Ben Hur. Opowiadanie historyczne z czasów Jezusa Chrystusa - Lewis Wallace

Kup ebooka

12.30 zł
10.58 zł (12,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 2

W otworze zachodniego muru Jerozolimskiego tkwiły dębowe drzwi zwane bramą Betlejemską lub Jopejską. Plac, znajdujący się przed tą bramą, jest jedną z najznaczniejszych części miasta. Za dni Salomona był tu wielki handel, brali w nim udział kupcy z Egiptu i bogaci handlarze z Tyru i Sydonu. Od tego czasu minęło trzy tysiące lat, ale i dziś jeszcze odbywa się targi na tym miejscu.

Była trzecia godzina dnia (Żydzi liczyli godziny począwszy od wschodu słońca; pierwszą godziną była pierwsza po wschodzie słońca) i wiele ludzi już się rozeszło; jednakże tłok niewiele się zmniejszył. Między nowo przybyłymi szczególną uwagę budziła grupa składająca się z mężczyzny, kobiety i osła.

Mężczyzna stał przy ośle, trzymając rzemień, na którym go prowadził; oparł się na kiju, który mu służył do popędzania osła i podpierania się. Ubiór jego taki jak wszystkich innych Żydów, tylko wydaje się być nowym. Sądząc z rysów twarzy, liczył około pięćdziesięciu lat, rozgląda się niepewnie i ciekawie, co dowodzi, że jest tu obcy. Osioł zajada wiązkę zielonej trawy, jakiej pełno na targu, i zadowolony nie zważa na to, co się dokoła niego dzieje, ani też na kobietę siedzącą na jego grzbiecie w miękko wysłanym siodle. Postać niewiasty okrywa z wierzchu lekka wełniana suknia, a biała zasłona osłania głowę i szyję. Od czasu do czasu uchylała nieco zasłony, aby spojrzeć dokoła.

Wreszcie zaczepił ktoś nieznajomego męża:

- Czy nie jesteś Józefem z Nazaretu?

Mówiący stał tuż obok zapytanego.

- Tak mnie nazywają - odparł Józef, zwracając się ku pytającemu z powagą - A ty... ach! pokój tobie! Wszak żeś mój przyjaciel rabbi Samuel.

Wzajemnie pozdrawiam cię - rzekł rabbi, a patrząc na kobietę, dodał po chwili: pokój tobie, twemu domowi i wszystkim przyjaciołom twoim.

Przy ostatnich słowach położył ręce na piersi, pochylił głowę ku kobiecie, która odsunąwszy zasłony, ukazała oblicze jeszcze prawie dziecięce. Znajomi podali sobie ręce, jakby je mieli do ust podnieść, w ostatniej chwili jednak cofnęli uścisk, każdy pocałował swoją rękę, kładąc potem dłoń na czole.

- Na waszych szatach tak mało pyłu - rzekł rabbi - zapewne noc przepędziliście tu w mieście ojców naszych.

- Nie - odparł Józef- wczoraj zdążyliśmy przed nocą tylko do Betanii, tam nocowaliśmy, a o brzasku puściliśmy się dalej.

- A zatem macie jeszcze podróż przed sobą - czy może do Joppy?

- Nie tak daleko, tylko do Betlejem.

Zachowanie się rabbiego, dotąd szczere i przyjacielskie, zmieniło się teraz, oblicze nabrało groźnego, posępnego wyrazu, a z gardła ozwał się chrapliwy głos.

- Tak, tak - widzę - urodziłeś się w Betlejem i wieziesz tam córkę, aby być wpisanym w księgi stosownie do rozkazu cesarza. Dzieci Jakuba są w niewoli, jak niegdyś w Egipcie, ale nie masz ani Mojżesza, ani Jozuego. Gdzież nasza potęga!

Józef odpowiedział, nie zmieniając ani głosu, ani postawy:

- Niewiasta ta, nie jest moją córką.

Rabbi nie zważając na to tłumaczenie, mówił dalej: - Cóż robią zeloci w Galilei?

- Jestem cieślą, a Nazaret mieściną - odparł Józef rozważnie - ulica przy której stoi ławka moja, nie prowadzi do żadnego większego miasta. Obrabianie drzewa i piłowanie desek zabiera mi tyle czasu, że nie mogę brać udziału w sporach stronnictw.

- Przecież jesteś Żydem - rzekł rabbi poważnie - jesteś Żydem, i to z pokolenia Dawida; nie sądzę, abyś chętnie płacił inną daninę, jak tę, którą dawny zwyczaj nakazał składać Jehowie.

Józef milczał, a jego przyjaciel mówił dalej: Nie żalę się bynajmniej na podwyższenie podatku... denar, to nic. Ale czymże jest ten podatek, jeśli nie obrazą naszej narodowości, jeśli nie uległością wobec tyrana. Powiedz. Powiedz mi, jestże to prawdą, że Juda mieni się Mesjaszem? Musisz to wiedzieć, bo żyjesz wśród jego uczniów.

- Słyszałem od jego zwolenników to samo - odpowiedział Józef.

W tej chwili uchyliła się zasłona i twarz niewiasty zabłysła przed okiem rabbiego, piękność jej rozjaśniało wejrzenie pełne uroku, a rumieniec oblał czoło i twarz, po czym zasłona ukryła wszystko. Rabbi zapomniał o czym mówił i cichym głosem rzekł: Córka twoja jest skromna.

- Nie jest moją córką - powtórzył Józef.

Ciekawość rabbiego rosła, co widząc nazaretańczyk, dodał spiesznie: jest córką Joachima i Anny z Betlejem, o których pewnie słyszałeś, gdyż cieszyli się dobrą sławą.

- Tak - potwierdził rabbi z uszanowaniem - znałem ich, ród wiedli od Dawida, znałem ich dobrze.

- Nie żyją już - mówił dalej Józef - umarli w Nazarecie i zostawili dom.

Oto ich córka, która nie mogąc inaczej dojść do swej własności, musiała podług naszego prawa, zaślubić najbliższego krewnego. Jest więc moją żoną.

- Teraz rozumiem, jako urodzeni w Betlejem, udajecie się tam stosownie do rzymskiego edyktu, aby swe imiona podać do spisu ludności.

Mówiąc te słowa, załamał rabbi ręce ze zgrozą, a spojrzawszy ku niebu, wołał: - Bóg Izraela żyje! w prawicy Jego zemsta! - To rzekłszy, odwrócił się i spiesznie odszedł.

A także Józef z małżonką, ponieważ osioł ich się posilił, ruszył drogą w stronę Betlejem. Słońce silnie przypiekało, toteż Maryja zdjęła zasłonę, ukazując głowę bez nakrycia.

Miała więcej niż piętnaście lat. Twarz owalna, cery bladawej, nos kształtny, wargi nieco rozwarte i pełne, nadawały ustom wyrazu słodyczy, czułości i ufności; oczy duże niebieskie, ręce długie; śliczne, złote włosy spadały w cudnej z całością harmonii na jej ramiona. Z całej jej postaci bił blask niezwykłej czystości. Często zwracała wzrok ku niebu, a drżące jej usta wymawiały słowa modlitwy. Józef zwracał się od czasu do czasu ku niej, a widok jej napełniał go radością.

Tak przebyli wielką równinę i dotarli do wzgórza Mar Elias, a przeszedłszy przez dolinę, przybyli do Betlejem. Natłok ludu był wielki, a Józef widząc takie przepełnienie, zaczął się lękać, czy znajdzie pomieszczenie dla Maryi. Nie zatrzymując się dłużej i na nikogo nie zwracając uwagi, szedł dalej i stanął dopiero u drzwi gospody miasta przy rozstajnych drogach.

Aby dobrze zrozumieć, co się nazaretańczykowi wydarzyło w gospodzie, trzeba wiedzieć, że gospody na Wschodzie niczym nie były podobne do gospod ludów zachodnich. Nazywano je khnami z perskiego, a były to po prostu ogrodzone miejsca, ale bez domów i szałasów, często bez bramy lub jakichkolwiek drzwi.

Obierając miejsce na taką gospodę, myślano tylko o cieniu, ochronie osób, ich dobytku i wodzie. Takie były gospody, w których odpoczywał Jakub, gdy szedł po żonę do Padan-Aram, a podobne do nich można dziś jeszcze widzieć na oazach pustyni. Niektóre z nich, szczególnie przy gościńcach wiodących do wielkich miast, jak między Jerozolimą a Aleksandrią, były urządzone po książęcemu, były to zwykle fundacje królewskie. Tego rodzaju khany były wtedy domem i własnością szejka, który wywierał stąd wpływ na całe swoje pokolenie.

Ostatecznym przeznaczeniem takiej budowy mniej było pomieszczenie i ugoszczenie podróżnych, a raczej były one targowicami, twierdzami, punktami zbornymi dla kupców i rzemieślników - czasem tylko schronieniem dla spóźnionych lub zbłąkanych podróżnych; zresztą wśród tych murów, jak rok długi, załatwiano rozmaite sprawy sądowe i targowe, jak na miejskich rynkach.

W zwykłych gospodach nie było ani gospodarza, ani gospodyni, służącego lub kucharki; stróż u bramy przedstawiał cały zarząd i wszelką władzę. Nikt tu nie rozkazywał ani nikt nie podawał rachunków; wynikiem tego systemu było, że każdy przybywający przywoził żywność dla siebie i zwierząt lub nabywał je od kupców będących właśnie w gospodzie. Tak samo było z łóżkiem i posłaniem; właściciel i zarządca dawał tylko wodę, odpoczynek, opiekę i schronienie, a dawał je dobrowolnie i bezinteresownie.

W miejscowości takiej jak Betlejem, gdzie był jeden tylko szejk, nie mogło być więcej gospód; a nazaretańczyk, chociaż tu urodzony, nie mógł liczyć na gościnność w mieście, tym bardziej, że od dawna tu nie mieszkał. Co więcej, spis dla którego tu przybył, mógł trwać tygodnie, a nawet miesiące, gdyż rzymskie prowincjonalne władze odznaczały się taką powolnością, że weszła w przysłowie. Wobec tego niepodobna było zamieszkać u znajomych lub krewnych, a Józef w miarę jak zbliżał się do gospody, coraz popędzał osła, choć było pod górę, a droga była nabita ludźmi, którzy z wielkim hałasem prowadzili bydło, konie, wielbłądy. Widząc natłok obcych, Józef niepokoił się, czy znajdzie gdziekolwiek pomieszczenie, bo rzeczywiście tłum oblegał drzwi gospody, a podwórze jej, jakkolwiek obszerne, było przepełnione. Tuż u bramy siedział na dużym pniu cedrowym stróż gospody, włócznia jego o mur oparta, a pies leżał u stóp jego.

- Pokój Jehowy z Tobą - rzekł Józef, dotarłszy w końcu do stróża.

- Czego mnie życzysz i ja tobie życzę, a co posiądziesz, niech się mnoży tobie i dzieciom twoim - odparł stróż poważnie, nie ruszając się wcale.

- Urodziłem się w Betlejem - rzekł Józef rozważnie - czyliż nie znajdę miejsca dla..

- Nie ma.

- Słyszeliście może o mnie, jestem Józef z Nazaretu. Tu jest dom ojców moich, bo jestem z pokolenia Dawidowego.

Słowa te podtrzymywały nadzieję nazaretańczyka; jeśli one go zawiodą, każde inne nie zdadzą się na nic, nawet ofiara kilku syklów. Być synem Judy, to cenna rzecz - ale nierównie cenniejszą w opinii pokoleń było, być z domu Dawidowego - nie było nic zaszczytniejszego.

Z uszanowaniem powstał stróż z miejsca swego i rzekł: rabbi, nie mogę ci powiedzieć, kiedy te drzwi po raz pierwszy się otwarły na powitanie podróżnego, dawniej to pewno niż tysiąc lat, a od tego czasu nigdy nie zamknęły się przed dobrym człowiekiem, jeśli tylko było miejsce, na którym by spoczął. Gdyśmy tak postępowali z obcymi, jakże inaczej mielibyśmy czynić ze swoimi? A jednak musi być prawda, kiedy stróż tego domu mówi potomkowi Dawida: "nie ma miejsca!" Dlatego pozdrawiam cię na nowo, a jeśli chcesz się sam przekonać, chodź ze mną, a pokażę ci, że nie ma miejsca w gospodzie: ani w izbach, ani w podwórzu, ani na dachu. Mogę cię zapytać rabbi kiedy przybyłeś?

- Dopiero przed chwilą.

Stróż uśmiechał się, mówiąc:

- Obcy, który mieszka pośród was, niechaj będzie jak jeden z was i będę go miłować jak siebie. - Czy nie tak mówi prawo, rabbi?

Józef milczał.

- Jeśli takie jest prawo, czyż mogę powiedzieć takiemu, który pierwej przybył: Idź swoją drogą, bo oto przybył inny, który zajmie miejsce twoje?

- Józef słuchał mowy jego spokojnie.

- Gdybym nawet tak powiedział, czyliż miejsce to należałoby się tobie?

Patrz, jak wielu czeka od dziewiątej.

- Któż są ci wszyscy ludzie? - zapytał Józef, wskazując na tłum - i co ich tu sprowadza?

- To, co zapewne i ciebie, rabbi, edykt cesarski. - Tu stróż rzucił pytające spojrzenie na nazaretańczyka, potem mówił dalej - ta przyczyna ściągnęła większą część tych, którzy są w gospodzie. Prócz tego przybyła wczoraj karawana jadąca z Damaszku do Arabii i Dolnego Egiptu. To, co tu widzisz najbliżej, należy do tej karawany, tak ludzie, jak i wielbłądy.

Józef jeszcze nie ustąpił.

- Podwórze takie obszerne - rzekł.

Tak, ale całe założone tłumokami, pakunkami jedwabiu, korzenia i innymi towarami,

Tu twarz podróżnego zaszła smutkiem, oczy spuścił na dół i rzekł wzruszony: Nie dbam o siebie, ale mam żonę z sobą, noc ciemna, zimniejsza na tej wysokości niż w Nazarecie, nie może ona spędzić nocy pod gołym niebem. Czy nie znalazłoby się dla niej jakie miejsce w mieście?

- Ci ludzie - odrzekł stróż, wyciągnąwszy rękę w kierunku tłumu stojącego przed bramą -byli wszyscy w mieście i mówią, że wszystko jest zajęte. Znów Józef patrzył w ziemię, mówiąc na wpół do siebie: "ona taka młoda! jeśli jej uścielę posłanie na wzgórzu, zimno ją zabije".

Potem znów przemówił do stróża:

- Może znaliście jej rodziców Joachima i Annę z Betlejem, również z rodu Dawidowego?

- W młodości mojej znałem ich, byli to sprawiedliwi ludzie.

Mówiąc to, spuścił stróż oczy w zamyśleniu, nagle podniósł głowę i rzekł:

- Nie mogę zrobić miejsca dla ciebie, rabbi, ale bez dobrej rady nie puszczę cię. Ileż was osób jest?

Józef zamyślił się, a potem odpowiedział: - Tylko żona i ja.

- Dobrze, nie spędzicie nocy na dworze. Sprowadź żonę, a spiesz się, bo gdy słońce zajdzie za górę, rychło noc nadejdzie.

- Błogosławię ci błogosławieństwem podróżnego bez dachu, błogosławieństwo gościa nie ominie cię również.

Mówiąc to nazaretańczyk, spiesznie wrócił do Maryi, którą w czasie rozmowy ze stróżem gospody zostawił w pewnym oddaleniu, a wróciwszy z nią, rzekł:

- Oto ta, o której mówiłem.

Maryja miała twarz odsłoniętą.

- Niebieskie oczy i złote włosy - zauważył po cichu stróż, patrząc na Maryję - takim był młody Dawid, gdy śpiewał Saulowi.

Biorąc rzemienne lejce z rąk Józefa, rzekł do Maryi:

- Pokój Tobie, córko Dawida - a do Józefa - rabbi, pójdź za mną.

Szli wąskim przejściem, które wiodło przez podwórze gospody, a potem ku wapiennym wzgórzom, wznoszącym się za gospodą po zachodniej stronie.

- Prowadzisz nas do jaskini - zauważył Józef.

- Jaskinia, do której idziemy - rzekł, zwracając się do Maryi stróż - była schronieniem twojego dziada Dawida; sprowadzał on tu przed niebezpieczeństwem swoje bydło z pól, a żłoby ich są tu jeszcze, jak były za jego dni; później, gdy był królem, szukał w tej starej chacie zdrowia i odpoczynku. Lepiej odpocząć pod dachem, gdzie on sypiał, niż w podwórzu lub przy drodze. Ale oto i chatka przed jaskinią.

Chata była niska i ciasna, właściwie była wejściem do skały, z którą była złączona, i nie miała żadnego okna. Prócz wrót na wielkich zawiasach i ścian żółtą polepionych gliną, nie było nic więcej.

W czasie, gdy odsuwano drewniane rygle, Maryja zsiadła z osła, a stróż, otworzywszy wrota, zawołał: chodźcie!

Podróżni weszli, rozglądając się wokoło, i wnet spostrzegli, że chata służyła tylko do zakrycia otworu jaskini czy groty, prawdopodobnie naturalnej, długiej około czterdziestu stóp,

dziewięć do dziesięciu wysokiej, a dwanaście do piętnastu szerokiej. Światło padało przez drzwi i dostatecznie oświetlało wnętrze, tak że można było widzieć nierówną, pełną wyboi podłogę, na której leżały resztki siana, słomy i innych domowych zapasów, zajmujących cały środek komory. Przy ścianach były niskie, kamienne żłoby dla owiec, bez żadnych zagrodzeń ani klatek. Jakkolwiek śmieci i słoma pokrywały wszelkie zagłębienia podłogi, a pajęczyny wiszące tu i ówdzie, wyglądały jak kawałki brudnego płótna, miejsce to nie było gorsze od wnętrza gospody.

- Wejdźcie - rzekł przewodnik - cokolwiek tu znajdziecie, jest przeznaczone dla takich, jak wy podróżnych, bierzcie więc. Potem rzekł do Maryi:

- Możesz tu spocząć?

- Miejsce to jest święte - odpowiedziała.

- Żegnam was. Pokój z wami!

Gdy poszedł - podróżni zajęli się uporządkowaniem jaskini.

0 oznaczonej godzinie przed wieczorem ustał hałas i ruch w gospodzie, a zapanowała uroczysta cisza: w tym bowiem czasie każdy Izraelita, z rękoma skrzyżowanymi na piersiach, zwracał się ku Jerozolimie, modląc się. Była to święta dziewiąta godzina dnia, w której składano ofiarę w świątyni na górze Moria. Gdy modlitwę skończono ruch na krótki czas rozpoczął się na nowo; jedni zasiedli do wieczerzy, drudzy zabierali się do spoczynku. Chwilę później światła pogasły, zapanowała cisza, i wszyscy poukładali się do snu.

Nagle, około północy, ktoś na dachu zawołał: Wstawajcie, bracia, wstawajcie i patrzcie, jak niebiosa goreją.

Na głos ten ludzie półsenni, siadali na posłaniu, patrzyli nic nie rozumiejąc, a spojrzawszy na niebo, budzili się od razu, lecz jeszcze niczego pojąć nie mogli. Ruch z dachu przeszedł na podwórze, wkrótce cała ludność z gospody i podwórza, patrzyła ze zdziwieniem na niebo.

1 widzieli promień światła, zaczynający się na skłonie nieba poniżej najbliższej gwiazdy, skąd ukośnie padał na ziemię; u szczytu promienia świeciła modra gwiazda, rzucająca świetlaną smugę niby snop promieni. Z boków jasność spływała łagodnie, łącząc się z ciemnościami nocy. a rdzeń jej grzał jak słońce. Zjawisko zdawało się tkwić na najbliższej górze i tworzyło blade uwieńczenie szczytu wapiennych wzgórz. Było tak jasno, że ludzie widzieli wzajemnie swoje twarze i wyryte na nich zdziwienie.

Promień świecił ciągle, zdziwienie poczęło zmieniać się w bojaźń i lęk; bojaźliwsi drżeli, odważniejsi rozmawiali szeptem.

- Widziałeś kiedy coś podobnego? - pytał jeden.

- Zdaje mi się że światło wisi nad górą; nie mogę powiedzieć co to jest, nigdy czegoś podobnego nie widziałem - brzmiała odpowiedź.

- Czyżby to spadająca gwiazda? - zapytał inny niepewnym głosem.

- Skoro gwiazda spadnie, światło gaśnie.

- Już wiem - zawołał jeden - pasterze ujrzeli lwa i zaświecili ogień, aby go zatrzymać z dala od trzody.

Najbliższy sąsiad mówiącego odetchnął swobodniej i rzekł twierdząco: Tak, to co innego, gdyż dziś tyle trzód rozbiegło się w dolinie.

- Nie, nie! Gdyby wszystkie drzewa z całej judzkiej doliny na jeden stos złożono i zapalono, jeszcze by płomień nie był tak jasny.

Widząc, że nic się dalej nie dzieje groźnego, ludzie uspokoili się i nastąpiła cisza.

Bracia - przerwał ją wreszcie Żyd o sędziwym obliczu - powiadam wam, jasność ta, to drabina, którą ojciec nasz Jakub widział we śnie. Niech będzie błogosławiony Bóg ojców naszych.

Rozdział 5

Tegoż samego dnia późno wieczorem, kiedy zaciągano pierwszą nocną straż, odbywało się na rozkaz króla Heroda wielkie zebranie w pałacu na górze Syjon. Przybyło na nie około pięćdziesięciu osób. A byli to znaczniejsi kapłani, uczeni w piśmie, doktorowie prawa, należący do rady królewskiej. Między nimi byli przedstawiciele rozmaitych sekt: faryzeusze, saduceusze i esseńczycy.

Komnata, w której odbyło się posiedzenie, znajdowała się w dolnej części pałacu, a była obszerna i urządzona na sposób rzymski. Posadzka marmurowa, ściany bez okien, malowane na safianowy, żółty kolor. Ława w kształcie litery U, zwrócona otworem do drzwi, zajmowała środek sali, a była pokryta szerokimi poduszkami z żółtego sukna. W zagięciu ławy, stał ogromny spiżowy trójnóg, kunsztownie złotem i srebrem wykładany; nad nim zaś zwieszał się od stropu świecznik o siedmiu ramionach, z zatkniętym w każdym ramieniu kagankiem.

Mężowie, uczestniczący w naradzie, byli to ludzie podeszli w latach; długie ich brody, duże nosy, czarne błyszczące oczy nadawały im niezwykle przejmującego grozą wyrazu. Zachowanie się ich było pełne godności i powagi.

Na pierwszym miejscu siedział przewodniczący zebrania, po prawej i lewej stronie zajęła miejsce reszta członków. Szczególną uwagę zwracał przewodniczący: postaci wysokiej, przygarbiony i skurczony pod ciężarem lat, podobny do szkieletu. Biała szata zwieszała mu się w fałdach z ramion. Ręce, półzakryte rękawami z białego w czerwone pasy jedwabiu, złożył poważnie na kolanach. Gdy mówił, podnosił prawą rękę i wskazujący palec, aby swoim słowom dodać większego znaczenia. Szacunek wzbudzającą głowę okalały białe, jak jedwab cienkie włosy. Skronie mocno miał zapadnięte, toteż czoło wystawało niby skała, oczy bez blasku i niepewne, nos spiczasty, cała zaś niższa część twarzy ginęła w brodzie rozwianej a wspaniałej jak u Arona. Był to Hillel, Babilończyk. Mając już lat sto sześć, był jeszcze rektorem Wielkiej Rady.

Na stole przed nim leżał zwój pergaminowy, hebrajskim zapisany pismem, za jego siedzeniem stał paź, bogato ubrany, czekający na rozkazy.

Zgromadzenie rozpoczęło się przemową, potem nastąpiła rozprawa nad przedłożonymi do omówienia sprawami, a gdy doszli do ostatecznego wniosku, każdy przybrał wyraz jeszcze bardziej uroczysty, poważny zaś Hillel, nie ruszając się, zawołał na pazia:

- Hist!

Chłopiec zbliżył się z uszanowaniem.

- Idź, powiedz królowi, że możemy mu dać odpowiedź. - Chłopiec wyszedł spiesznie.

Po chwili weszli dwaj żołnierze i stanęli po obu stronach podwoi; za nimi wstąpiła do komnaty dziwna postać - starzec w purpurowej sukni z brzegiem szkarłatnym; złota taśma, tak cienka, że się gięła jak skóra, przytrzymywała szatę w pasie, sprzączki obuwia świeciły klejnotami. Wąska filigranowa korona błyszczała na jego głowie. Zamiast pieczęci u naplecz-nika wisiał sztylet. Szedł kulejąc i opierając się ciężko na lasce. Nie podniósł oczu, aż doszedł do zgromadzonych; wtedy jakby pierwszy raz ujrzał, spojrzał dumnie wokoło, jak ktoś zdziwiony i szokujący nieprzyjaciela, ponurym, podejrzliwym i groźnym wejrzeniem. Był to He-

rod, zwany Wielkim, godny naśladowca rzymskich cezarów, dzierżący mimo podkopanego zdrowia despotycznie berło, człowiek podejrzliwy, zazdrosny i okrutny, sumienia zbrodniami obciążonego.

Gdy Herod wszedł, powstał ogólny ruch w zgromadzeniu - starsi kłaniali się nisko, grzeczniejsi wstawali i oddawali pokłon.

Po odebraniu hołdu, Herod podsunął się do trójnoga, stanął naprzeciw Hillela, który pozdrowił go pochyleniem głowy.

- Odpowiedź - rzekł król rozkazującym tonem do Hillela, oparłszy się dumnie obiema rękoma na lasce - odpowiedź!

Oczy patriarchy świeciły łagodnością, podniósł głowę, a patrząc śmiało w oblicze królewskie, rzekł wśród ogólnego milczenia.

- Niech pokój Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba będzie z tobą, o królu. Słowa te były jakby inwokacją, wstępem; potem innym tonem mówił dalej:

- Pytałeś nas, gdzie się ma narodzić Chrystus?

Król skinął głową twierdząco, ale złowrogiego wzroku nie odwrócił od mędrca:

- Takie stawiałem pytanie.

- Więc dowiedz się, królu - mówię tu w swoim i całego zgromadzenia imieniu, bo wszyscy się na jedno zgadzamy: w Betlejem w Judei.

Tu Hillel spojrzał na zwój pergaminowy, leżący na trójnogu, a wskazując nań drżącym palcem, rzekł: w Betlejem w Judei, bo napisane jest przez Proroki "I ty, Betlejem, ziemio judzka, nie jesteś ostatnią między księstwami judzkimi, bo z ciebie wyjdzie Ten, który opanuje cały naród izraelski".

Twarz Heroda zmieniła się, oczy spoczęły na pergaminie - zamyślił się. Otaczający widząc gniewne oblicze pana, zadrżeli, tak on jak i oni milczeli, nareszcie król obrócił się i wyszedł z komnaty.

- Bracia - rzekł Hillel - oto jesteśmy wolni.

Zgromadzenie powstało i rozeszło się grupami.

- Symeonie - rzekł Hillel.

Człowiek liczący mniej więcej pięćdziesiąt lat, przybliżył się ku niemu.

- Zwiń święty pergamin i weź go z poszanowaniem.

Gdy rozkaz został spełniony, rzekł Hillel:

- Teraz podaj mi ramię, pójdę do lektyki.

Opuścili salę.

Tak odszedł sławny Hillel i Symeon, syn jego, przyszły jego następca w mądrości, nauce i godności.

Tego samego wieczora, ale znacznie później, nasi trzej podróżni Mędrcy udali się w gospodzie na spoczynek. Kamienie, które służyły za węzgłowia, tak wysoko podpierały głowy, że przez otwór w sklepieniu mogli patrzeć w ciemności nocy, a patrząc w migocące gwiazdy, myśleli i swoim niezwykłym powołaniu. Otóż byli już w Jerozolimie, pytali przy bramie o Tego, którego szukali, oznajmili jego narodzenie, teraz pozostaje im tylko znaleźć Go, a w tym zdali się zupełnie na Ducha. Ludzie, nadsłuchujący głosu Boga lub wyczekujący znaku z Nieba, nie mogą spać. Wśród tego oczekiwania wszedł w ciemności sklepienia jakiś człowiek.

- Wstańcie! - rzekł - przynoszę rozkaz, któremu natychmiast trzeba zadość uczynić.

Wszyscy usiedli na posłaniach.

- Od kogo przybywasz? - spytał Egipcjanin.

- Od króla Heroda.

Każdy z podróżnych doznał niemiłego wzruszenia.

- Czyż nie jesteś stróżem gospody? - zapytał znów Baltazar.

- Jestem.

- Czego król chce od nas?

- Posłaniec jego jest tam, niechaj wam odpowie.

- Powiedz mu, aby oczekiwał naszego przybycia.

- Dobrze uczyniłeś, mój bracie - rzekł Grek, gdy stróż poszedł. - Widocznie rozniosła się wieść o naszym przybyciu i celu naszej podróży. Dowiemy się, z jaką posłaniec przyszedł wiadomością.

Wstali, włożyli sandały, przepasali szaty i poszli.

- Pozdrowiam was, życzę pokoju i przepraszam, ale król mój i pan posłał mnie z prośbą do was, abyście spiesznie udali się do pałacu, gdzie z wami pragnie pomówić na osobności.

Tak poseł spełnił swoje poselstwo.

Kaganek wisiał u wejścia gospody, przy jego świetle spojrzeli Mędrcy po sobie i poznali, że Duch jest z nimi. Wtedy Egipcjanin przystąpił do stróża i rzekł tak. aby go nikt nie słyszał: Wiesz, gdzie są złożone nasze wory w podwórzu i gdzie spoczywaj ą nasze wielbłądy. Skoro pójdziemy, przygotuj wszystko do naszego odjazdu - w razie gdyby ten okazał się potrzeby.

- Idźcie w pokoju, możecie mi zaufać - odrzekł stróż.

- Wola króla, naszą wolą - rzekł Baltazar do posła - prowadź nas.

Szli wąskimi ulicami Jerozolimy, na których widać było, że Herod dbał o porządek i czystość. Idąc za posłem. Mędrcy pogrążyli się w milczeniu. W końcu stanęli przed bramą pałacu.

Przy świetle ogni, palących się dwóch wielkich kotłach, zobaczyli ogólne linie budowy oraz kilka ze straży opartych na broni. Przez przejścia pod arkadami, przez podwórza i kolumnady nie zawsze oświetlone, przez liczne schody, niezliczone komnaty i sale, szli nie pytani i nie zatrzymywani, aż ich zaprowadzono do wieży, niezwykle wysokiej. Tu przewodnik nagle zatrzymał się, a wstępując w otwarte podwoje rzekł:

- Wejdźcie, król jest tam.

Powietrze w komnacie, do której weszli, było przesiąknięte zapachem sandałowego drzewa, a całe urządzenie jej odznaczało się bogactwem. Posadzkę komnaty, raczej jej środek, pokrywał kobierzec o długim włosie, a na nim stał tron. Przybyli mogli zaledwie pobieżnie przypatrzeć się rzeźbionym i złoconym otomanom i łożom, wachlarzom, dzwonkom i muzycznym instrumentom, złotym świecznikom i murom malowanym na sposób grecki. Herod, ubrany jak wtedy, gdy zapytywał doktorów i prawników na zgromadzeniu, siedział na tronie i zwrócił całą uwagę przychodniów. Na brzegu kobierca, do którego się nieśmiało zbliżyli, oddali pokłon aż do ziemi, co widząc król, zadzwonił i kazał słudze wstawić krzesło naprzeciw tronu.

- Usiądźcie - rzekł uprzejmie.

- Od północnej bramy - mówił dalej, gdy usiedli, miałem doniesienie po południu o przybyciu trzech cudzoziemców, dziwnie ubranych i zdających się pochodzić z dalekich stron. Czyż wy nimi jesteście?

Egipcjanin za znakiem danym przez towarzyszy, odpowiedział kłaniając się nisko: Gdybyśmy byli inni, niż jesteśmy, potężny Herod, którego sława napełnia świat cały, nie posyłałby po nas. Nie możemy wątpić, iż jesteśmy tymi, których szukasz.

Herod przyjął to przemówienie skinieniem ręki.

- Któż wy jesteście? Skąd przychodzicie? - pytał i dodał znacząco: niech każdy mówi za siebie.

Po kolei zdali mu sprawę, opowiadając o krajach i miastach ojczystych, o drogach, którymi do Jerozolimy przybyli. Trochę rozczarowany Herod, zapytał wprost:

- O co pytaliście żołnierza i starszego przy bramie?

- Pytaliśmy ich, gdzie jest Ten, który się narodził Król Żydowski?

- Rozumiem teraz, dlaczego wzbudziliście tyle ciekawości, a i ja niemniej jestem zaciekawiony. Czyż jest inny król Żydów?

Egipcjanin rzekł bez trwogi.

- Jest, nowo narodzony.

Wyraz bólu skrzywił twarz monarchy, zdawało się jakby jakieś nieprzyjemne wspomnienie opanowało umysł jego.

- Nie u mnie, nie u mnie - zawołał.

W tej chwili widział zapewne blade straszne widma pomordowanych dzieci, pokonując jednak wzruszenie, rzekł:

- Gdzie jest ten nowy król?

- Tego właśnie pragniemy się dowiedzieć.

- Przynosicie mi dziwną wieść - zagadkę od Salomonowych trudniejszą. Tu zamilkł na chwilę, a potem mówił dalej:

- Jak widzicie, jestem w podeszłym wieku, w którym ciekawość jest tak niepokonana jak w dzieciństwie; żartować z nią byłoby okrucieństwem. Powiedzcie, co więcej wiecie, a uczczę was jak sobie równych, jak król czci króla. Powiedzcie mi wszystko, co wiecie o nowo narodzonym, a pójdę z wami szukać Go, a gdy Go znajdziemy, zrobię co zechcecie, przywiodę Go do stolicy, nauczę sztuki panowania, użyję moich wpływów u Cezara na jego korzyść i chwałę. Przysięgam, że zazdrość nie powstanie między nami. Powiedzcie mi tylko, jakim sposobem, oddzieleni morzem i pustynią mogliście o Nim usłyszeć.

- Powiem ci prawdę, królu.

- Mów - rzekł Herod.

Baltazar powstał i rzekł głosem uroczystym.

- Widoczna w tym ręka wszechmogącego Boga.

Po twarzy Heroda przebiegł cień trwogi.

- On kazał nam przyjść tu, obiecując, że znajdziemy Zbawiciela świata; że go zobaczymy, oddamy Mu cześć i będziemy o Nim świadczyć, a jako znak każdemu u nas dane było widzieć gwiazdę Jego, a Duch Jego był z nami i teraz, o królu. Duch Jego jest i tu obecny.

Uczucie pełne zdziwienia opanowało trzech Mędrców. Grek z trudnością powstrzymywał swoją radość. Herod natomiast badał wzrokiem twarz każdego z nich, a zdawał się być coraz podejrzliwszy i więcej niezadowolony.

- Drwicie ze mnie - rzekł. - Nie mogę inaczej sądzić, chyba że powiecie mi co nastąpi po przyjściu nowego króla.

- Odkupienie.

- Od czego?

- Od grzechów.

- Jak?

- Mocą Bożą - przez wiarę, miłość i dobre uczynki.

- Więc... - tu wstrzymał się Herod, a z wejrzenia i wyrazu twarzy nikt nie mógł odgadnąć, z jakim uczuciem mówił dalej: jesteście więc posłańcami Chrystusa. Czy powiedzieliście już wszystko?

Baltazar skłonił się nisko na znak potwierdzenia i dodał:

- Sługami twymi jesteśmy, o królu.

Monarcha poruszył dzwonkiem, a gdy się sługa ukazał rzekł: Przynieś dary.

Sługa wyszedł, wrócił za chwilę, a klękając przed gośćmi, dał każdemu wierzchnią suknię, czyli płaszcz szkarłatny i niebieski oraz złoty pas. Mędrcy przyjęli dary, składając podziękowanie według wschodniego obyczaju.

Jeszcze słowo - rzekł Herod po ukończeniu ceremonii - mnie i starszemu żołnierzowi przy bramie mówiliście o gwieździe widzianej na wschodzie.

- Tak - rzekł Baltazar - Jego gwiazdę, gwiazdę Nowo Narodzonego.

- Kiedyż się ona ukazała?

- Wtedy, gdyśmy odebrali rozkaz i poselstwo.

Herod powstał, dając do zrozumienia, że posłuchanie skończone. Schodząc z tronu, zbliżył się ku nim i rzekł uprzejmie: Jeśli, jak wierzę, o mężowie pełni mądrości, jesteście posłańcami Chrystusa właśnie narodzonego, wiedzcie, że dzisiejszej nocy pytałem najświadomszych w tych rzeczach Żydów i oni jednogłośnie orzekli, że Chrystus ma się narodzić w Betlejem w ziemi judzkiej. A więc idźcie tam, mówię wam, idźcie i szukajcie małego Dzieciątka, a gdy znajdziecie, powiadomcie mnie, abym mógł pójść i oddać Mu cześć. Tymczasem w drodze nie doznacie żadnej przeszkody ni opóźnienia. Pokój wam! - To rzekłszy, wstał i wolnym krokiem opuścił komnatę.

Natychmiast przewodnik wywiódł ich na ulicę i zaprowadził do gospody, w której bramie Grek rzekł: Udajmy się do Betlejem, jak nam radził król.

- Tak - zawołał Hindus - Duch goreje we mnie.

- Niech się tak stanie - dodał Baltazar żywo. - Wielbłądy gotowe do podróży.

Obdarzywszy stróża, wsiedli podróżni na siodła, spytali o drogę do Jopejskiej Bramy i pojechali. Bramę zastali otwartą na swe przybycie i udali się drogą, którą niedawno przybyli Józef i Maryja. Gdy zjechali z Hinnonu w dolinę Refaim, ukazało się światło, zrazu blade i niepewne. Serca podróżnych zabiły raźniej; światło się wzmogło, poczęło razić oczy, aż je przysłaniać musieli. Skoro zaś odważyli się znów na nie spojrzeć, było jak inne na niebie, ale szło przed nimi blisko i powoli. W zachwyceniu złożyli ręce do modlitwy.

Często wśród drogi powtarzali na przemian w uniesieniu: "Bóg z nami! Bóg z nami!" I szli za gwiazdą, aż stanęła nad stajenką w pobliżu Betlejem.

Kiedy w Betlejem wartę zmieniano, ranek zaczynał już świtać. Już wierzchołki gór kąpały się w promieniach wychylającego się słońca, ale w dolinie panowała jeszcze głucha noc. Stróż na ganku starej gospody, drżąc od chłodu, słuchał uważnie pierwszych odgłosów, którymi budzące się życie wita ranną jutrzenkę. Nagle ukazało się światło idące wprost na dom. Zrazu zdawało mu się być pochodnią w czyjejś ręce; później sądził, że to meteor: gdy się jednak zwiększało i zmieniało w gwiazdę, krzyknął z przerażenia. W gospodzie na jego krzyk, kto żyw, wyszedł na dach. Zjawisko zbliżało się ciągle: skały, drzewa, droga poniżej światła były jasne, a światłość ta stała się olśniewająca. Bojaźliwsi padli na kolana, modląc się i zakrywając twarze; odważniejsi schylali się, przysłaniając oczy, i od czasu do czasu spoglądali na to co ich otaczało. Gospoda i jej okolica stanowiły jakby oświecony punkt. Odważniejsi, co patrzyli śmiało, widzieli gwiazdę stojącą prosto nad domem przed jaskinią, w której się narodziło Dziecię.

Wśród tej jasności przybyli i Mędrcy. U bramy zsiedli z wielbłądów i zażądali, by ich wpuszczono do środka. Po chwili, której stróż potrzebował do opanowania strachu, odsunął nareszcie zasuwy i otworzył bramę. Wielbłądy podobne do widm w tym nadnaturalnym świetle, dziwne ubrania, pełne uniesienia i oczekiwania twarze podróżnych, nie mogły uspokoić stróża, który cofnął się i chwilę nie był w stanie odpowiedzieć na zadane mu pytanie.

- Czy jesteśmy w Betlejem, w ziemi judzkiej?- Dopiero, gdy więcej ludzi nadeszło, stróż nabrał odwagi i odpowiedział:

- Nie, to jest gospoda, miasto leży dalej.

- Czy tu się narodziło Dziecię?

Otaczający spojrzeli po sobie, a niektórzy odpowiedzieli:

- Tak, tak.

- Zaprowadźcie nas do Niego - rzekł Grek niecierpliwie.

- Zaprowadźcie nas do Niego - wołał Baltazar, dodając z powagą: widzieliśmy gwiazdę Jego, teraz stanęła nad tym domem, idziemy oddać Mu cześć.

Hindus złożył ręce, wołając - Zaprawdę, żyje Bóg! Spieszmy, spieszmy! Zbawiciel znaleziony. Błogosławieni my wśród ludzi tego świata.

Ludzie z dachu zstąpili i szli za cudzoziemcami, przeszli podwórze i ogrodzenie. Na widok gwiazdy stojącej przed jaskinią, chociaż już mniej jasno świeciła, niektórzy cofnęli się, więk-

sza jednak część poszła dalej. Gdy cudzoziemcy zbliżyli się do jaskini, gwiazda ruszyła; skoro weszli w drzwi, wzniosła się ponad ich głowy, a gdy byli wewnątrz, zniknęła.

To wszystko potwierdziło przekonanie, że między gwiazdą a cudzoziemcami była, jakaś nadprzyrodzona łączność, co wkrótce spostrzegli i ci, którzy byli w jaskini. Gdy otwarto wrota, wtoczył się cały tłum do wnętrza, oświetlonego kagankiem, tak że podróżni ujrzeli Matkę z Dzieciątkiem, siedzącym na jej łonie.

- Twojeż to jest dziecię! - zapytał Baltazar Maryi; a Ona, która wszystko gorąco brała do serca, cokolwiek się jej Dziecięcia tyczyło, podniosła Je do światła, mówiąc:

- Oto mój Syn!

Na te słowa Mędrcy padli na ziemię, oddając Mu cześć i pokłon.

A jednak Dziecię to było jak inne dzieci, nad głową nie promieniała Mu światłość ani korona, usta milczały, a jeśli słyszało okrzyki lub modlitwy, nie dawało tego poznać, ale jak wszystkie dzieci, patrzyło na światło kaganka więcej i dłużej niż na ludzi. Po chwili wstali Mędrcy i wyszli, wróciwszy od wielbłądów, przynieśli dary, składające się ze złota, kadzidła i miry, które u stóp Dzieciątka złożyli.

To jest więc Zbawiciel, którego aby widzieć i cześć Mu oddać przybyli z dalekiego świata. Ubożuchny i opuszczony, wypchnięty ze społeczeństwa ludzkiego, leży na łonie matki - bezradne niemowlę. A jednak modlili się do Niego - pełni ufności, niezachwiani w wierze.

Wiarę swą opierali na znakach, danych przez Tego, którego zowiemy Ojcem. Jego opiece się oddali i nie roztrząsali rozporządzeń Jego rozumem niedowiarka. Tylko niewielu widziało znaki i rozumiało objawienie: Matka, Józef, pasterze i trzej Mędrcy. I ci uwierzyli. A zbliżała się chwila, iż się objawi Syn Boży: szczęśliwy ten, który weń wierzy!

Rozdział 9

Miasto Misenum, którego nazwę nosiło również pobliskie wzgórze, leżało o kilka mil od dzisiejszego Neapolu, w kierunku wschodnio-południowym. Dziś tylko ruiny świadczą o jego świetnej przeszłości. W 24 roku Pańskim po narodzinach Chrystusa Pana gród ten był jednym z najznaczniejszych na zachodnim wybrzeżu Italii.

Podróżny, który by w owym roku przybył na wzgórze, ujrzałby zatokę neapolitańską równie uroczą wówczas jak dzisiaj; zachwycałby się niezrównanym wybrzeżem, przerażał dymiącym kraterem, słuchał szmeru fal i wodząc oczyma to na Ischię, to na Capri, podziwiałby łagodny błękit nieba. Widok piękna utrudziłby oczy jego, jak słodycz podniebienie, szukałby odmiany. Zachwyciłby wzrok jego nareszcie widok, którego dzisiaj już nie ma - na dole kołysała się na falach część floty rzymskiej, druga zaś część stała u brzegów na kotwicy. Otwarta brama wiodła z ulicy miasta na groblę, wysuniętą na znaczną długość w morze.

Pewnego chłodnego poranka we wrześniu, ujrzał strażnik, strzegący bramy portowej, zbliżające się towarzystwo z dwudziestu do trzydziestu osób złożone. Najliczniejszymi w tym gronie byli niewolnicy, niosący pochodnie, wprawdzie dymiące raczej niż płonące, ale pełne wonnego zapachu indyjskiego nardu. Panowie szli, wiodąc się pod rękę; na czele postępował mężczyzna liczący około pięćdziesięciu lat, łysawy, z wieńcem laurowym na rzadkim włosach, a zdawał się być przedmiotem jakiejś szczególnej czci. Wszyscy mieli białe wełniane togi, szeroko obłożone purpurą. Stróż rzucił tylko okiem i poznał, że byli to dostojnicy wysokiego rodu i że odprowadzali po uczcie nocnej przyjaciela swego na okręt. Zasłyszana rozmowa utwierdziła go w tym domyśle.

- Nie, mój Kwintuszu - rzekł jeden z nich, zwracając się do uwieńczonego męża. - Fortuna nie lada figla nam płata, zabierając ciebie tak rychło. Zaledwie wczoraj przybyłeś i znów ruszasz na morze; nie miałeś nawet czasu przywyknąć od nowa do chodzenia po lądzie.

- Na Kastora! - rzekł drugi, winem odurzony - nie narzekajcie; nasz Kwintusz popłynie, aby odzyskać to, co w grze ostatniej nocy utracił. Inaczej gra się w kości na pokładzie płynącego okrętu, inaczej na wybrzeżu - wszak prawda, Kwintuszu?

- Nie bluźń bogini szczęścia! - dorzucił inny - nie jest ona ani ślepą, ani niestałą. Zabiera wprawdzie Kwintusza spośród nas, ale zwróci go nam obsypanego nowymi zwycięstwami.

- Grecy zabierają go nam - przerwał drugi - ich więc obwiniajmy, a nie bogów.

Tak rozmawiając, minęło towarzystwo bramę i weszło na groblę w zatoce, oświeconą porannym słońcem. Staremu żeglarzowi szmer i pluskanie fal wydało się najmilszym pozdrowieniem; odetchnął też całą piersią, wciągając woń morza milszą nad zapach nardu, a wzniósłszy rękę, zawołał:

- Nie brałem udziału w bitwie pod Antium, lecz pod Preneste. A oto wiatr zachodni! Dzięki ci, fortuno, matko moja!

Towarzysze powtórzyli okrzyk, a niewolnicy wywijali pochodniami.

- Widzicie, oto przybywa... zbliża się! - mówił wskazując na przypływającą galerę z drugiej strony grobli. - Czyż żeglarzowi potrzeba innej kochanki? Zaprawdę, Gajuszu, twoja Lukrecja nie jest od niej wdzięczniejsza.

Zachwyconym okiem patrzył na zbliżający się okręt, który usprawiedliwiał jego dumę. Biały żagiel powiewał z niskiego masztu, wiosła to się zniżały, to znów wznosiły, chwilę ważyły się nad powierzchnią fal, po czym znów opadały, równym, miarowym ruchem, niby skrzydła.

- Tak, szanujcie bogi! - rzeki dalej, z oczami utkwionymi w okręt.

- Oni zsyłają nam sposobność, a biada, jeśli jej wyzyskać nie umiemy. Co się zaś tyczy Greków, zapominasz, Lentuluszu, że piraci, których mam poskromić, są właśnie Grekami. Jedno zwycięstwo nad nimi więcej znaczy niż sto nad Afrykaninami.

- Więc droga twoja wiedzie na Morze Egejskie?

Oczy i serce żeglarza były jeszcze przy okręcie.

- Jakaż lekkość i wdzięk! Jak mało troszczy się o fale, jak ptak latający w przestworzu! -mówił w uniesieniu, ale wnet dodał: - Daruj, Lentuluszu, że nie odpowiedziałem na twe pytanie. Tak jest, płynę na Morze Egejskie, a ponieważ odjazd mój bliski, powiem wam, ale zachowajcie to dla siebie: nie chciałbym abyście przy spotkaniu robili wyrzuty duumwirowi, bo jest moim przyjacielem. Handel między Grecją a Aleksandrią nie jest słabszy od handlowych stosunków tego miasta z Rzymem. Obecnie w tym kraju panuje wielki nieurodzaj, mieszkańcy bowiem zaniedbali obchodu świąt zielonych, za co mszcząc się Tryptolemus. dał im żniwo niewarte zbioru. Te zdarzenia wywołały większy ruch handlowy, nie znoszący ani dnia przerwy. Może słyszeliście o piratach chersońskich, krążących po wodach euksińskich; na Bachusa, są to śmiałki, jakich mało! Wczoraj więc doszła do Rzymu wiadomość, że flota ich opłynęła brzegi Bosforu, zatopiła bizantyjskie i chalcedońskie galery, a rozbójnicy. nienasyceni tym powodzeniem, wpłynęli na Morze Egejskie. Otóż kupcy handlujący zbożem i mający okręty we wschodnich portach Morza Śródziemnego, zadrżeli z przerażenia, słysząc o tych nieszczęściach, i udali się do samego cesarza, prosząc o pomoc. Otrzymali posłuchanie, a dziś wypływa z Rawenny sto galer, a z Misenum - zatrzymał się jakby dla pobudzenia ciekawości przyjaciół i dokończył dumnie: - jedna.

- Szczęśliwy Kwintuszu! Winszujemy ci!

- Wyróżnienie poprzedza zapewne awans - możemy cię pozdrowić duumwirem.

- Kwintusz Ariusz duumwir brzmi lepiej niż... Kwintusz Ariusz trybun.

Takimi lub podobnymi życzeniami zasypywano go zewsząd.

- Cieszę się wraz z innymi - rzekł na koniec przyjaciel, ceniący przede wszystkim wino, ale będąc praktycznym, zaczekam z życzeniami aż się, dowiem, kochany duumwirze, czy ten awans wpłynie korzystnie na twoje wykształcenie w grze w kości. Wtedy dopiero ocenię, czy bogowie chcieli ci dobrze, czy źle usłużyć... w tej sprawie.

- Stokrotnie wam dziękuję, przyjaciele moi! - rzekł Ariusz.

- Gdybyście mieli latarnie, mniemałbym, żeście augurami, ale zaiste idę dalej, bo was zowią wróżbitami i dowiodę, że cudownie odgadujecie! Patrzcie i czytajcie!

Wydobył z fałd swej togi zwitek papieru i podał go im, mówiąc: Oto co otrzymałem ostatniej nocy przy stole od Sejana.

Imię to miało już wówczas wielkie znaczenie w świecie rzymskim, a nie było jeszcze zhańbione, jak się to później stało.

- Sejan! - zawołali wszyscy razem, otaczając tego, który czytał, co minister napisał.

 

"Sejan do C. Cecyliusza Rufusa, Duumwira. Rzym XIX. Kal. Sept.

Cezar otrzymał dobre wieści o Kwintuszu Ariuszu, trybunie. Nadto chwalono odwagę, której dał dowody na wodach zachodnich: przeto wolą jest Cezura, aby bezzwłocznie przeniesionym został na Wschód.

Również wolą jest Cezara, abyś natychmiast doskonale uzbroił sto statków pierwszej klasy o trzech rzędach wioseł, i wyprawił je przeciw piratom, którzy zjawili się na Morzu Egejskim;

Kwintusz zaś ma objąć komendę nad flotą tak zaopatrzoną. Twoją jest rzeczą dalsze szczegóły tego rozkazu wykonać.

Potrzeba jest nagląca, jak się o tym przekonasz z raportów danych do przeczytania; zawierają one wskazówki dla ciebie i wymienionego Kwintusza. Sejan."

 

Ariusz nie słuchał treści listu, uwagę jego pochłaniał całkowicie okręt wyłaniający się coraz wyraźniej na falach morskich. W spojrzeniu, które nań rzucał, gorzał zapał i uniesienie; wreszcie uniósł koniec swej togi, a w odpowiedzi na ten znak rozwinięto szkarłatną flagę i kilku żeglarzy ukazało się równocześnie na pokładzie, aby zwinąć żagle. Obrócono belkę podtrzymującą kotwicę, a ruch wioseł podwoił się; galera pędziła ku brzegowi. Z prawdziwym zadowoleniem patrzył Ariusz na sprawność swych ludzi.

- Na boginie! - rzekł jeden z towarzyszy, oddając zwój papieru, - nie przystoi nam mówić, że przyjaciel nasz będzie dopiero wielkim, bo zaprawdę już nim jest. Będziemy mieli czym karmić miłość naszą ku niemu. Azali masz jeszcze co do powiedzenia nam?

- Nic więcej - odparł Ariusz. - To czegoście się ode mnie dowiedzieli, jest już w Rzymie przestarzałą nowiną. Co do reszty, duumwir jest dyskretny i dowiem się dopiero na statku, gdzie na mnie czeka opieczętowany pakunek, a w nim podane bliższe szczegóły spotkania i mojego połączenia się z flotą. Gdybyście jednak mieli zamiar złożenia ofiar jakiemu bóstwu, proście u ołtarza za przyjacielem rozwijającym żagle i wiosłującym gdzieś w kierunku Sycylii. Ale oto zbliża się statek - dodał zwracając się ku galerze. Zajmują mnie jego kierownicy, wszakże z nimi płynąć i walczyć będę. Tymczasem podziwiajmy ich zręczność i sztukę, bo niełatwe jest przybicie do brzegu tak ukształtowanego jak ten, na którym stoimy.

- Jak to, więc wcale nie znasz tego okrętu?

- Nie widziałem go nigdy i nie wiem, czy mi znajomych już ludzi przywiezie.

- Jest to bezpieczne?

- To rzecz małej wagi. Na morzu zapoznajemy się łatwo, a w chwili niebezpieczeństwa rodzi się tak miłość, jak nienawiść.

Galera należała do klasy statków szybko pływających; była długa, wąska, mało w wodzie zanurzona. Wspaniały i zgrabnie wygięty tram statku, przecinając fale niby nożem, pruł wodę szybko, i wyrzucał z wdziękiem przy zbliżaniu się do brzegu dwa strumienie wody na dwie wysokości człowieka, skraplając cały pokład. Poniżej tramu sterczało mocno żelazem okute rostrum, czyli dziób, służący w walce do obrony. Boki galery otoczone były silnym gzymsem, tworząc niejako uzupełnienie przedpiersia. Poniżej tego gzymsu mieściły się w trzech rzędach otwory do wioseł zaopatrzone ochronami z wołowej skóry, służące do zasłonienia wiosłujących. Takich otworów było tak z lewej, jak prawej strony po sześćdziesiąt. Dalszą ozdobę statku stanowiły wysokie maszty. Dwie wielkie i grube liny przeprowadzone przez cały pokład okrętu, służyły do zapuszczania kotwic.

Takie proste urządzenie pokładu wskazywało, że główna siła statku polegała na wiosłach. Maszt umieszczony niezupełnie w środku, ale trochę ku przodowi galery, podtrzymywały liny i sznury splecione w drabinkę.

Towarzystwo stojące na grobli mogło widzieć prócz majtków, którzy tylko co zwinęli żagle i siedzieli bezczynnie na rejach, jednego tylko człowieka w hełmie i z tarczą. Sto dwadzieścia dębowych wioseł co dzień pumeksem i wodą czyszczonych lśniło w świetle i pracowało ruchem ciągłym, rytmicznym, jakby jedną i tą samą poruszane ręką. Dzięki tej dokładności, galera sunęła szybkością nieustępującą dzisiejszym parowcom.

Ten szybki ruch statku przeraził nieobeznanych z żeglugą towarzyszy trybuna. Nagle człowiek, stojący na pokładzie, podniósł rękę i dał właściwy znak, a wszystkie wiosła podniosły się i zatrzymały chwilę w powietrzu, aby wnet w dół opaść. Woda zaszumiała i zagotowała się, statek zatrzeszczał w swych spojeniach i stanął od razu. I jeszcze jeden znak ręką, a znów wiosła podniosły się i opadły; tym razem jednak ruch ich był przeciwny, a statek okręcił się z lewej ku prawej stronie, jakby wkoło własnej osi, i zbliżył się bokiem do wybrzeża.

Nagle zabrzmiała trąbka, a wszystkimi otworami okrętu weszła na pokład załoga w pełnej zbroi, stalowych hełmach, ze świecącymi tarczami i oszczepami. W chwili, gdy żołnierze szli ku przodowi statku, jakby do walki, majtkowie chwycili liny i kołysali się na rejach głównego masztu. Oficerowie i muzykanci zajęli przeznaczone miejsca bez hałasu i niepotrzebnego zgiełku. Gdy okręt zbliżył się zupełnie do brzegu, spuszczono pomost; a trybun zwrócił się do swych towarzyszy i rzekł z powagą, której pierwej nie okazywał:

- Czas myśleć o obowiązku, przyjaciele moi! - Zdjął wieniec z głowy i oddał amatorowi gry w kości. - Weź ten mirt, ulubieńcze kości - rzekł. - Jeśli wrócę, spróbuję odzyskać moje sestercje; jeśli zwycięstwo nie będzie moim, nie wrócę tu więcej, a wtedy wieniec zawiesisz w twoim atrium.

Potem roztworzył ramiona i każdego kolejno uściskiem żegnał.

- Bogowie niechaj ci sprzyjają, Kwintuszu - mówili.

- Bywajcie zdrowi! - odpowiedział.

Niewolnikom, pochylającym na pożegnanie pochodnie, skinął ręką; potem zwrócił się ku pięknej galerze. Gdy stanął na pomoście, zagrały trąby, a na maszcie ukazała się purpurowa chorągiew, godło dowódcy floty.

Rozdział 4

Drogą od Szechem, jedenastego dnia po narodzeniu Dzieciątka, po południu, zbliżali się mędrcy do Jerozolimy; przeszedłszy strumień Cedron, spotykali mnóstwo ludzi, którzy stawali i ciekawie im się przypatrywali.

Geograficzne położenie Judei było bardzo korzystne, gdyż leżała na głównej drodze wiodącej przez pustynię. Kupcy, wędrujący tym szlakiem musieli przejeżdżać przez Jerozolimę, gdzie opłacali cło od przywiezionych towarów. Ruch w Jerozolimie był zatem znaczny; podobnie jak w Rzymie schodziły się tutaj wszelkie narodowości świata. Mimo to trzej mędrcy wzbudzali powszechne zainteresowanie, a nawet podziw.

Dziecko należące do gromadki kobiet, siedzącej przy drodze naprzeciw Królewskich grobów, widząc jadących, złożyło rączki, wołając: Patrzcie, patrzcie! jakież to piękne dzwonki! jakie wielkie wielbłądy!

Dzwonki były srebrne, a wielbłądy niezwykłej wielkości białości, ruszały się z nadzwyczajną powagą; zaopatrzenie u siodeł świadczyło o długiej podróży, a zarazem bogactwie ich właścicieli. Jednak ani dzwonki, ani wielbłądy, ani ubranie, ani zachowanie się podróżnych nie było tak dziwne, jak pytanie, które jadący na czele zadawał przechodniom.

Nasi podróżni zatrzymali się naprzeciw "grobów", wprost owej gromadki niewiast.

- Dobre niewiasty - rzekł Baltazar, gładząc brodę i wychylając się spod namiotu - czy niedaleko już do Jerozolimy?

- Niedaleko - rzekła kobieta, za którą schroniło się dziecko. - Gdyby drzewa przy owej grocie były niższe, mógłbyś widzieć stąd wieże miasta.

Baltazar spojrzał na Greka i Hindusa, a potem zapytał:

- Gdzież mamy szukać Tego, który się narodził, Króla Żydowskiego?

Kobiety popatrzyły po sobie, nie dając odpowiedni.

- Czy nie słyszeliście o Nim?

- Nie.

- A zatem opowiadajcie wszystkim, żeśmy widzieli Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu cześć.

To rzekłszy, pojechali dalej, pytając innych - również daremnie. Koło groty Jeremiasza spotkali jadące liczne towarzystwo, które tak się zdziwiło pytaniem i powierzchownością podróżnych, że zawróciło z drogi i pojechało wraz z nimi do miasta.

Trzej podróżni byli tak zajęci swoim posłannictwem, że nie zwracali uwagi na wspaniały widok, który się im ukazał, gdy zbliżali się ku miastu. Liczny tłum ciekawych towarzyszył podróżnym. Stanęli nareszcie przed Bramą Damasceńską.

- Pokój tobie! - rzekł Egipcjanin czystym głosem.

Straż nie dała żadnej odpowiedzi.

- Przybywamy z dalekich stron, szukając Tego, który się narodził, Króla Żydowskiego. Czy możesz nam powiedzieć, gdzie Go znaleźć możemy?

Żołnierz podniósł przyłbicę i zawołał głośno w stronę strażnicy. W tej chwili wyszedł setnik. - Rozstąpcie się - zawołał na tłum; a gdy nie dość szybko usłuchano jego rozkazu, wysunął się naprzód, robiąc miejsce dzirytem na prawo i lewo.

- Czego chcecie? - zapytał Baltazara.

- Gdzie jest Ten, który się narodził Król Żydowski? - odrzekł Baltazar.

- Herod? - spytał Rzymianin zdziwiony.

- Herodowi Cezar dał królestwo, zatem nie Herod.

- Innego króla żydowskiego nie ma.

- Na wschodzie widzieliśmy gwiazdę Tego, którego szukamy, aby Mu oddać cześć.

Zmieszanie Rzymianina wzrosło.

- Idźcie dalej - odrzekł wreszcie - idźcie dalej... nie jestem Żydem... pytajcie o to doktorów w świątyni, albo kapłana Annasza, a jeszcze lepiej, samego Heroda. Jeśli jest jaki inny król żydowski, on będzie wiedział, gdzie jest.

To mówiąc, przepuścił cudzoziemców, którzy minęli bramę i wjechali w wąską uliczkę. Baltazar zaś rzekł do towarzyszy:

- Osiągnęliśmy cel naszego przybycia, przed północą całe miasto będzie wiedziało o naszym posłannictwie. A teraz ruszajmy do gospody.

Tego samego dnia o zachodzie słońca kilka kobiet prało bieliznę na stopniach schodów wiodących do stawu Siloam. Każda u nich klęczała, mając przed sobą duże wiadro. Siedząca na najniższym stopniu dziewczyna podawała wyżej siedzącym wodę. Kiedy tak były zajęte pracą, nadeszły dwie kobiety, aby nabrać wody w wiadra, które z sobą przyniosły.

- Pokój wam - rzekła jedna z przybyłych. Pracujące odpowiedziały również tym pozdrowieniem.

- Noc nadchodzi, czas skończyć - rzekła jedna z nich.

- Jeszcześmy roboty nie skończyły - odrzekła inna.

- Ale czas iść na spoczynek i...

- posłuchać ploteczek - przerwała druga.

- Co słychać nowego.

- Jak to, czy nic nie wiecie?

- Nie, zgoła nic.

- Mówią, że się narodził Chrystus - rzekła przybyła i szybko opowiedziała co słyszała.

Ciekawy był widok rozjaśnionych twarzy praczek, które pousiadały na wiadrach odwróconych dnem do góry i słuchały, od czasu do czasu przerywając opowiadającej wykrzyknikami.

- Chrystus, co mówisz?!

- Tak mówią.

- Kto?

- Wszyscy o tym opowiadają?

- Można temu wierzyć?

- Dziś po południu przybyło trzech podróżnych przez Cedron, drogą od Shechem - opowiadała mówiąca, chcąc pokonać wszystkie wątpliwości.

- Każdy z nich jechał na wielbłądzie białym jak mleko, bez żadnej odmiany, i większym niż kiedykolwiek widziano w Jerozolimie. Zainteresowanie słuchaczek rosło, otworzyły oczy i usta z wielkiego zdziwienia. - Muszą być bogaci - mówiła dalej - bo siedzieli pod jedwabnymi namiotami, przytwierdzonymi do złocistych siodeł. Wszystko zresztą, uzdy, frędzle, lśniło się od złota, a srebrne dzwonki wydawały śliczną muzykę. Jeden z nich, jadący na przedzie, zatrzymywał się i wszędzie po drodze pytał dzieci, kobiet, przechodniów: "Gdzie jest Ten, który się narodził. Król Żydowski?" - Oczywiście nikt na to nie odpowiadał, nikt nie rozumiał czego chcieli, więc jechali dalej, a lud zdziwiony tłumaczył sobie pytania ich w najróżniejszy sposób. "Szukamy, bo widzieliśmy gwiazdę Jego na Wschodzie i przychodzimy oddać Mu cześć" - nikt tego zrozumieć nie zdołał.

- O to samo pytali Rzymianina w bramie, a on, nie mędrszy od prostego ludu po drodze, odesłał ich do Heroda.

- Gdzie są teraz?

- W gospodzie; tłumy ludu cisną się ustawicznie, aby ich widzieć.

- Kim oni są?

- Nikt tego nie wie. Mówią, że są to Persowie, mędrcy, którzy rozmawiają z gwiazdami -prorocy może... tacy, jak niegdyś Eliasza lub Jeremiasz.

- O kim to oni myślą, pytając o Króla Żydowskiego?

- Oczywiście o Chrystusie, który się narodził.

Jedna z kobiet, składając robotę, śmiała się i rzekła: Dobrze, gdy Go Zobaczę, uwierzę.

Inna idąc za przykładem poprzedniej, dodała: A ja nie uwierzę, aż ujrzę że wskrzesza zmarłych.

Trzecia rzekła spokojniej: Dawno był obiecany, toteż dość mi będzie, gdy Go ujrzę uzdrawiającego trędowatych.

Tak rozmawiając siedziały kumoszki długo, aż je noc i zimno zmusiły do pójścia do domu.

Rozdział 7

Wkrótce po tym pożegnaniu, ukazał się Juda u drzwi wejściowych domu znajdującego się przy tej ulicy, która się ciągnie od bramy, zwanej dziś św. Stefana, ku północnej stronie fortu Antonia, skąd kilku zakrętami zwraca się ku południowi. Ktokolwiek zna dobrze tę okolicę, czy to będąc pobożnym pielgrzymem, czy też ciekawym badaczem, przypomni sobie, że ta ulica jest częścią owej via dolorosa, która droższa i milsza jest każdemu chrześcijańskiemu sercu, niż jakakolwiek inna droga na świecie. Poznanie tej drogi nie jest teraz naszym zadaniem, wystarczy, gdy się dobrze przypatrzymy domowi, stojącemu właśnie w tym punkcie, gdzie droga ku południu skręca. Budynek ten zwrócony był frontem na północny zachód, liczył około czterystu stóp szerokości i tyleż długości, tworząc, jak większa część okazalszych wschodnich gmachów, dwa wysokie piętra o regularnym kwadracie. Ulica, przy której stał dom, nie była szersza nad dziesięć stóp, a każdy przechodzień mógł widzieć, iż mury domu były z grubych, nie obrobionych, prosto z kamieniołomu wziętych głazów. Dziś powiedziano by, że budowa taka nosi cechę stylu fortecznego, gdyby nie ozdobne futryny okien i drzwi. Wiadomo, że wszelkie budowy wschodnie nie mają prawie zewnątrz okien; i tu z zachodniej strony były tylko cztery okna, z północnej dwa, wszystkie na drugim piętrze, wzniesionym nad kolumnadą pierwszego piętra.

Gdy Judzie otwarto furtkę, przeszedł ją, oddając szybko niski ukłon odźwiernemu i wszedł w wąski korytarz wybrukowany kamieniami, podobny do tunelu. Po obu stronach stały ławki kamienne, zbrudzone i wyżłobione od długiego używania.

Minąwszy korytarz, zeszedł z dwunastu lub piętnastu schodów na podwórze, które, z wyjątkiem wschodniej strony, gdzie stał tylko mur, otoczone było dwupiętrowymi domami. Tu krążyli w tę i ową stronę służący wśród hałasu trzeszczących kół młyńskich; na długich wyciągniętych sznurach wisiały suknie i bielizna; kury i gołębie przelatywały tu i tam; w zagrodach niżej położonych kozy, krowy, osły i konie używały spoczynku lub pasły się. Wszystko, cokolwiek tu było, nawet stojące na środku koryto z wodą, świadczyło, że to podwórze służyło do gospodarskich celów. Umieszczona we wschodnim murze brama wiodła dalej.

Minąwszy korytarz, podobny do poprzedniego, wszedł młodzieniec na drugie podwórze, obszerne, wysadzone krzewami i winem, utrzymywane w nadzwyczajnym porządku. W tej części pałacu panowała wielka czystość, nigdzie pyłu, nigdzie nawet zżółkłego liścia na krzaku, wszystko świadczyło o wysokim stanowisku rodziny zamieszkującej pałac.

Na to podwórze wszedł Juda, skręcił w prawo i szedł ścieżką, wiodącą wśród rozkwitłych krzewów, ku drzwiom zasłoniętym kotarą. Minąwszy drzwi, wszedł do komnaty. Ciemno już tu było, doszedł do tapczanu, rzucił się nań i ukrył twarz w dłoniach.

Gdy zapadł wieczór, stanęła w progu komnaty kobieta i zawołała nań po imieniu. Odpowiedział, a ona weszła.

- Już po wieczerzy i noc zapadła. Nie jesteś, synu mój, głodny? - spytała.

- Nie - odpowiedział.

- Czyś chory?

- Nie, śpiący jestem.

- Matka pytała o ciebie.

- Gdzież jest?

- W letnim domu, na dachu.

Odwrócił się i usiadł.

- Dobrze - Proszę cię, przynieś mi coś jeść.

- Co chcesz?

- Zostawiam to woli twojej, Amro. Nie jestem chory, ale nic mnie nie zajmuje. Życie nie wydaje mi się tak piękne jak dziś rano. Nowa boleść zraniła mi duszę, nowa to choroba. A ty, Amro, która mnie znasz tak dobrze, która zawsze byłaś mi pomocną, pomyśl o takim pożywieniu, które by mi zarazem było lekarstwem. Przynieś więc co sama uznasz za stosowne.

Pytania Amry i spokojny, sympatyczny głos jej dowodziły, że przywiązanie łączyło tych dwoje serc. Gdy mówił, położyła mu rękę na czole, a zadowolona jego prośbą, rzekła: postaram się.

Po chwili wróciła, przynosząc na drewnianej tacy dzban mleka, kilka ułomków białego chleba, delikatne z mielonej pszenicy ciasto, pieczyste z ptaka, miód i sól. Na jednym rogu tacy stał srebrny puchar napełniony winem, na drugim świeciła ręczna lampa.

Teraz dopiero można przypatrzeć się oświetlonej komnacie. Ściany jej były gipsowane; powała belkowana, dębowa; podłoga układana ozdobnie z cegieł niebieskich i białych, kunsztownie rżniętych, bardzo trwałych. Kilka krzeseł o rzeźbionych nogach, tapczan niebieskim suknem, a w części kołdrą w białe i niebieskie pasy okryty, stanowiły urządzenie pokoju.

Amra przysunęła krzesło do tapczanu, na którym spoczywał Juda, postawiła na nim tacę, a sama uklękła, aby mu służyć. Jej ciemną twarz łagodziło w tej chwili wejrzenie pełne prawie macierzyńskiej miłości. Mogła mieć około lat pięćdziesięciu. Biały turban okrywał jej głowę, ukazując końce uszu, w których tkwił znak jej służebnictwa, gdyż były one przekłute grubym szydłem. Była niewolnicą egipskiego pochodzenia; nawet uświęcona pięćdziesiątka nie uwolniła jej, a i ona danej jej wolności nawet nie przyjęłaby, gdyż młodzieniec, któremu służyła, był jej życiem i za nic by go nie opuściła. W niemowlęctwie wykarmiła go, w dziecięctwie wypiastowała, a i teraz uważała się za nieodzownie potrzebną, zawsze uważając go za swoje dziecię.

Raz tylko przemówił w czasie wieczerzy.

- Czyż przypominasz sobie, Amro, - rzekł - Messalę, który dawniej po całych dniach u mnie przebywał?

- Przypominam go sobie.

- Wyjechał do Rzymu przed kilku laty, teraz powrócił. Byłem dziś u niego. Dreszcz wstrętu przebiegł po całym młodzieńcu.

- Wiedziałam, że coś zaszło - rzekła. - Nigdy nie lubiłam Messali, opowiedz mi wszystko.

Juda zamyślił się, a na jej powtórne zapytanie rzekł tylko: Bardzo się zmienił i nic już nie chcę mieć z nim wspólnego.

Skoro Amra wyniosła tacę, opuścił i on komnatę, udając się z tarasu w górę na dach.

Dach domu na Wschodzie rozmaitym służy celom. W czasie letnich dni mieszkańcy szukają chłodu i wypoczynku w cienistych komnatach, za to, gdy wieczór zapadnie, wychodzą na dach, który służy im za miejsce zabawy, sypialnię, miejsce rodzinnych zebrań, modlitwy. Dlatego też tak wygodnie i z przepychem urządzali mieszkańcy Wschodu dachy swych domów. Szczytem przepychu były owe napowietrzne ogrody babilońskie. Juda przeszedł wolno platformę, dachu i wszedł do izby w wieży, a uchylając wpółpodniesioną zasłonę, znalazł się wewnątrz pokoju. W czterech ścianach wieży mieściły się otwory, niby drzwi, przez które zaglądało niebo usiane gwiazdami. U jednego z otworów ujrzał kobietę opartą o poduszki tapczanu, całą w białych, lekkich draperiach. Na odgłos jego kroków wachlarz znieruchomiał w jej rękach, a gdy światło nań padło, zaświecił klejnotami, w które był oprawiony; podniosła się i zawołała:

- Juda, mój syn.

- Tak, matko, to ja przychodzę - odpowiedział, przyspieszając kroku. Gdy się do niej przybliżył, ukląkł; ona objęła go rękoma, całując i przyciskając do piersi.

Kobieta zajęła z powrotem miejsce na poduszkach, syn zaś usiadł niżej na tapczanie, opierając głowę na jej kolanach. Patrzyli poprzez dachy niższych sąsiednich domów na niebieskawy łańcuch dalekich wzgórz i na gwiaździste niebo. W dole spoczywało w głębokim spokoju miasto, tylko wiatr kołysał wierzchołkami drzew.

- Amra wspomniała mi, że cię coś niemiłego spotkało - mówiła z uśmiechem gładząc syna. - Póki byłeś dzieckiem, mogłeś się martwić drobnostkami, ale odkąd jesteś mężczyzną, nie wolno ci zapominać - tu głos jej nabrał rzewności - że kiedyś masz być moim bohaterem.

Mówiła językiem już prawie nieznanym w tym kraju, używało go niewiele rodzin; ale takie rody, które go używały, były zwykle starożytne, bogate w mienie - kochały one tę mowę tym goręcej, że wyraźniej odróżniała Hebrajczyka od poganina, a była językiem, którym Rebeka i Rachela rozmawiały z Beniaminem.

Dźwięk tego języka zdawał się wprowadzać go w głębsze zamyślenie, po chwili pochwycił rękę poruszającą wachlarz i rzekł:

- Dziś, matko, zmuszony byłem myśleć o rzeczach, które nigdy pierwej nie powstały w mojej głowie! Ale najpierw powiedz mi, błagam cię, czym ja mam być?

- Czyż nie mówiłam przed chwilą, że masz być moim bohaterem?

Nie widział jej twarzy, ale czuł dobrze, że żartuje, rzekł więc jeszcze poważniej.

- Jesteś bardzo, bardzo dobra, matko moja. Nikt mnie nigdy tak jak ty kochać nie będzie. -Mówiąc to, okrywał pocałunkami jej rękę.

- Zdaje mi się, że odgaduję, czemu wymijasz moje pytanie - mówił dalej. Dotąd życie moje należało do ciebie. Jakże łagodna i troskliwa była ta opieka, czemu nie może trwać zawsze! Wolą Pana jest, abym był panem siebie - przyjdzie dzień rozstania, będzie to dzień straszny dla nas obojga. Bądźmy więc silni i odważni. Pragnę być twoim bohaterem, ale ty musisz mi ku temu wskazać drogę. Znasz prawo, które każe: aby każdy syn Izraela obrał jakiś zawód. Nie jestem wyjątkiem dlatego pytam: mam paść trzodę, uprawiać rolę, obracać żarna, być prawnikiem, czy uczonym w Piśmie? Pomóż mi, droga matko, powziąć postanowienie.

- Gamaliel nauczał dziś - rzekła w zamyśleniu.

- Podobno, ale nie słyszałem go.

- No, to może odwiedziłeś Symeona, mówią, że odziedziczył geniusz swej rodziny.

- Nie, nie widziałem go, byłem na rynku targowym, nie w świątyni, odwiedziłem młodego Messalę.

Jakiś odcień bólu w głosie uderzył matkę, przeczucie przyspieszyło bicie serca, a ręka, poruszając wachlarz, zmartwiała.

- Messalę? - rzekła. - Cóż on mógł ci powiedzieć, co by cię zaniepokoiło?

- Bardzo się odmienił.

- Chcesz przez to powiedzieć, że wrócił Rzymianinem?

- Tak.

- Rzymianin - mówiła wpół do siebie - znaczy na całym świecie tyle co władca i pan! Czy długo tam był?

- Pięć lat.

Zamilkła pełna smętnych myśli, wzrok jej tonął w przestrzeniach ciemnej nocy. Syn pierwszy przerwał milczenie.

- To co mówił Messala, matko moja, dość było gorzkie samo w sobie, ale sposób, w jaki się odzywał, był wprost nie do zniesienia.

- Domyślam się, że dotknął cię boleśnie pod względem narodowym; nie uszanują oni niczego, a obłęd ten opanował ich poetów, senatorów i dworaków.

- Sądzę, że wszystkie wielkie narody są dumne - mówił dalej Juda, jakby nie zważając na przerwę - ale duma tego narodu przechodzi wszelką miarę, w tych czasach tak urosła, że wobec niej zaledwie zdołają się ostać bogowie.

- Bogowie... - rzekła szybko matka - wszakże jeden Rzymianin kazał sobie cześć boską oddawać, jak gdyby mu się ona z prawa należała!

- Przyznaję, że Messala miał zawsze spory zapas tej wady, gdy był dzieckiem: widziałem, jak się naigrawał z cudzoziemców, których nawet Herod raczył przyjmować z szacunkiem, o Judei nigdy jednak nie wyrażał się z pogardą. Dziś pierwszy raz w rozmowie ze mną szydził z naszego Boga i naszych obrzędów. Toteż uczyniłem tak, jakbyś zapewne rozkazała; zerwałem z nim na zawsze. Teraz, o matko moja, chciałbym jednak wiedzieć, czy Rzymianin ma prawo nami gardzić? Powiedz, czy naród nasz jest w czymkolwiek niższy od innych? Czy drżeć mam jak niewolnik w obliczu Cezara? Przede wszystkim powiedz mi, dlaczego nie mógłbym ubiegać się o wszelkie zaszczyty, na jakimkolwiek polu? Dlaczego nie mógłbym chwycić za miecz i sięgnąć po zmienne wawrzyny wojny? Czemu, gdybym miał dar poetycki, pieśń moja nie mogłaby opiewać wszystkiego co piękne? Wolno mi być pasterzem, kupcem, rzemieślnikiem, czemuż nie miałbym być artystą jak pierwszy lepszy Grek? Powiedz mi, matko, bo to jest źródłem moich obaw, czemu synowi Izraela nie wolno czynić tego, co czyni Rzymianin?!

Słowa te musiały zaniepokoić matkę, a jeszcze więcej ton i nacisk z jakim syn jej mówił; rychło jednak poznała, że miały one związek z rozmową na placu targowym, nie mniej, podniosła się szybko i z równym uczuciem odparła:

- Rozumiem, pojmuję, - jak długo Messala zostawał pod wpływem twojego towarzystwa, był prawie Żydem, gdyby pozostał do wieku młodzieńczego, byłby może prozelitą, bo taka jest siła otaczających nas okoliczności. Pięć lat pobytu w Rzymie nie mogły minąć bez znaczenia, nie dziwię się więc zmianie, jaka w nim zaszła; jednakże powinien mieć więcej względu na ciebie - tu głos nabrał rzewnego dźwięku - mógł z tobą serdecznie postąpić. Twarda to i okrutna natura, która zapomina pierwszych związków serca!

Ręka jej opadła miękko na głowę syna, a igrając z jego kędziorami, wzrokiem szukała najwyższej gwiazdy na niebios sklepieniu. Jej narodowa duma równała się jego dumie, nie tylko jako echo wspólnych uczuć, ale jako wynik najdoskonalszego zrozumienia. Pragnąła dać mu odpowiedź, ale za nic w świecie nie chciałaby, aby ta odpowiedź zraziła go, najmniejsze podejrzenie własnej niższości mogło na całe życie osłabić jego umysł. Drżała z obawy, że temu zadaniu nie sprosta.

- To, czego żądasz, drogi Judo, przechodzi rozum i zakres kobiety - rzekła nareszcie - pozwól mi odłożyć rzecz do jutra, sprowadzę mądrego Symeona.

- O nie czyń tego, matko, nie odsyłaj mnie do rektora - zawołał Juda.

- Nie chciałam cię posyłać, wezwę go tutaj.

- I to nie, matko moja, ja nie szukam objaśnienia, wytłumaczenia; chcę, czego mi nikt prócz ciebie dać nie może: chcę postanowienia, które wynika z siły duszy człowieka.

Długim spojrzeniem objęła matka sklepienie niebieskie, jakby w górze szukała natchnienia, a zastanowiwszy się chwilę nad znaczeniem jego pytań, odparła:

- Żądając sami sprawiedliwości dla siebie, nie możemy odmawiać jej drugim. Lekceważyć zwyciężonego nieprzyjaciela, to obniżać wartość własnego zwycięstwa; jeśli przeciwnie nieprzyjaciel dosyć jest silny, aby nas gnębić, co więcej ujarzmić - tu zawahała się - szacunek samych siebie nakazuje nam uznawać jego waleczność.

Po tych słowach więcej do siebie niż do syna mówiła: Nie lękaj się przeto, mój synu! Prawdą jest, że ród Messali jest szlachetny, rodzina jego liczy wiele sławnych pokoleń. Już za rzymskiej rzeczypospolitej - jak to dawno, nie umiem powiedzieć, ale wiem, że byli senatorami, wojskowymi. Znam tego imienia wprawdzie jednego tylko konsula, nie mniej była to rodzina senatorska, posiadająca znaczenie w narodzie. Jeśli jednak dawniejszy twój przyjaciel przechwalał się swymi przodkami, mogłeś go zawstydzić opowiadaniem o twoich. Jeśli się szczycił starożytnością swego rodu, czynami lub bogactwem dziadów - a wszystko to wypowiedziane bez konieczności, świadczy o płytkim umyśle i próżnym sercu - ty, nie lękaj się porównania, mogłeś go pokonać w każdym punkcie.

Tu zatrzymała się chwilkę, a po krótkim namyśle mówiła dalej:

- Długi szereg przodków jest dowodem szlachetności pochodzenia i rodu, ale Rzymianin, chełpiący się dawnością swego rodu wobec Syna Izraelowego, zawsze w tym względzie ustąpić musi. Założenie Rzymu, to ich początek, najstarożytniejsze ich rody nie mają dawniejszych źródeł. Niejeden chełpi się bez żadnego dowodu, opierając się jedynie na tradycji. Messala, zdaje mi się, należy do tych ostatnich. A my, jakie wobec tych roszczeń zajmujemy stanowisko?

Przy tych słowach odblask szlachetnej dumy rozjaśnił jej oblicze, ale nocna pomroka i brak światła nie pozwoliły tego ujrzeć, a ona mówiła dalej:

- Wyobraźmy sobie, że Rzymianin wzywa do walki, przyjmuję ją i odpowiadam bez chełpliwości, ale z zupełnym zaufaniem.

Tu nagle głos jej zadrżał, myśl pełna rzewności i smutku zmieniła sposób dowodzenia:

- Ojciec twój, Judo, odszedł do ojców swoich, a przypominam sobie, jakby to dzisiaj było, dzień, w którym on i ja w towarzystwie przyjaciół i życzliwych udaliśmy się do świątyni, aby cię przedstawić Panu. Ofiarowaliśmy gołąbki, a ja imię twe podałam kapłanowi, który je zapisał w mej obecności. Tak więc imię twoje: "Juda, syn Itamara, z domu Hurów" zapisane jest na wieki w poświęconej księdze rodzin izraelskich. Nie mogę ci powiedzieć, kiedy ten zwyczaj rozpoczęto, zdaje się, że istniał przed wyjściem z Egiptu. Słyszałam od Hillela, że sam Abraham rozpoczął ów spis swoim i syna swego imieniem, gdy Pan wybrał go na ojca narodu izraelskiego. Naród nasz nieraz, niestety, był nieposłuszny prawu, zaniedbywał niektóre rozporządzenia, ale spisywanie nazwisk uważał za święty obowiązek. Raz tylko, na końcu drugiego okresu, były przerwane roczniki; gdy jednak naród wrócił po długim wygnaniu w ojczyste strony, Zorobabel uważał, za najświętszą powinność względem Pana, przywrócenie ksiąg i odtąd już od dwu tysięcy lat możemy śledzić bez przerwy rozwój i ciąg żydowskich pokoleń.

Tu zatrzymała się, jakby chcąc dać słuchaczowi czas do namysłu i obliczenia tak wielkiego upływu czasu, potem mówiła dalej:

- Wobec tylu wieków, cóż znaczy, chełpienie się Rzymianina? Wobec takiego dowodu, synowie Izraelscy pasący trzody na starym wzgórzu Refaim, stokroć są dawniejszymi szlachcicami, niż którykolwiek potomek najszlachetniejszego rodu Marcjuszów.

- A ja, matko, kimże jestem według owych ksiąg?

- To co dotąd mówiłam, jest niejako wstępem do odpowiedzi, której się domagasz. W owych księgach mamy niezbite dowody, że jesteś w prostej linii potomkiem Hura, towarzysza Jozuego. Czy więc pochodzenie twego rodu nie jest dość starożytne, dość uświęcone szeregiem wieków? Jeśli ci jednak i to nie wystarcza, to poszukaj dalej, weź Torę i szukaj Księgi Liczb, a w siedemdziesiątym drugim pokoleniu po Adamie, znajdziesz praojca twego domu.

Cisza zaległa na chwilę w komnacie.

- Dzięki ci, matko - rzekł nareszcie Juda, biorąc obie jej ręce - dziękuję ci całym sercem. Miałem słuszność, nie wzywając rektora, nie zdołałby mnie więcej zadowolić od ciebie, jednak powiedz mi, czy do uszlachetnienia rodu tylko czas się przyczynia?

- Zapominasz, mój synu, że nasze prawa nie tylko czas mają za sobą; najwyższym naszym zaszczytem nie przestaje być to: iż jesteśmy narodem wybranym?

- Ty, matko, mówisz zawsze o całym narodzie, ja zaś myślę o rodzinie - o naszej rodzinie, i pytam, czego ojcowie moi dokonali od czasów Abrahama? Co robili? Jakimi wielkimi czynami wznieśli się ponad poziom współbraci?

Słowa te zatrwożyły matkę, zawahała się, myśląc, że może nie zrozumiała pytań. Lękała się, by nieodpowiednimi odpowiedziami nie zniweczyć przyszłości syna.

Myślę, synu - rzekła - że masz do czynienia z rzeczywistym, a nie urojonym nieprzyjacielem. Jeżeli Messala nim jest, powtórz mi wszystko o czym rozmawialiście, a nic nie ukrywaj.

Młodzieniec opowiedział dokładnie rozmowę swoją z Messalą, rozwodził się jednak szczegółowo nad pogardą, z jaką Rzymianin mówił o Żydach i ścieśnionym zakresie ich działania. Matka słuchała go w milczeniu, zastanawiając się nad tym co mówił. Syn jej udał się do pałacu na rynku targowym, wiedziony uczuciem przyjaźni spodziewał się znaleźć dawnego towarzysza zabaw takim, jakim był przy rozstaniu. Spotkał go zawód, bo zamiast chłopca, zastał mężczyznę nie wspominającego zabaw i igraszek przeszłości, ale rojącego o sławie, zwycięstwach i bogactwach w przyszłości. Juda nie umiał sobie z tego zdać sprawy, ale obraziło to jego dumę i obudziło naturalne poczucie godności narodowej. Spostrzegło to baczne oko matki, a że nie wiedziała, co stąd wyniknąć może, obudził się w niej z troskliwości o przyszłość syna niepokój; myśl, że jej dziecko mogłoby zmienić przekonanie, ulec wpływowi obcego narodu, zapomnieć wiary Ojców, napełniła ją trwogą. Widziała niebezpieczeństwo, i postanowiła mu zaradzić. Słowa jej nabrały pewnego namaszczenia i ducha poetyckiego.

- Nie było chyba narodu na ziemi - zaczęła - który w poczuciu swej godności nie sądził być przynajmniej równym każdemu innemu; zawsze zaś naród postępujący naprzód mienił się najwyższym. Gdy Rzymianin patrzy na Izraela z tego stanowiska, naśladuje tylko ciemnotę Egipcjanina, Asyryjczyków i Macedończyków; jeśli urąga Bogu, weźmie tę samą co tamci zapłatę.

W miarę jak mówiła, głos jej nabierał pewności: - Nie ma prawa, które narodom zapewniłoby jedynowładztwo i zwierzchność nad drugimi narodami, toteż próżnymi są wszelkie w tym względzie roszczenia i sprzeczki. Naród wzrasta, idzie drogą mu przeznaczoną, a gdy spełnił swe posłannictwo, umiera sam lub za przyczyną obcej siły. Naród, który zniszczył poprzednika, zajmuje jego miejsce i imię swe pisze na pomnikach tamtego - takie jest prawo historii. Gdybym miała odwagę uzmysłowić Boga i ludzkość jakim prostym obrazem, nakreśliłabym linię i koło. Linia oznaczałaby Boga, bo tylko Pan dąży zawsze prosto i naprzód; koło byłoby godłem człowieka, bo on postępuje, rusza się, ale w miejscu. Nie sądzę, aby losy i przeznaczenia narodów miały być równe, z pewnością nie ma dwóch jednakowych. Różnica jednak nie polega, jak wielu mniema, na większym lub mniejszym obwodzie kota, które narody zakreślają, ani w obszarze ziemi, którą zdobyły, ale na kierunku postępu, zbliżającego je do Boga, bo tylko ten naród jest wielki, który przy Nim stoi.

- Gdybym się tu w mym dowodzeniu zatrzymała, byłoby to stać na miejscu. Idźmy więc dalej, tym bardziej, że są pewne wyraźne znaki, podług których łatwo wymierzyć, czy w kole, które naród zakreśla, jest jaki postęp. Zacznijmy od porównania Rzymian z Hebrajczykami.

Najłatwiej ocenić stosunek narodu do Boga, gdy przypatrzymy się jego codziennemu życiu. Pominąwszy czas, w którym Izrael zapomniał o Bogu, Rzym nie znał go nigdy, a zatem nie ma tu porównania.

Twój przyjaciel - czyli raczej ten, który był twoim przyjacielem, twierdził, jeśli dobrze zrozumiałam, że nie mieliśmy ani poetów, ani artystów, ani wojowników, słowem, osądził, że brak nam wielkich ludzi. Abyś ocenił doniosłość takiego zarzutu, trzeba, abym ci powiedziała, kto właściwie jest wielkim człowiekiem. Jest nim ten, moje dziecię, czyje życie dowodzi, że był, jeśli nie wybranym wyraźnie przez Boga, to przynajmniej działanie jego było uświęcone wolą Bożą. Babilończyka przeznaczył Pan, aby był karą ojców naszych za to, że Mu nie byli posłuszni, i pozwolił Pan, aby ich uprowadził do niewoli. Persowi znów rozkazał, aby naród wybrany przywiódł do ziemi ojców. Większym zaś uczynił Pan Macedończyka, bo jemu dane było pomścić zburzenie Judei i świątyni. Szczególnie odznaczył tych ludzi Pan, wybierając ich za narzędzie do spełnienia najwyższych celów, a choć byli poganami, nie czyni to ujmy ich chwale. Tego objaśnienia nie zapomnij w dalszym ciągu mej mowy.

Ogólnie panuje mniemanie, że wojna jest najszlachetniejszym zajęciem człowieka, a owoce i zaszczyty na polu bitwy zdobyte, najwznioślejszymi. Chociaż świat tak sądzi, nie daj się zwieść ułudzie. Póty istnieć będzie rozkaz czci Boga, póki będzie coś, czego rozumem objąć nie zdołamy. Czymże jest modlitwa barbarzyńcy, jeśli nie błagalnym jękiem wobec siły i przemocy, które jedynie uważa za boskie przymioty. Czymże jest Jowisz, jeśli nie uosobieniem potęgi w rzymskim bohaterze? Grekom należy się wielka sława, że pierwsi uznali rozum nad siłę; w Atenach mówców i filozofów więcej cenią od wojowników. Poetów zaś wieńczą niewiędnącymi wawrzynami. Ojcowie nasi ponad wszystko czcili Boga, a wyrazem ich wiary, zamiast jęku bojaźni, były Psalmy i Hosanna! Tak Hebrajczycy, jak Grecy pragnęli popchnąć świat naprzód i w górę, ale niestety! Rządy tego świata uważały za konieczny warunek swego istnienia wojnę. Dlatego też Rzymianie wynieśli Cezara ponad rozum, ponad Boga nawet i uważają w nim jedyne wyobrażenie potęgi.

Potęga Grecji rosła w miarę swobody ducha, a cały zastęp myślicieli świadczyć o niej będzie po wszystkie czasy. Tak wszechstronna była ich wiedza, że nawet zwycięzcy Rzymianie naśladują ich we wszystkim, z wyjątkiem sztuki wojennej. Dzisiaj mówcy na Forum biorą sobie za wzór greckich mówców, w śpiewie rzymskim wyraźnie brzmi rytm grecki, a jeśli który z obywateli Rzymu otworzy usta na pochwałę cnoty lub zapuści się w badania tajemnic natury, to słowa jego będą albo przywłaszczeniem sobie myśli, albo też pokaże się, że jest uczniem i wyznawcą szkoły greckiej. W niczym, prócz wojny, Rzym nie może sobie rościć prawa do oryginalności. Jego cyrk i widowiska są greckimi w pomyśle. Aby się dzikiemu tłumowi podobać mogły, zbryzgano je krwią. Religia Rzymian, jeśli ich bałwochwalstwo można tak nazwać, jest zlepkiem nauk i obrzędów zapożyczonych od wszystkich podbitych narodów; ich najwyższą czcią otoczone bóstwa - Mars i Jowisz - z greckiego przecież Olimpu ród swój wiodą. Tak więc, mój synu, wśród ludów całego świata Izrael zjedna tylko Grecją walczyć może o pierwszeństwo. Z nią tylko współubiegać się o palmę zasługi, którą przystoi wieńczyć jedynie prawdziwy geniusz.

Miłość własna Rzymian tak ich oślepia, że nie widzą nic prócz siebie a w ślepocie tej tak zaskorupieli, że nie przebije jej żaden jaśniejszy promień. O niegodziwi rabusie! Ziemia pod ich stąpaniem drży jak boisko pod uderzeniem cep! Czemuż mój synu, muszę ci powiedzieć, że i my, tak jak inne narody, bliscy jesteśmy upadku! Zabrano nam już nasze dostojeństwa, przywłaszczono najświętsze miejsca, a nikt przewidzieć nie może co dalej. Jednak to wiem i tego pewna jestem, że choć zgniotą Judeę jak ziarno kamieniem młyńskim i pożrą Jeruzalem, które jest kwiatem całego kraju, to chwała Izraela pozostanie światłem na niebiosach, a tego światła nie dosięgnie ręka ludzka, bo historia Izraela jest zarazem historią Boga. On sam pisał ją rękami ludzi wśród Izraela wybranych, mówił ich językiem, był obecny we wszystkim dobrym, które czynili, nawet w najmniejszym. Nie dość tego, był ich prawodawcą na Synaju, przewodnikiem w pustyni, wodzem wśród wojny, a królem w sądzie. I jeszcze dalej, kilka razy uchylił zasłony swego przybytku i w jasnościach niebiańskiej chwały mówił jak człowiek do człowieka, wskazując drogę cnoty i szczęścia, czyniąc obietnice świadczące o Jego wszechmocności i stałości w zachowaniu przymierza na wieczność zaprzysiężonego.

Czy wobec tego może być, aby ci, synu mój, z którymi Jehowa tak przebywał, nic od Niego nie przyjęli, żeby w ich życiu, sprawach i czynach, obok ludzkich zdolności, nie było jakiegoś śladu boskiego pochodzenia? Żeby ich geniusz, choćby po upływie wieków, nie był odbłyskiem nieba?

Na jakiś czas cisza zaległa w komnacie, prócz szelestu wachlarza nic nie było słychać.

- Jeśli, mówiąc o sztuce, myślimy o malarstwie i rzeźbie to prawda - rzekła wkrótce - że Izrael nie ma artystów.

To wyznanie zrobiła z żalem, bo należąc do saduceuszów, wielbiła piękno w jakiejkolwiek by pojawiło się formie, czemu sprzeciwiali się najwięcej faryzeusze.

- Każdy sprawiedliwy musi nam jednak przyznać - mówiła dalej - że zręczność naszą skrępowało przykazanie: "nie zrobisz sobie ani obrazu, ani podobizny." Zakaz ten rozciągnęło prawodawstwo poza jego cel i czas. Nie należy też zapominać dwóch Izraelitów Bezaela i Aholiaba, mistrzów budowniczych pierwszego przybytku, o których napisane jest, że byli biegłymi we wszystkich rodzajach rzemiosła, utworzyli złotych Cherubinów, zdobiących skrzynię Arki Przymierza. Postacie te były ze szczerego złota, skrzydłami swymi mają okrywać i ocieniać tron Boski, stoją naprzeciw sobie, twarzą zwrócone są ku skrzyni łaski. Któż śmie twierdzić, że postacie te, to nie arcydzieło sztuki?

- Ach! rozumiem teraz, czemu nas Grecy wyprzedzili - rzekł Juda

- a Arka?... Przeklęci niech będą Babilończycy, którzy ją zniszczyli.

- Nie, Judo, nie zniszczyli, ale zaginęła, a raczej ukryta jest gdzieś w bezpiecznej jaskini w górach; Hillel i Shammai, obaj tak wierzą i mówią; nadejdzie dzień który Pan uzna za dobry i znajdzie się Arka, ustawią ją, a Izrael będzie przed nią tańczył i śpiewał jak za dawnych dni. Ci zaś, którzy ujrzą oblicza Cherubinów, chociażby widzieli twarz Minerwy Fidiasza ze słoniowej kości zapragną uścisnąć rękę Żyda z uwielbienia dla jego geniuszu, zachowanego przez lat tysiące.

Uniesiona zapałem matka, wpadła mimowolnie w ton i gwałtowność mówcy, teraz jednak, aby odpocząć, czy schwycić wątek myśli, zatrzymała się chwilę.

- Jakże dobra jesteś, matko moja - mówił Juda z wdzięcznością - nigdy nie przestanę powtarzać tego. Ani Hillel, ani Shammai nie mogli lepiej i piękniej powiedzieć. Znów jestem wiernym synem Izraela.

- Pochlebco! - odparła - nie wiesz, iż powtarzam tylko to, co kiedyś mówił Hillel w rozmowie z pewnym rzymskim mędrcem?

- Być może, nie mniej mówiłaś z niezwykłym zapałem.

- Na czymże skończyłam? - zapytała matka z powagą - Mówiłam o pierwszeństwie w sztuce praojców naszych, w sztuce rzeźbienia posągów. Ale rzeźba, mój Judo, nie sama sztukę stanowi, ani też sama sztuka w sobie nie zawiera wielkości. Lubię sobie wyobrażać wielkich ludzi dążących poprzez wieki do wielkich celów, dzielę ich na grupy i okresy; tu Hindusi, tam Egipcjanie, ówdzie Asyryjczycy; nad nimi słyszę unoszącą się muzykę trąb i szelest zwycięskich sztandarów, a tymczasem po prawej i lewej stronie stoją niezliczone pokolenia i patrzą na nich pełni czci i podziwu. Gdy ci znikają, występuje piękny Helleńczyk i wiedzie pochód z triumfalnym okrzykiem, wnet Rzymianin każe mu milczeć i mówi: precz! Co było waszym jest teraz moim. Świat leży zdeptany, a jam pan. Tymczasem z daleka, a na wprost szlaku, którym idzie pochód, świeci światło oświecające zarówno najodleglejszą przeszłość i najdalszą przyszłość. Nie wiedzą walczący, a przecież ono ich wiedzie - bo to jest światło Objawienia. Któż niesie to światło? Ach, to stary ród Judy! Jakże na tę myśl krew szybko w żyłach krąży! W tym oświetleniu i my ich widzimy. Bądźcie po trzykroć błogosławieni, wielcy nasi ojcowie, słudzy Boga, stróże Przymierza! Wy to jesteście przewodnikami ludzkości, wy stoicie na czele w królestwie żywych i umarłych! Tam, obok nich, jest twoje miejsce, mój synu, a choćby każdy Rzymianin był Cezarem, zaprawdę, nie ustąpisz mu pierwszeństwa.

Juda był mocno wzruszony.

- Mów dalej, matko moja - wołał - słyszę niby trąby zwycięstwa i mnie się zdaje, że zbliża się Miriam z orszakiem swych niewiast, które tańczą i śpiewają.

Zrozumiała uczucia syna, a chcąc je wyzyskać, mówiła dalej: - Kiedy słyszysz hymny i waltomie, towarzyszące prorokini, daj wodze wyobraźni i stań wraz ze mną jakby u brzegu gościńca, którym uroczyście postępuje korowód wybranych wśród Izraela. Oto idą patriarchowie i ojcowie pokoleń - zda mi się, że słyszę dzwonki wielbłądów i ryczenie ich trzód. A tam, pośród gromady - któż to jest, co idzie sam? Starzec to, ale siły jego niezłamane, a oko świętym pała ogniem: to On, który oglądał Pana twarzą w twarz. Stoi sam, bo któż sprosta wojownikowi, poecie, mówcy, prawodawcy, prorokowi? Wielkość jego jest jak słońce w południe, światłość jego gasi wszelkie inne, choćby nawet sławę pierwszego i najszlachetniejszego z Cezarów. Za nim postępuje orszak sędziów, po nich królowie - a oto syn Jessego, bohater w wojnie, śpiewak pieśni nieśmiertelnych; dalej jego syn, mędrszy i bogatszy nad wszelkie króle swego czasu, zaludnił pustynię i zbudował tam miasta, a nie zapomniał Jerozolimy, w której wybudował Panu na chwałę świątynię. Teraz schyl głowę, mój synu, bo oto idą ci, którym podobnych nie ma. Oblicza ich wzniesione ku niebu, jak gdyby słyszeli głos Boży; szaty ich czuć zgnilizną grobów i pieczar. Wśród tego grona słyszysz głos kobiety, który wzywa: "Śpiewajmy Panu, bo oto zwyciężył z chwałą". Ukorz się w prochu przed nimi, mój synu, bo ich językiem posługiwał się Pan, byli jego wysłańcami i sługami. Niebo stało im otworem: widzieli przyszłość narodów; widzenia swe uwiecznili pismem, a spełnienie przepowiedni świadczyło i świadczy, że byli mężami prawdy. Królowie bledli na ich widok; narody drżały na dźwięk ich głosu; żywioły były im posłuszne; w ręku ich spoczywało błogosławieństwo i klątwa. Patrz, oto wielki Tezbijczyk i Elizeusz! A tam znów trzech młodzieńców w piecu ognistym. A terez - ugnij, synu mój, kolana, bo oto zbliża się ten, z którego pokolenia ma się narodzić Mesjasz.

W ciągu tej mowy szybko poruszała wachlarzem, nagle ruch ustał, a ona przyciszonym głosem zapytała:

- Jesteś zmęczony, synu?

- Nie, matko moja - odpowiedział - słuchałem z zachwytem pieśni o Izraelu.

Zdawała się nie słyszeć pochwały i mówiła dalej, dążąc do wytkniętego celu.

- O ile sił starczyło, starałam się przypomnieć ci naszych wielkich ludzi - patriotów, prawodawców, wojowników, śpiewaków i proroków. Przypatrzmy się teraz najznakomitszym z Rzymian. Obok Mojżesza postawmy Cezara, obok Tarkwiniusza - Dawida, Sullę porównajmy z Machabeuszami, a najznakomitszych konsulów z sędziami, nareszcie Augusta z Salomonem i tu już koniec - bo kogóż, choćby w przybliżeniu, porównać można z prorokami, największymi z wielkich!

Tu uśmiech pogardy przebiegł po jej licu.

- Daruj, zapomniałam o wróżbicie, augurze, który ostrzegał Gajusza Juliusza przed Markiem Juniuszem Brutusem, widzę go jak szuka złej wróżby we wnętrznościach kury. Odwróćmy oczy od tak pospolitego obrazu, a wyobraźmy sobie Eliasza na wzgórzu przy drodze do Samarii, wśród dymiących ciał owych dwóch pięćdziesiątek wojowników, wysłanych przez króla, pożartych ogniem niebieskim na rozkaz proroka, który tym strasznym sposobem oznajmił synowi Achaba bliskość śmierci. Na koniec, mój Judo - jeśli wolno i jeśli przystoi w jakikolwiek sposób zestawić wielkiego Jehowę z Jowiszem, to zaiste dosyć jest osądzić uczynki i sprawy tych, którzy im służą i w imieniu owych bóstw działają. Co się zaś tyczy twojej własnej przyszłości...

Ostatnie wyrazy mówiła z wolna i drżącym głosem.

- To służ, mój synu, twemu Panu, a nie władcom Rzymu. Synowi Izraela nie przystoi żadna inna sława, jak sława służby Bożej, bo już w niej samej jest wszelka chwała i cześć.

- Jak to, więc nie mam być żołnierzem? - zapytał Juda.

- Czemuż by nie? Wszak Mojżesz nazywał Pana "Bogiem Zastępów".

Długie milczenie zaległo komnatę.

- Masz więc moje pozwolenie - rzekła - ale pamiętaj, że masz służyć Panu, ale nie Cezarowi.

Przyjął z radością warunek, lecz senność obejmowała go z wolna, co widząc matka, podłożyła mu wezgłówek pod głowę, nakryła troskliwie i ucałowawszy serdecznie, odeszła.

Rozdział 8

Każdy z nas, zły czy dobry, umrzeć musi; pamiętając o obietnicy naszej religii, mówimy też spokojnie: mniejsza o to, otworzymy oczy w Niebie. Do takiego cudownego przebudzenia w zaświatowej krainie podobne jest ocknienie się ze snu wśród przeświadczenia o szczęściu i przy dźwięku rozkosznej muzyki.

Takim było przebudzenie Judy, gdy się ocknął, słońce stało wysoko nad górami: gołębie napełniały powietrze trzepotaniem białych skrzydeł, a na południowo-wschodnim skłonie nieba widniała świątynia, niby złote zjawisko odbijające na ciemnym tle błękitu. Nie zwracał na to Juda uwagi, na piękny widok przelotne rzucił wejrzenie, a całą uwagę zwróciła piętnastoletnia dziewczynka, siedząca na tapczanie u jego nóg i grająca na nebli opartej na kolanach. Słuchał z zachwytem kołysanki śpiewanej przy delikatnym towarzyszeniu akordów; gdy pieśń umilkła, dziewczynka złożyła ręce i zwróciła pytający wzrok na Judę. Ponieważ dziewczę to wchodzi w zakres naszego opowiadania, musimy się z nią i całą rodziną Hurów zapoznać.

Herod umierając, nagrodził i obdarzył majątkami wiele osób, które miały z nim stosunki; jeśli popierający króla był potomkiem jednego ze sławnych pokoleń, szczególniej zaś z pokolenia Judy, bo bogactwo dawało mu zaszczytne miejsce w gronie książąt jerozolimskich. Wyróżnienie takie zapewniało mu hołd biedniejszych rodaków, a uszanowanie pogan, z którymi często łączyły Izraelitów interesy lub stosunki społeczne. Do tych szczęśliwych wybrańców losu należał także ojciec Judy; który w życiu publicznym jak też prywatnym cieszył się wielkim poważaniem i nosił tytuł księcia Jerozolimy. Pełen bojaźni Bożej, Żyd rzetelny, służył królowi wiernie i nieraz dał tego dowody. Jako pełnomocnik Heroda, odwiedził kilkakrotnie Rzym; tam zwrócił na siebie uwagę Augusta, który starał się pozyskać jego przyjaźń. Toteż w domu jego pełno było owych darów, które czynią zadość próżności tak królów, jak dworaków - mnogie purpurowe togi, krzesła Izę słoniowej kości, złote puchary; wartość zaś ich stanowiło właściwie to, że z cesarskiej pochodziły ręki. Mąż taki musiał być bogaty, ale zamożność jego nie była wyłącznie dziełem potężnych opiekunów, on sam, wielbiąc prawo nakazujące pracę, czynnym był wszędzie i w najrozmaitszych kierunkach. Liczni pasterze pasący trzody po dolinach i wzgórzach Libanu, zwali Hura swym panem; w miastach tak portowych, jak w głębi stałego lądu leżących posiadał liczne domy handlowe; okręty dostarczały mu srebra z Hiszpanii, a karawany ze Wschodu przywoziły mu dwa razy do roku jedwabie i korzenie. Szczerze i sumiennie wypełniał obowiązki, jakie nań wiara hebrajska nakładała; uczony był w Piśmie, do synagogi uczęszczał regularnie. Z rozkoszą przebywał w gronie mistrzów, uszanowanie zaś jego dla Hillela równało się czci. Nie był jednak małego serca; z gościnnością przyjmował cudzoziemców, skądkolwiek pochodzili, faryzeusze twierdzili, jakoby Samarytan u stołu swego przyjmował. Gdyby był poganinem i gdyby żył współcześnie z Herodem Attykiem, można by go uważać za współzawodnika tegoż. Zginął jednak na morzu w sile wieku, na jakie dziesięć lat przed drugim okresem naszej historii. Opłakiwała go cała Judea - o ileż więcej rodzina.

Poznaliśmy już matkę i syna, a także córkę, w chwili gdy śpiewała bratu. Imię jej było Ti-rza. Podobieństwo jej do brata było uderzające, miała te same regularne rysy. lecz pełne wdzięku i wyrazu niewinności. Ubrana była w szatę spiętą na prawym ramieniu, spadającą na pierś i plecy, a schodzącą się u lewego ramienia, trochę tylko osłaniającą kibić powyżej stanu i zostawiającą obnażone całkiem ręce. Dolną część szaty, układającą się w fałdy, przytrzymywał w stanie pasek. Włosy zgrabnie ułożone, pokrywała jedwabna czapeczka, z której spływała takaż szarfa, bogato haftowana i w delikatne ułożona fałdy, tak aby uwydatniła kształt głowy, nie powiększając jej rozmiarów. W uszach nosiła zausznice, na palcach pierścienie; naramienniki i obręcze czysto złote zdobiły jej ręce, a na szyi złoty naszyjnik, dziwnie misternymi łańcuszkami i wisiorkami z pereł przeozdobiony, dopełniał stroju. Kąty brwi i końce paznokci miała zabarwione, a włosy, w długie splecione warkocze, spadały na plecy, podczas gdy zwinięte pukle krótszych włosów zdobiły policzki. Patrząc na nią, nie można jej było odmówić wdzięku, wytworności i urody.

- Bardzo pięknie, moja Tirzo, bardzo pięknie - mówił Juda z ożywieniem.

- Podoba ci się?

- Tak, pieśń piękna i śpiewaczka także! Są w tej pieśni jakieś greckie oddźwięki. - Skąd się jej nauczyłaś?

- Przypominasz sobie owego Greka, który śpiewał w teatrze zeszłego miesiąca? Mówiono, że był śpiewakiem na dworze Heroda i jego siostry Salome. Śpiewał zaraz po występie atletów i cała sala była jeszcze pełna wrzawy, ale po pierwszym tonie wszystko ucichło i żadne słowo nie uszło mej uwagi - tak więc pieśń tę mam od niego.

- Ależ on śpiewał po grecku.

- A ja po hebrajsku.

- Teraz rozumiem i dumny jestem z mej siostrzyczki. Może umiesz jeszcze jaką równie piękną pieśń?

- O tak, jeszcze wiele, ale dajmy temu spokój; Amra przysłała mnie, abym ci powiedziała, że tu przyniesie śniadanie, nie potrzebujesz więc schodzić. Przybędzie tu zapewne zaraz, bo sądzi, żeś chory, żeś miał jakiś wypadek wczoraj. Co to było? Powiedz mi, abym pomogła Amrze w leczeniu cię; ona zna leki Egipcjan, ale niewiele pomocne, jak zaś mam wiele recept od Arabów, które...

- Jeszcze mniej są pomocne niż Egipcjan - rzekł, potrząsnąwszy głową Juda.

- Tak sądzisz? Nie myślę ci się sprzeciwiać - odpowiedziała Tirza, podnosząc rękę do lewego ucha - nie będziemy mieć z nimi nic do czynienia, bo oto mam coś pewniejszego i lepszego... amulet, który pochodzi od jakiegoś perskiego czarodzieja i jest nie wiem od jak dawna w naszej rodzinie. Patrz, napis już całkiem zatarty.

To mówiąc, podała mu zausznicę; on wziął klejnot do ręki, popatrzył i oddał jej, śmiejąc się:

- Choćbym miał umrzeć, Tirzo, nie używałbym amuletu, bo to jest zabytek bałwochwalstwa, zakazany każdemu wiernemu synowi i córce Abrahama. Weź go, ale nie noś więcej.

- Zakazane! Ależ to być nie może - rzekła - matka naszego ojca nosiła ten amulet każdego szabatu, przez całe życie. Wyleczył on, nie wiem ilu chorych - ale z pewnością więcej niż trzech. Jest nawet aprobowany - patrz nosi pieczęć rabina.

- Nie wierzę w amulety.

Podniosła na niego oczy ze zdziwieniem.

- Cóżby na to powiedziała Amra?

- Rodzice Amry byli stróżami ogrodów nad Nilem i bałwochwalcami.

- Ależ Gamaliel.

- On twierdzi, że to są bezbożne wymysły pogan, Tirza patrzyła na amulet z żalem i nieufnością.

- Cóż mam z nim zrobić?

- Noś go, siostrzyczko. Zdobi cię, upiększa, chociaż zaprawdę i bez niego piękna jesteś.

Zadowolona, założyła amulet właśnie, gdy Amra wnosiła tacę z miednicą, wodą i ręcznikami.

Ponieważ Juda nie był faryzeuszem, więc umywanie nie zabrało mu wiele czasu; a gdy niewolnica odeszła Tirza podjęła trud uczesania brata. Skoro ułożyła jego kędziory stosownie do swego gustu, odwiązała metalowe zwierciadełko, które jak wszystkie kobiety tego kraju, nosiła u paska i podała je bratu, aby ją pochwalił i ujrzał, jak jest piękny. Wśród tego zajęcia zaczęli znów rozmawiać.

- Co powiesz na to Tirzo - wyjeżdżam...

Przerażona, załamała ręce.

- Wyjeżdżasz... kiedy... gdzie... dlaczego?...

- Otóż i trzy pytania jednym tchem! Co za ciekawość! - Po chwili rzekł poważnie. -Wiesz zapewne, że prawa nasze każą mi obrać jakiś zawód, zajęcie; nasz zacny ojciec zostawił mi tak w tym, jak we wszystkim najlepszy przykład. Gardziłabyś mną sama, gdybym w lenistwie używał owoców jego pracy i wiedzy. Jadę do Rzymu.

- Weź mnie z sobą!

- Przecież oboje nie możemy opuścić matki, musisz z nią pozostać.

- Niestety! Ale czyż koniecznie musisz jechać? Wszak tu w Jerozolimie możesz się nauczyć wszystkiego, czego potrzeba kupcowi - jeśli myślisz temu zawodowi się poświęcić.

- Właśnie nie jest to moim zamiarem. Prawo nie wymaga, aby syn był tym, czym ojciec.

- Czymże innym możesz być?

- Żołnierzem - odpowiedział z dumą.

Łzy zaćmiły jej oczy.

- Zginiesz...

Jeśli taka by była wola Boża, niech i tak będzie. Tirzo, nie wszystkich żołnierzy zabijają.

Zarzuciła mu ręce na szyję, jakby go od powziętego zamiaru powstrzymać chciała.

- Jesteśmy tak szczęśliwi, bracie mój... zostań w domu.

- Dom nie zawsze będzie, czym jest. Ty sama niedługo opuścisz go.

- Nigdy!

Uśmiechnął się na to zapewnienie.

- Niedługo przyjdzie jaki książę Judy lub innego pokolenia, zabierze moją Tirze, pojedzie z nią, aby była światłem innego domu. Wtedy cóż się ze mną stanie?

Odpowiedziała łkaniem.

- Wojna, to także przemysł - mówił z namysłem - aby się jej nauczyć, potrzeba iść do szkoły, a nie ma lepszej nad obóz rzymski.

- Przecież nie będziesz walczył dla Rzymu? - pytała, wstrzymując z obawą oddech.

- Więc nawet i ty nienawidzisz ich! Cały świat nienawidzi Rzymu. Staraj się zrozumieć moją odpowiedź Tirzo: tak, będę walczył dla Rzymu, jeżeli za to nauczy mnie, jak i kiedy walczyć przeciw niemu.

- Kiedy chcesz jechać?

Nagle posłyszeli kroki powracającej Anny.

- Cicho! - rzekł Juda. Niech nie wie, jakie mam zamiary. Wierna niewolnica przyniosła śniadanie i postawiła na stoliku przed nimi, a biorąc biały ręcznik na ramię, pozostała, aby im służyć. Zmaczali palce w naczyniu z wodą i właśnie obcierali je ręcznikiem, gdy dał się słyszeć gwar na ulicy. Poznali wojskową muzykę, która zbliżała się ku północnej stronie domu.

- To żołnierze z pretorium. muszę ich widzieć! - krzyknął młodzieniec, zrywając się z tapczanu w stronę, skąd dolatywał hałas. Za chwilę stał oparty o parapet z dachówki, strzegący narożnika dachu od północno-wschodniej strony domu. Stał tak zajęty, że nie zauważył, jak Tirza stanęła obok niego opierając rękę na jego ramieniu.

Miejsce, które zajmowali na dachu, było na najwyższym szczycie domu i górowało nad wszystkimi domami wschodniej strony miasta, tak że mogli widzieć całą przestrzeń aż do wieży Antonia. Ulica, najwyżej na 10 stóp szeroka, była gdzieniegdzie przecięta mostami,

które, tak jak dachy, zapełniły się ludźmi, kobietami i dziećmi przywabionymi muzyką. Właśnie nazwa muzyka nie nadawała się na określenie tego huku trąb i przejmującego pisku drewnianych, dętych instrumentów. Za kilka chwil wychyliły się szeregi wojowników, tak że rodzeństwo, stojące na dachu pałacu Hurów, mogło widzieć cały pochód. Najpierw szła w dużych odstępach przednia straż lekko zbrojnych w proce i łuki; dalej oddział ciężko uzbrojonej piechoty, z wielkimi tarczami i długimi włóczniami; za nimi postępowała muzyka, po niej zaś konno oficer wraz z przyboczną strażą. Po straży postępował jeszcze oddział ciężko zbrojnej piechoty, posuwając się w zwartym szyku, zapełniając ulice od muru do muru, tak iż zdawał się być bez końca.

Muskularne członki wojowników, rytmiczny ruch tarcz od prawej ku lewej stronie, blask łuskowatych pancerzy, sprzączek i hełmów, pióra chwiejące się na wysokich szyszakach, szelest powiewających chorągwi, żelazne piki, śmiały, pewny, rytmicznie wymierzony krok, postawa groźna i baczna, zgodność ruchu całej masy, podobna do niezmiennego ruchu maszyny - wszystko to robiło na Judzie wielkie wrażenie, które łatwiej odczuć niż opisać. Jednak głównie zwracały jego uwagę najpierw: orzeł legionu, pozłocista podobizna ptaka, osadzona na wysokim drągu. Wiedział, że gdy znak ten wynoszone z izby fortu, oddawano mu niezwykłą cześć. Drugim punktem, zwracającym na siebie uwagę patrzącego, był wódz, jadący sam w środku wojska. Jechał w pełnej zbroi, z odkrytą głową; u lewego biodra miał krótki miecz, w ręce trzymał buławę dowódcy. Koń zamiast siodła, okryty był purpurowym czaprakiem, ozdobionym złotymi frędzlami. Uzda zaś i lejce żółte, jedwabne, przetykane złotym haftem, dopełniały bogatego stroju rumaka.

Jeszcze jeździec był daleko, a już zauważył Juda, że sama jego obecność wzbudzała gniew i oburzenie w przypatrującej się masie ludu. Jedni opierając się o poręcze dachu, drudzy stojąc dumnie, grozili mu pięściami; inni jeszcze szli za nim, krzycząc; ci zaś, którzy stali na mostach, pod którymi przejeżdżał oddział, krzyczeli i pluli nań z góry; kobiety nawet ciskały odważnie sandałami, często tak zręcznie, że go trafiały. Gdy zbliżył się dowódca, krzyki stały się wyraźne: rozbójnik, tyran, pies rzymski! Precz z Ismaelem! Oddajcie nam Annasza.

Skoro jeździec był już blisko, dostrzegł Juda, co zresztą łatwo mu było zrozumieć, że wódz nie dzielił wspaniałej obojętności żołnierzy; twarz jego była ponura i groźna, a spojrzenie, które zwracał na prześladowców, pełne wzgardy i groźby, niejednego zmusiło do odwrotu.

Wiedział młodzieniec, że za przykładem pierwszego Cezara, dowódcy, dla oznaczenia swej godności, ukazywali się publicznie w wawrzynowym wieńcu na głowie. Domyślił się więc po tej odznace, że ma przed sobą Waleriusza Gratusa, nowego prokuratora Judei!

Jakkolwiek bądź Rzymianin ten wśród burzy prześladowania, której niczym nie wywołał, wzbudził współczucie w sercu młodego Żyda. Chcąc mu się lepiej przypatrzeć, zbliżył się bardziej do poręczy i oparł rękę na dachówce. Zapewne musiała już dawno być nadłamana, zewnętrzna bowiem poręcz oderwała się z łoskotem, lecąc wprost na jeźdźca. Dreszcz przestrachu wstrząsnął na ten widok młodzieńcem. Wyciągnął mimowolnie rękę. aby pochwycić pocisk, co mu nadało pozór rzucającego. Wysiłek chwycenia nie udał się, owszem, wzmocnił siłę pędu, a Juda w przerażeniu krzyknął z całej siły, co zwróciło uwagę całej straży i samego przywódcy. W tej chwili odłamek balustrady uderzył w odkrytą głowę Gratusa, który spadł z konia i leżał martwy.

Tłum stanął, straż zsiadła z koni, spiesząc okryć dowódcę tarczami. Ludność przekonana, że Juda umyślnie rzucił pocisk, jęła krzykiem popierać odwagę młodzieńca, stojącego nad poręczą. On sam przerażony tym co się stało i następstwami, których nietrudno było się domyśleć, stał jakby przykuty do miejsca. Zgubny powiew, niby szept złego ducha, przebiegł z zadziwiającą szybkością z dachu na dach wzdłuż linii pochodu, porywając ludność zapałem do walki i oporu. Rękami chwytali za dachówki i od słońca spalone kawałki gliny, z której szczyty dachów w większości były zrobione, ciskając je ze ślepą namiętnością na legiony na dole stojące. Grad cegieł obsypał żołnierzy. Wnet powstała bitwa, w któree, jak łatwo było przewidzieć, zwyciężyli wyćwiczeni w wojnie żołnierze.

Juda, z twarzą pobladłą od przerażenia, zwrócił sią ku siostrze i zawołał zrozpaczony:

- O Tirzo, Tirzo! co się z nami stanie!

Nie wiedziała biedna co się stało; słyszała wprawdzie krzyki walczących, widziała wrzenie walki, lecz nie znała przyczyn całego zajścia, a tym samym nie domyślała się, aby ktokolwiek z jej ukochanych mógł znajdować się w niebezpieczeństwie.

- Co się stało? Co to wszystko znaczy? - pytała przerażona.

- Zabiłem dachówką namiestnika rzymskiego.

Twarzyczka jej pokryła się śmiertelną bladością. Zarzuciła bratu ramiona na szyję i wpatrywała mu się, pełna boleści, nie mówiąc ani słowa, w oczy. Pod wpływem tego wzroku nabrał otuchy.

- Nie zrobiłem tego umyślnie, Tirzo - rzekł - to był przypadek.

- Jak myślisz, cóż nam uczynią?

Spojrzał na zwiększający się popłoch na ulicy i dachach, a obraz ponurego i groźnego Gratusa przypomniał mu się z całą wyrazistością. Jeśli żyje, gdzież kres jego zemsty? Jeśli nie żyje, jakaż wściekłość legionistów? Nie mając gotowej odpowiedzi, spojrzał na dół właśnie w chwili, gdy straż pomagała dowódcy wsiąść na konia.

- Żyje, żyje, Tirzo! Błogosławionym niechaj będzie Bóg ojców naszych! Uspokojony, zwrócił się do Tirzy, mówiąc:

- Nie bój się, wytłumaczę, jak to się stało, przypomnę zasługi ojca i oszczędzą nas.

Zwrócili się ku letniemu domowi, gdy nagle dach zadrżał pod ich stopami, a uszu ich doleciały uderzenia pałek i trzask wyłamywanych bram. Z podwórza słychać było okrzyki rozpaczy, płacz i jęk przerażonych kobiet. Następnie usłyszeli zbliżające się kroki gromady ludu, klątwy i błagania. Wnet żołnierze, wyłamawszy północną bramę, stali się panami pałacu, a Judę ogarnęło straszliwe przeczucie, że to jego szukają, a z nim myśl o ucieczce, ale dokąd? Chyba tylko, gdyby miał skrzydła, mógłby uciec. Tirza z obłąkanymi od strachu oczyma chwyciła jego rękę, pytając:

- Judo, co to wszystko znaczy?

On wiedział, co to znaczy- mordowano służbę... a jego matka!... Któż wie, czy który z dosłyszanych głosów rozpaczy nie był jego głosem! Okropność!... Przecież zdobył się na siłę woli i rzekł:

- Tirzo, zostań tu i czekaj na mnie, pójdę zobaczyć co się dzieje.

Ale jego głos drżący od trwogi, nie mógł uspokoić dziewczyny, która się tym goręcej tuliła do niego.

Nagle, wyraźnie, już nie w wyobraźni, poznał głos matki. Nie czekając dłużej, objął siostrę i rzekł:

- Chodź, spieszmy!

Taras powyżej pierwszych schodów zapełniony był żołdactwem; jedni rabowali, drudzy z dobytymi mieczami wpadli do pokojów, mordując i raniąc. Tu i ówdzie klęczące kobiety błagały o łaskę, opodal jedna w podartej szacie, z długim rozwianym włosem, walczyła, szamocząc się z trzymającym ją siepaczem. Krzyk jej straszliwy, górujący ponad wrzawą, doleciał aż na dach. Do niej to biegł Juda, wołając: "matko matko!" Ale zaledwie dotknął jej rąk, pochwycono go i oderwano od niej. Wśród jęków, hałasu i wrzawy usłyszał, jak ktoś zawołał:

- To on!

Głos ten nie był mu obcy, spojrzał... i zobaczył Messalę.

- Jak to, ten ma być zabójcą? - rzekł jeden z legionistów. - Ależ to zaledwie wyrostek!

- Bogowie! - odparł Messala. - Czyż koniecznie trzeba być starym, aby pałać nienawiścią? Oto macie go, a wraz z nim matkę i siostrę!... całą rodzinę!

W uczuciu miłości dla matki i siostry, zapomniał Juda o sprzeczce, jaką miał z Messalą, więc błagał:

- Pomóż im, Messalo! Pomnij na naszą przyjaźń w dziecięctwie. Ja, Juda, proszę cię, błagam. - Rzymianin udał, że nie słyszy; a potem zwrócił się do oficera.

- Nie jestem tu już potrzebny. Na ulicy jest więcej do roboty. Niech przepada Eros, górą Mars!

I wyszedł, Juda zrozumiał wykrzyknik i z goryczą w duszy modlił się, mówiąc:

- Gdy nadejdzie godzina Twej pomsty, o Panie, niech moją będzie ręka, która ją wykona.

Przezwyciężając samego siebie, zbliżył się do oficera i błagał:

- Panie, kobieta, której jęki słyszysz, jest moją matką. Ocal ją wraz z córką! Bóg jest sprawiedliwy; odda ci miłosierdzie za miłosierdzie. Słowa te wzruszyły wojownika, bo zawołał:

- Do fortecy z kobietami! Nie czyńcie im krzywdy, zażądam ich od was! Weźcie sznury -rzekł dalej do tych, którzy pilnowali Judy - związać mu ręce i wyprowadzić stąd; nie ujdzie on kary.

Nieszczęśliwą matkę wyniesiono. Tirza, skamieniała z boleści, poszła ze strażą bez oporu. Juda pożegnał je wzrokiem pełnym boleści i zakrył twarz rękoma, jakby chciał tę straszną chwilę zachować wiecznie w pamięci. Płakał pod osłoną rąk, nikt jego łez nie widział.

Wśród bólu i przerażenia zaszło coś, co nazwać można cudem. Dotąd usposobienie młodego Izraelity było prawie kobiece - wiódł bowiem szczęśliwe życie, prócz miłości dla matki i siostry innych uczuć nie znał. Teraz, gdy podał ręce, aby je związano, znikły urojenia dziecięce; nagle dojrzał, stał się mężczyzną.

Na odgłos trąby, która zabrzmiała w podwórzu, opuścili żołnierze tarasy. Wielu nie śmiało ukazać się z łupem w szeregu, porzucali więc zdobycz na ziemię. zasiewając drogę najcenniejszymi przedmiotami. Gdy Juda opuścił dom i znalazł się na ulicy, już wojsko stało w uformowanym szyku.

Matkę, córkę i wszystkich domowników wyprowadzono północną bramą, której gruzy utrudniały przejście. Łatwo sobie wyobrazić jęki i płacz służby, z której wielu urodziło się w domu, który teraz opuszczali. Rozpacz ich była rozdzierająca serce. Gdy wreszcie wyprowadzono z domu konie i bydło, zrozumiał Juda, jaka była zemsta prokuratora. Wszystko zabrano, a nawet gmach odarto z ozdób, aby służył na przestrogę tym, którzy by mogli zamarzyć o zniesieniu niewoli lub usunięciu namiestnika rzymskiego. Los rodziny Hurów miał im być przestrogą, a ściany ich domu miały świadczyć o tym co zaszło po wsze czasy.

Dowódca stał ciągle przed gmachem, bo oddział żołnierzy nie zdołał jeszcze naprawić bramy na tyle, aby ją było można zamknąć.

W ulicy walka ustawała; na dachach gdzieniegdzie tylko tumany kurzawy, świadczyły, że jeszcze wre. Wojsko stało w szeregach, tak jak przedtem, lśniące od pancerzy. Biedny jeniec zapomniał o sobie, tęsknymi oczami na próżno szukał wśród gromady niewolników matki i Tirzy.

Nagle zerwała się z sieni jedna z kobiet i szybko pobiegła ku bramie; kilku ze straży puściło się z krzykiem za nią, ale nadaremnie. Ona podbiegła do stóp Judy, obejmowała jego kolana, a czarne, grube, ziemią zwalone włosy czyniły ją straszną. Mimo to serce Judy odgadło wierną niewolnicę:

- O Amro, poczciwa Amro - rzekł do niej - niechaj cię Bóg wspiera, ja ci pomóc nie mogę!

Od wielkiego łkania nie mogła wymówić ani słowa, a on pochylił się nad nią i szepcąc powiedział: Żyj, Anno, dla Tirzy i matki mojej, oddaję ci je w opiekę, a gdy wrócę...

Gdy domawiał tych słów, żołnierz pochwycił kobietę, lecz wyrwała mu się i wpadła w bramę, przebiegła przez korytarz i znikła w podwórzu.

- Puśćcie ją! - krzyknął dowódca - zapieczętujemy bramę, niech umiera z głodu.

Murarze zamurowali bramę, po czym przeszli na stronę wschodnią, gdzie również obwarowano wejście. Pałac Hurów, w którym dotąd kwitło szczęście, stał pusty i głuchy.

Po ukończeniu dzieła zniszczenia, powrócił oddział wojska do fortu, gdzie prokurator odpoczywał po doznanym wstrząśnieniu, lecz wkrótce zajął się zasądzeniem winowajców.

Nazajutrz oddział wojska udał się do opustoszałego pałacu, aby opieczętować woskiem wejścia i na każdej z czterech stron przybić kartę z łacińskim napisem:

To jest własność cesarska.

Rzymianie byli przekonani, że ogłoszenie takie było najodpowiedniejsze.

I znów upłynął dzień jeden, a drogą z Jerozolimy do Nazaretu o godzinie dziewiątej z rana wiódł dziesiętnik małą garstkę jeńców. Nazaret było wówczas małą mieściną, wznoszącą się na stoku wzgórza. Jedyna jego ulica była raczej ścieżką wydeptaną stopami przechodniów i kopytami trzód. Od południa znajdowała się dolina Esdrelon, a u jej wschodniego wzgórza widać było wybrzeże Morza Śródziemnego, urocze okolice Jordanu i górę Hermon. Dolinę tę zdobiły ogrody, oliwne laski, winnice, sady, a grupy palm dodawały jej czysto wschodniego wyglądu. Domy miasteczka ubogie - jednopiętrowe, czworokątne, z płaskimi dachami, gęsto oplecione szerokolistnym winem, widniały z daleka. Krajobraz wywoływał weselsze wrażenie, bo sroga posucha, niszcząca Judeę, nie przekracza granic Galilei.

Trąba oznajmująca o zbliżającym się oddziale, wywarła czarodziejski wpływ na mieszkańców miasteczka. Wszystkie bramy i drzwi napełniły się tłumem ciekawych.

I nic w tym dziwnego. Nazaret leżało z dala od głównych gościńców, na których łatwiej o nadzwyczajne wypadki. I tutaj nie chowano życzliwych uczuć dla Rzymian; ciekawość jednakże zagłuszyła nienawiść. Oddział zwrócił się ku studni.

Głównym przedmiotem zainteresowania był więzień. Biedny, szedł pieszo, z odkrytą głową, prawie nagi, z rękoma w tył związanymi. Aby nie próbował ucieczki, przywiązano go do konia, tumany zaś pyłu towarzyszące pochodowi, zasłaniały go często żółtą chmurą. Widziano przecież, że był bardzo młody, że stopy miał skrwawione i upadał ze zmęczenia.

Pochód zatrzymał się u studni, dziesiętnik wraz ze swymi ludźmi zsiadł z konia, a więzień padł na ziemię jak nieżywy. Wtedy ujrzeli zgromadzeni, że to prawie jeszcze chłopiec; serca ich zadrgały litością, ale nie śmieli jej okazać.

Podczas gdy żołnierze gasili pragnienie, tłum - albo im pomagał w opatrzeniu koni, albo patrzył ze współczuciem na więźnia, nie wiedząc, jak mu pomóc. Nagle jedna z obecnych niewiast zawołała: patrzcie, oto idzie cieśla, on nam poradzi. I rzeczywiście drogą od Seforis szedł człowiek już wiekowy. Spod nakrycia głowy wychylały się włosy białe, a długa, jeszcze bielsza broda spadała na grubą szarą suknię. Szedł wolno, bo był podeszły w latach i dźwigał narzędzia swego rzemiosła: siekierę, piłę, i nóż ciesielski. Poznać można było, że wracał z dalekiej drogi. Zbliżywszy się do studni, przyjrzał się zgromadzonemu tam tłumowi.

- O rabbi, dobry rabbi! - wołała kobieta, podbiegając ku niemu. - Patrz, oto więzień! My nie śmiemy, ale ty zapytaj, co on za jeden, co uczynił i co z nim zamyślają zrobić.

Oblicze rabbiego nie zdradzało żadnego wzruszenia, a jednak zbliżył się do dowódcy i spojrzał na więźnia.

- Pokój Pana niechaj będzie z tobą - zagadnął poważnie.

- Wzajemnie, niech łaska bogów strzeże cię - odrzekł dziesiętnik.

- Czy z Jerozolimy przybywacie?

- Tak.

- Czy więzień wasz młody jeszcze?

- Co do lat, tak.

- Mogę zapytać, jaka jego wina?

- Jest mordercą.

Wyraz ten ze zgrozą i zdziwieniem powtarzali obecni, a rabbi pytał dalej:

- Jest on synem Izraela?

- Żydem jest - rzekł krótko Rzymianin.

Chwiejne, niepewne uczucie, któremu ulegali w części widzowie, nabrało siły - gdy usłyszeli, że zbrodniarz z ich jest narodu.

- Nie rozumiem się na waszych pokoleniach, ale rodzina jego nie jest mi obcą - mówił dalej dziesiętnik. - Może słyszeliście kiedy o księciu jerozolimskim Hurze - zwano go zwykle Ben-Hurem - a żył za czasów króla Heroda.

- Znałem go - odparł Józef.

- A więc, oto jego syn.

Z każdej strony słychać było słowa zgrozy lub współczucia, to skłoniło dziesiętnika do nawiązania dalszej rozmowy.

- Przedwczoraj na ulicach Jerozolimy o mało młodzieniec ten nie zabił szlachetnego Gratusa, rzucając mu na głowę dachówkę, jak mniemam, z dachu pałacu swoich ojców.

Po słowach tych nastąpiła cisza, wśród której Nazarejczycy patrzyli na młodego Ben-Hura jakby na rodzaj dzikiego zwierzęcia.

- I zabił go? - pytał dalej rabbi.

- Nie.

- Czy już zasądzony?

- Tak na dożywotnie galery.

- Niechaj go wspiera Pan - rzekł Józef z głębokim wzruszeniem w głosie.

Podczas tej rozmowy zbliżył się młodzieniec, który przyszedł z Józefem, a dotąd nie zwrócił na siebie uwagi obecnych; położył przyniesioną siekierę i podszedłszy ku studni, wziął stojące na kamieniu naczynie z wodą i podał skazanemu. Uczynił to wszystko tak spokojnie i z taką godnością, że zanim straż mogłaby przeszkodzić, gdyby przeszkodzić w ogóle chciała, już stał przy więźniu i podawał mu wodę do picia.

Miękkie dotknięcie ramienia zbudziło nieszczęsnego Judę. Podniósł oczy i ujrzał twarz, której nigdy już więcej nie miał zapomnieć. Była to twarz młodzieńca równego mu prawie wiekiem, otaczały ją pukle złotawokasztanowych włosów, a wejrzenie ciemnoniebieskiech oczu było pełne miłości i świętej powagi, a zarazem woli tak potężnej, że żadna siła oprzeć się temu wejrzeniu nie mogła. Dnie i noce w cierpieniu spędzone, doznana krzywda, napełniły duszę Judy goryczą i żalem. Zdawało mu się, że nie ma w nim nic prócz zemsty, którą całemu poprzysiągł światu. Teraz, o dziwo, wystarczyło jedno spojrzenie, aby zapomniał o wszystkim i stał się znów ufającym dzieckiem. W milczeniu przyjął napój i w milczeniu zaspokoił pragnienie.

Gdy Juda zaspokoił pragnienie, ręka młodzieńca spoczywająca dotąd na ramieniu więźnia, spoczęła na jego czole, zdawała się błogosławić go, po czym młodzieniec odniósł dzban na poprzednie miejsce, zabrał siekierę i powrócił do Józefa. Oczy wszystkich wieśniaków, zwrócone były na niego.

Po napojeniu koni i odpoczynku, ruszono z miejsca. Nic się na pozór nie zmieniło, a jednak serce dziesiętnika uległo niepojętemu uczuciu; sam podniósł więźnia z ziemi i pomógł mu wsiąść na konia za jednym z żołnierzy. Nazarejczycy powrócili do swoich domów, a z nimi rabbi Józef i młodzieniec.

Było to pierwsze spotkanie Judy z Synem Najświętszej Maryi Panny.

Rozdział 3

O dwie mniej więcej mile na południowy wschód od Betlejem leży dolina oddzielona od miasta pasmem wzgórz. Rosną na niej drzewa karłowate: dęby, sosny i morwy. Ponieważ dolina ta zasłonięta jest od wiatrów północnych, służy czy to latem, czy też zimą za doskonałe pastwisko dla trzód, które tu pasterze zaganiają. Niedaleko od miasta znajdowało się wielkie schronisko dla owiec, dokąd mogli się pasterze wraz ze swymi trzodami schronić. Było to miejsce otoczone murem wysokości człowieka i ubezpieczone dokoła gęstymi krzakami cierniowymi, aby dziki zwierz, jak lew lub pantera, nie wpadł do owczarni i nie uczynił szkody. Poprzedniego dnia, w którym zaszły co dopiero opowiedziane wypadki, przybyła pewna liczba pasterzy ze swymi trzodami do doliny i od wczesnego już ranka brzmiały zarośla nawoływaniami, hukiem siekier, beczeniem kóz i owiec, rykiem bydła i szczekaniem psów. O zachodzie słońca spędzano trzody do zagród, a gdy wieczór zapadł, pasterze zapalili wielki ogień niedaleko bramy, posilili się skromną wieczerzą i siedli, aby odpocząć i pogwarzyć, zostawiając zawsze jednego na straży.

Widok tych ludzi dziwne robił wrażenie - nie nakrywają nigdy głów, toteż twarde włosy sterczą wypalonymi przez słońce kępkami, brody kędzierzawe, splecione w warkocze zasłaniają szyję i piersi, dodając postaciom wyrazu dzikości. Za odzienie służą im skóry kozie lub baranie na zewnątrz włosem obrócone, grubym pasem w biodrach ujęte, a zostawiające ręce i nogi obnażone aż do kolan. Stroju dopełniały małe woreczki zwieszone z prawego ramienia, a zawierające zapasy żywności i kamienie do tradycyjnej procy, w którą każdy był uzbrojony. Obok każdego leżał kij pasterski, symbol powołania i broń przeciw napaści. Rozmawiali o swych trzodach i przygodach tego dnia, aż sen skleił ich powieki.

Noc była jasna, mroźna, gwiaździsta, bez żadnego wiatru. Atmosfera była czysta, jak nigdy, czuć było jakiś święty powiew, jakby przeczucie, że niebo zbliży się ku ziemi, aby jej szepnąć wieść dobrą.

Przy wejściu do zagrody chodził miarowym krokiem będący na straży pasterz; czasem, usłyszawszy jakiś głos wśród śpiącej trzody lub krzyk szakala od strony gór, przystawał i nasłuchiwał. Północ się zbliżała. Poszedł więc ku ognisku, aby zbudzić zmieniającego go pasterza, gdy nagle oblała go niezwykła jasność, łagodna, niby księżycowa; ujrzał całą dolinę, pastwiska, trzodę, wszystko jak za jasnego dnia. Dreszcz wstrząsnął nim całym. Spojrzał w górę, nie widział gwiazdy, światło jakby z otwartego w niebie okna padało na ziemię; wielce przerażony począł wołać:

- Wstawajcie! Wstawajcie!

Psy zaczęły skomlić ze strachu.

Trzody zbiły się w jedną kupę.

Pasterze zerwali się na równe nogi i chwycili za broń.

- Co się dzieje? - pytali.

- Patrzcie! - zawołał stróż - Niebo w płomieniach!

Nagle jasność nabrała jeszcze siły, pasterze zakrywając oczy, padali na twarze; nagle usłyszeli głos pełen niepojętego uroku:

- Nie bójcie się.

Słuchali.

- Nie bójcie się, bo oto oznajmiam wam wielką radość, która napełni wszystkie narody ziemi.

Głos pełen słodyczy, spokoju, czysty, poruszył ich do głębi i napełnił ufnością. Uklękli z

czcią i ujrzeli wśród jasności postać ludzką w szacie nadzwyczajnej białości, ponad jej ramionami wznosiły się końce skrzydeł; nad głową postaci świeciła gwiazda, ręce wzniosła nad pasterzami, błogosławiąc im, a twarz jej była dziwnie spokojna i cudownie piękna.

Nieraz judejscy pasterze słyszeli i rozmawiali o aniołach, żadna też wątpliwość nie powstała w ich sercach, a w uniesieniu myśleli: "Chwała Boża jest pośród nas; Bóg posłał do nas Anioła, jak kiedyś posyłał do proroków Swoich".

Anioł mówił dalej: Dziś narodził się wam Zbawiciel w mieście Dawidowym, którym jest Chrystus Pan.

I znów nastąpiła cisza, a słowa jego wyryły się w sercach pasterzy.

- A dla was jest znakiem to, że znajdziecie niemowlątko owinięte w pieluszki, położone w żłobie - mówił anioł.

Święty posłaniec nie mówił już więcej; został jednak jeszcze chwilę; a gdy pasterze stali oniemieli, pojawiły się niezliczone zastępy aniołów, chwalących Boga, mówiących:

"Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli".

Ten hymn pełen uroczystych tonów brzmiał długo i powtarzał się wiele, wiele razy.

Nareszcie anioł wzniósł w niebo oczy, z wolna poruszył skrzydłami, roztaczając je poważnie, a były one wewnątrz białe jak śnieg i mieniące niby muszle morskie. Rozpostarłszy skrzydła, uniósł się lekko, bez trudu i zniknął wraz ze światłem. Długo jeszcze po jego odejściu słychać było z górnych sfer hymn, w miarę oddalenia cichnący: "Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli".

Gdy pasterze oprzytomnieli, patrzyli na siebie ze zdziwieniem, nareszcie jeden z nich rzekł: - To był Gabriel, posłaniec Pana do ludzi.

Wszyscy milczeli.

- Chrystus Pan się narodził; alboż nie tak mówił?

Wtedy drugi odzyskał mowę i odpowiedział: - Tak mówił.

- Wszak mówił także, że to się stało w mieście Dawidowym, a to jest Betlejem; przecież mamy znaleźć dziecię owinięte w pieluszki.

- I położone w żłobie.

Ten, który mówił pierwszy, patrzył zamyślony w ogień, nareszcie rzekł jakby nagłym opanowany postanowieniem: - Jedno jest tylko miejsce w Betlejem. gdzie są żłoby jedno tylko, w jaskini w pobliżu za gospodą. Bracia, chodźmy zobaczymy to, co się stało. Kapłani, doktorowie i uczeni w Piśmie od dawna oczekują Chrystusa Mesjasza i oto narodził się, a Pan dał znak nam, po którym poznamy Go. Chodźmy oddać mu pokłon.

- Jakże zostawimy trzodę?

- Pan strzec jej będzie. Spieszmy się!

Wszyscy wstali i opuścili zagrodę.

Minęli góry, miasto i stanęli u bramy gospody, u której zastali stróża.

- Czegóż chcecie? - zapytał.

- Widzieliśmy dzisiaj wielkie rzeczy i usłyszeliśmy wielką nowinę.

- Widzieć... i myśmy widzieli, ale nic nie słyszeliśmy. I cóż słyszeliście?

- Chcemy iść do jaskini, aby się o wszystkim przekonać. Chodź z nami i zobacz własnymi oczami.

- Daremna droga!

- Bynajmniej, narodził się Mesjasz!

- Mesjasz? Skąd to wiecie?

- Chodź i patrz.

Stróż roześmiał się pogardliwie.

- Mesjasz? - powtórzył - po czym chcecie Go poznać.

- Urodził się dzisiejszej nocy i leży w żłobie. Tak nam oznajmiono. A jest tylko jedno miejsce w Betlejem, gdzie są żłoby.

- W jaskini?

- Tak jest...chodź z nami.

Przeszli podwórze gospody, nie zatrzymywani już przez nikogo, mimo że niektórzy w gospodzie nie spali i rozmawiali o światłości, którą w nocy widzieli.

Drzwi do jaskini stały otworem. Wewnątrz błyszczał przyćmionym światłem kaganek. Przybyli weszli śmiało do wnętrza.

Pokój wam! - rzekł stróż, zwracając się do Józefa. Oto przyszli ludzie, którzy szukają Dzieciątka, które narodziło się tej nocy, owinięte jest w pieluszki i leży w żłobie.

Promień radości przebiegł po obliczu Józefa. Zwróciwszy się ku wnętrzu jaskini wskazał ręką i rzekł:

- Tam oto!

I zaprowadził ich do żłobu, w którym leżało Dzieciątko. Przy świetle kaganka ujrzeli niemowlę i oglądał je w niemym podziwie. Dziecię nie ruszało się i było podobne do każdego innego nowo narodzonego dziecięcia.

- To jest Chrystus - rzekł jeden z pasterzy.

- Chrystus - powtórzyli wszyscy, padając na kolana i oddając Mu cześć. Jeden z nich powtarzał z uniesieniem: - Oto Pan, pełne są niebiosa i ziemia chwały Jego.

Ci prości ludzie całowali brzeg sukni Matki i z radością odeszli. Wracając przez gospodę, opowiadali wszystkim co ich spotkało, a idąc przez miasto i całą drogę z powrotem do trzód, śpiewali hymn Aniołów: "Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli!" Wieść o narodzeniu Chrystusa Pana rozeszła się po całej okolicy, a światło, które widziano, potwierdzało opowieść. W następnych dniach ciekawe tłumy nawiedzały jaskinię, wielu wierzyło, ale większość naigrawała się i szydziła.

Rozdział 10

Trybun stojąc na pokładzie, trzymał w ręku otwarty zwój papieru z rozkazem duumwira i rozmawiał z dozorcą wioślarzy, zwanym hortatorem.

- Jaką rozporządzasz siłą?

- Dwustu pięćdziesięciu dwu wioślarzy i dziesięciu nadliczbowych.

- Ile robisz zmian?

- Osiemdziesiąt cztery.

- Jak często i w jakim porządku?

- Zwykle zmieniają się co dwie godziny.

Trybun zamyślił się na chwilę, a potem rzekł:

- Ten podział pracy zdaje mi się za ciężki; zmienię go, ale jeszcze nie teraz, bo trzeba nam płynąć dniem i nocą bez przerwy.

Następnie zwrócił się do kierującego żaglami:

- Wiatr mamy pomyślny; rozwiń żagle, aby wioślarzom ulżyć w pracy!

Gdy ci, do których dotąd mówił, odeszli, zapytał głównego sternika:

- Ile lat służysz?

- Trzydzieści dwa.

- Na których morzach sprawowałeś dotąd obowiązki?

- Między naszym Rzymem a Wschodem.

- Jesteś człowiekiem jakiego mi potrzeba. - A przeglądając jeszcze raz otrzymane rozkazy, dodał:

- Opłyniesz przylądek Camponella drogą ku Mesynie, dalej skierujesz wzdłuż zagięcia kalabryjskiego, aż ujrzysz Melito po lewej stronie. Potem - znasz gwiazdy nad Morzem Jońskim?

- Znam.

- Od Melity więc steruj na wschód ku Cyterze. Jeśli bogowie użyczą pomocy, nie zarzucimy kotwicy aż w zatoce Antemonium.

Ariusz był zaiste wielce roztropnym człowiekiem. Wprawdzie złożył bogom liczne ofiary, wiedział jednak dobrze, że szczęście więcej zależy od rozwagi i rozumu człowieka, niż od darów i ślubów ofiarowanych bogom. W czasie uczty dawanej na jego cześć siedział u stołu pijąc i grając w kości; teraz powietrze morskie zbudziło w nim żeglarza. Nie myślał więc spocząć, dopóki by nie poznał dokładnie okrętu; wiedza i umiejętność bowiem najlepiej chronią od przypadków. Zaczął od dozorującego wioślarzami, dalej zapoznał się z całą służbą: żaglownikiem, sternikiem, magazynierem, nadzorcą kuchni, a nareszcie z oficerami załogi, z którymi zwiedził nawet kwatery. Nic nie uszło jego uwagi, a gdy skończył, on sam znał dokładnie i jedynie cały stan przygotowań do dalekiej drogi i zaopatrzenie galery na wszelkie przypadki. Gdy wszystko to spełnił, postanowił zapoznać się dokładnie z ludźmi, którzy mieli wykonywać jego rozkazy. A było to rzeczą niezmiernie trudną i wymagającą dużo czasu. Wziął się do niej bezzwłocznie i we właściwy sobie sposób.

Około południa tegoż dnia, galera przecinała fale morskie w okolicy Paestum; wiatr zachodni ciągle dął w żagle ku zadowoleniu dowódcy. Ustawiwszy straże, wzniesiono ołtarz na pokładzie, posypany solą i jęczmieniem; po czym trybun złożył uroczyste modlitwy i śluby na cześć Jowisza, Neptuna i wszystkich Oceanid, wylewając wino i paląc kadzidło. Po tym uroczystym akcie, zasiadł mądry wojownik w kajucie i stamtąd postanowił przypatrywać się załodze.

Kajuta znajdowała się w środkowym przedziale galery, miała sześćdziesiąt pięć stóp długości, a do trzydziestu wysokości; światło padało z góry trzema otworami; dach opierał się na słupach gęsto ustawionych; w środku zaś widoczny był maszt najeżony siekierami, toporami, dzidami i pociskami. Do kajuty z pokładu na prawo i lewo wiodło dwoje prostopadłych ruchomych schodów, tak że mogły być spuszczone lub podniesione i wtedy zamykały otwory.

Łatwo zrozumieć, że miejsce to było niejako sercem okrętu, domem całej załogi, jej jadalnią, sypialnią, miejscem ćwiczeń, a zarazem odpoczynku po spełnieniu obowiązku, jeśli w ogóle o spoczynku można było mówić.

W zagłębieniu kabiny wznosiła się na kilku stopniach platforma, gdzie siedział dozorca wioślarzy; przed nim stał stół rezonansowy na którym młotkiem wybijał takt wiosłującym. Po prawej stronie miał klepsydrę, czyli zegar wodny, podług którego znaczył odpoczynki i zmiany tak wioślarzom jak straży. Nad nim, na wyższej platformie, oddzielonej złoconą poręczą, zasiadał trybun, panując nad wszystkim. Miejsce to było zaopatrzone w łoże stół i wysłane krzesło, z oparciem z tyłu i poręczami. Krzesło to było darem cesarza i odznaczało się wytwornością.

Stąd siedząc w wielkim krześle, zawinięty w płaszcz wojskowy, z mieczem u pasa, przypatrywał się Ariusz wszystkiemu, co mógł dojrzeć, sam zaś nie mniejszą zwracał na siebie uwagę swych podwładnych. Wszystko go zajmowało, najdłużej jednak zatrzymywał wzrok na wioślarzach. Wzdłuż boków kajuty widać było trzy rzędy ławek, przytwierdzonych do ścian, statku - tak przynajmniej wyglądało to z daleka. Po bliższym zbadaniu były to raczej trzy stopnie wiodące w górę, tak że druga ławka była nad pierwszą, a trzecia nad drugą. Dla sześćdziesięciu wiosłujących z każdej strony było dziewiętnaście oddziałów, rozdzielonych od siebie przestrzenią kilka stóp. Dwudzieste zaś siedzenie umieszczone było nad najniższym siedzeniem pierwszej ławki. To urządzenie dawało każdemu wioślarzowi dosyć wolnego miejsca, do swobodnego robienia wiosłem.

Wioślarze pierwszej i drugiej ławki czy rzędu, siedzieli; przeciwnie trzeciego rzędu, ponieważ mieli dłuższe wiosła, musieli stać. Rączki wioseł były wypełnione ołowiem dla ułatwienia pracy. Wiosła wisiały na rzemieniach i aby nimi pracować, potrzeba było wielkiej zręczności; nagła fala mogła każdej chwili porwać niebacznego wioślarza i rzucić w morskie odmęty. Otworami dla wioseł przeznaczonymi dochodziła dostateczna ilość świeżego powietrza, światło zaś padało na nich z góry przez kratę. Położenie wioślarzy mogło być o wiele gorsze; nie trzeba jednak przypuszczać, aby było przyjemne. Zabroniono im pomiędzy

sobą wszelkich stosunków. Codziennie zajmowali swoje miejsca, nie mówiąc do siebie ani słowa. Krótkich odpoczynków używali na spanie i jedzenie. Nigdy wśród nich nie słyszano śmiechu lub śpiewu; westchnienie lub głuchy jęk tłumaczyły jedynie ich myśli i uczucia - byli to skazańcy. Życie tych nędzarzy podobne było do podziemnego strumienia, sączącego się wolno, lecz nieustannie, wciąż ku temu samemu ujściu.

O Synu Najświętszej Panny! Dziś sprawiedliwość ma serce - a Tobie stąd chwała i cześć! - W owe jednak czasy twardy był los niewolników w fortecach, kopalniach, przy budowlach, na wojennych i handlowych galerach.

W pierwszym zwycięstwie, które Juliusz odniósł na morzu, zasługi tak wiosłujących jak załogi były równe. Na owych ławach wioślarzy zasiadali ludzie różnych narodowości, głównie brano ich z jeńców wojennych, wypróbowanych w sile i wytrwałości. Obok Brytyjczyka zasiadał Lezbijczyk, za nimi mieszkaniec Krymu. Nierzadko spotkać można było Scytę, Gala

lub Tebańczyka. Wśród rzymskich przestępców byli Goci, Longobardowie, Żydzi, Etiopczycy i barbarzyńcy z wybrzeży Makotis. Siedzieli tu obok siebie ludzie rozmaitych narodowości: Brytowie, Libijczycy, Longobardzi, Żydzi, zbrodniarze rzymscy, Scytowie, Galowie, Etiopczycy, Ateńczycy, Hiberreńczycy (dzisiejsi Irlandczycy), Cymbrowie i dzicy barbarzyńcy rozmaitych innych krajów.

Praca wioślarzy nie wystarczała, aby mogła zająć ich umysły, choćby te umysły były jak najprostsze i najociężalsze. Nawet w czasie burzy ruchy ich były zawsze jednakie, równe, automatyczne. Nieszczęśliwi ci ludzie tracili w niewolnictwie władze umysłową; byli więc posłusznymi, nie zdając sobie sprawy z niczego, wykonywali rozkazy mechanicznie; żyli wspomnieniami, a przyszłości nie widzieli przed sobą żadnej. Do niedoli swej z czasem się przyzwyczajali.

Trybun siedział w wygodnym krześle i rozmyślał o wszystkim, tylko nie o niedoli tych nieszczęśliwych, przykutych do ław i wioseł niewolników. Ruchy ich dokładne, miarowe, zaczynały go nużyć swą jednostajnością. Wtedy zwracał uwagę na poszczególnych wioślarzy. Nie wołano ich po imieniu; natomiast przy siedzeniu każdego znajdował się numer, który umieszczono zamiast nazwiska. Trybun nie tylko był wielkim wojownikiem, ale i bystrym znawcą ludzi. Wodząc badawczym wzrokiem po skazańcach, spojrzał na numer sześćdziesiąty. Właściciel tego numeru miał na sobie, jak wszyscy inni jego towarzysze, przepaskę przez biodra. Nie wyróżniał się niczym od innych, tylko młodością; nie liczył bowiem więcej nad lat dwadzieścia. I ta właśnie okoliczność zwróciła uwagę Ariusza; ,

nie mniejszą silna, muskularna budowa młodzieńca. Ariusz zwiedzał często rzymskie sale gimnastyczne, w których kształcili się młodzieńcy na atletów, mających występować później w owych sławnych rzymskich cyrkach. Był więc w tym względzie znawcą.

- Na bogi - rzekł sam do siebie - człowiek ten robi niezwykle wrażenie. Powierzchowność wielce obiecująca, muszę się o nim dowiedzieć bliższych szczegółów.

W tej chwili obrócił się młodzieniec w jego stronę.

- Żyd! - zawołał Ariusz - taki młody! - Pod badawczym wzrokiem trybuna rumieniec oblał twarz młodzieńca; wstrzymał na chwilę ruch wiosłem, lecz w tej chwili uderzyła głośniej pałeczka hortatora w stół, jakby dla napomnienia; szybko opuścił młodzieniec wiosło i od nowa ze zdwojoną siłą począł pracować. Po chwili znów spojrzał na trybuna - i, o dziwo, ujrzał na twarzy jego dobrotliwy uśmiech.

Tymczasem galera wpłynęła w cieśninę Mesyńską, a opłynąwszy miasto tejże nazwy, zwróciła się na wschód, zostawiając za sobą zadymiony i groźny szczyt Etny.

Ile razy wracał Ariusz na platformę, zajmował się wioślarzem i mówił sam do siebie: Chłopiec to rozumny i sprytny. Żyd - to nie barbarzyńca... Muszę o nim zasięgnąć wiadomości.

Czwartego dnia podróży "Astrea" - tak się nazywała galera - płynęła już na Morzu Joń-skim. Niebo było jasne, a wiatr był pomyślny.

Ariusz przypuszczał, że może spotka się z flotą jeszcze przed wyspą Cyterą, wyznaczoną na spotkanie, i dlatego prawie ciągle przebywał na pokładzie.

- Zresztą zajmował się dokładnie wszystkim, co dotyczyło powierzonego mu statku i był z dzielności załogi bardzo zadowolony. Skoro zaś zasiadł na krześle w kabinie, myśl jego zwracała się niezmiennie do wioślarza pod sześćdziesiątym numerem.

- Czy znasz człowieka, który właśnie wstał z ławki? - spytał nareszcie hortatora w chwili, gdy następowała zmiana wioślarzy.

- Numer sześćdziesiąty? - zapytał dozorca.

- Tak.

Dozorca popatrzył na młodzieńca.

- Jak wiesz, o panie - odpowiedział - okręt zaledwie przed miesiącem wyszedł z rąk budowniczego, a ludzie są równie dla mnie nowi jak sam statek.

- Jest Żydem - zauważył zamyślony Ariusz.

- Szlachetny Kwintuszu, jesteś wielkim znawcą ludzi.

- I jest bardzo młody - mówił dalej Ariusz.

- Pomimo tego jest to nasz najlepszy wioślarz, nieraz zauważyłem, że wiosło gięło się w jego dłoniach.

- Jakiego jest usposobienia?

- Mało wiem o nim, ale jest posłuszny. Raz tylko wniósł do mnie prośbę.

- Jaką?

- Prosił mnie, abym go przeniósł z prawej strony okrętu na lewą.

- Jakąż podał przyczynę?

- Zauważył, że ludzie, pracujący zawsze z jednej strony, kaleczeją. Zresztą łatwo w czasie boju i niespodziewanych obrotów mógłby się stać niezdatnym do służby, nie umiejąc użyć drugiej ręki.

- Na bogi! To myśl nowa i słuszna. Cóż jeszcze więcej zauważyłeś?

- Okazuje zamiłowanie do porządku, którego nie znaleźć u jego towarzyszy!

- W tym jest Rzymianinem.

- Nie znasz-że nic z dziejów jego życia?

- Zgoła nic.

Trybun zamyślił się i odszedł na swoje miejsce.

- Jeśli będę na pokładzie w czasie zmiany wioślarzy, a on będzie wolny - rzekł, zatrzymując się - przyślij go do mnie.

W dwie godziny później stal Ariusz pod chorągwią okrętu. Znajdował się w usposobieniu człowieka oczekującego niezwykłych wypadków i nic więcej nie mogącego uczynić, jak czekać. Filozofia twierdzi, że ludzie o wyrobionym charakterze zachowują w takich wypadkach spokój. Sternik siedział na swoim miejscu. Kilku z załogi okrętu spało w cieniu żagli twardym snem. Wyżej na maszcie siedział strażnik. Ariusz podniósł właśnie wzrok z solarium, służącego wówczas do kierowania statkiem, gdy ujrzał zbliżającego się ku sobie wioślarza.

- Dozorca nazwał cię szlachetnym Ariuszem i mówił, iż jest wolą twoją, abym do ciebie przyszedł; więc jestem.

Ariusz spojrzał z podziwem na smukły wzrost i muskularną budowę młodzieńca, i myślą błądził po arenie cyrkowej. Śmiałe wystąpienie przybyłego wywarło jeszcze inne wrażenie; w głosie jego było coś, co świadczyło o życiu spędzonym wśród uszlachetniających okoliczności. Oczy młodzieńca jasne i otwarte, miały wyraz raczej ciekawy niż wyzywający. Mimo że trybun utkwił w nim bystre, pytające i rozkazujące spojrzenie, nie stracił młodzieniec nic ze swego wdzięku; na twarzy nie odbiło się żadne uczucie psujące jej harmonię i piękność, nie było na niej ani groźby, ani złośliwości; nic prócz śladów, jakie wyciska wielka i długa boleść, którą złagodził czas, tak jak łagodzi jaskrawość świeżego malowidła. Wszystko to nie uszło uwagi Rzymianina i sprawiło, że nie przemawiał jak pan do niewolnika, ale jak starszy do młodszego; rzekł więc:

- Hortator mówił mi, że jesteś najlepszym wioślarzem.

- Hortator jest bardzo dobry - odparł młodzieniec.

- Czy dawno służysz?

- Prawie trzy lata.

- Zawsze przy wiosłach?

- Tak, nie pomnę dnia, w którym bym wiosła nie miał w ręku.

- Praca to ciężka, mało który mąż podoła jej dłużej roku, a ty - jesteś jeszcze prawie chłopcem.

- Szlachetny Ariusz zapomina, iż duch wiele może, on wzmacnia słabego, podczas gdy silny upada pod brzemieniem.

- Po mowie twojej sądzę, iż jesteś Żydem.

- Przodkowie moi, o wiele wcześniej od pierwszych Rzymian zwali się Hebrajczykami.

- Zacięta duma twego narodu nie wygasła w tobie - rzekł Ariusz, spostrzegłszy, że twarz wioślarza spłonęła rumieńcem.

- Duma nigdy nie jest tak głośna, jak wtedy, gdy brzęczy kajdanami.

- Co cię tak czyni dumnym?

- To, że jestem Żydem.

Ariusz uśmiechnął się.

- Nie byłem nigdy w Jerozolimie - rzekł - ale słyszałem o jej książętach. Znałem jednego z nich, był on kupcem i wiele odbywał morskich podróży, ale zaiste urodzony był na króla.

- Do jakiego należysz stanu?

- Jeśli mam odpowiedzieć z ławki wioślarza, to niewolnikiem jestem, ojciec zaś mój był jednym z książąt Jerozolimy, a jako kupiec zwiedził wiele mórz. Znał go i ugaszczał wielki August w swych gościnnych komnatach.

- Jego imię?

- Itamar z domu Hurów.

- Ty - synem Hura!

Po chwili milczenia spytał:

- Cóż cię tu przywiodło?

Juda spuścił głowę, pierś jego wezbrała boleśnie, gdy nareszcie zdołał się opanować, spojrzał w oczy trybunowi i rzekł:

- Oskarżono mnie o zamach na życie Waleriusza Gratusa, prokuratora.

- Ty - zawołał Ariusz z rosnącym zdziwieniem, cofając się o krok. - Tyś to owym zbrodniarzem? ! - Rzym cały oburzony był na tę wiadomość, dowiedziałem się o tym zdarzeniu na okręcie pod Bodinum.

Obaj spojrzeli po sobie w milczeniu, nareszcie Ariusz odezwał się pierwszy:

- Sądziłem, że rodzina Hurów zgładzona z powierzchni ziemi.

Straszne wspomnienia wzięły nareszcie górę nad dumą młodzieńca, łzy zrosiły jego policzki.

- Matko, matko! Tirzo moja mała! Gdzie wy jesteście? - Trybunie, szlachetny trybunie, gdybyś ty wiedział o nich! - mówił składając błagalnie ręce.

- Powiedz, jeśli wiesz, powiedz, czy żyją - a jeśli żyją, gdzie są! W jakim znajdują się położeniu! O! proszę cię, powiedz mi.

Przysunął się bliżej Ariusza, tak blisko, że rękami dotykał płaszcza trybuna.

- Trzy lata przeszły od owego strasznego dnia - błagał dalej - trzy lata, w których każda godzina była mi życiem pełnym nędzy, życiem, w którym nic nie widziałem, jak bezdenną przepaść, w której nie miałem innej ulgi jak pracę. W tym czasie nie wymówiłem do nikogo ani słowa. Czemuż zapomniani nie mogą sami zapomnieć! Czemuż obraz wydartej siostry, ostatnie spojrzenie matki nie dają mi chwili spokojnej, ukryć się przed nimi nie mogę. Czułem tchnienie zarazy i trzask okrętu wśród bitwy; słyszałen wyjące wśród burzy bałwany i śmiałem się, podczas gdy inni modlili się; pragnąłem śmierci, bo w niej widziałem wyzwolenie. Z każdym uderzeniem wiosła starałem się dzień ów zapomnieć. Wszystko na próżno! Słyszałem je wzywające mnie wśród nocy, widziałem chodzące po morzu. O powiedz mi, powiedz, że pomarły, a uspokoisz mnie, bo zaiste nie mogą one być szczęśliwe, kiedym dla nich zgubiony! Cóż może być wierniejszego i stalszego na miłość matki! A Tirza - oddech jej, to jak woń białej lilii. Była ona jakoby najmłodszą latoroślą palmy - taka świeża, czuła nadobna i wdzięczna! Ona każdy dzień mój czyniła porankiem, była mi słońcem, muzyką, czarem! I moja to ręka pogrążyła j ą w otchłań nieszczęścia! - Ja!...

- A więc wyznajesze swą winę? - zapytał Ariusz surowo.

Dziwną była zmiana, jaka na te słowa zaszła w twarzy Ben-Hura. Głos zaostrzył się, ręce mocno zaciśnięte podniosły się w górę, nerw każdy drgał, a oczy gorzały.

- Słyszałeś o Bogu mych ojców - rzekł - o nieśmiertelnym Jehowie? Na jego wszechmoc i istnienie, na miłość, jaką od początku wieków otaczał Izraela, przysięgam ci, żem niewinny!

Trybun zdawał się być wzruszonym.

- O szlachetny Rzymianinie! - mówił dalej Ben-Hur. - Wierz mi choć trochę i spuść promień światła w ciemności, które mnie otaczają i coraz się zwiększają,

Ariusz odwrócił się i mierzył pokład szerokim krokami.

- Przecież nie ukarano cię bez sądu? - zapytał, nagle przystanąwszy.

- Tak.

Rzymianin podniósł głowę ze zdumieniem.

- Jak to... bez sądu? Bez świadków? A któż cię zasądził?

Rzymianie, jak wiadomo, byli właśnie w czasie upadku ich potęgi zwolennikami wszelkich formalności prawnych.

Związano mnie sznurami, wepchnięto do podziemia w wieży nie widziałem nikogo. Nikt nie mówił ze mną, a nazajutrz żołnierze uprowadzili mnie na brzeg morski i odtąd jest galernikiem!

- Cóżbyś mógł na swe uniewinnienie przytoczyć?

- O wiele! Najpierw byłem chłopem - za młodym na spiskowca, dalej Gratus był mi zupełnie nieznany. Gdybym myślał o zamordowaniu go, toż byłbym obrał inny czas i miejsce. Zważ, że jechał na czele legionu, w biały dzień i nie mógłbym pomyśleć o ucieczce. Zresztą pochodziłem ze sfer sprzyjających Rzymowi, ojciec mój był nieraz wyróżnionym za usługi oddane Cezarowi. Posiadaliśmy znaczny majątek, którego ani dla siebie, ani dla matki i siostry nie chciałbym narazić na pewną stratę. Nie miałem w końcu żadnego powodu do nienawiści, a przeciwnie wszelkie inne względy: majątek, rodzina, sumienie i prawo - prawo, które jest życiem i tchnieniem każdego syna Izraelowego - raczej wstrzymałoby moją rękę, gdyby nawet tak szalona myśl powstała w mojej głowie. Nie, nie byłem wariatem i wolałbym umrzeć niż się zhańbić, a i dziś wolałbym ponieść śmierć, - wierzaj mi.

- Któż był przy tobie, gdy cios padł?

- Stałem na dachu domu ojców moich. Tirza była ze mną, ona piękna - uosobienie dobroci. Razem opieraliśmy się o poręcz chcąc widzieć wjazd nowego prokuratora i jego legion. Nagle dachówka nakrywająca poręcz usunęła się spod mojej ręki i padła na Gratusa. W pierwszej chwili zdawało mi się, żem go zabił i przerażenie moje nie miało granic.

- Gdzież wtedy była twoja matka?

- W swojej komnacie na niższym piętrze.

- Cóż się z nią stało?

Ben-Hur złożył ręce i ciężko westchnął.

- Nie wiem - widziałem, jak ją wraz z córką uprowadzono i oto wszystko co powiedzieć mogę. Z domu wypędzono wszystko, nawet nierozumne zwierzęta, i opieczętowano bramy, aby już nikt więcej nie wrócił. Gdybym tylko mógł widzieć, gdzie one są... zaprawdę, one były niewinne! Rzeknij jedno słowo, a przebaczę - ach! Daruj szlachetny trybunie, że taki niewolnik jak ja, na całe życie do wiosła przykuty, śmie mówić o przebaczeniu!

Ariusz słuchał uważnie, przywołując na pomoc doświadczenie całego swego życia w obchodzeniu się z niewolnikami: jeśli udawał uczucia, które nim owładnęło, wtedy kłamał; jeśli mówił prawdę, był niewinny, a postąpiono z nim i całą rodziną niegodnie i padł ofiarą ślepo działającej siły.

Poświęcono całą rodzinę, aby pomścić wypadek, któremu nikt nie był winien. Myśl ta wzruszała trybuna do głębi. Żeglarze nazywali go "dobrym trybunem", a dla wielu względów w opowiadaniu skazańca można było na dobroć tę liczyć. Może znał i nie lubił Waleriusza Gratusa, a może znał także starszego Hura? Juda w swym opowiadaniu dotknął tych punktów, ale bez wyraźnego skutku.

Trybun zdawał się być w niepewności; był on na okręcie wszechwładnym panem; wrażenie jakie na nim opowiadanie skazańca zrobiło, było dodatnie i wierzył. Pomimo tego posta-

nowił nie spieszyć się, a raczej spieszyć do Cytery, bo byłoby nierozważnie pozbyć się w tej chwili tak doskonałego wioślarza; wolał więc zaczekać, aby dowiedzieć się cokolwiek więcej - przekonać się, czy to jest książę Ben-Hur; wiedział bowiem z doświadczenia, że wszyscy niewolnicy kłamią.

- Dobrze, - rzekł - wróć na swoje miejsce.

Ben-Hur skłonił się i spojrzał raz jeszcze w twarz swego pana, a nie ujrzawszy więcej nic, co by mu dodać mogło nadziei, z wolna odchodził - nagle zatrzymał się i rzekł:

- Jeśli kiedy jeszcze pomyślisz o mnie, trybunie, pomnij, że błagałem jedynie o wieść o moich - o matce i siostrze, o nic więcej.

Po tych słowach odszedł.

Ariusz powiódł za nim zachwyconym okiem, myśląc: - gdyby go ćwiczyć, co by to była za ozdoba areny! Co za biegacz! Co za ramię do szermierki! Stój! - zawołał nareszcie.

Ben-Hur stanął, a trybun podszedł ku niemu.

- Powiedz mi, co być zrobił, gdybyś był wolnym?

- Szlachetny Ariusz urąga mej niedoli - rzekł Juda drżącym od wzruszenia głosem.

- Nie, na bogi, nie!

- Odpowiem więc chętnie: oddałbym się pierwszej powinności mego życia, nie znałbym innej: zanim matka i siostra nie wróciłyby do domu ojców naszych, nie pomyślałbym o spoczynku. Każdy dzień, każdą godzinę poświęciłbym ich szczęściu. Nie miałyby nade mnie wierniejszego niewolnika, bo zaprawdę straciły wiele, ale na Boga przodków moich więcej im oddam!

Rzymianin nie spodziewał się takiej odpowiedzi, na chwilę stracił wątek swych myśli, potem rzekł:

- Przemawiam do twej szlachetności - rzekł. - Gdyby matka twoja lub siostra nie żyły, lub na zawsze zaginęły, powiedz, co byś wtedy uczynił?

Widoczna bladość pokryła twarz Ben-Hura; z rozpaczą patrzył na morze, dopiero gdy się stał panem swych uczuć, zwrócił się do trybuna i zapytał:

- Jaki bym zawód obrał?

- Tak.

Powiem ci prawdę, trybunie. W przeddzień owego strasznego nieszczęścia, o którym ci mówiłem, otrzymałem pozwolenie zostania żołnierzem. Nie zmieniłem i dziś mego postanowienia, a ponieważ na całej ziemi jest dziś tylko jedna szkoła wojenna, poszedłbym do niej.

- A więc na arenę! - zawołał Ariusz.

- Nie, do rzymskiego obozu.

- Pierwej jednak musiałbyś się zapoznać z używaniem broni.

Nigdy przełożony nie powinien radzić podwładnemu; Ariusz spostrzegł, że popełnił błąd i w oka mgnieniu zmienił głos i postępowanie.

- Odejdź - rzekł rozkazującym tonem - a nie buduj nic na tym co ci mówiłem, może żartuję z ciebie, albo - tu spojrzał w przestrzeń - albo, gdybyś się zmiany mógł spodziewać, to przyjdzie ci wybrać między sławą gladiatora lub służbą żołnierza. Do pierwszej może ci dopomóc łaska Cezara, gdy tymczasem w wojsku nie znajdziesz ani pomocy, ani uznania, bo nie jesteś Rzymianinem.

Za chwilę pochylał się Ben-Hur znowu nad wiosłem na zwykłym swym miejscu.

Gdy serce lżejsze, każde zajęcie łatwiej się spełnia, toteż i wiosłowanie nie zdało się Judzie tak ciężkim; nadzieja, niby śpiewne ptaszę zagościła w jego sercu. Ostrzegające słowa trybuna: może tylko żartuję z ciebie - odsuwał z myśli, ile razy mu się przypomniały. Jedyną myślą, która go zaprzątała, było, że go trybun zawołał, że wysłuchał dziejów jego żywota. Nad jego ławką zaświecił jasny promień nadziei, pełen obietnic, a on modlił się:

- Boże, jestem wiernym synem Izraela, narodu, któryś ukochał przed wiekami. Pomóż mi, błagam Cię!

Rozdział 11

W zatoce Antemonium, na wschód od wyspy Cytery zebrało się sto galer. Odbywszy przegląd floty, odpłynął trybun na czele tejże ku Naksos, największej z Cyklad, a sterczącej niby kamień przydrożny między Azją i Grecją. Z tego wzniesienia panował trybun nad wszystkimi okrętami, jakie by na wodach tych ukazać się mogły; każdej chwili mógł ścigać piratów, gdyby się tylko pojawili, czy to na Morzu Egejskim, czy na Śródziemnym.

Gdy flota w pełnym szyku płynęła ku górzystym wybrzeżom wyspy, spostrzeżono galerę przebywającą z północy. Ariusz popłynął na jej spotkanie i okazało się, że był to statek handlowy, płynący wprost z Bizancjum, a jego dowódca udzielił trybunowi wielce użytecznych informacji. Piraci pochodzili z najdalszych wybrzeży Euxinu, byli nawet między nimi tacy, którzy rodzili się w Tanais, leżącym nad ujściem rzeki tej nazwy, która prawdopodobnie zasila bagna Meotejskie.

Wszelkie przygotowania robili oni w jak największej tajemnicy, dopiero kiedy się ukazali w Zatoce Trackiej, po zniszczeniu stojącej tam floty, zdradzili swą obecność i zamiary. Później już rozbijali wszelkie okręty i mniejsze statki, skoro się tylko ukazały na wodach Hellespontu. Eskadrę ich stanowiło sześćdziesiąt dobrze uzbrojonych i obsadzonych załogą galer. Dowódcą był Grek, równie jak cała służba okrętu dobrze obeznany ze wschodnimi wodami. Dokonywali niezmiernych grabieży, a postrach padł nie tylko na żeglarzy, ale i na miasta na lądzie, które pozamykały bramy i nocną straż postawiły na murach. - Nic dziwnego, że handel prawie zupełnie podupadł. - Gdzież się teraz mogli znajdować piraci?

Na to nader ważne pytanie odebrał trybun dość zadowalającą odpowiedź.

Po zrabowaniu Hefestii na wyspie Lemnos, nieprzyjaciel uciekł wprost ku grupie wysp Tessalskich i zniknął między Eubeą i Helladą. Takie były wieści.

Ludność wyspy Naksos, ściągnięta na szczyty wzgórz rzadkim widokiem stu galer w jedną eskadrę złączonych, ujrzała, jak nagle przednia dywizja zawróciła ku północy, a za jej przykładem poszły następne, zawracając się na tym samym miejscu jak kawaleria w kolumnie. Wieści o piratach znane były powszechnie, toteż patrzący śledzili wzrokiem białe żagle, aż znikły między Rhene i Syros, z uczuciem wdzięczności i uspokojenia; bo co Rzym ujął silną ręką, przestawało być strasznym i groźnym.

Trybuna ucieszyły ruchy floty nieprzyjacielskiej. Fortuna widocznie mu sprzyja, gdyż otrzymał szybko pewne wiadomości. W dodatku zwabił nieprzyjaciela na wody, gdzie go czekała niechybna zguba. Mimo to rozmyślał nad wszelkimi możliwymi wypadkami; wiedział jak wielkie zniszczenie może zrządzić choćby tylko jedna galera na takim obszarze jak Morze Śródziemne.

Na Morzu Egejskim leży wyspa Eubea i tworzy wzdłuż wschodnich wybrzeży Grecji jakby wał forteczny. Między tą wyspą a Grecją znajduje się kanał sto dwadzieścia mil długi, ale bardzo wąski, w najwęższym miejscu zaledwie jedną ósmą mili szeroki. Miasta leżące wzdłuż wybrzeży słynęły bogactwem i wzbudzały niewątpliwie chciwość korsarzy. Ariusz przypuszczał, że uda mu się zamknąć ich od południa i północy, i na wodach wąskiego kanału wyła-

pać. Flota Ariusza płynęła bez przerwy nie zbliżając się do brzegu, prawie do północy, kiedy sternik ujrzał rysującą się na niebie górę Ocha i oznajmił brzeg Eubei.

Na dany znak ruch wioseł ustał; Ariusz rozdzielił galery na dwa oddziały po pięćdziesiąt galer liczące; jeden z nich wysłał ku południowemu ujściu kanału, drugi dla okrężenia wyspy i zamknięcia północnego ujścia.

Żaden z owych dwóch oddziałów nie dorównywał załogom korsarskim, co do liczby, a jednak przewyższał każdą w niejednym względzie, przede wszystkim zaś w karności, która niepodobna jest do osiągnięcia wśród zbiorowiska ludzi, zapewne dzielnych, ale poza obrębem prawa żyjących. Mniemał przezorny Ariusz, że jeżeli jeden oddział ulegnie liczebnej przewadze korsarzy, mógł drugi na nieprzyjaciela natychmiast uderzyć i pokonać go.

Ben-Hur siedział tymczasem na swoim miejscu, wiosłując bez przerwy, lub odpoczywając co sześć godzin. Odpoczynek w zatoce Antemonium pokrzepił go, wiosło wydawało mu się lżejsze, a dozorca nie miał mu nic do zarzucenia.

Ogólnie ocenia się za mało swobodę umysłu, jaką daje świadomość obecnego położenia i dalszego losu. Boleśnie jest chodzić bez celu, jakby w ciemnościach. Do pewnego stopnia przyzwyczajenie stępiło w Ben-Hurze to uczucie, jednak wiosłując ciągle, godzina za godziną, czasem dzień i noc, czuł przecież, że statek posuwa się prędko po szerokim morzu. Trapiła go nieświadomość, gdzie był i dokąd płynie. Rozmowa z trybunem wzbudziła w jego sercu nadzieję nowego życia, a w miarę tego rósł niepokój duszy. Im ciaśniejszy zakres działania, tym większa bywa niecierpliwość wydobycia na wierzch. Tego więc doświadczył Ben-Hur. Kilka razy, już... już chciał przemówić do dozorcy siedzącego na platformie, co wywołałoby ogólne zdziwienie.

Gdy znikł ostatni promień zachodzącego słońca, galera płynęła ciągle ku północy; Ben-Hur nie dostrzegł zmiany kierunku, aż nagle zaleciała go z pokładu woń kadzidła.

- Trybun jest u ołtarza - pomyślał. - Czyżby się zanosiło na bitwę?

Od tej chwili zwracał uwagę na wszystko co go otaczało.

Był on już w niejednej bitwie, nie widząc jej właściwie nigdy. Ze swej ławki słyszał ją pod sobą i nad sobą, rozpoznawał każdy głos i ruch, jak słuchający poznaje śpiewaka po głosie. Z tych uzbieranych spostrzeżeń wiedział, że pierwszym przygotowaniem do walki - tak u Greków, jak i u Rzymian, było złożenie ofiary bogom. Wprawdzie czyniono toż samo przy zaczęciu podróży, jednak obecnie nie zachodził ten wypadek, przyczyna musiała być inna i była dla niego rodzajem ostrzeżenia. Bitwa dla wszystkich towarzyszy niedoli miała wielkie, ale inne znaczenie niż dla załogi. Nie straszyły ich bowiem niebezpieczeństwa; a porażka, bitwa przegrana mogła zmienić ich położenie, mogła im dać wolność lub zmienić złych panów na lepszych.

Na całym okręcie zawrzał ruch; zaświecono kaganki i zawieszono je przy schodach, po których trybun wyszedł na pokład i wydawał rozkazy. Wnet załoga stanęła pod bronią, zniesiono i złożono na pokładzie dziryty, strzały w olbrzymich kołczanach, bomby z zapalnej oliwy i kosze bawełnianych kul, luźno jak knoty świec skręconych. Wkrótce ujrzał Ben-Hur trybuna wstępującego na platformę i przyodziewającego zbroję i hełm. Nie mógł dłużej wątpić o znaczeniu tych przygotowań i musiał się przysposobić na zniesienie największego upokorzenia. jakie go w służbie spotkać musiało.

Do ławy każdego wioślarza przytwierdzony był łańcuch z ciężkimi kajdanami, w które hortator chodząc od numeru do numeru zamykał każdego z osobna. W razie nieszczęścia nie było dla nich ratunku.

Jakby w oczekiwaniu zbliżającej się chwili, głuche milczenie zaległo w kabinie, przerywał je jedynie odgłos wioseł, obracanych w skórzanych pochwach. Każdy wioślarz odczuwał hańbę kajdan. Ben-Hur najdotkliwiej ze wszystkich. Za każdą cenę chciałby uniknąć tej hańby; brzęk żelaza zapowiedział zbliżanie się dozorcy ku jego ławce. Wnet przyjdzie kolej na niego; azali... trybun nie uczyni z nim wyjątku?

Myśl ta może wydawać się zarozumiałością lub samolubstwem, opanowała ona jednak Ben-Hura z taką silą. iż wierzył, że Rzymianin sprzeciwi się temu, a czyn ten będzie świadczyć o uczuciach tego człowieka. Jeśli przed bitwą zwróci uwagę na niego, będzie to dowodem, jeśli nie pewnego postanowienia, to zawsze będzie to wyróżnieniem z pomiędzy towarzyszy niedoli, i pozwoli nieszczęśliwemu mieć nadzieję lepszej przyszłości.

Strasznym dla Ben-Hura było oczekiwanie, krótka chwila wydała mu się wiekiem. Z każdym poruszeniem wiosła zwracał wzrok na trybuna, który, skończywszy przygotowania, legł na posłaniu i zdawał się pragnąć odpoczynku. Na ten widok gorzko się zaśmiał nasz skazaniec i pełen oburzenia postanowił nie patrzeć więcej w tę stronę.

Hortator zbliżył się tymczasem ku numerowi przedostatniemu, a brzęk łańcuchów zadzwonił złowrogo. Wreszcie numer sześćdziesiąty! Z rozpaczliwym spokojem zatrzymał wiosło i wyciągnął nogę ku przełożonemu; wtem... trybun poruszył się, siadł i dał znak dozorcy.

Straszny przewrót dokonał się w sercu Żyda. Wzrok trybuna przeniósł się z hortatora na niego; opuścił więc wiosło, a cały okręt ukazał mu się w jaśniejszym świetle. Nie słyszał co mówiono, ale po co miał słyszeć, widział tylko, że łańcuch wisiał u ławy i że dozorca wróciwszy na swoje miejsce wybijał takt, którego tony nigdy mu się tak pięknymi nie wydawały. Toteż oparłszy pierś na rączce wiosła, posunął je z całej siły, zginając prawie do złamania, a rzemień rozciągał się, jakby miał pęknąć. Dozorca zbliżył się do trybuna, i uśmiechając się, wskazał na numer sześćdziesiąty.

- Co za siła! - rzekł,

- Co za duch! - odparł trybun. - Zaprawdę, on lepszy bez łańcucha, nie zakładaj mu go już nigdy.

To mówiąc, wyciągnął się znów na posłaniu.

Statek płynął dalej prawie bez pomocy wiatru, samą siłą wioseł. Ludzie nie pełniący służby, spali snem twardym na swych posłaniach, załoga na pokładzie.

Raz, dwa razy - luzowano Ben-Hura, ale nie mógł spać. Nic też dziwnego; trzy lata ciemności, a w tym czasie jeden jedyny promień słońca! Jak rozbitek, rzucony na morskie głębiny, zbliżał się wreszcie do lądu; zaiste, w takiej chwili sen ucieka. Zdawało mu się, że skończyły się udręczenia, że znajduje się w domu ojców swoich w gronie rodziny. Czuł się szczęśliwy, jak nigdy dotąd. Messala, Gratus, Rzym i wszystkie gorzkie wspomnienia przedstawiały mu się jako przebyta choroba.

Rozdział 1

Dżabel-Zubleh, jest to pasmo gór około pięćdziesięciu mil długie, z którego, patrząc na wschód, widzi się Arabię. Głębokie parowy, napełniające się w deszczowej porze strumieniami pędzącymi do Jordanu lub do Morza Martwego, ogólnego zbiornika wód w tych stronach, utrudniają przebycie tych gór. Jednym z tych parowów, podążał w kierunku wschodnio-północnym podróżny ku płaskim jak stół równinom.

Człowiek ten mógł mieć lat czterdzieści pięć. Broda bujna, niegdyś czarna, dziś przyprószona siwizną, spadała mu na piersi; twarz ciemną, koloru brunatnego, osłaniał zawój zwany kefia, tak szczelnie, że spod niego zaledwie barwę oblicza i duże czarne oczy, często w niebo się wznoszące, można było dostrzec. Fałdziste ubranie, pospolicie na wschodzie używane, nie pozwalało widzieć całej postaci, tym bardziej, że siedział na rosłym wielbłądzie, a nad jeźdźcem i zwierzęciem wznosił się niewielki namiot w rodzaju parasola, przytwierdzony do siodła.

Kiedy wielbłąd wychylił się z parowu, słońce już wzeszło na niebie i oświeciło pustynię. Ulegając wrodzonemu instynktowi, wyciągnął szyję i przyspieszył kroku, zmierzając ku wschodniemu horyzontowi.

Nikt nie puszcza się w pustynię dla przyjemności: ci, których zadanie życia lub interes tu pędzi, wiedzą, że ścieżki te choć prowadzą od źródła do źródła i od pastwiska do pastwiska zasłane są kośćmi trupów. Cóż więc dziwnego, że nawet serce najodważniejszego szejka, gdy wjedzie w królestwo piasków, szybszym uderza tętnem. I nasz podróżny nie wygląda na człowieka jadącego bez celu; nikt go nie ściga, bo ani razu nie spojrzał poza siebie; nie zdradza również obawy ni grozy, nie czuje, zda się, nawet samotności. Nagle, o godzinie dziesiątej, zwierzę zatrzymało się w biegu, wydając ryk pełen żalu i skargi. Jeździec zbudził się jakby ze snu, rozsunął firanki buraahu, spojrzał na słońce, potem na okolicę, a zadowolony, zawołał: "nareszcie, nareszcie!" Po czym złożył ręce na piersiach, wzniósł głowę i modlił się w milczeniu. Spełniwszy tę pobożną powinność, wyrzekł miłe dla wielbłąda słowa: ikh! ikh! które jest rozkazem, aby ukląkł. Z wolna, mrucząc z zadowolenia, usłuchał wierny towarzysz, a jeździec zsunął nogę po gładkiej szyi wielbłąda i stanął na piasku. Człowiek ten był proporcjonalnej budowy, niezbyt wysoki, ale silny; rozluźniwszy sznurek przytwierdzający kefię na głowie, odsłonił twarz, barwy, jak już się rzekło, prawie murzyńskiej. Czoło miał szerokie, nos orli, zewnętrzne kąty oczu podniesione; włosy bujne, o metalicznym odbłysku, spadły w licznych splotach na ramiona. Poznać w nim było Egipcjanina. Podróżny nasz miał na sobie kamis, czyli białą, bawełnianą koszulę z wąskimi rękawami, ozdobioną haftem koło szyi i na piersiach, a sięgającą kostek. Strój ten uzupełniał płaszcz brązowy, zwany abba. Na nogach miał sandały przytrzymane rzemykami z miękkiej skóry. Lecz rzecz niezwykle dziwna, że podróżny, chociaż sam był tylko w pustyni, nie miał przy sobie żadnej broni, ani nawet laski, którą pogania się wielbłąda. Świadczyło to o jego odwadze lub też o jego ufności w jakąś nadzwyczajną opiekę...

Stanąwszy na ziemię, zapragnął rozruszać długą podróżą ścierpnięte członki i przeszedł się kilka razy w tę i ową stronę, nie oddalając się od miejsca, w którym spoczął jego wierny towarzysz podróży. Od czasu do czasu zatrzymywał się, a przecierając oczy rękoma, badał pustynię aż do ostatnich jej krańców; po każdym takim przeglądzie na jego twarzy pojawiał się wyraz zawodu, lekki, ale tłumaczący, że kogoś oczekiwał. Jakiż cel, jaki powód mógł zawieść tego człowieka w tak odległe ustronie?

Chociaż nie mógł ukryć wrażenia doznanego z zawodu, nie stracił jednak nadziei, że oczekiwany gość przybędzie; wyjął bowiem z pudła przypiętego do siodła gąbkę i małe naczynie z wodą do obmycia pyska, oczu i nozdrzy wielbłądowi. Po tym zaopatrzeniu wiernego towarzysza, wyjął z tego samego schowka płótno w białe i czerwone pasy, wiązkę cienkich drążków i grubą laskę. Gdy tą laską kilka razy poruszył, okazało się, że była ona dobrze obmyślonym sprzętem, gdyż składa się z kilku mniejszych części, dających się rozsunąć na długi kij, większy od człowieka. Tę wysoką podporę wbił podróżny w ziemię, a naokoło niej umieścił mniejsze drążki, na których rozciągnął płótno, i znalazł się jak w domu, może mniejszym niż dom emira lub szejka, ale bardzo wygodnym.

Zarządziwszy tak wszystkim, oddalił się na małą odległość i raz jeszcze bacznie popatrzył po okolicy, lecz nie spostrzegł nic prócz szakala kłusującego po równinie i orła białego szybującego ku zatoce Akaba.

Podróżny uległ widocznie uczuciu samotności, bo zwrócił się do wielbłąda i rzekł niskim głosem w języku nieznanym pustyni: "Dom masz daleko, lecz Bóg jest z nami. Ufajmy i czekajmy".

Jakby uspokojony własnymi słowy, wyjął nieco fasoli z kieszeni u siodła, a włożywszy je do torby, zawiesił u pyska wielbłądowi, który chciwie jadł ulubiony sobie przysmak. Wędrownik przypatrywał się chwilę z zadowoleniem zwierzęciu i znów puścił oko na zwiady w przestrzeń piaszczystą, bezgraniczną, rozpaloną padającymi pionowo promieniami słońca.

- Przyjdą - rzekł wreszcie sam do siebie. - Ten, który mnie tu przywiódł i ich przywiedzie. Trzeba, abym był gotowy na ich przyjęcie. - To mówiąc, wyjął przywiezione z sobą zapasy do wieczerzy. Składały się one z soku palmowego i wina w bukłaku, baraniny suszonej i wędzonej, chleba i sera. Nie brakło też owoców, jak granatowych jabłek syryjskich zwanych shami i wybornych daktyli. To wszystko zaniósł do namiotu, złożył jedzenie na kobiercu i nakrył je trzema kawałkami jedwabnego płótna, którymi lepsze towarzystwo na wschodzie, stosownie do przyjętego zwyczaju, przykrywa sobie kolana podczas jedzenia. Z liczby nakryć domyślić się było można liczby biesiadników.

Ukończywszy przygotowania, wyjrzał nasz podróżny znowu, zbadał horyzont i - o radości! ujrzał na wschodzie ciemny jakiś punkt. Widok tego punktu czy cienia wywarł na nim dziwne wrażenie, stanął jakby skamieniały z szeroko rozwartymi oczyma, dreszcz wstrząsnął jego członkami. Tymczasem spostrzeżony punkt rósł ciągle, niebawem miał wielkość ludzkiej ręki, dalej przybrał dokładniejsze kształty, a w końcu ukazał się całkiem wyraźnie drugi taki sam wielbłąd, jak poprzedni, duży i biały, z hondahem, czyli podróżną lektyką, jakich używają w Hindostanie.

Egipcjanin złożył ręce na piersiach i spojrzał ku niebu.

- Wielki jest Bóg! - zawołał, a oczy zaszły mu łzami.

Przybyły zbliżył się i stanął. I on także w tej chwili zdawał budzić się ze snu. Obejmował wzrokiem wielbłąda, namiot i stojącego u wejścia człowieka, zatopionego w modlitwie. Widok ten wzruszył go widocznie - skrzyżował również na piersi ręce, pochylił głowę i modlił się w milczeniu. Po chwili zsiadł z wielbłąda, stanął na piasku i zbliżył się ku Egipcjaninowi, który również szedł mu naprzeciw. Przez chwilę patrzyli na siebie i uścisnęli się.

- Pokój tobie, sługo prawdziwego Boga - rzekł nowo przybyły.

- I tobie pokój, bracie w prawdziwej wierze! pokój tobie i powitanie - odpowiedział Egipcjanin gorąco. - Nowo przybyły był to człowiek wysoki i chudy, twarz jego szczupła, cery miedzianej, oczy zapadłe, błyszczące; białe włosy i broda spływały mu na piersi. Broni, również jak pierwszy, nie miał żadnej, a ubranie nosił, jakiego używają mieszkańcy Hindostanu:

Na głowie, ponad fezem, zwinięty w szerokie zwoje szal tworzył turban, suknie miał stylem podobne do szat Egipcjanina, tylko abba była krótsza, bo spod niej wychodziły szerokie spodnie u kostki ściągnięte. Na nogach, zamiast sandałów, nosił pantofle z czerwonej skóry, w palcach spiczasto zakończone. Prócz pantofli reszta jego ubrania była z białego płótna. Postawa cała pełna wspaniałości i powagi, gdy podniósł twarz z piersi Egipcjanina, w oczach jego błyszczały łzy.

- Bóg jest wielki! - zawołał po przywitaniu.

- Błogosławieni ci, którzy Mu służą - dodał Egipcjanin. - Patrz, oto i trzeci przybywa.

Obaj zwrócili wzrok ku północy, skąd już całkiem wyraźnie widać było wielbłąda równie

białego jak poprzedni i płynącego niby okręt. - Stali w milczeniu, aż nowy podróżnik przybył, zsiadł i zbliżył się do nich.

- Pokój tobie, mój bracie - rzekł ściskając Hindusa.

Mieszkaniec Hindostanu odrzekł: Niechaj się spełnia wola Pana.

Ostatni z podróżnych nie był wcale podobny do swych towarzyszy: budowa jego wątlejsza, cera biała i rozwiane włosy tworzyły jakby aureolę wokół jego pięknej, wolnej od nakrycia głowy. W gorącym spojrzeniu ciemnoniebieskich oczu błyszczały rozum i odwaga. Również jak tamci bez broni, spod zwojów fenickiego purpurowego płaszcza, z wielkim udrapowanego wdziękiem, wysuwała się tunika z krótkimi rękami, wycięta u szyi, zebrana sznurem w pasie, a sięgająca zaledwie kolan. Ręce, nogi szyję miał obnażone, a chociaż zdawał się liczyć ponad pięćdziesiąt lat, nic prócz powagi w obcowaniu nie znamionowało tego wieku, bo dusza i ciało urągały wpływowi czasu. Nie potrzeba mówić, z którego przybywał kraju, bo każdy odgadł w nim na pewno Greka.

Gdy ręce nowo przybyłego opadły z ramion Egipcjanina, ten rzekł głosem wzruszonym: Pierwszy stanąłem na miejscu przeznaczonym, czuję się więc wybranym na sługę mych braci: oto i namiot rozpięty, chleb do łamania gotowy, pozwólcie, niech czynię mą powinność.

To mówiąc, zaprowadził obu do namiotu, a zdjąwszy sandały z ich nóg, umył je, po czym zwilżył ręce swych gości i otarł je ręcznikiem.

Gdy tak dopełnił pierwszych praw gościnności, obmył sam siebie i rzekł:

- Pomnijmy, bracia, że pełnimy służbę, do której potrzeba sił; wzmocnijmy więc ciało pożywieniem, a duszę opowiadaniem skąd i po co przybywamy.

To powiedziawszy, zaprowadził biesiadników na ucztę i posadził tak, że wzajemnie do siebie byli zwróceni. Równocześnie pochyliły się ich głowy, ręce skrzyżowały na piersiach i głośno odmówili prostą modlitwę:

"Ojcze wszystkich - Boże! - co tylko mamy, od Ciebie pochodzi; przyjm nasze dzięki i pobłogosław nam, pozwalając i dalej sprawować wolę Twoją".

Wymówiwszy ostatnie słowa, spojrzeli ze zdumieniem po sobie, bo oto każdy mówił językiem nigdy pierwej nie słyszanym, a mimo to rozumiał co powiedział. Dusze ich zadrgały wielkim wzruszeniem, a po cudzie tym poznali, iż Bóg jest pośród nich.

Stosownie do ówczesnej rachuby, powyższe spotkanie miało miejsce w roku 747 po założeniu Rzymu, w miesiącu grudniu, a więc w zimie i to wyjątkowo ostrej jak na wybrzeże Morza Śródziemnego. Nasi podróżni gawędzili, jedząc i pijąc, a Egipcjanin, jako gospodarz, przemówił:

- Dla podróżnego nie ma nic słodszego na obczyźnie, jak usłyszeć własne imię z ust przyjaciela. Przed nami wiele dni wspólnego życia, czas nam się poznać, a jeśli taka wola wasza, niech zacznie ten, który ostatni do nas dołączył.

Z wolna, ostrożnie jakby licząc się z wyrazami, uczynił Grek zadość wezwaniu, i rzekł:

- To co mam powiedzieć, tak jest nadzwyczajne, iż nie wiem od czego zacząć i jak się wyrazić. Nie rozumiem często sam siebie, silnie jednak wierzę, iż to co czynię, jest wolą Pana, a służba dla Niego ciągłą radością. Kiedy rozważam otrzymane posłannictwo czuję niewysłowione szczęście i szczycę się nim.

Wzruszenie nie pozwalało mu mówić dalej, a towarzysze odczuwając jego słowa, spuścili oczy.

- Daleko stąd na zachód. - mówił Grek - dalej, leży kraina, której pamięć nigdy nie zaginie, bo jej zawdzięcza ludzkość swe najczystsze zachwyty. Nie myślę ci mówić o sztukach pięknych, filozofii, wymowie, poezji i wojnie. O moi bracia, sława mej ojczyzny będzie po wsze czasy świecić mądrością zawartą w księgach, a głoszącą całemu światu wolę Tego, którego szukać idziemy. Kraina, o której mówię, to Grecja, a ja jestem Kasprem, synem Kleantesa, Ateńczyka. Naród mój, ciągnął dalej, oddany był nauce i ja nie odrodziłem się od mych przodków. Dwaj nasi najsławniejsi filozofowie uczą o duszy ludzkiej i jej nieśmiertelności, wierzą w istnienie Boga i Jego najdoskonalszą sprawiedliwość. Liczne szkoły filozoficzne wiodły spór o te dwie zasady, a ja brałem je za przedmiot mych studiów, jako jedyne godne zastanowienia i badania. Przeczuwałem, że istnieje związek między Bogiem a duszą, ale rychło spostrzegłem, że umysł ludzki może ten związek tylko do pewnego stopnia wyjaśnić, dalej wiedza jego napotyka na nieprzezwyciężone zapory, których bez pomocy nadzwyczajnej nie usunie. Tej pomocy wzywałem i szukałem, ale nikt nie odpowiedział na me wołanie; opuściłem więc szkoły i miasto.

Na te słowa wynędzniałą twarz Hindusa rozjaśnił poważny uśmiech zadowolenia.

- W północnej stronie mej ojczyzny, w Tessalii - mówił Grek - jest góra, sławna jako przybytek bogów; tam rządzi Zeus, którego Grecy czczą ponad wszystkie bogi; góra ta zowie się Olimpem. Tam udałem się, a znalazłszy jaskinię na zboczu góry, zamieszkałem w niej. Oddając się rozmyślaniom, błagałem każdym westchnieniem o objawienie. Ufność moja była wielka, wierząc w Boga niewidzialnego, ale wszechmocnego, wierzyłem w możliwość Jego odpowiedzi, gdy o nią całą duszą błagać będę.

- Ach, i otrzymałeś odpowiedź, nieprawdaż? - zawołał Hindus, wznosząc w górę ręce.

- Słuchajcie mnie, bracia - mówił Grek dalej, z trudnością opanowując wzruszenie. -Drzwi mojej pustelni wychodziły na morze, na zatokę Cermaik. Pewnego dnia ujrzałem człowieka spadającego z pomostu okrętu, który właśnie podniósł kotwicę i rozwinąwszy żagle, odbijał od lądu; mimo wypadku dopłynął ów człowiek do brzegu i znalazł u mnie schronienie i opiekę. Był to Izraelczyk, uczony w historii i prawach swego narodu; on mnie pouczył, że Bóg, którego wzywałem i czciłem, istnieje rzeczywiście i że przed wiekami był prawodawcą i królem Izraela. Cóż to było, jeśli nie objawienie, o którym marzyłem? Wiara moja nie była próżna: Bóg usłyszał wołanie moje i wysłuchał je.

- Jak wysłuchuje tych, którzy Go wzywają z wiarą - rzekł Hindus.

- Czemuż, niestety - dodał Egipcjanin - tak mało jest takich, którzy rozumieją objawienie!

- To jeszcze nie wszystko - ciągnął Grek.- Człowiek ten, tak cudownie mi zesłany, powiedział mi jeszcze, że jak dotąd objawienie było tylko dla ludu Izraela i nadal pozostanie jego własnością; prorocy, którzy w pierwszych wiekach po objawieniu mówili z Panem, zostawili obietnicę, że On przyjdzie znowu, a to drugie Jego przyjście oczekiwane jest obecnie, każdej chwili, w Jerozolimie. Ten, który ma przyjść, będzie królem izraelskim.

- Jak to, nic nie uczyni Pan dla reszty świata? - zapytałem.

- Nie, odparł dumnie, my jesteśmy Jego wybranym ludem. Odpowiedź ta nie zniweczyła wcale moich nadziei; nie mogłem przypuścić, aby Bóg miał ograniczyć Swą miłość i miłosierdzie na jeden tylko naród, jakby na jedną rodzinę. Postanowiłem koniecznie zbadać tę tajemnicę i wreszcie udało mi się przełamać pychę Izraelity, który mi wyznał, że jego ojcowie byli tylko wybranymi sługami, przeznaczonymi do przechowania wiary w prawdziwego Boga, aby kiedyś świat poznał żywą prawdę i był zbawiony. Gdy Judejczyk mnie opuścił, zostałem sam; dusza moja przejęła się korną modlitwą i błaganiem, aby mi było danym oglądać Króla, gdy przyjdzie i oddać mu cześć. Raz w nocy. siedząc u drzwi mej jaskini, rozmyślałem i usiłowałem zbliżyć się do tajemnic mego istnienia, a przyświecała mi wiara w jednego Boga. Nagle, na ciemnej morza powierzchni ujrzałem gwiazdę; z wolna zwiększała się i wznosiła, zbliżając się

ku mnie; nareszcie stanęła nad moją głową, tuż u moich drzwi tak, że jej światło padało mi wprost na oblicze. Padłem na ziemię i usnąłem, a we śnie słyszałem głos mówiący:

- Kasprze! Wiara twoja zwyciężyła! Bądź błogosławiony! Z dwoma innymi, którzy przyjdą z dalekich krańców ziemi, zobaczycie Tego, który jest obiecany, abyście o Nim świadczyli, gdy będzie potrzeba cudów na potwierdzenie Jego prawdziwości. Wstań, idź, a ufając Duchowi, który cię prowadzić będzie, spotkasz ich.

Wstałem rano, a Duch towarzyszył mi wśród blasku światła jaśniejszego nad słońce. Wziąłem moje pustelnicze zapasy, ubrałem się jak dawniej i wyjąłem ukryty skarb, który z sobą niegdyś przyniosłem. Właśnie przepływał okręt, zawołałem nań, zabrał mnie i zawiózł do Antiochii, gdzie kupiłem wielbłąda i przybory do podróży. Przez ogrody i sady, zdobiące brzegi Orontesu, przybyłem do Emessy, Damaszku, Bostry i Filadelfii, a stamtąd tu. Oto, bracia, moja historia, niechże teraz posłucham waszej.

Egipcjanin i Hindus spojrzeli po sobie; pierwszy wzniósł ręce, drugi skłonił głowę i rzekł:

- Brat nasz dobrze mówił, oby moje słowa równą były napełnione mądrością.

Zamilkł, a po chwili namysłu rzekł:

- Znać mnie będziecie, bracia, pod imieniem Melchiora. Mówię do was językiem, jeśli nie najstarszym na świecie, to najdawniej używanym w piśmie - myślę o indyjskim sanskrycie. Urodziłem się w Hindostanie braminem. Religia ta pozostawiła w duszy mojej dziwną próżnię. Szukałem przeto spokoju i ukojenia w samotności; szedłem wzdłuż Gangesu aż do źródła wód tegoż wśród gór Himalajskich. Tu więc, gdzie pierwotna jeszcze przyroda nęci mędrca samotnością, a wygnańca obietnicą bezpieczeństwa, postanowiłem przebywać tylko z Bogiem i wśród modlitwy i postu oczekiwać śmierci.

Tu zabrakło Melchiorowi głosu, a chude ręce splotły się jak do modlitwy. Po chwili mówił dalej.

- Pewnej nocy, chodząc w samotności, zawołałem z utęsknieniem: Kiedyż przyjdzie Bóg i wybawi mnie? Czyż jest odkupienie? Nagle światło oświeciło ciemności, a zmieniając się w gwiazdę, zbliżyło się ku mnie i zatrzymało się nad moją głową. Olśniony niezwykłą jasnością, padłem na ziemię i usłyszałem głos mówiący łagodnie: Miłość twoja zwyciężyła. Bądź błogosławiony, synu Indii! Odkupienie się zbliża. Z dwoma innymi, którzy przyjdą z dalekich stron świata, ujrzycie Odkupiciela i będziecie świadczyć o Jego przyjściu. Wstań rano i idź na spotkanie towarzyszy, a całą wiarę złóż w Duchu, który ciebie i ich wieść będzie.

- Od tego czasu światło pozostało ze mną; wiedziałem, że było ono znakiem obecności Ducha. Rano ruszyłem w drogę, którą tu przyszedłem, w otworze góry znalazłem kamień wielkiej wartości; który sprzedałem w Hurdwar. Przez Lahor, Kabul i Yezd przybyłem do Ispahanu, gdzie kupiłem wielbłąda. Stamtąd wiodła mnie gwiazda do Bagdadu, gdzie, nie zastawszy żadnej karawany, postanowiłem podróżować sam bez trwogi, bo Duch był i jest ze mną! O jakże wielka jest łaska, której doznaliśmy, jakże wspaniała, o bracia, chwała nasza! Zobaczymy Odkupiciela, będziemy mówić do Niego i oddamy Mu cześć! - Skończyłem bracia!

Grek, pełen uniesienia, głośno wypowiadał swoje zadowolenie; Egipcjanin zaś zaczął swą opowieść z charakterystyczną powagą:

- Pozdrawiam was, bracia moi. Cierpieliście wiele, dzieliłem waszą boleść, cieszę się wspólnie zwycięstwem. Posłuchajcie teraz mojej historii.

Napiwszy się wody z obok stojącego bukłaka, tak zaczął mówić:

- Urodziłem się w Aleksandrii, z rodu książąt i kapłanów, wychowanie odebrałem stosowne do mego rodu. Bardzo wcześnie uczułem niezadowolenie z nauki religii, tyczącej duszy po śmierci. Wierzyłem, że dusza ludzka do wyższych celów jest przeznaczona i tonąc w rozmyślaniach, ujrzałem jasno, że śmierć jest tylko punktem rozstania, po którym źli idą na potępienie, wierni zaś wierze i sprawiedliwości wznoszą się do wyższego życia, pełnego radości wiekuistej: życia z Bogiem i w Bogu. Opuściłem świat, poszedłem tam, gdzie nie było ludzi,

ale był Bóg. Udałem się w głąb Afryki. Na wysokiej górze, u której stóp wije się szeroka rzeka zamieszkałem. Dłużej niż rok góra ta była mi domem, owoc palm żywił ciało, modlitwa duszę. Pewnej nocy przechadzałem się wśród palm w pobliżu jeziora, wołając w myśli: ludzkość ginie, kiedyż przyjdziesz, o Boże? miałbym nie widzieć odkupienia? Zwierciadło wody świeciło gwiazdami, jedna z nich zdawała się poruszać i zniżać nad powierzchnię wody, od której nabrała nowego blasku, olśniewającego wzrok, i z wolna posunęła się ku mnie; zatrzymała się wreszcie nad moją głową tak blisko, że zdawało mi się, iż ją ręką dosięgnę. Padłem na ziemię i ukryłem twarz w dłoniach, a głos nieziemski dał się słyszeć: Dobre twoje uczynki zwyciężyły. Z dwoma innymi z dalekiego świata zobaczycie Zbawiciela i świadczyć o Nim będziecie. Wstań i idź na ich spotkanie, a gdy wszyscy przybędziecie do świętego miasta Jeruzalem, pytajcie ludzi, gdzie jest Ten, który się narodził król żydowski? Albowiem widzieliśmy Jego gwiazdę na Wschodzie, idziemy, aby Mu oddać cześć. A złóż ufność w Duchu, który cię prowadzić będzie.

- Na potwierdzenie tych słów światło rozproszyło ciemności i zostało ze mną, rządziło mną i prowadziło. Gwiazda wiodła mnie wzdłuż rzeki do Memfis, gdzie zaopatrywałem się we wszystko co potrzebne na pustyni. Kupiłem wielbłąda i przybyłem bez odpoczynku przez Suez i Kufilch, przez kraje Moabu i Ammonu aż do tego miejsca. Bóg z nami, bracia!

Ulegając wewnętrznej sile, wszyscy trzej wstali i podali sobie ręce.

- Czyż może być wyraźniejsze i wznioślejsze powołanie? - mówił Baltazar. - Gdy znajdziemy Pana, bracia, wraz z nami wszystkie pokolenia cześć mu oddadzą!

Po tych słowach zapanowało milczenie przerywane westchnieniami i uświęcone łzami. Była to radość nieopisana, radość dusz u brzegów zdroju życia, dusz spoczywających w Odkupicielu i upojonych obecnością Boga!

W końcu ręce ich opadły, wszyscy wyszli z namiotu, pustynia była spokojna jak niebo, słońce zachodziło, wielbłądy spały.

Za chwilę zwinięto namiot, resztki zapasów schowano do pudła, po czym podróżni wsiedli na wielbłądy, a Egipcjanin przewodniczył im. Jechali z wolna wśród chłodnej nocy; wielbłądy szły równym tempem. Podróżni jechali pogrążeni w głębokiej zadumie.

Księżyc wznosił się powoli, a trzy wysokie białe postacie cicho przesuwały się w jego świetle. Nagle w powietrzu nad nimi, nie wyżej niż wierzchołek najbliższego pagórka, zajaśniał płomień: serca podróżnych zabiły przyspieszonym tętnem, dreszcz przeniknął ich i wszyscy jakby jednym zawołali głosem:

"Gwiazda! Gwiazda! Bóg z nami!"

Rozdział 12

Wszystko na pokładzie zbudziło się ze snu. Dowódcy zajęli swe stanowiska, a załoga chwyciła za broń i udała się na pokład. Przyniesiono kołczany ze strzałami, a przy głównych schodach ustawiono wiadra z oliwą i ogniste kule. Zawieszono również dodatkowe kaganki i wiadra napełnione wodą. Wioślarze stali gromadnie, ale pod strażą i w pobliżu swego dozorcy. Między nimi, za zrządzeniem Opatrzności, stał i Ben-Hur. Nad głową słyszał zmieszany gwar ostatecznych przygotowań, jak żołnierze załogi zaopatrywali żagle, rozwijali siatki, odwiązywali machiny i wdziewali zbroje zaopatrzone byczą skórą. Wkrótce ucichło wszystko, spokój pełen niepewności i oczekiwania zapanował na galerze, spokój, który nazywa się gotowością.

Na znak z pokładu, a podany hortatorowi przez niższego oficera stojącego na schodach, wszystkie wiosła zatrzymały się nagle.

Cóż to ma znaczyć?

Żaden ze stu dwudziestu niewolników do ławek przykutych nie zadał sobie tego pytania, bo i cóż ich to obchodzić mogło? Patriotyzmu, miłości honoru, poczucia obowiązku nie znali, doznawali raczej uczucia właściwego ludziom rzuconym na ślepo w samo ognisko niebezpieczeństwa, któremu bezradni - zaradzić nie mogą. A choćby i myśleli o tym, co się stać może, nie mogliby spodziewać się lepszej przyszłości. Zwycięstwo ścieśni tym więcej ich kajdany; los ich złączony jest z losem okrętu: utonie - to i oni w głębokościach morskich śmierć znajdą, spłonie - to i ich śmierć w płomieniach.

Żaden ze skazańców nie ważył się spytać o położenie, ani kto był nieprzyjacielem, bo to by na próżno. Zresztą, jakie by wzbudziły się uczucia w tych ludziach, gdyby wrogowie Rzymu byli ich braćmi, rodakami? Zważywszy to, zrozumiemy, dlaczego Rzymianie przykuwali tych nieszczęśliwych do ławek!

Nie było nawet czasu o tym myśleć. Uwagę Ben-Hura zajął szum, uczyniony wiosłami, a "Astrea" zachwiała się jakby groźnymi kołysana bałwanami. W tej chwili przypomniał sobie gotowość załogi do walki, a krew zawrzała w jego żyłach.

I znowu dano sygnał z pokładu, zanurzono wiosła, a galera posunęła się nieznacznie wśród głębokiej ciszy. Nie słychać głosu z zewnątrz, cisza wewnątrz, a jednak każdy gotował się na uderzenie, które lada chwila mogło nastąpić. Sam statek zdawał się to samo odczuwać i sposobił się jak tygrys do skoku.

Rosło napięcie; Ben-Hur nie miał pojęcia o przebytej przestrzeni. Nareszcie, w tej ciszy, odezwała się trąbka bojowa pełnym, czystym głosem. Hortator uderzał młotkiem w stół, a wioślarze pracowali całymi siłami. Galera trzeszczała w spojeniach i pędziła jak strzała. Nagle nastąpiło gwałtowne uderzenie, wioślarze na platformie przy hortatorze zachwiali się; wielu padło, statek cofnął się i znowu całą siłą płynął naprzód. W tejże chwili rozległ się krzyk przerażonych ludzi głuszący trąby, Ben-Hur usłyszał łamanie się okrętu, a po chwili rozległy się z pokładu okrzyki tryumfu. Rzymianie zwyciężyli, zatopili okręt nieprzyjacielski; a kim byli ci, których morze pochłonęło? jakim mówili językiem? z jakiego pochodzili kraju?

Któż by o to pytał... "Astrea" płynęła naprzód! Kilku z załogi, umoczywszy bawełniane kule w oliwie, zapaliło je, co pobudziło do zacieklejszej walki.

Wrzask rósł ciągle, na prawo, na lewo, z tyłu, a wśród tego zgiełku słychać było od czasu do czasu trzask, po nim krzyki trwogi, świadczące, że jeszcze jeden okręt zatopiono, a jego załoga walczy z bałwanami. Jeszcze los bitwy nie był rozstrzygnięty. Od czasu do czasu znoszono na dół rannego Rzymianina i składano na ziemi.

Czasem kłęby dymu. nasycone wonią palącego się ludzkiego ciała, tłoczyły piersi. Wtedy Ben-Hur. dusząc się od gorąca i dymu, odgadywał, że przepływali w pobliżu okrętu, palącego się wraz z wioślarzami przykutymi do ławek.

Tymczasem "Astrea" była w ciągłym ruchu, nagle stanęła. Przednie wiosła wypadły z rąk, a wioślarze pospadali z ławek; z pokładu niósł się straszliwy łomot i uderzenie o siebie dwóch okrętów. Po raz pierwszy łoskot przygłuszył pobudkę hortatora; ludzie w trwodze wpadali do kabiny, jakby szukali schronienia.

Wśród ogólnego zamieszania padło nagle u stóp Ben-Hura ciało cudzoziemca. To barbarzyńca jasnowłosy, syn północy, a śmierć porwała go wśród rabunku i zemsty. Ale jakim sposobem dostał się tutaj? Czyżby jakaś żelazna ręka rzuciła go z nieprzyjacielskiego pokładu? Nie, to niepodobna! A więc "Astrea" miałaby być pokonana? Może to być, aby Rzymianie walczyli na własnym pokładzie? Dreszcz przerażenia przebiegł Żyda na myśl, że Ariusz znajduje się w niebezpieczeństwie. Boże! gdyby miał zginąć! Boże Abrahama nie dopuść tego! Czyżby wszystkie jego nadzieje miały pozostać tylko nadziejami? Matka, siostra, rodzina, ziemia święta... miałby ich nigdy nie zobaczyć?! Zamieszanie rosło z każdą chwilą, spojrzał wokół, w kabinie wszystko w nieładzie - wioślarze do ław przykuci ubezwładnieni, ludzie toczący się i biegający na ślepo tam i z powrotem, jeden tylko hortator niewzruszony na swym stanowisku, wybijał takt, którego nikt nie słuchał, oczekiwał dalszego rozkazu trybuna. Był on uosobieniem owej sławnej i potężnej rzymskiej karności, która ujarzmiła cały znany wówczas świat.

Przykład niewzruszonego dozorcy spowodował, że Ben-Hur zaczął rozmyślać nad swoim obecnym położeniem. Honor i powinność przykuwały Rzymianina do platformy - ale cóż jego to obchodzić mogło? Ława niewolnika była miejscem, z którego nie wstyd uciekać; umierając teraz, poświęciłby się na próżno. Nie, on powinien żyć; życie jest jego obowiązkiem, jeśli nie zaszczytem, jest własnością jego narodu, jego rodziny - matki i siostry. Stanęły one przed nim jak żywe; widział, jak wyciągały ku niemu ręce; słyszał ich błagania. Niestety! Rzymski wyrok potępił go, a póki ten miał znaczenie, ucieczka nie przyniosłaby mu pożytku. Tak, na całym szerokim świecie nie było miejsca, gdzieby go nie dosięgła karząca ręka wszechwładnego pana czy to na morzu, czy na lądzie. Pragnął wolności zgodnej z prawem, bo tylko wolnym obywatelem mógł zamieszkać w Judei i wypełnić obowiązki, którym się poświęcił: dla niego nie ma życia gdzie indziej. O Boże! jakże czekał i błagał o taką wolność. Jakże opóźniała się, a jak radośnie witał ją w obietnicy trybuna. Wszak nic innego ten wielki człowiek nie mógł mieć na myśli. A gdyby dobroczyńca ten miał teraz mamie zginąć? Umarły nie może przecież wrócić, aby wybawić z więzów żyjącego. Nie, to się stać nie może - Ariusz nie powinien umrzeć; gdyby tak się stać miało, to lepiej zginąć z nim razem, niż żyć nadal niewolnikiem na okręcie.

Jeszcze raz spojrzał Ben-Hur wkoło siebie. Na pokładzie szalała walka, nieprzyjacielskie okręty cisnęły na boki "Astrei". Niewolnicy na ławach, nie widząc straży, która poszła na górę, targali swe łańcuchy, a przekonawszy się o daremności swych usiłowań, dzikim i szalonym wyciem rozdzierali powietrze. Karność zniknęła, przestrach złamał wszelki porządek, a jednak nie... bo oto hortator, spokojny jak zawsze, siedział na krześle i wydawał rozkazy, lecz nikt nie zwracał na nie uwagi. Bez innej broni prócz młotka do uderzeń, dopełniał swymi nawoływaniami ogólny zgiełk. Ben-Hur raz jeszcze rzucił nań okiem i wybiegł... nie żeby uciekać, ale by szukać trybuna.

Jednym skokiem znalazł się na pokładzie i ujrzał niebo krwawą gorejące łuną, straszliwą walkę, napierające na "Astreę" okręty, i morze pokryte szczątkami rozbitych statków. Napastników była moc nieprzeliczona. Rzymian szczupła garstka. Zaledwie objął wzrokiem ów straszny widok, uczuł, że się zapada i leci w tył. W jednym mgnieniu oka cały kadłub galery z trzaskiem się rozpadł, a morze jakby na to tylko czekało, zapieniło się, zaszumiał i zalało go. Ben-Hura otoczyła nieskończona ciemność.

Chociaż posiadał wiele siły, która budzi się w człowieku w chwili grożącego życiu niebezpieczeństwa, to ciemność i szum wody obezwładniły go tak, że stracił prawie przytomność.

Prąd wody popychał nim jak klocem drzewa ku kabinie, gdzie by utonął, gdyby nie opór tonącego statku, który go dźwignął w górę. Czując, że wraz z drobniejszymi szczątkami wypływa na wierzch, uczepił się jakiegoś przedmiotu i z nim płynął.

Czas, który przebył pod wodą wydał mu się o cały wiek dłuższy, niż był w rzeczywistości. Gdy zaś uczuł, że jest na powierzchni wody, odetchnął głęboko, świeżym powietrzem napełnił płuca, a otarłszy wodę z włosów i oczu, wydostał się wyżej na deskę, która go ocaliła, i opierając się na niej, obejrzał się wokoło. Bliski był śmierci pod wodą, ale i na niej czekała go ona w każdej chwili.

Nad wodą ścielił się, jak mgła przezroczysta, dym od płonących statków. Bitwa była skończona, ale kto był zwycięzcą, niepodobna było odgadnąć. Od czasu do czasu przesuwały się przed jego oczyma okręty, zaciemniające na chwilę purpurowe blaski pożarów. Poprzez chmury dymu, kurzawy i mgły dolatywał go trzask nacierających na siebie statków; niebezpieczeństwo zagrażało mu ciągle. W chwili, gdy "Astreę" pochłonęły bałwany, na pokładzie znajdowały się prócz jej własnej załogi dwie inne, nieprzyjacielskie. Wszystkich morze pochłonęło, wielu jednak wypłynęło na powierzchnię wód i wiodło dalej bój zacięty, którego w głębokościach morza najprawdopodobniej nie zaprzestano. W śmiertelnym uścisku walczą z sobą ze straszliwą zaciętością. W rękach wielu walecznych błyszczały oszczepy i dziryty, którymi starali się przeciwnikowi zadać jeszcze ostatni cios. I słychać było szum wód wzburzonych szamotaniem się walczących. A morze, ów wspólny grób dla przyjaciół i nieprzyjaciół, tutaj czarne ciemnością nocy, ówdzie płomienne od gorejących okrętów. Ben-Hura walka ta nie obchodziła. Czy ci, czy tamci zwyciężą, zawsze to nieprzyjaciele, a każdy z nich zabiłby go bez wahania, choćby tylko dlatego, by mu wydrzeć deskę, na której płynął. Trzeba się było spieszyć, aby opuścić złowrogie strony.

Jednak nim to zdążył uczynić posłyszał szybki ruch wioseł i ujrzał galerę płynącą w jego stronę. Wysoki maszt wydawał się podwójnie wysokim, a ciemne światła, igrające na złoceniach i ozdobach czyniły go podobnym do węża, poruszającego szumiącą i pieniącą się wodę.

Szybko objął Ben-Hur myślą grożące mu niebezpieczeństwo, a trzymając się szerokiej deski, obliczał sekundy i czuł, że nawet pół sekundy może go ocalić lub zgubić. Nagle na powierzchni wody, a w odległości ramienia, ukazał się hełm niby złoty promień, za nim dwie ręce, dwie silne ręce, które na pewno nie puściłyby raz pochwyconej podpory. Na pierwszy widok Ben-Hur cofnął się z przerażenia, ale hełm zanurzył się i wypłynął znowu, a ręce na próżno obejmowały wymykającą się falę, nagle łuna oświeciła bladą twarz i szeroko rozwarte usta tonącego. Oczy nie były zamknięte, ale patrzyły błędnie, oblicze trupiej bladości przedstawiało straszny obraz; jednak Ben-Hur, przypatrzywszy się krzyknął radośnie; a gdy głowa znowu się zanurzyć miała, chwycił za łańcuch podtrzymujący pod brodą hełm nieszczęśliwego i przyciągnął do deski.

Był to Ariusz, trybun.

Chwilę długą woda wrzała i wirowała około Ben-Hura, musiał więc użyć wszystkich sił, aby utrzymać ciało, a zwłaszcza głowę trybuna nad powierzchnią wody. Obok nich przepłynęła galera, pozostawiając ich poza obrębem swych wioseł. Płynęła pośród tonących, pomiędzy głowami nakrytymi hełmami i bez hełmów.

Wtem głuchy trzask doleciał uszu Ben-Hura; obejrzał się i z niemałym zadowoleniem zobaczył, że "Astrea" była pomszczona.

Walka trwała dalej; opór zmienił się w ucieczkę, ale kto zwyciężył? Dobrze pojmował Ben-Hur, jak wiele ta okoliczność zaważyć mogła na szali jego wolności i w ocaleniu trybuna. Wciągnął lepiej Ariusza na deskę, tak że go podtrzymywała, sam zaś starał się utrzymywać go w tej pozycji.

Z wolna poczynało dnieć. Ben-Hur powitał dzień z dwoma odmiennymi uczuciami; nadziei i trwogi. Zwyciężyli Rzymianie, czy korsarze? Gdyby ostatni, trybun będzie zgubiony.

Nareszcie nadszedł poranek, cichy i spokojny. Po lewej stronie ujrzał ląd, lecz za daleko oddalony, aby go móc dosięgnąć, a w oddaleniu tu i ówdzie pływali ludzie, równie jak on -rozbitki. Zwęglone i dymiące szczątki zniszczonych okrętów plamiły białe przestworze morza, w dali leżała galera z podartym żaglem, zgruchotanym masztem, zniszczoną ozdobną balustradą i bezczynnymi wiosłami. Dalej jeszcze widniały ruchome punkty, może uciekające lub ścigane statki, a może tylko białe, chyże ptaki.

Minęła godzina, w Ben-Hurze rosła trwoga - jeśli pomoc nie przyjdzie szybko Ariusz może umrzeć. Tak spokojnie leżał, że zdawał się już umarłym. Ben-Hur z wielkim trudem zdjął z niego pancerz - przyłożywszy ucho do jego piersi usłyszał bicie serca, a ten dowód życia dodał mu odwagi. Czekał, a obyczajem swego narodu krzepił swą nadzieję modlitwą.

Przyjście do przytomności po topieniu się jest stokroć boleśniejsze niż samo tonięcie; taką boleść przechodził Ariusz, zanim ku wielkiej radości Ben-Hura, zdołał przemówić.

Stopniowo zaczął od mało znaczących pytań, jak i gdzie się znajduje, kto i jak go ocalił, ale zaraz przypomniał sobie bitwę. Wątpliwość w zwycięstwo zbudziła wszystkie jego obawy i czyniła nieznośnym spoczynek, jakiego używał na ciągle ruchomej desce. Z wolna uspokajał się i stawał się rozmowniejszy.

- Nasze ocalenie, jak sądzę, zależy głównie od wyniku bitwy. To, coś uczynił dla mnie, uznaję w zupełności; ocaliłeś mi życie z narażeniem twojego. Cokolwiek się stanie, zapewniam ci moją wdzięczność. Nie poprzestanę na tym; jeśli los sprzyjać nam będzie i zdołamy stąd szczęśliwie się wydostać, obsypię cię łaskami, jak przystoi na Rzymianina mającego możność i władzę wywdzięczenia się. Czy jednak twą dobrą wolą i ofiarą wyświadczyłeś mi dobrodziejstwo, tego nie wiem jeszcze i dlatego - tu się zawahał - musisz przyrzec, że oddasz mi największą przysługę, jaką człowiek człowiekowi wyświadczyć może - a to przyrzeczenie musisz natychmiast wykonać.

- Jeśli to, czego żądać będziesz, nie jest zakazane przez nasz Zakon, spełnię twą wolę - odrzekł Ben-Hur.

Ariusz zatrzymał się chwilę.

- Jesteś rzeczywiście synem Hura, Żyda? - zapytał.

- Jest, jak rzekłeś.

- Znałem twego ojca.

Juda przybliżył się do trybuna, bo głos jego był słaby - przysunął się więc i słuchał chciwie, spodziewając się, że nareszcie usłyszy co o swoich.

Znałem i kochałem go - ciągnął dalej Ariusz.

Tu nastąpiła chwila milczenia, zdaje się, że jakaś nowa myśl go zajęła.

Niepodobna - mówi dalej - abyś ty, jako jego syn, nie słyszał o Katonie i Brutusie. Byli to wielcy ludzie, a największymi okazali się w chwili zgonu. Umierając zostawili przykład i prawo, droższe nad wszystko. Po nich nie żyć żadnemu Rzymianinowi w hańbie i w niewoli. Czy słuchasz?

- Słucham.

- Każdy obywatel Rzymu nosi pierścień; stosownie do przyjętego zwyczaju, mam i ja taki, który nakazuję ci zdjąć - to mówiąc wyciągnął rękę do Ben-Hura, a ten uczynił zadość rozkazowi.

- Włóż pierścień na swój palec.

Ben-Hur i w tym był posłuszny.

- Ta drobnostka może ci wielkie oddać przysługi - odezwał się Ariusz po chwili - mam posiadłości i pieniądze, nawet w Rzymie liczą mnie do bogatych. Nie mam rodziny, ale gdy pokażesz ten pierścień memu wyzwoleńcowi, który zarządza w czasie mej nieobecności moim majątkiem, usłucha cię we wszystkim. Znajdziesz tego człowieka w mej willi pod Misenum, a skoro mu opowiesz, w jaki sposób i gdzie otrzymałeś ten klejnot, uczyni zadość wszelkim twym żądaniom. Jeśli przeciwnie żyć będę, uczynię więcej dla ciebie, wyzwolę i wrócę cię do domu i rodziny. Jeśli wybierzesz inną drogę, dopomogę ci do osiągnięcia tego stanowiska, jakie osiągnąć zapragniesz. Czy słyszysz?

- Słyszę.

- A więc złóż przysięgę, na bogi;

- Nie, szlachetny trybunie, tego nie uczynię bom Żyd.

- Więc zaprzysięgnij na twego Boga lub użyj jakiejkolwiek najświętszej w twej wierze formuły, ale przyrzecz, że uczynisz to, co ci teraz każę. Czekam, a ty złóż obietnicę.

- Szlachetny Ariuszu - ze słów twoich sądzę, że żądasz, coś bardzo ważnego. Powiedz mi więc pierwej, czego żądasz?

- Czy wtedy wykonasz przysięgę?

- Gdybym to przyrzekł, już byłbym zobowiązany, a - tu nagle Ben-Hur przerwał mowę wykrzyknikiem: Błogosławiony Bóg ojców moich, bo oto okręt przybywa!

- Z której strony?

- Od północy.

- Czy umiesz rozpoznać po znakach do kogo statek należy?

- Nie, byłem tylko wioślarzem.

- Czy ma flagę?

- Nie widzę dotąd żadnej.

Ariusz zatonął w myślach i milczał.

- Czy okręt ciągle płynie w tym samym kierunku?

- Ciągle.

- Szukaj oczyma chorągwi.

- Nie ma jej.

- Jak to i żadnego innego znaku?

- Żagiel galery, zwinięty, trzy ławy, a płynie szybko: to wszystko, co widzę.

- Gdyby to był rzymski okręt zwycięski, wywiesiłby mnóstwo chorągwi, a zatem musi to być okręt nieprzyjacielski. A wiesz, co teraz będzie? - mówił dalej. - Słuchaj, póki mogę mówić. Jeśli to okręt korsarski, życie twoje ocalone, nie dadzą ci wolności i każą znów wiosłować, ale cię nie zabiją. Ze mną postąpią inaczej,

Tu zawahał się.

- Ja - rzekł nareszcie - za stary jestem, abym zniósł hańbę. Niech mówią w Rzymie, że Kwintusz Ariusz zginął w boju wraz ze swym okrętem, jak przyszło rzymskiemu wodzowi. Oto co chcę, abyś uczynił, skoro okręt nieprzyjacielski tutaj się zbliży: zrzuć mnie z tej deski w morze i utop. Czy słyszałeś? Złóż przysięgę, że to uczynisz!

- Nie, tego nie uczynię! - rzekł Ben-Hur stanowczo. Prawo dla mnie świętsze. Zakon nasz czyni mnie odpowiedzialnym za twe życie. Odbierz ten pierścień - to mówiąc zdjął sygnet z palca - weź go, cofnij wszystkie twe obietnice na wypadek ocalenia zrobione. Wyrok, który mnie posłał na galery, uczynił mnie niewolnikiem, ale teraz już nim nie jestem, więcej - nie jestem również twym wyzwoleńcem. Czuję się, przynajmniej na tę chwilę synem Izraela i panem siebie. Weź swój pierścień.

Nie wzruszyło to Ariusza, który milczał zacięcie.

- Nie chcesz? - rzekł Juda - Więc nie w złości ani z pogardy, ale aby uwolnić się od nienawistnego mi zobowiązania, oddaję twój dar morzu. Patrz trybunie.

I cisnął pierścień w odmęt: Ariusz usłyszał plusk padającego w morze pierścienia, chociaż nie spojrzał w tę stronę.

- Postąpiłeś nierozważnie - rzekł - jest to, w twoim zwłaszcza położeniu, czyn szaleńca. Śmierć moja nie tylko od ciebie zależy; życie to nić, którą mogę przerwać bez ciebie, a gdy to uczynię, cóż się z tobą stanie? Ludzie z postanowieniem śmierci, wolą ją ponieść z obcej ręki, bo dusza, o której istnieniu zapewnia Platon, oburza się na samobójstwo! Oto wszystko. Gdybyś ty mnie prosił o podobną przysługę, nie odmówiłbym. Teraz obydwaj jesteśmy zgubieni, a pierścień, był jedynym dowodem mej ostatniej woli i mógł ci dać szczęście. Ja zejdę ze świata opłakując wydartą mi chwałę i zwycięstwo; ty będziesz żył, aby umrzeć trochę później z wyrzutem niespełnionego świętego obowiązku - dla nierozumnych przesądów. Boleję nad tobą!

Ben-Hur widział wszelkie następstwa swego czynu wyraźniej niż kiedykolwiek, ale nie zawahał się.

- W ciągu trzech lat mej niewoli, ty, trybunie, pierwszy spojrzałeś na mnie łagodnie. Czy tak? Nie, o nie, był jeszcze ktoś - na tę myśl głos Judy zniżył się, oczy zwilżyły, a przed oczyma duszy ujrzał tak wyraźnie, jak gdyby była tuż przed nim, twarz młodzieńca, co go napoił u starego źródła w Nazarecie. Przemógłszy wzruszenie, mówił dalej: - Jeśli twoje spojrzenie nie było pierwszym objawem współczucia w mej ciężkiej niedoli, to w każdym razie ty pierwszy spytałeś kim jestem; a jeśli w ostatniej przygodzie uratowałem cię z myślą, że twe ocalenie może mi przynieść jakąś korzyść, to mylisz się, wierz mi, proszę. Co więcej, widzę coraz wyraźniej, że Bóg użyczy mi szczęścia, jakiego pragnę tylko za pomocą sprawiedliwych środków. Idąc za głosem i przeświadczeniem sumienia, raczej umarłbym z tobą, niż bym się stał twoim mordercą. Takie jest moje postanowienie i choćbyś mi ofiarował cały Rzym, gdyby był twoją własnością i mógłbyś nim rozporządzać, jeszcze nie zabiłbym ciebie. Wasz Katon i Brutus wydają się nieświadomymi dziećmi wobec Hebreów, którzy Żydowi nadali prawa.

- Czyż prośba moja nic nie znaczy?

- Rozkaz miałby większe znaczenie, ale i ten mnie nie wzruszy.

Umilkli i obaj czekali. Ben-Hur spoglądał często w stronę przybywającego okrętu. Ariusz spoczywał z zamkniętymi oczyma, obojętny.

- Jesteś pewny - pytał Ben-Hur - że przybywający statek jest nieprzyjacielski?

- Tak sądzę - brzmiała odpowiedź.

- Staje i spuszcza łódź.

- Czy widzisz chorągiew?

- Czy nie ma innego godła, po którym mógłbym rozpoznać, czy to jest rzymski okręt?

- Gdyby statek był rzymskim, miałby hełm powyżej masztu,

- Nabierz więc otuchy, widzę hełm - Ariusz nie wierzył jeszcze.

- Ludzie płynący łodzią ratują tonących, piraci nie znają litości, nie czyniliby tego.

- Mogą potrzebować wioślarzy - odparł Ariusz wspominając, jak sam zbierał tonących w tym celu.

Ben-Hur nieustannie przypatrywał się ruchom płynących.

- Okręt rusza się rzekł.

- W jakim kierunku?

- Po prawej stronie od nas stoi opuszczona prawdopodobnie galera; ku niej płynie statek. Tak jest, zrównał się z nią i wysyła ludzi na pokład.

Słysząc te słowa, Ariusz otworzył oczy i ożywił się.

- Dziękuj twemu Bogu - rzekł do Ben-Hura, spojrzawszy na galerę - a i ja winienem podziękę moim. Gdyby to był statek korsarski, zatopiłyby pokonaną galerę, a nie starał się jej

ratować; po tym czynie i hełmie na maszcie poznaję Rzymian. A zatem moje jest zwycięstwo, a Fortuna nie opuściła mnie. Jesteśmy uratowani, daj więc znak ręką, wołaj ich, niech przybywają prędko. Będę duumwirem... a ty... znałem twego ojca i miłowałem go; był on naprawdę księciem i przekonał mnie, że Żyd nie jest barbarzyńcą. Zabiorę cię z sobą, uczynię mym synem. Tak więc dziękuj twemu Bogu i wołaj na wiosłujących. Spiesz się, a prędko, bo musimy puścić się w pogoń, aby ani jeden rozbójnik nie uszedł. Spiesz się! spiesz na bogi!

Juda wsparłszy się na desce, machał ręką i wołał z całej siły; wkrótce ściągnął uwagę kierujących małą łódką, która szybko przybyła po nich.

Na galerze przyjęto Ariusza z wszystkimi honorami należnymi bohaterowi, ulubieńcowi Fortuny. Leżąc na tapczanie, wysłuchał szczegółów zakończenia walki, a gdy zebrano rozbitków, wywieszono na nowo flagę komendanta i spiesznie skierowano ku północy, aby się połączyć z resztą floty i dokonać zwycięstwa. We właściwym czasie owe pięćdziesiąt okrętów wysłanych na morze, zamknęły odwrót uciekającym piratom i zniszczono ich, biorąc dla większej sławy Ariusza, dwadzieścia nieprzyjacielskie galery do niewoli.

Na wybrzeżu Misenum witano radośnie powracającego Ariusza, a towarzyszący mu młody człowiek zwrócił szybko uwagę przyjaciół trybuna, który na ich zapytanie opowiedział szczegółowo historię swego ocalenia, starannie omijając wszystko, co się do przeszłości młodego Żyda odnosiło. W końcu przywołał Ben-Hura do siebie i rzekł, kładąc rękę na jego ramieniu:

- Zacni przyjaciele moi, oto mój syn i dziedzic mego majątku, jeśli wolą jest bogów, abym jakiś majątek pozostawił. Będzie on nosił moje imię, a polecam go wam, prosząc byście go miłowali, jak mnie miłujecie.

Adopcję przeprowadzono szybko o ile na to formalności pozwoliły; tym sposobem dotrzymał dzielny Rzymianin przyrzeczeń danych Ben-Hurowi, i wprowadził go w świat cesarski. W miesiąc po powrocie Ariusza obchodzono w Rzymie w teatrze Scaurusa jego zwycięstwo nad piratami. Po jednej stronie gmachu wisiały chorągwie, proporce, sztandary, wśród których najwidoczniejsze były dwadzieścia dzioby okrętowe ze zdobytych galer, zaś nad tym wszystkim widniał napis, ogłaszający osiemnastu tysiącom siedzącym w teatrze, następujące słowa:

Kwintusz Ariusz duumwir zabrał piratom w zatoce "Euripus".

Rozdział 6

Musimy się przenieść myślą dwadzieścia jeden lat naprzód, do początku rządów Waleriusza Gratusa, czwartego z rzędu namiestnika, cesarskiego Judei. - Okres to pamiętny z powodu politycznych zaburzeń w Jerozolimie, będących niejako początkiem ostatecznego zerwania Żydów z Rzymem.

W tym czasie Judea uległa różnym zmianom, największe jednak zaszły w politycznym jej zarządzie. Herod umarł w rok po narodzeniu Dziecięcia, a umarł tak nędzną śmiercią, że świat chrześcijański nie bez słuszności wierzy, iż padł rażony gniewem Pańskim. Jak wszyscy wielcy despoci, którzy spędzili życie na udoskonaleniu władzy przez siebie stworzonej, śnił Herod o przekazaniu korony i tronu - o utworzeniu dynastii. W tym zamiarze zrobił testament i podzielił swoje posiadłości między swoich trzech synów: Antypasa, Filipa i Archeliusza - ten ostatni miał odziedziczyć tytuł. Testament musiał być przedłożony cesarzowi Augustowi, który potwierdził wszystkie rozporządzenia z wyjątkiem jednego, odmówił Archeliuszowi tytułu króla, dopóki by nań zdolnością i wierną poddańczą uległością nie zasłużył. Tymczasem mianował go egzarchą i pozwolił rządzić przez lat dziewięć, po których za złe obyczaje i nieudolność stłumienia powstałych zaburzeń został skazany na wygnanie do Galii.

Judea stała się prowincją rzymską. Dla większego upokorzenia Żydów prokurator nie mieszkał w Jerozolimie, ale w Cezarei, która tym samym stała się punktem centralnym prowincji. Ale nie tu koniec poniżenia; najbardziej pogardzoną z całego świata, Samarię, przyłączono do Judei i oba kraje tworzyły odtąd całość.

Wśród tej powodzi nieszczęść jedna pociecha, jedna tylko, pozostała upadłemu narodowi: najwyższy kapłan mógł zamieszkiwać w pałacu królewskim, utrzymywać coś na podobieństwo trybunału. Czym była jego władza, łatwo określić: sąd życia i śmierci należał do prokuratora, sprawiedliwość wymierzano w imieniu prawa rzymskiego. Dom królewski zajmowali też cesarscy urzędnicy i wojsko. Jednak dla marzycieli śniących o wolności pewną otuchą było to, że głównym panem pałacu był Żyd. Sama jego codzienna obecność przypominała im czasy, kiedy Jehowa rządził pokoleniami przez synów Aaronowych; obietnice i wieszczenia Proroków, wszystko to karmiło nadzieję lepszej przyszłości i pozwalało cierpliwie oczekiwać przyjścia Judy, który miał rządzić Izraelem.

Judea była rzymską prowincją przez osiemdziesiąt i więcej lat - przez tak długi czas Rzymianie mogli zaiste przekonać się, że Żydami, mimo ich dumy, można dość łatwo rządzić, szanując jedynie ich religię. Trzymając się tej polityki, poprzednicy Gratusa wstrzymywali się od wszelkiego mieszania się w uświęcone ustawy poddanych. Inną drogą poszedł Gratus, a pierwszą oficjalną jego czynnością było odsunięcie arcykapłana Annasza, a powierzenie tej godności Ismaelowi synowi Fabusa.

Czy postanowienie to wyszło od Augusta, czy było pomysłem wielkorządcy, szybko okazało się, że było bardzo niepolityczne. W owym czasie były w Judei dwa stronnictwa: możnych, czyli arystokratów i separatystów, czyli stronnictwo ludowe; po śmierci Heroda złączyły się obydwa przeciwko Archelausowi i walczyły z nim pomyślnie w świątyni, w pałacu, w Jerozolimie i w Rzymie, często podstępnymi intrygami, a czasem i orężem. Nieraz święte

przybytki na Moria rozbrzmiewały okrzykami walczących; w końcu wygnanie nienawistnego Archelausa uczyniło zadość niechęci Żydów. Możni nie cierpieli arcykapłana Joazara: separatyści, przeciwnie, byli jego gorliwymi zwolennikami. Skoro stan rzeczy, zaprowadzony przez Heroda, wraz z Archelausem runął, Joazar stracił również na znaczeniu, a możni na jego urząd wprowadzili Annasza, syna Seta, co spowodowało zupełny rozdział stronnictw, straszną ku sobie wrzących nienawiścią. W walce z egzarchą nauczyli się możni intrygowania z Rzymem; mając zawsze swoje osobiste cele na oku, podsunęli tam myśl zamienienia Judei na rzymską prowincję. Ten niepatriotyczny krok oburzył separatystów i popchnął ich do rozpoczęcia walki, a przyłączenie Samarii wypadło na niekorzyść możnych, którzy, mniej liczni, stracili dawne znaczenie. Jakkolwiek bądź możni potrafili utrzymać się przez pięćdziesiąt lat w świątyni i w pałacu, aż do przybycia Waleriusza Gratusa.

Annasz był najwierniejszym sługą swego cesarskiego protektora; rzymski garnizon zajmował fort Antonia. rzymska straż pilnowała pałacu; rzymski system podatkowy niszczył miasto i okolicę: co dzień, co godzinę, w tysiączny sposób naród był grabiony i dręczony. Niezadowolenie, rozpacz, ogarniały naród, jednak Annasz umiał je hamować. Gdy mimo to musiał na rozkaz Gratusa oddać swoją władzę Ismaelowi, przyłączył się do partii separatystów. Tym sposobem Gratus został osamotniony, a pożar, który przez lat pięćdziesiąt tlał pod dymiącymi zgliszczami, wybuchnął nowym płomieniem. W miesiąc po objęciu rządów przez Ismaela, uznał Gratus za stosowne wysłać silny oddział wojska, aby wzmocnić załogę fortu Antonia.

Mając w pamięci to, o czym przed chwilą mówiliśmy, przenieśmy się do ogrodów pałacu na górze Syjon. Było to koło południa, w drugiej połowie lipca, a więc w najgorętszej części lata.

Ogród otaczały budowle, wzdłuż których znajdowały się galerie i altany. Sam ogród zachwycał oko umiejętnie wyciętymi wśród trawników ścieżkami, pięknością i ugrupowaniem drzew oraz najwyszukańszymi gatunkami palm, brzoskwiń i orzechów. Cały czworobok ogrodu nachylał się ze wszystkich stron ku środkowi, gdzie był basen marmurowy, zaopatrzony w kilku miejscach drzwiczkami, a raczej zasuwami, którymi, gdy je podniesiono, wody skraplały pobliskie trawniki, chroniąc je od posuchy.

W pobliżu tego basenu, a raczej wodotrysku, w cieniu rozłożystych palm, siedziało dwóch chłopców żywo z sobą rozmawiających. Jeden mógł mieć około lat dziewiętnastu, drugi siedemnastu.

Obaj byli piękni, na pierwsze wejrzenie można ich było wziąć za braci, bo obaj mieli ciemne włosy i oczy i ogorzałe twarze.

Starszy siedział z odkrytą głową, płaszcz porzucił na ławę; tunika, sięgająca kolan zdradzała Rzymianina. W rozmowie jego z towarzyszem przebijała duma arystokraty rzymskiego. I nie można się temu dziwić, gdyż w owych czasach tylko arystokracja miała poważanie. W wielkich walkach pierwszego Cezara z licznymi nieprzyjaciółmi ród Messalów wsławił się niezwykłymi bohaterskimi czynami. Później cesarz Oktawian Flawiusz, odwdzięczając się za przysługi oddane krajowi, obsypał całą rodzinę zaszczytami. Gdy Judea stała się rzymską prowincją, wysłał cesarzowi Messalę, ojca młodzieńca, którego widzimy siedzącego w ogrodzie, do Jerozolimy, aby administrował sprawami podatkowymi. Jako wysoki urzędnik cesarski, mieszkał Messala w pałacu królewskim wraz z arcykapłanem żydowskim. Wiedział młodzieniec, jak ważne stanowisko zajmuje jego ojciec i jakie stosunki łączą go z cesarzem. Stąd jego zarozumiałość.

Towarzysz Messali był szczuplejszy, suknie miał z cienkiego białego płótna, krojem przeważnie noszonym w Jerozolimie; sukienne nakrycie głowy tak było udrapowane, że od czoła spadało na plecy i przytrzymywał je żółty sznur. Kto by baczniej badał rysy i cechy szczepowe, poznałby w nim natychmiast Żyda. Czoło Rzymianina było wysokie i wąskie, nos orli, usta wąskie, oczy zimne i schowane pod brwiami. Przeciwnie czoło Izraelity niskie i szerokie,

długi nos o rozwartych nozdrzach, małe usta, wygięte ku dołowi niby łuk bożka Kupidyna, oczy duże, twarz poważna. Uroda Rzymianina była klasyczna, Żyda przyjemna i olśniewająca.

- Nie mówiłeś, że nowy prokurator ma jutro przyjechać?

Pytanie to zadał młodszy chłopiec, a wypowiedział je po grecku, bo język ten dziwnym przypadkiem był używany we wszystkich politycznych kołach Judei, z pałacu przeszedł on do obozu i szkoły, skąd nie wiedzieć jak i kiedy dostał się nawet do świątyni, a nawet poza świątynię, bo do furt i cel.

- Tak, jutro - odpowiedział Messala.

- Któż ci to mówił?

- Słyszałem jak to mówił do mego ojca Ismael, nowy namiestnik pałacu - wy go nazywacie arcykapłanem. A także dowiedziałem się dziś rano od setnika z fortu. Mówił, że przygotowują wszystko na jego przyjęcie; żołnierze czyszczą hełmy i tarcze, złocą orły, wietrzą i czyszczą dawno nie używane komnaty.

Po chwili milczenia odezwał się znowu Messala.

- W tym ogrodzie żegnaliśmy się niegdyś, ostatnie twoje słowa były: Pokój Pana niech będzie z tobą! - Na to odpowiedziałem ci:

- Bogowie niechaj cię strzegą. - Czy pamiętasz tę chwilę? Ile to lat temu być może?

- Pięć - odpowiedział Żyd, patrząc w wodę.

- Zaiste, powinieneś mi być wdzięczny za życzenie - czy bogowie w tym pomogli, mniejsza o to, dość, że wyrosłeś pięknie. Grecy nazwaliby cię pięknym - trudno żądać więcej u progu młodości! Szkoda, że Jowisz zadowolony z Ganimeda, jednak jakiż podczaszy byłby z ciebie dla cezara! Powiedz, mi, mój Judo, czemu przybycie prokuratora tak bardzo cię zajmuje!

Juda zwrócił swe piękne oczy na pytającego, ten wzrok tak był poważny i zamyślony, że zmusił Rzymianina do spojrzenia w oczy mówiącemu.

- Tak, pięć lat. Przypominam sobie pożegnanie: ty pojechałeś do Rzymu, patrzyłem na twój odjazd z płaczem, bo kochałem cię. Lata przeszły, wracasz wykształcony, wytworny, książęcy - tak, nie żartuję; a przecież - przecież - pragnąłbym widzieć cię takim, jakim cię pożegnałem.

- Naprawdę, w czymże się zmieniłem, w czymże nie jestem dawnym Messalą? "Zrozum dobrze przeciwnika, zanim mu odpowiesz", mówi pewien sławny filozof. Pozwól więc, abym cię zrozumiał.

Chłopiec zarumienił się pod cynicznym spojrzeniem dawnego przyjaciela, nie mniej odpowiedział stanowczo:

- Jak widzę, umiałeś korzystać ze sposobności, od twoich nauczycieli wiele się nauczyłeś i nabrałeś wdzięku. Mówisz ze swobodą mistrza, a przecież mowa twoja boli. Mój Messala, gdy odjeżdżał, nie miał trucizny w duszy i za nic w świecie nie chciałby dotknąć przyjaciela.

Rzymianin uśmiechnął się z zadowoleniem, jakby po usłyszeniu pochwały i podniósł głowę wyżej:

- O mój uroczysty Judo, nie wierzysz chyba w wyrocznie; porzuć więc ton wyroczni bądź szczery. Czymże cię uraziłem?

Zapytany westchnął głęboko i rzekł, bawiąc się sznurkiem u pasa: - W ciągu tych pięciu lat i ja nauczyłem się czegoś. Hillel może nie sprosta logikowi, którego słuchałeś, a Symeon i Shammai są bez wątpienia nie tak sławni, jak twój mistrz przy Forum. Ich nauka jednak nie prowadzi na wątpliwe drogi; ci, co siedzą u ich nóg, wstają uzbrojeni poszanowaniem Boga i praw Izraela oraz napełnieni miłością wszystkiego. Pilność, z jaką uczęszczałem do Wielkiego Kolegium, studia nad tym, co tam słyszałem, nauczyły mnie, że Judea nie jest tym, czym była. Znam przestrzeń, jaka leży między niepodległym królestwem i małą prowincją, jaką jest Judea; byłbym niższym, podlejszym od Samarytanina, gdybym nie czuł poniżenia mej ojczyzny. Ismael nie jest prawnie arcykapłanem i nie może nim być, póki szlachetny Annasz żyje. A jednak jest on Lewitą, z rodu od wieków poświęconego na służbę Bożą.

- Tak, rozumiem nareszcie, Ismael, mówisz, jest intruzem. Messala przerwał, mówiąc z szyderskim śmiechem:

- Na pijanego Bachusa, co to jest być Żydem! Wszyscy ludzie i rzeczy, nawet niebo i ziemia zmieniają się, ale Żyd nigdy. Dla niego nic się nie cofa, ani nie idzie naprzód, jest zawsze tym, czym byli jego przodkowie. W tym piasku narysuję ci koło - tu! Teraz powiedz mi, czym więcej jest życie Żyda? Ciągle tylko w koło, Abraham tu, Izaak i Jakub tam, a Bóg w środku. Ale prawda, koło, na Jowisza, zrobiłem za duże... muszę je na nowo narysować.

- Schylił się, położył duży palec na ziemi i ręką zatoczył koło. - Patrz, znak dużego palca to świątynia, linia reszty palców to Judea. Czyż poza tą małą przestrzenią nie ma nic, co by miało wartość? Może sztuka? Herod był architektem, wyklęliście go. Malarstwo, rzeźba? Podziwiać je, to grzech. Poezję przykuliście do ołtarzy, wymowę kształcicie tylko w synagodze. Wojna? W wojnie, co w sześciu dniach zyskacie, w siódmym utracicie. Takie wasze życie, taki wasz widnokrąg. Czyż nie prawda? I któż może mi brać za złe, że się z was naśmiewam. Czymże jest wasz Bóg, jeśli mu wystarcza cześć takiego narodu? Czymże jest w porównaniu z naszym Jowiszem, który daje rzymskim orłom zwycięstwo i pozwala zawładnąć całym światem? Hillel, Symeon, Shammai - czymże oni wobec mistrzów, którzy uczą, że należy poznać wszystko, co tylko poznane być może?

Żyd wstał mocno zaczerwieniony.

- Nie, nie, zostań Judo, zostań! - zawołał Messala wyciągając ręce.

- Szydzisz ze mnie.

- Posłuchaj jeszcze trochę, wnet skończę - rzekł Rzymianin. - Wdzięczny ci jestem, że opuściłeś progi starego domu ojców twoich i przyszedłeś mnie powitać oraz odnowić miłość lat dziecięcych, jeśli to będzie w naszej mocy. Słusznie powiedział mój nauczyciel w swej pożegnalnej mowie: "Idź, a jeśli chcesz się wsławić, pamiętaj, że Mars panuje, a Eros przestał być ślepym." Słowa te znaczą: że miłość jest niczym, a wojna wszystkim. Tak jest w Rzymie, gdzie małżeństwo jest pierwszym krokiem do rozwodu, cnota towarem dla kupca. Świat cały idzie tym śladem, dlatego padł Eros, a górą Mars! Więc... i ja będę żołnierzem, a ty. Judo? Lituję się nad tobą, bo czymże ty być możesz?

Żyd odsunął się od mówiącego, zwracając się ku stawowi; Messala zaś mówił dalej, coraz zwalniając mowę dla większego wrażenia:

- Tak, lituję się nad tobą, mój piękny Judo. Ze szkoły do synagogi, potem do świątyni, potem - o szczycie sławy - miejsce w Sanhedrynie! Życie bez czynów, bez wawrzynów; niech cię wspierają bogowie. Ale ja...

Juda podniósł właśnie wzrok na mówiącego i ujrzał rumieniec dumy oświecającej twarz Rzymianina, gdy mówił te słowa.

- Ale ja, ach! Jeszcze nie cały świat podbity, może są jeszcze wyspy nieznane, a na północy dość dzikich narodów. Zresztą, wszak Aleksander nie dokonał wszystkiego, i droga na daleki Wschód zaświeci sławą dla kogoś... Patrz, ile zadań godnych Rzymianina.

Po chwili wytchnienia mówił dalej.

- Wyprawa do Afryki, potem na Scytów; dalej - legion! Tu często bywa kres kariery, ale nie mojej. Ja - na Jowisza! Co za myśl! Ja zmienię legion na prefekturę. Pomyśl tylko: żyć w Rzymie i mieć pieniądze! Pieniądze, to mieć: wino, kobiety, igrzyska, poetów przy uczcie, intrygi u dworu, zabawy przez cały rok. Do takiego trybu życia wiedzie - tłusta prefektura, i tak żyć myślę w Syrii! Judea jest bogata, a Antiochia warta być siedzibą bogów! Będę następcą Cyreniusza, a ty - ty będziesz dzielił szczęście moje.

Sofiści i retorycy tak licznie występujący na zgromadzeniach rzymskich i zajmujący się nauczaniem patrycjuszowskiej młodzieży, pochwaliliby mowę Messali, bo to co mówił, było nader popularne. Dla młodego Żyda, przeciwnie, wszystko to było niezrozumiałe, sprzeciwiające się zasadom, w których był wychowany. Prawa, zwyczaje i cele jego narodu zakazywały satyry i humoru, nic więc dziwnego, że słuchając przyjaciela, rozmaitych doznawał uczuć; na przemian to był oburzony, to znów niepewny, jak rozumieć to, co ten mówił. Zrazu ton wyższości, obrażał go, rychło oburzenie zmieniło się w rozdrażnienie, w końcu jednak uszczypliwość wywołała gniew niepohamowany. I nic dziwnego, za czasów Heroda patriotyzm żydowski był namiętnością, ledwie odrobiną obojętności pokrytą, a tak złączony z historią, religią i Bogiem, że każde szyderstwo w tym kierunku musiało oburzać i gniewać Izraelitę. Dlatego też Juda, w czasie wywodów Messali, zwłaszcza po przejściu do ostatniej pauzy, przeszedł straszliwe tortury. Dotknięty boleśnie w swych uczuciach religijnych i narodowych, rzekł z wymuszonym uśmiechem.

- Jak słyszałem, są ludzie, którzy umieją żartować ze swej przyszłości; co do mnie, bądź przekonany, mój Messalo, nie należę do nich.

Rzymianin popatrzył na niego, a potem rzekł:

Czemuż by prawda nie mogła się równie dobrze mieścić w żarcie jak w opowieści? Wielka Fulwia poszła pewnego dnia ryby łowić, i nałapała ich więcej niż całe towarzystwo; mówiono, że to dlatego, iż miała haczyk złocony.

- Więc nie żartowałeś?

- Widzę, że nie dość ci ofiarowałem - odparł prędko Rzymianin, a oczy jego zaświeciły szyderstwem. - Gdy mnie Judea na prefekturze wzbogaci, zrobię cię arcykapłanem.

Żyd odwrócił się gniewnie.

- Nie opuszczaj mnie - rzekł Messala.

Juda stanął, wahając się.

- Cóż za upał? - zawołał patrycjusz - poszukajmy cienia.

Żyd odparł chłodno:

- Raczej przejdźmy się, lepiej by było, abym wcale tu nie przychodził. Szukałem przyjaciela, znalazłem...

- Rzymianina - rzekł szybko Messala.

Ręce Żyda zacisnęły się z gniewu, ale opanowując się, odszedł.

Messala również powstał, wziął płaszcz z ławki, zarzucił go na ramiona i poszedł za nim, a gdy się zrównali, położył rękę na ramieniu Judy i szli razem.

- Tą samą drogą i w ten sam sposób ręka w rękę, będąc dziećmi, chodziliśmy tędy. Chodźmy tak aż do bramy.

Na pozór Messala chciał był uprzejmym i grzecznym, nie mógł jednak pozbyć się szyderczego tonu, który stał się już właściwością jego ducha. Juda mimo to pozwalał na poufałość.

- Jesteś jeszcze chłopcem, a ja już mężczyzną, pozwól mi mówić z sobą, jak na męża przystoi.

Gdy Juda nie przeczył, zadowolenie Rzymianina stało się wyraźne, prawie zabawne. Mentor nauczający Telemaka, nie mógł być innym i swobodniejszym od niego, gdy rzekł:

- Czy wierzysz w Parki? Ach! zapomniałem, że jesteś saduceuszem, szkoda... już wasi esseńczycy są rozumniejsi, bo wierzą w nie. Jak im nie wierzyć, kiedy one stają wiecznie na drodze każdego człowieka czynu! Powezmę zamiar, utoruję drogę, nagle gdy osiągnąłem cel, gdy świat trzymam w ręku - trzask! Słyszę za sobą zgrzyt nożyczek i oto ona! Ona, przeklęta Atropos! Dlatego, czemu się na mnie rozgniewałeś. Judo, gdy mówiłem, że nastąpię po starym Cyreniuszu? Może myślałeś, że chcę się wzbogacić zniszczeniem, zrabowaniem Judei? A gdyby tak nawet było, czy sądzisz, że nie ma Rzymian, którzy by o tym nie marzyli? Jeśli ktokolwiek ma to uczynić, czemu by nie ja?

Na te słowa Juda przystanął i rzekł:

- Przed Rzymianami jeszcze inni cudzoziemcy rządzili Judeą, gdzież ich szukać, Messalo? Wszystko minęło, a Judea żyje! Co się raz zdarzyło, znowu zdarzyć się może!

Messala przybrał dawny szyderczy ton:

- Jak widzę, nie tylko esseńczycy wierzą w potęgę Parki! Witam cię i pozdrawiam w tej wierze!

- Nie, Messalo, nie należę do esseńczyków, nie zaliczaj mnie do nich. Wiara moja oparta na skale, która była fundamentem wiary mych ojców, jeszcze zanim żył Abraham, polega ona na przymierzu Pana z Izraelem.

- Za dużo namiętności w twej odpowiedzi. Judo. Nauczyciel mój zgorszyłby się bardzo, gdyby mnie kiedy ujrzał w takim uniesieniu. Chciałem ci jeszcze coś powiedzieć, ale lękam się.

Gdy w milczeniu uszli kawałek drogi. Rzymianin rozpoczął na nowo:

- Myślę, że już ochłodłeś i że potrafisz mnie posłuchać, zwłaszcza, że to co powiem, dotyczy ciebie samego. Chętnie chciałbym ci się przysłużyć, bo kocham cię - o ile mogę i umiem. Czemu, powiedz mi, nie miałbyś wyjść z tego ciasnego koła, które, jak ci to wykazałem, obejmuje wszystko, na co wasze prawa i obrządki pozwalają?

Juda milczał.

- Kim są mędrcy naszych czasów? - mówił dalej Messala. - Nie ci zaiste, którzy trawią dni swoje na sprzeczkach o minione rzeczy, o Baala, Jowisza, czy Jehowę, o naukę i religię. Powiedz mi. Judo, jedno wielkie imię, wszystko mi jedno, gdzie je znajdziesz - w Rzymie, Egipcie, na Wschodzie, czy tu w Jerozolimie. Niech mnie Pluton porwie, jeśli to imię nie będzie imieniem człowieka, który zdobył sławę za pomocą materiału, jakiego mu obecna dostarczyła chwila. Rozumny jest ten, kto z okoliczności korzystać umie. Wszak nie inaczej czynił Herod? Nie inaczej pierwszy i drugi Cezar! A więc naśladuj ich i zacznij zaraz. Rzym poda ci równie chętnie rękę jak Antyparowi z Idumei.

Żyd drżał, z oburzenia, a widząc, że brama ogrodu niedaleko, przyspieszył kroku, pragnąc jak najprędzej uciec.

- O Rzym, Rzym! - powtarzał półgłosem.

- Bądź mądry i roztropny - ostrzegał Messala - Porzuć szaleństwa Mojżesza wraz z podaniami, patrz na rzeczy, jakimi są. Popatrz w twarz rzeczywistości, a ona ci powie: że Rzym, to świat! Pytaj o Judeę, a usłyszysz, że ona jest tym, czym Rzym chce, aby była.

Stanęli u bramy. Juda usunął delikatnie rękę Messali z ramienia swego i przystanąwszy, rzekł ze łzami:

- Rozumiem cię, jesteś Rzymianinem, dlatego nie możesz mnie zrozumieć, bo jestem Izraelitą. Zadałeś mi dziś wielki ból, bo przekonałem się, że nigdy już nie będziemy przyjaciółmi, jak dawniej... nigdy, tu rozłączmy się i niech pokój Boga ojców moich będzie z tobą!

Messala podał odchodzącemu rękę, milczał chwilę, a gdy Juda zniknął, rzekł do siebie, podnosząc głowę:

- Niech i tak będzie. Eros umarł, Mars panuje.