Rozdział 3 Przedświt
Tyński ma pod stopami całą wielką halę. Zamarłe maszyny. Jeszcze noc, więc bardziej się ich domyśla, niż je widzi. Wciąga w nozdrza swąd smaru i izolacji, miedzi z uzwojeń. Wczoraj czuł leśne butwienie, dzisiaj to, a jutro... Sól morską? Przytula się do betonowego filara, chłodzi czoło o jego chropowatość, a potem, raz i drugi, stuka czołem w zimny kamień. Ból jest znośny. Pociesza. Oznacza, że Tyński wciąż żyje.
Teraz pułkownik prostuje się i po omacku przechodzi galeryjką. Ćwieki butów dzwonią o żebrowaną blachę. Echo odbija się od ścian, umyka i gaśnie. Tyński kontynuuje straż, mijają minuty, za szybami zaczyna szarzeć. Kaszle głośno. Z legowiska w dole podnosi nieprzytomną głowę samozwańczy porucznik Dred.
- Co jest? Alarm? Alarm, kurwy!
- Odbój! Spać jeszcze! - rozkazuje Tyński z pomostu.
Dred, niepomny na nic, rozciera szczecinę na brodzie, pociąga nosem, opiera głowę na ramieniu i w mig zasypia. Przez dziurawe szybki wpada do wnętrza wczesny wiatr. Tyński lustruje swój oddział, szóstkę śpiących rycerzy. Wieczorem padli tam, gdzie stali. Śpią jak podłużne głazy, ciepłe worki, skonani od tygodniowego marszu. Pyzaty, wielki Diplodok, który nawet nie zzuł butów, posapuje, marząc pewnie o boczku, baleronie, choćby o zwykłej białej kiełbasie. Śpi milczkiem czarniawy Kleryk, oddziałowy cwaniak i lawirant. Świszcze oddechem mechanik Kluge. Zachrapał znów Dred. Błazen Tubka wierci się, przez sen obmacuje swój hełm. Spinka i jej zakładniczka ukryły się gdzieś w kącie.
Oto cała jego, Tyńskiego, kieszonkowa łachmaniarska armia. Zmokłe szczury, bida - nie wojsko. Narwany mechanik, dwóch wsiowych, jeden cwaniak z przedmieścia, jeden były rzeźnik i jeszcze trącona chuda dziewucha. Tylu ich ocalało ze Zgrupowania "Marcel", które kilkanaście miesięcy temu szło przed nim, pułkownikiem Szestem, w leśnej defiladzie. Dawno, dawno temu, tysiąc kilometrów na wschód od tej dolinki.
Tyński rozciera sobie lewe ramię, rozbolało go nagle i ostro. Schodzi na poziom hali, marszczy czoło. Kto miał trzymać wartę? Z taką dyscypliną może i nikt. Inaczej kiedyś bywało, przed obławami. Były mir i posłuch. Jak ich tu teraz wziąć za mordę, żeby mu nie uciekli? Jak długo można się kryć? A samo miejsce - niebezpieczne. Wielkie maszyny, dwa rzędy generatorów - dziw, że tu jeszcze stoją, w hali pośród głuszy, nierozkradzione. Nawet niezdemontowane do wywózki. Wyzwoliciele ich nie chcą ani nowa władza. Źle, bo to oznacza, że dopiero przyjdą. Goście w mundurach koloru pleśni. Na przykład dzisiaj. I już dzisiaj, lada moment, trzeba będzie powlec się dalej.
Coraz mocniejszy powiew tłucze okiennicą, budzi w nastawni Spinkę, która długo nie otwiera oczu. Nie bardzo wie, skąd i dlaczego się znalazła w tym ciepłym, ciemnym miejscu, ciasno wtulona w... Co lub kogo? Sięga dłonią w przód, obejmuje to ciepłe coś i spiesznie cofa rękę. Nata mruczy przez sen. Spinka wtula się jeszcze mocniej, jak kot. Zasypia. Śni jej się najpierw fioletowa chmura nad polami, skłębiona, zimnym tumanem sięgająca ku ziemi i ku niej. Zdjęta lękiem, dopada szopki w szczerym polu. Zatrzaskuje drzwi, zostawiając za sobą lodowy opar. W szopce jest pełno siana. Spinka nurkuje w nie i zasypia, czuje, jak suche źdźbła łaskoczą ją w nos. Teraz jest ciepło i prawie bezpiecznie, więc przygarnia ku sobie więcej jasnego siana, zanurza w nie dłoń i zaciska na czymś obłym, jeszcze cieplejszym i miękkim. Pod pierwszą warstwą snu jest kolejna, obszar gorąca i narastającego pulsowania krwi. Spinka czuje w sobie wielką ulgę, w tej bezpiecznej kryjówce, ale zarazem w skroniach, w dole brzucha prawdziwy tętent, niby w saunie, gdy żar rozsadza serce, a skóra staje się mokra. Ciężar pod dłońmi Spinki także gorący, paruje czarnym niewidzialnym światłem. Spinka - ta ze snu - myśli, że się zsikała, więc wsuwa dłoń głęboko pod brzuch i natrafia tam nie na rzadkie, ciepłe siki, lecz na gorącą, gęstą lawę. I wtedy jej trzewiami targa wstrząs tak przemożny, tak łaskawy i bezpieczny, że przenika wszystkie warstwy snu, a Spinka wydaje z siebie krzyk aż pod niebo i budzi się od niego, zdezorientowana, w ciemnej hali, czując, jak łaskoczą ją w nos już nie źdźbła, tylko rozpuszczone włosy Naty.
Jest jej dobrze, ale i bardzo wstyd, i nie pojmuje - woli nie pojmować - co się stało, a Nata tylko na mgnienie podnosi głowę z legowiska i z głębi swego snu pyta:
- Ty?
Spinka wciąż nie może wykrztusić słowa, nie chce też zbudzić innych, więc tylko mokrą dłonią gładzi Natę po policzku, zawstydzona, bo na skórze tamtej zostaje lepka wonna smuga. Na szczęście Nata znów śpi. Nawet pochrapuje. Spinka wtula się w nią, by uciec od własnych myśli, nakrywa się po czubek nosa i tak schowana, także zasypia.
Przedświt budzi najpierw Natę, która nie może wstać, od wieczora przytroczona do Spinki gumowym kablem. Dziewczyna przeciąga się sennie, próbuje się obrócić na bok i nagle szeroko otwiera niezapuchnięte oko, bo tuż przed sobą napotyka czarne źrenice Spinki. Oko Naty, w kolorze niebieskiej farbki, jest jak oko porcelanowej lali, którą mała Spinka podziwiała przed niedzielną mszą na wystawie sklepiku w Buruniach. Tego samego, w którym później, przy likwidacji, z miotacza spalili starego Aksamita i jego bratanka. Spinka przytomnieje i prędko przegania myśli o Buruniach. W głowie ma ciasną obręcz. Czuje, że się wyspała za wszystkie czasy.
- Leż spokojnie - syczy w ukryte w puszystych włosach ucho i na wszelki wypadek chuderlawym ciałem przydusza dziewuchę. - Leż. Co się mówi?
- Rozumim - odpowiada posłusznie Nata. Tutejsza, ale idzie się dogadać. - Ja, ale. Vati, tam... - Wskazuje brodą za okno, gdzie w mżawce majaczy domek dozorcy.
- Leżeć, powiedziałam...
Spinka zaciska dłoń na kablu. Dziewczyna traci oddech. Spince dobrze się leży na odkarmionej Natalii, z głową na jej dużych piegowatych piersiach. Jak na sporym, ciepłym zwierzęciu, które jednak wierci się uparcie.
- Co znowu?
- Muszę... Pi-pi muszę, jo? - szepcze tamta, zawstydzona.
- Nie ty jedna - wzdycha Spinka. Bierze broń i z kablem w dłoni wyprowadza Natę przez boczne drzwi w półmrok. Za rogiem budynku kucają zgodnie obok siebie. Nata wygląda jak młoda krówka z parującą żółtą kałużą pod nogami. Jest bardzo cicho i chłodno. Szumią drzewa.
Ile to miesięcy, odkąd nie słychać huku na niebie? Nie ma już stref zniszczenia, pożarów na pół widnokręgu. Nie ma wojny, ale przecież trwają obławy, a uzbrojeni hycle, parami i trójkami, stoją na stacjach i skrzyżowaniach. Trochę łatwiej o trociniasty chleb. Cztery noce temu Diplodok zastukał bronią w lufcik wiejskiej piekarni. Raz, drugi. Trzeci. W mroku nie padło ani jedno słowo, ale na parapet wjechały zaraz dwa parujące bochny. Spinka uśmiecha się na to wspomnienie. Gdzieś z daleka dolatuje powolny szum pociągu. Beton ziębi w stopy, więc dziewczyny co prędzej wracają na legowisko. Spinka znowu na chwilę zasypia, wtulona ciasno w ciepłą, dużą Natę. Śni o porcelanowej lali. Ukradkiem zbiera odłamki jej głowy z kocich łbów rynku w Buruniach i szepcze: "Żegnaj, moja piękna. Tak cię chciałam, tak bardzo cię chciałam".
Nata posapuje. Może też śpi, a może gniecie ją gumowy stryczek.
Po półgodzinie budzą się na dobre. Szare powietrze pachnie deszczem. Szkło chrzęści pod buciorami, gdy ludzie Tyńskiego zwijają koczowisko.
- Spytaj ją, mała. Na pewno mają gdzieś zadołowane żarcie! - poleca jej Dred.
Spinka nachyla się do ucha Naty. Ta nieśmiało duka:
- Monka. Monka je.
- Tylko mąka? Jaja może? Słonina?
Nata rozkłada ręce. Omletów nie będzie.
Po chwili na cementowej posadzce raźno zaczyna migotać ognisko z mebli z kantorka, a Tubka wylewa na kawał blachy ciasto na podpłomyki. Zapach jest słodki, jak w dawno utraconych czasach. Na chwilę można zapomnieć o wilgotnych łachach, wszach, dławieniu w gardle. Beżowe ciasto pachnie paloną wanilią. Domem, o którym nie wiadomo, czy naprawdę był, czy tylko się przyśnił podczas kolejnej ucieczki. Samozwańczy porucznik Dred wyciera dłonie o bryczesy i dyskretnie przybliża się do Tyńskiego.
- Jakie rozkazy, pułkowniku?
- Ja ci, gnojku, dam pułkownika! "Panie pułkowniku" ma być, Dred. Jak w regulaminie. Nie rób takiej oślej miny, żartuję. Zapomnij o szarżach, to się skończyło. Ale do przełożonego nie odzywaj się bez pytania!
- Mnie tam z obowiązku nikt nie zwalniał - obrusza się młodszy. - "Dowódcy będę bezwzględnie posłuszny", tego się nie zapomina. A moim dowódcą jest pan pułkownik Szest. Jak mam mówić? "Panie Tyński"? Nie wypada.
- Przyzwyczaimy się - ucina Tyński i znów się zasępia. - Znajdzie się jakiś papier? Poszukać! Rozpiszemy, w czym rzecz.
Okazuje się, że papier w postaci planu instalacji, owszem, był w kantorku, ale durny Diplo zerwał płachtę ze ściany i użył jej na podpałkę. Ocalał tylko skrawek z literami BEZI... i coś tam. Tyński opierdala strzelca, który chyli głowę, miętosi w ręku kawał burego placka i chichocze. Pułkownik notuje to sobie w pamięci.
- Siedzieć mi tu i uważać. Broń i buty wypucować na błysk! Jeśli wam ta młoda blondi spierdoli, chuje wam w precel powiążę. Tylko tobie nie, Spinka, z całym szacunkiem. My z porucznikiem Dredem idziemy się przejść - oznajmia Tyński swojej kieszonkowej armii, z drwiącą nutką przy słowie "porucznik".
Kiedy oficerowie znikają za drzwiami hali, Spinka oddycha z ulgą. Dred to dla niej od pewnego czasu problem. Nie chciałaby zostawać z nim sam na sam. Nawet mając w rękawie ukryty nóż spadochroniarski. Do niebłahych przecież trosk Spinki doszło niedawno jeszcze to. A właściwie doszedł dylemat: jeśli ten młody byczek znowu wyciągnie do niej łapy, to lepiej go porżnąć kosą na amen czy tylko pokaleczyć, przeciąć mu ścięgna? Swoją drogą, odważny jest. Gdyby pułkownik się dowiedział o jego zalotach, rozmowa byłaby krótka.