Belgijska melancholia - Marek Orzechowski

Reflow text when sidebars are open.
W Belgii, czyli gdzie
Każdy był, jest lub będzie w Belgii. A przynajmniej każdy prawdziwy Europejczyk. Tym, którzy docierają do Belgii jako turyści, kraj ten kojarzy się w pierwszym odruchu z piwem – piwa o takich smakach i takiej różnorodności nigdzie więcej już nie ma; z frytkami, które uchodzą za najlepsze na świecie; z koronkami, na które nie każdego stać, czy wreszcie z pralinkami, które nie mają konkurencji w Europie, a zapewne i na świecie. Innym, bardziej wymagającym – z Grand Place, brukselskim rynkiem wcale nie największym wśród miast Europy, choć taką właśnie ma opinię (rynki w Krakowie czy we Wrocławiu są na przykład znacznie większe), z siusiającym chłopcem Manneken Pis i z Atomium. Dociekliwszym globtroterom – jeszcze z Antwerpią i jej diamentową gminą żydowską, a przede wszystkim z Gandawą i Brugią, dwoma średniowiecznymi flamandzkimi miastami, które od lat konkurują między sobą o przychylność światowych turystów.
Ale Belgia kojarzy się również, głównie czytelnikom gazet i telewidzom europejskich stacji, z kilkoma niechlubnymi zdarzeniami, które wstrząsnęły opinią publiczną i wywołały wiele wewnętrznych kryzysów: z porwaniami dzieci, ich zabójstwami na tle seksualnym, z niemocą konkurującej z samą sobą i gubiącej ślady policji oraz z podejrzeniami o istnienie rozgałęzionych siatek pedofilskich. Najlepiej znanym ich symbolem, choć w żadnym wypadku niejedynym sprawcą takich przestępstw, stał się Marc Dutroux, elektryk z zawodu i zwykły nicnierób, skazany ostatecznie w skomplikowanym, wieloletnim procesie na karę dożywotniego więzienia. Na całe szczęście każdy wrażliwy Europejczyk wymieni na drugim biegunie takie nazwiska, jak Maurice Béjart, Georges Simenon, Pieter Bruegel starszy, Peter Paul Rubens, Jan van Eyck, Hans Memling, René Magritte, Henry van de Velde, Victor Horta, Hugo Claus, Felix Timmermans, Jacques Brel, Salvatore Adamo, Adolphe Sax czy Eddy Merckx.
Mała Belgia, wciśnięta między dominujących sąsiadów, nie ma łatwo, jeśli chce się przebić do świadomości Europejczyków. Po to, żeby zrobić karierę, przynajmniej zachodnioeuropejską, trzeba z Brukseli albo Antwerpii wyjechać do Paryża, tuż za miedzą, albo do Londynu, też niedaleko, zaraz za kanałem La Manche. Tyle że kto potem pamięta, jakie naprawdę jest pochodzenie artystów? Brela, Béjarta czy Adamo zawsze uważano za Francuzów, tak jak Bruegla czy Rubensa za Holendrów…
I wreszcie Belgia, a zwłaszcza Bruksela, kojarzy się z NATO i Europą, a raczej „Europą”. W zależności bowiem od nastawienia, politycznych sympatii, otwarcia lub zamknięcia na europejskie sprawy, czyli od pro- lub antyeuropejskiej postawy, Brukselę jako „stolicę Europy” po prostu lubimy lub nie. Kiedy lecimy do niej chętnie, bo czujemy się związani z ideą europejską, niestraszne nam nawet lotnisko w Zaventem z jego długimi, męczącymi przejściami z jednego terminalu na drugi. Jak tylko je opuścimy, zaczynamy podziwiać imponujące wiadukty na pobliskich autostradach, nie narzekamy na korki na podmiejskim ringu i nie wpadamy w krytycyzm na widok dzielnicy europejskiej, przytłaczającej swoją biurową architekturą piękne kamienice w stylu art nouveau, a raczej to, co pozostało ze starej brukselskiej sztuki budowlanej. Jeśli europejska idea nam się nie podoba, Zaventem to zgroza i męczarnia, Bruksela ostatnie miasto, w którym chcielibyśmy zamieszkać, a pytanie, kim naprawdę jest Belg i czy w ogóle istnieje, kompletnie nas nie interesuje, i dziękujemy Bogu, że znów wylądowaliśmy w Warszawie.
Belgia jako taka zdaje się w ogóle nie istnieć. To jest jej największy paradoks, którego doświadcza każdy, nawet ten, kto bywa w tym kraju tylko przelotnie. Lądując na lotnisku w Zaventem, jedenaście kilometrów od centrum Brukseli, ze zdziwieniem stwierdzamy, że wszystko wokół opisane jest w języku niderlandzkim, chociaż Belgia jeszcze ze szkolnej ławki kojarzy nam się wyłącznie z językiem francuskim. Zaledwie jednak taksówka przekroczy niewidzialną granicę strefy francuskojęzycznej kończącej się na Boulevard de Woluwe w Brukseli, próżno szukać napisów w niderlandzkim. A jeszcze trochę dalej napisy będą już podwójne. I w końcu na gmachach urzędów państwowych i publicznych pojawią się napisy trójjęzyczne, dochodzi bowiem język niemiecki. Belgia ze swoją poruszającą historią, zagmatwanymi dziejami prowincji i własnego stawania się, z niezrozumiałymi często konfliktami, odmiennymi tradycjami i różnorodnością kultur swoich regionów, a przede wszystkim z wielojęzycznością mieszkańców – w kraju obowiązują trzy języki: niderlandzki, francuski i niemiecki – Belgia, dla której ta wielojęzyczność jest jednocześnie i szansą, i barierą, nie wykazuje tożsamości czytelnej, jednorodnej narodowo, tak jak chociażby Polska lub Francja. W konsekwencji ten pięknie położony kraj jawi się albo jak tabula rasa, biała plama, albo postrzegany jest przez pryzmat nierzadko przez siebie zawinionych stereotypów, które deformują jego prawdziwy obraz. Ale to byłoby akurat pół biedy.
