Spełniona obietnica
Była połowa września 1939 roku, kiedy dwaj oficerowie wyższej rangi,
ubrani w polskie mundury, zatrzymali się tuż przed szlabanem granicznym
w Śniatyniu. Jeden z nich, Wacław Makowski, był zastępcą dowódcy
lotnictwa do spraw technicznych i zaopatrzenia oraz podpułkownikiem
inżynierem pilotem. To właśnie on schylił się nagle i zgarnął garść
polskiej ziemi.
-?Nie wiem, jak to z nami będzie -?powiedział do kolegi stanowczym tonem
-?ale jeśli chodzi o mnie, to przyrzekłem sobie, że za to wszystko, co
widziałem w Polsce, muszę choć raz zbombardować Berlin. Inaczej nie
miałbym szacunku do siebie! Mogę nawet wejść z diabłem w jakiś układ.
Osiemnaście miesięcy później, daleko od ojczyzny, ten sam oficer, w międzyczasie mianowany na dowódcę polskiego dywizjonu bombowego numer
300, mógł spełnić daną sobie obietnicę.
-?Panowie -?mówił uroczystym tonem, kiedy zaczynał odprawę podległych
sobie załóg na lotnisku Langham w południowej Anglii -?celem
dzisiejszego lotu jest... Berlin. Dziś, 23 marca 1945 roku, nasz dywizjon
jako pierwsza jednostka Polskich Sił Powietrznych, ma zaszczyt
przejechać po grzbietach Hunów nad Reichstagiem i Unter den Linden. Z naszego dywizjonu polecą trzy załogi plus moja, czwarta...
Dokładnie trzy tygodnie od chwili, gdy z polskiego nieba zniknął już
ostatni samolot II Rzeczypospolitej, poza granicami naszej ojczyzny
zabłysła nadzieja podjęcia walki na nowo u boku zachodnich sojuszników.
25 października 1939 roku na konferencji w Paryżu pojawili się delegaci
Francji, Wielkiej Brytanii i Polski, by porozmawiać, wśród wielu innych
tematów, o odtworzeniu lotnictwa polskiego na obczyźnie. Strona polska
sugerowała, że najkorzystniej byłoby przystąpić do formowania jednostek
na Wyspach Brytyjskich, ponieważ nasz personel zna brytyjskie silniki.
Jednak obaj sojusznicy bronili innej koncepcji. Francuzi proponowali
rozłożenie tej misji między obydwu użytkowników kanału La Manche,
argumentując, że tak będzie szybciej i wygodniej. Brytyjczycy popierali
swoich sąsiadów, tłumacząc to rozmaitymi trudnościami natury prawnej i ekonomicznej. Ostatecznie stanęło na tym, że wyspiarze zgodzili się
przyjąć na swoje terytorium jedną czwartą personelu lotnictwa polskiego,
który tymczasowo tworzyłby Ochotniczą Rezerwę Królewskich Sił
Powietrznych i podlegałby brytyjskiemu prawu lotniczemu i brytyjskiemu
regulaminowi.
I takim sposobem sześć tygodni później, 8 grudnia 1939 roku, przybył do
Anglii pierwszy transport polskich lotników, zakwaterowany na
najstarszym brytyjskim lotnisku -?Eastchurch, na wschód od Londynu.
Polakom odebrano pistolety, a po spisaniu wszystkich danych osobistych
podzielono na dwa dywizjony szkolne. Dowódcą pierwszego został
podpułkownik Wacław Makowski, drugiego -?podpułkownik pilot Roman
Rudkowski. Od tego momentu nowe transporty Polaków przybywały do obozu w Eastchurch co trzy tygodnie. Ostatecznie miało być ich 2300, w tym 300
członków personelu latającego.
W styczniu 1940 roku instruktorzy brytyjscy rozpoczęli wykłady z zakresu
sprzętu, nawigacji i organizacji oraz naukę języka, a już w lutym piloci
zaczęli wyjeżdżać do Redhill na ćwiczenia praktyczne na samolotach typu
Magister i Battle. 20 lutego polska flaga lotnicza załopotała nad
Eastchurch.
1 kwietnia 1940 roku pierwszy dywizjon wysłał z Eastchurch partię
nawigatorów i strzelców samolotowych na lotnisko Hucknall, na północny
zachód od Nottingham, gdzie miało nastąpić zgrywanie załóg bombowych na
samolotach Fairey Battle. Miesiąc później, w maju, załogi te wysłano z Hucknall do Penrhos na ćwiczenia praktyczne w strzelaniu i bombardowaniu. Wtedy nad lotniskiem pojawiła się niemiecka maszyna, a jedna ze zrzuconych bomb trafiła w barak, zabijając instruktora
dywizjonu flight lieutenanta Page'a.
To już nie były przelewki. Wojska III Rzeszy zajęły Danię i Norwegię,
sięgnęły po Belgię i Holandię, a potem wkroczyły do Francji. 10 czerwca
Włochy wypowiedziały wojnę aliantom, Brytyjczycy zaś po ewakuacji z Dunkierki przyspieszyli proces formowania polskiego lotnictwa. 11
czerwca podpisali umowę znacznie rozszerzającą postanowienia konferencji
paryskiej. Czując na gardle brzytwę, postanowili przyjąć tylu polskich
żołnierzy, ilu się tylko uda ewakuować z Francji. Ministerstwo Lotnictwa
w Londynie też się przebudziło i wydało decyzje zmierzające do
organizacji dwóch pierwszych polskich dywizjonów bombowych.
26 czerwca 1940 roku pierwszy dywizjon szkolny opuszcza Hucknall,
przenosząc się do ośrodka doskonalenia bojowego w Bramcote koło Nuneaton
w hrabstwie Warwickshire, gdzie załogi mają ćwiczyć bombardowanie celów
z lotu poziomego i półnurkowego, strzelanie do celów powietrznych i ziemnych oraz loty nocne i loty w szyku. Tę stację dowództwo Bomber
Command wyznaczyło na miejsce formowania pierwszego dywizjonu PSP.
Pięć dni później, 1 lipca 1940 roku, przed budynkiem dowództwa stacji
Bramcote zarządzono zbiórkę, na której odczytano Polakom dokument
obwieszczający, że z dotychczasowego personelu dywizjonu szkolnego numer
1 tworzy się 300 dywizjon bombowy ziemi mazowieckiej, podporządkowując
jego użycie i zaopatrzenie dowództwu 6 Grupy Treningowej. Stan jednostki
(na dzień 5 sierpnia) wynosił: 33 oficerów, 133 podoficerów, 45
szeregowców (w tym personel latający -?24 pilotów, 18 nawigatorów, 17
strzelców). Najważniejsze stanowiska w dywizjonie obsadzono następująco:
dowódca dywizjonu -?podpułkownik pilot Wacław Makowski, doradca ze
strony RAF -?wing commander K.P. Lewis, zastępca dowódcy dywizjonu i dowódca eskadry "A" -?kapitan pilot Stanisław Cwynar, dowódca eskadry
"B" -?kapitan pilot Mieczysław Pronaszko, oficer techniczny -?kapitan
inżynier Stanisław Dudziński, oficer łączności -?kapitan inżynier
Mikołaj Kaczanowski, oficer uzbrojenia -?podporucznik inżynier Ludwik
Seweryn Białkowski, szef dyscyplinarny -?starszy sierżant J. Zimorski,
szef mechaników eskadry "A" -?chorąży S. Kłosinek, szef mechaników
eskadry "B" -?chorąży J. Szakowski, szef mechaników eskadry "M" -
chorąży F. Gierliński.
Przy doborze personelu zazwyczaj panowała zasada, że załogę dywizjonu
300 tworzą byli żołnierze pierwszego pułku lotniczego w Warszawie.
Jednak w pewnych przypadkach dochodziło do sporów. Na przykład porucznik
pilot Romuald Suliński, żołnierz pułku toruńskiego, znalazł się w dywizjonie mazowieckim.
Dywizjon 300 został wyposażony w samoloty Fairey Battle (przypominały
załogom polskie Karasie), skonstruowane w 1936 roku w zakładach Fairey w Anglii. Był to jednosilnikowy bombowiec lekki, dolnopłat, o całkowicie
metalowej konstrukcji i powierzchni sterów pokrytej płótnem. Załoga
składała się z trzech członków: pilota, który obsługiwał również karabin
maszynowy typu Browning umieszczony w skrzydle, nawigatora, który pełnił
także rolę bombardiera i miał do dyspozycji tysiącfuntowy ładunek bomb
oraz strzelca radiotelegrafisty, który obsługiwał pokładową radiostację
oraz ruchomy karabin maszynowy typu Vickers. Samolot napędzany był
silnikiem Rolls-Royce Merlin o mocy 1030 KM, rozwijał prędkość
maksymalną do 415 km/h, a jego zasięg wynosił 1300 kilometrów. Dowództwo
Lotnictwa Bombowego RAF nie miało wielkiej pociechy z tej maszyny.
Podczas kampanii francuskiej dywizjony brytyjskie wyposażone w tego typu
samoloty, wykonując loty dzienne na bombardowanie lub rozpoznanie,
ponosiły duże straty. Dlatego wkrótce zaczęto używać ich tylko podczas
bombardowań nocnych, aby jesienią 1940 roku wycofać je z pierwszej
linii. Odtąd używane były w szkolnictwie lub do holowania celów
latających podczas treningów w strzelaniu powietrznym.
11 lipca dywizjon 300 odwiedził inspektor PSP -?generał brygady, pilot
Władysław Kalkus. Przyjechał sprawdzić, jak posuwa się szkolenie
dywizjonu kontynuującego tradycje pułku, który w latach trzydziestych
znajdował się pod jego dowództwem.
24 lipca o godzinie 8.15 na lotnisku Bramcote odbyła się zbiórka, na
której powołano do życia 301 dywizjon bombowy ziemi pomorskiej. Jego
personel rekrutował się z dywizjonu szkolnego numer 2 z Eastchurch. Już
następnego dnia podpułkownik Rudkowski w eskorcie trzech samolotów
poleciał do Benson zameldować dowódcy 6 Grupy Treningowej o przebiegu
organizacji dywizjonu 301.
3 sierpnia dywizjonowi 300 złożył wizytę dowódca lotnictwa bombowego RAF
air vice marshal sir Charles F.R Portal.
-?Dochodzą mnie słuchy, pułkowniku -?powiedział do inżyniera Makowskiego
po skończonym przeglądzie personelu latającego -?że pańscy ludzie w czasie bombardowania celów naziemnych prowadzą Battle, jak gdyby to był
Spitfire. Czy to prawda?
-?No cóż -?uśmiechnął się dowódca mazowszan -?to niewątpliwie miły
komplement dla nas, ale to zwykła plotka. Mówiąc poważnie -?dodał -
tęsknimy już za bombowcami, na których moglibyśmy wziąć odwet za
Warszawę...
-?Trzeba być cierpliwym, pułkowniku -?powiedział Portal. -?Jeszcze wiele
dywizjonów RAF lata na tych maszynach, czekając, aż fabryki zrealizują
nasze zamówienia na Wellingtony. Poczekajcie jeszcze trochę i wy,
dobrze?
-?A co innego możemy zrobić? -?westchnął Makowski.
5 sierpnia zawarto drugą umowę polsko-brytyjską, na mocy której personel
dywizjonów 300 i 301 został formalnie zwolniony z szeregów ochotniczej
rezerwy RAF i wcielony ponownie do Polskich Sił Powietrznych. Odtąd
jednostki te stały się częścią Polskich Sił Zbrojnych, a żołnierze
składali przysięgę na wierność Rzeczypospolitej.
Dwa dni później, 7 sierpnia, po raz pierwszy dywizjony 300 i 301
odwiedził Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych, generał dywizji
Władysław Sikorski. Inspekcję zapowiedziano zaledwie dzień wcześniej,
więc w obydwu dywizjonach panował niesamowity ruch. Piloci pragnęli
możliwie jak najlepiej zademonstrować wodzowi, czego nauczyli się
dotychczas od wyspiarzy. Generał Sikorski oglądał bombardowanie celów
ćwiczeniowych z lotu nurkowego w linii i w kluczach (po trzy samoloty).
Bomby dymne trafiały idealnie w cel, więc Naczelny Wódz szczerze
gratulował lotnikom, mówiąc, że jest z nich dumny i że mu zaimponowali.
Następnego dnia, 8 sierpnia, dywizjon 301 poniósł pierwszą stratę.
Porucznik pilot Dominik Fengler po wystartowaniu z Bramcote do lotu
nocnego spadł ze swoją maszyną nr L 5597 z wysokości 1000 stóp poza
lotniskiem i spłonął. Przyczyna wypadku nie została ustalona przez
członków komisji lotniczej RAF, ale podpułkownik Rudkowski miał żal do
wszystkich, którzy mogli mieć jakikolwiek związek z tym wypadkiem.
Zwolnił szefa mechaników eskadry i zwyzywał wielu niewinnych majstrów,
zakładając, że sprawca awarii samolotu może być właśnie między nimi.
Wkrótce rozpoczęto loty na poligonie morskim w zatoce Wash i nowe
wrażenia stopniowo zaczęły wypierać z pamięci tę tragiczną katastrofę.
13 sierpnia w drzwiach kancelarii dowódcy dywizjonu 300 stanął podoficer
z emblematem "pająka" na mundurze. Był radiotelegrafistą utrzymującym
łączność dywizjonu ze sztabem grupy i jak na każdego "pająka" na służbie
przystało, miał prawo wchodzić do dowódcy o każdej porze bez
regulaminowego meldowania się.
-?Co tam, sierżancie? -?zapytał podpułkownik Makowski spoglądając
zmęczonym wzrokiem na radiotę, trzymającego w ręku telegram. -?Niech pan
przeczyta, bo jestem bardzo zajęty.
-?Jest wiadomość z lotniska Tangmere koło Chichester, z 11 Grupy
Myśliwskiej. Dowódca brytyjskiego 145 dywizjonu myśliwskiego squadron
leader Peel zawiadamia pana o śmierci dwóch byłych pańskich pilotów:
porucznika Antoniego Ostowicza i kapitana Wilhelma Pankratza ...
-?O, cholera -?zaklął Makowski. -?Kiedy to się stało?
-?11 i 12 sierpnia w bitwie powietrznej nad kanałem La Manche. Ciał
pilotów morze nie wyrzuciło -?czytał radiota.
-?Pamięta ich pan, prawda? -?spytał Makowski "pająka" po chwili zadumy.
-?Ciągle mnie zamęczali prośbami o przeniesienie do myśliwców. Co miałem
zrobić? Podpisałem ich raporty. Było to tuż przed oficjalnym
sformowaniem trzechsetnego...
-?Widocznie to przeznaczenie -?mruknął pod nosem radiota, zostawiając
dowódcę samego.
W nocy z 14 na 15 sierpnia nadszedł rozkaz wstrzymania wszelkich
przepustek dla personelu stacji Bramcote. Komendant stacji wydał
polecenie kopania rowów pod stanowiska karabinów maszynowych. Napięcie
rosło. Wszyscy rozumieli, że niebawem może nastąpić inwazja, że nie
można wykluczyć ataku spadochroniarzy wroga i walki na śmierć lub życie.
Załogi bombowców gotowe były bronić się do ostatnich sił, ale właściwie
nie miały czym. Wymontowano więc karabiny maszynowe z samolotów i przeniesiono je na stanowiska ziemne, ale tym samym bezbronne Fairey
Battle nie mogły startować i nie miały po co. Na szczęście skończyło się
na zagrożeniu i o godzinie 3.30 stan alarmu zamieniono na pogotowie
dwugodzinne. Wyczerpane załogi poszły do łóżek. W następnych dniach znów
wykonywano loty treningowe.
20 sierpnia do Bramcote zawitał król Jerzy VI, aby życzyć załogom
dywizjonów 300 i 301 powodzenia w podjętej na ziemi brytyjskiej walce z Niemcami. Nieco wcześniej na lotnisko przybył (już po raz drugi) generał
Sikorski. Podczas uroczystego apelu udekorował komendanta stacji, group
captaina A.P. Davidsona polskim Krzyżem Walecznych. Odznaczony Anglik
poznał Polaków jeszcze przed wojną, kiedy jako szef brytyjskiej misji
lotniczej przebywał w Warszawie, a teraz pełniąc funkcję komendanta
stacji w Eastchurch i Bramcote pomagał we wszystkich możliwych sprawach
związanych z organizacją polskich dywizjonów. Lotnicy zdawali sobie
sprawę, że ten człowiek jest ich szczerym i oddanym przyjacielem.
Król przeszedł przed dywizjonami, które zwyczajem brytyjskim stały w rozluźnionym szyku, i zamienił kilka słów z wybranymi przez siebie
oficerami i żołnierzami. Następnie, wraz z generałem Sikorskim i asystą,
udał się na dach budynku kontroli lotów, skąd obserwował bombardowanie z lotu nurkowego ostrymi bombami i defiladę dywizjonów w zwartych szykach.
Rozmawiając z podpułkownikiem Makowskim, zapytał:
-?Co sprawia Polakom największe trudności w szkoleniu lotniczym?
-?Przeczytanie i zapoznanie się z Regulaminem Królewskim -?odpowiedział
bez namysłu podpułkownik Makowski. Wpatrzony w twarz monarchy nie
wiedział, że ta jego zuchwałość przeraziła dworską świtę. -?Did you
read it, Your Majesty?
-?I'm sorry -?odpowiedział król z wyrazem zakłopotania na twarzy. -?I did not...
Na zakończenie wizyty był jeszcze wspólny obiad z udziałem dostojnych
gości i lotników.
Po tym krótkim wytchnieniu obydwa dywizjony podjęły dalsze szkolenie. 21
sierpnia brytyjski oficer przedstawił wykład o okrętach wojennych
uzupełniony pokazem wiernych modeli w odpowiedniej skali. Liczono się z ewentualnością użycia polskich załóg do zbombardowania floty
nieprzyjaciela. Harmonogram wykładu zakłócił pewien oficer z dywizjonu
301, prawdziwy marynarz, który poczuł się w swoim żywiole i nie pozwolił
dojść do głosu wykładowcy. Dopiero niezbyt cenzuralne reprymendy kolegów
przywołały go do porządku, ale nie na długo...
Później znowu bombardowano z lotu nurkowego na poligonie w Otmoor i ćwiczono ślepy pilotaż.
23 sierpnia dywizjon 300 jako pierwszy opuścił ośrodek doskonalenia
bojowego w Bramcote, przenosząc się na swoją pierwszą stację operacyjną
Swinderby, 8 mil na południowy zachód od Lincoln, stolicy hrabstwa
Lincolnshire. Tam wszedł w skład 1 Grupy Bombowej. Komendantem stacji,
na której 300 dywizjon miał stacjonować przez 11 miesięcy, był group
captain L.F. Pendred, bardzo sympatyczny i niezwykle przychylny Polakom
oficer. W chwili przybycia dywizjonu mazowieckiego stacja Swinderby nie
była jeszcze przygotowana do rozpoczęcia działalności bojowej, a jej
wyposażenie było bardzo prymitywne. Jednak energiczny komendant szybko
uzupełnił wszelkie braki.
Pierwszego dnia po przybyciu do Swinderby podpułkownik Makowski poprosił
telefonistę o połączenie z Bramcote i po dłuższej chwili rozmawiał z dowódcą 301 dywizjonu:
-?To ty, "Watażka"? -?upewnił się, słysząc zmieniony nieco głos
podpułkownika Rudkowskiego, którego podwładni w pewnych okolicznościach
nazywali także "Al Capone". -?Mówi Makowski!
-?No i jak wygląda to Swinderby? -?zainteresował się "Watażka".
-?Wspaniale -?mruknął niezadowolony sprawozdawca. -?Czego tu nie ma? Nie
ma krzeseł, nie ma łóżek, nie ma baru, nie ma wódki, nie ma was.
Przylatujcie jak najszybciej!
-?Na serio, aż tak źle? -?dopytywał się Rudkowski.
-?Pod każdym względem słabo -?powiedział Makowski. -?Ale komendant
stacji przyrzekł, że wkrótce będzie wszystko, co trzeba. A co słychać w Bramcote?
-?Ano właśnie, dobrze, że mi przypomniałeś. Za cztery dni urządzamy
pożegnalny wieczór w związku z odejściem na stację operacyjną. Przyleć z delegacją trzechsetnego, zgoda?
Tak jak zapowiadano, 27 sierpnia odbył się pożegnalny wieczór w budynku
dowództwa stacji Bramcote. Dowódcy dywizjonów 300 i 301 wyrazili
wdzięczność komendantowi stacji za opiekę, a group captain Davidson
podziękował przedmówcom za sprawną organizację jednostek.
Następnego dnia od świtu dywizjon 301 przygotowywał się gorączkowo do
przenosin. Rzut powietrzny wylądował w Swinderby po 20 minutach lotu.
Pomorzanie stwierdzili, że podpułkownik Makowski nie przesadzał.
Lotnisko rzeczywiście nie było wykończone, tu i ówdzie widać było
rozkopane doły i rusztowania. Ale lotnicy, przygotowani do trudnych
warunków, zabrali się ochoczo do pracy. Przede wszystkim należało
odpowiednio rozstawić samoloty, aby w razie bombardowania ponieść jak
najmniejsze straty. Przy tej okazji wyszło na jaw, że trzechsetny,
wykorzystując zasadę "kto pierwszy ten lepszy'', tak ustawił swój
sprzęt, że zabrakło miejsca dla eskadry "B" trzysta pierwszego. Pomorska
eskadra została więc wypchnięta bardziej na południowy zachód na
lotnisko zapasowe Winthorpe, leżące nieopodal miasta Newark.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki