Prolog. 20 grudnia 2019 r.
Tomek szedł, trzymając mamę za rękę. W drugiej dłoni ściskał pluszowego zająca w świątecznej czapeczce. Mróz na dworze mocno dokuczał już od kilku dni, jednak wciąż nie spadł ani jeden płatek śniegu. Chłopiec wolałby siedzieć w domu i oglądać bajki w telewizji, jednak mama powiedziała, że muszą kupić jeszcze kilka rzeczy przed Wigilią. Zwykle lubił chodzić z rodzicami na zakupy, ale w ostatnim czasie coś się zmieniło i w sklepach było znacznie więcej osób niż zazwyczaj. Przepychano się z wózkami i koszykami, kolejki do kas stały się jakby dłuższe. Tomek nie był taki chętny do chodzenia po marketach, kiedy panował tam wielki rozgardiasz i zamieszanie. Do tego jeszcze mróz mocno szczypał go w nos, a gruba kurtka, czapka, szalik i rękawiczki sprawiały, że było mu bardzo niewygodnie. Z tego powodu czuł niezadowolenie. Zamiast siedzieć w ciepłym mieszkaniu, oglądając bajki albo grając na konsoli, musiał włóczyć się po sklepach z mamą.
Tym razem jednak nie szli do zwykłego marketu, a do galerii handlowej. Mama co chwilę popędzała go, powtarzając mu, że muszą zdążyć, zanim tata wróci z pracy, a jego siostra Monika ze szkoły. Tomek miał dopiero pięć lat i do niedawna chodził do przedszkola, jednak nie podobało mu się tam. Rodzice w końcu ustąpili synowi, wypisując go z placówki, dzięki czemu większość czasu spędzał w domu. Zdawał sobie sprawę z tego, że za rok będzie już chodzić do szkoły razem z siostrą, ale nie przejmował się tym jeszcze. Miał wciąż mnóstwo czasu. Przed nim cała zima, a później wiosna i wakacje zanim rozpocznie swój pierwszy rok edukacji. W domu tata czasami opowiadał mu trochę o szkole. Mówił, że pozna tam nowych kolegów i będzie uczyć się ciekawych rzeczy, ale dla Tomka większość tych informacji była nie do końca zrozumiała. Wiedział, że będzie musiał nauczyć się czytać i liczyć, jednak do tej pory nie interesowało go to, choć zdążył już poznać kilka liter. Potrafił wskazać "O" albo "I", czując się przy tym bardzo dumnie.
Gdy wszedł z mamą do galerii, jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Wszędzie rozwieszone były świecące, kolorowe lampki, które gasły i zapalały się ponownie. Czasami szybciej mrugały, aby po chwili powoli się ściemniać i rozjaśniać i cykl się powtarzał. Pod sufitem wisiały ogromne papierowe bombki i mieniące się wszystkimi kolorami łańcuchy oraz girlandy z elfami. Z głośników natomiast dobiegały świąteczne piosenki. Grano właśnie "Let It Snow" Deana Martina i choć mały chłopiec nie rozumiał ani słowa, lubił tę piosenkę i momentalnie zaczął nucić ją sobie pod nosem. Mama rozpięła mu kurtkę, ściągnęła czapkę, rękawiczki i szalik, gdyż w środku było dużo cieplej niż na zewnątrz. Po wjechaniu ruchomymi schodami na górne piętro, Tomek aż jęknął z zachwytu. Pośrodku szerokiego placu stał ogromny renifer z drewna, którego czerwony, plastikowy nos się świecił. Obok renifera stał jeszcze większy mechaniczny Święty Mikołaj. Machał ręką, uśmiechając się serdecznie i co jakiś czas wykrzykiwał radosne "ho-ho-ho". Wielu rodziców podchodziło ze swoimi dziećmi do figur, sadzali je na grzbiecie renifera i robili zdjęcia.
- Mamo! Mamo! - zawołał podniecony Tomek i podskakiwał z radości. - Zlobiś mi zdencie?
- Najpierw zrobimy zakupy, synuś, a jak się pospieszymy, to wrócimy tutaj i zrobimy sobie mnóstwo zdjęć.
Tomek jęknął lekko zawiedziony, ale wiedział, że dyskusja z mamą nie miałaby sensu. Miał dopiero pięć lat, jednak zdawał sobie sprawę, że jeśli mama powiedziała, że tu wrócą, to na pewno dotrzyma słowa. Był wciąż pod ogromnym wrażeniem i humor całkowicie mu się poprawił. Czasami nuda i niedogodności potrafią zniknąć w najmniej spodziewanych momentach, a to, co wydaje się stratą czasu, niekiedy prowadzi do najpiękniejszych chwil. Tomek przestał już myśleć o powrocie do domu, o kreskówkach i zimnie na zewnątrz. W galerii handlowej było pięknie i magicznie, zupełnie jak w bajkach, które tak bardzo lubił oglądać. W oczach pięciolatka wyglądało to niesamowicie. Chłopiec poczuł się, jakby wkroczył do czarodziejskiej fabryki samego Świętego Mikołaja.
Chwilę później okazało się, że mama zamierzała kupić prezenty dla taty i jego starszej siostry Moniki. Może bała się, że do nich nie przyjdzie Święty Mikołaj w tym roku? Tata był przecież dorosły, a prezenty od Mikołaja dostają tylko dzieci. Jednak jego siostra była dzieckiem, miała jedenaście lat i chodziła już do piątej klasy. Potrafiła sama czytać książki, liczyć i pisać, wiązać buty, a nawet przygotowywała kanapki i parzyła herbatę. Była bardzo samodzielna i odpowiedzialna, ale przecież nadal pozostawała dzieckiem i Święty Mikołaj powinien jej przynieść prezent. A może była niegrzeczna w tym roku? Może mama wiedziała, że jednak do niej nie przyjdzie i dlatego sama postanowiła kupić prezent? Tomek nie przypominał sobie, aby jego siostra cokolwiek narozrabiała, a przynajmniej nic na tyle poważnego, żeby nie miał jej odwiedzić Mikołaj. Zwykle to Tomka rodzice muszą upominać, a czasami nań krzyknąć, a nie na jego siostrę. Nieraz Tomek się denerwował z tego powodu i uważał, że Monika jest lepiej traktowana, jednak gdy tylko się uspakajał, przyznawał sam przez sobą, że zasłużył na karę czy upomnienie. Dlaczego więc trzeba było kupić prezent dla Moniki? Zastanawiał się przez chwilę, ale w końcu uznał, że mama wie doskonale, co robi. Pewnie nawet gdyby zapytał, to nie dostałby odpowiedzi, więc przestał zawracać sobie tym głowę. Tomek cieszył się, że nie muszą kupować prezentu dla niego. To znaczyło, że jednak był grzeczny i dostanie prezent od Mikołaja, a nie od rodziców.
W domu próbował pisać list, choć nie znał literek i nie wiedział jak to zrobić. Postanowił zatem narysować to, co chciałby dostać. A było tego całkiem sporo: konsola z grą Super Mario Bros, rowerek, hulajnoga, zabawki z ulubionej kreskówki, wyścigówki na baterie, które widział wielokrotnie w reklamie w telewizji. Ostatecznie jednak poprzestał na konsoli i hulajnodze. Najpierw próbował narysować rower, lecz później uznał, że rysunek mu nie wyszedł i przerobił go na hulajnogę.
Chciał zobaczyć Świętego Mikołaja, ale wiedział, że ten używa magii tak, żeby nikt go nie mógł dostrzec. Bał się tylko jednego - w bajkach Mikołaj zawsze wchodził przez komin, a oni mieszkali w bloku, gdzie nie było kominka. Nie było nawet pieca, tylko metalowe kaloryfery. Jak więc miałby się on dostać do ich mieszkania? Kiedy zapytał o to swojego taty, ten mu powiedział, że Święty Mikołaj zna specjalne czary i nie musi korzystać z kominów, co trochę uspokoiło Tomka.
Mama wybierała właśnie prezent dla Moniki w sklepie z elektroniką. Chciała kupić tablet, lecz nie bardzo znała się na nowościach, toteż długo zastanawiała się nad każdym modelem. Wyciągała swój telefon, przeglądała w internecie opinie o konkretnych markach, kilka razy pytała też pracownika sklepu o pomoc. Tomka zaczynało to nudzić. Tablety mało go interesowały. Wolałby na przykład przeglądać gry i konsole. Lubił gry. Tata czasami włączał mu komputer, ale tam nie było Super Mario, którego widział wielokrotnie w telewizji i na filmikach w internecie. W domu tata włączał mu Minecrafta, za którym nie przepadał i nie bardzo wiedział jak w to grać. Czasami grali razem w gry z serii Lego, gdy tata znalazł nieco więcej wolnego czasu w weekend, jednak to zdarzało się bardzo rzadko. Zawsze tata miał jakieś dodatkowe zajęcia. Nawet kiedy nie pracował, to trzeba było przecież nasmarować zawiasy w drzwiach, wyczyścić syfon pod umywalką, a czasami naprawić coś w samochodzie. Nie było wtedy czasu, aby mogli wspólnie usiąść do gier i spędzić razem trochę czasu na ulubionej rozrywce Tomka.
Chłopiec rozglądał się po sklepie zniecierpliwiony. Marzył, aby wrócić do wielkich figur w holu i usiąść na tym ogromnym reniferze. Wiedział, że to tylko drewno i plastik, ale mimo wszystko figury wyglądały tak ładnie. Wyobrażał sobie, jak siada na reniferze i gładzi rączką jego gładką powierzchnię. Śmieje się i udaje, że renifer odrywa się nagle od podłogi, po czym odlatuje w górę, a za nim rozsypuje się magiczny, mieniący się tysiącami kolorów pył.
Nagle dostrzegł coś między alejkami z kuchenkami i zmywarkami i wyrwało go to z zamyślenia. Przez sekundę wydawało mu się, że zobaczył prawdziwego Świętego Mikołaja. Nie jakiegoś przebierańca, tylko takiego prawdziwego, od którego wręcz bił blask, jednak ułamek sekundy później już go nie było. Przetarł oczy i zaczął rozglądać się dokładniej. Powoli badał wzrokiem wszystkie alejki, zrobił krok do przodu i stanął na palcach, ale niczego nie dostrzegł. Pomyślał, że wyobraźnia za bardzo go poniosła i spłatała mu figla.
Rozczarowany poddał się i zamierzał już wracać do mamy, gdy spojrzał jeszcze raz i... Tak! W jednej z alejek stał prawdziwy Święty Mikołaj. Wokół niego roztaczała się delikatna czerwona poświata od jeszcze bardziej czerwonego płaszcza z białymi wykończeniami. Miał długą, lśniącą brodę, spory brzuch wystający ponad czarny skórzany pasek, a jego twarz z rumianymi, okrągłymi policzkami promieniała radością w szerokim uśmiechu. Patrzył wprost na Tomka. Jedną ręką trzymał przewieszony przez plecy wielki worek z prezentami, drugą podniósł w górę i zaczął machać wesoło do Tomka.
Chłopiec chciał go pokazać mamie. Zrobił już nawet krok w jej stronę, ale nie odwracał przy tym wzroku. Wtedy Święty Mikołaj przestał machać i wciąż uśmiechając się, przycisnął jeden palec do ust, dając Tomkowi do zrozumienia, żeby nic nie mówił. Tomek się zatrzymał. Patrzył jak zahipnotyzowany, ale też zaczął się uśmiechać. Mikołaj jeszcze raz pomachał dłonią, a następnie wykonał zapraszający gest.
Chłopiec oderwał na chwilę wzrok i spojrzał na mamę. Wciąż przeglądała tablety. Wiedział, że nie wolno mu oddalać się bez mamy, ale Święty Mikołaj pokazał mu wyraźnie, że zaprasza tylko jego. Może nie lubi dorosłych? Może jego magia działa tylko przy dzieciach? Oddalił się niepewnie o dwa kroki, zerkając to na mamę, to na Mikołaja. Poczuł coś dziwnego w brzuchu, jakby połknął balon, który ktoś cały czas pompował. To strach przed mamą wymieszany z podekscytowaniem. Kolejny krok. I jeszcze jeden. Cieszył się, że mama jest zajęta i nie zauważyła, jak się oddalał. Nagle przyspieszył i ruszył biegiem przez alejki, potknął się po drodze o czyjąś nogę, ale nawet nie zwolnił.
W końcu dotarł tam, gdzie stał chwilę wcześniej Święty Mikołaj. Stanął. Zaczął się rozglądać, jednak nikogo nie widział poza zwykłymi klientami i pracownikami sklepu. Wpatrywał się raz w jedną, raz w drugą stronę. Nigdzie nie było jednak Świętego Mikołaja. Tomek poczuł się zagubiony i zdezorientowany. Próbował dostrzec mamę, ale jej też nie mógł stąd zobaczyć. W jego oczach pojawił się strach. Przerażenie ścisnęło go za serce, zmuszając do szybszego bicia, a do oczu zaczęły napływać łzy. Pomyślał, że będzie musiał kogoś poprosić o pomoc, pytając jak trafić do mamy, choć wstydził się i bał zaczepiać dorosłych. Już zamierzał się wycofać, gdy nagle w nieczynnym zaułku w rogu sklepu znowu ujrzał Mikołaja. Uśmiechał się tak samo serdecznie i wciąż machał mu ręką, zapraszając do siebie.
Tym razem Tomek nie zwlekał ani chwili i od razu zerwał się do biegu, nawet na moment nie spuszczając go z oczu. Biegł przed siebie, wyciągnął rękę do przodu i gdy był już blisko, po prostu skoczył do przodu. Udało mu się, dotknął Świętego Mikołaja, a nawet wtulił się w jego płaszcz. Pachniał świątecznymi pierniczkami i świerkiem.
Spojrzał w górę. Mikołaj patrzył na niego i się uśmiechał. Teraz widział wyraźnie jego białe, równe zęby oraz czerwone rumieńce na policzkach. Pogłaskał chłopca ręką po włosach.
- Ho-ho! Wesołych Świąt, Tomku - powiedział Święty Mikołaj, a następnie położył worek z prezentami na podłogę. Uklęknął na jedno kolano, na drugie zapraszając chłopca.
- Wesoych śiont, kochany Michoaju - powiedział Tomek. Wciąż mówił niewyraźnie, nawet jak na pięciolatka, ale wyglądało na to, że Mikołajowi to nie przeszkadza, doskonale go rozumiejąc. Chłopiec oparł swój policzek o jego brodę. Była prawdziwa. To nie mógł być żaden przebieraniec, tylko najprawdziwszy, najmagiczniejszy Mikołaj na świecie.
- Byłeś grzecznym chłopcem, Tomeczku. Zasługujesz na wyjątkowy prezent - powiedział miłym, wesołym i ciepłym głosem.
- Edziaem, że istniejesz Michoaju. Moja siostla mówija, że nie, ale ja edziałem, że tak. - Tomek był bardzo przejęty.
- Oczywiście, że istnieję. Jesteś wyjątkowym dzieckiem i należy ci się coś niezwykłego.
- Cio takiego Śienty Michoaju?
- Sam zobaczysz. Ho-ho-ho! - Otworzył worek jedną ręką, drugą obejmował wciąż Tomka. - Zajrzyj do środka. To magiczny worek i pojawi się w nim wszystko, o czym marzysz. Ho-ho-ho!
- Łał - wykrzyknął podekscytowany chłopiec i pochylił się nad workiem. Zajrzał do środka, pomacał trochę ręką, a po chwili wycofał się. - Michoaju, ale tu nic nie ma.
Wtedy spojrzał ponownie na Świętego Mikołaja, ale ten już się nie uśmiechał i wyglądał jakoś inaczej. Nie roztaczał wokół siebie już tej pięknej magiczne aury, a na twarzy pojawiło się znacznie więcej zmarszczek. Broda z białej zrobiła się siwa i przerzedzona, oczy stały się zamglone i mniej przyjazne. Tomek poczuł też dziwny zapach, który w ogóle mu się nie podobał. Nie czuł już pierniczków i świerków, a coś, co skojarzyło się chłopcu z zepsutym jedzeniem.
Tomek poczuł strach. To, co kochamy najbardziej i całym sercem tego pragniemy, może przerazić najmocniej, gdy staje się obce i nieznane. Rozglądnął się dookoła i z przerażeniem stwierdził, że nikogo nie ma w pobliżu. Znajdowali się w odległym, nieczynnym kącie sklepu poza wszystkimi alejkami. Z jednej strony miał zapakowane w pudła sprzęty, z drugiej szarą ścianę. Chciał zejść z kolana Mikołaja, jednak okazało się, że ten trzyma go mocno za ubranie. Tomek bał się, do oczu ponownie napłynęły mu łzy.
- Wesołych Świąt, Tomku - powiedział ten ktoś. Teraz jednak mówił przerażającym, grubym głosem.
Tomek spojrzał ponownie w górę. Wzdrygnął się mocno i zbladł na widok twarzy, która już nie wyglądała radośnie i przyjaźnie. Ta twarz była przerażająca...
Rozdział 2
1
Tadeusz siedział przed telewizorem i oglądał wiadomości. Znów pokazywano jakieś absurdalne protesty, politycy natomiast obiecywali, że wezmą pod uwagę reakcję ludzi, ale Tadek uświadomił sobie, że nawet nie wie, o co właściwie chodzi. Przełączył na kanał muzyczny, gdzie grano stare przeboje z lat sześćdziesiątych, a następnie podszedł do okna.
Miał stąd widok na starą fabrykę tkanin oddaloną od jego domu o jakieś pół kilometra. Zbliżały się święta, a to oznaczało, że czeka go sporo pracy. Od dawna był bezrobotny i żył z zasiłków oraz niewielkiej renty. Miał dopiero pięćdziesiąt pięć lat, ale przed kilkoma laty stracił lewą dłoń. Oficjalna wersja była taka, że podczas przygotowań do zimy ciął drewno piłą tarczową. Piła zacięła się w pewnym momencie, a on próbując ją odblokować, po prostu włożył dłoń nie tam gdzie powinien. Rzeczywistość była jednak zupełnie inna, ale nikomu nie mówił, jak było naprawdę. Nie chciał, aby ktokolwiek poznał tę tajemnicę. Zresztą i tak nikt by w tę prawdziwą wersję nie uwierzył. I tak uznawany był już za dziwaka. Pozostał jedynym człowiekiem, zamieszkującym w pobliżu starej fabryki, podczas gdy wszyscy pozostali wynieśli się dawno temu. Jeszcze tego mu brakowało, żeby nazywano go wariatem, opowiadającym zmyślone historie.
Tadek mieszkał w Mostkowie niemal od urodzenia. Kiedy osiągnął pełnoletność, zaczął pracować w fabryce tkanin i przepracował tam prawie dwadzieścia lat, aż do zamknięcia firmy. Sytuacja w kraju zaczęła się zmieniać, a fabryka przestała zarabiać i w końcu ogłoszono, że kończą działalność. Wtedy Tadeusz zatrudnił się w zagranicznej firmie produkującej metalowe zbrojenia, pręty i strzemiona, oddalonej od Mostkowa o jakieś trzydzieści kilometrów. Jednak w tamtych czasach Tadek miał na utrzymaniu żonę i syna, nie narzekał więc zbytnio na konieczność dojeżdżania codziennie do pracy. Zarabiać musiał, a w ich mieścinie nie było zbyt wiele do roboty, a już na pewno nie za uczciwe i dobre pieniądze. W zagranicznej fabryce dostał nieco więcej niż minimalna pensja, a do tego firma zwracała mu koszta dojazdu. Co jakiś czas otrzymywał także paczki na święta czy bony na zakupy. Był zatem w miarę zadowolony ze swojego statusu.
Obecnie jednak mieszkał zupełnie sam. Jego jedyny syn zginął w wieku piętnastu lat. Chłopiec interesował się motocyklami i zawsze chciał mieć własny, ale Tadek uważał, że jest na to wciąż za młody. Krzyś odkładał swoje kieszonkowe przez długi czas, pomagał w pracach domowych i dorywczo pracował przy zbiorach owoców na pobliskich plantacjach. W końcu rodzice widząc, jak bardzo się stara i jak mu zależy, zgodzili się na zakup motoroweru na początek. Dołożyli mu nawet brakującą kwotę. Wybór padł na używany Simson S51 rocznik 1985 z czterobiegowym silnikiem. Krzyś wręcz zakochał się w swojej maszynie, zupełnie jak Arnie w samochodzie z powieści Stephena Kinga. Jeździł bardzo ostrożnie, dbał o swój nowy nabytek i na bieżąco wymieniał zużyte części. Był dumny, ale nigdy nie popisywał się i nie przechwalał, po prostu ciesząc się jazdą. Życie bywa jednak kruche i nieprzewidywalne, a los złośliwy, zmieniając wszystko w mgnieniu oka. Któregoś dnia zdarzył się wypadek i to bynajmniej nie z winy chłopca. Jechał on na swoim simsonie mało uczęszczaną drogą, ale akurat tego pechowego dnia przejeżdżał tam mocno pijany kierowca żuka. Mężczyzna nie zapanował nad pojazdem i uderzył w tył motoroweru. Chwilę później Krzyś przewrócił się na bok i spadł ze swojej maszyny, która potoczyła się na drugą stronę jezdni, a żuk przejechał bezpośrednio po chłopcu. Samochodem mocno zarzuciło i pijany kierowca całkowicie stracił panowanie, a następnie wpadł do rowu. Krzyś przeżył potrącenie, ale był w bardzo ciężkim stanie. Miał złamanych kilka żeber. Jedno z nich przebiło płuco, a mimo to dość długo walczył o życie, z trudem łapiąc każdy oddech. Pluł i krztusił się własną krwią, a każda próba poruszenia się powodowała oślepiające fale bólu. Był to rok dwutysięczny piąty i oczywiście w tamtych czasach telefony komórkowe w Polsce nie były tak powszechne. Nie było więc mowy o wezwaniu pomocy, a drogą rzadko przejeżdżały samochody. Dopiero po prawie godzinie od wypadku ktoś zauważył, co się stało i zadzwonił po pogotowie. Chłopiec zmarł w drodze do szpitala, natomiast sprawca wypadku nie żył już w momencie przyjazdu karetki.
Tadeusz nie mógł pogodzić się ze stratą syna, ale jeszcze gorzej zniosła to jego żona Halina, która nigdy nie doszła do siebie. Wpadła w poważną depresję, zaczęła nadużywać alkoholu, a rok po tym wydarzeniu musiała brać silne leki na uspokojenie. Śmierć Krzysia stała się dla niej ogniem, który trawił ją od środka i nie dawał się zgasić, z każdym zwiększając jej cierpienie. W ciągu kilku miesięcy postarzała się znacznie, a częste awantury, jakie wszczynała, sprawiały, że Tadek coraz rzadziej spędzał czas w domu. Wieczorami odwiedzał jedyny w Mostkowie bar, po pewnym czasie wrócił do pracy w fabryce metalowych prętów do zbrojeń, gdzie często zostawał na nadgodzinach, aby nie spędzać czasu w domu. W wolne weekendy natomiast pracował lub majsterkował w garażu, byle tylko czymś się zająć. Z czasem odeszła także jego żona Halina. Ten płomień cierpienia, który w niej się tlił, w końcu rozgorzał na dobre, a ciemna chmura dymu sprawiła, że nie mogła już dojrzeć światła. W wieku zaledwie czterdziestu jeden lat, przedawkowała leki uspokajające i popiła je sporą ilością taniego wina. Nie cierpiała umierając. Zanim jej serce na dobre się zatrzymało, zdążyła stracić przytomność. Mąż odnalazł ją kilka godzin później, leżącą na łóżku, z głową w kałuży własnych wymiocin.
Od tamtej chwili Tadek mieszkał zupełnie sam. Wciąż tęsknił za synem i oddałby dosłownie wszystko, żeby móc zwrócić mu życie. Oddałby i poświęciłby cały świat, gdyby tylko dało się przywrócić do życia jego małego Krzysia. Ból w sercu nie minął mimo upływu lat. W garażu nadal trzymał motorower syna, odremontował go i pielęgnował, jak umiał najlepiej. Nigdy nie myślał o wystawieniu go na sprzedaż. Traktował pojazd Krzysia jak jakąś świętość. Co jakiś czas zapalał w nim silnik (choć nigdy na niego nie wsiadał, aby gdziekolwiek wyjechać), regularnie smarował i czyścił części. W garażu okrywał go natomiast plandeką, a od czasu do czasu dokupował nowe elementy, gdy oryginalne pokrywały się rdzą i korozją.
Żył samotnie i skromnie. Nie miał zbyt wielu znajomych, a gości już w ogóle. Spędzał czas na czytaniu książek i oglądaniu filmów w telewizji i z wielką chęcią opuściłby to przeklęte miasto. Trzymała go jednak fabryka tkanin. Zawsze przed świętami czekała go praca, którą musiał wykonać, choć jako człowiek w wieku pięćdziesięciu pięciu lat nie czuł się już na siłach, a kalectwo w postaci braku lewej dłoni, wcale mu nie ułatwiało sprawy. Wiedział, że jego misja w fabryce nie będzie trwać wiecznie. Z jednej strony nie mógł się tego doczekać, z drugiej natomiast bał się. I to właśnie strach popychał go do tego, co robił każdego roku w fabryce.
2
Ubrał swoją starą, wysłużoną kurtkę pilotkę z podniszczonej brązowej skóry i z dużym kapturem. Mimo że był grudzień, to wciąż nie spadł ani jeden płatek śniegu, jednak wieczory bywały bardzo zimne. Pamiętał zimy, które dawały mocno w kość i już od października trzeba było odśnieżać podwórko, żeby dostać się do głównej drogi. Teraz jednak klimat się zmienił i pogoda z roku na rok stawała się coraz łagodniejsza. W zeszłym roku co prawda opady były dość obfite, ale i tak nie trwały długo, a już pod koniec stycznia nie było po nich śladu. Tadeuszowi wcale to nie przeszkadzało. Nie przepadał za zimnem, a łagodne zimy sprawiały też, że nie musiał codziennie palić w piecu, odśnieżać podwórka czy posypywać schodów i tarasu piaskiem. Nie był już młodzieńcem i im mniej rzeczy miał do zrobienia, tym bardziej mu to odpowiadało.
Wyszedł z domu i udał się do garażu, gdzie zapalił światło. Jedna goła żarówka wisząca pod sufitem była mocno zakurzona. Minął okryty plandeką motocykl i sięgnął po swoją torbę, w której trzymał potrzebne mu rzeczy. Następnie podniósł transporter. Trzymał w nim złapanego kilka dni wcześniej kota o czarnej jak smoła sierści, a następnie ruszył w stronę fabryki tkanin.
Wieczór był bardzo ciemny. Księżyc zasłoniły chmury, więc prawie nic nie było widać, jednak Tadek znał drogę na pamięć i mógłby iść nawet z zawiązanymi oczami. Przez lata chodził tędy do pracy, a teraz każdego roku przed świętami zapuszczał się tam ponownie. Miał nawet dorobione klucze do bramki, którą założono już po zamknięciu fabryki, a cały teren znał lepiej niż kąty we własnym domu. Spędził tam zdecydowanie zbyt dużo czasu, aż z czasem stał się niewolnikiem tego miejsca. Choć prawdę mówiąc, nie chciał się od niego uwalniać. Wszyscy ludzie opuścili okolice fabryki, a Tadeusz został jako ostatni i wiedział doskonale, że tak będzie już zawsze. Przynajmniej do czasu, aż skończy się jego misja. A skończy się prędzej czy później. Tego był pewny, bo to co zamieszkuje od lat fabrykę, znajdzie w końcu sposób, aby się uwolnić i dokończyć to, co trwało już od dawna.
Czuł chłód mimo ciepłej kurtki. Częściowo był to wynik temperatury, jaka panowała na dworze, a częściowo ogarniającego go strachu. Zawsze, gdy zbliżał się do fabryki, odczuwał ogromny lęk, jednak nauczył się stawiać mu czoła i wykonywać swoją robotę. Podszedł do bramy, odstawił na ziemię transporter i drżącą ręką przekręcił klucz w zamku. Stał przez chwilę bezczynnie, jak zawsze z trudem zbierając się na odwagę. Bał się i najchętniej odszedłby stąd w diabły, ale nie mógł sobie na to pozwolić. Podniósł kota, wziął głęboki oddech i ruszył dalej. W powietrzu unosił się ledwo odczuwalny dziwny zapach, kojarzący się z gnijącym mięsem i pleśnią. Znał ten zapach aż nazbyt dobrze. Bardzo go nienawidził, a jednocześnie napawał nadzieją.
Tadeusz obszedł budynek dookoła. Wiedział, że główne wejście jest zamknięte, podobnie zresztą jak okna na parterze, które dodatkowo zabito drewnianymi płytami wiórowymi. Znał jednak kilka innych wejść do środka. Pod wschodnią ścianą przykryty liśćmi i różnymi odpadami był okrągły żeliwny właz, pod którym znajdował się tunel prowadzący do kotłowni w piwnicy.
Mężczyzna odgarnął zeń liście, a następnie sięgnął do swojej torby i wygrzebał chwytak do kołków, którym podważył klapę. Była ciężka i musiał włożyć sporo wysiłku, aby ją poruszyć. Włożył chwytak w szczelinę, a następnie docisnął nogą. Kiedy właz lekko się uniósł, wsunął palce jedynej sprawnej ręki i odsunął go. Musiał uważać, żeby klapa nie opadła, bo z całą pewnością z drugiej dłoni także zostałby mu tylko kikut.
Kiedy tunel stał otworem, zarzucił ponownie torbę na ramię, a na zgięciu lewej ręki zawiesił sobie transporter z kotem. Zwierzak był niespokojny i źle znosił zimno, ale Tadek nie przejmował się tym. Wsunął się do tunelu i po stalowej drabince zszedł na dół. Wewnątrz śmierdziało pleśnią i wilgocią, lekko wyczuwalny był jeszcze gnilny zapach, jakby długo rozkładającego się ciała. Tak jakby w tunelu zdechło jakieś zwierze. Strach mężczyzny wzmógł się teraz jeszcze bardziej. Doskonale znał ten gnilny zapach i czuł go wiele razy w swoim życiu.
Wyjął z torby małą latarkę czołową, naciągnął opaskę na głowę i zapalił światło. Przed nim ciągnął się prosty ceglany korytarz. Pod sufitem widoczne były ślady po kablach, wyrwanych dawno temu zapewne przez złomiarzy, a może przez ekipę, która wynosiła sprzęt z fabryki zaraz po jej zamknięciu. Nie był to długi tunel. Miał mniej niż sto metrów, ale ciemność była tak gęsta, że z trudem dostrzegał wyjście po drugiej stronie.
Ruszył przed siebie. Każdy krok odbijał się echem od ścian. Podłogę pokrywała wilgoć, więc na zmianę było słychać stuknięcie, a następnie mlaśnięcie podeszwy buta. Stuk-mlask, stuk-mlask, stuk-mlask... Tadeuszowi przeszły ciarki po plecach, ale nie zwolnił i nie zatrzymał się. W końcu dotarł do końca i przez wąski otwór przecisnął się do kotłowni. Było to teraz puste pomieszczenie. Piec i całą instalację zdemontowano niedługo po likwidacji firmy. Zostawiono jedynie stare złamane krzesło w rogu i kalendarz na ścianie, na którym zaznaczona była czerwonym wskaźnikiem data 7 lipca 2003 roku. W kotłowni znajdowało się kilka pustych butelek po tanim winie, a na jednej ze ścian ktoś wymalował żółtym sprayem wielkiego penisa.
Tadka jednak nie interesowała kotłownia. Ruszył więc do góry schodami do długiego korytarza. Stuk-mlask, stuk-mlask... Mijał drzwi po lewej i prawej stronie prowadzące do różnych biur, toalet czy szatni pracowniczych. Przeszedł obok wejść do hal produkcyjnych, gdzie dawniej pracowały ogromne maszyny, a także pomieszczenie, gdzie barwiono gotowe tkaniny. Nadal czuć było ledwo wyczuwalny zapach farb i chemikaliów w tym miejscu, choć minęło już wiele lat od opróżnienia hali. W końcu znalazł się przed wejściem do dawnych magazynów. Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Położył torbę na podłogę, a następnie założył grubą rękawicę i wyciągnął z transportera kota. Zwierze było teraz bardzo niespokojne. Próbowało gryźć, drapać i wyrywać się, ale rękawica skutecznie chroniła palce mężczyzny. Kot syczał i patrzył nienawistnym wzrokiem zielono-żółtych oczu. W dużym pustym magazynie echem roznosiły się odgłosy wydawane przez przerażonego i wściekłego kocura. Serce Tadeusza biło szybko, jakby chciało wyrwać mu się z klatki piersiowej. Drżał na całym ciele, choć zupełnie zapomniał o chłodzie. Jego nozdrza wypełniał gnilny zapach, teraz odczuwalny bardzo wyraźnie. Wyciągnął z torby duży nóż kuchenny z drewnianą rączką i jednym sprawnym ruchem rozciął brzuch wierzgającego się kota...
Rozdział 8
1
Monikę zbudził w nocy kolejny koszmar, znów tak samo realny i przerażający. Tej nocy także zobaczyła Tomka, który wyszczerzał wielkie, ostre zęby wypełniające całą paszczę, zbyt potężną, jak na tak małe dziecko. Stał na mrozie z nienaturalnym, groźnym uśmiechem. Jak zawsze w jej śnie sypał gęsty śnieg i było tak mroźno, że w kilka chwil drętwiały palce.
Tym razem jednak po przebudzeniu odsunęła kołdrę, aby wstać do kuchni i nalać sobie szklankę wody. Wtedy zdała sobie sprawę, że w pokoju rzeczywiście jest zimno. Zupełnie tak samo zimno, jak w jej śnie. Z ust przy każdym oddechu wydobywały jej się obłoki pary, a na dywanie błyszczała delikatna warstwa szronu. Na oknie rysowały się kryształowe kształty lodu dookoła plastikowej ramy.
Przetarła oczy i przyjrzała się dokładniej. Uszczypnęła się. Nie było mowy o pomyłce i na pewno nie były to majaki senne. Dla pewności jeszcze potrząsnęła gwałtownie głową. Jej rude włosy rozrzuciły na boki kropelki wody i pojedyncze jeszcze płatki topniejące śniegu. Zbudziła się, ale w jakiś sposób wciąż było zimno. Schyliła się i przetarła ręką dywan. Poczuła chłód na dłoni, która zrobiła się mokra od topniejącego lodu.
Co się do cholery dzieje, zastanawiała się w myślach. Była przerażona, a jednocześnie ciekawa jak to możliwe. Wiedziała od początku, że te sny nie są zwyczajne, ale teraz miała pewność, że dzieje się coś więcej. Coś zapewne dużo gorszego. A może po prostu mi odbija? Może dostałam kręćka i mam jakieś zwidy?
Trzasnęła się w twarz dłonią, aby na pewno się rozbudzić, ale lód i niska temperatura wciąż utrzymywały się w pokoju, a dłoń nadal była mokra.
Zapaliła lampkę przy łóżku i zobaczyła wyraźnie, jak lód ustępuje stopniowo. Topi się, pozostawiając na dywanie mokre plamy. Po kilku minutach temperatura zaczęła się podnosić, ale ona siedziała tylko i patrzyła przed siebie, niezdolna wyjść poza łóżko. Zbyt bardzo się bała. Tej nocy nie zmrużyła już oka aż do rana.
2
- Gdzie Monika? - zapytał Rudy na jednej z przerw. - Zwykle nie rozstajecie się nawet na chwilę.
- Nie wiem. Nie pojawiła się dzisiaj w szkole i nie odbiera telefonu. Martwię się o nią - odpowiedziała Lena. Zmartwienie wyraźnie malowało się na jej twarzy.
- Chyba nie sądzisz, że coś się jej stało?
- Nawet nie chcę tak myśleć. Boże... Wczoraj ta afera z Dzidą, a dzisiaj zero kontaktu z Moniką... - dziewczyna miała łzy w oczach, jej głos się łamał. Rudy podał jej chusteczkę.
- Nie mów tak nawet. Może zerwiemy się z lekcji i sprawdzimy co u niej? - zaproponował.
- Nie możemy. Jeszcze my byśmy wpadli w kłopoty.
- To poproszę Mariusza, żeby poszedł do niej i sprawdził, czy wszystko jest w porządku.
Lena spojrzała zaskoczona. Sama o tym nie pomyślała, a teraz, gdy zaproponował jej to Rudy, wydało jej się, że to najlepsze i jedyne słuszne rozwiązanie. Chwilę później Radek zadzwonił do starszego kolegi i wyjaśnił mu całą sytuację. Lena podała mu adres. Chłopak obiecał, że zaraz się ubierze i sprawdzi co z Moniką. Czekali z niecierpliwością na jakiekolwiek wiadomości, aż zadzwonił dzwonek oznajmiający koniec przerwy.