Sanok
(...) a poza tym nie przepadam za Sanokiem, do czego nie wypada się przyznawać, ale co jest faktem. Sanok kojarzy mi się z moim dzieciństwem, a wspomnienia mojego dzieciństwa nigdy nie napawały mnie nostalgią, a wręcz przeciwnie. Niby wszystko miałem jak po maśle: dobrych rodziców, nie najgorsze rodzinne warunki materialne, nie byłem też chyba głupi, ale sam siebie cholernie nie lubiłem. Nieustannie wydawało mi się, że jestem gorszy od innych: słabszy, mniej przystojny, tchórzliwy, nieśmiały, bez muskułów, jednym słowem dupa. Na dodatek panicznie bałem się dziewcząt. Potem, po ukończeniu studiów, przez kilka lub kilkanaście lat pracowałem w Sanoku na opinię zakały rodziny i miasta. (...) To wszystko wraca do mnie w formie wspomnień dziś, gdy już wszystko minęło, świat jest inny, inni ludzie, inne moje miejsce w świecie i w Sanoku, ale skaza pozostała i Sanoka nie cierpię jak zarazy1.
*
Wiele lat później matka powie mu, że zaszła w ciążę przypadkowo2. On będzie ją kochał i jednocześnie się jej brzydził. "Wzdrygam się, gdy mnie moja mama dotknie ręką, czego z całego serca chciałbym już ze względu na nią uniknąć, a co jest silniejsze ode mnie"3 - napisze do przyjaciela Andrzeja Urbanowicza.
Stanisława Beksińska, nauczycielka szkoły powszechnej, w mroźną niedzielę 24 lutego 1929 roku o godzinie dwudziestej trzeciej rodzi syna, swoje pierwsze i ostatnie dziecko.
Za oknem pada śnieg. Cała Europa jest skuta lodem. Jak donosi największa w województwie "Gazeta Lwowska", statki na Morzu Bałtyckim zamarzły w portach, w Rumunii spadł czarny śnieg, wzbudzając panikę wśród ludności, ale pociągi z Krakowa do Warszawy, mimo śnieżycy, jeżdżą z minimalnym opóźnieniem.
Noworodek nie rusza się, milczy jak martwy. "Dopiero mnie tam w tyłek wstrząsnęła położna i ja nagle zacząłem ryczeć"4 - Zdzisław Beksiński zwierzy się ze śmiechem swojemu marszandowi Piotrowi Dmochowskiemu.
Chłopczyk waży 4,378 kilograma, mierzy 55 centymetrów. Matka ma 29 lat (155 cm wzrostu, 66 kg wagi), ojciec Stanisław Beksiński - 42 lata (171 cm, 67 kg).
*
I rrraz! Przysiad, rozciąganie sprężyn. Służąca, kucharka, ogrodnik i dostawcy ze wsi mówią do Zdzisława "paniczu", a jak podrośnie: "młody panie".
Panicz Zdzisław Beksiński
Dwa. Podciąganie na drążku, skłon. Inne dzieci noszą kurtki po ojcach, dla panicza szyje się ubranka na miarę. Marynarskie albo garniturki w kratę. Na zimę kombinezon narciarski.
Trzy. Skręt tułowia, przewrót do przodu. Zdzisio chodzi do przedszkola i szkoły, ale nie wolno go bić! "Inne dzieci były bite i przez księdza, i przez panią w szkole, a mnie nikt by się nie ośmielił"5 - napisze w liście do Urbanowicza. Zdzisia bije się w domu. "Ojciec uderzył mnie tylko raz w życiu, a mama lała mnie przy każdej okazji, a (...) lała na oślep, gdzie popadnie"6.
