Benedykt XVI. Życie - Peter Seewald

Reflow text when sidebars are open.
ROZDZIAŁ 1
Ulicami przemykali nieliczni przechodnie, kuląc się w płaszczach z wysoko podniesionymi kołnierzami. Powietrze było zimne i wilgotne. Nad słabo oświetlonymi ulicami rozciągała się delikatna mgła, wysoko jednak, między szczytami domów, na szarym nocnym niebie widać było tu i ówdzie pojedyncze błyszczące gwiazdy.
Jest Wielki Piątek 15 kwietnia roku 1927. W kościele Świętego Oswalda trwają ostatnie przygotowania do Świąt Wielkanocnych. Zgodnie z porządkiem sprzed reformy dokonanej przez Piusa XII liturgię wigilii Zmartwychwstania sprawowano nie w nocy z soboty na niedzielę, lecz w Wielką Sobotę rano. Jezus nie żyje. Ukrzyżowany, martwy, pogrzebany. Jak czytamy w greckim tekście apostolskiego wyznania wiary, Jezus zstąpił do "najniższych głębin", do podziemi opuszczenia przez Boga, które coraz mocniej dawało się odczuć również na ziemi.
Dokonując służbowego obchodu, żandarm Joseph Ratzinger nadzoruje zachodnią część miejscowości, gdzie znajdują się tartak parowy rodziny Brühlów, fabryka lemoniady i prowadzona przez zakonnice ochronka. Uchodzi za prostolinijnego, dzielnego, z gruntu solidnego człowieka. Włosy nosi obcięte krótko, w "niemieckim stylu". W całej postawie godność i przyzwoitość zdradzają wewnętrzną równowagę: niczego ani zbyt wiele, ani za mało. Metr sześćdziesiąt cztery wzrostu to niezbyt wiele jak dla gwardzisty, za to Joseph jest wyprostowany jak świeca. Obce mu są hipokryzja, próżność i oportunizm. Jest odważny i zawsze gotów stawać w obronie prawdy. Jak wspominał Benedykt XVI, jego ojciec ukończył wprawdzie tylko szkołę podstawową, "był jednak człowiekiem rozsądnym. Myślał inaczej, niż należało wówczas myśleć, z tak suwerenną wyższością, że przekonywał innych"1.
Miejscowości żandarm Ratzinger strzeże od dwóch lat. Od pewnego czasu jako naczelnik posterunku i szef funkcjonariusza zwanego "mokrym Józiem". Centrum stanowią kościół, karczma i ratusz. Jest tam nawet dom towarowy. W oknie wystawowym widać narzędzia, fartuchy dla gospodyń i zabawki, a wśród nich małego pluszowego misia, który odegra pewną rolę.
Oczywiście jako żandarm nie zadaje się z byle kim. W niedzielę śpiewa w chórze kościelnym. W domu z zapałem grywa na cytrze, którą odziedziczył po swojej czeskiej matce. Nieraz daje upust swemu temperamentowi. Potwierdza to świadectwo krajowej dyrekcji żandarmerii z 29 października 1920: "W służbie pilny, niezawodny, usłużny i wystarczająco uzdolniony", ale także "trochę nerwowy". W każdym razie - i to znacząca uwaga - jego postępowanie "jest bez zarzutu"2. Miejscowa gazeta donosi, że szef policji "dzięki swemu poczuciu sprawiedliwości, a także wyrozumiałości i uprzejmości w kontaktach z ludźmi w krótkim czasie zyskał szacunek mieszkańców Marktl"3.
Wiatr przybrał na sile, nos marzł na mrozie. Wydawało się, że zima broni się ostatkiem sił przed nadchodzącą wiosną, ale miało się wrażenie, że w ciszy Wielkiego Tygodnia nastał już w tym miejscu pokój po przegranej bitwie. Dziesięć dni wcześniej żandarm obchodził swoje pięćdziesiąte urodziny. Czy nie nadawałby się raczej na dziadka niż ojca? A Maria, jego żona? Czterdziestotrzyletnią niewiastę z trudem można było nazwać młodą matką. Niektórzy w mieście gorszyli się nawet, "że taka stara kobieta jeszcze rodzi". A Maria leży właśnie na górze, na pierwszym piętrze ich mieszkania w budynku policyjnym, i w bólach oczekuje swego trzeciego dziecka.
Rok 1927 jest niespokojny. Przeskok od cesarstwa do demokracji, od monarchii do wspólnego decydowania i emancypacji przemienił Niemcy. Kobiety mogły głosować, robotnicy otrzymali prawa. Te przemiany społeczne wywoływały nie tylko nowe nastroje, ale wymagały również nowego stylu życia. "Znajdujemy się w szczególnej sytuacji - mówił dwudziestoletni wtedy Klaus Mann - kiedy wszystko uważa się za możliwe".
Coś wisi w powietrzu. Zbliża się nowe, nadchodzi fala zmian, które mogą nadać inny kierunek kulturowym prądom. W metropoliach - w filmie, magazynach mody i wydarzeniach sportowych - rozwija się nowoczesna kultura masowa. Teatr nie chce już tylko wystawiać sztuk, chce je także interpretować. Architekci i projektanci wnętrz tworzą nowe środki wyrazu. Mies van der Rohe zyskuje sławę dzięki swemu efektownemu stylowi budowania domów. Psychoanaliza Freuda zapowiada głęboki wgląd w duszę człowieka i przeobraża podejście do seksualności.
Kulturowemu rauszowi ulega na kilka lat szczególnie Berlin, który usiłuje odrzucić wszystkie tabu epoki cesarskiej. Rozwiązła stolica chce pokazać światu, że żyje tak intensywnie i szaleńczo jak Londyn, Paryż i Nowy Jork razem wzięte. Trzydzieści scen teatralnych ubiega się o publikę. W pałacu rozrywki Haus Vaterland na placu Poczdamskim co noc bawi się prawie osiem tysięcy miłośników imprez. Działa więcej niż sto kabaretów, klubów nocnych, variétés, teatrów rewiowych i domów publicznych. Jedna z najsłynniejszych artystek tego czasu Anita Berber wysiada z auta na głównej ulicy zachodniego Berlina, Kurfürstendamm, rudowłosa, nosi sobolowe futro, monokl, maluje się jaskrawo. Popularność zyskała, występując nago w takich spektaklach jak Tänzen des Lasters, des Grauens und der Ekstase (Tańce występku, zgrozy i ekstazy). Francuski pisarz Jean Cassou jest zachwycony. Berlin - pisze - jest "najmłodszym, najbardziej szalejącym i najniewinniej perwersyjnym miastem świata"4.
Jeśli chodzi o literaturę, rok narodzin przyszłego papieża obrodził niezwykłą twórczością, jaka rzadko z taką intensywnością pojawia się na świecie. Powstają wtedy: wstrząsający Wilk stepowy Hermana Hessego, Ameryka Franza Kafki, W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta. W roku 1927 Hemingway publikuje zbiór opowiadań Men without Women (Mężczyźni bez kobiet), Arthur Schnitzler Grę o brzasku, Carl Zuckmayer dramat Schinderhannes, a młody Bertolt Brecht, twórca Opery za trzy grosze ze światowej sławy balladą o ponurych zbrodniach Mackie Majchra, wybór wierszy Postylla domowa. W dziedzinie filozofii niemiecki uczony Martin Heidegger, szukając odpowiedzi na pytania o byt świata, wydał właśnie dzieło Bycie i czas, które miało stworzyć podstawy filozofii egzystencjalnej... Tymczasem Cecil B. DeMille, jeden z członków założycieli Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej, w roku 1927 kręci pierwszy w historii kina hit filmowy o Jezusie. Jego tytuł: Król królów5.
Czy cały świat nie stanął nagle na progu przełomu? W Związku Sowieckim rozpoczęto kolektywizację rolnictwa (spowodowała następnie klęskę głodu, której ofiarą miały paść cztery miliony ludzi). Nad Bosforem Mustafa Kemal Paşa, późniejszy Kemal Atatürk, wygłasza w Ankarze swoją programową mowę o "nowej Turcji". We Włoszech Benito Mussolini, duce, inicjuje faszyzm. W Niemczech ogólny klimat kształtują narastająca inflacja, masowe bezrobocie i walczące ze sobą niezliczone stronnictwa polityczne. W ciągu ośmiu miesięcy gabinet Republiki Weimarskiej zmieniano aż dziewiętnaście razy. Jednocześnie trwała tęsknota za nowym człowiekiem, nadzieją na lepszą przyszłość i oczekiwanie na epokową przemianę.
Tymczasem gdzieś na marginesie wszystkich tych wydarzeń wielki uwodziciel już od dawna zaciera ręce, czując, że wkrótce wybije jego godzina. W lutym 1925 niejaki Adolf Hitler reaktywował Narodowosocjalistyczną Niemiecką Partię Robotników (Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei, NSDAP) rozwiązaną w 1923 roku i, jak się wydawało, całkiem skompromitowaną. Po puczu monachijskim i marszu na Feldherrnhalle (Portyk Marszałków) Hitlera skazano go na pięć lat pozbawienia wolności. Winifred Wagner, synowa Ryszarda Wagnera, dostarczała mu do więzienia wełniane kołdry, kurtkę, skarpety i inne rzeczy oraz książki. Helene Bechstein, żona fabrykanta pianin, przyniosła gramofon z muzyką marszową6. W roku 1927 mętną, ideologiczno-polityczną i pełną nienawiści antysemicką książkę Hitlera Mein Kampf (Moja walka) ruch uzna za swój oficjalny program. Skupiał wówczas dwadzieścia siedem tysięcy członków. Trzy lata później ich liczba wzrośnie do czterystu tysięcy.
Marktl nad Innem to dwunaste miejsce służby w niezbyt błyskawicznej karierze Ratzingera. Liczące sześciuset mieszkańców miasteczko należy administracyjnie do Górnej Bawarii, lecz w zakresie jurysdykcji kościelnej podlega diecezji pasawskiej w Dolnej Bawarii. W pobliżu, w oddalonej o dwadzieścia kilometrów wsi Pildenau, przyszedł na świat papież Damazy II7. Jako biskup Poppo von Brixen 16 lipca 1048 znalazł się w Rzymie z toskańskimi wojskami. Zaraz następnego dnia po abdykacji antypapieża Benedykta IX objął tron Piotrowy. Jego pontyfikat trwał tylko dwadzieścia cztery godziny - zmarł na malarię, a może został otruty, jak przypuszczają niektórzy historycy.
Ratzinger służył w różnych miejscowościach w Bawarii. W poprzednim miejscu pobytu, jedenastym z kolei, w Pleiskirchen koło Altötting, 7 grudnia 1921 przyszła na świat jego córka Maria. Drugie jej imię to Theogona, Bogu poświęcona (to zarazem zakonne imię jej ciotki). 15 stycznia 1924 urodził się Georg, nazwany tak jak ukochany brat matki, który wywędrował do USA.
Co spowodowało, że żandarm Ratzinger nigdzie nie czuł się zadomowiony? Czy dlatego, że był uparty? Czy w gruncie rzeczy nie lubił służby, którą sumiennie pełnił? Gdyby mógł się narodzić na nowo, wtedy - jak zwierzył się pewnemu sąsiadowi - nigdy nie zostałby żandarmem, lecz rolnikiem.
Ratzinger interesuje się duchowością i polityką, paląc cygaretkę marki Virginia, całymi godzinami przegląda codzienną prasę. Jego politycznym idolem jest austriacki kanclerz federalny Ignaz Seipel z partii społeczno-chrześcijańskiej, prałat i teolog. Na półce ma wiele jego książek. Seipel był krytykowany, ale nawet społeczno-demokratyczny wiedeński "Arbeiterzeitung" chwalił go jako "jedynego męża stanu europejskiego formatu, jakiego wydały partie mieszczańskie". Właściwą miłością życia Ratzingera, całą jego pasją, była religia katolicka. Już jako uczeń podstawówki zwrócił na siebie szczególną uwagę pewnego gorliwego wikarego. Inny nauczyciel dostrzegł muzyczne uzdolnienia chłopca i przyjął go do kościelnego chóru. Podobnie jak jego religijny mentor, dobrotliwy furtian klasztorny brat Konrad z Altötting, również on w młodych latach odczuwał pragnienie poświęcenia się służbie Bożej. Do kapucyńskiego klasztoru Maryi Wspomożycielki w Pasawie go jednak nie przyjęto, ponieważ nie mógł przedstawić oświadczenia o zgodzie rodziców. "Najbardziej interesowała go tematyka religijna" - potwierdził syn, i to "z powodu głębokiej, intensywnej i męskiej pobożności"8.
Żandarm Ratzinger ukończył swój obchód służbowy. Zrobiło się potwornie zimno, a lekki opad śniegu przeszedł w zamieć. Od Wielkiego Czwartku w Marktl we wszystkich domach rozważano mękę Chrystusa. Po odprawieniu mszy świętej Wieczerzy Pańskiej zamilkły dzwony. Triduum Sacrum - czas trzech świętych dni, od Wielkiego Czwartku do Wielkiej Soboty - z godziny na godzinę zmierzał do kulminacji. W Wielki Piątek mieszkańcy najbliższych wiosek przybywali do miasteczka, żeby razem z kapłanem odprawić drogę krzyżową. Alkohol i potrawy mięsne stanowiły w tym dniu tabu. W Kościele katolickim Wielki Piątek jest dniem najściślejszego postu. Wolno spożyć w ciągu dnia tylko jeden posiłek. O trzeciej po południu, w godzinie śmierci Chrystusa na krzyżu, wierni gromadzą się na rozważanie Jego męki i konania. W kościołach przygotowuje się groby Pańskie, tak zwane golgoty, przed którymi nabożnie klęczą wierni.
W kościele Świętego Oswalda młodziutki wikary Joseph Stangl rozpoczyna ostatnie przygotowania do uroczystości Zmartwychwstania Pańskiego. W znajdującym się obok policyjnym budynku, niegdyś książęco-bawarskim urzędowym domu przy placu targowym, na pierwszym piętrze ciągle jeszcze świeci się światło. Przyszła położna Emilie Wallinger. Dziecko się nie spieszyło z przyjściem na świat.
W Wielką Sobotę kwadrans po czwartej nad ranem ujrzał światło dzienne zdrowy, pełen życia, najmłodszy potomek żandarma Joseph Aloisius Ratzinger. Matka jest zbyt słaba, żeby wstać, ale ojciec nie zwleka. Trochę niezgrabnie zanosi dziecko do kościoła. Liturgia już się rozpoczęła, wszystkie okna w są kościele zasłonięto czarnymi płótnami, ciemne wnętrze słabo rozjaśniają świece. Nagle w tej mrocznej ciszy rozlega się wołanie. Z początku przytłumione, potem coraz wyraźniejsze: "Lumen Christi", światło Chrystusa. Rozpoczyna się ceremonia. Biją dzwony - tak potężnie, jakby przez dni milczenia wstąpił w nie nowy duch. Na Gloria włączają się organy. "Chrystus zmartwychwstał!" - woła kapłan. I nagle opadają wszystkie zasłony, wpada potok światła wprost oślepiający zgromadzony tłum.
Jest 8.30, dokładnie cztery godziny z kwadransem od porodu, kiedy żandarm oddaje swe dziecko w ręce zakonnicy Adelmy Rohrhirsch. Zastępuje ona swą siostrę Annę, właściwą chrzestną matkę, która nie mogła być obecna. Gdy kapłan wypowiada formułę chrztu i chwilę wcześniej polewa dziecko świeżo poświęconą wodą, zostaje ono dosłownie z ciałem i duszą zanurzone w tajemnicy paschalnej. Jest to może najszczęśliwsza chwila w życiu ojca. Jego dziecko jest zdrowe. Nazywa się Joseph, podobnie jak on. I jego ojciec. Hebrajskie znaczenie imienia to: "niech [Bóg] doda łask". Spodobało się Panu w późnym wieku podarować mu syna, i we wszystkich okolicznościach i znakach towarzyszących temu wydarzeniu trudno było nie dostrzec także szczególnego błogosławieństwa, czy może nawet obietnicy związanej z tym dzieckiem.
W sprawach osobistych późniejszy kardynał był zwykle dyskretny, jednak o okolicznościach swych narodzin mówił zawsze jako o znaku szczególnego światła. Pierwszeństwo chrztu "nową wodą wielkanocną" było także w rodzinie "uważane zawsze za pewnego rodzaju przywilej - przywilej, w którym zawiera się szczególna nadzieja, a także szczególna zapowiedź mająca się wyjaśnić z upływem czasu"9. Jego rodzice, z uwagi na okoliczności wydarzenia, widzieli w nim "znak mający duże znaczenie". "Od samego początku także mi o tym mówili" - wspomina. "Świadomość" ta zawsze mu "towarzyszyła" i "coraz mocniej go przenikała". Pojmował to jako skierowanie do siebie "wezwanie" i usiłował je "zrozumieć coraz głębiej". Dlatego jego teksty dotyczące Chrystusa w Wielką Sobotę nie były, jak wyjaśniał, "czymś wymyślonym", "[to] się splatało z moim najgłębszym wnętrzem, z początkiem mojej egzystencji, w który wtapiałem się nie tylko myślą, ale i życiem"10.
W wyzwaniu Wielkiej Soboty zawiera się przy tym coś "z kondycji ludzkiej historii w ogóle, z kondycji naszego wieku", a także coś z jego życia. Znajdujemy tu "ciemność, niepewność, pytania, zagrożenia i niebezpieczeństwa, ale również przeświadczenie, że istnieje światło, że warto żyć i się nie zatrzymywać". To dzień, "w którym Chrystus" w tajemny sposób ukryty, a jednocześnie obecny "stał się programem mojego życia" - wyznaje.
Dla mieszkańców Marktl rok 1927 był rokiem pamiętnym przede wszystkim z zupełnie innego powodu. Po długim czasie ukończono wreszcie ślimaczącą się budowę nowego mostu nad Innem. Uczczono to uroczystą procesją: na jej czele kroczyli ministranci z krzyżem i proboszcz z mnóstwem kadzidła. Na zakończenie ceremonii była biesiada z piwem i popularną muzyką. Komendant Ratzinger był tam, gdzie należało, i czuwał, żeby wszystko przebiegało jak należy. O tym, że dziecko, które jego Maria w tym roku wydała na świat, również zostanie "budowniczym mostów" - a takie jest znaczenie łacińskiego słowa pontifex - nawet nie marzył.
1 Joseph Ratzinger, Peter Seewald, Sól ziemi, tłum. Grzegorz Sowinski, Kraków 2005, s. 38.
2 Personalakt Ratzinger I w głównym archiwum państwowym w Monachium, w: Johann Nußbaum, "Ich werde mal Kardinal!". Wurzeln, Kindheit und Jugend von Papst Benedikt XVI., Rimsting 2010.
3 Tamże.
4 Die Weimarer Republik. Deutschlands erste Demokratie, red. Uwe Klußmann, Joachim Mohr, Hamburg 2014.
5 Werner Stein, Der große Kulturfahrplan, München 1979.
6 Die Weimarer Republik. Deutschlands erste Demokratie, red. Uwe Klußmann, Joachim Mohr, Hamburg 2014.
7 Benno Hubensteiner, Bayerische Geschichte, München 1992.
8 Rozmowa Petera Seewalda z Benedyktem XVI.
9 Wywiad Martina Lohmanna z Josephem Ratzingerem dla Bayerischer Rundfunk, wyemitowany 9 kwietnia 1998.
10 Rozmowa Petera Seewalda z Benedyktem XVI.
ROZDZIAŁ 2
Późny ożenek z Marią nie był jego winą. Na założenie rodziny Ratzinger mógł się odważyć dopiero po awansie na wachmistrza z miesięcznymi poborami w wysokości stu pięćdziesięciu marek. I chociaż na pierwszy rzut oka mogli wydawać się bardzo różni - ich podobieństwo było oczywiste.
Obydwoje byli inteligentni, dzielni i sprawiali dobre wrażenie. Obydwoje wywodzili się z szanowanych i wielodzietnych rodzin. Obydwoje wcześnie stracili ojca (Maria w wieku dwudziestu ośmiu lat, a Joseph dwudziestu sześciu). Oboje cechowała solidna katolicka pobożność. Przede wszystkim jednak oboje byli jeszcze do wzięcia. Nie tylko dlatego, że mistrz piekarski Schwarzmeier, wdowiec z Monachium z dwojgiem dzieci, któremu przedstawiono Marię, zdecydował się poślubić jej siostrę Sabine, młodszą o dziewięć lat.
Punktem wyjścia ich związku był "Altöttinger Liebfrauenbote", regionalny tygodnik, po który sięgano w prawie każdym katolickim domu. W numerze z 11 lipca 1920 roku Maria mogła przeczytać następujący anons: "Śred. klasy urzędnik państwowy, wolnego stanu, 43 l., katolik, z nienaganną przeszłością i z tych stron, chce się możliwie szybko ożenić z możliwie dobrą, kat. schludną dziewczyną, która potrafi dobrze gotować, wykonywać wsz. domowe roboty, jest obeznana z szyciem i ma jakiś posag". Ogłoszeniodawca, który przez wiele skrótów chciał oczywiście co nieco zaoszczędzić, oczekiwał "propozycji, jeśli możl., ze zdjęciem"1. Anons ten nie był dla żandarma pierwszą próbą znalezienia żony. Cztery miesiące wcześniej w podobnie brzmiącym tekście czytamy, że szuka żony "z wyprawą i mającej trochę majątku", teraz natomiast "majątek nie jest konieczny, tylko mile widziany". Ponadto tymczasem awansował, dzięki czemu poprzedni "niższy urzędnik państwowy" stał się bardziej atrakcyjnym "średnim urzędnikiem państwowym".
Ojciec przyszłego papieża był pierwszym męskim potomkiem w chłopskiej rodzinie z dziewięciorgiem dzieci. Urodził się 6 marca 1877 roku w Rickering w Dolnej Bawarii, w przysiółku z sześcioma domami i około czerdzieściorgiem mieszkańców. Po ukończeniu szkoły musiał pracować w jakimś dworze jako służący. W wieku dwudziestu lat został powołany do wojska. Dwuletnią służbę wojskową odbywa od 14 października 1897 roku w królewsko-bawarskim pułku piechoty w Pasawie, liczącym dwa tysiące lat dawnym rzymskim mieście nad Dunajem. Zostaje starszym szeregowcem, otrzymuje nawet awans na podoficera. Elegancki, rezolutny mężczyzna z modnym wąsem, odznaczony złotą wstęgą strzelca za wyjątkową celność.
Po ukończeniu czynnej służby 19 września 1899 pozostaje jeszcze przez trzy lata w wojsku. Jego ojciec postarzał się tymczasem i chorował, a na ojcowiźnie w Rickering, która mu się należała jako spadek, urządzili się nie tylko jego starsza siostra, ale także młodszy brat Anton. 22 sierpnia 1902 Ratzinger senior jako podoficer rezerwy przenosi się do królewsko-bawarskiego korpusu żandarmerii. Gdy w kwietniu 1919 roku w Monachium Rewolucyjna Rada Robotnicza pod wodzą literata anarchisty Ericha Mühsama oraz Ernsta Tollera proklamowała pierwszą na niemieckiej ziemi socjalistyczną republikę rad, złożył rezygnację. "Przysięgałem na króla - twierdzi stanowczo - nie mogę teraz służyć Republice"2. Dopiero kiedy abdykujący Ludwik III zwolnił swoich urzędników z obowiązku składania przysięgi, wrócił do służby.
Ratzingerowie nie byli rodem podobnym do wielu innych. Można niemal mówić o rodzinie księży. W każdym razie od lat pozostawali w służbie Kościoła. Pierwsze świadczące o tym ślady można znaleźć w wieku XIV, w diecezji pasawskiej założonej przez irlandzkiego mnicha Bonifacego, który dotarł prawie na Węgry. W dokumencie kapituły katedralnej z roku 1304 pojawia się dwór Recing należący do właściciela ziemskiego we Freinbergu. W późniejszych wpisach nazwa dóbr Recing występuje już jako Ratzing, Recinger, Räzinger, a potem Ratzinger. Najstarsze poświadczone nazwisko, około roku 1600, to Georg Räzinger, po nim Jakob Räzinger, który ze swoją pierwszą żoną Marią, a po jej śmierci z drugą małżonką Kathariną, spłodził wcale pokaźną liczbę dzieci, w sumie siedemnaścioro3.
Po przeprowadzce Ratzingerowie przejęli gospodarstwo kapituły katedralnej w Pasawie w Lesie Bawarskim, a w końcu, w 1801 roku, gospodarstwo opactwa Niederaltaich nad Dunajem, właśnie Rickering numer 1, w parafii Schwanenkirchen, gdzie urodził się Joseph. Miejsce to musiało mieć jakiś wpływ na wykształcenie najzdolniejszych synów i córek rodu Ratzingerów. Bezpośrednio czy pośrednio dobra w Lesie Bawarskim wydały nie mniej niż dwie zakonnice i pięciu księży. Wśród nich walecznego doktora Georga Ratzingera, który zapisał się w historii Bawarii jako znaczący katolicki polityk społeczny i poseł do parlamentu, oraz jego uzdolnionego brata Thomasa, który jednak porzucił studia teologiczne, żeby zostać prawnikiem. I wreszcie - co ważne - braci Josepha i Georga, do końca dochowujących wierności siedzibie rodu i odwiedzających ją co roku w ostatnią niedzielę sierpnia.
Maria, w dniu ślubu z Josephem licząca sobie lat trzydzieści sześć, kochała życie, była spontaniczna, serdeczna i towarzyska. Była kobietą uczuciową, interesującą się teatrem. Jej rodzice dzięki pracowitości i sprytowi przed pierwszą wojną światową osiągnęli znaczny dobrobyt. Pochodzący ze Szwabii ojciec Isidor Rieger był początkowo rzemieślnikiem, matka Maria Peintner pracowała jako pomoc domowa. W austriackiej miejscowości Hopfgarten dzierżawili piekarnię; dopiero potem, wyruszywszy ze swymi pierwszymi dziećmi Marią i Bennem w podróż drabiniastym wozem, przenieśli się do Bawarii, by tam nad jeziorem Chiemsee prowadzić piekarnię i małe gospodarstwo rolne. Trzecie dziecko, Georg, musiało najpierw pozostać pod opieką przybranych rodziców. W rodzinie miało się urodzić jeszcze siedmioro dzieci, z których dwoje wcześnie zmarło. Ciotka o imieniu Rosl opisywała rodzinę Riegerów jako "pracowitych, dzielnych ludzi" cieszących się "także błogosławieństwem Bożym". "Modlili się przed jedzeniem i po jedzeniu, a wieczorem najczęściej odmawiali różaniec"4. Ojciec pracował w piekarni: od północy do czwartej po południu. Matka wcześnie rano, około czwartej, wstawała, by zająć się trzema krowami, świnią i koniem.
Także dla małej Marii dzień rozpoczynał się w nocy. Przed pójściem do szkoły trzeba było roznieść chleb, obwarzanki i bułki. Do pracy w piekarni wkrótce doszła jeszcze opieka nad siedmiorgiem młodszego rodzeństwa, a matka w tym czasie zaopatrywała hurtowników, rozwożąc pieczywo wozem konnym. Uczęszczająca do szkoły podstawowej Maria w każdą niedzielę od 12.30 do 15.00 uczy się religii w "szkole niedzielnej i świątecznej". Dwaj jej wujkowie dbali o ołtarze świętego Andrzeja w Salzburgu i w klasztornym kościele Wieczystej Adoracji w Innsbrucku. Jej ojciec Isidor z kolei założył w Rimsting nie tylko towarzystwo upiększania wioski, ale także "związek duszpasterski". Jego zasługą było podniesienie gminy do rangi normalnej parafii, w której w każdą niedzielę można było odprawiać mszę świętą.
Jak można przeczytać na świadectwie szkolnym Marii, przyszła matka papieża w piętnastym roku życia "została oddana" na służbę u obcych ludzi w Kufstein. Jak wynika z zapisu w księdze meldunkowej miasta Salzburga, od 1 października 1900 do 19 kwietnia 1901 pracuje jako pomoc domowa u "małżonki koncertmistrza" Marii Zinke. Adres to Priesterhausgasse 20, II piętro. Potem zatrudniła się u generała Zecha niedaleko Frankfurtu. Gdy jej bracia podczas pierwszej wojny światowej pełnią służbę wojskową, ona razem z matką prowadzi w Rimsting piekarnię i na krótko przed poznaniem Josepha Ratzingera ląduje jako kucharka od deserów w hotelu Neuwittelsbach Nymphenburgu, monachijskiej dzielnicy bogaczy5.
O pierwszym rendez-vous rodziców papieża nic nie wiadomo. Można jednak przypuszczać, że szybko podjęli decyzję. Czas naglił. W roku 1920 w domu Riegerów wybuchła istna gorączka weselna: siostra Ida wyszła za mąż 6 stycznia, Benno ożenił się 3 lutego, brat Isidor 16 października. Joseph i Maria wykorzystali okazję i zaplanowali ślub na 9 listopada. Minęły właśnie dwa lata od zakończenia pierwszej wojny światowej, owej arcykatastrofy, która odcisnęła piętno na XX wieku. Na polach bitew straciło życie ponad dwa miliony niemieckich żołnierzy. Siedemset dwadzieścia tysięcy wróciło z frontów z ciężkimi ranami. "Stare próchno się rozsypało - wołał do wzburzonego tłumu polityk Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (Sozialdemokratische Partei Deutschlands, SPD) Philipp Scheidemann po południu 9 listopada 1918 z balkonu berlińskiego Reichstagu. - Hohenzollernowie abdykowali! Niech żyje Republika Niemiecka!"6.
Młoda republika przeżyła straszne lata - pełne ulicznych walk, zbrojnych strajków, powstań robotników, prób puczu i politycznych morderstw, w których wyniku zginęło około pięciu tysięcy osób. 11 lutego 1919 roku po raz pierwszy zebrało się Zgromadzenie Narodowe - dla uniknięcia grożącego w stolicy "nacisku ulicy" nie w Berlinie, lecz w Weimarze. Najcięższą hipoteką okazał się jednak wersalski traktat pokojowy z 28 czerwca 1919, który za wybuch pierwszej wojny światowej obwinił wyłącznie Niemców i ich sprzymierzeńców i tym samym zobowiązał ich do zadośćuczynienia za wszystkie szkody powstałe w jej wyniku.
Alzacja z Lotaryngią zostały oddane Francji, znaczny obszar prowincji poznańskiej Polsce; w sumie siedemdziesiąt tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchni kraju, co dorównywało wielkością Bawarii. Inaczej mówiąc: trzy czwarte zasobów rudy żelaznej i jedna czwarta złóż węgla kamiennego. Pod koniec stycznia 1921 roku alianci wysunęli dalsze żądania: dwieście dwadzieścia sześć miliardów marek w złocie wypłacanych w czterdziestu dwóch rocznych ratach (później kwota ta została obniżona do stu trzydziestu dwóch miliardów), a także obowiązek wypłacania rent poszkodowanym przez wojnę aliantom i ich rodzinom. Niemcy miały zostać radykalnie osłabione pod względem ekonomicznym, jednocześnie jednak zwycięskie mocarstwa chciały korzystać z gospodarczych zasobów byłego wroga. Niewykonalne.
Wartość marki zaczyna wkrótce gwałtownie spadać. Znaczek na list zamiejscowy na początku roku 1923 kosztował piętnaście fenigów, a w czerwcu trzeba zapłacić za niego już sto marek, w sierpniu tysiąc, na początku października dwa miliony, w zaś listopadzie aż sto milionów. U szczytu inflacji w listopadzie 1923 roku dolar kosztuje 4,2 biliona marek niemieckich. Jak powiedział brytyjski historyk Frederick Taylor, "kraj upodabniał się do pociągu bez maszynisty, z coraz większą prędkością pędzącego do nieznanego celu"7.
Dziesięć dni przed zaplanowanym weselem "wachmistrz Joseph Ratzinger 1" - jedynka została oficjalnie dodana by uniknąć pomylenia go z jego krewnym - w napisanym odręcznie liście "Do Głównej Komendy Żandarmerii w Altötting" prosił o "potrzebne zezwolenie" na "poślubienie kucharki wolnego stanu Marii Peintner". Gdy list był w drodze na pocztę, Joseph i Maria szli już do urzędu parafialnego w Pleiskirchen, aktualnym miejscu pobytu Ratzingera, żeby w obecności proboszcza i świadków Franza Hingerla i Josefa Mitternmeiera zawrzeć związek małżeński8.
Wszystko było przygotowane. Jednak bezpośrednio przed zaślubinami pojawił się olbrzymi problem: "przeszkoda małżeńska", jak to się oficjalnie nazywa. Co się stało? "Przeszkoda" liczyła pięć liter i została wyszczególniona w dodatku do dokumentu zaślubin. "Maria Peintner, kat. kucharka, Rimsting am Chiemsee" - widniało w danych narzeczonej. Dalej jednak był ów przeklęty skrót "illeg." (nieważne). Znaczyło to dokładnie: Maria nie tylko była dzieckiem nieślubnym, ale też nie została "legitimiert", czyli prawnie, uznana za dziecko swoich rodziców. I do tego nie miała niezbędnych dokumentów.
Także w parafialnej księdze chrztów figurowało nazwisko matki Marii, niejakiej "Marii Peintner z Mühlbach koło Brixen, służącej w Kufstein", zabrakło natomiast nazwiska ojca. Czyżby piekarz Isidor Rieger był tylko jej ojczymem? I gdzie w ogóle się urodziła? W policyjnej księdze meldunkowej, gdzie została wpisana 6 maja 1920 w Monachium, kiedy zaczynała pracować w hotelu Neuwittelsbach, podała jako miejsce urodzenia Mühlbach koło Brixen w Austrii. Ale czy to była prawda? I dlaczego w szkole w Rimsting znano Marię tylko jako "córkę Riegera", a na świadectwach figurowała zawsze jako Maria Peintner?
Sprawa pochodzenia matki papieża nie wyjaśniła się aż do naszych czasów. Nawet jako dorośli Joseph, Georg i Maria przyjmowali, że ich matka przyszła na świat w Tyrolu Południowym. Żeby wyjaśnić tę kwestię: Maria była nieślubnym dzieckiem. I nie tylko ona. Także jej matka, a nawet jej ojciec - dziadkowie przyszłego papieża - urodzili się jako dzieci nieślubne. To, co ogólnie uchodziło za hańbę, nie było znowu tak rzadko spotykane. Zgodnie z księgami chrzcielnymi w gminie Mühlbach w Tyrolu Południowym, dzisiejszym Rio di Pusteria, w XIX wieku jedna trzecia kobiet miała dzieci jeszcze przed zamążpójściem. Małżeństwo mógł zawrzeć tylko ten, kto miał na to środki finansowe, a wiele osób ich właśnie nie posiadało.
