Benito Juarez - Karol May
3.84 zł
3.30 zł
(1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Zanim zaczniemy śledzić dalszy ciąg losów Czarnego Gerarda i jego przyjaciół, musimy cofnąć się do października roku 1865, to bowiem, co wtedy nastąpiło, ma ścisły związek z wydarzeniami, które zostaną tu przedstawione.
W Palacio Imperial w stolicy Meksyku cesarz Maksymilian konferował z wysokimi dygnitarzami. Oparty o stół, spoglądał na wielki arkusz papieru, który trzymał w ręku. Był wyraźnie wzburzony, oczy mu błyszczały, a policzki pokryły się wypiekami. Przed nim stał jeden z ministrów i uważnie obserwował władcę. Niedaleko okna, w fotelu, siedziała piękna cesarzowa. Była przeciwieństwem męża. Maksymilian z natury miękki, marzycielski, refleksyjny, ona zaś - przedsiębiorcza realistka, dążąca za wszelką cenę do władzy i zaszczytów.
Minister przestał przed chwilą mówić, więc cesarz zapytał:
- Żąda pan natychmiastowej decyzji?
- Najjaśniejszy panie, proszę o to.
- Postanowiłem...
- Odrzucić? - wtrąciła szybko cesarzowa. Maksymilian uśmiechnął się do niej:
- A ty, najdroższa?
- Przedstawione argumenty rozwiewają wszelkie wątpliwości. Zgadzam się z nimi w zupełności.
Cesarz zwrócił się do ministra:
- Jak pan słyszał, uprzedzono mnie. Oświadczam, że nie tylko gotów jestem do podpisania dekretu, lecz napiszę go własnoręcznie i dam do asygnacji ministrom.
- Dziękuję, najjaśniejszy panie - minister skłonił się głęboko. - Obowiązkiem moim, wynikającym ze sprawowanej funkcji, jest służenie ze wszystkich sił krajowi i cesarzowi. Jestem przekonany, że ten dekret pozwoli nam przezwyciężyć wszystkie trudności. W obecnej sytuacji to jedynie słuszne posunięcie.
- Ma pan rację, drogi panie, zajmę się... Wszedł pełniący służbę oficer i zameldował: - Generał Mejia.
- Niech wejdzie.
Cesarzowa wstała natychmiast i wyszła. Szybko pożegnawszy cesarza, również minister opuszczał pokój, gdy w drzwiach stanął generał. Przywitali się chłodnym ukłonem, nie patrząc na siebie.
- Witam pana, generale! - zawołał Maksymilian. - Przychodzi pan w dobrą porę.
Zawsze poważny Indianin uśmiechnął się serdecznie i szczerze.
- Jestem szczęśliwy, że słyszę te słowa, najjaśniejszy panie. Oby Bóg dał i krajowi więcej takich chwil!
- Wierzę, że od dziś tak będzie. - Wolno zapytać, co się stało?
- Mam zamiar wydać ważny dekret. Niech pan czyta. Podał generałowi projekt dekretu i odszedł w głąb komnaty.
W miarę czytania twarz Mejii zmieniła się nie do poznania. Nie mógł zapanować nad sobą. Gniew był silniejszy. Skończywszy, zmiął nerwowo pismo.
- Najjaśniejszy panie, kto jest autorem tej... tej nędznej ramoty? - rozgoryczony, zapomniał o dworskiej etykiecie. Ton i forma pytania dotknęły cesarza.
- Ależ, generale!
- Najjaśniejszy panie! - Mejia złożył mu niski ukłon.
- Proszę oddać mi projekt. Generał wygładził papier na tyle, na ile było to możliwe, i podał cesarzowi.
- W jakim to stanie pan mi go zwraca?! To nie są odznaki kotylionowe!
Tym razem Maksymilian rozgniewał się nie na żarty: Mejia próbował się wytłumaczyć:
- Najjaśniejszy panie, pokornie proszę o przebaczenie. Postąpiłem tak, ponieważ tylko pańskie dobro mam na względzie.
- To chyba lekka przesada!
Na twarzy Mejii pojawił się dziwny wyraz. Maksymilian znał swego generała, wiedział, że toczy on walkę wewnętrzną.
- Jeżeli najjaśniejszy pan nie może mi przebaczyć, w takim razie wymierzę sobie największą karę - rzekł Mejia. - Czy wolno mi odejść? - podszedł do drzwi, nie czekając na odpowiedź.
- Stać!
Na rozkaz cesarza generał zatrzymał się.
- Czytał pan dekret do końca?
- Tak jest, najjaśniejszy panie.
- Nazwał go pan nędzną ramotą. Dlaczego tak pan uważa?