Na belgijskie klisze bowiem nakładają się jeszcze klisze jego wielomilionowych gości, odwiedzających kraj co roku, a zwłaszcza odczucia i refleksje setek tysięcy międzynarodowych urzędników, lobbystów, parlamentarzystów, pracowników kontraktowych i dziennikarzy, dla których Belgia i Bruksela przez kilka lat stają się drugim domem. Żaden z nich nie jest wobec tego kraju obojętny, każdy wyrabia sobie własną opinię, każdy zgłasza atrybucję poznania Belgii i Belgów od podszewki. Ten, kto zostawia tu sporą część swojego zawodowego i rodzinnego życia, ma do tego prawo. Ale musi być jednak coś, co tę samolubność spojrzenia ujednolici, coś, co z różnorodnej mozaiki wykreuje prawdziwą Belgię i prawdziwych Belgów. Póki jeszcze istnieją.
België, Belgique, Belgien, Belgium
Kiedy przed ponad dziesięcioma laty przeniosłem się z Bonn do Brukseli, nie wiedziałem, co mnie dokładnie czeka. W Bonn przeżyłem najbardziej interesujące lata zawodowego życia. Byłem naocznym świadkiem niemieckiej polityki, o której znaczeniu dla Europy nie ma potrzeby wspominać, byłem świadkiem tej polityki w najbardziej kluczowym momencie powojennej Europy – rozpadu systemu komunistycznego na wschodzie kontynentu, upadku najbardziej reżimowego państwa bloku wschodniego – NRD, i w konsekwencji procesu zniesienia podziału Niemiec – pokojowego zniesienia podziału Niemiec. Zagrożenie konfliktem wojennym nie było wyimaginowane. Poza niejako naturalnym, wynikającym z podziału Niemiec niebezpieczeństwem zbrojnego zderzenia, na problem niemiecko-niemieckiej granicy nakładał się jeszcze jeden, bardziej zawzięty i niszczycielski konflikt – między Wschodem a Zachodem, między totalitaryzmem i dyktaturą a demokracją, między ideologicznymi uzurpatorami a ludźmi wolnymi. Najbardziej niszczycielski potencjał w historii świata został zgromadzony na obszarze niemal równym Polsce, i to z założeniem, że w razie wybuchu konfliktu nic, ale to nic z niego nie zostanie. W lasach Saksonii-Anhalt, Turyngii i Brandenburgii czyhały sowieckie kohorty. Po drugiej stronie ziemia Hesji i Bawarii kryła silosy z jądrową ripostą. Tysiące min jądrowych oddzielały Niemców od Niemców, Europejczyków wschodnich od zachodnich. Tysiące ciężkozbrojnych czołgów po obu stronach granicy szykowało się do ataku i nagłego unicestwienia, bo z góry zakładano, że są bez jakichkolwiek szans. Ten miecz Damoklesa wisiał nad głowami ludzi, którzy po obu stronach granicy rodzili się i umierali, dorastali, zakładali rodziny, spieszyli się do pracy, planowali życie – na przekór zaplanowanej w sztabach apokalipsie. To prawdziwy cud, że nie pojawiła się iskra, która zapaliłaby tysiące lontów.
Nigdy nie zapomniałem swojego definitywnego przejazdu na Zachód przez granicę niemiecko-niemiecką, której widok prześladował mnie jeszcze przez długie lata, tak jak do dzisiaj mam w pamięci swoją pierwszą podróż do upadającej NRD w marcu 1990 roku na pierwsze, demokratyczne wybory do Izby Ludowej, wschodnioniemieckiego parlamentu, który po raz pierwszy od czterdziestu lat miał na to miano w pełni zasłużyć. To była wciąż ta sama granica, pełna zasieków, kamer, podglądaczy, lornetek, bram prześwietlających promieniami Roentgena, zapór, barier, wież obserwacyjnych, psów wolno biegających między siatkami i jeszcze nie do końca zdemontowanych, chociaż już nieużywanych karabinów samostrzelających. Wciąż w budkach wschodnioniemieckiej straży granicznej siedzieli ci sami nieprzyjemni, nieżyczliwi i skrupulatni do bólu wartownicy, czyhający na wroga. Ale w marcu 1990 roku była to już granica przejezdna i każdy z tych złowrogich strażników liczył ze smutkiem w oczach tygodnie do zwolnienia. Jej upadek bez jednego, jedynego wystrzału był wydarzeniem nie tylko na miarę stulecia czy wręcz stuleci – był uwerturą do procesu odbudowy zerwanych więzi między Europejczykami, uruchamiał historyczny proces wzajemnego poznawania się bez ideologicznych klisz i otwierał drzwi do politycznego i gospodarczego zjednoczenia kontynentu. I przede wszystkim znosił barierę dla europejskiej tożsamości Polaków.
Jechałem więc do Brukseli jako dziennikarz spełniony, widziałem bowiem rzeczy, które obejrzeć można w życiu tylko raz. Cóż mogłem przeżyć i czego doświadczyć w Brukseli? Miasto znałem z licznych wyjazdów i kilku dziennikarskich wypadów, kiedy obsługiwałem jakieś wydarzenia. Ale jeszcze w Bonn nieobca była mi „europejska skleroza” i zmęczenie wspólną Europą, ujawniane przez niemieckich polityków zawsze wtedy, kiedy trzeba było w obliczu jakiejś porażki znaleźć kozła ofiarnego. Bruksela, jednocześnie i daleka, i bliska, świetnie się do tego nadawała i brała na siebie baty. Jechałem tyleż ciekawy, ile pełen iluzji, że życie w Belgii i Brukseli będzie podobne do życia w Bonn, chociaż z góry zakładałem, że mniej ekscytujące i mniej ciekawe z dziennikarskiego punktu widzenia. Polska wchodziła wprawdzie w okres najbardziej intensywnych wysiłków w zabiegach o członkostwo w Unii Europejskiej, wiedziałem więc, że roboty będę miał pod dostatkiem, ale na mojej wizji pracy w Brukseli ciążył bardzo – na początku raczej teoretyczny niż praktyczny – przesąd o brukselskiej biurokracji, która dusi w zarodku każdy dobry pomysł, jest sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem i rządzi się sekciarskimi wręcz, tajemnymi zasadami, czytelnymi tylko dla wtajemniczonych.
Zresztą już jeden z moich pierwszych służbowych przyjazdów do Brukseli zdawał się wciągać mnie w wir belgijskich czy raczej brukselskich stereotypów, tyle że prędko wyciągnąłem z tego wniosek i dostosowałem się do tutejszych reguł gry. Na ulicy Archimedesa, jednej z najbardziej „europejsko-brukselskich”, znanej z wielu restauracji karmiących nie tylko urzędników pobliskiej Komisji Europejskiej czy Rady, ale i setki gości unijnych instytucji, zablokowany zostałem wczesnym popołudniem przez elegancką kobietę, która zatrzymała samochód przed moim nosem, włączyła światła awaryjne i poszła do pobliskiego sklepu Armaniego. Ulica Archimedesa, dziś zadbana, porządna, z zatokami do parkowania, wówczas wyglądała inaczej. Wąską, wybrukowaną, zaniedbaną i ruchliwą jeździło się trudno, samochody parkowały po obu jej stronach, potrzeba było wręcz ekwilibrystycznych umiejętności, aby się między nimi zmieścić, więc taka blokada ruchu oznaczała po prostu spory korek, a mnie się nie tyle spieszyło, ile byłem całą sytuacją zbulwersowany. No, jak tak można, mówiłem do siebie w duchu. Samochodu nieznajomej nie mogłem wyminąć, nie mogłem się też wycofać, musiałem stać.
Byłem niecierpliwy, zatrąbiłem więc raz i drugi, ale nikt poza mną w kolejce nie wykazał żadnego zdenerwowania. Elegancka pani nie pojawiła się od razu, zaciekawiona wyjrzała ze sklepu dopiero wówczas, kiedy klakson trąbił bez przerwy. Z pełną zdziwienia miną zbliżała się do mnie i to na tyle zdecydowanie, że przezornie uchyliłem szybę tylko odrobinę.
– O co chodzi? – zapytała.
– Pani mnie blokuje – odpowiedziałem spokojnie.
– I ma pan z tym problem? – dopytała.
– Tak, i jak pani widzi, spory, nie mogę jechać.
– I to jest dla pana problem? – Była nadal zdziwiona.
– Może to panią dziwi, ale tak, mam problem.
Wzruszyła ramionami i odchyliła się w stronę maski samochodu, spoglądając na moją rejestrację, a ta była niemiecka, bońska.
– Aha – odkryła przyczynę mojej niecierpliwości. – Pan jest z Niemiec, czyli Ordnung muss sein, porządek musi być!
Spojrzałem na jej rejestrację z kolei ja, była niebieska na białym tle z wielkimi literami EUR w koronie z żółtymi gwiazdami, widoczny znak, że pani pracowała w jednej z unijnych instytucji.
– Pani pracuje dla Komisji Europejskiej i jest pani rasistką – nie tyle zapytałem, co stwierdziłem podniesionym głosem, mocno zbulwersowany.
W odpowiedzi na moją szybę poleciały ciosy torebką i pani bez słowa odpłynęła w stronę sklepu. Odjechałem dopiero wtedy, kiedy trzydziestoletnia wytworna brunetka załatwiła swoją sprawę w sklepie i powróciła do auta.
Nie mam do dziś pojęcia, kim była, ale już wówczas jej tablica rejestracyjna wywołała mój niesmak. Wkrótce też dowiedziałem się, że Belgowie niechętnie spoglądają na te tablice i że mają rację. Ich właściciele nie tylko roszczą sobie bowiem pretensję do bycia „nietykalnymi”, ale i lekceważą – jedni mniej, inni więcej – przepisy, tak jakby ich nie obowiązywały. Właściwie taka tablica nie daje żadnych nadzwyczajnych przywilejów, nie jest tablicą dyplomatyczną, jedynie informuje, że jej posiadacz mieszka w Brukseli przejściowo, no i że nie jest zwykłym urzędnikiem, tylko „ważnym” pracownikiem Unii. Przysługuje wszystkim związanym z Unią, ale już po kilku miesiącach wiedziałem, że nie wszyscy o nią występują. Czynią to jedynie ci, którzy sądzą, że dodaje im ona prestiżu…
Jasne, że po niemieckiej szkole porządku na jezdniach byłem porządnie zbulwersowany. Ale jak się okazało, tylko ja jeden z kolejki samochodów za mną. Reszta czekała cierpliwie i bez komentarzy. W Brukseli mieszka nieco ponad milion osób. Jedna czwarta z nich to obcokrajowcy z ponad stu państw świata, w tym oczywiście z europejskich. Dominują ci z Afryki Północnej, Konga i Europy Południowej. Każdego roku z Brukseli wyprowadza się i do Brukseli sprowadza około trzydziestu tysięcy osób. Przynoszą do miasta swój temperament, tradycję, wiedzę, swoje obyczaje, przyzwyczajenia, ale i szkołę jazdy oraz dyscyplinę lub jej brak.
W liczącej nieco ponad 10 milionów mieszkańców Belgii jest 5,4 miliona samochodów osobowych, w samej Brukseli blisko 700 tysięcy. Żeby w godzinach szczytu dojechać w miarę na czas na przykład do Komisji Europejskiej albo Parlamentu, trzeba wykazać się dużą cierpliwością, elastycznością, ale i wyrozumiałością. Złorzeczenie nic nie daje, pomagają natomiast wzajemna życzliwość i gotowość do ustępstw. Wyciągnąłem więc szybko wniosek z tej pierwszej praktycznej lekcji. Przestałem się denerwować, stałem się cierpliwy, elastyczny i wyrozumiały: wiem, że inaczej nigdy nie załatwię swojej sprawy tam, gdzie mam interes. Dziś w zatrzymaniu samochodu na ulicy Archimedesa i włączeniu świateł awaryjnych, kiedy mam coś pilnego do załatwienia, a brakuje akurat wolnego miejsca na parkingu, nie widzę już niczego zdrożnego i zdziwiłbym się bardzo, gdyby komuś to przeszkadzało. No, chyba żeby to był ktoś świeżo z Niemiec… Inną osobliwością na jezdniach Brukseli, która najpierw bulwersuje, a później człowiek się do niej przyzwyczaja i już jej nie dostrzega, jest wolna, blokująca jazda lewym pasem. Dziś już wiem, że taki samochód trzeba po prostu wyminąć po prawej stronie i spokojnie wrócić na lewy, szybszy pas. Ci, którzy nim jadą, blokując ruch, zamierzają skręcić w lewo, nawet jeżeli będzie to dopiero za kilka przecznic.
Samochody z belgijską rejestracją tak czy owak nie mają poza granicami kraju dobrej opinii. Unikają ich Holendrzy i Francuzi; na widok samochodu z białą tablicą rejestracyjną z czerwonymi na niej cyframi i literami Niemcy stają się bardziej uważni. Dzieje się tak po części dlatego, że do 1973 roku mieszkańcy Belgii odbierali swoje prawa jazdy w urzędach komunalnych wraz z chwilą nabycia pojazdu, a nie po zaliczeniu egzaminu z nauki jazdy. Na ulicach belgijskich miast kręci się więc jeszcze sporo kierowców, którzy swoje „umiejętności” zdobywali sami, bez pomocy, wsparcia i kontroli instruktorów. Niektórzy przez lata nauczyli się prowadzić samochód, inni nie. Poza tym samochód nie jest w Belgii życiowym cywilizacyjnym fetyszem czy symbolem sukcesu, więc nie ma co nim imponować. Każdy jeździ jak potrafi. Nierzadko z bardzo złym skutkiem – kraj prowadzi w europejskiej niechlubnej statystyce wypadków śmiertelnych na drogach i w miastach. A tak na marginesie – kiedy jedzie samochód z belgijską numeracją, która jest ledwie czytelna, krótka i nie zawiera praktycznie żadnej informacji, można z góry założyć, że ma się przed sobą kogoś, kto nabył auto, zanim przyszliśmy na świat. W Belgii tablicę rejestracyjną dostaje się na całe życie i zabiera się ją do każdego następnego samochodu. Kiedyś pojazdów było mniej, więc i numery były krótsze, dziś się wydłużyły, ponieważ przybyło samochodów.
Rząd federalny próbował już wiele razy zmienić regulacje dotyczące tablic, dostosować je do unijnych przepisów, ale niewiele z tego wyszło. W europejskim otoczeniu tablice rejestracyjne mają albo białe, albo żółte tło – w obu przypadkach z czarnymi literami, oraz niebieską unijną plakietkę z literą kraju. Prowadzone w Belgii badania wykazały, że najbardziej czytelna, także w oku policyjnych kamer późną nocą, jest tablica żółta. Ba, ale kolory żółty i czarny są barwami flamandzkiej flagi, więc wpływowi walońscy ministrowie projekty wprowadzenia nowej żółtej tablicy skutecznie blokują. Problem kolorów nie kończy się zresztą wyłącznie na tablicach. Słupy sygnalizacji ulicznej i znaków drogowych także pomalowane są odmiennie w zależności od tego, gdzie akurat stoją. Na ulicach Flandrii słupy pomalowane są w żółto-czarne pasy, w Walonii i brukselskich gminach francuskojęzycznych w biało-czerwone.
Moje iluzje prędko wyblakły. Nie tylko ryby smakują w Belgii inaczej niż gdzie indziej, nie tylko frytki mają swój niepowtarzalny smak, nie tylko kierowcy i politycy zachowują się nieco inaczej niż ich koledzy w pozostałych częściach Europy, ale i mentalność Belgów lub tych, których za nich bierzemy, różni się od typowych zachowań w polityce, kulturze, życiu codziennym, podczas jedzenia i picia, w podejściu do rodziny, znajomości czy zawieraniu przyjaźni, w organizacji wspólnoty, utrzymaniu odrębności graniczącej z sobkostwem, urządzaniu mieszkania. Krok po kroku zaprzyjaźniłem się z tym krajem i jego ludźmi, którzy mniej od innych odczuwają potrzebę dominacji nad obcymi, którzy każdemu – swojakowi czy obcemu – zostawiają swobodę bycia takim, jakim chce, którzy chętnie zgadzają się z odmiennym zdaniem i którym nie przeszkadza indywidualizm w zachowaniu. Czasem można przez to czuć się w Belgii nawet samotnym, chociaż samym – nigdy.
– Jak możesz w tej Belgii wytrzymać? – zapytał mnie po kilku latach pobytu w Brukseli przyjaciel, którego długo nie widziałem. Sam znał ten kraj z dwóch czy trzech krótkich pobytów, ale sporo się o nim naczytał, i to – jak każdy niemal – ocen niepochlebnych, uproszczonych, pobieżnych. Kiedyś wybrał się, jeszcze z Bonn, na pogranicze belgijskie znane ze sklepów licznych handlarzy staroci i powrócił z nie najlepszymi wrażeniami. – Przecież to taki zacofany, prowincjonalny kraj, no, może Bruksela jest inna, ale ta reszta? – brzmiała jego dość bufonowata ekspertyza.
Miał do niej oczywiście prawo, ale w jego postawie uderzyła mnie nie tyle jej stereotypowość, ile proste przekonanie, że nie warto tracić czasu, aby kraj ten bliżej poznać.
Mój przyjaciel nie jest wcale odosobniony. Znam wielu ludzi, którzy uważają, że Belgię można albo kochać, albo nienawidzić, przy czym zakochanie przychodzi z trudnością, potrzebuje czasu, cierpliwości i wytrwałości, a nienawiść nie wymaga takich ofiar. Jak w każdym kraju, również tutaj nie wszystko jest w należytym porządku, i jak wszędzie nieprzychylne oko dostrzeże same tylko niedociągnięcia. Nie każdy ma też czas ani ochotę dociekać, na czym polega swoisty urok Belgii. Postawy te nabierają z czasem niezwykłej trwałości. Kogoś, kto Belgii nie polubił, trudno później przekonać, że może być inaczej, że jest interesująca i warto ją bliżej poznać. Podobnie jest z sympatykami Belgii – nawet największy skandal obyczajowy, awaria wymiaru sprawiedliwości czy odbierająca ochotę do życia niesłowność hydraulików i sprzedawców w sklepach nie są w stanie zarysować obrazu kraju, który pokochali. Tak, miłość bywa ślepa, nawet jeżeli przecieka kran i nie ma komu go naprawić – z wyjątkiem polskiej „złotej rączki”, która jest pod bokiem. Ale czy da się Belgię jednocześnie i kochać, i nienawidzić?
Belgię można przejechać autem wzdłuż i wszerz szybko i bez większego problemu. Od przejścia granicznego w Lichtenbusch z Niemcami na wschodzie do Ostendy na wybrzeżu jest niecałe dwieście pięćdziesiąt kilometrów. Nieco dłuższa jest trasa północ–południe, od granicy z Holandią do granicy z Luksemburgiem – trzysta kilometrów. Odpowiedź na pytanie, gdzie tak naprawdę Belgia się zaczyna i gdzie kończy, nie jest wcale prosta, a przy tym łatwiej znaleźć widoczny koniec Belgii niż jej początek. Prawdziwy koniec kraju to jego wybrzeże – za linią wody nie ma już nic. A gdzie się Belgia zaczyna?
Od zachodu na wschód krajobraz pozostaje niemal taki sam, jest płaski, trudno dojrzeć coś, co mogłoby naprawdę zachwycić, w oczy rzuca się Belgia zurbanizowana, bardzo gęsto zasiedlona i zaludniona. Im bliżej granicy z Niemcami, tym więcej oznak, że kraj ten zamieszkują trzy wspólnoty językowe, nawet policja nazywa się tu Polizei, a nie Police lub Politie. Niepostrzeżenie Belgia przechodzi powoli w Niemcy. Ale nie inaczej jest na lini północ–południe, tam też trudno dostrzec, w którym miejscu Belgia staje się już Belgią. Okolice Antwerpii przypominają swoim wizerunkiem, że Holandia jest nie tylko tuż za miedzą, ale i że we Flandrii jest niemal jak u siebie w domu. Podobna architektura, podobna pieczołowitość i porządek przy zagrodach, podobny charakter miasteczek i osiedli. No i żadnego francuskiego, tylko niderlandzki. Dalej na południe, już kilkanaście kilometrów za Brukselą, otwieramy oczy z zachwytu – powoli wjeżdżamy w świat Ardenów, pełen lasów i duktów, malowniczych przełomów rzek, pociągających dolin i pięknych widoków. W pobliżu granicy z Luksemburgiem czujemy się już jak w Wielkim Księstwie, a wzdłuż granicy z Francją nie mamy cienia wątpliwości, że zaraz spotkamy kogoś z Grand Nation z jego wielką historią, tradycją i pychą. Odkrywamy ukryte w lasach wioski o pięknych, starych nazwach i typowo francuskim charakterze oraz klasztory, które swoimi losami zapisywały karty kronik europejskiego chrześcijaństwa. Przydrożne bary i restauracje to typowe francuskie oberże, bardzo gościnne i spokojne. Żadnego pośpiechu, wiele gadania, własny smaczny chleb i własne dobre wino. Już w Genval, ekskluzywnej podmiejskiej wiosce kilka kilometrów za Brukselą, trudno znaleźć sprzedawcę, który zna niderlandzki, a nawet jeżeli zna, to i tak go nie używa. Nie tylko więc na swoich granicach Belgia jakby się rozmywa i niepostrzeżenie, ale i bez natarczywości nabiera cech sąsiadów.
Na skrzyżowaniu tych wszystkich dróg, niemal w centrum kraju leży Bruksela, stolica Belgii i „stolica Europy” – a w gruncie rzeczy twór prawie samoistny, który zapewne byłby w stanie poradzić sobie i bez obu zwaśnionych prowincji – Flandrii i Walonii, gdyby miało dojść do rozpadu belgijskiej federacji. Jej ultramiędzynarodowy charakter sprawia, że brukselczycy, z których co czwarty jest obcokrajowcem, niekoniecznie na co dzień pamiętają, że stolica Belgii nie jest jeszcze samodzielnym państwem. Bruksela jest niezależna pod każdym względem – gospodarczym, finansowym, obyczajowym, mentalnym, kulturowym, językowym. To, co na belgijskiej prowincji wydaje się niemożliwe, w Brukseli jest oczywistością. Spróbujcie w Gandawie załatwić jakąś sprawę w urzędzie, posługując się tylko językiem angielskim. W Brukseli jest to najbardziej naturalna rzecz pod słońcem – i to tak dalece naturalna, że kiedy idziecie na pocztę i chcecie odebrać list polecony, urzędnik, który nie zna angielskiego, będzie czuł się bardzo niekomfortowo. Nie inaczej jest z dziewczyną w kinowej kasie, z kierowcą autobusu miejskiego, obsługą stacji benzynowej, z pracownikami w urzędach komunalnych i w bankach. Oczywiście każdy z nich z wdzięcznością i sympatią doceni fakt, że mówicie po niderlandzku, niemiecku lub francusku – chcecie jednak załatwić swoją sprawę w języku angielskim, nie ma problemu, nikt wam nie odburknie, że „tu jest Belgia” i że angielski nie jest tu językiem urzędowym.
Przychodzi im to łatwo, ponieważ nie ma języka belgijskiego, a urzędowe są trzy, nie każdy zaś rodzi się lingwistą. Ale skoro nie ma jednego wspólnego języka, to żyją w Belgii przynajmniej Belgowie? Ha, i tak, i nie. Istnieje oczywiście belgijskie obywatelstwo, ale ma ono dla mieszkańców kraju inne znaczenie niż na przykład w Polsce lub w Niemczech. Jest po prostu pewną administracyjną koniecznością, niczym więcej. Kiedy spotkacie na wakacjach w Tunezji albo Grecji kogoś z Belgii i zapytacie, skąd jest i kim jest, z ociąganiem, ale jednak powie, że jest z Belgii, że jest Belgiem, i zaraz doda, że Belgiem z Flandrii albo Belgiem z Walonii. Na miejscu, w swoim kraju, pytanie o to, czy jest Belgiem, rozśmieszy go i odpowiedzi takiej już nie da – tu nie będzie miał żadnych wątpliwości, kim jest, i odpowie prosto i śmiało – „jestem Walonem” albo „jestem Flamandem” – żadnym ot tak, po prostu Belgiem, to nie wchodzi w rachubę.
A kim jest mieszkaniec Brukseli, jeżeli nawet według pochodzenia i języka jest Walonem albo Flamandem? Tu sprawa wydaje się jeszcze prostsza – to po prostu brukselczyk. Mieszkaniec „stolicy Europy” jest ponad te wszystkie prowincjonalne podziały i spory, jest sam dla siebie, ma cechy szczególne, wyróżniające go spośród pozostałych obywateli jego kraju, należy jakby do innej kasty. Ma swoją odrębną administrację, swój odrębny porządek, swoich adwokatów, szkoły, media, swoich posłów i ministrów. Żeby się urodzić, chodzić do szkoły, zdobyć dobre wykształcenie, nawiązać kontakty, wejść w dorosłe życie, założyć rodzinę, dojść do majątku i w końcu umrzeć – brukselczyk nie potrzebuje ani Flandrii, ani Walonii, ani północy, ani południa swojego kraju. I chyba nie potrzebuje Belgii jako takiej. To, czego potrzebuje, to wybrzeże, które leży sto kilometrów od miasta. Chętnie na nim wypoczywa, oddycha i nabiera sił, a zaludnia je zawsze wtedy, kiedy i tak wszyscy tam jadą.
Czy mieszkaniec Ostendy interesuje się tym, co dzieje się w Liège? A antwerpijczyk sytuacją w Namur? Należy w to wątpić. Każde miasto w Belgii jest światem samym dla siebie. Oddalona od Brukseli na mapie o sto kilometrów Limburgia dla brukselczyka leży na końcu świata, nic go z nią nie wiąże ani łączy, nie ma tam żadnego interesu, a ciekawość nie jest akurat w Belgii cechą wrodzoną.
Mój sąsiad, pilot samolotów pasażerskich, zna Hongkong, Addis-Abebę, Singapur, Abu Zabi i wiele miast europejskich. Ale w życiu nie był w Ieper na zachodzie kraju i nawet nie wie, gdzie leży Genk w Limburgii – choć to miasta w gruncie rzeczy jakoś bliskie. – A po co? – odpowiedział, kiedy zapytałem go, czy był już w Mechelen, mieście położonym trzydzieści kilometrów na północ od Brukseli, w którym jest jedna z najstarszych katedr Europy, w którym założono pierwsze biskupstwo w Belgii i które należy do najbardziej urokliwych w tym kraju. Większość moich brukselskich znajomych, powiedzmy że Belgów, nie była nigdy w oddalonym o dwadzieścia kilometrów na wschód Leuven, jednym z najstarszych i najpiękniejszych miast brabanckich, gdzie mieści się (założony w 1425 roku) uniwersytet należący do najstarszych i zasłużonych uniwersytetów świata, w mieście, w którym już w 1080 roku otworzono pierwszy szpital! Musi wydarzyć się wielka życiowa katastrofa, aby odwiedziła was przyjaciółka z Gandawy, chociaż to tylko pięćdziesiąt kilometrów.
