Berek - Piotr Wielgucki

Kup ebooka

24.90 zł
20.67 zł (21,17 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Część I - Narodziny

1

Jesienią roku 1941 we wsi Czyszki i w chałupie Gdulów żyło się więcej spokojnie niż latem, gdy przyszła druga wojna z Niemcami. Dwa lata będzie jak ruska nastała niedola, ledwie miejscowe przywykły, a już przyszło żyć z nowym, niemieckim zmartwieniem. W czas wojen najgorsze czekanie, za którym idzie niepewne, jak tylko kończy się zgadywanie co dalej będzie, wszystko jaśniejszym się zdaje. Czekać na wojnę - źle, gdy wojna nadejdzie - tyle dobrego, że wiadomo jak żyć. Wrogom nie stawać przed oczami, mało mówić między swymi, do obcych całkiem się nie odzywać. Czas był ciężki - wojna szła za wojną, śmierci poszukać łatwo, wszędzie złe słowa, tam zabili, tu spalili. Po co? - nie wiadomo. Czasem kto słyszał, czyje podpalone i kogo już między żywymi nie znajdzie. Zabijali zewsząd i wszystkie: Niemcy, Ruskie, bandy i partyzantka. Nie było gdzie uciekać i sam Pan Bóg nie wiedział przed kim się chować. Całkiem obcy przegonili złych sąsiadów i wiele pokazywało, że po niedobrych gorsi nastali. Niemcy, z natury akuratni, nie targowali się nad sztukami, brali jak swoje całe połacie z gromadami, albo palili i mordowali bez wyjątku, gdzie dochodzić, kto winny, nazbyt wiele roboty kosztowało. Ku przestrodze płonęła wieś, aby inne znały w czym Niemcom szkodzić nie wolno. Gdy zawinił jeden - dziesięciu za niego oddawało życie, gdy nie posłuchało dziesięciu - cała wieś ginęła. Przez takie na oślep mordowanie święty mieli spokój od wszelkiego nieposłuszeństwa.

Groźnie się zrobiło po świecie, cudem Czyszki wojna krajem obchodziła: raz, że nie było czego w tej biedzie szukać, dwa, że tutejsze uciekali od każdej trwogi: żołnierzy i partyzantki. Jaki by do wsi nie przyszedł, z pustymi rękami nie chciał odchodzić. A czym się dzielić? Biedy nikomu do podziału nie potrzeba. Ludzie żyli schowani w chałupach, mało kto wiedział, w jakie imię silne zabijały słabych, tyle pewnego, że nic pewne nie jest. Początkiem bywało, że jedne przychodziły za obrońców, drugie za złodzieja, na koniec zewsząd brali, co w chałupie schowane. Każdy jeden, który nie ze wsi, za obcego był bandytę. Nic dla chłopa nie znaczyło, jakim sposobem z głodu zemrze: od grabieży wroga czy obrońców plądrowania. Z czasem biedę w Czyszkach tak rozdęło, że i wojnie nie chciało się tu zaglądać, nie było co grabić i do kogo strzelać. Zabić więcej sprawiało kłopotu, jak przynosiło pożytku. Dziwne były to losy, w samym środku pożogi jedna wieś na skraju stała i choć biednie, to spokojnie żyła. W każdej chałupie wiedzieli, że gdzieś dalej po sąsiedzkich zagrodach biją, palą i grabią, komu popadnie i gdzie złapią. Do miejscowych Pan Bóg śmierci nie dopuszczał, jak szła, to sama z siebie, zwyczajnie, w chorobie i ze starości.

Obejść w Czyszkach parędziesiąt, pośród nich chałupa Gdulów, inna niż wszystkie, najwięcej zadbana i gospodarna. W te czasy, między tutejszymi ludźmi i ze swoim strachem, po swojemu żyli, bywało, że na przekór. Gdzie ich chałupa, tam własne porządki. Nie podobało się ruskie i partyzanckie poniewieranie, za jeszcze gorsze mieli niemieckie mordowanie. Wiele zaszkodzić nie mogli, tyle się sprzeciwiali, że nie pomagali. Niemcy tym, co ich stronę trzymali, zezwalali żyć bezpiecznej, poniektórym z nędzy dawali wychodzić. Gdule bandytów nie głaskali i nie mieli poważania dla giętkich, co wrogom pomoc nieśli, tyle ich sprzeciwu, ale i od tego znośniej się robiło. Przez to się zdawało, że jak chcą, tak robią, a i drugie rzeczy bez strachów żyć pozwalały: dzieci nie było, bogactw żadnych, poza ziemią i skromnym przychówkiem. Wiele nie tracili, za to zyskiwali miarkę godności i swobody, i nie takim to nazywali imieniem, bo szkoły żadne nie kończyło. Dla nich nie słowa ważne, sami dla siebie byli najważniejsi. Niemców Gdule nie uznawali najwięcej. Czym popadło dławili groźby, co szły za karabinami. Ile umieli, w poprzek stali, nie znaczy, że ważyli się na czyny, za które jedna czekała kara. Groźne dopiero miało nadejść, ale o tym jeszcze nic wiedzieć nie mogli.

Przed wojną Jan Gdula pracował we młynie. Tam zarobił, że jedzenia nie brakowało i jeszcze udało się trochę grosza odłożyć. Wiele nie wpadło, ale za uskładane kupili ziemię, której starczało dla dwojga; i więcej by się wyżywiło, tylko Pan Bóg miał inne życzenie i dzieci nie ofiarował. Wśród biedoty podobne życie uchodziło za dostatnie, choć z dostatkiem mało co miało wspólnego. Wszyscy w Czyszkach szanowali Gdulów i to wiedzieli, że jak one chlebem się nie dzielą, nie ma za czym do innych chałup zachodzić. O takich rodzinach mówi się "dobre ludzie". Zdatna rodzina, ze swoim pomyślunkiem na skromne życie. Chłopskie małżeństwo, wszystko na miejscu, na co dzień i przy niedzieli.

Gdula był chłopem odważnym, postępowym da się rzec, nie lękał się roboty i nie bał mechaniki, sam lubił dłubać przy rozmaitych rzeczach, których tajemnice nie do końca pojmował. Mechanika zaprzątała mu głowę jak dziecku, co zajęte tym, jak zegarek ma w środku. Przez mechaniczne zainteresowanie we wsi uchodził za człowieka światłego i takiego co się zna. Mężczyzna nie można powiedzieć - malowany, za to wysoki, barczysty, silny i długi, mocny krok stawiał. Na twarzy pewny swego, za co by się nie brał - skończyć trzeba. Wszystko to razem mogło się podobać niejednej kobiecie. Już na pierwsze spojrzenie był za człowieka, na którym w każdej biedzie oprzeć się można. Ale nie taki znów dobrodziej, często powtarzał, że ludziom nie warto pomagać, bo szybciej sobie można zaszkodzić, lecz gdy znowu pomóc przyszło, jeden raz nie zdarzyło się odmówić. Jak mawiała Aniela, chłop musiał się nagadać swojego, potem robił za koleją, jak potrzeba, wbrew temu co wcześniej narzekał. Proste i wiejskie lubił myślenie, nie przepadał za miejskim dziwactwem, nawet i porządków w chałupie robić nie znosił. Brudu nie chciał, tylko jakimś dziwnym rad sposobem stać się miała czystość, sama z siebie. Sprzątanie złościło Gdulę okrutnie, może dlatego, że czasu było mu szkoda na robotę, co z niej chleba nie ma, a może przez to, że gdy Aniela w chałupie zamiatała, przeganiała męża najdalej. Chciał czystości i sprzątania nie znosił - cały Jan.

Inną była Aniela, od dziecka czysta, dbała o siebie i w domu zalatana, nie w żadnej chałupie, tak nie zezwalała mówić. Smród, bród, nędza i wszy gęsiego w chałupie maszerują; u niej - w domu - był porządek. Z urody surowa, mocna charakterem, trzeźwa twarz kobiety, która bez niczyjej pomocy da sobie z życiem radę. Z pozoru chłodna, poważna, smutna nawet, ale kto znał Gduli żonę, ten wiedział, że żartowanie z prześmiewkami to jej codzienność. Obśmiewała, że dopiekało, gdyby kto inny gadał, niejeden czułby się zmarnowany. Aniela tak dopiekała, że nie parzyło, tylko cieplej się robiło. Przeciwnie do męża, tęskniła za wszystkim z miasta dobrodziejstwem. Wyglądała rzeczy przydatnych w domu, które zawsze chłopu wadziły. Dla Jana za technikę był rower i parowóz, żelazko albo woda w chałupie, to już cudactwo. Z różnego patrzenia na świat co rusz dochodziło do sprzecznych rozmów. Oczywista mowy nie było w biednej chałupie żyć po miejsku bogato, ale samo głupie gadanie sprawiało, że Aniela kłóciła się z chłopem z samej przekory. Była za swoim w tym, co Jan uważał za niepotrzebne i o to najczęściej szły spory. Za to zgodna ze wszystkim, w jednej słusznej sprawie, że od ludzi trzeba z daleka. Wiele razy odwodziła chłopa, gdy jedno mówił, drugie robił:

- Nie trącaj się, nie twoje sprawy, niech sobie robio, co tam zechco, swoje mamy zmartwienia - tak słyszał, gdy głośno myślał, jak odpowiedzieć temu czy innemu, proszącemu pomocy lub rady.

Gdulowa nie ufała ludziom w słowach i w robieniu. Nie stroniła od sąsiadów, nie była zawzięta, ale przy swoim stała i z boku cudzego: "nie szła w kłopoty". Bardzo roztropna, niekiedy nazbyt ostrożna, prawie bojaźliwa, szorstka w gadaniu z mężem, jednak on wiedział, że jak już coś postanowione, będzie z nim zgodna i zajmie się wszystkim, jak najlepiej potrafi. Pasowali do siebie, małżeństwo z miłości i rozumu, takie, które mogło rozmawiać i kłócić się o wszystko, byle zawsze razem, o to nigdy sporu być nie mogło. Jedno obok drugiego zawsze żyli, wspólnie pilnowali i troszczyli się o dom. Co potrzeba rodzina miała, ile było, tyle starczyć musiało. Przed wojną żyli skromnie i spokojnie, nie martwili się o jutro. Nie gonili za bogactwem, uciekali przed biedą, tak żeby zawsze być pośrodku, bo z bogacza można płaszcz zedrzeć, a z biednego skórę. Dużo gorzej zrobiło się za Ruskiego, takich jak Gdulów nazywali kułakami i chcieli ziemię odebrać. Nie było jednak tak źle, żeby sobie nie radzić z kołchozem, ziemi pilnowali, kułakami nieprzejęci. Gdy przyszli Niemcy i część Ukraińców poszła za nimi, naszła najgorsza bieda. Brakowało wszystkiego po trochu, najwięcej drzewa na zimę, to przeszkadzało i nie dawało spokoju. Szkodzili źli Niemcy i ludzie we wsi niedobre, swoje, czy ukraińskie, bardziej złorzeczące niż życzliwe, od jednych i drugich Gdule stronili. Grzechem powiedzieć, że za takich samych mieli, prawdę powiedzieć, że tak samo pomijali. Z takimi przeszkodami jak Niemcy i ludzie żyć można, bez drzewa w zimę przetrwać trudno. Przyszło się mierzyć z nie lada zmartwieniem.

Gdy brali na siebie ważne zadania, albo gotowali na jaką biedę, zwykle wieczorem po robocie, długo rozmawiali. Często rzeczy były jasne: porąbać polana, uwiązać wiadro do studni, ale i tak gadali, taki mieli obyczaj, przemawiali każde zajęcie. Tym razem do obgadania rzecz poważna, trzeba do lasu pojechać i zabrać Niemcom drzewo. Nie kraść, tutejsze było, obcy Niemcy zaszli i nie swoje wzięli. Przed wojną Jan i Aniela nie poważyliby się na taki czyn, teraz nie mieli innej drogi i nawet wyjścia, w piecu musieli palić. Od czasu niemieckiej niewoli zapasy tajały, na nowe pieniędzy zbrakło. Tylko Niemcom można drzewo odebrać i żadne w tym bohaterstwo, ale ratunek przed zimą. Po prawdzie tak było, że lasu gajowy pilnował i ten był swój. Niemcy drzewa nie strzegli, żołnierskie mieli zajęcia, ale wojna była i wszystko pod strachem się robiło, choćby nawet prawdą nie było, że Niemiec lasu pilnuje, tych się Gdule bały, nie gajowego. Leśny do sądu ciągał, Niemcom same wyroki przychodziły. Bogiem a prawdą żadnego we wsi nie ubili, ale i w tym pocieszenia mało. Głowa, gdy przestraszona, rożne myśli podpowiada i niejedno zmyślone za prawdziwe się bierze. Jeszcze tej zimy pozostałym z dawnych lat palić się dało, ale oboje niespokojni byli, kiedy w domu brakowało, co być musiało. Sami nie wiedzieli, czy za podobne sięganie po tutejsze buki i brzozy zastrzelić mogli, czy tylko karali. I pewnie lepiej, że nie wiedzieli: przekonani o najwyższej karze, zaniechaliby koniecznej roboty. Rozmawiali jak trzeba, dłużej niż jeden wieczór, musieli długo rozmawiać, by czego głupiego nie zrobić, ale i kres słowom przyjść musi.

- Nie ma co wiency gadać, samemu pojadę i wszystko. Dwoje złapio, żadne drugiemu nie dopomoże. I Niemca kupisz, wredny, ale człowiek, jak inne ludzie. Ja tam nie powiem, że za buka zastrzelo. Za partyzantkę, szpiegowanie i co gorsze jeszcze, nie za drzewo. Mordować i palić pod dostatkiem, z Ruskimi wojujo, nie ma kiedy do lasu latać - Jan powiedział, co dawno było wiadome, tylko przegadania wymagało.

- Może i prawda, zawsze lepiej jak jedno w domu się zostanie. Raz, że Niemce, drugie, że i kto z wioski ogołoci, jak nie upilnujesz. Tak trza zrobić, tylko uważać musowo, mocno uważać. Mnie tam nikt nie powie, Niemce zabijo i za byle co, jak im się spodoba. - To samo od kilku dni powtarzała Aniela. Krótka rozmowa nie była świeżą poradą i nijaką nowiną dla obojga, co wieczór przypominali najważniejsze, aby wzajemnie w słusznym postanowieniu się wspierać.

- Tak, jutro z rana się pojedzie - oznajmił Jan, chłopa głosem, że nie zostawiał wiele do sprzeciwu.

- Jutro? - Aniela po kobiecemu zlękła się pośpiechu, miała nadzieję, że to nie ostatni wieczór jak planują i jutro znów sobie pogadają.

- Do dnia trza wstać, trza się kłaść, nie ma czego czekać, nic gadanie nie daje - Gdula sam czuł strach, ale bardziej bał się zwlekania niż postanowienia. Obmyślił dłużej nie męczyć siebie i Anieli.

- Jak tak, pora pod pierzynę, już pościeliła. - Żona też chciała mieć swoje małżeńskie słowo, choć nie tak ważne i niespodziewane jak jutrzejsze zabieranie Niemcom drzewa.

2

Kończył się październik, miesiąc przyjazny w tym roku - ani chłodno, ani mokro, znośnie. Jesień przyszła ciepła i łagodnie trwała. Jan wstał na długo nim słońce wzeszło, było przed piątą i za oknem ciemno, ale z tego żadna przeszkoda. Drogę do stajni znał na pamięć, tak samo do stodoły, wszystko, co miał zrobić, po omacku wiedział. Żadna sztuka kobyłę poprowadzić dla takiego gospodarza, który nie pierwszy raz przed świtem się zrywał, bywało, że w ziąb i słotę, nie tak jak dziś, choć nawet jeszcze słońce nie wstało. Baśka, posłuszne i poczciwe zwierzę, do tego nie bała się byle czego, szła ufnie, gdzie Jan prosił. Wdzięczna gospodarzom za dobre traktowanie nigdy krzywdy od nich nie zaznała, a przez las nie raz jeździła. Chwilę trwało, nim Gdula zaprzągł, pozamykał za sobą, po czym ruszył w stronę lasu. Aniela do tych obrządków ręki nie dokładała, wcześniej obgadali, że takiej potrzeby nie ma, lepiej po cichu wyjechać. Tam gdzie więcej ludzi, zaraz i hałasu niemało. Poza wszystkim żadnej pomocy nie potrzeba, bo i do czego.

Wóz jechał polną drogą prosto do drzewa, zbytnio nie skrzypiąc, ani Baśce trudu zadając, źle nie miała, droga sucha i ubita. Gdula rozglądał się po polach czy wszystkie kawałki już przeorane? Czy kto zaniedbał chłopa obowiązki? Martwił się każdym jednym ugorem, nie lubił marnotrawienia i bywało, że głośno do siebie mówił, jak ziemia skrzywdzona. Ostre powietrze szczypało nos, od czego zaraz czerwieniał, od wiatru łzy zaszły do oczu, pomimo tego, że kobyła lekkim stępem, nie galopem, wóz ciągnęła. Nie przeszkadzało Janowi nic, bez powietrza żyć nie mógł, wszystko, co w nim pachniało i gwizdało, było potrzebne, przyjemne jak mało które. Nic nie zawadzały łzy nachodzące i nos czerwony. Od lasu i pól wiało, najlepszy wiaterek, trzeźwił ciężko zaspanych i całkiem pijanego postawił na nogi. O tym Jan dumał, a o pola oraniu całkiem zapomniał, i z jakim jedzie zadaniem, ale i przez to szybciej na miejscu się znalazł, gdzie zaraz sobie co ważne przypomniał.

Do lasu wozem Gdula wjechał prędzej, niż planował; ucieszył się i do myślenia o drzewie przywrócił. Przed trudną robotą, jaka czekała, wolał, aby jeszcze ciemno było. Nie myślał przywieźć tyle, ile potrzeba, wyprawa bardziej na próbę, czy nie daj Boże jakich Niemców w lesie nie spotka. Nawet nie wziął ze sobą piły, tylko siekierę, tak sobie miarkował, że z piły gorzej się tłumaczyć. Zawsze jakiś konar na leśną drogę spaść może, na to siekiera potrzebna. Szeroka przecinka, którą znał więcej niż dobrze, zezwalała spokojnie się porozglądać za takim drzewem, jakie by się nadawało, nie trzeba nawet z wozu schodzić. Jedziesz i wszystko widać, tylko szukać powalonego, najlepiej, żeby niezbyt grube i przynajmniej kilka miesięcy niesprzątnięte. Bywało, że gajowy z robotą się nie obrabiał albo kto inny chciał wywieźć i spłoszony zwalone zostawiał. Świeżo ścięte do pieca niezdatne odleżeć musi, dopiero przeschnięte ciepło daje. Takiej okazji wypatrywał Gdula, rozglądając się na obie strony podzielone przecinką.

Leśna droga już nie taka dobra jak polna, doły i nawet gdzieniegdzie woda pod cieniem stoi, rozrzucone suche gałęzie trzaskały pod kołami. Wszystko sprawiło, że wozem huśtało, skrzypienie kół echem odbijało się po lesie. Jan dużo uważał, jechał wolno, by losu nie kusić hałasem, mimo ostrożności nie bardzo mu szło. Prawdę gadają, że kto w ciszy zechce się schować, każdy szept zdaje się jemu krzykiem, może i dlatego Janowi bardziej głośno było, niż rzeczywiście słyszał. Trzaski spod kół wadziły, nie dały posłuchać co się w lesie dzieje. Rozglądać się za drzewem nie najważniejsze zajęcie. Patrzeć czy kogo nie ma? Uważać czy kto nie idzie? Tego Jan pilnował najmocniej, odkąd wóz hałasował. Zmęczył się w końcu i przestraszył od samego słuchania, musiał odrobinę odsapnąć i strachy zagłuszyć. Skręcił w pierwszą poprzeczną dróżkę i zatrzymał kobyłę, zawinął lejce o kłonicę, oparł łokcie na kolanach. Szukanie spoczynku niewiele dawało, gdy wozem stanął każdy szmer się wciskał do uszu, każdy powiew wiatru, szum drzew i szelest krzaków. Za inne razy nie robiło żadnego przerażenia, zwyczajne lasu gadanie, za ten raz nie dawało spokoju, w głowie niemieckie straszyło drzewo.

Siedział dłuższą chwilę i sam sobie przygadywał, że nic złego się nie dzieje, że tak zawsze było i tak być musi, taki jest las. Nie mógł pomiędzy drzewami truchleć, osobno dla niego cisza sama makiem się nie zasieje. Ile zdołał, tak sobie tłumaczył i bliski był już trzeźwego myślenia, gdy za bukami trzasnęło więcej jak przedtem. Przetoczyło się po grzbiecie, zajrzało pod czapkę, przez uszy trafiło do głowy i dalej rozeszło się po ciele. Nie szmerek się toczył i nie szum, ale łamanie gałęziami, wyraźne, jakby kto nogą napierał. Jan słyszał kroki: parę razy postąpiło, potem cicho i znów szemranie. Pewny był, że trzaska i szeleści, kroki musiały być, w lepszym razie sarny, albo dzika, w najgorszym Niemca. Najgorszego zobaczyć strachał się najwięcej, a od lęku tracił myślenie i wszystkie moce do ruchu potrzebne. W pamięci przywrócić próbował, co sobie w domu obmyślił, jak będzie gadał, gdy złapią, ale na nic zdały się trudy. Nic nie pamiętał i w sile nie był się poruszyć. Skurczył grzbiet na wozie i sam nie poznawał gdzie jest, co tu robi, zapomniał wszystko, jak kamień zastygły się zrobił. Pogubił się ze wszystkimi myślami, całkiem bezwładny, czekał co najgorsze przyjdzie.

W krzakach znów się poruszyło, nie krokiem po gałęzi, ale za to z innym chlipaniem, jakby kto nosem zaciągał. Jeszcze więcej Jana spięło i paraliżem zdzieliło, nie dzik to chodzi i nie sarna, ale wiele groźniejszy zwierz - człowiek. Zmysły potracił, wspomniał Anielę, przed kuchnią stała spłakana, wszystko w rozumie sobie pomieszał, nie mógł poskładać i najprostszego. Za czym Niemiec ma w krzakach siedzieć i nosem żałośnie pociągać? Przecież nie chłopa Niemiec się lęka, ale chłop Niemca. Niezdolny był na jedną chwilę strach wstrzymać. Z głową na karku krótko do rozumu, ale nie rozum, tylko strach siedział pod czapką. Trzeci raz zatrzeszczało, jakby głośniej, i za wiele wszystkiego dla Jana się stało. Nikt nie wołał, o nic nie pytał, z samego trzaskania Gdula ręce podniósł do góry, poddał się, choć nie mógł wiedzieć komu. Zesztywniał na czas jakiś, w końcu ręce zemdlały i same opadły na kolana. Na tę jedną chwilę przyszło otrzeźwienie. Coś zaczęło do Jana dochodzić, nade wszystko, że dłuższą chwilę truchleje pod krzakiem i nikt z buczyny nie wyłazi. Sarna i dzik dawno by się spłoszyły, zresztą Baśka dzika czuła i zaraz dawała znać po sobie. - Niemiec w krzakach chował się nie będzie. Licho wie, co gdzie siedzi? - tyle pod strachem wymyślił. Starczyło, aby siły odzyskać i z miejsca się ruszyć. - Niech się dzieje, co ma być, trza wóz zawracać i do chałupy uciekać. Niech co chce siedzi pod krzakiem, stać do wieczora nie idzie - przemyślał raz drugi. Odwiązał lejce i tylko pociągnął, nie dając klaczy żadnej komendy, ta wiedziała, jak iść. W lewą stronę wóz poszedł łukiem miejsce zrobić, na wąskiej dróżce nie było pola na inne cofanie, trzeba najpierw w lewo, potem najmocniej jak się uda w prawo, między buki. Stamtąd nazad w brzozy po lewej i dopiero raz jeszcze całkiem na prawo. Tam buczyna pokazała się od drugiej strony... i żeby tyle... Odkryło się więcej, co za gałęziami nosem zaciąga i chlipie. Na taki widok nie wiedział Jan, czy odetchnąć ulgą niemałą, czy zdębieć więcej. Dziecko skulone siedziało, najwięcej dwanaście lat, chłopiec w przydługim płaszczu, w za dużych butach i mocno, prawie na oczy, zaciągnięty miał kaszkiet, jakby się w nim cały chował. Struchlały, jak Jan przed niedługim czasem, i tak samo niezdolny się ruszyć. Strach przykuł go do krzaków i tam zatrzymał. Widok całkiem niespodziany, ale od tego Jan w końcu odsapnął. W duchu podziękował Bogu i Anieli, że się na pewno za niego modliła, bo tu nie miejsce narzekać. Jeszcze przed chwilą żegnał się ze światem czekając Niemca z karabinem, teraz spotkał więcej od siebie zlęknionego, słabszego i niegroźnego. Czy niegroźny - miało się dopiero widzieć.

- Kto ty? Co za jeden? - pytał głośno, choć nie miał srogich zamiarów, nawet chciał być łagodny, dopiero jak powiedział, sam usłyszał, że krzyczy jak stójkowy albo i gorzej szorstko. Spytał jak starego, a tam przy buku skulony i spłakany siedział nieborak. Pomyślał się poprawić i zaraz dodał: - Nie bój się nic, samem się zląkł. Nie bój się.

Gdula podszedł bliżej, chłopiec nie ruszył się na pierwsze słowa i drgnąć nie chciał na drugie, siedział przykurczony z głową pomiędzy ramionami. Tak dziecko oczy zatyka i myśli, że wszystkim robi się ciemno, przez to nikt jego nie znajdzie. Jan nie wiedział, jak z dziećmi się obchodzić, chłodnym był mężczyzną rzadko pokazującym uczucia, nawet tym, których kochał szczerze. Napotkał dla siebie biedę i nie umiał się odszukać, nie miał głowy, jak zagadać, by choć imię wydobyć i nie przestraszyć dzieciaka. Zostało próbować takim sposobem, jaki się znajdzie.

- Pobłądził? Zgubił się? Co tobie je? Niemowa? Sierota? - postawił jeszcze jeden krok. - Głową kiwaj, jak gadać nie wiesz. Skąd ty tu? - pytał twardo i nic nie pomagało, żadnej odpowiedzi, nijakiej mowy, tylko milczenie z głową schowaną pomiędzy ramiona. - No, bracie, jak ty niemy i nieruchawy to ja ciebie samego zostawię. Widno podoba się tobie pod bukiem i ludzi nie potrzebujesz.

Nie na żarty słowa ruszyły chłopca. Przemógł strach może i nie tyle zmógł, jak zląkł się jeszcze więcej, że znów sam zostanie i będzie niemało gorzej. Na słowa Jana z miejsca podniósł głowę i pokazał się cały. Chuda twarz, brudne, łzami rozmazane policzki i proszenie pomocy, co w oczach miał napisane, a które prosto w Jana trafiło. Ratunku czekał, schronienia, ciepła, pewnie i jedzenia kilka dni nie widział, całą litanię Jan na twarzy znajdy przeczytał.

- Ludzke mowe poznajesz. Niech tobie bedzie, nie chcesz, nie mów, ale bodaj pokaż, co ja z tobą robić mam? Nie wiem kto ty, czyj ty? Gdzie twoja matka? Ojciec gdzie? Gdzie rodzina? Sam żeś jest? Kiwaj, co i jak - skończył przepytywanie, a chłopak, chcąc zatrzymać przy sobie ratunek, skinął na ostatnie pytanie z góry do dołu.

- Mówisz sam? Może i prawdę mówisz. Kto dziecko w lesie rzuca? Po reszcie i o to nie trudno. Podły czas i ludzie nie lepsze. Ale co mnie do ciebie, co ja tobie pomóc mogę? Akuratnie na mnie popaść musiało, ani ja żem się o ciebie modlił, ani żem twój wróg. Co ja mam z ciebie? - pochylił się nad nieszczęściem, lecz nie ważył się dotknąć, tylko stał przygięty, lepiej kiwanie chciał widzieć.

Słychać było, że Gduli skotłowało myśli, szukał wyjścia z niedoli, której sobie całkiem nie życzył. Spadło na niego takie, że ze wszystkim nie był gotowy i teraz za pierwsze chciał uciekać od biedy. Dla Jana w krzakach siedziało strapienie, ale też wiedział, że nie może dziecka w lesie zostawić, choć już przeczuwał Anieli gadanie, żeby się nie pchać w kłopoty i nie wtrącać, gdzie cudze. Po dwóch stronach różne racje, tyle z tego zostaje, że jak się dobrze przyjrzeć, nie ma czego dumać. Za drzewem zziębnięty sierota przestraszony, szuka ratunku. Co by Aniela nie chciała, dziecka w potrzebie zostawić nie wolno. Pochylił się więcej i pomógł chłopakowi wstać. Gdula, chłopisko rosłe i niezgrabne, jednak podniósł tyle delikatnie, że dzieciak nie próbował się sprzeciwiać, ufnie dał sobie pomóc.

- No, pójdziem, co ma być niech je. Sam się nie zostaniesz i wiency ja od ciebie nie wyszarpie. Zagrzejesz się, zjesz, strach pójdzie precz, to i mowę tobie wróci - pocieszył spokojnie, jak na Jana to i delikatnie nawet, w każdym razie z troską w głosie. Chłopiec według przykazań wykonał polecenia z wdzięczności, ze zmęczenia, i też z nadzieją na ratunek. Wsiadł na wóz obok wybawiciela i dał się okryć płachtą, która wcześniej przykrywała siekierę. Gdula drzewa nie urąbał, nie dbał już nawet i o to czy Niemcy przyjdą, tak był zajęty świeżym zmartwieniem i tak mu strach odtajał, że zupełnie utracił ostrożność. Wycofał wóz i pogonił kobyłę głośnym "wie!". Teraz jak najszybciej chciał zawieźć kłopot do domu, we dwoje prędzej da się zaradzić.

Na niebie i w lesie powoli zaczynało świtać. Buki z brzozami parowały rosą, pomiędzy gałęzie przepuszczały słońce. Z rąbania nic, trzeba było się uporać z niespodziewanym strapieniem. Przez całą drogę myślał, jak się Anieli tłumaczyć będzie i co ona na wszystko powie? Żony się nie bał, on w domu rządził, ale uważał jej zdanie i na własny użytek miał takie przeświadczenie, że jak co powie, tak zwykle na jej wychodzi. Przez skórę czuł, że tego żona nie pochwali, żeby nie wojna, co innego, ale w taki czas przywozić do domu trzecią gębę do michy było głupim. Z grubsza podobnych słów się spodziewał, znał Anielę na wyrywki i wiedział, że takie jak wiezie, nie pójdzie mu na płasko. Baśka lepszym kłusem wracała, dawno takiego ruchu gospodarz nie zadawał. Całą drogę w milczeniu przejechali. Gdula miał pełną głowę, układał rozmówienie z żoną, chłopak zlękniony milczał jak wyuczony, czekał co go spotka. Na razie źle nie było, pomimo ciepłej jesieni nocą chłód dał się we znaki, teraz mógł się okryć i liczyć, że wkrótce coś zje, jak wcześniej słyszał. Chyba mocniej niż ziąb dokuczał pusty od kilku dni żołądek. Myślał Jan dobrze sprawę rozegrać, a o swoje martwił się znajda. Co go czeka od tego człowieka, dokąd jedzie? Czy to ratunek, czy może przystanek w niedoli? Razem siedzieli na wozie i nic nie wiedzieli, jaka ich przywita najbliższa godzina, obaj odgadywali co dalej.

Ze dwa razy szybciej wóz wracał do domu niż wcześniej toczył się w las. Jan nie dbał by cicho było, ani czy go kto zobaczy, nieostrożnie się śpieszył, prawie że bez głowy. Mało pomyślał i przez to źle robił. Starczyło, że nic nie urąbał, z samą siekierą jeździć żadna zbrodnia, a gdy na drogę wyjechał, czuł się już całkiem bezpieczny. Nawet i w lesie nie przejmował się niczym, tylko tym jednym, żeby już pod stodołę zajechać. Zapomniał, że większe od drzewa wiezie niebezpieczeństwo. Słońce poszło w górę i wieś zbudziła się do swoich zajęć, ale po drodze nikogo nie spotkał, tak się Gduli zdawało - niewiele w tym pewności. Pól po żniwach zoranych też nie zobaczył, znaczyło, że nic nie widział i taki był przejęty drugimi sprawami. Coraz bliżej chałupy koła turkotały, aż w końcu z drogi dało się widzieć dym z komina, to Aniela w chałupie już się krzątała i ścigała domowe roboty.

3

Zajechali na podwórze, Gdula lżej oddychał, ale niczego pewny być nie mógł, tym się cieszył, że o jedno bliżej. Dobrze, że już nie w lesie, ale pod stodołą, reszta poskładać się musi.

- Siedź, pokąd wyprzęgnę, potem zajdziemy do chałupy - przekazał dobrą nowinę i ta z razu chłopaka ucieszyła, tęsknił za domem i nawet, jeśli nie jego był i niechby chałupa się nazywa, czuł się lepiej z tym, co usłyszał. Zanim Gdula uporał się z wyprzęganiem, do stodoły przybiegła Aniela. Wypatrywała powrotu od chwili, gdy przez okno męża żegnała, teraz widziała, że na pusto, bez drzewa, wraca i nie mogła zobaczyć, kogo jeszcze ze sobą przywiózł. Dopatrzyła, że sam nie jedzie i zlękła się widoku nie na żarty. Przy stodole wszystko stało się jasne, znaczy tyle, że Jan z dzieckiem przyjechał. Po co? Dlaczego? Czyje? Nie umiała odgadnąć. Już język świerzbił, ale widziała, że się chłop uwija, głową kręci, aby nic nie mówić, dlatego stała posłusznie. Nieruchomo czekała, aż się nadarzy sposobność rozplątać tajemnicę. Jak tylko Jan zaprowadził Baśkę do stajni, chwycił za rękę chłopaka i we trzy szybkim marszem poszli do chałupy. Ledwie zamknęły się drzwi od sieni, już Aniela szykowała się do ciężkiej mowy, ale gospodarz nie dał możności, poprowadził gościa po chrześcijańsku do większej izby.

- Bier ty jego i sadzaj koło pieca. Zmarznięty i brudny ogromnie, trza by jego wymyć. Zachodź do kuchni, ja beczkę ze sieni przyniese - dzięki rozporządzeniu Jan odwlókł żony gadanie.

Aniela popatrzyła na znajdę i bez słowa przyznała rację, za pierwsze trzeba myć, śmierdział i czarny był jak święta ziemia. Przy tym wszystkim zapomniała, co on w chałupie robi. Gdule byli nauczeni, że najpierw robota, potem gadanie. Przyzwyczajenie zaważyło, że żona posłusznie wykonała męża postanowione i poprowadziła znajdę do kuchni. Za chwilę do izby wrócił gospodarz z balią dużą na tyle, że i stary prawie się mieścił, dziecko mogło całe się schować.

- Dopiero rozpaliła, godzina nie bedzie. Woda zimna, potrzebno czekać - wyjaśniła zawczasu.

Pierwsze słowa ucieszyły Gdulę, Aniela zajęła się chłopcem, nie próżnym rozprawianiem, ale za wcześnie Gdula się pozbył zmartwienia i zaraz karę dostał:

- Kogo ty sprowadził? Kto on je? Czego nic nie gada?! Czy ty zgłupiał, cudze dziecko do domu gnać?! Tera w lesie dzieci rosno? - nakrzyczała po swojemu. Jan zapłacił za pośpiech, z lepszej strony miał już za sobą najgorsze, bo pierwsze gadanie; w duchu przyznał, że wcale nie tak źle poszło.

- Takie czasy, dzieci w lesie rosno. Sam je, chyba, że sierota. Mnie skąd wiedzieć? Nie gada, tyle, że kiwa, co nakiwał, niby sam je. I ty by dziecka w lesie nie zostawiła - ostatnim słowem podzielił się kłopotem, co sam go znalazł, ale nie tak łatwo Anielę do spółki wciągnąć.

- Ty mnie do swego nie plątaj, do lasu jadę, drzewa szukam! Cudze do domu sprowadzać? Skąd ty znasz, że sam? Ze strachu i zimna jemu głowa lata. Bóg wie, co ty pytał i co on gdzie kiwał? - denerwowała się i nerwy rękami odpędzała, machała niemało, aż Jan pomyślał, że sierotę przestraszy. Głos żony krzyczał mocno i wiele, ale znał mąż Anielę w pół słowa i w pół grymasu. W tym głosie nie było złości, że chłop, co musiał, zrobił. Było krzyczenie, że nie byle jakie strapienie w domu zamieszka.

- Krzycz, krzycz! Takaś mądra?! Sama jego pytaj! Kto dziecko luzem zostawi? I Niemiec niektóry weźmie, a ty się drzesz, choć wiesz, że nie ma czego. Nie ma co myśleć, czego się nie wie. Trza robić, co się wie, że się należy zrobić.

Za odpowiedź usłyszała, że sama powinna sumienia pilnować, takie myślenie nie mogło się podobać i nie spodobało, chociaż wcale ładnie Jan swoje słowa pozbierał.

- Filozuf! Już ja znam, za czym się drzyć! I ty znasz, ale głupiego strugasz. Pod kuchnio kładź, niech się woda grzeje. A ty bedziesz gadał, coś za jeden, bo jak nie, sama do lasu powieze! - Kobieta krzyknęła i chłopak zaraz zwiesił głowę, po drodze patrząc w oczy Janowi, u niego szukał ratunku.

- Kogo nie bądź do lasu wozić nie trza, nie strasz jego, on i tak zaledwie stoi - znów się żonie od chłopa uzbierało.

- Głodny, temu ledwo stoi. Bierz miskę z mydłem, w sieni stoi. Po rencach i głowie jako bądź pochlapać się może. Kłaść trza na kuchnię, co z wczorajszego obiadu się zostało, chude to jak Jezusik - znów machnęła rękami. Powoli oswajała się z nowym, nie godziła się, ale wiedziała, że racja po męża stronie. Dziecko trzeba odratować, gdyby nie, Pan Bóg nie daruje.