Cztery. Naprzemienne podnoszenie ciężarków. Mama nazywa Zdzisia po niemiecku Sonntagskind (niedzielne dziecko). Szuka w nim artysty. Chowa na pamiątkę rysunki syna. Zapisuje, że auta z krzywymi kółkami narysował 8 grudnia 1930 roku, a na rysunku dwóch splecionych głowonogów, z tego samego miesiąca, czyni zapisek "Tatusio i mamusia". Czeka, aż chłopiec nieco podrośnie i będzie mógł sięgnąć do klawiatury rodzinnego fortepianu, wtedy zatrudnia dla niego nauczycielkę muzyki. Chce wychować wirtuoza. Chłopiec ćwiczy palcówki Bacha, na imieniny ojca gra utwory Schuberta. Po latach powie: "Fortepianu nienawidziłem i była to wina pani, która mnie uczyła. Powiedziałem kiedyś ojcu, że chciałbym, aby pierwsza bomba, która spadnie, rozwaliła ten cholerny grat"7. Marzenie się prawie spełni. Nie pierwsza, ale ostatnia bomba nie uszkodzi co prawda fortepianu, ale Zdzisławowi urwie czubki palców lewej dłoni.
Pięć. Pompki. Ojciec tłumaczy, że mężczyzna nie płacze i nie demonstruje uczuć. Babcia wpaja: "Gdzie cię chętnie widzą, tam rzadko bywaj", matka uczy: "Bądź grzeczny, szanuj ludzi, nie wywyższaj się". "Byłem wychowany na kogoś w rodzaju białego sahiba, co jednak w praktyce dało Anglika z Kołomyi i chyba nie jest mi z tym dobrze"8 - powie Zdzisław Beksiński pod koniec życia.
Sześć. Bieg slalomem wokół jabłonek. Zdzisio może bez ograniczeń korzystać z biblioteki rodziców. Ulubiona autorka mamy to Selma Lagerlöf, ulubieni autorzy ojca - Nietzsche i Schopenhauer. Zdzisio czyta Kamasutrę na przemian z Biblią Wujka. Powie: "Księgi Królewskie o Dawidzie, Saulu (...) w mojej optyce nie bardzo różniły się rozwojem akcji od Tarzana, który wtedy był jedną z moich podstawowych lektur"9. Największe wrażenie robi na nim fragment Psalmu 22(23): "Bo choćbym też chodził w pośrzód cienia śmierci, nie będę się bał złego; bowiemeś ty jest ze mną"10. Zapamięta go na całe życie.
Siedem. Przewroty do tyłu, przysiady. Mężczyźni w rodzinie Beksińskich od pokoleń pozostają obojętni na Boga, za to kobiety balansują na granicy dewocji. Stanisława Beksińska jest wychowanką szkoły przyklasztornej. (Wspomina, że ból zęba leczono tam sypaniem pieprzu do ucha. Od pieprzu tak zaczyna boleć ucho, że zapomina się o zębie. A "nieprzyzwoite" strony w Panu Tadeuszu zakonnice spinały szpilkami). Zdzisio modli się co wieczór, przystępuje do komunii. Po latach napisze: "Wiarę utraciłem powoli, na raty, w zasadzie pierwszym i zasadniczym powodem był fakt, że nie chciało mi się mówić pacierza wieczorem"11. Chodzi na kursy dla ministrantów. Prosi Boga w modlitwach, żeby coś zrobił, bo on nie chce coniedzielnych wystąpień w białej komży przed ołtarzem. We wrześniu 1939 roku Bóg zsyła Zdzisiowi wojnę.
Osiem. Siad płotkarski, skłony. W odpowiednim czasie Zdzisław zostaje uświadomiony, że onanizm prowadzi do wysychania rdzenia pacierzowego i drżenia głowy. Na wszelki wypadek matka lub ojciec podglądają syna przed zaśnięciem albo bez zapowiedzi wchodzą do pokoju. Po każdej masturbacji ogarniają go wyrzuty sumienia. I zawsze już będzie miał wrażenie, że jest obserwowany z ukrycia.
Dziewięć. Wymachy ramion. W zdrowym ciele zdrowy duch. Ojciec budzi Zdzisława codziennie rano. Ręcznik, mydło i bez względu na pogodę biegną myć się do oddalonego o kilometr Sanu. Jeśli nie ma nikogo w pobliżu, pływają nago w rzece. Syn będzie wspominał: "Stary miał fioła na punkcie nudyzmu i u nas po ogrodzie łaziło się bez majtek"12.
Ogród Beksińskich jest jak tor przeszkód. Stanisław Beksiński, szczupły i umięśniony działacz Towarzystwa Gimnastycznego Sokół, żołnierz Armii Hallera, kazał poustawiać między drzewami drążek do podciągania się i akrobacji, skocznię do skakania o tyczce i na odległość. Nakłania syna do gimnastyki, biegów na sto metrów, ćwiczeń hantlami.
Zdzisio ma własną wiatrówkę, kieszonkowe wydaje na śrut, strzela do ptaków. Czasem trafia.
Nad Potokiem Płowieckim przerzucono kładkę, za nim aż po San rozciągają się grunty Beksińskich. Stanisław zleca tam budowę kortów tenisowych i zatrudnia dzieci do podawania piłek, ogrodnik dba o trawę. W wolne dni Beksińscy grają z przyjaciółmi w tenisa, Zdzisław ma własną rakietę.
Latem składają kajak, płyną w nieznane, nocują w namiotach. Wędrują w góry i po lasach. Żeglują po jeziorach. W 1933 roku wyjeżdżają ze Zdzisiem i znajomą parą na wakacje do Gdyni. W białych marynarskich ubraniach zwiedzają miasto i port, płyną statkiem, w strojach kąpielowych opalają się na plaży.
Zimą Zdzisio jeździ na łyżwach. Ma też swoje narty. Ferie spędza z rodzicami w górach, najczęściej w Poroninie, w pensjonacie siostry ojca Władysławy i jej męża Franciszka Orawca, oficera Wojska Polskiego. Dorosły Zdzisław Beksiński, choć będzie pływał bardzo dobrze, nigdy z własnej woli nie wejdzie do żadnej wody poza wanną. Nie zrobi skłonu ani przysiadu. Nie pojeździ na nartach. Nie wyjedzie na wakacje. Lasom, łąkom i górom będzie życzył, żeby je wyasfaltowano. Dziennikarce się zwierzy: "Gdy ojciec umarł, pozwoliłem sobie gruntownie zniewieścieć, po swojemu"13.
Dziesięć. Głęboki wdech i wydech. Koniec gimnastyki rodzinnej.
*
Po latach Zdzisław będzie zdumiony, w jaki sposób Federicowi Felliniemu udało się w filmie Amarcord pokazać przedwojenny Sanok. "Nawet postacie są te same. Skąd wzięła się taka identyczność? Nie tylko współbrzmienie wizji, ale identyczność postaci!"14.
Miejscowi księża bywają u Beksińskich na kolacji, zostają na brydża i są częstowani alkoholem. Młodociani żydowscy komuniści biorą udział we wspólnych wycieczkach kajakowych. Sanok czasem plotkuje o Beksińskich, nazywa uszczypliwie kotlarzami, wypomina, że nie są "starosanoccy", tylko "nowi", i szepcze, że rodzice Zdzisia to nieudane małżeństwo.
"Miasteczko było małe (...). Wszyscyśmy wszystko wiedzieli i ja, choć tego nie lubiłem, wiedziałem zawsze, kto z kim, gdzie i tak dalej"15 - wspomni po latach Marian Pankowski, pisarz urodzony w Sanoku, starszy od Zdzisława o dekadę.
Beksińscy to elita miasteczka z osiemnastoma tysiącami mieszkańców. Nie najbogatsi i najbardziej znaczący, ale są w mieście już od stu lat. Był wśród nich radny i założyciel warsztatu kotlarskiego (pradziadek Zdzisława Mateusz16), architekt, inżynier miejski i honorowy obywatel miasta (dziadek Władysław), inżynier geodeta, mierniczy przysięgły, jeden z ośmiuset trzydziestu trzech w całej Polsce, jeden z sześciu w Sanoku (ojciec Stanisław).
Dziadkowie Władysław i Helena Beksińscy (po prawej) z siostrą babci Jadwigą Chrzanowską i jej mężem oraz psem
Zdzisław: "byliśmy rodziną w pełnym tego słowa [znaczeniu] burżuazyjną, a więc tenisy, brydże, podróże"17, "wujek był piłsudczykiem i legionistą, a dziadek endekiem, ciotka wojującą antysemitką. To była francuska prowincja z francuskich filmów o aptekarzu, księdzu i komuniście, wraz z jej nieuchronnym zidioceniem"18.
Dom trzyma Beksińskich przy sobie, choć odziera ich z prestiżu. Wciąż żyją ci, którzy pamiętają, że długo służył za warsztat kotlarski. Władysław Beksiński każe więc pod koniec XIX wieku wybudować kamienicę na ulicy Sobieskiego, naprzeciwko gimnazjum.
Połowę budynku wynajmują pod kasyno oficerskie. Jaroslav Hašek w powieści o wojaku Szwejku napisze, że w sanockim kasynie mieścił się dom publiczny, w którym Szwejk szukał oberleutnanta Duba. Zdzisław po latach wspomni: "Faktem jest, że dom, który opisuje Hašek, należał do nas (...) tak więc z lubością drażniłem swoich krewnych i starszą generację, powołując się na Haška"19. "U mnie w mieszkaniu wisi w przedpokoju stare i odrapane lustro. Jest to na 100 procent lustro z sanockiego burdelu. (...) Na podstawie kilku elementów (naprzeciwko gimnazjum, drewniane schody etc.) ustaliłem, że dom ten należał do mego dziadka"20.
Drugą połowę domu zajmują Beksińscy. Ale rodzina chyba nie czuje się dobrze w centrum miasta bez ogrodu, potoku i werandy. Połowę kamienicy w 1922 roku dostaje w wianie Władzia, ciotka Zdzisia, druga połowa przypada jego ojcu Stanisławowi, a Beksińscy wracają do skrzydła od strony potoku, w starym drewnianym budynku.
Po drugiej stronie ulicy stoi karczma Murowanka, gdzie woźnice wjeżdżający do miasta zatrzymują się na wódkę u Tulika. Obok karczmy odbywają się targi. "Poniżej Murowanki, jak oddalało się od centrum i od wzgórza, była Posada Olchowska - przedmieście, gdzie mieszkali przede wszystkim robotnicy fabryczni"21 - zapamięta Marian Pankowski.
Kto mija dom Beksińskich i idzie lub jedzie do miasta, ten wie, że teraz należy nabrać rozpędu. Bo budynek stoi u stóp stromej góry, na której usadowiły się zamek nad przepaścistym urwiskiem, rynek z biegnącymi od niego ulicami i dzielnica żydowska. Marian Pankowski będzie wspominał, że na zbocze wspinało się na czterech łapach, a jeśli padał deszcz, "zjeżdżało na czterech literach"22.
Każdy ma swój Sanok. Kiedy u Beksińskich grają w tenisa, u Pankowskich, mieszkającej po sąsiedzku lewicującej rodziny robotniczej, komornik chce zlicytować meble za długi. Marian Pankowski: "W mieście była wtedy ogromna nędza (...). Ubóstwo było takie, że jak byłem w piątej gimnazjalnej, to miałem przerwać naukę, bo nie było pieniędzy na czesne"23.
Narodziny Zdzisława zbiegają się ze światowym kryzysem. W 1930 roku pod domem Beksińskich przechodzi tłum protestujących robotników z Sanowagu. Żądają pracy. Dochodzi do starć z policją, cztery osoby są ranne. "Ilustrowany Kuryer Codzienny" odnotowuje: "W dniu 6 marca 1930 r. polała się krew w trzech miastach, tj. w Nowym Jorku, Berlinie i Sanoku"24.
W Sanoku żyją obok siebie Polacy, Żydzi (około 30 procent mieszkańców) i Ukraińcy.
Zdzisiowi przed wojną rodzice pozwalają grać w piłkę nożną z żydowskimi dziećmi, ale z ukraińskimi nie.
Dalej Pankowski: "Żyliśmy harmonijnie i z Żydami, i z Ukraińcami. (...) Nie było przy tym jednak jakiejś wielkiej przyjaźni tych trzech wymienionych społeczeństw. Każda z tych grup etnicznych była dość zamknięta. Ukraińcy i Żydzi mieli swoje organizacje, swoich członków, swoje biblioteki, piękne chóry w cerkwiach i synagogach - czyli każdy sobie. (...) W małym miasteczku to wszystko się zacierało - dopiero w trzydziestym piątym, trzydziestym szóstym roku, kiedy już pachniało Hitlerem, studenci sanoccy przywieźli antysemityzm ze Lwowa"25.
Ale Sanok, jeszcze przed pierwszą wojną światową, słynie na Podkarpaciu z obrzędu Judasza. W Wielką Środę wybrani chłopcy zrzucają z wieży kościelnej kukłę ubraną w chałat skradziony wcześniej z płotu w dzielnicy żydowskiej. Pankowski: "Moja mama zawsze protestowała: "Nie pójdziesz ty z tymi bandytami". A ja: "Mamo, ale oni rzucą z wieży Judasza". Mama wiedziała, że tu chodziło o prześladowanie Żyda, i chciała mnie odwieść od pomysłu udziału, ale ja wówczas nie byłem świadom celu tego obrzędu i było mi żal, że inni chłopcy mogą biec z pałkami i okładać nimi Judasza. Ten zwyczaj miał oczywiście swoją wymowę religijną, jako walka ze Złem"26.
Dorosły Zdzisław Beksiński będzie się odcinał od antysemityzmu sanockich znajomych. Ciężko przeżyje też wydarzenia marcowe z roku 1968.
*
"W dzieciństwie bałem się zasypiać, bałem się tego, przez co będę musiał przejść"27 - Zdzisław Beksiński napisze do Henryka Wańka w l972 roku.
Najwcześniej jest Smok. Nie widać go, tylko słychać. Zdzisio dość szybko identyfikuje go jako zapuszczany w podwórku motocykl sąsiada. To w wieku trzech lat.
Potem pojawia się niewielki, ubrany na biało mężczyzna. Zdzisio nazywa go "kucharzem". "Stawał za siatką mego łóżeczka i stał tam, patrząc na mnie uważnie, co mnie denerwowało do najwyższego stopnia i kazałem mu stale "idź", ale on stał i patrzał"28. Obok "kucharza" pojawia się zmora pod postacią baby, która siada dziecku na piersiach i przygniatając je, nie pozwala mu się poruszyć. To w wieku pięciu lat.
Służąca Beksińskich ma książeczkę do nabożeństwa, a w niej obrazki z Matkami Boskimi Bartolomé Murilla, w koronkowych ramkach i cukierkowych kolorach. Pozwala ją oglądać paniczowi. Tłumaczy mu, że półksiężyc, na który Maryja następuje bosą stopą, to sierp, jakim obcięła głowę wężowi (szatanowi). Na Zdzisia, kiedy psoci, wołają w domu "Ty diable, ty szatanie".
Któregoś wieczoru, jeszcze zanim Zdzisio zacznie chodzić do szkoły, do "kucharza" i zmory dołącza Matka Boska. "U nas ze stacji słychać szybujące pociągi. Owóż to fu, fu, fu było sygnałem, że Matka Boska zaczyna schodzić ze ściany i zaraz się do mnie dobierze. (...) Podobnie jak przy zmorze nie mogłem się ruszyć, bo byłem jakoś tam przywalony czymś ciężkim i Matka Boska mogła wygodnie poczynać sobie ze mną. Do jej ulubionych numerów było ulokowanie się okrakiem na mojej twarzy, po uprzednim zadarciu kiecki, co naturalnie zaczynało mnie dusić, a w jakiś sposób poznawałem, że sprawia jej rodzaj przewrotnej przyjemności"29.
Zdzisio boi się zjaw, ale go nie dziwią. Halucynacje miewa także jego ojciec. Mówi się w rodzinie, że Stanisława Beksińskiego nawiedzają krasnoludki. Chodzą po jego łóżku.
O zmorach Zdzisia nikt w domu nie wie. Chłopiec jest skryty.
*
Rok 2012. Szukam dziecięcych znajomości Zdzisława Beksińskiego. Jadę do Krakowa. To niespodziewana wizyta. Naciskam dzwonek, drzwi uchyla siwa dama. "Czy panią pogryzł w dzieciństwie pies Beksińskich?" - pytam. Uśmiecha się, wpuszcza do środka. Krystyna Sieraczyńska jest malarką. Na ścianach jej mieszkania wiszą barwne miasta, kwiaty, duży portret kobiety. Na meblach porozwieszane ubrania, tkaniny. Artystka robi dziś generalne porządki, ale dla mnie ogłasza chwilę przerwy.
Krystyna Sieraczyńska wspomina: "Dom Beksińskich stał na rogu ulicy Potockiego, przy której żeśmy mieszkali. Byłam starsza od Zdzisia o trzy miesiące. On był jedynakiem i przychodziliśmy z bratem się tam bawić. Przypuszczam, że nasze rodziny się znały. Mój tata był agronomem, pracował w terenie tak jak Zdzisia ojciec, którego zresztą nigdy nie widziałam. Pani Beksińska była bardzo sympatyczna, wydawała mi się wtedy starsza, nie dama z wyglądu, ale godna, raczej ciepła.
Oni mieli dużego psa, według mnie wilczura. Zawsze był uwiązany. Pamiętam, tamtego dnia przyszliśmy bawić się w pogodny letni dzień. Pani Beksińska przygotowała nam na werandzie coś do picia. Mieliśmy loteryjkę, jakieś przesuwanie czegoś na planszy, kostka i pionki. Ja siedziałam tyłem do ogrodu, brat po prawej, Zdzisio po lewej. I nagle coś się na mnie wali, i tu mi wbija dwa kły w kark. Nie wiem, czemu ten pies był wtedy spuszczony. Miałam sześć czy siedem lat, nie przypominam sobie, żebym płakała, ale na pewno byłam przestraszona. Chyba bardziej zdenerwowała się pani Beksińska, ale spokojnie poszła do pokoju, przyniosła wodę utlenioną i zaczęła mi to przemywać, dość pogodnie mówiąc, że do wesela się zagoi.
Zdzisio był zawsze chmurnym, wycofanym, pucułowatym chłopcem. Nie pamiętam, żeby się śmiał albo psocił. Myśmy wkrótce wyjechali z Sanoka, kontakt się urwał".
Psa Beksińskich pamięta też Jerzy Potocki, młodszy o dwa lata kuzyn Zdzisława. Jego matka Maria była rodzoną siostrą Stanisławy Beksińskiej. Oparł laskę o stół w podziemnej kawiarni hotelu Jagiellońskiego w Sanoku. W okienkach pod sufitem obserwujemy nogi przechodniów. Kilkadziesiąt metrów stąd stał dom Beksińskich. Jerzy Potocki opowiada: "Tego psa mieli niedobrego strasznie, bałem się go potwornie. Żółty, duży jak owczarek niemiecki, ale kundel. Przychodziłem nieraz do Zdzisława, pieska chciałem pogłaskać, a on próbował mnie ugryźć. Więc oni chowali go, jak ktoś przychodził, zamykali".
Beksińskim pies był wierny. Na zdjęciach widać, jak tulą się do niego, mały Zdzisio siedzi na jego grzbiecie.
*
Koledzy nazywają Zdzisia Loba, bo chwali się, jak świetnie mu wychodzi na korcie zagranie zwane "lobem". Z jakiegoś powodu dzieci go nie lubią, szydzą z panicza.
Ma niewielu kolegów i jednego przyjaciela Jurka, w szkole powszechnej.
Ma też wroga. Wróg nazywa się Bodziak i chodzi z Beksińskim do tej samej klasy. Zdzisław Beksiński: "dostałem od niejakiego Bodziaka po ryju za to, że powiedziałem, iż Pan Jezus był Żydem. Sprawa oparła się o księdza, który znalazł się w kłopotliwej sytuacji, która groziła spadkiem pozycji Pana Jezusa z pierwszej piątki Top Twenty na sam szary koniec. Aby zyskać na czasie, zadał pytanie: A ty, Bodziak, jak sądzisz, jakiej narodowości był Pan Jezus? Bodziak nie miał cienia wątpliwości: Pan Jezus był Polakiem. Miał racjonalne i nieskażone mesjanizmem wyjaśnienie dla swoich przekonań: Matka Boska jest Królową Korony Polskiej. Przecież Żydówy nie wybraliby na polską królową"30. Między Beksińskim a Bodziakiem dochodzi do bójki, chłopcy mają scyzoryki. Po tym zdarzeniu rodzice przenoszą Zdzisława do innej szkoły. "Myślałem, że to dlatego, że do pierwszej krwi walczyłem (...). Dopiero mając trzydzieści lat, dowiedziałem się, że ksiądz, który w tej szkole uczył, lubił chłopców i rodzice na wszelki wypadek mnie przerzucili do innej"31 - powie po latach w wywiadzie.
Nawet jeśli przejmuje się obojętnością kolegów, nie mówi o tym nikomu. Czyta książki, dużo rysuje. Mama nazywa go "poprzeczniakiem".
Zdzisław nie lubi siebie ani swojego ciała. Marzy o wyglądzie twardziela Flash Gordona z komiksów, które czyta na tony, a w lustrze widzi niewieścią szczękę, łagodne baranie oko, krągłe biodra i zbyt duże sutki - będą jego utrapieniem do końca życia. Po latach powie: "Nie chciałem być uroczy. Chciałem (...) być facetem o stalowym spojrzeniu i takim uderzeniu pięścią. Niestety nigdy, nawet we śnie, nie spełniły się moje marzenia o sobie"32.
*
Rok 2012. Ogłaszam w "Tygodniku Sanockim", że szukam kolegów Zdzisława Beksińskiego. Zdzisław Kukla dzwoni po miesiącu, dopiero teraz przeczytał zaległą gazetę. Starszy od Beksińskiego o dwa lata, mieszkał na sąsiedniej ulicy Konarskiego, która wylotem patrzyła na dom Zdzisia. Mówi: "Były wakacje, czerwiec lub lipiec, pod koniec okupacji. Zachodziłem często do niego, siedzieliśmy na werandzie obrośniętej winem. Panowała bardzo miła atmosfera, mama Zdziska przynosiła napitek z owoców. Ojca nie spotkałem nigdy. Rozmawialiśmy trochę o książkach. Byłem wtedy zafascynowany Ferdynandem Ossendowskim, a Zdzisek mówił mi, że go takie przygodowe książki nie interesują. Czytał wtedy trylogię Karela Čapka Hordubal. Meteor. Zwyczajne życie. Polecał mi ją bardzo.
Wiedziałem, że miał kuzyna, ale nie spotkałem u niego innych chłopaków. Niedużo kolegów miał, specjalnie nie zabiegał o towarzystwo. Wystarczałem mu ja i kuzyn.
Zapamiętałem, że Zdzisław nie lubił przyrody, wycieczek. Próbowałem go wyciągnąć na kajaki, grzyby, ale nie chciał. A ja prosto od niego szedłem sam w sanockie lasy.
Po wakacjach zaczęła się szkoła. Nasze drogi się wtedy rozeszły".
Jerzy Potocki pamięta Zdzisława inaczej. "Mieliśmy różne zainteresowania. Ale łączyło nas jedno: lubiliśmy wędrówki. Przed wojną chodziliśmy z ojcami, bo byliśmy za mali. Ale po wojnie mamy nas puszczały. Kanapki, coś do picia i w góry. Obeszliśmy nasze okolice. Dwa razy byliśmy w Poroninie, u rodziny Beksińskich. Wtedy z ojcami poszliśmy zaliczyć Orlą Perć, całą Kościeliską, połaziliśmy dużo. Zdzisław szedł chętnie, nie wiem, czemu potem mówił, że natura jest ohydna".