Nigdy nie zapomnę wrażeń moich brukselskich kamerzystów, z którymi wyjeżdżałem w Belgię – a to na północ, a to na zachód, a to na południe kraju. Podróżując po Belgii razem ze mną, widzieli swój kraj w większości po raz pierwszy! Czy to Genk, czy to Ieper, Dinant, Arlon, Bouillon, Bastogne, Kortrijk – oczywiście słyszeli kiedyś o tych miastach, ale nie mieli pojęcia, jak wyglądają, i dzięki temu, że chętnie kręciłem reportaże o Belgii, mogli zobaczyć, jak prezentuje się ich własna ojczyzna. Owszem, byli nieco zaskoczeni, kiedy dowiedzieli się przy okazji, na przykład, że przyszły prezydent Francji Charles de Gaulle podczas pierwszej wojny światowej jako młody porucznik został ranny na moście w Dinant – ale bez przesady, równie dobrze mogliśmy pojechać do Francji albo Holandii, tam się zresztą lepiej rozeznawali niż w samej Belgii. Czy wybrali się tam kiedyś ponownie, już z rodzinami, aby pokazać im trochę nieznanej Belgii? Wątpię.
Każdy zagraniczny dziennikarz, poza problematyką unijną i sprawami NATO, musi interesować się także wewnętrzną polityką Belgii, nadstawiać ucha na informacje i obserwować wydarzenia, które dzieją się poza Brukselą, w Walonii i we Flandrii. Ale to nie jest wcale proste. Przede wszystkim nie ma takiego języka jak flamandzki i żaden Walończyk nie mówi po walońsku. Jest niderlandzki i jest francuski. Zdecydowana większość książek flamandzkich autorów wydawana jest i drukowana z przyczyn promocyjno-ekonomicznych w Amsterdamie. Brukselskie nakłady francuskojęzycznych autorów podobne są do tych w Polsce, czyli naprawdę niskie, tyle że w Belgii żyje prawie cztery razy mniej ludzi, a rynek francuskojęzyczny jest dwunastokrotnie mniejszy. Wielkim bestsellerem jest tu książka, która osiągnie pięciotysięczny nakład.
Jeszcze na początku XX wieku sędziowie we Flandrii wydawali wyroki tylko w języku francuskim, więc większość skazanych nie miała pojęcia, za co i dlaczego została ukarana i skazana. Podczas pierwszej wojny światowej oficerowie armii belgijskiej posługiwali się jedynie francuskim i w nieludzki sposób szykanowali flamandzkich rekrutów, którzy ich nie rozumieli. To z Flandrii, a nie z Niemiec pochodzi jednocześnie trywialne i dramatyczne określenie Kanonenfutter – mięso armatnie. Dopiero w sto lat po odzyskaniu przez Belgię niepodległości, w 1930 roku, na prastarym Uniwersytecie w Gandawie we Flandrii wprowadzono także niderlandzki jako język wykładowy. Jeszcze pięćdziesiąt lat temu, w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, podczas posiedzeń rady ministrów wolno było używać tylko francuskiego. Dzisiaj posiedzenia tłumaczone są już symultanicznie. Ktokolwiek z Flamandów chciał poświęcić się jakiejkolwiek karierze w służbie państwa, musiał zapomnieć, z jakiej części kraju pochodzi. O niderlandzkim nie tylko Walonowie mówili, że jest językiem aux animaux et aux domestiques – językiem „psów i służby”. Całe pokolenia Flamandów wyrosły w przekonaniu, że ich własny język jest mniej wartościowy od języka francuskiego. Wstydzili się nim mówić i nie przyznawali się, że go znają.
Na całe szczęście z tego skomplikowanego sporu lingwistycznego nie wyrósł żaden morderczy konflikt etniczny. To był i jest raczej spór kulturowy, mentalny, obyczajowy i po części cywilizacyjny, po części wręcz klasowy (oświecone warstwy we flamandzkich miastach unikały własnego języka, pozostał on na całe lata językiem chłopów i najemnych robotników), który w wielokulturowej Europie traci krok po kroku na swojej ostrości. Im więcej mądrości i wzajemnego respektu, tym mniej złości i celowej deprecjacji. Dzisiaj oba języki są w kraju równoprawne, występują obok siebie na szyldach, drogowskazach, w urzędach, na tablicach autobusów i w nazwach ulic, na etykietach w sklepach, na poczcie i na dworcach, na kartach menu w restauracjach, w muzeach, w kościołach i na kuponach toto-lotka. Jest to wielki sukces belgijskiej demokracji, ponieważ kompromis ten osiągnięty został w toku długotrwałych i uciążliwych debat, konsultacji, dyskusji i na drodze prawnych regulacji, ale bez dramatycznego przelewu krwi, wybuchów bomb, zabójstw, aktów agresji i terroru (jak może wyglądać inny sposób rozwiązywania etniczno-językowych problemów, pokazują Baskowie, pokazały Irlandia czy wreszcie była Jugosławia). Tyle że dzisiaj trzeba naprawdę znać oba języki, aby bez nieporozumień poruszać się w belgijskiej przestrzeni publicznej. Regulacje prawne są, ale nie każdy człowiek, jak to w życiu, czuje się do końca zobowiązany ich przestrzegać. I nadal jest tak, że Walona nikt nie zmusi, aby mówił po niderlandzku.
