Sukces w zbliżającej się kampanii, która zgodnie z planami stronnictwa wojennego miała ostatecznie rozwiązać
na płaszczyźnie militarnej problem ukraiński, mogła zapewnić jedynie silna armia zaciężna. Wprawdzie system obronny Rzeczypospolitej tworzyły oprócz wojsk zaciężnych
koronnych i litewskich również inne formacje, między
innymi pospolite ruszenie szlachty, wojska powiatowe
zaciągane na podstawie uchwał sejmików, wreszcie armie
prywatne magnatów, to jednak odgrywały one niewielką
rolę przede wszystkim ze względu na małą wartość bojową.
Dotyczy to zwłaszcza pospolitego ruszenia - milicji
szlacheckiej powoływanej do obrony kraju. Podstawą tej
średniowiecznej w swej istocie instytucji był obowiązek
obrony kraju z tytułu posiadanych dóbr ziemskich (obowiązywał więc również nieszlacheckich posiadaczy ziemskich) lub przynależności do stanu szlacheckiego.
Pospolite ruszenie miało organizację terytorialną z podziałem według województw, ziem i powiatów. Dowódcą
pospolitego ruszenia danej ziemi był z zasady kasztelan,
a gdy nie mógł pełnić tej funkcji, następny po nim urzędnik
ziemski - podkomorzy. Po podjęciu stosownej uchwały
sejmowej król ogłaszał pospolite ruszenie za pomocą wici
(pęki sznurów z wetkniętymi w nie uniwersałami królewskimi) rozwożonych przez komorników. Było ich trzy,
w dwutygodniowych odstępach. W dwóch pierwszych
ogłaszano gotowość, w trzecich podawano czas i miejsce
koncentracji lub termin stawienia się w obozie królewskim.
Po przybyciu na miejsce uczestników dzielono na chorągwie
konne i piesze według systemu przyjętego w wojskach
zaciężnych narodowego autoramentu[7].
Oddziały powiatowe powoływano na podstawie uchwał
sejmików szlacheckich, zazwyczaj na krótki czas, najczęściej podczas bezkrólewia lub w razie zniszczenia wojsk
państwowych. Zdarzyło się tak między innymi w roku
1648 po klęsce wojsk kwarcianych pod Żółtymi Wodami
i Korsuniem. To właśnie oddziały powiatowe wzmocnione
prywatnymi oddziałami magnatów - a nie jak się dość
powszechnie uważa pospolite ruszenie - uległy panice
pod Piławcami.
Armie prywatne mieli w tym okresie przede wszystkim
magnaci kresowi. Służyły one przede wszystkim do utrzymania spokoju i bezpieczeństwa w latyfundiach.
Liczebność wojsk prywatnych była różna. Na przykład
Jeremi Wiśniowiecki przed wybuchem powstania Chmielnickiego dysponował stałą armią liczącą około
1500-2000 ludzi z własną artylerią, a mógł zmobilizować
w razie potrzeby nawet 6000 żołnierzy. Podobną liczbę
wojska mógł wystawić Dominik Zasławski, ordynat na
Ostrogu i Dubnie, a Stanisław Lubomirski w swych
dobrach małopolskich i ruskich utrzymywał około 5000
żołnierzy.
Prywatnym wojskiem była de facto gwardia królewska.
Powstała z dawnych chorągwi nadwornych, została znacznie
rozbudowana za panowania Stefana Batorego. Gwardia
wyruszała zwykle na wojnę jako straż przyboczna monarchy, który na jej utrzymanie przeznaczał dochody ze
swoich dóbr stołowych.
Wartość bojowa prywatnych armii była różna, podobnie
jak stan dyscypliny. Pod Piławcami na przykład dowódcy
poszczególnych oddziałów bardzo często odmawiali wykonywania rozkazów naczelnego dowództwa. Sytuację najlepiej charakteryzowało powiedzenie, że "każdy panek to
hetmanek". Trzeba jednak przyznać, że większość prywatnych oddziałów była nieźle wyposażona i wyszkolona,
a ich właściciele dbali o sytuację materialną żołnierzy. Na
przykład Jeremi Wiśniowiecki płacił swym żołnierzom
żołd wyższy niż w armii koronnej.
