Berlin. Miasto, które niczemu się nie dziwi - Dorota Danielewicz

Kup ebooka

63.99 zł
42.87 zł (42,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Motto Uwertura Wstęp Rozdział 1. Pierwsze spacery Rozdział 2. Oranienburger Strasse. Od Kossaka po Tacheles Rozdział 3. Frankfurter Allee i Hansaplatz. Dwa projekty dwóch systemów Rozdział 4. Friedrichstrasse. Bunkier sztuki, Pałac Łez i słone kąpiele Rozdział 5. Bowie, rewie, Karajan i Reichstag w balowej sukience Rozdział 6. Adlershof i mopsy Rozdział 7. Serce Berlina Zachodniego. KaDeWe, kina i Romanisches Café Rozdział 8. Kürfurstendamm. Pierwsza Love Parade Rozdział 9. Zachodnioberlińskie zoo i Tierpark. Konkurencja dwóch systemów Rozdział 10. Małe Hollywood na południu Berlina Rozdział 11. Berliński Kreml. Rosjanie w Karlshorst Rozdział 12. Berlińska fauna. Dzik w U-Bahn Rozdział 13. Wannsee, Pawia Wyspa i okolice Rozdział 14. Mury Hebronu. Więzienny teatr, polscy powstańcy i seks Rozdział 15. Bergmannstrasse i okolice Rozdział 16. Lotnisko Tempelhof Rozdział 17. Neukölln. Osiedle Podkowy, dom zbrodniarza i ostatnia wideoteka Rozdział 18. Ostatni ślad Germanii. Schöneberg i Czerwona Wyspa Rozdział 19. (G)astronomia. Od currywurst do gwiazd Rozdział 20. Notes of Berlin, czyli język stolicy Epilog Podziękowania Przypisy Karta redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 6 8 9 10 11 13 14 15 16 18 19 20 21 22 24 25

Uwertura

Jest rok 2025. Są tacy, którzy mówią, że lepiej było tu dziesięć lat temu. W 2015 roku Berlin zmienił się w ogromny obóz dla uchodźców. Kanclerz Angela Merkel otworzyła granice dla miliona poszukujących schronienia po wojennych przejściach i długiej wędrówce. Berlińczycy wydawali zupę, a przed urzędami stały ogromne kolejki nowo przybyłych.

Berlin w 2015 roku czarował przybyszów swobodą i jeziorami. Było tu spokojnie i pusto. Wtedy pociągi jeszcze nie spóźniały się tak bardzo, a na wakacje latało się z lotniska Tegel. Reprezentacja Niemiec została mistrzem świata w piłce nożnej i wszyscy byli szczęśliwi, oprócz zagrożonej grupy cudzoziemców protestujących na Oranienplatz przeciw deportacjom, o których pisała Ewa Wanat, modląc się za nich w Deutsche nasz.

Niektórzy twierdzą jednak, że trzeba było być tutaj dwadzieścia lat temu, kiedy burmistrz stwierdził, że jest to miasto biedne, ale sexy, kiedy stało się w kolejce na wystawę MoMa, mieszkania były tanie jak barszcz i zbudowano nowy dworzec, na który nie przyjeżdżały jeszcze matki z dziećmi uciekające przed wojną w Ukrainie. I nikt wtedy nie przyklejał dłoni do autostrady w proteście przeciw katastrofie klimatycznej.

Ach, ale tak naprawdę trzeba było tutaj być trzydzieści lat temu, odwiedzać nocą kluby w piwnicach, na podwórkach, smakować wolność. Pod Bramą Brandenburską przejeżdżało się samochodem i było tam więcej nierządu niż rządu. Wschód i zachód Berlina zrastały się w jedno, w rytmie techno, w niekończącym się rave. Na Prenzlauer Berg paliło się w piecach i nikt nie mówił o gentryfikacji. W Tresorze zamiast klejnotów migotały stroboskopy i cały świat spotykał się na Love Parade.

Nie, trzeba było być tutaj czterdzieści lat temu, koniecznie za murem i przed murem, zobaczyć Berlin z obu stron, z wieży telewizyjnej i z Funkturm, tańczyć w Dschungel (Dżungli) i pić szampana na Kurfürstendamm, okupować pustostany albo dawać punkom markę na piwo. W niedziele na Potsdamer Platz brodzić w błocie na pchlim targu, a w bibliotece miejskiej wypatrywać aniołów z filmu Wima Wendersa Niebo nad Berlinem.

Pięćdziesiąt lat temu, tak, pięćdziesiąt lat temu to dopiero były czasy! Kabriolety paradujące po Ku'dammie, futra, łapówki i strzały w bankach, a na dancingach stołowe telefony. Po zachodniej stronie miasta policja poszukiwała terrorystów z Frakcji Czerwonej Armii. Na choinkach migotała lameta, a po wschodniej stronie toczyło się życie na podsłuchu i jedna partia wyznaczała jedynie słuszny kierunek. Na pasie śmierci przy murze ładowano ostrą broń.

Właściwie to trzeba było przyjechać do Berlina sześćdziesiąt lat temu, pójść na spacer z Gombrowiczem do parku Tiergarten, tańczyć na dancingach z Amerykanami i zaciągać się Marlboro, a potem drążyć pod dopiero co zbudowanym murem tunele dla uchodźców z socjalistycznego raju.

Warto też było tutaj być siedemdziesiąt lat temu, kiedy miasto było podzielone na sektory, ale nikt nie wiedział, że niedługo podział zacementuje mur. Jeździło się wtedy z zachodnią walutą na tanie zakupy do sowieckiej strefy, gdzie rosła pod okiem partii Aleja Stalina. Ulice odpoczywały od ruchu drogowego, panowała cisza, wszędzie widać było ruiny kamienic, a na stołach królowało piwo i Coca-Cola.

Osiemdziesiąt lat temu... nikt nie wybierał się do Berlina, oprócz Armii Czerwonej, aliantów i samolotów zrzucających bomby na stolicę Trzeciej Rzeszy, a Hitler i jego sztab ukrywali się w bunkrze. Berlin zmienił się w jedno wielkie gruzowisko, a Trzecia Rzesza przeszła do historii.

Dziewięćdziesiąt lat temu to dopiero się działo! Do Berlina przyjechała Pola Negri, a swoje rodzinne miasto opuściła Marlena Dietrich. Potem uciekali ci, którym zabroniono wykonywania zawodu, którym palono książki, a z czasem nawet ich samych. Berlin zrobił się brunatny i poważny. Nie, wtedy nie należało przyjeżdżać do Berlina, nie wtedy.

Niektórzy wierzą, że trzeba było tutaj być sto lat temu, kiedy babiloński Berlin tańczył całe noce w rytmie charlestona, kobiety nosiły rękawiczki, a mężczyźni nie wychodzili z domu bez kapelusza. Co prawda brakowało mieszkań i pracy, za to kokainy było jak kiedyś śniegu zimą. Na ulicy Otto Dix rysował szybką kreską portrety morfinistek i inwalidów wojennych bez kończyn. Wtedy trzeba było tutaj być, szukać szczęścia w kawiarniach i kabaretach.

Ale najlepiej jest być tutaj teraz, właśnie teraz, kiedy Berlin po raz kolejny zmienia swoje oblicze, kiedy tysiące ludzi z dalekich krajów suną w tłumie przez Sonnenallee, a dyplomaci zaklinają w zamkniętych pomieszczeniach konflikty tego świata. Teraz, kiedy wszystko trzeszczy w szwach i nikt nie wie, jakie będzie jutro nowego berlińskiego Babilonu. Teraz, kiedy ulicami przemykają lisy w poszukiwaniu wyrzuconego hamburgera, a w budynkach zamkniętych fabryk planuje się technologie przyszłości albo tańczy.

Opowiem wam więc, jak jest tu teraz.

Steinmetzstrasse, czyli ulica Kamieniarzy, w dzielnicy Schöneberg - tutaj znajdowało się moje pierwsze mieszkanie w Berlinie Zachodnim. Na pierwszym planie typowy berliński hydrant.