Gdyby w tej dzielnicy urodziła się Marina Abramović,
robiłaby w hutniczej łaźni jako łazienna.
Nosiłaby szare mydło,
wydłubywała czarne kłaki z odpływów,
czyściła brodziki.
Gdyby urodził się tu Langston Hughes,
najpewniej byłby
białym chłopcem, a potem białym rasistą,
zatrudnionym
w hucie na pół etatu. Pisałby tylko podania
do mopsu i skargi
Do jaśnie Magistratu na element społeczny.
Gdyby urodził się tu
Jean-Michel Basquiat, pracowałby w sklepie
"Złoty Róg",
chrzcił wódkę, miał ze cztery razy wszyty
esperal i obsikiwałby
mury, wracając zalany po nocnej libacji.
Gdyby urodził się tu
Andy Warhol, robiłby w Górnośląskiej
Fabryce Czekolady i Cukierków
"Hanka", miał dnę i pożyczkę na głowie
z lewa na prawo.
Nosiłby w kapsach michałki dla landrynek,
co kiecuszki zadzierają.
Gdyby urodził się tu sam Czesław Miłosz,
nie patrzyłby
na biednych, ale był biedą, dzielnicowym
prorokiem,
metafizycznym łajzą, który obchodzi domy,
gdzie nikogo nie obchodzi.
Gdyby urodziła się tu Joan Didion, zostałaby
świadkinią Jehowy,
co je białą kaszankę ze świniobicia i modli się
za koniec świata
na końcu świata, gdzie pies szczeka dupą
odgryzioną kotu.
Gdyby w tej dzielnicy urodziła się Simone
de Beauvoir, byłaby
żoną frontową na emeryturze, folksdojczką,
nawróconą komunistką,
dyspozytorką milicji, babą do rany przyłóż,
co żadnej brudnej roboty
się nie boi. Można by tak długo. Tymczasem
dnia i życia ubywa,
i wilijo się lepi. Pod piątką, gdzie choinka
im spłonęła przez kota,
a ojcowie dotykali się, rodzi się dziewczynka
z dziewczynki.
Dostaje na imię Małyszka. Gdyby urodziła
się w Wiśle, miałaby wąsa.