny.

Ciocia usiadła koło mnie i zapytała:

– Dlaczego rozbiłeś żarówkę?

– Ciociu – odrzekłem – nacisnąłem tylko wyłącznik, bo usłyszałem szmery w pokoju, i nagle pękła żarówka.

– Widziałeś kogoś? – zapytała z przestrachem.

– Tak – odpowiedziałem zdecydowanie. – Ukazała mi się świetlista postać. Jeszcze takiej nie widziałem. Wyglądała bardzo dziwnie. – Uniosłem rękę na wysokość okna i palcem wskazałem, w którym miejscu stała.

– Ciociu! Tu stała i świeciła się jak lampa.

– Śniło ci się coś. To tylko zmęczenie – odrzekła i wstała, kierując się do drzwi. – Jesteś wyczerpany.

– Nie, ciociu. Naprawdę widziałem ją tutaj.

– Jesteś przewrażliwiony.

– Ciociu, uwierz mi, może to był sen, ale słyszałem szmery.

– To była na pewno mysz.

– Nie, to było coś obcego.

– Dobrze, dobrze, a teraz śpij. Jutro porozmawiamy, dobrze? – odpowiedziała i nacisnęła klamkę od drzwi.

– Ciociu! – zapytałem. – Jak sądzisz, co stało się z lampką? Czy uważasz, że rozbiłem sam żarówkę? Spójrz!

Odwróciłem głowę w stronę szafki nocnej, gdzie stała lampka. Zdjąłem pomarańczowy klosz.

– Ciociu, spójrz! – rzekłem pewnie. – Widzisz? Nakrętka jest w środku.

Podeszła do mnie. Nachyliła głowę.

– Widzę – odrzekła.

– Jak myślisz, czy to nie komiczne?

– W dzisiejszych czasach wszystko jest komiczne – odpowiedziała kpiąco, podniosła się i otworzyła drzwi. – Wszystko ostatnio jest dziwne i komiczne, więc nie przejmuj się.

– Aha! – dodała. – Niech świeca się pali nadal. Ona wyłącznika nie ma.

Widziałem jak w oczach miała złość, a grymas twarzy wrogi.

Postanowiłem się nie kłócić. Przykryłem się kołdrą i powiedziałem dobranoc.

– Dobranoc – odrzekła i cicho zamknęła drzwi.

Tylko płomyk świecy tańczył po ścianach, jakby grano żałobną muzykę. Czułem się bardzo przygnębiony i samotny. Nie mogłem się uspokoić, szczególnie po tym wszystkim, co przeżyłem parę minut wcześniej.

Co to było?

Jestem dopiero siedem dni na obczyźnie, a już mam kłopoty. Siedem szybkich dni w samym środku Australii, w miejscowości Alice Springs.

Właściwie trudno ustalić początek tej historii. Zaczęła się w dniu mojego przyjazdu. Tak, tak! Noc. Drzwi wychodzące na taras są otwarte. Czuć stamtąd ciepłe powietrze i widać bezmiar rozgwieżdżonego nieba. Kolacja skończyła się, ciocia Teresa poszła spać, ale ja pozostałem przy stole. Siedząc, długo zastanawiałem się, co ja tu właściwie robię. Prawda, zła sytuacja gospodarcza w Polsce zmusiła mnie do przyjazdu tutaj, no ale po co? Tak mówiąc szczerze, nie jestem żadnym politycznym uciekinierem, ale mimo to zgłosiłem się do punktu emigracyjnego w Austrii. Po półrocznej kwarantannie znalazłem się tutaj, u mojej dobrej cioci Teresy, siostry mojego ojca.

Wracając do pierwszych dni pobytu, zauważyłem szybkie zmiany. Ciocia chodzi zrezygnowana. Dziwne. Jest młoda i uważam, że powinna ponownie wyjść za mąż. Kobieta w wieku trzydziestu ośmiu lat nie powinna pozostawać sama, szczególnie wtedy, kiedy jest ciężko. Tym bardziej, że duży dom trzeba jakoś utrzymać. Jak mi wiadomo, wuj William, były mąż cioci, umarł na jakąś dziwną chorobę, która tu bywała rzadkością, jak twierdzi sąsiad mieszkający po drugiej stronie ulicy. Coś jest tu nie w porządku. Ciocia ma duży dom, mieszka tu od wielu lat i nie ma żadnych znajomych. Ojciec kiedyś wspominał, że wuj William piętnaście lat pracował ciężko, by zbudować sobie taki duży dom i założyć małą plantację kukurydzy, która teraz i tak upadła. Mimo to ją zbudował, aż pewnego dnia ugryzł go mały komar, który doprowadził go do upadku i śmierci. Biedna ciocia Teresa. Nie dziwię się, że chodzi smutna, jakby miała żal do wszystkich.

Powróćmy jednak do owej nocy.

Siedząc tak długo i rozmyślając głęboko, wyszedłem na taras i ujrzałem dziwnie obcą postać. Przede mną stała kobieta, która świeciła swoją pięknością. Nagle zniknęła. Przez chwilę nie wiedziałem, jak mam zareagować. Gdy wszedłem głębiej na taras, poczułem, jakby ktoś mnie dotykał i mówił szeptem, dosyć bełkotliwie, tak, żebym nie zrozumiał. Nie wiem, może byłem zbyt zmęczony i przejęty inną atmosferą, klimatem i działaniem magnetycznym, o którego działaniu tyle się już zdążyłem nasłuchać. Mimo to opowiedziałem cioci wszystko. Ta zlekceważyła mnie:

– Marku, tu wszystko dla mnie nie jest obce. Czułem wtenczas, z jakim bólem to wyrzekła.