- Barszcz i kartofle bedziesz jadł? - spytała bez nadziei, że co odpowie, chciała chociaż po twarzy poznać, co chłopak na to. Chude policzki i mokre oczy powiedziały bez namysłu, że jadł będzie wszystko, co się nada, byle żołądek zapełnić i takie, że się nada by zjadł. Pokiwał i zaraz zwiesił głowę. Jan wrócił z sieni, przyniósł co potrzeba, za szarym mydłem sięgnął i razem z miską postawił na stole.

- Tu chodź! Chlap się bodaj po wierzchu, zjesz co i potem na większe mycie się przyjdzie. Łachmany musowo zedrzeć, ale co dali robić? - Wszystkie polecenia chłopiec wykonał natychmiast.

- Z łachami robić?! Spalić wiency nic! Tego nie dopierze, a i prać nie ma co, Matke Boske się widać - Aniela odpowiedziała jakby słowa wszem wobec kierowała, nie akuratnie do chłopa, tym bardziej do obcego dziecka.

Chłopak mył się szybko i dokładnie, widać sam tęsknił za czystością, chciał zrzucić z siebie smród, co nim przesiąkło obszarpane ubranie. Pewnie w tym pośpiechu, ale i dokładności, myślał o jedzeniu. Jak się dobrze i szybko wymyje, prędzej będzie mógł się najeść. Aniela przesunęła garnki z ziemniakami i barszczem w sam środek pieca, pod którym już się dobrze paliło. Pierwsze od kilku dni jedzenie grzało się na kuchni, a chłopak, co twarz obmywał, zerkał w tamtą stronę, gdzie parowało i pachniało. Gdulowa przyuważyła wąchanie, zaczęła więcej po garnkach zaglądać, choć od mieszania jeszcze nic się nikomu prędzej nie zagrzało. Bardziej chciała chłopcu pokazać, że już niedługo będzie, niż garczkom pomóc. Skończyło się mycie, wytarł twarz, po czym poskładał i odwiesił na ławie białe do prześcieradła podobne płótno. Bardzo się to spodobało Anieli, zobaczyła, że do czystości jest taki jak ona, trzyma porządek. Teraz Jan zrobił, co do niego należało, chwycił miskę i poszedł przez sień, by przed chałupą brudną wylać wodę. Takie nieczystości, co z mycia się brały, zwykle za progiem wylewano i nawet czysta gospodyni z tej przyczyny krzyku nie podnosiła. W końcu w garnkach zaczęło silniej parować barszczem i skwierczeć omaszczonymi słoniną kartoflami. Nie całkiem się wszystko przygrzało, jednak gospodyni obmyśliła, że lepiej niech dzieciak letnie je, jak ma się męczyć czekaniem na gorące.

- No, siadaj do dużego stoła, zera dostaniesz - nawet nie popatrzyła na chłopaka, ale po chwili obróciła się, żeby sprawdzić co zrobił. Czy wie co duży stół? Skoro nie gadał, może całkiem głupi? Usiadł posłusznie, ucieszył Anielę, że nie taki niemota wcale. Żywo nałożyła jedzenia do misek - osobno barszcz, osobno kartofle - tak jak zawsze z Janem jedli. Postawiła michy przed głodnym i szybko się spostrzegła, że nie przyniosła łyżki. Doniosła, co potrzebne, usiadła przy stole, przy którym i Jan już miejsce zajął. Oboje siedzieli na ławie od ściany, bokiem do chłopca co na krześle sobie wybrał miejsce. Gdule tak się pomieścili, że po miskach wprost nie patrzyli, tylko kątem oka zerkali jak smakuje. Chłopak rzucił się na jedzenie, ale wcześniej popatrzył po naczyniach i od razu wybrał tam, gdzie barszcz. Kartofli z omastą nie ruszał, widać było, że barszcz mu smakował, nie wiedzieć czemu drugiego nawet nie spróbował.

- Czego kartofli nie je? Barszczem się nie nachlipie! Jedz, dobre, omaszczone - gospodyni bliżej podsunęła michę i patrzyła co się stanie, lecz nic się stać nie chciało, chłopak dalej łapczywie połykał barszcz, innego nie chciał ruszać. Gdulowa zachęcała do jedzenia, z drugiej strony zachodziła w głowę: "czego dzieciak kartofli nie tknie?" W końcu nie wytrzymała i podeszła do niewdzięcznika, zerknęła w naczynie czy nie brudne? Czy mucha nie wpadła, albo co innego? Nic takiego nie znalazła. Chłopiec przestraszył się przeglądania i jeszcze szybciej barszcz zaczął siorbać.

- Miska czysta. Tobie tak się jeść chce, że ty kartofli nie ruszył! Próbuj chociaż! Barszczem się nie najesz, napijesz tylko. Może tobie do barszczu wsypać? I tak jedzo - chciała wrzucić, ale zobaczyła, że głodny rękami zupę nakrył, dając znaki, że to je, co mu smakuje, drugiego nie chce. - A jedz, co chcesz, widno taki ty głodny - zeźliła się nie na żarty, nie lubiła marudzenia na swoje gotowanie, jak każda gospodyni. Słowa Anieli przeczyły temu, co się przy stole działo, zupa znikała w takim pośpiechu, że i chłopu ciężko byłoby dorównać.

- Jemu coś nie bardzo te kartofli. Dziwne je, może od małego nie lubi, abo co? Mówisz, niegłodny? Mnie się widzi, że on i garczek przechyli, tylko z kartoflami się zaparł. Daj jemu pajdę chleba z masłem, bo mało bedzie - powiedział do żony i na potwierdzenie słów pokiwał głową. Chłopak od razu na krześle się podniósł i oczami podziękował, że Jan trafił we wszystko, o czym teraz marzył.

- Angielski jaki? Kartofli jego kłujo? Chleba mu rób! No, niech i tak bedzie, ja zobacze, czy on zje tego chleba, takich cudów jeszczem nie widziała - odtrącenie z omastą jedzenia nie dawało Anieli spokoju. Dziwne było dla niej przyzwyczajenie, niepojęte. Z tego wszystkiego poszła do kuchni kroić, sama ciekawa, co dalej będzie. Przyniosła sporą pajdę, grubo posmarowaną masłem i posypaną solą. Chłopiec wziął chleb prosto z ręki i pokiwał dwa razy czupryną, co miało znaczyć, że więcej niż bardzo dziękuje.

- A widzisz, głodny i nie przykrzy na jedzenie. Kartofli czegoś nie lubi i tyle jego, może za to, że całe, niepoduszone. Pewnie z miasta je, w mieście tak się barszczu nie je - jak majster od gotowania zauważył Jan.

- Ino jak? Jak nie tak? - zezłościła się Aniela.

- A tak, że do barszczu krojo jak w inne zupę - Jan mówił swoje, Aniela się denerwowała, że jej, gospodyni, chłop objaśnia, jak gotować.

- Kucharka się naszła, może i on ze samego Lwowa być, a miskę z barszczem zastawił, jak mu chciała kartofli rzucić - przypomniała niedawne wydarzenie.

- Bo niekrojone byli - ledwie Gdula powiedział, już poznał, że ten raz za dużo mu się wyrwało, że nie ma się czego przy swoim upierać. Wystarczyło za wszystkie słowa jedno spojrzenie Anieli. Zrozumiał, że zbytecznie drażnić żonę, sam widział, że trudno zgadnąć jaka przyczyna w tym odtrącaniu jedzenia. Chłopiec prawie nie słyszał rozmowy gospodarzy, głód przeganiał i nic więcej go nie obchodziło. Zjadł barszcz do ostatniej kropli i gdy kończył, Gdule zobaczyły następne cuda. Dzieciak miskę nie na siebie, tylko od siebie wychylał, mimo dziwactwa tak sprawnie łyżką machał, że bez trudu się uporał z resztką na dnie. Skończył, odsunął naczynie i wziął się za ostatni kawałek chleba, wtedy Jan poprosił Anielę o drugą pajdę i kubek ciepłego mleka, bo nie masz grzechu większego niż dziecko głodnym zostawić. Sam w tym czasie powynosił ze stołu, żeby nie wyglądało, że tylko rozkazy wydaje.

Gdule w kuchni szeptem radzili, co dalej robić. Głodny sierota, przy ostatnich kęsach chleba i łykach mleka, w końcu poczuł się syty, ale i tak połknął wszystko do ostatniego okruszka. Podniósł się, zaniósł kubek do kuchni i postawił gdzie inne brudne naczynia. Obyczaje gospodarzy podpatrzył i tak się za jedzenie z opieką odwdzięczał. Grzeczny uczynek takie samo dał zadowolenie Anieli i Janowi. Popatrzyli po sobie zgodnie, oczami przyznali, że dobrze się chłopak sprawuje. Grzeczny i posłuszny, jak rzadko który.

- Pomacaj wodę czy ciepła? - Aniela zawołał na męża i zrazu dostała odpowiedź, jak tylko chłop włożył palec do wody.

- Nie całkiem gorąca, ale po mojemu bedzie, tylko zimnej nie potrzebno dolewać. Wody po sam brzeg, starczy jaka je. Potem świeże się nastawi - powiedział spokojnie.

- Jak tak, lej co je, a beczke w druge izbę się poniesie.

Jan zrobił, jak nakazała żona - razem wynieśli balię do drugiego pomieszczenia. Aniela jeszcze raz sama macała, jaka woda; gdy zobaczyła, że wszystko w porządku, wróciła za mydłem i czym do wytarcia.

- Coś trza do ubrania uszykować - przytomnie wspomniał Gdula.

- Ta czego za mną polazł, idź, poszukaj jemu jake koszuli... i spodni. Pokąd co, tak się trza ratować - skarciła męża za próżne gadanie. Gdy Jan się sprawił z zadaniem, zaraz Aniela nakazała brudnemu się rozbierać i wchodzić do wody po szyję. Przedtem przymknęła drzwi i sama wyszła przykazując jak trzeba:

- Porozbierasz się, łachmany za drzwi rzuć.

Chwili nie trwało i przesiąknięte smrodem ubranie wyleciało przez uchylone drzwi. Aniela bez namysłu zaniosła smród do sieni. Za drzwiami chlupało i chlustało, chłopiec szorował się od stóp do głów, Gdule cierpliwie czekały aż skończy. Wcale im nie zależało, żeby się szybko wymył, lepiej niech się szoruje, jak Pan Bóg przykazał. Siedzieli w milczeniu i nasłuchiwali, co się za drzwiami dzieje, a po dużej izbie się rozglądali, każde w swoje kąty.

Dom Gdulów poskładany z kilku części i każda miała swoje domowe imię. Dużą izbę, w której pomieścić musiało się wszystko, nazwano prosto - izbą. A w niej wielki piec, jakiego we wsi całej nie było, niby taki, jak gdzie indziej stały, ale na inną modłę zrobiony, bardziej z niemiecka. Przy piecu ogrzać się można, wyspać, coś ugotować, upiec chleb i w osobnej komorze trzymać ciepłą wodę - to właśnie było inne niż wszędzie. Gdzie piec, stały i wisiały rozmaite drewniane półki i półeczki, ozdobione naczyniami, do tego stół i przy stole ława, po bokach dwa krzesła. W tym miejscu Aniela trzymała też do gotowania potrzebne narzędzia: maślnicę, chochle, garnki, kociołki i niecki do chlebowego ciasta. Wszystko razem nazywało się kuchnią i choć z pozoru zdawać się może, że w pomieszaniu nic do siebie nie pasowało, potrzebną było całością i od reszty oddzielało przy garczkach robotę. Co w kuchni stoi, wszystko ma być i na swoim miejscu, tak mówiła Aniela, gdy Jan gubił się w jej porządkach. Reszta i dalej od pieca zajęta przez drugie sprzęty. Duży stół pośrodku izby jeśli patrzeć na długość, na szerokość bliżej okna. Do stołu dosunięte dwie ławy, czasem Aniela dostawiała krzesła z kuchni, jak przychodzili ważniejsi goście. Na podłodze nie było desek, o takim luksusie myślała Aniela, ale na glinianym klepisku skończyły się marzenia i tak we wsi wszystkie po chałupach mieli. Przy ścianach stały łóżka z pierzynami, po jednym dla każdego. Nie przez to, że małżeństwo skłócone, tylko z wygody - każde wolało się wyspać po swojemu. Jedno z tych dziwactw, co to różniło Gdulów od wsi, gdzie wszyscy żyli po normalnemu, co najczęściej markotnie znaczyło. Bliżej stołu niż pieca wisiała naftowa lampa; zwyczajnie po chałupach lampę stawiono na stole, Aniela uparła się, by u nich było jak w mieście, gdzie z prądem lampy świeciły pod powałą. Jan psioczył na takie głupoty, w końcu zmęczony żony gadaniem, zgodził się i przywiesił, gdzie nakazano. Zgodził się i dlatego, że Aniela przyzwoliła na ścienny zegar, który Gdula wypatrzył jednego razu na targu, w czasie, gdy we młynie zarabiał. Choć zegar popsuty był, Jan kupił go za pół ceny, a z pomocą kowala tyle się udało oporządzić mechanizm, że jako tako godzinę pokazywał. Podniszczony był, można powiedzieć paskudny, tak Aniela mówiła, ale nie to dla Gduli ważne. Wszystkiemu, co miało trybiki i się poruszało, poświęcał wiele uwagi, nazywał to wszystko mechanizacją. Mógł przy zegarze siedzieć i dłubać całymi dniami, aż po noce, zwłaszcza zimą, kiedy nic lepszego do roboty nie było. Zegar, wisząca lampa, piec z ciepłą wodą, razem takie rzeczy, jakich we wsi nie było i do Gdulów pasowały, bo one też od wsi różne.

Tak wyglądało najważniejsze miejsce w domu Anieli, który Janowi często zdarzało się chałupą nazywać, jak drugą izbę - drugą chałupą. Z większej do mniejszej przejść się dało, a tam wszystkie drogie rzeczy, za drzwiami z haczykiem, zamykano. Dobrze schowane cztery porcelanowe talerze, co je Aniela uprosiła u męża jeszcze przed wojną i jak tylko się pożenili. Do talerzy, żeby pasowało, cztery filiżanki, całkiem z innego kompletu, jednak tak samo dla Gdulowej piękne. W trzydrzwiowej szafie ze świątecznymi ubraniami chowano skromne pieniądze. Ubrania wisiały nie jak we wsi, po skrzyniach rzucone, ale i skrzyni u Gdulów nie brakowało, w niej drobiazgi, chusty, obrusy, korale. Większe cuda wedle potrzeby poskładane, niektóre Jan przestawiał co rusz i złościł Anielę. Przesuwał kołowrotek, co się w nim dawno wrzeciono nie kręciło, bo za nim inna niezdatna mechanizacja, pozytywką nazwana, albo inaczej - grająca skrzynka. Na ścianach święte obrazy kupione od tych, które chodziły po wsi, monidło młodych, rzecz tak samo święta, wszak na całe życie i przed Bogiem małżeństwo przysięga. Druga chałupa była nieużywaną tajemnicą - odświętna izba, odmykana, gdy wyjątkowa nadarzała się okazja. Nikt tam nie mieszkał i cięgiem nie przesiadywał, częściej przechodził, bo stąd schodami na strych się idzie, gdzie mąka, słonina, cebula i kasze rozmaite. Za ostatnią część domu, chociaż pierwszą za koleją, gdy od wejścia liczyć, była sień. Duża, bo w niej ogrom rzeczy: miski, balie, długa solidna ława, beczka z kiszoną kapustą, wiadra z czystą wodą i z brudami, wszystko tak poukładane, że nie przeszkadzało sobie. Każdy kąt miał swoje zadanie i bezpieczną odległość z drugimi rzeczami. Wiadra na brudy z dala od beczki z kapustą, miski, balie, czysta woda razem po drugiej stronie. W sieni był porządek, niczym nie śmierdziało, ani nawet kiszoną kapustą, beczka zawsze szczelnie zakryta. Czuć było świeżą glinę, którą gospodyni zaciągała podłogę, i wapno na wybielonych przez gospodarza ścianach. Na sieni dom się kończył, stąd drzwiami wchodziło się do stajni złączonej z chałupą. Dobytku niewiele, jedna kobyła Baśka, krowa, parę świń, kilkanaście gęsi i kury porozsadzane na grzędach.

I to już wszystko, cała chałupa Jana i cały dom Anieli widziany od środka. Na zewnątrz obejście niczym się nie różniło od innej wiejskiej zagrody, może tym, że zawsze posprzątane dookoła i ściany wybielone co drugi rok. Gdula takie terminy uważał za zbyteczne dziwactwo i tylko dla spokoju bielił. Dalej od domu, na obszernym podwórzu, stała studnia, obok niej kierat do młócenia - taki we wsi był tylko jeden. Dookoła rosło kilka starych drzew i świeżo zaszczepione, owocowe, jeszcze patyczki. Zaraz przy gospodarstwie leżał większy kawałek ornego pola, więcej jak dwie morgi, podzielone na dwa mniejsze kawałki. Na zmianę sadzono ziemniaki i siano żyto, mąki i kartofli w domu zabraknąć nie mogło. Ziemia rodziła jak żadna, nie tylko dla tej jednej wsi, ale jak okiem sięgnąć: wszędzie czarna i urodzajna. Pola Gdule mieli więcej, ale co najbardziej potrzebne, chcieli mieć blisko domu. W bok od zagonów Jan postawił dużą stodołę, gdzie chowano słomę i siano dla zwierząt, a czasami porąbane szczapy, gdy się nie pomieściło na swoim miejscu przy chałupie. W całym obejściu dla Anieli najważniejsze pole, tu miała swój kawałek z warzywami i kwiatami. Dla Jana święta stodoła, gdzie psuł i naprawiał, co wpadło i wypadało z rąk.

Bez słowa oboje siedzieli, patrząc po wszystkich kątach i przez okno na podwórze, ale i ucha do drugiej izby przykładali, bo i dłużyć się zaczynało. Z czekania i milczenia pierwsza wyrwała się Aniela:

- Tera gadaj, co z nim myślisz robić? - spojrzała na męża i czekała na akuratną odpowiedź. Gdula nie zdążył słowa powiedzieć, w tym samym czasie gruchnęło za drzwiami nieludzko. Przez to, że Aniela bliżej siedziała, pierwsza się zerwała patrzeć, jak się stało. Wśliznęła się przez zasłonę i za chwilę krzykiem wołała:

- O Jezu! Janek! Jezu!

Gdula był już w pół drogi, jak żona krzyczała, gdy dotarł na miejsce, chłopak stał nagi, zwrócony bokiem, ale cały był i nie widać, żeby mu się co działo.

- Ta czego się rozdarła?! Nic jemu nie je, cały przecie. Poszportał się? - spytał chłopca, ale z zamiarem uspokojenia wszystkich. Żadnego spokoju słowa Jana nie zrobiły, Aniela stała jak wryta z rękoma przy twarzy, w końcu obróciła chłopca i wykrztusiła z siebie dwa słowa:

- Taki cały! Kogo ty do domu sprowadził?! Matko jedyna, matko jedyna! - lamentowała. Kobieta obróciła chłopca, żeby go lepiej zobaczyć nagiego, w pełnej męskości, która na chrześcijańską nie wyglądała.

- O psia go mać była! - z osłupienia tyle tylko Gdula z siebie wydobył i pewnie nawet nie poczuł, że bluźni przy dziecku.

- W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego Amen. Ojcze Nasz, któryś jest między niewiastami... - nagi i przestraszony chłopiec odnalazł w sobie słowa. Pierwszy raz się odezwał, widząc, że stało się, jak najbardziej przestrzegali rodzice i na tę okoliczność na pamięć wyuczyli usprawiedliwienia. Spamiętał słowa ojca, jak robić, gdy kościelni albo cerkiewni znajdą. Trzeba zaraz pacierz zmówić, wtedy nic mu nie będzie, jeśli pacierza nie powie, sprzedadzą Niemcom. Modlitwę odmówił tak, że kupa śmiechu, gdyby nie zmartwienia nadmiar, na dodatek wszystkiego przeżegnał się lewą ręką. Gdule ledwie widziały pomylone pacierze, oboje zamurowani na dwa razy. Zobaczyli, z kim mają do czynienia, i zaraz potem usłyszeli pierwsze od chłopca słowa. Wszyscy troje nie umieli się poszukać w tym, co się narobiło. Jak jeden stali z rozdziawionymi gębami i spoglądali na siebie, każdy u każdego szukając wyjścia albo chociaż marnej rady.

Za dłuższą chwilę Aniela zaczęła wycierać chłopca, trząsł się z zimna jak osika. Jan podał z siebie spodnie i koszulę, potem chwycił za balię. Zawsze razem z żoną wynosili, teraz nie wiedział, co ze sobą robić i wziął się za byle jaką robotę, wyszedł do sieni. Kobieta pociągnęła chłopca za sobą i posadziła przy dużym stole, sama usiadła naprzeciwko. Oboje ani słowem się nie odezwali, milczenie nie przeszło nawet i wtedy, gdy Gdula się przysiadł na ławie i tak trafił, że po lewej miał żonę, po prawej chłopaka, co oboje na stołkach głowy pozwieszali. Nie było sposobu wyjścia z kąpieli. Nikt nie śmiał zaczynać pierwszy, najwięcej zlękniony z domu przegnany sierota. O dziwo bardziej blady niż Aniela był Jan i to on się prędzej pozbierał, chociaż nic dobrego nie powiedział, jeszcze dołożył strapienia:

- Za takie u Niemca kula w łeb dla całej chałupy... i chałupę spalo, tyle pewne, kula w łeb. Przecie ja z nim bez całe wieś jak na wesele jechał - żalił się i wyrzucał niedawną głupotę.

- Widział kto we wsi? Co ja tam ciebie bede pytać... Posadził na wozie i jak dziedzica wiózł. Co mieli nie widzieć, tu się wszystko widzi - Aniela mówiła do męża, ale patrzyła na chłopca. Przyglądała się bardzo, świdrowała wzrokiem na wylot. - Po twarzy niepodobny do swoich. Zwyczajny, jak dziecko podobny, żeby nie ubranie, całkiem zwyczajny - dodała na pocieszenie.

- Widzieć nie widział, nikogo. Kto nas zobaczył, nie zgadniesz i nie ma co myśleć, tu ze wszystkim nie ma co myśleć - Gdula tłumaczył sumienie i sam nie wiedział z jakiej przyczyny. Przez cały czas przemawiał sobie, że dziecka w lesie zostawić nie mógł, dopiero potem przyszło do głowy to jedno: "kula w łeb". - Temu on nie chciał kartofli jeść, że ze słoniną... - wystrzelił ze swoim odkryciem i zaraz pożałował swoich słów. Rzecz zdawała się więcej niż ciężka, tymczasem Jan bajdurzył o kartoflach.

- Ty całkiem zdurniał? Tera kartofli bedzie zaczypiał? Ty nie znasz, co do domu przygnał? Śmierć przygnał! - Gdulowa tak się zeźliła, że nie przebierała po słowach. Chłopcu oczy zaszły łzami, trząsł się cały, czekał wyroku.

- Trudno, darmo zrobiło się i koniec. Masz ty sumienie jego wygnać, wygnaj, słowa nie powiem, ale samemu tego robił nie bede. Tu moja chałupa, w mojej chałupie ten bedzie mieszkał, co ja jego zechce, nie ten, co Niemcowi pasuje - dumnie i sprytnie słowa Jana zaszły Anielę i pozostawiły bez wyjścia.

- Ja takich mądrych już widziała! Inaczy bedziesz gadał, jak ci Szwab karabin do głowy nastawi. Nie wiesz ludzi? Każden drugiego w łyżce wody utopi. Za byle co zameldujo. Śmierć w domu siedzi i my razem - nie zmieniała gadania, jeszcze dodała gorzkich słów.

- Mnie nie letko gadać i do cmentarza nie śpieszno, tylko nie ma czego gadać. Trza ratować i tyle wszystkiego - Gdula tak samo upierał się przy swoim i tym, że wszystko można powiedzieć, a chłopca z domu wyrzucić się nie da.

- Tobie kto pomógł? Ty nie wiesz jakie one? One takie do pomocy skore? Lichwa abo karczma, nijakiej prawdziwej roboty. Byle bidnego spić i kraść z niego. Popsute maszyne kto przedał? Znam ja ich zanadto. Na środku drogi umieraj, a przejdzie nad tobo. Komu pomagać? - zrzucała z siebie wszystkie żale, bała się tego, co się dzieje i nie wiedziała, jak temu zaradzić.

- Sierocie.

- Czego?

- Sierocie trza dopomóc. Jakie one so, takie so, a to dziecko je, nie karczmarz. A i one rozmaite, nie wszystkie złe. Sierota taki sam jak drugie we wsi i takie same życie jemu się należy - szła rozmowa, której Jan pokazywał ścieżkę. Takie zwyczajne gadanie, gdzie jedno z drugim wiedziało, co stać się musi, ale przegadać strach trzeba.

- Ja jemu życia nie zabieram, on mnie zabrać może - odpierała po swojemu.

- On na pewno, że nie! Niemcy, on nie. Pod strachem i tak się żyje, wszystko zabrali i wszystko ich, byle czego zamordujo. Za drzewo bodaj - odpowiedział z żalem.

- Mogli i za drzewo, ale drzewa potrzeba, a ten tu komu potrzebny? - Gdulowa więcej gadała niż myślała, przez głowę jej nie chodziło, żeby chłopca wygonić. Gadaniem próbowała odtrącić strach, nie po to, żeby Jana przekonać, tylko siebie uspokoić. Zerknęła na znajdę łaskawszym okiem, żal jej się zrobiło i trochę wstyd od gorzkich słów.

- Najwiency ten robi, co wiency robi jak może. Trza jemu ubranie poprawić, tak bedzie odziany, każdy pozna kto je - Gdula nie czekał, co żona odpowie, poszedł do drugiej chałupy i zaczął po szafie przebierać.

- We wsi widzieli, a jak nie, nagadajo, że widzieli. Trza gadać, że on sierota z wojny, od kuzynów z Przemyśla. Bogu dziękować, chociaż po wierzchu, jak swój wygląda, tyle naszego i jego szczęścia - z izby krzyczała Aniela, patrzyła przy tym na dziecko, pół z żalem na jego w chałupie siedzenie, pół z żalem na jego życie. Jan słuchał żony zajęty pracą, co usłyszał, już mu wystarczyło, żeby wiedzieć, że i dla Anieli sierota zostaje w chałupie. Tak samo chłopak zrozumiał, ocierał ukradkiem łzy, jakie mu się od gadania Gdulów w oczach zjawiły.

- Jak cię wołajo? - pytała Aniela.

- Berek - odpowiedź poszła od ręki. Łamał strach, wiedział, że już żartów nie ma, musi z Gdulami zgodnym słowem żyć.

- Jak mówisz? - z drugiej izby przyszedł głos Jana.

- Berek Szulc - chłopiec powiedział wszystko o sobie.

- No, bracie, tak się u nas pisać nie bedziesz. Za to jedno Bogu i Niemcom dziękuj, że pogańskie zatracisz imię. Tak na konia wołać, na człowieka nie uchodzi. Dobre nie Szmul, ale i Berek nie lepsze. Byś przy obcych nigdy nie spominał, wszystkie zabijo za jednego Berka - surowo Jan powiedział, ale i żartów nie było. Nie ze wszystkim chłopcu się podobało, jednak rozumiał, że imię musi mieć inne, bo za te, co ma, życie można oddać.

- Bedzie Jerzy, Jurek znaczy się, jak dziadkowi było. Dziadek szczęściem żył bez całe życie, wojnę przeżył i tobie pomoże... - Aniela nie skończyła, żeby czego złego nie przywołać.

- Pójdź Anielka, ubranie gotowe! A ty do nas wujek i ciotka bedziesz wołał. Wujek Jan, ciotka Anielka. Spamiętaj i byś się nie mylił. Ty Jurek, mnie Jan, ciotka Anielka - powtórzył nauczyciel. Tak rodzina Gdulów powiększyła się o nowego w chałupie, któremu odtąd Jurek było na imię, a długo później Gdula na nazwisko.

4

Prawie miesiąc Jurek gościł w chałupie z każdym dniem czując się pewniej. Gdule obgadali, że z sierotą kryć się nie będą. Zawsze byli widziani za ludzi szczerych i uczciwych, to ich cały dorobek. Chłopak przed ludźmi był dalszym krewnym, swojakiem i pobożnym, tak mieli go pokazać i tak on miał o sobie mówić. Aniela obszyła ubranie Jana, że Jurek lepiej wyglądał, jak każde inne wiejskie dziecko. Do Gdulów rzadko kto zachodził, nie mieli we wsi bliskich krewnych, oboje nie znosili wioskowych plotek, dlatego za gościnnych nikt ich nie uważał. Nie byli odludkami, tylko w życiu wsi udziału nie brali, trzymali się tak, jak mieszkali - na skraju. Chłopiec uczył się wiejskiego i chrześcijańskiego życia prawie że w lot. Wiedział, że tylko tak może ocalić skórę sobie i swoim zbawicielom. Wszystko sprawiło, że z pozoru nierozumne pokazywanie sieroty jak swojego, miało ręce i nogi, co więcej, zdawało się najlepszym postępowaniem. Gdule poznawali się z przeszłym życiem chłopca, on starał się dorównać obyczajom gospodarzy i tak mijały kolejne dni, nie przynosząc żadnych wielkich niespodzianek. Po robocie i jedzeniu powiększona rodzina często siadała przy dużym stole i rozmawiała o tym, co było potrzebne lub ciekawe.

- A twoi rodzice gdzie so? Kto byli? Ty gadasz nie jak dziecko, ale jak uczony jaki - Jurek usłyszał od Gdulowej komplement z pytaniem do kupy.

- Niemcy wyprowadzili naszą rodzinę do nowej dzielnicy, tylko siostra pojechała do Ameryki, jeszcze przed wojną. Dla niej starczyło pieniędzy - z radością opowiadał, ale zaraz posmutniał, bo gorzkie powiedział słowa.

- A kto był twój ojciec i matka? - dopytała Aniela.

- Tata jest lekarzem, mama uczy gry na pianinie, tylko w domu, nie w szkole - wytłumaczył, ile zdołał.

- U was w chałupie tak miskę przechylali? Od siebie? - Janowi jak co w głowę zaszło, potrafił tydzień i więcej pamiętać, żeby się w końcu do rzeczy dokopać.

- Tak mama uczyła - odpowiedział jak prawdziwy minister. Dobrze wiedział, że to normalne przy stole zachowanie i tak właśnie trzeba, ale powiedział grzecznie jak jest, nie pouczał.

- Jak mama uczyła i cała rodzina taka uczona, widno tak ma być. My tu ciemne, na siebie przechylamy, miast uczenie - żartował Jan. - A po prawdzie może to i mądre, jak co gorące, na siebie wylać można, a tak po stole poleci - Gdula robił, co Aniela nazywała filozofią.

- Jaki tam filozuf, tak się je, coby się najeść. Głowy jemu miskami nie kręć, u nich talerze, nie michy. Pacierz musi znać - Gdulowa przykładała do tego zadania podwójną miarę. Pierwsze, że chłopak musiał modlitwy znać dla obcych, drugie, że Bogu wierzyła żarliwie. Jan do religii inaczej podchodził, w Boga wierzył ze wszystkim, za księdzem nie chodził, dla Gduli proboszcz i Pan Bóg inna parafia. Z tej przyczyny między małżonkami gęsto do kłótni dochodziło.

- Tak, pacierz musowo zmówić. Czy ty bedziesz wierzył w swoje, czy nasze, pacierz znać musisz. U nas, jak chcesz, bedziesz mówił. Jak nie tak, to i po swojemu możesz se klepać, ale bodaj Ojcze Nasz i Zdrowaś znać musisz w razie biedy. - Temu, co Jan mówił, chłopiec przysłuchiwał się ze spokojem, gorzej, gdy Aniela zaczynała strzec wiary.

- Dobrze bedzie, żeby on do Pana Boga mocno się modlił nie na pokaz tylko. Nie zaszkodzi jemu. Pacierz, pokąd świat, nikomu krzywdy nie zrobił. Po bożemu trza się modlić. - Obrona wiary zahuczała poważnie, lecz nie było w tym raptownego przymusu.

- Pacierz można zmówić, abo i wyklepać. Nic tobie, nic jemu nie da, że bedzie mówił co inne i w co inne wierzył. Bóg jeden i każdy niech tak z Bogiem gada, jak go matka z ojcem wyuczyli. Przymuszać nie ma co, bo to i dla Boga obraza. - Jan zawsze uspokajał gwałtowniejsze rozmowy i chłopca, gdy się robiło nadto gorąco. Od samego początku Jurek bardziej polubił Gdulę, czuł się z nim bezpieczniej.

- Ty tam zawsze swoje! - denerwowała się Aniela. - Róbcie jak chcecie, w piekle miejsca nie braknie.

- Ja umiem po katolicku trzy modlitwy, wtedy ze strachu wszystko mi się poplątało. - Jurek niespodzianie przerwał rozmowę gospodarzy, chciał się pochwalić słowami obcej wiary i tym pogodzić obie pokłócone strony.

- Co umisz? Powiedz, jak umisz! - Gdulowa znów się rozdrażniła, dobrze pamiętała, jakie banialuki słyszała parę niedziel temu. Chłopiec wzniósł prawą rękę, przeżegnał się jak należy i zaczął "Ojcze nasz". Modlitwę zmówił bez jąknięcia, potem jeszcze dodał: "Zdrowaś Mario" i "Wierzę w Boga Ojca". Wszystko było pięknie powiedziane, aż się Jan zasłuchał, ale Aniela w modleniu z miejsca poszukała śmiertelnego grzechu.

- Umić umisz, jak ksiądz gadasz, ale jeszcze jedno musowo się wyuczyć. Pacierz mówisz, bodaj wstać trzeba, a pasuje klękać. Grzech siedzieć i kulasami machać - grzech ciężki. Żaden wiary nie da, że ty z Bogiem w zgodzie, choćby ty jak proboszcz śpiewał. Do Boga trza z pokorą. - Nic dobrego od Anieli Jurek nie usłyszał i jej się podobało, jak chłopiec modlitwy mówił, zła była na co inne. Modlenie piękne i fałszywe było.

- No, pięknie umisz, mocno pięknie, ale co prawda, tak prawda. Do Pana Boga trza karku przyginać, hardym być nie można. Wy jak się modlili? Jakie macie pacierze? Wam siedzieć przed Bogiem wolno? - Tym razem Jan stanął za Anielą i wiary bronił.

- Do wszystkiego "Aniele stróżu", tak dla siebie się wyucz - w podpowiadaniu Gdulowej było słychać złośliwe na chrześcijańską wiarę nawracanie.

- Jak się modlicie? Powiesz? - Jan od nowa łagodził.

- Na stojąco - chłopiec poczerwieniał, wiedział czego tyle razy pytają, tak się modłów nie odprawia. - Przepraszam, już będę stał przy "Ojcze Nasz", jak przy Maariw - obiecał.

- Jak mówisz? - Gdula zaciekawił się nowym słowem.

- Maariw, nasza modlitwa wieczorna, trzeba na stojąco odmawiać - chłopiec naprostował się ze skulonego, brakowało mu takich rozmów o tym, co dotąd było jego życiem.

- Na wieczór? Na każde pore macie świeże pacierze? - Gdulowa jak mąż zaczęła słuchać i dopytywać chłopca z ciekawością.

- Tak, ciociu, na każdą porę dnia jest inna modlitwa. Inna na rano, w południe i wieczorem. A jeszcze inaczej w szabas, nie całkiem inaczej się odmawia, ale inaczej się nazywa - Jurek pierwszy raz powiedział do Anieli "ciociu", podobało się kobiecie bardzo, czego swoim markotnym zwyczajem znać po sobie nie dawała.

- I ty wszystko spamiętasz, co i jak? - dziwił się Jan.

- Rano Szachrit, w południe Mincha, na wieczór Maariw - odpowiadał jak niedawno, gdy z własnej wiary egzamin złożyć musiał.

- W szabas, gadałeś, inaczej? - Aniela nie dawała Jurkowi łatwo się wymknąć.

- W szabas wcześniej mówi się Maariw i wtedy modlitwa nazywa się Kabalat Szabat. I jeszcze jest tak, że trzeba przed północą powiedzieć, a Maariw to razem dwie modlitwy: Szema JisraelAmida - dumny ze swojej znajomości religii, cieszył się, że Gdule ciekawi. Wszystkim, co wiedział, bo nauczyć się musiał, obdzielił, a dzieląc się chwalił na całego.

- A skąd to wszystko wiesz i spamiętałeś? Prawdę mówisz, czy tak gadasz, bo gadasz? - Aniela w chłopca zapatrzona, tylko nie bardzo wiedziała co myśleć, za mądre było dla niej takie gadanie.

- W tym roku miałem Bar micwę, jeszcze zanim Niemcy przyszli na drugą stronę Przemyśla. Każdy chłopak musi znać modlitwy i potem może chodzić do synagogi, wtedy odpowiada za swoje czyny przed Bogiem. Musi znać przykazania jak dorosły i przeczytać fragment Tory. To najważniejsze święto dla chłopaka, dziewczyny też mają swoje, tylko rok wcześniej, gdy mają dwanaście lat. - Jurek przypomniał sobie, jak był Berkiem i lżej mu się na sercu zrobiło, był wdzięczny Gdulom, że zezwolili się wygadać i nacieszyć niedawnym świętem.

- Wtenczas na dole tobie podcięli? - zawstydził się Gdula swego pytania, gnębiło go strasznie i nie mógł się wstrzymać.

- Nie, to inne święto wujku, Brit mila się nazywa, wtedy chłopak ma tylko osiem dni i w ten dzień powinien być obrzezany - wyrównał rachunki z Janem, po tym jak do Anieli powiedział ciociu, teraz obdzielił wujka. Przeciwnie do Gduli nie czuł skrępowania, on inaczej widział sprawy, nie jako ludzkie, tylko boskie, religijne.

- O Jezu, wiele tego wszystkiego! Że się tobie nie myli? to je sztuka. Takie z was mądre, a do synagogi kobiecie nie dajecie chodzić - Aniela więcej chciała trzymać rozmowę niż się czepiać.

- Kobiety mogą pójść do synagogi, tylko nie mogą tam być, gdzie mężczyźni, mają oddzielne miejsce na górze, mężczyźni na dole. Tak samo jest w innych miejscach, kobiety są w innych mężczyźni w innych. Tylko małżeństwa mogą siedzieć w jednym zamkniętym pokoju i ojciec z córką, albo matka z synem. Osobno się nawet tańczy, takie jest prawo. Prawo Halacha się nazywa - opowiadał jak bakałarz i podobało się opowiadanie, a Gdule nie dawali mu spokoju.

- Matce pasowało takie prawo, co to baba gorsza jak chłop? - Nie pierwsze złośliwe pytanie z ust Anieli, ale dopiero wtedy się odezwała, gdy chłopiec powiedział swoje.

- Mama nie bardzo lubiła te wszystkie obrzędy i chyba nie wierzyła w Boga. Czasami, jak była bardzo zła, krzyczała, że to wszystko gusła i zabobony. Przed wojną nie krzyczała, od wojny krzyczała zawsze, że Bóg niczego nie stworzył na świecie, tylko diabeł w człowieku - Jurek zasmucił się od swoich słów, zobaczył mamę i wojenną niedolę.

- Tak nie wolno mówić. Pamiętaj raz na zawsze. Póki żyć będziesz, matkę szanuj. Matkę najwięcej szanować trza, nawet jak źle co powie. I to znaj, że źle gadała, bardzo źle. Wojna i cierpienie rozum zabiera. Bóg jest i dzięki Bogu można żyć, bez Boga życia nie ma. Niejednemu się zdawało, że świat bez Boga zwojuje. Co by nie miał, dom murowany, złota studnię, żeby na tronie siedział, żeby ludzi sądził, Bóg jego zasądzi i wszystko razem z nim zginie. Za życia po bożemu chodź, tyle bierz, ile potrzeba, nic ponad miarę i tak, żeby drugiego nie ukrzywdzić. Wszystko co bez Boga weźmiesz, drugie tyle oddasz, a jak żadnej miary nie masz, życie oddasz. Patrz na Niemca, tera wszystko jego. Zobaczysz, co Pan Bóg na to jemu powie. Jak nie na te wiosne, to następne, może za druge, może czwarte, wola boża, ale wszystko odda i jeszcze dodać musi. Tak jak Niemiec ciebie poniewiera, tak sam poniewierać się bedzie. Jak ciebie sądzi, żeś drugi, gorszy, nie jak on, tak jego za to, że Niemiec, nic więcej, odtrąco. Niemiec z ludźmi i z Bogiem wojuje, ty się z Bogiem trzymaj i ludzi nie krzywdź, zawsze z Bogiem bądź i nie patrz, co kto ma, jak wysoko siedzi, patrz człowiekiem być i z Bogiem nie wojować. Wszystko przeżyjesz, wojnę i najgorsze biedowanie. Bóg zobaczy, jaki z ciebie człowiek, sam tobie da, ile potrzeba, że pracujesz i drugiemu żyć dajesz, temu da. Któren chce szybko i nie pyta, co czyje, taki weźmie i zaraz odda, na ostatku siebie samego odda. - Tak długo i tak wiele ważnego Gdulowa za całe życie nie powiedziała. Aż Jan się zasłuchał i tylko głową kiwał. Pierwszy raz, odkąd Jurek pod dach chałupy trafił, Aniela była dla chłopca jak matka zatroskana. I on zobaczył, jaka dla niego dobra, zaraz chciał podziękować, tylko wujek wcześniej ze swoim się odezwał:

- Bóg jest, wszystko co je, samo się nie zrobiło. Ludzie i zwierzyna, wszystko naokoło Pana Boga robota. Z Bogiem żartować nie wolno i gniewać się nie ma na co. Nie Bóg nakazał ludziom mordować i palić, Bóg nakazał jednemu drugiego szanować. Kto nie posłucha, płakać bedzie. Boga nie opuszczaj, pacierz, jaki chcesz, mów, tylko pamiętaj, że bez Boga daleko nie zajdziesz i człowiekiem nie bedziesz. Bez Boga ani do proga - po nauce Anieli Jan dołożył swoją.

- Ja wierzę w Pana Boga, w lesie mi pomógł, sprawił, że uciekłem Niemcom i trafiłem do dobrych ludzi. Bóg jest i dobry, bardzo dobry, tylko ludzie są źli i dlatego wojna - złe wspomnienia malowały się na twarzy Jurka, z pokorą odpowiedział, tylko w oczach miał co innego. Żal miał i grzechy cudze, których nie umiał darować. Nazbyt dorosłe było, co mówił. Może lepszym jak Gdule chciał być, albo i jeszcze gorzej - nic z prostych słów nie rozumiał. Swoje myślał i w swoje wierzył, nie słuchał tak, jak przytakiwał ludziom, co szkoły nie mieli. Powiedział jak trzeba, żeby się spodobało. Człowieka oszukać łatwo, sam siebie oszukasz jak zechcesz, ale większe są na tym świecie moce jak ludzkie słabości i nikt w chałupie nie wiedział, co Pan Bóg na to? Dał wiarę, że Jurek życia naukę zrozumiał, czy myślał drugą naukę szykować i całkiem inaczej chłopaka życia wyuczyć? Na tych, co po ludzku nie rozumieją, boskie przychodzi tłumaczenie, gniewne i srogie.

- Jak tak mówisz, mądry chłopak jesteś. Bóg tobie dopomoże i ludzie krzywdy robić nie dadzo - Jan uwierzył Jurkowi i zaraz z ciekawością o drugie spytał. - Niemcom uciekł? A jak ty Niemcom uciekł?

- Dokładnie nie pamiętam, wszyscy się bali. Mama najbardziej płakała, krzyczała do taty, że trzeba mnie ratować. Niemcy gonili wszystkich. Był duży samochód, mama złapała za palto, ludzie pomogli i tata pomógł. Niemcy nie widzieli. Szli ludzie i płakali, że na śmierć idą... - zatrzymał głos w gardle.

- Mama rzuciła? Znała, gdzie co jedzie? - Janowi nie pomieściło się w głowie, że dziecko można pchnąć ot tak sobie i w jaką bądź podróż.

- Nie wiem. Wszyscy chcieli uciekać, bali się, że Niemcy na śmierć prowadzą. Długo się jechało. W środku były jakieś meble, pod stołem siedziałem. Wyskoczyłem, gdy Niemiec w lesie się zatrzymał - opowiadał jak było i smutniał z każdym słowem.

- Przed wojno matkę, że dziecko rzuca, ludzie by rozdrapali. We wojnę pomogli jeszcze. Takie życie we wojnę, nic niewarte i wszystko nazad. Matce za życie dziękuj, mądra była kobieta - słodko i gorzko zrobiło się Jurkowi po słowach ciotki.

- Nie gadaj, że była, bo i na pewno je. Wojna się kończy. Sama wróżyła. A i prawda, że wszystkiego Niemcy nie wezmo, świata nie zwojujo. Znaczy się uciekłeś? A wiesz ty, gdzie trafił? - Gdula drugi raz Jurka od złych myśli odsuwał.

- Nie wiem.

- Do Czyszków ciebie zagnało, biedne życie i ludzie z biedy głupie. Ty na takiego ze Lwowa pasujesz, że do szkół chodził. Prawda to?

- Z Przemyśla, we Lwowie tylko mama mieszkała.

- Z Przemyśla? Daleko nie zajechał, dwadzieścia pięć kilometry, może i tyle nie ma. Do Lwowa drugie tyle. Zdawało się tobie, że długo, bo pod strachem droga.

Chłopiec podskoczył, gdy usłyszał, że tak niedaleko od rodziców siedzi, zaraz potem pomyślał, że i do śmierci blisko.

- Nie bój się, nie bój, Niemiec tu nie zagląda, nie ma za czym, bieda jego wygnała. Już ja tam wiem, co tobie się pomyślało. Zaledwie ciebie matka odratowała. W Mościskach gadajo, że wszystkie od was, na prawy brzeg Niemcy zagnali i tam trzymajo. Pokąd co nie mordujo, zera by gadali i we wsi nawet. - Jan uspokajał, jak umiał i prawdę mówił, tak słyszał na targu. Wiele się tego wieczora wyjaśniło, Gdule poznały Jurka z bliska i on nowe życie oswoił. Więcej nie potrzeba wiedzieć, wiadomo skąd się chłopiec wziął, kto za jeden i czego w lesie siedział. Niegłupi był, po szkołach, z uczonego domu, modlitwy znał, w Boga choćby swego, ale wierzył. Grzeczny i rozumny, nie robił kłopotów i skoro miał być, dobrze, że taki był.

- Bedzie na dziś dość gadania, czas spać. Pomodlisz się, jak chcesz, pamiętaj, by się ze swoim nie rwał, gdy obce przyjdo i nie gadaj, kto ty za jeden. Tylko my takie durne, że ciebie chowamy, inne nie takie - uśmiechnęła się Aniela, lubiła takie zbytki. Na koniec dnia zrobiła się więcej życzliwa i nie tak zawzięta na wiarę. Jan zobaczył, że tu już nie ma co myśleć, wszystko zaczęło się jako tako składać, zgodził się, że pora spać. Odkąd Jurek przyszedł do Gdulów, Jan z Anielą spali na jednym łóżku, trzeba było chłopcu posłanie odstąpić. Spali wszystkie razem w jednej izbie, w drugiej chałupie zimno i nie od tego chałupa, odświętne miała zadania. Gospodarze trzymali zwyczaje prostego i układnego życia. Z dnia na dzień wracali do dawnego spokoju. Całkiem jak dawniej być nie mogło, ale strach poszedł precz, weselej się zrobiło i chłopiec się został jak swój. Tak znów zaczęli żyć jak wszędzie, a wszędzie - to było dookoła, dookoła zaś - to tak daleko, gdzie dało się dojrzeć i dojść, dalej świat się kończył.

5

Za kilka dni kończył się listopad, nie był miesiąc tak przyjazny jak październik, bardziej miało się ku zimie. Jeszcze śniegiem nie wiało, ani tak wielkiego mrozu, ale w noc bez palenia pod kuchnią coraz trudniej zimno zmóc. Niosło się na ciężką zimę i to dla Gdulów niemałym było zmartwieniem. Wróciło gadanie o drzewie. Kartofli, mąki i wszystkiego, co dało żyć, dorachowali się tyle, że i z nawiązką starczyć powinno, nawet na troje. Drzewa, jak by nie liczył, za mało i już w listopadzie źle było. A co dalej będzie? W strapieniach od jakiego czasu swoje słowo miał nowy w rodzinie. Po prawdzie chętniej słuchał, jak gadał, ale Gdule, najwięcej Jan, zagadywał chłopca, jak myśli o tym i owym. Jeszcze miesiąc temu Jan i Aniela nie widzieli wspólnego życia z Jurkiem, teraz ich myślenie zaczęło się odwracać na drugą stronę. Pan Bóg nie dał dzieci, choć zawsze mieć chcieli i teraz z każdym dniem poznawali, jak bardzo za dzieckiem tęsknili i jak dobrze, kiedy w chałupie więcej ruchu. Weselej zrobiło się pod dachem, czas szybciej i ciekawiej płynął. Gdule słuchali opowieści Jurka, jakby im kto książkę czytał, dla nich wszystko było nowe i pokazywało się innym, niż tutejsze po wsi opowiadały. Poznawali nową religię, nowe obyczaje, życie w mieście i ludzi, których uważali za wielce uczonych. Aniela ustąpiła z obowiązkowym pacierzem, Jan dopytywał o rozmaite wynalazki, jakie w domu Jurka się znajdowały, szczególnie radia był ciekawy. Niewiele chłopiec mógł Janowi powiedzieć, poza tym, że grało, że się nastawia głos i fale, że prąd do radia potrzebny. Mimo tego Gdula o radio dopytywał i choć za każdym razem słyszał taką samą odpowiedź, zawsze słuchał z zaciekawieniem. W końcu przyszedł taki czas, kiedy przyjemne trzeba odłożyć i zająć się tym z czego chleb był, pomyśleć o drzewie. Gdulów czekała zwyczajna rozmowa, postanowić musieli co i jak robić, żeby dobrze zrobić. Najczęściej wieczorem rozprawiali, siadali zaraz po kolacji i planowali do lasu wyprawę. Na dworze wiało zimno, nierzadko szaruga stukała do okien, już przez samo to nie dało się o drzewie nie gadać.

- Nie ma czego celować, jak by nie liczył, drzewa nie starczy, a w zimę i w lesie żartów nie ma. Pokąd się da, trza jechać - powiedział Jan, zwrócił się do żony, ale i Jurka miał na uwadze.

- Sama znam, że zbraknąć może, i drugie powiem, że już raz pojechał i drzewa z tego nie było - nie szukała zwady, tak sobie otuchy dodawała. Aniela wiedziała, jak wszystko się skończyć musi i przekomarzaniem strach od siebie odpędzała.

- Tamto co inne, człowiek wiency pod strachem był niż to wszystko wartuje. Tera ja mądrzejszy i znam, że w lesie głucho, Niemca nie spotkasz, majo co pilnować. Szybciej drugiego z wioski napotkasz, że zaszedł urąbać, zanim Niemca. A jeszcze na take pogodę? Całkiem się nie bedo pchali - spokojnie i nazbyt pewnie powiedział Gdula, co Aniela natychmiast schwyciła.

- Tego nie wiesz! Pilnujo, czy nie pilnujo? Tak żeś trafił i tyle wszystkiego. Do biedy dużo nie trza, lepiej żeby ty myślał, jak Niemca oszukać, nim, że jego nie ma. Daj Boże, by nie było, ale za gieroja nie bądź - Aniela studziła męża gadanie.

- Nikt tu za gieroja nie je, tylko raz się przekonał, że pełne portki rozum kradno. Co gałąź strzeli, ręce do góry dajesz. Tak nie może być, trza jechać i nie myśleć, że zabijo, trza myśleć, jak szybko drzewo chapnąć - Gdula odsunął nazbyt ostre słowa żony i tak poskutkowało, że Aniela kiwając głową przyznała mu rację.

- I to prawda, ale i w prawdzie zaszportać się można, ostrożny dalej zajedzie - nawet po zgodzie swoje musiała dodać, jak to Aniela.

- Ty, Jurek, co byś powiedział? - do chłopca jak gospodarz się zwrócił.

- Pojadę z tobą wujku, pomogę ci - powiedział, nie myśląc wiele.

- Do lasu chcesz jechać? Nie strachasz się? - Janowi bardzo się podobało, co usłyszał.

- Nie boję się, siedziałem w lesie dwa dni, nie ma tam nic strasznego. Nie widziałem nikogo, nie było tam Niemców. Strasznie było w mieście, tam się bałem - jak stary, poważnie i z rozumem upierał się Gdulom pomóc.

- No, masz jego, jeszcze jeden silny się naszedł. Nie dla ciebie robota. Ludziom też się nie masz nadto pokazywać. Pierogi bedziesz lepił i patrzył czy koszerne - życzliwie zwróciła się Aniela, nie chciała ukrzywdzić, żartowała po swojemu, ale Jurek posmutniał. Nie był zły na ciotkę, nie czuł się gorszym, czuł się mężczyzną i męskich chciał zajęć.

- Dobrze mówi. Dźwignąć, nie dźwignie wiela, ale dopiero teraz żem spraktykował, że do piły dwóch potrzebno. Z piło robota lekka, samemu tyle, co za siekierę się chyci i grubszych gałęzi nie połamiesz, do dupy robota. - Gdula lubił mieć chłopca przy sobie, a z tego lubienia podobało się wspólne piłowanie.

- Wy oba coś nadto do piłowania językiem. Jednemu trza kalisony o większe pół skracać. Drugi w lesie ręce do góry zadaje, a pod pierzyno piłują, że ho! - Aniela wtrąciła się miedzy męskie gadanie i kobiecego przyniosła zamieszania. Jan szybko poprowadził żonę na dobre miejsce.

- Pożartowali my, a robić tak trzeba, jak się obgadało. Oba jedziemy, zima czekać nie bedzie. Na rano naszykuj do lasu jakie jedzenie i picie, żeby nie brakło, robota tęga, ale i pomalutku z Bogiem piłować się będzie - tak powiedział i tak popatrzył na żonę, że zgodzić się musiała, choć swoje zaznaczyć pamiętała.

- Bez ciebie znam, co szykować, byś potem nie płakał, słuchać nie chcesz jak jeden tak drugi, ja wam mówię, patrzcie nie na to, jakie wy silne, patrzcie biedy nie napytać - z troską patrzyła na chłopca, potem na męża zerknęła, żeby siebie i dziecka dopilnował.

Tego wieczoru rozmowy o sprawach ważnych skończyły się postanowieniem, którego nikt nie chciał zmieniać. Aniela swoje zawsze ma do powiedzenia, zresztą tak samo Jan, jednak gdy w końcu postanowione, wszelkie gadanie tylko dla zagłuszenia strachu albo dla śmiechu jest gadane. Jurek pierwszy raz w planowaniu wspólnego miał swoje do zrobienia na tyle, co potrafił i na ile miał siły. Dla chłopca całkiem świeża rzecz, inne życie, które do tej pory miał. Poznawał nowe i dobrze się czuł, nie wadziła surowość wiejskiego życia, nudy jeszcze nie zdążył doświadczyć. Co i rusz coś w domu Gdulów się zdarzało. Ciekawe życie dla Jurka było, dla Anieli i Jana dzień do dnia podobny, ale też do czasu, gdy Gdula z lasu wrócił. Po obu stronach przyszło nowe, co sprawiło, że wszystkie więcej wiedzieli jak przedtem.

Jurek spokojnym był przy Gdulach; w domu, z którego Niemcy wygonili, bez końca rozmawiano o rzeczach najgorszych, o tym, co na pewno się stanie i dobre nie będzie, o tym, jaki jest świat i co znaczy. Rodzice nie gadali, tylko prowadzili dyskusje, których chłopiec nie mógł ogarnąć. Same ciężkie słowa o ideach, religii, filozofii i strachu przed wszystkim razem. Troski wiejskie były proste, tyczyły takich rzeczy, że każdy, i dorastający chłopiec, zdolny był pojąć. Nawet dziecko bez trudu wiedziało, w czym rzeczy tajemnica i jak żyć należy. Jasne jest, że do kuchni potrzeba opału, nikogo nie dziwi, że osiom wozu potrzeba smaru. Dać obroku klaczy, ziarna kurom, przynieść wody ze studni. Tym żyło się w Czyszkach, tak wypełniały się dni i brakowało w takim życiu wielkich niespodzianek. Największą był Jurek z miasta no i wojna, która życie gmatwała i odbierała. Prostota i znój dnia powszedniego podobał się Jurkowi, pewnie działo się tak za sprawą obcego, kiedy człowiek żyje w jednym, drugie wydaje się bardziej ciekawe. Nie inaczej rzecz się miała z Gdulami, sami między sobą przyznawali, że od dziecka wiele nowego o świecie się dowiedzieli. Gdulów ciekawiło, co Jurka nudziło, on znał miejskie życie i wiele radości nie zaznał. Jan każdego dnia wracał do radia, to wielka była dla niego zagadka. Jurkowi ze skrzynki gadanie łączyło się z kłótniami rodziców do świtu. Gdyby tylko mógł i wiedział, że Gdula taki ciekawy, ukradłby radio rodzicom i pobiegł do Czyszków co tchu. Chciał uciec od potrząsanych ciężkimi słowami strachów, od tego gadania, co się po nim gorzej robiło. W Przemyślu rozmawianie nie dodawało otuchy, jeszcze mocniej głowę męczyło najpodlejszymi myślami. Gdule łagodzili Jurka nastawienie, odkąd ich poznał, patrzył na świat inaczej i nawet radio zobaczył inne, tak jak się powinno patrzeć. Radio to świat pełen różności, nie swady przerażonych swoim losem ludzi. Od prostych chłopów prostych rzeczy uczył się Jurek, a Gdule od niego słyszały, co uczonych z miasta dola i niedola znaczy. Berek wiele razy widział, jak rodzice spierali się o drogę. Potem pobłądził w lesie, żeby na końcu polną ścieżką trafić do celu. Tam Jurek znalazł wszystkie odpowiedzi i póki co nie chciał słyszeć żadnego pytania.

6

Druga wyprawa po drzewo przyszła spokojniej jak pierwsza, nie zerwał się Jan przed świtem, żal mu było chłopaka do dnia budzić. Wiedział, że i tak nie zdążą ze wszystkim, zanim się rozwidni, tylko za pierwszym razem miał taki lekki pomyślunek, że pójdzie samo i gładko. Zmieniło się w głowie, już nie tyle miał słuchać lasu, co bardziej szukać drzewa, żeby szybko zrobić swoje i uciekać. Wyruszyli rankiem, prawie dniało, ubrali się ciepło, bo pora roku zdradliwa i za dnia pogoda potrafiła zmienić się po kilka razy. Jurek zaznajomił się z tym samym powietrzem, te same patrolował pola, słyszał ten sam wiatr i czuł takie same zapachy, które Jan uznawał za swoje. Nie mógł się wszystkim nacieszyć, co dla niego świeże, a Janowi odwieczne się zdawało. Jak długo Gdula pamiętał - w Czyszkach był las, pola, rześkie powietrze i wszystko swojsko pachniało, gadało tutejszym ćwierkaniem słowików, ryczeniem krów, ludzkim wołaniem. Porami roku i miesiącami zmieniało się tyle, czym zima różna od lata i maj od listopada, reszta odwieczna była. Droga nie dłużyła się nadto, gadali sobie jak popadło, żaden słowa nie pilnował. Gdy wjechali między pierwsze brzozy, poważna zaczęła się rozmowa:

- Takie drzewo nam potrzeba, żeby już zwalone i choć do pół suche. Nie pora mokre piłować, pod kuchnio się nie zajmie, tylko gotuje. A i lepiej ciąć na króciaki, jak świeże zwalać, bez takie huku i groźby niemało. - Jan obficie, tak jak miastowemu należało, tłumaczył najprostsze we wsi roboty.

- Wujku, ja chyba wiem, gdzie takie drzewo leży, nawet trzy, jedno koło drugiego - Jurek szybko zrozumiał, w czym rzecz, i jeszcze szybciej chciał się pochwalić.

- Skąd ty wiesz, przecie lasu nie znasz, tyle coś pod krzakiem siedział? - Gdula nie bardzo chciał dać wiarę, ale cieszył się, że chłopak pomocny.

- Nie znam, ale błądziłem tu kilka dni i chyba wiem, gdzie jechać trzeba - twardo stał przy swoim i dodał jeszcze więcej. - Musimy skręcić w tę dróżkę, gdzie mnie wujek znalazł i pojechać nieduży kawałek dalej.

- Wiesz ty, że czasu nie ma? Jak się puścim w ślepe drogi, drugi raz z pustymi rencami do domu przyjdzie się wracać. Ty pewny swego, czy tak się tobie wspomniało? - Jan przyciskał, nie z braku ufności, tylko z obawy o utracony dzień.

- Tak na pewno nie powiem, tylko wydaje mi się, że takie trzy połamane pnie leżą obok siebie, przy tej dróżce, gdzie siedziałem. - Jurek nie cofnął się, tylko trochę zabezpieczył, co ostatecznie Gdulę przekonało. Zobaczył, że nie przechwałki dziecku w głowie, tylko zadanie wziął sobie do serca.

- Jak tak, popróbujem w te stronę. Las duży, tak czy tak wszystko zgadywanie, gdzie by nie jechał. Bym ja co wiedział, co innego. Jak mówisz, żeś widział, nie szkodzi próbować. Bierz lejce i wieź - oddał lejce prosto w ręce zdziwionego chłopca. Chciał pokazać, że ma u niego równe traktowanie.

- Ja nie umiem, nigdy tego nie robiłem - zrazu się zląkł, lecz za krótką chwilę spojrzał na spokojną twarz wujka i wziął się za nowe zadanie.

- Nic tu nie trza wielkiego, Baśka sama jedzie. Patrz tu. Powiesz "wiśta", na lewe strone pójdzie. "Hetta" na prawe. "Pyrr" krzykniesz, strzymie wóz, a "wio" i w mieście chyba żeś słyszał, tak wiesz co je. Masz i spraktykuj - podał Jurkowi lejce i czekał, jak ten sobie radzić będzie umiał.

- Wio, Baśka! - Po krótkim czasie świeży woźnica zawołał jak należy i smagnął batem klacz po zadzie, krzywdy żadnej nie chciał robić, tylko dać znak, żeby z miejsca ruszyła. Udało się ze wszystkim, wóz jechał w akuratnym tempie, po najszerszej przecince, póki Jurek kierunku nie zmienił.

- Wujku, to będzie ta dróżka, tutaj trzeba w lewo skręcić.

Gdula wiedział, że ta była, ale czekał, sprawdzał czy chłopiec rozpozna miejsce, co mogło tyle znaczyć, że i do drzewa trafi, które pono widział i wie gdzie leży.

- Jak tak...prowadź, gdzie ci się widzi - po tych słowach chłopak zawahał się, popatrzył na lejce, w końcu ściągnął lewy koniec, potem zawołał na klacz:

- Wiśta, Baśka! Wiśta! - Kobyła posłusznie zawróciła, jakby sam Jan wóz prowadził.

- Wozak z ciebie, jak stary, żeby ty jeszcze z drzewem pocelował, bedzie pierwszorzędnie. Prawdę ci powiem, trzeci raz mnie by się przykrzyło jechać - zaglądnął chłopcu w oczy i uśmiechnął się jak ojciec.

- Jeszcze kawałek wujku, trzeba patrzeć na prawo, po tamtej stronie będą leżały, tak nawet całkiem blisko drogi.

Młodszy wziął dowodzenie na wozie i w całej wyprawie. Jan nie przeszkadzał, lejce w dobre ręce poszły i jeśli nawet mieliby nie dojechać gdzie chcieli, innego zamysłu nie było. Jedno, co w tym jechaniu niedobre, to droga, ranem rozmokła się zdawała. Na pusto bez większych przeszkód przejdzie, ale do przodu trzeba wiedzieć jak będzie, gdy z pełnym przyjdzie wracać. Czy droga za dnia przeschnie? Bogu dzięki, w tę stronę więcej pod górkę, za to z powrotem lżej iść powinno, nawet jeśli po brzegi załadować. Całkiem inaczej Jan myślał jak wcześniej, gdy sam wyruszył do lasu. Więcej spokoju w nim było i dużo zwracał uwagi na ważne zajęcia, strachu nie słuchał, gdzie trzeba starał się jechać i robić, nie inaczej. Niemało Jurek pomógł w takim patrzeniu, doradził, pocieszył, raźniej we dwóch i lepiej wszystko wyglądało. Dziwnym się zdaje, gdy młodszy starszego uczy, ale jak pomyśleć, przez co młodszy przejść musiał, nauka naturalnym porządkiem rzeczy się staje. Świat można poznać nie odchodząc ze swojego miejsca, starczy, że niezwyczajny człowiek zagości w chałupie.

Jurek był cichy, grzeczny i rozum miał jak stary. Prędko się uczył życia nowego i swój dawny świat pokazywał ciekawym. Umiał się znaleźć wszędzie i obojętnym było czy powozić przyszło, czy poznawać szkolną naukę. I z ludźmi nie gorzej, w każdej biedzie sobie radził, nawet gdy z pokojów poszedł do izby, umiał pokazać, że więcej z niego pożytku niż kłopotu będzie. Takich zdolności nabrał, odkąd wojna przyszła i z nią wieczna kłótnia w Przemyślu. Matka z ojcem byli pewni, że syn zawsze po ich stronie stoi. Matka, że za nią jest, ojciec, że za ojcem, a jeszcze dziwniejsze, bo tak myśleli, gdy Berka mieli przed sobą i jego zdania słuchali. Z darami do akuratnego gadania i nauki życie zdawało się nie tak groźnym, jak rzeczywiście było. Do tego szczęście trzeba dołożyć, bez którego nic się powieść nie mogło. Miał Jurek wszystko, czego potrzeba, żeby w najgorszy czas przetrwać.

Wóz mijał sosny, brzozy i buki dorodne, ale wszystkie stojące i żywe, nie było widać nawet i grubszych gałęzi, zima szła, ludzie co bądź do palenia sprzątali. Odjechali spory kawałek, tak długi, że szeroka przecinka z oczu zeszła. Było za to co inne widać, Gdula niespokojnym się zrobił i zawracać myślał, i Jurek niemało wątpił w swoją pamięć, ale on trzymał lejce i póki co jechał przed siebie. Rozglądał się nie tylko na prawo, gdzie sam kazał patrzeć, ale i na lewo, by znaleźć co będzie. Już nie tyle cierpliwości na wozie, jak parę drzew temu, z każdą chwilą wiarę drwalom obierało. Co jakiś czas zerkali po sobie, sprawdzając czy nie pora się cofać. Żaden nie chciał być pierwszym, który powie, że się nie udało. Cicho siedzieli, im więcej człowiek myśli, tym mniej ma ochoty głupio gadać, czekali, jak będzie sposobność powiedzieć coś z głową.

- Jest! Tam jest! - Jurek rzucił lejce i nie krzyknął, ale darł głosem z całej siły, że las zadrżał od echa.

- Cicho, cicho. Gdzie ty co widzisz? - Jan uspokajał chłopaka, chociaż on sam już wiedział, że na widok drzewa nazbyt głośno się ucieszył, teraz chciał się poprawić.

- Tam jest - ciszej powiedział i palcem zamalował, gdzie leżały trzy buki. Nie tylko miejsce spamiętał dobrze, prawdą było i to, że drzewa blisko drogi powalone.

- Trzymaj wóz - zaraz po słowach gospodarza Baśka usłyszała "pyrrr". Z wozu zleźli i na nogach do buków zaszli. Jan siekierą skaleczył korę, zatwierdził, że drzewo najmniej z pół roku musiało leżeć, nie było za wiele surowego widać. Jeszcze nie tak całkiem suche, ale do palenia dobre. Poskładało się jak trzeba i tylko jedna leżała przeszkoda. Buki dorodne, więcej niż potrzeba, za wiele jak na robotę dla jednego chłopa z dzieckiem. Nie tak grube w pniu jak długie i sporo gałęzi do ociosania.

- Pamięć masz jak biskup, dobrze my trafili, tylko to ci powiem, że my rady temu wszystkiemu nie damy. Buki jak dęby - może jednego, góra całego i pół, trzy nie damy rady urobić. - W lesie Gdula fest się obrobił, to i wiedział co mówi, znał, jaka z drzewem robota.

- Trzeba tyle rąbać, ile się da, szkoda teraz zostawić i trochę wstyd z jednym kawałkiem wracać - Jurek chciał ratować swoje znalezisko, przemawiał do większej roboty, niżby razem mogli wykonać.

- Jedno prawdziwie gadasz, trza robić pokąd się da, nie ma co zawczasu płakać. Ale najsamprzód wóz zawrócić musowo na powrotną drogę - odpowiedział Gdula z uśmiechem, do tego dobrze pomyślał, pokąd pusty, lepiej wozem zawracać. Jak planował tak zrobił, wracając zabrał za sobą piłę i co Aniela do jedzenia uszykowała, wszystko postawił pod żywym bukiem i od razu wziął się za robotę.

- Gałęzi bede ciosał. Ty, wiele dasz rady, rzucaj na bok, żeby potem pod piłę nie zachodziło. Nie bardzo dobre, że jedno na drugie zaszło, ale my jego na krótsze porobim. Na koniec się odwali. Góra na siebie zachodzi, dobre, że nie uziomek. Za mną nie stawaj i nie chodź. Siekiera się wysmyknie, to Boże uchowaj. Z daleka i z boku. Czekaj! Lepiej zrobimy. Najsamprzód z lewej bede ciosał z dołu do góry, wtenczas ty bedziesz z góry odgarniał gałęzie. Na drugo stronę także samo - popatrzył takimi oczami, jakby się sam w swoich poradach pogubił. Gdula tak tłumaczył co i jak, że i niejeden stary drwal by się zagubił. Jurek radził sobie z nie takim gmatwaniem, tyle zrozumiał, że jak siekiera będzie z prawej strony od pnia, on na samym czubku buka, po lewej ma być, żeby jak najdalej i z przeciwnego końca od siekiery. Może nawet nie tak wujka rozumiał, co sam wpadł jak najbezpieczniej będzie. Po krótkich słowach kto za co ma się chwycić, złapali się za robotę. Przyschnięte gałęzie zrazu łatwo odpadały, ale tylko tam gdzie drobne i cienkie, nad grubszym sporo się trzeba namachać, nim było co odrzucać. Jurka robota więcej lekką się pokazała, musiał czekać, aż swoje Jan zrobi, ze swoim raz dwa się obrabiał i znów patrzył, kiedy nowe przyjdzie, i nie prędko szło. Niemało się Gdula lękał, że pomocnik nie poradzi grubszej gałęzi, ale nawet nie musiał nic tłumaczyć. Jurek sam znalazł metodę, grubsze ciągnął po ziemi, na parę kroków, żeby potem z piłą dojść, do przodu myślał i robił.

Praca szła żwawym tempem, jednak z czasem Jan łapał zadyszkę. Machanie siekierą zajęciem nielekkim, plecy przygarbione, na nogi trzeba uważać, wcześniej, nie później, ręce opadają i tak długo bez żadnego spoczynku rąbał. Przy pierwszym drzewie poszło jako tako, na drugie trzeba odsapnąć. W ciemnym lesie jasno się zrobiło, słońce wysoko świeciło. Szczęściem miejsce nie takie złe, blisko drogi, ale tak za krzakami schowane, że trudno temu co nie wie zobaczyć. W przystanku między rąbaniem Jan obmyślił, że więcej wozem wjedzie do lasu, żeby i ten w oczy nie kłuł. Dobrze będzie po drugiej stronie postawić, tam też Baśkę przeprowadził. Więcej nic takiego się nie działo, niczego nie było słychać, żywej duszy dookoła, nawet i zwierzyny nijakiej.

- I nie tak źle się ciosa i nie całkiem letko. Tak czy jak, dobrze je, że tobie się miejsce spamiętało. Większe pół za nami. Samo, żeby znaleźć - wielka sztuka, żeby przesuszone - drugie szczęście. Tu szczęście jedno i drugie i jeszcze trzy buki powalone w naddatku. Źle nie ma - pochwalił zawczasu, oddychał przy tym głęboko, zrzucał z siebie zmęczenie.

Gdula czuł, że zmęczony, jednak tym się nie trapił, więcej się ucieszył z Jurka rozumu i tego, że faktycznie źle nie było.

- Może i ja mógłbym trochę porąbać? - wyrwał się chłopak do pomocy, widząc, że wujek nieco z sił opadał.

- Dla ciebie groźna i za ciężka robota. Nienawykły, nogę urąbiesz, dopiero bedzie kłopotu. Piło pomożesz. Jedno dali my radę, wiency jak drugiego nie ma co. Drzewo długie, bedzie z piętnaście metry, szczytowe odciąć i tak niemało się zostanie. Choćby my chcieli wszystko brać, wóz i kobyła nie dadzo rady. Wiency jak dwa nie ma co. Dość dobrego! - wstał ciężko i Jurka po drodze zabrał, chwycił za rękę i razem poszli. Pracowali zgodnie, niewiele mówiąc, szkoda siły na gadanie i też nie było o czym rozprawiać. Tak podzielone, że każdy wiedział, czego pilnować. Gdy co nowego się przydarzyło, Jurek zaraz umiał się przyłożyć i pomagał Janowi, na ile miał sił. Czy to gałąź za koniec pociągnąć, czy osełkę podać, gdy siekiera przestawała być posłuszną. Tak dobrze szło, póki sił starczało. Jedno skończyli z gałęzi czyścić i choć Jan wcześniej nie bardzo myślał więcej zrobić, za drugie się wzięli, ale już wolniej szło. Tyle się umordowali, że ręce zaczęły się plątać. Co dotąd proste było, teraz zmieniło się w nieskładne i przypadkiem robione. Jeden za blisko gałęzie odkładał, drugi za wysoko przycinał, musieli za sobą poprawiać, dwa razy więcej sił i czasu wszystko kosztowało. Za jednym razem nie pokończyli, usiedli zmęczeni na płachcie, którą Jan z wozu wyszarpał i tak na siebie spojrzeli, że jasnym było, co dalej. Trzeba się posilić, napić i odpocząć czas jakiś, ze zmęczenia z siekierą robota niebezpiecznym się staje. Gdula rozwinął od Anieli jedzenie i podzielił na równo. Jedli powoli, do syta, i niemało pili, ciepło nie było, ale pot się lał gęsto. Dłuższą chwilę przesiedzieli, patrząc, co już zrobione, a co dopiero przed nimi. Jan popatrzył na marny urobek i głośno powiedział, że za piłę się weźmie. Nie wiadomo, ile da rady urżnąć, a inne na wóz nie pójdzie. Jakby dobrze chciało iść, siekierą zawsze można dorobić. Siła roboty i z tej przyczyny tak ostrożnie celował, żeby chociaż jeden buk do domu trafił.

- Na gołe ziemie nie siadaj, w krzyże pójdzie - przestrzegł Gdula i dalej drugie ważne powiedział - nie trza wiele piłować, tyle jak wóz długi. Ano, idź Jurek do i mierz jego krokami. - Wiedział, jakie wejdzie, chciał, żeby chłopak czuł się pomocny, no i sam z tego wszystkiego wolał raz jeszcze sprawdzić. Jurek raz dwa obrócił i wymierzył, jak mu przykazano.

- Będzie trzy i pół kroku - powiedział radośnie, w podzięce za nie byle jakie zadanie.

- Tera idź, gdzie pierwszy buk i daj trzy mniejsze kroki, aby nie za długo było. Nie ma prawa z woza wystawać. Zera cała wioska pozna, co się wiezie. Gdzie pomierzysz, gałąź kładź - prosił o wiele rzeczy naraz, sam siedział pod drzewem. Nie wadziło pomocnikowi, wiedział, że wuj więcej się narobił i ciężej mu było. Poza wszystkim ucieszył się ze swojego jak dla starego chłopa zadania.

- Gotowe! - zameldował hardo i jakby na kolejne, jeszcze poważniejsze czekał rozkazy.

- Jak tak mówisz, krzyże pora naprostować, za piłę się brać. - Gdula wstał ciężko, z wolna się zbierając, jęknął sobie przy tym i za plecy przytrzymał. Wygramolił się spod drzewa, złapał za boki, wyprężył grzbiet, coś tam szepcząc pod nosem, bo dla uszu dziecka się nie nadawało. Po słońcu było widać, że południe już przeszło, czas płynął szybko, jak to przy robocie, ale zbyt wolno wszystko inne się działo, żeby spokojnym być o szczęśliwy koniec. Trzeba nadgonić ile się da i póki sił starczy. Jurek pierwszy raz miał piłę w ręce, złapał się podpatrując, co Jan robi. Nie mógł wiedzieć, że to nie taka prosta rzecz, kiedy się nie wie, jak piłować trzeba.

- Czekaj, czekaj, tak nie. Rzuć piłę! Rzuć, nie bój się - powiedział Gdula, a chłopak puścił rączkę ze swojej strony. - Patrz tu! Starczy, że do siebie zaciągnę i samo idzie. Widzisz? - Jurek pokiwał głową i chyba wiedział jakie będzie dalsze słowo tej nauki. - Dawaj ty! Do siebie bierz! Widzisz! Letko idzie? Samo się robi, nie trza cisnąć, sama piła idzie. - Nie pomylił się Jurek, odgadł, ale za karę do końca nauki wysłuchać musiał.

- Próbuj pchać. Pchaj do mnie... no i sam żeś spraktykował - piła stanęła i zaczęła się giąć. - Tylko do siebie trza! Nigdy żeby pchać, bo w pół się złamie. Nie pchać, nie szturchać i tak się piłuje. - Wujek dokończył całkiem zbytecznej nauki, ale jak w szkole, z szacunkiem wszystkiego chłopak wysłuchał, choć wiedział, co usłyszy. Od chwili, gdy jasne było, że nie tyle rękami potrzeba machać, co głową ruszać, na dobre z miejsca ruszyło, bo nie ma złej roboty, tylko niezdatne narzędzia albo bez rozumu robotnicy. Piła śmigała jak się patrzy, dużo lżej Jurkowi było, tylko od takiego machania, kto nienawykły, też się prędko męczył. Jan pilnował chłopaka, poznał, że ten mało chętny odpoczynku poprosić, ścigał się dorównać starszemu i silniejszemu. Jak już było widać, że z sił opadał, Gdula szukał pierwszego tłumaczenia, żeby robotę zerwać i tak siły pomocnikowi rozkładał, aby mu przykrości nie robić. Przy trzecim cięciu pół rączki z piły w ręce zostało, z konieczności dłuższą przerwę musieli zrobić, zanim znalazła się dobra gałąź, zdatna na jako takie zastępstwo. Znów sporo czasu przeleciało. Gałąź obrobić, potem oszlifować osełką, żeby drzazgi nie wchodziły, tego za chwilę zrobić się nie da. Wolno szło i szczęścia brakowało. Słońce zabrało się już za popołudniową stronę, a w lesie dopiero pierwszego buka cięli. W listopadzie już po czwartej szarawo się robiło, przed piątą - całkiem ciemno. Niewiele czasu zostało, żeby ze wszystkim się zebrać.

- Nie zgadniesz, jak dalej z roboto bedzie. Pan Bóg nie lubi, kiedy i Niemców szwabić. Nie tak nam idzie, jak by chciało. Trza, co porżnięte, na wóz ładować. Kto zna, że wiency się zrobi? - Starszy młodszemu powiedział, co myśli i dopiero przyszło do niego, że na trzy metry cięte bukowe drzewo dwóch chłopów potrzebuje. Na długość wozu akuratne, w sam raz dobre, ale kto podniesie, przecież nie z dzieckiem da radę? Jurek przyuważył, jak wujek przysiadł ciężki od myślenia.

- A może da się potoczyć bale po ziemi? - zgadł od razu, w czym strapienie.

- Głupiego robota, jak te głupie my nacięli, choć po prawdzie długie jak potrzebno, ale nosić nijak - Jan na różne myślał sposoby i niczego wymyślić nie umiał.

- Na pół. Każdy bal drugi raz na pół - najprostsze chłopak podał lekarstwo.

- O widzisz! Stary i głupi, a pewnie, że na pół. Tak i sam zaniese, zadam na wóz jak trza, tyle że druga robota. Nie damy rady het ze wszystkim. Jedno zabrać dobrze bedzie, więcej nie ma gadania - dodał swoje Gdula i prawdziwie rzeczy nazywał, aż od prawdziwości posmutniał. Pomyślał, że żona będzie zmartwiona lichym urobkiem, co zimy nim nie przetrzyma. I o tym wiedział, że drugi raz do lasu jechać nie chce, a pojechać będzie musiał. Zabrali się znów za robotę, coraz bardziej zmęczeni i podcięci przeszkodami. Gdula głowę zadzierał, słońce uciekające na zachód oglądał. Jurek ledwie dotrzymywał kroku w piłowaniu, dlatego częściej odpoczywali. Po grudzie wszystko i ciężko szło, popsuta rączka, piła co ją trzeba było rozwieźć, potem podostrzyć, wszystko spowalniało. Jednak starczyło, że jeden na drugiego popatrzył i oba wiedzieli, że co by się nie działo i jakby się nie psuło, przynajmniej jednego buka pociąć muszą i na wóz zaciągnąć. Tego się trzymali i dzięki temu przechodzili kolejne trudności. Gdy końca roboty nie widać, pracuje się ciężko, gdy znać kiedy koniec przyjdzie, siły wracają i chce się dotrwać. Powoli było widać koniec przy pierwszym drzewie. Dwa bale, te najchudsze, do przepiłowania zostały. Potem tylko na wóz załadować, co już nie powinno być takie ciężkie i czas zabierające. Jurek i Jan mieli już niemało potu wylanego i niewiele zwracali uwagi na wszystko, poza tym co mieli przed sobą. Nie rozglądali się czy kto idzie, czy nie idzie, tyle było zajęcia, że i o Niemcach zapomnieli. Nawet jak co w lesie zatrzeszczało, nic sobie z tego nie robili. Przez to nie mogli widzieć, że od chwil paru między drzewami coś się poruszało i skradało na ich stronę.

- Szczęść Boże, stryku! - Nie z tego i owego za plecami Gduli odezwało się męskim głosem. Jan z Jurkiem razem się podnieśli i naraz zesztywnieli ze strachu. Tak się z człowiekiem robi, kiedy zajść od tyłu i poklepać, albo powiedzieć co bądź, choćby najlepsze i życzliwe słowo.

- A żeby was obesrało! Co wy tu? Czego wy tu przyszli? Za czym? - Gdula odezwał się przez wy, bo za plecami stał wysoki jak góra i wyprostowany jak drąg młody chłop. Ubrany tak, że pożal się Boże, obok niego nie lepiej okutana kobieta, przysadzista, lat ze czterdzieści mieć mogła, oboje wyglądali na biedę i mało rozumu.

- Nie tego, nie tego... W las... - odezwała się kobieta.

- W las? Naobkoło las! Akuratnie, gdzie ja siedzę, tu wam spasowało? Darmo wy nie szli, tam już coś w sidła zajść musiało - odpowiedział Gdula, nie bardzo się przejmując, że właśnie sam na gorącym kłusowaniu złapany.

- Nie tego, nie tego - odpowiedziała kobieta i sama tylko wiedziała, co ma znaczyć, albo i nie wiedziała.

- Nie bój się Jurek, swoje, od ciotki dalsza rodzina, Józka ze synem. Jak jemu tam? - zwrócił się do kobiety.

- Bolek - sam syn Józki odpowiedział i nie wiedzieć czego zaczął się śmiać, za nim z miejsca śmiech pochwyciła kobieta.

- Bolek i Józka niegroźne, nie bój się, silne za to. No! Za robote się biercie, jak wy takie za lasem bardzo - prawie rozkazał Gdula. Niewiele Jan się liczył z tymi ludźmi, dalsza to od Anieli była rodzina, nie tyle nie szanował, co wiedział, jak z nimi gadać.

- Nie tego, nie tego - padło za odpowiedź i choć na przeczenie wyglądało, Jan się niczym nie przejmował, wiedział, że nic nie znaczy takie paplanie. Józka z "nie tego" od wsi do wsi chodziła i kiedy jej przyszło do głowy. Swoje gadała, ale zaraz za siekierę złapała i pchnęła syna w stronę Gduli, żeby za piłę się łapał. I tak z "nie tego" wszystko na swoim miejscu się poskładało. Jan z Bolkiem piłowali buka, Józka obcinała gałęzie przy drugich. Nowe pomocniki dodały otuchy, do tego weselej się zrobiło, co i rusz się śmiali, obojętnie co powiedzieć. Czasem starczyło, żeby siekiera w sęku się została i Józka z Bolkiem pękali na całego. Jan zerkał w stronę Jurka, czy co złego się nie dzieje, ale to co widział, bardziej w podziw go wprawiało niż w zamartwienie. Józka tak machała siekierą, że i chłop nie dałby rady. Chłopcem kierowała w bezpieczne miejsca, z dala od roboty i przy bukach tylko drzazgi leciały. Nie gorzej Bolek piłował, gdy do siebie przyciągał, potrafił jeszcze tak przycisnąć, że głębiej rzez zachodził. Z matką chodzili po ludziach i pomagali przy czym się da. Przed wojną gajowy często ich zabierał do wyrębu, to i więcej o drzewie wiedzieli od Jana.

- Za czym krótkie? - Bolek zagadał i Gdula, o dziwo, zrozumiał jego mowę.

- Nie taki ty głupi. Dobrze gadasz, tera głupiego robota na pół piłować. Jak my we dwa chłopy! Na wóz tylko fiknie! Idę ja wóz nawrócić bliży drogi i bedzie się ładować, jakie je. - Poszedł do wozu, żeby bliżej było drągi nosić. Zaraz za nim Bolek, ale nie z pustymi rękami szedł, tylko z długim na trzy metry balem od szczytu. Podniósł kawał buka jakby gałęzie na ręce zarzucił i szedł wyprostowany jak minister, nic sobie nie robiąc z ciężaru.

- Tobie, Bolek i za konia można robić, ale sam nie dźwigaj, bo się przesilisz - Gdula nie lubił, jak się człowieka pchało na marnowanie, za takie bez potrzeby robotę uznawał. Szkoda było każdego, co ciężko musiał harować, żeby z głodu nie umrzeć.

- Idzi stryku, idzi - pewnie to tyle u Bolka miało znaczyć, że lekkie i nic mu się nie stanie, tak też wyglądało, niósł i gadał bez zadyszki, a jeszcze śmiał się co krok. Resztę razem z Janem znieśli i nie trwało dłużej niż małą chwilę. Załadowali i wrócili się do Józki, gdzie jeden buk już gotowy. Raz dwa się wzięli za niego i znów wiele czasu nie wzięło, jak na bale pocięte. Na wóz weszły dwa większe i choć Jan wcześniej myślał, że więcej się nie pomieści, znać było, że i trzeci pójść powinien. Przy ostatnim Jurek z Józką odpoczywali, resztę Bolek ociosał, a Jan tylko gałęzie odrzucał. Pocięli migiem i z Józki pomocą nosili na wóz. Zatargali pół z buka i Gdula znów zaczął się lękać ciężaru.

- Wiency nie ma co, koń nie pociągnie - Jan często na Baśkę wołał "koń", częściej niż klacz albo kobyła, tak jakoś mu się mówiło.

- Zmoże, zmoże, dobre buki, suche - Bolek poprawił Gdulę, a ten najpierw się zamyślił, potem przypomniał sobie, że nieraz Bolek z leśnym drzewo wywoził, przez to musiał wiedzieć co wolno.

- Tak po brzegi z gajowym woził? - upewnił się gospodarz, że klaczy nie zamęczy.

- Łoooo! Zmoże, zmoże - upierał się przy swoim Bolek i stanęło na jego. Wszystkie na wozie się pomieściły, stało się tak, że Gduli nawet się nie marzyło. Z pełną furą i z tym, co w domu zostało, zimę można przetrwać i niczego się nie bać. Skończył się załadunek i razem z nim słońce zaszło na zachód, szaro się zrobiło, czyli w sam raz dobrze, żeby ze zdobycznym do domu wracać. Jan zarzucił na drzewo płachtę, co ją ze sobą woził, i jak się spodziewał - z wozu nic nie wystawało i niczego nie było widać. Chłodem już wiało, powietrze mokre się robiło, a i w lesie, gdy ciemno, nieprzyjemnie siedzieć. Czas najwyższy do domu wracać, bale zwalić, ciepłego zjeść, kości naprostować.

- Ty Jurek letki, lejce bierz i na wóz siadaj, my nogami się wrócim. Czas do domu, ciemno się zrobiło - pogłaskał chłopca po głowie, widząc, że i on chce iść, by ciężaru nie dokładać, ale też sił na to nie miał. Gdy Jurek dostał zadanie do domu zajechać, poczuł się lepiej i znalazł dla siebie tłumaczenie.

Jeszcze do południa Gdula się martwił czy Baśka pociągnie, pod wieczór nie było czym się przejmować, kobyła bez stękania ruszyła z małej górki. Będzie ze dwa dni temu, jak osie smarowane, tym lżej szło, może nie tak całkiem bez potu Baśki, lecz nie było trudu ponad siły. Gdula maszerował i myślał, co robić z napotkanymi pomocnikami. Ludzie pracowite i pomocne, ale jak się uczepiły, trudno się będzie pozbyć. Drugie, że bez podzięki się pozbywać i jakiego podarunku, co w takich razach było zwyczajem, nie uchodziło. Następne, które Jana męczyło, to Anieli gadanie. Gdulowa Józki z synami nie lubiła, jak wszystkich, które po wsi się włóczyli i z życiem nie dawali rady. Znała Aniela biedę i całe życie powtarzała, że bieda z lenistwem za dwie siostry, tak do siebie podobne, że trudno poznać, która starsza. Jan czasu na myślenie miał wiele, choć nie tą samą, a krótszą drogą wracali. Bolek tak przez las poprowadził, że mniej było do jechania i bliżej chałupy się znaleźli. Wóz wyjechał na drogę i czas ostatni nastał, żeby decydować. Albo Józkę z Bolkiem na drodze zostawić, bo stąd mieli krócej do siebie, albo razem z nimi skręcić do Anieli.

- Zajdziecie z nami do chałupy, da wam Aniela, co tam będzie miała, żeby wy krzywdy nie mieli - nie mogło być innego postanowienia, nie po bożemu inaczej postąpić.

- Nie tego, nie tego, Aniela dobra - więcej niż zwykle powiedziała Józka i zaraz po tym oboje z Bolkiem śmiali się do siebie, co i Jurka rozbawiło. Wszystkie razem bez przygód zajechali pod stodołę, jak już całkiem ciemno było. Gospodyni cały dzień czekała, kiedy Jan z Jurkiem powrócą. Tylko wóz wypatrzyła, zaraz biegła przed chałupę. Gdy Józkę zobaczyła i dalej Bolka, uspokoiła się, jak nie ona. Spokojna była z tego, że wcześniej myślała, jaka bieda przy wozie idzie, jakie obce ludzie. Gdula z miejsca pchnął drzewo do stodoły, żeby dla obcych nie było śladu, rozładować dopiero jutro myślał.

- Gdzie wy byli bez cały dzień? Taż osiwieć można! - pożaliła się Aniela.

- Nie gadaj, nie gadaj. Do chałupy zajdź, wynieś Józce za robotę - Gdula posłał żonę do chałupy, sam poprowadził kobyłę do stajni i wszystkich, co było za sobą, pociągnął. Aniela wyskoczyła z bochnem chleba, kawałkiem słoniny, woreczkiem mąki i wszystko Józce oddała. Z Bolkiem razem podziękowali, głowami kiwali po kilka razy ciesząc się z podarunku, tak jak ze wszystkiego się cieszyli. Nie było mało, co dostali, przed wojną rzadko, że tyle dawali, co Gdule we wojnę oddały. Bywało, że za sam chleb i garnek mleka cały dzień oboje robili. Teraz wzięli mąki i słoniny za parę godzin nie tak ciężkiej roboty, i w czas, gdy po chałupach się nie przelewało. Bardzo byli radzi i tak Janowi jeden kłopot spadł z głowy. Ze szczęścia i ze strachu, że jeszcze kto odbierze, Józka machnęła na syna i jak wypadało rzuciła Gdulom parę słów:

- Bóg zapłać! Dobra Aniela. Cieeeemnooo... nie tego, nie tego - podziękowała po bożemu, co dalej i diabeł nie wiedział, chyba że pora do swojej wracać chałupy.

- Idźcie z Bogiem, co macie za pazuchę chować, by kto nie wydarł. - Aniela odprawiła gości. Lepiej powiedzieć, że sami ze zdobycznym uciekli. Wszystko porobione i wreszcie można siadać przy stole, zjeść i nagadać się, nacieszyć tym, że już zima nie groźna. Zanim przyszło do rozmowy, gospodyni szykowała późny obiad. Postawiła na stole przysmażone pierogi ze śmietaną, dla Jana omaszczone, dla Jurka postne.

- Ty tak zapłaciła? Co to jemu pośne dała? Jak stary harował! - Gdula wstawił się za Jurkiem, ale coś mu nie pasowało, najbardziej żony patrzenie.

- Czasem by i pomyślał, nim co powie, źle by nie było - skarciła męża, nie tak jak umiała, widziała, że oba mają dość roboty i żadnemu przykrości robić nie chciała.

- Może być ze skwarkami, ciociu, nic nie szkodzi - chłopak zaskoczył Anielę i Jan sam prawdy doszedł, że o przyzwyczajenie z domu się rozchodzi. Pojął i to, że zaczął Jurka, jak syna traktować, jakby zawsze tu był, od dziecka i wszystko robił tak, jak swój. Żył jak Gdule, pracował jak Gdule, do kościoła chodził i jadł jak Gdule. Znaczy że Gdula jest jak wszystkie w chałupie i taki na zawsze zostanie. Stąd mu się wzięło, że postnymi pierogami matka chciała dziecko ukrzywdzić, teraz wiedział, że całkiem na odwrót rzecz się miała. Gdulowa, jak każda gospodyni, nie lubiła, kiedy po michach przebierać, marudzić, zaglądać, obwąchiwać. Nie ma mowy, żeby jednemu tak, drugiemu inaczej rychtować. Co ugotowane, wszystkie jeść mają i koniec. Jurek inaczej dostał do miski i o tym wiele musiała pamiętać, by jemu jednemu osobno szykować. Takie specjalne do miski dawanie pokazywało, że najmniejszej przykrości dziecku robić nie chce i jak za swoje ma.

- Na mnie nie patrz Jurek, jedz, kiedy ci smakuje. Zechcesz po naszemu, zechcesz po swojemu, tak samo nikt tobie słowa nie powie - naprostował, co mu się wcześniej niedobrze powiedziało.

- Niech będzie ze skwarkami i już zawsze chcę jeść tak, jak wujek i ciocia - popatrzył na Gdulów inaczej niż na gospodarzy, jeszcze nie tak jak na rodziców, ale już tyle, co na przyjaciół albo wujków prawdziwych. Dziwili i cieszyli się Gdule, gdy Jurek twardo stał przy swoim. Dostał ze skwarkami i zaraz wziął się za jedzenie.

- Dobre, dużo lepsze ze słoniną - cieszył się świeżym smakiem i nie dawał po sobie poznać, że tak jeść w Przemyślu, gdzie dom rodzinny, grzech był ciężki. Może mama nic by nie mówiła, ale ojciec zagniewałby się na pewno. Siedziało w głowie dawne religijne przyzwyczajenie, ale przemógł się i ani nie skrzywił na grzeszne jedzenie, chciał zrobić po swojemu, żeby nikt mu nie kazał jak robić musi. Jak wszyscy chciał być, co nie musieli się chować i pacierzem tłumaczyć, że inne są, niż są. Zrobić, jak mu się spodoba, najeść się słoniny i nikt mu niczego powiedzieć nie ma prawa. Myślał być podobnym do wszystkich, którzy kryć się nie musieli, niech inni się za krzakiem czają, nie on. Po obiedzie pierwsza od siebie powiedziała Aniela:

- Wy pojechali, a ja tak sobie myślała, że całkiem durno my zrobili. Niemce za drzewo złapać mogli. Tutejszy, jeszcze jak tak, z życiem ujdzie. Jurek nie daj Panie Boże. Wszyscy we wsi gadajo, co w Przemyślu się wyrabia. Każden zna, że darmo i nie darmo chowajo, któren ucieknie z drugiego brzega. Niemce nie głupie, zewsząd patrzo i szukajo. Całkiem głupio my zrobili. We wsi co innego, ludzie durne, ale kto nie bądź jak grosz powącha, za byle co zamelduje. Niemce nie durne, źle my to robili. Wiency nie ma co się pchać, kłoptu nie brakuje. - Długo mówiła Aniela, a to dlatego, że wszystko sobie w dzień ułożyła i Jan od razu słowa żony przyjął za przestrogę.

- Ano głupio, wszystkie trzy my siedzieli i żaden nie pomyślał. Koło domu bedziesz latał, nie dali. We wsi wiedzo, że u Gdulów chłopak je, głupiego nie ma co strugać, ale pchać się drugie nie ma co - popatrzył na chłopca, jakby chciał cofnąć wczorajsze bez rozumu postanowienie, zgodził się z Anielą i pewnie z tej samej przyczyny. Oboje zaczynali się martwić o Jurka jak o własne dziecko, myśleli, jak zrobić, żeby krzywda mu się nie stała. Chłopiec zrazu posmutniał, znów się poczuł jak ten gorszy, schowany, ale wysłuchał cierpliwie, patrzył uważnie i sam rozumiał, że wszystko dla jego dobra powiedziane i chyba więcej niż z troski, chyba z miłości. Bez rozumu na swoim postawić życie kosztuje, swoja tylko głupota, cudza radość.

- Wujku, ta Józka i Bolek dziwni jacyś. Skąd oni się wzięli? - powiedział do Jana, ale patrzył na Anielę, szykował psotę, myślał przerwać poważne gadanie.

- Ciotki pytaj, od niej jaka taka rodzina - Gdula roześmiał się głośno, jak tylko spojrzał na żonę.

- Ty na swoich patrz, takie same durnowate jak i te. Te chociaż się nie bijo, z siekiero za ojcem nie latajo, jak twoje pijanice. Biedne to i głupie, za robotę się nie weźmi i tak łazi, chleba prosi po chałupach. Każden nim tłucze i poniewiera - nie lubiła Aniela tych dalekich krewnych, ale żałowała, jak każdego co biedę miał.

- I my ich poniewierali, silne jak konie, co się narobiły, to się narobiły. Żeby nie one, wiency jak jednego buka nie daliby my rady, szkoda gadać - słowa Jana jak podziękowanie i wyrzuty sumienia brzmiały.

- Ty się nie bój, żadnej krzywdy nie mieli, żeby tak wszystkie ich piłowały jak my, to by dobrze było. Gdzie one tyle wezmo jak tu, za chwilki roboty. Bogacz pół z tego by nie dał. Mało razy za jeden chleb cały dzień robiły? Jak im krzywda je, nie usuno się, do chałupy pchajo. Od nas galop lecieli, żeby im kto nie wydarł, co zafasowali - wszystko uczciwie Aniela poukładała i każdemu zasługi przydzieliła.

- Niby racja, do dupy życi, nic nie wartuje. Tak ot tak, morduje się darmo i drugich przy sobie. I takich Boziu stworzył, niech tam se biedne robi jak zechce - zamyślił się Jan, z biedy się nie śmiał, znał biedę na wylot, z domu był takiego, że dziewięcioro za chlebem płakało. Czasem pożartował z Anieli, nie po złośliwości, takie sobie zbytki oboje robili, tak smutki prześmiewali.

- Dziwni, śmieszni, ale pomogli bardzo dużo - Jurek pogodził Gdulów.

- Pomóc pomogli, cieszy się to byle czego, pewnie za to się po świecie pląta i samo nie wie czego, bo każden jeden za głupiego weźmie - odpowiedział Jan.

- Wszystko jedno, kto tam głupi, któren mądry, dobre, że drzewo je i wy szczęśliwie do domu wrócili. Reszta bajka - Anieli samej zrobiło się lżej, gdy powiedziała, co najważniejszego o tym wszystkim myśli.

- Drzewa po uszy, nawet nikt nie myślał, że tak się uda. Dużo Jurek zrobił, on sprzypomniał sobie, gdzie buki zwalone.

- Bogu dziękuj, że takiego sprytnego napotkał, sam pierwszego razu pod krzakiem z rękami do góry siedział.

Wszyscy uśmiali się z tego, co Aniela powiedziała i ze śmiechem zebrali się do spania. Na wsi wcześnie spać chodzono, do dnia trzeba było wstać, aby obrządzić. Początkiem Jurek nie mógł się przekonać do rannego porządku, jednak z czasem, gdy zaczął w gospodarzeniu pomagać i wstawać razem z Gdulami, wszystko mu się z miejskiego na wiejskie wyprostowało. Tej nocy nie spał spokojnie, śniły mu się straszne rzeczy, tak źle dawno się nie śniło, nawet w pierwszą noc po wojnie i nawet wtedy, gdy spał w lesie. Śnił mu się ojciec pomazany krwią, krzyżem leżał w synagodze i odmawiał "Ojcze Nasz". W synagodze żywej duszy, tylko wiatr trzaskał drzwiami, a przez drzwi widać wychudzonych ludzi, wszyscy nadzy i nawet kobiety zamiast łona miały obrzezane męskie przyrodzenie. Nagich prowadziła matka z księdzem pod rękę i sam Jurek w niemieckim mundurze. Szli bez słowa po ulicach Przemyśla i potem wszyscy przeszli rzeką na drugi brzeg miasta, stóp nie zanurzając. Jurek z matką i księdzem śmiali się z tego pochodu i krzyczeli na nich: "wiśta wio, wiśta wio". Z tłumu tylko jedno, za duże na dziecko i mniejsze niż dorosły, odezwało się: "nie tego, nie tego". Wszystko we śnie było nieprzyjemne, plątało się ze sobą. Z pokoju w Przemyślu, gdzie stało radio, Jurek przechodził drzwiami do lasu i znów z lasu prosto na piec w izbie Gdulów. Z pieca na stół, gdzie na talerzu widział obłocone świńskie racice, rozpływały się po pierogach i wylewały przez talerz wychylony od siebie. Gdule śmiały się z Jurka i krzyczały: "Jedz Berek, jedz, między niewiastami!".

Zerwał się ze snu trzymając dłonie na ustach, pobiegł szybko do sieni, w to miejsce gdzie stały wiadra na brudy. Zwrócił całe jedzenie i długo nie mógł dojść do siebie. Przysiadł na ławie, ciężko oddychając trzymał się za brzuch. Jan spał jak niedźwiedź, tylko Aniela usłyszała, co się dzieje, wstała z łóżka, zapaliła lampę i poszła za Jurkiem do sieni.

- Co tobie je? Rwie z ciebie? - pokiwał głową - Tobie skwarki musiały narobić i nie tak na brzuch, co na myślenie. - Wzięła chochlę i wlała parę razy do wiadra, żeby po sieni smrodu nie roznosić, potem dała Jurkowi kubek z wodą i kazała przepłukać usta. Powoli równał oddech, trochę lepiej czuć się zaczął, Aniela pomogła wstać i poprowadziła do kuchni.

- Suszonej mięty sparzę i żeby ty mi więcej na przymus nie jadł, jak tobie co nie pasuje - prawie krzyczała, z troski, nie po złości.

- Dobre pierogi były, to nie od jedzenia, ciociu, to chyba z tego wszystkiego. Ze strachu - odpowiedział Jurek, tak żeby ciotki nie martwić i ledwie co mówił, bo w brzuchu jeszcze się gotowało.

- A czego tobie się bać? Co najgorsze, przeszło. Tu nie masz się czego bać - gwarantowała, czego i sobie zapewnić nie mogła, oboje wiedzieli, że gdy wojna, nie ma spokoju.

- Oni tam wszyscy zostali, tylko ja...

- I co ty poradzisz? Nic nie pomoże twoje rzyganie. Niemcom do roboty potrzeba, nowa wojna, to i ludzi bioro. Z trupa pożytku nie ma, tylko kłopot, jeszcze trza pochować. Nie bój się nic, bedo żyć i tobie nic nie bedzie. Człowiek, jak każde inne, co żyje, jak do czego nawykły, tak mu ciężko przemówić. Krowa siano je, koń owies, pies kości gryzie. Daj psu siana - czy bedzie jadł? Takie samo ze świni, jak z cielaka jedzenie. Jak ty w domu słyszał, że grzech ze świni, tak i spamiętał i tak rzygał. Weź mnie z psa daj, dopiero zobaczysz co rzyganie. Ty nie wiesz, czego rzygał, a ja tobie powiem. Rzygał, bo posłuszny Panu Bogu i ojcu z matką - nie od skwarków, od posłuszeństwa i pomyślenia. Za to, że ty mądry i posłuszny, tego rzygał.

Wszystko, co Jurek usłyszał, choć nie takie w słowach było jak matki pocieszanie, sprawiło, że lżej mu się zrobiło i pewniej.

- Pójdę spać, nie trzeba mięty ciociu, już mi dobrze jest - rzeczywiście lepiej mu było i zmęczony chciał spać.

- Trzeba, trzeba, a spać idź na piec, mocno się wygrzejesz i ból odyjdzie. Kładź się tam, pierzynę dostaniesz - podtrzymała chłopca słowem i rękami. Aniela pomogła choremu wejść na piec i pierzyną, którą ściągnęła z łóżka, zaraz przykryła po szyję. Jan dalej spał, aż chrapał, nic mu snu nie zabierało ani w sieni stukanie, ani poruszenie w kuchni. Zanim woda na piecu się zagrzeje, trzeba dobre pół godziny. Na noc jak w dzień się nie pali, tyle żeby całkiem nie pogasło i się nie wyziębiło. Ten czas Aniela przesiedziała przy stole z głową podpartą pod brodą. Zerkała do chłopca i myślała, jak to naprawdę będzie i jakie to wszystko nieludzkie, jakie złe. Takie życie, że za drzewo albo i za co mniejszego człowiek człowieka morduje, że dzieci osobno i rodzice gdzie indziej, nic niewarte. I najważniejsze na koniec zobaczyła: "Najciężej w życiu ma taki, co sam jeden chce mieć letko, lżej temu co z drugim dźwiga ciężary". Pomyślała i tyle jej, bo nic więcej mądrego wymyślić się nie dało, trzeba żyć, żeby przeżyć, co i bez myślenia było wiadome. Woda nareszcie zawrzała, Aniela zaparzyła miętę, tylko nie było kogo poić. Jurek spał twardo, że szkoda budzić. Sen nie gorsze od mięty lekarstwo, może i lepsze, tak sobie wytłumaczyła, po czym sama poszła spanie dokończyć.

7

Rok z kawałkiem mieszkał Jurek z ciotką i wujkiem, przez ten czas więcej wszystkich spotkało radości i śmiechu, jak łez i zmartwienia. Wojska i zbłąkanych po lesie niemało, ale Pan Bóg trzymał straż nad Gdulową chałupą, nie dopuszczał, by co złego się stało. Więcej od wojny bali się, że plony nie bardzo udane, że zima sroga. Powiedzieć nie można, naokoło co i rusz wieści smutne i całkiem złe przychodziły. Ukraińcy myśleli zabijać miejscowych, tutejsze ścigać banderowców. Niemcy Ruskich tłukli, inne z nędzy i chorób umierali po gettach. Jeszcze dalej okrutnie katowani, żywcem na pół przerzynani i paleni za to tylko, że są. Było się czego bać i kogo lękać, ale pod dachem inaczej, jak po świecie, co złe na świecie, niewiele mogło zdziałać w chałupie, gdzie dobra i szczęścia nie brakowało. Czasem gorzko posmakowało, gdy Jurek przypominał sobie, najwięcej po nocy, że Berkiem był i cała z Przemyśla rodzina bez słuchu przepadła. Nie wie czy żyją, czy ojca i matkę jeszcze zobaczy? Jan z Anielą po swojemu tłumaczyli, tak jak się na wsi wszelkie troski przegania. Bogu trzeba dziękować za życie, zdrowie i jedzenie, więcej z ciężkiej, uczciwej pracy samo się musi ułożyć. Trafiało do Jurka, co z serca usłyszał, pewnie dlatego, że nic z dawniejszych kłótni rodziców nie wiedział i żadnego pocieszenia nie znalazł. Ojciec z matką spierali się, co przyczyną wszystkiego i nijak nie potrafili znaleźć na skutki lekarstwa. U Gdulów przeciwnie i prościej, każdego dnia mniej gadania, więcej roboty - kartofle zakopać do ziemi, sadzę z komina wyciągnąć, ciasto na chleb zarobić, krowę wydoić, kapustę zakisić. Tak dzień za dniem przechodził i w zimę nawet pod dostatkiem było zajęcia. Choć nic wielkiego z obrządku się nie zrodziło, dawało przetrwać, przeganiało złe myśli.

Jurek dużo się zmienił, innym był dzieckiem, sam już nie wiedział kto jest. Jeszcze Berek czy całkiem Jurek? Żadnego przymusu nie miał, nawet Aniela, odkąd pokochała go jak syna, nie przymuszała do pacierza. Raz żegnał się do obiadu, drugim razem zapomniał, bywało, że jednej soboty nie pracował, na drugą pomagał Janowi. Z jedzeniem każdy rok nowe zmartwienia przynosił, przez to jadł co dali, a żołądek i głowę tyle przyzwyczaił, że ciotka mięty zaparzać nie musiała. Dawne życie splątało się z teraźniejszym i z czasem przestał pytać sam siebie: kim jest, w jakiego Boga wierzy, które jedzenie grzeszne i w jaką stronę michę wychylać? Dzień powszedni jak święty się zdawał, bo święty był spokój, od tego jak kiepsko na świecie się robi. Swego patrzeć, co w chałupie z pożytkiem zrobione przetrzymać pozwoli, więcej nie trzeba.

Końca wojny każdy jeden wyglądał: prosty w chałupie i lekarz z Przemyśla, ale żaden wielkiej sobie nie robił nadziei. Z końcem lutego czterdziestego trzeciego roku ludzie gadali, że Niemców z powrotem na zachód gnają, że mrozem skuta ziemia wojnę wygrała. Dobre to były wieści dla wszystkich. Niemcy z Ukraińcami litości nie mieli i Ruskie swoje robili, ale kto wrogów najgorszych przegania, zaraz za lepszego uchodzi. Do nikogo Gdule się nie wtrącali i tak samo od drugich chcieli, tylko z Ukraińcami inaczej było. Przed wojną pełna zgoda i za Ruskich nawet. Dopiero jak Niemcy przyszli zrobiło się groźnie, a jeden drugiemu co najgorsze wypominał, choćby nawet nic nie zawinił. Bogu dziękować w Czyszkach do mordowania nikt się nie garnął, tyle co złorzeczyli, grozili i przeklinali, z biedy, głupoty i strachu. Na skraju wsi stała zagroda, a pierwsze po sąsiedzku Horoszczaków obejście. Szczęściem Horoszczaki Gdulów szanowały i Gdule Horoszczaków. Wielkiej przyjaźni nie było, ale gdy pomóc przyszło, razem młócili i siano przed deszczem chowali. Sąsiedzkiej pomocy i wojna nie zaszkodziła, dobrze sobie mieli, lepiej jak świat, co po złości i bez rozumu gnał, że Pan Bóg nie wiedział dokąd. Za progiem dobre życie, ale ze wszystkim drzwi przed światem nie zamknie, przywieje co zechce, choćby najmocniej zaparte.

Przyszły roztopy po ciężkiej zimie, może był koniec marca, najdalej połowa kwietnia, gdy do chałupy zawitał gość niespodziany. Wszystkie siedzieli, gadali do siebie, wieczór nadchodził, jak w drzwi zastukało i od razu znać było, że nie swój idzie. Tych, co po sąsiedzku zaglądali, gospodarze czasem i po krokach znali, a kto ze wsi był, nie śmiał walić jak do siebie, akuratnie pukał, żeby nie za cicho i tyle głośno, jak potrzeba. Obcy w drzwi tłukł, żeby niezaryglowane i bez pukania by wlazł.

- To nie swój tak wali, to co złego idzie - Aniela złożyła ręce, przestraszyła się mocno.

- Na nic! Musowo roztworzyć, może więcej głośny, jak zły idzie - Gdula uspokajał, ale nietęgą miał minę, wszystkim i sam sobie otuchy dodawał.

- Kogo Pan Bóg prowadzi? - spytał nim otworzył, ale następne walenie usłyszał. Nie było rady, pod strachem musowo otwierać. Haczyk odemknął i prawie w ten sam czas do izby wtoczył się żołnierz. Karabin miał przewieszony na łokciu, potargany płaszcz, czapkę przekrzywioną na bakier, błotem zaciągnięte buciory, za którymi nie nadążały nogi. Niemiec wpadł do chałupy i prosto w ręce Gduli, który mocno musiał go przytrzymać, żeby nie zwalił się na klepisko. Czasu nie było, żeby się lękać, pijany ledwie przestąpił próg, a już trzeba się nim zajmować. Jak tylko Jan złapał pijanego, wziął go pod pachę i poprowadził do izby. Aniela z Jurkiem nie mieli tyle zajęcia, na widok zdrętwieli oboje i najgorszego czekali. Posadził gospodarz żołnierza przy stole, na tej ławie, co od ściany stała, by się nie osunął. Gdy pozbył się ciężaru, sam mocno opadł na drugą ławę z przeciwnej strony, gdzie Jurek na skraju siedział. Aniela na stołku usiadła i bliżej do chłopca się posunęła, żeby był spokojniejszy, tylko Jan naprzeciw żołnierza siedział, a ten powoli dochodził do siebie.

- Gówno warte, gówno warte... - mruczał swoją niemiecką mową i reszta myślała, co jego gadanie znaczyć może. Zrzucił czapkę, pokazał twarz całkiem do Niemca niepodobną. Ładny był, młody i, co najlepsze, źle mu z oczu nie patrzyło. Gdyby tak mundur zdjąć, całkiem na człowieka wyglądał i nie taki zły, jak teraz krzyczał:

- Co tak siedzicie durne chłopy, wódki dawać. Wódki, słyszycie! - Gdule popatrzyły po sobie, z niemieckiej mowy nic nie wiedziały, to jedno poznały, że dość nie ma i więcej szuka. Niewiele znać co robić, z pijanym żartów nie ma, a z pijanym Niemcem, co ma karabin, dopiero strach. Jan nie był bardzo pijący, Aniela wcale wódki nie uznawała, ale - jak to w chałupie - samogon być musiał, niejedno bimbrem załatwić można.

- Anielka, przynieś no panu żołnierzowi naszej wódki - zagadał do żony i ta z miejsca poszła do drugiej chałupy. Tak samo prędko wróciła ze szklanką, którą trzymała razem ze świątecznymi talerzami. Niemiec chwycił się od razu, wlał sobie pół szklanki, przełknął i nawet mocno się nie skrzywił, widać było, że znał tę moc i smak tutejszy, musiał wcześniej i niejeden raz próbować miejscowego picia.

- Gówno warte, gówno warte... życie gówno warte, wy durne chłopy. Rozumiecie? Gówno tam rozumiecie, nic nie rozumiecie, po niemiecku nie rozumiecie i nic nie rozumiecie, durne chłopy - wszyscy, co w chałupie byli, tyle poznali, że do nich krzyczy, a takie wrzaski nic dobrego znaczyć nie mogły. Strach było słuchać, jak się rozdarł, tym większy, że nic z obcego gadania odgadnąć nie można i do tego cały czas jakby te same słowa mielił.

- Boicie się? Czego się durnie boicie?! Trup z wami siedzi, pijany trup, bez życia. Nie będę was zabijał, nigdy nie chciało mi się was zabijać. Jestem weterynarzem, nie rzeźnikiem. Byłem, byłem weterynarzem, teraz jestem pijany trup - skończył gadać i rozejrzał się po chałupie. - Żyjecie tu jak w dziupli, to nie dom, to dziupla, wódz ma rację, jesteście marni ludzie, w Bawarii lepiej chlew wygląda niż wasza dziupla. Rozumiecie? Murowany chlew, nie taka dziupla z gliny i desek, durne słowiańskie chłopy.

- Żona co do jedzenia zrobi - Jan widział, że pijany wrzeszczy wniebogłosy, powtarza i plącze słowa i więcej to wrzaski nie umiał zaradzić, do głowy jedzenie mu przyszło, jak to do wódki. Zagadał do Niemca i sam zobaczył, że ten nic nie rozumie, wtenczas pokazał rękami, jakby łyżką machał i do ust kierował. Aniela już wcześniej obmyśliła zakąskę szykować, na to talerze przyniosła.

- Czego ty chcesz? Jeść? Nie mam jedzenia, nic już nie mam! - odpowiedział Gduli i śmiał się przy tym. Jan pomyślał, że dobrze trafił i odesłał Anielę do kuchni, gdzie i sama myślała iść. Do wódki Ruskie zawsze chleba chciały ze słoniną, to samo Niemcowi dała, żołnierz jest żołnierz, wszystkie jednakowe.

- Mnie dajesz, babo? Słoniną i chlebem będziesz mnie karmić? Trupy nie jedzą! Rozumiesz, babo? - znów się darł jak zarzynany i nie wiedzieć czego.

- Chleb dobry, świeżo spieczony i słonina wędzona, wiency nic nie ma - odważyła się zwrócić do Niemca i tak mówiła, jakby się modliła do samego Pana Boga, ale też i zła była, że w taki czas, gdzie ludzie chleba proszą, ten tutaj grzeszy i marudzi, rękami na jedzenie macha.

- Siadaj głupia babo, siadaj i nie drażnij trupa - łagodniej zagadał, dalej machnął ręką pokazując na ławę. Widać zmęczył się krzyczeniem i machaniem, bo jak tylko skończył, ukroił sobie pajdę, przełożył słoniną i zapomniał, że wielkie miał przed chwilą do życia i słoniny żale. Skończył jedną kromkę i zaraz zabrał się za drugą, jadł pośpiesznie, a jak przemógł głód, silniej wrócił do gadania. Pomiędzy kęsami opowiadał, co jego życie warte.

- Głupi i mądrzy z was ludzie. Szczere słowiańskie gęby. Nic wam to nie da i tak was zabiją, jak nie my, bolszewicy ukatrupią, a jak nie oni, to Ukraińcy. Zasrane macie życie, głupie chłopy, ale i tak lepsze niż moje. A ty co się gapisz mały chłopie? - mundurowy zwrócił się do Jurka. - Nie bój się, ja cię zabijał nie będę, ani ciebie, ani twoich rodziców. Gapisz się, że jem takie świństwo? Jem, bo mi świństwo smakuje i co mi zrobisz? Będę jadł! Ty słoniny nie ruszysz, co? Ikrą się zażerasz? Jak się nazywasz? Gadaj!

Znów się zrobiło groźnie w chałupie, tym groźniej, że pijany do Jurka się uczepił i Bóg jedyny wie czego. Gdule już myślały o najgorszym, że on tu z getta przyszedł, dowiedział się, kogo w domu chowają i będzie mordować. Niemiec złagodniał widząc, że chłopiec cały się przykurczył i oczy łzami zapuścił. Życzliwiej się odezwał.

- Ja Jens, Jens Friedrich. A ty? - Janowi zdawało się, że zrozumiał czego Niemiec chce, przysunął się bliżej stołu i powiedział do Jurka:

- Pan oficer pyta, jak ty się nazywasz. Mów, żeś Jurek Gdula, nie bój się - przytulił chłopca i pokiwał życzliwie głową.

- Jurek Gdula - tyle z siebie chłopak wydobył.

- Juhrek?! Niech ci będzie i Juhrek! A wy jak? - pokazał na starszych.

- Żona, Gdula Aniela, a mnie Jan Gdula - gospodarz odpowiedział powoli i wyraźnie.

- Hdula, Hdula i dobrze, że Hdula, niech będzie Hdula, durne chłopy. Aniela, Jan, Juhrek i Jens, rzadkie towarzystwo - za koleją pokazywał palcem na siedzących wkoło i na koniec roześmiał się szczerze, czym uspokoił przestraszonych w chałupie. Chwilkę odsapnął, potem popatrzył po izbie i od nowa zaczął coś po swojemu gadać. - Aniela, przynieś drugą szklankę, dla męża, sam nie będę pił.

Gdulowa wytrzeszczyła oczy i dopiero, gdy żołnierz podniósł szklankę, potem imię męża przywołał, zrozumiała w czym rzecz. Dostał Jan do picia za Niemca sprawą i teraz rozlewał siwuchę do swojej i jego szklanki.

- Pij chłopie z niemieckim trupem. Na zdrowie! - ostatnie słowa wygłosił tutejszą mową, chropowato, gadał jak obcy. Tak czy siak, Gdula czysto odpowiedział. Wypili, Jan wszystko, co miał w szklance, Niemiec tylko chlipnął na jeden łyk i zaraz krzyknął: - Bierz słoninę, przegryź! - podsuwał jedzenie, ale gospodarz głową pokiwał, że niegłodny, co pijanego więcej rozbawiło.

- Ech, wy durni Słowianie, pić to wy umiecie. Nie chcesz, nie jedz, diabli z tobą... i ze mną. Pić i umierać, durni Słowianie, tyle umiecie. - Na chwilę cisza w izbie nastała, Niemiec zadumał się i odpłynął gdzieś w myślach. Za długo nie pływał. - No, gadajcie! Co siedzicie ze łbami zwieszonymi? Boicie się Niemca? Mnie się nie bójcie, Niemców nie ma się czego bać, już po wszystkim. III Rzesza zamarzła pod Stalingradem - po ścianach izby błądził śmiech pijanego żołnierza.

- Niech się oficer napije - Gdula sięgnął butelkę i dolał temu, co Jens mu było, a gdy chciał wódkę odłożyć, Niemiec samogon w drugą szklankę przechylił razem z Gduli ręką. Oficerem nie był, ale żadnego znaczenia nie miało, co chłop do niego mówił, niczego i tak zrozumieć nie mógł.

- Ze mną będziesz pił! A wiesz za co? Żebyś przeżył w tej dziupli razem z żoną i synem, tego ci życzy niemiecki trup! - stuknął szklanką i obaj wypili. Jan jednym haustem, co było nalane, żołnierz znów nie dał rady więcej jak łyk i tyle był jeszcze przytomny, że drugi raz podsunął zakąskę, ten raz Gdula nie odmówił.

- Jedz chłopie, jedz, więcej zjesz, więcej wypijesz, mniej ci wszystkiego zostanie. Co w takim łbie jak twój łeb może siedzieć? Co ty teraz sobie myślisz? Po co przylazł ten niemiecki bandyta? Tak sobie myślisz? Tak myślisz? - ręką zaczepił koszulę Jana, chwycił go tak, że przez stół chciał przeciągnąć, ale szybciej odpuścił. Zobaczył przerażoną Anielę i Jurka szerokie oczy, zaczął się śmiać, machać rękami, że wszystko żarty i nie ma strachu. - Widzisz chłopie, wódka nawet trupa na nogi postawi, niepotrzebnie piję. Przestanę pić i będę martwym trupem. Wiesz, miałem jechać na front, tratatatata, strzelać. - Między głowami przeleciała ręka udająca karabin, tego inaczej jak rozstrzelanie rozumieć się nie dało i gdyby nie to, że Niemiec znów śmiać się zaczął i nawet pogłaskał Jurka po głowie, ciężko by Gdule znieśli wygrażanie. - Do dupy z taką rozmową, nic nie rozumiecie! A może i lepiej tak? Nie wiadomo! Nie będę was zabijał, nie chce mi się was zabijać, sam muszę się zabić. Kto inny was zabije, nie ja. Przyszedłem do was, bo było po drodze, nie chcę widzieć Niemców, do was będę gadał. Z wami chce mi się podgadać. Nic nie rozumiecie? I ja nic nie rozumiem! Nikt nie zrozumie. Nikt! Będę sobie tu siedział i gadał do was, a jak mi się znudzi, pójdę i to jest dobre, tak powinno być zawsze. Człowiek musi się wygadać, ale tak, żeby go nie rozumieć, tak jest uczciwie. Wiesz, ty słowiański chłopie, że ty mnie pilniej słuchasz, niżby słuchał Niemiec? Słuchasz całym sobą, interesuje cię, co do ciebie mówię, chciałbyś wiedzieć, co mówię, bo nie wiesz, co mówię. Gdybyś widział, co mówię, ziewałbyś i udawał, że rozumiesz, że chcesz mnie słuchać. Nie wiesz, co mówię i to ci spokoju nie daje. Takiego potrzebuję słuchacza, żeby mu spokoju nie dać. Tak się powinno ludzi słuchać, gdyby tak się ludzie słuchali, dziś nie byłoby niemieckiego i ruskiego wodza, nie byłoby tych bandytów w mundurach. Rozumiesz, durny chłopie? Prosta filozofia, nawet na twój rozum. Takim jest człowiek, że to, co niezrozumiałe, interesuje go i przeraża, a to, co jasne i przerażające, jest mu obojętne, nudne, i nie zmienisz tego durny chłopie, ani nawet ja nie zmienię. Wiesz, kiedy skończy się ta wojna? Wtedy, jak już wszyscy się znudzą i wszyscy zrozumieją, że o nic w tej wojnie nie chodzi, o nic poza nudnym zabijaniem. Kiedy ty zrozumiesz mnie, a ja ciebie, bez słowa, popatrzymy na siebie i będziemy wiedzieć wszystko, wszystko zrozumiemy. Wtedy skończy się wojna. Niedługo się skończy, jak przeżyjesz, zobaczysz, że miałem rację. Ludzie nie będę się zabijać, jeśli wszystko stanie się oczywiste, dla tajemnicy się zabija. Ile jeszcze można zabić? Jak można zabić? Po co zabijać? Gdy już wiadomo, że można zabijać bez końca, na tysiące sposobów i nic z tego nie wynika, wtedy skończy się wojna. Dziś jeszcze za wcześnie, dziś Niemcy nie wiedzą, że nie da się wszystkich zabić, bolszewików i marnych ludzi, a bolszewicy nie wiedzą, że nie da się zabić panów ludzkości. Pozabijamy się, ale ktoś w końcu powie, że w tym nie ma już żadnej tajemnicy i dalej zabijać nikomu nie będzie się chciało, do następnego razu, do następnej tajemnicy. Żyły sobie wypruwamy, żeby zabijać i nie w tajemnicy, ale dla tajemnicy. Zanim zaszyjemy wyprute żyły, powiedzmy sobie, lekko mdlejąc, że te wszystkie wydumane, milionowe zabójstwa, to jest jedno wielkie i nudne samobójstwo. Czy Niemcy zbudują świat na swojej tajemnicy? Nie, durny chłopie! I nawet ty powinieneś wiedzieć, dlaczego nie. Niemcy tracą swoją tajemnicę, żadnej tajemnicy już nie ma, nie ma panów Niemców, chodzi tylko o to, żeby przeżyć ruską zimę i napić się ze słowiańskim chłopem. Upadek idei i tajemnicy, durny chłopie. Koniec początku? Początek końca? Nieważne! I za to się pewnie napijesz. Napijesz się? - złapał oddech i wódką zaczął celować do szklanek, więcej po stole lał, mało jak trzeba. Gdula poznał, że się marnuje, złapał i poprawił.

Niewiele w chałupie się zmieniło. Odkąd obcy zawitał, żaden przy stole nie wiedział, czego chce i po co przyszedł. Mówił wiele, ale kto go tam zrozumie, może tyle się wyjaśniło, że mordować nie przyszedł. Gdyby zabijać chciał, pewnie nie sam by przychodził i nie całkiem pijany. Coś innego Niemca do chałupy przyciągnąć musiało i tego Gdule nie wiedzieli. Lepsze, że więcej spokoju się zrobiło, chociaż żołnierz od czasu do czasu krzyczał jak zarzynany, ciskał się, szarpał, rękami machał na wszelkie strony. Wyglądało, że sam miał jakieś strapienie i co go przygniatało, wódką myślał dźwigać. Tak pomyślała Aniela, kiedy na wszystko popatrzyła trzeźwym okiem. Jan za kilka szklanek, jak każdy podpity, więcej odwagi złapał, że nic się nie ma prawa stać i wszystko w najlepszym porządku będzie, tak sobie w głowie układał. Najbardziej zestrachany był Jurek, jemu starczyło, że na mundur popatrzył, że usłyszał tę mowę, którą po nocach słyszał i już chciał uciekać. Widziała ciotka chłopca zmartwienie i, jak mogła, uspokajała, więcej ciepłym spojrzeniem, głaskaniem jak słowem. Niemiec rozglądał się po całej izbie i jak tylko coś nowego się robiło, zaraz się chwytał. Teraz dobrze już był wypity i niewiele do niego docierało. Nikt, kto w izbie siedział, nie wiedział, kiedy się wszystko skończy, nawet i Jens, on znał tyle tylko, że nic mu od chłopów nie grozi, na co sami żadnej pewności nie mieli. Jan po paru szklankach zrobił się skory do rozwiązania sprawy. Tyle śmiałości już w sobie miał, co wypitej wódki, tylko zaradzenia żadnego, dlatego na wiele odwaga się nie zdała, dalej ze wszystkim się toczyło za niemieckim dyktandem.

- Widzisz, dzięki mnie się napiłeś! - rozległ się śmiech. - Za to jedno powinieneś Niemca dobrze wspominać i pomodlić się za niego, wy strasznie bogobojni. Pomódl się i podziękuj za wypitą wódkę, inaczej baba pić by ci nie dała. Daje ci baba pić? Co byś nie mówił, nic nie powiesz, tobie wszystko jedno. Kto ci taką babę zabierze? Nikt ci baby nie zabierze! Siedzisz tu sobie i baby pilnujesz, a tobie żaden lotnik baby nie odbierze. Lotnik, rozumiesz? Samolot... - językiem słowa poplątał, potem rozłożył ramiona i zaczął pokazywać samolot, rękami i głosem udawał, Gdule znów zachodziły w głowę, o co może iść. - Odleciała Herta z lotnikiem, nie ma Herty. Widzisz co przysłała? - Wyciągnął zza pazuchy pomięty list i rzucił na stół w stronę Jana. - Masz i czytaj! Czytaj, ja pozwalam, niech wszyscy czytają!

Gdula spojrzał na papier i choćby tam po swojemu miał napisane, przeczytać nie umiał, oboje z Anielą czytać nie potrafili. Jedyny, co w chałupie piśmienny, był Jurek i jemu kartkę wujek podrzucił, bo bał się czy pisanie nie rozkaz aresztu, albo co gorszego.

- Czytaj no tam, Jurek, co pan oficer spisał - pijanym, troskliwym głosem zwrócił się do chłopaka, żołnierzowi pomachał, że niepiśmienny i znów się Niemiec roześmiał.

- Nie po naszemu, po niemiecku napisane, nie potrafię przeczytać - Jurek odpowiedział załzawionym głosem.

- Czytać nie potraficie, durne chłopy?! Oddaj to! Czytać nie potraficie! - wyrywał kartkę z rąk Jurka. Ledwie przy stole siedział, ale ciągle gadał i wymachiwał, teraz jakby jeszcze bardziej żwawy się robił i głośniej krzyczał niż wcześniej. Znać było, że go strasznie napisane zeźliło i z tym chyba radzić sobie nie umiał. - List przysłała... - wódka już na dobre Jensa rozebrała, mamrotał do siebie, na koniec zaczął płakać i żalić się swoją mową. Tak mu wychodziło, że Gdule i nawet Jurek rozumiał co złego się stało. Jeszcze raz sięgnął za pazuchę, wyciągnął fotografię kobiety, położył i ciężko przyklepał na środku stołu. - Moja Herta odleciała, moja Herta... - zapłakał głośno Jens. Jan, nie pytając, chwycił za fotografię i jak tylko zobaczył kto tam jest, oczami przewrócił nieludzko, potem podał żonie.

- No, masz jego! Ta ty durny, dziecko straszył i ludzi, za take tłuste, kostropate? Żeby ciebi... - powstrzymała się za dalszymi żalami, a i wszystko spokojnym, matki głosem powiedziała. Za chwilę zlękła się, co się z niej wyrwało i dodała: - Wróci, wróci, po twarzy znać, że wróci... - Teraz i przedtem cicho mówiła, ciepło, więcej jak chciała. Zrazu zdenerwowana już się więcej uspokoiła, nic nie pokazywało, że pijany żołnierz ma złe zamiary. Ot, upił się z nieszczęśliwej miłości i przyszedł do pierwszej z brzegu chałupy, aby dopić swoje żale. Tego Aniela już całkiem była pewna, gorzej, że wizyta zdawała się nie mieć końca i nie bardzo był pomysł, jak się z chałupy marudnego pozbyć. Nie było z kim gadać, Niemiec pijany i Jan też już swoje wypił, Jurek siedział skulony, ciężko znosił widok munduru i niemieckiej mowy słuchanie. Do wszystkiego złego Jens gadał jak najęty, płakał nad swoim losem i opowiadał jak mu w życiu nietęgo. Jedna rzecz przychodziła Anieli do głowy, upić na umarłego i wynieść z chałupy, tak też zamierzała uczynić.

- Chłopie, durny chłopie, patrzysz na mnie żałosnego i takiego Niemca chciałbyś widzieć. Nie kłam, nic nie mów, wiem, co myślisz. Zdradziła, rzuciła, sponiewierała, zabiła. Nic nie pomaga, nie daje zapomnieć. Wszystko wiem, wiem jakie pospolite, ale nic nie pomaga, wyć się chce, durny słowiański analfabeto. Na zdradę nie ma mocnych! Nie ma mocnych na lotnika! Teraz mogę i na front, nowa ofensywa, analfabeto, trupy na linię frontu. Pijane trupy! Pasuje do wschodniego frontu taka armia, jedno do drugiego pasuje idealnie. Armia trupów i twoje słowiańskie zwycięstwo. Niemieckie lotnictwo obniżyło morale Wehrmachtu, zdrada we własnych szeregach, brak wsparcia z powietrza.

Gadał i gadał, co jakiś czas wybuchając śmiechem. Już nie groził, nie szarpał, pijany był prawie tak, jak mówił, pijany w trupa. W butelce niewiele zostało i choć Jan dużo mniej przechylił, widział, że i jemu w głowie się miesza. Pilnował się przez to, żeby czego głupiego nie powiedzieć albo i nie zrobić. W chałupie zrobiło się dziwnie, kto siedział przy stole, czuł się nieswój, nie wyłączając spitego Jensa. W życiu takie rzeczy się nie przydarzają co dzień, o ile w ogóle zdarzyć się mogą, bo kto powie, że zdradzony Niemiec pasuje do wroga chałupy i tu się tłumaczy ze swego nieszczęścia? Wyjaśnia jak jest ludziom głowy niemającym do takiego wydumanego paplania, nawet gdyby jego mowę rozumieli, co gada nie pojmą. U Gdulów wszystko proste, nikt nie miał czasu na takie zmartwienia i wielkie miłosne rozterki, życie pokazywało każdego dnia, jak trzeba robić i tyle z życia było. Niemcowi taki stan rzeczy i pojmowania nie przeszkadzał, on chyba nawet szukał podobnego towarzystwa. Potrzebował wyżalić się ze wszystkiego cierpienia, ale wstydził się też, że jego, tak mądrego, taka głupia spotkała historia. Nie był prostym żołnierzem, lubił mieć swoje do powiedzenia. Zaczytywał się w książkach rozmaitych, podglądał mądrzejszych od siebie i sam myśli układał według własnego mniemania. Szukał odpowiedzi na takie pytania, jakie Gdulom nigdy nie zajdą do głowy, widział się za człowieka innego niż ludzie, z którymi musiał się zmagać. Miał się za mądrzejszego i takiego, który lepiej wie, na pewno wie inaczej. Po takim pokazaniu siebie samego dotknęła go historia mocno powtórzona, żałośnie prosta i okrutna w prostocie. Tego unieść nie potrafił i dlatego uciekł od swoich kompanów, przed którymi było mu wstyd za swoje losy. Wolał wygadać się nic nierozumiejącym i gorszym. Takich słuchaczy potrzebował, mógł też niczego i nikomu nie mówić, jednak tak uczynić nie zdołał i to dobijało go najbardziej. Gdyby sama historia się zdarzyła, jeszcze nie tak wiele biedy, ale zdarzyło się więcej, okazało się, że tak pospolita rzecz zrobiła się za ciężka dla tak wyjątkowego Jensa. Przed Anielą, Janem i Jurkiem, pomimo swej porażki, mógł udawać silnego. On był w chałupie panem całego, co się działo i co mogło się stać. Nawet gdyby wystrzelał rodzinę, nikt mu niczego zrobić nie może. Niemiec, co zatracił i przegrał z lotnikiem, mógł sobie odbić na Gdulach i choć nie miał zamiaru tą metodą do sprawy podchodzić, i tak w ten sposób na nich brał odwet. Ciężkie kierował słowa, że w lepszym towarzystwie długo by nie gadał. A jakby chciał, to nie strach zobaczyłby u słuchających, ale śmiechu kupę. W chłopskiej chałupie miał całą swobodę, był w takim położeniu, jakby się spowiadał do pustego konfesjonału, bez księdza, i samemu sobie dawał rozgrzeszenie. W końcu zamilkł i zaczął przysypiać, wtedy Aniela znalazła chwilę na swój pomysł. Półgębkiem zwróciła się do męża z tym co obmyśliła:

- Spić jego i z chałupy wynieść do swoich. Spić, na wóz i do swoich, na Mościska - mówiła prosto w ucho męża.

- A ty skąd wiesz, że on w Mościskach był? - spytał o pierwsze lepsze, choć sam żadnego pomyślenia nie miał.

- Skąd by nie był, w Mościskach Niemców najdziesz, tam jego wieź i niech sobie cuco. W chałupie nie zostawisz. Przytrzeźwieje i jeszcze pozabija wszystkie. Trza go wieźć i koniec - upierała się przy swoim. Co mówiła Aniela, całkiem bezpiecznym nie było. Pchać się po nocy w drogę z pijanym żołnierzem nie znaczyło wcale, że wszystko dobrze się zakończy. Tym więcej niepewne, że trudno zgadnąć, jak Niemcy popatrzą na podrzucanie pijanego. Nie było jednak nic lepszego do robienia, dlatego Jan zgodził się z żoną i myślał, jak dobrze zamiar wykonać. Konia trzeba zaprząc, do Mościsk blisko, ale bez wozu z pijanym daleko się nie zajdzie. Z chałupy Jan się nie mógł ruszyć, Jens wstrzymywał, strach było z dzieckiem i kobietą samego zostawić.

- Będę ja tu Niemca cyganił, głowę zawrócę, ty idź do stajni, konia do wozu przyprzęgaj, żeby jego na gotowe prowadzić, prost do woza - dokończył mowę i w tej chwili żołnierz podniósł się z drzemki.

- Niemiec nie śpi, żebyś wiedział, słowiański chłopie, że Niemiec nie śpi. Nie mrucz, nie gadaj, nalej wódki. Napijemy się za zwycięskie niemieckie lotnictwo!

Przebudzony znów zaczął krzyczeć, ale już nie z taką siłą jak wcześniej. Nie śmiał się też z byle czego i coraz mocniej nie tylko wódką, a całym swoim losem zmęczony się wydawał. Ostatnie krople wódki poleciały do szklanki. Jan mało co sobie zostawił, miał nadzieję, że co w szklance, na Jensa wystarczy, aby się jego z chałupy pozbyć.

- Przepraszam cię chłopie za III Rzeszę, wszystko niepotrzebne, to jest kara. Rozumiesz? Tego nie wolno ci nie rozumieć, to ważne i dla ciebie. Niemcy zabiły Niemca i dlatego was nie zabiją. Kto was zabije? Niemiec zabity przez Niemcy? Jak myślisz, czy ten lotnik i Herta są jeszcze Niemcami? Niemiecka kobieta zdradziła niemieckiego żołnierza z niemieckim kaleką! Nie ma w tym wielkości narodu, banał jest, rozumiesz? A naród banalny nie może wygrywać, Niemcy stały się banalnym narodem, to gorsze od wszystkiego, gorsze od najgorszego. Zdradzony naród nie wygrywa wojen. Nie będę zabijał słowiańskich chłopów, zabiję zdrajców. Zamorduję niemieckiego lotnika i niemiecką zdradę, ciebie nie będę zabijał, żyjcie sobie i śmiejcie się z Niemców. Tylko jedno wygrałem z tobą, tylko jedno. Nie wiesz nic z tego, co do ciebie mówię i takiego jak ty potrzebowałem, który by słuchał i nic nie rozumiał. Gdybyś rozumiał, analfabeto, przegrałbym jeszcze jedną śmieszność, ale ty nie wiesz, ty nic nie wiesz i tyle z tobą wygrałem. Ty się domyślasz, że zdrada, ale nie wiesz jaka to zdrada, nie wiesz. Za zdradę Herty z lotnictwem Niemcy zapłacą zdradą Niemiec, nie będę dla Niemców zabijał, zostawię przy życiu tych, którzy zabiją Niemcy. To jest zemsta jakiej nie było, taka jest odpowiedź zdradzonego Niemca, taka odpowiedź, durny chłopie. Komu mógłbym to wszystko powiedzieć, jeśli nie tobie? W tej dziupli! Nikomu poza tobą, nikomu ani słowa, wszystko między nami, między mną i tobą i nikt się nie może dowiedzieć o zdradzie.

Długa, bełkotliwa mowa zmogła pijanego, jeszcze coś chciał dopowiedzieć, ale głowa sama przechyliła się na stół. Padł zamęczony całą swoją tragedią. Podobnej okazji czekali Gdule, jak tylko Jan spojrzał na Anielę, zaraz do stajni poszła robić jak należy. Jurek poszedł za ciotką, żeby mundur z oczu stracić, karabin i tę nieludzką mowę. W izbie został sam gospodarz z pijanym, drzemiącym żołnierzem. Czas się chłopu nie dłużył, oglądał sobie żołnierza z góry do dołu i myślał, co też ten mógł do nich wszystkich bełkotać i co go tu przygnało? Zgadywał, oglądał i jakoś mu po swojemu było Jensa żal, tyle co zrozumiał, tyle żałował, ale nie tak mocno znów, żeby bardziej nie myśleć, jak się marudnego pozbyć. Wiele nie trwało, nim Gdulowa z Jurkiem w drzwiach stanęli, więcej zrobili niż było ustalone. Na wozie ułożyli siano, Aniela pomyślała, że pijany na siedząco się nie utrzyma, przez to posłała mu sianem.

- No, pora na ciebie, coś się bidaka spłakał to i starczy. Pora do swoich, tu nie bedziesz siedział, kto wie, co tobie z rana do głowy postrzeli. - Gdula tłumaczył Niemcowi, co go czeka i żadnego protestu od niego nie było, zmogła go wódka całkowicie i nie tyle za namową, co za ramionami gospodarza posłusznie z izby wychodził. Dał się poprowadzić i nawet słowem się nie odezwał, pomruczał tylko, jak to spity ma w zwyczaju. Wóz pod samym domem stał, starczyło śpiącego położyć i ruszać do Mościsk.

- Żebyś uważał na siebie, gadaj, że żadnej krzywdy u nas nie miał, że do swoich chciał - prosto doradzała żona. Myślała, że wypity mąż dobrej rady potrzebuje i tyle powiedziała, co jej przyszło do głowy.

- Anielka, co ty taka durna? Co ja bede do Niemców gadał i Niemiec do mnie? Widziała co z tego było? Kto tam jego rozumi, trza grzecznemu być i tyle. Powiezie się, czapko pokiwa i tyle wszystkiego - tak zamyślał zrobić i tyle żonie odpowiedział.

- Tak czy tak, coś zawsze mów. Wiele nie, ale coś powiedzieć trzeba. Niemym jeszcze gorzej być. Pomyślą, że hardy jaki - dołożyła rad i sama więcej Boga prosiła o szczęśliwy koniec, niż w swoje rady wierzyła.

- Powiem, powiem, co trzeba powiem... głupiego robota. Wie, Baśka! - Klacz dostała lejcami po zadzie i pojechał wóz do Mościsk.

- Chodź Jurek, już się nie ma czego bać, da Bóg szczęśliwie wujek wróci. Chodź do domu, czekamy jak będzie - czule chwyciła chłopca za szyję, aż mu się ciepło zrobiło i na chwilę zapomniał, że żołnierz był i że wuj pojechał.      

Spokojnie sobie jechali, Jens kłopotu nie sprawiał, tylko raz się Gdula zatrzymał, pomyślał, że przykryje pijanego sianem, pora już późna była i chłodem wiało. Nie musiał tego robić, żołnierz spał, żadnych pretensji nie krzyczał. Coś jednak nie dawało Janowi spokoju, że Niemca polubił za dużo powiedziane, Niemców nie uważał i ile mógł, tyle się sprzeciwiał. Zdawało mu się tylko, że ten nie taki zły jak inne i skoro tak, przykryć nie zaszkodzi. Nie lękał się, że do innych Niemców jedzie, coś czuł po sobie, że nic złego go nie spotka, sam nie wiedział, skąd mu się wzięło, ale trzymał się tego przeczucia i całkiem był spokojny. Prawie już do Mościsk dojeżdżali, kiedy na wozie taki ruch się zrobił, że Gdula musiał klacz wstrzymać. Przebudzony żołnierz wychylił się za wóz i oddał, co zjadł i wypił, coś jeszcze mruknął i znów padł nieprzytomny.

- To cię bidaku wykolebało na wozie i lepiej dla ciebie, prędzej dojdziesz do zdrowia - tak sobie Jan w duchu pomyślał i ruszył w dalszą drogę. Niedługo trwało, gdy do Mościsk dojechali, szczęśliwie się złożyło, zaraz na skraju miasta napotkali żołnierzy. Bliżej Gdula podjechał i - jak umiał - objaśnił, w czym rzecz: - Oficer niemało popił, do Mościsk chciał, tak powiozłem - zwrócił się do wyższego rangą i takiego, co z twarzy wyglądał na ludzkiego.

- Ach! Nasz filozof! - oficer szarpnął pijanym na wozie i po niemiecku do niego zagadał. - Wstawaj, myśliciel! Schlałeś się z chłopem? - pijany nie bardzo mógł dojść do siebie. - Jens! Jens! Stalingrad! Stalingrad! - Dopiero te groźne krzyki posadziły go na wozie, a jego kompani, też nie bardzo trzeźwi, roześmiali się chórem. - Wsadźcie filozofa do samochodu! A ty jedź, człowieku, do swojej baby i dwunastu dzieci, Niemcy ci będą wdzięczne za ocalenie germańskiego filozofa - oficer zagadał po swojemu, ale znać było, że nic złego od Jana nie chciał. Do tego machnął ręką, że puszcza wolno, co już się bez trudu dało zobaczyć. Czapki uchylił, pokiwał Gdula głową i zawrócił wóz na drodze. Parę metrów odjechał i wtedy oficer krzyknął za nim: - Czekaj no! Masz tu od III Rzeszy nagrodę za filozofa. - Na wóz trafiło parę konserw i bochen razowego chleba. - Niemiecka gościnność! - wołał oficer, zaśmiał się do siebie i od nowa machnął ręką, żeby jechać. Nic z tego gadania chłop pojąć nie mógł, tylko tyle poczuł, że za wroga nie wzięli i krzywdzić nie chcą. Tak gładko poszło, że aż dziwnym się wydawało, po sobie czuł, że nic złego się nie stanie, ale tyle dobrego się nie spodziewał. Podziękował rękami i do domu wracał więcej niż zadowolony, śpieszyło się mocno, poganiał Baśkę, że dawno się nie zdarzyło. Chciał jak najszybciej pokazać, że cały jest, prędko jechał po całym ciężkim dniu żonę i Jurka uspokoić.

W drodze myślał o Niemcu i Jurku, że oba pod jednym dachem siedzieli i żadnej nie było im krzywdy. Dziwnie się na świecie wszystko składa, tylko żołnierzowi powiedzieć, kim dziecko w chałupie, byłby wrogiem tamtego i zabił albo wywiózł do getta. Gdy jeden nie wie, kim drugi, siedzą razem i żadnej nienawiści w nich nie ma. Wszystkie to samo robią, tak samo potrzebują zjeść, wyspać się, tak samo się upijają i rzygają, tego samego się boją i przed tym samym uciekają. Tak samo Niemca żona zdradza jak i tutejszego, chleb niemiecki nie bardzo różny od swojskiego i tylko Pan Bóg wie, gdzie się jeden u drugiego inności dopatruje, że koniec końców zabijają się za to samo. Wcale niesilny ten, co życie odbiera, ale ten głupi, co sam życie oddaje. Myślał Gdula o tym wszystkim i nic wydumać nie umiał, głowa pęka, bo kto zrozumie, czemu człowiek człowiekowi robi, czego by sam nie chciał dostać, a im więcej się boi złego, tym więcej złego wyrządza. Tak już chyba być musi, ma swoje zadanie na świecie Pan Bóg, ma i diabeł, człowiek nie umie tak żyć, żeby tylko Boga słuchał, albo tylko diabła. Nawet ten, co z diabłem trzyma, rzuci po bożemu na wóz konserwy i ten, co z Bogiem przystaje, pogardzi biednym, sponiewiera jak ksiądz, co niejednemu w potrzebie drzwi zastawił. Z tego wojna się bierze, że ludzie do Boga ze strachu się modlą, a diabła bez lęku słuchają. W odgadywaniu świata pomogła swojska wódka, bez wypicia o takich mądrościach chłop nie myślał, tyle co w kościele ksiądz jakie inne powiedział i czasem samogon co podpowiedział. Od poniedziałku do niedzieli myślenia nie było, ledwie od święta i zaraz od myśli gorzej robota szła, dlatego nad tym, co nie do pomyślenia, głowić się nie było potrzeby, szkoda z tego, nic więcej. Ostatnie słowa powiedział sobie w duchu, gdy wóz już przed chałupą stał. Klacz odprowadził do stajni, furę zostawił prawie pod drzwiami, żeby szybciej do żony i Jurka zajść. Nim próg przekroczył, zaraz Gdulowa doskoczyła do niego i rozpytywać zaczęła:

- Dzięki Bogu, po wszystkiemu. Zawiózł Niemca? - wytrzeszczyła oczy prosto na męża, takie pytające i stęsknione.

- Zawiózł, czego by nie? Lepiej poszło jak my pomyśleli - pochwalił się Jan.

- Coś nadto wesoły, Bogu dziękuj, że nijakiej biedy z niemieckiego gadania i picia nie było, mało co brakło. Darł się w chałupie i rencami machał jak zwariowany - jeszcze miała w pamięci niedawne wydarzenia.

- Wódka każdemu rozum zabierze, z biedy się darł - spokojnym był Jan.

- I tobie wódka rozum wzięła! Ta jaki on biedny? Tyle narodu, co one darmo mordujo! - dziwiła się słowom męża i sprzeciwiała.

- Biedny, jak my wszystkie, we wojnę naród głupieje, jeden drugiego nie uważa i za byle co zabije, wszystkie zabijajo. Ruskie, Ukraińce i swoje. Wszystkim krzywda i wszystkim się zdaje, że darmo. Taka wojna i tyle wszystkiego - Gdula jeszcze nie otrząsnął się z tego, co na wozie myślał.

- Szkoda do ciebie gadać, boś durny od wódki i tyle wszystkiego. Z nieba się tobie Niemców żal zrobiło, głowę bedziesz miał lżejszo, to se spomnisz, co biedny, co Niemiec. Szkoda do pijaka gadać. Spać czas, po nocy Pan Bóg rozum przywróci. - Aniela pościeliła łóżka zawczasu, zaraz jak męża do Mościsk posłała, teraz tylko przykazała spanie.

- A spać pora, dobrze gadasz. Jurek leć no jeszcze do woza, pokąd w ubraniu żeś, tam od zada konserwy i chleb się został, przynieś ich do chałupy - chłopiec zadziwił się, ale pobiegł, jak wujek prosił.

- Skąd konserw nabrał i chleba? - jeszcze więcej zdziwiona Aniela krzyczała na męża.

- Niemiec dał, oficer, za tego, żem go przywiózł - odpowiedział zmęczony.

- Koniec świata idzie, bandyty konserwy fasujo - pokręciła głową i za rozczesywanie włosów się zabrała, co zawsze przed spaniem robiła.

Dzień, który żadnym spojrzeniem nie był zwyczajny, kończył się i cała rodzina kładła się spać z głowami pełnymi wszystkiego, które się przydarzyło. Tego dnia blisko stali nieszczęścia, ale skończyło się wiele lepiej niż można sobie wymodlić. Mając na względzie, że wojna była, szczęścia należy dołożyć i mieć niemieckie odwiedziny za cud, który nie tylko szkody nie przyniósł, ale konserw i chleba dostarczył. Przy spokojnym i prosto poskładanym życiu wydarzenie jako odświętne musiało zostać wzięte, w takim pojmowaniu, że niecodziennie i szczęśliwie zakończone. Najciężej całą rzecz przeżył Jurek; nic nie mówił, nie chciał martwić wujka z ciotką, w środku się zwinął i pozamykał dokładnie, aby wszystkiego, co widział, do siebie nie dopuścić. Sam dla siebie myślał jak mu żyć trudno. Nieustannie siedziało w nim przeświadczenie, że musi się chować i uciekać, uważać na każdym kroku, żeby się nie wydało kto on. Smuciło go i przerażało, że cały czas musi pokazywać się takim, jakim nie jest, nie umiał sobie poradzić z chowaniem siebie, ani zrozumieć, że za kłamanie dostaje nagrodę. Oszukiwać innych musiał się uczyć, sam siebie okłamać nie bardzo potrafił, choć wiedział, że oszustwo konieczne, a nagrodą za to jest życie.

Nim sen przyszedł, Jurek układał sobie w głowie co z Berka zostało, starał się dojść w takie miejsce, gdzie Berek nie będzie wrogiem Jurka i Jurek nie zmieni we wszystkim Berka. Szukanie w sobie zgody między dwoma chłopcami, z których każdy był udawany, jawiło się zajęciem ponad siły młodego myślenia. W tych latach dzieci miały jasne wyobrażenie o sobie, miały swoje imię i swoich rodziców, rodzice wiedzieli kim jest dziecko, dziecko widziało, jacy są rodzice. Berkowi odebrano, co dziecko mieć musi - imię. Berek był tylko dla Berka, między ludźmi śmiertelnie się skończyć mogło, gdyby rodzice zawołali po imieniu i przy ludziach, którzy tylko na to czekali, na własne dziecko daliby wyrok. Gdyby Berek zawołał "mamo" i "tato", straciłby życie przez własną nieostrożność. Uniknąć niebezpieczeństwa i zachować życie mógł Berek tylko w ciele Berka i myśleniu Jurka. Musiał rękami i nogami, ustami, oczami i uszami Berka robić wszystko, żeby jak najwięcej przypominać Jurka, przed Gdulami, przed rodzicami, a co najgorsze - przed sobą samym. Za wiele jak na chłopca zostawionego wojnie na pożarcie. Mimo ciężaru Berek zdołał zrobić tyle dla siebie, że takie myślenie, jak dziś przed zaśnięciem, przychodziło rzadko. Nauczył się życia od Gdulów, myślał nad tym, co każdego dnia było do zrobienia. Odganiał wszystkie myśli, które dla dojenia krowy niezdatne, do zaprzęgania wozu zbędne, jedzenia, rąbania drzewa, przynoszenia wody, kurom podsypywania niepotrzebne. Obyczaje podpatrzone w chałupie pomagały Berkowi w codziennym życiu Jurka, z czasem stało się tak, że Jurek siedział w głowie i Berka coraz mniej dało się zobaczyć. Berek odzywał się wtedy, gdy Jurek wspominał rodziców, gdy patrzył na niemieckie mundury, gdy Jan pytał o radio, gdy Aniela modliła się po swojemu i gdy słyszał dawne słowa: Przemyśl, miasto, szkoła, dom, mama, tato, siostra. Prócz tego Jurek był Jurkiem i nawet Berek mu dopomagał, żeby Jurkiem pozostać.

Z takim życiem mniej było strachu i tylko trochę smutku, wspomnień, bólu z dawnego życia. Niemiec przypomniał Jurkowi o wszystkim, co z Berkiem związane, a najbardziej bolało, że przecież nic złego być Berkiem, nic złego dla innych, pomimo to Berek wydobyty z Jurka życie kosztował. Taką niesprawiedliwość i takie zło potrafił sobie tłumaczyć wojną i ludźmi, którzy nie byli dobrzy, ale zrozumieć nie umiał. Dlatego odsuwał wszystko, co sprawiało, że czuł się gorszy, tak zły, że do życia niezdatny. I tylko mundur zapamiętał, sam mundur, że niemiecki - zapomniał. Zapamiętał dobrze i pomyślał, że ludzie w mundurach niczego bać się nie muszą, mogą wejść do cudzej chałupy i się rozgościć. W cudzym domu straszyć i robić, co im się podoba, nawet zabić i żadna ich za to nie spotka kara, przeciwnie się stanie - dostaną nagrodę. Żeby mieć taki mundur, można wszystko mieć, za nic nie płacić, niczego się nie bać, żyć po innej, bezpiecznej i silniejszej życia stronie. Tyle sobie pomyślał Jurek przed zaśnięciem, nie całkiem wiedział, jak pomyślał, ale bardzo mu się ta myśl spodobała, tak mocno, że została na zawsze.

8

Kończyło się lato 1943 roku, czwarty rok wojny. W ten czas było już jasne, że Niemcy przegrywali z Ruskimi. Nawet bez radia i w każdej wsi wiedziano, że poddali się pod Stalingradem, tam gdzie niemiecki weterynarz nie chciał strzelać. Gdy lato ustępowało miejsca jesieni, dotarła wieść druga o ruskiej wygranej, mało kto miejsce pamiętał, ale tyle wiedział, że czołgami się bili. Sierpień czterdziestego trzeciego roku ostatnim był miesiącem, w którym chałupa Gdulów żyła obok wojny. We wrześniu przyszła najgorsza wiadomość. Wielkie strapienie zjawiło się wtenczas, gdy Jan wrócił z miasta, gdzie wiejskie wymieniał na miastowe i w chałupie potrzebne. Nie były wiadomości dla samych Gdulów przykre, ale bardzo złe dla Jurka. W Przemyślu getto likwidowano, ludzie gadali, że nikt stamtąd żywy nie uszedł. Wszystkich wywieźli do obozów albo od razu na miejscu zabili. Niemcy z zemsty mieli tak robić i po złości za to, że z Ruskim nie dawali rady. Temu Jan nie bardzo chciał dawać wiarę, mściwość pewnie pomogła w mordowaniu, ale przyczyna ważniejsza gdzie indziej. Bandyci musieli po swoich zbrodniach ślady zacierać i tak się za porządki zabrali, jak zawsze robili. Zabity nie gada i nie poświadczy, jak było, dlatego getta pozbyć się musieli, zanim przyjdą ze wschodu wrogowie i zobaczą, czego widzieć i oni i nikt inny nie powinien. Tak sobie Gdula tłumaczył smutne zdarzenie, nic to jednak nie mogło dla Jurka znaczyć i pocieszyć chłopaka, bo tam w Przemyślu byli jego rodzice.

Wracał Jan z miasta i sam nie wiedział, jak ma zrobić, żeby dobrze było. Jurek z chałupy nie wychodził, ludzi nie spotykał, nie miał od kogo się dowiedzieć, co w Przemyślu zaszło. Zresztą, i tak po prawdzie, mało kto się we wsi gettem przejmował, słabo którego obchodziło cudze nieszczęście, dość wieś miała słuchania o tym, jak Ukraińcy napadają. Póki co, gdzieś daleko, ale i tak było dużo ważniejsze jak getto w Przemyślu. Kiedy się wiele razy widziało śmierć, na życie patrzy się nieustannie. Gdule przez to, że Jurek był w domu, miały dodatkowe strapienie. Żartów nie ma, dziecku nie powiedzieć, co rodziców spotkało, będzie grzechem i tego na swoje sumienie Jan brać nie chciał. Powiedzieć i patrzeć, jak chłopak cierpi, też nie jest lekko, może i jeszcze gorszy dla sumienia niepokój. Przyszedł Gdula do chałupy struty i nie bardzo chciał gadać z Anielą, tylko na dzieciaka patrzył, kiedy ten głowę odwracał. Gdulowa męża znała i wiedziała, że markotne siedzenie samo z siebie się nie wzięło, musiało coś chłopa przycisnąć, że miejsca nie mógł sobie poszukać.

- Pogryzło ciebie co? - spytała za dłuższą chwilę, nie mogła dłużej patrzyć na męża, tym więcej, że nie gadał, co mu jest.

- Wszystkie gryzo i każdego jednako, nie ja jeden pogryziony - odpowiedział nie po ludzku, tak żeby nic nie mówić.

- Jednego filozofa my już zimo mieli i mocniej samogona, jak filozofa poszło. Bedziesz gadał co ci je, czy bedziesz siedział durnowaty? - Nie tyle zła była, co martwiła się, jakie nieszczęście za tym niemym siedzeniem się chowało.

- Nic mi nie je, siedzę cicho i Bogu dzięki, że siedzę. - Nie miał chęci się odezwać, nie wiedział jak opowiedzieć nieszczęście.

- Ty na księdza by pasował. Trajkocze, że bać się i na tace rzucać. Siedź, kiedy tak ci dobrze. Same z Jurkiem w stajni obrządzim. - Teraz i zmartwiona i zła była Aniela, że się z chłopem połapać nie można. Była pewna, że po tym, jak wspomni o stajni, Jan zerwie się z ławy i pójdzie pomagać, ale nic takiego się nie stało.

- Idźcie, idźcie, roboty trza pilnować - znów się odezwał jak nie człowiek. Ostatnie słowa już całkiem Anielę zeźliły, nawet nie odpowiedziała i zabrała się razem z Jurkiem. Jan został sam w chałupie, dalej się gryzł z tym, co się dowiedział. Chłopak z ciotką uwijali się z obrządkiem i wszystkim, co w stajni trzeba zrobić, a przy robocie dochodzili, jak się z Janem porobiło.

- Czemu wujek taki dziwny siedzi? - smutno zapytał Jurek, też poznał, że coś niedobrego musiało się stać.

- A pytaj się jego, ot, durnemu strzeliło do głowy, taj siedzi - w złości odpowiedziała i szybciej widłami zaczęła machać, żeby złość zmęczyć.

- Ale tak wujek jeszcze nie siedział.

- Ty jeszcze mało widział, siedział tak i wiency jeszcze, co siedzi.

- I długo tak będzie siedział?

- Mnie się widzi, że krótko, bo ja jemu tak powiem, że on się podniesi, najprędzej do roboty się zerwi. - Gdulowa złości nie zmęczyła, za wiele w sobie jej miała i bardziej na to, że nie wie, co się z chłopem dzieje, jak to, że w stajni sama robić musi.

- Pewnie się coś złego stało, tylko wujek nie chce powiedzieć. - Jurek nie dawał spokoju Anieli.

- A pewnie, że złego! Żeby dobrego, gęba by się jemu nie zamykała, a że złego narobił, tak cicho siedzi. - Widły fruwały w powietrzu, że nawet nie widziała, gdzie rzuca.

- Ciocia myśli, że wujek coś niedobrego zrobił? - Chłopiec zdziwił się tym, co usłyszał.

- Skąd mnie wiedzieć, siedzi jak dziedzic jaki i słowa nie zagada. Czego by siedział, jakby nie zrobił? Może się czego zwiedział i sam nie wie, jak gadać? Wiesz jego? - Gdulowa coraz więcej była zdenerwowana.

- Zwiedział się i za to niczego nie wie. Tyle wszystkiego. - Jan przyszedł do stajni i z miejsca powiedział swoje, tak się wśliznął, że Aniela z Jurkiem aż podskoczyli na jego słowa. - I człowieka nastraszy durnowaty! Idź, idź do chałupy, filozuf - zakrzyczała męża, jak tylko usłyszała, że nic z mową się nie zmienił.

- Pokończy się z robotą i wszystkie pójdo - odpowiedział Gdula.

- Pokończone bez ciebi! Nacząć nie było komu?! - Takiej odpowiedzi doczekał się Jan i faktycznie w stajni wiele roboty nie zostało.

- Jak tak, do chałupy pora. Muszę ja wam powiedzieć co i jak. - Tylko zapowiedział, że skończy się jego siedzenie bez słowa, Aniela już nie pytała o więcej i złości nie pokazywała, skończyła robotę, potem wszyscy prosto do chałupy poszli.

- Do stołu siadajcie. Muszę ja wam coś powiedzieć, tobie Jurek najwiency - powtórzył i zrobiło się cicho, bo mówił takim głosem, że od zrazu słychać nic dobrego. Jurek patrzył na wujka ze strachem w oczach, przez myśl mu przeszło tylko jedno, że Gdule chcą go z chałupy wygonić.

- Może ty mnie bedziesz kiedy przeklinał za to, co dziś powiem, ale mnie nie wolno tobie nie powiedzieć, nie wolno na sumienie takiej rzeczy brać. W Mościskach wszystkie gadali, że Niemcy getto likwidujo - odsapnął głębiej. Po chwili dodał: - Gdzie niektórego do sprzątania zostawili, reszta abo zabita, abo do obozów powieziona. - Mówił wszystko, prawie że płacząc. Nie wiedział, jak się ciężaru pozbyć, dlatego szybko gadał, jednym tchem i sapnięciem, żeby mieć już za sobą. W chałupie znów się cicho zrobiło, Aniela pobladła i tylko na Jurka patrzyła, ale chłopiec, gdy usłyszał smutne słowa, jakby się uspokoił, odetchnął, co nijak nie pasowało do wiadomości, w których prawie pewna zguba rodziców była powiedziana.

- Wiem wujku, to znaczy wiedziałem, że tak będzie, tak już było wcześniej, Niemcy zabijali zaraz na początku wojny i obiecali, że wszyscy pójdą na śmierć - chłopak odpowiedział z takim spokojem, że aż Jana zakłuło.

- I tobie nie strach z takimi sprawami?

- Nie wujku, tata z mamą zawsze się kłócili o wojnę, ale zanim zabierali do getta, jedno razem powtarzali tak samo. Kto z nas się uratuje, ma myśleć tylko o tym, żeby przeżyć. Zabronili płakać i martwić się, kazali przysięgnąć, że będę myślał tylko o jednym, najważniejszym, dopóki wojna się nie skończy. - Jurek opowiadał i nie od siebie mówił. Powtórzył słowo za słowem, co wcześniej od rodziców usłyszał. Chłopcem był spokojnym i dojrzałym dużo bardziej niż drugie dzieci na jego lata, powtórzył jak stary, co wyuczone miał na pamięć.

- Prawda - za chwilę ciszy Aniela powiedziała tylko to jedno.

- Dobrze wujku, że powiedziałeś...

- Tego nie powiem, mnie się widzi, że nie je dobre, jak dzieci chowają rodziców, nie je dobre... - Jan zwiesił głowę, żeby nie pokazywać, jak łzy płyną do oczu.

- Nie gadałby tyle głupiego, nikogo się nie chowa, obóz nie śmierć. Ruskie ido z powrotem, różnie jeszcze może być. - Gdulowa popatrzyła na Jurka i mocno pokiwała głową, tym chciała dodać, że nie tylko gada, ale wiarę ma w słowo.

- Dobrze wujku, że powiedziałeś, rodzice na pewno by tak chcieli, na pewno - chłopak pocieszał wujka i przekonał tak mało spodziewanie, że ten w końcu dał spokój. Odpuścił, choć nie całkiem rozumiał, co się dzieje, że dziecko bardziej dorosłe niż wszystkie, które los jemu zgotowali.

- Niech i tak bedzie, niech bedzie, nie prosto takie słowo przychodzi. Jak tobie nie krzywda, tylko spokoju wiency, może lepiej, że znasz, jak co - uspokoił się, odetchnął, zrzucił ponad siły ciężary.

- Zawsze, żeby i gorzkie słowo, byle z serca i prawdziwie dane, lżejsze jak najsłodsze kłamanie. Trza mówić, jak je i trza żyć, życia pilnować, jedno jest choć na wieki. - Aniela nie wiedziała, co chce mówić, dlatego przypomniała, co zawsze w głowie miała schowane.

- Getto likwidujo, banderowcy mordujo. Co się wyrabia, trudno dać wiarę, ile nienawiści w narodzie, co przez płot tyle lat z nami żyli. - Żal Janowi nie przechodził pomimo ulgi.

- Że wojna, naród głupi. Z wojny, głodu i durnego gadania. Bogu dziękować u nas pokąd co nie podurnieli. Z Horoszczakami wiency się dogadasz, jak ze swojakiem niektórym. Nie wszystkie one banderowce i tak samo się bojo, jak i my. Ukrainiec, co nie poszedł za UPA, jeszcze gorszy dla nich jak my. - Broniła Aniela Ukraińców, a to dlatego, że z Heleną Horoszczakową lubiły się bardzo i pomagały w każdy czas. Horoszczak był Ukrainiec, Helena ze swoich, przed wojną swój z Ukrainką się żenił i Ukrainka z tutejszym, nie było dziwne i najmniejszego mordowania nie było. Tak się Gdulowej przypomniało, żeby strapienie zagłuszyć. Lepiej wspominać, co kiedyś było dobre niż patrzeć na to, co teraz paskudne.

- Dmitro dobry Ukrainiec, grzech powiedzieć zły, ale jeden Dmitro z UPA nie powojuje - popsuł Jan Anieli pocieszanie.

- Za wiele przykrego się marudzi, złego wołać nie ma co. U nas nikogo nie mordujo, dzięki Bogu. - Nie podobało się Gdulowej ciągłe narzekanie, tak się jej zdawało, jakby chłop nie miał dość nieszczęścia, że w getcie się narobiło, i szukał następnego zmartwienia.

Tego dnia już nic wielkiego się nie zdarzyło, ale ten dzień Jurek pamiętał i pamiętać będzie na wieki, jak kilka innych dni, które przeżyje i też nie zapomni. Nie tak całkiem się czuł dobrze, jak tłumaczył. Prawdę powiedział, że rodzice zabronili płakać i nawet przysięgać kazali, drugiej prawdy nie mówił, że płakać mu się chciało i w środku zapłakał jak dziecko. Był dorastający, piętnaście lat już, tyle życia, by samemu sobie życie próbować układać. Nie było widać po nim tych lat, więcej dziecko niż mężczyznę przypominał. Podrósł trochę, ale chudy i przygarbiony się zrobił. Aniela mówiła, że nogi ma jak bocian i cała reszta niewiele tęższa. Nie z głodu tak wyglądał, zwyczajnie, takiej był urody. Na twarzy też dziecinny, jednak z wiekiem coraz bardziej swoich przypominał. Jeszcze nie było znać jak na innych z getta, ale jakby kto bardzo podejrzliwie się przyglądał, mógł widzieć, że włosy, oczy, z wyjątkiem nosa, co Jurka ratowało, całkiem do tamtych podobne. Twarz miał nie tak ostrą i kanciastą jak większość wychudłych z jego dzielnicy - chuda, lecz niesroga, łagodna. Patrzyło się na niego i trudno było zobaczyć kogo innego, jak dziecko, nie młodzieńca, grzeczne dziecko z oczami dziecka. Nogi bociana i dziecka oczy to od Anieli komplementy. Czemu tyczki bocianie było widać, czego oczy dziecka, tego poza Anielą nikt nie wiedział, tak mówiła i koniec, ale w ten dzień niecałą prawdę pokazywały. Jurek wyuczył się mówić i nawet myśleć, co trzeba, jak mu nakazano i w domu i u Gdulów. Wcale to nie znaczyło, że w jego głowie była zgoda na wszystko, czego nie potrafił ogarnąć i przyjąć bez sprzeciwu. Wiedział, że słowa rodziców są słuszne i potrzebne, rozumiał, czemu służy takie stanowcze postępowanie i sam nie potrafił znaleźć lepszej metody, ale nie mógł i nie chciał tak myśleć, jak musiał udawać. Zgoda na takie myślenie znaczyła, że sam siebie przekreślał jako Berka, czyli tego, kim kiedyś był i do końca nie przestał bywać. Udawał Jurka, co nie sprawiało wielkiego cierpienia, tylko nie jego był wybór - temu się sprzeciwiał i pogodzić się nie chciał. Sam nie wiedział, czemu tak łatwo przychodziły wszystkie pokorne słowa. Wyuczył się grzecznej mowy tak jak jedzenia i picia, jak innych rzeczy, których domagało się ciało. Kiedy przychodził czas, mówił i robił jak trzeba, taki miał w sobie odruch i z tym było mu łatwiej. Gorzej, kiedy nawiedzały myśli, skłócone, które przez ciało były zakazane. Jeszcze jak Berek był dzieckiem, nie nachodziło tak często; teraz, gdy rósł na młodego mężczyznę, kotłowało się w nim dużo więcej i częściej. Umiał nad tym panować przy każdej chwili potrzebującej spokoju, a że nie był u siebie i nie ze swoimi, każdy dzień był potrzebujący.

Dobrze mu było u Gdulów, niczego złego w tym domu nigdy nie zaznał, był kochany jak rodzony, nie przymuszano go do porzucenia dawnej wiary i rodziny, nie był goniony do roboty, częściej odpędzany, żeby odpoczął. Takiego życia, jakie miał Jurek w chałupie, nie wymodlili ludzie z getta, życie Jurka dla tych z getta byłoby życiem wiecznym, obiecanym przez Boga. Jemu wiecznego za mało, wchodził w nowe, dorastające i musiał z tym zostać sam. Z myślami nie radził sobie tak dobrze jak dawniej i tylko jedno powtarzał nieustannie: wszystko, co między nim i myślami, z nim i w myślach pozostać musiało. Z największą siłą chciał przetrwać czas, w którym inni decydowali, kim musi być i od czego jego los zależy. Gdy się wszystko skończy obiecał sobie rzecz jeszcze jedną - Jurek marzył sądzić i rozstrzygać. Wymyślonej obietnicy bał się, ale nie pozwalał jej przepaść. Wstydził się takiego postanowienia i nie chciał pozbywać. Nikt nie miał dostępu do tajemnicy - ani Gdule, ani nawet Jurek, zwłaszcza Jurek, ten sekret i lekarstwo było podane tylko Berkowi. Tak się zabezpieczyć, by po lepszej być stronie. Umieć przeżyć, niemała sztuka, ale czas nauczyć się żyć.

9

Jan kręcił się koło stodoły, gdzie wóz stał, dłubał przy dyszlu i sam nie wiedział, co chciał poprawić. Na koniec machnął orczykiem i tam się doszukał usterki. Jurek przyglądał się temu i myślał, czego wujek szuka. Śmiał się w duchu do siebie. Lubił bardzo te wspólne naprawy wszystkiego, co wcale nie takie popsute było, ale jak się tylko z Janem do czegoś razem dotknęli, rzecz zwykle wymagała reperacji niemałej. Tym razem padło na orczyk, wisiał, jakby nie całkiem był dobry, tak wstępnie został oceniony, a że nie było niczego lepszego do psucia, orczyk skończył jako naznaczony do naprawy. Jak tylko padło na niego, zaraz był zdjęty i mierzony na wszystkie strony. Nie spodobało się Janowi jedno okucie od postronków. Taki, co nie szukałby sobie roboty, nic w tym miejscu by nie znalazł. Jan roboty szukał, dlatego zaczął opukiwać, aż od naporu młotka usterka się pokazała.

- Skosa stoi, nie bardzo kowal zakuł i tera się chybota. - Pokazał Jurkowi, gdzie nie tak jest, jak być powinno.

- A może kowal dobrze okuł, tylko drzewo wyschło i stąd okucie luźniejsze? - Chłopiec dobrze wiedział, a i widział nawet, co się przed chwilą stało, jednak kochał szczerze robotę z wujkiem, dlatego nie przeszkadzał mu w szukaniu naprawy, pomagał jak umiał.

- Może być, że obeschło naobkoło i za to luźne się zrobiło, może być. Kowala nie ma co spominać, bo i za darmo zafasował. Trza zdjąć żelazne, wyklepać jego równo i jeszcze raz zabić - poświadczył fachowo.

- Nie lepiej drzewem podbić w luźne miejsce, takim klinem, żeby się nie ruszało? - z rozumem podpowiedział Jurek, choć czuł, że tak prosto skończyć się nie może. Gdula szukał roboty na pół dnia, z klinem za chwilę po robocie by było.

- Prawie że można, ale do dupy taka robota. Nie ma, jak zbić i zakuć na ament. - Czego się Jurek po wujku spodziewał, tak usłyszał.

- Tylko czy od młotka nie pokaleczy się drzewo, że całkiem żelazo będzie luźne? - Jeszcze dla spokoju, żeby nie mieć wyrzutów, ratował orczyk przed naprawą i ciotki narzekaniem, co też było pewnym.

- O, to, to. To niegłupio powiedział. Trza jego zagrzać i zlizie samo. Trza nam do chałupy, pod kuchnię pchnąć i bedzie akuratnie. - Groźne słowa powiedział majster, Jurek nawet nie zdążył powstrzymać pośpiesznego zamiaru i już czuł, że się spokojnie nie skończy. Że niby jak drewnianą rzecz pod kuchnię kłaść, aby drzewo się zostało i żelazne rozpaliło? Wiadomym co pierwsze się podpali, tylko tego Janowi, w chwili gdy coś obmyślił, tłumaczyć się nie dawało. Choćby najbardziej proste do wyjaśnienia, nie ma takiej siły, żeby czegoś głupiego nie zrobić, skoro wcześniej za jedyne wyjście zostało uznane. Poszli obaj do chałupy i od progu dostali błogosławieństwo:

- Pan Bóg rozum zabrał? Z orczykiem do domu zachodzić? Co wy to myślicie robić? I co jemu je? Bo mnie się zdaje, że jemu dopiero bedzie. - Aniela była jedyną, co Jana napraw nie lubiła, tyle, co już widziała skutków zepsutych, to jej starczało.

- Jemu je, ze skosa je - odburknął Jan. Zawsze powtarzał, że baby na robocie się nie rozumieją i tylko zawadzają w naprawie.

- Gdzie jemu skosa? - zdziwiła się i już przeczuwała, że chłop na siłę szuka sobie zajęcia.

- Ja by ci powiedział gdzie... ty mnie, babo, bedziesz tłumaczyć? Nie rozumisz się. - Gdy co naprawiał, miał tak silne przekonanie, jak słuszną obrał drogę, że ani na krok nie ustępował, szedł, choćby droga ślepa.

- Skosa jemu?! Ty zostaw orczyk, bo woza potrzeba, co inne bierz na zepsucie. Wody lepiej by naniósł. - Zeźliła się Gdulowa, a jeszcze całkiem nie wiedziała, co mąż umyślił robić.

- Nie gadaj, nie gadaj, usuń si, do kuchni nam potrzebno - rozepchnął się cały i razem z orczykiem.

- Za czym do kuchni? - jeszcze więcej niepokoju w Anieli się pojawiło.

- A za tym, że pchnąć potrzebno, żelazne od drzewnianego pójść musi. - Tłumaczył tak, że nijak do rozumu dojść nie mogło.

- Ty zdurniał całkowici? Jak tobie żelazne odejdzie, taż drzewniane się zajmie! Chałupę spalisz! Ty durny! - Gdulowa dopiero teraz widziała, jaką głupotę chłop planuje i ratowała bez nadziei, póki się tak nie stanie, że będzie za późno. Jan o dziwo zastanowił się chwilę, że faktycznie drzewo zająć się może, jednak szybko i na to znalazł radę.

- Tak się bedzie trzymało, żeby się nie zajęło, dołem ja jego zagrzeje, że do drzewa nie zajdzie. Żelazo jedno od drugiego grzać można, od tego, co się postronek daje, zajdzie gdzie zakute i się jego odwali. - Niby się trochę wszystkie gadanie kupy trzymało, ale jak kto więcej pomyślał, wiedział z miejsca, że rozgrzane żelazo i drzewo w zgodzie żyć nie będą.

- Dopiero co obiad wstawiła, pod kuchnio wychłudzisz, idź mi z tym het. - Jak umiała, tak odradzała.

- Ot, głupia baba! Ta żelazne wiency gorące jak drzewo! Wiency ciepło się zrobi, usuń si na bok - nie dał sobie powiedzieć.

Jurek stał z boku i śmiał się już nie tylko w duchu, ale i pod nosem. Bardzo lubił, jak się Gdule spierali, bo to i kłótnia nie była, tylko śmieszne gadanie. Nikt się nigdy nie zagniewał, nawet jak durnym był nazywany, tak się mówiło i tyle, nie dla obrażania, tylko z samego żaru małżeńskiej rozmowy. Orczyk trafił pod kuchnię, Jan zaczął nim cyrklować, żeby od spodu się grzał i cudem jakim zrazu mu się udawało. Tak tańcował nad płomieniem, że orczyk, choć osmalony, to się nie zajął, póki do czerwoności żelaza nie doszło i wtedy się stało, jak stać się musiało. Z orczyka tak się zakopciło, że trzeba było narzędzie gwałtem ratować. W takich chwilach więcej rękami się robi jak głową, tak też u Jana było. Jedną ręką wyciągnął z paleniska orczyk, drugą otworzył dekiel, gdzie woda w piecu się podgrzewała, i wrzucił rozpalone do środka. Co się paliło, to się zagasiło i dymu w chałupie mniej, tylko orczyk goły się został, a okucie na samo dno wody spadło. Niby tak miało być i nie tak, miało zejść, ale nie do wody wpaść. Gdula rzucił okiem na goły koniec orczyka i - chwili nie poświęcając na pomyślunek - wpakował rękę prawie że po sam łokieć. Długo w ukropie nie zagrzał. Szybciej sparzoną rękę wyjął, jak zimną włożył, zaczął biegać z orczykiem po chałupie, otrzepując sparzone miejsca i dmuchał przy tym rozpaczliwie.

- Żeby ciebie... - jęczał, chuchał, skakał, a wszystko razem, jak występ cyrkowy wyglądało.

- I zlazło! Żeby jeszcze skóra od kości zlazła, bedzie akuratnie! - Aniela kpiła z męża, Jurek śmiał się już na całego.

- Woda ukrop! Jak trza, tak zimna! Tera jak raz gorąca - zeźlił się i sam nie wiedział na co.

- A pewnie! Dziwota, że z pieca woda gorąca?! Gdzie by kto powiedział?! - nie przestawała z męża żartować. Gdula w końcu ochłonął, odstawił orczyk, by zajrzeć do wody i sprawdzić, co się da zrobić z okuciem. Dłuższą chwilę patrzył i zastanawiał się zanim wymyślił, że tym samym drzewem będzie utracone dobywać. Nic się nie odzywała Aniela i Jurek milczał razem z nią. Patrzyli oboje z boku i nie mogli się nadziwić, jak upór w Gduli przeważał nad rozumem. Na wyłowienie orczykiem nie było żadnej nadziei, nawet gdyby namacał okucie, musiałoby samo luźno zaleźć, a tak przecież stać się nie miało prawa, bo jeszcze przed chwilą trzeba było mocno grzać, żeby raczyło zleźć. Za kilka nieudanych prób Gdula dał spokój z dalszym poszukiwaniem, popatrzył na Jurka z Anielą, jakby pomocy szukał. Działo się tak zawsze, gdy nie wiedział, co począć, patrzył na żonę i ta chcąc nie chcąc musiała ratować.

- No, usuń się, usuń, nim co durniejszego narobisz. - Odgoniła chłopa od pieca, chwyciła pogrzebacz i bez trudu wyłowiła co zgubił. Już miała tym razem niczego nie ruszać, ale żal jej się zrobiło sparzonego męża i oczami tak patrzył, że nie mogła zostawić. Wszystkie potrzebne do orczyka części znów były razem, tyle że osobno.

Jan zabrał co nadpalone, za nim żelazo, i bez słowa, nawet Jurka nie wołając, wyszedł z izby prosto do stodoły, gdzie siedział dłuższą chwilę i dumał co dalej. Tam, gdzie nadpalone drzewo, żelazo latało luźno i nie było mowy, aby z takim orczykiem daleko zajechać. Z boku, po cichu, przyglądał się wszystkiemu Jurek. Zobaczył, że nie ma żartów, wujek siedział struty, nie bardzo widział swoją i wozu przyszłość. Pomógłby chłopak w takiej zgryzocie, tylko sam nie wiedział, jak robić, jedno mu przyszło do głowy - strugać nowe. Myśl szybko odgonił, sam dla siebie zrozumiał, że znaczyła jeszcze większe kłopoty jak te przy starej robocie z wujkiem.

- Trza zapchać w spalone i zabić hufnalem. Nie ma wyjścia - po dłuższej chwili padł pierwszy pomysł. Majster popatrzył na Jurka, który całym sobą wątpił w słuszność takiego działania i szybko zrezygnował z zamiarów. - Nie! Musowo pomyśleć, co nagle to po diable. Było się nie spaliło, by my jego już zabijali, ale kto to wiedział, że się spali?!

Wszystkie wiedzieli, chciało się Jurkowi odpowiedzieć, jednak nie wydobył z siebie ani słowa, żal mu było Gduli. Przychodziły w naprawach takie chwile, kiedy śmieszne przeradzało się w smutne. Jan siedział i dumał nad tym, co jeszcze niedawno było dobre, a teraz samo się popsuło.

- Może lepiej było nie ruszać jego... - W głosie brzmiało spóźnione opamiętanie, popatrzył na chłopaka i znalazł na jego twarzy swoje własne słowa. Szukał wyjścia i nic nie potrafił znaleźć. Cisza zapadła w stodole na wiele czasu, majster siedział ze zwieszoną głową, opukiwał orczyk, jakby to miało tchnąć do dalszej roboty. Jurek stał w kącie, przyglądał się wszystkiemu i po jakiejś chwili podpowiedział wyjście z beznadziejnej sytuacji:

- Trzeba wbić klin i będzie dobrze. Tak mi się wydaje.

Gdula od razu się podniósł, odrobinę rozjaśnił twarz. W miejscu, co się w nim znalazł, nie można narzekać na żadne ucieczki.

- Prawdę mówisz, się zabije na śmierć i koniem nie wyrwiesz. - Dopowiedział sobie kilka pocieszeń, tyle znaczyło, że całe naprawianie miało najwyższy pomyślunek i gdyby nie naprawiać, kto wie, co by się stało. A tak się zabije klina na śmierć i będzie lepszy jak nowy.

- Klina trza szukać dębowego, twardego, inszy nie da rady - głośno myślał. Nie było takie złe, co powiedział, gdyby nie to, że dęba w stodole nie ma. Jurek już przewidywał następne niedole. Nie jest ciężko powiedzieć, że potrzeba dębowego, gorzej, że "poszukać". Gdzie teraz Jan chciał szukać? I jak? - No, trza zaprzęgać konia, w lesie jakiej gałęzi grubszej urąbać; co zostanie, jeszcze pod kuchnie bedzie - wymyślił, jak mu się zdawało.

- Konia nie zaprzęgniemy, orczyk popsuty - chłopak pozbawił wujka nadziei i znów majster posmutniał, już nie tyle mu przyprzęganie szkodziło jak "popsuty orczyk". Jurek zrozumiał, w czym rzecz i starał się poprawić:

- Był popsuty tak czy tak, strach było konia zaprzęgać.

Lżej zrobiło się na Janowej duszy, ale dalej nie wiedział gdzie klina szukać.

- Za jedną gałęzią nogami przebierać nie bardzo.

Temu akurat każdy znający majstra gotowy był wierzyć. Nawet jak co blisko było, konia zatrudniał do roboty. Uspokoił się Jurek, że szukania większych kłopotów nie będzie i chyba za szybko poczuł radość.

- Od kłonicy, na dole, można kawałek zabrać. - Pomysł nienowy u Gduli, nie ten raz przychodziło mu psuć jedno, żeby oba nie były naprawione.

- Lepiej nie, jeszcze pęknie na pół i będzie kłopot. Z kłonicą już nie żarty, lepiej nie ruszać. - Chłopak nie bawił się w łagodne gadanie, wyraźne słowa, żeby nie ruszać, miały wybić majstrowi wszystkie głupoty jakie do głowy pozachodziły.

- Niech będzie po twojemu, może i racja. Dobrze zatniesz i tak samo z siebie się rozłupi. Taka drzewa uroda. - Znów Gdula dodawał sobie otuchy i zabezpieczał przed posądzeniem, że majster kiepski, nie drzewo. W ostatniej chwili udało się odratować kłonicę, tyle tylko, że sprawy z orczykiem zatrzymały się i stały czas dłuższy, aż chłopak drugą metodę na ratunek podrzucił:

- Wujku! - krzyknął jak odkrywca. - A buk nie będzie dobry? Twardy przecież prawie jak dąb. - Nie do końca myślał, jak podpowiadał, tylko ratował przed naprawami znacznie gorszymi.

- A czego by nie, nawet i się wiency łupi. - I Jan wiedział, że nie tak mówi jak myśli, zmęczony był już tym naprawianiem, chwytał się pierwszego, co dawało nadzieję. Buk leżał pod ręką w stodole, najlepsza rzecz w tym pomyśle, bo na miejscu.

- To ja polecę po siekierę... - Śpieszyło się Jurkowi, głównie, żeby nie zmieniło się postanowienie i nie było szukania czego innego. Z wolna naprawa szła ku dobremu, teraz starczyło odłupać z bukowego polana i zaklinować okucie. Pewnie, że już nie taka jak dawna świetność i nie takie silne będzie, jak kowal zarobił, ale wóz będzie odratowany. Tak sobie Gdula w duchu myślał, czekając na Jurka z siekierą. Nie musiał długo stać, chłopak obrócił raz dwa i można było zacząć naprawianie. Gdula odłupał z buka i zaciosał w klin, potem nałożył okucie na orczyk i przymierzył do całości. Ucieszył się niemało, gdy zobaczył, jak pięknie przypasował bez poprawek, taka robota, żeby za pierwszym razem poszła, zdarzała się od święta.

- Zalazł, jakby stąd był. Pierwsza klasa, pierwsza klasa zabity! - Zadowolony z siebie machał orczykiem, jakby chciał zbić okucie z samego machania, sprawdzał jak bardzo się trzyma. Gdy zobaczył, że jest dobrze, dorzucił jeszcze pochwał do własnej roboty: - Ani czort jego nie ruszy, zabity, że no! Na ament! Jeszcze by ja jego podstrugał, żeby taki zadzirowaty nie był... - Coś się nagle odwidziało, znów uwierzył w swoje siły i najlepszym majstrem się poczuł.

- Ja bym wujku nie ruszał, może zadzirowaty (może zadziorowaty?), ale silniejszy nieostrugany, niech będzie taki. Grunt, żeby się mocno trzymało. - Chłopak kolejny raz odwodził Jana od roboty, która więcej szkody mogła przynieść niż dobrego.

- Dobrze mówisz, grunt, żeby silny był, reszta bajka. No i my zładowali, tera bezpiecznie można do woza przyprzęgać. Cały inny, pewniejszy. - Po każdej robocie, co to się cudem nieszczęściem nie kończyła, Gdula lubił dodać tyle słów, żeby samemu nie pamiętać, jak co wyglądało przed ładowaniem i jak wygląda po zładowaniu. - A pamiętasz ty, jak my tego buka oba piłowali? Jak nam Józka z Bolkiem dopomogli? - Po naprawach Janowi zbierało się na wspomnienia, był zadowolony z siebie.

- Oj, wujku to chyba nie ten buk, już będzie inny, co go później sami przywoziliśmy.

- A jak nie ten?

- To już będzie trzy lata jak tamten był przywieziony, dawno go ciocia spaliła, chyba że się jakieś polano schowało między świeżo porąbanym. - Szczegółowe dostał Jan wytłumaczenie, dlaczego tamten buk nie bardzo pasował do tego, co jest.

- Trzy lata? Bym nie pomyślał. Trzy lata, jak ty u nas? Czekaj no, jak trzy lata to w czterdziestym pierwszym musiało być. Ty był u nas tego roku? - Czas wydawał się Janowi nadto szybki.

- Na pewno tak było. W tym roku była Bar micwa i w tym wujek mnie w lesie znalazł, na pewno pamiętam. - Jurek mówił z przekonaniem, był pewien, kiedy się te dwie ważne dla niego rzeczy zdarzyły.

- Czasu kupa, ty już bliży dorosłego jak dziecka. Niemało się zmieniło, bidaka Bolek się obwiesił od tego czasu. Wojna piąty rok, ale to już długo nie bedzie. Mówio, że Ruskie jeszcze parę dni i dojdo. Widać po Niemcach, jak się uwijajo. - Orczyk nie był już tak ważny, jak dawne wydarzenia, teraz Jan się zamyślił nad tym, jak było.

- Ciocia mówiła, że Bolek sam się nie powiesił, że wieś Niemcom doniosła...

- Co ona tam gada, nie ma co słuchać. Komu Bolek potrzebny? Niemcy majo swoje zabijanie, Ukraińcy swoje i nasze swoje, tak i Bolek miał swoje. Nikt by jego nie chciał poruszać, bo i za czym? Głupi i biedny, za to się powiesił. - Długo wyjaśniał, że takiego życia, jak Bolkowe, nikomu nie potrzeba i nawet samemu Bolkowi.

- Ja też tak myślę, chyba tylko dla Józki Bolka życie coś znaczyło. Pewnie cioci żal było i dlatego pomyślała, że nie on sam, ale wojna go zabiła. - Przyznał rację wujkowi i całkiem od niedawnego zajęcia się oderwali.

- Trza żyć, ale i umierać, jak człowiek. Anieli o księdza szło, żeby pochował. I tak po prawdzie za tym jej gadaniem pochował, inaczy by nie zechciał. Nie taki to ksiądz, żeby z człowiekiem żył, niedobry człowiek. Tylko ciotce nie gadaj, coś ode mnie słyszał, bo oba zafasujemy - przestrzegał, doświadczony małżeńskimi sporami.

- Nie powiem. - Jurek uśmiechnął się, choć i bez tego Jan wiedział, że o co chłopaka by nie prosił, ten zawsze zrobił jak potrzeba. Jan więcej jak Aniela z Jurkiem koło domu robił. Nie znaczyło, że chłopak ciotki nie uznawał, albo się bał, tyle tylko, że lepiej się z wujkiem dogadywał, choć w Przemyślu było odwrotnie. Matka dla Jurka najważniejsza, z ojcem trudniej szło. Surowy był i bardzo religijny, nigdy nie zbił, nawet i nieczęsto krzyczał, ale zawsze z daleka, zimno do syna podchodził, bardziej jak nauczyciel niż ojciec.

- Dobrze, że nie powiesz, za to idź do chałupy i co inne pytaj. Mów, że robota pokończona, niech ciotka obiad rychtuje.

Zaraz po słowach wujka Jurek pokiwał głową, znów się uśmiechnął i poszedł jak mu powiedziane było. W stodole został sam Gdula i świeżo odratowany orczyk, co już zawisł na wozie i kiwał się ku radości majstra. Patrzył Jan na świeżo naprawione, jakby pierwszy raz w życiu widział. Gdy przychodził koniec kiwania, podchodził i jeszcze raz pokiwał. Wiele radości sprawiało kiwanie i patrzenie, już zapomniał o wszystkim, co się nie udało i tylko tym się zajmował, że naprawione. Drzwi od stodoły były otwarte, jak to w lecie, kiedy upał dawał się we znaki. Jan stał bokiem do wozu i kątem oka widział, co się w stodole rusza i co poza stodołą dzieje. Zerkał też od czasu do czasu w stronę chałupy czy Jurek nie wraca. Czekał na słowa Anieli, nie liczył na pochwałę, bardziej się interesował czy krzyku w chałupie już nie ma. Jurek nie nadchodził, za to Gdula zobaczył innego. Przyuważył, jak drogą szedł Dmitro Horoszczak. Chłop był wielgachny, tęgi i silny jak koń. Twarz miał brodatą, długie włosy, z twarzy przypominał popa. Z postury groźny, z usposobienia więcej do dziecka niż chłopa podobny. Szczere oczy, głos nie tak gruby jakby wyglądało i prawie zawsze spokojny. Horoszczak nieczęsto do sąsiadów zaglądał, więcej Aniela do żony Dmitry chodziła i ona do Anieli. Musiało się co ważnego stać, niekoniecznie złe, ale ważnego, że z wizytą się wybierał. Ciekawy był Jan co tym razem Dmitrę przygnało, a że szedł, nawet jak na niego, więcej niż prędko, przeczuwał, że nic dobrego ze sobą nie przyniesie.

- Dobryden' Hdula! 1 - Przywitał się w swojej mowie, ale Gdula znał i rozumiał sąsiadów, więcej niż potrzeba.

- Dzień dobry Dmitro. Stało się co, że tak prędko idzie? - Od razu Jan chciał wiedzieć, co sąsiada przygnało.

- Bandyty Hdula! Vy musyte skhovatysya. 2 - Odpowiedział pół po ukraińsku.

- Jakie bandyty? Co ty gadasz, Dmitro? - Jan całkiem czuł się zgubiony słowami sąsiada, bandytów nie brakowało z żadnej strony i temu się właśnie dziwował. Co takiego mogło się stać, że znikąd Horoszczak o bandytach wspomina.

- UPA! Ya znayu, shcho vony s'ohodni unochi pryy?dut'. 3 - powiedział i wyglądał na takiego, co pewny jest swego.

- Do chałupy? A za czym to majo iść? Czy ja wam bronie swobody? Ukrainy wam bronię? Za czym do mnie? Kiedy? - Gdula zdziwił się jeszcze więcej, gdy się wywiedział, w czym rzecz. Nie chciał dać wiary nie dlatego, że za kłamcę Horoszczaka uważał, tylko w głowie miejsca zabrakło na takie wieści nieludzkie. W Czyszkach UPA nie mordowała, że dalej, to się więcej słyszało, we wsi takich strapień dotąd nie było. Horoszczakowi ciężko zrobiło się na sercu po słowach Jana, tak grzmiały, jakby UPA i Horoszczaka miał za jedno.

- Unochi pryy?dut'. Ja ne UPA. 4 - Upierał się przy swoim i z żalem w głosie odżegnywał od bandytów.

- Dmitro! Ta gdzie ja tobie gadał, że ty UPA?! Broń mnie Bóg. Ty chłop dobry, ale co ty gadasz - nie wiem. Kto tobie takie powiedział? Skąd ty wiesz? - jeszcze mocniej dopytywał, nijak w głowie nie chciało się pomieścić, że w Czyszkach UPA na chałupy napadać może.

- Ya znayu, Hdula, ya znayu. Ya ne mozhu skazaty. Bizhy het'! 5 - Całkiem po ukraińsku mówił, a to dlatego, że pod strachem i w tajemnicy.

- Dmitro! Nie wiem ja, co tobie kto powiedział. Tyle wiem, że głupio gadał. Ruskie już ido. UPA tu nie pójdzie mordować i Niemce uciekajo. Nigdzie ja się ruszał nie bede, tu moje życie. Gdzie ja Dmitro pójdę, ty mi powiedz? Gdzie? - pytał, chociaż nie czekał na żadne odpowiedzi.

- Do lisu!6 W las! - Horoszczak bardzo był przejęty i jeszcze więcej tym, że Gdula nie chciał go słuchać.

- W las? A tam co? Lepiej? Tera wszystkie po lasach. W las pójdę, a mnie chałupę spalo i wszystko zrabujo. Zechco i w lesie znajdo - nic sobie z przestrogi nie robił, odganiał wszelką myśl, że chałupę zostawi i pójdzie nie wiadomo dokąd.

- Zhinky shkoda, dytyny shkoda. Ya znayu, Hdula, ya znayu. Ya ne mozhu skazaty. Utikay? daleko! 7 - Prosił Dmitro, jak tylko umiał, ale nic nie pomagało.

- Dziękuję ja tobie, żeś zaszedł i powiedział, boś z serca zaszedł i powiedział. Ty dobry Ukrainiec. My uciekać nie bedziemy, całe wojnę my się w kupie trzymali i tylko za to przeżyli. Co ma być, niech i bedzie, a chałupy trza pilnować i dobytku, bez tego szybciej kostucha zabierze.

Ukrainiec po tych słowach zaczął rozumieć upór sąsiada, jemu też przez głowę przeszło, że i nie ma dokąd uciekać i nic pomóc nie musi, co więcej, cały dobytek za darmo banderowcy wezmą.

- Ya musyv skazaty. Dobre ty hovorysh. Kudy utikaty? Boh dast', ne pryydut'. 8 - Teraz sam pocieszał Gdulę, nic więcej zrobić nie mógł.

- Dziękuję tobie, żeś powiedział, i to znaj, że jak co złego na ciebie przyjdzie, drogę do Gdulów znasz i zachodź śmiało. Nie pójdo, pewnie, że nie pójdo. Ruskie nie dadzo, a i z czym majo iść? Tu nic nie ma, bieda i ludzie pomieszane. Ciebie zostawio boś Ukrainiec? Helę zabijo, że nasza? Nie majo w Czyszkach czego szukać, całkiem głupio mordować też nie można. - Dłuższą chwilę przekonywał Horoszczaka, ale i sam sobie wiary dodawał.

- Mozhut' i mene i tebe i Khele. Vsikh mozhut', til'ky svoi?kh ni 9. - Horoszczak nie bardzo dał się przekonać, bał się UPA więcej jak inni. We wsi gadali, że z tutejszymi trzyma i tak się od wsi do wsi roznosiło. Ukrainiec, co nie był z UPA, gorszy dla banderowców jak wróg. Dmitro bał się banderowców więcej jak Niemców i Ruskich razem.

- Nie strachaj się, nic tobie nie będzie aż do śmierci. - Uśmiał się Jan z tego, co powiedział, i tak chciał choć trochę sąsiada uspokoić.

- Ya ne boyusya. Lyudey shkoda. 10 - Smutny się zrobił i głowę zwiesił.

- Szkoda Dymitro, co poradzisz? Nie mnie i tobie ten grzech na sumienie brać. Nam potrzeba żyć razem, jak Pan Bóg przykazał. Wszystko przejdzie i wojna przejdzie, wspomnisz moje słowa. Niedługo bedzie po wszystkiemu. A co ludzie gadajo - nie słuchaj. Ty nie z tymi, nie z owymi. Ty za tym, żeby jeden drugiego nie mordował i kto rozum ma, ten zobaczy. Kto głupi, choćby rok jemu tłumaczyć, nie przegadasz.

- Ty gieroj, ja strachajło.

- Nie gadaj głupio! Taki ja gieroj jak i ty strachajło, oba my gieroje.

- Ty heroy?. Khloptsya vzyav pid dach. 11 - Spojrzał na Gdulę i zaraz wzrok spuścił.

- Wziął, co miał robić, z rodziny przecie. - Odpowiedź miała brzmieć mocno, ale ledwie było słychać Jana tłumaczenie.

- Vin ne z sim'i?, ya y?oho znayu 12. - Horoszczak znów spojrzał na Gdulę i znów wzrok spuścił. Jan zesztywniał cały.

- Skąd ty jego znasz? - pierwszy raz nieprzyjemnym głosem się odezwał.

- Vin syn likarya z Przemysla. Ya y?oho znayu. 13 - Prawdą odpowiedział Dmitro.

- Ano syn, Dmitro, syn. - Teraz Jan głowę zwiesił i całkiem markotny się zrobił, pomyślał, że jak sąsiad się zwiedział, to i drugie, gorsze od niego, wiedzieć mogą.

- Ty ne biy?sya, ya ne skazhu. Davno ya znayu i nichoho ya ne hovoryu 14.

Usłyszał Gdula pocieszenie i od razu sobie pomyślał, że szczere słowa powiedział sąsiad. Horoszczak nie taki, żeby co złego zrobił, a drugie, że jakby chciał, trzy lata miał na to.

- Dobry z ciebie chłop, dobre z was ludzie. Chłopaka w lesie znalazł, nie było wyjścia i musowo brać do chałupy. Dobry, pomocny i grzeczny. Po chrześcijańsku się modli i tak samo jego jak i nas chco pozabijać. Za to, że je, za nic wiency - głos Gduli łamał się i dalej nie mógł mówić. Od chałupy przyszedł Jurek, wracał właśnie od Anieli i gdy zobaczył obcego, przez chwilę chciał się cofnąć. Pamiętał, że wujek z ciotką kazali unikać ludzi, tyle że Ukrainiec już chłopaka zobaczył i mądrze nie dało się zawrócić.

- Dzień dobry - pokłonił się Horoszczakowi jak należało, potem na smutnego Jana spojrzał.

- Dobryden' 15 - odpowiedział Dmitro, tak jak do swoich mówił dzieci, ciepło i jeszcze poczochrał chłopca po czuprynie, choć to już nie bardzo w wieku chłopca pasowało.

- Co w chałupie? - spytał Gdula.

- A nic, nic, zaraz będzie obiad - zmieszał się Jurek i obiadem chciał się towarzystwa pozbyć.

- I ya na obid pidu, mozhe dadut'. Z Bohom Hdula .16 - Uśmiechnął się i ruszył w swoją stronę.

- Z Bogiem, Dmitro, z Bogiem. Dziękuję tobie, żeś zaszedł.

- Horoszczak usłyszał szczere słowa i głową pokiwał, sam też dziękował.

- Co się stało wujku? - Gdy obcy odszedł, Jurek z miejsca chciał się dowiedzieć, co zaszło.

- Nic, tak my sobie pogadali - Jan odpowiedział bez wiary.

- A pan Horoszczak po co przyszedł? - chłopak nie dawał spokoju.

- On nie pan, on dobry Dmitro. Przyszedł po dobroci. Do chałupy Jurek, do chałupy! - poganiał, żeby na trudniejsze pytanie nie odpowiadać. Nie chciał Jurek wierzyć wujkowi, ale posłusznie poszedł za nim i więcej nie dopytywał. Czuł, że to jeszcze nie koniec i zaraz pewnie więcej o wszystkim się dowie. W izbie na stole czekał już obiad. Gospodyni przebierała palcami razem z nogami i wszystkim, co miała. U Gdulów był obrządek wołania na obiad. Aniela zawsze po wiele razy wołała, bo zawsze było coś do zrobienia: w stodole, w stajni albo w polu. Ona wołała, Jan odpowiadał, że idzie i tak schodziło dobre pół godziny, zanim jedzenie przyszło na stół. Tym razem tak nie było, wcześniej ustaliła z Jurkiem, że ma wujka ze stodoły wyciągnąć, ale on zapomniał o tym, gdy Horoszczaka zobaczył. Szczęściem tak się poskładało, że mało się spóźnili, tyle mało, żeby krzyku Gdulowa nie robiła i od razu zasiedli do stołu.

- Zupę przychodzi jeść. - Gdula ogłosił złośliwie, obok zwyczaju proszenia na obiad było jeszcze dochodzenie, co się będzie jeść. Jurek w tym jednym zawsze stał za Anielą, lubił zupy ponad wszystko i zawsze na zupę namawiał. Jan nie uznawał takiego rzadkiego, dla niego obiad musiał mieć kartofle i jeszcze chleb do tego. Zupa tylko przez człowieka przeleci, tak zawsze powtarzał, no chyba, że barszcz z kartoflami miał być, wtedy co innego.

- A ciebie kłuje? Jeszcze bedziesz chodził i prosił nie tak zupy jak chleba pośnego. - Dobrze Aniela wiedziała, co narzekanie męża miało znaczyć. Nie było takie zwykłe gadanie, ale grzech na jedzenie marudzić.

- U nas był jeden taki, gadał, że zupę pchnąć se w...

- U was wszystkie mądre, dwanaście sztuk w chałupie, takieście mądre. Przeżegnaj się i jedz. Bogu dziękuj, że co masz - przestrzegała po złości i niespokojna o jutro.

- Bardzo dobra, z kapustą, moja ulubiona. Ciocia najlepsze zupy gotuje - uśmiał się Jurek, co powiedział, dla wszystkich jasne. Miało dopiec Janowi i zapieczętować kuchenne z ciotką przymierze.

- Po takiej zupinie długo nie pomłóci. Chłopu trzeba jeść, jak nie, będzie suchy jak i ty. Do roboty potrzebno siły. Skąd siły brać po rzadkim?

Od mniej groźnego zaczęła się rozmowa przy obiedzie i na jakiś czas odeszły na dalsze sąsiada odwiedziny. Poza Janem nikt nie wiedział w czym rzecz. Najmniej wiedziała Aniela, nawet i tego, że Horoszczak był nie widziała. Zajęta gotowaniem, przez okno nie patrzyła, gdy już wyjrzała, żeby na obiad wołać, chłopy do chałupy wracały. Jurek nie śmiał pytać przy ciotce, choć po prawdzie nie bardzo go cieszyły prześmiewki, martwił się, co wizyta mogła znaczyć. Nie mówiło się ciotce i nie mówiło wujkowi tego, co się widziało i słyszało, jeśli któreś z nich pierwsze mówić nie zaczynało. W chałupie zawsze jakieś tajemnice, takie drobne - jak ugadanie kapuśniaku na obiad, ale i takie większe - jak się razem z wujkiem popsuło i ciotka nie mogła wiedzieć. Były też sprawy jakie z Horoszczakiem przyszły i tu już najbardziej Jurek odzywać się nie mógł. Nikt by mu niczego nie gadał, gdy powie słowo od wujka dla ciotki, ale było też tak, że nie wynosiło się z domu, co się słyszało gdzie indziej. Nawet swój swojemu nie wspominał, taki panował w chałupie obyczaj. Wojną i strachem przed ludźmi wszystko poskładane i tak Gdule sami siebie pilnowali. Wcześniej niż później wszystkie tajemnice przegadane, ale zrazu nikt się nie śpieszył. Lepiej mniej mówić i dłużej żyć.

- Po takiej zupie można, wujku, młócić cały dzień, takiej w mieście nikt nie widział i smaczna jak najlepsze dania z restauracji. - Chłopak nie dawał spokoju i tak na wujka patrzył, że Jan od razu się spostrzegł, jak bardzo tu nie o zupę, tylko o Horoszczaka idzie. Jurek mało gadał, jak już zaczął więcej mówić, znaczyło, że coś go dręczy.

- Ty co taki do gadania dzisiaj? - zapytała Aniela, przeczuwając, że coś się święci. Nic chłopak nie odpowiedział, za to Gdula się odezwał:

- Horoszczak zaszedł - powiedział krótko i czekał, jak odpowie żona.

- Tak co, że zaszedł? Stało się co? - popatrzyła na jednego i drugiego, jak oba się w sobie chowają.

- Po mojemu nic - znów krótko odpowiedział Gdula.

- Tobie tam nigdy nic! A mnie się zdaje, że on darmo nie chodzi - już niemało była zeźlona i ciekawa.

- Dmitro dobry chłop. Jak dobry, tak strachliwy byle czego. - Miały te słowa uspokoić Anielę, ale gdy się od razu nie powiedziało, co i jak, jeszcze gorzej się w niej gotowało.

- Ty gieroj, że no! Gadaj, co słyszał, głowy nie kręć. - Zawsze podobne rozmowy szły nerwowo. Gdulowa ciężko znosiła, kiedy nie widziała na czym stoi.

- Gadał, że banderowce podejdo - wykrztusił z siebie.

- Taż naokoło so! Gdzie wiency podejdo?

- Za nami, do chałupy, tak gadał - nie rzucił jedzenia, chował się za łyżką, twarz przykrywał i tylko półgębkiem gadał. Myślał, że jak cicho będzie siedział, nie tak bardzo zmartwi żonę.

- Do dupy tam! Durnowaty i ten Dmitro! - Ciotka popatrzyła na Jurka, żeby się niczego nie bał, bo samo głupie usłyszał. - Do dupy zajdo, nie do chałupy! Za czym iść? Jeszcze trochę i Ruskie im dadzo chodzić, że popamiętajo - z największą siłą odgoniła złe.

- Nie bardzo tak do dupy gadać. Dopiero, co się żegnała do obiadu. I mnie się zdaje, że nie pójdo. Dmitro strachliwy, ale ktoś jemu musiał stracha pędzić, jak zaszedł. Może gdzie w Mościskach słyszał albo Ukraińce postraszyli - układał wieści do kupy, choć więcej w tym zgadywania było.

- I co wiency gadał? - dopytała Aniela.

- Wiency nic, tyle że chałupę rzucić i w las uciekać - jadł i odpowiadał, więcej przykładając wagi do jedzenia.

- Niech on sam chałupę rzuca! Taki mądry! - mocno zdenerwowała się Gdulowa, że aż łyżkę odrzuciła.

- I ja tak mówię. Tu nasze życie i jak żyjemy, tak żyć trzeba. Złodziej ucieka. Uciekać nie ma gdzie! Złe z głowy wyrzucić, a dobre do rąk wpadnie. Ot i wszystko - spokojnym był Gdula niezwyczajnie, z przekonaniem powiedział, co mu z głowy wyszło. Aniela nie tak jak Jan do wszystkiego lekko podchodziła, jednak teraz męża wspierała i nawet nie użalała się nad tym, co może być.

- Bandyty wszędzie. W lesie i w chałupie. Tyle lat my żyli i dalej żyć się będzie. Niemca w chałupie my przeżyli. Ukraińce też niegroźne - znów na chłopaka popatrzyła, żeby się nie przeląkł.

- A ten Dmitro też Ukrainiec, to dlaczego przyszedł ostrzegać? - Jurek odezwał się cicho, bał się, chciał i swoje słowa dla uspokojenia dołożyć.

- Dmitro dobry człowiek, bandytów nie uważa: czy to nasze, czy ukraińskie. Żona jego od nas, dzieci do pół ukraińskie, za to się boi, by na jego sumienie nie spadło, że Ukraińce mordujo - wszystkie słowa Jana za usprawiedliwienie miały mówić.

- On się i za siebie boi, takich banderowce bardziej nie uważajo jak nas. On nie z nami i nie z Ukraińcami. Jemu więcej gorzej jak nam. Kto bądź ukatrupi - tym, że Horoszczaki gorzej miały, Gdulowa chciała załagodzić swoją niedolę.

- W taki czas wszystkie jednako majo. Ma zabić? Zabije, jak bądź, kto bądź! Nie ma co! W chałupie się zostajemy i tyle wszystkiego. Lepiej by zrobił Dmitro, jakby nic nie gadał! Od tego tylko głowa zajęta. Człowiek całkiem durnowaty się robi. Myśleć kto zabije, durnego robota! - Gdula więcej na Jurka spoglądał jak na Anielę, też chciał chłopca uspokoić i przetłumaczyć, że nic takiego się nie stało i nie stanie.

- Będziemy normalnie spać tej nocy? - spytał Jurek, dziwnym mu się wydawało, że tak lekko przychodziło mówić o wszystkim, czego się dowiedzieli, i dlatego najprościej pytał.

- A jak ty by chciał spać? Śpij, jak ci pasuje, na krzyże i od ściany, i na piecu, jak masz chęć. - Uśmiechnął się wujek do Jurka.

- Po kapuście nie bardzo spać. Oba strzelajo całe noc - i Aniela dodała od siebie uśmiechu.

- I tobie nic nie brakuje, chłopa by rozerwało, tak sadzisz.

Wszystkie w chałupie się roześmiali. Takie na strapienie znaleźli lekarstwo, odtrącili złe myśli ze strachem. W ten dzień jeszcze jedno sobie Jurek przypomniał, nie pierwszy raz doszło do niego, że Gdule inaczej jak rodzice do wojny i całego życia podchodzili. W domu rodzinnym każdą jedną rzecz rozdzielało się na ździebełka, dwoiło i troiło, rozważało, a przez rozdzielanie pomnażał się strach i krzyk po nocy. W chałupie wszystko, jak się dało, odrzucano od siebie, nie przez bezmyślność, albo zbytnią odwagę, ale dlatego, że tak najprościej i najlepiej stłumić strach. Nic nie dawało klepanie o tym czy UPA zabije, czy nie zabije, póki nie zabijali, nie można sobie głowy zaprzątać i samemu strachu przywoływać. Żartem i złością wyganiało się z chałupy myśli, które złe były. Zdawać się może, że całkiem bez rozumu postępowanie, że nie wolno być tak nieostrożnym i choćby żartem szastać własnym życiem, ale odkąd Jurek był w Czyszkach, widział, że takie nastawienie niezastąpione. Jakby popatrzyć na inne domy, choćby i tu we wsi, w niejednym się złe przydarzyło, tylko u Gdulów nie. Najgorsze w czasie wojny przeżyli, że Niemca w chałupie przyjęli, a i tak chlebem z konserwami się skończyło. Jurek pomyślał sobie, że za sprawą prostego odpędzania strachu tak się działo. I jeszcze jedno wiedział. Kiedy przyjdzie mu prawdziwie opowiedzieć, jak przetrwał wojnę i jak przeczekali ludzie, którzy ofiarowali mu drugie życie, nikt nie da wiary i jeszcze zruga za tak spokojnie opowiadanie wojennej niedoli, co miliony zabrała do grobu.

Czwarty rok Jurek siedział u wujków i czwarty rok żadnej krzywdy nie doświadczył, tak się układało, że wszystko najgorsze bokiem przechodziło. Armie szły z zachodu na wschód i potem znów wracały na zachód. Zmieniali się różni, mordowali i obiecali spokój, tylko w chałupie Gdulowej nie zmieniało się nic. Zawsze, dzień za dniem, takie samo życie, aby zrobić swoje i dożyć do jutra, niczym innym głowy nie zaprzątać. Ciężko tak przez całe życie tylko o najprostsze zabiegać, ale w czas wojny lepszej metody szukać próżno i to się Jurkowi w głowie poukładało. Chłopak w cudzym domu czuł większe bezpieczeństwo jak u rodziców. Rozmówienie Gdulów uspokajało i dodało siły, inaczej jak rozmowy ojca z matką, które straszyły i zabierały chęci z nadzieją. Jurek dręczył się myślami, bał się, że grzeszy przeciw swoim, stawiając obcych ponad nimi. Mimo strachu nie umiał myśleć inaczej niż myślał. Wziął od wujków część z tego tłumaczenia, które takie na nim robiło wrażenie. Nauczył się, jak Gdule, rzeczy gmatwane upraszczać i przyjmować jak następne, co się mogą i nie muszą stać. Nie przejmować się na zapas i nie kusić złego. Nadziwić się nie mógł, że tak proste podejście tyle spokoju przynosi i choć rozumem się tego nie da ogarnąć, daje też odpór wszystkiemu złu, a złego przecież nie brakowało.

1944 rok był ostatnim rokiem, jak Niemcy siedzieli po wioskach i miastach, zabijali i grabili, do rabowania i mordowania drugich namawiali. Dali się namówić Ukraińcy i wiele złego razem z Niemcami wyrządzili, potem drudzy im odpłacali, jednak wszystko działo się poza chałupą, która jakby przez Boga wybrana. Bóg chronił Gdulów, by innym na świecie pokazać, jak żyć trzeba. Pracować za chlebem, niebu dziękować za urodzaj i następny dzień życia, ludziom krzywdy nie robić, jeśli jest sposobność, pomóc drugiemu, nie roztrząsać tego, co i tak się samo dzieje albo samo odchodzi. Całkiem tego roku spokojnie nie było, wiele nienawiści i łez, zawiści i zemsty chodziło od chałupy do chałupy, ale coraz mniej było wojny, która odchodziła na zachód. Ruskie przeganiali Niemców tam, skąd przyszli i żadnej litości dla nich nie mieli. Odpłacali za wszystko wcześniejsze, a płacili podwójnie i więcej razy. W tę lipcową noc czterdziestego czwartego roku, jak banderowcy mieli przyjść i zamordować, nie stało się nic z Horoszczaka zapowiedzi, przeciwnie było. Następnego dnia przeszedł front aż po sam Przemyśl. Czyszki znów przywitały ze wschodu armię i tym razem więcej było radości niż smutku, gdy w trzydziestym dziewiątym Ruskie razem z Niemcami dzielili się zbrodnią i podbitą ziemią na połowę. Jeszcze nie całkiem można było od wojny odetchnąć, jeszcze chodziły bandy z lasu, lecz już inny był, lepszy czas, że i Jurek nie musiał się tak mocno ze swoim dawnym imieniem ukrywać. Niemcy odeszli, mimo tego Gdule zabraniali chłopakowi mówić, kim jest, na zimne dmuchali, niespokojne wszystko było i człowiek do człowieka więcej z bagnetem niż z chlebem podchodził.

10

Koniec wojny na świecie przyszedł wiosną czterdziestego piątego roku, ale w chałupie Gdulów wojna odchodziła i przychodziła jeszcze przez drugi rok. Jedni oswabadzali po swojemu, inni podpisali się za Ruskimi, rozdzierając, gdzie czyje będzie. Od tego czasu zaczęły się dziać rzeczy do wojny wielce podobne. Ukraińcy walczyli o swoje, partyzantka przed Ukraińcami o swoje, a Ruskie ze wszystkimi dla siebie. Koniec wojny z Niemcami nie znaczył końca wojny w Czyszkach. Już nie tyle się słyszało o mordowaniu, jak ciągle jedni czegoś chcieli od drugich. UPA patrzyła śmierci Gdulów dla wolnej Ukrainy, swojska partyzantka śmierci dla UPA i swobody od Ruskich. Z tego wszystkiego nikt nie wiedział kiedy i jaka się kończy tragedia, a która zaczyna się nowa. Na świecie ogłoszono pokój, nic to jednak dla Gdulów nie znaczyło, w chałupie zaczęły się strapienia, jakich spodziewać się nie mogli. Już jesienią czterdziestego czwartego można było przejść do Przemyśla prawie bezpiecznie, tam iść najbardziej chciał Jurek, myślał odnaleźć ślad po rodzicach, że ich samych znajdzie, nie sądził wcale. Zabrał się z wujkiem do miasta, ale niczego się nie dowiedzieli. Doktora Szulca w Przemyślu znało wielu, przez to mogło być łatwiej, tak się jednak nie stało. Jedne gadały, że wszystkich w getcie zabili, drugie, że powieźli do obozów i tam życie stracili. Czasem ktoś powiedział, że widział doktora albo doktorową żywą, ale i ci szybko dodawali, co wszystkich spotkało i tak całkiem nie poznawali, kogo widzieli. Przygotowany był Jurek na takie wieści, ale co innego myśleć, co innego zobaczyć i stracić wszelką nadzieję.

Gdulów rozdzierało w środku, między cierpieniem chłopca i tym, żeby go przy sobie zatrzymać. Grzechem pomyśleć, że czas po wojnie gorszym się okazał, jednak tak właśnie na swoje życie patrzyli. Najwięcej po tym, jak do nieszczęść Jurka, który zmienił się dużo, z chłopca w mężczyznę, przyszła tragedia dla wszystkich. Od wsi do wsi krążyło słowo, jakiego i wypowiedzieć się nie da, znaczyło jedno - trzeba iść stąd, gdzie całe życie się było. Repatriacja straszyła wsie i miasta, samych Gdulów umordowała okrutnie, dla nich opuścić Czyszki klęska największa była. Nie chcieli się posunąć ani na krok od swojej chałupy i ziemi, dopiero, gdy zobaczyli, że Czyszki już nie wioska dla swojego chłopa, że ziemię trzeba oddać do wspólnego i przez to niczyjego, zaczęli się namyślać nad nowym życiem w cudzym miejscu. Po czterdziestym piątym roku nie skończyło się ukraińskie napadanie i to druga rzecz, która zmogła, pokazała, że już nie ich Czyszki, że więcej zrobiło się złych sąsiadów i zawistnego słowa niż dawniej bywało dobrego. Przed nimi stała najtrudniejsza sprawa, jaką w życiu przegadać musieli. Swoje dołożył Jurek, odkąd nie było po co jeździć do Przemyśla i śladu żadnego po rodzicach, nic go nie trzymało na miejscu, gdzie nie tylko jego, ale i tutejszych nie chcieli. Rozmaite na siebie nieszczęścia zachodziły, ale ze wszystkiego najważniejszy był list, jaki do wioski przyszedł, od siostry Heleny Horoszczakowej. W liście napisała, że inne życie na ziemi po Niemcach. Murowane chałupy, maszyny jakich w Przemyślu nie widziano i morgów tyle, ile się zdoła obrobić. Sama Helena chciała jechać, tylko nie dało się Dmitry przekonać, a i Ruskie nie chcieli takich puszczać, gdzie chłop był Ukrainiec, choćby nawet żona swojska. Wszystko razem, co sobie Gdule obmyśliły i co Jurek dołożył, z tym co w liście napisane, poskładało się w postanowione. Ostatnie się zostały, które nie uciekły do innej, nowej ziemi i dopiero wiosną czterdziestego szóstego mieli uciekać.

- Mnie ciężko rzucać, Bóg wie, jaka ziemia, jakie życie czeka - przed wyjazdem zapierała się Aniela.

- Ziemia jak wszystka. Ziemia, niebo, słońce, wszystko takie samo. Co inne może być? Zośka Horoszczaków pisała, że lepsza jak tu. - Jan nie uwierzył we własne słowa, tyle wiedział, że w Czyszkach zostać nie mogą.

- Co ty tam znasz?! Co pisało? Jeszcze jeden do pisania się naszedł. Ani Zośka pisać nie wie, ani Horoszczaki czytać. Bóg wie, kto co pisał. Może tak kazali cyganić! - denerwowała się Aniela i mało dało się z nią pogadać.

- Nie Zośka, drugie zdolne. Co gadała, tak jej napisali i tak gajowy przeczytał. A że niby kto nakazał cyganić? - zdziwił się Jan.

- A durne, nie wiesz kto! Kto mądry wygania z chałupy?! Z pola?

- Ruskie i Ukraińce gnajo. Wojny dość, wiency nie ma za czym tu siedzieć, bo i głupio wojnę przeżyć, a na swoim schybnąć. - Gdula przekonywał żonę nie pierwszy dzień i już mocno był tą robotą zmęczony.

- Ciociu, nie mamy tu czego szukać, tam inny świat, dalej uczyć się trzeba. - Odezwał się Jurek, najbardziej ze wszystkich od biedy i strzechy uciekał.

- I tu szkoły nie brakuje - odparła Aniela.

- Brakować nie brakuje, ale ruskie bedo szkoły i wszystko ruskie. Ruski zabierze ziemię, banderowce spalo chałupę, nie ma tu czego siedzieć. Już to nie nasze wszystko. - Jan odpowiadał, chłopak z nadzieją patrzył na wujka.

- Tam jest prąd, maszyny, szkoły, samochody. Tu nic nie ma, ciociu, tu tylko złe wspomnienia - pomagał Gduli i sobie.

- Boga nie obrażaj! Jakie tobie złe spomnienie?! Przeżyli my całe wojnę i ty razem! - znów się zeźliła i aż srogo popatrzyła na Jurka.

- My przeżyli. Któren nie, tego i szukać darmo. - Popatrzył się Jan na Anielę tak, że zrazu poznała, jak chłopak myślał.

- My przeżyli i inne żyć bedo, jak Pan Bóg da. I się wróco, gdzie by nie byli.

- Żeby i wrócić się mieli, nie tu wróco, ale tam, gdzie wszystkie zabierać się muszo. Szkoda gadać! Trudno rzucać, zostać się jeszcze gorzy. Trza pozbierać do kupy jak można, a co się zostanie - Horoszczakom dać. - Chciał Gdula przesądzić, co i tak już było wiadome.

- Darmo dawać? Nam kto co dał? - Daremny żal Gdulowej poniósł się po dużej izbie.

- Szkoda tobie, babo, gadać, drugi raz i trzeci. Szkoda gadać. Co zrobisz? Na zmarnowanie zostawisz? Konia i krowę brać, ubranie i co lepsze z domu. Resztę Horoszczakom dać. A jak nie, gorsze od nich wezmo. - Spokojnie i powoli chłop mówił, tak że Aniela pomału godziła się ze wszystkim.

- A stoły, krzesła, garczki? - jeszcze próbowała sprzeciwu.

- Gdzie niektóre garczki można. Stołów nie ma za czym. Kto ich bedzie dźwigał? Stołów nie braknie. Jakby brakło, się porobi. Brać co największe. Krowę, konia i odzienie, tak wszystko - dalej uspokajał i coraz lepiej mu szło.

- Zośka od Horoszczaków pisała, że tam niczego nie braknie, Niemcy wszystko oddali i kto jaką się chce, może brać chałupę i pola ile się zechce - chłopak dołożył ze swoim.

- Nam i tej chałupy za wiele i pola obrobić nie mogli, wiency nie potrzebno. Człowiek na dwie chałupy żyć nie bedzie.

- W dwóch nie, ale tam domy murowane, podłogi z desek, ciocia zawsze chciała takie mieć, jak u gajowego. - Uśmiechnął się Jurek i tak chciał ciotkę zmiękczyć.

- Elektryka i maszyny prądem pędzone, jak po mieście. Ty zawsze miastowa chciała być - za Jurkiem dodał Jan.

- Ja nie miastowa chciała, tylko czysta jak człowiek. - Popatrzyła na obu chłopów, bo tak się jej zdawało, że dwóch przegadać musi.

- To i bedzie żyć, jak chciała, co wiency chce? Tak się nie daje, żeby co tam, tu przyszło. A i pola za chałupo nie weźmie. Mało znaczne, gdzie się bedzie, ważne zgodnie wszystko robić, wtenczas niejedno przetrzymać można. Przyszedł czas iść na drugie. Jaka ziemia by nie była, ale ziemia. Tu Ruskie i Ukraince rządzić bedo. Czego nam tu szukać? - Janowi lekko przez gardło nie przechodziły słowa, tylko rozumiał, że w taki czas inaczej nie można i się nie da.

- A ja myślę, że nie będzie źle. Po co się chować przed ludźmi co nas nie chcą? Tam będą sami tacy jak my, co ich wypędzili. - Jak powiedział Jurek, spodobało się Anieli, rozjaśniała po twarzy i trochę lżej zaczęła przyjmować rozstanie.

- Prawda! Tam wszystkie wygnane. Może za to jeden drugiego bedzie wiency szanował i uważał. - Jan przyznał się do słów Jurka. - Jak tak, nie ma co dalej gadać. Trza wóz pod chałupę zapchać i ładować, co z nami pojedzie. - dodał, korzystał z chwili, gdy żona pogodziła się z pożegnaniem Czyszków.

- Tera wóz pchać? - spytała zlękniona jak zawsze, kiedy się nagle działo.

- A tera! Gadania końca nie widać. Kiedy się pojedzie, tak się pojedzie, ale trza się rychtować. Bedzie uszykowane to i lżej z tym wszystkim. Dawaj Jurek do stodoły, wóz wystawim. Ciotka sama porobi co jej potrzebno - szybko zawołał na chłopaka i zaraz się zerwał z ławy, żeby nie przedłużać roboty.

- Na zapalenie! Za wozem lecieć! Co za człowiek?! - Jeszcze by coś chciała dodać, ale już nie było komu. Aniela została w chałupie sama i zanim podniosła się od stołu, przeszedł dłuższy czas. Nie wiedziała, które zbierać, jakie zostawić? Wszystko stało na swoim miejscu, drugiego tak dobrego miejsca dla rzeczy nie znajdzie. Największe szczęście, gdy wszystkie i wszystko swoje we własnej chałupie zostaje. Pierwsze myślenie nie dawało spokoju, już chciała biec do stodoły, żeby całą rodzinę w Czyszkach zatrzymać, gdy szybciej przyszło drugie do głowy, co i Jan z Jurkiem głośno powiedzieli. Skończył się czas na tej ziemi, gdzie spokoju nawet po wojnie nie dało się zaznać. Uciekać całe życie nie można, trzeba mieć swój kąt, gdzie można się schować przed wszystkimi troskami i całym ludzkim psuciem. Ani murowana chałupa, ani inne miastowe dobrodziejstwo nie przekonało tak, jak słowa chłopaka i męża, oba spokoju chcieli i innego, bez strachu życia.

- Ciocia naprawdę pojedzie? - Jurek szedł za Janem do stodoły i - co mu się mało zdarzało - sam zaczynał rozmowę.

- Co ma nie jechać? Gadać nie przestanie, jechać, pojedzie - pewny był, jak powiedział, w głosie i po całym sobie.

- A ty wujku chcesz ? - na wszelki wypadek spytał Jurek.

- Chce i nie chce, jechać trzeba. Ty co się rozgadał jak ciotka? I tobie ciężko się posunąć ze swego? - Gdula nie mniej był przejęty, może jeszcze więcej jak żona i niespokojnie odpowiadał na ciężkie pytania.

- Ja bym chciał, ale jak trzeba, zostanę z wami - powiedział Jurek bez przekonania, drżącym głosem.

- Jak chcesz, tak i pojedziesz. Nie masz się czego bać. Ja widzę, że ty wiency się boisz nie jechać, jak jechać. Pojedziesz i do szkoły pójdziesz. - Gdula uspokajał chłopca, żal mu się zrobiło, że wcześniej na niego głosem się podniósł.

- Dobrze, że Horoszczak chałupę weźmie, on dobry gospodarz, nie popsuje - chciał podziękować za dobre wiadomości swoją dobrą nowiną.

- Zabierze i rozbije. Teraz i Ruskie murowane chałupy dźwigajo. Nikt słomy trzymał nie bedzie. Ciotce nie gadaj, bo nie da spokoju i wszystko gadanie od nowa się zacznie. - Gdula zwiesił głowę ze smutkiem, chałupę pamiętał, sam przy niej robił i choć to glina ze słomą polepiona, jednak dom, gdzie niejedno się przeżyło.

- Nie powiem. Konia będziemy zaprzęgać czy tak wóz pociągniemy?

- Szkoda konia ruszać, wóz sam pójdzie z górki. Więcej z kobyłą roboty.

Tak sobie gadali obaj wygnańcy. O wszystkim najważniejszym i niczym ważnym, aż przyciągnęli wóz i zaszli do ciotki zobaczyć, co tam spakowane i z nimi razem na zachód pojedzie. W chałupie niewiele się działo, coś tam gospodyni upychała do skrzyni, na ścianie nie było już krzyża, co wisiał nad drzwiami. Reszta stała, leżała i wisiała jak wcześniej.

- Na pusto bedzie się jechać? - trochę żartował, trochę dziwił się Jan.

- Żeby ciebie nie zapomniała, reszta bajka - nie bardzo chciała, ale odpowiedziała Aniela.

- Może cioci pomóc? - spytał Jurek, bardziej dlatego, żeby zerwać ciszę, pomagać nie było w czym.

- Nie ma czego. Wiele nie bedzie się brać. Potrzebne z kuchni i do ubrania się pozbiera, tyle wszystkiego. Jak ma nowe być, niech całkiem nowe będzie - pogodziła się z nieznanym losem i tak sobie dodawała odwagi.

- Ze wszystkim nowe nie bedzie. Lis norę zmieni, a lisem się pozostanie. Życie dawne, miejsce nowe. - Ładnie powiedział Gdula, tak ładnie, że i żonie się spodobało.

- Żeby tak było, żeby było - prosiła.

- Będzie dobrze ciociu, gorsze rzeczy są za nami. Teraz chociaż coś dają, wcześniej wszyscy zabierali i domy i życie.

- Prawdę mówisz, niechby zawsze takie zamartwienia byli - wujek pochwalił Jurka i już się zbierał, żeby więcej dodać, tylko żona go uprzedziła.

- Trza iść do Horoszczaków, zagadać co i jak, żeby nie na ostatnie chwile. - Tak spojrzała na wszystkich, że żadnemu nie było trudno pomyśleć jak trzeba.

- Bodaj i teraz iść można, tam wszystkie dokoła stodoły biegajo, sam widział - podpowiedział Gdula.

- Tak pójdziemy, niech już raz wszystko pokończy się i spokój nastanie - zgodziła się Aniela i co chłop powiedział, zaraz przeszło w życie, wszystkie wyszli prosto do sąsiadów.

Po drodze Aniela przegadała z Janem, kto co będzie robił i wyszło jak zawsze, że chłop z chłopem dogadać się musi. Spadło na Gdulę, żeby z Horoszczakiem załatwił jak potrzeba. Na podwórku, przed chałupą, kręciła się cała rodzina. Sam Dmitro, Helcia i trójka dzieci, dwóch chłopaków i jedna dziewczyna. Dzieci przychodziły na świat za porządkiem, jak mawiała Gdulowa, znaczy tak, że co roku nowe w chałupie płakało. Podobne do siebie wszystkie, dziewczynka więcej do Dmitry, chłopaki do Heleny. Gadali do siebie jak popadnie: raz po ukraińsku, raz matki mową, najczęściej pół na pół, ale każdy każdego rozumiał. Dobrze sobie żyli, Dmitro spokojny, Helcia nagadana i więcej nerwowa, dzieci grzeczne i posłuszne. Cała gromada biegała przy stodole, słomę zanosili do stajni. Trochę krzyku przy tym było, więcej z samej radości przy robocie niż jakiej kłótni.

- Szczęść wam Boże - jeszcze przy płocie dobrze krzyknął Gdula. Dobry to był na wsi obyczaj, gospodarz mógł gościa przyuważyć i przez furtkę poprosić na podwórze.

- A Bóg zapłać, Bóg zapłać - pierwsza odpowiedziała Helena i zaraz pobiegła otwierać. - Zachodźcie, zachodźcie - zapraszała.

- My zagadać przyszli, jak z dobrym sąsiadem. - Uśmiechał się Gdula do Dmitry i Heleny, a po dzieciach popatrzył życzliwie.

- A stało się co? - powiedziała Helcia, która bardziej nerwowa i z miejsca kłopoty miała w głowie.

- Stać się nie stało, ale pora nam jechać z Czyszków - odpowiedział Gdula.

- I vy utikayete? 17 - dołączył się Dmitro.

- Nie tak uciekamy Dmitro, zabierać się trza, gdzie nas nie chco - powiedział Jan i zaraz cisza się zrobiła.

- Nie wszystkie Ukraińce takie. - Po chwili odezwała się Horoszczakowa, zawstydzona była i z głową przechyloną na bok.

- Nam tego gadać nie potrzeba. Za to my do was przyszli, wy nie takie i wiency dobrych. Nie ludzie winne, taka polityka, szkoda gadania - jak umiał, przekonywał Gdula Horoszczaków, że żadnego żalu do nich nie ma. - Chałupę chcieli wam zdać i co się w zagrodzie zostanie.

- Tak nie można, toż wasze, nie nasz dobytek - szybko odpowiedziała Helcia.

- Prawda, prawda - dodał Dmitro. Stał trochę z boku razem z dziećmi, które za nim się chowały.

- Nie weźmiecie wy, na zmarnowanie do drugich pójdzie. Bierzcie i nam bedzie lżej, że w złe ręce nie idzie - Aniela prosto do Helci mówiła.

- A kto wie? Może jeszcze wracać się wam przyjdzie? Nijak nie pasuje cudze brać. - Broniła się Horoszczakowa i mało wierzyła w swoje słowa.

- My się już nie wrócim, za ciężko iść, żeby się wracać. Tam przyjdzie żyć, gdzie nas powiozo. Wiele w chałupie i stajni zostanie, to wasze, nie ma co się zbraniać. Z serca dajemy, a i dla swojej spokojności. Żal zmarnować, same wiecie. I darmo nie dajemy, do Przemyśla do pociągu, żeby ty nas Dmitro powiózł, bedzie najlepsza zapłata. - Uśmiechnął się Gdula do wszystkich Horoszczaków, jak o zapłacie mówił.

- Daj nam Boże takie płacenie bez całe życie - też z uśmiechem odpowiedziała Helena.

- Ya vidvezu vas de vy zakhochete. 18- Dołożył się ze swoim Dmitro.

- Zdowiemy się kiedy pociąg pojedzie i damy znać. Nie ma co wiency głowy zawracać, trza nam iść Aniela. Zostańcie z Bogiem!

Zaraz za słowami Jana Gdule pożegnały się i wróciły do chałupy. Idąc, rozmawiali czy jak należy obeszli się z sąsiadami, czy te nie złe na nich? Zgodnie postanowiono, że wszystko było jak należy i niczyjej krzywdy nie ma. Aniela zaraz za furtką odezwała się do swoich chłopów:

- Tera idźcie do stodoły psuć, ja podłogę glino zaciągnąć muszę.

- Na co tobie ta robota? - Gdula zdziwił się niemało.

- Na to, żeby czysto było, jak w domu! Na co się pyta!? - więcej zdziwienia w Anieli się wykrzyczało niż w Janie pokazało.

- Co chcesz, sobie rób. Jak tobie lżej od tego bedzie, tak rób. Ale głupiego robota glino lepić, gdy jutro w świat przyjdzie pojechać.

- Żeby za godzinę przyszło jechać, w chałupie czysto bedzie. Idź ty z Bogiem do stodoły i ja do swojej roboty. - Nie czekała już czy kto jej co odpowie, weszła do izby i zamknęła po sobie drzwi.

- Ot, durnowata baba, niech tam jej bedzie i tak. - Krzyknął do siebie Gdula i uciekł do stodoły, a Jurek za nim. Nic w stodole nie znaleźli, przy czym zatrzymać się można, i przez to szybciej wyszli, jak weszli. Pochodzili wokoło, wody ze studni wyciągnęli, choć do niczego nie była potrzebna, na koniec przy studni spoczęli, czekając aż Anielka skończy swoje porządki.

- Dmitro zburzy chałupę? - Jurek chciał przerwać nudne czekanie, mało myślał o tym co się stanie, szybciej chciał dotrwać do końca porządków.

- Nie on, drugi rozwali, świat już nie taki, jak kiedy. Tera nie glino i słomo się lepi. - Gduli nie chciało się o tym gadać, dało się zrazu poznać i przez to Jurek zaczął z czym innym.

- Wozu nie będziemy zapychać do stodoły? Ciocia chyba nie będzie rzeczy pakować?

- Bedzie! Galop bedzie, tak mnie się zdaje. Ona co niepotrzebno robi! Co trzeba, odłogiem leży, taka baby robota. - Zeźlony siedział przy studni, Anieli dziwactwa zdawały się marnowaniem czasu, ale najwięcej chłopa bezczynne siedzenie denerwowało.

- Może pójdę i sprawdzę czy ciocia skończyła? - Widział chłopiec, że Gdulę rozsadza.

- Daremne chodzenie, pokończy - sama wylezie. Żeby nie zadeptać... przeschnąć musi.

- Trudno, poczekamy, może już niedługo zejdzie.

- Oj, w złe godzine powiedział! Durne robote czas lubi, nie tak prędko bedzie. - Tyle sobie Gdula narzekał, ile mu teraz pomagało, w ten czas Aniela zaciągnęła podłogę i to było za ostatnie porządki w chałupie, tak się chciała gospodyni pożegnać ze swoim domem. Dla niej lepszego rozstania nie było i tylko tak mogła odejść. Całe życie dbała o porządki i spierała się z Janem, gdy ten narzekał na przeganianie z izby. Dom Anieli w całej wsi za przykład czystości stał i takim chciała go zostawić. Zmogła podłogę i jeszcze tego samego dnia obmyśliła, co ze sobą zabierze. Wiedziała z pamięci, gdzie i jak wszystko stoi. Za porządkiem układała w głowie cały dobytek. Ubranie musiało trafić do skrzyni, co się nie zmieści w tłumoki powiąże. Garnków wiele brać nie będzie, tylko niecki do chlebowego ciasta, swoją chochlę i najbardziej ostry nóż. Koniecznie talerze i z drugiego kompletu filiżanki, grającą skrzynkę, żeby Jan nie krzyczał za swoją zabawką. Stołów zabierać nie myślała, za to balia do kąpieli, beczką nazywana, pojechać musi, choćby się chłop pieklił, nie popuści, takiej już nigdzie nie znajdzie. Wiele z rzeczy zdawało się potrzebnie brać, część była taka, że kto inny by nie wziął, ale dla Gdulowej były drogie. Na koniec przypomniała sobie o świętych obrazach. Nie było strachu, że tego zapomni, dla pewności poukładała w głowie. Myślała i o tym, co Jan zechce brać, do grającej skrzynki trzeba doliczyć młotki i obcęgi, heble i siekierę, pewnie i piłę żal będzie mężowi zostawić. Najmniej kłopotu z Jurkiem, ten nic swojego nie miał, tyle że na sobie i zapasowe ubranie. Gdy o tym Aniela sobie przypomniała, zaraz ją naszło, że może źle się chłopcem opiekowała i kiedyś żal będzie miał do wujka i ciotki. Inne myśli nie przychodziły, więcej czuła jak myślała. Siedziała przy stole, patrzyła dookoła, gdzie nic jeszcze nie było poruszane i widziała pusty dom. Do izby od południa zaglądało słońce, przez to izba zdawała się większą, ładniejszą, bielusieńką od czystości. Na świeżo zaciągniętej podłodze kotłowały się odbite promienie i cienie, zostawione przez wiszącą u powały lampę. Dom wyglądał jak pałac, piękny, jasny, wielki. Nie wiadomo czy to Anieli tęsknota tak widziała, czy słońce takie robiło figle. Lubiła po robocie przysiąść i nacieszyć się do syta wszystkim, co w izbie błyszczało od czystości i pachniało świeżym sprzątaniem. Tego dnia starej radości nie miała, poczuła się cudza u siebie, poznawała każdy kąt i każdą jedną rzecz w izbie, ale na wszystko tylko zerkała jak na stragany, gdzie patrzeć można, ile dusza podpowie, i na patrzeniu się kończy.

11

Do chałupy całkiem obce przyszły obyczaje, nie jak dawniej bywało. Ostanie dni w Czyszkach Gdule przesiedzieli jak obce u siebie. Wóz, co go Jan z Jurkiem przed sienią postawił, dni kilka stał i nikt na to nie zwracał uwagi. Wcześniej nie do pomyślenia było, o wszytko się dbało i każde musiało mieć swoje miejsce. Mało ze sobą rozmawiali, każdy wiedział co stać się musi. Jan zwiedział się we wsi, że pociąg po niedzieli będzie odchodził, z Horoszczakiem sam wszystko załatwił nie wspominając Anieli. Mieli jechać na dwa wozy, Dmitro swoim i Gdula swoim. W Przemyślu wóz Gdulów Horoszczak przepnie i wróci do wsi, tak postanowili. Mógł i sam Jan do miasta jechać, ale za to, że Baśka z rodziną miała w świat ruszać, żal było wozu przed pociągiem zostawić, za to Horoszczaka najął do pomocy. Aniela w domu załatwiała jak trzeba, Gdula poza domem, u sąsiadów, w stajni i w stodole.

W niedzielę z początkiem czerwca czterdziestego szóstego roku wszystkie były gotowe do drogi, ostatnia obca dla Czyszków rodzina odchodziła ze wsi, co już pod ruskim rządzeniem niczyja była. Uciekali dla spokoju, nie było w ucieczce tęsknoty, gdy ziemi i domu zabrakło darmo siedzieć nie można, żeby byle gdzie było, ale ich własne i takie, że im nikt nie odbierze. Nikt nie wejdzie do chałupy i nie nakaże robić, jak się jemu podoba. Gdyby nie tęsknota za swoim i spokojem, zostaliby się w Czyszkach, niechby nawet ukraińska wieś była. W takim, gdzie ziemie kołchoz zabrał, a Ukraińcy żyć nie dawali, Gdule dłużej być nie chcieli. Przychodził czas, że i dla nich kończyła się wojna.

Pociąg z Przemyśla odchodził w poniedziałek, o dziesiątej godzinie; żeby dojechać na czas i Gdule i Horoszczak musieli wstać do dnia i tak też się stało. Jedno tylko było inaczej niż wcześniej ustalone, gdy przed chałupę sąsiadów Jan zajechał, pokazało się, że drugim wozem nie sam Dmitro pojedzie, ale z nim razem cała rodzina. Jan nic o tym nie wiedział, ale starczyło, że Horoszczaki spoglądały jak jeden, jakby ostatni raz patrzyli. Chcieli się pożegnać i podziękować za wszystko, co wcześniej od Gdulów dobrego doświadczali i za to, że teraz im swoje w zagrodzie zostawiają.

- Dzień dobry, Dmitro! Nie szkoda do dnia dzieci zrywać? - przywitał się Gdula, a potem chciał sumienie uspokoić, że nie za jego sprawą całe zamieszanie.

- Dzień dobry! One wszystkie przez noc nie spały. Żyć nie dały, do Przemyśla i do Przemyśla. Im nie krzywda tylko radość - odpowiedziała Helena.

- I ty Helcia bez nas musiała się zrywać? - dopytała Aniela.

- I vona kryvdy ne maye. 19 - Za żonę powiedział Dmitro i wszyscy roześmiali się, bo już jasne było, że dla Horoszczaków przykrość wielka żegnać się z sąsiadami, ale i radość niemała zobaczyć miasto.

- Wy pewnie pociąga chcieli zobaczyć, ha? - Jan zwrócił się do dzieci i zaraz otrzymał odpowiedź od trzech głów, które razem się pokiwały. - To i dobrze, że was do mechanizacji ciągnie, może które na kolejarza pójdzie? - Tym razem nie było odpowiedzi, tylko wstydliwie zwieszone czupryny.

- Niech im tam Pan Bóg da co najlepsze - pośpieszyła z błogosławieństwem Aniela.

- No, czas jechać, kiedy wszystkie na wozach - powiedział Gdula i przeżegnał się przed podróżą, a razem z nim pozostali. Horoszczak jak prawosławny, reszta po katolicku, tylko dzieciom się myliło tak, że dla pewności dwa razy i na dwa sposoby poprawiły.

Wozy ruszyły, jeden z ciekawości, jak w mieście żyją, drugi do nowego życia na świeżej ziemi. Odjechali większy kawałek i dopiero wtedy, jakby kto znak dał, Gdule obejrzały się za chałupą, ostrożnie i ledwie odwrócili głowy, nikt nie chciał na żalach być przyłapany. Krótko trwało i tylko Anieli oczy mokre się zrobiły, więcej za siebie nikt nie patrzył. Droga do Przemyśla nie taka długa, będzie trochę więcej, jak dwadzieścia kilometrów. Prędko nie dało się jechać, krowa szła za wozem i to podróż spowalniało. Nie śpieszyli się, czasu sporo, pociąg o dziesiątej godzinie miał odjeżdżać i więcej jak pięć godzin mieli na dojechanie. Po drodze zrobili kilka przestojów, żeby dać odetchnąć koniom, kości rozprostować, krowę napoić, bo ta najgorzej podróż znosiła. Dzieci posnęły na wozie, nie budziły się nawet wtenczas, gdy kołysanie i markotne stukanie kół się zatrzymywało. Dzień był piękny, słońce wschodziło niezwyczajnie, dotąd z początkiem ciężkiej pracy się wiązało, teraz pierwszy raz było jak obraz malowany, gdzieniegdzie tylko białe chmury uciekały za wozem. Aniela z Janem patrzyli w górę, jakby pierwszy raz takie cuda widzieli. Zerkali razem i oddzielnie, nie wiedziała żona, że chłop patrzy, i Jan Anieli patrzenia nie zobaczył. W Czyszkach nikt słońcu i chmurom bez przyczyny się nie przyglądał. Z chmur i ze słońca zgadywano czy deszcz spadnie na posadzone, czy siano zdąży wyschnąć, czy zboże nie przerośnie przed żniwami. Tylko głupi w niebo się gapił, na takie zbytki nigdy nie było czasu i odwagi. Teraz można się nacieszyć i zasmucić niebem razem ze słońcem, drogą, lasem, polem, które odchodzi i już takiego nie będzie.

Co innego przez drogę myślał Jurek, w głowę Przemyśl mu zaszedł. Planował, że jeszcze raz się po mieście rozejrzy, wzrokiem poszuka rodziców, może nawet popyta czy kto nie widział, nie słyszał, nie wie. Mocno się rozglądać i jeśli ma się stać, niech się samo stanie, jeśli nic się nie stanie, widać tak musi być. Chciał ściągnąć rodziców do siebie i ludzi, którzy uratowali ich syna. Mogło się nie udać, nawet nie musiało, najważniejsze żeby próbować i nie wyrzucać sobie, że nic niezrobione. Wszystko, co mógł, to patrzeć, szukać, rozglądać się. Tego jednego chciał upilnować, wiedział, że chociaż tyle od niego rodzicom się należy. Sam sobie tłumaczył, że za wiele życzyć i oczekiwać nie może, jeden cud już się stał i za niego był dom Gdulów, gdzie Jurek przeżył wojnę. Nie pomyślał nawet, że stare życie wróci, żadnej nie miał na to nadziei, starczy, że ze spokojem sumienia pożegna się z rodzicami. Porzucał dawne dzieciństwo i jechał tam, gdzie nowe dorosłe życie. Jurek w Czyszkach przeżył i dobrze mu się działo, ale to już nie był chłopiec, sierota, to był wyrastający mężczyzna, osiemnaście lat miał za sobą i wszystko przed sobą. Skończyła się wojna, uciekanie, chowanie, kończył się strach, teraz chciał być w środku wszystkiego, nie z boku, ale swój wśród swoich i bez skrywania siebie. W Czyszkach nie doświadczył złego, całe zło bokiem przeszło, pomimo tego chęci nie miał zostawać i nawet Przemyśla widzieć. Wszystko chciał świeże, od nowa, całkiem inne, lepsze, bezpieczne, swoje. Lękał się, że gdy rodziców znajdzie, będzie musiał w starym pozostać, wstydził się tego strachu i starał odrzucać, ale tak prawdziwie myślał. Wyuczył się słowa "repatriacja" w szkole, przed wojną i w domu wiele słyszał słów, które trudno spamiętać i powtórzyć. Szybko zapamiętał i od razu zrozumiał jako nowe życie w dużym świecie, tego chciał i tam odjeżdżał. Pierwszy raz gdzieś i do czegoś biegł, wcześniej uciekał byle gdzie i od wszystkiego.

Pierwszą połowę podróży wozy jechały nie tak prędko, jak się wcześniej chciało, nie raz Gdula i Horoszczak jeździli do Przemyśla i więcej jak do trzy i pół godziny nie zajmowało. Za tym razem podróż dłużyła się mocno, niewiele można poganiać, bo za wozem nijak krowa nie nadążała. Słońce już się wysoko pokazało, dzieci Horoszczaków pobudziło i niespokojnie zaczęło się robić. Jan spoglądał to na krowę, to na konia i na sam koniec na Anielę, która z miejsca wyczuła, co męża męczyło.

- Czego ślepisz? Co ci krowa winna? Jak bez krowy jechać, cały dobytek przecie - mówiła szeptem, żeby sąsiedzi nie słyszeli, czego i tak pod turkotem wozów słyszeć się nie dało.

- Gorzej bedzie, kiedy razem z krowo się zostaniemy. Pociąg czekał nie bedzie - nerwowy Gdula zęby zaciskał, też głośno krzyczeć nie chciał.

- Ty się za krowę nie bój, ona mądrzejsza jak ty, jedź z Bogiem - wcale spokoju nie wniosła, więcej nawet jak chłop bała się o wszystko.

- Zajechać, zajadę wszędzie, ino nie wiadomo kiedy? Było krowę zostawić.

- A czego ty wcześniej nie gadał? Tera mądry? Jedź z Bogiem i durnowato nie gadaj, jeszcze i Horoszczaki się z ciebie wyśmiejo - sporo sobie przy napominaniu rękami i głową Aniela machała.

- Było zostawić - krótko odpowiedział Gdula, a to znaczyło, że więcej mu się powiedzieć nie chciało.

- Zdążymy, nie trzeba się złościć. - O dziwo Jurek, któremu najwięcej zależało, żeby jechać do nowego, był najbardziej spokojny.

- Ta jak zdążymy? Na pewno, że poza ósme godzine bedzie. Wiency jak dwie godziny się jedzie - i Jurkowi Jan nie przepuścił, zły był strasznie, cały czas na krasulę się oglądał.

- Na pewno zdążymy, będzie z pół godziny, jak Medykę mijaliśmy. Zostało z osiem kilometrów, może nawet mniej. Nawet krowa za dwie godziny dojdzie, tylko trzeba dać jej pić, bo zziajała się strasznie. - Uśmiechnął się Jurek do Anieli i ciotka do niego, jak usłyszała, że za nią stoi. Jan też zrozumiał, że nie ma co się pieklić, Jurek dobrze pomyślał, zostało mniej jak więcej i przed dziesiątą godziną powinni z zapasem dojechać.

- Jak tak gadasz, może i prawda. Tobie najwięcej za nowym pilno i aż dziw, że taki spokojny i do gadania zawzięty. - Musiał Gdula choć trochę swojego powiedzieć, nie mogło być tak, żeby baba i chłopak racje mieli. Jurek spokój wprowadził na wozie i więcej aż do samego Przemyśla narzekania nie było, a i jakiego nie bądź gadania niewiele. Krowa dostała pić, gdy tylko pierwszą chałupę wozy minęły, gdzie studnia była, i wszyscy szczęśliwie, jak wcześniej zgadywali, dojechali do miasta przed dziesiątą. Horoszczaki chciały z Gdulami do samego końca zostać, pokąd pociąg odjedzie, ale inaczej Jan rzecz rozplanował.

- Wy nas nie czekajcie, ledwie my zajechali, tyle godzin w drodze, a wam jeszcze wracać trzeba. Dzieci zmordowane i szkoda, żeby darmo stały. Tu się pożegnamy. - Tak zagadał i znać było, że wszystkim podobało się jak usłyszeli, tylko nieporęcznie było odjeżdżać.

- Eeee, nie bedziemy już takie. Zaczekamy, co to szkodzi, ostatni raz... - Helcia chciała pokazać, że więcej Horoszczakom na sąsiadach niż na swoich sprawach zależy.

- Wy nam i tak pomogli! Jedźcie z Panem Bogiem, dzieci szkoda. Im tu markotno, pociąg widzieli, tera ich do miasta ciągnie. - Aniela dołączyła się do słów męża i tym do reszty sąsiadów przekonała.

- Jak tak, niech was Bóg błogosławi, żeby wy tam lepsze jak w Czyszkach znaszli - powiedziała Helcia i zaraz do ściskania Anielki się wzięła.

- Bóg zapłać, lepszego nie trza, żeby gorsze nie było - odpowiedziała Gdulowa i teraz wszystkie się pożegnali, kobiety i dzieci ściskały się i obcałowały, Gdula Horoszczakowi po męsku dał rękę. Długo nie trwało i sami zostali przed pociągiem, tylko Dmitro pomógł jeszcze rozładować, a że wiele nie było, poszło raz dwa.

Pusty wóz pojechał razem z Horoszczakami, Gdule zajęły towarowy wagon, gdzie ludzie siedzieli i zwierzęta, cały dobytek. Dziw brał, że tak wszystko gładko poszło, inaczej każde sobie myślało, że więcej kłopotu, łez, żalu za pozostawionym będzie, ale czasu na smutki zabrakło. Przed dziesiątą przyjechali, zanim dobytek na swoje miejsce w wagonie trafił, pociąg już gotowy do drogi, ale jeszcze czekał na drugich. Całkiem nowe życie sprawiło, że brakło czasu na myślenie. Wszystkie tak zajęte, żeby się w wagonie pomieścić, poskładać pakunki, że niczym więcej głowy nie zaprzątali. Dopiero, gdy pociąg gwizdał parą i zabuksował kołami, gdy szarpnęło do przodu, w głowach wygnańców zjawiły się pierwsze skotłowane myśli.

Aniela wspomniała pole za stodołą, tyle tam pracy zostawiła i troski, a teraz pamiętała tylko wielkie dynie i tyki fasoli. Wszystko wschodziło dorodne, duże, pachnące, i aż się jeść chciało. Pomyślała o polu i zaraz sobie uczyniła wyrzut, że nic o domu nie myśli, gdzie niczego nie musiała szukać, jak chciała, sama poukładała sobie pod rękę. Pamiętała każdy kąt, najmniejszą rzecz, jak była położona i nawet gdzie schowana. Czuła zapach bielonych ścian, widziała, jak światło z okien odbijało się na glancowanym gliną klepisku, poznała, które krzesło skrzypiało, gdzie na ławie było zarysowane i jak knot w lampie ustawić, żeby paliło się jasno. Wspominała piec i ustawiała na piecu garnki, inaczej do gotowania, inaczej do podgrzania. W myślach trafiała garnkami po piecu i z czasem przesuwała, gdy się już więcej zagotowało. Przy kuchni Aniela zasnęła, nie tyle zmęczona rannym wstawaniem, tego na wsi nie brakowało. Nawet nie strudzona podróżą, bo jaka to robota, choćby i naprzeciw żniw? Zmęczyła się nerwami i tym, że się w niej kotłowało żalem za tym wszystkim, co zostawiała i niepewnością tego, co ją spotka.

Jan wracał w dziecinne lata, nie w Czyszkach było jego młode życie, ale on więcej widział jak jedną wieś, o wszystkiej ziemi nie zapominał. Myślał, jak był mały i na sankach, co sobie sam uszykował, woził konary, że niejeden we wsi oczy postawił, skąd w dziecku tyle siły. Niektóre nawet do ojca skarżyły, że sumienia nie ma. Widział pług ciągnięty za koniem, jak się ziemia obraca i z jałowej zamienia w dorodną. Drogi polne i las, po nich chodził na odpust, na jabłka do cudzego sadu i na łąki, gdzie krowy z chłopcami pasł. Odnalazł w pamięci Mościska, Husaków, tam więcej można zobaczyć, jak Czyszki pokazały, pamiętał wszystkie drogi, gdzie co można załatwić, dostać, odwiedzić. Dla niego miejsce, skąd odchodził - nie były jedne Czyszki - jemu cała ta ziemia stawała przed oczami, którą poznawał od dziecka i kochał jak mało kto. Szkoda było i wozu, i kieratu, chałupy, gdzie niejedno własnymi rękami zrobił, albo z żony pomocą, wszystkiego żal. Co Anielę snem zmorzyło, Janowi spać nie dawało, tak samo był zmęczony tym, że się pozmieniało, ale za bardzo, żeby zasnąć i dlatego siedział oparty o deski, słuchał, jak stuka kołami, wspominał, jak już nigdy nie będzie.

Jurkowi w wagonie siedziało się najpewniej, chciał tej podróży, nowym się nie przejmował, całe ostatnie lata były dla niego niepewne. Nie znał miejsca, w którym się znalazł, nie znał ludzi, z którymi zamieszkał, nie znał przyszłości, nawet tej najbliższej, uciekał, gdzie lepiej chciał żyć. Za rodzicami w Przemyślu się nie rozglądnął, inne zajęcia całkiem przegoniły plany. Miało się stać, jak się stanie, ale nawet i tego nie dopilnował, uszło najważniejsze zadanie z pamięci. Biegać po Przemyślu nie musiał, jak sam postanowił, tylko miał ojca i matkę wypatrzeć. Jeszcze raz wbić się oczami w każdy kąt, spojrzeć na ludzi, może ktoś jest do ojca podobny, może ktoś będzie uczesany jak matka. Zapomniał o pożegnaniu rodziców, przez chwilę czuł się z tym źle, potem pomyślał, że to tylko szukanie spokoju sumienia i żadne odnajdywanie rodziców. W Przemyślu więcej jak w Czyszkach miejsc, ale wszystko Jurkowi znane, pamiętał jeszcze za Berka. Nie było rodziców w domu, nie było u sąsiadów, a te, co przeżyli i zostali, dawno nie umieli nic powiedzieć. Jeszcze i to pomyślał, że jak tylko wojna przeszła, mama z ojcem chcieliby z całej siły syna odszukać, i gdyby tak, w Przemyślu szukać musieli. Tutaj wrócić albo się stąd nie ruszać. Kto w mieście żył, ten wiedział, który doktor Szulc i żona doktora, jeden pozna, powie innemu i całe miasto wie, że Szulce wrócili. Nic takiego nie było, nikt żywego ojca nie widział, nikomu matka Berka się nie przypomniała. Od nowa smutne obrazy ustawił i pomieścił w głowie. Trochę dla uspokojenia, więcej dla prawdziwego, choć bez nadziei, spojrzenia. Czyszki zostawiał bez żalu, widok miasta złe obudził wspomnienia. Z Przemyślem wracało wszystko najgorsze, wojenne kłótnie w domu, ludzi gnanie pod karabinem, ostatnie spojrzenie matki za niemieckim samochodem. Jurek pewnie jedynym był w całym pociągu, który tak się na inne życie cieszył i całkiem nie bał ucieczki. Tak mógł się cieszyć ten, który dotąd mało własnego miał życia i chował się, gdzie przygarnęli.

Pociąg jechał i niezwyczajnych wiózł pasażerów, a i trudno powiedzieć, że pasażerów, w wagonach pojechał ładunek wspomnienia i bagaż tego, co się udało zebrać. Pasażer wsiada na stacji z biletem do drugiej stacji. Ludzie przegnani siedzieli w pociągu i nie wiedzieli, gdzie jadą, tyle im powiedziano, że do nowej ziemi dotrą, skąd nawet i Niemcy uciekli. Wielu gadało, że po Niemcach miejsce nie ostygło, że się upomną i znów przegnają, ale i na swoim żyć się nie dawało, dlatego lepsza podróż, jak po kątach chowanie. Za wagonami Czyszki zostały i Przemyśl, z ludźmi odjeżdżały jedne wspomnienia, inne biegły z tyłu pociągu i wsiąść nie zdążyły. Przyszedł kres wojny narodów na świecie, skończyła się wojna Gdulów z Czyszkami. Każdy ma swoje do przeżycia i z tego tak wiele się rodzi historii.