W chwili wybuchu powstania Chmielnickiego (maj
1648) wojska koronne liczyły około 4000 ludzi, a litewskie
2000[8]. Na ich utrzymanie przeznaczano czwartą część
(czyli kwartę, stąd nazwa tego wojska - kwarciane)
czystego dochodu z dóbr królewskich dzierżawionych
przez szlachtę. Były to siły dalece niewystarczające,
zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę obszar państwa,
długość jego granic, a także liczbę ludności (około
12 000 000 w 1648).
Pierwsza połowa XVII w. to okres, kiedy w wielu
państwach europejskich pojawiają się stałe armie, utrzymywane również w czasie pokoju. Doświadczenia wojny
trzydziestoletniej przekonały bowiem władców, że lepiej
jest ponosić koszty utrzymania stałej armii niż uzależniać
się od niepewnych i służących temu, kto lepiej zapłaci
kondotierów lub werbować ad hoc oddziały, na których
wyszkolenie brak zazwyczaj czasu. W cesarstwie habsburskim na przykład zdecydowano się po zakończeniu
wojny trzydziestoletniej powołać stałą armię ustalając
jej liczebność w czasie pokoju na 35 000-40 000 żołnierzy. Jeszcze więcej, bo około 100 000 ludzi, liczyła
stała armia Francji (w czasie wojny powiększono ją
znacznie, okresowo aż do 400 000)[9]. Nawet mniejsza
obszarowo i ludnościowo od Rzeczypospolitej Szwecja
miała za czasów Karola Gustawa 60-tysięczną armię[10].
Utrzymanie armii wymagało odpowiednio dużych stałych
nakładów. W większości państw europejskich przeznaczano
na ten cel około 50-70 procent budżetu, były więc to
koszty znaczne, zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę
wysokość budżetów ówczesnych państw. Na przykład
budżet Francji (w przeliczeniu na ówczesne złote polskie)
zamykał się ogromną kwotą 360 000 000, Anglii
240 000 000, Turcji 180 000 000.
Budżet Rzeczypospolitej nie przekraczał w tym czasie
kwoty 12 000 000-15 000 000, a na wojsko państwo przeznaczało w okresach szczytowego wysiłku mobilizacyjnego
około 11 000 000-12 000 000 zł. Wprawdzie stanowiło to,
jak łatwo obliczyć, 90 procent budżetu państwa, jednak
były to kwoty o wiele niższe od przeznaczonych na ten cel
w rozwiniętych gospodarczo państwach Europy i dalece
niewystarczające w stosunku do potrzeb[11].
W czasie wojny wojska zaciężne Rzeczypospolitej powiększano powołując tzw. wojska suplementowe (uzupełniające) lub komputowe. Na ich utrzymanie przeznaczano
zazwyczaj dochody z akcyzy, ceł i podatków konsumpcyjnych. W sytuacjach ekstremalnych, wymagających pełnej
mobilizacji sił państwa, uchwalano nowe podatki, najczęściej poprzez podwyższanie stawek celnych, podymnego
(obciążał on wszystkie gospodarstwa wiejskie) oraz pogłównego płaconego przez całą ludność państwa w wysokości zależnej od zawodu i stanu majątkowego. Sejm 1649 r.
uchwalił ponadto tzw. hibernę, czyli "chleb zimowy",
płacony w gotówce z dóbr królewskich i duchownych
przeznaczonych uprzednio na leże zimowe dla wojska.
Wpływy z "hiberny" przeznaczano na utrzymanie wojska
(konkretnie jazdy) w okresie zimowym[12].
