Bękarty pańszczyzny - Michał Rauszer

-
Proszę czekać

Seria Ludowa Historia Polski

Pol­ska żyje hi­sto­rią. Ale wła­ści­wie czy­ja to hi­sto­ria? Na­sza świa­do­mość i wy­obraź­nia hi­sto­rycz­na za­trzy­ma­ły się na mi­tycz­nych obra­zach hu­sa­rzy, het­ma­nów i bia­łych dwor­ków szla­chec­kich. Co jed­nak z dzie­ja­mi po­zo­sta­łych 90% po­pu­la­cji na­sze­go kra­ju? Czy nie mają one zna­cze­nia, bo po­zo­sta­ją je­dy­nie mil­czą­cym tłem i na­wo­zem dla hi­sto­rii elit? Czy dzie­je zwy­kłych lu­dzi są mniej waż­ne?

No­wo­cze­sna hi­sto­rio­gra­fia, an­tro­po­lo­gia i so­cjo­lo­gia hi­sto­rycz­na prze­ko­nu­ją, że jest wręcz od­wrot­nie. Nie tyl­ko dla­te­go, że do­ty­czą one przy­gnia­ta­ją­cej więk­szo­ści na­szych przod­ków. Nie tyl­ko dla­te­go, że nie­do­strze­ga­na i prze­mil­cza­na przez wie­ki pod­mio­to­wość klas lu­do­wych - ich co­dzien­ny opór, a cza­sem otwar­te bun­ty - za­wsze wpły­wa­ła na kształt dzie­jów ofi­cjal­nych. Ale tak­że dla­te­go, że hi­sto­ria nie­uprzy­wi­le­jo­wa­nych jest toż­sa­ma z pro­ce­sem de­mo­kra­ty­za­cji i jako taka po­zo­sta­je nie­za­koń­czo­na.

Se­ria książ­ko­wa Lu­do­wa Hi­sto­ria Pol­ski ma sta­no­wić przy­czy­nek do od­zy­ska­nia za­po­mnia­nych dzie­jów zwy­kłych lu­dzi. Chce­my w niej przed­sta­wiać naj­cie­kaw­sze pra­ce o tych, któ­rzy nie kwa­li­fi­ko­wa­li się do na­ro­du Sar­ma­tów, choć byli praw­dzi­wą solą ziem daw­nej Rze­czy­po­spo­li­tej. Będą to za­tem książ­ki o chło­pach pańsz­czyź­nia­nych, miej­skiej bie­do­cie, lu­dziach luź­nych (pod pew­ny­mi wzglę­da­mi od­po­wia­da­ją­cych dzi­siej­sze­mu pre­ka­ria­to­wi), a wresz­cie pro­le­ta­ria­cie.

Od­da­my głos ko­bie­tom, mi­gran­tom, mniej­szo­ściom. Zwró­ci­my uwa­gę na skrzyw­dzo­nych i po­ni­żo­nych, dla któ­rych nie ma miej­sca w hi­sto­rii im­pe­riów i dy­na­stii, choć to prze­cież ich trud za­wsze bu­do­wał po­tę­gę państw i wład­ców.

Wy­do­bę­dzie­my z nie­by­tu opo­wie­ści o ży­ciu co­dzien­nym zwy­kłych lu­dzi, ich do­świad­cze­niach, kul­tu­rze, kon­dy­cji eko­no­micz­nej i sta­tu­sie praw­nym, aspi­ra­cjach i spo­so­bach or­ga­ni­zo­wa­nia się.

Przyj­rzy­my się mniej lub bar­dziej zna­nym epi­zo­dom wdzie­ra­nia się klas ple­bej­skich w sfe­rę po­li­tycz­nej wi­dzial­no­ści - spo­łecz­nym po­ru­sze­niom, re­be­liom i po­wsta­niom - jak w 1648, 1794, 1846, 1905, czy 1980 roku.

Opo­wie­my ina­czej za­rów­no hi­sto­rię daw­ną, jak i XX wie­ku.

Ce­lem se­rii Lu­do­wa Hi­sto­ria Pol­ski jest za­tem wy­peł­nie­nie naj­więk­szej z bia­łych plam na­szych dzie­jów, przy­czy­nie­nie się do przy­wró­ce­nia na­leż­ne­go miej­sca i god­no­ści ple­bej­skim przod­kom przy­gnia­ta­ją­cej więk­szo­ści z nas. Z pew­no­ścią po­zwo­li nam to le­piej zro­zu­mieć wła­sną hi­sto­rię, ale może też po­móc sta­wić czo­ła wy­zwa­niom współ­cze­sno­ści i przy­szło­ści.

Przemysław Wielgosz

Redaktor merytoryczny serii

Wstęp

Książ­ka ta po­wsta­ła ze zło­ści i fru­stra­cji. Wy­cho­wa­łem się na wsi i przez wie­le lat na­ucza­nia hi­sto­rii na róż­nych eta­pach edu­ka­cji mia­łem nie­ustan­ne po­czu­cie, że cze­goś mi bra­ku­je. Coś z hi­sto­rią mo­je­go kra­ju było nie tak. Z jed­nej stro­ny wie­dzia­łem, że moi przod­ko­wie byli chło­pa­mi i ro­bot­ni­ka­mi, ra­czej mało ma­jęt­ny­mi. Mój pra­dzia­dek emi­gro­wał z Kró­le­stwa Pol­skie­go na Śląsk w po­szu­ki­wa­niu lep­sze­go ży­cia. Moja bab­cia po­ka­zy­wa­ła mi wie­lo­ro­dzin­ny dom, w któ­rym się wy­cho­wa­ła, opo­wia­da­ła o przed­wo­jen­nym gło­dzie i cięż­kiej pra­cy. Tym­cza­sem na lek­cjach hi­sto­rii i na ję­zy­ku pol­skim do­wia­dy­wa­łem się o wspa­nia­ło­ściach dwo­rów kró­lew­skich i ma­gnac­kich, o prze­bie­głych po­li­ty­kach, od­da­nych dy­plo­ma­tach, o kul­tu­rze szla­chec­kiej, kul­tu­rze spo­koj­ne­go dwor­ku na wsi, w któ­rym to­czy się sie­lan­ko­we ży­cie upły­wa­ją­ce pod dyk­tan­do uczt, ob­co­wa­nia ze sztu­ką, po­lo­wań i plo­tek. Poza miesz­kań­ca­mi dwor­ku nikt wo­kół nie miesz­kał, nikt nie upra­wiał pól, nie przy­go­to­wy­wał po­sił­ków, nie opo­rzą­dzał go­spo­dar­stwa. Kra­jo­braz pol­skiej wsi w tych opo­wie­ściach poza szlach­tą nie obej­mo­wał żad­nych in­nych lu­dzi. Opo­wie­ści o okre­sie przed­wo­jen­nym spro­wa­dza­ją się w za­sa­dzie do wspa­nia­ło­ści re­pre­zen­ta­cyj­nych ulic War­sza­wy, ży­wio­ło­wych dys­ku­sji li­te­ra­tów w ka­wiar­niach, po­wol­nych prze­cha­dzek Kra­kow­skim Przed­mie­ściem. Ni­g­dzie w tych miej­scach nie było mo­ich przod­ków.

Na­ucza­nie o pańsz­czyź­nie czy sy­tu­acji chło­pów ma i mia­ło for­mę ra­czej dość ogra­ni­czo­ną. Wspo­mi­na się o sy­tu­acji chło­pów, ale do­mi­nu­je nar­ra­cja o hi­sto­rii z per­spek­ty­wy szlach­ty. Kie­dy po­zna­je­my spo­so­by ży­cia w Rze­czy­po­spo­li­tej, kuch­nię, wy­strój wnętrz, a więc wszyst­ko to, co sta­no­wi o pa­mię­ci prze­szło­ści, otrzy­mu­je­my hi­sto­rię spo­so­bów ży­cia i wy­stro­ju wnętrz szlach­ty. Ży­cie chło­pów wy­glą­da­ło zu­peł­nie ina­czej. Po la­tach do­sze­dłem do wnio­sku, że taka opo­wieść jest jak­by pro­te­zą przy­szy­tą w miej­sce koń­czy­ny, któ­rą stra­ci­łem, na­wet o tym nie wie­dząc. Do­brze ob­ra­zu­je ist­nie­nie tej pro­te­zy wi­zy­ta w do­wol­nej re­stau­ra­cji z przy­miot­ni­kiem "pol­ska" czy "chłop­ska" w na­zwie i za­mó­wie­nie w niej ja­kiejś wa­ria­cji "chłop­skie­go ja­dła". Otrzy­ma­my pół­mi­sek z prze­róż­ny­mi mię­sa­mi, ki­szo­ną ka­pu­stą, kieł­ba­sa­mi. Nasi chłop­scy przod­ko­wie ta­kich rze­czy nie je­dli, a je­że­li już, to od wiel­kie­go świę­ta. Ich po­ży­wie­nie skła­da­ło się głów­nie z po­traw mącz­nych, ka­pu­sty, kasz i mle­ka omasz­cza­nych tłusz­czem. Kie­dy do­sta­je­my "chłop­skie ja­dło", do­sta­je­my szla­chec­ką "pro­te­zę" ta­kie­go po­sił­ku.

Opo­wieść o hi­sto­rii Pol­ski jest opo­wie­ścią o zwy­cię­skich i prze­gra­nych bi­twach, zdra­dach, tar­go­wi­cy, kon­fe­de­ra­tach, za­bój­stwach, spi­skach, za­ma­chach, wal­ce dy­plo­ma­tycz­nej. Tym­cza­sem hi­sto­ria re­la­cji mię­dzy chło­pa­mi i szlach­tą jest sie­lan­ko­wą hi­sto­rią rów­no­rzęd­nych i sza­nu­ją­cych się part­ne­rów, któ­rzy zgod­nie ze swoi­mi ra­cjo­nal­ny­mi in­te­re­sa­mi ne­go­cju­ją wza­jem­ne re­la­cje. Hi­sto­ria pańsz­czy­zny jest hi­sto­rią wza­jem­nej mi­ło­ści mię­dzy chło­pa­mi i szlach­tą, w któ­rej szlach­ta nie my­śla­ła o ni­czym in­nym, jak tyl­ko o do­bru swo­ich chło­pów. Tak nie było. Pańsz­czy­zna była sys­te­mem pra­cy nie­wol­nej, w któ­rym chło­pi, poza pła­ce­niem czyn­szów i po­dat­ków, mu­sie­li pra­co­wać za dar­mo na pań­skim polu przez okre­ślo­ną przez pana licz­bę dni. Pan w do­brach pry­wat­nych miał nad chło­pa­mi wła­dzę ab­so­lut­ną: mógł ich bez­kar­nie za­bić, a chłop­kę zgwał­cić. W swo­ich do­brach sąd spra­wo­wał on sam. Pań­szczy­zna po­dob­nie jak nie­wol­nic­two opie­ra­ła się na pod­dań­stwie oso­bi­stym. W prze­ci­wień­stwie do np. pra­cy w fa­bry­ce, gdzie ro­bot­nik od­da­je swo­ją pra­cę w za­mian za wy­na­gro­dze­nie, w sys­te­mach typu pańsz­czyź­nia­ne­go li­czy­ła się oso­bi­sta pod­le­głość wzglę­dem pana. Nie bez przy­czy­ny pod­pi­sa­na 7 wrze­śnia 1956 roku w Ge­ne­wie Uzu­peł­nia­ją­ca kon­wen­cja w spra­wie znie­sie­nia nie­wol­nic­twa, han­dlu nie­wol­ni­ka­mi oraz in­sty­tu­cji i prak­tyk zbli­żo­nych do nie­wol­nic­twa wy­mie­nia pańsz­czy­znę w ra­mach "In­sty­tu­cji i prak­tyk zbli­żo­nych do nie­wol­nic­twa". Tego jed­nak na lek­cjach hi­sto­rii ni­g­dy się nie do­wie­dzia­łem. Nie jest jed­nak tak, że hi­sto­rii chło­pów w na­ucza­niu w ogó­le nie ma, hi­sto­rie te są, ale naj­czę­ściej roz­pro­szo­ne, przy­kry­te dzia­łal­no­ścią wiel­kich mę­żów sta­nu, po­li­ty­ków, wład­ców i ry­ce­rzy.

W XIX wie­ku, ale nie tyl­ko, to­czy­ły się dys­ku­sje nad tym, czy pańsz­czy­znę na­le­ży utrzy­mać, czy znieść. Wie­lu au­to­rów do­cho­dzi­ło do wnio­sku, że chłop jest isto­tą z na­tu­ry bar­dziej pry­mi­tyw­ną, nie­zdol­ną do wol­no­ści i ra­cjo­nal­ne­go dzia­ła­nia, dla­te­go musi być kie­ro­wa­ny przez pana, któ­ry wie le­piej. Do­wo­dem na wro­dzo­ną niż­szość chło­pów miał być fakt, że się nie bun­to­wa­li, tak jak ro­bi­li to wie­lo­krot­nie chło­pi na Za­cho­dzie. Wszyst­kie te wy­bie­gi sto­so­wa­ne wo­bec zwy­kłych lu­dzi, czy ludu po pro­stu, po­ka­zu­ją­ce chło­pów jako głup­szych, bar­dziej pry­mi­tyw­nych, nie­na­da­ją­cych się do sa­mo­dziel­ne­go ży­cia, mia­ły w prze­szło­ści je­den cel - za­bez­pie­cza­nie funk­cjo­no­wa­nia pańsz­czy­zny. Prze­ko­ny­wa­ło to eli­ty i in­nych be­ne­fi­cjen­tów sys­te­mu, że ta nie­wol­na pra­ca chło­pów i zy­ski z niej im się po pro­stu na­le­żą. Bo są lep­si, bar­dziej kul­tu­ral­ni, wy­kształ­ce­ni, stwo­rze­ni do rzą­dze­nia, szla­chet­ni, peł­ni cnót i ho­no­ro­wi. Lud, a więc wszy­scy ci, któ­rzy nie są czę­ścią rzą­dzą­cej eli­ty, mają po­słusz­nie i z wdzięcz­no­ścią wy­ko­ny­wać roz­ka­zy. Kie­dy przyj­rzy­my się bli­żej tej spra­wie, oka­zu­je się jed­nak, że chło­pi ani tacy głu­pi nie byli, ani tym bar­dziej po­kor­nie z wła­dzą szlach­ty się nie go­dzi­li. Po­tra­fi­li na róż­ne spo­so­by wal­czyć o swo­je pra­wa.

Książ­ka ta nie jest jed­nak o tym, czym była pańsz­czy­zna. Jej opis ogra­ni­czam do form ko­niecz­nych do zro­zu­mie­nia oma­wia­nych prze­ze mnie wy­da­rzeń. Moim za­ło­że­niem nie było opi­sa­nie prze­mo­cy i pod­po­rząd­ko­wa­nia, ja­kie ten sys­tem za sobą niósł. Tego typu opis, w uprosz­cze­niu, opie­rał­by się na po­ka­za­niu, jak bied­ni i ucie­mię­że­ni byli chło­pi. Po­dej­ście ta­kie jed­nak wy­da­je mi się pa­ter­na­li­stycz­ne, od­wra­ca­ją­ce po pro­stu to, co do­tych­czas o pańsz­czyź­nie pi­sa­no. Za­miast tego chcia­łem się ra­czej sku­pić na tym, jak chło­pi na tę pańsz­czyź­nia­ną, sys­te­mo­wą prze­moc re­ago­wa­li, jak w sy­tu­acji pod­po­rząd­ko­wa­nia po­tra­fi­li nie tyl­ko sta­wiać opór czy się bun­to­wać, ale bu­do­wać kul­tu­rę, któ­ra na prze­kór sys­te­mo­wi da­wa­ła im po­czu­cie wła­snej war­to­ści.

W trak­cie mo­ich ba­dań nad bun­ta­mi chłop­ski­mi w cza­sach pańsz­czy­zny cią­gle to­wa­rzy­szy­ło mi py­ta­nie: co dzia­ło się z pie­niędz­mi i zy­ska­mi z pańsz­czy­zny? Jako że nie był to za­sad­ni­czy wą­tek mo­ich ba­dań, py­ta­nie to ra­czej po­zo­sta­ło w prze­gród­ce z na­pi­sem: "do roz­wa­że­nia w przy­szło­ści". Spra­wa jest o tyle cie­ka­wa, że sto­pa zy­sku z pańsz­czy­zny w ska­li rocz­nej wy­no­si­ła sta­bil­ne 5%. Eko­no­mi­ści wska­zu­ją, że ta­kim pro­cen­tem zy­sku od­zna­cza­ją się tyl­ko naj­lep­sze przed­się­bior­stwa. Pańsz­czy­zna opie­ra­ła się na za­sa­dzie, że chłop na swo­im polu pra­cu­je na swo­je utrzy­ma­nie, a na pań­skim pro­du­ku­je nad­wyż­ki, któ­re pan póź­niej sprze­da­je. Co się sta­ło z tym ma­jąt­kiem? Nie był prze­zna­czo­ny ani na in­we­sty­cje, ani na roz­wój tech­no­lo­gicz­ny. Fol­war­ki opie­ra­ły się na pra­cy na­rzę­dzia­mi i zwie­rzę­ta­mi na­le­żą­cy­mi do chło­pów. Nie gro­ma­dzo­no ich ani nie in­we­sto­wa­no w przed­się­bior­stwa, pro­duk­cję czy eks­port prze­two­rzo­nych to­wa­rów. Nic ta­kie­go się nie wy­da­rzy­ło. Tym bar­dziej nie prze­zna­cza­no tych kwot na in­we­sty­cje w kra­ju czy roz­bu­do­wę. Od­po­wiedź uka­za­ła się nie­daw­no w książ­ce eko­no­mi­sty Ban­ku Świa­to­we­go Mar­ci­na Piąt­kow­skie­go Eu­ro­pej­ski li­der wzro­stu. Pol­ska dro­ga od eko­no­micz­nych pe­ry­fe­rii do go­spo­dar­ki suk­ce­su (2019). Otóż po ana­li­zie wie­lu do­stęp­nych da­nych po­ka­zał on, że zy­ski z pra­cy nie­wol­nej chło­pów były po pro­stu przez szlach­tę prze­ja­da­ne i trwo­nio­ne na bo­gac­twa, za po­mo­cą któ­rych bu­do­wa­ła ona swój wi­ze­ru­nek. Od ta­kich bo­gactw i wi­ze­run­ku za­le­ża­ły po­zy­cja i po­czu­cie wła­snej war­to­ści.

W pra­cach ba­da­czy pro­ce­sów, ja­kie za­szły mię­dzy XV i XIX wie­kiem, uży­wa się po­ję­cia "aku­mu­la­cja pier­wot­na". Ozna­cza ono pro­ces za­gar­nię­cia ja­kie­goś za­so­bu: zie­mi, bo­gactw na­tu­ral­nych, pra­cy nie­wol­ni­ków, dzię­ki któ­re­mu uda­je się zbić po­kaź­ny ma­ją­tek. To jest wła­śnie ten przy­sło­wio­wy "pierw­szy mi­lion", któ­ry po­zwa­la póź­niej bu­do­wać trwa­łe przed­się­bior­stwa. Ist­nie­ją dwa nur­ty opi­su dróg roz­wo­ju świa­to­wej go­spo­dar­ki mię­dzy XV i XIX wie­kiem. Je­den nurt wska­zu­je nie­by­wa­ły po­stęp, uprze­my­sło­wie­nie, roz­wój me­dy­cy­ny, jaki się wte­dy do­ko­nał, dzię­ki po­zy­ska­nym w wy­ni­ku od­kryć geo­gra­ficz­nych czy roz­wo­ju nauk środ­kom. Dru­gi nurt wska­zu­je, że środ­ki te zo­sta­ły zdo­by­te dzię­ki wy­własz­cze­niom zwy­kłych lu­dzi, ich de­gra­da­cji eko­no­micz­nej na rzecz wą­skiej eli­ty, wy­zy­sko­wi nie­wol­ni­ków, ra­bun­ko­wej go­spo­dar­ce, ko­lo­nia­li­zmo­wi i in­nym. Te dwa nur­ty ście­ra­ją się. Pierw­szy kła­dzie na­cisk na po­stęp, jaki się dzię­ki tej prze­mo­cy do­ko­nał, dru­gi sta­ra się przy­po­mi­nać cenę tego po­stę­pu. W Pol­sce od XVI wie­ku na­stą­pi­ła "ko­lo­ni­za­cja" chło­pów przez szlach­tę, ta "pier­wot­na aku­mu­la­cja szlach­ty" nie pro­wa­dzi­ła jed­nak do po­stę­pu i roz­wo­ju, ale jak po­ka­zał to Piąt­kow­ski, była po pro­stu prze­ja­da­na.

Z sa­mym po­ję­ciem ludu wią­że się spo­ro nie­ja­sno­ści. W Pol­sce uży­wa się go w spo­sób dwo­ja­ki. Albo w od­nie­sie­niu do cza­sów PRL, albo jako po­ję­cia opi­su­ją­ce­go lu­dzi ze wsi - chło­pów. 15 li­sto­pa­da 1989 roku przed po­łą­czo­ny­mi izba­mi ame­ry­kań­skie­go kon­gre­su wy­stą­pił Lech Wa­łę­sa. Za­czął on sło­wa­mi: "My na­ród", co od­no­si­ło się do pierw­szych słów ame­ry­kań­skiej kon­sty­tu­cji, "We the pe­ople", i tak też zo­sta­ło prze­tłu­ma­czo­ne. The pe­ople w ję­zy­ku an­giel­skim zna­czy po pro­stu "lud". W Sta­nach Zjed­no­czo­nych po­ję­cie to ukształ­to­wa­ło się w okre­sie walk o nie­pod­le­głość i ozna­cza­ło wszyst­kich, któ­rzy uza­leż­nie­ni byli od woli an­giel­skie­go kró­la Je­rze­go III, a któ­rzy chcie­li sami o so­bie sta­no­wić. W XVIII wie­ku w za­chod­niej Eu­ro­pie okre­śle­nia "lud" uży­wa­no, wła­śnie ma­jąc na my­śli lu­dzi, któ­rzy nie mie­li udzia­łu w rzą­dze­niu, nie spra­wo­wa­li ani nie mo­gli spra­wo­wać wła­dzy, na­wet po­ten­cjal­nie. Waż­ne jest tu­taj to, że war­stwa spra­wu­ją­ca wła­dzę nie ogra­ni­cza­ła się wy­łącz­nie do rzą­dzą­cej ary­sto­kra­cji, obej­mo­wa­ła rów­nież bo­ga­tych zie­mian, wyż­sze du­cho­wień­stwo, ad­mi­ni­stra­cję. Po­dob­nie też "ludu" nie sta­no­wi­li wy­łącz­nie chło­pi, dla­te­go że po­dzia­ły sta­no­we od śre­dnio­wie­cza nie były w Eu­ro­pie Za­chod­niej tak szczel­ne, a wła­dza nie opie­ra­ła się wy­łącz­nie na nich. Na lud skła­da­li się wszy­scy ci, któ­rzy nie mo­gli być ani nie byli czę­ścią tej war­stwy, któ­ra spra­wo­wa­ła wła­dzę po­li­tycz­ną, eko­no­micz­ną i du­cho­wą. Choć oczy­wi­ście zda­rza­ły się awan­se.

