Przypisy
Sobota 1 sierpnia 1936
1 Joseph Goebbels, Dzienniki, t. 1: 1923-1939 (e-book), tłum. Eugeniusz Cezary Król, Poznań 2021, wpis z 2 sierpnia 1936.
2 Harry Kessler, Das Tagebuch. Vierter Band 1906-1914, Stuttgart 2005, s. 590-591.
3 Tamże.
4 Richard Strauss do Rady Gminy Targowej Garmisch, 1 lutego 1933; kopia w: BAB, R 8076/236.
5 Richard Strauss, Stefan Zweig. Briefwechsel, Hrsg. Willy Schuh, Frankfurt am Main 1957, s. 90.
6 Richard Strauss do Hansa Heinricha Lammersa, 10 grudnia 1934; kopia w: BAB, R 43II/729.
7 Hannes Trautloft, Als Jagdflieger in Spanien. Aus dem Tagebuch eines deutschen Legionärs, Berlin 1940, s. 15.
8 Joseph Goebbels, Dzienniki, dz. cyt., wpis z 2 sierpnia 1936.
9 Polskie wydanie pod tytułem Spójrz ku domowi, aniele. Historia pogrzebanego życia, tłum. Krystyna Tarnowska, Warszawa 1963 (przyp. tłum.).
10 Thomas Wolfe do Maxwella Perkinsa, 23 maja 1935, w: The Letters of Thomas Wolfe, ed. Elizabeth Nowell, New York 1956, s. 460.
11 The Notebooks of Thomas Wolfe, vol. 2, ed. Richard S. Kennedy, Paschal Reeves, Chapel Hill 1970, s. 748.
12 Thomas Wolfe do Maxwella Perkinsa, 23 maja 1935 w: The Letters of Thomas Wolfe, dz. cyt., s. 460.
13 Thomas Wolfe, Nie ma powrotu, tłum. Maria Skibniewska, Warszawa 1959, s. 614.
14 Tamże, s. 620.
15 Horst-Wessel-Lied to hymn partyjny NSDAP (przyp. tłum.).
16 Joseph Goebbels, Dzienniki, dz. cyt., wpis z 2 sierpnia 1936.
17 Alle Welt ist begeistert. Die Boykott-Bewegung gegen Hitlers Olympiade 1936 in Berlin scheiterte, "Der Spiegel" 1980, Nr 5, s. 123.
18 Die Tagebücher von Joseph Goebbels, Hrsg. Elke Fröhlich, T. 1, Bd. 3/II, München 2001, s. 112. (W polskim wydaniu Dzienników Goebbelsa nie odnaleziono niektórych fragmentów cytowanych w tej książce. W takich przypadkach tłumaczka korzystała z oryginału i przekład pochodzi od niej).
19 Richard Strauss. Chronik zu Leben und Werk, Hrsg. Franz Trenner, Wien 2003, s. 573.
20 Alle Welt ist begeistert..., dz. cyt., s. 112.
21 Stephan Tauschitz do Guido Schmidta, 5 sierpnia 1936, ÖSTA/ADR, Neues Politisches Archiv, Politische Berichte Berlin, Nr 176/1936.
W apartamencie hotelowym Henriego de Baillet-Latoura cicho dzwoni telefon.
- Ekscelencjo, jest wpół do ósmej - informuje portier.
- Bon, już się obudziłem - odpowiada hrabia.
Pracownicy hotelu Adlon, w którym Baillet-Latour rezyduje, traktują gościa z wielkim poważaniem, ponieważ belgijski arystokrata pełni funkcję kogoś w rodzaju szefa rządu. Nie sprawuje jednak władzy w żadnym państwie, nie jest głową żadnej republiki ani regentem monarchii. Henri hrabia de Baillet-Latour jest prezesem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl). Kiedy dzisiaj, równo o 17.14, na Stadionie Olimpijskim zostanie wciągnięta na maszt flaga olimpijska, sześćdziesięcioletni Belg na szesnaście dni przejmie niejako we władanie berlińskie kompleksy sportowe.
Zanim tak się stanie, Baillet-Latoura czeka napięty harmonogram. Wraz z członkami MKOl-u weźmie udział we mszy, dokona przeglądu formacji honorowej Wehrmachtu, a następnie złoży wieniec w Nowym Odwachu, miejscu upamiętniającym poległych w pierwszej wojnie światowej. Zaraz po zakończeniu tej ceremonii wojskowej Hermann Göring jako premier Prus powita wszystkich członków MKOl-u.
Tymczasem wybiła 8.00 i na Pariser Platz przed hotelem Adlon rozbrzmiewa muzyka marszowa, wielokrotnie przerywana okrzykami, a także pieśnią Freut euch des Lebens [Cieszcie się życiem]. Owo "Wielkie budzenie", jak określa się ten rytuał, jest jednym z licznych wyrazów hołdu, jaki naziści składają Międzynarodowemu Komitetowi Olimpijskiemu. Stojący w oknie swojego apartamentu i obserwujący całe to wydarzenie Baillet-Latour może odnieść wrażenie, że z hotelu Adlon rządzi państwem. MKOl rezyduje w najlepszej dzielnicy Berlina: naprzeciw hotelu znajduje się francuska ambasada, po lewej ukazuje się w całej krasie Brama Brandenburska, a bezpośrednio obok tego najsłynniejszego symbolu Berlina jest powoli odbudowywany Pałac Blüchera, będący własnością Stanów Zjednoczonych. Ten rozległy budynek miał pierwotnie mieścić ambasadę, lecz w 1931 roku cały kompleks spłonął. Z kolei z lewej strony Adlon sąsiaduje ze starą i cenioną Akademią Sztuk Pięknych, a od strony Wilhelmstraße - z Pałacem Strousberga, siedzibą brytyjskiej ambasady.
Henri de Baillet-Latour zjadł w międzyczasie śniadanie i szykuje się do opuszczenia hotelu. Dla uczczenia tego dnia hrabia ubiera się szczególnie odświętnie: wkłada ciemny frak do szarych spodni, buty z gamaszami, cylinder oraz piękny urzędowy łańcuch. Na jego widok Joseph Goebbels z dezaprobatą potrząsa w myślach głową i zapisuje w dzienniku: "Olimpijczycy wyglądają jak dyrektorzy pchlich cyrków"1.
Pauline Strauss uchodzi za osobę trudną we współżyciu. To żona słynnego kompozytora Richarda Straussa. Jest zdolna palnąć obcym osobom najgorsze rzeczy prosto w twarz. Także przyjaciele i znajomi muszą znosić jej legendarny brak taktu. "Pani Strauss, która podczas herbatki była wbrew swoim zwyczajom niezwykle miła, teraz znowu dostała na wpół histerycznego napadu typowej dla siebie nieuprzejmości"2, wspomina spotkanie z nią w jednej z szykownych berlińskich restauracji hrabia Harry Kessler. Stoły zastawione są drogą porcelaną i kryształowymi kieliszkami, obok nich leżą sztućce ze szlachetnego srebra, kelnerzy w liberiach poruszają się niemal bezgłośnie po sali, a goście, z wyjątkiem pani Strauss, rozmawiają ze sobą zniżonymi głosami. Gdy Kessler opowiada ewidentnie niezbyt interesującą anegdotę o sławnym paryskim restauratorze, żona kompozytora głośno mu przerywa:
- On przecież zdąży umrzeć, on wyzionie ducha, zanim pan skończy mówić! Że też można tak rozwlekle opowiadać tę nudną historię... Lepiej spójrzcie na tego grubego wieprzka!
Goście patrzą na nią w zdumieniu.
- No czego się tak na mnie gapicie? Tak jest, na tego grubego wieprzka, otyłego oficera przy tamtym stole - wyjaśnia pani Strauss, pokazując palcem porucznika siedzącego przy którymś z bocznych stolików. - No co? Mam po prostu ochotę pokokietować z tym wieprzkiem - powtarza, nie spuszczając wzroku z mężczyzny, aż w końcu wykrzykuje z triumfem: - Patrzcie, ten wieprzek rzuca mi właśnie zakochane spojrzenia. Z pewnością zaraz tu podejdzie i się do nas przysiądzie.
W towarzystwie panuje konsternacja, obecny przy stole pisarz Hugo von Hofmannsthal, zszokowany, wpatruje się w talerz, a Richard Strauss na zmianę blednie i pąsowieje. Przemilcza jednak skandaliczny występ małżonki, prawdopodobnie żeby zapobiec gorszemu. Ponoć gdy kiedyś robił jej wyrzuty po podobnej scenie, wykrzyczała mu w twarz: "Jeszcze jedno słowo, Richardzie, a pójdę na Friedrichstraße i wezmę sobie pierwszego lepszego!"3.
Nic dziwnego, że Pauline Strauss jest postrachem wszystkich hotelowych portierów, kelnerów i pokojówek. Przed południem państwo Straussowie w towarzystwie osobistej służącej pani Strauss, Anny, przybywają do hotelu Bristol, który znajduje się zaledwie o rzut beretem od słynnego hotelu Adlon, przy wspaniałym berlińskim bulwarze Unter den Linden. Hotel - jak można się spodziewać - zapewnia swoim gościom wiele nowoczesnych udogodnień. Obszerne pokoje i apartamenty są elegancko umeblowane i wyposażone w prywatne łazienki. Ponadto gościom udostępniane są szczególnie piękne pomieszczenia do wspólnego użytku: biblioteka urządzona w stylu gotyckim oraz salon herbaciany umeblowany masywnymi angielskimi skórzanymi fotelami.
Richard Strauss prawie nie miał okazji, aby nacieszyć się hotelowym luksusem. Wczoraj zajęty był próbami, dzisiaj po południu odbędzie się premiera jego nowej kompozycji, a już jutro rano opuści Berlin, by udać się do Bawarii. Jeden z najznamienitszych współczesnych kompozytorów jest także niezwykle zajętym człowiekiem: w marcu zakończył tournée po Włoszech i Francji, które zawiodło go do Marsylii, w kwietniu dyrygował w Paryżu i Kolonii, a w czerwcu w Zurychu i - ponownie - w Kolonii. Mimo to siedemdziesięciodwuletni Strauss zawsze znajduje czas na pisanie nowych utworów. Ten, który za kilka godzin zostanie odegrany po raz pierwszy, nosi tytuł Hymn olimpijski. Powstał na zlecenie Komitetu Olimpijskiego i ma zostać odegrany na otwarcie igrzysk. Strauss twierdził, że wszystko potrafi oddać w nutach. Zażartował kiedyś, że jeśli chce się być prawdziwym muzykiem, trzeba umieć przełożyć na nuty nawet jadłospis. Komponowanie jest dla Straussa kwestią gorliwości i dyscypliny. Ze stoickim spokojem siedzi przy biurku i komponuje utwór za utworem. Theodor W. Adorno nazwie go wiele lat później złośliwie "maszyną do komponowania". Według niego Strauss zdradził nowoczesność i przypodobał się szerokiej publiczności - był mistrzem powierzchowności, tworzył to, co przynosiło pieniądze.
Napisanie Hymnu olimpijskiego na chór i orkiestrę symfoniczną bez wątpienia jest dla kompozytora żmudnym zadaniem, ponieważ Strauss ani trochę nie interesuje się sportem. Jego zdaniem jazda na nartach to czynność odpowiednia dla norweskiego listonosza. Kiedy w lutym 1933 roku dowiaduje się, że w Garmisch, miejscowości, w której mieszka, planuje się specjalny podatek na rzecz finansowania igrzysk zimowych, stanowczo protestuje. Pisze do Rady Gminy:
W przekonaniu, że nowy podatek obywatelski służy pokryciu kosztów sportowych niedorzeczności oraz całkowicie niepotrzebnej propagandy olimpijskiej, wnoszę sprzeciw i proszę o zwolnienie mnie z niego, wziąwszy pod uwagę, że niepotrzebne mi są żadne obiekty sportowe, czy to tor bobslejowy, czy skocznia narciarska itd., z triumfalnych łuków na dworcu rezygnuję równie chętnie. Obciążeni tym podatkiem powinni być ci, którzy rzeczywiście mają interes w igrzyskach i tego rodzaju szwindlach. Mój portfel już dostatecznie nadwyrężają państwowe podatki na wsparcie dla próżniaków, zwane świadczeniami socjalnymi, oraz silnie szerzące się w Garmisch żebractwo domowe4.
Protest ten nie powstrzymał go przed zażądaniem honorarium w wysokości dziesięciu tysięcy marek za skomponowanie hymnu na cześć owych, jak je nazwał, "sportowych niedorzeczności" - czek uświęca środki. Ta spora suma znacznie przerastała jednak budżet Komitetu Olimpijskiego i Strauss po długich negocjacjach całkowicie zrezygnował z gaży. Nie dziwi zatem, że pracy podjął się bez entuzjazmu. Do Stefana Zweiga pisze w grudniu 1934 roku: "Zabijam adwentową nudę, komponując hymn olimpijski dla prostaków. Ja, zagorzały wróg sportu, mający go w pogardzie. No cóż, próżniactwo jest początkiem wszelkiego występku"5.
Tekst hymnu wybrano w drodze konkursu, a jego autorem jest bezrobotny aktor i okazjonalny poeta Robert Lubahn. Kiedy Joseph Goebbels zauważa, że wiersz Lubahna w niewystarczającym stopniu odpowiada duchowi Trzeciej Rzeszy, niektóre fragmenty tekstu zostają poprawione. Werset "Pokój niech będzie hasłem bojowym" przekształca się w "Honor niech będzie hasłem bojowym", a sformułowanie "Najwyższą wartością jest prawo" bezceremonialnie zmieniono na "Najwyższą wartością jest wierność przysiędze". Robert Lubahn musi się temu podporządkować, Komitet Olimpijski jako zleceniodawca nie protestuje, a Richardowi Straussowi prawdopodobnie jest to obojętne.
Bezpośrednio po napisaniu około czterominutowego utworu w grudniu 1934 roku Strauss zwraca się do Hansa Heinricha Lammersa, szefa kancelarii Rzeszy, z prośbą o możliwość zagrania hymnu Hitlerowi, "gdyż na pierwszym miejscu jemu: Führerowi i patronowi Igrzysk Olimpijskich, powinien się on podobać"6. Po długich pertraktacjach - zainteresowanie wodza spotkaniem było mniejsze niż Straussa - ustalono, że odbędzie się ono pod koniec marca 1935 roku. Po prywatnym koncercie w mieszkaniu Hitlera Strauss ofiarowuje wodzowi sygnowany manuskrypt zapisu nutowego hymnu, który Hitler przyjmuje z wielką wdzięcznością.
Istnieje kilka przyziemnych powodów, dla których Strauss przypochlebia się reżimowi. W czerwcu 1935 roku w Dreźnie ma się odbyć premiera jego nowej opery zatytułowanej Milcząca kobieta. Minister propagandy Joseph Goebbels sprzeciwia się temu dziełu, ponieważ libretto do niego napisał Stefan Zweig, który jako Żyd uchodzi w Niemczech za persona non grata. Hitler wydaje jednak specjalne pozwolenie, za które Strauss chce mu się widocznie odwdzięczyć Hymnem olimpijskim. Zaangażowanie światowej sławy kompozytora na rzecz nazistowskich Niemiec staje wkrótce pod znakiem zapytania. Gestapo przechwytuje list Straussa do Stefana Zweiga, w którym kompozytor drwi z własnej działalności prezesa Izby Muzyki Rzeszy. W połowie 1935 roku Strauss musi ustąpić z tej funkcji, a opera Milcząca kobieta zostaje zdjęta z afisza po zaledwie dwóch przedstawieniach. Dla mniej prominentnego artysty taki obrót spraw oznaczałby koniec kariery, Richard Strauss jest jednak zbyt znaczącym twórcą, żeby naziści mogli całkowicie przestać się z nim liczyć. Rok później, latem 1936 roku, afera zostaje puszczona w niepamięć i kompozytor może osobiście zaprezentować światu Hymn olimpijski.
Gdy Straussowie spożywają śniadanie w sali tarasowej hotelu Bristol, Pauline jak zwykle pastwi się nad obsługą, a Richard zastanawia się, jak dziś wieczorem będzie wyglądało dyrygowanie przed ponad stu tysiącami proletariuszy.
- Gdzie się właściwie znajdujemy? - pyta Max von Hoyos swojego sąsiada Hannesa Trautlofta.
Max przed chwilą się obudził i nie ma pojęcia, jak długo spał. Ziewa, przeciera oczy i się przeciąga.
- Nadal na Łabie - odpowiada Hannes.
Max nie wydaje się specjalnie zaskoczony.
- Jestem głodny jak wilk! - wykrzykuje i wyskakuje z koi7.
Obaj młodzi mężczyźni dzielą kajutę na parowcu Usaramo w drodze z Hamburga do Hiszpanii. Wraz z ponad osiemdziesięcioma innymi osobami należą do Towarzystwa Podróżniczego Union. Składa się ono wyłącznie z mężczyzn, którzy dziwnie się zachowują i separują od reszty pasażerów. Gdy ktoś pyta ich o cel podróży, nie dostaje odpowiedzi. Panowie nie sprawiają wrażenia zamożnych turystów rejsowych, bo nie poruszają się dość elegancko. Można by ich wziąć za żołnierzy, gdyby nie ich cywilny ubiór. Co znajduje się w licznych wielkich skrzyniach, które wniesiono na pokład w Hamburgu? I to pytanie zostaje zbyte milczeniem. Jedno jest pewne: Towarzystwo Podróżnicze Union budzi podejrzenia.
O 12.00 na berlińskim Lustgarten rozpoczyna się manifestacja Hitlerjugend: dwadzieścia dziewięć tysięcy chłopców i dziewcząt stoi na baczność w szeregach. Z dachu Stadtschloss - zamku miejskiego - rozpościera się doskonały widok na rozległy teren między Altes Museum, katedrą a zamkiem. Wśród tłumu trudno rozróżnić pojedyncze osoby, widać jedynie ludzkie masy. Jak wiele wydarzeń w tych dniach, także ta parada jest wielką demonstracją skierowaną przede wszystkim do zagranicznych gości. Adolf Hitler może polegać na swojej młodzieży - tak brzmi jej przekaz, który równie dobrze można wziąć za ostrzeżenie.