- Czy mogę mówić szczerze?
- Proszę.
- Gdyby najzacieklejsi wrogowie cesarstwa, pragnący jego zguby, wydali w pańskim imieniu, najjaśniejszy panie, manifest, nie użyliby innych słów nie te, które przeczytałem w dekrecie.
- Co najmniej dziwne stwierdzenie.
- Ale słuszne, najjaśniejszy panie.
- Moi poddani muszą się wreszcie przekonać, że jestem cesarzem.
- To ich nie przekona.
- Generale, to brzmi jak obraza.
- Pozwolił mi najjaśniejszy pan mówić szczerze. Meksykanie będą uważali taki dekret za dzieło Francuzów.
- Co z tego?
- Najjaśniejszy panie, zabij mnie, lecz nie ogłaszaj tego dekretu! Znam mój naród, znam Meksyk, zdaję sobie sprawę, jakie skutki to pociągnie za sobą. Na pewno wywoła w całym kraju wielkie oburzenie, a także...
- Generale! - przerwał cesarz, patrząc na Mejię gniewnie.
Ten pokornie opuścił głowę.
Maksymilian pamiętał jednak, co zawdzięcza Mejii. Po chwili więc rzekł już spokojnym głosem:
- Niech mi pan pozwoli wypowiedzieć się na temat dekretu.
- Jeżeli dekret wymaga komentarza, w takim razie....
- Chce mnie pan naprawdę rozgniewać?
- Ależ nie, już milczę.
- Niech więc pan słucha. Jak panu wiadomo, wszystkie większe miasta i porty w kraju są w naszych rękach.
- W posiadaniu Francuzów, najjaśniejszy panie.
- To przecież wszystko jedno! Francuzi są naszymi sprzymierzeńcami.
- Mam wrażenie, że już wkrótce opuszczą kraj, że miasta i porty pozostawią nie nam, a republikanom.
- Jak zwykle widzi pan wszystko w czarnych barwach. Jesteśmy panami kraju. Juarez uciekł do El Paso. Mówią nawet; że opuścił Meksyk. Nadszedł więc czas, aby ogłosić nasze stanowisko.
- Słusznie. Go to za stanowisko, najjaśniejszy panie?
- Z jednej strony wspaniałomyślnie przebaczam, z drugiej - surowo karzę, Mimo że kraj jest w mojej mocy, są tacy, którzy potajemnie knują. Należy do nich Pantera Południa, Cortejo i jeszcze kilku. Oświadczam w dekrecie, że każdego republikanina będę od dziś karać jak zwykłego bandytę i przestępcę. Od dziś republikanie wyjęci są spod prawa. Ogłaszam, że każdy republikański oddział uważać będę za szajkę zbrodniarzy, a każdy schwytany członek bandy zostanie w ciągu dwudziestu czterech godzin rozstrzelany.
Mejia zauważył chłodno:
- Bandyci? Przestępcy? Rozstrzelania? Ponawiam moją prośbę, najjaśniejszy panie. Chętnie złożę głowę na pieńku, lecz proszę, wstrzymaj swój dekret!
- Nie chcę pańskiej głowy, jak i nie chcę wstrzymywać dekretu. Doświadczeni mężowie stanu radzili nad wszystkimi jego szczegółami.
- Ci doświadczeni mężowie nie znają Meksyku. Przewidzieli wszystko prócz jednego, o czym niestety mówić mi nie wolno, a co chciałbym powiedzieć jak najgłośniej.
- Dlaczego nie wolno?
- Bo popadnę w niełaskę.
- Niech pan mówi bez obawy, generale.
- Więc dobrze! Oświadczam, że ogłoszenie tego dekretu będzie dla ciebie, najjaśniejszy panie, wydaniem na siebie samego wyroku śmierci.
Krew odpłynęła z twarzy cesarza. Czyżby naprawdę się przestraszył? - pomyślał generał. Ochłonąwszy nieco, Maksymilian starał się zbagatelizować ostrzeżenie Mejii.
- Wyrok śmierci? Co też pan mówi? To przecież niemożliwe! To byłoby naruszeniem prawa!
- Tak jest, najjaśniejszy panie. Mam nadzieję, że przyzna pan, iż każdy Meksykanin jest prawym właścicielem swojej ziemi.
- Przyznaję!
- Musi więc mieć prawo bronienia tej ziemi przed obcą, niesprawiedliwą okupacją.
- Okupacją? Niesprawiedliwą? Czy to nie powiedziane nazbyt mocno?
- Mówię teraz tak, jakbym był republikaninem, Niech najjaśniejszy pan spróbuje postawić się w sytuacji tych ludzi! Powiadają: "Kraj należy do nas, czego więc chcą Francuzi? Chcą pieniędzy, bogactw naszej ziemi, chcą nam zabrać żony i córki. Są więc rozbójnikami. Co dają w zamian? Cesarza! Po co nam cesarz? Nie potrzebujemy go, mamy prezydenta". Napoleon boi się własnego ludu, chcąc więc odwrócić jego uwagę od swych niecnych poczynań, zaaranżował wojnę w Meksyku za pośrednictwem cesarza Maksymiliana. Spodobało się to Francuzom, myślą, że ona przyniesie im sławę. Dla zaspokojenia osobistych interesów Napoleona Meksyk ocieka krwią, cierpi męki, niszczeje.
- No, tak źle nie jest! - zaprzeczył cesarz.
- Jest, najjaśniejszy panie. Meksykanin musi być republikaninem, musi bronić kraju i własnego domu przed obcym najeźdźcą. Czy dlatego ma być uznany za bandytę, którego należy rozstrzelać w ciągu dwudziestu czterech godzin!
- Każdy Meksykanin powinien poddać się nowym prawom.
- Czy z tego wynika, że tych, którzy się nie poddadzą, należy traktować jak bandytów?
- Oczywiście, że tak.
- Przypuśćmy, że to jest słuszne. Kto jednak może przewidzieć, że pokonany nie podniesie się i nie zostanie zwycięzcą?
- Możliwość taka zawsze istnieje.
- A więc w takim razie będzie on poprzedniego zwycięzcę uważał za bandytę.
- Tego nie należy brać pod uwagę w Meksyku.
- Dałby Bóg, aby najjaśniejszy pan się nie mylił. Myślę jednak, że właśnie tutaj wszystko może się zdarzyć. Lud meksykański jest wulkanem, a Juarez...
- Nieszkodliwy
- Chociaż zaszył się w najodleglejszym zakątku kraju, ma jeszcze ogromne wpływy.
- Ułaskawię go.
- Będzie szydził z ułaskawienia. Oświadczy, że to on jako prezydent kraju ma prawo ułaskawiać niejakiego Maksymiliana Habsburga.
- Wezwę go do siebie..
- Nie stawi się.
- Czy nawet wtedy, gdy go mianuję prezydentem najwyższego trybunału?
- Był już nim wcześniej, teraz jest prezydentem kraju.
- Generale! Teraz obraża mnie pan naprawdę.
- Już milczę. Chciałbym tylko jeszcze zapytać: kiedy dekret będzie podpisany?
- Jutro.
- Najjaśniejszy panie, błagam, nie czyń tego!
- To już postanowione i tak się tez stanie, generale. Mejia ukląkł przed cesarzem.
- Najjaśniejszy panie! Z chwilą podpisania traktatu będzie na ciebie czekać śmierć pod murami twierdzy, w miejscu, w którym się klęczy z przepaską na oczach. Nie opuszczę cię, najjaśniejszy panie. Dzień twojej śmierci będzie i moim ostatnim dniem. Błagam nie ze względu na siebie ani na nikogo innego, tylko ze względu na ciebie, mój cesarzu: nie czyń tego!
- Niech pan wstanie, generale!
- Nie wstanę, dopóki...
- Rozkazuję, by pan wstał! Zbyteczne to przedstawienie. Nie zmienię decyzji!
Ton głosu cesarza był chłodny, niemal ironiczny. Generał wstał z klęczek, popatrzył ze smutkiem na Maksymiliana i zawołał:
- A więc nie mogę mieć żadnej nadziei?!
- Żadnej. Nawet cesarzowa jest tego samego zdania co ja.
Mejia zbladł.
- Pozostaje mi więc tylko milczeć. Aby jednak godzina ta i słowa moje nie zostały zapomniane, przypieczętuję je.
Wyciągnął sztylet i rzucił w kierunku ściany z taką siłą, że broń wbiła się aż po rękojeść. Potem skłonił się i wyszedł.
Maksymilian przyglądał się przez chwilę miejscu, w którym utkwił sztylet, i rzekł do siebie:
- Czy to zły znak? A może to on ma rację, a ja się mylę? Nie miał jednak czasu zastanowić się nad tym, bo zameldował się generał Miramon. Po krótkiej rozmowie utwierdził on cesarza w przekonaniu, ze podjął słuszną decyzję. Trzeba dodać, że Miramon nie był ani prawym obywatelem, ani lojalnym podwładnym; zasady moralne były mu obce.
Dekret został ogłoszony. Maksymilian podpisał go własnoręcznie, wydając na siebie wyrok śmierci.
(...)