W XIX wie­ku jako lud po­strze­ga­no chło­pów, ro­bot­ni­ków, lum­pen­pro­le­ta­riat i wie­le in­nych grup. W Pol­sce po­ję­cie to dość ściś­le łą­czy się z war­stwą chłop­ską z przy­czyn hi­sto­rycz­nych wła­śnie. Trwa­ły po­dział na szlach­tę, któ­ra jako je­dy­na mo­gła spra­wo­wać wła­dzę, w za­sa­dzie prze­trwał do XIX wie­ku; szlach­ta była też war­stwą, któ­ra jako je­dy­na przez dłu­gi czas mia­ła wy­łącz­ne pra­wo włas­no­ści, na przy­kład zie­mi. W za­chod­nich mo­nar­chiach ab­so­lu­ty­stycz­nych wład­cy bar­dzo dba­li o to, żeby zrów­no­wa­żyć zna­cze­nie szlach­ty jako gru­py, two­rząc ad­mi­ni­stra­cję pań­stwo­wą, war­stwę ku­piec­ką, a i mię­dzy sa­my­mi chło­pa­mi ist­nia­ły też prze­pa­ści pod wzglę­dem eko­no­micz­nym. War­stwa rzą­dzą­ca była więc zło­żo­na i mo­gły ją two­rzyć tak­że oso­by nie­po­cho­dzą­ce ze szlach­ty. W Pol­sce to szlach­ta mia­ła mo­no­pol na wła­dzę, za­bez­pie­cza­jąc swój byt przez ści­słe po­łą­cze­nie chło­pów z zie­mią i przy­wią­za­nie ich do sie­bie. In­ny­mi sło­wy, po­dział na wła­dzę i lud od­po­wia­dał nie­omal­że ide­al­nie po­dzia­ło­wi na szlach­tę i chło­pów. Pańsz­czy­zna i przy­wią­za­nie wszyst­kich in­nych (poza miesz­cza­na­mi) do szlach­ty po­wo­do­wa­ły, że każ­dy chłop, nie­za­leż­nie od sta­nu ma­jąt­ku i po­sia­da­nej zie­mi, był w ta­kim sa­mym stop­niu od­cię­ty od kon­tro­li nad wła­dzą. Stąd też po­dział na war­stwę rzą­dzą­cą i lud nie­ja­ko au­to­ma­tycz­nie tłu­ma­czył się przez ten wcze­śniej­szy po­dział. Przez to też, pa­ra­dok­sal­nie, kie­dy chło­pi jako gru­pa prze­sta­li się wy­róż­niać od in­nych (miesz­czan), za­czę­ło się w Pol­sce uwa­żać, że "lud" znik­nął.

Na po­ję­ciu "ludu" cią­ży do­dat­ko­wo sko­ja­rze­nie z PRL, a my­ślę, że do­brze by­ło­by prze­my­śleć to po­ję­cie na nowo. Cho­ciaż­by dla­te­go, że współ­cze­sne ru­chy po­pu­li­stycz­ne są ru­cha­mi osób, któ­re uwa­ża­ją, że róż­nie ro­zu­mia­ne eli­ty ode­bra­ły im pod­mio­to­wość i wal­czą o jej od­zy­ska­nie. Pi­szą­cy o po­pu­li­zmie prze­ści­ga­ją się w cha­rak­te­ry­zo­wa­niu tych ru­chów na prze­róż­ne spo­so­by, pod­czas gdy tym, co łą­czy te bar­dzo róż­ne gru­py lu­dzi, jest wy­łącz­nie po­czu­cie, że utra­ci­li kon­tro­lę nad wła­dzą i tym, co wła­dza robi z ich ży­ciem, lub prze­ko­na­nie, że ni­g­dy tej kon­tro­li nie mie­li. Nie­za­leż­nie od tego, czy bę­dzie­my uwa­żać, że pod­mio­ty te mają ra­cję, czy się mylą, czy bę­dzie­my z nimi sym­pa­ty­zo­wać i uzna­wać ich słusz­ność, w ich wła­snym mnie­ma­niu utra­ci­ły one kon­tro­lę nad wła­dzą, a par­tie i ru­chy po­pu­li­stycz­ne ich zda­niem im tę kon­tro­lę przy­wra­ca­ją. Jest to wą­tek, któ­ry po­ka­zu­je, jak lata pańsz­czy­zny wpły­wa­ją na nas do dzi­siaj.

Ho­ward Zinn w słyn­nej lu­do­wej hi­sto­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych zwró­cił uwa­gę na fakt, że hi­sto­ria jest bar­dzo czę­sto hi­sto­rią państw jako or­ga­ni­zmów po­li­tycz­nych, kie­ro­wa­nych przez pew­ną war­stwę. Je­że­li jed­nak zde­cy­do­wa­nie naj­więk­sza część lud­no­ści nie mia­ła wpły­wu na to pań­stwo, rzą­dzą­ca eli­ta za­bra­nia­ła im się na­wet z tym pań­stwem utoż­sa­miać jako na­ród, a do tego utrzy­my­wa­ła się z pra­cy tej więk­szo­ści, to czy za­wsze po­win­ni­śmy utoż­sa­miać hi­sto­rię pań­stwa z hi­sto­rią wszyst­kich jego miesz­kań­ców? W 1496 roku Jan Ol­bracht w po­dzię­ce za wspar­cie w wy­pra­wie na Moł­da­wię udzie­lił szlach­cie przy­wi­le­ju, któ­ry przy­wią­zy­wał chło­pów do zie­mi. Z per­spek­ty­wy pań­stwa był to zna­ko­mi­ty ruch: za­pew­niał rzą­dzą­cej szlach­cie sta­bil­ność siły ro­bo­czej, po­zwa­lał jej za­bez­pie­czyć się przed za­ku­sa­mi ab­so­lu­ty­zmu. Ale czy ruch ten był tak samo do­bry dla po­zo­sta­łych 80% miesz­kań­ców ziem pol­skich, któ­rzy byli chło­pa­mi? To tak, jak­by pi­sać hi­sto­rię okre­su mię­dzy 1948 a 1989 ro­kiem i po­ka­zy­wać ten czas wy­łącz­nie przez pry­mat de­cy­zji par­tii oraz nie­wąt­pli­wych suk­ce­sów w al­fa­be­ty­za­cji, uprze­my­sło­wie­niu kra­ju, dar­mo­wej opie­ki zdro­wot­nej czy do­stę­pu do miesz­kań.

Bę­kar­ty pańsz­czy­zny nie są jed­nak ani hi­sto­rią pańsz­czy­zny, ani tego, co szlach­ta ro­bi­ła z chło­pa­mi. Książ­ka ta ma po­ka­zać, w jaki spo­sób nasi przod­ko­wie wy­ra­ża­li swo­ją nie­zgo­dę na sys­tem, któ­ry w ich prze­ko­na­niu był nie­spra­wie­dli­wy. Po­wo­dem na­pi­sa­nia tej książ­ki jest chęć po­ka­za­nia, że moi przod­ko­wie i przod­ko­wie zde­cy­do­wa­nie więk­szej czę­ści Po­la­ków i Po­lek wca­le tacy głu­pi, po­tul­ni, bez­wol­ni i bez­ro­zum­ni, jak to się zwy­kło uwa­żać, nie byli. Świad­czyć ma o tym wła­śnie fakt, że w nie­sprzy­ja­ją­cych wa­run­kach, w ja­kich żyli, sta­wia­li opór na wszel­kie moż­li­we spo­so­by, two­rzy­li wła­sną kul­tu­rę i sztu­kę.

Książ­ka ta jest po­pu­lar­no­nau­ko­wą wer­sją mo­jej książ­ki na­uko­wej do­ty­czą­cej ba­dań nad bun­ta­mi chłop­ski­mi pt. Siła pod­po­rząd­ko­wa­nych. An­tro­po­lo­gia chłop­skie­go opo­ru cza­sów pańsz­czy­zny XVI-XIX wiek. Wy­ko­rzy­sta­łem tu ma­te­riał źró­dło­wy oraz pew­ne po­my­sły in­ter­pre­ta­cyj­ne za­war­te w pra­cy na­uko­wej. Za­sad­ni­czo jed­nak sta­ra­łem się, żeby książ­ka ta mia­ła for­mę ese­ju hi­sto­rycz­ne­go czy an­tro­po­lo­gicz­ne­go, któ­ry jak chciał­bym o tym my­śleć, może do­trzeć do szer­sze­go niż książ­ka na­uko­wa gro­na od­bior­ców. Nie cho­dzi o to, że któ­raś pra­ca jest lep­sza, a któ­raś gor­sza; po pro­stu pra­ca na­uko­wa wy­ma­ga apa­ra­tu­ry me­to­do­lo­gicz­nej i teo­re­tycz­nej, któ­ra może być nu­żą­ca dla ko­goś z nią nie­obe­zna­ne­go.

War­to w tym miej­scu wska­zać na wy­ko­rzy­sta­ne prze­ze mnie ma­te­ria­ły. Kil­ka prac o hi­sto­rii chło­pów, jak ta Hi­po­li­ta Gryn­wa­se­ra, uka­za­ło się jesz­cze przed woj­ną. Te­ma­ty­ka chłop­ska, czy też lu­do­wa, tak na­praw­dę jed­nak sta­ła się pro­gra­mo­wo mod­na w okre­sie sta­li­now­skim. Wte­dy to po­wsta­ło naj­wię­cej prac z tego za­kre­su, tak­że trak­tu­ją­cych o bun­tach. Opra­co­wa­nia te, kie­dy po­mi­ja się zwy­cza­jo­we wstę­py i inne frag­men­ty po­świę­co­ne "wo­dzom re­wo­lu­cji" i ich dzie­łom, swo­im po­zio­mem nie od­bie­ga­ły od stan­dar­do­wych prac na­uko­wych. Poza wy­daw­nic­twa­mi po­pu­lar­ny­mi, w któ­rych chłop­skie bun­ty rze­czy­wi­ście są po­ka­zy­wa­ne za po­mo­cą sta­li­now­skiej do­gma­ty­ki, pra­ce ta­kie, jak cho­ciaż­by Ste­fa­na Kie­nie­wi­cza o ru­chu chłop­skim w Ga­li­cji, do dzi­siaj są wzor­co­we w te­ma­cie. Po okre­sie sta­li­ni­zmu te­ma­ty­ka chłop­ska wła­ści­wie prze­sta­ła być mod­na, je­że­li moż­na się tak wy­ra­zić, nie sta­no­wi­ła ona głów­ne­go nur­tu w hi­sto­rii. Z oczy­wi­stych wzglę­dów na­to­miast spo­ro miej­sca hi­sto­rii chło­pów po­świę­ca­ła et­no­gra­fia, choć - tak­że ze wzglę­du na ko­niunk­tu­ra­lizm - naj­czę­ściej kon­cen­tro­wa­ła się na kul­tu­rze ma­te­rial­nej i kul­tu­rze chło­pów przed­sta­wia­nej tak, jak­by była ona sa­mot­ną wy­spą, chłop­skim ar­chi­pe­la­giem, od­dzie­lo­nym od in­nych grup spo­łecz­nych i kon­tek­stu hi­sto­rycz­ne­go.

Nie­któ­rych czy­tel­ni­ków i czy­tel­nicz­ki może za­sta­na­wiać ty­tuł. Otóż jego hi­sto­ria jest dość pro­sta, bo na­wią­zu­je do ty­tu­łu fil­mu Qu­en­ti­na Ta­ran­ti­no Bę­kar­ty woj­ny (In­glo­rio­us Ba­stards, 2009). Ty­tu­ło­we "bę­kar­ty" to ży­dow­ski od­dział, któ­ry uda­je się do Eu­ro­py pod wo­dzą gó­ra­la z Ap­pa­la­chów i pół­krwi Apa­cza Aldo Ra­ine'a. Od­dział ten ma w Eu­ro­pie wal­czyć z na­zi­sta­mi. Choć pod wzglę­dem te­ma­ty­ki dużo bar­dziej sy­tu­acji chło­pów od­po­wia­dał­by Djan­go z tej sa­mej try­lo­gii ze­msty, to jed­nak "bę­kar­ty" wy­da­ły się od­po­wied­niej­sze z kil­ku wzglę­dów. Pierw­szym, oczy­wi­stym, jest to, że imię Djan­go w pol­skim kon­tek­ście jest nie­czy­tel­ne i ni­jak nie daje się wpa­so­wać w ty­tuł. Po dru­gie, "bę­kar­ty" są sza­lo­ne w swej od­wa­dze i wie­dzą, że są na stra­co­nych po­zy­cjach. Ba­da­cze bun­tów chłop­skich, nie tyl­ko w Pol­sce, pod­kre­śla­ją, że jaw­ne bun­ty wy­bu­cha­ły spo­ra­dycz­nie, dla­te­go że naj­czę­ściej był to akt sa­mo­bój­czy. Sta­nie na cze­le chłop­skie­go bun­tu, samo wzię­cie w nim udzia­łu wią­za­ło się cza­sem z bar­dzo przy­kry­mi kon­se­kwen­cja­mi. Mimo to chło­pi się bun­to­wa­li. Po trze­cie wresz­cie, szlach­ta po­strze­ga­ła chło­pów jako gor­szych od sie­bie, co mia­ło jej da­wać po­czu­cie wyż­szo­ści uza­sad­nia­ją­ce wy­ko­rzy­sty­wa­nie pra­cy chło­pów. Dużo ła­twiej jest wy­zy­ski­wać ko­goś, o kim my­śli­my, że jest gor­szy i głup­szy. Je­den z ide­olo­gów ta­kie­go po­dej­ścia do spra­wy - Wa­le­rian Ne­kan­da Trep­ka - w swo­jej słyn­nej pra­cy Li­ber cha­mo­rum, nie chcąc się po­wta­rzać, uży­wa w sto­sun­ku do chło­pów okre­śleń ta­kich jak: "baj­struk", "bu­haj", "dryś", "gno­jek", "kun­del", "nad­mi­du­pa", "po­my­je", "suka", "zło­dziej" oraz - "bę­kart"[1]. Te bę­kar­ty jed­nak w sy­tu­acji skraj­nie nie­sprzy­ja­ją­cej po­tra­fi­ły się pa­nom po­sta­wić, nie tyl­ko przej­mo­wa­ły ka­te­go­rie po­strze­ga­nia pa­nów, lecz tak­że po­ptra­fi­ły ob­ró­cić je prze­ciw nim.

