Berdyczów - Marta Kozłowska

Kup ebooka

30.00 zł
20.74 zł (21,04 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

- Ka­rol Py­tan­ko?

- Zga­dza się.

- Otcze­stwo: s. Wie­sła­wa. Płeć: mężczy­zna. - Ołó­wek o po­li­tu­rę robi za pod­ręcz­ną kurę.

- Oby­wa­tel­stwo: pol­skie. Data i miej­sce uro­dze­nia...

- Tak, wszyst­ko się zga­dza.

- Oczy: nie­bie­skie.

- Ow­szem - po­świad­czam gor­li­wie i, jak się zda­je, ca­łkiem nie­po­trzeb­nie. Po­hra­nicz­nik re­cy­tu­je pasz­port, nie szu­ka­jąc po­twier­dze­nia dla za­war­tych w nim pa­ra­me­trów, lecz do­ko­nu­jąc cze­goś na kszta­łt za­bo­ru: "Wzrost: wy­so­ki. Zna­ki szcze­gól­ne: brak. Ka­te­go­ria za­wo­do­wa: ob­ser­wa­tor z ra­mie­nia Eu­ro­pej­skie­go So­ju­za". Wy­dzio­bu­je mnie ziarn­ko po ziarn­ku. Za­własz­cza mi wła­ści­wo­ści, a co naj­mniej bie­rze je w de­po­zyt.

Ze­gar mie­li po­wie­trze. Pod su­fi­tem ko­łu­ją wska­zów­ki wen­ty­la­to­ra. Świa­tło wzi­ęło w sie­bie ogół cie­ni, a ze śmiet­ni­ków wy­sta­ją ścia­ny z do­miesz­ką su­fi­tu. Na­uka ra­dziec­ka okre­śla ten stan mia­nem "pier­wot­nej zupy".

Uczy­niw­szy za­do­ść pierw­szej części pro­ce­du­ry, mun­du­ro­wy wy­ko­nu­je kil­ka nie­oczy­wi­stych ge­stów nad pasz­por­to­wym zdjęciem, oka­dza mi wzro­kiem twarz, by na­resz­cie przy­stąpić do ko­ńco­wych czyn­no­ści, ergo: zro­bie­nia ze mnie przy­jezd­ne­go.

- Cel pod­ró­ży?

- Ber­dy­czów.

- Cel pod­ró­ży - po­wta­rza z wy­se­lek­cjo­no­wa­ną fleg­mą. Jak to za­raz znać po oczach, komu się w gło­wie nu­dzi!

Wsu­wam pa­pie­ry przez otwór w oka­la­jącej go szklan­ce. Po chwi­li, pod­nió­słszy wzrok znad do­ku­men­tów, któ­re stu­dio­wał me­to­dą mi­ęto­sze­nia i ty­tła­nia, pyta byle py­tać:

- Afry­ka­ński po­mór świń? W Ber­dy­czo­wie?

- Będę ba­dał tę spra­wę. Od­no­to­wa­no ma­so­wy po­mór trzo­dy chlew­nej w by­łym ko­łcho­zie pod Ber­dy­czo­wem, z ra­mie­nia Bruk­se­li mam się temu przyj­rzeć... - ze­zna­ję nie bez sa­tys­fak­cji. Prze­ma­gam w so­bie chęć opo­wie­dze­nia o pa­to­ge­nach, bio­ase­ku­ra­cji i stre­fie za­po­wie­trzo­nej, by wraz z in­ny­mi śle­pa­ka­mi odło­żyć je na bli­żej nie­okre­ślo­ne po­tem.

Fla­ne­lo­wy od­głos stem­pla i zszar­ga­ne glej­ty wraz z pasz­por­tem wra­ca­ją na pul­pit.

Z od­la­ne­go z ja­rze­niów­ko­we­go świa­tła pa­wi­lo­nu wy­pa­dam wprost w cu­dzą noc. I z miej­sca czu­ję, że to nie sa­mi­ca. Dzik­sza i ma­syw­niej­sza, gru­biej cio­sa­na, bar­dziej sążni­sta, jur­na i na­ro­wi­sta od wszyst­kich zna­nych mi nocy. Knur, ba­sior, bu­chaj. TEN noc.

Miast ksi­ęży­co­we­go nie­ba ma pięć ko­pie­jek w wil­czym pod­nie­bie­niu.

W ciem­no­ści roz­le­ga się po­mruk sil­ni­ka. Ko­niec fe­sti­wa­lu pa­le­nia i pa­le­nia! As­falt wo­kół sta­re­go tu­ry­stycz­ne­go Laza roz­gwie­żdża się od nie­do­pa­łków. Na ro­snące znie­cier­pli­wie­nie do­by­wa­jące się spod ma­ski i ja go­nię do au­to­ka­ru.

Tym, co czy­ni mój śro­dek trans­por­tu wy­jąt­ko­wym, jest sub­stan­cja. Od wła­zu wszyst­ko mi mówi, że po­wstał z tego sa­me­go two­rzy­wa co, daj­my na to, wy­ga­zo­wa­ny Szam­pa­ńsko­je czy no­wo­rocz­ny po­ra­nek. Syn­te­tycz­na woń tek­sty­liów upi­ęta w ope­ret­ko­we lam­bre­ki­ny i za­sło­ny, fe­sto­ny i sute marsz­cze­nia z za­pasz­ku zle­ża­łych za­kąsek, ka­na­pek z ser­wo­lat­ką, ce­bu­lą i jaj­kiem. Ta­pi­ce­ro­wa­ne wód­cza­ny­mi wy­zie­wa­mi, opa­rem z pa­pie­ro­sów Troj­ka i po­psu­tych stóp fo­te­le, pod­su­fit­ka, ścia­ny. Wszech­zmy­sło­wy za­wrót gło­wy. A jego ko­lo­rem jest pasz­te­to­wy. A jego zna­kiem zo­dia­ku: Ar­le­kin.

W po­świa­cie mu­zy­ki ka­se­to­wej tu i ów­dzie wy­bu­cha­ją ogni­ska kasz­lu i chra­pa­nia. Ro­ba­czy­wie­ją ja­błka i pie­ro­gi z mi­ęsem z zupy. Wie­trze­ją per­fu­my, lecą oczka w raj­sto­pach. Po­licz­ki błękit­nie­ją od kie­łków za­ro­stu. Z ko­afiur z sy­kiem ucho­dzi po­wie­trze. Po podło­dze roz­pe­łzły się pan­ce­rzy­ki sło­necz­ni­ka. W ostat­nim rzędzie beka ostat­nia tor­ba chip­sów.

Od­pro­wa­dza­ny spoj­rze­nia­mi roz­ma­za­nych oczu po­ko­nu­ję za­po­ry z roz­rzu­co­nych w po­przek ko­ry­ta­rza śpi­ących ko­ńczyn, by do­trzeć na "swo­je miej­sce". Przy­po­mi­nam so­bie obo­wi­ązu­jący w śre­dnio­wiecz­nych za­ko­nach oraz w Kra­ju Rad za­kaz sto­so­wa­nia za­im­ka "mój". Tu i te­raz za­sa­da ta na­bie­ra rów­nie on­to­lo­gicz­ne­go sen­su.

Na bu­cie mam na­lep­kę od ba­na­na. Pod sie­dze­nia­mi ko­ły­sku­je żuk tom­ba­ko­we­go klip­sa i pusz­ka po pi­wie. Prze­sta­wiam ze­ga­rek z trze­ciej na czwar­tą, do­brze cho­wam pasz­port oraz prze­wod­nik Ber­dy­czów Wia­cze­sła­wa Ko­pyt­ko i czym prędzej za­trza­sku­ję się od środ­ka. Nie wi­dząc dro­gi, od sa­me­go spa­nia do­cie­ra się na miej­sce.

Bu­dzi mnie gro­bo­wa ci­sza. Nie czu­ję stóp, pra­wą gór­ną ćwiart­kę mam zdrętwia­łą od szy­by. Uru­cha­mia­jąc się przez wy­tar­ga­nie za oczy, za­uwa­żam, że w au­to­ka­rze jest pu­sto. Zry­wam się z miej­sca i na drew­nia­nych no­gach śpie­szę do wy­jścia. Otęchły, otępia­ły, obo­la­ły - jak w tęgiej gry­pie. Świa­tło, któ­re ośle­pia mnie na dwor­co­wej plat­for­mie, ma w so­bie za­śnie­dzia­łą me­ta­licz­no­ść. Ce­men­to­wy na­wis nie­ba wzbie­ra desz­czem.

- Wy­spał się? - za­ga­du­je kie­row­ca. - Tak? - Pali pod ta­blicz­ką o za­ka­zie plu­cia.

- Tak, tak... - wy­chry­piam. - Prze­pra­szam, że mu­siał pan cze­kać.

- Po ba­gaż, bądźcie ła­ska­wi.

Od­ru­cho­wo uła­dza­jąc wło­sy i ubra­nie, idę za nim do pe­łne­go pol­skich kon­serw mi­ęsnych luku, skąd gra­mo­lę wa­liz­kę. Z pla­sti­ko­wą rącz­ką w dło­ni nie­mra­wo obie­gam dwo­rzec wzro­kiem.

- Ma­cie tu ja­kiś po­stój? - py­tam, trąc oku­la­ry po­do­łkiem swe­tra. Chu­cham, po­le­ru­ję, wszyst­ko na nic. Wzrok nie może się uwol­nić od efek­tu brud­nej szy­by.

- A na co wam ta­ry­fa? Toż tu u nas wszędzie bli­sko. Do­kąd wam trze­ba?

- Do ho­te­lu Wołk.

- Pój­dzie­cie pro­sto, po­tem w lewo, zresz­tą, Bim! Bim, po­każ panu dro­gę - rzu­ca w sze­ro­ko ro­zu­mia­ną prze­strzeń.

Komu do­sta­ły się te sło­wa? Po­pa­tru­ję do­oko­ła. Kil­ku pod­ró­żnych z tor­ba­mi w tor­bach. Dys­po­nent ru­chu. Dwor­co­wy za­mia­tacz. Któ­ry to Bim? Jed­na z le­żących u opo­ny ła­jek pod­no­si się z oci­ąga­niem, by sta­nąć mi na­prze­ciw z wle­pio­ny­mi śle­pia­mi. Zby­wam ją jako ży­wioł że­bra­czy, wra­cam do kie­row­cy:

- Po­zwól­cie, gdzie ten ho­tel?

- Bim po­ka­że. - Wska­zu­je bro­dą psa.

Si­ęgam po Re­la­ty­wizm i To­le­ran­cję, nie­za­stąpio­ne ły­żki do cu­dzych bu­tów:

- No to w dro­gę! Bim, pro­wa­dź.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki

Se­ria pro­za­tor­ska pod re­dak­cją Pio­tra Ma­rec­kie­go

Je­rzy Fran­czak, Trzy hi­sto­rye

Sła­wo­mir Shu­ty, Be­łkot

Łu­kasz Or­bi­tow­ski, Sze­ro­ki, głębo­ki, wy­ma­lo­wać wszyst­ko

Piotr Ce­gie­łka, San­dacz w bursz­ty­nie

Sła­wo­mir Shu­ty, Cu­kier w nor­mie

Mi­chał Pal­mow­ski, Przy­go­dy Hisz­pa­na Dete

Mi­chał Wit­kow­ski, Lu­bie­wo

Mar­ta Dzi­do, Małż

Ma­rian Pan­kow­ski, Ru­dolf

Ma­ciek Mil­ler, Po­zy­tyw­ni

Ewa Schil­ling, Głu­piec

Adam Wie­de­mann, Sce­ny łó­żko­we

Jan Dzban, Den­tro

Piotr Szul­kin, So­cjo­pa­tia

Ma­rian Pan­kow­ski, Bal wdów i wdow­ców

Je­rzy Na­sie­row­ski, Zbrod­nia i...

Piotr Czer­ski, Oj­ciec od­cho­dzi

Ma­ciek Mil­ler, Za­kręt hi­po­kam­pa

Łu­kasz Or­bi­tow­ski, Hor­ror Show

Jo­an­na Paw­lu­śkie­wicz, Pani na dom­kach

Jo­an­na Wi­len­gow­ska, Zęby

Mar­ta Dzi­do, Ślad po ma­mie

Jan Kra­sno­wol­ski, Klat­ka

Ma­rian Pan­kow­ski, Pąt­ni­cy z Ma­cie­rzy­zny

Hu­bert Klim­ko-Do­brza­niec­ki, Raz. Dwa. Trzy

Mi­chał Zyg­munt, New Ro­man­tic

Jo­an­na Paw­lu­śkie­wicz, Te­le­no­we­la

Je­rzy Fran­czak, Przy­mie­rzal­nia

Woj­ciech Bru­szew­ski, Fo­to­graf

Krzysz­tof Niem­czyk, Kur­ty­za­na i pi­sklęta

Syl­wia Chut­nik, Kie­szon­ko­wy atlas ko­biet

Ju­liusz Stra­cho­ta, Cień pod blo­kiem Mi­ro­na Bia­ło­szew­skie­go

Na­ta­lia Rol­le­czek, Drew­nia­ny ró­ża­niec

Ma­rian Pan­kow­ski, Nie­wo­la i dola Ada­ma Po­rem­by

Ma­ciek Mil­ler, Coc­kring

Do­mi­ni­ka Oża­row­ska, Nie ude­rzy ża­den pio­run

Ewa Schil­ling, Co­dzien­no­ść

Ma­rian Pan­kow­ski, Tra­twa nas cze­ka

Piotr Szul­kin, Epi­kry­za

Je­rzy Fran­czak, NN

Sła­wo­mir Shu­ty, Jasz­czur

Da­rek Foks, Ke­bab Me­ister

To­masz Pu­łka, Vida Lo­cal

Zie­mo­wit Szcze­rek, Przyj­dzie Mor­dor i nas zje, czy­li taj­na hi­sto­ria Sło­wian

Woj­ciech Bru­szew­ski, Big Dick. Fik­cja do­ku­men­tal­na

Jan Kra­sno­wol­ski,Afry­ka­ńska elek­tro­ni­ka

Da­niel Kot, Kie­run­ko­wy 22

Ma­rian Pan­kow­ski, Na­st­ka, śmiej się! Opo­wia­da­nia

Sła­wo­mir Shu­ty, Dzie­wi­ęćdzie­si­ąte

Łu­kasz Or­bi­tow­ski, Hor­ror Show [wyd. II popr.]

Jo­an­na Dzi­wak, Gry lo­so­we

S?ren Gau­ger, Nie to / nie tam­to

Ma­ciej Bo­bu­la, Ka­ta­rzy­na Gon­dek, Adam Mi­klasz, Alek­san­der Przy­byl­ski, Mi­chał Zant­man, Bękar­ty Wo­łgi. Klech­dy miej­skie

Zie­mo­wit Szcze­rek, Sió­dem­ka

Ju­liusz Stra­cho­ta, Re­laks ame­ry­ka­ński

Flash fic­tion. An­to­lo­gia

Da­riusz Or­szu­lew­ski, Zjed­no­czo­ne Siły Kró­le­stwa Uto­pii

Sta­ni­sław Czycz, Nie wierz ni­ko­mu. Baza

Kon­rad Jan­czu­ra, Prze­myt­ni­cy

Ma­ciej Piotr Prus, Przy­du­cha

Mar­ta Dzi­do, Fraj­da

Olga Hund, Psy ras drob­nych

Ju­liusz Stra­cho­ta, Tu­ry­sta pol­ski w ZSRR

Ja­kub Mi­chal­cze­nia, Gi­gu­sie

Anna Ma­zu­rek, Dziw­ka

Na­tal­ka Susz­czy­ńska, Dro­pie

An­to­ni­na Kar­daś, Czer­nu­cha

Alek­san­dra Wstecz, Kwia­ty roz­łącz­ki

Ja­rek Sku­rzy­ński, Zro­lo­wa­ny wrze­śnio­wy Vo­gue

Ze­non Sak­son, Za­cza­ro­wa­ny uber

Sła­wo­mir Shu­ty, Hi­sto­rie o lu­dziach z wol­ne­go wy­bie­gu. Pa­sty i ski­ty

Ma­ciej To­pol­ski, Niż

Ja­kub Mi­chal­cze­nia, Kor­sza­ko­wo [wyd. II popr. i uzu­peł.]

Ma­ciej Piotr Prus, Wy­spa i inni lu­dzie

Jan Dzban, Den­tro De Luxe

Anna Su­doł, Pro­jekt

Sła­wo­mir Shu­ty, Be­łkot [wyd. II popr.]

Jaga Sło­wi­ńska, Czar­no­las

Sła­wo­mir Shu­ty, Cu­kier w nor­mie [wyd. III popr.]

Sła­wo­mir Shu­ty, Nowy wspa­nia­ły smak

Ma­rian Pi­lot, Dzi­kie mie­so

So­ren Gau­ger, Imi­ta­cja ży­cia

Ma­te­usz Gór­niak, Trash Sto­ry

Gaba Krzy­ża­now­ska, Jed­na czwar­ta wró­bla

Mar­ta Ko­złow­ska, Ber­dy­czów