1
Na nieskalanie błękitnym niebie czaiło się niebezpieczeństwo. Kryło się
między połyskującymi promieniami słońca, które tryskały jak wrząca lawa,
zalewały urwiste zbocza i usiane kwieciem alpejskie pastwiska,
pogrążając skały w ostrym, prawie oślepiającym blasku.
Stary świstak, zaalarmowany jakimś przelotnym cieniem, stanął słupka i wydał z siebie przeciągły gwizd oznaczający zbliżające się zagrożenie.
Kolonia gryzoni jeszcze przed chwilą zaabsorbowana jedzeniem natychmiast
rozpierzchła się w niewysokiej trawie, pędząc ku podziemnym korytarzom.
Orzeł - wielki, ciemny i ciężki jak kamień - zdążył już jednak
zanurkować i lecąc z rozpostartymi skrzydłami przy samej ziemi, w ostatniej chwili przeciął im drogę. Nie zwracając uwagi na zbyt ruchliwe
dorosłe świstaki, wybrał rozpaczliwie kluczące młode zwierzątko, chwycił
je w szpony i kilkoma machnięciami skrzydeł wzbił się w powietrze. Na
szczycie góry dwa zgłodniałe orle pisklęta czekały na posiłek.
- Widziałeś go? - Stary człowiek zwrócił się do wnuka, który stanął jak
wryty, z buzią otwartą ze zdumienia. Na jego zazwyczaj wesołej twarzy
pojawił się smutek.
- Myślisz, że będzie cierpiał?
- Nie. Na pewno już nie żyje. Takie jest prawo natury.
- Czy natura jest zła?
- Nigdy. Ale może być surowa. I jest wielką nauczycielką. Jak uważasz,
dlaczego polujemy?
Wskazał na swoją strzelbę, a następnie na miniaturową drewnianą replikę
dumnie trzymaną przez wnuka. Chłopiec dostał ją przed dwoma miesiącami
na ósme urodziny. Choć Cezar znał wielką wrażliwość Sebastiana, nie
chciał go oszukiwać. Mały wyrósł już z wieku bajek dla dzieci, jeśli w ogóle kiedykolwiek w nim był. Wnuk pokręcił głową w geście sprzeciwu.
- Ale kula zabija od razu! Bez cierpienia!
- Śmierć pozostaje śmiercią, pamiętaj o tym. Nie musi się tłumaczyć.
Znowu ruszył przed siebie. Po chwili usłyszał z tyłu drobne kroki
chłopca. W ciszy szli pod górę, chłonąc majestatyczny spokój krajobrazu.
Już prawie godzinę temu wyszli z sosnowo-modrzewiowego lasu, by
zaatakować masyw od północy, i ścieżka była coraz bardziej stroma.
Trawiaste zbocze, obficie usiane goryczką, ostem oraz niebieskim i różowym urdzikiem, mieniło się jak Droga Mleczna. Wyżej trawa stała się
rzadsza i pojawiały się skały, a fiołkowa mydlnica tu i ówdzie
ustępowała miejsca rzadkim żółtym kwiatom bylicy. Z kępy krzaków dzikiej
porzeczki poderwała się gromadka cietrzewi i odfrunęła w nieładzie.
Mężczyzna nie celował do ptaków, pozwalając im odlecieć. Zadowolił się
policzeniem piór w ogonie najstarszego samca.
Piękny widok sprawił, że zapomniał o swoim zmartwieniu, które powróciło,
kiedy na samym środku ścieżki zobaczył ślad. Natychmiast się zatrzymał,
dając chłopcu znak, by podszedł bliżej.
- Patrz. Podobny ślad, rozczapierzone palce. To nie wilk.
Sebastian podniósł na niego pytający wzrok.
- To Bestia, na sto procent.
Gwiaździsty odcisk, jakby wyrzeźbiony w ziemi, wyglądał jak ostrzeżenie.
Pozostałe ślady z pewnością zamieniły się w pył pod wpływem słońca, ale
ten, osłonięty cieniem kamienia, był nietknięty. Miał wielkość otwartej
ludzkiej dłoni.
Stary mężczyzna, przycupnięty, rozejrzał się dookoła i zdołał znaleźć
jeszcze jeden trop, na wpół ukryty pod trawiastą skarpą.
- Uciekła granią. Pójdziemy za nią i przy odrobinie szczęścia... -
zamruczał pod nosem, zatroskany.
- Chcesz ją zabić, dziadku?
- W jednym tygodniu udusiła mi trzy barany! Jeśli odpuszczę, to w końcu
poumieramy z głodu. Oczywiście, że ją zabiję! - Wstał, krzywiąc się z bólu, i sięgnął do kieszeni. Wyjął z niej pocisk, który szybkim ruchem
umieścił w lufie starego mausera. - Jest gorąco, na pewno schowała się
gdzieś tam na górze. Chcę, żebyś teraz był cicho jak myszka.
Chłopiec przytaknął bez słowa. Poczuł dreszcz: bał się, a jednocześnie
był podekscytowany. Jego dziadek nie miał w zwyczaju denerwować się bez
powodu, ale Bestia zaatakowała stado. Musiała umrzeć.
Szli jeszcze przez godzinę, zanim dotarli na przełęcz, za którą
zaczynała się grań. Słońce paliło, ale była to najlepsza szansa, by
znaleźć zwierzę, które prawdopodobnie spało w zagłębieniu skały lub w jakiejś chłodnej grocie. Wokół, jak okiem sięgnąć, rozpościerał się
widok na zaśnieżone szczyty, bezdenne przepaście, wymykające się prawu
powszechnego ciążenia skalne iglice, szare masywy głęboko przeorane
procesami erozji. Ani jednego podmuchu wiatru. Było samo południe.
Drapieżne ptaki zniknęły z nieba.
Mężczyzna i chłopiec przystanęli w cieniu kopca wzniesionego z granitowych bloków. Stary kazał Sebastianowi się napić, ponieważ dzień
zapowiadał się długi i w dalszej drodze nie mieli już napotkać wody. Sam
zaspokoił pragnienie łykiem alkoholu, który dodał mu animuszu.
Odetchnęli chwilę, po czym ruszyli w dalszą drogę. Ścieżka wiła się
zdradliwie, ale Cezar tak dobrze znał góry, że mógłby tędy iść z zamkniętymi oczyma. Mały zaś, odkąd tylko nauczył się chodzić, wałęsał
się po wysokogórskich pastwiskach, tak że stał się zwinny jak młody
koziorożec. Już od pewnego czasu Cezar pozwalał mu na samotne wędrówki,
pod warunkiem przestrzegania ścisłych zasad: nie zapuszczać się w okolice grani i wracać przed zachodem słońca.
Sebastian znowu poczuł palące pragnienie. Woda, którą wypił na
przełęczy, zamiast je ukoić, tylko je wzmogła. W ustach mu zaschło, a obrzmiały język utrudniał przełykanie śliny. Przed oczyma miał
dyndającą, przytroczoną z boku plecaka Cezara manierkę, co jeszcze
potęgowało jego męczarnie, nie odważył się jednak zawołać dziadka, by
nie zakłócać marszu. Stary szedł spokojnym krokiem, nie zmieniając
rytmu. Aby okazać się godnym swojego przewodnika, chłopiec zacisnął
pięści, napiął obolałe mięśnie i podreptał szybciej, myśląc o Bestii.
Nie potrafił się jednak zdecydować, czy chce trafić na zwierzę, czy
przeciwnie, woli, aby uciekło.
Nagle w powietrzu rozległ się huk wystrzału, tak silny, iż chłopcu się
wydawało, że poczuł jego podmuch. Spomiędzy skał, w odległości niespełna
pięćdziesięciu metrów, wyskoczyła ranna kozica, brocząc krwią z klatki
piersiowej. Zachwiała się na zboczu, po czym runęła w przepaść.
Spadające ciało uderzyło o ostry występ skalny, odbiło się od niego i potoczyło w dół po ścianie. Niekończące się, milczące spadanie,
straszniejsze niż krzyk.
Sebastian powstrzymywał się od płaczu. Mężczyzna zaś, nie hamując się,
zaklął wściekle, spoglądając w dół w poszukiwaniu myśliwych.
- Łajdaki! Zabić samicę w środku lata!
Pozostałe kozice czmychnęły żlebem, w którego cieniu jeszcze przed
chwilą się pasły. Matki popychały przerażone młode i w okamgnieniu
zwierzęta zniknęły w rumowisku kamieni. Wszystkie prócz jednego. Stało
nad przepaścią. Jego delikatna sylwetka tak się trzęsła, że nawet z tej
odległości było widać przebiegające przez ciało drżenie.
- Dziadku, zobacz! Koźlątko!
Osierocone młode musiało mieć niespełna dwa miesiące. Stało na skalnym
ustępie, w miejscu, gdzie zniknęła jego matka. Nie potrafiło się stamtąd
wydostać. W powietrzu rozległ się ostry, przejmujący krzyk zwierzęcia.
Cezar ruszył przed siebie. Sebastian poszedł w jego ślady. Zapomniał o pragnieniu i zmęczeniu. Gdy znaleźli się na skraju urwiska, dokładnie
nad beczącym ciągle koźlątkiem, pasterz zmierzył wzrokiem odległość. Od
skały dzieliło ich dobre dwadzieścia metrów, a zbocze było zbyt strome,
by ryzykować zejście. Z drugiej strony, zwierzę nie przeżyłoby, gdyby je
tak zostawili. Mężczyzna zrzucił plecak z ramion i szybkim ruchem
przewrócił go do góry dnem. Na ścieżkę wypadło drugie śniadanie, nóż,
czekan i długa lina, którą zawsze zabierał z sobą na wędrówki w szczytowe partie gór. Odwiązał manierkę i wskazując na linę, gestem
przywołał chłopca.
- Posłuchaj mnie teraz uważnie, drogi panie. Nie możemy pozwolić, żeby
ten zwierzak tutaj zdechł. Nie mamy wyboru, trzeba się śpieszyć.
Spuszczę cię na linie aż do tej skały. Założysz mój plecak odwrotnie, na
brzuch, o tak. A kiedy już tam będziesz, wpakujesz do niego koziołka i wjedziecie z powrotem. Wciągnę cię. Czujesz się na siłach?
Zatroskany pasterz zmarszczył pooraną upływem lat twarz, ale jego wzrok
pozostawał spokojny. Spojrzenie czarnych, błyszczących oczu otulało
chłopca życzliwością. Sebastian przytaknął ze ściśniętym gardłem i rozluźniwszy ramiona, pozwolił zawiązać uprząż.
Cezar maksymalnie skrócił szelki plecaka i umieścił go na klatce
piersiowej chłopca, po czym przeciągnął mu linę pod pachami i zawiązał,
na tyle luźno, by nie krępowała ruchów. Jeszcze raz ocenił odległość, po
czym przycupnął za naturalnym progiem, by mieć solidne oparcie, na
wypadek gdyby zabrakło mu sił. Przepasał się liną, a jej resztę owinął
wokół ramienia. Wszystko było gotowe. Splunął w dłonie i potarł je
energicznie, po czym złapał linę, mocno zapierając się nogami. Głośno
odetchnął i skinął na chłopca.
Sebastian podszedł do urwiska. Strach zapierał mu dech w piersiach. Aby
dodać sobie odwagi, usiłował się skupić nie na przerażającej przepaści,
ale na koźlątku, które beczało tak, że pękało mu serce. Miał wrażenie,
że cały świat wiruje dookoła. Przycupnięty na wąskiej kamiennej półce
koziołek wydał mu się maleńki. Zwierzę trzęsło się tak bardzo - trudno
powiedzieć, czy pod wpływem własnego krzyku czy paniki - że w każdej
chwili mogło się przechylić i spaść. To ostatecznie przekonało
Sebastiana. Nie zastanawiając się dłużej, chwycił chropowatą linę i uczepił się jej z całych sił. Ześlizgiwał się w dół, przywierając
stopami do ściany. Odrywające się kamienie spadały dookoła koźlątka, ale
jakimś cudem żaden w nie nie trafił. A potem, niespodziewanie, zamiast
zbocza zobaczył pustkę, lina gwałtownie się napięła i pod wpływem szoku
chłopcu brakło tchu. Poczuł, że spada, ale zanim jeszcze zdążył się
przestraszyć, już wisiał w powietrzu jak kukła. Usłyszał nad sobą głos
dziadka:
- Kiedy już będziesz na dole i włożysz małego do plecaka, szarpnij linę,
a ja cię wciągnę. Nic się nie bój, dobrze cię trzymam.
Sebastian nie odpowiedział, żeby jeszcze bardziej nie przestraszyć
koziołka, który podniósł pysk, ale chyba nic nie widział, bo jego oczy
były zasnute strachem. Beczenie przerodziło się w przeciągłą skargę i chłopiec pomyślał, że zwierzę woła matkę.
Lina zsuwała się zrywami. Nagle coś - zbyt raptowny ruch albo napotkana
po drodze przeszkoda - sprawiło, że malec gwałtownie okręcił się wokół
własnej osi. Cezar przerwał popuszczanie liny i zaczekał, aż się
ustabilizuje. Następnie znów poluzował i chłopiec zjechał w dół. Musiał
tylko pozwolić się opuszczać, powoli, metr po metrze.
Sebastian dotarł na wysokość półki, która znajdowała się jakieś dwa
metry od niego. Odchylił się, sprawiając, że najpierw jego nogi, a potem
całe ciało zachowało się jak wahadło. Wreszcie dotknął stopami podłoża.
Natychmiast wyciągnął przed siebie ręce, uczepił się uschniętej gałęzi
derenia i stanął na skale. Zwierzę drgnęło i o mało nie spadło w przepaść. Sebastian chwycił się mocniej i powoli przysunął się do
koziołka, aż zdołał wsunąć wolną rękę pod jego ciepły i zadziwiająco
delikatny brzuch.
- Chodź tu, mały, nie zrobię ci krzywdy...
Serce zwierzęcia waliło pod palcami chłopca jak oszalałe, a jego sierść
była wilgotna od potu. Sebastian chwycił koźlątko i podniósł bez trudu,
usiłując jednocześnie otworzyć plecak. Koziołek przestał beczeć i jego
ciało nagle stało się bezwładne, jakby zrozumiał, że tylko posłuszeństwo
może go uratować. Sebastianowi udało się umieścić zwierzę w płóciennym
plecaku. Zawiązał sznurek, by uniemożliwić mu wszelką próbę ucieczki.
Następnie szarpnął linę i wyszeptał:
- Zobaczysz, teraz polecimy w górę, a potem będziesz uratowany. Nie bój
się, Cezar jest silny jak olbrzym.
Poczuł powolne wciąganie i dotarło do niego, ile ono kosztuje wysiłku.
Przegnał jednak z serca wszelki lęk, ponieważ darzył dziadka absolutnym
zaufaniem. Koziołek pachniał piżmem, ciepłą sierścią i suchą trawą.
Sebastian ukrył twarz w jego krótkim futerku i czas pokonywania drogi
powrotnej szybko mu upłynął.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki