Berlin. Miasto z wyobraźni - Rory MacLean

-
Proszę czekać

Köthenerstraße, 1973

[...]

Do Berlina często przyjeżdżają ludzie zagubieni - żeby odnaleźć siebie. Bowiemu się to udało. Rzucił narkotyki i pozbył się swoich scenicznych wcieleń, w przeciwieństwie do wielu poprzedników, którzy pozostali więźniami własnej legendy.

"Byłem Davidem Jonesem z Brixton, który chciał dokonać czegoś artystycznie wartościowego - powiedział na koniec pobytu w Berlinie. Głos miał ciepły i dźwięczny, znów ważył 60 kilogramów. - Nie miałem jednak odwagi, żeby stanąć przed publicznością jako ja sam. Trudno sprostać wszystkim tym pochlebstwom, presji, nie załamać się".

Miasto odmieniło go. Zamiast odrealnionego supergwiazdora jak z innej planety, był sobą: idącym własną drogą, utalentowanym śmiertelnikiem, który pragnie normalniejszej przyszłości.

Berlin nauczył go też pisania o ważnych sprawach. Dorastał w cieniu drugiej wojny światowej, w zburzonych przez niemieckie naloty Brixton i Bromley. Jego ojciec walczył z wojskami Rommla w Afryce Północnej, matka przeżyła bombardowania Luftwaffe. Jak większość ludzi ze swojego pokolenia, Bowie był zafascynowany nazistami. Wrażenie robiła na nim nie ich ideologia, mimo kilku nieprzemyślanych uwag, ale ikonografia. Oglądał filmy Riefenstahl i studiował stworzoną przez Goebbelsa hitlerowską mitologię. Naszkicował musical osnuty na motywach z życia ministra propagandy, a podczas tournée w charakterze Thin White Duke'a oświetlał scenę w sposób przypominający świetlne katedry Alberta Speera. Z początku fascynacja ta miała charakter bardzo naiwny. Z czasem jednak, otoczony zarówno ofiarami, jak sprawcami nazistowskich zbrodni, Bowie stworzył spójną wizję siebie i nowej epoki. Zrozumiał i określił jej istotę, przemawiając w imieniu zagubionego pokolenia, które straciło wiarę w marzenia i ideały.

Pewnego niedzielnego popołudnia w 1977 roku, pięć miesięcy po nagraniu Heroes, byłem świadkiem, jak w Hansa Tonstudio powstaje nowy utwór Bowiego. Artysta usiadł przy fortepianie, mając tylko bardzo mglisty pomysł, co chce zagrać, i w niecałą godzinę jak magik wyczarował z niczego melodię.

Zanim się poznaliśmy, oczywiście słyszałem o nim niejedno. Były to opowieści o paranoicznym i egocentrycznym "chudym białym księciu", który flirtował z faszyzmem i okultyzmem. Ale w ciągu miesięcy wspólnej pracy widziałem tylko delikatnego, jasno wypowiadającego się, serdecznego i życzliwego człowieka, pełnego poczucia humoru i szukającego swej prawdziwej tożsamości. W mieszkaniu przy Hauptstraße nastawiał dla nas płyty, objaśniając, jak muzycy łączą się razem, a potem rozstają, dążąc do swoich celów artystycznych, tak jak członkowie Die Brücke na początku stulecia: Lennon i beatlesi, Roxy Music i Brian Eno, Der Blaue Reiter i Kandinsky. Pewnego dnia wczesnym rankiem - z Davidem Hemmingsem mieliśmy za sobą nieprzespaną noc, spędzoną na poprawianiu dialogów do Zwyczajnego żigolo - zapukałem do przyczepy Bowiego i wręczyłem mu nowy tekst, żeby się go nauczył. Przejrzał różowe kartki, uśmiechnął się słabo i powiedział:

- No, to melodia, którą rozumiem...

Boże Narodzenie spędziliśmy razem: Bowie, Hemmings, ich partnerzy i dzieci oraz kilku na przyczepkę jak ja. W ustronnej restauracji w Grunewaldzie, gdzie zjedliśmy i wypiliśmy nieco za dużo, Bowie podarował mi egzemplarz biografii Fritza Langa. Pod koniec miłego wieczoru poszedłem za nim do wielkiej, wyłożonej kafelkami toalety, gdzie stojąc przy pisuarach, śpiewaliśmy piosenki Buddy Holly'ego (i przynajmniej półtorej linijki z Good Golly Miss Molly).

Tworzenie muzyki to dla mnie rodzaj magii. Wyczarowanie melodii, dobranie rytmu, wymyślenie słów są czymś na kształt cudu. Muzyka, w stopniu większym niż inne dziedziny sztuki, ma tajemniczy i ulotny charakter, zawisa w powietrzu na jedno uderzenie serca, a każde jej wykonanie zależy od nastroju, użytych instrumentów, a nawet od pogody. Rozumiem, w jaki sposób Schinkel wyzyskał swoje włoskie doświadczenia, projektując Altes Museum, w jaki sposób Kollwitz przeobraziła płaczących pacjentów męża w bohaterów swoich sugestywnych grafik. Potrafię sobie wyobrazić, jak Wim Wenders wymyśla swe filmowe anioły, każąc im przemawiać z zaświatów, i jak Hermann Hesse dobiera słowa, aby skłonić Złotoustego, by ruszył w drogę i poznał wszystko, co przemija na tym świecie. Ale jak Beethoven usłyszał Odę do radości albo jak Little Richard napisał Tutti Frutti?

Utwór The Revolutionary Song, który Bowie nagrał w Hansa Tonstudio tamtej listopadowej niedzieli, nie został ukończony ani opublikowany. Ale proces powstawania piosenki był dla mnie tak wyjątkowym przeżyciem, że słuchałem jej bez końca i za każdym razem przechodził mnie dreszcz - aż w końcu taśma w kasecie wyciągnęła się i ów czysty, piękny głos stał się równie stłumiony i wyblakły jak senne widzenie po przebudzeniu.

Ostatni raz widziałem się z Bowiem w Nowym Jorku. Grał główną rolę w scenicznej adaptacji Człowieka słonia na Broadwayu i umówiliśmy się na spotkanie po przedstawieniu. Zatrzymałem się u przyjaciół w ich mieszkaniu przy West 72nd Street. Wieczorem w przededniu spotkania z Bowiem czytałem książkę i nagle rozległy się jakby odgłosy wystrzałów z rury wydechowej - trzy, cztery, może pięć. Czytałem dalej, ale w końcu odniosłem nieodparte wrażenie, że stało się coś złego. Wyszedłem na dwór. Po drugiej stronie ulicy, przed wejściem do kamienicy o nazwie The Dakota, kłębił się tłum. Policja zaczęła ogradzać miejsce zbrodni. Od strzałów z broni palnej zginął John Lennon.

Jednak tego wieczoru muzyka nie umarła, jak powiedziałby Don Mclean[18], ponieważ artyści żyją dalej w swoich dziełach: piosenkach, obrazach, powieściach. Nazajutrz wieczorem, kiedy zimne grudniowe powietrze drżało od emocji, Bowie wszedł na scenę w przepasce na biodra i bez maski, obdarzając widzów jednym z najbardziej elektryzujących występów w swojej karierze. Po przedstawieniu tylko raz i na krótko wyszedł zza kulis ukłonić się widowni. Wiedziałem, że nie zechce spotkać się ze mną ani nikim innym z wyjątkiem Coco. Zapytałem o nią przy wyjściu dla aktorów. Wyglądała, jakby nie zmrużyła oka. Dałem jej białą różę dla Bowiego i poprosiłem, żeby przekazała mu pozdrowienia. Odchodząc, powiedziałem jeszcze:

- I proszę mu podziękować. Proszę mu podziękować za jego dar.

Dziesięć lat po wyjeździe z Berlina, siedem lat po występie w Człowieku słoniu, Bowie wrócił do podzielonego miasta. W czerwcu 1987 roku samochodem z kierowcą zajechał pod scenę przed budynkiem Reichstagu, mijając po drodze Brücke Museum, Hansa Tonstudio i swoje stare mieszkanie przy Haupstraße. Po zapadnięciu zmroku wystąpił dla siedemdziesięciu tysięcy widzów, stojących ze świeczkami i zimnymi ogniami na Platz der Republik. Pod koniec koncertu odczytał po niemiecku: "Przesyłamy najlepsze życzenia dla wszystkich naszych przyjaciół po drugiej stronie Muru". A potem zaśpiewał Heroes.

Po drugiej stronie znienawidzonej bariery setki młodych mieszkańców Berlina Wschodniego nadstawiło uszu, aby usłyszeć echo muzyki. Widzieli światła rampy odbijające się od nagich, podziurawionych kulami betonowych płyt. Słyszeli pozdrowienia Bowiego. Słuchali w napięciu jego piosenki. Ich piosenki, piosenki całego Berlina.

"Możemy być bohaterami, choćby przez jeden dzień" - śpiewał Bowie w śmiałej, ironicznej elegii o podzielonym świecie i swoim dawnym życiu. Każdy może być bohaterem, bądźcie swoimi bohaterami, a miłość zwycięży, choćby na jeden dzień, choćby w legendzie.

Kiedy piosenka doszła do punktu kulminacyjnego, część słuchaczy w Berlinie Wschodnim zaczęła przesuwać się w stronę Bramy Brandenburskiej, gwiżdżąc i skandując: "Precz z Murem". Funkcjonariuszy Volkspolizei obrzucano wyzwiskami i butelkami, co w tej części Berlina zdarzało się bardzo rzadko. Bowie usłyszał na scenie wiwaty zza Muru. Miał łzy w oczach.

"Był to jeden z moich najbardziej wzruszających występów - wspominał później. - Ściskało mi się serce. Nigdy wcześniej nie dokonałem czegoś takiego i chyba nigdy już nie dokonam... Pisałem to w tym mieście i właśnie o takiej sytuacji. To było coś nadzwyczajnego".

Twórczy duch zmienia świat, objawiając się w tym, co tworzą poeci, malarze, piosenkarze. Artysta otrzymuje od losu talent i trudzi się, by talent ten dobrze spożytkować. Owocem tego trudu jesteśmy potem obdarowywani i potrafi on obudzić nasze uzdolnienia lub marzenia. Dzięki wspaniałym piosenkom, takim jak Five Years, Ashes to Ashes i Sag mir, wo die Blumen sind, artyści oddają się nam w taki sam sposób, w jaki dane są nam wszystkie cenne rzeczy w życiu: szron na drzewach, smak jabłka, śmiech ukochanej, ulubione melodie.

W Berlinie Schinkel urzeczywistniał w ciężkim znoju swoje wizje, Kollwitz nadawała kształt własnym lękom, Isherwood - utrzymujący się z lekcji języka - przetwarzał rzeczywistość, aby ukazać jej istotę, a Bowie odbył podróż od uzależnienia do niezależności, od psychotycznego gwiazdora do radykalnego, nie ukrywającego się za maskami posłańca, który powiedział nam wszystkim - szarym ludziom, marzącym o nowym, sprawiedliwym świecie - że jesteśmy piękni, że możemy być sobą.

[18] Autor piosenki The Day the Music Died, napisanej po śmierci Buddy Holly'ego, Ritchiego Valensa i Jilesa Perry'ego Richardsona w katastrofie lotniczej [przyp. tłum.]