Zerwałem się z niewygodnego ułożenia i sięgnąłem po paczkę papierosów leżących na szafce nocnej.

Wyciągnąłem papierosa i włożyłem do ust. Zapałki znajdowały się gdzieś w spodniach dżinsowych złożonych na krześle. Mimo lenistwa, jakie mnie ogarnęło, wstałem i pospiesznie ruszyłem w stronę stołu, gdzie stała świeca. Odpaliłem papierosa, zaciągnąłem się głęboko, po czym wyrzuciłem z siebie kłęby dymu. Mgła uniosła się nade mną, formując różne dziwne kształty. Wracając do łóżka, poczułem nagle, jakbym nie był sam. Coś całkiem obcego i niewidocznego przemknęło przez pokój. Wskoczyłem pospiesznie do łóżka z wielkim hałasem, chcąc wystraszyć intruza. Ale to nic nie pomogło. Ogień świecy kiwał się na wszystkie strony, nagle zgasł, jakby zdmuchnięty celowo. Nieomylnie to stwierdziłem. W tyle, gdzie mieściło się okno, pojawiło się coś jakby duch. Niewyraźne zarysy człowieka przebijały na zewnątrz, jakby nałożone. Wzdrygnąłem się. Wciągnąłem dym papierosa do płuc. Nagle zauważyłem, że wciągam tylko powietrze, bo papieros już się nie palił.

– Kto tu jest? – zapytałem lekko drżącym głosem.

– Who is here? – powtórzyłem jeszcze raz.

Ale odpowiedzi nie otrzymałem. Zjawa uwiesiła się na oknie, milczała. Z wolna rysowały się jej linie. Tak, to była kobieta. Ta sama, która trzymała mnie za rękę we śnie.

– Kim jesteś?! – krzyknąłem. – Czego chcesz ode mnie?

Piękna kobieta, ubrana w białą suknię, odezwała się bełkotliwie i niewyraźnie. Nie mogłem zrozumieć. Miałem wrażenie, jakby błysk w jej oczach rozświetlał cały pokój. Jej długie blond włosy rozsypywały się na ramionach. Twarz miała trupio bladą.

Skulony trząsłem się nie z zimna, lecz z emocji. Rozchełstana piżama odsłaniała moje blade, zdeformowane już ciało. Przerażony patrzyłem na grę światła i ducha, która mnie otaczała. Czasy, w których żyję, przytępiły moją wrażliwość na zjawiska zaskakujące i niezwykłe. Nasi przodkowie, w mniejszym stopniu dotknięci iluzją wiary we wszechmoc i wszechwiedzę, którą skłonni jesteśmy dziś sobie przypisywać, widzieli wokół siebie więcej tajemnic, choć niewątpliwie mniej spośród nich potrafi rozwikłać. Jak na przykład takie pobłyskujące zjawisko, wprowadzające tyle chaosu, lęku i niepokoju. Fenomen przejawiał się jeszcze jaskrawiej.

– Kim jesteś? – zapytałem ponownie. – Czego chcesz ode mnie? Zły duchu odejdź, odejdź.

Przykryłem pół twarzy, tylko moje oczy wystawały na wierzch. Duch nadal wisiał przy oknie i bełkotał coś, czego nie mogłem zrozumieć. Czułem tylko, jak ściskam wargami niedopalonego papierosa. Milczenie, które zapadło u mnie po tych słowach, było raczej konstatacją beznadziei niż pytaniem, choćby retorycznym. Bezsenna noc mnoży niewesołe myśli – pomyślałem. Czułem się coraz słabszy. Ale pomyślałem, że nie poddam się.

Zerwałem się z łóżka i dopadłem do swoich spodni. Prawą rękę włożyłem głęboko w kieszeń, by znaleźć zapałki. Cały dygotałem. Nagle poczułem, jak coś na mnie spada. Silny powiew, głośny szum, a zarazem mocne światło. Co się ze mną dzieje? Czuję, jak upadam. Coś ciężkiego przygniata mnie do podłogi, ledwie oddycham. Twarda konstrukcja czegoś przygniata mnie i wciska w podłogę. Moje całe ciało jest obezwładnione, mogę jedynie poruszać lekko rękami. Wielki pęd powietrza i grzmot uderzeń rozbijających podmuchy wiatru. Czuję, jak wszystko się trzęsie, drga i trzeszczy. Brak mi tchu. Ucisk na plecach obezwładnia mnie. Wszystko wiruje. Prawy policzek ociera o podłogę. Jeszcze moment, a pęknie mi kręgosłup. Pulsująca krew w żyłach i dużo wiary w moim ciele nie dają za wygraną. Czuję, jak język wyłazi mi z ust, a ślina wypływa na wargi. Cała lewa łopatka zesztywniała od bólu. Coś siedzi na moich plecach. Szatan nie daje za wygraną.

– Kim jesteś, kobieto w bieli?! Kim jesteś?!

Ostatnie podrygi mojego tchu. Nie wiem, jeżeli za chwilę ktoś nie zejdzie z mojej konstrukcji żebrowej, to udusi mnie bez pardonu. Przed oczyma przewijają się przebłyski różnych myśli i uciekają jak odrzutowce. Brak powietrza.

Co mam robić? Nagle słyszę łomot od strony okna. Z ram spadają szyby jak bomby zrzucane z samolotu. Trzask przechodzi w donośny hałas. Przez szparę drzwi przebija się światło. Przed moją głową widzę stopy. Szum w uszach. Co jest grane? Nagle czuję ulgę, tak jakby coś, co siadło na mnie, wolno ze mnie schodziło. Nieomylnie to stwierdziłem. Wcześniej widziane stopy należą do cioci Teresy. A szatańską siłą ciężaru okazała się szafa. Stara secesyjna szafa.

– Marku! O Boże, zabijesz się! – Tylko głos smutnej kobiety brzmiał w tym pomieszczeniu.

– Ciociu! Kto robi sobie takie głupie dowcipy?

– Nie wiem, o co ci chodzi.

Jej twarz zrobiła się obca, smutna i tajemnicza. Czarne włosy przykrywały jej czoło, a oczy pozostawały nieruchome. Szlafrok założony był niechlujnie, wyłaziły z niego piersi.

– Ciociu! – spojrzałem rozbawiony na jej rozchylony szlafrok. Kobieta odwróciła się i zaczęła go poprawiać, mówiąc głośno:

– Nigdy nie widziałeś piersi?

– Widziałem, ale nie takie, jak u ciebie.

– Co mam przez to rozumieć?

– No, takie pulchne.

– Ej, uspokój się. Gdzie jesteś? Co to ma znaczyć?!

– Ciociu, wybacz. To był tylko żart.

Cała w purpurze, zmieszana, wychodząc z pokoju, powiedziała:

– Przebierz się i zejdź do jadalni.

Wskoczyłem szybko w dzienne ubranie. Cały pokój zdemolowany. Okno bez szyb, jakby przeszedł przez niego huragan. Stół z połamanymi nogami, a krzesła porozrzucane po całym pomieszczeniu. Tylko łóżko stało tam, gdzie powinno, i szatańska szafa, która parę minut wcześniej przygniatała moje plecy.

Chwilę później szedłem wąskim korytarzem biegnącym wzdłuż ciosanych kamieni, z których zbudowano cały dom. Korytarz wysłany był czerwoną wykładziną, pod którą skrzypiały deski sfatygowanej podłogi. Niedawno odnowione ściany ozdobione kilkoma starymi obrazami w złotej oprawie wyglądały ponuro. Z góry dochodziło monotonne bzyczenie lamp rzucających jaskrawe, żółte światło. Zbiegłem po schodach na dół.

Doszedłem do końca korytarza i zapukałem do drzwi. Cisza. Nie czekając na odpowiedź, wszedłem do środka. Pomieszczenie było niewielkie. Na prawo od drzwi rzucała się w oczy szklana gablota zastawiona serwisem. Po przeciwnej stronie pod ścianą stał duży stół i cztery krzesła. Na jednym z nich siedziała ciocia w białym, pobrudzonym szlafroku. Przez kilka sekund spoglądałem na nią i spytałem w końcu niespokojnie:

– Ciociu! Co to właściwie za cyrki dzieją się w tym domu?

Siedziała i przez chwilę milczała. Nie trzeba było szczególnej przenikliwości, by przekonać się, że strzał jest celny. W mgnieniu oka twarz cioci Teresy zrobiła się biała jak papier. Wyglądała tak, jakby cała krew odpłynęła z jej czoła i policzków.

– Ciociu, im prędzej powiesz prawdę, tym lepiej. Trzeba skończyć z tą dziecinadą. Zacznijmy od rzeczy najprostszych – mówiłem dalej. – Co tu się tak naprawdę dzieje?

Teresa trzęsącą się dłonią wetknęła papierosa w usta. Natomiast ja szybko sięgnąłem po zapałki do kieszeni spodni. Ogień buchnął jak z gardła smoka. Milczenie. Trzeba mieć polską cierpliwość do tej kobiety – pomyślałem sobie.

– Ciociu, zdobądź się wreszcie na szczerość – powiedziałem spokojnie.

– Między nami, rodziną. Odkąd William zbudował dom, codziennie rano wychodziłam do sąsiada po bułki i gotowałam dla wuja mleko. Tego dnia zauważyłam, że drzwi od tarasu są niedomknięte. Czułam, że coś jest nie tak. Dzień wcześniej śniła mi się młoda kobieta, tak jak tobie, Marku, taka sama ładna blondynka w białej sukni. Czułam, że coś jest nie w porządku. On nadal leżał w łóżku, cały spocony i ledwo oddychał. Gdy przygotowywałam mu śniadanie, on już nie doczekał, odszedł.

– Na co właściwie umarł?

– Na raka krwi. Żaden z lekarzy nie mógł znaleźć przyczyny choroby. Męczył się dokładnie piętnaście dni.

– Ciociu – przerwałem – słyszałem, że ugryzł go komar.

– Tak, ugryzł go komar albo mucha. Zresztą nieważne, jakiś przeklęty insekt.

– Ciociu, wszystko jest ważne.

Paliła papierosa, zaciągając się głęboko. Wdech i wydech. Dym wchodził i wychodził zgodnie z grą płuc. Ja stałem naprzeciwko niej i zagryzałem wargi.

– Ciociu, widzisz, co się ze mną dzieje. Ta kobieta pojawiła mi się już po raz trzeci i narobiła trochę kłopotu.

Spojrzała na mnie ze współczuciem i dodała:

– Boję się o ciebie. Jesteś tu tylko siedem dni, a masz niewiarygodne sny i ukazują ci się duchy!

– Ciociu, to są tchórzliwe duchy. Nie obawiaj się o mnie. Nikt mnie od ciebie nie zabierze.

– Ktoś rzucił klątwę na ten dom.

– Tak sądzisz? – zapytałem z niedowierzaniem.

– Tak, Marku. Rok temu był tu jeszcze raj, a dziś widzisz, jak jest.

– Ciociu, sprzedaj ten dom, wynieśmy się gdzieś dalej, bliżej oceanu.

– Nie mogę.

– Dlaczego?

– Obiecałam mu.

– Co?

– Obiecałam mu, że nie sprzedam tego domu. On go bardzo kochał. Własnymi rękoma go budował. Jeszcze nie stało tu tyle domków.

– Ciociu, ile lat tu jesteś, bo jak pamiętam, byłem jeszcze bardzo mały, kiedy opuściłaś Polskę?

– Miałam osiemnaście lat, a dziś...

Opuściła głowę, zdusiła papierosa w popielniczce. Ogień zgasł, zostawiając ostatnie podrygi dymu.

– Gdzie urodził się wuj?

– W Anglii. W starej konserwatywnej Anglii.

– O, biedny William – dorzuciła.

– Ciociu, gdzie go poznałaś?

– W Londynie. Nie miałam pracy, wówczas było ciężko z pracą, a szczególnie z moim zawodem. Języka nie znałam. Eliza i ja poszłyśmy do knajpy upić się ze szczęścia.

– Kto to była ta Eliza?

– Moja przyjaciółka, razem mieszkałyśmy w jednym pokoju. Eliza dostała pracę i na to konto poszłyśmy się upić. Zabrakło nam pensa przy płaceniu i właśnie dołączył się William, który dołożył tego zasranego pensa.

– Ciociu, a gdzie jest Eliza?

– Eliza! Ach, zapomnij – machnęła ręką i dodała: – Ona to po świecie nie chodziła. Zawsze jej w głowie byli mężczyźni. Gdzie ona jest? A żyje na pewno sobie głęboko w Anglii.

– Nie masz z nią kontaktu?

– Nie.

– Żadnego?

– Żadnego.

– Próbowałaś się z nią skontaktować?

– Tak.

– I co?

– Nic nie pomogło.

– To znaczy?

– Poznała jakiegoś cycka i zniknęła. Tymczasem ja byłam z Williamem. Marku, to jest długa historia, nie pytaj o nią. Eliza mnie nie interesuje. Rozumiesz?

– Rozumiem – odpowiedziałem zgodnie i przybliżyłem się do niej.

– Pamiętasz jeszcze swojego brata?

Spojrzała na mnie spode łba, jednak odrzekła wesoło:

– On to zawsze żył marzeniami. Marku, ty nie znasz swojego ojca.

– Znam – odpowiedziałem pewnie.

– Nie znasz! Ty go w ogóle nie znasz.

– Może masz rację? On mi nigdy nie opowiadał o sobie. Tylko wtedy, gdy był pijany.

– Nie dziw mu się. On też dużo przeżył. Aleksander jest ode mnie starszy o dziesięć lat. Jak się czuje?

– Lekarz powiedział, że jak przestanie pić, to przeżyje nas wszystkich.

– Dużo pije?

– Nie. Od czasu do czasu, jak ma okazję.

– A kiedy ma okazję?

– Prawie codziennie.

Ujrzałem, jak jej twarz zarumieniła się. Uniosła rękę i poprawiła zwisające włosy na czole.

– Ty to zabawny jesteś. Taki sam jak Aleksander. Drugi tata.

Złapała za papierosa. Przypaliła ponownie zapałką i myślała dalej. Głęboko zadumana – pomyślałem.

Poczułem pieczenie w stopach, postanowiłem usiąść przy niej. Dotknąłem jej zimnych rąk dłonią i rzekłem:

– Ciociu, nie przejmuj się. Wszystko będzie dobrze, a o mnie się nie martw. Jutro pójdę poszukać sobie pracy.

– No, nie wiem – odburknęła.

– Dlaczego? – zapytałem.

– Z twoim angielskim to Murzyn znajdzie prędzej zatrudnienie.

– Ciociu, nie przejmuj się, dam sobie radę.

Czułem, że brakuje jej trochę uśmiechu i pociechy. Była roztargniona i pełna rozpaczy. Między innymi i strachu, który ją okalał z godziny na godzinę.

Na drzwiach wisiał stary zegar, który wybijał właśnie godzinę punkt drugą. Wskazówki obiegały wolno tarczę, a wahadło rytmicznie uderzało raz w lewo, raz w prawo. Monotonny rytm stwarzał atmosferę spokoju. Szarość i ponurość pomieszczenia nużyły mnie. Odczuwałem coraz silniejsze zmęczenie.

– Ciociu, idziemy spać. Dosyć tych kłopotów, musimy wypocząć. Halo! Ciociu? Słyszysz mnie?

– O tak! Tak!

Czuć było narastające wyczerpanie tej kobiety. Wyglądała na całkowicie zmęczoną życiem i troskami.

– Dzisiaj jest długi dzień. Co ty na to?

– Boję się – wstała i prychnęła złośliwym tonem: – Marku, boję się o ciebie.

– Sądzę, że pora duchów już minęła. One też muszą się wyspać – rzekłem kpiąco, choć czułem wielki strach.

Prawie zadrżałem, kiedy o tym pomyślałem. Mimo to starałem się nie okazywać swojego lęku.

– Połóż się spać – rzekłem spokojnie, dorzucając: – Przejdę się po tarasie i zaraz wrócę na górę. A jutro wysprzątam wszystko, nawet założę nowe szyby.

– OK – ciocia oparła się nagle o mnie ciężko i westchnęła jak dziecko, które wraca z dalekiej drogi do domu.

Objąłem ją ramieniem. Czułem, że jesteśmy blisko siebie, jak prawdziwa rodzina bez skazy. Teresa odsunęła się ode mnie i ruszyła w stronę wyjścia, a ja za nią, posłusznie jak niewolnik, automatycznie i bez zastanawiania się. Jej włosy rozsypane lekko na ramionach znikały w oddali, tylko oddech przyspieszał kroku, zmierzał w kierunku sypialni. Ja natomiast skierowałem się na taras. Miałem tyle razy okazję umrzeć, że mogę życie uważać za podarunek. Duch może nagle zmienić zdanie i cofnąć kredyt. Ludzkość nie zadrży z żalu po mnie – pomyślałem i ruszyłem.

Noc była księżycowa, bezchmurna i chłodna. Tylko suchy wiatr od strony pustyni nieustannie siekł drobnymi ziarenkami piasku. Zimno dawało się odczuć coraz silniej. Otuliłem się szczelnie swą obszerną, skromną szatą. Spoglądałem co chwila w stronę kępy suchych, kolczastych krzewów rosnących o sto kroków od miejsca, gdzie wuj leżał za niewielkim kamieniem. Mój cień poruszał się od czasu do czasu na tle pokoju oświetlonego przebijającym światłem z zewnątrz. Wybrałem tę noc na tarasie, aby wreszcie przemóc strach. Wytężyłem wzrok. Nadaremnie. Noc była jednak zbyt ciemna, by dało się cokolwiek zobaczyć poza zarysem drzew sadu. Zamknąłem drzwi od tarasu i wróciłem do siebie.

Pokój wyglądał żałośnie. Jak po bombardowaniu Pearl Harbor. Zapaliłem świeczkę i postawiłem ją na szafce nocnej. Otulony światłem świecy próbowałem zasnąć, lecz strach mi nie pozwalał. Czułem się jak żołnierz na straży. Stróż w całej swojej gotowości do obrony przed wrogiem.

Historia Australii liczy mniej niż połowę zarejestrowanych dziejów młodej Ameryki. Ten kontynent ledwie wczoraj przyłączył się do nowoczesnego świata. Sądzę, że od pierwszej chwili po całkowitym zignorowaniu praw pierwotnych jego mieszkańców rozpoczęły swoją wędrówkę duchy zmarłych tubylców.

Może to moja wyobraźnia? Ale nic mi nie pasuje. Zaczęło się wszystko od nieszczęsnych zesłańców na Tasmanię (1830-1877). Gdy oglądam w programie telewizyjnym resztki potężnego więzienia w Port Arthur, jednego ze smutnych prekursorów wszystkich Buchenwaldów, wyobrażam sobie transporty ludzi, którzy przyjmowali swoje przybycie na ten kraniec świata jako ostateczną katastrofę. Nikt z nich nie domyślał się zapewne, iż sto lat później możność wylądowania w słonecznej Australii stanie się marzeniem milionów. Podbój najmłodszego z kontynentów był wielką sprawą, epopeją, historią męstwa, chciwości, wiary i zwątpienia, szlachetności i zbrodni. Wszyscy, a przynajmniej większość z nas, wciąż jeszcze boją się tego kraju, ale nikt się nie przyznaje. My go nie rozumiemy – pisał Patrick White.

Wietrznie, okropność. A jeżeli trafi się dzień bez wiatru, człowiek marzy o jakimś przewiewie. To najzłośliwszy kraj na świecie. Australia w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych XX stulecia, choć w pełni opanowana i urządzona przez białego człowieka, zachowała wiele z czasów pionierstwa. Niektóre jej rejony są mało zbadane, inne, pozbawione wody, stanowią nadal wielką pustkę. To wszystko jest jak jeden wielki koszmar. Siedem wielkich dni zaczyna mnie prześladować. Jaki to insekt zabił Williama? Prawdę mówiąc, nie słyszy się o tego typu zbrodniczych orgiach. Ilu ludzi jeszcze zginęło? I czy sprawcą ich nieszczęścia jest tylko mały komar? Myślę, że jedno ukłucie musi być ostateczne. Kim jest ta postać, która mnie męczy, kim jest? Czego chce ode mnie? Zaczynam wątpić w sensowność mojego nowego, ukochanego przyszłego bycia w tym tajemniczym kraju. Postanowiłem nie zagłębiać się już w to miejsce grozy. Lepiej zanurzyć się w sen. Dzisiaj też jest jeszcze dzień.

Czułem ostre pieczenie w oczach. Postanowiłem nie zwracać uwagi na to wszystko, tylko rozejrzałem się po pokoju, dla upewnienia się, czy coś nie spadnie jeszcze raz na mnie. Szafa stała nadal przy wybitym oknie, krzesła porozwalane w kącie, złamane nogi od stołu. To jest wszystko. Zagłębiłem się w ciszę i ciemność pokoiku.

Nagle spostrzegłem jakby trzy mgliste pasma wpływające do pokoju poprzez szczelinę niedomkniętych drzwi. Miały około dziesięć centymetrów długości i siedemnaście centymetrów szerokości. Najniżej położone pasmo znajdowało się około pięć centymetrów nad podłogą, zaś dwa dalsze oddalone były od siebie o jakieś piętnaście centymetrów. W pierwszej chwili pomyślałem, że Teresa pali na korytarzu papierosa. Wówczas spostrzegłem, że owe trzy chmurki podpłynęły nad moją głowę i częściowo ją zakryły.

Dziwne, bo przecież wszystko widziałem, co działo się za tym jasnym dymem. Cały pokój w spokoju. Ani żywej duszy, a jednak coś mnie niepokoiło. Patrzyłem na pasma jak zafascynowany aniołek. Chmurki powiększały się i powoli nabierały kształtów mglistych postaci ludzkich. Nagle dwie z nich uklękły po przeciwnych stronach łóżka, a trzecia stanęła wyczekująco przy mojej głowie. Śmieszne, ale ta dziwna istota była jakby przejrzysta i mieniła się jasnym, złotym blaskiem. Jej wygląd był tak wzniosły, że zabrakło mi tchu do przeanalizowania tych obcych kształtów. Po chwili do pokoju wpłynęło jeszcze kilka przejrzystych zjaw, lecz mniej wyraźnych. Zgrupowały się wokół mojego łóżka, po czym przysunęły się bliżej, zdawało się, jakby się o mnie opierały. Usłyszałem swój jęk i poczułem, że z trudem łapię powietrze. Miałem wrażenie, że rzucam się niespokojnie po łóżku i poruszam rękami jak pływak w wodzie. Traciłem kontrolę nad sobą. Przez chwilę miałem wrażenie, że walczę z czymś niewidzialnym.

Nadal dookoła łóżka unosiło się kilka postaci utworzonych jakby ze świetlistej mgły. Te mgliste natrętne zjawy zdawały się być tak zajęte moją osobą, że nie byłem w stanie się obronić i zorientować, co się ze mną dzieje. Czułem się niezmiernie przygnębiony. Na głowie i we wszystkich członkach odczuwałem jakiś ciężki ucisk. Powieki wydawały się być z ołowiu. Znajdowałem się w stanie jakiegoś sennego odrętwienia. Przez chwilę miałem wrażenie, że za moment postradam zmysły, patrząc na to ogłupiające widowisko. Minęło może ze dwadzieścia sekund, nim ruchy ich stały się spokojniejsze. W tej chwili głęboko westchnąłem. Przeczuwałem, że mgliste istoty pojawiły się jedynie w mojej wyobraźni, lecz wyobraźnia była rzeczywistością. Nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Odczucie, jakie to na mnie wywarło, było jednym zagubionym i gorączkowym delirium.

Tymczasem mgły przenikają, ustępują i znowu zlewają się. Gdzie jestem? Pełna otumanienia chwila, kołyszę się leniwie na fali jakiegoś wybrzeża morskiego. W płucach zrobiło mi się gorąco, a głowa okazała się zupełnie niezdolna do myślenia. Jeden wielki zamęt w całym moim ciele i umyśle. W ściśniętych płucach napięcie stawało się jakby silniejsze. Zwymiotowałem brunatne skrzepy krwi. Widziałem, jak zbliża się mój koniec.

Kto może złagodzić moje cierpienie? Przebłyski świadomości wdzierały się w mój mózg, tak jakby chciały powiedzieć, że mam szansę przeżycia. Nagle poczułem naprężenie wszystkich naczyń. Krew wibrowała w żyłach jak wysokie napięcie w elektrowni. Magia rąk, całe ciało potu i nagły zastój. Wtem coś uderzyło mnie gwałtownie, jakby siła naddźwiękowa. To było destrukcyjne. Pojawił się brak oddechu. Serce moje przestało bić, a biedne płuca okazały się nieczynne. Miałem wrażenie, że widzę siebie jako nieboszczyka. Z przerażeniem patrzyłem na własne martwe ciało leżące na łóżku. Tylko jakieś tajemnicze cienkie pasemka napływały mi do oczu. Nawet nie czułem bólu, lecz przyjemność i szczęśliwą rozkosz. Pełne i gorące światło otaczało moją duszę. Nawet nie mogłem sobie wytłumaczyć tej podwójnej obecności. Na łóżku nieboszczyk, a ja przed nim w leniwym i radosnym nastroju.

Dlaczego umarłem?... A może żyję?... Czy nie jest to bodziec do zanurzenia się gdzieś mojego organizmu? Mózgu czy serca, które teraz stoją jak zużyta maszyna do pielęgnowania życia. Znalazłem się w nieznanej mi krainie. Bezgraniczna przestrzeń, której piękno trudno opisać.

Moim ciałem targnął wstrząs. Nie wiem, dlaczego.

Zobaczyłem nagle ciocię Teresę leżącą obok mnie, zalewającą moje ciało kroplami łez. Rozgoryczona nad losem, który ją zawiódł. Nagle odczułem ból, jakby ktoś mnie uderzył w piersi. Coś całkiem obcego gruchnęło w moje płuca, jak ostrzem młota.

– Ciociu! Czy słyszysz, co mówię!? Ciociu.

Mój głos nie docierał jednak do niej. Cała obolała i zrezygnowana płakała nade mną. Im więcej jej płaczu i pożegnania, tym bardziej coś mnie w duchu bolało i męczyło.

– Ciociu! Ciociu! Zostaw mnie – słyszałem jak echo powtarza mój głos.

Cały w jej objęciach i biały oczekiwałem spokoju. Nagle ciocia Teresa poruszyła ciało zmarłego. Z płuc wydobyło się jeszcze nieco powietrza. Serce co prawda było nieczynne, ale wiedziałem, że żyję. Ostatni bąbelek powietrza wydał jakiś dźwięk, ponieważ zostałem poruszony, o czym nie wiedziała Teresa. Ponownie targnął mną cios. Jakaś energia zaczęła mną szarpać. Czy ja śnię? Nie, to jeszcze wola myślenia ostatnich sekund Teresy. Próbowała przywrócić mnie do życia cielesnego, gdy tymczasem zabłysła mi jaskrawa błyskawica, zapalona głowa, stado tysięcy świateł i obrazy mojego życia. Wszystko to, co minęło, przeżywałem powtórnie. Naprzeciw mnie ukazała się ciężarówka, która o mało co mnie nie przejechała.

W tej samej chwili siedziałem na Odrze i rysowałem most. Koledzy z klasy. Ojciec pijany kłóci się z matką. Historia kołem się toczy. Wszystko szybko, tak jakby nieposklejane losy ludzkie. Tylko ciocia przytulona do trupa nie poddawała się i wierzyła, że się obudzę. Połamane krzesła, zawalony stół, wybite szyby to ostatni widok, jaki byłem jeszcze w stanie pamiętać. W chwilę później kobieta w bieli wzięła mnie pod rękę i wyprowadziła w inny świat. W świat szczęścia i nowego życia.

Wiedziałem, że jestem jeszcze wciąż w swoim pokoju. Było zupełnie jasno, nigdzie jednak nie mogłem dostrzec ani rozbitego okna, ani żadnego otworu w ścianach. Światłość ta była jaśniejsza niż blask słońca, a mimo to łagodna i przyjemna.

Nic nie raziło w oczy, nie paliło i nie grzało. Próbowałem zastanowić się, dokąd idę z tą kobietą. Te bezowocne myśli stale zakłócały obrazy i refleks z mojej własnej przyszłości.

Nieziemska istota trzymała mnie mocno, w każdym razie takie odniosłem wrażenie. Dopiero zdałem sobie sprawę z tego, że nie żyję, a teraz owa istota zamierza ułatwić mi przejście w nowy świat na drodze telepatii. Poczułem się bardzo bezpiecznie. Dookoła panowała absolutna cisza. Zewsząd otaczała mnie różowa mgła. Straciłem poczucie czasu.

A więc tak wygląda śmierć, której całe życie się boimy? Roztaczają się przed nami obrazy straszliwych cierpień, a tu tymczasem dookoła cisza, spokój i przyjemna kobieta o błyszczących włosach, świecących jak gwiazdy, prowadząca mnie w dalsze piękno. Człowiek wie co nieco o tym, jak funkcjonuje ludzki organizm, ale o podstawach życia nie ma pojęcia. Każdy rozsądny człowiek musi przyznać, że istota ludzka składa się z czegoś więcej niż tylko... materia.

Jest możliwe, iż to, co my nazywamy życiem, istniało już poprzednio, nim urodziło się nasze ziemskie ciało, że po naszej ziemskiej śmierci egzystuje ono nadal. Jeżeli świadomość konającego nie jest dostatecznie skupiona na "jasnym świetle", może dojść do tego, że będziesz widzieć dziesiątki demonów i diabłów.

Nagle usłyszałem wyraźny głos. Mówiła kobieta.

– Marku! Czy tu jest ci dobrze?

– Tak! – odpowiedziałem, szybko dodając: – Nawet bardzo dobrze.

– Pamiętaj – rzekła kobieta. – Są to złudzenia i wytwory fantazji. Te postacie nie istnieją w rzeczywistości, są wytworem naszych własnych myśli.

– Nie rozumiem – odparłem bardzo spokojnie.

– Istnieją one tylko w świadomości konającego – mówiła dalej bardzo spokojnie i lekko, nie zwracając na mnie uwagi.

Postanowiłem się skupić i słuchać uważnie.

– To znaczenie jest symboliczne. Świadomość potrafi utworzyć je w myślach, tak jak to się dzieje z naszymi snami.

– To znaczy, że to jest sen? – przerwałem.

– Nie, to nie jest sen. Marku, skup się i myśl.

Spuściłem głowę w dół, szedłem z nią bardzo lekko i śmiało po czymś, czego nie mogłem dojrzeć. Gęsta mgła utrzymywała nas w powietrzu.

– Umierający musi przejść, przedrzeć się przez te postacie stojące na drodze ku jasnemu światłu przestrzeni. Im wcześniej tego dokona, tym prędzej urzeczywistni się jego wyzwolenie. Rozumiesz?

– Tak.

– W rzeczywistości masz możność cudownego przenoszenia się z miejsca na miejsce... Będziesz wędrował bez ustanku, mimo twej woli... Wszystkim, którzy po tobie zapłaczą, musisz mówić: Tu jestem, nie płaczcie. Rozumiesz?

– Tak – powiedziałem niepewnie.

– Jeżeli ciebie nie posłyszą, pomyślisz: a więc jestem martwy. I wówczas poczujesz się nędznie. Lecz trzymaj się! Będzie cię otaczała szarawa poświata w ciągu dnia, w nocy i w ogóle po wsze czasy... I chociaż będziesz szukał jakiegoś ciała, twoją nagrodą będzie tylko daremny trud. Staraj się stłumić w sobie pragnienie posiadania znów ciała i niechaj twój duch pozostanie w stanie wyrzeczenia się.

– O Pani – rzekłem. – Przecież nie chcę teraz wracać na ziemię.

– To są wskazówki, których należy przestrzegać podczas wędrówki w ciele astralnym – rzekła kobieta, dodając: – Marku! Pewnie, że zmarłeś i stoisz przed obliczem twojego Boga. W lustrze najwyższego sędziego.

Odwróciła głowę w moją stronę i dalej ciągnęła:

– Lustro, w którym sędzia zmarłych zdaje się oglądać twoje uczynki, to tylko twoja własna pamięć, która przypomina ci twoje uczynki, dobre i złe. To ty sam wydajesz wyrok na siebie. Nie istnieje żaden straszliwy Bóg, który wydaje na ciebie wyroki. Wiedz bowiem, że... – zawahała się i westchnęła głosem urażonej istoty. – Wiedz, że poza twoimi własnymi odczuciami siły metafizycznej nie istnieją ani bogowie, ani demony. Nie ma żadnych sędziów sądzących zmarłych. Nie istnieje nawet Bóg, o którym mówi nasza religia. Zrozum to wreszcie i stań się istotą wolną. Stan duszy po śmierci jest zawsze uzależniony od poziomu jej rozwoju. Albowiem o sile lub energii duszy decyduje jej stan moralny i ewolucyjny.

– Marku, twój ojciec jest alkoholikiem? – spytała niespodziewanie.

– Nie wiem, chyba tak.

– Marku! U osób stojących na niskim poziomie, jak na przykład twój ojciec, lub opętanych innymi namiętnościami, dusza jest otępiała, a po śmierci wpada w stan odrętwienia. Ten stan trwa długo i ustępuje powoli. Dusze wszystkich ludzi dobrych przechodzą po śmierci okres snu.

– To znaczy, że ja jestem niedobry, bo nie śpię? – przerwałem lekceważąco.

– Nie, Marku. Stan ten nie może być porównywany ze snem ludzi podczas życia. On trwa krótko i przypomina nieco senne marzenia. Dusza nabiera przy tym świadomości egzystencji i dopuszcza istnienie możliwości energii psychicznej.

– Piękna kobieto, powiedz mi, dlaczego ty masz taką długą suknię. Dlaczego nie chodzisz naga jak ja?

– Szata odzwierciedla ściśle duchowy poziom. Ty jesteś tu niedługo.

– I nie boisz się mnie? Przecież jestem innej płci.

– Nie, nie boję się ciebie. Jesteś tylko ciałem astralnym, a nie fizycznym.

– Nie rozumiem.

– Tego nie musisz rozumieć. Z biegiem czasu sam do tego dojdziesz. Twoje ciało fizyczne zostało na ziemi.

Fakt, byłem nagi jak pierwsi narodzeni ludzie. Rozejrzałem się dookoła. Wrażenie miałem dziwne. Spojrzałem ponownie w dół. Zobaczyłem swoje stopy, wiszące jądra i owłosienie, które zakrywało prawie penisa. Z prawej strony zobaczyłem kobietę, która trzymała się mnie kurczowo. Nagle poczułem, że stawiam kroki, lecz nie mają one wpływu na szybkość poruszania się.

– Powiedz mi, kobieto, po czym chodzimy.

– Chodzimy po czymś twardym, tak jak ziemia. Jednak przy pomocy naszej energii psychicznej możemy zapaść się w ziemię lub ją przeniknąć. U nas znajdują się takie same drogi, lecz bez brudu, błota, śmieci i innych nieprzyjemnych rzeczy. Nasze drogi są elastyczne, więc chodzenie po nich należy do przyjemności. Istota żyjąca w naszym świecie na wyższej płaszczyźnie potrafi na przykład przy pomocy koncentracji myśli utworzyć dowolny przedmiot.

– To znaczy? – zapytałem energicznie.

– Skoncentruj się – rzekła cicho tajemnicza. – Musisz pamiętać, że jesteś tutaj krótko – dodała i nagle zniknęła, zapadając się w mgłę, jak kamień w głębinę.

– Hej, kobieto! Gdzie jesteś?

Cisza. Wokół mnie nikogo już nie było, tylko pustka. Wielka cisza i ogromny spokój. Istota, która mnie oprowadzała, zapadła się gdzieś, gdzie nie mogłem jej zobaczyć ani usłyszeć. Próbowałem wołać, ale to wszystko okazało się nadaremne. Zostałem sam.

Ogarnął mnie niepokój.

Nagle za moimi plecami usłyszałem przenikliwy głos:

– Marku!

Odwróciłem się, ale nikogo nie widziałem.

– Marku!

Ponownie usłyszałem głos. Tym razem spokojny.

– Spróbuj skoncentrować się na ziemi.

– Nie rozumiem, dlaczego na ziemi!? – krzyknąłem.

– Ponieważ masz tam jeszcze bardzo dużo rzeczy do uregulowania.

– Tajemnicza istoto – zawołałem. – Zabierasz mnie do raju, po to, żebym wrócił do piekła?

– Nie, mój kochany – odrzekło echem.

– Co się za tym wszystkim kryje?

– Wielkie zło. Zło przyszłości.

– Jakiej?

– Ziemskiej.

– Ziemia mnie już nie interesuje.

– To źle – usłyszałem głuche. – Stamtąd przyszedłeś, Marku! Wielkie zło przyszłości. Musisz się skoncentrować i wrócić na ziemię.

– Dlaczego? – warknąłem.

– By bronić materii fizycznej twojego ducha i innych.

– Nie rozumiem. Dlaczego akurat ja?

– Zobaczysz – padło ponownie słowo. – Będziesz bardzo dumny, jak zwyciężysz zło.

– Na czym polega zło? – zapytałem z zaciekawieniem.

– Na powrocie na ziemię. Zapamiętaj. Jesteś wybrankiem swojego ducha i ciała. Ty musisz zapobiec temu wszystkiemu. Musisz zniszczyć zło!!!

– Sądzisz, że będę miał tyle siły, aby...

– Będziesz!

– Nie chcę wracać do kłopotów.

– To będzie twoja praca za to, aby tu z powrotem się znaleźć.

– Piękna kobieto, powiedz mi, dlaczego mnie wyrwałaś z ziemi?

– Po to, żebyś zobaczył, jak wygląda inny świat. Świat bez skazy i chorób. Świat bez brudu i zła.

– Co mam zrobić?

– Źli ludzie zakłócają spoczynek ciała ludzkiego i astralnego. Musisz Marku wejść w swoje ciało i walczyć z nimi. Ponieważ i twoje życie pozagrobowe jest też w niebezpieczeństwie. Nie wszyscy umierają w stanie utraty przytomności. Wielu zachowuje bystrość umysłu aż do ostatnich chwil życia, nawet naszego.