Pra­ca ta nie po­wsta­ła­by, gdy­by nie po­moc i wspar­cie kil­ku osób. Przede wszyst­kim po­dzię­ko­wa­nia na­le­żą się mo­jej żo­nie, dr hab. Elż­bie­cie Du­rys, za wspar­cie in­te­lek­tu­al­ne i każ­de inne. Po­nad­to dzię­ku­ję Prze­my­sła­wo­wi Wiel­go­szo­wi, prof. Woj­cie­cho­wi Bursz­cie, dr. hab. Mi­ro­sła­wo­wi Pę­cza­ko­wi, dr. hab. Grze­go­rzo­wi Stud­nic­kie­mu, dr. Pio­tro­wi Ma­jew­skie­mu, pra­cow­ni­kom i pra­cow­ni­com Wy­dzia­łu Pe­da­go­gicz­ne­go Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go. Dzię­ku­ję Ro­dzi­com, Ja­no­wi i Mał­go­rza­cie Rau­sze­rom, sio­strze Ka­ri­nie Haw­rył i jej mę­żo­wi Zbysz­ko­wi Haw­ry­ło­wi. Dzię­ku­ję tak­że ko­le­gom z dru­ży­ny Le­ser Siti - prze­rwy na pił­kar­skie me­cze i tre­nin­gi mia­ły zba­wien­ny wpływ na moją kon­dy­cję psy­chicz­ną w trak­cie pi­sa­na. W pro­ce­sie tym po­ma­ga­ło mi słu­cha­nie wcze­sne­go Mis­fits, The Oath, Hel­la­cop­ters, Mo­tör­he­ad oraz Haunt.

Rozdział I

Pańszczyzna

Szla­chec­kość ma w pol­skiej kul­tu­rze i pa­mię­ci sta­tus wy­jąt­ko­wy. Jest ro­dza­jem cią­gle po­wra­ca­ją­ce­go wid­ma lub, by od­wo­łać się do dra­ma­tu Sta­ni­sła­wa Wy­spiań­skie­go, cho­cho­ła. Nie przy­mie­rza­jąc, ogrom­na część współ­cze­snych pol­skich bo­lą­czek, pro­ble­mów, po­ra­żek, ale też suk­ce­sów i zwy­cięstw ma swo­je ko­rze­nie w sar­ma­ckiej Pol­sce. Kie­dy mó­wi­my o so­bie, że je­ste­śmy dum­nym na­ro­dem, po­brzmie­wa w tym duma szla­chec­ka. Kie­dy pod­kre­śla­my na­szą otwar­tość i to­le­ran­cję, wska­zu­je­my na wie­lo­kul­tu­ro­we tra­dy­cje Rzecz­po­spo­li­tej Oboj­ga Na­ro­dów. Kie­dy chce­my uza­sad­nić zna­cze­nie na­sze­go kra­ju w re­gio­nie na płasz­czyź­nie geo­po­li­tycz­nej, po­wo­łu­je­my się na wiel­kość przed­ro­zbio­ro­we­go im­pe­rium. Od­no­sząc się do kwe­stii spo­łecz­no-kul­tu­ro­wych, wska­zu­je­my na wspa­nia­łość ma­gnac­kich po­sia­dło­ści na kre­sach i na tam­tej­sze ży­cie.

Kie­dy z ko­lei za­cho­wa­nie ja­kiejś gru­py w Pol­sce nam się nie po­do­ba i skom­pli­ko­wa­ne ana­li­zy nie wszyst­ko w tym te­ma­cie wy­jaś­nia­ją, za­wsze moż­na prze­cież stwier­dzić, że w za­sa­dzie ta gru­pa wy­wo­dzi się od chło­pów, a więc cha­mów i pro­sta­ków. Z sa­me­go uro­dze­nia jest więc gor­sza, plu­ga­wa, głup­sza, bo ma inne niż my po­cho­dze­nie. Do­brze ob­ra­zo­wał to sto­su­nek do wsi w okre­sie po trans­for­ma­cji ustro­jo­wej 1989 roku. Róż­ne ana­li­zy po­ka­zy­wa­ły, że to lu­dzie na wsi (ale też ro­bot­ni­cy z li­kwi­do­wa­nych za­kła­dów, np. włók­niar­ki ma­so­wo zwal­nia­ne w Ło­dzi) sami są so­bie win­ni, bo są zbyt mało przed­się­bior­czy. Słyn­ny film do­ku­men­tal­ny Ari­zo­na z 1997 roku w re­ży­se­rii Ewy Bo­rzęc­kiej ten stan rze­czy po­twier­dzał. Lud ze wsi jest w nim po­ka­za­ny jako zde­ge­ne­ro­wa­na, brud­na i wiecz­nie pi­ja­na ban­da nie­ro­bów, przy­głu­pów, nie­zdol­nych do sa­mo­dziel­ne­go ży­cia. In­ny­mi sło­wy, o tych, któ­rych trans­for­ma­cja wy­rzu­ci­ła za bur­tę, mó­wio­no jak o in­nej ra­sie. Zu­peł­nie ina­czej trak­to­wa­no na­to­miast tych, któ­rym się po­wio­dło. W la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych bar­dzo po­pu­lar­ne, szcze­gól­nie wśród no­wo­bo­gac­kich, było bu­do­wa­nie czy aran­żo­wa­nie domu w sty­lu zie­miań­skie­go dwor­ku. Ko­niecz­nie ze skrzy­żo­wa­ny­mi sza­bla­mi nad ko­min­kiem i por­tre­ta­mi przod­ków, ewen­tu­al­nie Mar­szał­ka. Nie jest tyl­ko pol­ski wy­na­la­zek, że opo­wieść o suk­ce­sie po­ka­zu­je, iż lu­dzie po­raż­ki ule­pie­ni są z in­nej gli­ny. W za­sa­dzie każ­dy kraj swo­je nie­rów­no­ści opo­wia­da we wła­ści­wy so­bie spo­sób. Pod­sta­wą pol­skiej opo­wie­ści jest to, że za­wsze gdzieś w tle po­ja­wia­ją się szlach­cic i chłop.

Moż­na by po­wie­dzieć, że funk­cją pra­wie wszyst­kich prze­mian w Pol­sce jest to, że kie­dy sys­tem krzep­nie, po­ja­wia­ją się nowa kla­sa wyż­sza i nowi prze­gra­ni, bu­dzi się szla­chec­ki cho­choł. W koń­cu lat sie­dem­dzie­sią­tych nie­zwy­kłą po­pu­lar­no­ścią cie­szy­ły się w Pol­sce ekra­ni­za­cje pro­zy Hen­ry­ka Sien­kie­wi­cza. Wte­dy też po­ja­wi­ło się coś, co nie kto inny, jak Jó­zef Ti­sch­ner okre­ślił mia­nem "cho­cho­ła sar­mac­kiej me­lan­cho­lii". Po kil­ku sto­sun­ko­wo krót­kich la­tach, kie­dy ide­olo­dzy PZPR pró­bo­wa­li bu­do­wać opo­wieść o in­nej Pol­sce, oka­za­ło się, że wszyst­kim ja­koś ta sar­mac­kość zno­wu od­po­wia­da. Po­gląd o tym, że ist­nie­je w Pol­sce gru­pa wy­jąt­ko­wa, któ­ra jest pre­de­sty­no­wa­na do rzą­dze­nia, znaj­do­wał po­słuch wśród dzia­ła­czy par­tyj­nych. Duma z sar­mac­kiej i szla­chec­kiej prze­szło­ści, gdy lud znał swo­je miej­sce w hie­rar­chii, też była na miej­scu. Poza tym dla spo­rej czę­ści lu­dzi nie­iden­ty­fi­ku­ją­cych się z wła­dzą ko­mu­ni­stycz­ną opo­wieść o sar­ma­tach mia­ła wy­miar po­cie­sza­ją­cy, być może była na­wet for­mą opo­ru, za­ka­za­ne­go owo­cu wo­bec ofi­cjal­ne­go uwiel­bie­nia ludu pra­cu­ją­ce­go i kla­sy ro­bot­ni­czej. W każ­dym ra­zie sar­ma­tyzm był w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych w mo­dzie.

Po raz ko­lej­ny moda na sar­ma­tyzm po­ja­wi­ła się w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych, szcze­gól­nie da­jąc o so­bie znać pod ko­niec de­ka­dy, gdy nowy sys­tem za­czął krzep­nąć. Wy­kry­sta­li­zo­wa­na wów­czas kla­sa wyż­sza po­trze­bo­wa­ła no­we­go ro­dza­ju opo­wie­ści o so­bie. Po raz ko­lej­ny oka­za­ło się, że taką funk­cję może speł­nić wła­śnie sar­ma­tyzm. W do­brym gu­ście sta­ło się "od­na­le­zie­nie" szla­chec­kie­go przod­ka. Za­czę­to więc ich za­wzię­cie po­szu­ki­wać. Wy­spe­cja­li­zo­wa­ni w ba­da­niach ar­chi­wal­nych hi­sto­ry­cy za­kła­da­li fir­my ofe­ru­ją­ce (re)kon­struk­cję drze­wa ge­ne­alo­gicz­ne­go. Cel­nie po­ka­zał to Zyg­munt Mi­ło­szew­ski w po­wie­ści kry­mi­nal­nej Ziar­no praw­dy (2011). Pierw­szą ofia­rą za­bój­cy gra­su­ją­ce­go w San­do­mie­rzu jest Ro­man My­szyń­ski, za­mor­do­wa­ny w trak­cie po­szu­ki­wa­nia "szla­chec­kich przod­ków" pew­nej ro­dzi­ny.

Szla­chec­two ma moc uwznio­śla­nia i nada­wa­nia sen­su eg­zy­sten­cji lu­dziom w Pol­sce w co naj­mniej trzech wy­mia­rach. Po pierw­sze, do­wo­dzi wyż­szo­ści spo­łecz­nej i ją le­gi­ty­mi­zu­je. Po dru­gie, jest jak "du­sza" wkła­da­na w ludz­kie cia­ło. Po trze­cie, sta­no­wi ro­dzaj pro­te­zy pa­mię­cio­wej. Bo­ha­ter po­pu­lar­ne­go sit­co­mu Świat we­dług Kiep­skich (1999-2020) co rusz chwa­li się swo­im szla­chec­kim po­cho­dze­niem. Na ścia­nie jego miesz­ka­nia w ka­mie­ni­cy wisi por­tret no­bli­we­go przod­ka. Fer­dy­nand Kiep­ski jest bez­ro­bot­nym al­ko­ho­li­kiem, czło­wie­kiem po­zba­wio­nym wła­ści­wo­ści, pie­nię­dzy i per­spek­tyw. Od lat utrzy­mu­je go żona. Je­dy­ną rze­czą, któ­rą po­zwa­la mu za­cho­wać god­ność i któ­rą wy­trwa­le pie­lę­gnu­je, jest sta­tus po­tom­ka zna­mie­ni­te­go rodu.

Szla­chec­two Po­la­ków w dość nie­ocze­ki­wa­ny spo­sób po­ja­wia się w przy­pad­ku roz­mów z oso­ba­mi z mar­gi­ne­su. Znaj­du­ją oni jak­by ostat­nie po­twier­dze­nie tego, że jed­nak są tak­że ludź­mi war­to­ścio­wy­mi w tym kur­czo­wym i kom­pul­syw­nym trzy­ma­niu się "kro­pli" szla­chec­kiej krwi w so­bie. Szlach­ta bar­dzo czę­sto uza­sad­nia­ła swo­ją wyż­szo­ścio­wą po­zy­cję tym, że chło­pi nie do koń­ca są ludź­mi, że od zwie­rząt nie­wie­le ich róż­ni. Tym sa­mym "czło­wie­kiem" we wła­ści­wym sen­sie był wła­śnie szlach­cic. Po­dob­ny pro­ces moż­na było ob­ser­wo­wać w sto­sun­ku do czar­no­skó­rych nie­wol­ni­ków. Byli oni ludź­mi, ale po­zba­wio­ny­mi "du­szy". Tę du­szę lu­dziom wy­klu­czo­nym, zmar­gi­na­li­zo­wa­nym cza­sem daje wła­śnie wy­obra­żo­ne po­czu­cie, że mają ja­kie­goś szla­chec­kie­go przod­ka, że być może dzi­siaj oni sami nie sa w naj­lep­szej for­mie, ale za to ich przod­ko­wie...

Szla­chec­two bywa też ro­dza­jem pro­te­zy pa­mię­ci. Bar­dzo czę­sto oso­by nie z mar­gi­ne­su, ale cięż­ko pra­cu­ją­ce, szcze­gól­nie na wsiach, przy­wo­łu­ją pa­mięć o ja­kichś rze­ko­mych szla­chec­kich przod­kach. W trak­cie wy­wia­du z jed­nym z miesz­kań­ców wsi gra­ni­czą­cej z Cze­cha­mi na Gór­nym Ślą­sku roz­mów­ca prze­ko­ny­wał mnie, że jego przod­ko­wie byli szlach­ci­ca­mi i na­zy­wa­li się von Dziu­ra­wiec. Wła­śnie tego ro­dza­ju wa­riant od­wo­ła­nia się do szla­chec­kiej prze­szło­ści na­zwał­bym pro­te­zą pa­mię­ci.

W Pol­sce z róż­nych wzglę­dów nie wy­kształ­ci­ły się po­zy­tyw­ne wzor­ce kul­ty­wo­wa­nia lu­do­wo­ści. Lu­do­wość ma for­mę skan­se­nu lub prze­nie­sio­ne­go żyw­cem z PRL paź­dzie­rza. Brak u nas ży­wej tra­dy­cji lo­kal­no-lu­do­wej, tak jak ma to miej­sce w Niem­czech, gdzie lo­kal­ny strój i swo­ista duma z "lu­do­wej" prze­szło­ści są żywe, czy w Cze­chach, gdzie swoj­skość, lu­do­wość i lo­kal­ność są istot­ny­mi skład­ni­ka­mi toż­sa­mo­ści. W Pol­sce ta duma z chłop­skiej prze­szło­ści zo­sta­ła wy­ma­za­na i mu­sia­ło tak się stać, bo wią­za­ła się ze sko­ja­rze­niem "pol­sko­ści" z pańsz­czy­zną. W związ­ku z tym nie mamy po­zy­tyw­nych wzor­ców pa­mię­ci o lu­do­wo­ści czy też ist­nie­ją one w stop­niu ogra­ni­czo­nym, z pew­no­ścią nie ma­so­wym. Bar­dzo czę­sto więc na miej­sce tej "wy­par­tej" i "wy­ma­za­nej" pa­mię­ci o chłop­skiej, zwią­za­nej z kul­tu­rą lu­do­wą prze­szło­ści przy­wo­łu­je się wy­obra­żo­ną pa­mięć o prze­szło­ści szla­chec­kiej. Od­cię­tą koń­czy­nę kul­tu­ry lu­do­wej za­stę­pu­je­my pro­te­zą pa­mię­ci szla­chec­kiej.

Jak to na­praw­dę jest z na­szy­mi przod­ka­mi? Czy wszy­scy, a przy­naj­mniej więk­szość z nas, wy­wo­dzi­my się ze szlach­ty? Czy chło­pi też byli Po­la­ka­mi? Dla­cze­go w sy­tu­acjach spo­łecz­ne­go iskrze­nia za­wsze po­ja­wia się od­nie­sie­nie do po­dzia­łu na chło­pów i ich pa­nów?

Chłop, szlachcic, Polak

Nie dys­po­nu­je­my peł­ny­mi i wia­ry­god­ny­mi da­ny­mi na te­mat de­mo­gra­fii Pol­ski pańsz­czyź­nia­nej. Pra­ce hi­sto­ry­ków po­zwa­la­ją jed­nak stwo­rzyć pe­wien ob­raz tego, ile tak na­praw­dę nas było i jak by­li­śmy po­dzie­le­ni. Ce­za­ry Ku­klo, au­tor naj­bar­dziej mia­ro­daj­nych prac o de­mo­gra­fii Pol­ski przed­ro­zbio­ro­wej, twier­dzi, że mię­dzy XVI a XVIII wie­kiem licz­ba lud­no­ści Pol­ski oscy­lo­wa­ła mię­dzy 7,5 mi­lio­na w 1580 roku i 12,3 mi­lio­na w 1771 roku. Cho­ciaż dane te nie są pre­cy­zyj­ne, mo­że­my stwier­dzić, że w Ko­ro­nie Kró­le­stwa Pol­skie­go (mię­dzy XIV a XVIII wie­kiem) szlach­ta sta­no­wi­ła 5,5% ogó­łu lud­no­ści. Du­cho­wień­stwo (ka­to­lic­kie i pra­wo­sław­ne) obej­mo­wa­ło 1%, miesz­cza­nie to zaś 20% po­pu­la­cji. Naj­więk­szą gru­pę spo­łecz­ną w tym okre­sie sta­no­wi­li chło­pi. Ostroż­ne sza­cun­ki mó­wią o nie­co po­nad 70% ogó­łu miesz­kań­ców Pol­ski. Pro­blem po­le­ga jed­nak na tym, że licz­ba ta nie uwzględ­nia po­kaź­nej licz­by bez­rol­nych czy tzw. lu­dzi luź­nych. Gdy­by­śmy mie­li od­po­wied­nie dane, od­se­tek ten znacz­nie by się zwięk­szył.

Wróć­my raz jesz­cze do cyfr. Je­że­li w 1580 roku licz­ba lud­no­ści wy­no­si­ła 7,5 mi­lio­na, to szlach­ty było wte­dy w Rzecz­po­spo­li­tej nie­co po­nad 410 ty­się­cy, chło­pów na­to­miast 5 mi­lio­nów 250 ty­się­cy. W 1771 roku szlach­ty było nie­ca­łe 680 ty­się­cy, na­to­miast chło­pów - 8 mi­lio­nów 610 ty­się­cy. Jak wi­dać, szlach­ta sta­no­wi­ła uła­mek ogól­nej licz­by lud­no­ści. Bio­rąc do­dat­ko­wo pod uwa­gę, że spo­ra część szlach­ty na­le­ża­ła do tzw. szlach­ty drob­nej - czę­sto nie mia­ła wła­sno­ści albo mia­ła wca­le nie więk­szą niż chło­pi - oka­za­ło­by się, że zna­czą­cej szlach­ty, któ­ra two­rzy­ła i eks­plo­ato­wa­ła sar­mac­ki mit, było jesz­cze mniej. Gdy­by­śmy do sa­mej szlach­ty przy­ło­ży­li słyn­ny współ­czyn­nik Gi­nie­go, ba­da­ją­cy nie­rów­no­ści, oka­za­ło­by się, że pod wzglę­dem zna­cze­nia i ma­jąt­ku li­czy­ło się tak na­praw­dę za­le­d­wie kil­ka ro­dów. Zna­my je jako rody ma­gnac­kie. Od­se­tek szlach­ty pa­nu­ją­cej w Rzecz­po­spo­li­tej mię­dzy XIV a XVIII wie­kiem był więc bar­dzo mały. Przy pew­nej do­zie ostroż­no­ści moż­na więc za­ło­żyć, że za­sad­ni­czo wszy­scy je­ste­śmy po­tom­ka­mi chło­pów pańsz­czyź­nia­nych.

Jak to się sta­ło, że po­dział ten w Pol­sce przy­brał taką, a nie inną for­mę? Jak do­szło do wy­kształ­ce­nia i utrwa­le­nia tak nie­ludz­kich nie­rów­no­ści oraz upar­te­go trwa­nia przy nich? Wszyst­ko za­czę­ło się na prze­ło­mie XV i XVI wie­ku. Wów­czas do Eu­ro­py za­czę­ły do­cie­rać krusz­ce (szcze­gól­nie sre­bro) wy­do­by­wa­ne z nie­ek­splo­ato­wa­nych do­tąd złóż w obu Ame­ry­kach. W re­zul­ta­cie na Sta­rym Kon­ty­nen­cie po­ja­wił się po­pyt na pol­skie pło­dy rol­ne - zbo­że, ale nie tyl­ko, gdyż jed­nym z eks­por­to­wych su­row­ców było też drew­no. Choć han­del nie po­trze­bu­je no­bi­li­to­wa­nej pie­czę­ci, to w Pol­sce tyl­ko szlach­ta po­sia­da­ła pra­wo wła­sno­ści ziem­skiej oraz pra­wa po­li­tycz­ne, co da­wa­ło jej na ryn­ku prze­wa­gę. Dzię­ki temu mo­gła umoc­nić swo­ją wła­dzę nad chło­pa­mi. W re­zul­ta­cie na prze­ło­mie XV i XVI wie­ku wy­ło­ni­ło się pol­skie nie­wol­nic­two, czy­li pańsz­czy­zna.

Sama pańsz­czy­zna ist­nia­ła już wcze­śniej, bo wpro­wa­dzo­na zo­sta­ła w XIII wie­ku. Nie mia­ła jed­nak wów­czas ta­kie­go zna­cze­nia i była wy­ko­rzy­sty­wa­na w za­sa­dzie wy­łącz­nie do utrzy­ma­nia dwo­ru. W XV wie­ku, wraz z za­po­trze­bo­wa­niem na ryn­ku za­chod­nim, roz­wi­nął się w Pol­sce ro­dzaj pro­to­za­kła­du pro­duk­cji rol­nej - był nim fol­wark. Fol­wark sta­no­wi­ły zie­mie i za­bu­do­wa­nia na­le­żą­ce do dwo­ru, na któ­rych chło­pi od­by­wa­li pra­cę nie­wol­ną. Uzy­ski­wa­ne w ten spo­sób pro­duk­ty w prze­wa­ża­ją­cej czę­ści były eks­por­to­wa­ne. Dla szlach­ty był to układ ide­al­ny: chło­pi do­star­cza­li dar­mo­wej pra­cy. Poza tym zo­bo­wią­za­ni byli do pła­ce­nia prze­róż­nych da­nin, po­dat­ków i czyn­szów z dzie­się­ci­ną na cze­le, czy­li od­da­wa­niem dzie­sią­tej czę­ści plo­nów na rzecz Ko­ścio­ła. Chło­pom taki układ z pew­no­ścią po­do­bał się mniej. Naj­czę­ściej sprze­ci­wia­li się mu, "gło­su­jąc no­ga­mi", a więc ucie­ka­jąc na wschód, na mniej za­lud­nio­ne zie­mie, gdzie mo­gli li­czyć na ulgi i zwol­nie­nia ze świad­czeń. Ów spo­sób wy­ra­ża­nia pro­te­stu stał się na tyle po­wszech­ny, że z koń­cem XV wie­ku szlach­ta pod­ję­ła sze­reg dzia­łań ma­ją­cych za­pew­nić jej do­stęp do nie­wol­nej pra­cy chło­pów i zmi­ni­ma­li­zo­wać ry­zy­ko kon­ku­ren­cji na ryn­ku z ich stro­ny.

Wpro­wa­dzo­ne w 1496 roku przez Jana Ol­brach­ta sta­tu­ty piotr­kow­skie przy­wią­za­ły chło­pa do zie­mi. Od­tąd nie miał on pra­wa opusz­czać wsi bez zgo­dy pana. 7 stycz­nia 1520 roku Zyg­munt Sta­ry wy­dał przy­wi­lej, któ­ry zwięk­szał pańsz­czy­znę z kil­ku dni rocz­nie do kil­ku dni ty­go­dnio­wo. W ko­lej­nych la­tach od­da­no wła­dzę są­dow­ni­czą nad chło­pa­mi w ręce ich pa­nów. Chło­pi znik­nę­li jako stan z pra­wo­daw­stwa i po­ja­wia­li się wy­łącz­nie jako wła­sność pań­ska. Pa­no­wie fak­tycz­nie mo­gli w swo­ich do­brach wy­zna­czać do­wol­nie pańsz­czy­znę i cza­sem wy­no­si­ła ona np. dzie­sięć dni w ty­go­dniu. Jako że ty­dzień ma tyl­ko sie­dem dni, od­ra­biać ją mu­sie­li po­zo­sta­li człon­ko­wie ro­dzi­ny lub na­ję­ci przez chło­pów pa­choł­ko­wie. Choć mó­wi­my o pro­ce­sie, a nie po­je­dyn­czym wy­da­rze­niu, któ­re zmie­ni­ło sy­tu­ację chło­pów, hi­sto­ry­cy okre­śla­ją go mia­nem "wtór­ne­go pod­dań­stwa" czy "za­ostrzo­nej pańsz­czy­zny". Za­ostrzo­na pańsz­czy­zna nie zo­sta­ła wpro­wa­dzo­na wszę­dzie w tym sa­mym cza­sie. Kon­sty­tu­cja z 1520 roku usank­cjo­no­wa­ła ją pod wzglę­dem praw­nym, ale do­pie­ro po stu la­tach ob­ję­ła ona zie­mie Rze­czy­po­spo­li­tej nie­mal­że w ca­ło­ści. W do­brach pry­wat­nych jej wpro­wa­dze­nie za­le­ża­ło od de­cy­zji wła­ści­cie­la, czy­li kon­kret­ne­go szlach­ci­ca. Sys­tem ten jed­nak z per­spek­ty­wy szlach­ty wy­da­wał się ide­al­ny. Oto poza czyn­sza­mi i da­ni­na­mi pa­no­wie otrzy­my­wa­li jesz­cze dar­mo­we­go pra­cow­ni­ka, z któ­re­go pra­cy na fol­war­ku cały zysk po­zo­sta­wał do ich dys­po­zy­cji.

Na te­re­nie Rze­czy­po­spo­li­tej ist­nia­ły dwa ro­dza­je dóbr: wspo­mnia­ne do­bra pry­wat­ne i tzw. kró­lewsz­czy­zna. Do­bra pry­wat­ne na­le­ża­ły w ca­ło­ści do ich wła­ści­cie­li, czy­li szlach­ty. Na tym te­re­nie pan miał prak­tycz­nie nie­ogra­ni­czo­ną wła­dzę. Dość po­wie­dzieć, że do 1768 roku za za­bi­cie chło­pa we wła­snych do­brach gro­zi­ła wy­łącz­nie kara grzyw­ny. W tym sa­mym roku w trak­cie ob­rad sej­mu zwa­ne­go rep­ni­now­skim prze­gło­so­wa­no pra­wa okre­śla­ne mia­nem "kar­dy­nal­nych". Po­twier­dza­ły one wol­ność szla­chec­ką, li­be­rum veto, wol­ną elek­cję oraz pra­wo wy­po­wie­dze­nia po­słu­szeń­stwa kró­lo­wi. Sta­no­wi­ły tym sa­mym po­twier­dze­nie sta­tu­su praw­ne­go Rze­czy­po­spo­li­tej. Czymś no­wym był ar­ty­kuł XIII tych praw, któ­ry po­twier­dził wła­dzę pa­nów nad chło­pa­mi, ale za­bro­nił za­bi­ja­nia chło­pów. Ar­ty­kuł ten brzmiał w in­te­re­su­ją­cym nas frag­men­cie tak: "za za­bi­cie chło­pa nie przy­pad­ko­we, ale roz­myśl­ne i do­bro­wol­nie po­peł­nio­ne, za de­la­cją czy­jąż­kol­wiek w są­dzie przy­zwo­itym do­wie­dzio­ne, kara śmier­ci na­wet na dzie­dzi­ca roz­cią­gnio­na bę­dzie". Po raz pierw­szy szlach­cic nie mógł bez­kar­nie za­bić chło­pa. Pra­wo to za­wie­ra­ło jed­nak kru­czek: zbrod­nia mu­sia­ła być do­wie­dzio­na. W prak­ty­ce ozna­cza­ło to, że mor­der­cę na­le­ża­ło schwy­tać na go­rą­cym uczyn­ku i o uczyn­ku tym mu­sie­li za­świad­czyć dwaj szlach­ci­ce. Je­że­li wa­run­ki te nie zo­sta­ły do­peł­nio­ne, po­dej­rza­ny o za­bi­cie chło­pa pła­cił je­dy­nie grzyw­nę.

W do­brach pry­wat­nych pan miał za­tem fak­tycz­nie nad chło­pem wła­dzę ab­so­lut­ną. Spo­sób jego po­stę­po­wa­nia ogra­ni­cza­ły wy­łącz­nie roz­są­dek i ewen­tu­al­nie pre­sja eko­no­micz­na lub opór chło­pów. Pro­wa­dzi­ło to do ujaw­nie­nia czę­sto ogrom­nych róż­nic mię­dzy po­szcze­gól­ny­mi pa­na­mi. Bez tru­du mo­że­my wy­szu­kać wie­le przy­kła­dów ra­cjo­nal­ne­go za­rzą­dza­nia pańsz­czy­zną, spra­wo­wa­nia nad chło­pa­mi fak­tycz­nej opie­ki, a w sprzy­ja­ją­cych wa­run­kach na­wet uwłasz­cze­nia. Przy­kład taki dał choć­by Adam Za­moy­ski, któ­ry był pio­nie­rem oczyn­szo­wa­nia chło­pów w la­tach 1760-1770. In­nym cie­ka­wym przy­pad­kiem był fe­no­men Rzecz­po­spo­li­tej Paw­łow­skiej, utwo­rzo­nej w 1769 roku przez księ­dza Paw­ła Brzo­stow­skie­go. Oczyn­szo­wał on chło­pów, utwo­rzył dla nich szko­ły, sa­mo­rząd i pro­pa­go­wał no­wo­cze­sne tech­ni­ki upra­wy.

Jed­no­cze­śnie moż­na przy­wo­łać mrocz­ne po­sta­cie, jak cho­ciaż­by sta­ro­sta Mi­ko­łaj Po­toc­ki, o któ­rym Ju­lian Ur­syn Niem­ce­wicz pi­sał w swo­ich pa­mięt­ni­kach, że ka­zał chłop­skim ba­bom wła­zić na ja­błoń i ku­kać jak ku­kuł­ki. Strze­lał wte­dy do nich ze śru­tów­ki i za­śmie­wał się, gdy spa­da­ły. Czy Sta­ni­sław War­szyc­ki, któ­ry za po­wta­rza­nie ry­mo­wan­ki: "Pan War­szyc­ki wy­ssał ko­by­le cyc­ki" ka­zał ro­ze­rwać dow­cip­ni­sia czte­re­ma koń­mi. Ka­rał też swo­ich chło­pów za naj­mniej­sze prze­wi­nie­nia. Jego ulu­bio­nym spo­so­bem było na­ka­zy­wa­nie win­ne­mu, by po­ło­żył się na zie­mi, i zle­ca­nie in­ne­mu, by okła­dał go drą­ga­mi gru­bo­ści ręki. Pod­czas wy­mie­rza­nia kary War­szyc­ki lu­bił sta­wać obok, li­czyć razy, a kie­dy ich licz­ba zbli­ża­ła się do koń­ca, uda­wał, że się myli, i ka­zał bić jesz­cze raz. Co wię­cej, szy­dził z bi­tych i na­po­mi­nał sto­ją­cych, żeby pro­si­li Boga o wy­trzy­ma­łość dla tych bied­nych lu­dzi[1].

Poza do­bra­mi pry­wat­ny­mi ist­nia­ły też kró­lewsz­czy­zny. Do­bra te na­le­ża­ły do kró­la i on za­rzą­dzał nimi przez wy­zna­czo­nych urzęd­ni­ków lub od­da­wał je w dzier­ża­wę. Z dóbr tych utrzy­my­wa­no pań­stwo. Sy­tu­acja chło­pów w kró­lewsz­czy­znach róż­ni­ła się zna­czą­co od tej w do­brach pry­wat­nych. W kró­lewsz­czy­znach chło­pi mie­li moż­li­wość skła­da­nia na urzęd­ni­ków czy dzier­żaw­ców skarg do sądu re­fe­ren­dar­skie­go. Dzię­ki temu dys­po­nu­je­my in­for­ma­cja­mi o tym, co się w tych do­brach dzia­ło. Choć fak­tycz­nie sądy te dzia­ła­ły w dość spe­cy­ficz­ny spo­sób, cza­sem wy­da­wa­ły wy­ro­ki na ko­rzyść chło­pów. Na­le­ży jed­nak mieć świa­do­mość, że bar­dzo czę­sto pa­no­wie tych wy­ro­ków nie re­spek­to­wa­li. Chło­pi mimo wszyst­ko z moż­li­wo­ści skła­da­nia skarg skwa­pli­wie ko­rzy­sta­li. Na­wet nie­przy­chyl­ny im wy­rok po­wo­do­wał cza­sem, że dzier­żaw­ca ustę­po­wał, co już samo w so­bie było spo­rym osią­gnię­ciem.

Pańsz­czy­zna była pra­cą wy­ko­ny­wa­ną przez chło­pów na rzecz wła­ści­cie­la ziem­skie­go w za­mian za udo­stęp­nie­nie ka­wał­ka pola i moż­li­wo­ści jego użyt­ko­wa­nia. Była więc ro­dza­jem dłu­gu. Od wiel­ko­ści pola za­le­ża­ło, ile pańsz­czy­zny chłop bę­dzie wy­ko­ny­wał. Tak wy­glą­da­ła pańsz­czy­zna w teo­rii. W prak­ty­ce by­wa­ło róż­nie. Chło­pi w do­brach kró­lew­skich spi­sy­wa­li umo­wy lo­ka­cyj­ne, któ­re okre­śla­ły, ile do­sta­ją grun­tu i ile za ten grunt mają pra­co­wać w fol­war­ku.

Naj­bar­dziej po­pu­lar­na była pańsz­czy­zna ty­go­dnio­wa. Na pań­skim na­le­ża­ło pra­co­wać w wy­zna­czo­ne dni ty­go­dnia. W nie­któ­rych re­jo­nach pańsz­czy­zna by­wa­ła po­po­łu­dnio­wa. Wów­czas rano chło­pi pra­co­wa­li na swo­im, a po­po­łu­dnia­mi na pań­skim. Ist­nia­ły po­nad­to tzw. dar­mo­chy, da­remsz­czy­zny. W okre­sach in­ten­syw­nych prac po­lo­wych, jak za­siew czy zbio­ry, chło­pi byli zo­bo­wią­za­ni do do­dat­ko­wej pra­cy, nie­wli­cza­nej do pańsz­czy­zny. Wo­ła­no wte­dy "na tło­ki" lub "po­wa­by" (sta­no­wi­ły one za­zwy­czaj kil­ka dni rocz­nie), co ozna­cza­ło, że do pra­cy mu­sie­li wy­cho­dzić wszy­scy w go­spo­dar­stwie. Pańsz­czy­znę od­by­wa­no na dwa spo­so­by: pie­szo lub sprzę­ża­jem. Pie­szo ozna­cza­ło pańsz­czy­znę w opar­ciu o włas­ną siłę, sprzę­ża­jem - pańsz­czy­znę od­ra­bia­ną zwie­rzę­ta­mi, np. wo­łem czy ko­niem. Co waż­ne, go­spo­dar­stwa fol­warcz­ne nie po­sia­da­ły swo­ich na­rzę­dzi ani zwie­rząt do pra­cy na polu. Chło­pi zo­bo­wią­za­ni za­tem byli do wy­ko­ny­wa­nia pra­cy wła­sny­mi na­rzę­dzia­mi i z po­mo­cą wła­snych zwie­rząt. Poza pra­cą na pań­skim polu chło­pi od­ra­bia­li pańsz­czy­znę na wie­le róż­nych spo­so­bów. Jed­nym z nich były pod­wo­dy, czy­li obo­wią­zek prze­wo­zu zbo­ża czy in­nych dóbr pro­du­ko­wa­nych w fol­war­ku do miej­sca sku­pu. Chło­pi mu­sie­li cza­sem trans­por­to­wać zbo­że na ol­brzy­mie od­le­gło­ści, np. do Gdań­ska, co przy sta­nie ów­cze­snych dróg po­tra­fi­ło być spo­rym wy­zwa­niem. Poza tym nie­któ­rzy chło­pi od­de­le­go­wa­ni byli do pra­cy w trans­por­cie na sta­łe, jak chło­pi zaj­mu­ją­cy się spła­wem, czy­li fli­sa­cy. Do obo­wiąz­ków chło­pa na­le­ża­ły tak­że tzw. stró­że, czy­li pil­no­wa­nie pań­skie­go do­byt­ku.

Je­że­li my­śli­my, że być może pańsz­czy­zna fak­tycz­nie była ro­dza­jem za­pła­ty za użyt­ko­wa­nie zie­mi, to mu­si­my so­bie uświa­do­mić, że poza pańsz­czy­zną chło­pi pła­ci­li na rzecz dwo­ru rów­nież czyn­sze, któ­re cza­sem się zwięk­sza­ły. Poza tym chło­pi win­ni byli uisz­czać wie­le po­mniej­szych opłat i da­nin w na­tu­rze, choć nie we wszyst­kich do­brach i nie w jed­na­ko­wym za­kre­sie. Wiec­ne (na rzecz są­dów na wsi), łącz­ne, ga­jo­we, le­śne, żo­łęd­ne, łu­czyw­ne, kar­czo­we, bu­do­we (opła­ty oka­zjo­nal­ne np. przy bu­do­wie domu czy zbio­rze drew­na w le­sie), młyn­ne - to tyl­ko kil­ka z tych opłat. W cza­sie, kie­dy pan prze­by­wał we wsi, chło­pi pła­ci­li na jego po­byt tzw. sta­cyj­ne. W na­tu­rze od­da­wa­no tzw. sep czy osyp. Wy­no­sił on od jed­ne­go do kil­ku kor­ców owsa, parę ka­pło­nów lub gęsi, sery czy jaja. Gęsi od­da­wa­no na św. Mar­ci­na, stąd zwy­czaj ja­da­nia 11 li­sto­pa­da gę­si­ny. Po­nad­to wszy­scy chło­pi zo­bo­wią­za­ni byli od­da­wać na rzecz Ko­ścio­ła spe­cjal­ny po­da­tek - dzie­się­ci­nę, czy­li dzie­sią­tą część swo­ich zbio­rów ozi­mych i ja­rych. We wsiach zbie­ra­no też opła­tę na utrzy­ma­nie ple­ba­na, tzw. mesz­ne; wy­no­si­ła ona zwy­kle je­den ko­rzec zbo­ża. Po od­da­niu Bogu, co bo­skie, na­le­ża­ło jesz­cze od­dać ce­sa­rzo­wi, co ce­sar­skie. Na rzecz pań­stwa chło­pi od­da­wa­li dwa ro­dza­je po­dat­ku: po­da­tek grun­to­wy, czy­li po­bór, oraz od 1629 roku po­dym­ne - po­da­tek od do­mów za­miesz­ka­łych, a od 1662 roku po­głów­ne, czy­li po­da­tek oso­bi­sty. W do­brach kró­lew­skich od po­ło­wy XVII wie­ku po­bie­ra­no też hi­ber­nę, czy­li po­da­tek na rzecz zi­mu­ją­cej ar­mii.

Chłop, czyli niewolnik

Sys­tem fol­warcz­ny do­mknię­ty zo­stał na prze­ło­mie XVI i XVII wie­ku i utrzy­mał się aż do uwłasz­cze­nia, któ­re na­stą­pi­ło w XIX wie­ku. Choć pańsz­czy­zna pod wzglę­dem for­mal­nym nie jest nie­wol­nic­twem, to pod­pi­sa­na przez pol­ski rząd w 1956 roku w Ge­ne­wie kon­wen­cja okre­śla pańsz­czy­znę jako "in­sty­tu­cję i prak­ty­kę zbli­żo­ną do nie­wol­nic­twa". In­ne­go zda­nia była jed­nak sama szlach­ta. Naj­bar­dziej zna­czą­cą sym­bo­licz­ną zmia­ną w XVI wie­ku było upo­wszech­nie­nie się na­zwy "chłop" na okre­śle­nie lud­no­ści rol­ni­czej. Przed XVI wie­kiem sto­so­wa­no ra­czej okre­śle­nia ta­kie jak "kmieć", czy­li rol­nik dys­po­nu­ją­cy zie­mią. Na­le­ży przy tym pa­mię­tać, że zie­mia była w po­sia­da­niu chło­pów w for­mie tzw. wła­sno­ści za­leż­nej, de fac­to na­le­ża­ła więc do szlach­ty.

Samo okre­śle­nie "chłop" po­cho­dzi od ro­syj­skie­go wy­ra­zu ozna­cza­ją­ce­go nie­wol­ni­ka, przy czym w ory­gi­na­le nie­ko­niecz­nie cho­dzi­ło o rol­ni­ka. Ta­kim "chło­pem" mógł stać się szlach­cic, któ­ry utra­cił wol­ność za dłu­gi. Po ich od­da­niu wra­cał do swo­je­go sta­nu. Wspo­mnia­ny już przy­wi­lej byd­go­ski wy­da­ny przez Zyg­mun­ta Sta­re­go w 1520 roku jako je­den z pierw­szych do­ku­men­tów mówi o "chło­pach". Sta­tu­ty piotr­kow­skie z 1496 roku, któ­re przy­wią­zy­wa­ły chło­pów do zie­mi, mó­wi­ły przede wszyst­kim o kmie­ciach. We wcze­śniej­szych do­ku­men­tach uży­wa­no ra­czej okre­śle­nia "wieś­niak". Rów­no­le­gle z wpro­wa­dza­niem za­ostrzo­nej pańsz­czy­zny za­czę­to w sto­sun­ku do chło­pów uży­wać okre­śle­nia ozna­cza­ją­ce­go nie­wol­ni­ka. Co cie­ka­we, to pier­wot­ne zna­cze­nie w XIX wie­ku się za­tar­ło i słu­ży obec­nie po pro­stu jako po­tocz­ne okre­śle­nie męż­czy­zny.

Wraz z od­kry­ciem dla Eu­ro­py Ame­ry­ki i póź­niej z roz­wo­jem atlan­tyc­kie­go nie­wol­nic­twa wy­kształ­ci­ły się też w XVI i XVII wie­ku pew­ne wzor­ce sto­sun­ku do lu­dzi pod­po­rząd­ko­wa­nych. Znie­wo­le­niu rdzen­nej lud­no­ści to­wa­rzy­szy­ła re­flek­sja nad jej po­cho­dze­niem. Eu­ro­pej­czy­cy wy­ka­za­li się nie­zwy­kłą hi­po­kry­zją. Sta­ra­li się pod­po­rząd­ko­wa­nie lo­kal­nej lud­no­ści uza­sad­nić jej od­mien­nym (gor­szym) po­cho­dze­niem. We­dług bi­blij­nej tra­dy­cji miesz­kań­cy Zie­mi wy­wo­dzą się od trzech sy­nów No­ego: Ja­fe­ta, Cha­ma i Sema. Sem dał po­czą­tek lu­dom se­mic­kim, Ja­fet - in­do­eu­ro­pej­skim, Cham zaś miesz­kań­com pół­noc­nej Afry­ki. Po­cho­dze­nie Cha­ma wią­za­no z czar­nym ko­lo­rem skó­ry i dość po­pu­lar­nym sko­ja­rze­niem czer­ni z ja­kąś ska­zą. Pre­dys­po­zy­cje do by­cia nie­wol­ni­kiem wy­wo­dzo­no od we­wnętrz­nej "czar­no­ści" po­tom­ków Cha­ma, prze­klę­te­go i ska­za­ne­go na nie­wol­nic­two za sprze­ci­wia­nie się woli ojca. Co cie­ka­we, na te­re­nach dzi­siej­szej Ukra­iny pol­scy pa­no­wie okre­śla­li bied­nych chło­pów jako "czerń", w Ga­li­cji zaś chło­pów po­wszech­nie na­zy­wa­no "czer­nia­wą".

W Pol­sce w sto­sun­ku do pew­nej gru­py lud­no­ści po raz pierw­szy okre­śle­nia "cham" uży­to wła­śnie w XVI wie­ku. Ter­min "cham" nie wy­stę­po­wał w słow­ni­kach pol­sz­czy­zny z po­ło­wy XVI wie­ku, jak w słow­ni­ku Bar­tło­mie­ja z Byd­gosz­czy, Słow­ni­ku po­znań­skim czy słow­ni­ku Jana Mą­czyń­skie­go. Jed­no z pierw­szych ofi­cjal­nych użyć okre­śle­nia "cham" w sto­sun­ku do chło­pów po­ja­wia się w utwo­rze Go­niec cno­ty Ma­cie­ja Stry­kow­skie­go z po­ło­wy XVI wie­ku. Sło­wo "cham" wy­stę­pu­je w nim wła­śnie na okre­śle­nie chło­pa. In­te­re­su­ją­cy nas frag­ment brzmi tak: "Ty, Cham, orz rolę, rób, strzeż każ­dy tego [...] Nie czyń się, Cha­mie, Ja­phe­tem, strzeż ro­ley [...]"[2]. Czy­li: rób cha­mie w polu i nie uda­waj szlach­ci­ca. Cham i chłop to nie­je­dy­ne sło­wa ob­cią­żo­ne spe­cy­ficz­ną ko­no­ta­cją, któ­re mia­ły słu­żyć pod­kre­śle­niu od­mien­no­ści tej gru­py. Mi­ko­łaj Rej w swo­im cza­sie pi­sał: "To dziw, kie­dy­by kto pu­cha­cza spo­ro­śne­go bia­ło­rzy­ta w so­ko­lem gnieź­dzie zna­lazł". Mi­ko­łaj Sęp Sza­rzyń­ski w po­dob­nym sty­lu stwier­dził, że "męż­na or­li­ca go­łę­bi nie ro­dzi", z ko­lei Jan Chry­zo­stom Pa­sek za­wy­ro­ko­wał: "w pa­ra­gon nie wcho­dzi z or­łem pu­chacz"[3]. Ta­kie or­ni­to­lo­gicz­ne po­rów­na­nia były dość po­pu­lar­ne i czę­sto wy­stę­po­wa­ły w szla­chec­kich pa­mięt­ni­kach i zbio­rach zło­tych my­śli - si­lva re­rum. Róż­ni­ce mię­dzy chło­pa­mi i szlach­tą sta­ra­no się po­ka­zać za po­mo­cą róż­nic mię­dzy pta­ka­mi god­ny­mi i po­spo­li­ty­mi. Teo­ria or­ni­to­lo­gicz­na by­ła­by więc pol­skim wkła­dem w bio­lo­gicz­ny ra­sizm.

Je­że­li chło­pi wy­wo­dzą się od Cha­ma, to skąd wy­wo­dzi się szlach­ta? Dla każ­de­go ów­cze­sne­go szlach­ci­ca ja­sne było, że z ta­jem­ni­cze­go i wo­jow­ni­cze­go ple­mie­nia Sar­ma­tów, któ­re przy­wę­dro­wa­ło na zie­mie Rzecz­po­spo­li­tej gdzieś z oko­lic dzi­siej­sze­go Ira­nu. W mi­cie tym hi­sto­ria Pol­ski to hi­sto­ria pod­bo­ju. Ple­mię Sar­ma­tów mia­ło przy­być na zie­mie pol­skie i pod­bić miej­sco­wą lud­ność, czy­niąc ją swo­imi nie­wol­ni­ka­mi. Mit ten sfor­mu­ło­wa­no w XVI wie­ku, uza­sad­nia­jąc za jego po­mo­cą od­mien­ne po­cho­dze­nie szlach­ty. Pi­sa­ne w tym cza­sie hi­sto­rie ple­mie­nia sar­mac­kie­go, któ­re dzi­siaj okre­śli­li­by­śmy jako fake, sta­ły się zresz­tą pod­sta­wą do two­rze­nia po­pu­lar­nych dzi­siaj mi­tów o ja­kimś przed­wiecz­nym im­pe­rium Le­chi­tów.

Ile kosztował chłop?

Jed­ną z za­sad­ni­czych cech de­fi­niu­ją­cych nie­wol­nic­two jest po­zba­wie­nie nie­wol­ni­ka pod­mio­to­wo­ści praw­nej. Ra­zem z za­ostrza­niem pańsz­czy­zny chło­pi jako stan znik­nę­li z pra­wo­daw­stwa, jed­nak nie do koń­ca. Na­dal mu­sie­li pła­cić po­dat­ki na rzecz pań­stwa, byli re­kru­to­wa­ni do ar­mii oraz pła­ci­li dzie­się­ci­nę. Fak­tycz­nie jed­nak cała wła­dza nad chło­pa­mi w do­brach pry­wat­nych była w rę­kach pana. To pan de­cy­do­wał o tym, ile chłop ma od­dać da­nin, ile pra­co­wać w for­mie pańsz­czy­zny, a ile w for­mie dar­moch. Pan de­cy­do­wał też o tym, czy chłop może się oże­nić i z kim. Nie opła­ca­ło mu się wy­da­wać zgo­dy na oże­nek poza swo­imi wło­ścia­mi, bo tra­cił­by w ten spo­sób siłę ro­bo­czą i zie­mię. Chy­ba że otrzy­my­wał za ta­kie­go chło­pa gra­ty­fi­ka­cję. Mó­wiąc wprost: chy­ba że taki chłop zo­stał za­ku­pio­ny.

W Rzecz­po­spo­li­tej nie było tar­gów nie­wol­ni­ków, jed­nak kwitł han­del "ży­wym to­wa­rem". Chło­pa moż­na było ku­pić lub sprze­dać, i nie cho­dzi­ło wy­łącz­nie o trans­ak­cje za­ku­pu zie­mi, do któ­rej chłop był przy­wią­za­ny. Trans­ak­cje kup­na zie­mi wią­za­ły się ze spi­sem wszyst­kie­go, co się na tych zie­miach znaj­do­wa­ło. Je­że­li ktoś ku­po­wał zie­mię, to ra­zem z nią ku­po­wał wszyst­kie czę­ści da­nej zie­mi, ta­kie jak: pola, łąki, rze­ki, sta­wy, wszyst­kie domy i sprzę­ty oraz pod­da­nych. Je­że­li pan chciał so­bie ja­kie­goś chło­pa za­cho­wać, to wy­łą­czał go z trans­ak­cji. Moż­na się do­my­ślić, że ta­kim przy­kła­dem był chłop Ma­ciej. Kie­dy szlach­cic Je­zier­ski w 1642 roku sprze­da­wał zie­mię, wy­łą­czył Ma­cie­ja, któ­ry naj­wy­raź­niej przy­padł mu do gu­stu z trans­ak­cji i na­stęp­nie prze­ka­zał go swo­je­mu sy­no­wi. Han­del chło­pa­mi nie był praw­nie usank­cjo­no­wa­ny i od­by­wał się za po­mo­cą do­na­cji (do­na­tio ma­nu­alis). Kie­dy pa­no­wie do­szli do po­ro­zu­mie­nia, spi­sy­wa­li akt i prze­ka­zy­wa­li go do urzę­du grodz­kie­go, dzię­ki cze­mu trans­ak­cja zy­ski­wa­ła ofi­cjal­ną sank­cję. Sprze­daż chło­pa wią­za­ła się z prze­ka­za­niem pra­wa wła­sno­ści na in­ne­go szlach­ci­ca. Te pra­wa wła­sno­ści ogó­łem okre­śla­no jako "pań­stwo". Skła­da­ły się one ze zwierzch­no­ści (do­mi­nium), wła­sno­ści (pro­prie­tas) czy wła­dzy ry­cer­skiej (he­ro­ica po­te­stas). Chło­pi byli wła­sno­ścią szlach­ty, co po­twier­dza za­pis po­czy­nio­ny przez Jana Klu­ga ze wsi Nie­part w 1792 roku: "Ni­żej pod­pi­sa­ny, zo­staw­szy dóbr Nie­par­tu z przy­le­gło­ścia­mi dzie­dzi­cem, a prze­to i pod­dań­stwa wła­ści­cie­lem..."[4].

Chło­pów sprze­da­wa­no naj­czę­ściej z całą ro­dzi­ną i do­byt­kiem. Naj­bar­dziej po­żą­da­nym to­wa­rem byli oczy­wi­ście spe­cja­li­ści, tacy jak bro­war­ni­cy, ko­wa­le, rze­mieśl­ni­cy czy karcz­ma­rze. Fa­chow­cy od trun­ków opła­ca­li się naj­bar­dziej, gdyż szlach­ta naj­pew­niej­szy zysk czer­pa­ła z chłop­skie­go pi­jań­stwa, czy­li przy­mu­su pro­pi­na­cyj­ne­go. Po­le­gał on na tym, że w cią­gu roku chło­pi mu­sie­li za­ku­pić od­po­wied­nią ilość trun­ków w pań­skich go­rzel­niach czy karcz­mach. Drob­niej­sza szlach­ta ku­po­wa­ła ra­czej mniej­sze "ilo­ści" chło­pów, ce­lu­jąc wła­śnie w fa­chow­ców. Za­moż­niej­sza ku­po­wa­ła cza­sem całe wsie. Wo­je­wo­da smo­leń­ski Piotr Sa­pie­ha sprze­dał Bar­ba­rze Kwi­lec­kiej 37 ro­dzin. Jan Prze­ben­dow­ski w wy­ni­ku ugo­dy z Ma­rian­ną Ra­doń­ską otrzy­mał 68 lu­dzi za kwo­tę 4 000 zło­tych. Cza­sem do­cho­dzi­ło też do sy­tu­acji co naj­mniej dzi­wacz­nych. Kie­dy w 1593 roku zmarł oj­ciec Ka­spra i Ma­cie­ja Skrzy­dlew­skich, w wy­ni­ku po­dzia­łu ma­jąt­ku oka­za­ło się, że jed­ne­go chło­pa bra­cia dzie­dzi­czą po po­ło­wie. Na szczę­ście uda­ło im się po­ro­zu­mieć i Ka­sper zrzekł się swo­jej po­ło­wy chło­pa w za­mian za po­rę­cze­nie dłu­gu w wy­so­ko­ści 130 zł i do­pła­tę w wy­so­ko­ści 50 zł. Po­ło­wa chło­pa kosz­to­wa­ła więc oko­ło 180 zł. Sy­tu­acja taka nie była wca­le rzad­ka, po po­ło­wie chło­pa odzie­dzi­czy­li też An­drzej Bo­guc­ki i Alek­sy Go­dziant­kow­ski. Tym chło­pem był Mar­cin Mi­chal­czyk. Go­dziant­kow­ski po pro­stu sprze­dał swo­ją po­ło­wę Mi­chal­czy­ka ra­zem z jego dzieć­mi i ca­łym do­byt­kiem.

In­for­ma­cje te zna­leźć moż­na w księ­gach grodz­kich. Oprócz nich wie­le do­wia­du­je­my się o han­dlu chło­pa­mi z ksiąg są­do­wych. Do spo­rów są­do­wych do­cho­dzi­ło, kie­dy wbrew umo­wie chło­pa nie prze­ka­za­no lub za nie­go nie za­pła­co­no. Jed­na z za­no­to­wa­nych w księ­dze są­do­wej sy­tu­acji do­brze od­da­je dra­ma­ty zwią­za­ne z han­dlem ludź­mi na zie­miach pol­skich. Otóż w po­wie­cie wrze­śnień­skim pra­cu­ją­ca Kla­ra uro­dzi­ła dziec­ko. Dziew­czy­na była bar­dzo bied­na i nie­za­męż­na. Te oko­licz­no­ści spra­wi­ły, że zo­sta­ła zmu­szo­na do sprze­da­ży swo­je­go dziec­ka panu Trąmp­czyń­skie­mu. Trąmp­czyń­ski nie chciał dziec­ka po­cząt­ko­wo ku­pić, nie po­ma­ga­ły bła­ga­nia ze stro­ny mat­ki. Ugiął się do­pie­ro, kie­dy ta za­gro­zi­ła, że bę­dzie mu­sia­ła dziec­ko "za­rżnąć". Trąmp­czyń­ski dał Kla­rze za dziec­ko tro­chę zbo­ża, ale nie chciał trzy­mać dziec­ka u sie­bie i dał je w pre­zen­cie mał­żeń­stwu Brow­skich. Tym­cza­sem Kla­rze uda­ło się ure­gu­lo­wać swo­je spra­wy, wy­szła za mąż i po­sta­no­wi­ła od­zy­skać cór­kę. W nocy, pod nie­obec­ność wła­ści­cie­li, wy­kra­dła małą Do­ro­tę i ucie­kła do swo­jej wsi, któ­rej wła­ści­cie­lem był Su­cho­rzew­ski. Kie­dy spra­wa wy­szła na jaw, Trąmp­czyń­ski za­żą­dał od Su­cho­rzew­skie­go zwro­tu swo­jej wła­sno­ści. W są­dzie mu­siał sta­wić się wła­ści­ciel wsi, w któ­rej miesz­ka­ła Kla­ra, bo jako chłop­ka nie mia­ła oso­bo­wo­ści praw­nej i po­zew sfor­mu­ło­wa­ny był prze­ciw "wła­sno­ści" Su­cho­rzew­skie­go. Spra­wa ta, za­wi­kła­na i roz­cią­gnię­ta w cza­sie, uka­zu­je jed­nak bru­tal­ność sy­tua­cji. Naj­czę­ściej spo­ry są­do­we do­ty­czy­ły nie­do­sza­co­wa­nia lub prze­sza­co­wa­nia ceny "to­wa­ru" bę­dą­ce­go przed­mio­tem trans­ak­cji.

Han­del chło­pa­mi nie był ja­kimś od­osob­nio­nym przy­pad­kiem. An­drzej Frycz Mo­drzew­ski pi­sał:

A my, któ­rzy się praw­dzi­wej ku Bogu wia­ry dzier­ży­my, nie wsty­da­my się mieć nie­wol­ni­ka­mi lu­dzi tej­że wia­ry, co i my.

Nie mó­wię, żeby kto za jaką spra­wie­dli­wą przy­czy­ną nie miał być w nie­wo­lą ska­zan, jako Noe Cha­ma syna dla jego wy­stęp­ku w nie­wo­lą ska­zał. Ale mó­wię o tej zwy­czaj­nej nie­wo­li, któ­rej pa­no­wie nad pod­da­ny­mi okrom wsze­la­kie­go ich wy­stęp­ku uży­wa­ją, odej­mu­jąc im zie­mię i ma­jęt­ność gdy się jed­no spodo­ba, a jako się w nie­któ­rych po­wie­ciech za­cho­wu­je, przeda­wa­jąc je jako by­dło"[5].

Jed­ną z osób, któ­re pró­bo]wały ten pro­ce­der usank­cjo­no­wać, był ksiądz Teo­dor Ostrow­ski. Pi­sał on tak: "Stan ni­niej­szy pod­dań­stwa na­sze­go, z praw i zwy­cza­jów wy­pły­wa­ją­cy, w na­stę­pu­ją­cych za­my­ka się punk­tach: Pod­da­ni na roli osia­dli i pańsz­czy­znę od­by­wa­ją­cy nie tyl­ko sami, ale i z po­tom­stwem swym są wła­snoś­cią dzie­dzi­ca, tak że ich da­ro­wać, przedać, na inną rolę lub wieś prze­nieść praw­nie wo­len"[6]. W pew­nym stop­niu uda­ło się to zro­bić i w ko­re­spon­den­cji mię­dzy księ­ciem Jó­ze­fem Paw­łow­skim a An­to­nim Le­wan­dow­skim moż­na wy­czy­tać, że w oko­li­cach 1731 roku praw­nie usta­lo­na cena za chło­pa wy­no­si­ła 120 grzy­wien, a za chłop­kę 60 grzy­wien[7].

Naród polski bez chłopów