Wojsko zaciężne w Polsce dzieliło się na autorament
narodowy, obejmujący przede wszystkim kawalerię (poza
arkebuzerią i rajtarią) i autorament cudzoziemski, w skład
którego wchodziła piechota, dragonia, arkebuzeria i rajtaria.
W omawianym okresie różniły się one przede wszystkim
sposobem zaciągu i organizacją wewnętrzną.
Do autoramentu narodowego zaciągano systemem pocztów towarzyskich. Rotmistrz (dowódca chorągwi jazdy)
otrzymywał od króla tzw. list przypowiedni, który musiał
"oblatować", czyli zarejestrować w sądzie grodzkim okręgu
wyznaczonego na przeprowadzenie werbunku. Następnie
udawał się do okolicznych dworów szlacheckich, proponując służbę w swej chorągwi i obiecując w zamian, jak
informuje Szymon Starowolski w Eques Polonus, żołd
i specjalne "podarunki". Do obowiązków rotmistrza należało
również zaopatrywanie chorągwi w żywność do momentu
przybycia jej do obozu hetmańskiego lub opuszczenia
kraju, a w chorągwiach husarskich także wyposażenie
towarzyszy w kopie[13].
Szlachcic, który zgodził się rozpocząć służbę wojskową,
zaciągał z kolei swój poczet składający się w zależności od
rodzaju jazdy oraz zamożności towarzysza z dwóch, trzech
czasem więcej pocztowych i wraz z nimi udawał się na
punkt zborny chorągwi.
Chorągiew jazdy polskiego autoramentu składała się
zazwyczaj z 20-30 towarzyszy (szlachciców, przeważnie
osiadłych, posesjonatów) oraz ich pocztów. Siła pocztów
w połowie XVII w. ustalona została na maksimum trzy
konie. Liczebność chorągwi jazdy polskiego autoramentu
była więc różna i wahała się od 60 do 200 koni.
Najsilniejsze były chorągwie husarskie liczące zazwyczaj
od 100 do 200 koni (nawet w okresach pokojowych nie
mniej niż 80). Nazwa tej formacji (podobnie jak sama
formacja) pojawiła się w wojsku Rzeczypospolitej dopiero
w XVI stuleciu. Obecnie przeważa pogląd, że została
przejęta od Węgrów, natomiast Konstanty Górski wywodził
ją od serbskiego słowa "gusar" - rozbójnik. Miała zostać
sprowadzona do Polski przez Raców, czyli Serbów[14].
Podobny pogląd prezentuje w Encyklopedii staropolskiej
Zygmunt Gloger, który stwierdza, powołując się na Wacława Maciejewskiego, że nazwa "gusar", czyli husar, pojawia
się po raz pierwszy w prawach Duszana, cara serbskiego. Na
poparcie tezy o serbskim rodowodzie zarówno samej
formacji, jak i jej nazwy można by również przytoczyć
wzmiankę z Kroniki polskiej Joachima Bielskiego: "W roku
1503 przyjechawszy Aleksander z Litwy, złożył Sejm
w Lublinie, na którym uradzili służebne przyjąć i przyjęli
obyczajem rackim, z drzewy tarczami"[15].
Nie wnikając w szczegóły, i nie próbując rozstrzygać
tego problemu, warto jednak przypomnieć, że husaria
rzeczywiście pojawiła się w polskich wojskach zaciężnych już w pierwszych latach XVI w. Początkowo
zaliczała się do jazdy lżejszej (ciężką jazdą w tym
okresie byli zakuci w żelazo kopijnicy gravioris armaturae). Kopijnicy w wojsku polskim zniknęli pod
koniec XVI w., a ich miejsce (jako jazda najcięższa,
służąca do przełamywania szyków nieprzyjacielskich
czołowym natarciem) zajęli właśnie husarze wyposażeni
w bogate uzbrojenie ochronne.
Górną połowę ciała husarza chroniły zbroje składające
się przeważnie z napierśnika, obojczyków, naramienników i naplecznika. Na ręce nakładano karwasze
zakończone łapawicami. Biodra i górną część nóg
chroniły nabiodrki. Zbroje wykonywano najczęściej
z folg, czasem łączonych z kolczugą z metalowych
kółeczek. Były też w użyciu zbroje łuskowe, wykonane
z łusek żelaznych nitowanych na skórze (często podbitej
płótnem i obrzeżonej aksamitem), czyli karaceny. Były
one kosztowniejsze od zbroi folgowych, używali ich
więc najczęściej dowódcy.
Zbroję husarską uzupełniały skrzydła z listew drewnianych
(obciąganych aksamitem i obitych blachą miedzianą, ozdabianych szlachetnymi kamieniami), do których mocowano pióra
sokole, orle lub sępie. Na zbroje narzucano skóry, najczęściej
lampartów lub tygrysów. Głowę husarza chronił szyszak
żelazny z nakarczkiem, daszkiem, nosalem i policzkami[16].
Jako uzbrojenie zaczepne służyła husarzom długa 5-5,5
m kopia - wewnątrz próżna, opleciona z wierzchu
surowym rzemieniem i oblana smołą, zakończona żelaznym
ostrzem i proporczykiem w środku rozciętym o barwach
danej chorągwi. Ponadto husarze byli wyposażeni w nadziaki (młotki o ostrym końcu służące do przebijania
zbroi), koncerze, tj. proste długie miecze przeznaczone
wyłącznie do kłucia przeciwnika, szable, czekany i pistolety
(ewentualnie bandolety)[17].
Zbroje husarskie mimo częstych napomnień hetmańskich,
aby "rynsztunek i rząd usarski były od żelaza i rzemienia"[18] - bogato zdobiono i wykańczano miedzią, srebrem, a nierzadko również złotem. Była to więc jazda elitarna, w której
służyć mogli tylko najbogatsi. Nic więc dziwnego, że, jak
stwierdza Sebastian Cefali, sekretarz Jerzego Lubomirskiego,
nawet "[...] zasłużeni oficerowie, którzy dowodzili Kozakami
lub w innych doborowych pułkach, nie mają sobie za ujmę
służyć jako prości żołnierze w usarzach".
Typ jazdy średniozbrojnej reprezentowały w tym okresie
chorągwie kozackie, od 1676 r. nazywane pancernymi dla
odróżnienia od jazdy zaporoskiej. Była to również jazda,
wbrew swej nazwie, szlachecka. Wśród towarzystwa chorągwi kozackich przeważała średniozamożna szlachta, ale
nie brak też było nie szlachty, ewentualnie dopiero później
nobilitowanej za zasługi wojenne. Poczty w tych chorągwiach kozackich składały się natomiast w dużym procencie
z chłopów (choć nie brakowało również drobnej lub
zaściankowej szlachty)[19].
Uzbrojenie ochronne Kozaków (pancernych) stanowiła
kolczuga (najczęściej spleciona z kółek płaskich nitowanych
lub spawanych), misiurka z denkiem chroniącym czaszkę
i siatką żelazną opadającą na ramiona, karwasze oraz
tarcze (czasem kałkany pochodzenia tureckiego). Jako broń
zaczepna służyły im bandolety, para pistoletów, niekiedy
łuki, szable oraz krótkie dzidy (rohatyny). Wyposażenie
uzupełniała ładownica, pas i kołczan ze strzałami[20].
Łuki
były używane przez tę jazdę bardzo długo, nawet wówczas,
gdy w innych wojskach europejskich wyeliminowano je
zupełnie, ponieważ najlepiej godziły się z szykiem jazdy
polskiej i pozwalały razić nieprzyjaciela z tylnych szeregów,
co przy użyciu broni palnej było niemożliwe. Łuki były też
o wiele bardziej szybkostrzelne niż kusze, nie ustępowały
pod tym względem ówczesnej broni palnej[21].
Ciąg dalszy w wersji pełnej