Benyenuto powrócił do siebie
dosyć niespokojny, nie z powodu trzech ran otrzymanych, wszystkie
bowiem były zbyt mało znaczące aby się o nie miał troszczyć; lecz
skutkiem tego co zaszło.
Zabił już przed pół rokiem Guascontiego, mordercę swojego
brata; lecz wydobył się z tej sprawy dzięki protekcyi papieża
Klemensa VII-go; zresztą, morderstwo to było tylko rodzajem odwetu;
lecz teraz protektor Benvenuta już nie żył, położenie więc było o
wiele drażliwsze.
Jakoż, gdy powróciwszy do siebie, palił niektóre papiery i
kładł pieniądze do kieszeni, zbirowie papiescy aresztowali go i
zaprowadzili do zamku świętego Anioła.
Okoliczność ta jednak pocieszyła prawie Benvenuta gdy
wspomniał, że w zamku świętego Anioła trzymano tylko szlachtę.
Lecz drugą pociechą, nie mniej skutecznie na Benvenuta
Cellini działającą, gdy wchodził do zamku świętego Anioła, była
myśl, że człowiek obdarzony wyobraźnią tak jak jego twórczą, nie
zadługo tym lub owym sposobem wybić się na wolność potrafi.
To też gdy przybył do zamku, tak się odezwał do Gubernatora,
który siedział przy stoliku okrytym suknem zielonem i papiery na
nim układał:
- Panie Gubernatorze! potrój rygle, kraty i szyldwachy,
zamknij mnie w najwyższym pokoju lub najgłębszym lochu; czuwaj
dzień i noc, gdyż uprzedzam cię, że postanowiłem niezmiennie ztąd
uciec.
Gubernator spojrzał na więźnia mówiącego doń z tak
zadziwiającą pewnością i poznał w nim Benvenuta Cellini, którego
przed trzema miesiącami miał honor mieć u swego stołu.
Pomimo tej znajomości, a może właśnie z powodu tejże, słowa
Benvenuta wprawiły w głębokie osłupienie zacnego gubernatora; był
to florentczyk, nazwiskiem Georgio, kawaler des Ugolini, wyborny
człowiek lecz nieco słabej głowy.
Wkrótce jednak ochłonął z pierwszego zadziwienia i kazał
zaprowadzić Benvenuta do pokoju najwyżej w całym zamku położonego.
Dachem tego pokoju był sam taras.
Szyldwach przechadzał się na tym tarasie, drugi czuwał u
dołu muru.
Gubernator wskazał więźniowi wszystkie te szczegóły, potem
gdy już był pewien, że więzień je ocenił:
- Kochany Benyenuto - rzekł - można otworzyć zamki, wyważyć
drzwi, można przekopać grunt podziemnego lochu, można przebić mur,
można przekupić stróżów; lecz trzeba by chyba mieć skrzydła, ażeby
zejść z tej wysokości.
- A ja jednak zejdę - odparł Benvenuto Cellini.
Gubernator spojrzał mu w oczy; pewien był, że jego więzień
zwaryował.
- Więc ulecisz na skrzydłach?
- Dla czego nie? wyobrażałem sobie zawsze, że człowiek
mógłby latać; nie miałem tylko czasu do robienia doświadczeń. A że
tu mieć go będę dostatkiem, muszę się więc o tem przekonać.
Przygoda Ikara jest historyk a nie bajką.
- Strzeż się więc słońca, kochany Benvenuto - rzekł drwiąco
gubernator - strzeż się słońca.
- Ja też ulecę w nocy - odpowiedział Benvenuto.
Gubernator nie spodziewał się tej odpowiedzi, tak że nie
mając co na to odpowiedzieć, oddalił się.
W istocie, koniecznie trzeba było uciekać.
W innym czasie, Benvenuto zabiwszy człowieka nie byłby w
takim kłopocie; za całą karę byłby musiał iść za procesyą Matki
Boskiej, ubrany w kaftan i płaszcz z niebieskiej bylicy.
Lecz nowy papież Paweł III-ci, nie tak łatwo przebaczać
umiał; pamiętał jeszcze dobrze o tem, że będąc kardynałem Farnese,
Benvenuto odmówił mu srebrnej wazy, która mu się bardzo podobała, a
której Jego eminencya przemocą nawet uzyskać nie mógł; prócz tego,
Ojciec Święty zazdrośnym był o to, że Franciszek I-szy prosił o
Benyvenuta przez pana de Montluc, swego ambasadora przy Stolicy
Apostolskiej.
Dowiedziawszy się o uwięzieniu Benvenuta, pan de Montluc tem
usilniej prośbę swego pana popierał.
Lecz Paweł III-ci nie zwykł był tego co raz wyrzekł cofać:
poprzysiągłszy bowiem, że Benvenuto swój nierozsądny krok
przynajmniej więzieniem a tym sposobem wyrzeczeniem się sławy i
zapomnieniem odpokutować będzie musiał, na uwolnienie jego nie
zezwolił.
W takim więc wypadku ważnem było, aby Benvenuto sam o sobie
nie zapomniał; dla tego to postanowił uciec, nie czekając na
badania i sądy, których by się nigdy może nie doczekał - gdyż
papież rozgniewany wstawieniem się króla Franciszka I-go, nie
chciał już nawet słyszeć o nazwisku Benvenuta Cellini.
"Więzień wiedział o tem wszystkiem przez Askania, który
objął jego sklep, i który wskutek usilnych próśb, otrzymał
pozwolenie odwiedzania swego mistrza; rozumie się, że takowe
odwiedziny odbywały się przez dwie kraty i w przytomności świadków,
czuwających aby uczeń nie podał mu ani pilnika, ani sznura, ani
noża.
Skoro więc tylko gubernator kazał zamknąć drzwi za
Benvenutem, ten rozpoczął przegląd swojej stancyi.
Otóż co obejmowały cztery ściany jego nowego mieszkania:
łóżko, kominek, w którym można było palić, stół i dwa krzesła.
W parę dni Benvenuto otrzymał glinę i narzędzia do
modelowania.
Gubernator odmówił z początku tych przedmiotów rozrywki
swojemu więźniowi; lecz przyszło mu na myśl, że zajmując umysł
artysty, odwróci go może od zamiaru ucieczki; tegoż dnia, Benvenuto
ulepił model kolosalnej Venus.
To wszystko nie było nic wielkiego; lecz przyzwawszy na
pomoc wyobraźnię, cierpliwość i energię, było to wiele.
Jednego dnia grudniowego, gdy było bardzo zimno i gdy
napalono ogień na kominie, stróż, który przyszedł zmienić pościel
na łóżku, zapomniał zabrać prześcieradeł.
Skoro tylko drzwi zamknięto, Benvenuto jednym skokiem był
przy tapczanie, wyjął z siennika dwie ogromne garście liści
kukurydzowych, zapełniających zwykle sienniki włoskie, włożył na
ich miejsce parę prześcieradeł, powrócił do posągu, wziął narzędzia
i zaczął pracować.
W tej chwili służący powrócił zabrać zapomniano
prześcieradła; szukał wszędzie, pytając Benvenuta czy ich nie
widział; lecz Benvenuto odpowiedział obojętnie i jakby zatopiony w
modelowaniu, że pewnie który z jego kolegów zabrał je, albo może on
sam je wziął i zapomniał o tem.
Służący nie miał najmniejszego podejrzenia, tak nie wiele
czasu upłynęło pomiędzy jego wyjściem i powrotem, a nadewszystko
Benvenuto odegrał tak naturalnie swą rolę.
Ponieważ zaś prześcieradła się nie znalazły, nie wspomniał o
nich więcej, obawiając się, aby nie był oddalony lub zmuszony za
nie zapłacić.
Skoro tylko służący wyszedł, Benvenuto padł na kolana i
podziękował Bogu za nadesłaną mu pomoc.
Ponieważ zaś, posławszy raz łóżko, nie dotykano się go aż
nazajutrz rano, pozostawił przeto skradzione prześcieradła w
sienniku.
Gdy noc nadeszła, zaczął rozcinać prześcieradła, które na
szczęście były nowe i dosyć grube, na pasy trzy lub cztery cale
szerokie; potem zaczął je skręcać, jak tylko mógł najmocniej;
nareszcie zrobił otwór w posągu z tłustej ulepionego gliny,
wypróżnił go zupełnie, włożył weń swój skarb, zalepił otwór trochą
gliny, którą wygładził wielkim palcem i swojem narzędziem tak, że
najbieglejszy znawca nie doszedłby, że biednej Venus zrobiono
operacyę.
Nazajutrz rano gubernator wszedł niespodzianie, jak miał we
zwyczaju, do stancyi więźnia; lecz jak zawsze, zastał go spokojnego
i przy pracy.
Co rano biedak, nocy szczególniej się obawiający, drżał czy
nie zastanie próżnej stancyi.
I trzeba wyznać na pochwałę jego szczerości, co rano nie
ukrywał swojego zadowolenia, widząc ją zajętą.
- Przyznam ci się, że mnie okrutnie niepokoisz, Benvenuto -
mówił biedny gubernator do więźnia - jednakże zaczynam się
przekonywać, że twoje groźby czczą tylko były gadaniną.
- Nie grożę ci, panie Georgio - odpowiedział Benvenuto -
ostrzegam cię tylko.
- Więc zawsze obstajesz przy zamiarze ulecenia?
- Na szczęście! nie jest to tylko nadzieją, ale pewnością.
- Ależ jak to uczynisz? - zawołał biedny gubernator, któremu
to pozorne czy też rzeczywiste zaufanie Benvenuta w środkach
ucieczki, zupełnie spokojność odbierało.
- To moja tajemnica, panie. Ale uprzedzam cię, że moje
skrzydła już rosną.
Gubernator zwrócił machinalnie oczy na ramiona swojego
więźnia.
- Tak więc, panie gubernatorze - mówił ten dalej, modelując
swoję statuę - jest między nami otwarta wojna. Pan masz za sobą
ogromne wieże, grube drzwi, doświadczone zamki, mnóstwo stróżów,
gotowych na wszystkie jego rozkazy; ja zaś głowę i te oto ręce, a
jednak uprzedzam cię po prostu, że będziesz zwyciężony. Lecz
ponieważ pan jesteś człowiekiem rozsądnym i już pewnie
przedsięwziąłeś wszelkie środki ostrożności, pozostanie ci, panie
Georgio, po mojej ucieczce pociecha, że nic nie będziesz miał sobie
do wyrzucenia i że niczego nie zaniedbywałeś, ażeby mnie zatrzymać.
A teraz, co pan mówisz o tem biodrze? gdyż wiem, że jesteś
lubownikiem sztuki.
Tyle pewności przywodziło do rozpaczy biednego komendanta.
Jego więzień dręczył go coraz bardziej; z tego to powodu
zesmutniał, stracił apetyt i drżał co chwila jak człowiek, którego
nagle ze snu budzą.
Jednej nocy Benvenuto usłyszał wielki zgiełk na tarasie,
potem zgiełk ten doszedł do jego korytarza, nareszcie ucichł przy
jego drzwiach.
Wtedy drzwi otworzyły się i ujrzał pana Georgio w szlafroku
i szlafmycy, w towarzystwie czterech stróżów i ośmiu żołnierzy;
gubernator przystąpił do jego łóżka ze zmienioną twarzą.
Benvenuto usiadł na materacu i roześmiał mu się w oczy.
Gubernator nie zważając na ten śmiech, odetchnął jak nurek,
co nad wodę wypłynął.
- A! - zawołał - Bogu niech będą dzięki, jest jeszcze!
Słusznie mówią, że snom wierzyć nie trzeba.
- Cóż to się stało? - zapytał Benvenuto Cellini - jakiej że
szczęśliwej okoliczności winienem przyjemność widzenia pana o tej
godzinie?
- Chryste Jezu! nic się nie stało i na strachu się tylko
skończyło. Śniło mi się, że te przeklęte skrzydła już ci urosły,
ale to skrzydła ogromne, na których unosiłeś się swobodnie po nad
zamkiem Świętego Anioła, mówiąc mi: Bywaj zdrów kochany
gubernatorze, bywaj zdrów! nie chciałem oddalić się bez pożegnania
z tobą; odlatam, więc do przyjemnego nie zobaczenia się więcej.
- Jakto! ja ci to mówiłem, panie Georgio?
- To były twoje własne słowa... A! Benvenuto, urodziłeś się
na moje nieszczęście.
- O! spodziewam się, że nie masz mnie pan za takiego
grubianina. Na szczęście, to było tylko snem, gdyż inaczej nigdybym
ci tego nie przebaczył.
- Lecz chwała Bogu! nic się nie stało. Trzymam cię, kochany
przyjacielu, i chociaż wyznać muszę, że twoje towarzystwo nie jest
mi najprzyjemniejszem, spodziewam się jednak długo cię mieć
jeszcze.
- Wątpię bardzo - odpowiedział Benvenuto z tym uśmiechem
pełnym zaufania, który do wściekłości jego gospodarza przywodził.
Gubernator wyszedł, odsyłając Benvenuta do wszystkich
dyabłów, a nazajutrz wydał rozkaz, aby dzień i noc co dwie godziny,
jego więzienie zwiedzano.
To zwiedzanie trwało miesiąc; lecz po upływie miesiąca, gdy
nie było żadnego widocznego powodu do mniemania, ażeby Benvenuto
zajmował się ucieczką, czujność się zmniejszyła.
Ten miesiąc jednak Benvenuto poświęcił na olbrzymią pracę.
Benvenuto, jak powiedzieliśmy, jak najpilniej przejrzał
swoję stancyę skoro tylko wszedł do niej; wtedy to ułożył sobie
zaraz plan ucieczki.
Jego okno było zakratowane a kraty były zbyt mocne, aby je
można wyłamać ręką lub wyjąć narzędziem do modelowania, a był to
jedyny żelazny sprzęt, jaki posiadał.
Co do kominka, ten zwężał się do tego stopnia, że chyba
trzeba było, aby więzień miał przywilej zmieniania się w węża jak
wróżka Meluzyna, aby mógł przez niego przejść.
Pozostawały drzwi.
Zobaczmy jak drzwi te były zbudowane.
Drzwi były dębowe, grube na dwa palce, zamykane na dwa zamki
i cztery rygle i pokryte wewnątrz blachą żelazną, przybitą
gwoździami.
Temi to drzwiami wyjść trzeba było.
Benvenuto bowiem zauważył, że o kilka kroków za temi
drzwiami, w korytarzu do nich prowadzącym, były schody wychodzące
na taras.
Przez nie to przechodziła warta.
Co dwie godziny Benvenuto słyszał odgłos kroków,
wstępujących na schody; potem znowu kroki zstępowały i przez
następne dwie godziny inny już go łoskot nie budził.
Szło więc po prostu o to, aby się dostać na drugą stronę
tych dębowych drzwi, grubych na dwa palce, zamkniętych na dwa zamki
i cztery zasuwy, i co większa, obitych jak rzekliśmy wewnątrz
blachą żelazną, przytwierdzoną do drzewa u góry i u dołu
gwoździami.
A teraz wykażmy pracę, jaką się zajął Benvenuto podczas
upłynionego miesiąca.
Za pomocą żelaznego narzędzia do modelowania, wyjął po kolei
wszystkie gwoździe, oprócz czterech u góry, i tyluż u dołu, które
zachował na ostatni dzień, potem, ażeby nie spostrzeżono ich braku,
zastąpił je zupełnie takiemiż samemi główkami, które ulepił z gliny
i żelaznemi posypał opiłkami, tak, że niepodobna było
najwprawniejszemu oku rozeznać główek gwoździ prawdziwych od
fałszywych.
Ponieważ zaś w całych drzwiach było sześćdziesiąt gwoździ a
każdy gwóźdź zajmował godzinę a czasem nawet dwie godzin na
wyjęcie, można wyobrazić sobie jaką pracę zadawało więźniowi
podobne przedsiewzięcie.
Potem przez cały wieczór, gdy wszyscy spali i gdy nie było
już nic słychać oprócz kroków szyldwacha po nad jego głową się
przechadzającego, Benvenuto rozpalał ogień na kominku i żarzącemi
węglami okładał na drzwiach blachę, ta zaś rozpaliwszy się do
czerwoności, obracała powoli w węgiel drzewo, do którego była
przymocowaną, tak jednak, aby ze strony przeciwnej drzwi tego
zwęglenia nie dostrzeżono.
Przez cały miesiąc, jak powiedzieliśmy, Benvenuto oddawał
się tej pracy, to też po upływie miesiąca była ona zupełnie
ukończoną i więzień oczekiwał już tylko nocy przyjaznej dla jego
ucieczki. Lecz musiał czekać jeszcze kilka dni, gdyż w tym właśnie
czasie gdy owej pracy dokonał, była pełnia.
Benvenuto skończył już robotę z gwoździami, rozgrzewał tylko
ciągle drzwi i przywodził do wściekłości gubernatora.
Tegoż samego dnia, gubernator wszedł do niego.
- Kochany więźniu - spytał Benvenuta - czy zawsze myślisz
ulecieć? Odpowiedz mi otwarcie.
- Więcej niż kiedykolwiek, kochany gościu - odrzekł
Benvenuto.
- Słuchaj - powiedział gubernator - gadaj mi co chcesz, lecz
mówię ci szczerze, uważam to za niepodobieństwo.
- Niepodobieństwo, panie Georgio, niepodobieństwo! - odrzekł
artysta - wszak pan wiesz dobrze, że ten wyraz nie istnieje dla
mnie... dla mnie, co zawsze ćwiczyłem się w tem, aby wykonywać
rzeczy najniepodobniejsze i to z powodzeniem. Niepodobieństwo! Czyż
pan sądzisz, że ten co może ze szmaragdów i dyamentów stworzyć
kwiat piękniejszy niż wszystkie kwiaty, które okrywa rosa... nie
potrafi stworzyć skrzydeł?
- Niech mi Bóg przebaczy - rzeki gubernator - lecz to twoje
zuchwałe zaufanie, przyprawi mię chyba o utratę głowy! Lecz
wreszcie, aby skrzydła mogły cię utrzymać w powietrzu, co przyznam
wydaje mi się niepodobieństwem, jakąż formę im nadasz?
- Już dosyć nad tem myślałem, jak się pan spodziewać
powinieneś, gdyż bezpieczeństwo mojej osoby od kształtu tych
skrzydeł zależy.
- No, więc?
- Więc uważając wszystkie zwierzęta latające, gdybym chciał
uczynić to za pomocą sztuki co one otrzymały od Boga, nie widzę jak
tylko nietoperza, którego można by naśladować z pewnym skutkiem.
- Ależ, Benvenuto - odrzekł gubernator - chociaż byś miał
sposób zrobienia skrzydeł, czy w chwili użycia ich nie zabraknie ci
odwagi?
- Daj tylko, co mi potrzeba do ich złożenia, kochany
gubernatorze, a odpowiem ci na to ulatując.
- A czegóż ci potrzeba?
- O mój Boże! bardzo mało: małej kuźni, kowadła, pilników,
kleszczów i obcęgów do zrobienia sprężyn; i ze dwadzieścia brytów
ceraty na zastąpienie błon.
- Dobrze, dobrze - rzekł Georgio - uspokoiłeś mnie nieco
gdyż nigdy, pomimo wszelkiego swego dowcipu, nie zdołasz wystarać
się o to wszystko.
- To wszystko już zrobione - odpowiedział Benvenuto.
Gubernator podskoczył na krześle, lecz w tejże chwili
pomyślał, że to było niepodobnem.
Pomimo to jednak, jego biedna głowa nie miała chwili
spoczynku.
Każdego ptaka przelatującego koło jego okien, brał za
Benvenuta Cellini, tak wielkim jest wpływ panującej myśli nad słabą
głową.
Tegoż dnia pan Georgio posłał po najbieglejszego mechanika w
Rzymie i kazał mu wziąć z siebie miarę na parę nietoperzych
skrzydeł.
Mechanik osłupiały, spojrzał na gubernatora, nie dawszy mu
żadnej odpowiedzi, sądząc bardzo słusznie, że pan Georgio
zwaryował.
Lecz ponieważ pan Georgio nalegał, ponieważ był bogaty i
jeżeli chciał czego nadzwyczajnego, miał czem za to zapłacić,
mechanik zajął się robotą i w tydzień przyniósł mu parę
przepysznych skrzydeł, które przymocowywały się do ciała za pomocą
drucianego gorsetu i poruszały się za pomocą sprężyn bardzo
dowcipnych, i z regularnością zupełnie zaspakajającą.
Pan Georgio zapłacił mechanikowi umówioną cenę, wymierzył
przestrzeń, jaką mogła zająć cała maszynerya, poszedł do Benvenuta
Cellini i nic nie mówiąc, przetrząsnął całą izbę, zaglądając pod
łóżko, w komin, patrząc w sienniku i zwiedzając najmniejszy kącik.
Przejrzawszy wszystko, wyszedł milczący i przekonany, że
chyba by Benvenuto był czarownikiem, aby mógł ukryć w swojej
stancyi parę podobnych skrzydeł.
"Widocznie w głowie biednego gubernatora coraz bardziej
mieszać się zaczynało.
Powróciwszy do siebie, pan Georgio zastał mechanika, który
wrócił umyślnie by mu powiedzieć, że na końcu każdego skrzydła było
żelazne kółko, przeznaczone do utrzymania nóg człowieka w położeniu
horyzontalnem.
Zaledwie mechanik wyszedł, Georgio zamknął się, włożył
gorset, rozwinął skrzydła, założył kółka na nogi i położywszy się
na brzuchu, próbował wzbić się w powietrze.
Lecz pomimo wszelkich usiłowań, nie mógł wznieść się po nad
ziemię.
Po dwóch lub trzech podobnych próbach, posłał znowu po
mechanika.
- Mój panie - rzekł do niego - próbowałem twoich skrzydeł,
na nic się nie przydadzą.
- Jakieś ich pan próbował?
Georgio opowiedział mu po szczególe potrójne doświadczenie.
Mechanik słuchał go z uwagą, gdy zaś skończył:
- Nie dziwię się temu - rzekł. - Położywszy się na ziemi,
nie możesz pan mieć dostatecznej do wzbicia się ilości powietrza;
trzeba było panu wejść na zamek Świętego Anioła i ztamtąd odważnie
rzucić się w powietrze.
- I sądzisz pan, że wtenczas mógłbym latać?
- Jestem tego pewny - odpowiedział mechanik.
- Lecz jeżeli pan tak pewnym tego jesteś - mówił dalej
gubernator - czy byś nie zechciał zrobić sam doświadczenia?
- Skrzydła są zastosowane do ciężaru pańskiego ciała a nie
do mojego - odrzekł mechanik - skrzydła dla mnie przeznaczone,
powinny by być półtorej stopy dłuższe.
Mechanik ukłonił się i wyszedł.
- Do dyabła! - rzekł Georgio.
Przez cały ten dzień uważano, że umysł pana Georgio coraz
więcej bujał w jakiejś wymarzonej przestrzeni.
Wieczorem kładąc się spać, zwołał wszystkich służących,
wszystkich stróży i żołnierzy.
- Panowie - rzekł - jeżeli dowiecie się, że Benvenuto
Cellini chce odlecieć, nie przeszkadzajcie mu a tylko mnie
uprzedźcie, gdyż potrafię nawet w nocy dogonić go z łatwością, z
powodu, że jestem prawdziwym nietoperzem; gdy tymczasem on,
cokolwiek bądź mówi, jest tylko fałszywym.
Biedny gubernator oszalał zupełnie; ponieważ jednak
spodziewano się, że noc uspokoi go, postanowiono czekać do rana z
zawiadomieniem o tem papieża.
Zresztą, noc była szkaradna, dżdżysta i ciemna i nikomu
niechciało się wyjść w podobny czas.
Wyjąwszy Benvenuta Cellini, który powodowany duchem
przeciwieństwa zapewne, wybrał tę noc do swojej ucieczki.
Dlatego skoro tylko usłyszał, że bije godzina dziesiąta i że
zmieniają szyldwacha, padł na kolana i gorącą zaniósłszy prośbę do
Boga, wziął się do dzieła.
Najprzód wyrwał cztery gwoździe, które pozostały i
utrzymywały blachę.
Północ wybiła, gdy wydobył ostatni, Benvenuto usłyszał kroki
warty, wchodzącej na taras, został bez tchu do drzwi przylepiony;
lecz warta zeszła, kroki oddaliły się i znowu cichość nastała.
Deszcz wzmagał się, Benvenuto z sercem bijącem z radości,
słyszał jak uderzał o szyby.
Wtedy spróbował oderwać blachę; blacha, którą nic już nie
utrzymywało, odlazła, i Benvenuto postawił ją przy murze.
Potem położył się na brzuchu, uderzając w dolną część drzwi
narzędziem do modelowania, które zaostrzył nakształt sztyletu i
osadził w kawałek drzewa.
Niższa część drzwi ustąpiła; drzewo dębowe zupełnie obróciło
się w węgiel.
Wkrótce Benvenuto zrobił w tem miejscu otwór tak wielki, że
mógł wyjść czołgając się.
Wówczas otworzył wnętrze statui, zabrał pasy skręconego
płótna, owinął je około siebie, uzbroił się w swoje narzędzie, z
którego jak mówiliśmy zrobił sztylet, ukląkł znowu i modlił się po
raz drugi.
Potem wysadził głowę przez otwór, dalej ramiona, resztę
ciała i znalazł się na korytarzu.
Powstał lecz nogi tak pod nim drżały, że musiał oprzeć się o
mur aby nie upaść.
Serce biło mu jak młotem, głowa pałała.
Kropla potu wisiała na każdym włosku; trzonek zaś swego
sztyletu trzymał w ręku tak silnie, jak gdyby mu go wydrzeć
chciano.
Gdy jednak wszędzie cichość panowała i nic słychać nie było,
Benvenuto uspokoił się i macając ręką szedł koło muru korytarza;
wkrótce poczuł, że tego muru zbrakło.
Podniósł więc natychmiast nogę i dotknął pierwszego stopnia
schodów a raczej drabiny, prowadzącej na taras.
Przeszedł wszystkie stopnie po jednemu, drżąc na każde
skrzypnięcie drzewa pod jego nogami; wkrótce też poczuł powiew
powietrza, potem deszcz twarz mu skropił, aż nareszcie znalazł się
na tarasie.
Ponieważ zaś od kwadransa był w najgłębszej ciemności, mógł
zatem natychmiast osądzić czego się obawiać lub spodziewać można.
Szala przeważała na stronę nadziei.
Szyldwach dla zabezpieczenia się od deszczu, schronił się do
budki.
Ponieważ zaś szyldwachy na zamku Świętego Anioła,
umieszczeni byli nie dla strzeżenia tarasu, lecz dla zwracania
uwagi na fosy i okolice, a tył budki był właśnie na przeciwko
schodów, przez które wszedł Benvenuto Cellini.
Benvenuto Cellini przyczołgał się jak najciszej na rękach ku
punktowi tarasu, najwięcej oddalonemu od szyldwacha.
Tam przymocował koniec swej liny do starożytnej cegły
wmurowanej w tem miejscu, i wystającej prawie na sześć cali;
następnie upadłszy po raz trzeci na kolana:
- Panie! panie! - szepnął - dopomóż mi, ponieważ sam sobie
dopomagam.
I wymówiwszy tę prośbę, uczepił się rękami liny i zaczął
spuszczać się, nie zważając na zadraśnięcia kolan i czoła, które
czasami o mur uderzały.
W ten sposób zsunął się aż na ziemię.
Gdy poczuł grunt pod swemi nogami, uczucie radości i
niewypowiedzianej dumy wzniosło jego piersi.
Spojrzał na niezmierną wysokość, którą przebył i patrząc na
nią, nie mógł się wstrzymać od wyrzeczenia półgłosem: "Jestem więc
wolny!"
Lecz ta chwila nadziei była krótką.
Odwrócił się i kolana pod nim się zachwiały; przed nim
wznosił się mur świeżo postawiony, mur o którym nie wiedział; był
więc zgubiony.
Wszystko zdawało się w nim burzyć; pełen rozpaczy usiadł na
ziemi; lecz siadając napotkał coś twardego; była to długa belka;
lekki okrzyk radości: był ocalony!
Benvenuto ujął belkę tak jak rozbitek chwyta się masztu,
który ma go utrzymać nad wodą.
W zwyczajnej okoliczności, dwóch ludzi zaledwie by ją unieść
mogło, on sam przyciągnął ją do muru i oparł o niego.
Potem za pomocą rąk i kolan wdrapał się na szczyt muru; lecz
tam zabrakło mu siły do przyciągnięcia belki i przełożenia jej na
drugą stronę.
Przez chwilę dostał zawrotu głowy i zamknął oczy; zdawało mu
się, że szamocze się wśród jeziora płomieni.
Nagle przypomniał sobie o pasach skręconego płótna, za
pomocą których spuścił się z tarasu.
Zsunął się po belce i pobiegł do miejsca, gdzie je zostawił
wiszące; lecz ponieważ bardzo mocno u drugiego końca do cegły je
przytwierdził, nie mógł więc ich od niej oderwać.
Benvenuto zawiesił się w rozpaczy u końca tych pasów,
ciągnąc ze wszystkich sił i spodziewając się zerwać.
Na szczęście jeden z czterech węzłów, łączących pasy z sobą,
rozwiązał się a Benvenuto padł wznak, pociągnąwszy za sobą kawał
liny, na dwanaście stóp długiej.
Było to wszystko czego potrzebował; powstał szybko i pełen
nowych sił, wlazł znowu na mur po belce a u jej końca przyczepił
pas płótna.
Spuściwszy się po nim, napróżno szukał ziemi pod nogami,
lecz patrząc pod siebie ujrzał grunt zaledwie o sześć stóp; puścił
więc linę i padł na ziemię.
Wtedy położył się na chwilę.
Był wycieńczony; na rękach i nogach całą skórę miał
zdrapaną.
Przez jakiś czas głupowato spoglądał na swoje pokrwawione
ciało, lecz w tejże chwili piąta godzina wybiła i spostrzegł, że
gwiazdy blednąc zaczynają.
Wstał, lecz gdy wstawał, szyldwach, którego nie spostrzegł a
który zapewne wszystko widział, postąpił kilka kroków ku niemu.
Benvenuto poznał, że był zgubiony i że trzeba było zabić go,
lub być samemu zabitym. Wyjąwszy więc z za pasa swoje narzędzie,
szedł prosto na szyldwacha z miną tak pełną postanowienia, że ten
poznał bez wątpienia, iż oprócz człowieka silnego, miałby do
zwalczenia jeszcze straszliwą rozpacz.
W istocie, Benvenuto postanowił nie cofać się; lecz nagle
żołnierz odwrócił się od niego, jak gdyby go nie widział; więzień
zrozumiał co to miało znaczyć.
Pobiegł do ostatniego wału.
Szaniec ten przypierał do fosy i był wzniesiony mniej więcej
na dwanaście do piętnastu stóp; podobny skok nie mógł wstrzymać
takiego jak Benvenuto Cellini człowieka, tem bardziej, gdy już tak
zaszedł daleko; przytem, ponieważ jednę część swoich lin zostawił u
cegły, drugą u belki, tak, że nie miał spuścić się po czem a czasu
nie było do stracenia, zawiesił się więc rękoma za ogniwo łańcucha
i modląc się w myśli, spuścił się na ziemię.
Tym razem gdy upadł, zemdlał.
Godzina prawie upłynęła, nim przyszedł do siebie, lecz chłód
rannego powietrza przywrócił mu przytomność.
Pozostał chwilę jeszcze jak odurzony, potem przeciągnął ręką
po czole i wszystko przyszło mu na pamięć.
Czuł w głowie ból straszny a krople krwi, co sączyły się jak
pot po jego twarzy, spadały na kamienie, na których leżał.
Zrozumiał, że był raniony w czoło.
Poniósł tam rękę po raz drugi, lecz już teraz nie dla
zebrania myśli, lecz dla poznania ran; rany były lekkie, obtarły
skórę lecz nie naruszyły czaszki.
Benvenuto uśmiechnął się i chciał powstać, lecz upadł
natychmiast: prawą nogę miał złamaną o trzy cale nad kostką.
Noga była tak zdrętwiałą, że początkowo żadnej nie czuł
boleści.
Wtedy zdjął koszulę, podarł ją na pasy a zbliżywszy jak mógł
najlepiej kości nogi, ścisnął ze wszystkich sił, przeciągając kiedy
niekiedy płótno pod podeszwą, dla utrzymania dwóch kości jednej
przy drugiej.
Potem zaczął czołgać się na czworakach ku jednej z bram
Rzymu, która o pięćset kroków ztamtąd się znajdowała.
Gdy po pół godzinie srogich męczarni, przybył do tej bramy,
znalazł ją zamkniętą. Spostrzegł wielki kamień leżący pod bramą,
wyrwał go i przeszedł tym otworem.
Zaledwie jednak zrobił trzydzieści kroków, gdy gromada psów
błądzących i zgłodniałych, poznawszy z odoru krwi, że był raniony,
rzuciła się do niego, wówczas Benvenuto dobył narzędzia do
modelowania i jednem uderzeniem w brzuch zabił największego i
najzajadlejszego a pozostało rzuciwszy się natychmiast na zabitego
psa, pożarły go.
Benvenuto przyczołgał się wtedy aż do kościoła Traspontina;
tam napotkał nosiwodę, który obładował osła i napełnił naczynia.
Zawołał go więc.
- Słuchaj - rzekł do niego - byłem dziś u mojej kochanki;
okoliczność pewna zrządziła, że wszedłszy do niej drzwiami,
zmuszony byłem wyjść oknem; skoczyłem z pierwszego piętra i
złamałem nogę, zanieś mnie na schody Świętego Piotra a dam ci
talara złotem.
Nosiwoda nie mówiąc słowa, wziął rannego na barki i zaniósł
go na wskazane miejsce.
Potem otrzymawszy przyrzeczoną nagrodę, udał się dalej, nie
oglądając się nawet.
Wtedy Benvenuto, zawsze czołgając się, dostał się do domu
pana de Montluc, ambasadora Francyi, który mieszkał ztąd o kilka
kroków.
A pan de Montluc sprawił się tak dobrze, że po upływie
miesiąca Benvenuto wyzdrowiał, po upływie dwóch miesięcy już został
ułaskawiony, we cztery zaś miesiące odjechał do Francyi z Askaniem
i Pagolem.
Co do biednego gubernatora, który oszalał, ten żył i umarł
waryatem, mając się zawsze za nietoperza i nieprzestając czynić
wszelkich usiłowań by wzbić się w powietrze.