Wprawdzie istnieje rozbudowany rynek prasowy w obu językach, nie brakuje też francuskich czy flamandzkich stacji radiowych i telewizyjnych. Ale ktoś, kto oglądać będzie w Brukseli tylko stację nadającą w języku niderlandzkim, nie dowie się w ogóle, co wydarzyło się we francuskojęzycznym Namur, pięćdziesiąt kilometrów na południe od Brukseli, kto jest premierem Walonii, czy warto odwiedzić Dinant, jakie problemy mają tamtejsze szkoły i jaka jest sytuacja na autostradach. Żeby to wszystko wiedzieć, trzeba też słuchać i obserwować programy francuskojęzyczne. I oczywiście odwrotnie. Walońskie stacje radiowe nie informują o korkach na autostradach wokół Antwerpii czy Gandawy we flamandzkiej części kraju, a serwisy stacji telewizyjnych nie podają, co wydarzyło się na północ i zachód od Brukseli. Kiedy flamandzkie rodziny spędzają urlop na południu kraju w Ardenach, miejscowi mówią o nich „Holendrzy”. A ponieważ nie do końca potrafią się ze sobą porozumieć, więc dzieci wracają do domów z przekonaniem, że na wakacjach były we Francji.
A przy tym doświadczenie uczy, że mieszkańcy Flandrii o wiele lepiej radzą sobie z językami od Walonów. Już chociażby dlatego, że Flandria, czyli północna i zachodnia Belgia, żyje głównie z usług i wymiany, z międzynarodowego handlu i kontaktów, których fundamentem są nie tylko zdolności i wytrwałość, ale i otwartość na innych ludzi i na świat. Flamandowie znają języki obce i chętnie się nimi posługują, także francuskim, który przez setki lat był nie tylko językiem wyższych warstw, ale i językiem komunikacji, nie tylko w ich kraju, ale i w całej Europie. Statystyki mówią, że są oni bardziej mobilni od Walonów i bardziej od nich ciekawi swojego wielokulturowego kraju. Do dzisiaj w sklepach Antwerpii, Gandawy czy Brugii można swobodnie posługiwać się francuskim i być w tym języku także uprzejmie obsłużonym! Znacznie gorzej wygląda to w drugą stronę – wielu Walonów żywi najświętsze przekonanie, że żaden inny język poza francuskim nie jest im potrzebny.
Ale istnieje coś, co bez rozgłosu i bez wielkich emocji łączy flamandzkiego Lwa z walońskim Kogutem. Coś, co nieobeznanego z belgijskimi obyczajami na pierwszy rzut oka nieco razi i szokuje, i coś, do czego trzeba się przyzwyczaić, jeżeli chce się zdobyć i zachować nieco więcej niż tylko przelotne znajomości. To pocałunek, ale nie byle jaki pocałunek: pocałunek na powitanie, w każdej sytuacji, w każdym miejscu i o każdej porze, i to każdego z każdym, niezależnie od płci, wieku i stanu.
Tradycja tej ceremonii niewiele ma wspólnego z automatyzmem polskiej rewerencji wobec kobiety, wyrażanej mniej lub bardziej eleganckim, mniej lub bardziej nachalnym, a czasem wręcz obrzydliwym, bez stylu i klasy, pocałunkiem kobiecej dłoni. Kiedy w dawnych latach witałem takim polskim pocałunkiem swoje koleżanki w redakcji zachodnioniemieckiej telewizji w Kolonii, spotykało mnie nie tylko samo uznanie. Myślę teraz, że nie było go w ogóle i że tylko cicha uprzejmość napastowanych przeze mnie w ten sposób pań ratowała mnie przed ich gniewem. Niekoniecznie brano mnie za ostatniego chevalier. Kobiety na Zachodzie, nawet te bardzo wyemancypowane, podają oczywiście rękę do pocałunku, ale w sytuacjach wyjątkowych (na balu, w operze, podczas uroczystej kolacji) i w atmosferze, która im, a nie całującemu odpowiada, dobieganie zaś do nich i wymuszanie tego gestu przy każdym spotkaniu, zwłaszcza rano i zwłaszcza w pracy, jest im daleko obce. Nie trwało też zbyt długo, bym się oduczył na zawsze tej w gruncie rzeczy zdawkowej maniery (bardziej „osobisty” pocałunek w rękę tak czy owak nie wchodził w rachubę, byłby rzeczywiście odczytany jako nachalność i molestowanie) i swój respekt wobec koleżanek wyrażał w inny, bardziej dla nich przyjemny i naturalny sposób.
Kiedy jeszcze z Bonn przyjeżdżałem do Brukseli obsługiwać ważne wydarzenia, belgijski pocałunek na powitanie rzucił mi się od razu w oczy. Całowali się na „dzień dobry”, niezależnie od tego, ile razy w ciągu doby skrzyżowały się ich drogi, mój kamerzysta z dźwiękowcem, montażystka z sekretarką, kolega dziennikarz z innym dziennikarzem, kobieta z kobietą, mężczyzna z mężczyzną, każdy z każdym. I według jakiegoś swoistego kodu. Inaczej w biurze, inaczej w parlamentarnym barze, inaczej wieczorem przy kuflu piwa czy szklance whisky. Nie miałem wówczas większego pojęcia o tym „systemie” czy „kodzie” międzyludzkiej komunikacji. Tym bardziej że w polskim obyczaju, jeśli już kogokolwiek do siebie przyciągamy i obdarzamy całusami, robimy to trzykrotnie i w miarę solidnie. Przez ten nawyk wpadałem często w pułapkę polegającą na tym, że skoro już całowałem, chciałem więcej, tymczasem mój partner kończył po dwóch pocałunkach, a nierzadko po jednym.
* * *
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji