Bestia ludzka - Emil Zola

Kup ebooka

18.49 zł
15.16 zł (14,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Roubaud, wchodząc do pokoju, postawił na stole butelkę białego wina, bochenek funtowy i pasztet. Matka Wiktorja, przed wyjściem, tak hojnie napaliła w piecu, że gorąco w pokoju dusiło. Pomocnik zawiadowcy stacji otworzył okno i na niem się oparł. Było to na uliczce Amsterdamskiej, w ostatnim domu na prawo; w wysokiej kamienicy tej zarząd towarzystwa kolei zachodniej dawał mieszkanie niektórym urzędnikom. Okno na piątem piętrze, na samym rogu domu, pozwalało widzieć szeroki widnokrąg, jakby powiększony jeszcze tego popołudnia szaem niebem lutowem, wilgotnem, ale ogrzanem przez słońce. Naprzeciw w promieniach słonecznych kąpały się zlekka domy przy ulicy Rzymskiej. Na lewo Przed sklepami markizy rozpościerały olbrzymie skrzydła ponad zakopconemi szybami. Most Europejski ciągnął się na prawo, a z pod niego wybiegały trzy pary szyn tuż prawie przed domem, rozgałęziały się i układały w wachlarz, którego zgięcia naturalne posuwały się jeszcze dalej i niezliczone ginęły, zasłonięte markizami dla patrzącego z okna. Trzy domki zwrotniczych, przed arkadami mostu pokazywały nędzne przy sobie ogródki Wśród mnóstwa wagonów i lokomotyw, rozstawionych na szynach, wielki sygnał czerwony odbijał w bladym blasku dziennym. Przez chwilę Roubaud patrzył z zajęciem, porównywując i myśląc o swej stacji Hawrskiej. Ilekroć przybywał dzień spędzić w Paryżu i odwiedzał matkę Wiktorję, zawsze fach w nim się odzywał. Nadejście pociągu z Mantes ożywiło teraz widok; ścigał oczyma lokomotywę manewrującą, małą machinę tenderową o trzech nizkich kołach, która wekslowała wagony po szynach, to ciągnąc je naprzód, to znów cofając. Inna lokomotywa, potężna, do pociągów pospiesznych, z parą wielkich kół okazałych, stała samotnie, wypuszczając kominem gęsty dym czarny, który ulatywał prosto, bardzo powoli, w spokojne powietrze. Cały jednak umysł jego zajął pociąg, odchodzący o godzinie trzeciej minut dwadzieścia pięć do Caen, napełniony już przez pasażerów i czekający na lokomotywę. Tej nie widział, bo zatrzymano ją jeszcze za mostem Europejskim; słyszał tylko gotującą się do podróży: odzywała się dość cichem gwizdaniem, jakby się niecierpliwiąc. Dany został sygnał, odpowiedziała gwizdnięciem, teraz głośniejszem, niż wprzódy. Potem, przed ruszeniem z miejsca, na chwilę umilkła, klapę otwarto, kłąb pary buchnął przy ziemi, z ogłuszającym świstem. I zobaczył, jak pod mostem siała biało-sinawy dym, pochłaniając jakby nim obelkowania żelazne, gdy jednocześnie ponad drugą lokomotywą wzmagał się obłok coraz ciemniejszy. Zdała dolatywały wołania rozkazujące i skrzyp ruchomych platform towarowych. Zasłona z dymu rozdarła się i Roubaud rozróżnił wgłębi pociąg, nadchodzący z Wersalu i pociąg, odchodzący do Auteuil: mijały się z sobą. Roubaud chciał już odejść od okna, gdy usłyszał głos, wymawiający jego imię. Wychylił się, ażeby zobaczyć. Poniżej, na balkoniku czwartego piętra, poznał młodzieńca lat trzydziestu, Henryka Dauvergne, nadkonduktora, który mieszkał tu ze swym ojcem, także urzędnikiem kolejowym i dwiema siostrami, Heleną i Zofją, blondynkami po lat ośmnaście i dwadzieścia, prowadzącemi gospodarstwo z sześciu tysiący franków obu mężczyzn, wśród ciągłej wesołości. Słychać było jak starsza się śmiała, gdy śpiewała młodsza, a ptaszki w klatce współzawodniczyły z jej trylami. - A panie Roubaud, jesteś pan w Paryżu! Zapewne dla tej sprawy z podprefektem! Pomocnik zawiadowcy znowu oparłszy się o okno, objaśnił, że musiał wyjechać z Hawru zrana, pociągiem pospiesznym o godzinie szóstej minut czterdzieści. Wezwany został do Paryża przez naczelnika eksploatacji drogi, a rozkaz nakazywał pośpiech. - A pani? - zapytał Henryk. - Pani chciała także przyjechać, dla zrobienia sprawunków. Czekał na nią w tym pokoju, od którego matka Wiktorja dawała im klucz, przy każdym ich przyjeździe i gdzie lubią jeść śniadanie spokojni i sami. Dziś, zaledwie coś przekąsili w Mantes, bo chcieli najprzód załatwić się z interesami, umierał z głodu. Henryk przez grzeczność jeszcze zapytał: - I przenocujecie państwo w Paryżu? - Nie! nie! Wracają oboje do Hawru wieczorem, pociągiem pospiesznym o wpół do siódmej. O! nie ma urlopu! Wyciągają człowieka tylko po to, ażeby mu dać różne zlecenia, a potem do budy. Przez chwilą obaj urzędnicy patrzyli na siebie, kiwając głową. Ale już nic nie słyszeli, fortepian szatański zahuczał bardzo głośno. Siostry musiały razem walić w klawisze, śmiejąc się jeszcze głośniej i podniecając do śpiewu kanarki. Młodzieniec sam się rozweselił, ukłonił się i wszedł do mieszkania, a pomocnik zawiadowcy pozostał przez chwilą, wlepiwszy oczy w balkon, skąd dolatywała ta wesołość młodości. Potem, podniósłszy oczy, zobaczył lokomotywą, którą zwrotniczy skierował na linją do Caen. Ostatnie płatki białej pary ginęły wśród gęstych kłębów dymu czarnego, plamiącego niebo. I on także odszedł po pokoju. Przed kukułką na zegarze, wskazującym dwadzieścia minut na czwartą, Roubaud uczynił gest rozpaczliwy. Dlaczego, u djabła, Seweryna tak się spóźniała? Ona, jak tylko wejdzie do jakiego magazynu, to już wyjść z niego nie może. Dla oszukania głodu, który mu nurtował w żołądku, postanowił nakryć do stołu. Dobrze znany mu był ten pokój obszerny o dwóch oknach, który służył zarazem za sypialnią, jadalnią i kuchnią, z meblami orzechowemi, łóżkiem, przykrytym wełnianą kołdrą czerwoną, z kredensem wysokim, stołem okrągłym i szafą normandzką. Z kredensu wziął serwetą, talerze, widelce i noże, oraz dwa kieliszki. Wszystko to odznaczało się czystością bez zarzutu, a jemu przyjemność sprawiało to gospodarowanie, bawiła go, radowała czystość nakrycia i, zakochany w swej żonie, sam się uśmiechał, na myśl, jakim szczerym wybuchnie ona śmiechem, gdy, otworzywszy drzwi, wszystko to zobaczy. Kiedy jednak położył już pasztet na talerzu, a obok umieścił butelkę białego wina, czegoś się zaniepokoił i szukał oczyma. Potem żywo wyciągnął z kieszeni dwie zapomniane paczki, pudełeczko sardynek i bryndzy. Wybiło wpół do czwartej. Roubaud chodził po pokoju wzdłuż i wszerz, przy najmniejszym odgłosie ucho nadstawiając ku schodom. W tem próżniaczem oczekiwaniu, przechodząc obok lustra, zatrzymał się, i przejrzał się w niem. Jeszcze się wcale nie zestarzał; czterdziestka się zbliżała, a płomienne rude włosy jego kędzierzawe wcale nie zblakły. Broda, którą nosił długo, zachowała również kolor słoneczny. Wzrostu średniego, ale z postawą niezwykle silną, podobał się sam sobie, zadowolony, z głowy nieco płaskiej, czoła niskiego, szyi grubej, twarzy okrągłej i krwistej, oświetlonej parą oczu dużych i żywych. Brwi łączyły mu się, podznaczając czoło krzaczastem półkolem. Ponieważ pojął za żonę kobietę o piętnaście lat od niego młodszą, to częste spojrzenia w lustro uspakajały go. Dały się słyszeć czyjeś kroki. Roubaud pobiegł uchylić drzwi. To jednak wracała do siebie obok sprzedająca dzienniki, na stacji. Zawrócił więc i zajął się przyglądaniem pudełku z muszli, stojącemu na kredensie. Dobrze to pudełko znał, był to podarunek Seweryny, dla matki Wiktorji, jej mamki. I bagatelka ta przypomniała mu całe jego małżeństwo. To już lat temu trzy niedługo. Urodzony na południu, w Plassans, syn kołodzieja, wyszedłszy z wojska, w randze sierżanta-majora, był oficjalistą najprzód na stacji Mantes, potem awansował nieco wyżej i przeniesiony został do Borentin i tu poznał drogą swoją żonę, gdy przyjechała z Deauville na pociąg w towarzystwie panny Berty córki prezesa Grandmorina. Seweryna Aubry była tylko córką ogrodnika, zmarłego w obowiązku u Grandmorina, lecz prezes, ojciec jej chrzestny i opiekun tak ją psuł, czyniąc z niej towarzyszkę dla swej córki posyłając ją na tą samą pensję do Rouen, a ona miała nadto tak wrodzoną dystynkcje, że Roubaud przez długi czas rad był przyglądać się jej tylko zdaleka, z namiętnością nieokrzesanego robotnika dla delikatnego klejnotu, który wydawał mu się niezmiernie cennym. To był jedyny romans jego życia. Zaślubiłby ją był bez grosza, tylko dla szczęścia posiadania jej, a gdy się zręcznie ośmielił, ziszczenie nadziei przeszło marzenia wszelkie. Oprócz Seweryny i dziesięciu tysięcy posagu, prezes, dziś już emeryt, członek rady zarządzającej kolei zachodnich, poparł go swą protekcją. Nazajutrz po ślubie otrzymał nominację na pomocnika zawiadowcy stacji w Hawrze. Zapewne miał za sobą zalety dobrego urzędnika pilnego, punktualnego, uczciwego, umysłu niezbyt bystrego, lecz wielce prawego i wszystkie te przymioty mogły usprawiedliwić szybkie jego awansowanie. Wolał jednak myśleć, iż wszystko zawdzięcza swej żonie. Ubóstwiał ją. Otworzywszy pudełko sardynek, Roubaud do reszty stracił cierpliwość. Mieli się zejść o godzinie trzeciej Gdzież mogła być tak długo? Przecież, komu to gadać, kupowanie bucików i pół tuzina koszul, nie zabiera całego dnia. A gdy znów przechodził przed lustrem, zobaczył się w niem z najeżonemi brwiami i ostrą zmarszczką na czole. W Hawrze nigdy jej nie podejrzewał. W Paryżu roiły mu się w głowie wszelkiego rodzaju niebezpieczeństwa, wybiegi, fortele, występki. Fala krwi napływała mu do czaszki, pięści dawnego robotnika zaciskały się, jak za owych czasów, gdy pchał wagony. Brutalna siła brała nad nim górę, byłby ją zmiażdżył, w przystępie ślepej wściekłości. Seweryna otworzyła drzwi i ukazała się świeża, wesoła. - To Ja? - Co? myślałeś, żem zginęła? W blasku lat dwudziestu pięciu wydawała się dużą, szczupłą i bardzo zgrabną, jakkolwiek tłusta z drobnemi kośćmi. Przedewszystkiem nie była ładną z twarzą długą, wydatnemi ustami, zasłaniającemi wspaniałe zęby. Ale, gdy się patrzyło na nią, podbijała wdziękiem, oryginalnością szerokich oczu niebieskich, pod gęstemi włosy. A gdy mąż, nic nie odpowiadając, przypatrywał się jej ciągle badawczo, wzrokiem niepewnym biednym, który tak dobrze znała, rzekła: - O! nabiegałam się... Wyobraź sobie... nie mogłam dostać omnibusu, a nie chciałam wydawać na dorożkę... poszłam więc pieszo. Patrz, jak się zgrzałam... - Przecie nie zechcesz we mnie wmówić, że wracasz z Taniego Magazynu - odezwał się gwałtownie. Ale ona natychmiast, z przypochlebianiem się dziecka rzuciła mu się na szyję, zatykając usta ładną drobną rączką tłuściutką z dołeczkami. - Cicho bądź, ty brzydki!... wiesz, że cię kocham. Taką szczerością tchnęła jej postać, czuł, że pozostała tak czystą, tak uczciwą, że z szałem porwał ją w swe objęcia. Tak zawsze kończyły się jego podejrzenia. Oddawała mu się, lubiąc się wzdragać. Okrywał ją pocałunkami, a ona nie wywzajemniała się swemi i to go niepokoiło właśnie, że w tem wielkiem dziecku uległem było przywiązanie dziecięce, a nie obudziła się w niej jeszcze kochanka. - Więc chyba zrabowałaś cały Tani Bazar? - O! tak. Zaraz ci opowiem... Ale wprzód zjedzmy. O! tak mi się jeść chce... Ale... posłuchaj, mam dla ciebie mały prezencik. Powiedz: A gdzie dla mnie prezencik? Śmiała mu się w twarz, bardzo blisko. Prawą ręką sięgnęła do kieszeni i trzymała w niej jakiś przedmiot, ale go nie pokazywała. - No, mówże prędzej: gdzie dla mnie prezencik? On także roześmiał się wesoło. Wreszcie się zgodził: - Gdzie jest mój prezencik? Kupiła mu nóż, ażeby zastąpić zgubiony przezeń dwa tygodnie temu, którego jeszcze żałował. On się zachwycał tym nożem nowym o rączce z kości słoniowej i lśniącem ostrzu; nazywał go wspaniałym. Zaraz chciał go spróbować. Ona cieszyła się z tego bardzo i żartując, kazała sobie dać trzy grosze, ażeby przyjaźń ich nie została przecięta. - A teraz jedzmy, jedzmy - powtórzyła. - Nie, nie, proszę cię, nie zamykaj okna, tak mi jeszcze gorąco. Poszła za nim do okna i stała te kilka chwil, oparta na jego ramieniu, patrząc na szeroki obszar stacji. Teraz dymy już znikły, droga na torze, połyskującym od słońca, pogrążała się powoli w powstającą mgłę. Dalej lokomotywa manewrująca przyprowadzała gotowy już pociąg do Mantes, który miał odejść o dwadzieścia pięć minut na piątą. Słychać było stuk buforów, oznajmiający, że dodawano jeszcze nowe wagony. A na środku linji nieruchomo z maszynistą i palaczem, czarnymi od kurzu w drodze, stała ciężka lokomotywa od pociągu osobowo-towarowego, jakby zmęczona i zadyszana, snując ledwie cienkie pasemko pary. Czekała, aż tor będzie dla niej wolny, ażeby mogła powrócić do remizy w Batignolles. Ozwał się sygnał, umilkł. Pojechała. - Jakie te Dauvernianki są wesołe - rzekł Roubaud odchodząc od okna. - Słyszysz, jak bębnią na fortepianie? Przed chwilą widziałem się z Henrykiem; kazał ci się kłaniać. - Do stołu! do stołu! - zawołała Seweryno. Rzuciła się na sardynki i połykała je. O, i chlebek z Mantes prędko zniknął! Upajał ją każdy przyjazd do Paryża. Jak ją to cieszyło, że nachodziła się po ulicach; rozgorączkowana jeszcze była kupowaniem sprawunków w Tanim Bazarze. Odrazu, co wiosnę, wydawała tu całe swe oszczędności z zimy, woląc wszystkiego tu nakupić, powiadała bowiem, że oszczędza w ten sposób na kosztach podróży. To też nie przestając jeść, mówiła ciągle o tem, co kupiła. Wreszcie zmieszana, zarumieniona, przyznała się, ile razem wydała: przeszło trzysta franków! - U! - wyrzekł Roubaud, dotknięty tem - to wcale piękna porcja, jak na żonę pomocnika zawiadowcy... Miałaś przecie kupić tylko pół tuzina koszul i parę bucików.. - O! mój drog1 takiej okazji mieć już nie będę... Sztuczka jedwabiu z prześlicznym szlaczkiem i kapelusz gustowny, prawdziwe marzenie! halki gotowe haftowane!... I wszystko to za bezcen, dwa razy tyle zapłaciłabym w Hawrze. Odeślą mi do domu, zobaczysz! Wolał się rozśmiać, tak ładną była, widocznie ucieszona, z miną zarazem błagalną. A przytem tak miłe było to śniadanko zaimprowizowane w pokoju, gdzie byli sami i swobodniejsi, niż w restauracji. Ona zwykle pijała wodę, dziś jednak pozwalała sobie nalewać wina i wychylała kieliszek po kieliszku, nawet o tem nie wiedząc. Pudełko sardynek było już próżne; rozkrajali pasztet nowym nożem. Przepysznie krajał, co dla Seweryny było prawdziwym tryumfem. - A tobie jak poszły interesa? - spytała. - Pozwalasz mi paplać, a nie mówisz mi wcale, jak się skończyło z podprefektem. Wtedy opowiedział jej szczegółowo, jak go przyjął naczelnik eksploatacji. O! zmył mu porządnie głowę. Bronił się, powiedział całą prawdę, jak ten zdechlaczek podprefekt chciał koniecznie wsiąść z psem do przedziału klasy pierwszej, gdy zachowany był przedział klasy drugiej dla myśliwych i psów. Stąd kłótnia i różne obrazy. Naczelnik wprawdzie przyznał mi słuszność, żem chciał przestrzegać przepisów, lecz najstraszniejsze było odezwanie się, którego się nie zapierał: "Nie sądź pan, ażebyście zawsze byli panami". Podejrzewano go o republikanizm. Rozprawy, jakie zaznaczyły otwarcie posiedzeń izby w roku 1869 i obawa przyszłych wyborów powszechnych, niepokoiły rząd. To też niezawodnie danoby mu dymisję gdyby nie silna protekcja prezesa Grandmorina. A jeszcze i pomimo niej, musiał podpisać list przepraszający przez tegoż doradzony i zredagowany. Seweryna przerwała mu, wołając: - A co? czy nie dobrze się stało, żem poszła do niego i złożyłam mu wizytę z tobą dziś rano zanim powędrowałeś po to mydło. Wiedziałam dobrze, że on nas wydobędzie z kłopotu. - Tak, on cię bardzo kocha - podchwycił Roubaud - a w zarządzie kolei bardzo dużo może. Ale widzisz, na co się to przyda być dobrym urzędnikiem! O! nie szczędzono mi pochwał, nie za pomysłowość, lecz za sprawowanie, za posłuszeństwo, za odwagę i t. p. A z tem wszystkiem, moja droga, gdybyś ty nie była moją żoną i gdyby Grandmorin nie był bronił mej sprawy, z życzliwości dla ciebie, miałbym się spyszna, przeniesionoby mnie za kare na jaką odludną stacyjkę. Uporczywie patrzyła w przestrzeń i wyszeptała, Jakby mówiąc do siebie: - O, ten człowiek bardzo dużo może... Nastała cisza; siedziała z rozszerzonemi oczyma, zapatrzonemi w dal, przestawszy jeść. Zapewne stanęły jej przed oczyma wspomnienia dzieciństwa, tam, w zamku Deauville, o cztery mile od Rouen. Matki nie znała nigdy. Kiedy ojciec jej, ogrodnik Aubry, umarł, zaledwie rozpoczynała trzynaście lat i wówczas prezes, już wdowiec, wziął ją dla towarzystwa swej córki, a obie zostawały pod opieką jego siostry, pani Bonnehon, wdowy po fabrykancie, do której dziś należał zamek. Berta, starsza od niej o dwa lata, wyszła za mąż w pół roku później i zaślubiła pana de Lachesnaye radcę trybunału w Rouen, małego człowieczka, suchego i pożółkłego. Jeszcze przed rokiem prezes znajdował się na czele tego trybunału miejscowego, następnie zaś podał się do dymisji, po wspaniałej karjerze. Urodzony w r. 1804, został podprokuratorem w Dignes zaraz po r. 1830, potem w Fontainebleau, potem w Paryżu, wreszcie prokuratorem w Rouen. Bogaty na kilka miljonów, należał do rady generalnej od r. 1855, a w dniu wyjścia do emerytury, zaszczycony został krzyżem legji honorowej. I jak tylko najdawniej przypominała go sobie, widziała go zawsze takiego, jak teraz jeszcze, rzeźkiego, żwawego, z włosami stojącemi do góry, starannie wygolonego, z twarzą kwadratową, którą, nos gruby i oczy niebieskie, ostro patrzące, czyniły surową. Przy nim wszystko drżało. Roubaud dwa razy musiał podnieść głos, powtarzając dwukrotnie: - No, o czem tak myślisz? Drgnęła, wstrząsnęła się, jakby przestraszona. - A o niczem. - Nie jesz, wiec już nie głodnaś? - O! nie, zaraz zobaczysz. Seweryna, wychyliwszy kieliszek, dokończyła kawałka pasztetu, który miała na talerzu. Nowa przerwa nastąpiła, zjedli do szczętu chlebek funtowy i ani odrobiny nie zostało do sera. Jakież wiec były krzyki, jakie śmiechy, gdy, popychając się nawzajem, wyszukali w kredensie matki Wiktorji kawałek chleba razowego. Chociaż okno było otwarte, gorąco nie zmniejszyło się wcale i dokuczało młodej kobiecie, zarumienione] i ożywionej wielce przy tem gadatliwem śniadaniu naprędce. Roubaud, z powodu matki Wiktorji, znowu powrócił do Grandmorina: i ta kobiecina także wiele mu zawdzięcza dobrego. Dziewczyna uwiedziona, której dziecko umarło, mamka Seweryny, której przyjście na świat matka przypłaciła życiem, później żona palacza na kolei, żyła bardzo nędznie w Paryżu, zarabiając trochę szyciem, a mąż jej wszystko przejadał, gdy wtem spotkanie z córką mleczną nawiązało dawne węzły i zjednało dla niej także protekcję prezesa. I dziś otrzymała ona miejsce doglądającej pokojów damskich na stacji, czyli najlepsze miejsce, o jakiem mogła zamarzyć. Kolej płaciła jej tylko sto franków, rocznie, ale z dochodami od podróżnych miała po czterysta franków, nie licząc tego pokoju z opałem. Więc los jej był bardzo dobry. Roubaud obrachował, że gdyby dodać do tego dwa tysiące ośmset franków, jakie miał jej mąż Pocquert, jako palacz, małżeństwo można było liczyć na cztery tysiące franków, to jest dwa razy więcej, niż on zarabiał, jako pomocnik zawiadowcy stacji w Hawrze. - Zapewne - dodał - ale nie wszystkie kobiety chciałyby doglądać gabinetów. Wprawdzie żadna praca nie ubliża. Tymczasem pierwszy głód już przeminął i jedli wolno, od niechcenia, krając ser na drobne kawałki, ażeby przedłużyć ucztę. Słowa ich także stawały się powolniejszemi. - Ale - zawołał - zapomniałem cię zapytać... Dlaczego nie chciałaś pobyć dwa, czy trzy dni w Doinville, o co cię prosił prezes? Przy błogiem trawieniu, w myśli jego przypomniała się ich wizyta ranna, obok stacji, w pałacu, przy ulicy Rocher, gdzie widział się jeszcze w dużym gabinecie różowym i słyszał jeszcze, jak prezes mówił do nich, że jedzie nazajutrz do Doinville. Potem, jak gdyby mu nagle przyszła myśl do głowy, ofiarował się nawet pojechać wraz z nimi pociągiem pospiesznym o wpół do siódmej i zabrać potem chrześniaczkę do swej siostry, która oddawna pragnęła ją mieć u siebie. Ale młoda kobieta wynajdywała wszelkie powody, które przeszkadzały jej, jak mówiła. - A ja, wiesz - mówił dalej Roubaud - nie widziałem nic złego w tej podróży. Mogłabyś była zostać tam do czwartku, jabym się już odpowiednio urządził... Przecie w naszem położeniu, potrzebujemy ich. Niebardzo to dobrze nie przyjmować ich grzeczności, tembardziej, że twoja odmowa sprawiła mu widoczną przykrość... To też nie przestałem cię trącać, ażebyś się zgodziła, dopóki mnie nie szarpnęłaś za paltot. Wtedy mówiłem już tak samo jak ty, choć nic nie rozumiałem. No? dlaczego nie chciałaś? Seweryna poruszyła się niecierpliwie. - Czyż mogę cię zostawiać samego? - To jeszcze nie racja... Odkądeśmy się pobrali, przez te trzy lata, przecież byłaś dwa razy w Doinville, po tygodniu. Nic ci więc nie przeszkadzało być i trzeci raz. Zakłopotanie młodej kobiety wzrastało, odwróciła głowę. - Dość, że mi się nie podobało. Chyba mnie nie zechcesz do tego zmuszać, czego sobie nie życzę. Roubaud otworzył ręce, jakby dla upewnienia, że jej nie zmusza do niczego. Jednakże podchwycił: - Ale ty przedemną coś ukrywasz... Czyżby ostatnim razem pani Bonnehon źle cię przyjęła? - O! nie! pani Bonnehon zawsze ją dobrze przyjmowała. Tak była miła, wysoka, śliczna, ze wspaniałemi włosami, jeszcze jasnemi, pomimo pięćdziesięcio pięciu lat! Za czasów wdowieństwa, a nawet za życia męża, miała często, jak opowiadano, serduszko zajęte. Ubóstwiano ją w Doinville, przemieniała zamek w przyjemną, rozkoszną siedzibę; całe towarzystwo przyjeżdżało z Rouen w odwiedziny, zwłaszcza urzędnicy. W tej sferze pani Bonnehon miała wielu przyjaciół. - To przyznaj się, że cię Lachesnayowie zrazili. Zapewne od czasu wyjścia za pana Lachesnaya, Berta przestała być dla niej tem, czem była niegdyś. Dawniej z noskiem czerwonym wyglądała nieszczególnie. Teraz w Rouen panie chwaliły bardzo jej dystynkcje. Nadto mąż, taki jak jej, brzydki, surowy, skąpy, musiał chyba i z niej zrobić złośnicę. Nie, Berta jaknajgrzeczniej traktowała swoją dawną koleżankę i Seweryna nie miała jej nic do zarzucenia. - Więc to prezes ci się tam nie podoba? Seweryna, która dotąd odpowiadała tonem powolnym, głosem równym, znowu poruszyła się niecierpliwie. - On, co za myśl! I mówiła krótkiemi zdaniami nerwowemi. On zaledwie dawał się widzieć. Dla siebie miał oddzielny w parku pawilon, którego drzwi wychodziły na pustą uliczkę. Wychodził, wchodził bez niczyjej wiedzy. Nawet siostra nie wiedziała napewno, kiedy przyjdzie. W Barentin najmował powóz, na noc przyjeżdżał do Doinville i tu całe dnie spędzał w swym pawilonie, nie widując się z nikim. O! on tam nikomu nie przeszkadzał. - Wspominałem ci o nim, bo opowiadałaś mi tyle razy, żeś się go w dzieciństwie bała, jak wilkołaka. - O! jak wilkołaka! zawsze musisz przesadzać... śmiać się nigdy nie śmiał. Patrzył się zawsze tak ostro, że trzeba było głowę spuścić. Widziałam ludzi, którzy wobec niego tak się mieszali, że nie mogli ani słowa doń przemówić, tak imponował im swoją reputacją człowieka surowego i mądrego, Ale mnie nigdy nie łajał, do mnie zawsze miał jakąś słabość. Znowu głos jej zwolniał, a oczy patrzyły w przestrzeń. Przypominam sobie... kiedy jeszcze byłam malcem i bawiłam się z przyjaciółkami w alejach, jak się tylko pokazał, wszystkie się zaraz chowały. Ja czekałam spokojna. On przechodził, a widząc mnie uśmiechniętą, z podniesioną główką, zwykle mnie uszczypnął w policzek... Później, gdy miałam szesnaście lat, a Berta chciała o co go prosić, zawsze mnie obarczała prośbą. I mówiłam, wcale nie spuszczając oczu, choć czułem, że jego świdrują mnie aż do kości. Ale nic sobie z tego nie robiłam, tak byłam pewna, że zgodzi się na wszystko, czego tylko zechcę... O! tak, przypominam sobie, przypominam! Tam niema ani jednego zakątka w parku, niema ani jednego pokoju w zamku, któregobym nie oglądała, teraz nawet trafiłabym wszędzie zamknąwszy oczy. Zamilkła, z przymniętemi powiekami; na twarzy jej ciepłej i zlekka wzdętej, zdawał się przebiegać dreszcz, na myśl o tych czasach dawniejszych, o tych rzeczach, o jakich nie mówiła wcale. Przez chwilę pozostała tak, a wargi lekko je drżały. - Rzeczywiście, był bardzo dobrym dla ciebie - podchwycił Roubaud, zapalając fajeczkę. - Nietylko wychował cię, jak pannę, ale bardzo dobrze zarządzał twemi groszami po ojcu i zaokrąglił pokaźnie tę sumkę do naszego ślubu... A jeszcze coś ci zapisze, jak mi mówił. - Tak - wyszeptała Seweryna - ten domek w Croix-de Maufres, tę posiadłość, którą przecina kolej. Czasem jeździliśmy tam na tydzień... Ale, na nie liczę, Lachesnayowie muszą go męczyć, ażeby mi nic nie zostawił. A zresztą ja też wolę nic, nic! Ostatnie słowa te wymówiła głosem tak żywym, że zdziwił się. Wyjął fajeczkę z ust i przyglądał się jej zdumionym wzrokiem. - Dziwna jesteś! Powiadają, że prezes ma miljony, cóż więc złego byłoby, gdyby o swej chrześniaczce pomyślał w testamencie? Niktby się temu nie dziwił, a namby dobrze to zrobiło w interesach. Potem rozśmieszyła go myśl, która mu przyszła do głowy. - Chyba ci przecie nie chodzi o to, że mogą mówić, że jesteś jego córką... Bo wiesz, o prezesie, pomimo jego sztywnej miny, podobno gadają różne rzeczy; za życia nawet żony bałamucił podobno wszystkie swoje służące. I oto wyposaża młodą dziewczynę. A mój Boże, cóż z tego nawet, gdybyś była jego córką. Seweryna powstała, gniewna, z rozognioną twarzą, z przerażającem drganiem niebieskiego spojrzenia, pod ciężką masą włosów czarnych. - Córką jego... jego córką! Nie chcę, ażebyś z takich rzeczy żartował, rozumiesz? Alboż ja mogę być jego córką? Czyż jestem do niego podobną? Ale dość o tem, pomówimy o czem innem. Nie chcę pojechać do Doinville, bo nie chcę, bo wolę wrócić z tobą do Hawru. Pokiwał głową i uspokoił ją giestem. - Dobrze! już dobrze i nie będę już cię tak drażnił! Uśmiechnął się, nigdy jej nie widział tak zdenerwowaną; zapewne podziałało wino. Rad zasłużyć na przebaczenie, wziął znowu nóż do ręki i podziwiając go jeszcze i wycierając starannie, ażeby pokazać, że kraje, jak brzytwa, obcinał sobie paznokcie. - Już kwadrans na piątą - szepnęła Seweryna, stając przed kukułką. - Mam jeszcze zajść w kilka miejsc... Trzeba myśleć już o pociągu. Lecz, jakby dla uspokojenia się do reszty, przed zaprowadzeniem nieco porządku w pokoju, oparła się znów na oknie. Wtedy on, odłożywszy nóż i fajkę, wstał także od stołu i ujął ją z tyłu lekko w swe objęcia. W uścisku tym oparł podbródek na jej ramieniu, a głowę o jej głowę. Nie ruszali się wcale, patrzyli. Pod nimi, na dole, małe lokomotywy, wekslujące, uwijały się bez wytchnienia; i jak skrzętne, a małomówne gosposie, zaledwie było je słychać, przy zagłuszonym odgłosie kół i cichem gwizdaniu. Jedna z nich pojechała właśnie, znikła pod mostem Europejskim, odprowadzając do remizy pociąg z Trouville który odstawiono. A po za mostem spotkała się i minęła z lokomotywą, idącą samotnie z remizy, jakby na spacer, połyskującą miedzią i stalą i wyświeżoną do podróży. Zatrzymała się, dwukrotnem gwizdaniem zażądała wolnego przejścia od zwrotniczego, który ją prawie natychmiast posłał do jej pociągu, stojącego już w pogotowiu. Był to pociąg, odchodzący o godzinie wpół do piątej do Dieppes. Tłum podróżnych cisnął się, słychać było turkot wózków, naładowanych bagażami, posługacze jeden po drugim kładli pakunki do wagonów. Niebo się zachmurzyło w stronie Batignolles, zmierzch mglisty spowijał budowle i zaczął już ogarniać rozłożony wachlarz linji kolejowej. - Nie, nie, daj mi spokój - wyszeptała Seweryna. Oddechem dmuchał jej ciągle na szyję, a pomału przycisnął się do niej silniej, podniecany ciepłem młodego ciała, które trzymał w ramionach. Odurzała go swym zapachem, a jeszcze bardziej podniecała jego żądze, chcąc się wydostać z uścisku. W jednej chwili oderwał ją od okna, które zamknął łokciem. Usta jego napotkały jej usta, gniótł je namiętnie. - Nie, nie, nie jesteśmy u siebie - powtarzała. Sama była jakby oszołomiona, odurzona jedzeniem i winem, jeszcze drgająca od gorączkowego chodzenia po Paryżu. Pokój zanadto ogrzany, stół z resztką śniadania, niespodziewany rezultat podróży, czyniący z niej miłą przejażdżkę, wszystko to rozpłomieniało w niej krew i przejmowało ją rozkosznym dreszczem. A jednak odmawiała, opierała się, sprzeciwiała, z przestrachem, którego nie umiałaby wskazać przyczyny. - Nie, nie, nie chce! On, z krwią, ledwie nie wytryskującą z pod skóry, powstrzymywał swe ręce brutalne. Drżał, byłby ją zmiażdżył. - Nie, błagam cię, daj mi spokój! Był to taki okrzyk prawdziwej boleści, że go poskromił, że kazał mu się uspokoić. Ręką powiódł po twarzy, jakby chcąc usunąć to, co go paliło. Widząc, że zapanował nad sobą, nachyliła się ku niemu i wycisnęła mu na policzkach przeciągły pocałunek, chcąc mu dowieść, że pomimo wszystko, zawsze go kocha. Tak pozostali przez chwile, nic nie mówiąc, odzyskując równowagą umysłu. Ujął ją za prawą rękę i bawił się starym pierścionkiem złotym, który nosiła na tym samym palcu, co i obrączką. Zawsze go tam widział. - Prawda, że ładny - odezwała się Seweryna, głosem mimowoli rozmarzonym, myśląc, że mąż przygląda się pierścionkowi i doświadczając gwałtownej chęci mówienia o czemkolwiek. - W Croix de Manfres, podarował mi go na imieniny, gdy miałam lat szesnaście. Roubaud podniósł głową, zdziwiony. - Kto? prezes? Gdy oczy męża jej spoczęły na jej oczach, ocknęła się jakby gwałtownie. Uczuła jak zimno jakieś mrozi jej policzki, chciała odpowiedzieć i nie znalazła słów, zdrętwiała od paraliżu, który ją schwycił. - Ależ - mówił mąż dalej - zawsze mówiłaś, że ten pierścionek dostał ci się po matce. W tej chwili jeszcze mogła była cofnąć słowa, które się jej wymknęły przy zapomnieniu o wszystkiem. Dość było jej rozśmiać się, udać roztargnioną. Uparła się jednak, nie panując nad sobą, tracąc świadomość. - Nigdy, mój drogi, nigdy ci nie mówiłam, że ten pierścionek dostał mi się po matce. Wtedy Roubaud spojrzał na nią badawczo i sam także pobladł. - Jakto? nigdy mi tego nie mówiłaś? Dwadzieścia razy najmniej!... Nic złego w tem, że prezes dał ci pierścionek. Tyle ci innych rzeczy dał... Ale dlaczego taiłaś to przedemną? dlaczego kłamałaś, mówiąc o matce? - Nie mówiłam ci o matce, mylisz się, mój drogi. Niedorzecznem było to upieranie się. Wiedziała, że się tem gubi, że czyta on w jej oczach wyraźnie i teraz chciałaby cofnąć, połknąć te słowa, ale nie było już na to czasu, czuła, że mieni si na twarzy, że cała jej osoba tchnie wyznaniem, zimno z policzków ogarnęło całą jej twarz, wargi drgały nerwowo. A on, przerażający, sponsowiał nagle, jakby krew chciała rozerwać mu żyły, schwycił ją w ręce, przyglądał jej się zblizka, ażeby w przestrachu jej oczu lepiej czytać to, czego nie mówiła głośno. - Boże! - wyjąknął - Boże! Strach ją zdjął, spuściła głowę, ażeby ją ukryć w ramionach, przeczuwając uderzenie pięści. Mały, drobny, nic nie znaczący fakt, odsłonił rzeczywistość, w kilku zmienionych słowach. Dość było jednej minuty. Rzucił ją na podłogę i naoślep uderzył ją obiema pięściami. Przez trzy lata ani razu jej nie potrącił, teraz bił ją, oślepły, rozszalały, z całą brutalnością człowieka, którego ręce pchały niegdyś wagony. - Tyś była jego kochanką!... jego kochanką!... Wściekłość go ogarniała, przy powtarzaniu tych słów; za każdym razem przy wymawianiu ich, spuszczał na nią gwałtownie pięście, jakby chciał je wbić; wtłoczyć w jej ciało. - Byłaś jego kochanką!... byłaś!... Głos jego dusił się w takim gniewie, że gwizdał, a już się nie wydobywał. Wtedy usłyszał dopiero, że gnąc się pod razami, mówiła: nie. Innej nie miała obrony, zaprzeczała, ażeby jej nie zabił. A ten krzyk, ten upór w kłamstwie, do reszty przyprawiał go o obłęd. - Przyznaj się, że byłaś jego kochanką! - Nie! nie! Podniósł ją, trzymał w ramionach, nie pozwalając jej upaść na kołdrę, ażeby twarz ukryć. Zmuszał ją, ażeby na niego patrzyła. - Przyznaj sią, że byłaś jego kochanką. Nagle wyślizgnęła mu sią, wymknęła i chciała pobiedz ku drzwiom. Jednym skokiem rzucił się znów za nią, z pięściami wzniesionemi do góry i wściekły, od jednego uderzenia powalił ją przy stole. Padł przy niej, pochwycił za włosy, ażeby przytrzymać na podłodze. Przez chwilę pozostali tak na ziemi, twarzą w twarz, nie ruszając się, nie mówiąc. A wśród tej przerażającej ciszy, słychać było dolatujące śmiechy i śpiewy panien Dauvergne, których fortepian huczał na szczęście, zagłuszając hałas bójki. Tam Klara śpiewała piosenki dziecięce, a Zofia kolejno jej akompaniowała. - Przyznaj się, że byłaś jego kochanką. Nie śmiała już mówić, nic wcale nie odpowiadała. - Przyznaj się, że byłaś jego kochanką, albo cię zabiję! Gotów ją był zabić, czytała to wyraźnie w jego spojrzeniu. Padając, spostrzegła nóż otwarty na stole, widziała blask jego ostrza, zdawało się jej, że po niego sięga. Podłość wzięła w niej górę, chęć skończenia raz ze wszystkiem. - Więc tak, prawda, a teraz daj mi odejść. Ohydnem się to stało. Wyznanie, jakiego domagał się tak gwałtownie, uderzyło go w samą twarz, jak rzecz niemożebna, potworna. Zdawało mu się, że nigdy nie mógł przypuszczać takiej nikczemności. Porwał ją za głowę i uderzył nią o nogę stołu; wyrywała mu się, ciągnął ją za włosy po podłodze, potrącając o krzesła. Ilekroć usiłowała powstać, za każdym razem jednem uderzeniem pięści rzucał ją na ziemią. Dyszał gorączkowo w tej wściekłości dzikiej, zwierzęcej. Stół popychany o mało co nie rozbił pieca. Włosy i krew zostały na kancie bufetu. Kiedy wreszcie oboje uczuli się wyczerpanymi, on od bicia, ona od uderzeń otrzymywanych, znaleźli się znów przy łóżku, ona wciąż na podłodze, leżąca, on na kolanach, trzymając ją za ramiona. Oddychali gwałtownie. Na dole muzyka brzmiała dalej, śmiechy odzywały się dźwięczne i świeże młodością. Jednym ruchem Roubaud podniósł Sewerynę i posadził na łóżku. Potem, sam klęcząc jeszcze, przygniatając ją wzrokiem, mógł wreszcie mówić. Już jej nie bił, teraz ją dręczył pytaniami, chcąc się dowiedzieć o wszystkiem. - Więc byłaś jego kochanką!... powtórz, byłam!... I w jakim wieku? jak dawno? Ona wybuchnęła nagle płaczem, łzy nie pozwalały jej odpowiedzieć. - Powiesz mi, czy nie? Mów, albo znów zaczną. Płakała, nie mogła wymówić ani słowa, a on podniósł ręką i ogłuszył ją nowem uderzeniem. Trzy razy udarzył ją, nie otrzymując odpowiedzi, a za każdym razem pytał: - Dawno? jak dawno? mów! Po co walczyć? Dusza z niej ucieknie. Serceby z niej wyszarpał zgrubiałemi palcami dawnego robotnika. I badanie trwało dalej, mówiła wszystko, w takiem przygnębieniu ze wstydu i strachu, że szeptane zdania zaledwie dawały się słyszeć. A on, szarpany zazdrością okrutną, szalał z bólu, rozdzierany dwuznacznemi obrazami; wciąż mało mu było jeszcze wiedzieć, zmuszaj ją wracać do szczegółów, udokładniać fakty. Z uchem, przytkniętem do ust nędznej, konał od tej spowiedzi, grożąc wciąż pięścią podniesioną, gotową opaść, gdyby zamilkła. Znów przesunęła się cała przeszłość w Doinville, dzieciństwo, młodość. Czy prezes myślał już o niej kiedy ją wziął po śmierci jego ogrodnika i kazał wychowywać razem z córką? Tak, musiało się to już zacząć wtedy, kiedy inne dzieci uciekały wśród zabawy, gdy się zjawiał, a ona uśmiechnięta, z główką podniesioną czekała, ażeby jej, przechodząc, dał klapsa po buzi. A później, skoro mówi, iż patrząc mu prosto w oczy, otrzymywała wszystko, o co prosiła, to czy nie dlatego, że czuła się panią; o! jakże wstrętny ten starzec, wychowujący dziecko, dla swojej żądzy! Roubaud dyszał. - Więc w którym roku życia zostałaś jego kochanką? - W siedemnastym. - Kłamiesz! Kłamać, mój Boże! po co? Wzruszyła ramionami, z niezmiernem znużeniem. - I gdzież się to stało pierwszy raz? - W Croix de Maufres. Jęk wydarł mu się z gardła. Potem nagle wstrząsnął nią silnie. - Więc, na miłość Boską, po co wyszłaś za mnie?... Wiesz, że takie oszustwo to ohydna podłość?... Złodziejki w więzieniu czystsze mają sumienie... Musiałaś mnie nie kochać, musiałaś mną pogardzać? Co? dlaczego mnie zaślubiłaś? Ruchem odpowiedziała, że nie wie. Czyż teraz wiedziała właściwie dlaczego? Zaślubiając go, była tak szczęśliwą, spodziewała się skończyć z tamtym!... Nie, nie kochała go i nie chciała mu powiedzieć, że, gdyby nie ta historja, nigdy nie byłaby się zgodziła zostać jego żoną. - To on, nieprawdaż? pragnął cię gdzie umieścić? Dobre bydlę znalazł... Co? Chciał ci dać męża, ażeby sam dalej to robił... I tak robił, nieprawdaż... gdyś tam pojechała dwa razy, po to cię zapraszał. Skinieniem głowy przyznała się znowu. - Więc po to i teraz cię prosił? Więc do końca chciał ciągle tych brudów! Więc jeżeli cię nie uduszę, to się zacznie na nowo!... Ręce jego zagięte konwulsyjnie zbliżały się, ażeby ją za gardło pochwycić. Ale na to ona wybuchnęła sama. - Jesteś niesprawiedliwy. Przecie ja wcale nie chciałam pojechać. Ja sama odmówiłam. Tyś mnie posyłał, aż musiałam się pogniewać, przypomnij to sobie... Widzisz więc, że nie chciałam. Już się skończyło. Nigdy, nigdy nie byłabym przystała. Czuł, że mówi prawdę, ale nie miał z tego żadnej pociechy. Straszne cierpienie, raniące ostrze pozostało mu w piersiach. Tego, co zaszło między nim, a nią nic nie mogło powetować, naprawić. Nie puszczając jej wcale, zbliżył się do jej twarzy, zdawał się być zamagnetyzowany, pociągnięty tu, jakby dla odnalezienia w krwi drobnych żyłek niebieskich tego wszystkiego, co mu wyznała. I mówił - cicho, jakby w halucynacji: - W Croix de Maufres, w pokoju czerwonym... Znam go, okno wychodzi na kolej... Rozumiem że ci obiecuje zapisać ten dom. Dobrze ci się on należy. Pilnował twoich pieniędzy i wyposażył cię, wartaś tego była... Sędzia, człowiek miljonowy, tak szanowany, tak wykształcony, tak dumny! Doprawdy, w głowie mi się mąci... Porwał ją za rękę i poczuł pierścionek, pierścionek w kształcie węża złotego z łbem rubinowym. Zerwał go z palca, rzucił na podłogę i zmiażdżył obcasem w nowym przystępie wściekłości. Potem zaczął chodzić po pokoju, w milczeniu, straciwszy głowę. Ona, oparta o ścianę łóżka, również milcząca, patrzyła nań dużemi oczyma, utkwionemi w niego. Straszna cisza trwała dalej. Wściekłość Roubauda nie uspokoiła się wcale. Ilekroć zdawała się znikać, zaraz wracała większa jeszcze i sprawiała zawrót głowy, blizki szaleństwa. Wtedy nie panował nad sobą, rękami bił powietrze, później odzywało się w głębi niego zwierzę rozwścieczone. Pragnienie zemsty stawało się potrzebą fizyczną, palącą, torturowało mu ciało, dręcząc, żądając zaspokojenia. Nie zatrzymując się, uderzył się pięścią w skronie i wyjęczał głosem zbolałym: - Co ja zrobię? Przecież tej kobiety nie zabił natychmiast, więc jej i teraz nie zabije. Wściekłość się w nim wzmagała na myśl o jego własnej podłości, bo podłem to było, że dbał jeszcze tyle o tę nędznicę, iż jej nie zadusił. Nie mógł jednakże tak z nią pozostać. Więc ją wypędzi, wyrzuci na ulicę, ażeby nigdy już nie zobaczyć. I znowu fala cierpienia napływała na niego, wstręt go przejmował znów dla samego siebie, bo czuł, że tego nawet nie uczyni. Wiec co? Poddać się tej ohydzie; odwiezie z powrotem tą kobietę do Hawru i będzie spokojnie żył z nią, jak gdyby nic nie zaszło. Nie! nie! raczej niech umrą oboje, natychmiast! Taka go zdjęła rozpacz, że krzyknął głośno, obłędnie: - Co ja teraz zrobię? Seweryna, siedząc na łóżku, śledziła go wciąż rozszerzonemi źrenicami. Przy łagodnem przywiązaniu towarzyszki, jakie miała dla niego, litowała się już nad nim wobec niezmiernej boleści, jaką w nim widziała. Obelgi, uderzenia, byłaby mu wybaczyła, gdyby to uniesienie szalone nie było jej tak zaskoczyło znienacka, tak, że i teraz nie mogła jeszcze oprzytomnieć zupełnie. Ona, uległa, bierna, która tak młodą będąc, poddała się pragnieniom starca, a później zgodziła na małżeństwo, ażeby wszystko naprawić, nie mogła zrozumieć takiego wyrzutu zazdrości za dawne winy, za które żałowała i nawpół świadoma swego występku, ani niezepsuta nawskroś, ani też niedojrzała jeszcze do namiętności, pomimo wszystko, przyglądała się mężowi, chodzącemu po pokoju, tak, jakby patrzyła na wilka, albo na inne zwierzę. Co się w nim działo? I przestraszało to ją najbardziej, że czuła w nim zwierzę, które podejrzewała od trzech lat, przy głuchem jego warczeniu, a które dzisiaj zerwało się z łańcucha i rozwścieczone gotowe było gryźć. Co mu powiedzieć, ażeby zapobiedz nieszczęściu? Za każdym razem, gdy zawracał, znajdował się przy łóżku, obok niej. Czekała aż znów nadejdzie i ośmieliła się odezwać. - Mój drogi, posłuchaj... Ale on jej nie słuchał, pędził na drugi koniec pokoju, jak słomka, unoszona przez burzę. - Co ja teraz zrobię? co zrobię? Wreszcie schwyciła go za rękę i zatrzymała na chwilę. - Mój drogi, przecie ja sama nie chciałam tam jechać... Nigdybym już tam nie pojechała, nigdy nigdy. Ciebie tylko kocham! I przybierała minkę pieszczotliwą, przyciągała go do siebie, nadstawiła usta, ażeby ją pocałował. Ale on, upadłszy przy niej, odepchnął ją ze zgrozą. Ta chęć pieszczoty zapaliła w nim żądzę, ale tem większe uczuł obrzydzenie siebie, wszystkiego, że gwałtownie zapragnął krwi. - O! żebym ja nie zdechł razem z tobą, on musi wprzód zdechnąć, musi! Głos mu spotężniał, powtórzył te słowa, powstawszy, wyprostowany, jakby te słowa, dając mu postanowienie, uspokoiły go zarazem. Nie rzekł już nic, podszedł zwolna do stołu, spojrzał na nóż, którego ostrze rozłożone połyskiwało. Ruchem machinalnym zamknął nóż i schował go do kieszeni. I z oczyma, wlepionemi w przestrzeń, pozostał na tem miejscu i myślał. Na czole zarysowały się dwie zmarszczki, jakby nie mógł nic wymyślić. Chcąc sobie ułatwić myślenie, otworzył okno i stanął w niem, twarz wystawiwszy na chłód zmierzchu. Poza nim żona jego wstała, zdjęta strachem i nie śmiąc go wypytać, starając się odgadnąć, co się dzieje w jego twardej czaszce, czekała, stojąc także wprost szerokiego nieba. W zapadającej nocy czarną masą odbijały się dalekie domy, rozległy plac stacji zapełnił się mgłą. W niej nikły już wiązania mostu Europejskiego. Ku Paryżowi ostatni odbłysk dnia blado oświetlał szyby ogromnych hali, gdy u dołu rozpościerały się już gęste ciemności. Zabłysły gwiazdy, na wybrzeżach zapalono latarnie gazowe. Wielka smuga jasnego światła padała od latarni u lokomotywy w pociągu do Dieppe, pełnego pasażerów, z drzwiami, już pozamykanemi, który czekał tylko sygnału zawiadowcy na wyruszenie w drogę. Zamieszanie się wkradło i tarcza czerwona zwrotniczego zamykała przejazd, a tymczasem lokomotywa odprowadzała wagony, które przez źle wykonywany manewr zostawione były na torze. Pociągi przesuwały się bez ustanku, we wzmagającym się zmroku po sieci pokratkowanych szyn, wśród szeregu wagonów, nieruchomo stojących na linji w oczekiwaniu. Jeden pociąg pojechał do Argenteuil, drugi do Saint-Germain, inny znów, bardzo długi, przybył z Cherbourga. Sygnały mnożyły się, gwizdania, odgłosy trąbek; ze wszech stron, jeden po drugim, ukazywały się ognie czerwone, zielone, białe; zamęt panował o tej szarej godzinie, tak, że zdawało się, iż wszystko ulegnie zdruzgotaniu. A wszystko mijało, wciskało się, torowało sobie drogę dalej jednolitym, powolnym ruchem miarowym, sunąc wciąż naprzód, ledwie widzialne w głębiach zmroku. Ogień czerwony w sygnale zwrotniczego znikł, pociąg do Dieppe zagwizdał i ruszył z miejsca. Z szerokiej przestrzeni szarego nieba zaczęły padać rzadkie krople deszczu. Noc zapowiadała słotę. Gdy Roubaud odwrócił się, twarz miał zgrubiałą i pociemniałą, jakby na niej zaległ cień zapadającej nocy. Już się namyślił, plan jego był już gotów. Przy gasnącym blasku dziennym spojrzał na zegar z kukułką i wyrzekł głośno: - Dwadzieścia minut na szóstą. I zdziwił sią: upłynęła zaledwie godzina i godzina wystarczyła na tyle rzeczy! A jemu się zdawało, że się męczyli tak już całe tygodnie. - Dwadzieścia minut na szóstą! mamy czas. Seweryna, nie śmiąc go wypytywać, śledziła go wciąż niespokojnemi oczyma. Zobaczyła, jak szuka czegoś w szafie i wyjmuje papier, buteleczkę atramentu i pióro. - Masz! napiszesz. - Do kogo? - Do niego... Siadaj. A gdy instynktownie odsuwała się od krzesła nie wiedząc jeszcze, czego będzie od niej wymagał, przyciągnął ją i posadził na krześle tak gwałtowniej że czuła się jakby przybitą. - Pisz: "Jedź pan dziś wieczorem pociągiem pospiesznym o wpół do siódmej i nie pokazuj się aż w Rouen". Trzymała pióro, lecz ręka jej drżała, strach jej powiększała tajemniczość, jaką dla niej stanowiły te dwa wiersze. To też ośmieliła się nawet podnieść głowę błagalnie. - Mój drogi, co chcesz zrobić?... Proszę cię... wytłomacz mi. On głosem nieubłagalnym powtórzył: - Pisz, pisz! Potem, wpatrzywszy się w jej oczy, bez gniewu, bez obelg, ale tak uporczywie, że czuła, jak ją przygniatał wzrokiem: - Zobaczysz co chce... i słuchaj, co chce uczynić, będzie musiał zrobić ze mną tak, jak ja chcę... W ten sposób zostaniemy sami, będzie między nami coś wspólnego. Przestraszył ją, jeszcze sie wzdrygnęła. - Nie, nie, wprzód chcę wiedzieć... Nie napiszę, dopóki się nie dowiem. Wtedy, przestawszy mówić, wziął jej rękę, drobną, wątłą rączkę dziecka i ścisnął ją w swojej pięści żelaznej i ściskał ją coraz silniej, jak kleszczami, aż do zmiażdżenia. Tak wole swą wtłaczał jej w ciało wraz z bólem. Krzyknęła, wszystko się w niej łamało, wszystko się gięło. W nieświadomości, w uległości, nie mogła mu nie być posłuszną. Narzędzie miłości, narzędzie śmierci. - Pisz, pisz! I pisała z trudnością ręką zbolałą. - To dobrze, grzeczną jesteś - rzekł, kiedy dostał list - teraz trochę tu uporządkuj... Przyjdę po ciebie. Bardzo spokojny był. Przed lustrem poprawił węzeł u krawata, włożył kapelusz i odszedł. Słyszała, jak zamykał drzwi na podwójny spust i wyjął klucz. Noc zapadała coraz bardziej. Przez chwilę siedziała, nadstawiając uszu na wszelkie odgłosy, dochodzące z zewnątrz. U sąsiadki, handlarki dzienników, odzywało się ciągle skomlenie przygłuszone, widocznie pies był zamknięty. Na dole u Dauvergnów fortepian milczał. Tam rozlegał się teraz wesoły brzęk rądli i talerzy, obie gosposie krzątały się w kuchni, Klara gotowała potrawkę z baraniny, Zofja przyrządzała sałatę. A ona, przygnębiona, słuchała jak się śmiały wśród zgrozy tej okropnej i coraz bardziej ciemniejącej nocy. O kwadrans na siódmą lokomotywa pociągu pospiesznego do Hawru, wysunęła się z pod mostu Europejskiego, posłana została do swych wagonów i przyczepiona. Skutkiem nagromadzenia dużego, nie zdołano pociągu tego umieścić pod przykryciem. Czekał na otwartem powietrzu, obok wybrzeże, które na schyłku widnokręgu, jakby wpadało wprost w ciemności nieba jak atrament czarnego, a kilka latarń gazowych, stojących wzdłuż chodników, wyglądało na zakopcone gwiazdy. Deszcz przestał padać, tylko powstał po nim wiatr chłodny, przejmujący wilgocią, hasając po rozległej przestrzeni otwartej, którą mgła rozszerzała a z do bladych światełek w domach przy ulicy Rzymskiej. Przestrzeń była szeroka i smutna, skąpana w wodzie, tu i owdzie przerwana krwawym ogniem, tu i owdzie napełniona zwartą masą lokomotyw i wagonów samotnych, szczątkami pociągów, drzemiących na drodze do remizy, a z głębi tego jeziora cieni wydobywały się hałasy jakieś, jękliwy oddech jakiś, dyszący gorączką, gwizdanie podobne do przeraźliwych krzyków kobiecych, dalekie dźwięki trąbek, a dołączał się do tego zewsząd gwar sąsiednich. Głośno rozbrzmiewały rozkazy, ażeby dodawano wagonów. Lokomotywa sznelcugu stała nieruchoma, wypuszczając kłęby dymu, który unosił sią, w te całą czarną przestrzeń, rozpraszał się na małe smugi, siejąc łzy białe na bezbrzeżną żałobę, pokrywającą niebo. O dwadzieścia minut na siódmą, ukazał się Roubaud i Seweryna. Ona, przechodząc obok poczekalni, oddała ukłon matce Wiktorji, a on ją popychał naprzód z miną spieszącego się męża, którego żona się opóźnia, niecierpliwy i gwałtowny, z kapeluszem, zsuniętym z czoła; ona, z woalką, obciśniętą na twarzy, chwiejna, jakby zmordowana znużeniem. Tłum podróżnych dążył po peronie; tłoczono się. I obchodzono wagony wzdłuż, szukając wolnego miejsca. Chodnik ożywiał się, posługacze pchali przed sobą wózki z pakunkami do brankardu na czele pociągu, konduktor starał się umieścić jakąś bardzo liczną rodzinę, pomocnik zawiadowcy stacji przyglądał się połączonym wagonom, z latarką w ręku, ażeby się przekonać, czy dobrze były przyczepione. Roubaud wreszcie znalazł pusty przedział, do którego chciał, ażeby Seweryna wsiadła, gdy spostrzeżony został przez zawiadowcę stacji, pana Vanderpa, który przechadzał się po platformie ze swym przybocznym pomocnikiem, panem Dauvergne. Obaj z założonemi wtył rękami, przyglądali się manewrami dodawanych wagonów. Nastąpiły ukłony. Trzeba było zatrzymać się i porozmawiać. Najprzód mówiono o historji z podprefektem, która się zakończyła pomyślnie, ku powszechnemu zadowoleniu. Potem była mowa o wypadku, jaki zrana zdarzył się w Hawrze, a telegraf już o nim doniósł. U lokomotywy, która w czwartki i soboty obsługiwała pociąg pospieszny o godzinie wpół do siódmej, złamała się oś, w chwili właśnie, gdy pociąg wjeżdżał na stację; naprawa jej na miejscu zatrzyma tam przez dwa dni mechanika Jakóba Lantier, ziomka Roubauda i palacza Pacquent, męża matki Wiktorji. Seweryna, stojąc przed drzwiami przedziału czekała, jeszcze nie wsiadając; mąż tymczasem w rozmowie z tymi panami udawał wielką swobodę umysłu, podnosił głos, śmiał się. Wtem odezwało się stuknięcie od uderzenia pociąg cofnął się o kilka metrów; lokomotywa pchała pierwsze wagony ku temu, który dodano, 293, dla posiadania wolnego przedziału. I syn Dauvergne, Henryk, który znajdował się przy tym pociągu jako nadkonduktor, poznawszy Sewerynę pod woalką, prędko odepchnął ją w bok, bo uderzona zostałaby otwartemi drzwiczkami wagonu, potem, przepraszając ją, z uśmiechem i wielką uprzejmością opowiedział jej, że nowy przedział przekroczony był dla jednego z członków zarządu Towarzystwa, który zażądał go na pół godziny przed odjazdem pociągu. Rozśmiała się sucho, nerwowo, jakby bez żadnego powodu, a on podążył do swej służby, opuścił ją rozpromieniony, bo mówił sobie nieraz, że byłaby z niej bardzo miła kochanka. Zegar wskazywał dwadzieścia siedem minut na siódmą. Jeszcze trzy minuty. Nagle Roubaud, który przyglądał się uważnie wyjściom z sal poczekalnych, nie przestając rozmawiać z zawiadowcą stacji, opuścił tegoż i powrócił do Seweryny. Ale wagon, upatrzony poprzednio, już się odsunął, musieli pójść do przedziału pustego o kilka kroków; Roubaud obróciwszy się w tył, popchnął żonę naprzód i prawie szturgnięciem pięści wsadził ją do wagonu, gdy ona, w uległości trwożliwej, patrzyła instynktownie wtył, ażeby widzieć, co się dzieje. Zbliżał się jakiś spóźniony podróżny, trzymając w ręku tylko kołdrę, z kołnierzem, podniesionym wgórę, i w kapeluszu, tak naciśniętym na głowę, że w migoczących błyskach gazowych widniała z całej jego twarzy tylko część siwej brody. Jednakże, pomimo widocznej chęci unikania wszystkich, pp. Vanderpe i Dauvergne podeszli ku niemu. Podążyli za nim, a on im się dopiero ukłonił o trzy wagony dalej przed dodanym przedziałem, do którego wsiadł pospiesznie. To on był. Seweryna drżąca upadła na ławkę. Mąż gniótł jej ramie jakby nią teraz poniewierał, skoro był swego pewny. W minutę później pół godziny wybiło. Jakiś przekupień naprzykrzał się ze sprzedażą dzienników wieczornych, podróżni przechadzali się jeszcze po platformie, peląc papierosy, wreszcie wszyscy wsiedli. Słychać było z dwóch przeciwnych stron konduktorów, zamykających wagony. Roubaud, który nieprzyjemnej doznał niespodzianki, spostrzegłszy w przedziale, o którym myślał, że jest pusty, jakąś postać nową, siedzącą w kącie, zapewne kobietę jakąś w żałobie, milczącą, nieruchomą, nie mógł się powstrzymać od wykrzyku złości, gdy drzwiczki się otworzyły i konduktor wrzucił przez nie jakąś parę, otyłego jegomościa i otyłą jejmość, którzy wpadli zadyszani. Pociąg zaraz miał ruszyć. Deszcz bardzo drobny znów zaczął padać, powlekając błotem rozległe pole ciemne, które bezustannie przebiegały pociągi, dające się poznać tylko po przesuwaniu się szybkiem migoczących okienek oświetlonych. Kilka latarń rzucało mdłe światło. I nic więcej, nic, prócz niezmiernej przestrzeni nocnej, wśród której ukazywały się tylko dachy, wystające nad linją kolejową, uwydatniane niewyraźnie słabym odbłyskiem gazu. Wszystko nikło, nawet zgiełk głuchnął i tylko lokomotywa sapała, otwierając klapy i wypuszczając kłębiące si ęsmugi białej pary. Dym ulatywał w górę, rozpościerając się jakby całun. Niebo nim zostało zamroczone jeszcze bardziej, obłok sadzy unosił się nad Paryżem nocnym, pałającym swojemi ogniskami. W tej chwili pomocnik zawiadowcy stacji podniósł latarnie, dając znak, ażeby maszynista, oznajmił o jeździe pociągu. Odezwały si ędwa gwizdnięcia i tam, przy budce zwrotniczego ogień czerwony znikł, zastąpił go płomień białawy. Przed drzwiami brankardu nadkonduktor oczekiwał na sygnał do odjazdu, który zaraz podał dalej. Maszynista zagwizdał jeszcze przeciągle, otworzył regulator, w ruch wprawiając lokomotywę... Ruszono z miejsca. Najprzód posuwanie się było nieznaczne, po chwili pociąg już pędził. Przemknął pod mostem Europejskim i zapuścił się ku tunelowi w Batignolles. Już tylko było widać, jak krwawił się czerwonemi ogniami, jakby ziejącemi ranami. Jeszcze przez kilka chwil można go było ścigać okiem w ciemnych głębiach nocy. Teraz biegł jak szalony i nic już nie miało zatrzymać tego pociągu, pędzącego pełną parą. Znikł.

Rozdział II

W Croix de Maufres, w ogrodzie, który przecina kolej żelazna, stoi dom z cegły, tak blisko od toru kolejowego, że chwieje się od każdego przejścia pociągu. I dość tędy raz przejeżdżać, ażeby go zachować w pamięci. Wszyscy, których pociąg unosi szybko w dal, wiedzą dobrze, że się znajduje na tem miejscu, lecz wcale go nie znają, bo zawsze jest zamknięty, jakby opuszczony, z szaremi okiennicami, które zzieleniały od deszczu. Pustka, ciągnąca się wokół, zwiększa jeszcze bardziej samotność zapadłego kąta, bo na milę dokoła niema żywej duszy. Przechodnie są tu bardzo rzadcy. Domek to nizki, ściany jego się poosuwały, dachówki strawił mech. Nędznie wygląda pośród otaczającego go ogrodu, zasadzonego warzywami, a zamkniętego żywopłotem i obejmującego w sobie wielką studnię, tak wysoką jak domostwo. Tego wieczora, o schyłku dnia, o bardzo miłym szarym zmroku, jakiś podróżny, który w Barentin wysiadł z pociągu do Hawru, podążał szybkim krokiem przez ścieżkę do la Croix des Maufres. Okolica usiana była pagórkami, wydrążona kolinami, - ciągłe falowanie ziemi, po której przebiegają pociągi kolejowe. Kolej jedynie ożywia te strony, zazwyczaj puste i posępne. Cisza zalega tu najczęściej zupełna, chyba, że wiatr hula, świszcząc przeraźliwie ponad wzgórzami i dolinami, lub nawałnica leje strumienie wody, które spływają później z pagórków, wymulając jakby łożyska, prędko wysychające. Cisza zazwyczaj, aż oto szyny zaczynają jeczyć, zdaleka dolatuje tętent coraz bardziej się wzmagający i po chwili z właściwą sobie wrzawą i łoskotem przebiega pociąg z dymiącą lokomotywą, szybko w dal unoszący podróżnych. I znowu cisza w tem pustkowiu. Podróżny, młody, silny, przyspieszał kroku, jakby dla wydobycia się czemprędzej z pod wrażenia smutku, jaki roztaczała ta odludna okolica samotna. W ogrodzie drużnika kolejowego wyciągała wodę ze studni duża dziewczyna lat osiemnastu, blondynka, tęga, z grubemi usty, wielkiemi oczyma piwnemi, z czołem niskiem pod ciężkiemi włosami. Ładną nie była wcale, ręce miała grube, a ramiona barczyste, jak u mężczyzny. Gdy zobaczyła podróżnego, idącego ścieżką, zostawiła dzbanek i pobiegła do furtki w żywopłocie. - O! Jakób! - zawołała. On podniósł głowę. Miał lat około dwudziestu sześciu, również rosły, ciemny brunet, ładny chłopiec o twarzy okrągłej regularnej, której wdzięk psuły jednak zbyt wydatne szczęki. Twarde jego włosy wiły się w kędziorach, jakoteż zakręcone były wąsy, tak gęste i tak czarne, że wzmagały bardziej jeszcze bladość jego cery. Z delikatnej skóry, ogolonej troskliwie na twarzy, możnaby go wziąć za panicza, gdyby się nie dawała widzieć nieodzowna cecha jego rzemiosła, tłuszcz, od którego zżółkły już ręce mechanika, ręce, które pozostały jednak drobne i giętkie. - Dobry wieczór, Floro - rzekł poprostu. Ale oczy jego, które miał szerokie i czarne, usiane punkcikami złotemi, jakby zaszły mgłą, od której zbladły. Powieki zadrgały, oczy się odwróciły, w zakłopotaniu nagłem, pod wpływem przykrości, dochodzącej aż do cierpienia. I całe nawet jego ciało cofnęło się jakby instynktownie. Ona nieruchoma, z oczami w niego wlepionemi, spostrzegła to mimowolne drgnięcie, które starał się powściągnąć, ilekroć przystępował do jakiej kobiety. Zdawało się, że spoważniała i posmutniała. Potem, chcąc ukryć swe zakłopotanie, kiedy ją zapytał, czy matka w domu, chociaż wiedział dobrze, że chora i wychodzić nie może, usunęła się, ażeby mógł wejść, nie otarłszy się o nią, wróciła do studni, nie rzekłszy ani słowa, wyprostowana i dumna. Jakób prędkim krokiem przebiegł wązki ogród i wszedł do domu. Tu, pośrodku pierwszej izby, obszernej kuchni, gdzie jedli i mieszkali, ciotka Phasia, jak ją nazywał od dzieciństwa, była sama i siedziała przy stole na krześle, wyplecionem słomą, owinąwszy nogi starym szalem. Była to kuzynka jego ojca przez Lantierów, która go podawała do chrztu, a później, gdy miał lat sześć, wzięła do siebie, kiedy rodzice jego znikli pojechawszy do Paryża, a on został w Plassans, gdzie później uczęszczał na nauki do szkoły sztuk i rękodzieł. Czuł dla niej za to wdzięczność żywą mówił, że to jej zawdzięczał, iż na coś wyszedł. Kiedy został mechanikiem pierwszej klasy w towarzystwie kolei zachodnich, po dwóch latach przesłużonych na kolei orleańskiej, zastał matkę chrzestną, wyszłą za mąż za drużnika kolejowego nazwiskiem Misarda, zapędzoną losem wraz z dwiema córkami, z pierwszego małżeństwa, do tej zaapdłej dziury Croix-de-Maufres. Dziś, chociaż dopiero czterdzieści pięć lat liczyła, przystojna ciotka Phasia, niegdyś taka duża i silna, wyglądała na lat sześćdziesiąt - wychudła, pożółkła i ciągle trzęsąca się od dreszczy. Na jego widok wykrzyknęła radośnie: - Jaktol to ty, Jakóbie! A! chrześniak! co za niespodzianka! Ucałował ją w policzki, opowiedział jej, że miał dwa dni przymusowego urlopu. U lokomotywy jego, zrana przy wjeździe do Hawru, oś się ułamała a ponieważ naprawa nie mogła być ukończona przed upływem dwudziestu czterech godzin, wrócić potrzebował na służbę dopiero nazajutrz zrana na pociąg pospieszny o czterdzieści minut na siódmą wieczorem. Chciał się więc z nią zobaczyć i uściskać. Przenocuje tu, a z Barentin pojedzie dopiero zrana pociągiem o godz. 7 minut 26. I trzymał w dłoniach jej biedne wynędzniałe ręce i mówił, jak go zaniepokoił jej list ostatni. - A, tak, mój chłopcze, źle jest, źle. jakiś dobry, żeś odgadł, iż ja cię tak pragnęłam zobaczyć! Ale wiem, jak ty jesteś zajęty i nie śmiałam cię prosić, ażebyś mnie odwiedził. No! jesteś nareszcie, to też serce mi skacze z radości. Przerwała sobie, rzucając przez okno trwożliwe spojrzenie. W zapadającym zmierzchu po drugiej stronie toru kolejowego, widać było jej męża Misarda, na placówce, w jednej z tych budek drewnianych, które stoją o pięć lub sześć kilometrów od siebie i połączone są aparatami telegraficznymi, dla zapewnienia prawidłowego biegu pociągów. Żona jego, a później Flora, miała nadzór nad barjerą przejazdową, Misard zaś był dróżnikiem. Jak gdyby mógł ją usłyszeć, zniżyła głos, drżąc cała. - Zdaje mi się, iż mnie truje! Jakób na to zwierzenie wstrząsnął się, a oczy jego zwróciły się także ku oknu i znów zamgliły się tym szczególnym niepokojem, który przyćmiewał ich blask złotawo-czarny. - O! ciociu Phasio! co za myśl - wyszeptał. - On wygląda tak łagodnie i wydaje się tak słabym. Przeleciał pociąg z Hawru i Misard wyszedł z budki, ażeby zamknąć drogę za nim. Kiedy z pomocą lewara podnosił wgórę sygnał czerwony, Jakób się przypatrywał. Człeczyna chudy, z przerzedzonemi włosy na głowie i na brodzie, z twarzą wymizerowaną, zapadłą. Przytem milczący, jakby znużony, bez gniewu, z wielką pokorą dla zwierzchników. Ale wszedł już do swej budki, ażeby zapisać w rozkładzie jazdy godzinę przejścia pociągu i ażeby nacisnąć dwa guziki elektryczne, dla oznajmienia dróżnikowi, że droga jest wolna, następnemu, że pociąg nadchodzi. - O ty go nie znasz - podchwyciła ciotka Fhasia. - Powiadam ci, że musi mi zadawać coś paskudnego... Ja, co byłam, tak silna, że mogłam go zjeść, teraz on, ten cherlak, ten niedołęga mnie zjada. Gorączkowała się nienawiścią głuchą i trwożliwą, wywnętrzała serce, rada że ma kogo, który ją słuchał. Gdzie głowę miała, ażeby wyjść znów zamaż za takiego nicponia i to bez grosza, skąpca ona starsza od niego o pięć lat, mając dwie córki, jedną sześcioletnią, a drugą już ośmioletnią? Niedługo już dziesięć lat będzie, jak zrobiła to głupstwo, i ani godzina nie upłynęła, ażeby jej nie przyszło tego żałować; życie w nędzy, wysłanie w ten kąt lodowaty na północy, gdzie trzęsła się z zimna, nudy śmiertelne, bo nie widywała nikogo z obcych, a nie miała nawet sąsiadki do pogawędzenia. On był dumnym, milczącym, a teraz zarabiał tysiąc dwieście franków, jako dróżnik, ona od początku pięćdziesiąt franków za pilnowanie barjery przejazdu, co teraz Flora miała sobie powierzone; i taka była teraźniejszość i taka przyszłość, żadnej nadziei, pewności, że będzie się żyło i zawsze więc w tej dziurze, o tysiąc mil od ludzi. Nie opowiedziała mu jednak, jakie miewała pociechy; zanim zachorowała, kiedy mąż jej pracował na stacji, a ona sama zostawała z córkami dla pilnowania przejazdu, a wtedy od Rouce do Hawru, na całej linji tak słynęła z urody, że inspektorowie kolejowi wstępowali do niej w przejeździe nawet rywalizowali z sobą jeden przed drugim. Mąż wcale nie zawadzał, grzeczny dla wszystkich, wymykał się drzwiami, wracał, odchodził, nie mówiąc nic. Rozrywki te jednak ustały. I teraz po całych tygodniach, miesiącach, wysiadywała na tem krześle, w samotności, czując, jak zdrowie ucieka od niej coraz bardziej z każdą chwilą. - Powiadam ci - dodała na zakończenie - że to on do mnie się wziął i chociaż taki, zamorduje mnie. Nagłe dzwonienie skierowało jej również lękliwe spojrzenie nazewnątrz. Drużnik poprzedni zawiadomił Misarda, o pociągu jadącym do Paryża i ramią sygnału, stojącego przed budką, podniosło się w tym kierunku. Zatrzymał przyrząd dzwoniący i wyszedł, ażeby dwa razy zatrąbić na sygnał. W tejże chwili Flora zamknęła barjerę, potem stanęła przed nią wyprostowana, trzymając chorągiewkę, w pochwie skórzanej. Słychać było pociąg pospieszny, zasłonięty zakrętem drogi, jak zbliżał się ze wzmagającem sapaniem. Przebiegł jak błyskawica, wstrząsając, grożąc zawaleniem domkowi, wśród wichru gwałtownego. Już Flora powróciła do warzyw, gdy Misard znów podniósł sygnał czerwony, bo nowe dzwonienie, któremu towarzyszyło poruszenie się wgórę drugiego ramienia sygnałowego, dało znać, że pociąg, który przeszedł pięć minut wcześniej, minął już następnego drużnika. Wrócił do budki, uprzedził dwóch drużników, zapisał przejście pociągu, potem czekał. Robota zawsze ta sama, którą odbywał w ciągu dwunastu godzin, mieszkając tam, jedząc tam, nie czytając nawet trzech wierszy dziennika, nie zdając się nawet mieć jakiejkolwiekbądź myśli w swej spłaszczonej nieco czaszce. Jakób który żartował dawniej z ciotki, ze szerzy takie spustoszenia w sercach inspektorów objazdowych, nie mógł się powstrzymać od śmiechu, mówiąc: - A może jest zazdrosny? Ale Phasis wzruszyła ramionami z politowaniem, gdy śmiech niepowściągniony nabiegł do jej biednych, wybladłych oczu. - O! mój chłopcze, co tez ty mówisz?... On zazdrosny! On nigdy sobie z tego nic nie robił, bo orzecie nic to nie kosztowało jego kieszeni. Potem znowu zdjęta dreszczem: - Nie, nie, on o to nie dbał, on dba tylko o pieniądze... O nie się pogniewaliśmy. Widzisz, nie chciałam mu dać tysiąca franków, które dostałam w roku zeszłym w spadku po ojcu. Wtedy mi groził i to mi nieszczęście przyniosło, zachorowałam. I ta słabość nie opuściła mnie od tego czasu, taki właśnie od tego czasu. Młodzieniec zrozumiał, a ponieważ nie wierzył w czarne myśli cierpiącej kobiety, próbował jej wyperswadować. Ale ona upierała się, jakby przekonana najzupełniej. To też powiedział jej wreszcie: - No to nic prostszego, jak z tem skończyć... Niech mu ciotka da ten tysiąc franków. Aż się zerwała z krzesła. I podniecona, gniewna. - Moje tysiąc franków, nigdy! wolę zdechnąć... O! dobrze są one schowane, dobrze! Cały dom można przewrócić, a nikt ich me znajdzie... O! przewracał, i nici Słyszałam, jak w nocy opukiwał ściany. Szukaj, szukaj! Dość ml patrzyć na jego spuszczony nos, to mi dodaje cierpliwości... Jeszcze niewiadomo, kto pierwszy się wyniesie, on czy ja. Ja się mam na baczności, nie jem już, czego się tknie. A jeżeli nogi wyciągnę, no, to i tak nie będzie miał tysiąca franków, wolę zostawić je w ziemi. Opadła na krzesło, wyczerpana, wstrząśnięta, nowym odgłosem trąbki. To Misard na progu budki zapowiadał przybycie pociągu, jadącego do Hawru. Pomimo uporu, z jakim nie chciała mu dać spadku, przejmował on ją strachem potajemnym, wzrastającym, strachem olbrzyma wobec robaka, który go toczy. Zapowiedziany pociąg pasażerski, wyszły z Paryża o g. 12 m. 45, zbliżał się zdaleka, z głuchym tententem; słychać było, jak wychodził z tunelu, jak dyszał głośniej na otwartem polu. Potem przeszedł z hukiem kół i masą wagonów, z niesłychaną siłą huraganu. Jakób z oczyma, podniesionemi ku oknu, przyglądał się szybkom kwadratowym, za któremi ukazywały się twarze podróżnych. Pragnął odwrócić czarne myśli Phasji i odezwał się żartobliwie: - Skarżysz się, moja matko chrzestna, że kota nawet nie widzisz w tej dziurze. A tu tyle ludzi! Zpoczątku nie zrozumiała zdziwiona. - Gdzież tu tylu ludzi? A! ci ludzie przejeżdżający. Wielka mi przyjemność, Ani się ich zna, ani można z nimi porozmawiać. On mówił dalej: - Mnie przecie znasz, ciotko, i często widzisz, przejeżdżającego tędy. - Ciebie, to prawda, znam i znam godzinę twego pociągu i wyglądam twej lokomotywy. Ale przelatujesz i przelatujesz tylko. Wczoraj ot tak machnąłeś ręką. Nawet ci odpowiedzieć nie mogę... Nie, cóż z takiego widywania ludzi. Jednakże na tę myśl o fali tłumu który pociągi, kursujące tam i napowrót przewoziły codziennie przed nią, wśród wielkiej ciszy pustkowia, zadumała się, patrząc na linję kolejową, gdzie zapadała noc. Kiedy była silną, chodziła i stawała przed barierą z chorągiewką w ręce, nie myślała nigdy o tych rzeczach. Ale zmącone myśli, ledwie wyraźne, zaprzątały jej głowę, odkąd po całych dniach wysiadywała na tem krześle, mając do rozmyślania tylko głuchą walkę z mężem. Dziwnem się jej wydawało zyć tak samotnie w tym kącie zapadłym, nie mając nikogo nikogo, przed kim mogłaby się zwierzyć, gdy od dnia do nocy, ciągle, tylu mężczyzn, kobiet przesuwało się, unoszonych wirem pociągów, które wstrząsały domem i uciekały na skrzydłach pary. Pewna była najzupełniej, ze cały świat tędy przejeżdżał, nietylko Francuzi, ale i cudzoziemcy, ludzie z najodleglejszych stron, nikt bowiem teraz nie mógł pozostawać u siebie i wszystkie ludy, jak mówiono, zlać się miały wkrótce w jeden. Tak, to był postęp, skoro wszyscy, jak bracia jechali razem. Usiłowała ich policzyć, po tylu na wagon; za dużo było, nie potrafiła! Często zdawało się, ze poznaje twarze, ot jakiegoś pana z płową brodą, zapewne Anglika, który odbywał co tydzień podroż do Paryża, albo twarzyczkę maleńką jakiejś brunetki, jeżdżącej regularnie co środa i sobota. Ale znikali błyskawicznie i nie była pewną, czy ich widziała, wszystkie bowiem twarze łączyły się z sobą, stawały się do siebie podobne, ziewały się z sobą i wreszcie ginęły jedne po drugich. Potok biegł, nie zostawiając nic z siebie. A co ją czyniło smutną, to myśl, że wśród tego ciągłego tententu, że wśród dobrobytu swego i rzucania pieniędzmi, tłum ten ruchliwy zawsze, nie wiedział wcale, że ona tu jest w niebezpieczeństwie, tak, że gdyby ją mąż przyprawił o śmierć, pociągi także mijałyby się przy jej trupie, a niktby w nich się nie domyślił zbrodni, popełnionej w samotnym domu. Phasia zatrzymała wzrok na oknie i wypowiedziała to, co czuła zbyt nieokreślenie, ażeby mogła odrazu wyrazić. - O! to piękny wynalazek! niema co mówić. Jedzie się prędko, ludzie się zmądrzyli... Ale dzikie zwierzęta zawsze pozostaną dzikiemi zwierzętami i choćby jeszcze lepsze wynaleziono machiny, zawsze pod spodem znajdą się dzikie zwierzęta. Jakób znów pokiwał głową, chcąc pokazać, że myśli tak, jak ona. Teraz przypatrywał się Florze, która otwierała barjerę, dla przepuszczenia wozu, naładowanego ogromnemi bryłami kamieni. Droga ta obsługiwała tylko kamieniołomy w Béconot, tak, że w nocy barjera bywała zawsze zamkniętą i dziewczyna bardzo rzadko potrzebowała do niej wstawać. Widząc, że rozmawia poufale z woźnicą, nizkim brunetem, zawołał: - Ot więc Cabuche chory, kiedy jego krewniak Ludwik przy koniach. Często też, widujesz ciotko, tego biednego Cabucha? Ręce podniosła, nic nie odpowiedziawszy, ale z giębokiem westchnieniem. Cały ten dramat odbywał się zeszłej jesieni, co nie mogło dobrze wpłynąć na jej zdrowie. Młodsza jej córka, służąca za pokojówkę u pani Brulon w Doinville, uciekła pewnego wieczora rozgorączkowana, pokaleczona i ażeby umrzeć, schowała się do poczciwego Cabucha w domku, w którym mieszkał wśród lasu! Krążyły wieści, które pomawiały o gwałt prezesa Grandmorrina, ale nie śmiano powtarzać ich głośno. Nawet matka, która wiedziała, co ma o tem myśleć, nie lubiła mówić o tem nieszczęściu. Wkońcu jednak powiedziała: - Nie, on już nie wychodzi, zdziczał zupełnie... Biedna Ludwisia, taka była pieszczoszka, taka biała, taka miła! Ona mnie tak kochała i umiałaby mnie pielęgnować, a Flora, mój Boże, nie żalę się na nią, ale ona jest jakby niespełna rozumu, po całych godzinach gdzieś przepada, a dumna jest, a gwałtowna... A wszystko to smutne, bardzo smutne. Jakób, słuchając co mówiła, patrzył wciąż na furmana, który teraz przejeżdżał przez tor kolejowy. Koła uwięzły w szynach, woźnica musiał trzaskać z bicza, a Flora ustami zachęcała konie. - U - odezwał się młodzieniec - gdyby tak pociąg nadjechał... Toby dopiero była marmolada! - O! niema obawy - podchwyciła ciotka Phasia - Flora głupkowata, ale zna się dobrze z koleją i uważna... Dzięki Bogu, już od pięciu lat nie mieliśmy tu żadnego wypadku, kiedy człowieka przejechano. U nas tylko krowa o mało co nie wykoleiła pociągu! O! biedne bydlę! znaleziono tułów tu, a łeb tam, przy tunelu, ale przy Florze można spać spokojnie. Wóz przejechał i słychać było oddalający się turkot kół po kamieniach. Phasia wróciła też do zwykłych myśli, o zdrowiu, zarówno swojem, jak i innych. - A ty? dobrze się teraz masz? Pamiętasz, jakto u nas chorowałeś, a doktór nie mógł się na tem poznać. Oczy jego znów przybrały wyraz niespokojny. - Ja jestem zdrów zupełnie, moja matko chrzestna. - Doprawdy! wszystko ustało, ten ból, który ci świdrował czaszkę, za uszami, te napady gorączki i ten smutek, co, jak cię złapał, chowałeś się po kątach, jak zwierzę? W miarę, jak mówiła, on stawał się coraz niespokojniejszym, jakby doznawał coraz większego osłabienia, tak, że jej wreszcie przerwały: - Zapewniam cię, że jestem bardzo zdrów. Nic mi już nie jest zupełnie. - Tem lepiej, mój chłopcze. Twoja choroba nie wróciłaby mi zdrowia. Zresztą, kiedyż, jeżeli nie w twoim wieku, być zdrowym? O zdrowie! nic niema lepszego. Bardzo to grzecznie z twej strony, żeś przyszedł mnie odwiedzić, kiedy mógłbyś był zabawić się gdzieindziej. Wszak zjesz z nami obiad i przenocujesz na górze, obok pokoju Flory. Znowu odgłos trąbki przerwał jej słowa. Noc zapadła i oboje, zwracając się ku oknu, zaledwie rozpoznawali Misarda, rozmawiającego z jakimś człowiekiem. Już skończył, oddawał służbę swemu zastępcy, dyżurnemu nocnemu. Nareszcie wolnym miał być, po dwunastu godzinach spędzonych w tej chacie której umeblowanie składało się tylko ze stolika, półki z aparatem, krzesełka i pieca, od którego było tak gorąco, że musiał prawie ciągle trzymać drzwi otwarte. - A! zaraz przyjdzie - szepnęła ciotka Phasia, naraz przejęta strachem. Pociąg, zapowiedziany przybywał, bardzo ciężki, bardzo długi, z coraz głośniejszym tętentem. Aż młodzieniec musiał nachylić się do uszu, ażeby go słyszała chora, którą pragnął pocieszyć, wzruszony tym stenem opłakanym, w jakim się znajdowała. - Posłuchaj, ciociu, jeżeli doprawdy źle myśli mąż, może się powstrzyma, gdy się dowie, że ja się w to wdałem... Dobrze byłoby, ażebyś mi powierzyła ten tysiąc franków. Ostatni uczyniła wysiłek. - Moje tysiąc franków! ani tobie, ani jemu. Powiadam ci, wolę zdechnąć. W tej chwili pociąg przechodził w szalonym biegu jakgdyby wszystko uprzątał przed sobą. Domek zatrząsł się od gwałtownego pędu wiatru. Pociąg ten, zmierzający do Hawru, był bardzo napakowany, gdyż nazajutrz miała się tam odbyć uroczystość spuszczenia okrętu na morze. Pomimo szybkości dawały się widzieć przez oświetlone szyby drzwiczek przedziały pełne, rzędy ołów, ściśniętych obok siebie. Jedne następowały po drugich i znikały. Ile osób! Zawsze tłum, tłum bez końca, wśród turkotu wagonów, gwizdania lokomotyw, brzęczenia telegrafu, dzwonienia dzwonków. Było to jakby wielkie ciało, istota olbrzymia, na ziemi leżąca, z głową w Paryżu, plecami wzdłuż linji, nogami i rękami w Hawrze i innych stacjach kresowych. Pierwsza powróciła Flora. Zapaliła lampę naftową bez klosza i postawiła na stole. Ani słowa nie wyrzekła, zaledwie spojrzała przelotnie na Jakóba, który się odwrócił, stojąc przy oknie. Na piecyku przygrzewaj się kapuśniak. Podała go, gdy ukazał się Misard. Żadnego zdziwienia nie okazał, że zastaje tu młodzieńca. Może go widział, jak przyszedł, ale go nie wypytywał ciekawie. Uścisk ręki, trzy słowa krótkie i nic więcej! Jakób sam z własnej chęci musiał opowiedzieć historję uszkodzenia lokomotywy i projekt swój odwiedzenia matki chrzestnej. Misard kiwał zlekka głową, jakgdyby potakiwał, pochwalał i usiedli do stołuj jedli, nie spiesząc się, najprzód w milczeniu. Phasia, która od rana nie spuszczała z oczu kociołka, gdzie gotował się kapuśniak, wzięła sobie talerz zupy. Ale gdy mąż powstał, ażeby jej podać wodę żelazną, zapomnianą przez Florę, z karafki, w której moczyły się gwoździe, nie tknęła jej wcale. On, uniżony, cichy, kaszlący niedobrze wróżącym kaszlem, zdawał się wcale nie widzieć tych lękliwych spojrzeń, jakiemi śledziła najmniejsze jego poruszenie. Kiedy prosiła o sól, której nie było na stole, powiedział jej, iż będzie żałowała, że tyle jej używa, że od tego jest właśnie chora; i wstał, przyniósł na łyżeczce szczyptę soli, czyszczącej wszystko, jak mówiła. Opowiadano sobie o pogodzie bardzo ciepłej od kilku dni, o wypadku na kolei, jaki się przed kilkoma dniami zdarzył w Maronsue. Jakób wkońcu pomyślał, że matka chrzestna miała tylko przywidzenia na jawie, bo jego nic nie uderzyło w tym człowieku, tak pobłażliwym, z oczyma zamglonemi. Przeszło godzinę; siedziano przy stole. Dwa razy na odgłos trąby, Flora znikała na chwilę. Pociągi przechodziły, wstrząsając szklankami; ale żaden z jedzących nawet uwagi na to nie zwracał. Nowy oddźwięk trąbki dał się słyszeć i tym razem Flora, która zdjęła nakrycie, nie powróciła. Zostawiła matkę i dwóch mężczyzn przy butelce jabłeczniku. Wszystko troje siedziało tak jeszcze pół godziny. Poczem Misard, który od chwili zatrzymał oczy swe przepatrujące jeden z kątów pokoju, wziął czapkę i wyszedł, powiedziawszy tylko "do widzenia". Ryby łapał w pobliskich strugach, gdzie były węgorze i nigdy nie poszedł spać, dopóki nie odwiedził zastawionych sieci. Skoro tylko wyszedł, Phasia spojrzała badawczo na chrześniaka. - A co? co powiesz? widziałeś, jak on zaglądał do tego kąta? Musiała mu myśl przyjść, że mogłam schować pieniądze za faskę z masłem. O! znam go dobrze i jestem pewną, że tej nocy będzie odstawiał faski i szukał. Poty na nią wystąpiły, znowu się trzęsła. - Widzisz, znowu się powtarza! Musiał mi coś zadać, w ustach mam gorzko, jakbym połknęła stare miedziaki. Bogu przecie wiadomo, że nic nie wzięłam z Jego ręki!... Sił mi już brak. Muszę się położyć. Żegnam cię więc, mój chłopcze, bo jeżeli odjeżdżasz o godzinie 7 minut 26, będzie to dla mnie zawcześnie. A zajrzysz znowu, niewrawdaż? i miejmy nadzieję, że mnie jeszcze zastaniesz. Musiał jej pomódz, ażeby przeszła do swego pokoju, gdzie położyła się i zasnęła znużona. Zostawszy sam, zawahał się przez chwilę myśląc, czy nie dobrze byłoby i jemu pójść się położyć na sianie, które go oczekiwało na strychu. Ale dopiero było trzy kwadranse na ósmą i miał czas jeszcze wyspać się. Wyszedł więc sobie, pozostawiając palącą się lampkę naftową w pustym domu, uśpionym, wstrząsanym od czasu do czasu gwałtownym hukiem pociągu. Na dworze Jakób zdziwiony został łagodnem powietrzem. Zapewne deszcz jeszcze będzie padał. Na niebie mgła mleczna, bezkształtna, rozproszyła się, a księżyc w pełni, którego nie widać było po za nią, oświetlał całe sklepienie czerwonawym blaskiem. Wyraźnie też dawały się widzieć pola, na których pagórki i drzewa odbijały się czarną masą w tem oświetleniu jednostajnem i martwem. Obszedł niewielki sad. Potem zamierzył iść w stronę Doinville, gdyż droga była tam mniej przykra. Ale widok domu samotnego, stojącego na drugim brzegu linji kolejowej, przyciągnął go i poszedł przez plant. Dom ten znał dobrze podczas każdej podróży, przyglądał mu się wśród turkotu lokomotywy i zawsze na nim sprawiał wrażenie, choć sam nie wiedział dlaczego. Czuł, jakgdyby wywrzeć on miał wpływ na jego życie. Za każdym razem doznawał najprzód obawy, czy go zastanie na miejscu, a później znów doświadczał jakiegoś niemiłego uczucia, że znów go zobaczył. Nigdy nie widział, ażeby w tym domu były drzwi otwarte lub okna, a dowiedział się tylko tyle, ze należał on do prezesa Grandmorrina. Tego wieczora zdjęła go chęć pójść tam, ażeby się więcej dowiedzieć. Długo stał Jakób na drodze, naprzeciw sztachet. Cofał się wspinał, starając się przyjrzeć bliżej. Kolej żelazna, przecinając ogród, pozostawiła zresztą przed domem tylko mały placyk, otoczony parkanem, gdy ztyłu rozciągał się grunt, dość obszerny, otoczony żywopłotem. Smutnie, ponuro, wyglądał ten dom w swem opuszczeniu, przy czerwonawych blaskach tej nocy mglistej. Już miał się oddalić, z pewnym dreszczem na ciele gdy spostrzegł w płocie dziurę. Myśl, że byłoby tchórzostwem z tego nie skorzystać, skłoniła go do Wwjścia przez otwór. Serce biło mu gwałtownie. Wtem, gdy przechodził obok zrujnowanej altanki, zatrzymał się na widok cienia, przykucniętego przy drzwiach. - Jakto, to ty? - zawołał zdziwiony, poznając Florę. - Cóż ty tu robisz? Ona również okazała zdziwienie. Potem zaś spokojniej wyrzekła.: - Widzisz dobrze, że zabieram sznury... Ktoś tu zostawił duży pęk sznurów które gniją i nikt z nich nic niema. A ponieważ mnie są potrzebne, przyszłam po nie. Wistocie, siedząc na ziemi, dużemi nożycami rozcinała węzły, gdyż trudno było sznur rozwiązać. - To właściciel już nie przychodzi? - spytał młodzieniec. Rozśmiała się. - O! od tej historji z Ludwisią, niema obawy, ażeby prezes odważył się w Croix de Maufres pokazać koniec swego nosa. Mogę mu śmiało zabrać sznury. Na chwilę zamilkł, zmieszany wspomnieniem wypadku tragicznego, które wywołała. - A ty, czy wierzysz w opowiadanie Ludwiki, wierzysz, że on chciał ją uwieść, a ona zraniła się broniąc? Przestała się śmiać i nagle zawołała gwałtownie: - Ludwisia nigdy nie kłamała, ani Cabuche... Cabuche jest moim przyjacielem. - Może twoim kochankiem teraz? - Ii!... to trzeba byłoby być gęsią!... Nie, on tylko Jest moim przyjacielem, ja nie mam kochanka, nie chcę żadnego. Podniosła dużą głowę, której gęste włosy jasne, kręcąc s:ę, zasłaniały czoło. Cała jej postać silna i giętka tchnęła dziką energją woli. W okolicy stawała się istotą legendową. Różne historje opowiadano o niej, ile to razy już zapobiegła nieszczęściu na kolei, to jednem pchnięciem odsunęła wóz zapomniany na szynach, gdy pociąg już nadjeżdżał; to znów wagon samotny, staczający się po pochyłości Barentin zatrzymała, jak dzikie zwierzę, galopujące na spotkanie pociągu. A te dowody siły budziły podziw, czyniły ją przedmiotem pożądań, tembardziej, że ją zawsze uważano za lekką, bo zawsze włóczyła się po polach, szukała ustroni, wylegiwała się w rozpadlinach, z ochami, wpatrzonemi w powietrze, niema, nieruchoma. Pierwsi jednak, którzy się odważyli, nie mieli ochoty drugi raz próbować. Opowiadano sobie powszechnie, że niejaki Ozil, zwrotniczy po drugiej stronie tunelu, na drodze do Dieppe, chłopiec trzydziestoletni uwierzył, złudzony pozorami, że może ją pozyskać, a ona tak go zbiła kijem, iż o mało ducha nie wyzioną!. Pozostała czystą i butną, pełną wzgardy dla wszystkich mężczyzn, co wreszcie naprowadziło znów na domysł, że brak jej piątej klepki w głowie. Jakób, słysząc, jak wypierała się chęci posiadania kochanka, żartował dalej: Więc nic z tego małżeństwa z Ozilem. Powiadano mi, że codzień chodzisz do niego tunelem. Wzruszyła ramionami. - Acha! małżeństwo... Tunel mnie bawił... Połtrzeciej wiorsty lecieć w ciemności i myśleć, że można być przejechaną przez pociąg, jezeli się tylko nie będzie uważało. Trzeba tylko posłuchać, jak pociągi tam sapią... Ale mnie ten Ozil zupełnie się znudził. Nie taki dla mnie. - A innego to chcesz? - E! nie wiem... Nie! nie! Śmiech ją zdjął, gdy jednocześnie musiała się bardziej nachylić nad sznurem, nie mogąc sobie dać rady z węzłem. Potem, nie podnosząc głowy, jakby bardzo zajęta swą robotą: - A ty - spytała - nie masz kochanki? Jakób znów bardzo spoważniał. Oczy jego odwróciły się, powieki zadrgały, a wzrok zapuścił się w dal, pokrytą ciemnościami nocy. Odpowiedział krótko: - Nie. - Tak tak - mówiła dalej. - Opowiadano mi, że masz wstręt do kobiet. A zresztą, nie od dziś cię znam, nigdy mi nie gadałeś grzeczności?... Ale powiedz, dlaczego?... Milczał, ona rzuciła wreszcie sznur i patrzyła na młodzieńca. - Czy ty kochasz tylko swoją maszynę? Wiesz, że już z ciebie żartują. Powiadają, że ty ciągle ją tylko wycierasz, czyścisz, ażeby się błyszczała, jakbyś mógł się pieścić tylko z nią?... Ja ci to mówię, bo jestem twoją przyjaciółką. On także patrzył na nią teraz, przy bladem świetle zamglonego nieba. I przypomniał sobie, że kiedy była maleńką, ale już żywą i upartą, zawsze skakała mu na szyję, gdy przychodził; miała do niego szczególne upodobanie. Potem, gdy często tracił ją z oczu, za każdym razem zastawał ją bardziej podrosłą, zawsze rzucającą się na niego z całusami i coraz bardziej niepokojącą go płomieniami dużych, jasnych oczu. Teraz była już kobietą, wspaniałą, ponętną, a kochała go zapewne głęboko, z całego serca i to oddawna, od samego dzieciństwa. Serce mu bić zaczęło, doznał nagłego uczucia, że jest tym, na którego czeka. W oczach mu się zaćmiło, krew uderzyła do głowy, pierwszym jego popędem było uciec, pod wrażeniem, jakie go przejęło. Żądza znowu go czyniła szalonym, widział wszystko w kolorach czerwonych. - Co ty tam tak stoisz? - podchwyciła. - Usiądźże! Znowu się zawahał. Potem nogi raptownie się pod nim ugięły, usiadł, a raczej upadł przy niej, na stos sznurów. Nie widział już nic, w gardle mu zaschło. Ona wprzód dumna, milcząca, teraz gadała co tchu, wesoła, sama się trzpiocząc. - Widzisz, mama nie dobrze zrobiła, że wyszła za mąż za Misarda. To się dla niej źle skończy. Ja się tam w to nie wtrącam, bo każdy ma dość swych kłopotów, nieprawdaż? A przytem matka każe mi zaraz iść spać, kiedy się w co wdam... Niechże sobie sama radzi, jak umie. Ja żyję na dworze. Myślę o tem, co będzie później. O! wiesz, widziałam, jakeś przejeżdżał dziś ze swą maszyną... Ot, patrz, w tamtych krzakach siedziałam, Ale ty nigdy nie patrzysz... A ja ci powiem, o czem myślę, ale nie teraz, później, kiedy będziemy zupełnie dobrymi przyjaciółmi.... Upuściła nożyce, a on wciąż niemy, wziął ją za ręce. Ucieszona pozwoliła mu na to. Jednakże kiedy je poniósł do warg palących, wzdrygnęła się w poczuciu dziewiczości. Postawę przybrała obronną na tę zaczepkę mężczyzny. - Nie! daj mi spokój, nie chcę!... Siedź spokojnie... porozmawiajmy... Mężczyźni zaraz mają takie myśli... O! gdybym ci powtórzyła, co mi Ludwika opowiedziała tego dnia, kiedy umarła u Cabucha... Zresztą, wiedziałam już ja o procesie, bo widziałam jego świństwa, kiedy tu przychodził z młodemi dziewczętami... Jest między niemi jedna, której nikt nie podejrzewa, a którą wydał zamąż. On nie słyszał jej i nie słuchał. Pochwycił ją gwałtownie i brutalnie usta jej rozgniatał swemi. Krzyknęła zlekka, skarga się jej ozwała tak głęboka, a tak łagodna, że w niej brzmiało wyznanie długo tajonego uczucia. Ale walczyła z nim instynktownie, choćby przez chęć, ażeby nie być pokonaną. Przez chwilę mocowali się z sobą, kto kogo przewróci. Nareszcie gorset jej rozdarł się i upadła. Wtedy on zadyszany nagle się zatrzymał. Zdawało się, że szał go jakiś ogarnia, jakaś wściekłość dzika, że rozjuszony szuka kamienia, broni jakiejś, ażeby ją zabić. Oczy jego napotkały nożyce, połyskujące wśród zwojów sznuru, i miał ochotę zatopić je w białe jej łono. Aie uczucie zgrozy go wytrzeźwiło, odrzucił je, uciekł, pomieszany, z przymkniętemi powiekami, jakby sam jej teraz nie chciał, dlatego, że mu się opierała. Jakób uciekł wśród posępnej nocy. Pędził ścieżką z pagórka i wbiegł na niewielką dolinę; kamyki, toczące mu się pod nogami, przestraszyły go, rzucił się na lewo w zarośla, a zawróciwszy na prawo znalazł się na pustej płaszczyźnie. Nagle napotkał przed sobą ogrodzenie kolejowe: pociąg nadchodził, ryczący, pałający ogniem; z początku nie pojął tego nawet, znieczulony z przestrachu. A! taki tłum ludzi przejeżdżał, ta bezustanna fala, a on tu bliski był obłędu. Odwrócił się od tego miejsca, poszedł dalej. Wszędzie teraz napotykał tor kolejowy, w głębi nasypu, okrążonego po obu stronach przepaściami. Okolica ta pusta, przerznięta szynami, była jakby labiryntem bez wyjścia, gdzie odbywała się jego ucieczka, w ponurem pustkowiu pól, leżących odłogiem. Długo tak biegł, aż ujrzał przed sobą czarny otwór, paszczę otwartą tunelu. Pociąg nadjeżdżający zapuszczał się tam, dymiąc i gwiżdżąc i zostawiając po sobie takie wstrząśnienie, że ziemia aż drżała. Jakób z nogami zmęczonemi upadł przy linji kolejowej i wybuchnął konwulsyjnym płaczem. Leżał na trawie, z twarzą w niej zanurzoną. Mój Boże! więc mu się wróciła ta okropna choroba, z której myślał, że jest wyleczony? Zabić przecie chciał to dziewczę! Zabić kobietę! zabić kobietę! to brzmiało mu w uszach, z głębi jego młodości, i ze wzmagającą [się gorączką, z nurtującą go żądzą. Jak inni, pod wpływem dojrzałości, pożądają kobiety, tak jego żądzą było kobietę zabić. Bo nie mógł przed sobą kłamać, po to wziął nożyce, ażeby zatopić w jej ciele, skoro tylko zobaczył to ciało, tę szyję ciepłą i białą! I to bynajmniej nie z gniewu, nie! ale dla przyjemności, bo wzrastało w nim pragnienie, takie pragnienie, że gdyby się nie uczepił trawy, byłby wrócił tam pędem, ażeby ją zamordować. Ją, mój Boże! tę Florę, która w oczach jego wyrosła, to dziecko, przez które czuł się kochanym tak głęboko! Palce jego zakrzywione wgłębiały się w ziemię, szlochanie wydarło mu się z gardła z jękiem okropnym rozpaczy. Jednak starał się uspokoić, starał się sam siebie zrozumieć. Czem się różnił w porównaniu z innymi? Tam, w Plassans, w latach młodości, często się o to sam siebie zapytywał. Matka jego, Gerweza wprawdzie powiła go bardzo młodo, w połowie szesnastego roku życia; ale był już drugim, bo pierwszego miała Klaudjusza, w roku zaledwie czternastym. I żaden z obu braci, ani Klaudjusz, ani Stefan, urodzony później, nie zdawał się wcale cierpieć przez to, że pochodził z matki, takiego jeszcze dziecka, i ojca, takiego młokosa, jak piękny Lantier, którego złe serce miało tyle łez kosztować Gerwezę. Może i jego bracia dotknięci też byli taką chorobą, do której się jednak nie przyznawali, zwłaszcza starszy, który gwałtownie chciał zostać słynnym malarzem, tak, że jak twierdzono powszechnie, już zwarjował z tego zamiłowania i pragnień. W rodzinie wielu nato cierpiało. On też w pewnych godzinach czuł dobrze tę chorobę dziedziczną, co nie idzie zatem, ażeby zdrowie miał liche, tylko w istocie jego następowała często utrata równowagi, robiły się w nim jakby dziury, przez które uciekało jego jestestwo. Nie należał do siebie, słuchał swych popędów, jak zwierzę rozwścieczone. A przecież nie pił wcale, odmawiał sobie nawet małego kieliszka wódki, zauważywszy, że kilka kropli alkoholu wprawiało go w szaleństwo. I myślał nieraz, że pokutował za ojców i praojców, którzy byli dużem pokoleniem pijaków, po których dostał krew popsutą, powolne zatrucie, dzikość, która go równała z wilkami, pożerającemi kobiety w głębi lasów. Jakób podniósł się na łokciu, rozmyślając i przyglądając się czarnemu wejściu do tunelu. I naraz szlochanie z piersi podniosło się do gardła, upadł, wił się po ziemi, krzycząc z bólu. Ta dziewczyna, ta dziewczyna, którą chciał zabić! Na myśl tą, ból go przejmował taki, jakgdyby owe nożyce zatapiał we własne ciało. Żadne rozumowanie nie uspakajało go; chciał ją zabić, zabiłby ją, gdyby tu była jeszcze, rozpięta, z szyją naga. Przypomniał sobie dobrze, miał wtedy zaledwie lat szesnaście, gdy go nawiedziła ta choroba, po raz pierwszy, pewnego wieczora, gdy bawił się z małą dziewczynką, córeczką swojej krewnej; zbił ją o mało co nie na śmierć. Następnego roku pamiętał, jak wyostrzył nóż, ażeby go zatopić w szyi innej małej blondynki, która codzień przechodziła przed bramą jego domu. Miała ona tłuściutką szyje różowiutką gdzie już wybierał miejsce dla pchnięcia, pod uchem. Potem przyszły inne jeszcze widziadła, cały ich szereg, stawały mu przed oczyma te wszystkie, na które patrzył z chęcią zamordowania kobiety spotkane na ulicy, to znów sąsiadki, zwłaszcza jedna z nich, młoda mążateczka, która siedziała przy nim w teatrze śmiała się głośno, bardzo głośno i od której musiał uciec podczas antraktu, z obawy, ażeby jej nie zabic. Ponieważ ich nie znał, skąd nabierał takiego względem nich rozwścieczenia? bo za każdym razem był to jakby atak nagłej ślepej wściekłości, pragnienia wciąż się odradzającego, pomszczenia zniewag dawnych, których nawet nie mógł sobie dobrze przyminać. Pochodziło to z tak dawnych czasów, od tego zła jakie kobiety wyrządziły kiedykolwiek mężczyznom z chęci odwetu, przeszłego z mężczyzny na mężczyznę, odwetu za pierwsze wiarołomstwo w jaskiniach pierwotnych. I czuł także podczas ataku potrzebą walki, dla pokonania kobiety i poskromienia jej, uczuł żądzę zabicia jej i zarzucenia sobie na plecy, jak łupu, wyrwanego innym, na zawsze. Czaszka mu pękała pod tym wysiłkiem, odpowiedzi nie mógł dać sobie, zbyt nieświadomy, a z mózgiem bezwładnym, w tej rozpaczy człowieka, pchanego do czynów gdzie wola jego jest niczem, gdzie nawet pobudki znikają. Znów pociąg przebiegł z błyskawicznemi ogniami, z hukiem piorunu, zapalającego się i gasnącego, zagłębił się w tunel; a Jakób, jakgdyby ten tłum bezimienny, obojętny, spieszący się, mógł go słyszeć, powstał, tłumiąc płacz, przybierając postawę naiwnego. Ileż razy po doznanym ataku, czuł się jak gdyby umierającym. Tylko na lokomotywie żył spokojnie, szczęśliwie, zdała od ludzi. Kiedy go unosiła prędkimi obrotami kół z wielką szybkością kiedy cały zajęty był przyglądaniem się drodze, przypatrywaniu się sygnałom, nie myślał już o niczem, oddychał pełną piersią powietrzem, zawsze w całym pędzie. Dlatego tak kochał swą maszynę, jak kochankę uspakajającą, od której spodziewać się można tylko szczęścia. Po wyjściu ze szkoły sztuk i rzemiosł, pomimo żywej inteligencji, wybrał sobie zawód mechanika kolejowego, dla samotności i odosobnienia. Bez zarozumiałości o sobie, po latach czterech, dochrapał się miejsca mechanika pierwszej klasy, z pensją już dwóch tysięcy osiemset franków, które razem z oddzielnym dochodem procentowym za opał i smarowidła, wynosiła około czterech tysięcy. O żadnym jednak wyższym awansie nie mógł marzyć. Widział, jak jego koledzy ze szkoły, ci, którzy powychodzili z drugiej lub trzeciej klasy, zostali tyko robotnikami, smarownikami i żenili się z kobietami prostemi, które pokazywały się tylko niekiedy, w porze odjazdu pociągu, przynosząc im koszyk, z zapasami na drogą. Koledzy zaś ambitniejsi, zwłaszcza ci, którzy pokończyli szkoły, zwlekali z ożenieniem się aż do czasu gdy mogli zostać magazynierami, spodziewając się wtedy za żonę wziąć mieszczankę, damę kapeluszową. On uciekał od kobiet, nic go to nie obchodziło. On nigdy się nie ożeni, on całe życie miał jeździć sam, ciągle i ciągle bez odpoczynku. Wszyscy też zwierzchnicy stawiali go za przykład, bo nie pił, nie latał; tylko koledzy żonaci żartowali sobie z takiej wstrzemięźliwości, inni zaś niepokoili się, gdy oddawał się swemu smutkowi, milczący, z oczyma wybladlemi, cerą ceglastą. W małym pokoiku, przy ulicy Cardivet, skąd widać było remizę kolejową w Batignolle, ileż godzin tam spędził, wszystkie godziny wolne, zamknięty jak mnich w głębi celi, zwalczając żądze swe silą snu. Jakób usiłował podnieść się. Bo cóż robił tu w trawie, podczas wilgotnej i mglistej nocy ciemnej. Okolica tonęła w ciemnościach, światło było tylko na niebie, gęsta mgła tworzyła olbrzymią kopułę ze szkła matowego, którą księżyc, schowany z tyłu oświetlał bladym odbłyskiem żółtawym; a horyzont czarny spał w nieruchomości śmierci. No! musiało być około dziewiątej, najlepiej było powrócić do domu i położyć się spać. Lecz w odrętwieniu swem widział już, jak idzie naodwrót do Misarda, wchodzi na schody, wyciąga się na sianie, obok izdebki Flory, a od niej oddziela go tylko proste przeforsztowanie z tarcic. Ona byłaby tam, słyszałby jej oddech; wiedział że drzwi nigdy nie zamyka, że mógłby do niej wejść. I znowu go przejął dreszcz gwałtowny, gdy sobie wyobraził tą dziewczyną rozebraną, z ciałem ciepłem jeszcze od snu; płacz konwulsyjny rzucił go znów na ziemią. On ją chciał zabić, chciał ją zabić, mój Boże! Dusił sią, obumierał na myśl, że poszedłby ją zabić w łóżku, zaraz, gdyby powrócił. Nicby to nie pomogło, że nie miałby żadnej broni, że głową gniótłby oburącz, dla przemożenia sią; czuł, że choroba, naprzekór jego woli popchnęłaby go ku tym drzwiom, że udusiłby tą dziewczyną. Nie, nie! raczej noc przepędzić na włóczeniu się po polu, aniżeli tam powrócić. Jednym skokiem się podniósł i zaczął uciekać. I znowu pół godziny biegł przez ciemne pole, jakby goniła go cała psiarnia, spuszczona ze sfory. Skakał na pagórki, zeskakiwał na dół. Raz po raz drogą mu zamknęły dwa strumyki: przeskoczył je, zamaczawszy się po łokcie. Do rozpaczy doprowadzał go krzak, który mu stanął na drodze. Jedyną jego myślą było iść prosto, coraz dalej, coraz dalej, ażeby uciec przed sobą, ażeby uciec przed tem zwierzęciem wściekłem, które czuł w sobie. Ono unosiło go jednak, galopowało z nim. Od siedmiu miesięcy, sądząc, że już je wypędził od siebie, zajmował się bardziej innymi, niż sobą teraz znowu się zaczynało, teraz znów potrzeba się było z niem bić, ażeby się nie rzuciło na pierwszą, przypadkiem potrąconą kobietę. Jednakże wielka cisza i rozległa samotność uspakajały go, pozwalały mu marzyć o życiu niemem i samotnem, jak to pustkowie, którędy wciąż szedł, nie napotykając żywej duszy. Musiał jednak zawrócić w drugą stronę, bo natknął się znów na tor kolejowy, okrążywszy dość duże półkole zarośli, wystających ponad tunelem. Cofnął się, z żywą obawą i gniewem, ażeby nie natrafić na ludzi. Potem, chcąc drogę przeciąć, poza wyjściem, zabłądził; znalazł się znów przed płotem kolejowym, tuż przy wyjściu z podziemia, naprzeciw łąki, gdzie szlochał przed chwilą. Zwyciężony szedł teraz wolno, gdy huk pociągu, dolatujący z głębin ziemi, lekki z początku, lecz coraz bardziej się wzmagający, zatrzymał go na miejscu. Był to pociąg pospieszny do Hawru, który wyszedł z Paryża o godzinie wpół do siódmej, a przejeżdżał tędy o godzinie 9 minut 25, pociąg, którym, co dwa dni jeździł. Jakób widział, jak najprzód czarna paszcza tunelu, oświetlała się, niby otwór pieca, gdy w nim drzewo zapłonie. Potem z łoskotem, przez siebie sprawionym, wysunęła się lokomotywa, olśniewając swem dużem okiem okrągłem, latarnią przednią, której ogień przedarł ciemności i rzucał na szyny podwójną linje płomieni. Było to jednak zjawisko błyskawiczne. Natychmiast nastąpiły wagony, małe, kwadratowo szybki w drzwiczkach, z których padały gwałtowne błyski, a przedziały pełne pasażerów, przelatywały z taką szybkością, że oko ledwie dowierzało potem owemu przemijającemu widokowi. A w tej krótkiej chwili, krótszej niźli sekunda. Jakób bardzo wyraźnie ujrzał przez oświetlone drzwiczki jednego z przedziałów, jak człowiek jakiś trzymał drugiego, przewróconego na ławce i wsadzał mu nóż w gardło, gdy tymczasem jakaś masa czarna, może trzecia osoba całym ciężarem swoim przygniatała nogi mordercy. Już pociąg uciekał, niknąć w stronie ku Croix de Maufres, pokazując tylko z siebie, trzy ognie przy ostatnim przedziale, trójkąt czerwony. Przykuty do miejsca, młodzieniec ścigał oczyma pociąg, którego ryczenie cichło wśród wielkiego spokoju martwej okolicy. Czyż dobrze widział? I teraz wahał się, nie śmiał twierdzić, że rzeczywistością było to widzenie, przyniesione i porwane błyskawicą. Ani jeden rys żywy nie pozostał mu z obu aktorów dramatu. Masa ciemna zapewne była burką podróżną, spadłą na ciało ofiary. Jednakowoż z początku zdawało mu się, że rozróżnia gęste włosy i delikatną twarz bladą. Ale wszystko się z sobą zacierało, ulatniało się, jak marzenie. Zapewne było to tylko działanie wyobraźni. A wszystko to jednak mroziło go, zdawało mu się tak nadzwyczajnem, że w końcu przypuszczał, iż miał tylko halucynacje, powstałą skutkiem strasznego ataku, jaki przechodził. Godzinę jeszcze prawie Jakób szedł, z głową ociężałą od kołujących się myśli. Złamany był, a dotkliwe zimno wewnętrzne por chłonęło w nim gorączkę. Nie namyśliwszy się nawet wcale, powrócił w końcu znów do Croix-de-Maufres. Potem, gdy się znalazł przed domem dróżnika, powiedział sobie, iż nie wejdzie tam, że położy się pod małą szopą, w pobliżu gołębnika. Ale snop światła padał przez drzwi domu, Jakób popchnął je machinalnie. Widok niespodziewany zatrzymał go na progu. Misard w kącie przestawiał faski z masłem i na czworakach, przy świetle latarni, obok niego stojącej, opukiwał mur pięścią i przysłuchiwał się. Na skrzyp drzwi obrócił się, zresztą wcale się nie zmieszał i rzekł poprostu, tonem naturalnym: - Zapałki mi upadły. I kiedy ustawił faski na miejscu, dodał. - Przyszedłem po latarnię, gdyż przed chwilą, wracając, spostrzegłem jakiegoś człowieka, leżącego na plancie... Zdaje mi się, że nieżywy. Jakób, z początku przejęty myślą, że zszedł Misarda na szukaniu skarbów ciotki Phasji, co przemieniało w raptowną pewność jego wątpliwości co do jej oskarżeń, został następnie tak gwałtownie wstrząśnięty wiadomością o znalezieniu trupa, że zapomniał o dramacie, odgrywającym się tu w tym ustronnym domku. Scena w przedziale, widzenie tak przelotne człowieka, mordującego drugiego, ożyło przed nim przy blasku jakby znów błyskawicy. - Człowiek na plancie, gdzie? - zapytał, blednąc. Misard miał mu już odpowiedzieć, jak niósł dwa węgorze, wyjęte z sieci i biegł do domu pędem, ażeby je schować. Ale po co się było zwierzać temu chłopcu? Machnął tylko ręką i odrzekł: - A tak... o jakie pięćset metrów... Trzeba się lepiej przyjrzeć, ażeby zobaczyć. W tejże chwili Jakób usłyszał ponad głowa uderzenia przygłuszone. Tak był przelękniony, że skoczył z miejsca. - To nic - podchwycił ojciec - to Flora tam chodzi. I młodzieniec rzeczywiście poznał stąpanie nóg bosych po podłodze. Musiała nań czekać, musiała go słyszeć przez drzwi, nawpół uchylone. - Idę z panem - podjął. - A czyś pan pewien, że umarł? - O! tak mi się zdaje. Przy latarni lepiej się zobaczy. - I cóż pan o tem myślisz? Wypadek, nieprawdaż? - Być może. Zapewne jaki zuch rzucił się pod pociąg, a może który z podróżnych wyskoczył z wagonu. Jakób wstrząsnął się. - Chodź pan prędzej, chodź! Nigdy go nie ogarniała taka gorączka zobaczenia, dowiedzenia się. Po za domem, gdy towarzysz jego, bez najmniejszego wzruszenia szedł plantem, bujając latarnią, której smuga światła pełzała po szynach, on biegł naprzód gniewny na tę powolność. Było to jakby pragnienie fizyczne, ten ogień wewnętrzny, który przyspiesza kroki kochanków, w godzinach schadzki. Bał się tego, co go tam czekało, a jednak leciał tam wszystkiemi mięśniami członków. Kiedy przybył, kiedy o mało co się nie potknął o czarną masę, wydłużoną na zakręcie plantu, stanął jak wryty, wstrząśnięty dreszczem od stóp do głowy. A żal jego, że nie mógł nic wyraźnie rozróżnić, zamienił się w wymyślaniu na tamtego, który opóźniał się przynajmniej o trzydzieści kroków. - Ależ, na Boga, chodź pan... jeżeli jeszcze żyje, możnaby go uratować. Misard, drepcząc, zbliżał się z zimną krwią. Potem, gdy poruszył latarnią ponad ciałem: - O! - odezwał się - ma on już dość. Człowiek ten, wyleciawszy bezwątpienia z wagonu, upadł na brzuch, twarzą na ziemię, o pięćdziesiąt centymetrów najwyżej od szyn. Widać było tylko jego głowę, wianek gęsty białych włosów. Nogi leżały odrzucone wbok. Z rąk jedna jakby była oderwana, druga zgięta pod piersią. Ubrany był bardzo dostatnio, w szerokim paltocie z sukna granatowego, w eleganckich kamaszach i cienkiej bieliźnie. Ciało nie miało żadnych śladów zgniecenia, tylko z gardła upłynęło dużo krwi i powalało kołnierz u koszuli. - Urządzono tego mieszczucha - podchwycił spokojnie Misard, po kilku sekundach przypatrywania się w milczeniu. Poczem, zwracając się do Jakóba, nieruchomego, z otwartemi ustami: - Nie trzeba ruszać, to zabronione... Zostaniesz pan tutaj i będziesz pilnował, a ja pobiegnę do Barentin, uprzedzić zawiadowcę stacji. Podniósł latarnię i spojrzał na kamień przydrożny, znaczony cyfrą odległości. - Przy samym 153-im. I, postawiwszy latarnię na ziemi przy zwłokach, oddalił się krokiem ociężałym. Jakób, pozostawszy sam, nie ruszał się, patrzył ciągle na tę masę bezwładną, rozciągniętą, którą mdłe światło, padające na ziemią, czyniło bezkształtną. A w nim wzruszenie, które przyspieszyło jego bieg, które go tu zatrzymywało, kończyło się tą przeszywającą myślą, wydobywającą się z całej jego istoty: tamten, człowiek, którego ujrzał z nożem w dłoni, miał jednak śmiałość! tamten spełnił do końca pragnienie swoje, tamten zabił! A! nie być tchórzem, zadowolić się nareszcie, wsadzić nóż! On, którego żądza dręczyła od lat dziecięcych, w tej gorączce miał wzgardą dla siebie samego i uwielbienie dla tamtego, a szczególniej czuł potrzebą zobaczyć to, czuł niepowściągnione pragnienie napoić oczy tym łachmanem ludzkim, tem stłuczonem cackiem, tą padliną, w którą nóż przemieniał żyjącą istotą. O czem marzył, tamten dokonał i to tak samo. Gdyby on zabił, leżałoby to także na ziemi. Serce o mało mu nie wyskoczyło z piersi; popęd jego do morderstwa wydzierał się z niego gwałtem, na widok tej śmierci tragicznej. Postąpił krok, zbliżył się bardziej, jak dziecko nerwowe, które się oswaja ze strachem. Tak! i onby miał śmiałość i on! Ale łoskot po za plecami zmusił go do odskoczenia wtył. Pociąg nadjeżdżał, którego nawet nie słyszał w tem zachwyceniu. Zmiażdżony byłby, dopiero ostrzegł go oddech gorący, podmuch potężny lokomotywy. Pociąg przebiegł w huraganie huku, dymu! płomienia. Było w nim osób dużo, fala podróżnych unosiła się ciągle ku Hawrowi na zbliżającą się uroczystość. Dziecko jakieś płaszczyło sobie nos na szybie, przyglądając się ciemnej okolicy, a młoda kobieta opuszczała okno i wyrzucała papier, powalany masłem i lukrem. Już pociąg wesoły mknął dalej, nie troszcząc się wcale o trupa, którego jego koła dotykały. A trup leżał wciąż na twarzy, oświetlony niewyraźnie latarnią, pośród melancholicznego spokoju nocy. Wtedy Jakóba zdjęła chęć zobaczyć ranę, póki sam był. Niepokój go powstrzymywał, myśl, że gdy dotknie się głowy, mogą to zauważyć. Obliczył sobie, że Misard nie był w stanie wcześniej wrócić z zawiadowcą stacji, niż za trzy kwadranse. I pozwalał upływać minutom, myślał o tym Misardzie, o tym cherlaku, tak powolnym, tak spokojnym, który także miał śmiałość zabijać najspokojniej w świecie trucizną. Więc zabić było łatwą rzeczą? Zbliżył się, myśl zobaczenia rany kłuła go tak ostro, że ciało go paliło. Zobaczyć, jak to zrobiono i co popłynęło, zobaczyć dziurę czerwoną! Jak ułoży głowę starannie, nikt się nie dowie. Ale bał się jeszcze czego innego, choć nie chciał się do tego przed sobą przyznać, w wahaniu swojem, bał się krwi. Zawsze i we wszystkiem to przerażenie budziło się u niego jednocześnie z pragnieniem. Jeszcze kwadrans mógł być sam i już miał się odważyć, gdy drgnął, posłyszawszy obok siebie jakiś szmer. Flora stała tuż, patrząc, jak on. Ciekawa była zawsze wypadków, niech tylko powiedziano, że bydlę albo człowiek przejechany został przez pociąg, z pewnością zaraz tam była. Ubrała się na nowo, chciała zobaczyć trupa, o którym mówił ojciec. Ale po pierwszem spojrzeniu nie zawahała się wcale. Jedną ręką podniosła latarnię, drugą ujęła za głowę i odwróciła ją. - Strzeż się, nie wolno - wyszeptał Jakób. Ale ona wzruszyła ramionami. I głowa ukazała się w blasku żółtym, głowa starca, z dużym nosem, oczyma niebieskiemi, szeroko rozwartemi. Poniżej podbródka zionęła rana, okropna, głęboki otwór, przerżnięcie szyi, rana rozorana, jakgdyby w niej nóż się obrócił. Krew płynęła najobficiej po prawej stronie piersi. Na lewej stronie, w dziurce od paltota, wstążka orderu komandora wydawała się cała bryłką skrzepłej krwi. Flora wydała lekki okrzyk zdziwienia. - A! to stary! Jakób, nachylony, tak, jak ona, zbliżał się, włosy mieszając z jej włosami, ażeby lepiej widzieć; dusił się, dławił na ten widok. Mimowolnie powtórzył: - Stary... stary... - Tak, stary Grandmorrin... Prezes. Przez chwilę jeszcze przyglądała się tej twarzy bladej, ustom wykrzywionym, oczom rozszerzonym, w przerażeniu. Potem puściła głowę, którą poczynał ścinać chłód trupi. Głowa upadła na ziemię, zasłaniając ranę. - Już się nie będzie śmiał z dziewczynami - odezwała się ciszej. - To niechybnie za jedną z nich... A! moja biedna Ludwisia!... a! św.... Dobrze mu tak! I zapanowała długa cisza. Flora, postawiwszy latarnię, czekała, rzucając na Jakóba powłóczyste spojrzenia, on zaś, przedzielony od niej zwłokami, nie ruszył się wcale, jakby przestraszony, zgnębiony tem, co zobaczył. Musiało być około jedenastej. Czekała cierpliwie jeszcze chwil kilka, zdziwiona milczeniem, którego nie przerywał. Zakłopotanie po scenie wieczornej nie pozwalało jej mówić pierwszej. Ale wtem dał się słyszeć szmer głosów. To ojciec jej przyprowadzał zawiadowcę stacji. Nie chcąc być widzianą, zdecydowała się. - Nie idziesz spać? Drgnął, zawahał się jakby przez chwilę. Potem z wysiłkiem rozpaczliwym wyrzekł: - Nie! nie! Nie uczyniła żadnego poruszenia, ale opadające prosto ręce u tej silnej dziewczyny wyraziły żal widoczny. Jakby chcąc go sobie przejednać za okazany przedtem opór, odezwała się jeszcze pokorniej: - Więc nie przyjdziesz, nie? - Nie! nie! Głosy zbliżały się i ona, nie starając się nawet uścisnąć mu ręki, bo zdawał się umyślnie odgradzać od niej trupem, nie pożegnawszy go ani jednem słowem, oddaliła się znikła w ciemnościach, gwałtownie dysząc, jakby szlochając. Niebawem zawiadowca stacji już był miejscu z Misardem i dwoma oficjalistami. On również stwierdził tożsamość: rzeczywiście był to prezes Grandmorrin, którego widywał, jak wysiadał na jego stacji za każdym razem, gdy jechał do siostry swej pani Bonnehon w Doinville. Ciało mogło pozostać na miejscu, gdzie upadło kazał je tylko przykryć płaszczem, który jeden z oficjalistów przyniósł. Jeden z urzędników otrzymał rozkaz, ażeby pociągiem z Barentin o godzinie jedenastej pojechał zawiadomić prokuratora w Rouen. Ale nie można się było spodziewać go wcześniej niż przed godziną szóstą zrana, bo miał przy wieźć z sobą sędziego śledczego, sekretarza trybunału i lekarza. Zawiadowca stacji tymczasem postawił straż przy nieboszczyku: podczas całej nocy luzowano się ciągle pilnował jeden człowiek z latarnią. A Jakób, zanim postanowił iść się położyć w jakiej szopie na stacji Barentin, skąd miał Odjechać do Hawru dopiero o godzinie siódmej minut dwadzieścia, stał jeszcze wciąż nieruchomy, zadumany. Potem myśl o sędziu śledczym, którego oczekiwano, przestraszyła go jakgdyby był wspólnikiem zbrodni. Co ma powiedzieć, co widział w przelocie pociągu? Z początku zamierzył mówić, ponieważ o siebie nie potrzebował się zgoła lękać. Jego obowiązek w tym względzie nie ulegał zresztą wątpliwości. Potem jednak zapytał sam siebie: poco? nie dostarczyłby żadnego pewnego faktu, nie mógłby stwierdzić żadnego szczegółu dokładnego co do zabójcy. Głupio byłoby mieszać się w to, tracić czas, przejmować się, bez korzyści dla kogokolwiek. Nie, nie, nie będzie mówił. I odszedł wreszcie, choć wrócił się jeszcze dwa razy, ażeby się przyjrzeć garbowi czarnemu, jaki ciało tworzyło na ziemi, w promieniu żółtawego blasku latarni. Zimno przejmujące wiało z mglistego nieba wśród pustkowia okolicy. Pociągi ciągle przejeżdżały, znowu przybywał jeden w stronę Paryża, bardzo długi. Wszystkie się krzyżowały przy potężnej mocy mechanizmu, mknęły do dalszego celu ku przyszłości. muskając bezwiednie, nawpół odciętą głowę tego człowieka, którego drugi człowiek za mordował.