Z kolei ojciec Marii Isidor Rieger był nieślubnym synem niejakiego Johanna Reissa z Günzburga, rzemieślnika, który zarabiał na życie, naprawiając młyny, i Marii Anny Rieger, córki robotnika na dniówki. Urodził się 22 marca 1860 o ósmej rano w Welden pod Augsburgiem i - jak dosłownie napisano w rejestrze urodzin - został "pilnie" ochrzczony w parafialnym kościele Zwiastowania Maryi. On również nie został prawnie uznany przez swego ojca9.
Dodatkowe zamieszanie wynikło stąd, że babka i matka przyszłego papieża nosiły nie tylko to samo imię i nazwisko, ale nadto miejsce urodzenia jednej i drugiej nazywało się tak samo: Mühlbach. Z tym że jedno Mühlbach - miejsce narodzin babki - znajdowało się rzeczywiście w południowym Tyrolu (przyszła na świat w starym młynie w wiosce Raas), a drugie - wieś córki - koło Kiefersfelden, w powiecie Rosenheim. Matka nigdy nie wyjaśniła Marii tego, że urodziła ją 8 stycznia o godzinie czwartej po południu w domu pewnej rodziny, która - jak doszedł do tego pochodzący z Rimsting badacz tamtych stron Johann Nussbaum - wyspecjalizowała się w pomocy przy porodzie ciężarnym niezamężnym kobietom. Powodem braku późniejszego uznania córki przez ojca było skąpstwo matki. Kiedy dziewczyna wyjdzie za mąż - argumentowała - i tak otrzyma inne nazwisko.
Po całym zamieszaniu wesele mogło się jednak odbyć. Zgodnie z planem, Maria i Joseph 9 listopada 1920 roku udali się do Urzędu Stanu Cywilnego w Pleiskirchen i tam zawarli umowę małżeńską. Przy zawieraniu ślubu w kościele Świętego Mikołaja tego samego dnia oficjalnymi świadkami byli rolnik Anton Ratzinger i asystent kasowy Johann Ratzinger. Obraz w ołtarzu przedstawiał Niepokalanie Poczętą Maryję, nad tabernakulum widniał Baranek Boży na księdze z siedmioma pieczęciami.
"Przeszkody małżeńskie" usunął burmistrz Rimsting, który oficjalnie oświadczył, że Maria Peintner jest "ślubną córką piekarzy Isidora Riegera i Marii Rieger z domu Peintner". Koniec, kropka. "Maria Rieger nazywa się Peintner - napisał burmistrz - ponieważ do chwili obecnej nie nastąpiło uznanie ojcostwa, a niezbędne dokumenty są nieosiągalne z powodu okupacji Tyrolu przez Włochów". Benedykt XVI był święcie przekonany, że Isidor Rieger był rzeczywiście jego dziadkiem i ojcem jego matki. Brak tego uznania był "prawniczym zaniedbaniem". Jego dziadkowie wcześnie wyrazili zgodę małżeńską, ale z powodu braku stałego miejsca zamieszkania po prostu nie zawarli od razu ślubu10. Isidor "bardzo kochał swoją córkę Marię, a ona także go kochała".
1 Cyt. za: Johann Nußbaum, "Ich werde mal Kardinal!". Wurzeln, Kindheit und Jugend von Papst Benedikt XVI, Rimsting 2010.
2 Rozmowa Petera Seewalda z Georgiem Ratzingerem.
3 Dionys Asenkerschbaumer, Winfried Helm, Ludwig Raischl, Geburtshaus Papst Benedikt XVI. - Marktl am Inn, Marktl am Inn 2009.
4 Archiwum autora.
5 Johann Nußbaum, "Ich werde mal Kardinal!", dz. cyt.
6 Die Weimarer Republik. Deutschlands erste Demokratie, red. Uwe Klußmann, Joachim Mohr, Hamburg 2014.
7 Tamże.
8 Johann Nußbaum, "Ich werde mal Kardinal!", dz. cyt.
9 Genealogia w archiwach autora.
10 Rozmowa Petera Seewalda z Benedyktem XVI.
ROZDZIAŁ 3
Miejsce narodzin Joseph Ratzinger uważał za fundamentalny element swego życia: "Miejsce, gdzie rodzice dali mi życie; miejsce, którym gdzie stawiałem swoje pierwsze kroki na ziemi; miejsce, gdzie nauczyłem się mówić". A nade wszystko: "miejsce, którym gdzie zostałem ochrzczony w Wielką Sobotę i w ten sposób stałem się członkiem Kościoła Jezusa Chrystusa"1.
Symbolika Wielkiej Soboty była niezwykle istotna w jego życiu. To "najbardziej mroczna tajemnica wiary", a jednocześnie "najjaśniejszy znak nadziei". Zastanawiał się nad tym przez całe życie. W noc zstąpienia Chrystusa do piekieł dokonało się "coś niewyobrażalnego". "Miłość przeniknęła do królestwa śmierci: nawet w najgęstszych ciemnościach możemy dosłyszeć głos, który nas woła, szukać ręki, która nas uchwyci i przeprowadzi na drugą stronę"2.
Z konkretnych wspomnień o Marktl zachował tylko to, co mu przekazali rodzice i rodzeństwo. Na przykład historię z dentystką, która do pracy przyjeżdżała motocyklem. Misia z małego domu towarowego z naprzeciwka, którego bardzo chciał mieć i który ostatecznie wylądował w Rzymie. Na krześle w sypialni Pałacu Apostolskiego.
Pozostała mu także troska o własne zdrowie. Jako późne dziecko był nie tylko bardzo delikatny, ale też szczególnie słabowity. Gdy zachorował na dyfteryt, jego życie było poważnie zagrożone. Zrozpaczona matka miała przed oczami najmłodszego brata swego męża, który po dyfterycie do końca życia pozostał na wpół sparaliżowany. Mały Joseph nie mógł przyjmować pokarmów i płakał dzień i noc. Uratowała go siostra Adelma, jego chrzestna mama, która karmiła go owsianką. Kilka lat później lekarz zdiagnozował u niego wadę serca i matka chroniła go jak oczko w głowie, co mogło się przyczynić do tego, że późniejszy profesor i kardynał zawsze uważany był za osobę słabego zdrowia.
W Marktl rodzina mieszkała jeszcze tylko dwa lata. 11 lipca 1929 żandarm razem z całym dobytkiem wyruszył w drogę do oddalonego o dwadzieścia kilometrów pełnego barokowych zabytków miasta Tittmoning. Awansowany tymczasem na komisarza urzędnik spodziewał się tam lepszych warunków do nauki dla swych dzieci. Dla Josepha był to strzał w dziesiątkę. Bo jeśli kiedykolwiek czuł się w pełni szczęśliwy, były to właśnie lata jego dzieciństwa w otoczeniu, które później określał jednoznacznie jako "kraj marzeń".
Sam przyjazd był niesamowity. W Marktl mieli mieszkanie wygodne i przestronne, ale w Tittmoning Ratzingerowie otrzymali najpiękniejszy budynek w całym mieście, tak zwany Stubenrauchhaus przy Stadtplatz 39. Wspaniała brama wjazdowa, barokowa ozdobna fasada i do tego jeszcze mieszkanie z wykuszem! Z drugiego piętra roztaczał się widok na malowniczy plac z potężnymi bramami, piękną studnią i wznoszącymi się nad tym wszystkim wieżami kolegiaty. Od czasu do czasu pokazywała się za oknem dorożka konna, a czasem także samochód. Gdy nastał jarmark bydlęcy, chłopi targowali się o najwyższe ceny, a w uroczystych pochodach szły wspaniale przyozdabiane rumaki. Z początku dzieci bały się stróża nocnego, który monotonnym głosem ogłaszał czas o każdej godzinie: "Słuchajcie, ludzie, słuchaj, całe miasto, zegar na wieży wybił już dwunastą".
Na lewo od ich domu znajdował się sklep z artykułami żelaznymi, po prawej stronie sklep tekstylny. Z tyłu budynku ulokowano posterunek policji. Załoga składała się z dwóch żandarmów, jednego finansowanego przez miasto, drugiego przez państwo (jeden nosił niebieski mundur, drugi zielony), oraz z komisarza. Zakres obowiązków stanie się wkrótce w stu procentach jasny. Raz komisarz musiał wystąpić nawet przeciwko właścicielowi wynajmowanej przez policję kamienicy, gdy jego służąca Rosa poskarżyła się, że ten brutalnie ją potraktował.W sąsiednim domu mieściło się wydawnictwo Antona Pusteta. W oknie wystawowym można było zobaczyć aktualne nowości książkowe. Na przykład Ericha Marii Remarque'a Na Zachodzie bez zmian albo Alfreda Döblina Berlin - Alexanderplatz. Później można tam było znaleźć także najważniejszą powieść Liona Feuchtwangera Sukces, bogatą panoramę społeczeństwa początku lat dwudziestych. W przedstawionej tam postaci Ruperta Kutznera i jego ruchu Prawdziwych Niemców nie sposób było nie dopatrzyć się Adolfa Hitlera i NSDAP3.
Dla matki udrękę stanowią powroty z zakupów do Stubenrauchhaus, dokąd musi dźwigać drewno i węgiel oraz różne sprawunki. Bruk jest uszkodzony, schody wąskie, pokoje pełne zakamarków. Dla dzieci jednak jest to miejsce ulubionych zabaw z przygodami. Budynek ten należał kiedyś do kanoników regularnych. Po zamęcie spowodowanym przez wojnę trzydziestoletnią stworzyli oni Zgromadzenie Kleryckie Księży Życia Wspólnego zwane bartolomitami, oparte na regule świętego Augustyna. Zyskało ono uznanie w całej Europie. Bartholomäus Holzhauser, jego założyciel, doradzał książętom i możnowładcom, a także służył wsparciem papieżowi Innocentemu X. Akurat pokój, gdzie spały i bawiły się dzieci, był dawniej kapitularzem, w którym kanonicy obradowali nad sprawami wspólnoty i czytali wyjątki z pism Augustyna. Holzhauser zmarł w opinii świętości. W Stubenrauchhaus nie tylko opisywał swoje "tajemne wizje", ale także zredagował komentarz do Księgi Apokalipsy świętego Jana4. W swoich wspomnieniach Ratzinger wyraźnie nawiązywał do "apokaliptycznych widzeń" Holzhausera, które go, jak widać, wcześniej zajmowały.
Liczący cztery i pół tysiąca mieszkańców Tittmoning jest miastem handlu i artystów, stanowi ośrodek budowniczych, rzeźbiarzy, malarzy i złotników. Ulice i place są malownicze i piękne, zdobne we wspaniałe fasady, studnie i rzeźby. Klasztorny kościół Augustianów to barokowy czarno-biało-złoty klejnot. Na wzgórzu rozciąga się imponujący park miejski. W latach dwudziestych XX wieku miasto gościło grupę wspieranego przez Romana Guardiniego katolickiego ruchu młodzieżowego "Quickborn". Jakby tego było mało, urody urbanistycznemu klejnotowi dodaje panorama z alpejskimi szczytami, łagodnymi grzbietami górskimi, mieszanymi lasami i rozłożystymi zielonymi wzgórzami - tak jakby cały ten Zakątek Ruperta (Rupertiwinkel - nazywany tak od świętego Ruperta) spadł z biało-niebieskiego nieba.
Tittmoning jest przede wszystkim miastem głęboko religijnym, jakby jego mieszkańcy nigdy nie mieli dość kościołów, kaplic i klasztorów, figur Maryi Panny i świętego Jana Nepomucena, procesji i uroczystości kościelnych. Religia wypełniała przestrzeń budowlami sakralnymi i przydrożnymi krzyżami, a liturgią roku kościelnego - czas.
Dzieci Ratzingerów spacerują razem z matką do urzędu celnego przy moście i dziwią się, że wystarczy parę kroków, żeby znaleźć się w Austrii. W tak zwanym Pszczelim Domu, małym parku, gdzie mieszczanie hodują pszczoły, mogą się bawić. Przychodzi tam również mieszkający w pobliżu cmentarza Auer Maxl. Ma wielką zaletę: jest właścicielem akordeonu i nie robi trudności, gdy Georg chce na nim pobrzdąkać. "Wrodzone Georgowi zdolności muzyczne", jak napisał Ratzinger w uznaniu dla swego starszego brata, ujawniły się już w Marktl, gdzie jego zainteresowanie budziło "wszystko, co się łączyło z muzyką".
Do najpiękniejszych wspomnień późniejszego kardynała z Tittmoning należą spacery do pielgrzymkowego kościoła Matki Bożej Studziennej. To barokowe sanktuarium znajduje się w lesie nad brzegiem szumiącego górskiego potoku. Jedno z malowideł na sklepieniu ukazuje Jezusa jako chłopca nauczającego w Świątyni Jerozolimskiej.
Znaczące momenty w codziennym życiu rodziny stanowią oglądanie występów w plenerze i wycieczki do Oberndorfu nad Salzachem, gdzie w 1818 powstała Cicha noc, najsłynniejsza kolęda wszech czasów. W St. Radegund, także w Austrii, rodzina bywa na misteriach Męki Pańskiej. Ratzinger przypomina, że żył tam Franz Jägerstätter, rolnik, tercjarz franciszkański i ojciec rodziny, który odmówił służby wojskowej i 9 sierpnia 1943 roku został rozstrzelany przez nazistów. Sześćdziesiąt cztery lata później, 26 października 2007, odbyła się w Rzymie jego beatyfikacja, celebrowana przez Josepha Ratzingera, który o odważnym rolniku słyszał pewnie w młodości od swego ojca.
Tym, co czyni Tittmoning "krajem marzeń" dla trzy- lub pięcioletniego chłopca, jest religijny charakter tego miejsca. Szczególnie fascynuje go "tajemniczy urok klasztornego kościoła z jego barokową liturgią". Są w niej "wznoszący się dym kadzideł", psychodeliczne brzmienia chorału gregoriańskiego, uroczysta muzyka kościelna, wieczne światło w czerwonym kloszu, które mimo iż ma trwać wiecznie, zwisa z pozoru jakby na jednej jedwabnej nitce. Albo też "zdziwienie, że ktoś mógł niepostrzeżenie przejść od filara do ambony", nie będąc wcześniej widzianym.
W tym historycznym klejnocie architektury sakralnej dwaj mali chłopcy chodzą tam i z powrotem przed obrazem cierpiącego Chrystusa zdumieni, że Jezus ciągle wodzi za nimi oczyma, tak jakby właśnie ożył. Georg, ubrany w białą komżę, wkrótce dołączy do niosących drążki baldachimu, gdy jedno z bractw Tittmoning będzie w kościele odprawiać comiesięczną procesję. Jego zdumionego małego braciszka można zobaczyć, jak z szeroko otwartymi oczami ogląda osobliwe mistyczne obrazy na ścianach, razem z matką odmawia litanię i z niezwykłą łatwością zanurza się w tak fantastyczny dla niego i zarazem poruszający świat wiary, pełen tkliwości, piękna i tajemnic. W tym miejscu, jak Ratzinger sam powie w kazaniu 28 sierpnia 1983 roku, przeżył "pierwsze osobiste doświadczenia Domu Bożego". I tak "jak wszystko pierwsze", czego ktoś doświadcza, wywarło to na nim "długotrwałe wrażenie". Nie były to przy tym tylko "powierzchowne, naiwne obrazy", które łatwo mogą poruszać dziecięce serce - wcześnie zaczęły towarzyszyć im "głębokie myśli"5.
W swoim nowym domu Ratzingerowie mieszkają dopiero trzy miesiące i trzynaście dni, kiedy 24 października na nowojorskiej giełdzie gwałtownie spadają kursy. Z powodu różnicy czasu wiadomość o tym dociera do Europy po zamknięciu giełd. Dlatego na Starym Kontynencie panika wybucha dopiero w piątek 25 października - w czarny piątek. Największy w historii krach wywołuje w USA wielką depresję. Banki padają, firmy bankrutują. To początek kryzysu ekonomicznego, podczas którego miliony ludzi stracą pracę i popadną w nędzę. Za jednym zamachem taniec na wulkanie, któremu urok i blask nadawały złote lata dwudzieste, upodobnił się do danse macabre.
Na polityczne dyskusje w Niemczech krach giełdowy podziałał niczym zapłon. NSDAP i partia komunistyczna odczuły niebywały wcześniej napływ członków, szczególnie młodych, którzy nie chcieli się już identyfikować z partiami burżuazyjnymi. Naziści zręcznie zaprezentowali się jako autentyczna partia ludowa. Wobec chłopów podkreślali postulat "zakazu spekulacji ziemią", która musi stanowić "fundament egzystencji". Zadłużonej warstwie średniej przedstawiali się jako wybawcy od społecznej nędzy, robotnikom jako socjalistyczna alternatywa, młodemu pokoleniu oferowali "awans młodości" i jawili się jako ruch przeciwstawiający się zwapniałemu i reakcyjnemu społeczeństwu.
NSDAP domaga się w swym programie "prawa ludów do samostanowienia" i "udziału w zyskach wielkich zakładów". "Podchwyciliśmy opadający sztandar socjalizmu" - zapewnia rozczarowanych zwolenników lewicy główny propagandysta partii Josef Goebbels. Jego partia "stworzy w sercu Europy państwo socjalistyczne". Wtóruje mu Gregor Strasser, nazistowski kierownik organizacyjny (Reichsorganisationsleiter), jeden z najważniejszych ludzi w NSDAP: "Lud protestuje przeciw ładowi gospodarczemu, którego zwolennicy myślą wyłącznie o pieniądzach, korzyściach i dywidendach. Wielka antykapitalistyczna tęsknota stanowi dowód na to, że stoimy przed wielkim, wspaniałym przełomem"6. NSDAP prezentuje się przede wszystkim jako partia, która chce unieważnić traktat wersalski. "Dziesięć lat wstydu" zniesławiło i zhańbiło Rzeszę Niemiecką. Czas już to zmienić.
Masowe pochody brunatnych koszul dawały przedsmak wspólnotowych przeżyć przyszłego świata germańskich bohaterów. Do bojówek NSDAP dołączyło wkrótce czterysta pięćdziesiąt pięć tysięcy nowych członków. Ich najwierniejsi z wiernych gromadzili się w "lokalach szturmowych" i organizowali tanie kuchnie dla bezrobotnych członków. Można było uzyskać nawet własne SA-ubezpieczenie od "wypadków". Chodziło po prostu o szkody powodowane przez bojówkarzy, którzy podczas ulicznych bijatyk niszczyli cudzą własność.
Wczesnym wieczorem 10 września 1930 przed berlińskim Sportpalast na Potsdamer Straße zgromadziły się dziesiątki tysięcy robotników i urzędników, przedsiębiorców, studentów i bezrobotnych, żeby posłuchać najbardziej radykalnego przeciwnika systemu politycznego: Adolfa Hitlera. Hitler jest w swoim żywiole. Jak wyjaśniał w Mein Kampf, propaganda musi stawiać na niewielkie zdolności recepcyjne mas. Nie wchodzi w grę "przypodobanie się uczonym czy młodym pięknoduchom". W swym przemówieniu stawia na emocje: "Im więc skromniejszym balastem naukowym jest ono obciążone i im bardziej stawia wyłącznie na uczucia mas, tym pewniej odniesie sukces"7. W mowie wygłoszonej przed Sportpalast piętnuje "politycznych, ekonomicznych i moralnych bankrutów". "Kapitalizm i wielką finansjerę" musi zastąpić "wola ludu". "Publiczność szaleje" - zanotował Goebbels w swoim dzienniku.
Koncepcje Hitlera znajdują coraz większe uznanie. Gdy cztery dni później zamknięto lokale wyborcze, polityczne trzęsienie ziemi zmiata to, co pozostało z fundamentów republiki. Dwa lata wcześniej NSDAP, otrzymawszy tylko 2,6 procent głosów, uchodziła jeszcze za mało znaczącą frakcję. W wyborach z 14 września 1930 roku zdobywa 18,3 procent - głosuje na nią 6,4 miliona wyborców - i staje się drugą najsilniejszą siłą polityczną Rzeszy Niemieckiej, po SPD mającej 24,5 procent i 8,6 miliona głosów. Do parlamentu wchodzi ze stu siedmioma posłami, a SPD ze stu czterdziestoma trzema. Przyrost odnotowują również komuniści. Równo 4,6 miliona wyborców opowiedziało się za Komunistyczną Partią Niemiec (Kommunistische Partei Deutschlands, KPD), która wprowadziła do parlamentu siedemdziesięciu siedmiu posłów.
Republika Weimarska nie zdołała polepszyć ciężkiej materialnej sytuacji obywateli. Żądania reparacji wojennych stawiane przez kraje zwycięskie niczym pętla na szyi dławiły finanse młodej demokracji. Według naukowych badań politologa Jürgena Faltera na obietnice Hitlera szczególnie podatni okazali się niezależni rolnicy na terenach protestanckich. Najlepsze wyniki NSDAP osiągnęła w Wiefelstede, w okręgu wyborczym Wezera-Ems: 67,8 procent głosów, i w Schwesingu (w Szlezwiku-Holsztynie) - 61,7 procent8. W miastach protestanci zasilali tłumnie ruch sympatyzujących z nazistami Niemieckich Chrześcijan, których celem było założenie ponadwyznaniowego niemieckiego Kościoła Narodowego.
Na umacnianie się partii Hitlera Kościół katolicki reagował początkowo dystansem. W październiku 1930 roku "L'Osservatore Romano" jako oficjalne pismo papieskie ogłosiło, że "członkostwa w NSDAP nie można pogodzić z sumieniem katolickim". Monachijski arcybiskup Michael von Faulhaber nazwał ideologię nazistów "herezją" i bezbożnym odszczepieństwem. Duchownym surowo zabroniono jakiegokolwiek wspierania narodowych socjalistów. Konferencja Episkopatu Niemiec w sierpniu 1932 roku potępiła program NSDAP jako "naukę błędną" i "sprzeczną z wiarą". Katolikom zakazano "zapisywania się do tej partii". Niestosującym się do zakazu odmówiono prawa przystępowania do sakramentów9.
Krach na giełdzie i jego dramatyczne następstwa nie oszczędziły również Ratzingerów. Pensje urzędników państwowych często wypłacano z opóźnieniem. Jeszcze gorsze było jednak coś innego: inflacja pochłonęła ich oszczędności. "Byliśmy biedni" - napisze później Joseph o tej sytuacji. Trzeba było zaciskać pasa - informował jego brat Georg. Ich matka Maria robi wszystko sama. Ceruje. Sprząta pokój służbowy. Uprawia ogród warzywny. Nawet sama wytwarza mydło. Joseph ojciec kiełbasę kroi na jeszcze cieńsze niż kiedyś plasterki, żeby móc wszystkich nią obdzielić. Mistrzostwem i cnotą kształtującą życie staje się poprzestawanie na małym.
Matka nie chciała jednak zrezygnować z pewnego stylu. Do wyjścia ubierała dzieci bardzo starannie, co miało też wskazywać na ich pochodzenie z zamożnej rodziny piekarzy i przypominać formy, których nauczyła się w eleganckich domach swoich dawnych pracodawców. Żeby oszczędzać dobre ubrania, Maria, Georg i Joseph w domu nosili niebieskie fartuchy, swoje "łachy". "Matka była serdeczna, kochająca, czuła i - jak potwierdzał Joseph - nie tak racjonalnie myśląca jak ojciec"; "lubiła spontaniczność". Jego rodzice "różnili się podejściem do życia". Akuratność ojca przejawiała się w "egzekwowaniu punktualności i dokładności. Nie żałował też przykrych słów przy wykroczeniach, których nie wolno się było dopuścić, a nawet potrafił wymierzyć policzek. Wtedy uważano to za normalny środek wychowawczy"10.
Georg zapamiętał to inaczej. "Bardzo zważał na dokładność i porządek, ale nigdy nie wymierzał policzka, czasem tylko uderzył po tyłku"11. Matka natomiast, gdy dzieciaki za bardzo rozrabiały, chwytała za trzepaczkę. "Byliśmy przecież normalnymi ludźmi" - wyjaśniał późniejszy papież. Także między rodzicami dochodziło niekiedy do "kłótni", "ale przeważała atmosfera wzajemnej życzliwości i wspólnego szczęścia"12. W gruncie rzeczy istniała między nimi "głęboka wewnętrzna jedność", która sprawiała, że było to szczęśliwe partnerstwo.
Joseph bawi się najczęściej w domu, w pobliżu matki. Drewnianym koniem albo jednym ze swych szmacianych zwierzątek. "Nie był specjalnym majsterkowiczem - mówi Georg - chętnie jednak kombinował coś z klockami, gdy miał ich pudełko. Czasem przychodził w odwiedziny wierny Benno z Rimsting", ulubiony wujek. Benno lubi teatr, razem z żoną regularnie jeździ do opery w Monachium luksusowym otwartym samochodem z sześcioma siedzeniami. Ma samochód sportowy drogiej angielskiej marki MG, wyścigową łódź, zbiera stare motocykle, ma też zajmujący cały spichlerz zbiór broni. Wujek uchodzi za rozrzutnego bawidamka i hazardzistę, ale swoich siostrzeńców zaskakuje wystruganym własnoręcznie małym ołtarzykiem z obrotowym tabernakulum. Innym razem wymalował kulisy do starannie przechowywanego przez rodzinę żłóbka bożonarodzeniowego.
Od wujka Georga z Buffalo w Ameryce przychodzi niekiedy paczka z artykułami spożywczymi. Ze strony ojca kontakt z nimi utrzymuje ciotka Theogona, zakonnica. Wujek Alois, brat ojca, jako kapłan i zagorzały zwolennik liturgii ludu13, przysyła listy, udziela nieproszonych porad i zwraca uwagę, że dzieci powinny go częściej odwiedzać w jego dolnobawarskiej parafii. Ze swymi często dziwacznymi pomysłami Alois uchodzi w rodzinie za osobliwą postać. "Był rozumny - mawiał jego bratanek - ale uparty".
W życiu Georga rozpoczyna się nowy rozdział. Może teraz razem z siostrą Marią chodzić do szkoły i jest z tego bardzo dumny. Zmienia się coś także w życiu Josepha. Ma trzy lata, gdy ojciec odprowadza go do przedszkola sióstr Loreto znajdującego się w dawnym klasztorze Augustianów. Mimo iż wiążą się z tym dodatkowe koszty, rodzice spodziewają się, że zaowocuje to interesującymi kontaktami z rówieśnikami, a po cichu mają nadzieję także na formację religijną syna. Założona w roku 1855 ochronka dla dzieci opiekuje się około dziewięćdziesięcioma dziewczynkami i chłopcami, w odrębnych pomieszczeniach. "W południe musieliśmy spać z rękami położonymi na wierzchu" - opowiada niegdysiejszy przedszkolak. Kategoryczne polecenia, cała ta dyscyplina i w ogóle: mnóstwo osób nie uważa tego "zakładu" za szczególnie pociągający - również "Beppi" (Józio), jak nowo przybyłego nazywają inni. Chętniej by został w domu, z mamą. Na wiosnę 1931 dochodzi tam do spotkania, które głęboko wryje się mu w pamięć.
Marktl należało do diecezji pasawskiej, Tittmoning natomiast znajdowało się na terytorium archidiecezji monachijsko-fryzyńskiej - na 19 czerwca 1931 roku swoją wizytę zapowiedział tam kardynał Michael von Faulhaber. Miał on właściwie udzielić sakramentu bierzmowania, ale skoro już jest w tym mieście, chce odwiedzić również przedszkole. Komisarz Ratzinger wkłada świąteczny mundur i błyszczący złotem hełm, a wśród oczekujących hierarchy jest również mały Joseph. Gdy kierowca kardynała zatrzymuje swe potężne auto, jest cicho jak makiem zasiał. Dopiero gdy otwierają się drzwi samochodu i książę Kościoła z godnością wysiada, opada napięcie. Będący pod wrażeniem tego przepychu i wspaniałości Joseph poczuł się nagle pewny siebie: "Będę kiedyś kardynałem!". Ten okrzyk był może repliką słów starszego brata, który spytawszy ojca, jak się nazywają ludzie kierujący muzyką w kościele, natychmiast oświadczył: "Ja także zostanę kapelmistrzem katedralnym". Wydaje się jednak, że kardynał nie wywarł na małym Josephie na tyle silnego wrażenia, żeby nie zmienił zdania w sprawie zawodu. "Zostanę malarzem" - ogłasza niewiele dni później, gdy malarz pokojowy nadał nowego blasku mieszkaniu rodziny14.
Kłopotów nie ubywa. Najstarsza Maria ma problemy z migdałkami. Georg dostaje zapalenia płuc, a Josepherl, jak w domu nazywają beniaminka, i bez choroby wymaga szczególnej troski. Na zdjęciu z tamtych czasów matka wygląda na niezdolną do dalszej walki. Atrakcyjna kiedyś, wyglądająca na damę, zamieniła się w niemal całkowicie wyczerpaną kobietę. Także jej małżonek robi wrażenie przygarbionego i bezsilnego. Coraz częściej, jak stwierdza syn Joseph, jego ojciec "musiał na wiecach reagować na brutalność członków SA" i "interweniować w przypadkach gwałtowności nazistów". "Dzieci, módlcie się, błagała matka, żeby ojciec bezpiecznie wrócił do domu". Wszyscy w rodzinie, jak czytamy we wspomnieniach Ratzingera, "czuli bardzo wyraźnie przygniatające go głębokie zatroskanie, którego nie mógł się pozbyć także w codziennym życiu".
Gdy Hitlerowi nie powiodła się próba zostania prezydentem Rzeszy, komisarz może odetchnąć. Ten Austriak jest dla niego wstrętnym przestępcą, który powinien się znaleźć za kratkami, a jego ruch wytworem zła. Ratzinger jest abonentem "Münchener Tagblatt". Gazeta ta jest bliska Bawarskiej Partii Ludowej (Bayerische Volkspartei, BVP), z którą żandarm sympatyzuje. Innym abonowanym w domu pismem jest "Der Gerade Weg", tygodnik antyfaszystowski, drukowany na monachijskiej Schellingstraße, w tej samej drukarni co nazistowski "Völkischer Beobachter". Führer pienił się za każdym razem, gdy zecer kładł mu na stole świeży numer "Der Gerade Weg". Założycielem i naczelnym redaktorem "Der Gerade Weg" jest Fritz Gerlich, wcześniej redaktor naczelny "Münchner Neuesten Nachrichten" (poprzednika "Süddeutsche Zeitung"). Wspiera to pismo książę Erich von Waldburg-Zeil. W tytule artykułu z 31 lipca 1932 Gerlich, nawrócony na katolicyzm protestant z północnych Niemiec, bije na alarm. "Narodowy socjalizm jest plagą" - wydrukowano wielkimi literami15.
Sam artykuł ostrzega przed nim najwyraźniej jak tylko można: "Narodowy socjalizm oznacza wrogą postawę wobec sąsiednich narodów, rządy przemocy w kraju, wojnę domową i wojnę narodów. Narodowy socjalizm to kłamstwo, nienawiść, bratobójstwo i bezgraniczna nędza. Adolf Hitler głosi prawo kłamstwa. Wy, którzy padliście ofiarą kłamstw człowieka opętanego przez panowanie przemocy, przebudźcie się! Chodzi o Niemcy, o wasz los i los waszych dzieci!".
Los dzieci! Gdy żandarm Ratzinger odkłada gazetę, może myśleć tylko o Marii, Georgu i Josephie. Rozprawia się ze zbirami z SA i SS z rosnącą z miesiąca na miesiąc determinacją. Już dawno przyjaciele i koledzy doradzali mu wycofanie się z linii strzału. Na wszelki wypadek! Zwłaszcza że jego temperament trudno było ujarzmić.
Żal mu było mieszkania w Stubenrauchhaus. Tak samo jak Tittmoning, które uważał za tak "rozwijające" dla dzieci. Ale czy już dawno nie należało zapewnić rodzinie bezpieczeństwa? Czy nie czytał w prawie każdym numerze "Der Gerade Weg" o walce Hitlera z Kościołem katolickim? Jedno z krótkich doniesień brzmiało: "Narodowy socjalista dr v. Leers na zebraniu SA w lipcu 1931 w Dreźnie głosił: "Noc, kiedy przechwycicie władzę, jest waszą sprawą, członkowie SA, i wiemy wszyscy, że będzie to noc długich noży"".
1 Joseph Ratzinger, Predigt in Marktl, Pfingstmontag, 19. Mai 1986 (kazanie Josepha Ratzingera w Marktl, Poniedziałek Zielonych Świątek, 19 maja 1986).
2 Joseph Ratzinger, Meditationen zur Karwoche, Freising 1969.
3 Lion Feuchtwanger, Sukces. Trzy lata historii jednej prowincji, tłum. Jacek Frühling, Warszawa 1959.
4 Bartholomäus Holzhauser, Lebensgeschichte und Gesichte, nebst dessen Erklärung der Offenbarung des heiligen Johannes, Berlin 2011.
5 Wywiad Martina Lohmanna z Josephem Ratzingerem dla Bayerisches Fernsehen, 18 grudnia 1998.
6 Die Weimarer Republik. Deutschlands erste Demokratie, red. Uwe Klußmann, Joachim Mohr, Hamburg 2014.
7 Adolf Hitler, Mein Kampf, München 1938.
8 Die Weimarer Republik, dz. cyt.
9 Herbert W. Wurster, Das Bistum Passau und seine Geschichte, Straßburg 2010.
10 Benedykt XVI, Peter Seewald, Ostatnie rozmowy, tłum. Jacek Jurczyński, Kraków 2016, s. 74.
11 Rozmowa Petera Seewalda z Georgiem Ratzingerem.
12 Benedykt XVI, Peter Seewald, Ostatnie rozmowy, dz. cyt., s. 75.
13 Określenie "liturgia ludu" (Volksliturgie) odnosi się do jednego z przedstawicieli tzw. ruchu liturgicznego, rozwijającego się na Zachodzie w I połowie XX wieku, Piusa Parrscha. Ruch ten przygotował w znacznej mierze reformę liturgiczną II Soboru Watykańskiego, a przede wszystkim reformę mszy świętej. Chociaż samo słowo "liturgia", tłumaczone z języka greckiego (leiton ergon - dzieło ludu), zawiera już w sobie jej element wspólnotowy, eklezjalny, to jednak Parsch używa celowo dodatkowo przymiotnika "ludu", aby, jak sam pisze, "podkreślić to zadanie, które ma do spełnienia w liturgii lud, człowiek świecki". Na podstawie: http://www.currenda.diecezja.tarnow.pl/archiwum/4-94/o-2.htm (przyp. do wyd. pol.).
14 Rozmowa Petera Seewalda z Georgiem Ratzingerem.
15 Fritz Gerlich, Der Nationalsozialismus ist eine Pest, "Der Gerade Weg", 31 lipca 1932.
ROZDZIAŁ 4
Na 1 i 2 października 1932 roku hitlerowska młodzież (Hitlerjugend, HJ) zaprosiła młodych na Dzień Młodzieży Rzeszy do Poczdamu, miasta z pruskimi tradycjami. Motto: "Przeciw reakcji - za rewolucją socjalistyczną". Z całych Niemiec pociągami i w ciężarówkach zjechało do miasta siedemdziesiąt tysięcy chłopców i dziewcząt, żeby z pochodniami i czerwono-biało-czerwonymi flagami Hitlerjugend maszerować ulicami - był to dotychczas największy na świecie polityczny marsz młodzieży. Hitler przyjmował paradę w butach z cholewami i w czapce z daszkiem. Młodzi wpatrywali się w niego z błyszczącymi oczami. Jak mówi jedna z uczestniczek, widzieli w nim nadzieję na ocalenie, ratownika i wybawiciela z największej nędzy i patrzyli na niego z przejmującą wiarą1.
Bezrobocie ciągle rosło. W roku 1931 zarejestrowało się pięć milionów bezrobotnych, a już rok później - równe siedem milionów. Jednocześnie przybywało kandydatów do partii Hitlera. W ciągu zaledwie siedmiu miesięcy liczba jej członków prawie się podwoiła, osiągając ponad milion. W wyborach do parlamentu w lipcu 1932 roku NSDAP, zdobywszy 37,4 procent głosów - po raz pierwszy z największym udziałem głosujących - weszła do parlamentu jako najsilniejsza frakcja w Reichstagu. Hitler zażądał urzędu kanclerza. Ale prezydent Rzeszy Hindenburg jeszcze mu odmówił. Zamiast tego rozwiązał Reichstag i zarządził nowe wybory. Tymczasem Niemcy coraz bardziej pogrążały się w pełzającej wojnie domowej. Od połowy czerwca do 20 lipca w samych tylko Prusach w wyniku ulicznych walk naliczono dziewięćdziesięciu dziewięciu zabitych i tysiąc stu dwudziestu pięciu rannych.
Zmianę nastrojów w kraju opisuje czasopismo członkiń ewangelickiego Neulandbundu. Pewna młoda redaktorka w ten sposób przedstawiła tęsknotę swego pokolenia: "My, kobiety, cały czas byłyśmy tam i rozglądałyśmy się, czy mężczyźni wpakują się w to błoto nikczemności, poniżenia, chciwości, egoizmu i nienawiści klasowej. A potem drżące poczułyśmy, że dokonał się cud Boga i rzeczywiście powstał zbawca, który zdołał obudzić duszę ludu. Wtedy z nieopisaną radością przyłączyłyśmy się do tego wołania: "Niemcy, przebudźcie się!", i wiedziałyśmy już: tutaj sam Bóg kroczy przez historię świata, tutaj On sam wskrzesił narzędzie"2.
Dla żandarma Ratzingera nadeszła chwila, by zapewnić rodzinie bezpieczeństwo. Już trzynaście razy w ciągu swego życia zmieniał miejsce pobytu, ale ta ostatnia zmiana nie jest niczym innym jak ucieczką. W niedzielę 5 grudnia 1932 roku, w dniu ich przybycia do Aschau nad Innem, pogoda była posępna i wietrzna, padał na przemian zimny deszcz i śnieg. Na przywitanie sąsiadka przygotowała herbatę. Wkrótce pojawił się burmistrz, a potem proboszcz. W końcu przyjechał z rodziną nowy komendant posterunku policji. A wszystko poprzedzał pewien rozgłos, odkąd Ratzinger ojciec w odległym o trzydzieści pięć kilometrów Tittmoning naraził się członkom SA, których zebrania rozwiązywał, przez co dał się poznać jako zdeklarowany przeciwnik nazistów.
Maria miała jedenaście lat, Georg osiem, a Joseph pięć; na twarzach ich wszystkich malował się smutek. Uradowała się tylko matka, gdy zobaczyła nowe mieszkanie z porządną kuchnią. "Prawdziwa willa" - powiedziała - z kuchnią-jadalnią. Równinna okolica z rozległymi pastwiskami robiła miłe wrażenie; nadto jeszcze potok przydawał wsi romantycznego uroku. Ale co to była za zmiana w zestawieniu z czarującym "małym miasteczkiem, chlubą mieszkańców"! We wspomnieniach Josepha nic nie mogło się równać "z mieszkaniem w Tittmoning". A do tego jeszcze "nieco inny dialekt" wieśniaków: "na początku nie rozumieliśmy niektórych słów "3.
Aschau nad Innem na początku lat trzydziestych stanowiło wzorcowy przykład dawnej Bawarii znanej z nostalgicznych kalendarzy. Wielkie zagrody chłopskie skupiały się wokół kościoła, pozostałe ciągnęły się z prawej i lewej strony długiej wiejskiej drogi. Nie było aptekarza ani lekarza, za to mieszkańcy mieli do wyboru wiele sklepów, dwie oberże - w tym jedną z browarem - dwóch piekarzy i rzeźnię. Infrastrukturę uzupełniali kowal, stolarz, zakład rowerowy i niestrudzony pan Brand ze swym zakładem świadczącym usługi fryzjerskie, fotograficzne i elektryczne. Krawiec przyjeżdżał z innej miejscowości, żeby w chłopskich zagrodach na miejscu naprawiać ubrania mieszkańców.
Kiedy w Aschau jak zwykle głośno rozbrzmiewały dzwony kościelne, oznaczało to niedzielę albo jakąś uroczystość: Zielone Świątki lub Boże Ciało, albo też zbliżającą się zza zakrętu procesję, z krzyżem i chorągwią na przedzie, odprowadzającą na wieczny spoczynek jakiegoś mieszkańca gminy, który zakończył swoje pracowite życie. Miejscowe kobiety pełniły kolejno posługę, odwiedzając dwie obłożnie chore panny Kifinger, Fanny i jej siostrę Wally. Fanny cierpiała na gruźlicę kości i inne choroby. Szczególnie bolesne były wrzody koło ust. Młoda krawcowa z pokorą przyjmowała swe cierpienia, ofiarując je, jak mówiono, Jezusowi. W każdym razie nie słyszano, żeby się skarżyła. Bardziej zajmowała się sprawami wsi i szukającym pomocy przyrzekała modlitwę. Wkrótce pojawią się tam jako ministranci również Georg i Joseph, gdy o świcie kapłan ze stułą i cyborium - naczyńkiem na hostie - będzie codziennie przychodzić z kościoła przez mostek do Fanny, żeby udzielić jej komunii.
W "willi" Ratzingerów na głównej ulicy pod numerem 29, domu najmowanym od bogatego chłopa, na parterze mieści się posterunek policji i mieszkanie dla żandarmów pomocniczych. Ciemna izba w przybudówce służy za więzienie dla zatrzymanych na krótko aresztantów. Na pierwszym piętrze nowi przybysze dysponują kuchnią z jadalnią, mieszkalnym salonem i dwoma sypialniami. Jedną z nich zajmują matka z córką (bo nie ma osobnego pokoju dla dziewczynki), drugi dzielą ze sobą ojciec i chłopcy. Dla zasiedziałych bogatszych chłopów i handlarzy jako rodzina niższego urzędnika byli z początku "nieco niższą kategorią", jak wspomina Joseph. A raczej zamknięty charakter Ratzingera jako żandarma nie ułatwiał nawiązywania kontaktów. Według jednego z ówczesnych mieszkańców wioski "był on zawsze poważnym, surowym człowiekiem, osobą budzącą szacunek"4.
Łatwiejsza w obcowaniu okazuje się jego "dobrotliwa żona", która swoją serdecznością i ciepłem może trochę równoważyć oschłość małżonka. Wszędzie mówi się o tym, że częstuje posiłkami biedne dzieci. "Właściwie szybko zostaliśmy tam zaakceptowani" - wspomina Georg. Także najmłodszy "bardzo szybko polubił wioskę i nauczył się doceniać jej piękno". Kardynał Ratzinger powiedział kiedyś z radością: "Przez kawałek swego życia wzrastałem na wsi i poznałem zapach ziemi, rolnictwo i życie w rytm pór roku".
W miesiącach zimowych na wsi wszystko niemal zamiera. Głęboki śnieg unieruchomił ludzi w domach. Chłopi grzali stopy przy piecach i rzadko kiedy widać było ciągnący ulicą zaprzęg koni czy wołów - powoli, jakby ktoś zatrzymał czas. Zbliżało się Boże Narodzenie. Na początku XX wieku dzieci prosiły najczęściej z okazji świąt o przedmioty religijne i błogosławieństwo Boże, dodając w listach podziękowanie "drogim rodzicom". List do Dzieciątka Jezus z 1934 roku jest najwcześniejszym zachowanym pismem, jakie wyszło spod ręki późniejszego papieża. "Drogie Dzieciątko Jezus - czytamy tam słowa wykaligrafowane pięknym staroniemieckim pismem. - Wkrótce zstąpisz na ziemię. Chcesz sprawić radość dzieciom. Także mnie chcesz sprawić radość. Pragnę mieć mszalik Schotta, zielony ornat do mszy i wizerunek serca JEZUS. Chcę być zawsze grzeczny. Najpiękniejsze pozdrowienia od Josepha Ratzingera"5. List ten malec przyozdobił namalowaną gałązką jodłową ze świecą i kulą, a dla oszczędzenia papieru rodzeństwo na odwrotnej stronie umieściło własne życzenia. Maria pragnęła Das Wunderstündlein, ulubionej wtedy książki bożonarodzeniowej; Georg nut do muzyki kościelnej i - podobnie jak jego brat - białej komży do mszy, żeby się razem bawić w proboszcza.
Chrześcijanie w Niemczech nie przypuszczają nawet, że 24 grudnia 1932 będą świętować ostatnią wieczerzę wigilijną, w czasie której Boże Narodzenie nie będzie zagłuszane propagandowym wrzaskiem głośników. Już szukanie dodatków do żłóbka - jak wspomina Ratzinger - "jałowca, szyszek jodłowych i mchu, było czymś zupełnie szczególnym; czuło się, że gdy przyrodę wkłada się niejako we własne życie i w historię zbawienia, przeszłość staje się teraźniejszością i rzeczywistością we własnym życiu".
Po południowej kawie o godzinie 16.00 odmawiano wspólnie różaniec - klęcząc na podłodze i opierając ręce na siedzeniu krzesła - aż wreszcie kres oczekiwaniu kładł delikatny dźwięk dzwonka oznajmiający przybycie Dzieciątka Jezus. "Potem przechodziliśmy do salonu, gdzie na stole stało już drzewko jodłowe z zapalonymi świeczkami woskowymi - opowiada Georg. - Drzewko było ustrojone bombkami, włosami anielskimi i lametą, a oprócz tego gwiazdkami, sercami i kometami, które nasza mama wycinała z marmolady pigwowej". Przed rozpakowaniem podarków - własnoręcznie zrobionych skarpet i pulowerów - rozbrzmiewają kolędy. Potem dzieci urozmaicają wieczór domową muzyką, pierwszy raz samodzielnie skomponowaną. "Matka była rozczulona do łez - opowiada Georg o swym debiucie kompozytorskim - wzruszony był także trzeźwo myślący ojciec"6.
Wszystko dobrze się ułożyło. Wszyscy członkowie rodziny czuli się bezpieczni. Służba ojca stała się spokojniejsza. Inaczej niż w Tittmoning, nie było tu walki wyborczej ani agresywnych zebrań w pokojach za zapleczu gospodarskich domów. W szkole Georg zadziwiał swymi muzycznymi zdolnościami, jego siostra niezwykłą inteligencją i fenomenalną pamięcią, dzięki której w sztuce teatralnej mogła bez trudności wyrecytować na scenie nawet trzydziestominutowy tekst. Mały Joseph zaprzyjaźnia się ze swą rówieśniczką Bärbel, córką piwowara z sąsiedztwa, i nie może się doczekać, kiedy będzie mógł podobnie jak jego rodzeństwo zasiadać w ławie szkolnej.
Nastał wreszcie Rok Święty zapowiedziany na 1933 przez papieża Piusa XI. Zaplanowane było pokorne rozważanie cierpień Chrystusa sprzed tysiąca dziewięciuset lat. Wielu katolików spodziewało się, że będzie to rok łaski, w rzeczywistości jednak ten Jubileusz Chrystusa miał się stać rokiem straszliwych doświadczeń. Podobnym do katharsis w Ewangelii - kryzysu w Kafarnaum, kiedy odeszło wielu zwolenników Chrystusa, ponieważ mieli inne pojęcie Mesjasza i drogi zbawienia. "Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?" - zapytał Jezus swych uczniów. "A wy za kogo Mnie uważacie?" Trzeba było podjąć decyzję: albo wyznanie wiary w Chrystusa, albo pójście drogą zbawienia rozumianego w kategoriach polityki światowej.
Do swego nowego mieszkania Ratzingerowie wprowadzili się na początku grudnia; dokładnie osiem tygodni później, w poniedziałek 30 stycznia 1933, w Aschau wywieszono flagę ze swastyką. Tego dnia władzę objął Hitler, który przez dwanaście lat będzie decydował o losie Niemiec, Europy i całego świata. Rok Jubileuszowy śmierci Jezusa staje się rokiem śmierci prawa i wolności, wiary, nadziei i miłości; rokiem zstąpienia w Wielką Sobotę, w ciemności śmierci i terroru, w bezprzykładne w dziejach ludzkości apokaliptyczne szaleństwo.
Ustanowienie Hitlera kanclerzem Rzeszy Niemieckiej nie dokonało się na drodze wyborów, lecz w wyniku decyzji Paula von Hindenburga. Przez podporządkowanie sobie ruchu narodowosocjalistycznego prezydent Rzeszy spodziewał się zaprowadzić w kraju spokój. Szybko miał się dowiedzieć, jak naiwne było to przekonanie. "Już się stało - napisał szef propagandy NSDAP Joseph Goebbels jeszcze wieczorem 31 stycznia w swoim notatniku. - Siedzimy na Wilhelmstraße. Hitler jest kanclerzem Rzeszy. Jak w bajce!
Wczoraj w południe w [hotelu] Kaiserhof: wszyscy czekamy. Wreszcie przychodzi. Wynik: on kanclerzem Rzeszy (...). Stary dał za wygraną. Na końcu był bardzo wzruszony. Tak jest w porządku. Teraz musimy go całkiem pozyskać dla siebie. Wszyscy mamy łzy w oczach. Ściskamy dłoń Hitlerowi. Zasłużył sobie na to. Wielka radość. Na dole podnosi wrzawę naród. Zaraz do roboty. Reichstag rozwiązany "7.
Teraz, zgodnie z od dawna przygotowywanymi planami, następuje jedno za drugim:
1 lutego - rozwiązanie Reichstagu przez prezydenta Rzeszy von Hindenburga.
3 lutego: Führer w obecności generałów sił zbrojnych Rzeszy jako cel swojej polityki ogłasza przywrócenie obowiązkowej służby wojskowej i "zdobycie nowej przestrzeni życiowej na Wschodzie oraz jej bezwzględną germanizację".
4 lutego - wydanie "Rozporządzenia Prezydenta Rzeszy o ochronie narodu niemieckiego", które podważa wolność prasy i zgromadzeń. Jednocześnie w całych Niemczech pod groźbą użycia siły tracą mandaty organy gminne (rady i burmistrzowie), a naczelnicy urzędów zostają aresztowani.
20 lutego - dwudziestu pięciu przemysłowców na "zaproszenie" NSDAP przekazuje do jej dyspozycji fundusz wyborczy w wysokości trzech milionów marek niemieckich. Stanowią oni cr?me de la cr?me niemieckiego przemysłu jako reprezentanci firm: Allianz, Hoesch, Vereinigte Stahlwerke, Siemens, IG Farben, Opel, Wintershall. Spośród "zaproszonych" ofiarowania daniny odmówił tylko Robert Bosch. Przedstawicielom wielkiego przemysłu Hitler jasno oświadcza: "Jeśli chcemy całkowicie pokonać drugą stronę, musimy najpierw przejąć całą władzę". O tej daninie Goebbels tak napisał w swym notatniku: "Na wybory wydamy dość dużą sumę, która za jednym pociągnięciem uwolni nas od wszelkich kłopotów finansowych. Uruchomię cały aparat propagandy i godzinę później zaczną stukać wszystkie maszyny".
22 lutego - pięćdziesiąt tysięcy członków SS i SA zostaje uznanych za zbrojne pomocnicze "siły policyjne".
27 lutego - podjętą przez Holendra Marinusa van der Lubbego próbę podpalenia budynku Reichstagu w Berlinie SA i SS uznają za pretekst do rozpętania w Niemczech fali terroru; polityczni przeciwnicy są zatrzymywani, torturowani albo likwidowani.
28 lutego: "Rozporządzenie Prezydenta Rzeszy o ochronie narodu i państwa", tak zwane Reichstagsbrandverordnung [wydane po pożarze Reichstagu], unieważnia istotne obywatelskie prawa podstawowe. Tego samego dnia ukazuje się "Rozporządzenie Prezydenta Rzeszy w sprawie zdrady narodu niemieckiego i knowań winnych zdrady stanu", które ma w zarodku zdusić każdy opór.
W Aschau komisarz Ratzinger z przerażeniem śledzi potok informacji, które spadają na kraj niczym grad bomb. Wybory 5 marca 1933 roku miały uprawomocnić przejęcie władzy przez nazistów, jednak NSDAP razem z Niemiecką Narodową Partią Ludową (Deutschnationale Volkspartei, DNVP) osiągnęła tylko nieznaczną większość. To, co potem nastąpiło, było bezlitosnym terrorystycznym przewrotem.
8 marca: trzy dni po wyborach, chcąc zapewnić NSDAP większość dwóch trzecich posłów, KPD odebrano wszystkie mandaty poselskie.
22 marca: założono obóz koncentracyjny w Dachau, z zamiarem osadzania w nim przeciwników politycznych i stawiających opór księży.
21 marca: ukazuje się "Rozporządzenie Prezydenta Rzeszy o zwalczaniu podziemnej działalności przeciw rządowi odrodzenia narodowego", które nakazuje karanie wszelkich krytycznych wypowiedzi przeciwko rządowi.
23 marca: otoczeni przez uzbrojone oddziały SA i SS pozostali jeszcze posłowie przyjmują "Ustawę o usunięciu zagrożenia narodu i państwa" i "Ustawę o nadzwyczajnych pełnomocnictwach", która rządowi Rzeszy nadaje prawo posługiwania się przemocą. Posłowie KPD są wtrącani do więzienia albo znikają. Jeszcze nieuwięzieni posłowie SPD głosują przeciw tej ustawie, posłowie innych partii głosują za jej przyjęciem.
31 marca: "Ustawa w sprawie ujednolicenia Rzeszy" znosi parlamenty krajowe i ustanawia ich nowe obsadzenie.
Początek kwietnia: okupacja domów związków zawodowych i "spontaniczne" bojkotowanie sklepów żydowskich.
7 kwietnia: ustanowienie namiestników Rzeszy w landach, którzy mają się troszczyć o wprowadzanie na podległych sobie terenach "podawanych przez kanclerza Rzeszy dyrektyw polityki". SA i SS dokonują licznych aresztowań. "Ustawa w sprawie przywrócenia służby cywilnej" od chwili jej ogłoszenia reguluje zwalnianie urzędników niepożądanych i "niearyjskich".
Maj 1933: palenie książek w Berlinie, Bremie, Dreźnie, we Frankfurcie, w Hanowerze, Monachium, Norymberdze i innych miastach. W ogień wrzucane są dzieła Bertolta Brechta, Alfreda Döblina, Liona Feuchtwangera, Zygmunta Freuda, Ericha Kästnera, Heinricha Manna, Ericha Marii Remarque'a, Kurta Tucholskiego, Franza Werfla, Stefana Zweiga i wielu innych "elementów wywrotowych".
Czerwiec 1933: rozwiązanie SPD z powodu domniemanej zdrady landu i stanu oraz "samorozwiązanie się" DNVP i Niemieckiej Partii Centrum (Zentrumspartei).
Lipiec 1933: "Rozporządzenie Ministra Spraw Wewnętrznych Rzeszy w sprawie bezpiecznego kierowania państwem" rozwiązuje wszystkie partie oprócz NSDAP. "Ustawa zabraniająca zakładania nowych partii" tworzy państwo jednopartyjne.
W dramatycznych tygodniach przejmowania władzy przez nazistów jedna z wiadomości musiała szczególnie dotknąć komisarza Ratzingera. Tygodnik "Der Gerade Weg" z całą pasją przeciwstawiał się Hitlerowi. Jeden z jego tytułów brzmiał: "Podżegacze, przestępcy i pomyleńcy". Bezkompromisowa postawa wobec hitleryzmu została uhonorowana przez czytelników. Nakład wzrósł do stu tysięcy egzemplarzy. 30 stycznia 1933 redaktor naczelny doktor Fritz Gerlich tak pisał o mowie Hitlera w Reichstagu: "Naród niemiecki ponownie stanie się narodem wiernym chrześcijańskiej moralności i swej kulturalnej tradycji i będzie się wstydził, i to długo wstydził, że kanclerz Rzeszy mógł zachęcać (...) do rządów, które są sprzeczne z prawdą i gwałcą ją, tak jak dzieje się teraz".
Miesiąc później, 9 marca 1933, ludzie SA, wołając: "Gdzie jest ta świnia Gerlich?", wdzierają się szturmem do pomieszczeń redakcji "Der Gerade Weg" w monachijskim Färbergraben, okładają dziennikarza pięściami i kopniakami i wywożą do obozu koncentracyjnego w Dachau. Po piętnastu miesiącach więzienia, 30 czerwca 1934 roku, krótko przed północą zostaje on wyprowadzony ze celi i zamordowany. Jego żonie naziści posyłają w kartonie jedyną "spuściznę" po Fritzu Gerlichu: jego zakrwawione okulary8.
Żandarm Ratzinger nie musiał być prorokiem, wystarcza mu trzeźwy umysł, żeby ocenić przyszłość: "Zbliża się wojna - powiedział swej rodzinie - teraz potrzebny jest nam nowy dom".
1 Die Weimarer Republik. Deutschlands erste Demokratie, red. Uwe Klußmann, Joachim Mohr, Hamburg 2014.
2 Tamże.
3 Joseph Ratzinger, Moje życie, tłum. Witold Wiśniowski SSP, wyd. 3, Częstochowa 2005, s. 14.
4 Elisabeth Heinrich, Auf Dein Wort hin. Erstkommunion in Aschau am Inn, Aschau 2007.
5 Archiwum Instytutu Papieża Benedykta XVI, Ratyzbona.
6 Rozmowa Petera Seewalda z Georgiem Ratzingerem.
7 Joseph Goebbels, Dzienniki, t. 1: 1923-1939, tłum. Eugeniusz Cezary Król, Warszawa 2016, s. 229.
8 Erwein Frhr. von Aretin, Fritz Michael Gerlich. Lebensbild des Publizisten und christlichen Widerstandskämpfers, München 1983.
ROZDZIAŁ 5
Któregoś ranka najmłodsze dziecko żandarma wraz z przyjaciółką Bärbel idą wiejską ulicą, trzymając się za ręce. Chłopczyk z dumą nosi na szyi szalik, który matka dała mu na urodziny.
Jest 2 maja 1933, dla Josepha to pierwszy dzień nauki. W trzyklasowej szkole podstawowej nauczycielka we wspólnej sali szkolnej uczy jednocześnie pierwszą i drugą klasę; jedna liczy siedemnaścioro, druga dwadzieścioro pięcioro uczniów. Z przodu w ławkach siedzą chłopcy, z tyłu dziewczynki. Do pisania służy łupkowa tabliczka i rysik. Nauka odbywa się przez sześć dni w tygodniu, także po południu, od godziny pierwszej do trzeciej. Raz w tygodniu proboszcz Igla odprawia obowiązkową mszę szkolną - temu nie mogą przeszkodzić nawet naziści. Na ścianie wisi portret tego człowieka, którego Joseph zna z domu jako "włóczęgę" i "przestępcę". Panna Anna Fahmüller, nauczycielka, wypisała na tablicy duże litery. Pierwsze słowa, które przyszły papież uczy się pisać, to "AU MEINE NASE", Au! Mój nos. Dużo później będzie mogła zobaczyć efekty.
Joseph wyrósł na ładnego chłopca. Delikatne rysy twarzy zdradzają wrażliwe usposobienie. Na jego świadectwie można przeczytać: "Uważny, nie rozmawia w czasie nauki, nie bije się, jest punktualny i zgodny". Brat Georg uzupełnia: "W szkole podstawowej w Aschau Joseph był zdecydowanie najlepszym uczniem"1. Nikt nie słyszał, żeby brał udział w bójkach albo w walce na śnieżki. Ani też w wyścigach w czasie przerwy, gdy inni gonili do potoku i na moście kładli się na brzuchu, żeby obserwować ryby. Koledzy byli jednak przejęci, gdy odkryli u niego akcesorium, jakiego nigdzie jeszcze nie widzieli. Dokładnie w środku szalika dyndającego nad tabliczką dojrzeli wyhaftowany krzyż. Niewielki, ale na tyle duży, że nie można o nim zapomnieć.
Był spokojny, powściągliwy i opanowany, jak opowiadał dawny kolega Josepha Georg Haas: "Nie taki, co zaraz woła: "Ja wiem, ja wiem"". "Jeśli go jednak o coś zapytano - mówi Barbara Ametsbichler - wszystko wiedział". "Na ślepo mu ufano - dodaje jeszcze Franziska Salzeder. - Skoro mówi to Ratzinger, to tak musi być". Kolega z klasy Alois Steinbeißer miał nawet "wrażenie, że on wiedział więcej niż nauczyciele"2. Jednak ucznia, którego nauczycielka często wyznaczała do pilnowania klasy, nie uważano za nieśmiałego. Jak powiedziała pani Ametsbichler, "miał on jakąś świadomość siebie samego". Nauczyciel, który zwykł był często używać kija, ani razu nie odważył się tego zrobić w stosunku do Josepha. Ratzinger tak mówi o sobie samym: "Nie byłem pełnym fantazji łobuzem"; nie przypominał sobie płatania komuś figla w tamtych czasach. Jednak niekiedy "przez swoją śmiałość" nauczycielom w szkole "odbierał odwagę". W Tittmoning i Aschau był - jak powie późniejszy papież - "nad wyraz wesołym chłopcem"3; później się to zmieniło.
Jego szkolnym kolegom podpadły szczególnie dwie rzeczy: Joseph nigdy nie biegał boso, tak jak w lecie robiła większość chłopskich dzieci, ale zawsze nosił wysokie sznurowane buty. W trzeciej klasie, gdy miał osiem lat, odrzucił także zwykle noszony tornister. Jak zapisano w szkolnej kronice, "jako jedyny chodził teraz do szkoły z aktówką". Wynikało to może z podjętej przez niego poważnej decyzji. Do tego czasu rodzice i rodzeństwo wołali na niego najczęściej "Josepherl" (Józek). Teraz jednak oświadcza w obecności całej rodziny: "Tak dalej nie będzie. W przeciwnym razie już na całe życie zostanę Josepherlem. Od dzisiaj nazywam się Joseph". Jeszcze osiemdziesiąt lat później dziwił się: "To oświadczenie zostało wtedy rzeczywiście zaakceptowane".
Jego brat Georg rozpoczyna wielce obiecującą karierę muzyczną. Najpierw uczennica z liceum w klasztorze w Au uczy go gry na fisharmonii. Gdy ojciec czuje, że takie dyletanckie metody synowi na niewiele się zdadzą pozwala mu brać razem z Marią lekcje gry na fortepianie. Jako podarku na Boże Narodzenie Georg życzy sobie Liber Usualis, grubego, mającego tysiąc dziewięćset pięćdziesiąt stron łacińskiego śpiewnika liturgicznego z wszystkimi śpiewami na Oratorium i Propriami mszy świętej w niedziele i święta. Jego braciszek z otwartą buzią zauważa, że "nie ma w nim ani słowa po niemiecku". Pod datą 20 grudnia w parafialnej kronice Aschau zapisano: "Uczeń z piątej klasy wspaniale uczestniczy w niemieckich śpiewach mszalnych i w łacińskim chorale mszy"4. Georg jest dumny. "Moja mama bardzo się ucieszyła, tato natomiast nic nie powiedział, co zresztą było całkowicie zgodne z jego usposobieniem".
Muzyki uczy się także beniaminek. W roku szkolnym 1936/1937 każdego tygodnia chodzi do klasztoru w Au am Inn, gdzie przez godzinę siostra Berchmana Fischbacher uczy go gry na fisharmonii. Potem bierze też lekcje gry na skrzypcach. W przeciwieństwie do swego brata, któremu nauczycielka muzyki "wkrótce nie miała już nic do przekazania", Joseph twierdzi, że doszedł "do sonat Beethovena, ale tak naprawdę nigdy nie potrafił tego dobrze zagrać"5.
Na zasadniczo katolickich obszarach wiejskich nazistom przez długi czas trudno było znaleźć znaczniejszą liczbę zwolenników. Szczególnie gdy wyborcy, tak jak Ratzingerowie, byli świadomymi bawarskimi patriotami o orientacji antypruskiej, która odrzucała wszelki niemiecki szowinizm. "Życie rolników znajdowało się w ścisłej symbiozie z wiarą Kościoła - pisał Ratzinger w swych wspomnieniach. - Narodziny i śmierć, wesele i choroba, zasiew i żniwa - wszystko to było zatopione w wierze"6. Jednak po przejęciu władzy przez NSDAP sytuacja zmieniła się także w Aschau.
Już 30 stycznia 1933 roku zarządzono demonstracyjny pochód poparcia dla Führera - wiejską drogą w górę i z powrotem, i to w ulewnym deszczu. "Maszerowaliśmy dzielnie w kałużach - opowiadał Georg - co było raczej śmieszne". W każdym razie ukryci i jawni naziści zobaczyli, że nadszedł ich czas, i jak przypominał sobie Joseph, "nagle ku przerażeniu wielu powyciągali ze skrzyń swe brunatne mundury". Na przykład mieszkający na parterze posterunku żandarm pomocniczy razem ze swoją żoną każdego ranka wyruszają na "ćwiczenia sportowe".
Kościół wciąż nie jest tylko instytucją, ale "ze szczerej potrzeby serca" swoich parafian stanowi centrum wioski. "Niezręcznie byłoby wystąpić przeciw niemu zbyt otwarcie" - zauważył Ratzinger. Przy okazji ustawiania tradycyjnego drzewka majowego jeden z nauczycieli recytuje "modlitwę do drzewka majowego" - odtąd symbolu nowego germańskiego kultu. Jak zauważył Joseph, w oczach trzeźwo myślących wieśniaków wypadło to raczej żałośnie: "Młodzi chłopcy bardziej interesowali się kiełbaskami zawieszonymi na drzewku i jak najszybszym wdrapaniem się po nie niż zaciekłymi przemowami kierownika szkoły"7.
Dla nikogo w tej miejscowości sytuacja nie była tak trudna jak dla komisarza. Dla niego naziści byli po prostu przestępcami. Hitlera nazywał przy dzieciach nicponiem i najgorszego rodzaju oszustem. Jako stróż porządku miał nagle służyć państwu, którego kierownictwa głęboko nienawidził. "Byłem jeszcze bardzo mały - opowiada jego syn - ale pamiętam, jak bardzo cierpiał". Gdy brał do rąk gazetę i czytał o posunięciach nowych panów, "wpadał niemal w szał". Żandarm jest człowiekiem czynu. Jeszcze w roku przejęcia władzy przez Hitlera kupuje za pięć tysięcy pięćset reichsmarek stary chłopski dom w pobliżu Traunstein, miasta ze szkołą. Dla drobnego urzędnika było to dużo pieniędzy. Spora kwota za dwieście lat liczące domostwo w małym przysiółku, które poprzedni właściciele doprowadzili do ruiny.
Po rozwiązaniu partii w Niemczech zakazane zostały wszystkie niezależne związki młodzieżowe, a Hitlerjugend (HJ) i Związek Dziewcząt Niemieckich (Bund Deutscher Mädel, BDM), uznano za młodzieżową formację obywatelską. W przedszkolach krzyż zastąpiono swastyką, w szpitalach siostry zakonne nazistowskimi pielęgniarkami. Księży nazywa się potencjalnymi wrogami Rzeszy, szpieguje się ich i zadręcza. W miejsce Bożego Narodzenia wprowadza się nordycko-germańskie Jul-Fest, święto zimowe, Wielkanocy Haasen-Fest, święto zajączka. Chrześcijaństwo ma stopniowo wyprzeć jakaś nazistowska wiara, "religia dla wszystkich". Zamiast Heil Christi obowiązuje Sieg-Heil Führera, nowego i rzeczywistego zbawiciela. "Rozkazu nie dał nam żaden ziemski władca - wrzeszczy Hitler na zjeździe NSDAP w roku 1934 - rozkaz dał nam Bóg, który stworzył nasz naród".
Naziści nie wyrośli w ciągu jednej nocy. Także w innych krajach europejskich ruchy faszystowskie dążyły do przemian społecznych i politycznych. Do przechwycenia władzy NSDAP potrzebowała całej dekady. Jednak jej podstawy ideologiczne zostały wypracowane znacznie wcześniej, zwłaszcza w odniesieniu do teorii, które przez wprowadzenie elementów ludowych, narodowych i rasistowskich mogły chrześcijaństwo przekształcić w swoistą religię ludową.
Szczególne znaczenie miało przy tym pojęcie "chrześcijaństwa pozytywnego", które posługując się motywami pseudoreligijnymi, umożliwiało tworzenie religii postępowej, zgodnej z duchem czasów. Alternatywę dla głoszonej Ewangelii stanowiła sfabrykowana przez ludzi mieszanina mająca na celu stworzenie Kościoła narodowego poddanego władzy świeckiego dyktatora. To "chrześcijaństwo pozytywne" - jak zapewniał Hitler - było podstawą jego politycznych poczynań. W roku 1941, u szczytu swej władzy, w kręgu zaufanych jasno powiedział: "Wojna się skończy, a ja swoje ostatnie zadanie będę widział jeszcze w rozwiązaniu problemu Kościoła. Dopiero wtedy niemiecki naród będzie całkowicie bezpieczny"8.
Jednym z prekursorów ruchu narodoworeligijnego był ewangelicki proboszcz Arthur Bonus, który już od 1896 roku propagował "germanizowanie chrześcijaństwa". Inny pastor, Friedrich Andersen z Flensburga, od roku 1904 domagał się usunięcia Starego Testamentu i "wszelkich zanieczyszczeń czystej nauki Jezusa przez żydowskie śmiecie". W roku 1917, na jubileusz czterechsetlecia reformacji, Andersen razem z Adolfem Bartelsem, Ernstem Katzerem i Hansem von Wolzogenem opublikowali "na czysto ewangelicznej podstawie" dziewięćdziesiąt pięć myśli przewodnich, które uważali za program "germanizacji i odżydzenia chrześcijaństwa". Można w nich było przeczytać: "Najnowsze naukowe badania ras otworzyły nam wreszcie oczy na zgubne skutki mieszania narodów germańskich z niegermańskimi i skłaniają nas do dążenia wszelkimi siłami do całkowitego oczyszczenia naszego narodu i odseparowania go od innych"9.
Najważniejszym pionierem "oczyszczonej religii" miał się okazać założony w 1927, roku urodzin Ratzingera, kościelny ruch Niemieckich Chrześcijan (Deutsche Christen, DC), który propagował nową Trójcę: Boga, Führera i naród. Książka Alfreda Rosenberga Der Mythus des 20. Jahrhunderts (Mit dwudziestego wieku), którą 7 lutego 1934 Kościół katolicki umieścił na indeksie, spotkała się w tych kręgach z bardzo życzliwym przyjęciem. Ten główny ideolog Hitlera wyklinał marksistowski i katolicki internacjonalizm, w którym widział dwie wersje tego samego żydowskiego ducha. Jego przeciwieństwo, nowa religia narodowa, nie byłoby niczym innym jak tylko uzupełnieniem reformacji. W dyrektywach tego nowego ruchu wiary czytamy: "W rasie, ludzie i narodzie widzimy dane nam i powierzone zasady życia (...). Zabrania się przede wszystkim zawierania małżeństwa Niemców z Żydami"10. W jego planach znajdowały się też: wykluczenie judeochrześcijan, "odżydzenie" kościelnego orędzia przez odrzucenie Starego Testamentu, reinterpretacja Nowego oraz "oczyszczenie rasy germańskiej" przez "unikanie nieczystych" i "niższych".
Program Niemieckich Chrześcijan niewiele się różnił od programu NSDAP. Również mówiono o "chrześcijaństwie pozytywnym" i o "swoiście pojmowanej wierze w Chrystusa". Jego propagandyści powoływali się przy tym na słynnego praojca. Także reformator Marcin Luter głosił bowiem program odżydzenia. Jeden z jego antysemickich pamfletów z roku 1543 tak się zaczynał: "Najpierw spalić ich synagogi i szkoły, a co nie zechce się palić, zasypać ziemią, tak żeby żaden człowiek nigdy nie zobaczył z nich nawet jednego kamienia czy żużla"11. A dalej: "Należy to zrobić dla uczczenia Pana i chrześcijaństwa, by Bóg zobaczył, że jesteśmy chrześcijanami (...) rozwalić i zniszczyć ich domy"12. Praktyka "chrztu Żydów" była dla Lutra okropnością: "Następnego Żyda ochrzczę w Łabie, ale z kamieniem u szyi"13.
Niemieccy Chrześcijanie od dawna nie byli już tylko frakcją. Z milionem członków - z jednej trzeciej protestanckich parafii - zdominowali wkrótce wszystkie odłamy protestantyzmu podzielonego na Kościoły luterańskie, zjednoczone i reformowane. Z okazji mianowania Hitlera kanclerzem Rzeszy Kościoły niektórych landów organizowały dziękczynne nabożeństwa. Sympatyzujący z Niemieckimi Chrześcijanami pastorzy polecali zawieszanie w kościołach swastyk jako "symbolu niemieckiej nadziei". Podczas manifestacji w berlińskim Sportpalast przewodniczący okręgu Reinhold Krause 13 listopada 1933 roku w obecności dwudziestu tysięcy rozentuzjazmowanych zwolenników ruchu wyraźnie powiedział: "Jeśli my, niemieccy chrześcijanie, wstydzimy się kupować od Żyda krawat, to powinniśmy się najpierw wstydzić przyjmowania od Żydów czegoś, co przemawia do naszej duszy, wewnętrznych treści religijnych". "Dusza narodu niemieckiego należy bez reszty do nowego państwa". Tych totalitarnych dążeń nie powinien odrzucać także Kościół. Nakazem chwili jest zjednoczenie się wszystkich religii i wyznań w "jednym ludowym narodowym Kościele"14.
Jak wynika z badań przeprowadzonych przez politologa Jürgena W. Faltera15, w wyborach do parlamentu Rzeszy w lipcu 1932 roku na terenach z 80 procentami ludności protestanckiej NSDAP otrzymała przeciętnie 42,1 procent głosów, gdy tymczasem na terenach katolickich z odpowiednio wysoką liczbą wyborców - tylko 24,1 procent. Jeśli w parlamencie z roku 1924 było 25 procent katolików, to w roku 1943 już tylko 5 procent. Postawa znacznej części protestanckich wyborców skłoniła ewangelickiego socjologa Gerharda Schmidtchena do postawienia pytania: "Czy w Niemczech katolickich narodowy socjalizm w ogóle uzyskałby władzę?". Historyk Winfried Becker, do 2007 profesor nowożytnej i najnowszej historii na uniwersytecie w Pasawie, stwierdził: "Około tysiąca pięciuset ewangelickich czasopism z łącznie dwunastoma milionami egzemplarzy niemal jednogłośnie z uznaniem powitało "narodowy zryw" ruchu Hitlera, natomiast opozycja prasy katolickiej, mimo początkowych ustępstw, była powszechna"16.
Opozycja w obozie protestanckim narodziła się wtedy, gdy Synod Generalny Ewangelickiego Kościoła Unii Staropruskiej przyjął we wrześniu 1933 roku w Berlinie tak zwane paragrafy aryjskie. Wiązało się to z przeniesieniem w stan spoczynku wszystkich proboszczów i urzędników kościelnych, którzy mieli w rodzinie żydowskich rodziców lub dziadków. Na tę niesłychaną decyzję wierni zareagowali protestami i masowymi wystąpieniami. Jeszcze w tym samym miesiącu utworzono związek proboszczów, z którego w maju 1934 roku powstał z kolei Kościół Wyznający.
Do czołowych osobistości protestanckiego ruchu opozycyjnego zaliczali się teologowie Martin Niemöller i Dietrich Bonhoeffer. Ten drugi 5 kwietnia 1943 roku został uwięziony i 9 kwietnia 1945 w KL Flossenbürg stracony na wyraźny rozkaz Hitlera jako jeden z ostatnich przeciwników NSDAP, których powiązano z zamachem z 20 lipca 1944. Jednym z punktów oparcia dla sympatyzujących z siłami Kościoła Wyznającego okazała się teologia reprezentowana przez wykładającego w Bonn Karla Bartha, która z zasady przeciwstawiała się wszelkim interpretacjom Ewangelii w duchu czasu i starała się odnowić ewangelicką teologię przez konsekwentny nawrót do biblijnego objawienia. (Ludziom najlepiej może służyć wierne głoszenie danego nam słowa Bożego - mówił Barth. Ratzinger jako profesor był w żywym kontakcie ze szwajcarskimi protestantami, Barth zaś cenił katolików i własnym studentom polecał: "Czytajcie Ratzingera!").
Pomimo inicjatyw Kościoła Wyznającego wkrótce trzy czwarte wszystkich ewangelickich Kościołów zakłada w Eisenach "Instytut badania i usuwania żydowskich wpływów w życiu niemieckiego Kościoła", tak zwany Instytut Odżydzania. W Wartburgu, gdzie Luter dokonał przekładu Biblii, dwustu biskupów, biskupi krajowi, najwyższe rady kościelne, profesorowie i artyści zaangażowali się w opracowanie "odżydzonego Nowego Testamentu" i "wolnego od wpływu żydów" katechizmu (zatytułowanego Deutsche mit Gott, Niemcy z Bogiem). W księdze jubileuszowej instytutu jego naukowy dyrektor Walter Grundmann, profesor Nowego Testamentu na uniwersytecie w Jenie, zawarł następujący program: "Zdrowy naród musi odrzucić żydostwo w każdej jego formie i zrobi to (...). Żyda należy uważać za wrogiego i szkodliwego cudzoziemca i pozbawić go wszelkich wpływów"17.
Chcąc uspokoić krytyków i zapewnić sobie poparcie zwierzchnictw kościelnych, Hitler zręcznie przyozdabiał swe wypowiedzi religijnymi dodatkami. "Rozporządzenie Prezydenta Rzeszy o ochronie narodu niemieckiego" z 4 lutego 1933 roku groziło karami krytykom kościelnych organizacji i zwyczajów. 23 marca roku 1933 w oficjalnej deklaracji nie tylko zapewniał chrześcijańskim Kościołom opiekę i wsparcie ze strony państwa, ale nadto gwarantował nienaruszalność ich praw. Już w "Wezwaniu rządu Rzeszy do narodu niemieckiego" z 1 lutego 1933 roku przyrzekał, że rząd weźmie pod opiekę "chrześcijaństwo jako fundament (...) moralności, a rodzinę jako podstawową komórkę (...) narodu i państwa". Zakończył je liturgicznie sformułowaną prośbą: "Niech wszechmogący Bóg wspiera swoją łaską naszą pracę, kształtuje należycie naszą wolę, błogosławi naszym zamysłom i uszczęśliwia nas zaufaniem naszego narodu"18.
Te oszukańcze manewry okazały się skuteczne. W marcu 1933 roku w tygodniku "Das Evangelische Deutschland" pojawił się artykuł zatytułowany: "Jedna Rzesza, jeden naród, jeden Bóg". Również w katolickim episkopacie doszło do nieszczęsnych przewartościowań. Jeszcze 25 marca 1928 Święte Oficjum, późniejsza Kongregacja Nauki Wiary, na skutek narastających ruchów nacjonalistycznych w Europie w imieniu papieża napiętnowało rasizm jako doktrynę bezbożną. Ponieważ Ojciec Święty "potępia wszelką zazdrość i zawiść - czytamy w jego deklaracji - potępia również z całą surowością nienawiść do ludu wybranego kiedyś przez Boga - tę mianowicie nienawiść, którą dzisiaj pospolicie określa się mianem antysemityzmu"19.
W 1931 katolickie czasopismo "Junges Zentrum" przestrzegało: "Jeśli my, katolicy, chcemy być zbawieni, nigdy nie powinniśmy układać się z tymi potęgami". We wrześniu 1930 roku wikariat generalny diecezji mogunckiej oświadczył, że katolikowi "nie wolno się zapisywać do partii Hitlera". 10 lutego 1931 Konferencja Episkopatu Bawarii domagała się odrzucenia narodowego socjalizmu. Podobne deklaracje ogłosili 5 marca 1931 biskupi kolońskiej prowincji kościelnej, a w sierpniu 1931 tak zwana fuldajska konferencja biskupów. Duchownym katolickim "surowo zabrania się" w nich współpracy z nazistami, a świeckim katolikom przypomina się, że zakazana jest przynależność do ich partii oraz że zarówno popieranie jej programu, jak i ewentualne głosowanie na nazistów są grzechem.
Niestety, doszło do dramatycznej zmiany stanowiska. 28 marca 1933 roku, pięć dni po oficjalnej deklaracji Hitlera, konferencje biskupów, fuldajska i fryzyńska, opublikowały wspólny list pasterski. Istotne jego zdanie brzmiało: "Nie cofając zawartego w naszych wcześniejszych oświadczeniach potępienia niektórych religijno-moralnych błędów, uważamy, że wcześniejsze ogólne zakazy i ostrzeżenia nie muszą już być uznawane za konieczne". Dwa miesiące później, 8 czerwca 1933, niemieccy biskupi w swych pasterskich słowach posunęli się jeszcze krok dalej. Hierarchowie pochwalają "narodowe przebudzenie się". Zwyczajne członkostwo w NSDAP albo w jej odgałęzieniach nie oznacza już odtąd naruszenia kościelnego przykazania.
To straszliwy dzień i dotkliwy policzek dla żandarma Ratzingera, który krytykował wielu biskupów za to, że dali się uśpić i wprowadzić w błąd. "Był on z jednej strony człowiekiem niewiarygodnie nabożnym, który dużo się modlił, i był mocno zakorzeniony w wierze Kościoła - mówił później jego syn Joseph - a z drugiej strony człowiekiem trzeźwym i krytycznym, nawet wobec papieża i biskupów". Ratzinger junior dodał jeszcze: "Właśnie ta trzeźwa pobożność, z jaką przeżywał swoją wiarę i którą był rzeczywiście przeniknięty, miała dla mnie zasadnicze znaczenie"20.
Dowody uległości dawali także protestanci. Największy Kościół związkowy Niemiec, Ewangelicki Kościół Unii Staropruskiej, w kwietniu 1933 roku w wielkanocnym orędziu zwracał się do ludu, do którego Bóg przemówił "przez tę wielką zmianę", by starał się "z wdzięcznością pozostawać w jedności z kierownictwem nowych Niemiec" i nawiązał radosną "współpracę w narodowej i moralnej odnowie naszego narodu"21.
Dzień wcześniej naziści wezwali do bojkotowania żydowskich sklepów.
1 Rozmowa Petera Seewalda z Georgiem Ratzingerem.
2 Wypowiedź Aloisa Steinbeißera w filmie Joseph Ratzinger - Die Jugend des Papstes, reż. Franz Fleischmann, 2005.
3 Benedykt XVI, Peter Seewald, Ostatnie rozmowy, tłum. Jacek Jurczyński, Kraków 2016, s. 66.
4 Kathi Stimmer-Salzeder, Joseph Ratzinger - Papst Benedikt XVI. Kinderjahre in Aschau am Inn, Aschau 2006.
5 Kardinal Ratzinger. Der Erzbischof von München und Freising in Wort und Bild, red. Karl Wagner, Hermann Ruf, München 1977.
6 Joseph Ratzinger, Moje życie, tłum. Witold Wiśniowski SSP, wyd. 3, Częstochowa 2005, s. 18.
7 Tamże, s. 17.
8 Christoph Strohm, Die Kirchen im Dritten Reich, München 2011.
9 Cyt. za: "Die Zeit", 31 października 2012.
10 Christoph Strohm, Die Kirchen im Dritten Reich, dz. cyt.
11 Strona internetowa http://www.denkwege-zu-luther.de/?toleranz/detail/luther_juden_luegen.asp?bURL=de/materialien_zeitgenoessische_quellen.asp.
12 Martin Luter, Von den Jüden und ihren Lügen, München 1936.
13 Tak przytacza to wittenberski superintendent i badacz Lutra prof. Maximilian Meichßner w roku 1936 w swym kazaniu na 390-lecie śmierci reformatora. Zob. Ronny Kabus, Vor 50 Jahren - "Kristallnacht" in Wittenberg am Geburtstag Martin Luthers, "Schriftenreihe der Staatlichen Lutherhalle Wittenberg" 1988, nr 4, s. 4.
14 Cyt. za: "Die Zeit", 31 października 2012.
15 Jürgen W. Falter, Hitlers Wähler, München 1991.
16 Winfried Becker, Presse und Kommunikation der Katholiken im Kirchenkampf des "Dritten Reiches", strona internetowa https://doi.org/10.7788/hpm.2004.11.1.97 (dostęp: 16.04.2020).
17 Hans Prolingheuer, Das kirchliche "Entjudungsinstitut" 1939 bis 1945 in der Lutherstadt Eisennach, niepublikowany tekst wykładu, który ewangelicki profesor i publicysta opracował po swoim ostatnim pobycie w miejscu pamięci obozu w Dachau, 12 listopada 1997.
18 Max Domarus, Hitler. Reden und Proklamationen 1932-1945. Kommentiert von einem deutschen Zeitgenossen, Würzburg 1963.
19 Walter Hannot, Die Judenfrage in der katholischen Tagespresse Deutschlands und Österreichs, Mainz 1990.
20 Rozmowa Petera Seewalda z Benedyktem XVI.
21 Christoph Strohm, Die Kirchen im Dritten Reich, dz. cyt.
ROZDZIAŁ 6
Rodzina Ratzingerów zacieśnia więzi, a tym, co je umacnia, jest wiara. Każdego ranka odmawiają wspólnie modlitwę, modlą się także przy wszystkich posiłkach. Obowiązkowe jest chodzenie do kościoła. Do tego jeszcze różaniec. Na wsi w Bawarii jest to zresztą i tak czymś równie oczywistym jak jedzenie i picie. Pielgrzymki, spowiedzi i nowenny, ofiarowanie cierpień, zachowywanie przepisanych postów stanowiły wspólne dziedzictwo, podobnie jak ludowa mądrość i chłopskie zasady.
Jeśli nic nie stało na przeszkodzie, ojciec wyciągał w sobotę swój stary komentarz do Ewangelii. "Żeby nas wprowadzić w niedzielne czytanie" - wyjaśniał Joseph. Według Georga w domu panowała "zupełnie normalna, zdrowa i mocna religijność". "[Próbowaliśmy] po prostu być wierzącymi katolikami" - wspomina. I mimo że temperamenty rodziców były tak odmienne - dodaje jego brat - "w tej sprawie przy wszystkich dzielących ich różnicach byli jednomyślni. Religia była czymś najważniejszym".
Przypadkowo lub nie: wszystkie dotychczasowe miejsca pobytu tej rodziny skupiały się wokół Altötting, "serca Bawarii", jak nazywano to miejsce pielgrzymkowe. Komisarz jest zagorzałym czcicielem Maryi. Uświęcał swe życie jako członek Męskiej Sodalicji Mariańskiej z Altötting, bractwa liczącego już czterysta lat. Będąc odpowiedzialnym, dobrym chrześcijaninem i wiernym papieżowi człowiekiem, chciał razem z podobnie myślącymi mierzyć się z wymaganiami Boga w życiu rodzinnym i pracy, w Kościele i sferze publicznej i tak kształtować swe sumienie. Wiązała się z tym stara bawarska, przemawiająca do serca pobożność i wiara - charyzmatyczna, emocjonalna, bliska życiu i zdrowa.
Centrum Altötting, słynną Kaplicę Łask, od połowy XIV wieku zdobiła Matka Boża z Dzieciątkiem Jezus. W roku 1489 zaczęły się rozchodzić wieści o cudownych uzdrowieniach i od tego czasu miejsce to uważano za szczególnie błogosławione. Otoczenie kaplicy pokrywało się tysiącami tablic wotywnych. Na każdej widniał napis: "Maryja mi pomogła!". Przybywało kościołów, klasztorów, kaplic i dróg krzyżowych. Sklepy z dewocjonaliami, stoiska ze świecami, miejsca zebrań i od 1912 roku bazylika papieska zdolna pomieścić osiem tysięcy wiernych przyczyniły się do powstania czegoś na kształt świętego miasta przyciągającego miliony pielgrzymów. Wśród przybyszów szukających Boga znalazł się wieśniak Johann Birndorfer, który później jako brat Konrad i furtian klasztoru Kapucynów przez swą pobożność ("krzyż jest moją książką"), pokorę i miłość bliźniego stał się wzorem dla innych.
Altötting - jak twierdził Joseph Ratzinger - wywierało mocne wrażenie także na nim. "Szczęściem" było dla niego urodzenie się niedaleko tego maryjnego centrum pielgrzymkowego. "Słynąca łaskami kaplica, jej tajemniczy mrok, kosztownie przystrojona czarna Madonna otoczona wotami i cicha modlitwa wielu osób (...) wszystko to jeszcze dzisiaj porusza mnie tak samo jak w tamtych dawnych latach. Obecność świętej, uzdrawiającej dobroci, dobroć matek, w której udziela się nam dobroć samego Boga"1. Jako papież 11 września 2006 roku złożył u stóp Madonny w tej kaplicy swój pierścień z Feniksem, dar od rodzeństwa z okazji święceń biskupich, który później został wprawiony w berło statuy Matki Bożej.
Ratzinger senior przypominał trochę żydowskiego rabina, który ślęczy nad świętymi księgami, objaśnia biblijne historie i wobec rodziny występuje jako nauczyciel podstawowych prawd wiary. Ma dystans do bigoterii, daleki jest od uganiania się za cudownościami, sceptycznie też odnosi się do fenomenów, na przykład Teresy z Konnersreuth, która jako stygmatyczka w Wielkie Piątki pokazywała swoje krwawiące rany przypominające rany Chrystusa. Dzieciom, odpowiednio do ich wieku i stopnia rozwoju, daje do rąk rozwijającą je lekturę. Dla Josepha jest to najpierw modlitewnik dla dzieci, potem dziecięcy mszalik z krótkimi tekstami i obrazkami objaśniającymi przebieg mszy świętej, a później tak zwany Schott dla dzieci, następnie Schott na niedziele, a wreszcie cały mszał na wszystkie dni roku. Wydawanie mszalików zapoczątkował benedyktyn Anselm Schott, który w roku 1884 po raz pierwszy wydał "Mszalik dla świeckich" objaśniający wiernym w ich ojczystym języku katolickie obrzędy.
Część wychowania stanowi również nauka muzyki. "Nalegał, żebyśmy my, dzieci, dużo muzykowali" - mówi Joseph. Wspólna radość z muzyki umacnia więź rodzinną i wspólnym świętom nadaje bardziej uroczysty charakter. Również córka Maria ma otrzymać staranne wykształcenie, co do tego nie ma wątpliwości. Któregoś dnia ojciec oświadczył nawet: "Cała trójka dzieci musi zrobić prawo jazdy". Żadnemu się to nie udało. Nie czuło się w domu przesadnego nacisku, jednak wszystko podporządkowane było dobremu wychowaniu dzieci, jak zapewnia Georg. "Być porządnym człowiekiem - to był temat zasadniczy". "Wiedzieliśmy - powiedział jego brat - że musimy zachowywać porządek. W wierze, w życiu rodzinnym i przestrzegając we wszystkim prawa". Ojciec był "sprawiedliwym i szczerym człowiekiem" i bardzo zważał na "trzymanie się zasad". "Czuliśmy też, że pod tym względem nie ma taryfy ulgowej" - dodał. To, że ta postawa ojca nie odstraszała i nie wywierała niszczącego wpływu, lecz pociągała i wychowywała do życia, należy przypisać także jego dobremu sercu. "Zawsze czuliśmy, że jego surowość wynika z dobroci. I dlatego mogliśmy rzeczywiście ją akceptować". Joseph podkreślał: "Muszę powiedzieć, że z upływem czasu stawał się coraz łagodniejszy. Wobec mnie wcale nie był już tak surowy jak dla starszego rodzeństwa"2.
O sytuacji politycznej w domu się nie rozmawia. Rodzice nie chcą obciążać tym dzieci. Poza tym obawiają się, że mogą one gdzieś powtórzyć jakieś fatalne słowa. Joseph dowiaduje się, że żandarm pomocniczy zamierza zapisywać kazania jednego z księży, znanego ze swych poglądów antyfaszystowskich. Jego ojciec zdołał jednak kapłana na czas przestrzec, żeby kazanie zastąpił drogą krzyżową w kościele. Chłopi mrugali do siebie porozumiewawczo, ponieważ szpicel musiał razem z wiernymi przyklękać przy każdym z obrazów pokazujących katowanie Chrystusa przez oprawców.
Na żandarma wywierano coraz większy nacisk. Nie można było dłużej tolerować, że on, jako urzędnik państwowy i szef posterunku policji, nie należy do państwowej partii. Ciągle się opierał, razem ze swym rodzeństwem. Theogona, zakonnica, podczas rodzinnych spotkań w domu Ratzingerów w Rickering dawała upust niepohamowanemu temperamentowi, nie przebierając w słowach, gdy była mowa o nazistach. Także ciotka Theres pozostała w pamięci Josepha jako "szczególnie zacięta przeciwniczka nazistów". Aloisa, młodszego brata ojca, wymieniono później w zbiorowym tomie Priester unter Hitlers Terror (Księża w czasach terroru hitlerowskiego) wśród tych katolickich kapłanów, którzy jawnie przeciwstawiali się reżymowi. Dał się zapamiętać jako ten, który od swoich parafian domagał się złożenia po mszy przysięgi wierności Kościołowi. W roku 1938 biskup Pasawy uważał za stosowne wysłanie Aloisa Ratzingera na przedwczesną emeryturę, żeby go w ten sposób uchronić przed obozem koncentracyjnym3.
Świat wiary, którego w Tittmoning Joseph mógł jeszcze doświadczać jako wolnego od udręki świata marzeń, w Aschau już taki nie był. Coraz częściej spotykano sąsiadów noszących brunatne ubrania. Nauczycieli, którzy zaczęli mówić językiem walki i nienawiści, rewanżu i unicestwiania. Uczniów, którzy z zapałem opowiadali o Hitlerjugend. Przeciwstawianie się - widział to u swego ojca - oznaczało trzymanie się Kościoła, chronienie go, ale też opiekę tego Kościoła. Także w najgłębszym miejscu własnego bytu, tam gdzie siedlisko ma dusza. Wrażliwy malec brał wzór z ojca; po prostu to, co uważał za święte, stało się dla niego jeszcze świętsze.
Mieszkańcy Aschau śmieją się jeszcze, gdy syna żandarma pytają na ulicy, jaki chciałby obrać zawód. "No, Joseph, kim chciałbyś zostać?" - nagabuje go nawet proboszcz Ilg. Ale odpowiedź Josepha jest zbyt komiczna, żeby ją pominąć, tym bardziej że malec tak głęboko akcentuje w niej "a", jakby na całej tej planecie nie było nic bardziej godnego szacunku. A kim chce być? "Zostanę kaardynaałem".
Brat, od którego młodszy czuje się mniej "gorliwy i zdolny", czyni postępy. Jako ministrant. Wkrótce także jako gimnazjalista i szczególnie z powodu decyzji o wyborze kapłaństwa. Jak opowiadał Georg, już jako dziecko prosił Boga, żeby obdarzył go powołaniem, w którym mógłby łączyć pracę kapłańską z muzykowaniem. Ani przez sekundę nie wątpił, myśląc: "muszę pójść tą drogą". Pozostawało tylko pytanie, gdzie dokładnie mógłby znaleźć tę drogę. "Mój ojciec chciał, żebym został misjonarzem, a matka - kapłanem zakonnym"4. I podczas gdy ojciec opowiada się za misjonarzami z Mariannhill w bawarskiej Szwabii, matka wybiera dom studiów redemptorystów w oddalonym o dziesięć kilometrów Gars nad Innem.
Obydwie propozycje zostają odrzucone. Chłopiec ma własny rozum i decyduje się na gimnazjum humanistyczne w Traunstein i na założone w 1929 roku Seminarium Diecezjalne Świętego Michała, którego dyrektor Johannes Evangelist Mair, zwany Rexem, uchodzi za fanatycznego wielbiciela muzyki. W towarzystwie matki i rodzeństwa Georg drabiniastym wozem jedzie do najbliższej stacji kolejowej. Na wierzchu leży mała walizka z potrzebnym w internacie dobytkiem. Od ponownego spotkania dzielą ich długie tygodnie. Ojciec skraca je przez częste posyłanie listów z najnowszymi wiadomościami z domu.
Również Maria myśli o znalezieniu jakiegoś duchownego zawodu. "Zostanę siostrzyczką Murzynów" - oświadcza w domu. Chce pomagać biednym dzieciom w Afryce. W lecie jeździ codziennie rowerem do prowadzonej przez franciszkanki szkoły średniej dla dziewcząt w klasztorze w Au. Przez zimę pozostaje w połączonym ze szkołą internacie.
Szkoły średnie są bardzo drogie. "Mogliśmy jeść do syta - opowiada Georg - ale musieliśmy oszczędzać także na dom" - mając na myśli starą chatę w Hufschlag. Egzystencja Ratzingerów jest zagrożona, dlatego żona komisarza zapisuje się do miejscowej sekcji Narodowosocjalistycznej Wspólnoty Kobiet (NS-Frauenschaft). Jej mąż chce zmniejszyć wywieraną na niego jako policjanta presję, by został członkiem NSDAP. Udaje mu się to. Dobrze przynajmniej, że kobiecy narodowosocjalistyczny klub w Aschau nie jest organizacją walczącą. W czasie zebrań panie wymieniają się przepisami kulinarnymi i odmawiają różaniec. Jednocześnie ojciec coraz częściej zgłasza, że jest chory, żeby w ostatnim roku pracy możliwie jak najmniej służyć reżymowi.
Odejście z domu rodzeństwa stworzyło dla Josepha nową sytuację. Jak opowiada Ratzinger, przez to, że został sam, całe królestwo należało tylko do niego. Pewnego razu omal nie utonął w stawie z karpiami za domem. Kolegów miał niewielu. Dzieci chłopskie po powrocie ze szkoły najczęściej pracowały przy gospodarstwie albo w polu. Joseph ma ciągoty romantyczne i może się im teraz bez przeszkód z przyjemnością oddawać. Lubi zrywać kwiaty, pisze wiersze o przyrodzie i o Bożym Narodzeniu, cieszy się zwierzętami, marzy o "zwiedzaniu pięknych kościołów lub zamków" i czyta romantycznych pisarzy, bo go "ta romantyczna atmosfera głęboko porusza".
Obydwu Josephów można widzieć wędrujących gdzieś razem na przełaj. Podczas wycieczek rowerowych i górskich wędrówek poznają najbliższe okolice. "Byli kiedyś pewien pan i pani"... - tak rozpoczynają się interesujące historie, które ojciec opowiada. "Był on właściwie romantykiem" - wspomina Joseph junior. Podczas tych wspólnych wycieczek powstawały "autentyczne powieści rodzinne" w odcinkach. "Myślę, że ojciec sam był ciekawy, co będzie dalej" - dodaje późniejszy papież.
Te spacery i opowiadania bardzo ich "zbliżyły do siebie". Wzajemną bliskość pogłębiała harmonia bardzo różniących się od siebie rodziców. Swoją matkę uważał za osobę o "gorącym sercu i mocy wewnętrznej", a ojca za człowieka, który "bardziej kierował się rozumem i wolą, był refleksyjnie nastawiony do wiary, szybko wyrabiał sobie jasny pogląd i zawsze prezentował zaskakująco trafne zdanie"5. Już jako małe dziecko najmłodszy syn darzył go uznaniem i miłością. I kochał go "z upływem lat coraz bardziej".
Wzór ojca pomaga małemu odnajdywać siebie, kształtować charakter, dojrzewać - przy czym wpływ rodzica na rozwój młodego człowieka słabł, aż w końcu stał się już tylko jego towarzyszem. Jak podkreślają obydwaj synowie, rodzice nigdy nie naciskali, by podejmowali konkretne decyzje. Wybór przyszłego zawodu bardzo wcześnie pozostawiali dzieciom. Jednak przez własny przykład ojciec odgrywa ważną rolę. "Jeśli w następnych latach - wyjaśnia przyszły papież - oswajałem się z myślą o zawodzie księdza, to, obok bardziej nasyconej uczuciem wiary mojej matki, decydująca była tu mocna, głęboko religijna osobowość naszego ojca. Myślał inaczej, niż należało wówczas myśleć, z tak suwerenną wyższością, że przekonywał innych. Dużo czytał, bardzo interesował się polityką, ale wymiar religijny, na bardzo męski i zasadniczy sposób, był głównym rysem jego życia"6.
Georg Ratzinger patetycznie kiedyś mówił o tym, że Aschau było dla jego brata niczym Nazaret. W ciągu czterech i pół roku "startu i dorastania" Joseph nauczył się tam "symfonii życia" i "wyrósł jak winorośl w winnicy Pańskiej". Korzenie zdecydowanie kościelnego wymiaru teologii Ratzingera tkwią rzeczywiście w jego dzieciństwie: "Zajmującą przygodą było powolne wnikanie w tajemniczy świat liturgii, która przy ołtarzu była odprawiana przed nami i dla nas - stwierdza w swych notatkach. - Coraz jaśniejsze stawało się dla mnie, że spotykam się tutaj z rzeczywistością, której nikt nie wymyślił ani nie stworzył, ani urzędnik, ani żadna inna ważna osoba. Ta tajemnicza tkanka tekstu i czynności wyrosła w ciągu wieków z wiary Kościoła. Niosła ładunek całej jego historii i była jednocześnie czymś więcej niż wytworem ludzkich dziejów".
W Aschau fascynowały Josepha "roraty odprawiane w śnieżne i mroźne dni zimowe, wielkopostne nabożeństwa Godziny Świętej i świętowanie Zmartwychwstania, ze wszystkimi obrazami i gestami, muzyką i szczególną zmysłową dramaturgią mszy katolickiej, które wierzącego zawsze trochę przynajmniej wynoszą ponad ciężar ziemskiego życia". W doświadczeniu i nauce, w których dojrzewa osobowość przyszłego papieża, korespondują ze sobą radość z muzyki i odkrywanie poezji z coraz lepszym rozumieniem Pisma Świętego i refleksją nad lekturą. Bo mimo że bardzo fascynowała go liturgia jako święto - "z muzyką, ze wszystkimi ozdobami i obrazami" - niedające się z niczym porównać było to, jak wspominał, że "wnikał w tajemniczy świat łacińskiej liturgii i dowiadywał się, jaki jest jej sens"7.
Odbierana przez zmysły oprawa to jedna kwestia, o drugiej Joseph Ratziger mówi: "od samego początku interesował mnie racjonalny aspekt tego, o czym mówi religia". Zgłębiając go, czynił "krok za krokiem postępy w myśleniu". To, że ten przedwcześnie dojrzały uczeń odkrywa na tym etapie kolejną swoją mocną stronę, a mianowicie "zdolność uczenia się, przekazywania poznanego, a także pisania", wspiera kierunek, o którym zaczyna marzyć: "Dzięki Bogu, pragnienie to można było bardzo dobrze łączyć z myślą o kapłaństwie".
Czegoś jednak jeszcze brakowało. Czytanie i myślenie oznaczają pojmowanie umysłem tego, jak w pewnym sensie "funkcjonuje" liturgia. Drugą część stanowiło to duchowe otwarcie, które ukazywało Chrystusa jako centralny punkt tajemnic wiary, jako pewnego rodzaju uchylający drzwi kod. Bez niego kontakt z rzeczywistością pozaświatową nie jest możliwy. I właśnie ten stopień spotkania i uczestniczenia, niezbędnych w posłudze kapłańskiej, jak widzi Ratzinger, spoglądając wstecz, osiągnął wtedy, gdy w Aschau mógł zostać ministrantem i 15 marca 1936 roku w kościele parafialnym Wniebowzięcia Maryi przystąpił do pierwszej komunii. "Z punktu widzenia mojego życia wewnętrznego było to konieczne" - oświadczy później. Obok takich słów, jak "tajemnica", "przygoda" i "przeżywanie", to wyrażenie: "z punktu widzenia mojego życia wewnętrznego", uzupełnia istotną formułę jego pojmowania szukania Boga. "Nie uczestnicząc w tym osobiście", jak sam stwierdza, czułby się "pozbawiony tego, co jest najważniejsze"8.
Momentem, który na duszy odciska najmocniejsze piętno, jest dla Josepha codzienne spotykanie się z obecnością Chrystusa, które umożliwia przejrzysta liturgia. Doświadczenie służby ołtarza, którą pełni każdego rana przed pójściem do szkoły, jeszcze się pogłębia w domu. Naśladowanie kapłana i ministrantury było w chrześcijańskich rodzinach ulubioną inscenizacją, ale u Ratzingerów nabierała ona charakteru prawie profesjonalnego. Wujek Benno przygotował mały ołtarzyk z obrotowym tabernakulum. O alby, stułę i paramenty postarały się kochane ciocie. Miniaturowe naczyńka z cyny na wino i wodę służące do przygotowania darów w Altötting można było kupić w sklepach z dewocjonaliami. Znalazła się nawet mała kadzielnica. W procesjach Maria, Georg i Joseph idą przed oświetlonym świecami ołtarzem, który został przytwierdzony do framugi drzwi. A ponieważ nie może zabraknąć również kazania, dwaj bracia, duży i mały, na zmianę mówią homilię (którą potem starannie i czysto wpisują do zeszytów). Gdy rodzeństwo przeniosło się do internatu, zastępowała je Bärbel, która asystowała Józiowi. Jak przypomina sobie Barbara Ametsbichler, robili to wszystko "z wielkim nabożeństwem". Joseph uroczyście podnosił kielich po konsekracji, a przy rozdawaniu komunii dziewczynka trzymała patenę, uważając, żeby nie spadła na podłogę żadna cząsteczka domniemanej hostii.
Sześćdziesiąt lat później w trakcie wywiadu telewizyjnego Ratzinger wyjaśniał znaczenie, jakie miały dla niego te pierwsze, będące jeszcze zabawą, kapłańskie czynności: "Odgrywanie nagle samemu tej roli, którą ze czcią oglądało się tylko z daleka, dawało poczucie wielkiego awansu i tajemniczego antycypowania przyszłości". Należy dodać do tego, że już jako kardynał, podobnie jak w dzieciństwie, głosił kazanie nawet wtedy, gdy w kościelnej ławce siedział tylko jeden wierny - co zaobserwował dziennikarz telewizji Siegfried Rappl, który w krypcie jednego z kościołów w Neapolu był świadkiem takiej sytuacji. A także że również później nigdy nie przyszło mu do głowy, iż można nie przygotować starannie kazania.
Jako papież Ratzinger otworzył swe serce, gdy 6 kwietnia 2006 roku na placu Świętego Piotra w obecności pięćdziesięciu tysięcy młodych ludzi został zapytany o motywy swego powołania. Mówił jak "nono del mondo", dziadek świata, jak Włosi od dawna go nazywali. "Jeżeli chodzi o mnie, wychowałem się w świecie bardzo odmiennym od obecnego - zaczął Benedykt i kontynuował:
ale ostatecznie sytuacje są podobne. Z jednej strony panował jeszcze klimat "chrześcijański", w którym było rzeczą normalną, że chodziło się do kościoła i przyjmowało wiarę jako objawienie Boże oraz starało się żyć zgodnie z objawieniem. Z drugiej strony panował reżym nazistowski, głoszący otwarcie: "W nowych Niemczech nie będzie już kapłanów, nie będzie życia konsekrowanego, nie potrzebujemy takich ludzi; szukajcie sobie innego zawodu". (...) W tej sytuacji powołanie do kapłaństwa wzrastało niemal naturalnie razem ze mną i bez wielkich wydarzeń nawrócenia. Ponadto dwie rzeczy pomogły mi na tej drodze: już jako chłopiec, przy pomocy rodziców i proboszcza, odkryłem piękno liturgii i coraz bardziej ją kochałem, ponieważ czułem, że w niej objawia się nam piękno Boże i otwiera się przed nami niebo. Drugim elementem było odkrycie piękna poznania, poznania Boga, Pisma Świętego, dzięki któremu można przeżywać tę wielką przygodę dialogu z Bogiem, jaką jest teologia9.
Ten romantycznie nastrojony, rozmarzony młodzieniec chciał widzieć, odczuwać, zdumiewać się i wzruszać. Jednocześnie było w nim pragnienie wiedzy. Instynktownie mógł poznawać, że w przeciwieństwie do bezwartościowej tandety i zwodniczych obietnic nazistów nie tylko istnieje prawdziwe piękno, ale także że w pięknie tym kryje się prawda. Oraz że prawda, która znajdowała wyraz w liturgii, nie broni się przed jej sprawdzaniem, ale pełnię swych darów otwiera dopiero wtedy, gdy się jej stawia pytania. Świat wewnętrzny jest inny niż zewnętrzny. Kiedy jednak obydwa znajdują się we właściwej do siebie relacji, można całkowicie się zanurzyć w ten wirtualny świat - nie mniej realny niż rzeczywistość widzialna, która na dodatek staje się coraz mniej rzeczywista i coraz bardziej zakłamana.
Jednym z najpiękniejszych sformułowań Ratzingera są jego słowa o "ojczyźnie serca". I chyba w żadnym innym pojęciu podstawowy impuls jego młodych lat nie dochodzi do głosu wyraźniej niż w tekście streszczającym jego doświadczenie z lat dziecięcych w Aschau: "Mnóstwo moich pięknych wspomnień wiąże się z tym miejscem, w którym nauczyłem się nie tylko czytać, pisać i rachować, ale wżyłem się w wiarę tak bardzo, że stała się ona ojczyzną serca". Patrząc wstecz, Ratzinger dodaje, że w tamtej sytuacji po prostu koniecznością było nie tylko przeżywanie wiary, pobożnie uczestnicząc we mszach, ale także jej rozumowe uzasadnianie. "Ludzie wiedzieli przecież: o, ten jest katolikiem, chodzi do kościoła, chce nawet zostać księdzem. Był człowiek wciągany w polemiczne dysputy i musiał się nauczyć szermierki na słowa"10.
Gdy 6 marca 1937 roku żandarm Ratzinger rozpoczynał sześćdziesiąty rok życia, mógł świętować nie tylko przejście na emeryturę, ale też zwolnienie ze służenia reżymowi, którym się głęboko brzydził. Przeniesienie się do własnego domu, za czym wszyscy tęsknili, było teraz kwestią najbliższych dni. Jakby potwierdzeniem słuszności tej jego decyzji był następujące wydarzenie: tydzień później papież Pius XI podpisał swoją pierwszą i jedyną encyklikę napisaną po niemiecku, która została ogłoszona 21 marca 1937 roku. Jej tytuł brzmi: Mit brennender Sorge - O sytuacji Kościoła katolickiego w Rzeszy Niemieckiej.
Równocześnie z niemieckim listem pasterskim 19 marca ukazała się encyklika Divini Redemptoris o "bezbożnym komunizmie". W roku 1935 sowiecki dyktator Józef Stalin rozpętał kampanię przeciwko "kontrrewolucyjnym bandom terrorystycznym". Chłopi i robotnicy, członkowie partii i funkcjonariusze - nikt nie mógł się czuć pewny, że uniknie deportacji czy rozstrzelania. Od sierpnia 1937 do listopada 1938 roku około półtora miliona sowieckich obywateli padło ofiarą prześladowań, a siedemset tysięcy straciło życie. Od 1937 roku w Rosji nie było już ani jednego urzędującego katolickiego biskupa. Nowsze szacunki podają, że do roku 1941 prześladowano z powodu wiary około trzystu pięćdziesięciu tysięcy prawosławnych chrześcijan, w tym sto czterdzieści tysięcy duchownych. Tylko w 1937, roku ogłoszenia encyklik Divini Redemptoris i Mit brennender Sorge, uwięziono sto pięćdziesiąt tysięcy wierzących, a osiemdziesiąt tysięcy z nich zamordowano. W 1941 roku dziewięćdziesiąt pięć procent z istniejących w latach dwudziestych cerkwi zostało zamkniętych albo zburzonych11.
Hitler nie przestawał zapewniać, że będzie chronił Kościół, pod warunkiem że zajmie się on wyłącznie sprawami duchowymi i nie będzie dążył do osiągnięcia żadnych celów politycznych. 20 lipca 1933 roku w Watykanie został podpisany konkordat z Rzeszą. Stolica Apostolska już w czasach weimarskich pracowała nad nim razem z Rzeszą Niemiecką, ale z powodu często zmieniających się rządów prac tych nie ukończono. W konkordacie państwo niemieckie gwarantowało bezpieczeństwo kościelnych instytucji, a także nauczanie religii w szkołach wyznaniowych. Pięć dni później kardynał von Faulhaber w osobistym liście pochwalił Hitlera: "Całemu światu pokazano, że kanclerz Rzeszy Hitler potrafi nie tylko wygłaszać wielkie mowy z zapewnieniami o pokoju, ale także dokonywać takich historycznych czynów jak zawarcie konkordatu (...). Słusznie więc z całej duszy mówimy: niech Bóg zachowa kanclerza Rzeszy dla naszego narodu"12.
Intencją kardynała było przypuszczalnie wywołanie efektu politycznego. Jego poufałe pismo miało następujący cel: "Pozwolę sobie skierować pewną prośbę. Proszę zwieńczyć tę wielką godzinę wielkoduszną amnestią dla tych, którzy nie popełnili żadnego przestępstwa i tylko z powodu politycznych przekonań znaleźli się w areszcie, a razem ze swymi rodzinami straszliwie cierpią duchowo". Posunięcie kardynała okazało się oczywiście bezskuteczne. To, że Hitler potrafił nie tylko wygłaszać "wielkie przemówienia", znalazło wkrótce potwierdzenie. Według opracowania Priester unter Hitlers Terror w Trzeciej Rzeszy osiem tysięcy dwudziestu jeden katolickich duchownych, świeckich i zakonnych, było torturowanych, a następnie zostało zamordowanych. W diecezjach bawarskich pięćdziesiąt procent kleru padło bezpośrednio ofiarą prześladowań w postaci kar pieniężnych, aresztowań, obozów koncentracyjnych i śmierci. W samym Dachau uwięziono około dwóch tysięcy siedmiuset dwudziestu duchownych13. Tysiąc trzydziestu czterech z nich nie przeżyło obozu, a stu trzydziestu sześciu zagazowano w miejscu kaźni Hartheim koło Linzu.
Na zebraniu plenarnym w styczniu 1937 roku Konferencja Episkopatu Niemiec obradowała nad przyszłą postawą wobec nazistowskiego reżymu - i zarysowały się dwa stanowiska. Jedni obstawali za zachowaniem ostrożności wobec władzy, a drudzy opowiedzieli się za wyraźnym sprzeciwem. To drugie stanowisko zajmowali zwłaszcza biskup Münster hrabia von Galen i biskup Berlina hrabia von Preysing, którzy byli kuzynami i trzymali się jednej linii. W tym samym miesiącu kardynałowie Adolf Bertram, Karl Joseph Schulte, Michael von Faulhaber oraz biskupi Konrad hrabia von Preysing i Clemens August hrabia von Galen w czasie pobytu w Rzymie, gdzie zjawili się pod pozorem wizyty ad limina, poinformowali Piusa XI i kardynała sekretarza stanu Eugenia Pacellego (późniejszego Piusa XII) o sytuacji Kościoła w swojej ojczyźnie (ad limina to skrót formuły visitatio ad limina Apostolorum - dosłownie: odwiedzenie progów apostolskich). Pacelli zlecił następnie von Faulhaberowi opracowanie szkicu encykliki. Wynik nie był szczególnie pomyślny. Sam von Faulhaber określił swój projekt jako "niedoskonały, a nawet zupełnie bezużyteczny"14. Dopiero dokonana przez Pacellego nowa znacznie ostrzejsza redakcja uczyniła z tego pisma dokument, który miał przejść do historii jako najwyraźniejszy protest przeciwko nazistom. "Z wielką troską" - tak to sformułował Pius XI, a Pacelli poprawił tekst na Mit brennender Sorge (Z palącą troską).
Niemiecka encyklika stanowiła novum i pozostała nim po dziś dzień. Po raz pierwszy oryginał encykliki został napisany w ojczystym języku narodu, którego dotyczyła. Jej właściwe przesłanie zawarto już w samej symbolicznej dacie jej ogłoszenia: w Niedzielę Męki Pańskiej. Watykan wyraźnie ukazał intencję opublikowania dokumentu: uspokajająca polityka niemieckich polityków zawiodła, korekta kursu, której dokonali biskupi wobec przemocy, była niesłychanym błędem. Redakcyjne opracowanie Eugenia Pacellego okazałoby się jeszcze bardziej wyraziste, gdyby niemieccy konfratrzy kurialni nie skłonili go do zrezygnowania z takich terminów jak "narodowy socjalizm" czy "Führer".
W największej tajemnicy dokument ten przesłano do Niemiec już 12 marca 1937 roku. Nuncjusz Cesare Orsenigo rozesłał tekst biskupom, którzy byli z kolei odpowiedzialni za jego rozpowszechnienie w swych diecezjach. Wybrane drukarnie sporządziły w nocy w zaciemnionych zakładach około trzystu tysięcy egzemplarzy. Drukarnia Höfling otrzymała na przykład od kurii arcybiskupiej w Monachium polecenie wydrukowania ponad czterdziestu pięciu tysięcy egzemplarzy. Oprócz tego wykorzystano dzienniki diecezjalne. Na przykład w "Kirchliche Amtsanzeiger für die Diözese Trier" z 25 marca 1937 roku znalazła się tylko papieska encyklika.
Gdy 21 marca 1937 roku w jedenastu tysiącach pięciuset świątyniach katolickich odczytano istotne części encykliki, w ławce kościelnej siedziała również rodzina Ratzingerów. "Z wielką troską i ze wzrastającym zdziwieniem - rozpoczął kapłan czytać pasterskie słowo papieża - patrzymy od dłuższego czasu na udręczenie Kościoła, na wzmagające się uciemiężenie katolików dochowujących mu wierności w tym kraju i w tym narodzie, któremu kiedyś święty Bonifacy przyniósł radosną wieść o Chrystusie i Królestwie Bożym"15.
Pierwsza część dokumentu była skierowana przeciwko używaniu terminu "wierzący w Boga" w znaczeniu nadawanym mu przez przedstawicieli władzy. Kto, hołdując panteistycznej mglistości, utożsamia Boga ze światem, kto z Boga czyni coś ziemskiego, a ze świata coś boskiego; kto na miejscu Boga osobowego stawia różne nieosobowe fatum albo rasę, naród lub państwo, urzędy państwowe, przedstawicieli władzy państwowej albo inne podstawowe wartości będące ludzkim wytworem czyni najwyższą normą, ten nie należy do wierzących w Boga. Tym, którzy swe chrześcijańskie obowiązki napełnili treściami agresywnego neopogaństwa, papież odmawia swego uznania.
Tekst wyraźnie potępił narodowosocjalistyczną doktrynę rasy: "Bóg dał swe przykazania jako najwyższy władca. Mają one znaczenie niezależnie od czasu i przestrzeni, kraju i rasy. Jak Boże słońce wszystko oświeca, tak też prawo Jego nie uznaje żadnych przywilejów i wyjątków". Kto chciałby "historię biblijną i mądre nauki Starego Testamentu" usunąć z kościoła i szkoły, ten bluźni przeciw słowu Bożemu. Należy odrzucić zasadę "prawem jest to, co narodowi przynosi pożytek". Moralnie dobre jest nie to, co jest pożyteczne, ale to, co jest zgodne z prawem moralnym. Kto odrzucając różnicę między Bogiem i stworzeniem, odważa się obok Chrystusa albo nad Nim stawiać jakąś istotę śmiertelną, ten nie jest niczym innym jak "obłąkanym prorokiem" - to wyraźna aluzja do kultu Führera.
Kościół jest ojczyzną i ucieczką dla ludów wszystkich czasów i wszystkich narodów - czytamy dalej. Nie wystarczy jednak po prostu należeć do Kościoła, wierni powinni też być jego żywymi członkami. Jedynie chrześcijaństwo zastanawiające się nad sobą, odrzucające wszelkie zeświecczenie i sprawdzające się w miłości Boga i bliźniego nie tylko będzie mogło, ale także musi być wzorem dla chorego świata w najgłębszym znaczeniu tego słowa, bo "w przeciwnym razie nastąpi straszne nieszczęście i upadek przechodzący wszelkie wyobrażenie". "Dla tych, którzy sądzą, że zewnętrzne wystąpienie z Kościoła mogą pogodzić z wewnętrzną wiernością dla niego, niech będą poważnym ostrzeżeniem słowa Zbawiciela: "kto się Mnie wyprze wobec ludzi, tego wyprę się i Ja wobec aniołów Bożych"".
W czwartej części encykliki papież potępił koncepcję niemieckiego Kościoła narodowego: "Wiedzcie, że będzie on tylko zaprzeczeniem jednego Kościoła Chrystusowego. (...) Historia innych kościołów narodowych, ich martwota duchowa, skrępowanie i ucisk władz świeckich wskazują na beznadziejną bezpłodność, jakiej ulega z konieczności każda latorośl oddzielająca się od żywego szczepu winnego Kościoła". Szczególnie do zwabionego przez Hitlerjugend młodego pokolenia zwrócone było ostrzeżenie: ""Gdyby wam kto głosił Ewangelię różną od tej, którą (...) otrzymaliście" od pobożnej matki, z ust wierzącego ojca, z nauki wychowawcy wiernego samemu Bogu i Kościołowi - "Niech będzie przeklęty!"".
Na koniec biskup rzymski zapewnia: "Każde słowo tej encykliki odważyliśmy na wadze prawdy i miłości. Nie chcieliśmy bynajmniej przez niewłaściwe milczenie stać się współwinni braku uświadomienia ani też przez zbytnią surowość współodpowiedzialni za zatwardziałość serc kogokolwiek spośród tych, którzy podlegają naszej pieczy pasterskiej i których miłujemy, chociaż obecnie chodzą po drogach błędu i od nas się oddalili". Przywołuje Boga na świadka, że nie kieruje nim żadne inne pragnienie, jak tylko chęć przywrócenia pokoju między Kościołem i państwem w Niemczech. Gdyby jednak pokój nie nastał, wtedy Kościół będzie bronił swoich praw i wolności.
W reakcji na to naziści dawali odpowiedzi wymijające. Minister spraw wewnętrznych Wilhelm Frick uznał przedruk encykliki za akt wrogi państwu i narodowi. Rozpowszechnianie tekstu zostaje zaklasyfikowane jako zdrada stanu. Biskupów obwinia się o poważną nielojalność wobec ojczyzny. Do Stolicy Świętej, jako partnera układu z Rzeszą Niemiecką, wystosowano notę protestacyjną oskarżającą pasterzy, że przez swoje słowa poważnie podważyli wzajemne zaufanie. Jednocześnie zakazano prasie informowania, nawet tylko aluzyjnie, o encyklice i jej odczytaniu. Jeszcze przed Wielkim Piątkiem nastąpiły pierwsze rewizje w domach i aresztowania. Zamknięto natychmiast wiele klasztorów i szkół wyznaniowych. Bez odszkodowania wywłaszczono dwanaście drukarni, które przyczyniły się do rozpowszechnienia encykliki. Nadto szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy Reinhard Heydrich wszystkim diecezjalnym gazetom, które przedrukowały encyklikę, wydał trzymiesięczny zakaz publikacji.
Ale to był dopiero początek. Nastąpiły tysiące rewizji, setki aresztowań, wywłaszczenia. W kwietniu 1937 roku na rozkaz Hitlera rozpoczęto nową falę wymierzonych przeciw księżom i zakonom tak zwanych działań związanych z moralnością. Goebbels osobiście zainicjował kampanię zwalczającą "seksualną zarazę katolickiego kleru", która musi być "doszczętnie wytępiona". W następstwie zamykane są albo przejmowane przez państwo prywatne szkoły katolickie. Księżom i zakonnicom zabrania się nauczania religii w szkołach powszechnych i zawodowych; rozwiązane zostają wszystkie katolickie organizacje i związki młodzieżowe, zakazuje się im publikowania, a ich majątek jest konfiskowany.
Wielki Piątek i Wielkanoc Ratzingerowie spędzili jeszcze w Aschau. Tydzień później siedzieli już w samochodzie i przeprowadzali się. Nieco wcześniej na wzgórzu w pobliżu wsi zainstalowano reflektor. Rzekomo w celu obserwowania nieprzyjacielskiego lotnictwa, z tym że na całym niebie nie widać było żadnych samolotów, zwłaszcza nieprzyjacielskich. Potem jednak reflektor, "prześwietlając nocą okolicę swoim jaskrawym światłem, wydawał się zapowiedzią jakiegoś niebezpieczeństwa, dla którego jeszcze nie było nazwy". Obraz, który się w związku z tym nasunął, stał się dla późniejszego teologa wnikliwą metaforą: "Gdzieś w głębi pojawiały się przeczucia, że szykuje się coś, co może tylko wzbudzać niepokój, ale nikt nie chciał uwierzyć, że dojdzie do czegoś strasznego w tym świecie, który wydawał się ciągle jeszcze trwać w pokoju"16.
1 Cytat z folderu promującego Altötting.
2 Rozmowa Petera Seewalda z Benedyktem XVI.
3 Zob. Priester unter Hitlers Terror. Eine biographische und statistische Erhebung, red. Ulrich von Hehl, Christoph Kösters, Paderborn 1997.
4 Rozmowa Petera Seewalda z Georgiem Ratzingerem.
5 Joseph Ratzinger, Peter Seewald, Sól ziemi, tłum. Grzegorz Sowinski, Kraków 2005, s. 38.
6 Joseph Ratzinger, Aus meinen Leben, w: Kardinal Ratzinger. Der Erzbischof von München und Freising in Wort und Bild, red. Karl Wagner, Hermann Ruf, München 1977, s. 54.
7 Tamże, s. 42.
8 Rozmowa Petera Seewalda z Benedyktem XVI.
9 Benedykt XVI, Dawajcie świadectwo o Bogu w świecie współczesnym, rozmowa z młodzieżą Rzymu i Lacjum na placu Świętego Piotra, 6 kwietnia 2006, cyt. za: https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/benedykt_xvi/przemowienia/mlodziez-rozmowa_06042006.html(dostęp: 16.04.2020).
10 Joseph Ratzinger, Peter Seewald, Sól ziemi, dz. cyt., s. 42.
11 Kirche, Krieg und Katholiken. Geschichte und Gedächtnis im 20. Jahrhundert, red. Karl-Joseph Hummel, Christoph Kösters, Freiburg i. Br. 2014.
12 Christoph Strohm, Die Kirchen im Dritten Reich, München 2011.
13 Zob. Das Golgatha der Priester, "Die Tagespost", 22 kwietnia 2015.
14 Zob. https://de.wikipedia.org/wiki/Mit_brennender_Sorge (dostęp: 17.04.2020).
15 Pius XI, Mit brennender Sorge. O położeniu Kościoła katolickiego w Rzeszy Niemieckiej, papieska encyklika przeciwko narodowemu socjalizmowi i jego następstwom w Niemczech, cyt. za: https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/pius_xi/encykliki/mit_brennender_sorge_14031937.html (dostęp: 17.04.2020).
16 Joseph Ratzinger, Moje życie, tłum. Witold Wiśniowski SSP, wyd. 3, Częstochowa 2005, s. 17.
ROZDZIAŁ 7
Samochód z meblami wyjechał wcześniej, rodzina ruszyła za nim w samochodzie pani Pichlmeier, właścicielki rzeźni z Aschau. Podróż wiodąca przez las i łąki, pod górę i z góry minęła w nastroju oczekiwania. Po przybyciu na miejsce pierwszą rzeczą, którą widzi mały Joseph, "jest łąka usłana pierwiosnkami".
Nowe miejsce zamieszkania o dziwnej nazwie Hufschlag było oddalone od Aschau tylko czterdzieści kilometrów, Joseph ojciec mógł jednak wreszcie zostawić za sobą znienawidzony reżym, wreszcie zamieszkać we własnym domu, wreszcie na nowo żyć w prawdziwym mieście, tyle że ukryty na jego obrzeżu, daleko od wydarzeń tego morderczego czasu. We wspomnieniach późniejszego papieża można dostrzec jednak uczucie ulgi, gdy mówił o "największej, najważniejszej i najpiękniejszej części swej młodości". Dla niego wszystko było tu nieprawdopodobnie piękne - "prawdziwy raj".
Benedykt XVI przytoczył kiedyś słowa Goethego, że jeśli ktoś chce zrozumieć poetę, musi poznać jego ojczyznę. Odnosi się to nie tylko do poetów. Sam Ratzinger przypisuje olbrzymi wpływ miejscu, w którym dorastał. W grę wchodzą tu język, temperament i sposób życia ludzi, a nawet swoiste cechy krajobrazu - wszystko to ma znaczenie, szczególnie w pasie ziemi "tak bliskim Salzburga". Tam bowiem muzyka Mozarta "wnikała w nas gdzieś od samych korzeni - pisze papież - i wciąż do głębi mnie porusza, bo jest tak olśniewająca, a zarazem tak głęboka"1. Tutaj, w "Vaterstadt", mieście ojca, jak nazywał to nowe schronienie, rodzina "po długiej wędrówce" wreszcie "znalazła prawdziwy dom".
Miejscowość Hufschlag położona niedaleko miasteczka Traunstein w Górnej Bawarii składała się z zaledwie tuzina domów, przeważnie chłopskich zagród. Jest w niej jednak kram, poczta z publicznym telefonem i stacja kolejowa. Tory znajdują się na trasie dawnej rzymskiej drogi. A "raj" ze wspomnień Ratzingera to w rzeczywistości liczący trzysta lat stary dom z nie mniej niż stu metrami kwadratowymi powierzchni mieszkalnej, do którego nikt nie wchodził nie zmuszony do tego okolicznościami.
Dach jest nieszczelny, ściany wilgotne. Zamiast nowoczesnej toalety jest tylko wychodek. Wodę czerpie się ze studni w ogródku przed domem, co w zimie wcale nie należy do przyjemności, a w lecie, gdy źródło wyschnie, studnia jest często pusta. Z drugiej strony budynku stoi stara obora i mocno zniszczona stodoła. I może najgorsze ze wszystkiego: nowy właściciel, emerytowany żandarm, nie jest majsterkowiczem. Jako chłopski syn potrafi kosić i doić krowę, w lecie przeprowadzić sianokosy, ale tynkowanie szpar albo naprawianie gontów to nie jego żywioł. Ale przynajmniej nikt z tutejszych mieszkańców nie jest nazistą.
Dom pod adresem Hufschlag 11 znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie dębowego lasu. Na dole z prawej strony jest izba z piecem na drewno służącym jako piec kuchenny, po lewej zaś pokój mieszkalny, w którym wkrótce znajdzie się tanio nabyty fortepian. Joseph i Georg zajmują wspólną izbę na pierwszym piętrze. Stoją w niej komoda z lustrami, a na niej dwie miednice, oraz dwa łóżka z ogromnymi kołdrami. "Gdy otwieraliśmy oczy, mogliśmy najpierw zobaczyć góry". Widok był niesamowicie piękny.
Matka potrafi najprostszymi sposobami uprzyjemniać życie. "[Stworzyła] swoiście miły, dobry świat, w którym czuliśmy się szczęśliwi i u siebie" - opowiadał Georg. Obok sadu z jabłoniami, gruszami, czereśniami i śliwami pani Ratzingerowa zakłada ogród z warzywami i ziołami, a także z tym, co najbardziej lubi: mnóstwem kwiatów. Rodzina staje się samowystarczalna. Jakąś część swych zbiorów matka może nawet wymieniać u kramarki na artykuły żywnościowe. Sąsiedzi szybko ją zaakceptowali; w niektórych domach, kiedy cieli się krowa albo trzeba zwozić zboże, przejmuje gotowanie.
Maria jest absolutnie poza polityką. Gazetę czyta od końca - od nekrologów. Jej lektury to głównie książki popularnych autorów katolickich, poruszające tematy historyczne. Ben Hur, Quo vadis, ale także powieść Der Mann, den die Welt nicht sah (Człowiek, którego świat nie widział). Nie jest to historia Jezusa z Nazaretu, lecz pewnego artysty, który mógł się stawać niewidzialny. Na urodziny zamówiła dla swego męża Kleinen Herder, popularny leksykon, który trójka dzieci z dumą przyniosła do domu z agencji pocztowej. Gdy wieczorem wraca ze świeżym mlekiem od sąsiada, opowiada kawały o Hitlerze. Poza tym jest bardzo opiekuńcza i głęboko pobożna, ale bynajmniej nie świętoszkowata. "Była po prostu dobrą, serdeczną kobietą - podsumowuje Xaver Zeiser z sąsiedniego gospodarstwa - skromniejszych już nie ma".
Mały Joseph urządza odkrywcze wyprawy do starej stodoły, w której można "przeżywać najwspanialsze marzenia i cudownie się bawić". Czasem dochodzi do szamotaniny ze starszym bratem - albo w czasie gry w piłkę, "albo gdy chodziło o to, kto ma rację". Zuchwałe wiejskie koty sąsiadów, tkalnia poprzedniego właściciela, wędrówki do pobliskiej dąbrowy - ten cały "nieznany i właściwie w całości niepoznawalny świat" był nieskończenie różnorodny. Braku komfortu "nikt nie zauważał", bardziej natomiast można było odczuć "tajemniczość, swobodę i piękno starego domu z jego wewnętrznym ciepłem".
O synach emerytowanego żandarma będzie się wkrótce opowiadać, że chodzą po dębowym lesie, czytając książki, używają łacińskich wyrażeń i wykonują przy tym pełne namaszczenia gesty. W czasie ferii Georg czyta książki przygodowe. Takie na przykład jak: Sydia, der treue Sohn aus Indien (Sydia, wierny syn z Indii) i In den Zelten des Mahdi (W namiotach Mahdiego). Na regałach obok klasyków: Schillera, Goethego, Storma, stoją także żółte książeczki reklamowe po trzydzieści pięć fenigów za sztukę. Czasem słychać w domu muzykę. Georg gra na fortepianie, ojciec na cytrze, a Joseph na skrzypcach. Albo grają we trzech w karty, najchętniej w Schafkopf (bawarską odmianę skata). "Nie umieliśmy grać zbyt dobrze - przypomina sobie Georg - było to dyletanctwo". Jego brat zawsze wygrywał. "On lepiej pamiętał, jakie karty leżały na stole, a jakie mogły dojść"2.
Na liczącej trzy i pół tysiąca metrów kwadratowych działce Joseph senior może wreszcie być rolnikiem. Drabiniastym wozem przywozi z lasu drewno, kury, koguta, a nawet barana, który ucieka i dzieci muszą go szukać w lesie. Czasem w niedzielę funduje sobie w sąsiedniej wiosce kielich wina. Przede wszystkim czyta gazetę od deski do deski. A w domu przy jego miejscu w izbie pojawia się wkrótce radioodbiornik, który umożliwia mu słuchanie zagranicznych stacji, dzięki czemu nie jest skazany na monotonny niemiecki program. Gdy po weekendzie zawozi swym wozem walizę Georga do internatu, zanudza dyrektora tyradami, że Hitler na sto procent źle skończy i że wobec reżymu nazistów trzeba zajmować bardziej stanowczą postawę.
Szesnastoletnia Maria mieszka w internacie w klasztorze sióstr w Au nad Innem, gdzie chce skończyć szkołę średnią. To instytut wychowawczy o nazwie Dom Opatrzności Bożej. Uczy się tam stenografii, angielskiego, gospodarstwa domowego, ale także pisania na maszynie, nie przeczuwając nawet, że wszystkie te umiejętności, zgodnie z wolą Bożą, kiedyś odda do dyspozycji brata. Maria jest uważana za niezwykle inteligentną introwertyczkę, ale także za osobę bezinteresowną. "Tak, jej zasadą było nikomu się narzucać" - mówił o niej krewny, chociaż potrafiła być całkiem zdeterminowana. "Wszystko musiało leżeć dokładnie na właściwym miejscu - opowiada Georg - w moim bałaganie wszystko doprowadzała do porządku, tak że potem niczego nie mogłem znaleźć".
Uczący się w internacie Georg hołduje swej artystycznej naturze. Gdy tylko nadejdą ferie, siedzi w domu przy fortepianie, mimo że ze względu na konieczne oszczędności izba nie jest ogrzewana. Jego młodszy brat wtedy znika. "Gdy byłem w domu - mówi starszy - nie śmiał grać, mimo iż nie był pozbawiony przeciętnych zdolności".
12 kwietnia 1937 roku, cztery dni przed dziesiątymi urodzinami, dla Josepha zaczyna się "nowe życie na serio". To jego pierwszy dzień w humanistycznym gimnazjum w Traunstein. Rok szkolny dzieli się na trymestry: pierwszy od Wielkanocy do lata, drugi od września do Bożego Narodzenia, a trzeci od Nowego Roku do Wielkanocy. Ponieważ po przeprowadzce rodzice nie chcieli go posyłać na jeszcze jeden rok do szkoły podstawowej, w odróżnieniu od innych dzieci zostaje przyjęty do gimnazjum nie dopiero po piątej, ale już po czwartej klasie. W ten sposób spośród trzydziestu dwóch chłopców i trzech dziewczynek rozpoczynających naukę w tej szkole jest nie tylko najmłodszy, ale też najmniejszy. Mniejszy od niego jest tylko jego sąsiad w ławce w pierwszym rzędzie - oprócz trzech dziewczynek jedyny protestant w klasie.
Od początku nie jest dobrze. Na inaugurację każdego trymestru na dziedzińcu szkolnym odbywa się apel z flagą, na który muszą się stawić wszyscy gimnazjaliści. W szeregu stoją także Georg i wychowankowie diecezjalnego seminarium - "semichrześcijanie" albo "czarne świnie", jak przezywają ich teraz niektórzy uczniowie. Apel rozpoczyna się od "płomiennego nazistowskiego przemówienia" dyrektora, wysławiającego "naszego bardzo kochanego, gorąco kochanego, serdecznie kochanego Führera" - przypomina sobie Georg. Gdy jeden z chłopców podnosił flagę Rzeszy Niemieckiej, a kierownik szkoły wyciągał sprężyście rękę z batutą w dłoni w "niemieckim pozdrowieniu", intonowano ojczysty hymn. Małemu Josephowi nie podoba się to. Choruje, ojciec prowadzi go więc do Paula Kellera, lekarza diecezjalnego seminarium. Doktor stwierdza niedożywienie, po czym spogląda na twarz wychudzonego żandarma z siwą brodą, którego można by uważać za dziadka dziecka. W takiej sytuacji - zauważa chłodno - gimnazjum nie jest właściwym miejscem dla ucznia. Powinien raczej pozostać w szkole podstawowej.
Z domu w Hufschlag do gimnazjum w centrum miasta trzeba iść pół godziny - i ta droga do szkoły wynagradza Josephowi trudne początki. Przez ten czas może myśleć, patrzeć i marzyć. Widzi przed sobą masyw Alp ze szczytami Hochfelln i Hochgern, a wyżej, na prawo od nich, na zielonym, pokrytym mleczem wzgórzu urokliwy kościółek w Ettendorf z cebulkową wieżyczką w stylu bawarskiego baroku. Każdego roku w Poniedziałek Wielkanocny do tego liczącego sobie tysiąc lat domu Bożego zmierzają setki jeźdźców w pielgrzymce konnej ku czci świętego Jerzego. Dosiadają potężnych gospodarskich koni o rozwianych grzywach. A gdy Joseph spojrzy w stronę doliny, widzi nad rzeką Traun malownicze miasto z idyllicznymi placami i studniami, śmiesznymi wieżyczkami kościelnymi i kunsztownie pomalowanymi mieszczańskimi domami, z których kominów jeszcze w kwietniu wznoszą się ku błękitnemu niebu wstęgi przezroczystego dymu.
W latach trzydziestych Traunstein liczy dobrych dziesięć tysięcy mieszkańców. Średniowieczne miasto handlowe ze swą administracją i szkołą wzbogaciło się dzięki pokładom soli, "białego złota", która rurociągiem (pierwszym na świecie) była transportowana z Bad Reichenhall i tutaj oczyszczana. Droga Josepha do szkoły prowadzi przez historyczny plac miejski. W środku stoi barokowy kościół parafialny Świętego Oswalda, nazwany tak ku czci szkockiego króla i świętego z VII wieku. Do samego gmachu gimnazjum, wzniesionej w 1901 roku imponującej budowli, dochodzi przy końcu miejskiego parku, gdzie stojący tam obelisk przypomina ofiary wojen napoleońskich z lat 1799-1815, w których wyniku dokonano nowego podziału Europy.
Mały Hufschlagler, jak nazywa się dzieci z ubogiej, niespecjalnie poważanej kolonii na skraju miasta, nie zwraca na siebie uwagi łobuziaków z pierwszych klas. Po swoim bracie przejmuje przezwisko "Hacki" (wywodzące się od chudego jak on nauczyciela rysunków o nazwisku Hicke), przy czym Georg to "duży Hacki", a Joseph "mały Hacki".
Z początku inni w klasie dokuczali mu trochę, ale szybko przestali. "To był szczuplutki - opowiada jego szkolny kolega Ludwig Wihr - zawsze cichy i bardzo spokojny uczeń". "Ratzinger nie bał się kontaktów - wspomina Josef Strehhuber - ale też specjalnie ich nie szukał"3. Zdjęcia z tamtych czasów pokazują bystre oczy, spoglądające gdzieś w dal, uśmiech skierowany bardziej do wnętrza niż na zewnątrz. Ciało jak ze szkła, kruche. Rysy twarzy łagodne, subtelnie przenikliwe. Niski i szczupły, na grupowych zdjęciach pochyla się, ponieważ wciśnięty w tłum, czuje się jak w imadle.
Joseph nie jest typowym prymusem klasowym, który wszystkich prześciga i wszędzie się wybija. Nie jest zawadiaką ani sportowcem, lecz małym i szczupłym chłopcem, jednym z tych, których spotkać można w każdej klasie, sam nie zabiega też o uznanie. Sympatię zdobywa przez gotowość do udzielania pomocy. Pozwala innym odpisywać, nie ciągnąc z tego żadnych korzyści. Jednak jest w nim coś, co sprawia, że wydaje się dzieckiem z lekka autystycznym lub co najmniej bojącym się ludzi oryginałem, który najchętniej zamknąłby się w sobie. Z powodu braku dzieci w tym samym wieku w Hufschlag miał w istocie "niewiele towarzystwa". "[Dlatego] rzeczywiście budowałem sobie własny poetycki świat marzeń" - wyjaśnia Ratzinger4. "W kontaktach z nieznanymi sobie ludźmi był powściągliwy" - dodaje Georg. Jego brat jest oczywiście "trochę romantykiem, człowiekiem wrażliwym". Na "piękne nastroje" jest, rzecz jasna, "otwarty, tyle że zbyt łatwo tego nie pokazuje. Wiele rzeczy w sobie ukrywa".
W każdym razie nie jest hipokrytą. Jak mówi jego kolega szkolny Wihr, "dzięki przewadze intelektualnej cieszył się w klasie szacunkiem, był zdolny i dzielny". Sam Ratzinger twierdził, że był w pewnym okresie "skłonny do bezczelności". Jego "zuchwałe odpowiedzi" wyprowadzały nawet z równowagi niektórych nauczycieli. "Zarozumiały" - tak brzmi wpis w jego dzienniczku.
Joseph zaczyna ustalać zasady swego postępowania. Cały dziewiętnastowieczny niemiecki humanistyczny ideał nauczania, któremu w Traunstein hołdują starsi nauczyciele, ciągle jeszcze czerpie z greckich myślicieli i języków klasycznych, z prawdy, dobra i piękna, a nie z manii wielkości i aryjskości. Łacina i greka to przedmioty, jakie on po prostu "lubi" - obok hebrajskiego, który w jego pierwszych latach szkolnych jeszcze był jednym z przedmiotów, zanim naziści go nie wykreślili z programu. "Łaciny uczono z tradycyjną surowością i dokładnością, i traktowano ją jako podstawę wszystkich zajęć lekcyjnych - wspomina - (...) za co byłem wdzięczny przez całe swe życie". Z myślą o swej przeszłości nie bez dumy mówił: "Dzięki temu później jako teolog nie miałem żadnych trudności w studiowaniu materiałów źródłowych w języku łacińskim i greckim. Mogłem także podczas Soboru w Rzymie szybko wciągnąć się w mówioną łacinę teologów, mimo iż nigdy nie brałem udziału w wykładach prowadzonych po łacinie"5.
Przez pewien czas w starożytnej filologii widzi "wiele obiecującą drogę" i marzy o karierze profesora językoznawstwa i literatury6.
Joseph rośnie i wkrótce on, którego lekarz chciał odesłać do podstawówki, sam udziela korepetycji. Na przykład koledze szkolnemu Antonowi Tradlerowi, którego stopnie w konsekwencji poszybowały w górę. Świadek tamtych czasów twierdzi: "my, cała reszta, przyjmowaliśmy wszystko tak, jak nam podawano, on natomiast próbował to przemyśleć". Joseph zalicza się do trzech najlepszych uczniów w szkole. Raz został nawet wybrany na rzecznika klasy. Uzasadnienie nauczyciela: "Najmniejszy powinien zostać królem". Z czasem byłby najlepszy ze wszystkich, gdyby świadectwa nie psuły mu za każdym razem stopnie ze sportu i z rysunków.
Matka z dumą opowiada krewnym, jaki zdolny jest jej mały Joseph. Jej najmłodsze dziecko nie jest jednak wcale rozpieszczane. Nie odczuwa też żadnych specjalnych nacisków. "Ojciec zawsze bardzo dbał o to, żebyśmy się uczyli i pilnowali porządku. Nie chciał natomiast i nie nalegał, żebyśmy się stali kimś "wielkim". Cieszył się jednak, że chcieliśmy zostać księżmi"7. Sukcesy nie uderzały Josephowi do głowy. "Po prostu przykładałem się do nauki" - mówił, myśląc o przeszłości. "Wiele rzeczy łatwo mu przychodziło - twierdził jego brat - ale za wszystkim kryła się też sumienna praca".
Już w wieku jedenastu lat Joseph ustala sobie solidny program codziennych zajęć. Powrotną drogę do domu wykorzystuje "na powtórzenie tego, czego się nauczył w szkole". Po obiedzie pozwala sobie na krótki odpoczynek na kanapie w swym pokoju, następnie jak najdokładniej odrabia zadania domowe. "Może pracować bardzo intensywnie; wszystko wykonuje bardzo dokładnie i jest w swej pracy niezwykle systematyczny - powiedział o bracie Georg - zgodnie z mottem: najpierw obowiązki, potem przyjemność". "Proszę nie przeszkadzać" - taki napis widnieje na małym plakacie na drzwiach jego pokoju w Hufschlag. "Jasne było w każdym razie - dodaje w naszej rozmowie późniejszy papież - że planuję swoje zajęcia i że czas przeznaczony na pracę rzeczywiście na nią wykorzystuję".
Semper idem, zawsze taki sam - ta cecha, którą Cycero przypisywał greckiemu filozofowi Sokratesowi, charakteryzuje również Ratzingera. Uregulowany plan dnia, dyscyplina w pracy, ustalenie i zachowywanie właściwego rytmu, co z kolei (przy niskiej i stałej częstotliwości) zapewnia niezwykłą skuteczność - wszystkie te motywy można znaleźć zarówno u młodego, jak i starszego Ratzingera. Zaprogramowane zajęcia nabierają charakteru niemal obrzędowego i tego, co raz zostało wprowadzone, późniejszy papież zawsze się trzyma. Nawet nabytego w dzieciństwie zwyczaju pisania ołówkiem. "Ma to tę dobrą stronę, że można coś zetrzeć gumką. To, co napiszę atramentem, zostaje już, jakie było".
Nie znika też "chęć do nauki". Uczenie się i pisanie było już w szkole podstawowej czymś, co go pociągało. Mimo że mógł się wydawać z samej swej istoty introwertykiem, później jako profesor był jak najbardziej ekstrawertyczny, gdy w grę wchodziło przekazanie innym tego, co sam uznał za słuszne i ważne. Wprawdzie już w młodych latach chętnie pisał wiersze, tym jednak, do czego czuł się naprawdę powołany - jak on sam to ocenia - było "przekazywanie własnej wiedzy". Powołanie do tego szło u Ratzingera w parze z drogą wiary - już od dziecka była dla niego wchodzeniem krok po kroku w tajemniczy świat, "w który chce się wnikać coraz głębiej". Wnikał w ten świat uczuciowo, przez przeżywanie psychiczno-duchowe, a także racjonalnie, bo twierdzenia wiary rozumiał także jako wyzwanie dla intelektu.
Jesli chodzi o religię, chrzest i pierwsza komunia były jedną inicjacją, a drugą był sakrament bierzmowania, wspomagający wzrastanie na dojrzałego i pełnowartościowego członka Kościoła katolickiego. Joseph otrzymał go 9 czerwca 1937 roku w miejskim kościele parafialnym Świętego Oswalda - od kardynała von Faulhabera, który już w dzieciństwie wywarł na nim duże wrażenie. Książę Kościoła ze czcią włożył ręce na młodego chłopca i pomodlił się o zstąpienie na niego Ducha Świętego z Jego darami. Potem położył mu prawą rękę na głowie i krzyżmem (olejem) zrobił krzyż na jego czole: "Przyjmij znamię daru Ducha Świętego". Nałożenie rąk przez biskupa jest znakiem zapewnienia opieki Bożej i obecności Ducha Świętego. Zgodnie z nauką katolicką, Duch Święty ma wspomagać we wzrastaniu w "życiu nadprzyrodzonym" i w przybliżaniu się do królestwa Bożego, które nie zależy od czasu i przestrzeni, jednak istnieje w czasie.
Podczas gdy starsze rodzeństwo spędza ferie w internacie, Joseph cieszy się przebywaniem razem z emerytowanym ojcem. Podczas wędrówki po górach wychodzą na szczyt Kampenwand, jeżdżą razem na rowerach. Na emeryturze ojciec uczy się wykonywania niektórych obowiązków domowych. Buty dla rodziny czyścił już dawniej. "To była jego działka" - mówi syn. Teraz stoi w fartuchu przy kuchni, przygotowując omlet i strudel z jabłkami. Zawsze było tam przyjemnie, "jak za dawnych dobrych czasów" - tak to odczuwał Franz Niegel, przyjaciel młodego Josepha, który odwiedzał go w Hufschlag.
Dwoje dzieci w szkołach średnich, płacenie rat za dom, ciągle jakieś naprawy i to wszystko z chudą emeryturą w wysokości dwustu czterdziestu dwóch marek miesięcznie - wydatki zaczęły tymczasem przerastać możliwości domowego budżetu Ratzingerów. Joseph powinien właściwie przenieść się już do diecezjalnego seminarium, ale brak było na to pieniędzy. Mały nie patrzy na to krzywo: "Pozwoliło mi to pozostać jeszcze dwa lata w domu, co mi bardzo dobrze zrobiło". Matka musiała w lecie pracować jako sezonowa kucharka w pensjonacie Glück im Winkl w oddalonym o czterdzieści kilometrów kurorcie Reit im Winkl, a później także w Kufstein.
To, że ojciec sam nie zdołał wyżywić rodziny, może trochę kładło się cieniem na atmosferze domowej. Z drugiej strony permanentne trudności finansowe i egzystencja na skraju socjalnego minimum budowały nadzwyczajną symbiozę członków rodziny, a w końcu także kulturę umiarkowania i troskliwości, która stała się przygotowaniem do życia. Ratzinger stwierdził: "przez tę bardzo skromną, finansowo napiętą nawet sytuację umacniała się wewnętrzna solidarność, która nas głęboko ze sobą powiązała. [W trosce o dzieci] rodzice godzili się na niesłychane wyrzeczenia, co oczywiście czuliśmy i usiłowaliśmy na nie odpowiedzieć". I właśnie dzięki temu, w klimacie wielkiej prostoty, było też wiele radości i wzajemnej miłości. Sytuacja ta miała ostatecznie tę dobrą stronę, że "można się było cieszyć najmniejszymi rzeczami". To także jest coś, czego "nie można mieć w bogactwie".
Im większe stawały się ucisk dyktatury i powszechna nędza, tym głębsza była w życiu tej rodziny pobożność. Rodzice na kolanach wspólnie odmawiają codziennie różaniec. Oczywiście święci się dzień święty. Teraz jednak ojciec chodzi na mszę nie tylko w niedzielę, ale także codziennie, często nawet kilka razy. Między kartkami starego modlitewnika, swojego Vademecum, nieodzownego towarzysza, przechowuje wycinki z gazet, obrazki i intencje modlitwy przysyłane mu przez różne zakony misyjne, które wspiera. "Był człowiekiem, którego pobożność karmiła się życiem Kościoła" - wspominał Joseph. Jak mówi Georg, dłuższa była teraz także modlitwa po kolacji. Odmawiali wiele razy "Ojcze nasz". Oprócz tego modlitwy do świętego Judy Tadeusza (o opiekę Opatrzności i o dobrą śmierć) i do świętego Dyzmy (o ochronę przed rozbójnikami i wszelkimi nieszczęściami). "Muszę przyznać - mówi Georg - że dla nas, dzieci, było to trochę za dużo". Rozsądnie gospodarować posiadanymi zasobami. Dostosowywać życie do aktualnych możliwości. Czerpać radość z tego, co się ma - to w gruncie rzeczy sedno dewizy ora et labora Reguły świętego Benedykta. Stąd brało się konkretne związane z godnością i obyczajnością dążenie do złotego środka, w którym nie ma ani za wiele, ani za mało, nic nie jest ani zbyt ścisłe, ani zbyt luźne - ale także pewność stylu życia wywodząca się nie z arystokratycznego pochodzenia, lecz ze szlachetnego przekonania płynącego z wiary opartej na przekazie biblijnym. Także później Ratzinger żył skromnie jak mnich, któremu obcy jest luksus i całkowicie obojętne środowisko szukające zbytku, niezadowalające się tym, co najbardziej konieczne. Jako prefektowi Kongregacji Nauki Wiary Lufthansa podarowała mu raz nową walizkę, bo jego stara wytarta "szkodzi interesom firmy". Nie zgodził się na wstawienie nowego biurka do apartamentów papieskich. "Zawsze dużo rozdawał ze swej pensji" - opowiada Peter Kuhn, asystent naukowy Ratzingera w Tybindze. Gdy się dowiedział o kłopotach finansowych jakiegoś studenta albo młodego kapłana, tak na to reagował: "Proszę mi podać na fiszce numer jego konta". "Potem co miesiąc przychodził przekaz pieniężny"8 - mówi Kuhn.
Po otrzymaniu świadectwa ukończenia szkoły średniej Maria zalicza "rok na wsi" u proboszcza Webera niedaleko Scheyern, gdzie do zajęć gospodyni domu należy także praca na roli. W ten sposób unika nazistowskiego obowiązku przymusowej pracy, do której zmuszano młode kobiety. Georg może się w seminarium diecezjalnym wcześniej zapisać na kurs teorii harmonii jako podstawy rozumienia harmonizacji brzmienia tonów w przestrzeni, co zasadniczo było zarezerwowane dla uczniów wyższych klas. Joseph jest chłopcem wesołym, który lubi się uczyć w spokoju - zaczął grecki oryginał Ewangelii przekładać na niemiecki, żeby jej treść przyswoić sobie na własny sposób. Wkrótce jednak z jego idylli, w której czuł się bezpieczny, miało go wyrwać radykalne przedsięwzięcie.
Inne jeszcze wydarzenie położyło kres temu etapowi w jego rozwoju. W tym samym roku, w którym rodzina przeniosła się do Hufschlag, Hitler zaczął rozbudowywać swoją posiadłość wypoczynkową koło Berchtesgaden, by urządzić w niej Małą Kancelarię Rzeszy. Obersalzberg, zaledwie czterdzieści kilometrów w linii prostej od domu Ratzingerów, miał się stać drugim centralnym miejscem narodowosocjalistycznej władzy. Nazwa "Hufschlag" dla Ratzingera seniora nabrała przez to nowego wydźwięku. Wydawało mu się, że wyraźnie słyszy Hufschlag - tętent kopyt koni apokaliptycznych jeźdźców, którzy się pojawiają na horyzoncie, żeby w niedalekiej przyszłości tę żyzną ziemię obrócić w spalony step.
1 Benedykt XVI, Peter Seewald, Sól ziemi, tłum. Grzegorz Sowinski, Kraków 2005, s. 40.
2 Rozmowa Petera Seewalda z Georgiem Ratzingerem.
3 Rozmowa Petera Seewalda z Josefem Strehhuberem.
4 Rozmowa Petera Seewalda z Benedyktem XVI.
5 Joseph Ratzinger, Moje życie, tłum. Witold Wiśniowski SSP, wyd. 3, Częstochowa 2005, s. 25.
6 Rozmowa Petera Seewalda z Benedyktem XVI.
7 Tamże.
8 Rozmowa Petera Seewalda z Peterem Kuhnem.
ROZDZIAŁ 8
Gdy nad dachami zawisły szare ciężkie chmury, z których za parę minut mógł lunąć deszcz, droga do szkoły stała się udręką. Przez dwa lata chodził "z wielką radością co dzień z domu do szkoły". Teraz jednak maszerował w dwu rzędach i pod nadzorem jak w wojsku.
Joseph czuł się niczym wyrzucony z gniazda ptak, któremu trudno się podnieść. Podobnie jak w szkole, również w internacie był najmłodszy. I prawie najmniejszy. Gdy rano z seminarium wychodzili do gimnazjum, zwarta grupa dawała pewność i poczucie wspólnoty. Może nawet świadomość przynależności do elity. Ale jaką przyszłość miała przed sobą elita, której groziło rychłe unicestwienie?
Skutków uczenia się w tych czasach na księdza wychowankowie diecezjalnego seminarium doświadczają każdego dnia w drodze do szkoły. Niedogodności w postaci zagipsowywania zamków w bramach wejściowych internatu stały się codziennością. Tabliczkę z nazwą "ul. Kardynała von Faulhabera" zamazywano na przykład słowami "ul. Pedałów" albo "Kardynał von Faulhaber jest zdrajcą stanu". "Rozliczymy się kiedyś" - wołali za "uczącymi się na proboszczów" członkowie Hitlerjugend i wyśmiewali ich jednakowe ubrania, sięgające do kostek spodnie i dość biednie wyglądające ciemne kurtki. Gdy tak dreptali, czy nie przypominali także prowadzonych do rzeźni baranków?
Reżym zaliczał kolejne zwycięstwa. Wydawało się, że nikt mu się nie oprze. Niedaleko od Traunstein w roku 1938 Hitler przez Salzburg wtargnął do Austrii. Prawie aż do tego miejsca słychać było wiwatujący tłum: "Jedna Rzesza, jeden naród, jeden Führer". Już o siódmej rano plac przed Festspielhaus był zapełniony. Od ósmej rozbrzmiewały z głośników meldunki o sytuacji: "Führer wychodzi z Obersalzbergu... Führer zbliża się do ojczyzny... Führer wkroczy za kilka minut"... Austriaka poprzedzała potężna kolumna samochodów. Dzieci wyciągnięto z łóżek, żeby na cześć Führera podniosły rączki. "Komunikaty ogłaszały, że zbawca ze świętej Rzeszy narodu niemieckiego nadchodzi coraz bliżej - wspominał mający wtedy dziesięć lat Walter Brugger. - Swoim zwykłym ubraniem, wyciągnięciem ręki Hitler nieprawdopodobnie fascynował. Chciałem wołać "Heil", ale z podniecenia nie mogłem"1.
Berghof, rezydencja Hitlera na stoku Obersalzberg, stał się w poprzednich miesiącach centralą rządów dyktatora, oddzieloną szerokim "pasem terenu Führera". W Bad Reichenhall powstało rządowe lotnisko, w Berchtesgaden "służbowa kwatera kanclerza Rzeszy"2. W Berghof nie tylko zawarto układ, który przypieczętował koniec państwa austriackiego. 15 września 1938 roku gościł tam brytyjski premier Neville Chamberlain w celu przedyskutowania kryzysu sudeckiego. Dwa tygodnie później Brytyjczyk razem z szefami rządów Francji i Włoch w pałacu Führera przy monachijskim Königsplatz podpisali układ, który przewidywał wcielenie do Rzeszy Kraju Sudetów, a w rzeczywistości miał na celu rozbiór Czechosłowacji. Jak przypomina sobie jego syn, emeryt Ratzinger oburzał się w Hufschlag, "że Francuzi, na których tak bardzo liczył, jedno gwałcenie prawa po drugim przyjmowali jako rzecz normalną".
Tym, kto nalegał na oddanie Josepha do seminarium diecezjalnego, był proboszcz parafii Stefan Blum. Jego zdaniem w tamtych czasach konieczne było systematyczne wprowadzanie w życie duchowe. Do tego czasu dla Ratzingerów nie było to możliwe z przyczyn finansowych. Teraz jednak Maria znalazła pracę jako księgowa w sklepie artykułów żelaznych Kreilera i mogła przeznaczyć na kształcenie syna znaczną część swej pensji. Marzenia o posadzie nauczycielki wyzbyła się, gdy z referatu szkolnego nie otrzymała żadnej odpowiedzi na swe podanie.
Dla Ratzingera seniora wiadomość o śmierci Piusa XI 10 lutego 1939 roku była jakby znakiem. "Pierwszy raz w naszym życiu zdarzyło się, że zakończył się jeden pontyfikat, a rozpoczął drugi" - powiedział Georg. Jego brat dodał: "Czciliśmy tego papieża i kochaliśmy go, a jednocześnie wydawał się nam bardzo daleki i gdzieś nieskończenie wysoko"3. Następcą Piusa XI został kardynał sekretarz stanu Eugenio Pacelli, były nuncjusz w Monachium, który już w roku 1924, kiedy wielu partię Hitlera uważało jeszcze za zbiorowisko łajdaków, napiętnował socjalistyczny nacjonalizm jako "najbardziej niebezpieczną herezję naszych czasów"4.
Encyklikę Mit brennender Sorge ogłosił jego poprzednik, ale to Pacelli zdecydowanie zaostrzył jej ton. Bezpośrednio po wyborze Pacellego bawarski minister kultury i oświaty Adolf Wagner zlikwidował wydział teologiczny uniwersytetu w Monachium. Dwa lata wcześniej zarządził zamknięcie monachijskiego seminarium późnych powołań i niższe seminarium w Scheyern. Ratzinger senior podjął decyzję. Dwa dni po objęciu urzędu przez Piusa XII napisał list do dyrektora Johanna Evangelisty Maira z prośbą o przyjęcie do diecezjalnego seminarium także młodszego syna.
Zgodnie z prawem, do listu załączył świadectwo gimnazjum, które opisywało jego syna jako dzielnego, pilnego i rzetelnego. Oprócz tego zaświadczenie doktora Kellera. Lekarz zaświadczył, że stan odżywienia i sił Josepha się polepszył i mimo znacznie za niskiej wagi chłopiec jest zupełnie zdrowy. O egzamin wstępny Joseph się nie martwił. Nie było zaskoczeniem, że zdał go brawurowo. Religia: 1, język: 1, wypracowanie: 1, czytanie: 1-2, ortografia: 2. Jednocześnie ojciec poprosił o zmniejszenie kosztów o czterdzieści marek miesięcznie. Przy swojej emeryturze wynoszącej dwieście czterdzieści dwie marki nie mógł sobie pozwolić na wydanie więcej niż siedmiuset marek w ciągu roku na kształcenie obydwu synów.
W niedzielę 16 kwietnia 1939 Joseph obchodzi swoje dwunaste urodziny. Tego samego dnia rozpoczyna się dla niego nowy rozdział w życiu. Matka się rozpłakała, gdy obydwaj chłopcy ruszali w drogę. "Dobrze uważaj na Josepha" - zawołała do starszego. Georg, który był o dwie klasy wyżej, dodawał odwagi bratu. No tak, sportu i on nie może uprawiać, "bo można się przy tym zranić i uniemożliwić sobie granie na fortepianie". "Z internatem nie miałem żadnych problemów - wyznał Georg - mojemu bratu było z tym trudniej, jest delikatniejszy ode mnie". Mało powiedziane: dla ucznia Josepha Ratzingera mieszkanie tam było prawdziwym szokiem. Mówiąc o przeszłości, stwierdził sucho: "Należałem jednak do ludzi, którzy nie byli stworzeni do internatu"5.
Pod koniec lat trzydziestych seminarium diecezjalne w Traunstein jest jednym z najbardziej nowoczesnych i postępowych instytutów w tamtych czasach i zalicza się do najwyżej notowanych zakładów tego typu w Bawarii. Nawet otaczające go obiekty sportowe i rekreacyjne, szklarnie, ogród warzywny i podobne do parku tereny zielone robiły duże wrażenie. W budynku - oprócz trzech sal do celów naukowych, trzech sypialni i obszernej jadalni - znajdowały się: "góra dla przełożonych", gdzie tronował Rex Mair, sala muzyczna, sala teatralna, biblioteka, kaplica, pokój konferencyjny i pokój dla chorych. Była nawet własna kręgielnia. Brodziki, prysznice i wanny odpowiadały najnowszym standardom. Zmywaniem, kuchnią i gospodarstwem - z własnymi kurnikami włącznie - zajmowało się, oprócz trzech służących i sześciu pokojówek, ponad dwadzieścia zakonnic, szarytek z Bad Adelholzen.
Kardynał von Faulhaber osobiście zarządził wyposażenie białych żelaznych łóżek w sypialni wyłącznie w materace z włosiem - "takie, jakie alumni otrzymają później od proboszcza jako wikarzy". Oprócz tego, w celu hartowania się, w łazienkach miała być tylko zimna woda. W dniu uroczystego otwarcia seminarium kardynał swoim wiecznym piórem wpisał do Złotej Księgi domu następujące słowa: "Dzisiaj, 1 września 1929, w słoneczną niedzielę, w akcie poświęcenia wezwałem imienia Pana nad nowym seminarium duchownym w Traunstein. Dom ten będzie się cieszył szczególnym błogosławieństwem, ponieważ w materialnie trudnych czasach wybudowany został dzięki pieniężnym ofiarom ludności i wdowiemu groszowi. Niech to nowe seminarium stanie się tym, co oznacza jego nazwa: szkółką roślinną, Bożą plantacją".
Na takim wolnym duchu jak Joseph już sam co do minuty ustalony program dnia musiał wywrzeć wrażenie, że znalazł się nie w szkółce roślinnej, lecz w życiowym koszmarze. Pobudka i wstawanie o 5.20 rano. Dokładnie dwadzieścia pięć minut później osobista modlitwa ranna, potem msza święta w kaplicy seminaryjnej. O 6.30 rozpoczyna się czas przeznaczony na naukę, z powtórką zadań z poprzedniego dnia, o 7.00 śniadanie. O 7.20 równo stu siedemdziesięciu gotowych do wyjścia do gimnazjum wychowanków ustawia się w szeregach. Obiad o 12.05 do 12.45. Po krótkiej chwili wolnego czasu - nauka popołudniowa, po której jest godzina zabawy, sportu albo czasu wolnego. O 16.30 kawa lub kakao, od 17.00 do 19.00 znowu studium. Od 19.00 wszyscy mają pół godziny na kolację, po której mają znowu trzydzieści pięć minut czasu wolnego. O 20.05 kwadrans nabożeństwa, czytania duchowego albo wykład. Potem o 20.20 wieczorna modlitwa w kaplicy. Od 20.30 w sypialni absolutna cisza, nocny odpoczynek6.
Zgodnie z seminaryjnymi statutami, uczniów wdrażano do wzajemnego szacunku. Partykularne przyjaźnie seminarzystów były zabronione, należało też unikać zbytniego spoufalania się z uczniami z miasta. Obowiązywały następujące zasady: szacunek, posłuszeństwo, uprzejmość, punktualność, utrzymywanie porządku, obowiązkowość, prawdomówność. W domu należało zgłaszać "złe" i "nieprzyzwoite" rozmowy. Na indywidualne wycieczki trzeba było uzyskać pozwolenie. Na korytarzach, zwłaszcza w drodze do kaplicy, wszyscy byli zobowiązani do zachowania milczenia. Wykroczenia przeciwko porządkowi w internacie groziły natychmiastowym usunięciem. Pod nagłówkiem "obowiązki wobec Boga" seminarzystów wzywano do "starania się z całą powagą i z wszystkich sił o głęboką wewnętrzną religijność, autentyczną pobożność i o doskonałość życia chrześcijańskiego"7.
Jakaż to zmiana! Joseph, który cieszył się niczym nieskrępowaną wolnością jeszcze w Hufschlag, gdzie nikt go nie trzymał na smyczy - "przyzwyczaiłem się być sam ze sobą" - został nagle wtłoczony do sali szkolnej z pięćdziesięcioma innymi chłopcami, gdzie obserwował go surowy prefekt. Musiał zamieszkać w sypialni z czterdziestoma łóżkami, gdzie miało do rana panować silentium sacratum, święte milczenie. Już samo wczesne wstawanie nie bardzo zachwycało takiego jak on notorycznego śpiocha. "Nieznane dotychczas ograniczenia, nagła konieczność dostosowania się do twardego schematu" okazały się dla niego "nadzwyczaj trudne".
Opuszczenie pieleszy domowych przyszło Josephowi niełatwo, ale wstąpienie do seminarium akurat w momencie połączenia jego gimnazjum ze szkołą realną stanowiło dla niego dodatkową trudność. Zmianie uległ bowiem skład kolegium nauczycielskiego. Zamiast filologów klasycznych pojawiają się teraz belfrzy wierni reżymowi, członkowie Narodowosocjalistycznego Związku Nauczycieli (Nationalsozialistischen Lehrer-Bund, NSLB). Jeden z nich przychodzi do szkoły w mundurze, inni, gdy tylko wejdą do klasy, "podnoszą rękę i idą tak do samego pulpitu nauczycielskiego". Wychowawca klasy doktor Josef Kopp w czasie lekcji czyta "Völkischer Beobachter". Są jednak jeszcze inni. Nauczyciel muzyki, szczery katolik, poleca uczniom w śpiewniku skreślać słowa "Juda den Tod", śmierć Żydom, i zastąpić je słowami "Wende die Not", oddal nieszczęście.
Z powodu swego ścisłego powiązania z diecezjalnym seminarium gimnazjum było od początku solą w oku władz nazistowskich. W ministerstwie monachijskim nazistowskie matki żaliły się, że seminarzystom w Traunstein ciągle okazuje się zbyt wiele względów, w wyniku czego dobrzy "chłopcy Hitlera" i ich rodzice naziści muszą wiele cierpieć. W swym sprawozdaniu dla Ministerstwa Kultury i Oświaty nazistowski starosta Anton Endrös twierdzi, że "przez to, iż większość uczniów to alumni z seminarium diecezjalnego, poważnie zagrożony jest światopogląd szkoły. Wychowanie w tym seminarium jest zdecydowanie wrogo nastawione do państwa. Wśród uczniów znajdują się chłopcy fanatycznie nienawidzący Hitlera i narodowego socjalizmu"8.
Pierwszy ofiarą politycznych czystek padł dyrektor gimnazjum doktor Maximilian Leitschuh, który ze swej niechęci do nazistów nie robił tajemnicy. Inni źle widziani nauczyciele zostają przeniesieni w stan spoczynku albo są brani na muszkę, jak na przykład profesor gimnazjum doktor Peter Parzinger, który wiersza niemieckiego poety i bojownika o wolność Ernsta Moritza Arndta Was ist des Deutschen Vaterland (Czym jest niemiecka ojczyzna) nie interpretował w sensie nazistowskim. "Zdrajca kraju" stracił przez to prawo do bycia niemieckim urzędnikiem - judził sympatyzujący z nazistami tygodnik "Chiemgau-Bote", sugerując, że "z pewnością znajdzie się jakiś członek SA mający solidne obcasy".
Traunstein jest sugestywnym przykładem funkcjonowania nazistowskiego terroru. Dopiero w 1929 roku NSDAP udało się uzyskać jedno miejsce w radzie miejskiej. W wyborach 31 lipca 1932 naziści otrzymali tylko 23,3 procent głosów. Dziewięćdziesiąt procent mieszkańców stanowili katolicy, wszędzie były obecne katolickie zakłady i instytucje. Siostry Loreto na przykład prowadziły żeńskie liceum, przedszkole i szkołę podstawową dla dziewcząt. Franciszkanki miały ochronkę oraz sprawowały ambulatoryjną opiekę zdrowotną. Szarytki były pielęgniarkami w szpitalu miejskim i w miejskim domu opieki, a siostry redemptorystki w miejskim sanatorium. Działały w sumie dwadzieścia trzy katolickie związki zawodowe, w tym Bractwo Bożego Ciała i Bractwo Dnia Zadusznego, Żeńska Sodalicja Mariańska i stowarzyszenie studentów. Wszystkie miały jakiś wkład w życie miasta. Samo katolickie stowarzyszenie rodziców liczyło tysiąc trzystu pięćdziesięciu członków. Z tym większą agresją reagowali na to naziści po przejęciu władzy. "Niech ktoś spróbuje tylko uważać się za przeciwnika - groził 4 lutego 1933 brunatny "Chiemgau-Bote". - Minęły już czasy, kiedy można było bezkarnie lżyć, szkalować i oskarżać ruch narodowosocjalistyczny, jego Führera i rząd"9.
