Bestia - Kamila Turska

Reflow text when sidebars are open.
Dopaliła się kolejna świeca.
Rayan podniósł głowę znad księgi, potarł zmęczone oczy. Znowu zasiedział się nad starymi tekstami. Stracił poczucie czasu i nawet nie zauważył, kiedy zrobiło się tak późno.
Podszedł do okna, wyjrzał. Wszędzie ciemno. Cała Akaria śpi.
Wrócił do stołu, uprzątnął ogarki. Ostrożnie zamknął wiekową księgę, zaznaczywszy wcześniej miejsce, gdzie skończył, a następnie zebrał i ułożył we właściwej kolejności karty, na których zapisywał przetłumaczony tekst. Całość starannie owinął w płachtę powleczonego woskiem materiału, chroniącego papier przed wilgocią, zaniósł do sypialni i troskliwie umieścił w drewnianej skrzyni pod łóżkiem.
Może przesadzał. Może nie miałoby znaczenia, gdyby zamiast schować księgę, zostawił ją na stole w maleńkim pomieszczeniu, gdzie spędzał nad tekstami długie godziny dnia, a nieraz i nocy. Jednak Krąg Wiedzących okazał ogromne zaufanie, powierzając mu dzieło samego Czcigodnego Maruka, i gdyby prastare zapiski uległy najmniejszemu nawet uszkodzeniu... Ze wstydu chyba ziemia by się pod nim rozstąpiła i wpadłby w najgłębsze czeluści Ogaary, pomiędzy saaby. Wszak Czcigodny Maruk był największym i najmądrzejszym Wiedzącym, jaki kiedykolwiek żył. Legendy mówiły, że cieszył się nieprawdopodobną łaską Wysokich, którzy nazywali go swoim przyjacielem.
Właśnie miał szykować się do snu, gdy usłyszał głośne pukanie. Pospieszył do drzwi. Choć było ciemno, od razu rozpoznał stojącego na progu starszego mężczyznę.
- Ladan! - Rayan ucieszył się na widok przyjaciela. Na chwilę zapomniał, że środek nocy nie jest zwyczajową porą na wizyty. - Dobrze, że jesteś! Wejdź, posłuchaj, co właśnie przetłumaczyłem... - zaprosił, zadowolony, że nie musi czekać do rana, by podzielić się nowo zdobytą wiedzą.
- Chłopcze... - zaczął Ladan, wchodząc do środka.
Rayan co prawda wiek młodzieńczy miał już za sobą, ale nie zamierzał wytykać tego staremu nauczycielowi. Zresztą w tym momencie zauważył, że gość oddycha szybko. Zasapał się? Biegł? W jego wieku?!
- Co się stało? - spytał, czując niepokój. - Usiądź! - Podsunął Ladanowi najwygodniejsze krzesło. Szybko skrzesał ogień i zapalił świecę.
Ladan zamachał ręką. Płomień zatańczył, a jego blask odbił się od spoczywającego na piersi mężczyzny dysku, znaku przynależności do Kręgu.
- Nie, nie! - zaprotestował. - Rayan, wielka nowina! Chciałem ci od razu powiedzieć. Zostałeś przyjęty! - wykrzyknął radośnie.
Gospodarz zamrugał ze zdziwieniem.
- Przyjęty? - powtórzył, nie rozumiejąc.
Ladan śmiał się, kręcąc głową nad jego niedomyślnością. Zaraz jednak spoważniał, podszedł do Rayana i położył mu ręce na ramionach.
- Zostałeś przyjęty do Kręgu! Będziesz Wiedzącym!
Rayan z wrażenia osunął się na oferowane przyjacielowi chwilę wcześniej krzesło.
- Ja? - wyszeptał wstrząśnięty. - Do Kręgu?
Więc to on zajmie miejsce zmarłego Timuna?
Będzie najmłodszym Wiedzącym w dziejach Akarii!
- Tak! - Ladan uściskał serdecznie byłego ucznia. - Właśnie zakończyła się narada. Było kilku kandydatów, ale od początku czułem, że masz największe szanse. Mój uczeń, mój uczeń! - powtarzał z dumą.
Tej nocy Rayan już się nie położył.
Najpierw długo rozmawiali, a gdy starszy Wiedzący wrócił do siebie, Rayan powędrował przez wciąż uśpione miasto na brzeg morza. Nie do portu - dziś nie ciągnęło go, by przyglądać się statkom z obcych krain. Nie musiał też wyobrażać sobie, że może kiedyś, pewnego dnia, on sam znajdzie się na pokładzie któregoś z nich. Cóż znaczą nawet najdalsze podróże w porównaniu z zaszczytem, jaki go spotkał? Został Wiedzącym! Jednym z Siedemnastu. Teraz los Akarii, największego miasta i najważniejszego portu w całym cywilizowanym świecie, los JEGO miasta, spoczywał również w JEGO rękach.
Zasiądzie w Kręgu!
Zazna obecności Wysokich!
Oddychał szybko, wciąż przytłoczony świadomością, że spełniło się to, o czym prawie nie śmiał marzyć.
Stacja transportowców na Sargo rozczarowała Mię. Nawet nie dlatego, że lądowisko było prawie trzykrotnie mniejsze od tego na Ziemi. Inaczej wyobrażała sobie halę przylotów. Spodziewała się czegoś więcej niż zwykłego budynku, do którego jednymi drzwiami się wchodziło, a drugimi wychodziło na zewnątrz, na parking, zabrawszy bagaż z taśmy.
- A odprawa celna? - usłyszała za sobą zdezorientowany kobiecy głos. Najwyraźniej pozostali pasażerowie też byli zaskoczeni. Stacja na Ziemi, z której wystartowali, miała trzy kondygnacje i przypominała labirynt, w którym łatwo zgubić się bez przewodnika. Przed odlotem przeszli też skomplikowaną i długotrwałą procedurę odprawy. A tutaj? Mia rozejrzała się, ale nigdzie nie dostrzegała nawet urzędnika za biurkiem. Widziała tylko niedawnych towarzyszy podróży, odszukujących swoje walizki bądź witających się z krewnymi i znajomymi, którzy wyjechali po nich na stację.
Na Mię też ktoś czekał - kuzyn, Ethan Phillips, który tu, na Sargo, prowadził z żoną Sandrą restaurację.
- Świetnie wyglądacie! - oznajmiła Mia, gdy już ich wycałowała i wyściskała.
Rzeczywiście, oboje opaleni i roześmiani, do tego ubrani w kolorowe koszulki, szorty i sportowe sandały, przypominali zadowolonych z urlopu turystów. Mia wcale nie powiedziałaby, że przekroczyli czterdziestkę.
- Miejscowe kobiety muszą oglądać się za tobą - rzuciła żartobliwie do Ethana. - Niebieskie oczy, blond włosy, a dookoła sami południowcy...
Roześmiali się wszyscy troje.
- A ty zmieniłaś fryzurę - zauważyła Sandra.
Rzeczywiście, przed przylotem na Sargo Mia nie tylko skróciła swoje kasztanowe, lekko kręcone włosy, tak że teraz sięgały jej do ramion, ale jeszcze zdecydowała się na złote pasemka. Według zapewnień fryzjera miało to dodać wyrazu jej delikatnym kościom policzkowym oraz piwnym oczom i musiała przyznać, że jest zadowolona z rezultatu.
- Ty chyba też? - Przyjrzała się uważnie przyjaciółce.
