4
Towarzystwo przybyłe na uroczystość zdążyło rozproszyć się po zakamarkach ambasady. Część gości stała w grupkach w sali reprezentacyjnej, gdzie miała odbyć się dekoracja, kilka osób zaszyło się w salce bankietowej, przygotowywanej na małe przyjęcie, reszta wyszła na taras od strony ogrodu. Na przekór temu, że tegoroczna wiosna była chłodna, nadciągał dość ciepły majowy wieczór, a rozwijająca się na dobre zieleń, rozkwitłe pachnące bzy, nabrzmiewające żółcią złotokapy, przyczajone w pąkach rododendrony i pełne wiosennych kwiatów rabaty nastrajały do nic nieznaczących rozmów, w których pada wiele uprzejmych słów pozbawionych treści.
Tam zobaczyłem Romana. Widocznie pojawił się wcześniej niż ja i nie ruszał się z tarasu. Stał ze szklaneczką wody, bo nic dotąd oprócz napojów chłodzących nie podano. Był nawet stosownie na tę okazję ubrany w ciemnobrązowy garnitur, mimo że niemodnego kroju, krawat i jasnobordowy lekki szal. W latach osiemdziesiątych nosił długie włosy. Teraz miał krótko przystrzyżoną szpakowatą czuprynę z wysoko odsłoniętym czołem. Spod rozpiętej marynarki nie wystawał mu nawet centymetr brzucha. Wysportowana figura nie szła w parze z dbałością o twarz - pooraną bruzdami, z workami pod oczami. Sprawiał wrażenie zmęczonego. Stał w towarzystwie dwojga nieznanych mi Niemców, być może współpracowników Kornela z uniwersytetu. Gdy podniósł wzrok i nasze oczy się spotkały, lekko uniósł szklankę, jakby do zwycięskiego toastu, i powiedział:
- Nie przyjdzie.
Zrozumiałem - miał na myśli Dankę. Przemknę ło mi przez myśl, że dyskretnie obserwował mnie od dłuższej chwili i spostrzegł, jak bezustanne za kimś się rozglądam. Mimo że w ostatnich dniach spędziliśmy niejedną godzinę na rozmowach w cztery oczy, odbudowując ostrożnie dawniej bliską, później na dłuższy czas zawieszoną znajomość, i mieliśmy wiele wspólnych tematów, teraz nie chciałem z nim rozmawiać, zwłaszcza o Dance. Zrobiłem minę oznaczającą "no, trudno" i przeszedłem obok, udając, że zmierzam do innego gościa.
Akurat naprzeciw, przy barierce oddzielającej taras od ogrodu, ujrzałem gościa, którego rozpoznałem bez trudu. Nie tylko znaliśmy się od lat osiemdziesiątych, ale też spotkaliśmy się parę razy w Warszawie. Stał tam zamyślony najwyższy rangą polityczną gość tego wieczoru - senator RP Ryszard Jaremski. Wiedziałem od Kornela, że został zaproszony, toteż jego obecność nie zaskoczyła mnie. Był w eleganckim, dobrze skrojonym granatowym garniturze, ale nie aż tak, żeby szytym na miarę, co łatwo było poznać po guzikach przy mankietach - te najniższe, jak i reszta, pozostały nierozpinane. Miał na sobie białą koszulę i bordowy krawat. Nawet buty świeciły nowością. Widać bywanie w dyplomatyczno-politycznych kręgach to dla niego codzienność.
- Witam pana senatora - zagadnąłem, uśmiechając się i wyciągając ręce.
- Jakub, jak się cieszę, że cię tu widzę! - odwzajemnił się z serdecznością w głosie, być może dobrze wyćwiczoną, ściskając mi dłoń. - Dla Kornela jest to na pewno diabelnie ważne, że obaj tu jesteśmy, że przyjechaliśmy aż z Warszawy. Nie sądzisz?
- Trzymajmy miarę - odrzekłem, starając się pozostać w konwencji nic nieznaczącej, uprzejmej rozmowy. - To ty jesteś naprawdę ważny. Jak słyszałem, właśnie tobie powierzono wygłoszenie laudacji.
- Był taki pomysł - sprostował. - Ale po namyśle, wspólnie z ambasadorem, odstąpiliśmy od niego.
- Kto w takim razie dostąpi tego zaszczytu?
- Niech to pozostanie niespodzianką - wykręcił się od odpowiedzi.
- A propos ważności. Czy to prawda, co mówią w Warszawie, że masz zostać wiceministrem zdrowia?
- Ach, ta polityka... - rzekł i udanie machnął lekceważąco ręką. - Czy dziennikarze muszą o niej stale pamiętać, nawet tutaj?
Miał mocno zwietrzałe wiadomości na mój temat.
- Widzę, że czegoś nie zauważyłeś, choć zapewne czytasz gazety. Jeśli nie sam, ktoś na pewno robi to za ciebie. Od dawna nie zajmuję się tematami politycznymi-wyjaśniłem spokojnie.
Gładko przełknął wszystkie złośliwości.
- Naprawdę? Szkoda. Kiedyś byłeś w tym bardzo dobry. Nie tylko na emigracji, w kraju też. Kiedy to było? Chyba jeszcze w latach dziewięćdziesiątych? - Czekał na znak potwierdzenia. - Ależ tak, świetnie pamiętam twoje trafne komentarze i celne analizy. Nie chciałbyś do tego wrócić? Polacy potrzebują dobrej publicystyki politycznej.
Zawsze, kiedy jacyś politycy podczepiają się pod wszystkich Polaków i udają, że najlepiej wiedzą, czego im trzeba, podskakuje mi puls. A kiedy robi to okrągłymi zdaniami Rysio Jaremski, irytacja staje się podwójna.
- Przede wszystkim potrzebują dobrych polityków - rzekłem, oczekując gwałtownej reakcji.
- O, widzę, że pan redaktor w znakomitej polemicznej formie - błysnął ripostą. - To dobrze. Bo, mówiąc poważnie - ciągnął ściszonym głosem, nachylając się nad mym uchem - wkrótce mogą pojawić się nowe możliwości na tym polu i uważam, że byłoby to dobre miejsce dla ciebie.
- Czyżbyś chciał zainwestować na rynku medialnym? - zdziwiłem się, odsuwając się nieznacznie.
- Przestań, jestem parlamentarzystą, zapomniałeś? Mam na głowie problemy kraju i społeczeństwa, nie mogę zajmować się prywatnym inwestowaniem.
Niewykluczone jednak, że ktoś chce - rzekł tajemniczo, ciągle szepcząc. - I to może być naprawdę mocne uderzenie. Musimy koniecznie o tym porozmawiać. Może nawet po uroczystości? Ewentualnie jutro, jak wolisz. Hotel Radisson, ten nad Sprewą, co?
Propozycja była zaskakująca. Nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć. Na wszelki wypadek zachowywałem ostrożność.
- Nie warto teraz o tym mówić - uciąłem. - Polityka jako temat publicystyki to dla mnie przeszłość. Wolę pozostać przy tematyce kulturalnej. Literatura, teatr, film, sztuka, takie rzeczy. Przede wszystkim muzyka.
- No nie, żartujesz! - Popatrzył mi w oczy, z których musiał wyczytać, że jednak nie żartuję. - Wierz mi, marnujesz swoje pióro - sformułował ni to komplement, ni przyganę. - Nie zdziwiłbym się, gdyby chodziło o dziennikarstwo śledcze, bo tu zdaje się masz pewne doświadczenie, ale kultura... Lecz zauważyłem coś innego. - Zmienił nagle temat, czując, że brnie. - Patrząc po naszych znajomych z dawnych lat, którzy tu przybyli, uświadomiłem sobie, że tylko ty jeden z tego towarzystwa wróciłeś do Polski. Karol, ten od historii w Stanach, nie przyleciał. Witek, co pisał o gospodarce, w Rzymie. Barbara została w Paryżu...
- Beata - sprostowałem.
- O, tak, tak, Beata. Literatura - poprawił się. - Kto tam jeszcze z wami pracował?
Podziwiałem go, że prawie wszystkich nas znał i pamiętał z imienia.
- Roman - podpowiedziałem.
- Fedryna? No, tak, jest tutaj. Ta wasza kobieta, o którą się pokłóciliście, Danuta, też podobno tu mieszka, chociaż jej nie widzę. Ale ona, jak mi się wydaje, mało współpracowała ze "Zdaniem". Widujecie się?
- Nie pokłóciliśmy się o nią z Romanem. To zupełnie inna historia - wyjaśniłem, ignorując pytanie o kontakty.
Nie miałem zamiaru opowiadać mu tej historii, on też nie miał ochoty słuchać.
- Lecz ci z Berlina - ciągnął swój wątek, ściszając głos - co się kręcą po ambasadzie, powiedzmy sobie szczerze, kariery w Niemczech raczej nie zrobili...
- Żeby zrobić karierę w Niemczech, trzeba najpierw zostać Niemcem - skleciłem naprędce adekwatną do tematu i sytuacji sentencję. - Spojrzał na mnie uważniej. Zanim cokolwiek powiedział, szybko dodałem: - A powiedz mi, kim najpierw trzeba zostać, żeby zrobić karierę w Polsce?
Nie musiał wymyślać żadnej jadowitej odpowiedzi, bo od strony stolika z napojami zbliżała się energicznie małżonka senatora, ze zbyt mocnym, jak na oficjalne spotkanie, makijażem, zbyt ozdobną biżuterią i w zbyt błyszczącej srebrnoszarej sukni z czarnym, ciasnym żakietem. Nie znaliśmy się bliżej, ale ona, widząc mnie koło swego męża, z daleka wyciągnęła rękę, układając dłoń w sposób zmuszający do ucałowania. Nie całuję kobiet w rękę, aż taki szarmancki nie jestem. Ujmując jej palce, przytrzymałem je w pozycji wyjściowej, elegancko się kłaniając. Ryszard wymamrotał coś w rodzaju: moja żona Teresa, redaktor Kubacki. Widać jeszcze nie zaglądał do rozdziału podręcznika savoir-vivre'u, opisującego reguły przedstawiania sobie nieznajomych.
- Pan przyjechał z Warszawy, tak? - rzekła oznajmującym tonem, dorzucając na koniec pytajnik, lekko zaskoczona moim zachowaniem. Nie miałem pojęcia, skąd mogła to wiedzieć. - Szkoda, że nie zgadaliśmy się wcześniej. Mieliśmy wolne miejsce w samochodzie. Prawda, Rysiu?
To jego druga żona. Kilkanaście lat od niego młodsza. Pobrali się przed trzema laty, choć parą byli dłużej - romansować zaczęli jeszcze w trakcie pierwszego małżeństwa Ryszarda. Przestali ukrywać swój związek, gdy pierwsza pani Jaremska zginęła w wypadku samochodowym. Jechała sama, podobno zbyt szybko, na zakręcie w prawo odbiła niespodziewanie kierownicą w lewo i nie utrzymała kursu - przekoziołkowała przez rów i uderzyła w drzewo.
Do wypadku doszło kilka miesięcy przed tym, jak Ryszard w środku kadencji został senatorem. Wszedł do Senatu w wyniku wyborów uzupełniających. Jego poprzednik, Zygmunt Konopka, był politykiem drugiego planu. Takim, którego najważniejszym zadaniem jest współtworzenie większości w izbie. Wybór zawdzięczał temu, że jego kandydaturę zgłosiła zwycięska partia. Zwolniony z obowiązków męża stanu, testował, jak daleko może posunąć się obywatel z immunitetem. W połowie kadencji wplątał się w nagłośnioną przez media paskudną aferę obyczajową i został zmuszony przez swoich kierowników politycznych do złożenia mandatu.
Wiedziałem, że żona Ryszarda prowadzi poważne interesy w branży farmaceutycznej. Nie tyle w produkcji, ile w obrocie lekami. Jej Pilfarma wyrosła na rynku leków na potentata.
Wiedzę tę zawdzięczałem głównie "Kurierowi", gazecie, w której znalazłem zajęcie kilka miesięcy po powrocie z Berlina, zanim parę lat później przeniosłem się do szacownego, niegoniącego za sensacją tygodnika "Świat". W szczególności zaś zawdzięczałem ją Kindze Berent.
Kinga pojawiła się w "Kurierze" rok później niż ja. Była młoda, ambitna, wręcz drapieżna. Od początku rozumiała, że dziennikarstwo to nie hobby ani praca jak inne - odtąd dotąd i do domu. Nie jest zajęciem dla tych, którzy marzą o harmonijnym życiu osobistym. Gotowa była dla kariery płacić tę cenę. Ciągle znosiła skądś niezwykłe wiadomości, pisała jak maszyna. W serii artykułów opisała, w jaki sposób Pilfarma przyszłej pani Jaremskiej, wówczas Pilaszek, zarabiała na zagranicznych lekach, korumpując urzędników i lekarzy: urzędnicy umieszczali leki na odpowiedniej urzędowej liście, a lekarze wpisywali je do recept, mimo że istniał tańszy krajowy zamiennik.
W wąskim kręgu podejrzewano, że i ja maczałem palce w śledztwie dotyczącym Pilfarmy, ale to nieprawda. Ja tylko redagowałem surowe jeszcze i przerysowane teksty początkującej żurnalistki. Prawda była inna - staliśmy się wtedy bliską parą.
Kinga tym materiałem wybiła się jako dziennikarka śledcza i już od pani Pilaszek się nie odczepiła - opisywała kolejne szczeble jej kariery. A gdy przebojowa Teresa wyszła za Ryszarda Jaremskiego, również i on stał się tematem tych artykułów. Ryszard na pewno podejrzewał, że niektóre informacje na jego temat Kinga uzyskała ode mnie. Jeśli nawet nie wiedział, co nas łączy, widywał moje nazwisko w tej samej gazecie. Nie podzielił więc zmartwienia żony, że nie przyjechaliśmy do Berlina razem, tylko rozłożył ręce w geście bezradności. Chciałem rozładować wzbierające napięcie.
- Jestem tu już od niedzieli - wyjaśniłem pospiesznie, a widząc w jej oczach coś w rodzaju zdziwienia, dodałem: - Zatrzymałem się w małym hoteliku na Schönebergu.
- To pięknie - rzekła z wdziękiem, ale nie było jasne, czy usłyszana nazwa coś jej mówi, czy nie.
- Owszem - zgodziłem się. Byłem w bojowym nastroju. - Czy pani wie, że w latach dwudziestych była to ulubiona dzielnica szwuli?
- Kogo, przepraszam? - Nadstawiła ucha.
- Szwuli i lesb. Poprawnie mówiąc, homoseksualistów płci obojga. Zaśmiała się krótko i głośno.
- Hotel nazywa się "Isadora" - ciągnąłem. - Przypuszczam, że jego właściciel jest urzeczony Jesieninem.
- Ach, tak? - bąknęła nieznacząco, zdezorientowana w rzucanych znakach z obcego jej obszaru, a Ryszard chrząknął gwałtownie, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie odezwał się.
- Chodzi o Isadorę Duncan, amerykańską tancerkę, która została obywatelką Rosji Sowieckiej - dodałem, przyjmując profesorską pozę. - Mówi się, że była biseksualistką, choć niektórzy w to wątpią. Sergiusz Jesienin był jej trzecim mężem. - Patrzyłem jej prosto w oczy, bawiąc się jej zmieszaniem.
- Nosiła zbyt długie szale i uwielbiała jazdę odkrytym automobilem. A wie pani... w latach dwudziestych koła samochodowe miały szprychy, taki szal łatwo się wplątywał... To tragiczna historia...
Nie wiedzieć czemu, przypomniałem sobie wypadek pierwszej żony Ryszarda. Nie miałem zamiaru brnąć w niezręczną sytuację. Przeprosiłem i sięgnąłem teatralnie po telefon, że niby muszę zadzwonić.
- Zastanów się nad tym, co ci powiedziałem! - rzekł Ryszard szybko i głośno, gdy się od nich odwróciłem. - Wrócimy do tego po uroczystości.
Oddaliłem się w kąt sali.
Ponownie odczytałem zagadkowy SMS od Heinza. Powinienem mu jak najszybciej odpowiedzieć, pomyślałem, żeby wiedział, że jego wiadomość została odebrana. Jej treść była dość intrygująca. Heinz nie pytał, czy mogę opuścić towarzystwo, nie wstawił do tekstu żadnego "Jeśli", lecz stwierdzał, że mam być za dwa kwadranse na skrzyżowaniu trzysta metrów od ambasady. Przecież mógł do mnie po prostu przyjść. Dlaczego nie wchodził, tylko wywoływał mnie w momencie, kiedy Kornel - teoretycznie - powinien wygłaszać przemówienie? Kategoryczny ton wiadomości nie dawał mi alternatywy. Odpowiedziałem mu tekstem składającym się z trzech znaków zapytania i dwóch liter: OK.