W marcu 1933 stu pięćdziesięciu ludzi z SA zajęło ratusz, urząd powiatowy i dom związkowy. Najpierw zaaresztowano posłów SPD i KPD, 24 czerwca aresztem prewencyjnym objęto również przedstawicieli Bawarskiej Partii Ludowej. Burmistrza Ruperta Bergera zdjęto z urzędu bezpośrednio po przechwyceniu władzy i wtrącono do obozu koncentracyjnego w Dachau. W nocy zbiry z SA zdemolowały sklep spożywczy należący do jego rodziny.
Na śmierć skazano bojowego proboszcza Traunstein Josepha Stelzlego. Nie można było bezkarnie tolerować tego, że w jego kościele miejskim w każdą niedzielę było pełno ludzi na wszystkich pięciu mszach. Jego wikarego aresztowano, ponieważ w szkole odmawiał pozdrawiania Hitlera, a kapelan i współpracownik otrzymali zakaz nauczania, w ich domu przeprowadzono rewizję i wezwano ich na przesłuchanie do Gestapo. Podłożono bombę na plebanii. O kazaniu Stelzlego w uroczystość Trzech Króli w 1934 szpicel tak donosił:
Powiedział między innymi, że trzej królowie przyszli z żydowskich krain do kraju Żydów do nowo narodzonego króla Żydów, do naszego Pana i Zbawiciela i tak dalej. Po dalszych wywodach powiedział: Chrystus narodził się dla wszystkich i za wszystkich umarł, za białych, żółtych i czarnych. Dzisiaj - powiedział - są jednak ruchy, które nie chcą tego uznać, które z Chrystusa chcą zrobić Aryjczyka. Ten ruch ludowy - wywodził - głosi tak zwane pozytywne chrześcijaństwo, chrześcijaństwo pozorne, chrześcijaństwo germańskie chcące nadać nowe znaczenie człowiekowi, który sprowadził na naród tylko nieszczęście. Strzeżcie się tych fałszywych proroków!
Zaraz następnego dnia nadzwyczajny komisarz SA Otto Mantler wydał nakaz aresztowania duchownego, co oznaczało piętnaście dni więzienia. Nastąpił drugi atak na plebanię, wybuch zniszczył część dziedzińca, a Stelzlemu kazano natychmiast opuścić miasto. W reakcji na to kardynał von Faulhaber nie tylko zażądał przywrócenia proboszcza, ale zarządził jednocześnie, żeby do powrotu jego kapłana nie dzwoniły dzwony ani nie grały organy. Odwołane zostały uroczyste msze. Gdy Stelzle pomimo zakazu wrócił w nocy do miasta, przywitały go setki mieszkańców Traunstein. Parafianie nie pozwolili, żeby ich proboszcz ponownie został zatrzymany.
Zdeklarowanym celem reżymu jest całkowite wyeliminowanie Kościoła katolickiego z życia publicznego. W roku 1936 rozpoczęły się procesy zakonników, kapłanów i ogólnie duchownych, oskarżanych o niemoralność; reżym starał się przedstawiać księży jako osoby deprawujące młodzież. W latach 1934-1939 rozwiązywano katolickie organizacje młodzieżowe. W latach 1935-1937 zakazano księżom nauczania religii, a w latach 1935-1941 zamknięto szkoły wyznaniowe. Jak pisze historyk Klaus-Rüdiger Mai, "życie katolickie zostało w praktyce zredukowane do zakrystii (...) dozwolone było tylko w kościołach, a zabroniona wszelka jego aktywność w przestrzeni publicznej"10. W roku 1937 w Górnej Bawarii zwolniono z pracy wszystkie nauczycielki szkół podstawowych należące do jakiegoś zgromadzenia zakonnego. Jak informował dokument Ministerstwa Kultury i Oświaty, następnym celem była "likwidacja szkół zakonnych", bo niedopuszczalne jest, "żeby (...) znaczna część przyszłych gospodyń i matek wykształcenie i wychowanie otrzymywała w klasztorach".
Również to stanowiło część doświadczeń Josepha: pomimo zastraszania w Traunstein nadal zgłaszano się do chrztu, komunii i ślubów kościelnych, nie zmniejszyła się też liczba ludzi na nabożeństwach. Zagrożenie wiary prowadziło w gruncie rzeczy do bardziej intensywnego życia religijnego wielu katolików. Demonstracje kobiet i akcje zbierania podpisów zmusiły nawet nazistów do odwołania nakazu usunięcia krucyfiksów z klas szkolnych. Gdy nadzwyczajny komisarz SA Mantler wprowadza w Traunstein zakaz zebrań i działalności wszystkich katolickich ugrupowań, członkinie grup takich jak Katolicki Związek Kobiet twierdzą w odpowiedzi na to, że zbierają się tylko na herbatę, i obradują po kryjomu albo zakładają ponownie stowarzyszenie, tylko pod inną nazwą.
W związku z reorganizacją gimnazjum Josepha łacina, greka i religia padły ofiarą dodatkowych lekcji niemieckiego, historii i geografii. Na szczęście dla Josepha jego klasa Helios, jak ją nazywają uczniowie, jest ostatnią, w której przetrwał klasyczny model kształcenia. W rocznym sprawozdaniu figuruje ona pod nazwą "Humanistyczne gimnazjum w likwidacji". "Nie było żadnego aktywnego przeciwstawiania się dyktaturze - mówił Ratzinger w roku 1997 w pozdrowieniu przesłanym na jubileusz studwudziestopięciolecia szkoły - ale w chrześcijańskim humanizmie starszego pokolenia nauczycieli dało się odczuć jednak opór dusz, który nas chronił przed groźnym zatruciem".
Dzięki humanistycznym ideałom kształcenia wiążącym grecką filozofię z chrześcijańskim objawieniem Ratzinger poznał fundamenty Europy. Mówił o nich wyraz w niezliczonych przemówieniach, esejach i programowych książkach. Chrześcijaństwo jest dziedzictwem, ale także duszą i sumieniem kontynentu. Utrata go - takie ostrzeżenie powtarzał nieustannie jako profesor i prefekt - pociągnęłaby za sobą decydujące następstwa i miałaby wpływ na porządek wartości i na stan kultury europejskiej. Jako papież w przemówieniu na temat podstaw prawa wygłoszonym w niemieckim parlamencie 22 września 2011 użył sformułowania, które na pewno spodobałyby się także jego nauczycielom gimnazjalnym:
Kultura Europy zrodziła się ze spotkania Jerozolimy, Aten i Rzymu - ze spotkania wiary Izraela w Boga, filozoficznego rozumu Greków i rzymskiej myśli prawniczej. To trójstronne spotkanie ukształtowało głęboką tożsamość Europy. Ze świadomości odpowiedzialności człowieka przed Bogiem i uznania nienaruszalnej godności człowieka, każdego człowieka, powstały kryteria prawa, których obrona jest naszym zadaniem w obecnym okresie dziejowym11.
Wydawało się, że w nazistach i Kościele przeciwstawiły się sobie nie tylko dwa światopoglądy, ale i dwie religie.
Pochody partii z bijącymi wysoko w niebo światłami celebrowano jak liturgię. Ideolog partyjny Alfred Rosenberg mówił o "religii krwi" i "przychodzącym królestwie". Sam Führer łączył ze sobą obrzędy i znaki, tworząc mieszaninę wytworów fantazji. Mówił o "wszechmocnym", w retoryce "krwi i ziemi" zaklinał "zmartwychwstanie narodu niemieckiego", a "męczenników" ruchu otaczał aureolą świętości: "Krew, którą przelali, stała się wodą chrzcielną Trzeciej Rzeszy".
Swoje przemówienia Hitler nierzadko kończył słowem "Amen". Pojęcia, symbole, metafory były przekręcane i wypaczane i tworzyły w konsekwencji swe przeciwieństwa: krzyż został zastąpiony przez Hakenkreuz (swastykę), zwykłe "cześć" ("Heil") zamieniono na "cześć zwycięstwu" ("Sieg Heil"), za misję Niemiec uznano panowanie nad innymi narodami, zamiast zbawienia przez Chrystusa oczekiwano wybawienia od narodu żydowskiego. W swej mowie przy stole w głównej kwaterze Führera Hitler wyjaśnił, że Chrystus jest dla niego wodzem narodu: "Galilejczyk miał zamiar swój galilejski lud wyzwolić od Żydów, w swej nauce przeciwstawiał się żydowskiemu kapitalizmowi i dlatego Żydzi Go zabili". W święta Bożego Narodzenia w roku 1926 porównywał sytuację monachijskiej NSDAP do sytuacji pierwszych chrześcijan. W numerze "Völkischer Beobachter", który ukazał się tuż po nich, można było potem przeczytać: "Dzieło, które Chrystus zapoczątkował, ale nie mógł go dokończyć, on [Hitler] doprowadzi do końca"12.
Dyrektorowi Mairowi udawało się zapobiegać zmuszaniu jego wychowanków do wstępowania do Hitlerjugend. Seminarium broniło się jak twierdza. Każda twierdza jest jednak również więzieniem. A co do uczniów: jakkolwiek dobre koleżeństwo jest przyjemne i wartościowe, jednak towarzystwo mnóstwa kolegów nie pozwala cieszyć się samotnością. "W domu miałem wielką swobodę, uczyłem się, jak chciałem, i budowałem sobie swój dziecięcy świat" - wspomina Joseph. Teraz wszystko się zmienia.
Problem polega na tym, że musiał tak cenioną przez siebie wolność zamienić na przynależność do grupy. "Nauka, która wcześniej przychodziła mi tak łatwo, wydawała mi się prawie niemożliwa" - pisze Joseph Ratzinger. Nikt już nie zwraca uwagi, gdy podczas pauzy zostaje na swoim miejscu i czyta książkę, podczas gdy wszyscy wybiegają z sali, by się wspólnie bawić. "Największym obciążeniem były jednak dla mnie prowadzone codziennie, (...) [zgodnie z] postępowymi ideami wychowania, dwie godziny sportu na dużym boisku"13.
Dla uczniów najmłodszych klas futbol jest jeszcze zabroniony. Zbyt niebezpieczny. Ale dla chłopczyka, który "ustępuje im siłami", który jest niezdolny do wymyku na drążku, rzucania oszczepem czy pchnięcia kulą i podczas wybierania składów drużyn do gry w piłkę zrezygnowany trzyma się na uboczu, także wszystko inne jest "prawdziwą torturą". Wspominając przeszłość, Ratzinger z uroczą autoironią dodaje: "Muszę przyznać, że moi rówieśnicy byli bardzo wyrozumiali, ale na dłuższą metę nieładnie jest żyć z tolerancji innych i być świadomym, że stanowi się tylko obciążenie dla drużyny"14.
W lecie seminarzyści muszą pomagać w polu przy zbieraniu ziemniaków, ale po drodze mogą też zajść na miejską pływalnię. Starszym rocznikom wolno nawet pić piwo i podczas półgodzinnej przerwy w pracy zapalić papierosa. W zimie jest jazda na łyżwach i sankach albo obóz narciarski. Joseph jako jedyny nie potrafi jeździć na nartach - to jest sport i tym samym rzecz dla niego niewykonalna.
Noty się obniżają, delikatna dziecięca dusza twardnieje. Dotychczas był "zdecydowanie wesołym chłopczykiem". "Później jednak stałem się jakby trochę zamyślony i już nie tak radosny"15 - wspomina Ratzinger. Pewne jest: nie może robić tego, czego tutaj wymagają. Po prostu nie potrafi. Dochodzi jednak coś jeszcze. Z powodu niepowodzenia w sporcie ten tak bardzo świadomy siebie chłopiec dostrzega w końcu, że jego autonomia została zakwestionowana. W innych sytuacjach czuje się suwerennym panem, a na boisku jego słabości nie da się zrekompensować. Szybko zdaje sobie sprawę: "Spotkało mnie coś, co było dla mnie zbawiennym upokorzeniem - coś, do czego nie byłem absolutnie zdolny"16.
Sytuacja ta okazała się zbawienna także dla jego zdolności nawiązywania relacji. Wymagała ona społecznych kompetencji i tym samym pewnej umiejętności dostosowywania się - żeby ostatecznie także w trudnych okolicznościach zachować się we właściwy sposób. "Musiałem się uczyć wyzbywania się swego partykularyzmu i przez dawanie i branie nawiązywać wspólnotę z innymi".
Inni uczniowie przypominają sobie "małego Hackiego" jako szczególnie cichego i poważnego kolegę. "Ratzinger był powściągliwy, niezwykle spokojny, skromny, a przy tym bardzo inteligentny. Rzucał się w oczy przez swą odmienną i nieśmiałą naturę, ale także precyzyjne, krótkie i w odpowiedniej sytuacji pełne humoru wypowiedzi - tak o nim mówi o rok starszy Peter Freiwang. - Zawsze był szczególnym człowiekiem i nie dał sobie w kaszę dmuchać". Freiwang uważał Josepha za "zdecydowanego intelektualistę, z samej natury przeznaczonego na profesora i uczonego". "Żadną miarą jednak nie chciał wywyższać się nad innych, także w sprawach religijnych". "Zadania kończył zawsze jako jeden z pierwszych" - pamięta jego kolega Strehhuber. Franz Weiß wspomina: "Pisał szybko, odkładał kartkę, zakładał ręce i jeszcze raz się przyglądał temu, co napisał"17.
Koledzy nie uważali Josepha ani za tchórza, ani za lizusa. Jeśli na tablicy pojawił się jakiś śmieszny werset grecki, można było mieć pewność, kto był sprawcą. Późniejszy papież twierdził, że "był trochę skłonny do niesforności" i lubił się przeciwstawiać. Jak jednak później zobaczymy, było to nieco więcej niż "trochę". Zgodnie z opinią kolegów, ten dwunastolatek nie był karierowiczem ani jedną z tych wiecznych ofiar, z których inni drwią; był to ktoś zawsze gotów do okazania pomocy, może odrobinę dziwny, ale też nie zamknięty w sobie; ktoś, kto wie, kim jest i co potrafi. "Przyjmowaliśmy go takiego, jaki był, i u wszystkich cieszył się uznaniem - wyjaśniał Freiwang - był mądrym, dobrym chłopcem i dlatego szanowali go wszyscy koledzy"18.
W seminarium i w miarę upływu czasu Ratzinger nabył na stałe wiele ze sposobów zachowania, które wyróżniały go później jako profesora, biskupa i papieża jako jego cechy charakterystyczne. Należą do nich sumienność, niestrudzona pracowitość, ale także sceptyczny dystans do otoczenia i pewnego rodzaju suwerenność, której jak się wydaje, nie mógł naruszyć napór zewnętrznych okoliczności. Wręcz rzucała się w oczy jego dyskrecja. Znano go jako kogoś, kto nigdy nie wysuwa się naprzód, żeby potem dyrygować z drugiego szeregu.
Adekwatność tego opisu charakteru będą nawet w szczegółach potwierdzać późniejsi towarzysze jego drogi. Na przykład skromność i pokorę Ratzingera albo unikanie dominacji nad innymi. "Nie posługuje się władzą nawet tam, gdzie powinien się nią posłużyć - zauważył jego uniwersytecki asystent Peter Kuhn. - Nigdy nikogo nie przywoływał do porządku. Nigdy nawet od nikogo nie wymagał: musisz to lub tamto zrobić". Ojciec Stephan Horn, także student późniejszego profesora, potwierdza: "Wyczuwano, że jest genialnym teologiem. Ale nigdy nie eksponował swej wyjątkowości. Nigdy też nie dawał odczuć, że jest szefem"19.
Niezmieniona pozostała także właściwa Ratzingerowi postawa zachowywania dystansu, serdeczna wprawdzie, ale zawsze nacechowana rezerwą. Zdaniem Kuhna jego profesor był "zawsze na swój sposób samotnym wilkiem. Wszystko zawsze robił sam. Może inaczej się nie nauczył. Ale było to zgodne także z jego charakterem. Nie jest wprawdzie tajemniczy, ale raczej niekomunikatywny. Mało mówi". Wspominając przeszłość, także Ratzinger otwarcie przyznał, że w seminarium miał kłopot z przyzwyczajeniem się do mentalności grupy i do seminaryjnego rytmu życia. Możliwe jednak, że powściągliwość ta wynikała z usiłowania "znalezienia najpierw własnego stanowiska" i pozostawienia sobie możności przedstawienia następnie możliwie niezależnej, trzeźwej i trafnej analizy. Tak rozumiany dystans - dzięki zachowaniu własnej integralności - stanowił konieczny warunek niezależności i nieulegania wpływom.
Co do nieśmiałości Ratzingera nie ma ona nic wspólnego z pozą czy kokieterią. Stanowi przejaw religijnego wychowania kładącego nacisk na czystość i ochronę ciała i duszy przed moralnym brudem i ogłupieniem. Jako świątynia Boga człowiek nie powinien uganiać się za błahostkami, lecz dążyć do rzeczy wyższych, ażeby dojść do rzeczywistego spełnienia. Związany z nieśmiałością lęk jest częścią usposobienia, z którym człowiek przychodzi na świat. Harmonizował on zresztą z wrodzoną wstydliwością i wychowaniem do dyskrecji jako jednego z elementów szacunku dla drugiego.
Ten niezwykle zdolny i wrażliwy chłopiec chłonął wiedzę jak gąbka, bo chciał robić postępy w świecie ducha. Jak twierdzi Georg, jego brat nie był przy tym ambitny, lecz tylko "dokładnie wiedział, co należy czynić", i robił to "z całym zaangażowaniem". Dobrze wyraził to wierszyk kolegów z jego klasy: "Pełen sprzeczności, mimo wszystko stoi nasz Hacki na boisku. Tak mało w sporcie może, lecz w nauce to orzeł". Jako "Joseph wszechwiedzący" został zaszczycony w rubryce: "Anegdoty i wesołe wspomnienia z naszych czasów szkolnych" w gazetce maturalnej "Klasy Helios": "Wszechwiedzącemu Josephowi postawiono pytanie. On wstaje powoli i odpowiada: "Nie mogę tego wyrazić słowami". Nota bene: "Tym razem nawet on zawiódł""20.
Kleszcze reżymu się zaciskają. W lecie 1938 roku minister kultury i oświaty Adolf Wagner, mając na uwadze seminarium w Traunstein, zarządził, że na obniżenie czesnego mogą liczyć tylko członkowie państwowych organizacji młodzieżowych. Kuria arcybiskupia zareagowała natychmiast: członkostwa w Hitlerjugend nadal zabrania się kategorycznie, za to wkład rodziców w opłatę za internat został zmniejszony dokładnie o kwotę zniżki.
Sytuacja zmieniła się, gdy 25 marca 1939 roku w Ustawie o Hitlerjugend zapisano, że wszyscy chłopcy od dziesiątego do czternastego roku życia mają wstąpić do Deutsches Jungvolk (DJ), a starsi, do osiemnastego roku życia, do Hitlerjugend (HJ). Jednocześnie wprowadzono różnicę między Pflicht-HJ i Stamm-HJ. Ten drugi był zarezerwowany dla młodych, którzy zostali członkami już przed kwietniem 1938 roku. Nieprzestrzeganie tego obowiązku groziło wychowawcom karami pieniężnymi i więzieniem. W ten sposób liczba członków HJ i BDM wzrosła z 7 do 8,7 miliona. Nie zmieniło to w niczym oporu seminarium. Dopiero w październiku 1939 roku wszyscy seminarzyści zostali zapisani do HJ; trwało nieprzerwanie wstępowanie do Jungvolk. Jeszcze trzy lata później, w grudniu 1942 roku, dyrektor szkoły nazista napisał z rezygnacją: "Znamienne jest, że jeszcze dzisiaj wszystkie koszty wychowania (mieszkanie, opłaty szkolne i tak dalej) pokrywane są przez arcybiskupa, co dowodzi, że zniesienie tych klerykalnych zakładów wychowawczych jest iluzoryczne"21.
W wizji Hitlera w aryjskiej, narodowosocjalistycznej Rzeszy manipulowanie młodymi zajmowało miejsce zasadnicze. "W naszych oczach młody Niemiec musi być w przyszłości giętki i smukły - krzyczał Hitler do młodych w czasie marszów partyjnych - zwinny jak chart, twardy jak kamień i mocny jak stal od Kruppa". W Traunstein szkolenie, ćwiczenia obronne i apele rozłożono tak, żeby zakłócały ustalony rytm zajęć seminaryjnych. W przeciwieństwie do Stamm-HJ, członkowie Pflicht-HJ nie otrzymali mundurów i uchodzili za żywy przykład "znienawidzonego reakcyjnego ducha". "My, seminarzyści, musieliśmy maszerować na końcu przymusowych pochodów HJ - mówi seminarzysta Hans Altinger. - W ten sposób nieoficjalnie pokazywano nam, że nie jesteśmy godni nosić munduru Führera". "Gdy były jakieś uroczystości, nas oczywiście pomijano - mówi Peter Freiwang - a okazując nam trochę współczucia, mówiono: mój Boże, te biedne chłystki"22.
Obowiązkowe marsze w czasach nazistowskich były nudne i wyczerpujące. "Najpierw ustawienie się do marszu, potem wyruszenie na plac stanowiący jego cel, a tam staliśmy w szeregach w postawie na baczność albo spocznij - opowiadał Altinger. - Następnie podniesienie sztandarów, hymny państwowe, przemówienia powitalne, a na koniec przemówienia świąteczne albo propagandowe. Fanatycy to uwielbiali, my, seminarzyści, tylko się przyglądaliśmy"23. Gdy maszerowali przez miasto trójkami i mieli śpiewać nazistowskie pieśni - opowiadał Georg Ratzinger - dowódca umyślnie zaczynał pieśń fałszywym tonem, "skutkiem czego my też fałszowaliśmy. Musieliśmy padać na ulicy, wstawać i znowu padać"24. Także Josepha wcielono przymusowo do Hitlerjugend, gdy skończył czternaście lat. Wzbraniał się jednak przed stawieniem się "na służbie".
Kierownictwo internatu poleciło alumnom unikać prowokacji i nie wdawać się w dyskusje polityczne. Także episkopat Niemiec zalecał cierpienie w milczeniu, domagając się jednocześnie dotrzymywania konkordatu. "Czytane nam przez proboszcza odpowiednie listy pasterskie - mówił Ratzinger - wbiły mi się w pamięć". Młody Joseph wyciągnął z tego własne wnioski: "Już wtedy zaświtało mi w głowie, że walcząc o instytucje, biskupi nie dostrzegali istoty rzeczy. Bo same gwarancje instytucjonalne są bez znaczenia, jeśli nie ma ludzi, którzy je podtrzymują z wewnętrznego przekonania". Bez nich "powoływanie się na chrześcijaństwo zabezpieczone instytucjonalnie trafiało w próżnię".
Im silniejsza presja z zewnątrz, tym bardziej kierownictwo seminarium intensyfikuje katechizację za murami internatu. Solidne szkolne wykształcenie i nauczanie religii były dwoma elementami, które przyszłych kapłanów miały przygotować do pracy w ateistycznym społeczeństwie przy wrogo ustosunkowanym do Kościoła reżymie. Zdaniem Rexa Maira, który w swoim czasie pracował w Rzymie jako kierownik chóru w niemieckim kościele Santa Maria dell'Anima, duchowe wychowanie powinno się zaczynać od rozwijania zamiłowań muzycznych. W internacie były chór i orkiestra występujące w święta i uroczystości oraz koncertujące we własnej sali teatralnej. W duchowość wprowadzało trzech prefektów wspieranych przez ojca duchowego, który miał wykłady z ascetyki.
Kształcenie było dość surowe, tak że mogłoby zadziwić nawet mistrza zen w tybetańskim klasztorze. Już przed poranną modlitwą młodzieńcy otrzymywali wykaz intencji modlitwy na cały dzień i krótkie teksty do "wewnętrznego rozważenia". W seminaryjnym kościele byli przygotowywani do ascetycznego przeżywania roku kościelnego, do przyjmowania sakramentów świętych albo do obowiązków stanu kapłańskiego. Zapoznawali się z małymi i wielkimi świętami, z przypadającymi na nie ćwiczeniami i czytaniami, ale także z takimi praktykami jak pierwsze piątki, soboty kapłańskie czy nocne adoracje Najświętszego Sakramentu, który był wystawiany w pięknej monstrancji na ołtarzu domowego kościoła.
Dochodziły do tego rozmaite formy kultu maryjnego, sposoby przeżywania adwentu czy Bożego Narodzenia. Na początku każdego roku szkolnego wszyscy wychowankowie odprawiali rekolekcje - starsi przez cztery dni, a młodsi przez dwa. Dwa razy w roku odbywali zaplanowaną pielgrzymkę do sanktuarium Maria Eck. Od przejęcia władzy przez Hitlera praktykowali także żywy różaniec: każdy uczeń miał odmawiać jeden dziesiątek różańca, niezależnie od codziennego różańca albo drogi krzyżowej w Wielkim Poście. Regułą była codzienna komunia święta, cotygodniowa spowiedź, a także jakieś nabożeństwo lub konferencja duchowa na zakończenie dnia25.
"Gdy człowiek trzyma się swego porządku - dowiadywali się seminarzyści z nauki ojca pustyni Antoniego Wielkiego - wtedy nie pobłądzi". Ważne są: odpowiednie milczenie, odpowiednie mówienie i odpowiednie słuchanie. Poza tym właściwe wykorzystywanie czasu, wystrzeganie się nieumiarkowania i rozwiązłości, ale także niepokoju i przepracowywania się - znajdywanie we wszystkim właściwego sposobu i umiaru. Uczniowie studiowali grę na instrumencie i śpiew liturgiczny. Uczyli się powściągliwości. Praktyka cnót ma służyć samokontroli i umacnianiu charakteru. Zanim coś się powie, należy się najpierw zastanowić, co chce się powiedzieć. Nigdy nie powinno się chwalić swoją wiedzą, trzeba natomiast starać się o spokój i łagodność i stopniowo zrywać ze swym egotyzmem. Na koniec winno się też zachowywać właściwą postawę: odpowiednio się, pochylać, stać, siedzieć i klęczeć, żeby z godnością przybliżać się do tajemnicy, a wreszcie odczuwać obecność Boga i Jego poruszenia.
Czy świat nazistów z ich urojeniami o narodzie i rasie nie był w istocie czymś całkowicie nierealnym? I przeciwnie, czy prawdziwie realnym światem nie był w istocie tak z pozoru nierealny świat wiary, którego reguły były zharmonizowane z wielkim porządkiem leżącym u podstaw całego stworzenia? Nawet jeśli naziści wszystko przekręcają, zmieniają znaki, wszystkiemu nadają inne znaczenie i zawłaszczają przyszłość, to seminarzyści mogą być pewni jednego: w każdej walce zwycięzcą okaże się na koniec powstający z martwych Chrystus - nawet gdyby tym końcem miał być dopiero koniec świata.
1 Rozmowa Petera Seewalda z Walterem Bruggerem.
2 Hendrik van Capelle, Arie Pieter van de Bovenkamp, Der Berghof. Hitlers verborgenes Machtzentrum, Fränkisch-Crumbach 2010.
3 Rozmowa Petera Seewalda z Benedyktem XVI.
4 Pius XII. Und die Deutschen, "Der Spiegel", nr 47, 18 listopada 1964.
5 Joseph Ratzinger, Moje życie, tłum. Witold Wiśniowski SSP, wyd. 3, Częstochowa 2005, s. 28.
6 Volker Laube, Das Erzbischöfliche Studienseminar St. Michael in Traunstein und sein Archiv, "Schriften des Archivs des Erzbistums München und Freising" 2006, t. 12.
7 Tamże.
8 Tamże.
9 Tamże.
10 Klaus-Rüdiger Mai, Benedikt XVI. Joseph Ratzinger: sein Leben, sein Glaube, seine Ziele, Köln - Mühlheim 2010.
11 Przemówienie Ojca Świętego Benedykta XVI w Bundestagu, Berlin, Reichstagsgebäude, 22 września 2011, cyt. za: https://w2.vatican.va/content/benedict-xvi/pl/speeches/2011/september/documents/hf_ben-xvi_spe_20110922_reichstag-berlin.html (dostęp: 18.04.2020).
12 Benno Hubensteiner, Bayerische Geschichte, München 1992.
13 Joseph Ratzinger, Moje życie, dz. cyt., s. 28.
14 Tamże.
15 Rozmowa Petera Seewalda z Benedyktem XVI.
16 Tamże.
17 Rozmowa Petera Seewalda z Franzem Weißem.
18 Wypowiedź Petera Freiwanga w filmie Joseph Ratzinger - Die Jugend des Papstes, reż. Franz Fleischmann, 2005.
19 Rozmowa Petera Seewalda ze Stephanem Hornem.
20 Z prywatnego archiwum Franza Weißa.
21 Volker Laube, Das Erzbischöfliche Studienseminar St. Michael..., dz. cyt.
22 Wypowiedź Petera Freiwanga w filmie Joseph Ratzinger - Die Jugend des Papstes, reż. Franz Fleischmann, 2005.
23 Wypowiedź Hansa Altingera w filmie Joseph Ratzinger - Die Jugend des Papstes, reż. Franz Fleischmann, 2005.
24 Rozmowa Petera Seewalda z Georgiem Ratzingerem.
25 Volker Laube, Das Erzbischöfliche Studienseminar St. Michael..., dz. cyt.
ROZDZIAŁ 9
W czasie tego weekendu mieszkańcy Berlina cieszyli się wspaniałą letnią pogodą. Nad brzegami Wannsee roiło się od miłośników kąpieli i zakochanych młodych trzymających się za ręce. W mieście zauważano jednak coraz więcej żołnierzy w nowiutkich oficerkach, którzy wałęsali się wzdłuż alei Kurfürstendamm.
Kilka dni później, we wczesnych godzinach rannych 1 września 1939 roku, rozpoczyna się atak na Polskę, który Hitler przygotowywał od pięciu miesięcy. O 4.37 niemieckie sztukasy zrzucają bomby na leżące niedaleko zachodniej granicy polskie miasto Wieluń i zrównują z ziemią jego centrum. Osiem minut później przebywający w porcie gdańskim z "przyjazną wizytą" pancernik Schleswig-Holstein zalewa ogniem polską składnicę wojskową blisko ujścia Martwej Wisły.
Przed dniem napadu niemiecki Wehrmacht liczył prawie trzy miliony żołnierzy, czterysta tysięcy koni i dwieście tysięcy pojazdów. Jak podaje brytyjski historyk wojska Antony Beevor, "półtora miliona żołnierzy znalazło się nad polską granicą, a wielu z nich zaopatrzono w ślepą amunicję pod pozorem, że chodzi o manewry"1. Kilka miesięcy wcześniej nazistowskie media podgrzewały atmosferę. Rozpowszechniano na przykład wśród odbiorców informację, że osiemset tysięcy ich rodaków żyjących w Polsce jest uciskanych przez rząd i otwarcie się ich prześladuje. Rzeczywiście siedemdziesiąt tysięcy przestraszonych Niemców przeniosło się na teren Rzeszy w poszukiwaniu bezpiecznej przystani.
Inwazję miały usprawiedliwić sfingowane napady na niemiecki urząd celny w dzisiejszych Pilichowicach i radiostację w przygranicznym mieście Gleiwitz. W Gliwicach więźniów z KL Sachsenhausen esesmani przebrali w stroje przypominające ubiór powstańców śląskich i zastrzelili, żeby trupy posłużyły za "dowody rzeczowe" uzasadniające agresję na Polskę. Za tę wyrafinowaną operację odpowiadał generał Reinhard Tristan Eugen Heydrich z Halle, szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (Reichssicherheitshauptamts, RSHA). Zakodowane hasło, które 31 sierpnia podał jako znak startu, brzmiało: "Babcia umarła!".
Heydrich w roku 1941 otrzyma polecenie "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej" i zostanie kompetentnym organizatorem Holokaustu.
Akurat w momencie, kiedy na Kraków padały niemieckie bomby, w górującej nad miastem katedrze polskich królów przebywa student, który przyszedł do spowiedzi i komunii. "Musimy mimo wszystko odprawić mszę świętą" - woła kapłan, wzywając młodzieńca, żeby posłużył za ministranta. Kyrie eleison, Christe eleison - Panie, zmiłuj się, Chryste, zmiłuj się, recytuje student polonistyki, który klęczy przy ołtarzu ukrzyżowanego Chrystusa, podczas gdy od huku bomb pęknięciem grożą witraże katedry. Nazywa się Karol Józef Wojtyła.
Nikt nie mógł przypuszczać, że krzyż, przed którym klęczy, student ten będzie musiał dźwigać za cały Kościół na świecie i że akurat będzie mu w tym pomagał ktoś, kto należy do narodu właśnie w tej chwili podpalającego cały świat.
Jest wojna. Ratzingerowie dowiadują się o tym w domu ze swego radia marki Saba. Także Georg i Joseph tkwią przy aparacie w swym pokoju. Ich szkolne przybory są od dawna spakowane. Są to ostatnie dni ich letnich wakacji. "Od 5.45 odpowiadamy ogniem - chrypi głos Führera w radiowym przemówieniu - odtąd naszą odpłatą za bombę będzie bomba!"
Strategia Hitlera była elastyczna. Z początku spodziewał się, że pozyska Wielką Brytanię jako sprzymierzeńca, żeby następnie rozpocząć wojnę ze Związkiem Sowieckim, co w rzeczywistości było jego właściwym celem. Później planował prewencyjnie zaatakować Francję. Żeby zabezpieczyć się od wschodu, polecił ministrowi spraw zagranicznych Joachimowi Ribbentropowi zawrzeć układ z Polską. Marszałek Józef Piłsudski, autokratyczny przywódca, po przejęciu władzy przez Hitlera wielokrotnie na próżno nakłaniał mocarstwa zachodnie do prewencyjnego uderzenia na Rzeszę Niemiecką. W styczniu 1934 roku polski minister spraw zagranicznych Józef Beck wytargował wreszcie z Berlinem deklarację wzajemnej rezygnacji z przemocy. Układ miał być ważny dziesięć lat. Cztery lata później, gdy Niemcy wkroczyły w Sudety, przesunęły granicę kraju na wschód w kierunku Karpat, polskie oddziały zajęły czechosłowackie Zaolzie, którego Polska domagała się dla siebie od lat dwudziestych.
W dokładnie przeciwnym kierunku zwracały się terytorialne zakusy Związku Sowieckiego. Zgodnie z planami Stalina, komunistyczne imperium miało się poszerzyć na zachód. W wizji czerwonego dyktatora miały się w nim znaleźć rumuńska Besarabia, Finlandia, kraje bałtyckie, wschodnia Polska, a także te części Białorusi i Ukrainy, które Rosja po klęsce w wojnie polsko-sowieckiej musiała w 1921 roku odstąpić Polsce. 18 kwietnia 1939 Stalin zaproponował pakt przymierza rządowi brytyjskiemu i francuskiemu. Brytyjczycy podziękowali i odmówili. Podejrzewali ukryte zamiary kryjące się za tym démarche. Oprócz tego rząd Chamberlaina bał się prowokowania Rzeszy Niemieckiej, kraju, w którym ciągle jeszcze widziano wał ochronny przed bolszewizmem.
W Obersalzbergu, kilkadziesiąt kilometrów od domu Ratzingerów, precyzyjnie planowano wybuch drugiej wojny światowej. Kompleks został rozbudowany do rozmiarów potężnej twierdzy. Hitler miał rządzić ze swej góry prawie przez jedną czwartą całego czasu swego panowania. 23 maja 1939 roku tutaj przedstawił Wehrmachtowi swe plany zniszczenia Polski. Chodziło nie tylko o "przywrócenie do ojczyzny" Gdańska, jak pouczał Führer, lecz także o opanowanie całej południowej części Europy Środkowej. Danych Polsce gwarancji nie traktował poważnie. "Mam teraz pięćdziesiąt lat - tłumaczył Hitler rumuńskiemu ministrowi spraw zagranicznych wczesną wiosną - wojnę wolę mieć teraz, niż gdy będę miał pięćdziesiąt pięć albo sześćdziesiąt"2.
Akurat osiem dni przed początkiem wojny, 23 sierpnia 1939, ministrowie spraw zagranicznych Niemiec i Związku Sowieckiego Ribbentrop i Mołotow podpisali w Moskwie układ o nieagresji, który miał przejść do historii jako pakt Hitlera i Stalina. W tajnym dodatkowym protokole podzielili między siebie znaczne obszary wschodniej Europy. Gdy wieść o zgodzie Stalina na jego zawarcie dotarła do Obersalzbergu, jak przypomina sobie minister uzbrojenia Albert Speer, Hitler podskoczył przy swym stole jadalnym i zawołał z radością: "Wspaniale, wspaniale!". Pakt ten dawał Hitlerowi możność prowadzenia wojny najpierw z Polską, a następnie z Francją i Wielką Brytanią. Stalin z kolei liczył na osłabienie Niemiec kampaniami na Zachodzie i możliwość wcielenia do swego imperium wielkich przestrzeni wschodniej Europy.
Na wkroczenie armii niemieckiej do Polski większość zagranicznych rządów patrzyła bezradnie. W Anglii przez cały 1 września gabinet i Foreign Office pracowały nad ultimatum dla Hitlera z żądaniem natychmiastowego wycofania jego oddziałów z Polski. Antony Beevor zauważył, że postulat ten sformułowany na piśmie nie brzmiał nawet jak poprawnie wystosowane ultimatum, bo nie było w nim daty upływu jego obowiązywania. Państwo polskie załamało się już 17 września. W tym dniu Armia Czerwona wkroczyła bez większych walk do wschodniej części Polski. Rząd uciekł do Rumunii, siedemset tysięcy polskich żołnierzy zostało wziętych do niewoli niemieckiej, a dwieście tysięcy trafiło do sowieckiej. W odniesieniu do Polski Hitler w swej górskiej twierdzy wobec zgromadzonych tam dowódców wojska oświadczył, że należy "bez miłosierdzia i litości wysyłać na śmierć mężczyzn, kobiety i dzieci polskiego pochodzenia". "Tylko w ten sposób zdobędziemy potrzebną nam przestrzeń życiową"3 - argumentował.
Istotnie, SS od razu zaczęło polowanie na polską arystokrację, nauczycieli i profesorów, lekarzy i prawników, inżynierów i kapłanów. Dziesiątki tysięcy wymordowano albo zesłano do obozów koncentracyjnych, w tym prawie wszystkich profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego. "Słowiańskich podludzi" planowano "zniemczyć" i wykorzystywać jako siłę roboczą. W nowo utworzonych "okręgach Rzeszy" i w "Generalnym Gubernatorstwie" pomiędzy Warszawą, Krakowem i Lublinem Polakom nie wolno było wchodzić do restauracji, kin i teatrów ani wsiadać do pierwszego wagonu tramwajów; zakupy mogli robić tylko w wyznaczonych godzinach. Musieli na chodnikach ustępować miejsca umundurowanym Niemcom, a za "wrogie Niemcom wypowiedzi" groziła kara śmierci.
Ratzingera seniora wiadomości te nie zaskoczyły. Napad na Polskę przewidział sześć lat wcześniej. To był właśnie powód, dla którego kupił dom w w leżącym na uboczu Hufschlag. Jeszcze we wrześniu 1939 roku dawny żandarm zostaje przywrócony do pracy. Podczas dokonywanych w nocy patroli musi pilnować zaciemnienia. Sąsiedzi przypominają sobie, jak zgodnie ze swoją naturą pukał do ich okien, gdy na przykład nie dość starannie zaciągnęli zasłony. Po kilku miesiącach Ratzinger znalazł lekarza, który potwierdził jego przemęczenie, dzięki czemu został znowu zwolniony z wojennej służby dla Hitlera.
Wybuch drugiej wojny światowej w zauważalny sposób zmienił życie Josepha. Jest jeszcze gimnazjalistą. Duży problem stanowi dla niego to, że naziści sport uczynili przedmiotem maturalnym. "Dla mnie była to fatalna perspektywa" - nie sposób było przewidzieć konsekwencji. Wkrótce jednak do diecezjalnego seminarium zajechały ciężkie samochody wojskowe i wojna umożliwiła to, czego naziści nie dokonali w czasie pokoju. Diecezjalny internat z jego "międzynarodową trującą doktryną" został zamknięty. Dyrektor Mair bronił się przed tym do końca. Pozostał w domu niczym kapitan na tonącym statku. Razem z nim zostały dwie siostry zakonne i dwie pokojówki, oddzielone grubą ścianą zbudowaną przez nazistów.
We wrześniu 1939 roku w pomieszczeniach internatu Wehrmacht zorganizował najpierw lazaret dla rannych żołnierzy. Regularne życie seminaryjne stało się prawie tak samo niemożliwe jak normalna nauka, tak więc Ratzinger spędził w internacie nie więcej niż dwa lata. Cała jego nauka w szkole średniej trwała tylko sześć lat, nie licząc lekcji gimnazjalnych odbywanych w pobliżu działka przeciwlotniczego. Niemniej jednak wkrótce trafił w dziesiątkę. Początkowo po zarekwirowaniu domu Rex Mair polecił wychowankom pozostanie w domach. Potem pewną część seminarzystów zakwaterował w miejskim zakładzie kąpielowym. Na koniec uczniów rozesłano do trzech różnych ośrodków wokół Traunstein. Joseph zaliczał się do tych szczęśliwców, których przydzielono do konwentu sióstr Loreto w Sparzu, wysoko nad Traunstein, w otoczeniu potoków, drzew i łąk. Możliwe jednak, że dla jednego z nowych gości nie jest ważne wszystko to, co tam się znajduje, ale o wiele bardziej to, czego nie ma. Niemal triumfalnie zauważył później: "Nie było tam boiska".
Przenosiny do byłej, od dawna przez nazistów zamkniętej zakonnej szkoły dla dziewcząt Joseph odczuwa jako niebiańską pociechę. Po południu wędruje po górach, bawi się w otaczających konwent wielkich lasach i w pobliskim górskim potoku. Ratzinger wyznał, że tam właśnie pojednał się z seminarium i przeżył "piękny czas". Jego dobre samopoczucie umacnia to, że w Sparzu towarzyszy mu też jego brat Georg. Joseph o tej nowej sytuacji mówi: "zżyłem się z seminarium i doświadczyłem cudownych chwil. Musiałem nauczyć się angażować całym sercem, wychodzić ze swojego świata i budować ducha wspólnoty wraz z innymi, dawać i otrzymywać. Za to doświadczenie jestem wdzięczny, bo było ono ważne w moim życiu"4.
W gimnazjum "kandydaci na proboszczów" mieli szczególną pozycję. To, że wynikami w nauce górowali nad innymi uczniami, nie przysparzało im sympatii zwolenników Führera. We wzajemnych kontaktach umacniał się jednak duch przyjaźni, który powiązał ich ze sobą na całe życie. Także jako papież Ratzinger utrzymywał kontakty ze swymi byłymi kolegami, żywo interesował się ich życiem, dowiadywał się o ich krewnych i znajomych. Jego szkolni koledzy stanowili krąg, który był mu bez zastrzeżeń życzliwy, oddany i pełen ufności - po prostu dlatego, że go znali.
Jak mocne było przywiązanie Ratzingera do seminarium, widać w tym, że jeszcze jako kurialny kardynał każdego roku spędzał kilka dni w swej dawnej szkole. Jego ostatnia wizyta odbyła się w styczniu 2005, kilka miesięcy przed jego wyborem na dwieście sześćdziesiątego piątego następcę Piotra. Przyjechał tam w towarzystwie niewidomego już wtedy brata. "Jedli razem śniadanie w pokoju prefekta - opowiadał dyrektor domu - a kardynał czytał swemu bratu gazetę"5.
Szczęśliwy epizod pobytu w Sparzu trwał jednak krótko. Niebawem również ten były klasztor został zarekwirowany i seminarzystów z niego wyrzucono. Innej kwatery dla nich dyrektor nie zdołał znaleźć. Dlatego dalsze seminaryjne życie Josepha będzie upływało w domu. Rano chodzi teraz razem ze swym bratem do szkoły, niekiedy w towarzystwie siostry, która od jakiegoś czasu pracuje w kancelarii adwokata Pankratza Schnappingera, a w domu zabawia rodzinę prawniczymi kontrowersjami, z jakimi ma do czynienia kancelaria.
Bracia są nierozłączni. "Od samego początku byliśmy sobie bliscy - wyjaśnia przyszły papież - po prostu siebie potrzebowaliśmy". W czasie swego pontyfikatu Benedykt XVI dzwonił zwykle kilka razy w tygodniu, by porozmawiać z byłym kapelmistrzem katedralnym w Ratyzbonie. Jako papa emeritus znalazł dla niewidomego brata gospodynię, którą chciał osobiście poznać w czasie rozmowy w Ogrodach Watykańskich.
Wojna interesowała obydwu chłopców równie mało co apele ze sztandarem Hitlerjugend i ćwiczenia wojskowe. Munduru Hitlerjugend Joseph w każdym razie nigdy nie nosił. Jak mówił jego kolega szkolny Peter Freiwang, "drugi zastęp Hitlerjugend w Traunstein składający się niemal z samych seminarzystów rozwiązał się z powodu zbyt małej liczby członków". Razem z siostrą Marią organizują tygodniowe wycieczki rowerowe. W Salzburgu Georg i Joseph zamieszkali raz w hotelu Tiger. Nocleg ze śniadaniem włącznie kosztował trzy i pół marki. Miejsce jest dogodne, by móc stamtąd skoro świt dotrzeć do słynącej z pięknego dźwięku dzwonów katedry salzburskiej, znaleźć dobre miejsca i rozkoszować się Wielką mszą c-mol Mozarta w całej jej wzniosłości.
Już od najwcześniejszego dzieciństwa Salzburg urzekał Georga i Josepha swą pogodą, pięknem i niebiańskim wręcz spokojem. W roku 1941, z okazji sto pięćdziesiątej rocznicy śmierci największego syna tego miasta, z wielkim rozmachem rozpoczęto Rok Mozarta. Podczas gdy publiczność międzynarodowa już do Salzburga nie przybywa, miejscowa cieszy się tańszymi biletami na koncerty. Georg przejął inicjatywę i postarał się o bilety. Oprócz Mozarta słuchają 9 Symfonii Beethovena, którą dyryguje Hans Knappertsbusch. Georga elektryzuje przede wszystkim jedno: wiadomość o gościnnym występie chóru Regensburger Domspatzen6 z nowym opracowaniem komedii muzycznej Mozarta Der Schauspieldirektor. "Nie mogłem spać całą noc". Jego brat jest przekonany: "Narodziła się miłość do "Katedralnych Wróbli", o których już wcześniej niejedno słyszeliśmy". Rozentuzjazmowany Georg ogląda plakaty, słucha płyt, pochłania wszelkie dostępne informacje o "tajemniczym świecie wyższej szkoły muzycznej", salzburskiego Mozarteum. Przede wszystkim "zaczął teraz grać na fortepianie w sposób jeszcze bardziej świadomy celu, skoncentrowany" - mówi Joseph. Zajmuje to też pianiście więcej czasu, co młodszemu bratu niekoniecznie musi sprawiać przyjemność.
W domu w każdą niedzielę obydwaj tkwią przy radioodbiorniku. Gdy nadawane są transmisje koncertów z Salzburga, Georg pedantycznie studiuje książkę informującą o orkiestrze, chórze, solistach, dyrygentach i poszczególnych utworach, których numery dokładnie podaje Katalog Köchla. Szczególnie interesują go Msza koronacyjna i trzy mniejsze msze w F-, D- i B-dur w wykonaniu na instrumentach smyczkowych. O muzyce Mozarta powie kiedyś: "Jest ona zwiastunem szczęścia błogosławionych, odtwarzającym rzeczywistość nieba, i ukazuje jedność stworzeń z ich Stwórcą"7. Mozartem zachwyca się także Joseph. Do jego ulubionych utworów należą koncert na klarnety i kwintet na klarnety.
O entuzjazmie takim jak ten, który zapanował po wybuchu pierwszej wojny światowej, w roku 1939 w Niemczech nie mogło być mowy. Ci, którzy przeżyli, zbyt wyraźnie mieli jeszcze przed oczyma straszliwe konsekwencje tamtej katastrofy. Szybki sukces kampanii w Polsce przemawiał jednak za przyznaniem racji Hitlerowi. Mimo że Anglia i Francja na ten napad zareagowały wypowiedzeniem wojny, nie podjęły działań wojennych. Niemieckie oddziały maszerowały zaś przez Europę, jakby miały siedmiomilowe buty. Norwegia, Dania, Luksemburg, Holandia, Belgia - przetoczyły się przez wszystkie te kraje, zajmując je bez napotkania większego oporu. Kampania francuska była po prostu śmiesznie krótka. Jakby mimochodem pokonane zostały też Bałkany, Grecja i część północnej Afryki.
Hitler był u szczytu potęgi i prestiżu. Zwycięstwo nad Francją sprawiło, że jego notowania rosły. Niemcy nareszcie zrekompensowały sobie układ wersalski, sprawiający, że czuły się upokorzone i ograbione. W oczach swych zwolenników Hitler dotrzymał słowa. Ratzinger senior był zrozpaczony. Na początku wojny oczekiwał zdecydowanego oporu ze strony aliantów. Przekonany był, że Francja i Anglia szybko poskromią "największego wodza wszech czasów", jak lubił siebie nazywać Hitler, i tym samym położą kres panowaniu nazistów. Tymczasem wydawało się, że sukces uprawomocnia ich rządy. Jak twierdzi Joseph, dla jego ojca było jasne, że zwycięstwo Hitlera nie jest zwycięstwem Niemiec, lecz Antychrysta i musi prowadzić do czasów apokaliptycznych dla wszystkich wiernych, i nie tylko dla nich8.
Czwarta klasa Josepha liczy w roku szkolnym 1940/1941 trzydzieścioro sześcioro uczniów. Dziesięciu jego kolegów pochodzi z rodzin chłopskich. Jeden z ojców jako nazwę zawodu podał "plutonowy". Inne profesje to: radny sądu ziemskiego, cieśla, lekarz, kowal, inspektor pocztowy, a nawet lekarz okrętowy. W klasie są dwie dziewczyny. Siedmiu chłopców nosi imię Josef. Wojna stawała się coraz większym obciążeniem także dla szkoły, czego dowodził program nauczania. W wykazie zadań domowych i szkolnych w roku szkolnym 1940/1941 były następujące tematy: "Co uzasadnia nadzieję Führera na odniesienie w 1941 "największego zwycięstwa w historii Niemiec?"". Albo też: "Jakie znaczenie mają dla Rzeszy kolonie?". Inny temat brzmi: "Dlaczego zajmujemy się badaniem ras?". Joseph wybierał przypuszczalnie nieliczne niewinne tematy, na przykład: "Myśli na Dzień Matki", albo: "Dlaczego lubię chodzić w góry?". Możliwe też, że zdecydował się na wypracowanie pod tytułem: "Natura Germanów w zwierciadle ich wiary w bóstwa"9.
Jest słoneczna niedziela na początku lata 1941 roku. Klasa Josepha miała na ten dzień zaplanowaną wycieczkę statkiem na pobliskim jeziorze Waginer, gdy lotem błyskawicy rozeszła się wiadomość, że Rzesza Niemiecka razem ze swymi sprzymierzeńcami zaatakowała Związek Sowiecki na froncie rozciągającym się od Przylądka Północnego po Morze Czarne. Niespełna dwa lata wcześniej, 30 listopada 1939 roku, Armia Czerwona Stalina, rzucając do natarcia półtora tysiąca czołgów i trzy tysiące samolotów, zajęła Finlandię i wcieliła znaczną część jej obszaru do ZSRR. Ciężkie straty Sowietów - ponad dwieście tysięcy poległych żołnierzy - bardzo zachęciły Hitlera do nowej napaści. Nad małym statkiem na jeziorze "wiadomość o nowym froncie wojny unosi się jak koszmar senny - mówi Ratzinger. - Myśleliśmy o Napoleonie; myśleliśmy o niezmierzonych obszarach Rosji, na których niemiecki atak gdzieś będzie musiał się załamać". Co do jednego wszyscy są zgodni: "Dobrze nie może się to skończyć". Plan Barbarossa, który 22 czerwca zainicjował nową wojnę błyskawiczną (Blitzkrieg) z Sowietami, istotnie stanowił zwrotny moment wojny światowej.
Jednocześnie z przymusowym zobowiązaniem do członkostwa w Hitlerjugend kierownictwo internatu zgłosiło Josepha jako pełnego członka Męskiej Sodalicji Mariańskiej. 12 stycznia 1941 roku jego siostra Maria w wieku dziewiętnastu lat wstąpiła do trzeciego zakonu świętego Franciszka, duchowej wspólnoty świeckich, którzy poza klasztorem realizują ideały Biedaczyny z Asyżu i chcą jako świeccy przeżywać duchowość zakonu. Obłóczyny odbyły się w klasztorze Maria Eck. Przyjęła imię zakonne Klara, na cześć towarzyszki Franciszka i założycielki zakonu klarysek. Przez profesję wieczystą już rok później przyrzeka uroczyście przez całe życie dochowywać wierności zakonowi, odmawiać każdego dnia przepisane modlitwy, służyć w duchu miłości Kościołowi i światu oraz zobowiązuje się do umieszczenia Eucharystii w centrum swego życia.
W Hufschlag Joseph oddaje się teraz pasji do literatury. Czyta szybciej niż inni i połyka dzieła wielkich przedstawicieli niemieckiej sztuki słowa w rytmie prawie tygodniowym: Josepha von Eichendorffa, Eduarda Mörikego, Adalberta Stiftera. Ze szczególnym upodobaniem studiuje Goethego, ale także Theodora Storma, którego Jeździec na siwym koniu wywarł na nim duże wrażenie. Kleist pozostaje mu obcy. Schillera nie lubi. Jak wyznał, "za dużo moralizował". Odbiera jego dzieła jako "swoistą konstrukcję", a więc jako "coś zamierzonego i z konkretnym moralnym efektem, który można z góry przewidzieć"10. Jego nauczyciel niemieckiego tak długo zamęczał uczniów dramatami Schillera: Wilhelmem Tellem, Dziewicą Orleańską albo Marią Stuart, że "dłużej już nie sposób było tego słuchać".
W świecie pełnym trwogi literatura stanowi dla niego ucieczkę. Książki stają się prawdziwą radością Ratzingera. Jest zafascynowany ukazywanym w nich "ufnym czasem", "pełnym nadziei na coś wielkiego, co ciągle rozwija się w niezmierzonym świecie ducha"11. Szczególnie dziełami Hermanna Hessego. Jedną z jego ulubionych książek tego poety jest Peter Camenzind, dramat przeżywającego wewnętrzne rozterki syna chłopskiego wzrastającego w biedzie i zaniedbanego przez rodziców, który w naturze szuka sensu życia i pocieszenia. Absolutną faworytką jest natomiast powieść Hessego Wilk stepowy, która współczesne duchowe rozterki łączy z radykalną krytyką społeczeństwa. Później Joseph dociera także do Gry szklanych paciorków, która jak miało się jeszcze z czasem okazać, w zadziwiający sposób antycypuje część jego własnej studenckiej drogi.
"Oczywiście również ja sam zacząłem pilnie pisać wiersze" - opowiada Ratzinger. Jego wczesne utwory się nie zachowały, ale przetrwała miłość do poezji zauważalna w całym jego dziele teologicznym, tak jak upodobanie do subtelnych sformułowań, które go zafascynowały. W poprzednim wieku nikt chyba lepiej niż on nie rozumiał jako uczony ścisłego związku między poezją i religią. Piękny literacki język nawet stricte naukowych tekstów stał się wręcz cechą szczególną Ratzingera. Nawet jeśli ich treść nie zawsze jest od razu zrozumiała, to jednak styl i nastrój mogą przemieniać świadomość czytelnika.
W straszliwych latach wojny i terroru na przeżywanie artystycznych snów jest tak samo mało miejsca jak na rozterki okresu dojrzewania. Joseph jest w wieku, w którym stosunek do siebie samego, do rodziców i do całego zewnętrznego świata jest zazwyczaj trudny. Może dzięki autorytetowi ojca udało mu się uniknąć typowych dla tego okresu konfliktów. Podczas gdy następne pokolenie antyautorytarnym buntom nada formę wręcz kulturową, roczniki Ratzingera tkwią w ryzach obowiązku. Ostra konfrontacja z rodzicami jest niedopuszczalna już choćby z tego powodu, że jako prześladowani przez reżym jedni i drudzy skazani są na tę samą dolę i niedolę.
W swoich planach naziści liczyli się z bezlitosnym zgładzeniem milionów ofiar. W tak zwanym generalnym planie wschodnim buchalterzy terroru we wschodniej Europie brali pod uwagę unicestwienie trzydziestu milionów ludzi, w następstwie wypędzania, niewoli i mordów. "Wojnę można kontynuować" - powtarzali kolejni urzędnicy, omawiając sytuację z szefem urzędu obrony i zbrojeń generałem Georgiem Thomasem w maju 1941 - tylko jeśli "cały Wehrmacht w trzecim roku wojny będzie karmiony dostawami z Rosji. W tej sytuacji bez wątpienia zagłodzono by na śmierć miliony ludzi, jeśli wywożono by z kraju to, czego potrzebujemy"12. Z trzech milionów sowieckich jeńców wojennych do początku 1942 roku w niemieckich obozach zmarły z głodu, chorób i wyczerpania dwa miliony. Do końca 1941 roku specjalne grupy SS i policji na zajętych terenach sowieckich rozstrzelały ponad pół miliona Żydów - zabijając najpierw zdolnych do obrony mężczyzn, następnie także kobiety, dzieci i starców; dokonywały również systematycznego mordowania Romów, Polaków, Ukraińców, Białorusinów, Litwinów i psychicznie chorych.
W Traunstein seminarzyści obserwują wielkie transportery "ze straszliwie rannymi żołnierzami", które nieustannie przybywają do miasta. Organizuje się kolejne lazarety. Miejscowa gazeta każdego dnia podaje nazwiska młodych mężczyzn, którzy nadal walczą na froncie. "Było wśród nich coraz więcej uczniów gimnazjum, których niedawno jeszcze znaliśmy jako pełnych życia i pewnych siebie kolegów" - wspomina Joseph. Ratzinger senior musi dla swej rodziny żebrać o ziemniaki, mięso i inne artykuły spożywcze u znanych mu z kościoła okolicznych chłopów. Nikt już nie liczy się z szybkim zakończeniem wojny - wręcz przeciwnie.
Tym pilniej naziści prowadzą ćwiczenia przygotowujące młodzież do walki. 8 czerwca 1942 Georg otrzymuje wezwanie do ćwiczebnego obozu SS w Königsdorfie koło Bad Tölz. Oznacza to koniec jego szkolnej kariery. Potem zostaje odkomenderowany do paramilitarnej służby państwowej w Deutsch-Gabel w Sudetach. W grudniu dostaje rozkaz stawienia się w dywizji piechoty, która jeszcze przed Bożym Narodzeniem zostaje wysłana do Francji. Kolejne przystanki to Holandia, a następnie południowa Francja, gdzie służy jako radiotelegrafista i telefonista.
1 Antony Beevor, Druga wojna światowa, tłum. Grzegorz Siwek, Kraków 2013, s. 38.
2 Sebastian Haffner, Anmerkungen zu Hitler, München 1978.
3 Felix Escher, Jürgen Vietig, Deutsche und Polen. Eine Chronik, Berlin 2002.
4 Joseph Ratzinger, Moje życie, tłum. Witold Wiśniowski SSP, wyd. 3., Częstochowa 2005, s. 29.
5 Rozmowa Petera Seewalda z Thomasem Frauenlobem.
6 Regensburger Domspatzen, dosłownie: katedralne wróble (przyp. red. pol.).
7 Papst-Bruder: Mozarts Musik bildet die himmlische Realität ab, "Die Tagespost", 3 stycznia 2006.
8 Rozmowa Petera Seewalda z Benedyktem XVI.
9 Z kroniki gimnazjum w Traunstein.
10 Wywiad Martina Lohmanna z Josephem Ratzingerem dla Bayerischer Rundfunk, wyemitowany 9 kwietnia 1998.
11 Joseph Ratzinger, Moje życie, dz. cyt., s. 32.
12 Adam Tooze, Cena zniszczenia. Wzrost i załamanie nazistowskiej gospodarki, tłum. Dominik Jednorowski, Oświęcim 2016.
To był zimny i mokry dzień listopadowy w 1992 roku, kiedy pierwszy raz byłem umówiony z Josephem Ratzingerem. Miałem naszkicować jego sylwetkę dla czasopisma "Süddeutsche Zeitung". Zaskoczyła mnie otwartość, z jaką "Wielki Inkwizytor" podchodzi do swojego gościa.
W ciągu następnych lat zadałem kardynałowi, papieżowi i emerytowi około dwóch tysięcy pytań, może nawet więcej. Przy ostatnich się wahał. Odpowiedź, jak skomentował, "stanowiłaby nieuchronnie ingerencję w działanie obecnego papieża. Wszystkiego, co by zmierzało w tym kierunku, musiałem i chcę unikać".
Emerytowany Benedykt XVI nigdy nie stał się cieniem papieża, drugim papieżem ani zwłaszcza antypapieżem. Przeciwnie, był skrupulatnie pod tym względem ostrożny i dbał, żeby w żaden sposób nie wchodzić w drogę swemu następcy. Nigdy zresztą nie złożył przysięgi milczenia. W Castel Gandolfo, w swych ostatnich słowach jeszcze jako urzędujący wtedy papież, podkreślił: "Od godziny dwudziestej nie będę już papieżem, nie będę najwyższym pasterzem Kościoła katolickiego (...) Ale swoim sercem, miłością, modlitwą, myśleniem i wszystkimi swoimi duchowymi siłami chciałbym nadal pracować dla wspólnego dobra, dla dobra Kościoła i ludzkości".
Jaką drogę przebył? Chłopiec z bawarskiej wioski na skraju Alp zostaje głową najstarszej, największej i najbardziej tajemniczej instytucji na świecie, Kościoła katolickiego z miliardem trzystu tysiącami członków! Tym samym po raz pierwszy od pięciuset lat katedrę Piotra ponownie objął Niemiec, teolog, którego kościelne i naukowe dzieło było już wtedy wielkie i znaczące. Joseph Ratzinger napisał historię. Jako greenhorn - żółtodziób - soboru, jako odnowiciel teologii, jako prefekt u boku Karola Wojtyły w czasie sztormu utrzymywał okręt Kościoła na kursie. A nadto jeszcze: jako pierwszy w historii rządzący papież zrezygnował z urzędu z powodu wieku. Nigdy wcześniej nie pojawił się papa emeritus.
Nigdy wcześniej żaden człowiek nie zmienił tak z dnia na dzień papiestwa jak on.
W rozumieniu Benedykta XVI i ocenie jego dokonań świat jest głęboko podzielony. Uważa się go za jednego z najmądrzejszych myślicieli naszych czasów, a jednocześnie był i nadal pozostaje postacią irytującą. Człowiekiem niewygodnym, który swych przeciwników przypiera do muru. Jak zauważył francuski filozof Bernard-Henri Lévy, gdy tylko zaczynano mówić o Ratzingerze, w każdej rozmowie dominowały "uprzedzenia, nieszczerość, a nawet zwykła dezinformacja". Austriacka znawczyni mediów doktor Friederike Glavanovics w swej analizie naukowej stwierdziła, że w przypadku Josepha Ratzingera uderzająca jest tendencja niektórych dziennikarzy do osadzania negatywnych informacji z nim związanych w jeszcze bardziej negatywnym kontekście. Stworzono jego obraz, który "oddaje nie rzeczywistość, lecz służy konkretnemu celowi".
Kim naprawdę jest ten człowiek? Co stanowi jego przesłanie? Czy rzeczywiście jakaś "trauma roku 1968" zmieniła postępowego teologa w reakcyjnego hamulcowego? Czy był "kardynałem pancernym", jak go określano? Czy podczas skandalu nadużyć tuszował je i milczał? Czy ten pontyfikat, jak do znudzenia powtarzali jego przeciwnicy, był jednym pasmem porażek? Książka Benedykt XVI. Życie, badając pochodzenie, osobowość i dramatyczne zmiany w życiu niemieckiego papieża, a także rekonstruując takie wydarzenia jak afery z Williamsonem i Vatileaks, przynosi zaskakujące rezultaty. Proszę o wybaczenie błędów, których nie można było całkowicie uniknąć mimo najbardziej sumiennego badania. Liczę też na zrozumienie dla nieplanowanej objętości tej pracy; wynika ona z ogromu materiału i znaczenia jej bohatera. Mimo wszystko warto przynajmniej ją przekartkować. Ważne było zachowanie krytycznego dystansu - połączone jednak z bezstronnością oceny, bez której nie jest możliwe należyte zrozumienie.
Żadnej książki nie da się napisać bez pomocy innych, a na pewno nie biografii obejmującej całe jedno stulecie, od końca Republiki Weimarskiej do epoki cyfrowej. Moje podziękowania kieruję do około stu współczesnych świadków, którzy zgodzili się ze mną porozmawiać. Chciałbym również podziękować wszystkim kolegom i przyjaciołom, którzy towarzyszyli mi w tej pracy, udzielając rad i - co nie mniej ważne - modląc się. Wielkie zasługi położyli brat papieża Georg Ratzinger, wzbogacający ją o szczegóły z historii rodziny, i teolog doktor Manuel Schlögl, który przeprowadzał rozmowy ze znajomymi Ratzingera i chętnie przejrzał rękopis. Tanja Pilger brawurowo robiła wypisy z całej góry książek i innych materiałów. Dziękuję Martinie Wendl i mojemu synowi Jakobowi za przepisanie nagrań z taśmy. Mój lektor, "sokole oko", Johannes Lankes nie tylko był sumiennym korektorem i wniósł do tej książki swoją katolicką wiedzę fachową, ale zapewniał mi też wsparcie psychiczne. Jürgen Bolz, lektor wydawnictwa, od lat zajmował się moimi książkami i z oddaniem kierował również tą. Hans-Peter Übleis z grupy wydawniczej Droemer zainicjował powstanie książki, Margit Ketterle zajmowała się nią cały czas mimo różnych przerw, a Kerstin Schuster zapewniła możliwość jej wydania w wielu obcych językach. Chciałbym podziękować mojej żonie i rodzinie za ich uspokajające wsparcie, co było szczególnie widoczne w chwilach mojej desperacji z powodu ilości materiału i własnej nieporadności.
Chciałbym podziękować arcybiskupowi Georgowi Gänsweinowi za wspieranie projektu od samego początku i za jego imponującą szczerość w rzucaniu światła na związane z nim kwestie. Moje szczególne podziękowania kieruję - do kogo by jeszcze? - do papieża Benedykta, oczywiście! Przez całe lata z anielską cierpliwością odpowiadał na nawet najbardziej absurdalne pytania. Z pewnością był jedynym panującym papieżem, który nawet nagrywał wiadomości na automatyczną sekretarkę, tak jak zrobił to dla moich synów. Szczególnie pamiętam lato 2012 roku. Odwiedziłem go wtedy w Castel Gandolfo. Był w strasznym stanie. Wydawał się nie tylko zmęczony, ale i w dziwny sposób przygnębiony. Dopiero z perspektywy czasu zdałem sobie sprawę, że właśnie w tamtych tygodniach zmagał się z decyzją, która na zawsze miała zmienić papiestwo.
Jako papież przełomu wieków Benedykt XVI jednocześnie kończy stare i zaczyna nowe, jest budowniczym mostów między dwoma światami. Pokazał, że religia i rozum nie są ze sobą sprzeczne. Że właśnie rozum jest gwarantem ochrony religii przed popadaniem w szalone fantazje i fanatyzm. Imponował szlachetnym charakterem, bystrym umysłem, uczciwością analizy oraz głębią i pięknem głoszonego przekazu. Każdy, kto miał z nim do czynienia, wiedział, że to, co głosił, może być niewygodne, ale jest zgodne z nauką Ewangelii, z tradycją ojców Kościoła i reformami II Soboru Watykańskiego. Doradzał też, żeby nie majsterkować przy pozorach, tylko skupiać się na istocie rzeczy, na tym, co najważniejsze w życiu i wierze.
Nikt nie musi podzielać wszystkich jego poglądów, lecz Josepha Ratzingera można niewątpliwie nazwać nie tylko wybitnym uczonym, ale też przypuszczalnie największym teologiem, jaki kiedykolwiek zasiadał na tronie Piotra, a także mistrzem duchowym przekonującym swą prostolinijnością i autentyzmem. Jego wskazówki nic nie straciły ze swej aktualności, wręcz przeciwnie. "To wielki papież - taki hołd złożył mu jego następca - wielki z powodu siły i przenikliwej inteligencji; wielki z powodu swego znaczącego wkładu w teologię; wielki z powodu swej miłości do Kościoła i ludzi". I wreszcie, co nie najmniej ważne, "wielki ze względu na swe cnoty i wiarę".
Monachium, 11 lutego 2020
Peter Seewald