Sandra przytaknęła. Jej zebrane w koński ogon włosy, wcześniej burobrązowe, zjaśniały na słońcu i zmieniły kolor na ciemny blond. Zdaniem Mii Sandra wyglądała lepiej niż kiedykolwiek wcześniej.
- Naprawdę nie ma żadnej odprawy? - spytała, rozglądając się dookoła.
Ethan zaśmiał się.
- Nie ma! Mówiłem ci, tu nie zatruwają sobie życia niepotrzebnymi przepisami. Na Sargo nie istnieje nadmierna biurokracja. Daj, wezmę - wyciągnął rękę po sporą walizkę.
Wyszli na parking.
- O, tutejszy? - Mia zdziwiła się na widok samochodu, przy którym się zatrzymali. Nie rozpoznawała marki, ale wyglądał bardzo znajomo.
- Nie, sprowadzają je z Ziemi. Zdecydowaliśmy się na zakup po poprzednim sezonie, całkiem udanym - wyjaśniła Sandra, gdy Ethan ładował rzeczy Mii do bagażnika. - Wyszło dużo taniej, niż gdybyśmy kupili na Ziemi i sami go tu ściągnęli.
Mia pokiwała głową.
- Udany sezon, czyli ziemska kuchnia wciąż cieszy się zainteresowaniem?
Sandra przytaknęła z zadowoleniem.
- Chcesz jechać przez centrum czy obwodnicą? - zapytał Ethan, gdy usadowili się w aucie.
Zanim Mia zdążyła się namyślić, sam zdecydował.
- Lepiej obwodnicą. W centrum o tej porze będą korki, a nad samym morzem niestety nie można jeździć.
- Zakaz ruchu? To jednak mają tu jakieś przepisy? - zażartowała Mia.
- Pewnie, że mają - Sandra włączyła się do rozmowy. - Po prostu inne niż u nas, dlatego niektórym naszym się wydaje, że tu wszystko wolno. Nieprawda. Przyzwyczailiśmy się do ziemskich praw i norm, a to jest zupełnie inna kultura, inne tradycje.
- Będziecie mi musieli opowiedzieć co nieco, żebym się nie wpakowała w jakieś kłopoty.
- Tutejsi są tolerancyjni dla Ziemian - zapewnił Ethan. - Poza tym całe Tenos utrzymuje się z turystyki, a zdecydowana większość turystów to nasi. Więc nawet jeśli zrobisz coś nie tak, nie będzie wielkiego rabanu, najwyżej pouczenie, a w ostateczności niewielka grzywna.
Jechali przez kilka minut w milczeniu. Stacja transportowców Ziemia-Sargo zostawała za nimi, chowając się chwilami za wzniesieniami terenu. Miasta Mia na razie nie widziała, droga obiegała niewielki lasek.
- Wygląda tu trochę jak na południu Europy - zauważyła. - Słońce, upał, niebieskie niebo, gaj oliwny albo pomarańczowy - wskazała karłowate, powykręcane drzewka.
Sandra pokiwała głową.
- A jak mijasz miasteczka tubylców, to z daleka widać niskie białe domy i mnóstwo kolorowych kwiatów - w pierwszej chwili naprawdę można pomyśleć, że to nasza Grecja. Zresztą Tenos nie różni się od ziemskich kurortów. W każdym razie centrum. Na promenadzie i wzdłuż wybrzeża są głównie restauracje, sklepy, dyskoteki i kluby - wszystko pod turystów. No i cała masa hoteli, do wyboru, do koloru.
- Zobacz! - Ethan wskazał coś w oddali, przerywając kobietom rozmowę. - Akaria.
Mia przytknęła nos do szyby.
- Tam, u podnóża gór? Nie wygląda zbyt okazale. A we wszystkich przewodnikach piszą, że to największe, najbardziej znane i najlepiej zachowane ruiny starożytnego miasta na całym Sargo.
Kuzyn wychwycił nutkę rozczarowania w jej głosie.
- Stąd dobrze nie widać, ale ruiny zajmują pokaźny teren. I są w naprawdę niezłym stanie... jak na coś, co powstało prawie dwa tysiące lat temu.
Mia odprowadziła wzrokiem pozostałości Akarii i spojrzała przez przednią szybę akurat w porę, by zobaczyć, że wjeżdżają do miasta.
Rzeczywiście, żadnej egzotyki. Budynki jak budynki, faktycznie głównie hotele - nowoczesne, kilkunastopiętrowe. Ulice... no, jak to ulice. Akurat jechali szeroką czteropasmówką i Mia zaczęła przyglądać się dokładniej samochodom. Hm... Albo wszystkie pochodziły z Ziemi, albo tutejsze pojazdy z wyglądu niczym nie różniły się od ziemskich, albo też ona nie potrafiła dopatrzeć się drobnych odmienności, jeśli takie istniały.
- Żeby zobaczyć, jak wyglądają tutejsze miasta, trzeba by pojechać w głąb kraju. - Sandrze nietrudno było odgadnąć, o czym myśli Mia. - Jeśli będziesz chciała, zrobimy wycieczkę na południe, na przykład do Laso. Możemy też wybrać się na zwiedzanie Akarii. Ale to już kiedy...
No właśnie, kiedy już znajdzie Johna. Na razie atrakcje turystyczne muszą zaczekać.
Mia zamyśliła się. Co powinna najpierw zrobić? Iść do mieszkania wynajmowanego przez Johna? Strata czasu, nie dostanie się do środka. Może i mają tu liberalne przepisy, ale chyba nie aż tak. Więc co? Od razu na policję czy najpierw do firmy, w której był zatrudniony?
Rozważania przerwał jej głos Ethana.
- Jesteśmy prawie na miejscu.
Mia rozejrzała się. Jechali niezbyt szeroką ulicą, przy której stały niewielkie, piętrowe domki otoczone niskimi płotkami.
- Tu jest jak na przedmieściu przeciętnego amerykańskiego albo europejskiego miasta - stwierdziła, trochę rozczarowana. Było tak... swojsko. I sielankowo. Prawie widziała oczyma wyobraźni, jak mieszkający tu ludzie urządzają przyjęcia i grille w ogródkach na tyłach domów.
- A czego się spodziewałaś? - spytała z rozbawieniem Sandra.
- Poczekaj, aż zobaczysz dzielnicę willową nad morzem. Tam są dopiero rezydencje - wtrącił Ethan.
- Naszych czy miejscowych?
- Miejscowych też, ale w większości naszych.
Ethan skręcił na podjazd i wysiedli. Mia z ciekawością popatrzyła na dom Phillipsów. Ściany były pomalowane na miodowy kolor, w oknach wisiały wzorzyste firanki. Wzdłuż płotka, alejki do drzwi i pod ścianami domu rosły krzewy obsypane intensywnie różowymi kwiatami.
- Chodź - Sandra otworzyła drzwi, przepuściła Mię przodem - oprowadzę cię. Tutaj jest salon, łączy się z jadalnią, a dalej kuchnia - objaśniała. - My śpimy na górze. Właściwie mamy wolny pokój i na piętrze, i na dole, więc jak wolisz...
- Na dole - zdecydowała się Mia.
- Proszę. - Sandra otworzyła drzwi do pokoju wybranego przez gościa. - Obok masz łazienkę - wskazała. - Jak ci się podoba?
Mia z aprobatą pokiwała głową na widok jasnego, schludnego pomieszczenia. Na wprost wejścia stało łóżko, a obok nocna szafka. Była też szafa na ubrania i okrągły stoliczek pod oknem.
- Super!
Do pokoju wszedł Ethan, niosąc walizkę Mii.
- Potem się rozpakujesz, teraz zjemy obiad - zaproponowała Sandra.
Po obiedzie usiedli w salonie. Ethan przyniósł papierową teczkę.
- Tu jest wszystko, czego zdołałem się dowiedzieć. Adres mieszkania Johna, nazwa i adres firmy, nazwisko jego szefa. - Podawał Mii kolejne karteczki. - Aha, to ważne - przypomniał sobie - mapa Tenos. Zaznaczyłem nasz dom, restaurację i parę innych miejsc. - Z dumą pokazał własnoręcznie sporządzoną na odwrocie kartki legendę. Zamyślił się. - Co jeszcze? Tak jak ci mówiłem, próbowałem zgłosić jego zaginięcie, ale musi to zrobić członek rodziny albo osoba mieszkająca pod tym samym adresem. Ja nie spełniam żadnego z tych kryteriów.
- Nie jesteś członkiem rodziny? - zdziwiła się.
- Nie według miejscowych. Rozmawiałem z jedną policjantką, była bardzo miła, ale moje zgłoszenie to za mało, żeby nadać sprawie bieg formalny. Tak powiedziała.
Mia pokiwała głową, spojrzała na zegarek - jeszcze się nie przyzwyczaiła do dziwnej tarczy z czternastoma godzinami. Nie było zbyt późno.
- Chyba pójdę na policję jeszcze dzisiaj. - Wstała. - Och! - Zachwiała się i z trudem utrzymała równowagę.
- Nigdzie nie pójdziesz! - zarządziła zdecydowanie Sandra. - Co najwyżej do łóżka. Podróż na Sargo to nie lot poduszkowcem z jednego miasta Ziemi do drugiego. Tego się nie czuje, transportowce są bardzo wygodne, ale jednak. Chodź.
Zaprowadziła nieprotestującą Mię do jej pokoju.
- Nie zdziw się, jeśli teraz prześpisz kilkanaście godzin.
Mia rozebrała się, włożyła piżamę - dobrze, że była na wierzchu walizki - i padła na łóżko. Po chwili już spała.
Rayan z trudem łapał oddech. Czuł, że dłonie ma mokre od potu. W ostatniej chwili powstrzymał się od wytarcia ich w nowiutką szatę. Przecież na delikatnym, białym materiale zostawiłyby brudne smugi... Co by powiedzieli Wysocy na ten widok?
Wysocy zajmują się dużo ważniejszymi sprawami niż to, w jakim stanie są ubrania Wiedzących, odezwał się jakiś cichy, rozsądny głos w jego głowie. Jednak Rayan nie mógł nic poradzić na to, że był półprzytomny z emocji.
Zasiadał w Kręgu od dwudziestu siedmiu dni, ale dopiero dziś miał ujrzeć Wysokich. Dopiero dziś omawiano sprawy na tyle ważne, że Tamci zechcieli się zjawić w Symonie, gdzie tradycyjnie zbierał się Krąg.
Pochylił głowę w oczekiwaniu jak pozostali Wiedzący, ale ukradkiem się rozglądał.
Zazwyczaj radzili w Okrągłej Komnacie, siedząc za długim stołem. Rayan polubił tamto pomieszczenie - było jasne i słoneczne dzięki licznym oknom i ścianom z altu, białego kamienia. Wychodziło się z niego prosto do ogrodów, gdzie można było spacerować w plątaninie alejek, zastanawiając się nad podejmowaną decyzją.
Jednak dziś siedzieli na wyłożonej dywanami posadzce w komnacie, którą wcześniej Rayan znał jedynie z opowieści. Znajdowała się w podziemiach Symonu, najstarszego budynku w mieście. Symon, jak i cała Akaria, zbudowany był z altu, jednak ściany tej komnaty dodatkowo pokryto jeszcze jakimś innym kamieniem, choć nikt już nie pamiętał jego nazwy ani tym bardziej, skąd go wydobyto.
Pewnie Wysocy mogliby to wiedzieć, przemknęło Rayanowi przez myśl. W końcu byli tu, zanim jego przodkowie wykopali pierwsze prymitywne schronienie w ziemi. Może nawet to oni nauczyli ludzi wydobywania i obrabiania bloków altu, a w końcu budowania z nich domów?
Nagły podmuch poruszył płomieniami świec, ustawionych w długich szeregach pod ścianami. Rayan odruchowo uniósł głowę. Opuścił ją momentalnie, ogarnięty paniką, jednak miał szczęście. To jeszcze nie Oni.
Jak dobrze, bo gdyby ich obraził...! Wbił wzrok w posadzkę, starając się uspokoić oddech.
Muszę się zachowywać odpowiednio do stanowiska, które mi powierzono, nakazał sobie. Muszę okazać, że jestem godny! Już nie jestem jedynie uczonym, pochłoniętym czytaniem i tłumaczeniem starych ksiąg. Teraz zasiadam w Kręgu. Wiedzący wybrali mnie, właśnie mnie... A może zrobili to z szacunku dla Ladana? W uznaniu zasług starego mistrza pozwolili jego uczniowi...
Przeraził się tej myśli.
Jak w ogóle mógł wpaść na taki pomysł?! Wiedzący obcowali z Wysokimi, spływała na nich łaska i mądrość, a wszystko, co czynili, wszystkie ich decyzje, to były maleńkie kamyczki, przez lata i wieki łączące się w ogromną mozaikę, której wzór od początku do końca znali Wysocy.
Odetchnął głęboko.
Jest tak strasznie zdenerwowany zbliżającą się wielką chwilą, gdy wreszcie Ich ujrzy, to stąd te zupełnie niemądre myśli. Trzeba przegnać je z głowy, bo co będzie, gdy Wysocy dostrzegą te głupoty?
Na ławce na skraju maciupeńkiego parku, wciśniętego pomiędzy strzelisty hotel, ciąg eleganckich sklepów i komisariat policji, siedział mężczyzna.
Wygląda jak indiański szaman, przebiegło Mii przez myśl. Nie żeby kiedykolwiek w życiu widziała prawdziwego indiańskiego szamana, a w każdym razie nie na żywo. Na starych filmach, to tak. Ale ten starzec, z twarzą pobrużdżoną zmarszczkami, z długimi siwymi włosami, luźno opadającymi na ramiona, z dziwnymi wisiorkami założonymi na szyję, w kolorowej opończy, pomimo upału narzuconej na ramiona... No, bez dwóch zdań - wyglądał dokładnie tak, jak Mia wyobrażała sobie, że POWINIEN wyglądać wiekowy indiański szaman. Siedział bez ruchu, z dłońmi opartymi na kolanach, i kobieta miała wrażenie, że patrzy prosto na nią. Przez chwilę rozważała, czy to nie uliczny artysta. Żywy pomnik, z którym można zrobić sobie zdjęcie.
Jednak w pozie starego była jakaś szczególna duma, przywodząca na myśl minione pokolenia, i Mia odrzuciła tę myśl. Oderwała wzrok od "szamana" i weszła do budynku policji.
Właściwie Ethan zaproponował, że pójdzie na komisariat razem z nią. Zanim jednak Mia odespała podróż, zjadła mocno spóźnione śniadanie, rozpakowała walizkę, wysłuchała mnóstwa opowieści o tutejszych zwyczajach, którymi zarzuciła ją Sandra, a które już zdążyły jej się w większości pomieszać, zrobiło się późne popołudnie. Była to najwyższa pora, by Ethan i Sandra poszli wreszcie do restauracji. Mia zdawała sobie sprawę, że Phillipsowie zatrudniają kilku pracowników, a lokal został otwarty o czasie i nikt nie wyszedł z niego głodny czy źle obsłużony, ale przecież wiadomo, jak to jest. Inaczej wszystko funkcjonuje, gdy szef jest na miejscu i dogląda interesu.
Dlatego podziękowała i zapewniła, że świetnie sama da sobie radę.
- Weź komunikator. - Ethan podał jej aparat. - Właściwie przypomina ziemski telefon. Podtykasz sobie pod usta i mówisz jak do mikrofonu. - Zaprezentował. - A rozmówcę słychać przez słuchawkę założoną na ucho.
Mia tylko skinęła głową. Z komunikatorem zapoznała się już wcześniej. Obsługa urządzenia nie należała do skomplikowanych.
- Pamiętasz, jak się nawiązuje połączenie?
Potwierdziła.
- Numery do domu i do restauracji masz zapisane na kartce włożonej do pokrowca...
Przecież nie jest dzieckiem!
- I jeszcze to.
Kuzyn wręczył Mii przedmiot, który z niczym jej się nie kojarzył. Obły, długi na kilkanaście centymetrów, z przewężeniem w środku.
- Co to?
- Broń.
- Co?! Po co? - Prawie odskoczyła.
- Nie przesadzaj, Ethan - prychnęła Sandra.
- Głównie po to, żebym miał spokojne sumienie - wyjaśnił Ethan. - I wiedział, że jakby co, nie daj Boże, to jesteś bezpieczna.
- Aha...
Rzeczywiście, posiadając broń będę dużo bezpieczniejsza, chciała powiedzieć Mia. Pierwsze, co zrobię, gdy spróbuję jej użyć, to pewnie odstrzelę sobie nogę.
- Dzięki - mruknęła, dochodząc do wniosku, że po prostu włoży broń do torebki i zapomni o niej.
- Teraz jest nieaktywna, a tak - Ethan wziął od niej urządzenie i demonstrował, manipulując przy przewężeniu - ustawiasz ogłuszanie. Jeśli przesuniesz w drugą stronę, ustawisz maksymalny poziom mocy. Tylko się nie pomyl...
Aż taką idiotką nie jest!
- ...bo jednak za zabicie niewinnego przechodnia grozi coś więcej niż upomnienie. Nawet kiedy sprawcą jest Ziemianin-turysta. - Mrugnął.
Mia nagrodziła dowcip bladym uśmiechem, Sandra wywróciła oczami.
- Chodźmy już, panie agencie - mruknęła z przekąsem, odwracając się. Zatrzymała się jeszcze przy drzwiach. - Klucze są...
- Pamiętam - zapewniła ją Mia, ukrywając zniecierpliwienie. Naprawdę, miała trzydzieści sześć lat! Przecież nie wywieźli jej gdzieś w dzicz. Może i Sargo jest inną planetą, ale trafiła w sam środek cywilizacji, zresztą prawie ziemskiej. Więcej tu Ziemian, ich wynalazków, techniki i sposobu życia, niż czegokolwiek innego, miejscowego, pomyślała, wychodząc z domu kilka minut później. Wsiadła do samochodu wynajętego dla niej przez Phillipsów na czas pobytu. Przestudiowała mapę w poszukiwaniu najprostszej drogi na komisariat.
Dotarła do celu bez problemu.
- Przepraszam, gdzie mogę zgłosić zaginięcie? - spytała mężczyznę w mundurze, siedzącego za niskim kontuarem tuż za drzwiami wejściowymi. Mii skojarzył się z oficerem dyżurnym i chyba faktycznie był kimś w tym rodzaju, bo chętnie wytłumaczył jej, jak ma dojść do odpowiedniego pokoju. Kierując się jego wskazówkami, trafiła do niewielkiego pomieszczenia, gdzie za biurkiem siedziała policjantka. Ładna, z długimi włosami spiętymi z tyłu głowy, niewiele starsza od Mii.
Ciekawe, czy to z nią rozmawiał Ethan.
- Dayna Labro - przedstawiła się kobieta. Dodała coś jeszcze - słowo, które pewnie oznaczało stopień, ale Mia nawet nie była w stanie go powtórzyć, nie mówiąc o zrozumieniu.
Zaczęła przedstawiać swoją sprawę.
- Chwileczkę - przerwała jej policjantka. - Pani nazywa się Keller, a pani mąż - Marshall?
- Tak, zostałam przy panieńskim nazwisku.
- Rozumiem. Kiedy ostatni raz widziała pani męża? - Policjantka ułożyła na dzielącym je biurku plik formularzy.
- John pracuje w tutejszej prywatnej firmie przewozowej od ośmiu miesięcy... ziemskich miesięcy - uściśliła Mia. Labro skinęła głową. - Ostatni raz rozmawiałam z nim przez interłącze prawie trzy miesiące temu. Potem nagle kontakt się urwał. Nie odbierał połączeń do domu. W firmie mówili tylko, że go nie ma, i powtarzali, że nie są upoważnieni do udzielania bliższych informacji przez łącze. Skontaktowałam się więc z kuzynem, który mieszka w Tenos od pięciu lat. Prowadzi restaurację z żoną. Ethan dzwonił do Johna i chodził do jego mieszkania o różnych porach, ale na próżno. Telefon... to znaczy, komunikator milczy, drzwi zamknięte...
- Była pani w firmie męża? - spytała policjantka, skrupulatnie notując.
- Jeszcze nie, przyleciałam dopiero wczoraj. Odespałam podróż i przyszłam prosto tutaj.
- Pamięta pani nazwę tej firmy?
- Tak... - Wyciągnęła z torebki kartki zapisane przez Ethana. - Stackwood i spółka. Adrien Stackwood to jej właściciel, szef męża - wyjaśniła i podała adresy: firmy oraz Johna.
- Czy mąż wspominał, co przewożą?
- Na Ziemię głównie wyroby z altu: różne ozdoby wzorowane na starożytnych akaryjskich przedmiotach, chyba też biżuterię. A z powrotem alkohol, kawę, przyprawy... - Zamyśliła się. - Zdaje się, że regularnie zaopatrują w ziemskie produkty jakąś sieć tutejszych sklepów czy lokali, nie jestem pewna.
- Czyli szefem i właścicielem jest Ziemianin, ale siedziba firmy mieści się w Tenos?
Mia potwierdziła.
- Czy mąż w okresie poprzedzającym zniknięcie był czymś zaniepokojony, zdenerwowany?
Zawahała się.
- Proszę powiedzieć - zachęciła Labro.
- To raczej nie miało związku... Była usterka w transportowcu, John musiał awaryjnie lądować i część ładunku uległa zniszczeniu. Nie pamiętam dokładnie, chyba jakieś figurki czy wisiorki się potłukły. John denerwował się, żeby szef nie obciążył go odpowiedzialnością finansową, a to nie była jego wina. Twierdził, że technicy zawalili przegląd.
- Rozumiem. Proszę zaczekać. - Kobieta wstała i wyszła z pokoju.
Wróciła po piętnastu minutach.
- To pani pierwszy pobyt na Sargo? - upewniła się, siadając za biurkiem.
- Tak. - Mia w porę ugryzła się w język, aby nie spytać, co to ma do rzeczy.
- I przyleciała pani wczoraj? - indagowała dalej policjantka.
Mia pokiwała głową.
- Więc to nie pani założyła konto depozytowe w "Gara i Kersa"?
- Słucham?!
- Wprowadziłam pani dane do systemu - wyjaśniła kobieta. - Posiada pani konto depozytowe w "Gara i Kersa".
- Konto depozytowe? - Mia patrzyła na rozmówczynię zdezorientowana. - To coś jak skrytka bankowa?
- Tak.
- John musiał je założyć - tylko czemu na moje nazwisko?
- Myślałam, że pani mi to powie.
Mia wytrzymała przenikliwe spojrzenie policjantki.
- Naprawdę - pokręciła głową - nie mam pojęcia. Nic mi o tym nie wspominał. - Tknęła ją nagła myśl. - Czy wydadzą mi ten depozyt? To może być jakaś wskazówka...
- Konto jest na pani nazwisko, więc jeśli okaże pani dokument tożsamości, nie będzie problemu z wydaniem. Mam nadzieję, że podzieli się pani ze mną informacją o jego zawartości? - zabrzmiało to bardziej jak polecenie niż pytanie.
- Oczywiście! - Mia przytaknęła ochoczo. Przecież nie jest detektywem, sama Johna nie znajdzie. Jeśli policja wreszcie jest gotowa go szukać, dostarczy im wszelkich posiadanych informacji.
Gdy wyszła przed komisariat, "szamana" już nie było. Może poszedł szykować się do wyprawy do lasu, gdzie będzie zrywał ziółka kwitnące o północy, pomyślała, rozbawiona tą wizją.
W samochodzie wyciągnęła mapę. Policjantka zapisała jej adres tego "Gara i Cośtam". Nie było daleko.
Jechała powoli, rozglądając się ciekawie.
Hotel, hotel, sklep, sklep, sklep, restauracja, hotel, hotel, hotel, dyskoteka, sklep, kawiarnia, sklep...
Supernowoczesne, pokojowo-komercyjne oblicze kolonializmu, pomyślała, mijając elegancki sklep. Właściwie to chyba raczej powinna powiedzieć - butik. Ceny tu na pewno nie należą do niskich.
Po obu stronach ulicy chodnikiem płynął kolorowy, rozbawiony tłum.
Mię ogarnęła pokusa, by znaleźć najbliższy parking, zostawić samochód i powędrować dalej z turystami, którzy wylegli z hoteli korzystać z wieczornych i nocnych rozrywek.
Zatrzymała się przed skrzyżowaniem. Jej uwagę przykuło szerokie przejście nadziemne, rozciągnięte nad jezdnią, dlatego dopiero po chwili zorientowała się, że większość przechodniów skręca w boczną uliczkę, skąd dobiegała głośna muzyka. Dojście do promenady, domyśliła się. Z mapy wynikało, że upstrzony lokalami i sklepikami deptak ciągnął się przez centrum, dochodził do nadbrzeża, a tam rozgałęział się na kształt litery T.
Z pewnym żalem oddaliła się od wesołego gwaru.
Parkowała już kilka numerów dalej od podanego adresu, gdy uświadomiła sobie, że być może odbyła tę wycieczkę na próżno. Jaki bank będzie działał o tej porze?
Odpowiedź: taki, który też chce zarobić na turystach.
Chwilę później z niedowierzaniem pchnęła częściowo przeszklone, ciężkie drzwi, za którymi paliło się światło i ewidentnie wciąż pracowali urzędnicy.
- Otwarte? - zagadnęła ochroniarza przy wejściu.
- Oczywiście. Działamy całą dobę - odparł z dumą.
Hm, tylko się cieszyć.
Weszła do środka i odnalazła biurko opatrzone dużą tabliczką "Konta depozytowe". Nie było kolejki.
Gdy kilkanaście minut później wychodziła z budynku, nie bardzo wiedziała, co myśleć o całej sprawie. John założył konto tego samego dnia, kiedy ostatni raz rozmawiali. Na jej nazwisko. Nie chciał, by ktokolwiek dowiedział się o istnieniu skrytki? Chyba tak, bo jej też o niej nie wspomniał. Konto nie było więc przeznaczone dla Mii - nie mogło być, nie planowała podróży na Sargo, dopóki nie zniknął. To była tajna skrytka Johna, niemożliwa do znalezienia przez kogoś, kto szukałby po nazwisku Marshall. Ale kto i dlaczego miałby się interesować depozytem?
I najdziwniejsze ze wszystkiego - zawartość skrytki. Kartka z adresem i wisiorek z altu, zapakowane w płócienny woreczek.
Wisiorek wyglądał jak duży gwoźdź - długa nóżka i okrągły łepek. A może to miał być grzybek?
Tak czy inaczej, trudno było dostrzec sens umieszczenia go w skrytce. Alt był ładnym, półszlachetnym kamieniem, ale Mia założyłaby się, że za pieniądze, które miała w tej chwili przy sobie, mogłaby kupić takich ozdób kilka czy kilkanaście w pierwszym z brzegu sklepie z pamiątkami.
W końcu doszła do wniosku, że Johnowi chodziło o ukrycie kartki z adresem, zaś wisiorek musiał stanowić jedynie dodatek, może dla odwrócenia uwagi. Zresztą John miewał naprawdę szczególne pomysły - czasem zaskakiwał ją tak, że nie wiedziała, jak zareagować.
Wsiadła do samochodu z myślą, by jechać prosto na komisariat. Robiło się jednak coraz później - bank mógł sobie działać dwadzieścia osiem godzin na dobę, ale ludzie chyba pracowali na zmiany?
Postanowiwszy, że na policję pójdzie jutro z samego rana, wyciągnęła mapę i z pewnym trudem odnalazła adres z kartki Johna. Niedobrze, najdalej na południe wysunięta dzielnica Tenos. Z porannego wykładu Sandry Mia zapamiętała, że najgorsza. I że lepiej się tam nie zapuszczać.
No to tylko przejadę się, popatrzę z samochodu, postanowiła, ruszając. A w ogóle to bez sensu, dumała. Nawet jeśli mieszkają tam sami miejscowi, to przecież nie młodociane gangi, a ludzie pracujący w hotelach, lokalach. To co, zjedzą mnie?
Dotarła na miejsce. Okolica nie wyglądała zachęcająco. Po jednej stronie pustej, wąskiej uliczki ciągnęło się ogrodzenie, pod którym właśnie parkowała, zaś po drugiej wznosiły się jakieś konstrukcje i fragmenty ścian. Nawet nie była pewna, czy patrzy na teren budowy, czy na dom w trakcie rozbiórki.
Nie miała ochoty wysiadać.
Jeśli chmury zasłonią księżyc albo szlag trafi chociaż jedną z latarni, nie będzie wesoło, myślała, zerkając na rzadko ustawione, słabo świecące lampy.
Zapaliła lampkę samochodową, jeszcze raz przestudiowała interesujący ją fragment mapy.
No tak, cały kwadrat między dwiema równoległymi ulicami zajmowały magazyny. Widziała, że za ogrodzeniem po prawej stały rzędy niskich, przylegających do siebie budynków bez okien. Zatem najwyraźniej wszystko się zgadzało. Trafiła we właściwe miejsce, a cyfry na kartce oznaczały nie numer domu i mieszkania, jak założyła, ale numer konkretnego magazynu.
Przekręciła kluczyk w stacyjce i ruszyła powoli wzdłuż ogrodzenia. Kilkanaście metrów dalej ujrzała bramę prowadzącą na teren. Uchyloną.
Zaparkowała obok.
Idąc między szeregami ponurych budynków, czuła się niczym w mieście duchów. Uliczki wytyczone jak pod sznurek, drzwi pozamykane na głucho, nigdzie żywej duszy. Nawet stróża nie ma? Rozglądała się z nadzieją, że dostrzeże gdzieś budkę strażnika. Ani śladu. Tylko jedna niespełna rozumu Ziemianka włóczy się tu po nocy, diabli wiedzą czego szuka, pomyślała kwaśno.
Znalazła magazyn Johna, owszem. I co z tego? Obejrzała go sobie, niczym nie różnił się od sąsiednich - bura ściana, drzwi z zamkiem, do którego nie miała klucza... Idiotka, już lepiej by połaziła po promenadzie.
Zawróciła do głównej arterii biegnącej przez teren. Po paru minutach, gdy dotarła do bramy, miała ochotę przeklinać własną głupotę. Samochodu na ulicy nie było.
Najpierw pomyślała, że został skradziony. Potem zorientowała się, że to nie ta ulica, przy której zaparkowała, wyszła bowiem na wprost ciągu budynków przypominających opuszczoną fabrykę. W każdym razie takie skojarzenie nasuwały wysokie kominy.
I co teraz? Wracać i szukać skrzyżowania, na którym źle skręciła?
Po namyśle wybrała inną opcję - do rogu nie jest daleko, dojdzie i zobaczy, czy samochód nie stoi za zakrętem.
Nie stał. Tam nawet nie było ulicy. Nie mówiąc już o latarniach. W półmroku widziała jakieś chaszcze, metalowe kontenery, rozrzucone po ziemi pojemniki. Generalnie krajobraz przywodził na myśl wysypisko śmieci.
Mia stała, rozglądając się bezradnie.
Gdyby po wyjściu przez bramę poszła w drugą stronę, mogłaby trafić na właściwą ulicę. Chyba że wylądowała dokładnie po przeciwnej stronie kwadratu. W takim razie musi obejść cały obszar, by wrócić do auta. Pytanie tylko, czy tędy da się przejść. I czemu wciąż nigdzie ani śladu ludzi?
Zrobiła kilka kroków wzdłuż ogrodzenia i wtedy ją olśniło. Puknęła się w czoło. Gdyby uważniej słuchała porannego wykładu Sandry, wcześniej zorientowałaby się, dlaczego ma się nie zapuszczać w te rejony. Nie dlatego, że mieszka tu miejscowy element - zresztą ta wersja od początku wydawała jej się mocno wątpliwa. Przeciwnie, chodziło właśnie o to, że nikt tu nie mieszka, nikt nie bywa.
Nikt jej nie napadnie, co najwyżej złamie nogę w tych ciemnościach i umrze z głodu i odwodnienia, a jej zwłoki będą tu leżały do końca świata albo aż ktoś uprzątnie ten śmietnik, żeby wybudować kolejny hotel.
Odegnała ponurą wizję, zawróciła. Dość tych przygód, wróci do samochodu naokoło.
I wtedy coś usłyszała. Cichy brzęk za plecami, jakby któryś z poniewierających się po ziemi pojemników stuknął w metalowy kontener. Zamarła.
Brzęknęło znowu, tym razem bliżej.
- Halo?! - zawołała. - Jest tam kto?
W ciemności coś się poruszyło. Coś, co nie mogło być człowiekiem. Chyba że tubylcy chodzą na czterech. Cofnęła się w popłochu, wpadła na ogrodzenie.
Trzeba było uciekać! - zrozumiała. Uciekać od razu, a nie stać i czekać! I jeszcze wołać! Sięgnęła do torby, obły kształt sam wślizgnął się w drżące palce.
Nieaktywny, ogłuszanie... O Boże, nie, odwrotnie, omal nie ustawiła pełnej mocy...
Uniosła rękę. Gdy coś dużego mignęło między kontenerami, krzyknęła i strzeliła. Odpowiedział jej okrzyk bólu. Ożeż cholera! Bez namysłu wpadła za najbliższy kontener. Zatrzymała się raptownie. Ujrzała skulonego mężczyznę, próbującego się podnieść.
- Nie... nie mam pieniędzy - wybełkotał.
Co?!
- Nie strzelaj, nic nie mam... - poprosił. Patrzył na obły przedmiot, który Mia wciąż ściskała w ręku.
O Boże, postrzeliłam go! I facet myśli, że to napad!
- Nie, nie! - Pospiesznie odłożyła broń i uklękła obok nieznajomego. - Przepraszam, nie chciałam! Nie widziałam pana, wydawało mi się, że coś tu było...
Niby co, potwór z bajki? Wściekła na siebie, sklęła w duchu własną głupotę.
- Przepraszam - powtórzyła bezradnie. - Nic panu nie jest? - Pomogła mu usiąść i oprzeć się o kontener.
Potrząsnął głową jak nurek po zbyt długim zanurzeniu.
- Wszystko w porządku? - Mia próbowała pomimo ciemności ocenić, czy nie jest ranny. Naraz uświadomiła sobie, że Ethan, demonstrując obsługę broni, nic nie wspominał o nabojach, czyli przywaliła facetowi jakimś rodzajem ładunku energetycznego. - Zawiozę pana do szpitala.
- Nie. - Wreszcie podniósł głowę, potarł dłonią czoło. - Zaraz przejdzie...
Spróbował wstać, ale osunął się z powrotem.
- Co to było? Z czego strzeliłaś?
Mia sięgnęła po broń.
- Ale ustawiłam tylko na ogłuszanie - usprawiedliwiła się pospiesznie.
- Taak? A jaki kolor tu widzisz?
Dopiero teraz Mia zobaczyła, że przewężenie emituje słabe światło.
- Czerwony - odparła, jeszcze bez żadnych złych przeczuć.
Milczał tak długo, aż zrozumiała. Zrobiło się jej słabo.
- Pomyliłam się...
A Ethan ją ostrzegał... Poranny żart kuzyna przerodził się w koszmar.
- Dobrze, że trafiłaś w kontener obok... Dlaczego strzelałaś?
- Coś zobaczyłam. Albo tylko mi się zdawało...
Trudno, niech uzna ją za ostatnią kretynkę, w końcu o mało go nie zabiła z powodu przywidzenia.
- Między kontenerami?
Przytaknęła.
- Tam był dafa - oznajmił, jakby to wszystko wyjaśniało. - Grzebał w śmieciach, pewnie szukał jedzenia. Wychudzony, bez obroży - bezpański.
- Dafa? Znaczy pies?
- Jaki pies? Zwykły dafa. Tyle że dość duży.
No tak. Facet był miejscowy. Zdaje się, że wiedział o ziemskiej faunie mniej więcej tyle, co Mia o tutejszej - że istnieje.
- Wystraszył mnie. Przepraszam, że strzeliłam. Mogłam... zrobić ci krzywdę - to był eufemizm, ale inne słowa chyba nie przeszłyby jej przez gardło. - Zawiozę cię do szpitala - powtórzyła.
- Nie, nie trzeba. Jestem tylko trochę ogłuszony. - Wstał z wyraźnym trudem. Mia musiała go podtrzymać.
- To gdzie mam cię zawieźć? Gdzie mieszkasz?
- W hotelu... - zawahał się.
- Którym?
Potarł skroń.
- Zaraz... zaraz ci powiem... jak tylko przestanie mi dzwonić w uszach.
Zachwiał się. Mia złapała go w ostatniej chwili.
Dobrze, że nikt nas nie widzi, przemknęła jej idiotyczna myśl. Wygląda to, jakbyśmy się do siebie tulili. W każdym razie ja go obejmuję...
Trudno, sama była sobie winna. Podjęła decyzję.
- Zabiorę cię do siebie, przenocujesz, rano wrócisz do hotelu. Tylko nie wiem, jak najkrócej dojść do samochodu.
- A gdzie go zostawiłaś? - Wsparł się o kontener, żeby nie wisieć na Mii.
- Na ulicy... Nie pamiętam nazwy, jakoś na E.
- To chodźmy tędy. - Wskazał ciemność między ogrodzeniem i wysypiskiem.
- Przejdziemy?
- Pewnie.
Mia zdrowo się zasapała, ale jakoś dotaszczyła i załadowała go do samochodu.
Dopiero gdy parkowała pod domem, zdała sobie sprawę, że może trochę się pospieszyła z zaproszeniem. Przecież nie była u siebie. Co Ethan i Sandra powiedzą, gdy wrócą do domu i zobaczą, że sprowadziła obcego faceta? Co prawda nie dla rozrywki, ale jednak. A jeśli zniknie bladym świtem razem z oszczędnościami Phillipsów? Tylko że było już za późno, aby się wycofać.
Wprowadziła gościa do salonu.
Przy zapalonym świetle wreszcie mogła przyjrzeć się ofierze swoich panicznych poczynań. Mężczyzna był chyba w jej wieku. Wysoki, opalony, ciemnowłosy - jak to południowcy. Przez chwilę Mia podziwiała wysportowaną sylwetkę i przystojną twarz, aż zdała sobie sprawę, że może przygląda mu się zbyt otwarcie i nachalnie. Pospiesznie odwróciła wzrok.
- Nazywam się Mia Keller. - Przypomniała sobie o dobrych manierach.
- Gerin. Gerin Atora.
- Jesteś głodny? - spytała, nie bardzo wiedząc, czy ma go usadzić na kanapie, czy od razu zapakować do łóżka.
Przez chwilę patrzył na nią półprzytomnie. Dostrzegła, że ma ładne, zielone oczy.
- Nie, jakoś straciłem apetyt, nic bym nie przełknął.
- To może się położysz? - zaryzykowała. - Prześpisz się...
Zgodził się bez oporów.
Z niepokojem czekała na Phillipsów, niepewna ich reakcji.
Byli zszokowani. Nie faktem, że w łóżku Mii śpi obcy facet, tylko jej przygodą. I tym, jak mogła się skończyć.
- To twoja wina - Sandra wypomniała mężowi. - Po co dawałeś jej broń? I nawet porządnie nie przeszkoliłeś, jak ma używać! Gdyby nie trafiła w kontener... Masz pojęcie...?!
- Nie, nie. - Wyrzuty sumienia Mii rosły z każdą chwilą. - To wyłącznie moja wina. Niepotrzebnie tam pojechałam. Powinnam wrócić na komisariat, oddać im kartkę, nie błąkać się po nocy. - Zanim opowiedziała o scenie kulminacyjnej na tyłach magazynów, streściła kolejne etapy dzisiejszych poszukiwań.
- Może jednak powinniśmy zabrać go do szpitala? - Widać było, że Sandra najchętniej wparowałaby do zajętego przez gościa pokoju, by upewnić się, że nie wymaga pomocy medycznej.
- Proponowałam mu, ale nie chciał. Z dwojga złego wolałam przywieźć go tutaj, żeby nie był sam, gdyby mu się pogorszyło.
- Ogłuszenie tym typem broni to nie wstrząs mózgu, nie trzeba go obserwować, nie pogorszy mu się - wyjaśniał Ethan. - Ale Sandra ma rację, jutro pokażę ci dokładnie, poćwiczymy obsługę...
- Nie! - przerwała kuzynowi, zdecydowanie przesuwając leżącą na stoliku broń w jego stronę. - Myślę, że poziom bezpieczeństwa w mieście znacznie wzrośnie, jeśli to urządzenie znajdzie się jak najdalej ode mnie.
Gerina obudził powrót gospodarzy i tocząca się w salonie rozmowa.
W pierwszej chwili, gdy Mia zostawiła go samego, wydawało mu się, że nie zaśnie. Leżał, wsłuchując się w ciszę i własne myśli. Jednak zmęczony organizm domagał się odpoczynku i mężczyzna nawet nie zauważył, kiedy zapadł w sen.
Teraz, łowiąc fragmenty wypowiadanych przez Mię i jej krewnych zdań, odtwarzał w pamięci niedawne wydarzenia. Zasnął ponownie, zanim głosy za ścianą umilkły.
Przechadzał się po targu, oglądając zamorskie towary.
- Dobrego dnia, Rayanie - usłyszał pozdrowienie.
Odwrócił się i zobaczył Batara, jednego z najbogatszych kupców w mieście, oraz jego córkę, Keirę.
- Dobrego dnia, Batarze - odparł uprzejmie. - I tobie też, Keiro.
Uśmiechnęła się i skłoniła.
- Może usiądziesz z nami i napijesz się zimnego nektaru? - zaproponował kupiec, wskazując pobliską kaneę, gdzie przy drewnianych stołach raczono się plackami z mięsem i popijano chłodne napoje. - Dzień taki gorący.
Tak, odkąd przyjęto go do Kręgu, Rayan był najlepszą partią w mieście. Najmłodszy Wiedzący w dziejach Akarii. Pamiętał jednak, że Keira okazywała mu życzliwość i zainteresowanie, jeszcze zanim został kimś więcej niż zwykłym uczonym. No i nie mógł zaprzeczyć, że była bardzo ładna. Dlatego teraz posłał jej uśmiech i skinął głową.
- Chodźmy.
- Pewnie ostatnio masz mniej czasu na swoje księgi - zagaił Batar, gdy już siedzieli, popijając chłodny napój. - Obowiązki Wiedzącego...
Rayan przytaknął.
- Wciąż staram się tłumaczyć księgę napisaną przez Czcigodnego Maruka, ale minie jeszcze wiele, wiele dni, zanim ją skończę.
- A czego dotyczy fragment, który teraz tłumaczysz? - zaciekawiła się Keira.
- Jest o saabach - odparł zgodnie z prawdą, choć wolałby rozmawiać na jakikolwiek inny temat.
- Och! - wzdrygnęła się.
- Przecież saaby nie istnieją - w głosie Batara wcale nie było pewności. - Prawda?
- Na pewno istniały w czasach, gdy żył Czcigodny Maruk - odparł powoli Wiedzący. - A to, że teraz od bardzo, bardzo dawna nikt żadnego nie widział, wcale nie znaczy, że już ich nie ma. Może po prostu nie wychodzą z czeluści Ogaary. Albo - zawahał się, niepewny, czy podzielić się swoim domysłem - czasem wychodzą, polują, po czym wracają do swojego świata, ale nie zostawiają nikogo, kto mógłby opowiedzieć o spotkaniu z nimi.
Przez chwilę patrzyli na niego z przerażeniem.
- Naprawdę myślisz...?
- Nie, nie. - Pożałował szczerości. - Przecież gdyby rzeczywiście się tak zdarzało, znajdowano by... - szukał odpowiedniego słowa - znajdowano by jakieś ślady. Czcigodny Maruk opisuje, że saaby zabijały ludzi, rozszarpując im gardła i wypijając krew. Zostawały więc ciała upolowa... zabitych...
Przeklął się w myślach. Po co o tym mówi? Ladan miał rację - za mało przebywał wśród ludzi, zbyt dużo czasu spędzał nad starymi księgami. Powinien prawić Keirze komplementy, a nie opowiadać o potworach.
Jednak dziewczyna go zaskoczyła.
- Ale saaby są rozumne, prawda? - spytała. - Gdyby z jakiegoś powodu nie chciały, aby ludzie wiedzieli, że wychodzą z Ogaary i polują, mogłyby zabierać schwytanych na pustynię albo w góry, gdzie nikt by nie znalazł ciał, prawda?
- Keira! - Zdumiony Batar zmarszczył brwi. Dziewczyna tylko posłała ojcu niewinne spojrzenie, a potem wpatrzyła się w Rayana, wyraźnie czekając na odpowiedź.
- Saaby są bardzo inteligentne - odparł Wiedzący. - Czcigodny Maruk przyznawał, że potrafiły przechytrzyć niejednego człowieka. Nie sądzę jednak, aby miały powody się ukrywać. Znacznie przewyższają ludzi siłą i szybkością. Ten, na kogo saab zdecyduje się zapolować, może uważać się za martwego, jeszcze zanim polowanie się rozpocznie.
- Nie można ich zabić? - spytał kupiec, zapominając, że pragnął zmienić temat rozmowy.
Rayan zawahał się.
- Każda rana, jaką zada się saabowi, od razu się goi. Nawet śmiertelna. Ale Czcigodny Maruk chyba odkrył sposób. Na razie znalazłem tylko zapis, że uśmiercił saaba i wszystko opisze dokładnie w osobnej księdze.
To informacja zrobiła odpowiednie wrażenie.
- Czy one naprawdę wyglądają jak zwierzęta? - zapytała Keira.
- Tak, zwłaszcza wtedy, gdy polują. Ale mogą też wyglądać, mówić i zachowywać się jak ludzie.
- To znaczy, że możesz przyjąć pod swój dach wędrowca, nie wiedząc, że to głodny saab, który szuka ofiary, a on nocą przemieni się i... - Keira zadrżała.
- Pora dnia nie ma znaczenia. Mogą polować i w dzień, i w nocy.
- To okropne! Dobrze, że tłumaczysz te wszystkie księgi, taka ważna wiedza nie może przepaść. - Popatrzyła na niego z podziwem.
Rayan ze zdumieniem uświadomił sobie, że się rumieni. Wymamrotał coś w odpowiedzi, udając, że nie dostrzega zadowolenia malującego się na twarzy kupca.
Mia spała w pokoju na górze. Rano wślizgnęła się do swojego po świeże ubranie, korzystając z tego, że Gerin był w łazience.
Przy śniadaniu znowu dopadły ją wyrzuty sumienia. Nie od razu. Gdy Gerin w popłochu i stanowczo podziękował za smażone jajka, uznała to za naturalną reakcję na podejrzaną potrawę, której nigdy wcześniej nie widział, nie mówiąc o próbowaniu. Potem jednak ledwo nadgryzł grzankę z dżemem, odłożył ją z niepewną miną i skupił się na soku pomarańczowym.
- Niedobrze ci? - spytała z niepokojem.
- Trochę mnie mdli - przyznał.
Zanim usiedli do śniadania, Mia i Sandra kilkanaście razy upewniały się, czy gość dobrze się czuje i za każdym razem uzyskiwały zdecydowaną odpowiedź twierdzącą.
- Może to normalny objaw?
Bardzo chciała w to wierzyć.
- Nie mam pojęcia, nigdy wcześniej nikt mnie nie postrzelił. - Uśmiechnął się. - A tak w ogóle, co ty właściwie tam robiłaś? W jednej z najmniej ciekawych części miasta, prawie nocą? - spytał. - Znudził ci się tłum na promenadzie?
- Nie przyjechałam tu na urlop.
- A po co?
- Szukam męża.
- Aha... To na Ziemi jest więcej kobiet niż mężczyzn, tak?
Mia prawie parsknęła sokiem, którego nie zdążyła przełknąć. Ethan wydał z siebie prychnięcie, które próbował zamaskować kaszlem, a Sandra schyliła się, by podnieść z podłogi upuszczoną serwetkę.
- Szukam MOJEGO męża - wyjaśniła Mia z godnością.
- Och, eee... - Gerin wyraźnie nie wiedział, co powiedzieć.
Żeby przerwać niezręczną ciszę, Mia zaczęła pokrótce opowiadać o swoich poszukiwaniach. Komisariat, depozyt, kartka z adresem, błądzenie wśród magazynów - i tak na siebie wpadli.
- A co ty tam robiłeś?
- Wracałem do domu.
- Chyba nie mieszkasz w takiej okolicy? - palnęła Mia.
- A wyglądam? - parsknął, ale nie wydawał się urażony. - To najkrótsza droga od stacji do Szóstki.
- Jakiej szóstki? - zdziwiła się.
- Mojej dzielnicy.
- I szedłeś ze stacji transportowców? - Zmarszczyła brwi. To był spory kawał drogi, nawet samochodem.
- Poduszkowców - poprawił.
- Macie tutaj poduszkowce?
- Faktycznie, jest jedna linia - Ethan włączył się do rozmowy. - Zaczyna się przy promenadzie i biegnie do ruin Akarii.
- Zwiedzałeś? - zaciekawiła się Mia.
- Nie, pracuję tam. Oprowadzam wycieczki.
- O!
Była pod wrażeniem.
- To może wybierzemy się któregoś dnia do ruin? - podchwyciła Sandra. - Co, Mia?
- Zapraszam. - Gerin uśmiechnął się czarująco, zanim Mia zdążyła przypomnieć, że nie przyjechała tu na wczasy. - A ty czym się zajmujesz?
- Jestem współwłaścicielką galerii.
- Jesteś artystką?
- Nie, ja tylko wystawiam i sprzedaję dzieła innych.
- Ale do tego też trzeba się znać na sztuce, prawda?
- Pewnie tak - uśmiechnęła się.
Nie skłamała, rzeczywiście była współwłaścicielką galerii. Tyle że jej nie prowadziła - tym zajmowała się Cassie. Mia jedynie wyłożyła nieco funduszy, gdy przyjaciółka postanowiła otworzyć galerię. Jednak już dawno przekonała się, że lepiej zaczynać znajomość z facetem od tej wersji niż od informacji, że żyje sobie spokojnie z udziałów w paru przedsiębiorstwach. Udziały nie były duże, ale przedsiębiorstwa już tak - na przykład korporacja posiadająca wyłączność na loty pasażerskie transportowców Ziemia-Sargo - więc i dochód był niezły.
- Jak zjemy, pojadę na komisariat - oznajmiła. - To w stronę centrum, podwiozę cię. Do którego hotelu?
Potrząsnął głową z miną winowajcy.
- Zdaje się, że wczoraj mówiłem trochę od rzeczy. Nie mieszkam w hotelu, to było na samym początku, tuż po moim przyjeździe tutaj. Teraz, właściwie prawie od dwóch lat, wynajmuję mieszkanie w Szóstce. To zachodnia dzielnica miasta. Wystarczy, że podwieziesz mnie do centrum.
Mia nie chciała o tym słyszeć. Dowiezie go do domu i koniec.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
COPYRIGHT ? BY Kamila Turska-Łagutko COPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2011
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-590-0
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
PROJEKT OKŁADKI Magdalena Zawadzka
GRAFIKA NA OKŁADCE ? Marc Fischer | istockphoto.com
REDAKCJA Wojciech Adamczyk
KOREKTA Barbara Caban, Celina Nikolska
SKŁAD "Grafficon" Konrad Kućmiński
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWE
Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO
Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl