Rozdział 1
Ben
Pięść zmierzała nieuchronnie w kierunku mojej twarzy, a ja nie zrobiłem
nic, by się obronić - patrzyłem na nią sparaliżowany. Zdawało mi się, że
widzę każdy detal dłoni ojca, zbliżającej się w zwolnionym tempie: każdą
kosteczkę, każde pęknięcie skóry i wszystkie ślady po starych bliznach.
Czas się zatrzymał, mogłem jedynie czekać na piekący ból. Znałem to
uczucie, doskonale je pamiętałem, byłem na nie przygotowany. Uderzenie
jednak nie nadeszło. Zamiast tego poczułem dotyk na ramieniu. Ocknąłem
się.
- Ziemia do Bena! - Przez senną ścianę zaczął przebijać się głos. -
Wstawaj!
Rozchyliłem powieki. Ronnie Slammer stała nade mną, zasłaniając
wpadające przez okno jaskrawe promienie słońca.
Rozejrzałem się po pokoju. Minął już miesiąc, odkąd się tu
przeprowadziłem, a jednak od czasu do czasu wspomnienia z domu
rodzinnego jeszcze nawiedzały mnie w snach. Potrzebowałem chwili, żeby
uświadomić sobie, że tutaj nie usłyszę zza ściany żadnych wrzasków,
trzasku butelek ani pospiesznych kroków oznaczających kłopoty. Byłem
bezpieczny, daleko od tego, co jeszcze do niedawna stanowiło moją
codzienność.
- Halo! - Ronnie szturchnęła mnie w ramię. - Pora zbierać się do szkoły.
Chwyciłem za telefon, żeby sprawdzić godzinę. Młoda jak zwykle
przesadzała, miałem jeszcze sporo czasu. Przetarłem twarz z głośnym
westchnieniem.
- Mogłem pospać jeszcze pół godziny.
Prychnęła, jakby usłyszała największą bzdurę na świecie.
- No właśnie nie. Musimy jechać twoim rowerem, ostatnio za dużo ludzi
przyjeżdża na śniadania. Lou powiedział, że nas nie zawiezie, bo musi
pomóc Domowi.
Uniosłem się na łokciach. Dziewczyna położyła mój plecak na biurku i wsadziła do niego papierową torbę z jedzeniem. Najwyraźniej grzebanie w cudzych rzeczach było u Slammerów rodzinne. Nie rozbudziłem się jeszcze
wystarczająco, by tłumaczyć jej, że musi przestać to robić.
- A pytałaś Stana? Może on by nas podwiózł?
- Nie ma go. Wczoraj chyba pokłócił się z Tiną, ale nie wiem, o co. -
Ronnie podniosła z podłogi koszulkę, jedną z wielu, jakie się tam
walały, i rzuciła nią we mnie. - No, wstawaj już.
Podniosłem ręce w geście poddania.
- Okej, moment. Możesz wyjść? Przydałoby mi się trochę prywatności.
- Prywatności - powtórzyła z ironią. - Jeśli tęsknisz za prywatnością,
to wracaj do swojej sypialni. Do pokoju mojego brata mogę przychodzić,
kiedy chcę.
Tłumaczyłem sobie, że to, jaka Ronnie bywa wkurzająca, jest kwestią
wieku, i wyczekiwałem momentu, w którym z tego wyrośnie.
- Daj mi pięć minut. No już, wypad stąd.
Dziewczyna uniosła brwi w przesadnym zdziwieniu.
- Wypad? Powiem Dominickowi, jak się do mnie odzywasz.
- Nie, czekaj! - zawołałem, ale ona już ze śmiechem zwiała na korytarz.
Obawiałem się wielu rzeczy, jednak w ogólnym rozrachunku Cleveland było
dla mnie naprawdę dobre. Udało mi się przenieść papiery, więc koniec
końców będę w stanie skończyć szkołę tutaj. Ronnie od nowego semestru
zacznie naukę w prywatnym liceum sportowym, ale do końca tego roku
szkolnego zostaje u nas, więc codziennie rano jeździmy razem. Na
początku rozdzielaliśmy się jeszcze przed wejściem do budynku, ale z czasem młoda zaczęła wchodzić ze mną do środka i żegnaliśmy się dopiero
przy szafkach. Poczułem się wtedy, jakbym dostał niespodziewany awans w hierarchii społecznej. Jeśli szesnastolatka się mnie nie wstydzi, to
chyba nie jest ze mną tak źle.
Tak jak zapowiedziałem, zbiegłem po schodach pięć minut później. Ronnie
rozmawiała z Tiną na recepcji. Właściwie wyglądało to tak, że Tina
prowadziła monolog. Młoda przyjęła moje nadejście z wielką ulgą.
- Wybacz, ale musimy się zbierać - oznajmiła, ruszając do drzwi. - Na
pewno się pogodzicie, jak zawsze!
Pomachałem do Tiny, trochę na powitanie, a trochę na znak, że popieram
słowa Ronnie. Gdy wyszedłem na zewnątrz, ona już wyciągała mój rower.
- Przewieziesz mnie na kierownicy? - Mówiąc to, przeciągała każdą
sylabę, jak zawsze, gdy wymyślała coś głupiego i nie zamierzała przyjąć
odmowy.
Pokręciłem głową.
- Jest za ślisko, zabijemy się. A nawet jeśli przeżyjemy, to twój brat
mnie dobije za narażanie ciebie na niebezpieczeństwo.
- Ale na bagażniku mi niewygodnie.
- No to możemy wybrać się na piechotę. Mamy jeszcze sporo czasu.
- Boże, Ben, jaki ty jesteś nieznośny! Po co w ogóle ta dyskusja?
Zrobimy tak, jak mówię, bo jestem dziewczyną, a ty dżentelmenem, więc
musisz robić to, co ja chcę.
Uśmiechnęła się słodko dla złagodzenia tych słów, bo wiedziała, że
przegięła. Pokręciłem głową ze śmiechem.
- Przede wszystkim jesteś bezczelną gówniarą. Na twoje szczęście jestem
debilem, który daje sobie wchodzić na głowę. Wskakuj.
Nie wiem, dlaczego to ja musiałem wozić ją, a nie na odwrót. Ona, mimo
że młodsza, była ode mnie znacznie bardziej wysportowana i silniejsza.
Jakby śnieg nie stanowił wystarczającej niedogodności, to jeszcze
widoczność ograniczały mi rozwiewane przez wiatr włosy Ronnie. W końcu
jednak zza rogu wyłonił się budynek szkoły. Młoda niespodziewanie
zeskoczyła z kierownicy, a ja straciłem panowanie nad rowerem. W ostatniej chwili zatrzymałem się gwałtownie, ale ona nawet się na mnie
nie obejrzała. Biegła prosto w ramiona naszej przyjaciółki, która jak
zwykle czekała na nas przed wejściem.
- Cześć, kumplu. - Genevieve McKenney przytuliła się do mnie, gdy do
nich dołączyłem. - Co to się stało, że dzisiaj nie macie szofera?
- Duży ruch w porze śniadaniowej, zakulisowe sprzeczki - zacząłem
wyliczać. - Nie wiem, chyba przespałem najlepsze momenty.
- Mogliście napisać, poprosiłabym mamę i zgarnęłybyśmy was.
- Nie macie po drodze. Poza tym odnoszę wrażenie, że Ronnie uwielbia te
dni, kiedy może mnie budzić i od rana narzucać mi swoje zdanie.
Młoda wzruszyła ramionami.
- Nie moja wina, że tak łatwo tobą rządzić.
Genevieve zaśmiała się głośno. Ronnie wyprzedziła nas na schodach,
uznając rozmowę za zakończoną. Zawsze jej się spieszyło, nawet jeśli nie
miała w tym żadnego celu. Była roztrzepana i rozemocjonowana i odnosiłem
wrażenie, że paradoksalnie spokój ducha osiągała tylko wtedy, gdy
wchodziła na ring.
Przekroczyliśmy próg szkoły. Z naprzeciwka szły dziewczyny, z którymi
chodziłem na historię. Pomachały mi na powitanie; odwzajemniłem gest.
Miałem nadzieję, że taki stan rzeczy utrzyma się dłużej - że rówieśnicy
przez cały czas będą nastawieni do mnie neutralnie, może nawet
przyjacielsko. Że nie dorobię się tutaj takiej reputacji jak w poprzedniej szkole.
Gen, z zaróżowionymi policzkami od mrozu, przyglądała się mi z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Masz taką minę, jakbyś uknuła niecny plan - skomentowałem.
- Może tak właśnie jest. Wiesz, Ben, powoli zbliżają się walentynki -
zaczęła z pozoru niewinnie.
Oczywiście, że o to chodziło. Zdawało mi się, że w ostatnim czasie nie
gadamy o niczym innym, ale udałem, że nie wiem, do czego zmierza.
- Najpierw jeszcze urodziny Louisa, nie?
- Dobra, dobra, nie mydl mi oczu. Wiesz, o co chcę zapytać. - Odczekała
moment, ale gdy milczałem, jęknęła przeciągle. - Daj spokój, Ben, nakarm
moją ciekawość. Macie z Domem jakieś...
Zatrzymała się raptownie, trochę za wcześnie, gdy jakieś trzy kroki
dzieliły nas od szafek. Blask, który jeszcze przed chwilą rozświetlał
jej twarz, całkowicie zgasł. Podążyłem za linią zaniepokojonego wzroku
Gen i momentalnie udzieliły mi się jej emocje.
Na niebieskiej szafce mojej przyjaciółki ktoś wymalował czerwoną farbą
koślawy napis niemożliwy do przeoczenia.
SZMATA WARRENA.
Ronnie stanęła przy szafce i wodziła palcami po plamach farby, jakby w ten sposób mogła znaleźć odpowiedzi, kto za tym stoi i kiedy to zrobił.
Podszedłem do niej szybko.
- Farba już dawno wyschła. To musiało zostać namalowane co najmniej
godzinę temu - stwierdziła.
- W takim razie dlaczego nikt nie zareaguje? Chyba są tu jakieś osoby
odpowiedzialne za sprzątanie - warknąłem pod nosem.
Naciągnąłem rękaw bluzy na dłoń i zacząłem pocierać nim napis. Bez
skutku. Najchętniej zasłoniłbym go całym ciałem, byle tylko ochronić Gen
przed demonami przeszłości.
- Dajcie spokój - powiedziała do nas z uśmiechem, na który ani ja, ani
Ronnie się nie nabraliśmy. - Przecież wszyscy wiemy, że ludzie gadają,
co nie?
Przepchnęła się między nami i otworzyła szafkę, a potem, z pochyloną
nisko głową zaczęła chaotycznie przepakowywać książki. Siostra Doma
posłała mi spojrzenie, które zrozumiałem bez słów.
Powrót Gen do szkoły nie należał do najłatwiejszych. Czułem się z tym
fatalnie. Przekonywałem ją, że na pewno nikt nie będzie już pamiętał o aferze sprzed kilku lat; przecież to ogromne miasto, w którym co chwilę
coś się dzieje. Niestety, sensacje mają całkiem długi żywot, ludzie w obrębie jednej dzielnicy znają się lepiej, niż by się wydawało, a wszystko, co związane z burmistrzem, interesuje mieszkańców. Niegdyś
Genevieve znalazła się w centrum skandalu z młodszym synem Alistaira
Warrena. Ta afera w oczach społeczności nigdy nie została do końca
wyjaśniona i skutki tamtych wydarzeń Gen odczuwała do dziś.
Ronnie złapała ją delikatnie za rękę, a ja stałem jak kołek. Czułem się
jak największy złamas, że nie potrafię jej pomóc.
- Gen... - zaczęła młoda.
McKenney od razu jej przerwała.
- Nie ma się czym przejmować. Serio. - Zatrzasnęła szafkę w momencie,
gdy zadzwonił dzwonek. - Spadam na biologię. Widzimy się na długiej
przerwie, Ben?
Chciałbym powiedzieć cokolwiek, byle tylko jej oczy znowu zaczęły
błyszczeć szczęściem. Gdybym znał odpowiednie słowa, które choć trochę
poprawiłyby jej humor, użyłbym ich. Niestety, jak wielokrotnie mówiła mi
matka, nic nie umiałem zrobić dobrze.
- Jasne. Tam gdzie zawsze - mruknąłem, bo jedynie na to było mnie stać.
Gen ruszyła po schodach w górę. Ronnie jeszcze przez chwilę stała w miejscu, jakby zastanawiała się, co zrobić, ale w końcu też poszła na
lekcje. Ja zostałem. Patrzyłem na przechodzących korytarzem ludzi,
którzy naturalnie zatrzymywali wzrok na wielkim, czerwonym napisie.
Liczyłem, że może sprawca sam się ujawni, że wykona gest, po którym
poznam, że to on. Wkrótce jednak korytarz opustoszał. Uczniowie zniknęli
za drzwiami klas. Zostałem sam.
Odkręciłem butelkę z wodą i chlusnąłem na szafkę Gen, po czym zacząłem
ponownie pocierać napis rękawem. Kolor zaczął się rozmazywać, a materiał
mojej bluzy przemakać. Trudno. Nie zobaczą mnie na żadnej lekcji, dopóki
ta obelga całkowicie nie zniknie.
Byłem tym tak pochłonięty, że nie usłyszałem kroków, których dźwięk
odbijał się echem od ścian. Dlatego podskoczyłem jak oparzony, gdy ktoś
tuż obok mnie się odezwał.
- Hej, stary...
Tuż za mną stało dwóch chłopaków, mniej więcej w moim wieku. Wystraszyli
mnie, ale ja ich chyba też, bo gdy obróciłem się zamaszyście, zrobili
kilka kroków w tył. Wysoki blondyn uniósł ręce w uspokajającym geście, a jego niższy kolega patrzył na niego jak na lidera.
- Przepraszam, nie chcieliśmy cię wystraszyć - powiedział ten pierwszy,
uciekając wzrokiem gdzieś poza moje ramię. - Ale słaba akcja. Ludzie są
bezduszni.
Nie odpowiedziałem, bo nie wiedziałem, kim oni są. Nie potrafiłem
rozszyfrować, czy faktycznie współczują Gen tej sytuacji, czy robią
sobie ze mnie jaja. Nie chodziłem z nimi na żadne zajęcia, a nie
szukałem nowych znajomych. Dużo przeszedłem w poprzedniej szkole, więc z przyzwyczajenia zacząłem przygotowywać się na atak. Chłopak chyba tego
nie dostrzegł.
- Nie wiadomo, kto za tym stoi? - Wskazał na szafkę.
Potrząsnąłem powoli głową. Blondyn przeczesał włosy palcami.
- Widzieliśmy, jak się z tym męczysz. Sama woda niewiele pomoże. -
Odwrócił się do kumpla, a ten wyciągnął z plecaka butelkę bardzo podobną
do mojej oraz paczkę chusteczek.
Uśmiechnęli się porozumiewawczo, jakby właśnie mieli zdradzić mi wielką
tajemnicę.
- To zadziała skuteczniej - oznajmił niższy i odkręcił butelkę.
Od razu uderzył mnie ostry, gryzący zapach. Nie miałem złudzeń, że to
alkohol. W głowie od razu pojawił mi się obraz, którego nie chciałem
pamiętać: mój ojciec z drżącymi rękami i zamglonym spojrzeniem, przez
które przebijała się tylko jedna emocja: gniew.
- No co? - zapytał chłopak z cwaniackim uśmieszkiem. - To tylko trochę
mocniejszy środek czystości. Masz.
Podał mi chusteczkę. Nie byłem pewien, czy mdłości, które czułem,
wywołał ów smród, czy sam ich pomysł, ale gdy tak stali i czekali na
moją reakcję, jedyne, co mogłem zrobić, to przyjąć ich pomoc. I nieważne, że tego nie pochwalałem; musiałem im przyznać rację - napis
zaczął powoli, lecz skutecznie znikać.
Blondyn dołączył do mnie, wycierając nazwisko oprawcy Gen chusteczką.
- Jestem Jonathan, a to Walker - powiedział, ale nie podał mi ręki.
Obejrzałem się na tego z tyłu, Walkera, który akurat brał łyk ze swojej
śmierdzącej butelki. Pomogli mi. Najwyraźniej nie mieli złych intencji.
- Benjamin.
- Zacząłeś chodzić do szkoły mniej więcej w tym samym czasie, gdy
wróciła Genevieve. Co to za historia?
Patrzyłem raz na jednego, raz na drugiego, węsząc spisek. Walker wydawał
się jednak znudzony, a Jonathan ani na moment nie przestał mi pomagać.
Mogłem pozwolić sobie na zdawkową odpowiedź.
- Przeprowadziliśmy się tu w tym samym czasie, zaprzyjaźniliśmy się. A co za historia kryje się za tym, że przynosicie wódkę do szkoły?
Nie odrywając ode mnie spojrzenia, Walker pociągnął kolejny łyk. Nawet
się nie skrzywił. Jonathan parsknął śmiechem.
- Czym byłoby życie bez odrobiny adrenaliny? Mój ojciec mówi, że kiedyś
z tego wyrosnę. Ten moment wciąż nie nadszedł. - Odsunął się od szafki.
- I co o tym myślisz, Benjaminie? Chyba nieźle nam poszło.
Po obraźliwym napisie nie było śladu. Pokiwałem głową.
- Dzięki, chłopaki. Sam bym sobie nie poradził.
- Zauważyliśmy - odparł Jon, wyciągając telefon. - Masz konto na
Instagramie? Może się zgadamy kiedyś po zajęciach?
Podał mi telefon, więc nawet nie zdążyłem zaprotestować. W tym mieście
wszystko okazało się inne niż to, co znałem wcześniej. Miło było
swobodnie chodzić po korytarzach bez strachu, że ktoś mnie zaatakuje.
Tyle by mi wystarczyło do szczęścia. A teraz jeszcze dowiedziałem się,
że istnieją ludzie, którzy chcą poznać mnie bliżej. Czy zawieranie
nowych znajomości naprawdę jest takie łatwe?
- Okej, dzięki - powiedział Jon, gdy oddałem mu telefon. - Zamierzasz
iść na pierwszą lekcję czy odpuszczasz?
- Jeszcze się zastanowię.
- Dobra. Gdybyś chciał do nas dołączyć, to będziemy w palarni. Wiesz,
gdzie to jest?
Potrząsnąłem głową. Jonathan wyjaśnił, której części placu szkolnego nie
obejmują kamery. Pożegnałem się z nimi i zacząłem zbierać myśli. Może
faktycznie nie opłacało mi się iść do klasy. Dostałbym tylko ochrzan za
spóźnienie od ostrej nauczycielki.
Napis na szafce Gen ciążył mi na sumieniu. Ktoś tutaj aż tak jej
nienawidził, by publicznie ją upokorzyć, a ja byłem jej przyjacielem,
więc powinienem zrobić coś, by ją ochronić. By nie dopuszczać do takich
sytuacji.
Chłopacy zostawili mnie samego z tym cholernym zapachem alkoholu, który
nie chciał wywietrzeć. Starając się go ignorować, otworzyłem drzwiczki
swojej szafki. W momencie, w którym zajrzałem do środka, zapomniałem, co
chciałem z niej wyciągnąć. Czekała na mnie mała, złożona na pół
karteczka, wsunięta tak, że nie dało się jej przeoczyć. Rozprostowałem
papier i przekrzywiając głowę, przeczytałem koślawy napis:
Wracaj tam, skąd przyjechałeś.
Oparłem czoło o zimny metal szafki i przymknąłem powieki. Nie rzucałem
się jakoś przesadnie w oczy. Nie sprawiałem problemów, robiłem to, co
kazano. Mieszkałem w hotelu z ludźmi, których uwielbiałem. Po szkole
jeździłem do biura ojca Gen, codziennie na dwie godziny, żeby sobie
dorobić. Żyłem tak od miesiąca. Z czystym sumieniem mogłem powiedzieć,
że przez cały miesiąc ani razu nikomu nie podpadłem.
A jednak przeszłość znalazła sposób, żeby nie dać mi o sobie zapomnieć.
Rozdział 2
Ben
Dominick napisał, że skoro nie zjadłem rano śniadania, to mam
obowiązkowo przyjechać na obiad, zanim ruszę do biura państwa
McKenneyów. Jako że był największym uparciuchem, jakiego w życiu
poznałem, nie chciało mi się z nim dyskutować, a już zwłaszcza w kwestii
jedzenia. Podchodził do tego tematu śmiertelnie poważnie.
Namawiałem Gen, żeby jechała razem ze mną do hotelu, ale przez cały
dzień nie miała humoru. Nasza ekipa na pewno znalazłaby sposób, by ją
rozweselić, nie chciałem jednak być natrętny, więc ostatecznie wróciła
do siebie.
Weszliśmy z Ronnie do restauracji. Trzy stoliki były zajęte; dwie pary
już jadły, a trzeciemu, samotnemu mężczyźnie, Louis właśnie niósł
posiłek. Machnąłem kumplowi na przywitanie, ale nie odwzajemnił gestu,
skupiony na pracy. Możliwe, że nawet nie zarejestrował naszej obecności.
W kuchni unosił się piękny zapach. Chociaż codziennie pachniało tu nieco
inaczej, to zawsze wzbudzało we mnie takie same emocje. Czułem się tutaj
najlepiej, najbezpieczniej, najbardziej komfortowo. Utożsamiałem to
pomieszczenie z sercem domu.
Stan siedział na jednym ze stołków barowych. To był dobry znak;
najpewniej pogodził się już z Tiną.
Dominick, korzystając z chwili spokoju, wziął się za mycie naczyń, ale
gdy nas zobaczył, porzucił to zajęcie. Wskazał ręką na krzesła i zaczął
nakładać jedzenie.
- Wydarzyło się dzisiaj coś bardzo niefajnego - poinformowała Ronnie na
wstępie, nie czekając, aż któryś z chłopaków zapyta, jak minął nam
dzień.
Ryż z kurczakiem i warzywami był pyszny - jak wszystko, co przygotowywał
Slammer - ale jakoś trudno było mi przełykać kolejne kęsy, gdy młoda
relacjonowała wydarzenia z ranka w szkole. Gapiłem się na swój talerz,
pochłonięty myślami. W jakiś pokręcony sposób czułem się winny. To ze
mną Genevieve spędzała najwięcej czasu z całej naszej paczki. Poza tym
to ona w mojej starej szkole bez wahania stawała w mojej obronie.
Powinienem się jakoś odwdzięczyć, a czułem się totalnie bezsilny.
- Masakra. Biedna Gen - podsumował Stan, kręcąc głową. - Nie macie
żadnego pomysłu, kto za tym stoi?
- Jasne, że nie - oburzyła się Ronnie. - Gdybym wiedziała, kto to, to
bym mu przywaliła.
- No, tylko byś spróbowała - wymruczał ostrzeżenie Dominick.
Jego siostra przewróciła oczami, ale nie mógł tego zobaczyć.
Tina weszła do kuchni z pustymi talerzami po gościach. Postawiła je przy
zmywaku i oparła się o blat tuż obok Doma.
- Mam do ciebie ogromną prośbę - powiedziała błagalnie, jakby z góry
zakładała, że cokolwiek to jest, on odmówi.
Slammer wytarł ręce, po czym obrócił się do niej.
- Oho. Co tym razem?
Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni długopis i wskazała na kalendarz na
ścianie.
- Chciałabym dokonać jednej zmiany w grafiku. Jak go układałam, byłam
pokłócona ze Stanem, więc żeby zrobić mu na złość, wpisałam siebie na
kuchnię w walentynki. No ale to było głupie i dziecinne i jak widać,
między nami już jest okej. Czy w takim razie możesz przyjść za mnie
czternastego? Wymienię się na dosłownie jakikolwiek inny dzień. Oprócz
przyszłego wtorku, mam wtedy wizytę u kosmetyczki.
Dominick nie odpowiedział od razu. Nie wiem, kto bardziej intensywnie
wwiercał się w niego spojrzeniem: ja czy Tina.
- Zdaję sobie sprawę, że będzie pewnie większy ruch niż zwykle, i od
samego rana pomogę ci wszystko przygotować, ale tak o trzeciej
chciałabym zacząć szykować się na randkę...
- Oszczędź nam szczegółów, nikt nie chce tego słuchać - przerwał jej
Slammer.
Tina zaczynała się niecierpliwić. Skubała nerwowo skórki przy
paznokciach, przestępując z nogi na nogę.
- Proszę cię, zgódź się. Ty pewnie i tak spędziłbyś cały wieczór, grając
na konsoli, a Stan i ja potrzebujemy resetu.
Ronnie odwróciła się do mnie tak gwałtownie, że jej włosy smagnęły moją
szyję. Udawałem, że jestem skupiony na talerzu, chociaż już od dobrych
paru minut nie jadłem, tylko grzebałem widelcem w ryżu. Miałem nadzieję,
że udaje mi się zachować pozory, że ta rozmowa w ogóle mnie nie rusza.
Dominick powoli pokiwał głową, a ja poczułem, jak coś ściska mnie w żołądku, gdy potwierdził na głos:
- Okej. Znaj moją łaskę.
- Kocham cię! - Tina pisnęła i pocałowała go w policzek.
- Mhm, mów tak lepiej do swojej walentynki - odparł, wycierając twarz
wierzchem dłoni.
Tina przytuliła się do Stana i zaczęli głośno dyskutować o tym, jak
spędzą ten dzień. Natychmiast przestałem słuchać.
To nie powinno boleć. Sytuacja między mną a Domem pozostawała niejasna.
Tak, spałem w jego pokoju, i tak, dużo się całowaliśmy, ale nigdy nie
odbyliśmy rozmowy typu: "Dokąd zmierza ta relacja?". Uznałem, że gdyby
chciał, żeby to był związek, to by mi powiedział. Ja nigdy sam z siebie
nie podjąłbym tematu, za bardzo bałem się odrzucenia. Nie wiem, czy
przetrwałbym utratę tego, co teraz mam.
Gen wiedziała, że coś jest między mną a Dominickiem, bo rozmawiałem z nią o wszystkim. Nie miałem pojęcia, co Dom mówił Ronnie, ale teraz
wyglądała na bardziej dotkniętą tą sytuacją niż ja. W kwestii reszty
ekipy ich poziom wiedzy o tym, co łączy mnie ze Slammerem, był mi
nieznany. Tak czy inaczej, nie mogłem oczekiwać, że Dom zechce spędzać
ze mną święto zakochanych. A jednak teraz znowu poczułem się jak
dawniej, jak tamten samotny chłopak, który zawsze stał z boku, zawsze
pomijany. Nikogo nie obchodziło moje zdanie.
Ogarnęła mnie wściekłość na siebie, gdy pod powiekami wezbrały się łzy.
Pochyliłem głowę nad talerzem, próbując je wymrugać.
"Nie mam prawa mieć żadnych oczekiwań", powtórzyłem sobie w myślach.
Powinienem być wdzięczny, że Dom wciąż toleruje moją niezaradność. Ani
razu nie kazał mi wrócić do siebie na noc. Znosi mój brak pewności
siebie, a jego obecność budzi we mnie dziwny spokój. A ja co mu daję?
Nic. Muszę się cieszyć, że jeszcze się nie zorientował, jak bardzo
nierówna jest nasza relacja, i że wciąż nie postanowił ze mnie
zrezygnować.
Ronnie szarpnęła mnie za rękaw, wyrywając z zamyślenia.
- Idziemy odrobić pracę domową - oznajmiła.
Chętnie skorzystałem z tej furtki. Gdy tylko zamknęły się za nami drzwi,
trąciła mnie łokciem.
- Wyglądasz, jakbyś miał się zaraz popłakać. Jesteś głupi, Ben. Trzeba
było się odezwać, jeśli chciałeś coś z nim porobić w walentynki. Wiesz,
jaki Dom ma charakter.
Pokręciłem głową, przełykając gulę w gardle.
- Nie wtrącaj się - poprosiłem, ale głos mi zadrżał, więc postanowiłem
nie mówić już nic więcej.
Nawet jeśli młoda planowała ciągnąć temat, w sekundę o tym zapomniała.
W boksie pod ścianą siedziała...
Genevieve. I słuchała uważnie tego, co opowiadał jej Louis.
- Co ty tutaj robisz? - zapytała Ronnie, zajmując miejsce naprzeciwko
niej.
Promienny uśmiech powrócił na twarz mojej przyjaciółki.
- Stęskniłam się za wami.
Kiedy wsunąłem się do boksu obok Ronnie, Louis wstał.
- Przyniosę wam lemoniadę - oznajmił i zniknął za barem.
Zacząłem wyciągać z plecaka podręczniki, bo naprawdę musiałem odrobić
lekcje. Ronnie natomiast już zapomniała o tym zamiarze. Oparła łokcie na
stole, skupiona na przyjaciółce.
- Czemu nie przyszłaś do nas na kuchnię?
- Bo twój brat pewnie zmuszałby mnie do jedzenia. - Gen zerknęła na stos
książek przede mną i zmarszczyła brwi. - Szkoda, że nie przyszło mi do
głowy, żeby wziąć tu też swoje rzeczy. W domu kompletnie nie mam
motywacji do nauki.
- To się do nas przeprowadź! - zawołała Ronnie i idąc za moim
przykładem, wyjęła zeszyt.
- Wątpię, że ten pomysł spodobałby się moim rodzicom. Musisz zadowolić
się tym, że i tak spędzam tu bardzo dużo czasu.
Do sali zajrzała Linda. Nie wyglądała, jakby szukała czegoś konkretnego,
raczej rutynowo sprawdzała, czy wszystko w porządku. Wydawało się, że
zamierza wrócić na recepcję, ale gdy nas zobaczyła, podeszła do stolika.
- Jakie grzeczne dzieci, siedzą i się uczą - powiedziała, stając nad
nami. - Jak było w szkole?
Ronnie nabrała powietrza, ale Gen nie dopuściła jej do głosu.
- Totalna nuda, nie ma o czym opowiadać.
Siostra Doma zmarszczyła brwi i zamknęła usta. Nie trwało to jednak
długo.
- Usiądziesz z nami na chwilę, ciociu? - zagaiła. - Chciałam z wami o czymś porozmawiać. Właśnie z waszą trójką, więc to idealna okazja.
Gen i Linda poświęciły jej całą uwagę; ja z kolei miałem przeczucie, że
i tak do niczego im się nie przydam. Wziąłem do ręki długopis i pochyliłem się nad zeszytem.
Ronnie odchrząknęła, lekko zażenowana.
- No bo... Wiecie, zbliżają się walentynki, a ja spotykam się z Chadem już
dwa miesiące. No i chcielibyśmy... No wiecie.
Pierwszy raz widziałem ją tak czerwoną ze wstydu. I nabrałem całkowitej
pewności, że będę najbardziej bezużyteczną osobą w tym gronie. Nie ma
szans, żebym zabrał głos w podobnej sprawie. Samo bycie świadkiem tej
rozmowy było krępujące.
- Och, Ronnie! - Gen złapała ją za rękę. - Dwa miesiące to bardzo
krótko, nie ma się co spieszyć.
Linda się z nią zgodziła. Przyjrzała się uważnie Ronnie.
- Czy on wywiera na tobie jakąś presję?
- Co? Nie! - Aż się wyprostowała, oburzona tą sugestią.
- Dobrze, że przyszłaś do nas z tym tematem, ale musisz mnie posłuchać.
- Mama Tiny miała śmiertelnie poważną minę. - Gen ma rację, dwa miesiące
to prawie nic. Musisz wziąć pod uwagę wszystko: emocje, jakie wiążą się
ze zbliżeniem, choroby przenoszone drogą płciową, no i, rzecz jasna,
ciążę. Marzy ci się kariera w sporcie. Byłabyś gotowa całkowicie z niej
zrezygnować? Chad wziąłby na siebie odpowiedzialność?
Ronnie zasłoniła uszy rękami coraz bardziej zawstydzona.
- Jeszcze nie powiedziałam, jakiej pomocy od was potrzebuję. Chodzi mi
właśnie o to, że chciałabym zacząć brać tabletki antykoncepcyjne, więc
muszę iść do ginekologa. A że jestem niepełnoletnia...
- Aha! - Linda połączyła kropki. - Chcesz się dowiedzieć, jak masz
zacząć ten temat z Domem?
Gen parsknęła śmiechem.
- Oj, ja nie pomogę.
Ronnie przekładała w rękach bransoletkę, żeby uniknąć kontaktu
wzrokowego z rozmówczyniami.
- Właściwie miałam nadzieję, że ktoś z was porozmawia z nim za mnie.
Głupio mi tak gadać z bratem na takie tematy. A on do cioci ma respekt,
Ben to wiadomo, a ty, Gen, zawsze potrafisz znaleźć odpowiednie słowa.
Razem macie szansę przekazania mu tej informacji w taki sposób, żeby nie
zabił mi chłopaka.
Ja nie zamierzałem z nikim rozmawiać na takie tematy. To było zbyt
krępujące.
Usłyszałem skrzypnięcie drzwi za barem, a po nerwowym chichocie
Genevieve domyśliłem się, kogo zaraz zobaczę.
- Jeszcze wrócimy do tej rozmowy - zapowiedziała cicho Linda.
Nie było żadnym zaskoczeniem, gdy Dominick położył na naszym stoliku
tacę. Na środku stołu znalazł się dzbanek lemoniady i szklanki, a przed
Gen dodatkowo talerz z naleśnikami.
- Dziękuję, ale jadłam w domu - powiedziała.
- Zostały mi ze śniadania. Jak nie zjesz, to się zmarnują - odparł
beznamiętnie, na co ona parsknęła śmiechem.
- Ty to umiesz w reklamę.
Linda wstała, jakby chciała uniknąć potencjalnej konfrontacji
zaplanowanej przez Ronnie. Zawahała się jednak, nim odeszła.
- Ty chyba zapomniałeś, że zabroniłam ci wychodzić na salę, gdy są tu
klienci.
Wszyscy wiedzieliśmy, że zwraca się do Doma. On jednak jak gdyby jej nie
usłyszał; wsunął się do boksu obok Gen.
- Mówię poważnie - kontynuowała mama Tiny. - Jeśli usłyszę jakiekolwiek
nieodpowiednie słowo albo zobaczę niestosowne zachowanie, będziesz miał
ogromny problem.
- Wiem, ciociu. Pamiętam i trzęsę się ze strachu - zapewnił Dominick.
Próbowałem skupić się na lekcjach, a Genevieve zapchała sobie usta
naleśnikami, zostawiając rodzeństwu przestrzeń do rozmowy. Ronnie jednak
nie dostała szansy na wypowiedzenie prośby.
- Mam z waszą dwójką kość niezgody - poinformował Dom, po czym
doprecyzował: - Kilka kości.
Popatrzyłem na młodą, ale była równie skołowana jak ja. Z jego
perspektywy chyba wyglądaliśmy, jakbyśmy coś ukrywali. Dominick
skrzyżował ręce i odchylił się na oparciu.
- Środek zimy, lód na chodnikach, a wy bawicie się w kaskaderów? Dwie
osoby na jednym rowerze. Niefajnie.
Ronnie pochyliła się ku mnie, walcząc z głupkowatym uśmiechem.
- Kurde, przyłapał nas. Co my teraz zrobimy?
- Nie śmiej się, dzieciaku. Jakbyście się wywalili, to Ben może by
wyszedł z tego lekko poobijany, ale ty z kierownicy lecisz głową prosto
na asfalt.
- Miałam czapkę - broniła się słabo Ronnie.
Jej brat parsknął.
- Czapka to nie kask. Zresztą rozbita głowa to niejedyna szkoda, jaka
mogła się stać. Jak chciałabyś boksować z połamanymi rękami?
- Nie dramatyzuj.
- Nie wkurzaj mnie.
- To ty jesteś wkurzający.
- Dopiero mogę zacząć.
- Przepraszamy - wtrąciłem się.
Miło było mieć kogoś, kto autentycznie interesował się tym, co robię, i kto dbał o moje bezpieczeństwo. Dom nie wyglądał na zdenerwowanego. W jego oczach iskrzyły się złośliwe chochliki, które tak lubiłem.
- Ach tak? Oboje przepraszacie?
Ronnie prychnęła.
- Chyba żartujesz. Mam paść na kolana i błagać o wybaczenie za to, że
nie zamierzałam spóźnić się do szkoły? Jeśli nie chcesz, żebym jeździła
z Benem na rowerze, to następnym razem rusz się i zawieź nas samochodem.
Dominick uniósł brwi zaskoczony.
- Byłem w pracy. Wiem, że dla ciebie to obce pojęcie.
- Pieprzenie. Jakbyś umiał lepiej planować swoje obowiązki, to bez
problemu byłbyś w stanie wyskoczyć na dziesięć minut.
Genevieve zaśmiała się pod nosem. Przyjąłem to z ulgą. Rozładowała
atmosferę w momencie, gdy czułem się coraz bardziej nieswojo.
- Jak te dzieci szybko dorastają - powiedziała, trącając Doma w ramię. -
Nastoletni okres buntu. Pozostaje tylko życzyć ci powodzenia.
- Dzięki, przyda się.
- A tobie, młoda damo, dam radę. - Gen zwróciła się do Ronnie. - Ogólnie
rzecz ujmując, jeśli zamierzasz w najbliższym czasie poprosić kogoś o ryzykowną przysługę, to lepiej bądź dla tej osoby miła, bo to zwiększa
twoje szanse. Taka tam rada zupełnie niezwiązana z niczym konkretnym.
- Subtelne - wymruczałem.
Niepotrzebnie się odzywałem, bo Dominick przekierował uwagę na mnie.
- Widzisz, zapomniałbym. - Wyciągnął z kieszeni telefon, a ja i Ronnie
jęknęliśmy tak głośno, że para przy stoliku pod oknem zerknęła w naszym
kierunku.
Szkoła, do której chodziliśmy, nie cieszyła się najlepszą opinią.
Uczęszczały do niej dzieciaki różnego pokroju, ale to te problematyczne
zawsze dominowały nad resztą. Władze szkolne stawały na głowie, żeby
zapanować nad uczniami. W celu lepszej komunikacji na linii
nauczyciel-rodzic wprowadzono aplikację, w której opiekunowie mogli na
bieżąco śledzić wyniki swoich dzieci, ale również otrzymywać wiadomości
i uwagi od pedagogów. Ronnie miała wyjątkowego pecha, bo Dominickowi
bardzo spodobała się ta innowacja. Logował się do MySchool kilka razy
dziennie, mimo że miał ustawione powiadomienia z aplikacji.
Jako że moi rodzice nie byli już zaangażowani w moje życie, Dom chętnie
śledził również moją edukację. Dlatego teraz przesunął telefon po stole,
żeby pokazać mi zaznaczoną na czerwono nieobecność na pierwszej lekcji.
- Tak się spieszyłeś na tym swoim rowerku, a mimo to nie zdążyłeś na
pierwszą lekcję?
Zacisnąłem wargi, czując na sobie spojrzenie Gen. Nie chciałem mówić
przy niej, co było powodem mojego spóźnienia. Wyprostowałem się z nadzieją, że wyglądam na pewnego siebie.
- Nie muszę ci się tłumaczyć - powiedziałem, siląc się na nonszalancję.
Nie zabrzmiało to ani trochę tak, jak planowałem.
- A jednak się wytłumaczysz - odparł Dominick, naśladując ton mojego
głosu.
- To moja wina, co nie? - zgadła Genevieve.
Tyle wystarczyło, by namiastka jej dobrego humoru się ulotniła. Na jej
twarzy znowu zabrakło kolorów, a oczy przygasły.
- Oczywiście, że nie - zaprzeczyłem szybko.
- Nie? Czyli to nie ty zmyłeś ten napis, tylko jakiś dobry duszek?
Nie potrafiłem zinterpretować, czy jest rozgoryczona całą tą sytuacją,
czy naprawdę się na mnie złości. Ogarnął mnie stres. Przesunąłem rękę po
stole w jej stronę, ale zaraz ją cofnąłem w obawie, że mogłaby jej nie
ująć.
- Gen, nic tutaj nie jest twoją winą. Ani ten głupi napis, ani to, że
postanowiłem się go pozbyć.
Tylko pokręciła głową. Może nie zgadzała się z moim podejściem, a może
nie chciała tego dalej słuchać.
- Ojej, niepotrzebnie włożyłem kij w mrowisko - wtrącił Dom wesoło,
całkowicie głuchy na ton rozmowy. - No nic, uznajmy, że jesteś
rozgrzeszony. Ale roweru ci nie wybaczam. Jeszcze raz zobaczę na nim
Ronnie, a wrzucę go do jeziora.
Zerknąłem na Gen. Uśmiech na jej twarzy wydawał się trochę wymuszony,
ale lepsze to niż nic. Chciałem, żeby wyrzuciła już z pamięci całe
zajście. Odwróciłem się więc do Dominicka.
- Jeśli to zrobisz, wskoczę po rower i będziesz musiał mnie ratować -
odparłem.
- Niedoczekanie. Pozwolę ci utonąć.
- Jasne.
Nagle Ronnie zamknęła zeszyt tak głośno, że aż podskoczyłem.
- Nie mogę się skupić, jak tyle gadacie - oznajmiła, pakując w pośpiechu
swoje rzeczy. - Idę się uczyć do pokoju.
Już otwierałem usta, żeby przeprosić, ale Dominick odezwał się pierwszy:
- Czyżby? I na pewno nie ma to nic wspólnego z dzisiejszą uwagą?
Jego siostra zesztywniała; Dom stukał przez chwilę w ekran telefonu, po
czym przeczytał na głos, wyraźnie przeciągając sylaby:
- Uczennica nie uważa na lekcji i nie reaguje na prośby o odłożenie
telefonu. - Uniósł wzrok, a spojrzenie, jakie posłał siostrze, sprawiło,
że nawet mnie zrobiło się nieswojo. - Skoro telefon tak cię rozprasza w nauce, to go tutaj zostaw.
Wyciągnął rękę po urządzenie, które wciąż trzymała w dłoni. Ronnie się
zawahała.
- Umówiłam się z Chadem na telefon na szóstą.
- Czy to właśnie pisaniem z Chadem byłaś tak pochłonięta podczas lekcji?
Jeśli chłopak ma na ciebie negatywny wpływ, to może czas ograniczyć
wasze spotkania.
- O, Boże, jaki ty jesteś dramatyczny! - Ronnie przewróciła oczami tak,
jak to tylko potrafią nastolatki, po czym z wściekłością rzuciła telefon
na stół. - Czasami naprawdę cię nie znoszę.
- Jakoś to przeżyję - odparł jej brat, ale ona już tego nie usłyszała.
Genevieve stukała długimi paznokciami o blat, dopóki młodsza koleżanka
nie zniknęła za drzwiami prowadzącymi do holu.
- Jak myślisz, Ben, to dobry moment, żeby pogadać z nim o tym, o co nas
prosiła? - zapytała w końcu.
- To prawdopodobnie najgorszy możliwy moment na tę rozmowę.
Dom wziął telefon siostry.
- Co to za mówienie szyfrem?
- Myślę, że tylko jej zaszkodzisz - odparłem, ignorując go.
- Halo! O co chodzi?
Gen przygryzła wargę.
- Zaryzykuję - oznajmiła w końcu. Odwróciła się do przyjaciela. - Tylko
musisz obiecać, że nie spanikujesz, nie wpadniesz w szał ani nie
podejmiesz żadnej pochopnej decyzji.
- To dużo obietnic - zauważył Dom. - Mów, o co chodzi.
W tym momencie mógłbym się zapaść pod ziemię, wystrzelić w kosmos albo
znaleźć się gdziekolwiek indziej, byle tylko nie musieć brać udziału w tej rozmowie. Genevieve ścisnęła dłoń Dominicka.
- Twoja siostra chce zacząć uprawiać seks, ale wstydzi się poprosić,
żebyś poszedł z nią do kliniki po tabletki antykoncepcyjne.
Skrzywiłem się, bo naprawdę mogła to ująć trochę bardziej delikatnie.
Szukałem na twarzy Slammera jakiejkolwiek reakcji, ale on milczał, ze
spojrzeniem zawieszonym niby na ścianie, choć tak naprawdę gdzieś daleko
stąd. Nie miałem zamiaru przerywać ciszy, Gen też się do tego nie
paliła. Po czasie, który zdawał się ciągnąć w nieskończoność, Dominick w końcu się odezwał:
- Ona nie może... To nie... Nie.
Genevieve poszukała pomocy u mnie, ale tylko wzruszyłem ramionami.
Przysunęła się do niego.
- Musisz pogodzić się z tym, że Ronnie dorasta.
Dom bardzo rzadko bywał poważny. Mógłbym zliczyć na palcach wszystkie
nasze rozmowy, podczas których nie wyśmiewał wszystkiego wokół ani nie
posługiwał się sarkazmem. Dlatego teraz, gdy zadał kolejne pytanie tak
cicho i upiornie, przeszły mnie dreszcze.
- Nie o to chodzi. Co jeżeli wrócą do niej traumy z przeszłości?
Schowałem twarz w dłoniach. Gen też na moment zamurowało. Pewnie czuła
się równie głupio jak ja, że nie połączyła tych tematów.
- Była wtedy malutka, wyparła dużo - kontynuował Dom. - Co jeśli cudzy
dotyk jej to przypomni?
Gen przysunęła się bliżej niego.
- Nie jestem psychologiem, więc nie mogę mieć pewności, ale sądzę, że to
ryzyko, które po prostu trzeba podjąć. Nie możesz jej chronić przez całe
życie. Prędzej czy później i tak chciałaby przenieść związek na wyższy
poziom. Porozmawiaj z nią, powiedz jej o swoich obawach. Nie
zaszkodziłoby umówić ją do terapeuty, żeby przegadali ten temat.
Dominick westchnął ciężko i splótł palce z dłonią Gen. Dziewczyna
przyjęła to z uśmiechem, jakby tym małym gestem pokazał, że się z nią
zgadza.
- Możesz z nią pogadać o tym, jak ważna jest zgoda i takie tam? -
zapytał.
Genevieve nawet nie próbowała przerzucić tej odpowiedzialności na niego.
Była dziewczyną, a w dodatku Ronnie miała ją za wzór do naśladowania,
więc rozmowa na takie tematy między nimi na pewno będzie znacznie mniej
niezręczna, niż gdyby miał się za to wziąć starszy brat.
- Jestem z ciebie dumna, Dom. Byłam pewna, że zanim skończę mówić, już
będziesz w drodze, żeby zabić Chada.
- Nie podsuwaj mu takich pomysłów - syknąłem.
Ekran telefonu Ronnie podświetlił się, najpewniej przez kolejną
wiadomość od jej ukochanego. Żadne z nas nie miało w planach czytania
jej prywatnej korespondencji. Moje oczy same jednak powędrowały do
zegara na środku wyświetlacza.
- Cholera, zasiedziałem się - powiedziałem, zbierając rzeczy ze stołu. -
Muszę jechać do twoich rodziców.
- Ucałuj ode mnie tatę - poprosiła Genevieve, zasłaniając uśmiech
szklanką.
- Od razu mówię, że tego nie zrobię.
Dominick też zaczął się zbierać.
- Podwiozę cię - oznajmił.
Zatrzymałem się, marszcząc brwi.
- Jesteś w pracy - przypomniałem mu.
Zbył to machnięciem ręki.
- Przez dziesięć minut poradzą sobie beze mnie.
Patrzyłem za nim, gdy biegł do kuchni, by zostawić fartuch i zgarnąć
kluczyki. Ronnie naprawdę miała na nas większy wpływ, niż chcielibyśmy
przyznać.
Rozdział 3
Ben
Gdy pożegnałem się z tatą Genevieve, na zewnątrz było już całkiem
ciemno, a ja pożałowałem, że przyjąłem propozycję sprzed dwóch godzin,
bo teraz rozszalała się ulewa. Na rowerze odległość pomiędzy biurem
McKenneyów a hotelem pokonałbym w piętnaście minut; na piechotę zdążę
nieźle przemoknąć.
Nie mogłem narzekać, bo lubiłem tę pracę. Rodzice Gen poszli mi na rękę.
Byłem wdzięczny Lindzie, że dała mi dach nad głową, ale w obsłudze
hotelu radzili sobie do tej pory i nie potrzebowali kolejnych rąk do
pracy. Linda i tak ledwo wiązała koniec z końcem, nie dałaby rady
udźwignąć wynagrodzenia dla następnej osoby. Chciałem skończyć szkołę,
więc nie mogłem iść nigdzie na etat. Te dwie godziny dziennie u pana
Ryana na razie wystarczały.
Przeszedłem przez parking, naciągając kaptur na głowę, gdy nagle silnik
jednego z samochodów zawarczał. Uniosłem wzrok i w tym samym momencie
oślepiły mnie światła reflektorów. Ku mojemu zaskoczeniu Dominick na
mnie czekał. Bez wahania wsiadłem do samochodu.
- Co to za dzień dobroci dla mnie? - zapytałem, zamykając drzwi.
W środku buczał ciepły nawiew, więc rozpiąłem kurtkę. Dom tkwił za
kierownicą; nie zamierzał ruszać, dopóki nie zapnę pasa.
- Nie wiadomo, czy z tego deszczu nie zrobi się wichura - odparł. -
Bałem się, że jak będziesz wracać na piechotę, to porwie cię wiatr.
- Jesteś doprawdy wspaniałomyślny.
- Jestem, co nie?
Nasze spojrzenia spotkały się przelotnie, ale błysk w jego oczach
działał na mnie jak magnes. Gdy już raz popatrzyłem na niego, nie
potrafiłem przestać wracać. Jego usta układały się w zadziorny uśmiech.
Pragnąłem złożyć na nich pocałunek. Zadowoliłbym się nawet szybkim
muśnięciem, byle tylko poczuć go blisko chociaż na chwilę. Niestety nie
miałem dość odwagi. Skąd mogłem wiedzieć, czy on ma na to ochotę?
Zamiast tego pochyliłem się ku niemu w nadziei, że odczyta moje myśli.
- Dziękuję - wyszeptałem.
Wciąż nie przywykłem do tego, że kogoś obchodziło to, co robię. Miałem
wokół ludzi, którzy o mnie dbali, chcieli dla mnie jak najlepiej.
"Dziękuję" to za mało - jedno słowo nie oddawało w pełni tego, jak
bardzo doceniałem diametralną zmianę w moim życiu.
Dominickowi to jednak wystarczyło. Wplótł palce w moje włosy i przyciągnął mnie do siebie, łącząc nasze usta w pocałunku.
Absolutnie niczego więcej nie potrzebowałem do szczęścia.
- Podziękowania przyjmuję tylko w takiej formie - oznajmił, odsuwając
się ode mnie. - Zapamiętaj to na przyszłość. A teraz zapnij pas.
Gdy w końcu ruszył, dyskretnie dotknąłem swoich warg. Chyba nigdy się do
tego nie przyzwyczaję; ciągle czułem niedosyt.
Dominick sięgnął do panelu i pogłośnił odtwarzacz. Lubiliśmy razem
milczeć, a on często wpuszczał w ciszę między nami piosenki ze swojej
playlisty. Ostatnio często zatrzymywaliśmy się na jednym utworze. Lady
May Tylera Childersa była bez wątpienia ulubioną nutą Doma.
Zastanawiałem się, czy spędzając czas z innymi ludźmi, też jej słuchał.
Na samą myśl poczułem ukłucie zazdrości. Chciałem, żeby była wyjątkowa
tylko dla nas.
Nigdy jednak nie powiedziałbym tego na głos.
- Pokazałeś Ryanowi swoje rysunki? - zapytał, gdy z głośników wybrzmiał
następny utwór ze składanki.
- Wiesz, że nie.
- McKenneyowie znają wielu ludzi. Na pewno by cię gdzieś pokierowali. Co
cię powstrzymuje?
- Wstydzę się. To żenujące prosić kogoś o uwagę.
Dom pokręcił głową, nie akceptując wymówki. Odbyliśmy tę rozmowę już
milion razy, doskonale wiedziałem, co myślał, a on na pewno miał
pojęcie, co myślę ja.
- Nie ma gości w restauracji? - zapytałem, żeby zmienić temat.
Rzucił mi spojrzenie mówiące, że dokładnie wie, co robię. Wycieraczki
samochodowe skrzypiały, nie nadążając za kroplami deszczu. To była dla
mnie wystarczająca odpowiedź. Kto i po co miałby do nas przyjeżdżać w taką pogodę? Sięgnąłem do panelu i cofnąłem odtwarzanie do naszej
piosenki.
Niczego bym nie zmienił w tamtym momencie.
Na parkingu przed hotelem stało kilka samochodów, ale te należały do
osób, które już wcześniej zatrzymały się na noc. Pod samą restauracją
było pusto. Zanim wyszliśmy z samochodu, zapiąłem kurtkę, a w mojej
kieszeni zaszeleściła karteczka, którą znalazłem rano w szkolnej szafce.
Przełknąłem ślinę. Najchętniej wyparłbym wydarzenia ze szkoły.
- Czemu masz taką minę, Benny? - Dominick wyrwał mnie z zamyślenia.
Kłamstwo z łatwością wypłynęło z moich ust.
- Nie podoba mi się myśl o wyjściu na ten deszcz.
- Masz do przejścia jakieś pięć kroków, może się nie rozpuścisz -
powiedział, po czym wysiadł.
Nie pobiegł jednak prosto do drzwi. Obszedł samochód i wyciągnął mnie z niego za rękę.
- Hej, co ty robisz? Przestań! - zaprotestowałem ze śmiechem, gdy
oderwał mnie od siedzenia i wziął na ręce, jakbym nic nie ważył.
Czułem na twarzy krople deszczu i silne ramię Doma pod kolanami, gdy
biegł przez parking. Wtuliłem się w jego szyję, bo nawet przed samym
sobą nie mogłem udawać, że mi się to nie podoba.
Pchnął drzwi do restauracji łokciem. Przyjąłem z ulgą moment, w którym
krople przestały wsiąkać w nasze kurtki i osadzać się na włosach.
- Możesz mnie już postawić - zasugerowałem, odrywając twarz od jego
torsu.
- A co, źle ci tak?
Oczywiście, że musiał się ze mną droczyć. Wtedy jednak rozległo się
porozumiewawcze chrząknięcie, które uświadomiło nam, że nie jesteśmy
sami. Dom od razu opuścił ramiona, a ja, stanąwszy na podłodze,
odsunąłem się o krok i strzepnąłem niewidzialny kurz z ubrania, starając
się ukryć zażenowanie.
- Siema, wiecie może, jak mogę się tu zameldować? Na recepcji nikogo nie
ma.
Uniosłem wzrok, bo rozpoznałem ten głos, chociaż w pierwszej chwili nie
potrafiłem połączyć go z twarzą. Wysoki blondyn imieniem Jon, którego
poznałem dziś rano, teraz wyglądał zdecydowanie gorzej. Był cały
przemoczony, a włosy przyklejały mu się do czoła. Gdy nasze spojrzenia
się spotkały, zrobił zdziwioną minę.
- Benjamin? Ty tutaj?
- Ja tu mieszkam. To twoja obecność jest większym zaskoczeniem.
Jonathan wytarł rękawem krople deszczu z twarzy.
- Mieszkasz tutaj? Czyli znasz właścicieli? - dopytał, a gdy
przytaknąłem, uśmiechnął się szeroko. - Boże, spadłeś mi z nieba, jak
słowo daję. Mam nietypową sytuację, trochę problematyczną, właściwie to
dość zawiła historia...
- Ekstra, my tutaj właśnie takie lubimy najbardziej. - Dominick wszedł
mu w słowo swoim przesadnie wesołym tonem. - Hej, Benny, przedstawisz
mnie koledze?
Zawstydzony swoim brakiem obycia uśmiechnąłem się przepraszająco.
- Tak, racja. To jest Dom, mój...
Zawahałem się, niepewny, jak zakończyć to zdanie. Mój chłopak? Mógłby
się za to obrazić, w końcu niczego sobie nie deklarowaliśmy. Mój
przyjaciel? To za mało, biorąc pod uwagę, że parę minut temu całowaliśmy
się w jego aucie.
Cisza przedłużała się z sekundy na sekundę, więc wypaliłem pierwsze, co
mi przyszło do głowy:
- Kucharz.
Wyglądało na to, że nikt z nas trzech nie spodziewał się takiej
odpowiedzi.
- Twój kucharz? - upewnił się Jon.
- Miałem na myśli, że tutaj, w tej restauracji - wymamrotałem z piekącymi ze wstydu policzkami.
Jon wyciągnął rękę do Doma.
- Tak czy inaczej, miło poznać. Jonathan Whitford.
- Bogato brzmiące nazwisko - podzielił się uwagą Slammer.
W odpowiedzi gość zmrużył oczy, jakby się nad czymś zastanawiał, a potem
pstryknął palcami.
- Chwila! A ty nie jesteś przypadkiem tym gościem, który ciągle ma
jakieś spiny z burmistrzem?
Dominick wzruszył ramionami.
- Każdy ma jakieś hobby. - Odwrócił się do mnie. - Znajdę ciocię.
Jonathan patrzył za nim, dopóki Dom nie zniknął na schodach.
- Ten facet to legenda - powiedział rozmarzonym tonem. - Nie cierpię
burmistrza i denerwuje mnie to, że nikt nie potrafi się mu postawić.
Całe miasto siedzi u niego w kieszeni. Zresztą, to historia na inny
dzień, ale mam nadzieję, że będzie mi dane zamienić z tym Dominickiem
jeszcze ze dwa słowa.
Chyba pierwszy raz w życiu usłyszałem, że ktoś chce z nim zainicjować
rozmowę. Przygryzłem wargę, by powstrzymać uśmiech.
- Dom nie jest raczej dobrym rozmówcą. Co ty na to, żebyśmy usiedli?
Obróciłem się w stronę stolików. Ku mojemu zaskoczeniu Gen wciąż
siedziała w naszym ulubionym boksie i przesuwała palcem po ekranie
telefonu, oderwana od rzeczywistości.
- Hej, nie spodziewałem się, że nadal tu będziesz - powiedziałem,
wsuwając się naprzeciwko niej.
Posłała niepewne spojrzenie Jonowi, gdy zajął miejsce obok mnie.
- Napisałam mamie, że zostanę tu dziś na noc. Okropnie leje.
- No to mamy pierwszy pozytyw tej wichury. Znasz Jona? Chodzimy do tej
samej szkoły.
Chłopak zmarszczył brwi. Najwyraźniej był jedną z tych osób, które nie
lubią, gdy zdrabniano ich imiona. Gen wyciągnęła rękę i się
przedstawiła. Mógłbym przysiąc, że w momencie, w którym ich ręce się
spotkały, coś w powietrzu się zmieniło. Pojawiła się jakaś nowa energia,
niemal namacalna. Może powinienem zostawić ich samych.
- Jesteś cały przemoczony, może pożyczę ci jakieś moje ubrania? -
zaproponowałem i nie czekając na odpowiedź, wstałem. Wtedy coś wypadło z mojej kieszeni.
Jonathan schylił się, by to podnieść, przerywając kontakt wzrokowy z Genevieve.
- Dzięki - powiedziałem machinalnie, a potem zorientowałem się, na co
patrzę. Zgniotłem karteczkę i wsadziłem ją ponownie głęboko do kieszeni.
- Ej, co to było? - zainteresowała się moja przyjaciółka. - Zrobiłeś
taką minę, jakbyś coś ukrywał. Ukrywasz coś, Benjaminie?
Jej oczy przewiercały mnie na wylot. Dobrze byłoby o tym komuś
powiedzieć. Ona sama miała problemy w szkole. Mogła to zrozumieć lepiej
niż ktokolwiek.
- Bez paniki, ale... Znalazłem to dzisiaj w mojej szafce.
Położyłem kartkę na stole. Na widok wiadomości Gen wybałuszyła oczy.
Jonathan pochylił się, by też to przeczytać.
- Ale zrobiłeś dramatyczny wstęp - stwierdził. - O co tu panikować? Mnie
to wygląda na głupi żart.
Gdyby znał naszą historię, to by tak nie pomyślał. Nie zamierzałem
wyprowadzać go z błędu. Zabrałem kartkę od Gen.
- Na razie wolałbym, żeby nikt o tym nie wiedział. Nie chcę robić wokół
siebie zamieszania. Powiem reszcie, jeśli to się powtórzy, a na razie
nie ma sensu nakręcać afery. Okej?
Mina mojej przyjaciółki wyraźnie wskazywała na to, że nie popiera tego
pomysłu, ale nie miała czasu, by dyskutować. Dom znalazł Lindę, ale nie
podszedł z nią już do nas, tylko zniknął za drzwiami kuchni.
Mama Tiny usiadła obok Gen i zmierzyła przemokniętego chłopaka
spojrzeniem.
- Podobno masz jakąś nietypową sytuację.
Jonathan uśmiechnął się niezręcznie.
- Dzień dobry. Tak, i to bardzo. Czy mogę być z panią szczery?
- To jedyna rzecz, o którą zamierzałam cię poprosić.
- Okej. - Chłopak wziął głęboki oddech. - Mój ojciec jest dupkiem.
Pokłóciłem się z nim i wyszedłem z domu, a potem zaczęła się ta wichura.
Rozładował mi się telefon, a zresztą chciałbym, żeby tata się trochę o mnie pomartwił, bo przysięgam, że to on zachowuje się źle, nie ja.
- Chyba muszę znać więcej szczegółów - odparła Linda. - Po tym krótkim
wstępie nie potrafię stwierdzić, czy faktycznie trzeba cię bronić przed
ojcem, czy po prostu jesteś w fazie buntu.
- "Bronić" to za duże słowo. Bardzo chciałbym tu przenocować, bo w tej
sytuacji nie chcę prosić o nic ojca, a dodatkowo warunki na drogach są
niepewne. Problem w tym, że... No, nie mam przy sobie kasy, a telefon mi
się rozładował. Może pani poczekać na płatność do rana? Rano zadzwonię
do ojca i gdy po mnie przyjedzie, to zapłaci.
Naturalny wyraz twarzy Lindy mógł wydawać się nieprzyjemny, szczególnie
dla kogoś, kto widział ją po raz pierwszy. Jonathan nie był wyjątkiem;
czekał w napięciu na odpowiedź, nerwowo ruszając kolanem.
- Zgodzi się pani? - ponaglił ją. - Ben może potwierdzić, że jestem w porządku.
Linda zerknęła na mnie podejrzliwie. Pokiwałem głową na potwierdzenie
jego słów. Matka Tiny westchnęła ciężko, rozkładając ręce.
- No, a co mam zrobić? Wystawić cię za drzwi na tę ulewę? Dostaniesz
pokój, ale jak najszybciej naładuj telefon i napisz ojcu, że jesteś
bezpieczny. Nie zamierzam mnożyć sobie problemów przez zbuntowanego
nastolatka.
- Dobrze, oczywiście, dziękuję bardzo. - Przez chwilę Jonathan wyglądał,
jakby zamierzał wstać i uściskać kobietę, ale finalnie z tego
zrezygnował. Odwrócił się do mnie. - Mógłbyś faktycznie pożyczyć mi
jakieś ubrania i ładowarkę do telefonu?
Otworzyłem usta, żeby odpowiedzieć, ale Gen mnie uprzedziła.
- Ja cię zaprowadzę. Hej, Ben, mogę się dziś przespać w twoim pokoju?
Skoro i tak stoi pusty...
To powiedziawszy, posłała ukradkowe spojrzenie Lindzie, jakby nie była
pewna, czy fakt, że praktycznie przeprowadziłem się do Dominicka, jest
powszechnie znany.
- Pewnie. A ty, Jon, weź sobie, co chcesz, z mojej szafy.
Gdy wszyscy wstali od stołu, bezmyślnie poszedłem w ich ślady, z tą
różnicą, że gdy oni skierowali się do holu, ja wróciłem do mojego
ulubionego kucharza w całym Ohio.
Rozdział 4
Ben
Każdego wieczoru zasypiałem z dłonią Doma opartą gdzieś na moich
plecach, swobodnie, odruchowo szukając kontaktu. Rano jednak zwykle
znajdowałem już tylko chłodne prześcieradło po jego stronie łóżka.
Kuchnia teoretycznie działała od siódmej, ale on zawsze schodził tam
wcześniej, żeby zrobić nam wszystkim śniadanie.
Tym razem jednak spokojna, bo wciąż pogrążona we śnie, twarz Slammera
była pierwszym, co zobaczyłem po rozchyleniu powiek. Nie nacieszyłem się
jednak tym widokiem zbyt długo, bo do mojej świadomości dotarło
łomotanie w drzwi. Dominick wydał z siebie pomruk niezadowolenia, ale
zanim na dobre się przebudził, zwlokłem się z łóżka i otworzyłem. Na
korytarzu czekała Ronnie.
- O, super, jeszcze nie zeszliście - powiedziała, kompletnie ignorując
moją niezadowoloną minę.
Wepchnęła się do środka. Dopiero wtedy zauważyłem, że trzyma w ręce
szczotkę i gumki do włosów.
- Zapleciesz mi warkocze, Dom? Nie będę tu wracać po szkole, idę z dziewczynami na kawę, a potem Chad podwiezie mnie na trening.
Usiadła na brzegu łóżka i zarzuciła włosy do tyłu, jakby w ogóle nie
przyjmowała do siebie możliwości, że brat może jej odmówić. Dom usiadł,
nadal balansując na granicy snu i jawy, i bez słowa wziął szczotkę.
Oparłem się o drzwi, skrzyżowałem ramiona i przyglądałem się tej scenie.
- Musimy wprowadzić jakieś zasady - zasugerowałem. - Jest piąta rano.
Nie możesz tu wpadać o tej godzinie i walić w drzwi, jakby to była
sprawa życia i śmierci.
- Jak ci coś nie pasuje, to wracaj do siebie - odparła znudzona.
- Dzisiaj nie mogę, Gen zajmuje mój pokój.
Ronnie odwróciła się do mnie gwałtownie.
- Co?
- Nie ruszaj głową - zganił ją Dominick, zaczynając fryzurę od początku.
Dziewczyna go zignorowała.
- Gen została na noc?
- Tak. A ty mogłabyś w końcu nauczyć się robić sobie warkocze.
- Odwal się, Ben - burknęła, sięgając po telefon.
- Mówię serio. Od września zaczynasz poważną sportową szkołę. Jak inne
dziewczyny się dowiedzą, że nawet nie potrafisz zapleść sobie włosów,
będą się z ciebie śmiały.
- Jesteś głuchy? Powiedziałam: odwal się.
- Przestań się tak do niego odzywać. - Dominick pociągnął ją lekko za
warkocz, po czym przeniósł wzrok na mnie. - A ty się od niej odwal.
Zamiast na znaczeniu słów zawiesiłem się na jego głosie - wciąż niskim i szorstkim po nocy. Ta chropowata barwa nie była wredna; miała raczej
coś, co wywoływało we mnie dziwne ciepło.
Skoro Ronnie i tak już nas obudziła, mogłem równie dobrze zejść z Domem
do kuchni. Nie lubił, gdy ktoś mu przeszkadzał w rutynie, chyba że miał
za dużo pracy. Już zdążyłem się nauczyć, że nie ma sensu nawet oferować
pomocy. Trzeba było czekać, aż sam o nią poprosi.
Postawił przede mną kubek z żabą. Odkąd tylko Gen wróciła, Louis suszył
mi głowę, że muszę sobie kupić jakiś inny, bo ten należał do niej. Każdy
z nich miał kubek z innym zwierzęciem. Nim jednak zdążyłem pójść do
sklepu, Gen podarowała mi też z żabą, ale mój różnił się od jej kolorem
i kształtem. Podobała mi się ta myśl. Nagle ta drobna rzecz zaczęła
znaczyć dla mnie więcej, niż chciałbym przyznać. To dzięki niej poznałem
Tinę, Stana, Louisa, Ronnie i Doma. To dzięki niej odnalazłem swoje
miejsce na świecie. Zawdzięczałem jej wszystko.
Najpierw do kuchni zeszli Tina i Stan, a zaraz za nimi Ronnie. Dosiedli
się do kanapek. Początkowo nie byli zbyt rozmowni, potrzebowali kilku
łyków kawy, by wrócić do żywych. Lubiłem tę naszą poranną rutynę.
- Zbliżają się urodziny Louisa - podjęła Tina między kolejnymi gryzami.
Cokolwiek zamierzała dodać, przerwały jej chichot i kroki z sali. Chyba
wszyscy spodziewaliśmy się Rothwella, ale zamiast niego do kuchni wpadli
Gen i Jon. Szli blisko siebie, na tyle, by ich dłonie przypadkiem się
ocierały, ale nie na tyle, by któreś musiało to skomentować.
Poczułem ucisk w żołądku, bo Jonathan miał na sobie moje ubranie. Jasne,
pozwoliłem mu, ale nie spodziewałem się, że wygrzebie z szafy bluzę z wielkim napisem "Cleveland", którą dostałem od naszej ekipy na święta.
Chociaż plamę krwi udało się sprać, nie założyłem jej ani razu od
tamtego dnia. Przypominała mi o wydarzeniu, które ze wszystkich sił
próbowałem wymazać z pamięci.
Gdy dotarło do nich, że wszyscy się na nich gapimy, Jon odchrząknął
niezręcznie, a Gen próbowała zetrzeć z twarzy uśmiech, jakbyśmy
przyłapali ich na czymś nieodpowiednim.
- Hej, wszyscy, to jest Jonathan. Jon, to są Stan, Tina i Ronnie. Tych
chłopaków już poznałeś. Do kompletu brakuje jeszcze tylko Louisa.
Chociaż nie znałem go dużo dłużej od reszty, chłopak na mój widok
wyraźnie odetchnął. Byłem dla niego jedyną znajomą twarzą w pomieszczeniu pełnym obcych ludzi. Podał mi rękę, a gdy ją uścisnąłem,
przysunął się bliżej, tak by nasze barki się zetknęły - coś w rodzaju
męskiego uścisku. Lubiłem, gdy ludzie inicjowali ze mną kontakt. Lubiłem
być przytulany.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki