Prolog
To beznadziejne uczucie zatracić się w toksycznej relacji i zgubić w niej siebie. Tak naprawdę nie zdajesz sobie sprawy, że ten związek
wywiódł cię na manowce, że znikasz. I chociaż ludzie, którzy cię
kochają, biją na alarm, dostarczają dowodów i błagają, byś się ratował,
wrócił do swego poprzedniego życia, ty po prostu nie przyjmujesz tego do
wiadomości. Nie chcesz ich słuchać.
Wydawało mi się, że prowadziłem normalne życie u boku osoby, którą bez
pamięci kochałem, a która postanowiła mnie nieustannie naprawiać,
poprawiać, wszystko we mnie zmieniać. Dla niej nie byłem wystarczająco
dobry, mądry, zdolny, pracowity. W jej oczach byłem tylko kawałkiem
plasteliny, z którego można ulepić to, co się chce...
Muzyka była moją pasją, moim życiem, ale wtedy i ona umarła.
Umarły rodzinne więzi. Przestałem spotykać się z przyjaciółmi.
Zapomniałem o całym świecie, w tym o sobie.
Był piątkowy wieczór, gdy usłyszałem pukanie do drzwi. Wiedziałem, kto
jest po drugiej stronie. Mój brat z przyjaciółmi. Siedziałem na sofie z moją dziewczyną, która spojrzała na mnie ze złością.
W jej spojrzeniu wyczytałem: "Oni albo ja".
Przeczołgałem się pod oknem, dotarłem do włącznika światła i - niczym
szpieg - zgasiłem lampkę w salonie, by wszystko wskazywało na to, że
nikogo nie ma w domu.
Jeszcze kilka razy zapukano do drzwi i zapadła cisza. Siedzieliśmy razem
w ciemności, dumni z naszego mistrzowskiego spisku mającego na celu
uniknięcie spotkania z moim bratem i przyjaciółmi.
Miesiąc później mój brat Mattia zaprosił mnie do siebie. Spojrzał na
mnie z pogardą.
- Stary, widziałem, jak przekradałeś się pod oknem, by zgasić światło.
To było żałosne - powiedział, a ja wiedziałem, że miał rację. Obiecałem
sobie, że nigdy więcej nie zejdę na tak niski poziom. Oczywiście później
upadłem jeszcze niżej, skrobiąc dno od spodu.
Stałem przy oknie, zapatrzony w pustkę, nie reagując na słowa Mattii.
- Co ty odwalasz? - głos brata, ostrzejszy niż kiedykolwiek, przebił
ciszę jak nóż. Nie odwróciłem się.
Mattia podszedł bliżej, jego kroki były zdecydowane.
- Popatrz na siebie! Umierasz za życia! - krzyknął, gdy stanął tuż za
mną. Jego słowa były jak ciosy, ale ja nadal milczałem, otulony
niewidzialną zbroją apatii. - Straciłeś zapał nawet do muzyki, którą
przecież kochałeś. Co się z tobą stało? - mówił dalej, a jego głos
złagodniał, choć wciąż był pełen frustracji.
Wreszcie odwróciłem się, spojrzałem na niego pustymi oczami.
- Nie rozumiesz - wymamrotałem, choć sam nie byłem pewien, co chciałem
mu przekazać.
- Jak to nie rozumiem? Muzyka była twoim życiem, a teraz... Co, po
prostu ją porzuciłeś? Nie chcę patrzeć, jak tracisz siebie, jak zanikasz
w tej toksycznej relacji. Musisz się obudzić! - Mattia złapał mnie za
ramiona, próbując wstrząsnąć mną dosłownie i w przenośni.
Uniknąłem jego spojrzenia, wzrok skierowałem w dół.
- To nie takie proste - wyszeptałem.
- To właśnie jest proste! Tylko ty to komplikujesz. Obudź się,
człowieku! Zobacz, co robisz sobie i nam. To, co kiedyś w tobie
podziwiałem, gaśnie. Nie pozwolę ci tak po prostu zniknąć - Mattia
puścił mnie, odwrócił się i wyszedł, zostawiając mnie samego z jego
słowami, które powoli zaczęły przenikać przez moją obojętność.
W jego głosie było coś więcej niż złość. Była desperacja i strach o mnie, ale wtedy jeszcze tego nie widziałem. Dopiero później zrozumiałem
wagę jego słów, gdy zdecydowałem się walczyć, by znów znaleźć siebie.
Dzień później zadzwonił do mnie i powiedział, że wyjeżdża do Francji.
Przyjąłem tę wiadomość i nawet nie próbowałem go powstrzymać.
Niech jedzie, pomyślałem. Ja miałem przecież swój świat i Laure.
Staczałem się po równi pochyłej.
Mojej ukochanej przyszło do głowy, że brakuje mi przydatnej cechy zwanej
osobowością. Według niej nie miałem własnego zdania, żadnej prawdziwej
pasji ani nawet tego czegoś, co mogłoby ją rozbawić.
Zamieniła mnie w psa łapiącego swój ogon.
Im bardziej oczekiwała, że powiem coś ciekawego, zadziwię ją, tym
bardziej każde moje wypowiedziane do niej zdanie wydawało mi się
fałszywe.
Był niedzielny wieczór, siedzieliśmy na sofie, przed nami na ekranie
telewizora leciał kolejny odcinek angielskiego durnego serialu w stylu
reality show. Moje próby komentowania były, delikatnie mówiąc, mniej
niż udane.
- Nie, no, zobacz co ona zrobiła... To takie... - próbowałem wtrącić
coś, co miało być dowcipnym komentarzem na temat postaci z serialu.
Ona spojrzała na mnie, podniosła rękę i uderzyła się w czoło.
- Widzisz - powiedziała z wyraźną irytacją. - To był głupi komentarz.
Ani śmieszny, ani mądry, ani dowcipny.
Poczułem, że każde moje słowo było rozpatrywane i osądzane, a każdy mój
komentarz oceniany jako głupi.
- Próbuję coś zrobić, żeby było miło - odpowiedziałem zrezygnowany. -
Naprawdę próbuję.