Poszczególne punkty programu zazębiają się gładko niczym tryby dobrze naoliwionej maszyny. Powitanie Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego kończy się na czas, po czym goście pokonują niewielki dystans z sali kopułowej Altes Museum przed budynek. Na zewnętrznych schodach prowadzących z muzeum do Lustgarten ustawiono mównicę, z której, jeden po drugim, przemawiają do Hitlerjugend: Reichsjugendführer Baldur von Schirach, Reichssportführer Hans von Tschammer und Osten, minister Rzeszy do spraw nauki, wychowania i oświaty Bernhard Rust i, jako ostatni, minister propagandy Joseph Goebbels. "Imponujące widowisko", zapisuje w swoim dzienniku. "Cóż można jeszcze powiedzieć oryginalnego? Potem pojawia się ogień olimpijski. Poruszający moment. Trochę pada"8.
Dzierżąca pochodnię sztafeta, która chwilowo kończy się w Lustgarten, nie jest - jakby się wydawało - starożytną grecką tradycją, lecz wymysłem działacza sportowego z Würzburga. Pięćdziesięcioczteroletni Carl Diem, sekretarz generalny Komitetu Organizacyjnego, uchodzi za jedną z głównych osobistości igrzysk olimpijskich w Berlinie. Jak twierdzi pomysłowy Diem, liczący ponad trzy tysiące kilometrów dystans z Olimpii przez Ateny, Delfy, Tesaloniki, Sofię, Belgrad, Budapeszt, Wiedeń, Pragę i Drezno do Berlina tworzy most między starożytnością a nowoczesnością. Według Diema nie ma znaczenia, że podczas starożytnych igrzysk olimpijskich bieg z pochodnią się nie odbywał. Chodzi o to, by berlińskim igrzyskom nadać jak najbardziej uświęcony charakter. Joseph Goebbels, którego Ministerstwo Propagandy odpowiada za zorganizowanie młodzieżowej manifestacji w Lustgarten, natychmiast z entuzjazmem podchwytuje ten pomysł. Zleca, by niosący pochodnię najpierw przebiegł przed szpalerem Hitlerjugend pod Altes Museum i tam rozpalił "ołtarz ognia", a następnie zaniósł ją do Stadtschloss i zapalił drugi płomień na "ołtarzu narodowych flag".
Wielka flota limuzyn jest już gotowa, aby zawieźć przedstawicieli MKOl-u i pozostałych gości honorowych do pałacu kanclerza Rzeszy przy Wilhelmstraße. Tam zabiera głos Henri de Baillet-Latour, dziękując Hitlerowi za gościnność. Gospodarz igrzysk podkreśla w krótkiej odpowiedzi jednoczący narody charakter igrzysk. Punkt programu o 14.00 brzmi lapidarnie: "lekki posiłek".
Między 15.00 a 15.07 goście opuszczają kancelarię Rzeszy i udają się w kierunku Stadionu Olimpijskiego. Kolumny samochodów skręcają z Wilhelmstraße w "Via triumphalis". Tak organizatorzy igrzysk nazywają jedenastokilometrową trasę prowadzącą z Lustgarten na wschodzie miasta do Stadionu Olimpijskiego w zachodniej części Berlina. Podczas gdy w starożytnym Rzymie przez "Via triumphalis" dumnie wkraczały do miasta zwycięskie zastępy legionów, w Berlinie kabrioletem marki Mercedes Adolf Hitler sunie nią na otwarcie igrzysk, które odbędą się na arenie imitującej rzymski amfiteatr. Panem et circenses.
Całą trasę zdobią gigantyczne swastyki i flagi olimpijskie, a pilnuje jej czterdzieści tysięcy członków Sturmabteilung (SA), oddziałów szturmowych Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników (NSDAP). Za ich szpalerem ustawiły się setki tysięcy gapiów czekających na wydarzenie, które w harmonogramie przewidziane jest na 15.18: przyjazd Führera na Stadion Olimpijski.
Gdzieś w tej masie stoi także trzydziestopięcioletni Amerykanin Thomas Clayton Wolfe. Tom, jak mówią do niego przyjaciele, pochodzi z Asheville w Karolinie Północnej i niedawno przyjechał do Berlina. Z powodu wyjątkowego wzrostu - ma niemal dwa metry - i prawie dwustu kilogramów wagi trudno go przeoczyć, to chłop jak dąb. Można by go - mylnie - wziąć za kulomiota, jednak Tom jest pisarzem, w dodatku stosunkowo znanym, którego debiut zatytułowany Look Homeward, Angel9 ukazał się w niemieckim przekładzie w 1932 roku nakładem wydawnictwa Rowohlt. Publikacja tej powieści okazała się dla wydawcy dużym sukcesem: krytycy entuzjastycznie przyjęli pochodzącego z Nowego Świata autora i w ciągu kilku lat jego książka sprzedała się w ponad dziesięciu tysiącach egzemplarzy.
Pod koniec 1926 roku Tom po raz pierwszy pojechał do Niemiec i spędził dwa tygodnie w Stuttgarcie i Monachium. Od tej pory wracał tam prawie co roku. W 1935 roku po raz pierwszy przyjechał do Berlina, gdzie - jak zapisał w swoim notatniku - ogarnęło go poczucie, "jakiego w moim życiu prawdopodobnie często nie zaznam. Było to przekonanie, że po raz pierwszy wkroczyłem do faktycznie znaczącej metropolii tego świata"10. Tygodnie, które spędził w niemieckiej stolicy, przeżył niczym na rauszu: "Szalony, fantastyczny, niesamowity wir imprez, herbatek, wieczornych przyjęć, nocnych libacji, wywiadów prasowych, radiowych projektów, sesji zdjęciowych i tak dalej"11. Wolfe zakochuje się w Berlinie od pierwszego wejrzenia. To, że Berlin stanowi jednocześnie epicentrum bezwzględnej dyktatury, która prześladuje swoich politycznych przeciwników, wydaje się go nie interesować. Jeszcze nie. Na razie Amerykanin wychwala Niemców jako "najczystszy, najżyczliwszy, najserdeczniejszy i najuczciwszy naród, jaki przyszło mi poznać w Europie"12.
Kiedy Wolfe w połowie czerwca 1935 roku opuszcza miasto nad Sprewą, jest pewien, że wróci tam, jak tylko nadarzy się sposobność. Okazja pojawia się teraz: w sierpniu 1936 roku. W międzyczasie ukazał się bowiem - też nakładem wydawnictwa Rowohlt - niemiecki przekład jego powieści Of Time and the River, który wypada rozpromować. To, że w Berlinie jednocześnie odbywają się igrzyska olimpijskie, jest dla wielbiącego sport Amerykanina dodatkowym powodem, żeby odbyć podróż przez Atlantyk.
Tom mieszka, podobnie jak rok wcześniej, w hotelu Am Zoo, który choć nie należy do najlepszych, ma inne zalety. Jest przytulny, a Wolfe to lubi. Woli kameralność niż sztuczne zadęcie typowe dla Adlona, Bristolu czy Edenu. W szczególności ceni jednak położenie hotelu przy Kurfürstendamm. Cóż miałby robić koło Bramy Brandenburskiej, z którą sąsiaduje Adlon? Esencją Berlina jest Kurfürstendamm. Za każdym razem, gdy opuszcza swój hotel i po swojej lewej dostrzega złoty zegar na wieży Kościoła Pamięci Cesarza Wilhelma, odczuwa to jak magiczną chwilę. Dosięga go wówczas ów szczególny czar Berlina, czuje, jak bardzo jest tym miastem zauroczony. Przy Kurfürstendamm stoją - jedne obok drugich - kawiarnie, restauracje i bary; Tom odnosi nawet wrażenie, że cała ta ulica to jeden wielki Kaffeehaus: "Pod drzewami na Kurfürstendamm roiło się od ludzi, na tarasach kawiarń cisnęły się tłumy, a złotemu blaskowi dnia akompaniowały zawsze dźwięki muzyki"13. Thomas Wolfe w żadnym razie nie chciałby mieszkać w innym miejscu Berlina.
Tom stoi, jak tak wielu innych, przy "Via triumphalis" i czeka. "Wódz zbliżał się powoli w lśniącym samochodzie, drobny ciemnowłosy człowieczek z operetkowym wąsikiem. Stał w wozie wyprostowany, nieruchomy, bez uśmiechu, z ręką wzniesioną dłonią ku górze, nie w pozdrowieniu nazistowskim, lecz w geście błogosławieństwa - jak Budda, jak Mesjasz"14.
Punktualnie o 13.00 otwierają się bramy Stadionu Olimpijskiego. Około stu tysięcy widzów poproszono o zajęcie miejsc do 15.30. Tymczasem nad stadionem unosi się długi na dwieście czterdzieści pięć metrów Hindenburg - jeden z największych w historii sterowców pasażerskich, a w dole, przy arenie, orkiestra symfoniczna umila publiczności czas uroczystym koncertem. W programie, oprócz brawurowych Preludiów Ferenca Liszta, jest też obowiązkowa w Trzeciej Rzeszy uwertura do Śpiewaków norymberskich Richarda Wagnera. Wielki zegar na Bramie Maratońskiej pokazuje 15.53, gdy stojący na wysokościach trębacze i puzoniści niespodziewanie grają fanfary. Siedem minut później, punktualnie o 16.00, Adolf Hitler w towarzystwie przedstawicieli Międzynarodowego i Narodowego Komitetu Olimpijskiego wstępuje na stadion wielkimi schodami przez Bramę Maratońską. Fanfary cichną i orkiestra intonuje Marsz hołdowniczy Wagnera. Organizatorzy w milczeniu godzą się z faktem, że utwór, który Wagner napisał niegdyś na cześć bawarskiego króla Ludwika II, należy do najsłabszych utworów kompozytora i aż razi swoją niedoskonałością. W tym przypadku tytuł jest ważniejszy niż muzyka: chodzi o złożenie hołdu Adolfowi Hitlerowi, który niczym rzymski cesarz kroczy przez stadion do swojej loży honorowej. Musi się jednak na chwilę zatrzymać, ponieważ drogę zastępuje mu z bukietem kwiatów pięcioletnia córka Carla Diema, Gudrun, z okrzykiem Heil, mein Führer!. Jej ojciec udaje równie zaskoczonego jak wódz i twierdzi, że o niczym nie wiedział.
Kiedy Hitler wstępuje do loży, rozbrzmiewa wprowadzony przez narodowych socjalistów podwójny hymn, składający się z pierwszych zwrotek Deutschlandlied - oficjalnego hymnu niemieckiego - oraz Pieśni Horsta Wessela15. Wraz z biciem zegara olimpijskiego na maszty stadionu zostają wciągnięte flagi państw uczestniczących w igrzyskach. Następnie rozpoczyna się parada reprezentacji narodowych, pierwsi idą sportowcy greccy, ostatni - niemieccy. Podczas gdy powitanie Anglików przez publiczność jest dość chłodne (Goebbels notuje: "Trochę nieprzyjemnie"16), Francuzi otrzymują burzę oklasków, ponieważ unoszą prawe ręce. Przedstawiciel tej Grande Nation tłumaczy później, że nie był to salut hitlérien, lecz pozdrowienie olimpijskie, którego nie da się w zasadzie odróżnić od tego pierwszego. Tłum na stadionie jest przekonany, że Francuzi wykonali pozdrowienie hitlerowskie.
Po prawej stronie Hitlera zajmuje miejsce Henri de Baillet-Latour, po lewej - starszy mężczyzna, którego Joseph Goebbels również mógłby wziąć za dyrektora pchlego cyrku: Theodor Lewald, prezes Komitetu Organizacyjnego. Ten siedemdziesięciopięcioletni prawnik i funkcjonariusz sportowy jest obok sekretarza generalnego Carla Diema główną osobą odpowiedzialną za XI Igrzyska Olimpijskie w Berlinie. Bez nich by się nie odbyły. Prawdą jest jednak i to, że jego ekscelencja - jak tytułuje się z szacunkiem Lewalda - daje się wykorzystywać narodowym socjalistom. Naziści uważają bowiem doktora Theodora Lewalda za w połowie Żyda. Sam Lewald w inscenizacji igrzysk olimpijskich przyjął na siebie rolę Żyda legitymizującego propagandowy przekaz. W ten sposób ma przekonać międzynarodową opinię, że nazistowski reżim nie ma na niego żadnego wpływu. W rzeczywistość dni Lewalda są policzone. Choć już dawno zdecydowano o odebraniu mu funkcji, jego ekscelencja może jeszcze chwilowo pełnić swoje obowiązki.
Nieco po 17.00 Lewald podchodzi do mikrofonu i wygłasza niemal piętnastominutowe przemówienie. Z pewnością dobrze się zastanowił, jak je rozpocząć. Swoje wystąpienie mógł otworzyć zwrotem "Szanowny Panie Kanclerzu", co byłoby zgodne z protokołem. Mógł powitać Henriego de Baillet-Latoura i innych oficjeli olimpijskich, mógł pozdrowić obecnych ambasadorów. Mówiąc krótko: mógł rozpocząć tekst swojej przemowy tak, jak nakazują to dyplomatyczne konwenanse. Theodor Lewald decyduje się jednak na znacznie krótszy zwrot "Mój Führerze!". I nic więcej.
Teraz zabiera głos Hitler. Wcześniej Baillet-Latour dał mu z naciskiem do zrozumienia, że powinien otworzyć igrzyska tylko jednym zdaniem. Dyktator miał odpowiedzieć: "Panie hrabio, postaram nauczyć się go na pamięć"17, co łatwiej mu było obiecać, niż zrobić. Zamiast oficjalnej wersji ("Ogłaszam otwarcie Igrzysk w Berlinie z okazji XI Olimpiady ery nowożytnej") Hitler używa gramatyki, która zdradza jego austriackie pochodzenie: "Ogłaszam Igrzyska w Berlinie z okazji XI Olimpiady ery nowożytnej otwartymi". To jedyne słowa, jakie w tych dniach publicznie wymówi.
Następnie na maszt zostaje wciągnięta flaga olimpijska, rozbrzmiewa salut artyleryjski i dwadzieścia tysięcy gołębi pokoju wzbija się w niebo nad Berlinem. Tymczasem Richard Strauss siedzi na krześle obok orkiestry z nogą na nodze i sprawia wrażenie znudzonego. Ktoś szepcze mu do ucha, że już czas. Na to Strauss się podnosi, wchodzi na podium dyrygenta i o 17.16 daje sygnał ustawionym na Bramie Maratońskiej muzykom. Krótki motyw fanfar odbija się echem po stadionie, po czym do instrumentów dętych dołącza pełna orkiestra symfoniczna igrzysk olimpijskich, która składa się z Filharmoników Berlińskich oraz muzyków Landesorchester Berlin. Chór stworzony z różnych zespołów liczy trzy tysiące śpiewaków i śpiewaczek. Joseph Goebbels jest pod wrażeniem Hymnu olimpijskiego. "Jest naprawdę wspaniały", stwierdził już po pierwszej próbie. "Komponować to ten chłop potrafi"18. Także Adolf Hitler wydaje się zadowolony ze Straussa. Przekazuje swoim adiutantom, że po zakończeniu uroczystości chce się zobaczyć z kompozytorem. W swoim pamiętniku Pauline Strauss wspomina o "uścisku dłoni Hitlera"19.
Dla publiczności nie przewidziano żadnej przerwy. Kiedy Strauss schodzi z podium, sportowiec niosący pochodnię na ostatnim odcinku wbiega przez bramę wschodnią na stadion, przebiega po bieżni do bramy zachodniej i tam zapala wielki znicz olimpijski. Kolejny punkt programu ma również mocny, symboliczny wyraz: Spiridon Louis, zwycięzca maratonu podczas igrzysk w 1896 roku w Atenach, wręcza Hitlerowi gałązkę drzewa oliwnego z Olimpii. Na zakończenie ceremonii zostaje złożona przysięga olimpijska. Reprezentujący wszystkich sportowców niemiecki ciężarowiec Rudolf Ismayr wymawia formułę przysięgi, lecz dotyka przy tym chorągwi ze swastyką zamiast flagi olimpijskiej. Henri de Baillet-Latour jest oburzony tym pogwałceniem protokołu olimpijskiego, ale cóż może zrobić w tej sytuacji?
Ceremonia otwarcia igrzysk dobiega końca. Zanim Adolf Hitler o 18.16 opuści stadion, jako ostatni punkt programu rozbrzmiewa fragment Alleluja z oratorium Mesjasz Georga Friedricha Händla. Podczas gdy chór śpiewa "I będzie królować na wieki wieków! Alleluja! Król królów i Pan panów, królować będzie na wieki wieków, alleluja!", Józef Lipski, polski ambasador w Berlinie, stuka delikatnie Henriego de Baillet-Latoura w ramię i szepcze do niego: "Musimy być czujni wobec narodu, który potrafi tak doskonale organizować. W tym kraju mobilizacja będzie przebiegać równie gładko"20.
Także Stephana Tauschitza, austriackiego wysłannika w Berlinie, niepokoi uroczystość otwarcia igrzysk. Pisze do ministra spraw zagranicznych w Wiedniu:
Mieszkający w Berlinie były austriacki oficer, który [...] na stadionie usiadł z gośćmi z Austrii, przekazał mi, że w Niemczech rzadko widywał tak wielkich fanatyków jak pośród swoich rodaków, bowiem wykrzykiwane przez Austriaków, a w szczególności przez Austriaczki, Heil Hitler! i Sieg heil! nie były zwykłymi pozdrowieniami, lecz zamieniały się w ciąg chrapliwych wrzasków, które nie mogłyby być głośniejsze. [...] Starszy Wiedeńczyk, który siedział nieopodal mojego informatora, narzekał, że niestety nie zobaczył Hitlera, bo gdy ten się pojawił, mężczyzna zalał się łzami21.
Meldunek dzienny policji państwowej w Berlinie: Krawiec Walter Harf, ur. 3.12.1890, zamieszkały przy Lützowstraße 45, w związku z otwarciem igrzysk miał powiedzieć do swojej żony: "Teraz powinni dokonać podobnego zamachu na Führera jak na króla Anglii". W przypadku znalezienia wiarygodnych świadków tego zdarzenia poleci się aresztowanie Harfa.
Klub nocny Quartier Latin to miejsce spotkań śmietanki towarzyskiej. Leon Henri Dajou jest zawsze obecny, by powitać swoich eleganckich gości