- Ale nie o to chodzi, żebyś się starał w ten sposób. Nie chodzi o to,
byś kupował książki o muzyce tylko po to, by udowodnić, że ci na niej
zależy - jej głos był pełen frustracji.
- Wiem, ale... - zacząłem, ale szybko zamilkłem, zdając sobie sprawę, że
brnę w coraz większe gówno. Książki o muzyce leżały na stoliku, jeszcze
w folii. Były symbolem mojego forsowanego zainteresowania, a nie
autentycznej pasji.
Wiedziałem jedno: byłem w niezłym gównie. I wiedziałem, że śmierdzi tak,
że nie mogłem wytrzymać, ale ja nadal w nim siedziałem.
Kochałem ją. Kochałem tak bardzo.
Jednak przyszedł ten dzień, gdy musiałem dokonać wyboru: iść w prawo czy
skręcić w lewo.
Wcześniej czy później zawsze nadchodzi taki dzień, gdy musisz podjąć
decyzję, która zmieni twoje życie i cały twój świat. Każdy ma taką
chwilę, gdy nagle zaczyna we wszystko wątpić.
Pamiętam, jak siedziałem oparty o odrapaną ścianę i płakałem (a przecież
normalnie płaczę tylko ze śmiechu). Nigdy wcześniej ani nigdy potem tak
nie płakałem. Ból zaciskał mi klatkę piersiową.
Strata boli, kurewsko...
Czułem się, jakby moja dusza została wrzucona do niszczarki dokumentów,
a jedyną rzeczą, która została ze mnie, było moje ciało.
Czy można kochać kogoś tak bardzo, tak mocno, że kiedy go tracisz, to
tracisz absolutnie wszystko? Jesteś jak zapalona świeczka wystawiona na
wiatr. Ja tak się czułem. Zostawiła mnie. Wyrzuciła ze swojego życia,
jak wyrzuca się śmieć nienadający się nawet do recyklingu. Może
powinienem być mniej uczuciowy, mniej wrażliwy...
Tkwiłem na ulicy, zapatrzony w zamknięte drzwi jej mieszkania w angielskim bliźniaku, czując, jak każda cząstka mojego ciała odmawia
posłuszeństwa. Ulice miasta pogrążały się w wieczornej mgle, a ja stałem
jak zahipnotyzowany, nie mogłem się ruszyć. Moje serce biło nierówno,
przerywając ciszę przeciągłym echem mojego bólu. Próbowałem zrozumieć,
co poszło nie tak. Byłem dla niej jak otwarta księga, dałem jej klucz do
mojego tajemniczego ogrodu i dostęp do wszystkich moich najbardziej
skrywanych tajemnic. A ona... Ona bez cienia wahania, jednym cynicznym
gestem to wszystko odrzuciła. Chłodny wiatr przeszył mnie na wylot, ale
nie czułem zimna. Jakiś facet przechodzący chodnikiem potrącił mnie
przypadkiem i zamiast przeprosić, warknął: "Niech się pan stąd ruszy, tu
nie dzielnica dla bezdomnych". Nie mogłem tego zrobić. Byłem zbyt
pogrążony w moim własnym świecie rozpaczy, zbyt zajęty analizowaniem
każdej chwili, każdego spojrzenia, każdego dotyku, szukając odpowiedzi
na pytanie, które dręczyło mnie najbardziej: dlaczego?
Trzęsąc się z zimna, zadawałem sobie miliony pytań, na które nie
znajdowałem odpowiedzi. Może faktycznie powinienem być mniej uczuciowy,
mniej wrażliwy? Bardziej konkretny, pragmatyczny, materialistyczny...
Może powinienem nauczyć się chować emocje głębiej, nie pozwalać im
dyktować, jak mam żyć? Być takim facetem, jakich opisują w kobiecych
czasopismach? Ale wtedy... Czy byłbym jeszcze sobą? Czy nie straciłbym
tej części mnie, która sprawiała, że byłem wyjątkowy w jej oczach,
przynajmniej przez jakiś czas?
Podniosłem wzrok na niebo, gdzie pierwsze gwiazdy zaczynały mrugać w mroku - mimo mgły, która robiła się coraz gęstsza - jakby próbowały
przemówić do mnie w języku, którego jeszcze nie rozumiałem. Może gdzieś
tam, wśród tych nieskończonych przestworzy, kryła się odpowiedź? Może
tam, gdzieś między gwiazdami, sam mógłbym znaleźć ukojenie dla mojej
obolałej duszy?
TERAZ
Brudny świat
Każdy ma do opowiedzenia własną historię. Każdy pisze swój własny
scenariusz pod tytułem Moje życie. Niektóre życiowe adaptacje to
prawdziwe dramaty wypełnione stratą, bólem, lekami na receptę, rzekami
łez, złamanymi sercami i wszystkim tym, co możesz sobie wyobrazić.
Niektóre są czystą dekadencją, jak w filmie Las Vegas Parano.
Rozciągnięte między światłem a ciemnością, ze wzlotami pod samo niebo i upadkami aż do piekielnych czeluści, przepełnione pasją i nienawiścią,
przygodami i walką o to, by przetrwać.
Ale większość ludzi opisuje swoje życie w znacznie prostszym stylu,
przedstawiając je jako spokojne, nieobfitujące w szczególne wydarzenia.
Może być niezwykle szczęśliwe lub bardzo smutne. Czasem po prostu
zwyczajne...
A jednak każda z tych historii jest wyjątkowa, tak jak każda komórka
ludzkiego ciała.
Cóż, moja historia jest historią chłopaka, który nie wierzył w siebie,
ale z biegiem lat to się zmieniło. Jedno jest pewne: próbując odnaleźć
siebie, popełniłem w życiu kilka niewiarygodnych głupstw, co nie zmienia
faktu, że jestem artystyczną duszą, wrażliwcem z sercem na dłoni. Pisząc
tę książkę, powtarzałem sobie, że podczas gdy ja tu opowiadam o zasranych iPhone'ach, studenckim życiu, koncertach, ktoś ratuje słonie w Kongo albo ma potajemny romans z jakimś politykiem. Jednak uznałem, że
chcę wam o tym wszystkim opowiedzieć, bo to historia walki o własną
tożsamość.
Doszedłem do wniosku, że aby zaciekawić odbiorcę, nie wystarczy tylko
sama historia, ważne jest to, jak ją opowiesz, by czytelnik wyniósł z niej coś dla siebie. Możesz oglądać wysokobudżetowe hollywoodzkie filmy
akcji z tysiącem efektów specjalnych, a po seansie stwierdzisz, że to
nie to, ale możesz też zanurzyć się w filmie z prawie zerowym budżetem,
w którym przyglądasz się relacji między dwojgiem ludzi i to może cię
zachwycić. To samo dotyczy historii waszego czy mojego życia.
Postanowiłem przelać na papier wydarzenia, które przeżyłem (tylko w niektórych miejscach trochę je ubarwiając), w formie jak najbardziej
szczerej. Przytoczę tutaj cytat z Philipa Rotha, amerykańskiego pisarza,
który narrację w swoich książkach budował na historii i życiu własnej
rodziny, często narażając się na jej niezadowolenie. W książce
Przeciwżycie napisał:
Ekshibicjonizm wybitnego artysty łączy się z jego wyobraźnią; fikcja
jest dla niego żartobliwą hipotezą i zarazem poważną supozycją,
imaginacyjną formą dociekania - wszystkim, czym nie jest
ekshibicjonizm.
Postanowiłem więc zagłębić się w historię mojego życia i się nią z wami
podzielić. Moje i wasze życie to pewnego rodzaju mapa, którą - kawałek
po kawałku - rysujemy swoimi zachowaniami, pasjami, miłościami i wyborami. Swoimi głupotami, błędami i szaleństwami. W ten sposób
zaznaczamy na mapie odległości, nanosimy na nią nazwy i miejsca, które
musimy jeszcze poznać. Nie ma i nigdy nie będzie podobnej mapy na
planecie Ziemia. Będzie to wyjątkowy ślad po naszej podróży, który - jak
każda mapa - może posłużyć innym.
To zaczynamy.
***
Wszyscy myślą, że życie muzyka to tylko ćpanie, dupy po koncertach i wielkie bogactwo. Może z niektórymi rzeczami bym się zgodził, ale nie z tym, że każdy zespół i każdy, kto działa w tak zwanym show-biznesie,
jest kurewsko bogaty. Raczej na takiego pozuje... Ludzie potrafią się
skurwić, to jedno, potrafią też dużo upozorować.
Życie w showbizie to bywanie nie tylko na wielkich eventach, ale też na
pokazach smażenia kiełbasek czy gotowania jajek. Na nudnym spotkaniu z wytwórnią, z którego chcesz spierdzielić, gdzie pieprz rośnie. W ogóle
mam czasem tak, że chcę uciec i nie wracać. Ale wiem, że muszę bywać, by
mnie sfotografowali, zrobili ze mną rolkę i takie tam... Im więcej
bywania, tym bardziej stajesz się rozpoznawalny.
Jest też muzyka, którą czuję i kocham. To moja stała miłość. A oprócz
tej stałości myślę, że życie to zmienna. Wszystko się zmienia, ewoluuje,
rozpierdala w drobny pył... Ale muzyka, ona jest w każdym z nas. Czasem
nieodkryta. A czasem słyszysz ją nie tylko w uszach, lecz także gdzieś w głębi duszy.
Show-biznes, jaki jest... Upiłem trochę czerwonego wina. To zepsuty
światek. Tak, są w nim fajni, wartościowi ludzie, ale też tacy, którzy
obciągnęli laskę producentowi, scenarzyście czy menedżerowi. Ale powiem
wam coś w sekrecie: najniebezpieczniejsze rekiny to management.
Zaraz o tym opowiem. Ale najpierw chcę wam powiedzieć, że wraz z bratem
tworzymy zespół BeMy, wymawiany po angielsku bimaj, bo nieraz byliśmy
przedstawiani jako "bemy".
W sercu wielkiego miasta, gdzie neony migały jak gwiazdy na nocnym
niebie, moje życie toczyło się w rytmie nieustających koncertów i spotkań branżowych. I niby tego chciałem, ale poza sceną czułem się
coraz bardziej obco. Świat wydawał się opierać tylko na pozorach i sukcesie. Pewnego wieczoru po koncercie znalazłem się na przyjęciu
organizowanym przez wytwórnię. Wśród dymu papierosowego i dźwięków
muzyki zauważyłem, jak ludzie fałszywie się uśmiechają, skrywając
prawdziwe intencje.
Fake it till you make it,1 pomyślałem, obserwując, jak każdy
próbuje przekonać innych o swojej wartości.
Podszedł do mnie menedżer i zaczął mi nawijać makaron na uszy o kolejnej
trasie koncertowej.
- To wasza szansa, Elie, możecie naprawdę wiele osiągnąć - przekonywał.
Ale ja czułem, że ta szansa ma swoją cenę.
W głębi serca tęskniłem za prawdziwą muzyką, którą czułem i grałem na
początku swojej kariery. Przypomniałem sobie nasze pierwsze utwory,
pełne emocji i szczerości, kiedy z Mattią graliśmy naszą muzykę bez
kompromisów, nie biorąc pod uwagę wymagań stacji muzycznych.
Znajdowałem się w luksusowej willi, na prywatnej imprezie dla bogatych i wpływowych producentów ludzi z branży. Menedżer przedstawił mi tę
imprezę jako wyjątkową okazję, mówiąc, że moja obecność na takim
wydarzeniu może otworzyć drzwi do jeszcze większej sławy i wpływów.
Jednak rzeczywistość okazała się znacznie mniej kolorowa.
Atmosfera na miejscu była niepokojąca. Goście wydawali się
zainteresowani czymś więcej niż tylko naszą muzyką. Nasz występ szybko
przekształcił się w dziwną grę, w której byliśmy zmuszani do śpiewania
po polsku. Tak, czujemy się Polakami, chociaż urodziliśmy się we
Francji, ale czasami nie czujemy jeszcze tak dobrze polskiego języka.
Nasz menedżer, obserwując to z boku, wydawał się zadowolony. Dla niego
liczyło się tylko, że byliśmy "w dobrych rękach" osób, które mogły pomóc
w dalszej karierze. Po występie zostaliśmy z Mattią zmuszeni do
uczestnictwa w prywatnych rozmowach i negocjacjach, które miały na celu
"zainwestowanie" w naszą przyszłość. Szybko zrozumiałem, że inwestycja
ta miała bardzo mało wspólnego z muzyką.
Miałem ochotę uciec i dlatego ruszyłem w stronę toalety. I wtedy
zobaczyłem ją. Przepiękną, wysoką, młodziutką blondynkę, która
wychodziła z męskiej łazienki, a zaraz za nią wyszedł producent, który
miał na oko pięćdziesiąt pięć lat. Był wysoki, szczupły. Opalony.
Zapewne właśnie wrócił z jakichś modnych wakacji all inclusive na
Seszelach. Miał na sobie białą koszulę, spodnie szyte na miarę i buty -
najnowszy model Gucciego, limited edition, z centkowanej skóry. Z jego
przenikliwego wzroku emanowała pewność siebie i świadomość swojej mocy w branży. Czuć było woń pięciu darmowych Whiskey Sour, które wypił w ciągu
kilku minut. Zapach jego wody kolońskiej mieszał się z odorem potu
spływającego po jego czole. Zapinał sobie rozporek.
Facet odszedł, a my z blondynką spojrzeliśmy sobie w oczy.
- Ej, dlaczego to robisz? - zapytałem tę młodziutką, śliczną dziewczynę,
która mogła mieć nie więcej niż osiemnaście lat i która jedną ręką
zapinała suwak bluzki, a drugą ocierała śliczne usta.
- Ale co?
- No wiesz... - byłem zakłopotany.
- Obciągam?
- Tak. To jest...
- Ej, ja to lubię.
- Ten facet... - wskazałem głową na spoconego, zgarbionego mężczyznę,
który zapiął rozporek i podszedł do stołu. - Mógłby być twoim ojcem.
- Ale nie jest - wydęła usta. - Ma hajs, dom na Malcie i lubi, jak mu
robię loda.
- A ty jak się z tym czujesz? - nie wiem dlaczego o to pytałem, przecież
w ogóle mnie to nie obchodziło.
Wzruszyła ramionami.
- Jestem młoda, ładna, to korzystam. On chce mi wypromować piosenkę.
- Aaaaa... - westchnąłem. Nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć.
- Masz coś?
- Co?
- Coś mocniejszego.
- Nie...
- Szkoda - obejrzała mnie od stóp do głowy. - Fajny jesteś, ale widać,
że nie masz hajsu.
- Ale...
- Co?
- Ja bym nawet nie chciał.
- Moje usta zrobiłyby z twoim fiutem to, o czym marzysz, więc zaufaj mi,
chciałbyś, tylko że... - zachichotała - ...nie stać cię na mnie.
Miałem dość tej gadki. Zamiast wejść do toalety, poszedłem w głąb
korytarza, z którego było wyjście do ogrodu. Na tarasie stało kilka
stolików. Przy jednym z nich siedział popularny dziennikarz. Znałem jego
historię. Ludzie z branży wiedzą o sobie niemal wszystko. Bo wspólny
management, bo ta sypiała z tym, a ten z tamtym... Nie mogłem znaleźć
sobie miejsca, więc dosiadłem się do niego. Wyglądał już na dobrze
zrobionego.
Jego opowieść zaczęła płynąć jak rzeka, mętna i pełna zakrętów, które
trudno było przewidzieć.
- Jestem gejem... - wyznał ze smutkiem, jakby to było coś strasznego, a przecież nikt nikogo w dzisiejszych czasach nie powinien rozliczać z jego preferencji. Nie rozumiałem więc jego smutku. - A wszyscy myślą, że
nie jestem.
- A co twoja seksualność kogo obchodzi? - próbowałem zbagatelizować
sytuację, ale wiedziałem, że nie o to chodzi.
- Oj, ma... Ponoć teraz leci na mnie tyle lasek, więc gdybym im to
odebrał... Odebrałbym sobie oglądalność - odwrócił kieliszek w dłoniach,
jakby próbował znaleźć w nim odpowiedzi. - Wiesz, w tym całym
show-biznesie liczą się tylko pozory, kto z kim sypia, jak idą w górę
słupki słuchalności, oglądalności... - przerwał na moment, zastanawiając
się, czy powinien kontynuować. W jego oczach malowało się rozczarowanie.
- Miałem dostać własny program. Byłem umówiony z dyrektorką programową -
jego głos stał się cichszy, bardziej zawzięty. - Ale potem, nagle,
wszystko się zmieniło. Program dostał ktoś inny... - zatrzymał się,
jakby słowa paliły mu usta.
- Dlaczego? - spytałem, choć domyślałem się odpowiedzi.
- Bo jedna z dziewczyn, która miała niewiele wspólnego z talentem, a więcej z... elastycznością moralną, wskoczyła producentowi do łóżka -
jego ton był gorzki, pełen złości i rozczarowania. - I nagle, jak za
dotknięciem czarodziejskiej różdżki, to ona dostała program. A ja? -
spojrzał na mnie, a w jego oczach dostrzegłem mieszankę smutku i rezygnacji. - Ja zostałem z niczym.
- To obrzydliwe - nie mogłem powstrzymać się od komentarza, chociaż
wiedziałem, jak ten świat działa.
- Tak, ale taka jest prawda o tym świecie - westchnął ciężko. - Świat
pełen kłamstw, układów i fałszywych uśmiechów. Ale ja to w pewnym sensie
rozumiem - kontynuował, a jego głos nabrał innego tonu, jakby próbował
znaleźć usprawiedliwienie dla siebie i całej sytuacji. - Byłem młodym
chłopakiem, gdy zacząłem pracować w radiu jako asystent. Miałem szefową,
która bardzo mnie lubiła... Bardzo. Była ode mnie starsza o dobre
dziesięć lat, ale podobałem się jej. Obiecała gruszki na wierzbie -
powiedział na wydechu. Zawahał się na chwilę, jakby ważąc słowa, które
miały paść. - Zacząłem z nią sypiać - przyznał w końcu, unikając mojego
wzroku. - Nie dlatego, że mnie pociągała, ale dlatego, że nie miałem
ochoty parzyć jej kawy do końca życia. Wiesz, takie układy się
sprawdzają. Chciałem mieć swój program, a ona młodego fiuta w sobie.
- Ale jesteś gejem - powiedziałem, próbując zrozumieć jego motywację.
Zastanawiałem się, czy gejowi najnormalniej w świecie staje, kiedy
obcuje z kobietą.
Uśmiechnął się, pociągnął łyk alkoholu i odstawił szklankę na stół z wyraźną rezygnacją.
- No i? - jego uśmiech był gorzki, ale w jego oczach malowała się
pewnego rodzaju akceptacja. - Seksualność może być skomplikowana. Ale
wtedy... to było coś więcej niż tylko seks. To była próba znalezienia
swojego miejsca, próba zdobycia czegoś, czego tak bardzo pragnąłem w życiu zawodowym. Myślałem, że jeśli ją przelecę, raz, drugi, dziesiąty,
to wszystko się ułoży. Że dostanę te programy, które mi obiecywała.
- I co?
- Wiesz, przynajmniej była w tym uczciwa. Ja ją rżnąłem, a ona dała mi
program w TV, nie jakiś tam nie wiadomo jaki, ale dała. Tandetną szmirę,
która miała oglądalność - parsknął. - Skakałem na skakance, kręciłem
hula-hop, dałem sobie wsadzić twarz w tort z kremem... Ale... Zarobiłem
dobry hajs, ludzie wiedzieli, kim jestem. Ja zawsze chciałem być kimś...
- Bycie kimś - prychnąłem.
Czy bycie "kimś" według niego oznaczało rozpoznawalność? Dla mnie to
było śmieszne. Bycie kimś według tego kolesia miało posmak rozdmuchanego
ego.
- A jak się z tym czułeś?
- Zawsze miałem parcie na szkło. Występowałem w programikach, gdzie
robiłem z siebie błazna i to się opłacało. W końcu dostałem program
dużego formatu.
- Nie wiem, co powiedzieć...
Znałem ten świat i często się nim brzydziłem.
- Jakim kosztem? - rzucił w powietrze pytanie.
Westchnął ciężko, jakby cały ciężar tych wspomnień spoczywał na jego
barkach.
- Wiesz co? To wszystko iluzja. Tak, przez chwilę wydawało się, że moja
kariera nabiera tempa. Ale to wszystko jest ułudą. A ja... - zamilkł na
moment, zastanawiając się nad swoimi słowami. - Ja straciłem część
siebie, próbując być kimś, kim nie jestem. Próbując przypodobać się
ludziom, którzy w rzeczywistości nigdy mnie nie szanowali. Mieli mnie
głęboko w dupie dosłownie i w przenośni. Przyjaźń, kiedy jesteś na
szczycie, a kiedy z niego spadasz, pozostają nieliczni.
PRZEDTEM
Dzieciństwo
Wychowałem się pośród pięknych winnic południa Francji, w domu otoczonym
wysokimi dębami, nieopodal Oceanu Atlantyckiego z jego słynnymi wydmami
i ostrygami niemającymi sobie równych nigdzie na świecie. Żyjąc w sielskiej małej francuskiej wiosce, skupionej wokół imponującego
kościoła, dorastałem w prawdziwym stylu la vie en rose.2 Do dzisiaj
jestem fanem wina i serów z Pirenejów. Kocham też francuską muzykę
vintage: Léo Ferré i Daniel Balavoine, nie wspominając o francuskiej
literaturze i francuskich dziewczynach.
Miałem dziewięć lat, chodziliśmy z Mattią do katolickiej szkoły. Takiej,
w której co tydzień była msza, dodatkowe zajęcia z religii i modlitwy
przed posiłkiem. Nie byłem typem dzieciaka, który szukał kłopotów, to
kłopoty próbowały znaleźć mnie. Naprawdę boję się bójek, wandalizmu,
oszukiwania i wszystkich innych rzeczy, które wymagają posiadania jaj,
ale lubiłem rozrabiać, podobnie jak mój brat.
Tak jak wspominałem, mieszkaliśmy na wsi, gdzie dzieci dobrze wiedzą, że
aby się nie nudzić, trzeba znaleźć sobie zajęcie, na przykład bawić się
łukiem, strzelając do ptaków, czy podglądać sąsiada alkoholika, który
robi awantury swojej żonie, po czym ona wyrzuca go z domu, a on rozkłada
leżak i pilnuje kur. Tak, właśnie kur, które nie potrzebują, by ich ktoś
pilnował.
W pewne piątkowe popołudnie wraz z bratem wpadliśmy na pomysł, by
strzelać do kur sąsiada. Często wpadaliśmy na takie niedorzeczne
pomysły.
- Mattia, patrz! Michel znów zasnął na leżaku z butelką w ręku -
powiedziałem, uśmiechając się do brata.
- No i? - młodszy brat wzruszył ramionami.
- Jego kury biegają wszędzie. Chyba czas na trochę zabawy z naszym
łukiem i drobiem.
- Oczywiście, tylko je trochę nastraszymy. Ciekawe, czy sąsiad się
obudzi?
- Dobra, mamy taki deal. Strzelamy do kur, przegrywa ten, kto strzeli
w kurę, która obudzi szanownego Michela.
Pierwszy strzeliłem ja. Miałem ten przywilej starszego brata, że
wszystko robiłem pierwszy, co wkurzało Mattię, ale takie jest życie,
czyli c'est la vie.
Strzała uderzyła kurę w kuper, a ona pofrunęła wysoko, gdakając, jakby
ją zarzynali. Zaczęliśmy się śmiać. Sąsiad nadal spał.
- Czuję kłopoty - powiedział Mattia.
- Masz - podałem łuk bratu. - Teraz twoja kolej. Spróbuj trafić w ten
stary wazon na oknie. To będzie nasza tarcza i to będzie mistrzowski
strzał!
- Mistrz to moje drugie imię - powiedział mój brat i wziął ode mnie łuk.
Naciągnął cięciwę i strzelił. Strzała trafiła w wazon, który zaczął się
chwiać.
- Powiem ci, że masz oko - oznajmiłem z wypiekami na twarzy.
Jednak zanim dokończyłem zdanie, wazon przewrócił się i uderzył w szybę.
Rozległ się brzdęk rozbijanego szkła.
- No to po nas - Mattia pobladł, a ja nie wiedziałem, czy uciekać, czy
zostać w tych krzakach.
Sąsiad poderwał się na równe nogi, sąsiadka z krzykiem wybiegła z domu.
Co ciekawe, nasza mama ze ścierką w dłoniach też pojawiła się na
podwórku.
Wiedziałem jedno: z tego będą kłopoty...
Kłopoty, jak się okazało, stały się nieodłącznym elementem mojego życia.
Bardzo często zastanawiam się, czym to jest spowodowane. Może niektórzy
ludzie przyciągają takie, a nie inne zdarzenia, bo mają jakąś energię,
którą w słynnym bestsellerze The Secret nazwano law of attraction.
Poradnik stał się przewodnikiem dla wielu poszukiwaczy fortuny i szczęścia. Zastanawiałem się wiele razy nad głębszym znaczeniem praw
opisanych w tej książce, szczególnie nad prawem, które sugeruje, że
przez myśli i emocje można wpłynąć na rzeczywistość, przyciągając do
swojego życia pożądane zdarzenia i okoliczności. Na pewno ja
przyciągałem różne zdarzenia.
***
Nie ma nic podobnego do dziecięcego mózgu. To właściwie puste pudełko z opcją "wstaw" i w zależności od tego, co tam wrzucisz, dziecko
prawdopodobnie będzie rosło szczęśliwe, przerażone, introwertyczne albo
zalęknione... Moje pudełko było pełne różnych rzeczy, tych dobrych i tych mniej fajnych, gdy osiągnąłem wiek dojrzewania. Zawierało bałagan
decydujących o moim życiu wydarzeń, który uczynił mnie tym, kim jestem
dzisiaj. Niektórzy ludzie próbują wrócić do zawartości pudełka, aby je
uporządkować (zwykle przy pomocy psychoanalityka). Chcą pozbyć się nieco
ciężaru, aby móc jakoś funkcjonować w dorosłym życiu. Zauważyłem, że mój
rozwój jako istoty ludzkiej wynikał raczej z trudnych lub traumatycznych
sytuacji niż przyjemnych chwil. Za każdym razem, gdy przezwyciężałem
trudny okres, czułem się, jakbym przeskoczył na kolejny poziom.
Jeśli dziecko staje w obliczu trudnych sytuacji, może być lepiej
przygotowane na dorosłość, jeśli zaś te wyzwania będą zbyt trudne albo
zbyt szokujące, wtedy po prostu stanie się dziwne.
Jako dorosła osoba nadal boję się policji i wystarczy, że przejdę obok
dwóch policjantów zajmujących się swoimi sprawami, aby poczuć się,
jakbym zrobił coś złego i zaraz mnie zakują w kajdanki. Sama ich
obecność sprawia, że czuję się winny, zupełnie jakbym niósł naładowaną
broń oraz dziesięć gramów heroiny w celach handlowych, i wiem, że zaraz
upuszczę je na ziemię.
Ale nie ma dymu bez ognia, nie ma krachu finansowego bez pękającej
bańki, nie ma grzechów bez grzeszników, a ja mogę śmiało oświadczyć, że
jestem prawie pewien, gdzie jest źródło tego niepokoju.
Przyzwyczaiłem się do kreatywnego spędzania czasu z moim bratem i dzieciakiem mieszkającym kilka domów dalej o imieniu Kevin, z nastroszonymi włosami sklejonymi żelem, z piegami na twarzy i budową
tyrana. Jego matka czasami zawoziła nas do szkoły i jedyne, co pamiętam,
to sytuacja, gdy - prowadząc samochód i paląc papierosy - otworzyła
szybę i wyrzuciła jakieś czasopismo prosto na chodnik, mamrocząc pod
nosem: "Cholerny listonosz, mówiłam, że nie chcę żadnych reklam". A ja
pomyślałem: No cóż, to nie w porządku zaśmiecać ulicę.
Zajmowaliśmy się mnóstwem spraw, wszystko zgodnie z prawem, dopóki Kevin
nie kupił od dealera samochodowego farby w sprayu i nie zasugerował,
żebyśmy poszli alejką prowadzącą do mojego domu i przerobili znak stopu.
Nie widziałem nic złego w dotychczasowym wyglądzie znaku stopu i nie
miałem szczególnej ochoty go zamalowywać. Jednak Kevin zaczął mnie
namawiać, sugerując, że "odwalimy akcję życia". A ja w sumie chciałem
mieć na swoim koncie jakąś superakcję.
Poczułem przypływ adrenaliny, jakiego nigdy wcześniej nie czułem, i to
dodało odwagi miłemu dziecku, takiemu jak ja. W tamtym momencie poczułem
się jak Banksy przed Banksym.
- Co masz na myśli, mówiąc "przerobić"? - zapytałem Kevina, patrząc na
puszkę farby w jego ręce.
Kevin uśmiechnął się tajemniczo.
- Zrobimy z tego dzieło sztuki. Zobaczysz.
Kiedy dotarliśmy do alejki, Kevin rozejrzał się, by się upewnić, że nikt
nas nie obserwuje, a ja nie mogłem uwierzyć, że to robię.
- Jesteś pewien, że to dobry pomysł? - zapytałem, wciąż niepewny.
- Za późno, by się cofnąć. Chodź, pokażę ci, jak to się robi -
odpowiedział Kevin, potrząsając puszką.
Stałem obok, obserwując, jak Kevin z zapałem nakłada czerwoną farbę na
znak. Jego ruchy były pewne i zdecydowane, a ja, zainspirowany jego
entuzjazmem, zdecydowałem się dołączyć. Wziąłem drugą puszkę farby i zacząłem malować obok niego.
- Nie bądź taki sztywny, pozwól farbie płynąć - zachęcał Kevin, a ja
starałem się naśladować jego technikę.
Razem, z synchronizacją dwóch artystów pracujących nad wspólnym dziełem,
zaczęliśmy pryskać farbą na znak. Czerwień stawała się coraz bardziej
intensywna, aż w końcu białe litery STOP zniknęły pod jednolitą warstwą.
- Patrz! - Kevin cofnął się, aby lepiej ocenić naszą pracę. - Teraz to
jest coś!
Patrzyłem na znak, całkowicie czerwony, bez śladu białych liter. Serce
waliło mi jak szalone, a adrenalina pulsowała w żyłach. Byłem
równocześnie przerażony i podekscytowany.
- Zrobiliśmy to, człowieku - powiedziałem, patrząc na Kevina z mieszanką
niedowierzania i dumy.
- Dokładnie. Jesteśmy jak nowocześni artyści uliczni. Tylko bez
wiadomości - zaśmiał się Kevin, chowając puste puszki do plecaka.
Wracając do domu, czułem się inaczej. Było to coś więcej niż tylko
zamalowanie znaku stopu. To był moment, w którym przekroczyliśmy granicę,
a ja poczułem coś ekscytującego. Jednak moja ekscytacja minęła dość
szybko.
Dwa dni później policja zapukała do drzwi domu moich rodziców.
- Czy Elie mieszka pod tym adresem, proszę pani? - zapytał wysoki,
szczupły policjant o srogim spojrzeniu.
- Tak - powiedziała moja matka Irena.
- Kevin powiedział nam, że był z pani synem, kiedy zdewastowali znak
stopu. To jest karalne wykroczenie, czy pani syn jest tego świadomy?
Moja matka patrzyła na policjanta szeroko otwartymi oczami.
- Proszę, żeby zaopatrzyła pani swoje dziecko w dobry rozpuszczalnik i wysłała je, by naprawiło szkodę.
Gdybyście wiedzieli, jak się wtedy czułem. Pot kapał mi z czoła. Z jakiegoś powodu w mojej głowie zakwitły najgorsze możliwe scenariusze:
więzienie, kary, bezdomność, narkomania. Poza tym pierwszy raz tak
bardzo się na kimś zawiodłem. Kevin mnie wsypał. Brawo, przyjacielu!
Miałem problemy ze snem przez sześć miesięcy po tym zdarzeniu, co tylko
podsycało mój strach przed policją do tego stopnia, że musiałem spać
przy zapalonej nocnej lampce, żeby mieć pewność, że nikt nie obserwuje
mnie z kąta pokoju.
Takie uczucia trwają aż do dorosłości, czasem się z nich otrząsasz, a czasem po prostu stają się częścią ciebie.
A odnośnie do kłopotów i bezsennych nocy, to... pojawiają się one wraz z kobietami.
TERAZ
Kobiety
Nie wiem, co jest z pewnymi kobietami, ale sprawiają, że tracisz zmysły.
Tak się czułem, gdy ją poznałem, miała na mnie taki sam wpływ jak
narkotyk psychodeliczny. Dosłownie odurzałem się narkotykiem miłości.
Wszystkie myśli, które produkował mój mózg, były nieuchronnie związane z nią. Tak, faceci, podobnie jak kobiety, potrafią się szaleńczo zakochać.
Miłość, zauroczenie, pożądanie nie mają płci.
- Gdybym cię zapytała, jakie kobiety lubisz, to co byś odpowiedział? Co
musi mieć kobieta, żeby zakręciła ci w głowie?
- Magię.
- Nie pieprz... - spojrzała mi prosto w oczy. Była bezczelna, pewna
siebie, ale mnie to jakoś kręciło.
- Kręcą mnie kobiety, z którymi mam taki flow, wiesz, które mają coś
ciekawego do powiedzenia.
- Ale muszą być ładne.
- Powiedziałbym, że w moim guście. Ale gust mam eklektyczny... Zmienia
się w zależności od mojego nastroju.
- A szaleństwo lubisz?
- Chyba tak - przytaknąłem.
- A co jeszcze lubisz? - odgarnęła do tyłu włosy.
- Czekoladę, gorzką.
- To się dobrze składa, bo ja też - powiedziała, wyjęła z torebki
tabliczkę czekolady i ułamała mały kawałek. Myślałem, że mnie
poczęstuje, a ona położyła go sobie na języku, który wysunęła w moim
kierunku.
Nie pozostawiła mi wyboru. Zbliżyłem twarz w jej stronę i ustami
dotknąłem jej języka. Kostka czekolady prześlizgnęła się z ust do ust i rozpłynęła na moim podniebieniu. Było to dziwne i zarazem fascynujące
uczucie. Wsunąłem mój język głębiej. Czułem, że zaraz się nie opanuję.
Chwyciłem ją w talii i przyciągnąłem do siebie. Ona z premedytacją
patrzyła mi w oczy, doprowadzając mnie do odlotowego doznania, jakiego
do tej pory nie przeżyłem. Oderwała się ode mnie na chwilę.
- I jak? - zapytałem głupio.
- Jestem mokra. Tylko przy tobie tak się czuję. Sprawiasz, że...
Nie sądziłem, że mogę tak działać na taką kobietę. Jej proste, długie,
farbowane na czarno włosy łaskotały moją twarz.
- Widzisz, nawet gdybym miała coś ciekawego do opowiedzenia, nawet
gdybym zacytowała ci fragmenty jakiejś naukowej książki, to jakie to by
miało znaczenie, skoro wszystko sprowadza się teraz do twojego twardego
penisa...
- Chcesz mi coś udowodnić?
- To, że magia, flow i to, co kobieta ma do powiedzenia, nie mają
znaczenia, gdy pojawia się pożądanie. Kiedy chcesz kogoś tak bardzo
przelecieć jak teraz. Wszystko się kończy na wzajemnym przyciąganiu i seksie, taka jest prawda.
- To co teraz? - byłem zakłopotany.
- Teraz poliżę twoje dwa palce, a potem rozsunę nogi, a ty już będziesz
wiedział, co z nimi zrobić.
Taka była Laure... Ale zanim opowiem o niej więcej, chcę wam opowiedzieć
o innej kobiecie...
***
Są kobiety na jedną noc, jedno spotkanie i takie, o których chce się
zapomnieć następnego ranka. A są też takie, z którymi mężczyzna chce
przebywać przez cały czas, którymi jest zauroczony. Czasem facet
zakochuje się w tonie głosu, sposobie bycia kobiety. W tym, jak się
porusza. I są takie kobiety, które - w sposób niewytłumaczalny - żyją w sercu mężczyzny stale. Są jego słabością. I taka była Ona... Nie chcę
podawać jej imienia. Nie chcę, byście wiedzieli, kim ona jest. Nie chcę,
by ona się dowiedziała, że była dla mnie takim wyjątkiem. Są takie
kobiety, które wywracają świat mężczyzny do góry nogami, przy których
facet chce się zmienić.
Kobiety, które zostawiają po sobie ślad, niczym trwały tatuaż.
Po koncercie zazwyczaj mam kłopoty z zaśnięciem z powodu wyrzutu
potężnych dawek adrenaliny, która nie chce ustąpić. Czasem nie mogę
zasnąć do samego rana. Leżę wtedy i rozmyślam o milionie najróżniejszych
rzeczy. Wczoraj myślałem o Niej. O tym, jak za każdym razem, gdy spadam
w dół, pojawia się Ona i przywraca mnie do życia.
Pomyślałem, że marzę o tym, by włożyć rękę do kieszeni jej zimowej
kurtki i tam znaleźć jej dłoń.
Ton jej głosu, sposób, w jaki śmiała się lub marszczyła brwi, gdy była
zamyślona, wpisały się w rytm mojego serca. Ceniłem każdy moment
spędzony u jej boku, każdą rozmowę, nawet te najbardziej banalne gadki,
bo to ona nadawała im sens.
Są takie króciutkie chwile, które mogą wydawać się nic nieznaczące, lecz
to właśnie one pozostawiły we mnie największy ślad i pozwoliły mi
zrozumieć, że człowiek może kochać na wiele różnych sposobów.
Obejrzeliśmy razem film włoskiego reżysera o starzejącym się malarzu
Antoniu, odnajdującym ponownie inspirację i sens życia dzięki nietypowej
przyjaźni z młodą, buntowniczą sąsiadką Clarą. Film był przesycony
melancholią południowego słońca, a jednocześnie iskrzył humorem
charakterystycznym dla włoskiego kina.
Jedna ze scen, która najbardziej zapadła mi w pamięć, rozgrywa się na
dachu starego włoskiego domu, gdzie Antonio i Clara spędzają wieczór,
rozmyślając o życiu, sztuce i przemijaniu. Antonio - zasmucony i rozgoryczony - przygląda się zachodowi słońca, gdy Clara, z entuzjazmem
charakterystycznym dla młodości, próbuje przekonać go do zmiany
perspektywy.
- Nie rozumiesz, Antonio. Każdy zachód słońca to obietnica nowego dnia.
Twoje obrazy... one mogą trwać wiecznie, ale tylko jeśli znowu zaczniesz
malować.
- Ach, Clara, moje obrazy to już tylko cienie przeszłości. Jak mogę
malować, gdy światło w moim sercu przygasło?
- Ale przecież światło nigdy nie gaśnie całkowicie. Musisz tylko znaleźć
sposób, by je na nowo rozpalić. Twoja sztuka to nie tylko obrazy. To
uczucia, które w nich zostawiasz. Każdy ruch pędzla to oddech życia. Nie
możesz po prostu zrezygnować.
Wyobrażałem sobie, jak jej dotykam. Chciałem przy niej być. Czuć ją.
Chciałem musnąć opuszkami palców jej ramię albo odgarnąć jej włosy do
tyłu i pocałować jej szyję. Ile razy ją widziałem, tyle razy chciałem to
zrobić.
Obserwując intymne relacje między tymi dwiema postaciami w filmie, tylko
podsycałem w sobie pragnienie bycia blisko niej. Chciałem dla nas tego
samego, co pokazywał film. I nie chodziło nawet o seks. Siedziała tak
blisko mnie, a jednocześnie czułem, że jesteśmy od siebie oddaleni.
Marzyłem o tym, by się pochylić i...
Tylko nie miałem odwagi... Właśnie odkrywałem nowe uczucie, którego
jeszcze nie znałem.
Każde nasze spotkanie intensyfikowało te pragnienia, a jednak za każdym
razem, gdy miałem okazję, cofałem się, paraliżowany strachem przed jej
reakcją, może odrzuceniem.
Nie potrafiłem tego zrozumieć. Była inna od wszystkich kobiet, które
znałem. Było w niej coś, co przyciągało mnie nieodparcie, coś, czego nie
potrafiłem wyrazić słowami. Nie chodziło tylko o jej wyjątkowy wygląd.
Było coś w jej sposobie bycia, w jej zaraźliwym uśmiechu, w dźwięku jej
głosu. Jak śpiewała Rihanna, "something about the way you move". To
wszystko razem tworzyło magnetyczną aurę, która sprawiała, że wszystkie
atomy mojego ciała zapominały o całym świecie.
Zwierzyłem się Mattii, który powiedział: "Lepiej zrobić i żałować, niż
żałować, że się nie zrobiło". Ale mnie wciąż coś powstrzymywało, bo
bałem się, że wszystko zniszczę.
***
To nie jest tak, że otacza mnie zepsuty świat. I że sam jestem zepsuty.
Uwielbiam przyrodę. Kocham czytać książki. Papierowe. Kocham zapach
farby drukarskiej i to uczucie, gdy opuszkami palców przewracam strony i zatapiam się w napisanej przez kogoś historii. Ale nie o książkach miało
być. Chcę coś powiedzieć o tej dziewczynie, którą kochałem. Tak jak
wcześniej napisałem, nie podam jej imienia. Zanim poznałem Claire,
obecną miłość mojego życia, kochałem Ją. Mężczyzna udaje tylko, że jest
twardy i nieczuły na emocje, ja także grałem w to przez większość czasu.
Ale to, co się działo we mnie, to całkiem inna historia. W mojej duszy
znajdowała się cała galaktyka gwiazd, które świeciły tylko dla Niej. Do
tej pory zastanawiam się, czy ona rzeczywiście nic nie wyczuwała, czy
moje oczy i moje gesty mnie nie zdradzały. A może grała w tę sama grę co
ja?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki