Wstęp
WSTĘP
Leżący nad Morzem Śródziemnym Bejrut jest jednym z ponurych symboli
konfliktów targających Bliskim Wschodem, a pasmo wojen wstrząsających
Libanem to historia zarówno wewnętrznych, jak i międzynarodowych zmagań
toczonych na wspólnym polu bitwy. Z jednej bowiem strony toczyła się tam
wojna domowa między różnymi wyznaniami religijnymi lub - co bardziej
precyzyjne - frakcjami wyznaniowymi, z drugiej Liban wraz z jego stolicą
był sceną wielopłaszczyznowego konfliktu międzynarodowego,
skoncentrowanego na linii Damaszek-Tel Awiw. W szczytowym momencie owych
wydarzeń mających miejsce w latach osiemdziesiątych XX wieku rywalizacja
pomiędzy różnymi grupami religijnymi oraz nakładające się na nią
konflikty: palestyńsko-izraelski i arabsko-izraelski połączyły się,
tworząc jedną z najkrwawszych i najniebezpieczniejszych stref działań
wojennych w ówczesnym świecie.
Wojna domowa w Libanie, szczególnie jej libańsko-izraelska odsłona, a także walki toczone o Bejrut, były chaotyczne, dezorientujące i niezmiernie brutalne. Miały też swoją specyfikę polityczną -
skomplikowaną i wielopłaszczyznową. Rozpatrywanie tych naznaczonych
krwią wzajemnych relacji muzułmańsko-chrześcijańsko-żydowskich czy też
arabsko-izraelskich w Libanie nie jest łatwe, gdyż składają się na nie
bardzo niejednoznaczne w ocenie czynniki społeczne, kulturowe i historyczne. Wszelako w pewnym momencie Liban stał się sceną
konfrontacji militarnej i bardzo trudno było określić, kto jest
atakującym, a kto broniącym się, kto katem, a kto ofiarą.
Tuż przed wybuchem wojny domowej, pod koniec lat sześćdziesiątych XX
wieku, w Libanie powstawały różne organizacje paramilitarne, wspierające
poszczególne społeczności - chrześcijańska Falanga, muzułmańskie grupy
naserowskie, druzyjska Socjalistyczna Partia Postępowa, szyicki Amal i z czasem również Hezbollah (powstał w 1982 roku). Ponadto w kraju
dochodziło do bratobójczych walk pomiędzy członkami tych samych
społeczności w obozie zarówno chrześcijańskim, jak i muzułmańskim. Aby
przedstawić całościowy obraz, należy także dodać, że w pewnym okresie w Libanie istniał zastępczy front rywalizacji pomiędzy Stanami
Zjednoczonymi Ameryki Północnej a Związkiem Socjalistycznych Republik
Radzieckich. Na to wszystko nakładał się konflikt rozgrywający się
pomiędzy Organizacją Wyzwolenia Palestyny a Izraelem. Zmagania w Libanie
winny być postrzegane także z tej perspektywy: polityczno-militarnej
rzeczywistości lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku. Co znamienne, w schyłkowym okresei zimnej
wojny zmalało bowiem znaczenie immanentnego konfliktu między dwoma
najważniejszymi aktorami na arenie międzynarodowej, a wyraźnie wzrosło
znaczenie państw "bez znaczenia". W tym okresie Liban był bowiem tego
rodzaju podmiotem prawa międzynarodowego.
Tragiczne losy stolicy tego kraju Bejrutu zdeterminowali przede
wszystkim palestyńscy uchodźcy, kórzy przybyli do Libanu z terenów
Izraela w 1948 roku i z Jordanii w 1970 roku, po wydarzeniach tzw.
Czarnego Września. Wskutek kolejnych wojen pomiędzy Izraelem a jego
arabskimi sąsiadami (zwłaszcza wojny sześciodniowej z 1967 roku, w wyniku której praktycznie całe terytorium dawnego Brytyjskiego Mandatu
Palestyny znalazło się pod kontrolą Państwa Izrael), Palestyńczycy - w dużej mierze będący nie przyczyną, lecz pretekstem tych konfliktów -
zostali pozostawieni własnemu losowi. Oczywiście z czasem zaistnieli też
oczywiście jako odrębny naród, dla którego idea własnego państwa stała
się fundamentalnym elementem rodzącego się nacjonalizmu. Trzeba zatem
było wypełnić swoistą próżnię - utworzyć reprezentację będącą głosem
narodu, nawet za cenę unicestwienia innego narodu lub państwa. Miało to
miejsce w specyficznych warunkach miedzynarodowych, gdyż każdy akt
międzynarodowego terroryzmu, sponsorowanego bądź prowadzonego przez
organizacje palestyńskie, w początkach lat siedemdziesiątych XX wieku
wywołałby szybką reakcję Izraela w postaci rajdów odwetowych na obozy
uchodźców palestyńskich, będące jednocześnie centrami zaopatrzeniowymi i szkoleniowymi grup terrorystycznych. Te odwetowe akcje, prowadzone przez
Armię Obrony Izraela (AOI)1, odzwiercied-lały wizję władz
wojskowych i cywilnych Izraela - szybką i surową karę za ataki na
własnych obywateli - lecz ich celem było również przekonanie libańskiego
rządu do rozpoczęcia działań przeciw strukturom palestyńskim. Najlepiej
w taki sam sposób, jak uczynił to jordański król Hussein, we wrześniu
1970 roku topiąc OWP we krwi.
Wbrew temu, co głosiła ówczesna propaganda, Palestyńczycy nie byli
monolitem. Stopień rozdrobnienia organizacji palestyńskich i ich
wzajemne waśnie dawały stronie izraelskiej złudną gwarancję
bezpieczeństwa. Nie wolno jednak zapominać o złożoności owych
przesłanek, gdyż w izraelskich raportach wywiadowczych - zresztą zgodnie
z prawdą - informowano, iż w 1968 i 1969 roku Organizacja Wyzwolenia
Palestyny była postrzegana przez samych Palestyńczyków nie jako licząca
się siła polityczna czy zbrojna, lecz dosyć efemeryczne narzędzie
propagandy i przede wszystkim jako intratne źródło dochodów dla jej
przywódcy Ahmada Szukajriego. Uwadze izraelskich analityków umykał jeden
drobiazg - owo przekonanie wyrażali przede wszystkm starsi
Palestyńczycy, zaś nowe pokolenie, wychowane na porażkach państw
arabskich w starciu z Izraelem, było zdeterminowane nie tylko do
spontanicznej walki zbrojnej, lecz także propagandowej czy wreszcie
politycznej.
Do tej grupy należał Jasir Arafat, który bez wątpienia odegrał w tym
procesie kluczową rolę. Stojąc na czele organizacji al-Fatah, a od 1969
roku przewodząc OWP i po pewnym czasie także władzom Autonomii
Palestyńskiej, pozostawał w centrum ówczesnych wydarzeń politycznych i militarnych, prowadzących do upodmiotowienia palestyńskiego
nacjonalizmu, w dużej mierze wykorzystującego maoistyczne doktryny wojny
ludowej. By mieć przy tym pełną jasność - nacjonalizmu traktowanego
przez inne państwa arabskie jako wygodny instrument pozwalający budować
własne wpływy i pozycję w regionie, łącznie z podsycaniem ruchów
terrorystycznych na podstawie głoszonego przez OWP hasła
"demokratycznego państwa świeckiego". Godnym podziwu przykładem,
obrazującym to nieco paradoksalne zjawisko, jest więc droga, jaką w ciągu kilkudziesięciu lat przeszli nie tylko sam Arafat, lecz także
palestyński ruch narodowy, oraz sposób, w jaki zmieniły się zapatrywania
Palestyńczyków na kwestię ich własnego niepodległego państwa (zarówno co
do sposobów uzyskania niepodległości i budowy owego państwa, jak również
jego przyszłego kształtu i charakteru).
Pamiętajmy przy tym - co też należy podkreślić z całą mocą - iż podmiot
prawa międzynarodowego, jakim mogło być owo państwo palestyńskie, nie
powstał nie z winy Brytyjczyków, Żydów albo Organizacji Narodów
Zjednoczonych, lecz dlatego że to państwa arabskie odrzuciły rezolucję o podziale byłego terytorium mandatowego. Państwo Izrael zostało uznane
przez ONZ 15 maja 1948 roku, a kraje arabskie potępiły tę decyzję i nie
uznały faktu istnienia Izraela. Wielka Brytania zrzekła się mandatu nad
Palestyną i wycofała z tego terytorium 1 sierpnia 1948 roku. W wyniku
splotu różnych wydarzeń na przełomie 1948 i 1949 roku doszło do wojny
pomiędzy Izraelem a Egiptem, Jordanią i Syrią. To właśnie te państwa
arabskie wspólnie zaatakowały Państwo Izrael, które przyjęło rezolucję
ONZ i które nieocekiwanie wygrało tę wojnę, zajmując 78 proc. terytorium
mandatowego. Na pozostałym obszarze (Zachodni Brzeg i Strefa Gazy) mogło
powstać niepodległe państwo palestyńskie. Nie doszło do tego, ponieważ
terytoria te okupowały i anektowały dwa arabskie państwa: Jordania i Egipt. Co znamienne, propaganda obu tych państw najdobitniej podkreślała
konieczność walki Palestyńczyków. Dlatego dla Egiptu i Jordanii było to
wygodne narzędzie polityczne w grze o własne interesy, dla strony
izraelskiej - wojna o niepodległość, zaś dla Palestyńczyków - katastrofa
narodowa, oznaczająca wygnanie, utratę domów i ziemi oraz wieloletnią
tułaczkę2. Jak by tego było mało, owe tragiczne wydarzenia
rozgrywały się w pewnym momencie na terytorium Libanu - państwa
uważanego wcześniej za oazę względnego spokoju i stabilności w dalekim
od równowagi Bliskim Wschodzie ostatniego półwiecza.
W tej historii jest znacznie więcej paradoksów. Przywódcy arabscy przez
długie lata nie pozwalali na nieskrępowaną wymianę myśli na temat racji
stanu, w której Palestyńczycy byli pretekstem, a nie podmiotem działań.
Z wyjątkiem wspomnianej wcześniej Jordanii praktycznie nie otrzymali oni
obywatelstwa żadnego z państw arabskich, w którym się znaleźli. Ponadto
w wyniku cynicznych decyzji politycznych postanowiono pozostawić ich w obozach dla uchodźców, wykorzystując to jako spektakularny i chwytliwy
medialnie element nacisku na społeczność międzynarodową, aby ta z kolei
zmusiła Państwo Izrael do wyrażenia zgody na ich powrót do swych
rodzinnych miast i wsi, opuszczonych na skutek działań wojennych.
Zwyczajna, chciałoby się powiedzieć - powszednia ludzka krzywda została
tym samym instrumentem politycznej propagandy i wygodnym pretekstem do
realizacji własnych ambicji. Mówiąc wprost - przed 1967 rokiem, w wyniku
jordańskiej i egipskiej dominacji na Zachodnim Brzegu i w Gazie, problem
narodowy Palestyńczyków został przysłonięty kwestiami szeroko
rozumianego panarabizmu - dobitnie może o tym świadczyć fakt, iż byli
oni traktowani jako uchodźcy, a nie obywatele panarabskiej społeczności,
o której tak chętnie mówiła propaganda.
Na ów polityczny układ nałożyły się działania zbrojne - w latach
sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku nasilił się palestyński
terroryzm, który - co też trzeba podkreślić - był odpowiedzią na
utworzenie Izraela i porażki poniesione przez państwa arabskie w wojnach
z 1948 i 1967 roku. Wspomniana już wcześniej palestyńska organizacja
al-Fatah początkowo działała jako ugrupowanie partyzanckie, lecz z czasem zaczęła stosować metody terrorystyczne. Równolegle w różnych
krajach arabskich (w tym w Libanie) powstały również inne palestyńskie
organizacje działające metodami terrorystycznymi.
Trzeba podkreślić, że część Libańczyków wyrażała zdecydowanie negatywny
stosunek do nich oraz przybyłych do kraju palestyńskich grup bojowych.
Może to nieco dziwić, gdyż Libańczycy jako Arabowie powinni,
przynajmniej w teorii, wspierać swoich pobratymców przeciw Izraelczykom,
w większości byli jednak chrześcijanami, nie widzieli więc nawet
najmniejszych powodów, aby sprzyjać muzułmanom, będących dla nich
zagrożeniem politycznym. Z kolei libańscy muzułmanie, zajęci rywalizacją
z chrześcijanami, wykorzystywali problem uchodźców palestyńskich we
własnej grze politycznej, lecz nawet w najmniejszym stopniu nie
zamierzali im oddawać pierwszoplanowej roli w toczącym się konflikcie. Z kolei Palestyńczycy, niosący swe pokrzywdzenie jak sztandar, doszli do
przekonania, że każdy, kto uznaje prawa Żydów do własnego państwa i nie
jest ich zaprzysięgłym wrogiem, pozostaje zdrajcą islamu, heretykiem
bądź odstępcą od idei panarabskiej (w zależności od poglądów
politycznych). Było to jednak oczywiście uzurpowanie sobie jedynie
słusznej interpretacji zapisów Koranu i zasad islamu, nadużywanie
sloganów o wspólnocie arabskiej i naginanie ich do własnych celów
politycznych. Dziś, z perspektywy czasu, wyraźnie to widać.
Sytuacji nie ułatwiał fakt, że w 1969 roku zawarto układ, na mocy
którego wojsko libańskie nie ingerowało w sprawy obozów palestyńskich. Z biegiem czasu napięcie doprowadziło do wybuchu krwawej wojny domowej.
Zupełnie jak w tragedii antycznej - były plany, ambicje, chęć zemsty,
walka, niezrozumienie, nienawiść i wreszcie uczestnicy dramatu,
sukcesywnie schodzący ze sceny. Obie strony, zarówno chrześcijańska, jak
i muzułmańska, dopuszczały się szczególnie brutalnych mordów - stanowi
to jedną z przyczyn trwającej do dziś destabilizacji społecznej i politycznej. Wydaje się, że jest to jeszcze jeden kontekst, najmniej
eksponowany przez badaczy czy obserwatorów stosunków międzynarodowych -
korzyści płynące z trwania konfliktu. Może to brzmieć nieco
paradoksalnie, jak teoria jakiegoś ponurego spisku, ale czy słusznie?
Umiędzynarodowienie konfliktu palestyńsko-izraelskiego na terytorium
libańskim powinno być przeanalizowane także z tej perspektywy. Nie wolno
bowiem zapominać, iż wiele krajów uznało kwestię palestyńską za wygodny
pretekst do własnych działań dyplomatycznych. Pomijając wspomniany
wcześniej Egipt i Jordanię, jednym z nich był również Iran - dla
Teheranu ważnym instrumentem oddziaływania na Państwo Izrael stały się
nie tylko palestyńskie ugrupowania narodowowyzwoleńcze, lecz także (a może przede wszystkim) Syria, długoletni przeciwnik Izraela. Takie
działania miały na celu osłabienie izraelskiego potencjału
gospodarczego, zmuszonego do finansowania działań zbrojnych, oraz
torpedowanie wszelkich przejawów procesu pokojowego, co sprawiło (i nadal sprawia), że doktrynerski pretekst do atakowania Izraela jest
aktualny. Iran od lat otwarcie wspierał bowiem palestyńską aktywność,
szczególnie działania ugrupowań islamistycznych, wymierzoną w Izrael.
Na marginesie należy wspomnieć, że wbrew obiegowym opiniom,
rozpowszechnionym w mediach i wśród politologów, konflikt na Bliskim
Wschodzie osiągnął wymiar starcia nie izraelsko-arabskiego czy
żydowsko-chrześcijańsko-muzułmańskiego, lecz izraelsko-palestyńskiego, i taki charakter ma do dziś. Można zatem stwierdzić, że wszystkie państwa
zaangażowane we wcześniejsze wojny izraelsko-arabskie traktowały kwestie
palestyńskie jako bardzo dogodny pretekst. Wszelkie próby rozwiązania
konfliktu musiały więc przede wszystkim przyjąć jakąś formę
bilateralności. Żadna inicjatywa, nawet krajów arabskich, nie miała ani
nie ma większych szans powodzenia bez dotarcia i rozwiązania istoty
problemu, to zaś wymagałoby rozwiązań zero-jedynkowych, ale w tym
wypadku nie ma możliwości ich zastosowania. Wszak wymagałoby to
fizycznej likwidacji jednej ze stron, a na to nie pozwoli świat, od lat
przyglądający się krwawym starciom i podkreślający wyłącznie zbrodniczy
charakter izraelskich operacji przeciw palestyńskim uchodźcom. W tym
dyskursie najgłośniej słychać jednak głos Arabów.
Od lat siedemdziesiątych XX wieku nic się w tej sprawie nie zmieniło.
Wówczas wszystkie działania tych państw również miały oficjalnie na celu
wsparcie Palestyńczyków, zmuszonych przez rzeczywistość polityczną,
wykreowaną jakoby przez Państwo Izrael, do przebywania na terytorium
Libanu. Należy jednak pamiętać, że w latach siedemdziesiątych w tym
kraju pozostawało ok. 300 tys. uchodźców palestyńskich z ok. 750 tys.
wszystkich, którzy uciekli z Izraela w 1948 roku. Mieszkali oni głównie
w zatłoczonych obozach dla uchodźców, trudnili się nisko płatnymi
zajęciami i nie mieli najmniejszych szans na integrację w libańskim
społeczeństwie, w którym przewodnią rolę odgrywali chrześcijańscy
maronici.
Nic więc dziwnego, że młodzi Palestyńczycy garnęli się do Organizacji
Wyzwolenia Palestyny. Organizacja o rocznym budżecie wynoszącym 400 mln
dol. zakładała: szkoły, szpitale, fabryki, banki, radia, a przede
wszystkich konsekwentnie zwiększała swój potencjał militarny. W jaskiniach na zboczu góry Hermon, na pograniczu Libanu, Syrii i Izraela,
OWP przechowywała dziesiątki ton sprzętu wojskowego, a nieopodal
szkoliła piętnastotysięczne siły bojowników, stosujące przeróżne metody
działania - od partyzantki po terror.
Palestyńscy terroryści operujący z terytorium Libanu atakowali
Izraelczyków i inne frakcje libańskie. W wyniku ich działań do 1974 roku
śmierć poniosło ponad 1200 osób, w trakcie izraelskich akcji odwetowych
zginęło blisko 900 Libańczyków.
W libańskich stosunkach politycznych funkcjonowało wiele podmiotów,
prezentujących krańcowo różne poglądy; było to konsekwencją relacji
pomiędzy lokalnymi plemionami, partiami i ugrupowaniami, milicjami,
bojówkami oraz regionalnymi czynnikami zewnętrznymi - Izraelem, Syrią,
Palestyńczykami - a także międzynarodowymi siłami politycznymi. To stało
się tłem konfliktu. Nieprzerwana walka z Izraelem, obecność
palestyńskich uchodźców i organizacji partyzanckich oraz syryjskie
ingerencje skutecznie pogarszały sytuację Libanu. Khalil Gibran, jeden z najbardziej znanych libańskich poetów, stwierdził, że "należy mieć
litość nad narodem podzielonym na cząstki, z których każda uważna się za
naród".
Stolica Libanu Bejrut w pewnym momencie przestała być miastem w powszechnym znaczeniu tego słowa, a stała się konglomeratem wydzielonych
enklaw, rozmieszczonych wokół tzw. zielonej linii, wytyczonej w latach
1975-1976 wzdłuż autostrady wioda?cej do Damaszku. W wyniku tego
podziału uformowały się dwie całkowicie odseparowane od siebie
dzielnice, muzułman?ska zachodnia i chrzes?cijan?ska wschodnia. Ten
podział był przypiecze?towaniem rozłamu, rozpoczętego znacznie
wczes?niej. Liczba chrzes?cijan zamieszkujących zachodni Bejrut spadła z ok. 40-45 proc. populacji tej części miasta w 1975 roku do 10-15 proc.
w następnej dekadzie. Myliłby się jednak ten, kto patrzyłby na libańskie
realia jedynie z perspektywy ekonomicznej łączności z Syrią
(niezależność gospodarcza Libanu pozwalała syryjskim elitom na lokowanie
tam swoich interesów w duchu kapitalistycznym, mimo że Syria była
państwem socjalistycznym). Należy pamiętać, iż Liban, ściśle związany
gospodarczo z tzw. Zachodem, w latach siedemdziesiątych zaczął
przejmować również jego problemy społeczno-gospodarcze. Kraj szybko
reagował na spadek produkcji i wzrost inflacji na świecie. Gwałtowny
wzrost cen artykułów pierwszej potrzeby, bezrobocie i nierówność
społeczno-ekonomiczna stały się źródłem ostrych napięć społecznych,
strajków oraz wystąpień ulicznych, skierowanych nie tylko przeciw
pogarszającej się sytuacji ekonomicznej, lecz także przeciw władzy. A należy pamiętać, że ta była zarówno chrześcijańska, jak i prawicowa, w przeciwieństwie do lewicujących, czy wręcz komunizujących, ugrupowań
muzułmańskich. Oprócz żądań ekonomicznych domagano się spełnienia
postulatów o charakterze politycznym, w tym likwidacji konfesjonalizmu.
Ludność Lbanu była podzielona na dwie równoważące się grupy: chrześcijan
i muzułmanów, które zupełnie inaczej postrzegały rzeczywistość. Warte
podkreślenia jest także to, że Liban jako jedyne państwo na Bliskim
Wschodzie nie poddał się islamizacji w podobnym stopniu jak np.
Jordania, gdzie tradycje bizantyńskie były równie silne. Napływ ludności
palestyńskiej oraz wojna domowa przyczyniły się do uaktywnienia
przeróżnych sekt bądź grup, czego konsekwencją były krwawe walki
pomiędzy muzułmanami i chrześcijanami, a także pomiędzy poszczególnymi
frakcjami wewnątrz społeczności. Rola wiary w obliczu wzajemnych aktów
przemocy, dokonywanych przez Izraelczyków, Libańczyków i Palestyńczyków,
zdaje się ugruntowywać pogląd, że trzy główne religie monoteistyczne w szczególny sposób zachęcają do stosowania siły. Opinia ta jest jednak
niebezpieczną iluzją, kreowaną na potrzeby propagandy, gdyż przyczyną
konfliktu między Izraelczykami a Palestyńczykami nie były spory
religijne, lecz działania polityczne. Wpływ sił religijnych po obu
stronach wzrósł dopiero późnej. Nieco inaczej wyglądała sprawa w samym
Libanie, gdzie kwestie religijne rzeczywiście wpłynęły na wybuch
konfliktu politycznego. Doświadczenia następnych lat dobitnie pokazały,
iż kraj, uformowany na chwiejnej ugodzie pomiędzy żyjącymi w nim
wspólnotami, funkcjonował wyłącznie dzięki utrzymywaniu delikatnego
balansu. Okazało się, że był zupełnie nieodporny na działania z zewnątrz, te zaś doprowadziły do zerwania dotychczasowego konsensusu.
Na te skomplikowane zależności nie miało większego wpływu to, że choć od
1948 roku Liban był w stanie wojny z Państwem Izrael, to jednak nie brał
czynnego udziału ani w wojnie sześciodniowej z 1967 roku, ani w wojnie
Jom Kippur z 1973 roku. W latach 1954-1955 przywódcy Izraela, do których
należeli Dawid Ben-Gurion i Mosze Dajan, byli głęboko przekonani, że
można wykorzystać separatystyczne tendencje maronitów do realizacji
własnych celów w Libanie. Podobnie uważał Menachem Begin, upatrujący w Libanie chrześcijańską przeciwwagę dla islamu w świecie arabskim - jego
zdaniem północny sąsiad miał być tak chrześcijański, jak Izrael jest
żydowski. Bez względu na realia izraelskiej sceny politycznej sytuacja
wewnętrzna oraz obecność zbrojnych grup palestyńskich w Libanie
stanowiły dla izraelskich rządów problem fundamentalny w kontekście
bezpieczeństwa północnych rejonów państwa. Pomijając syryjskie
zaangażowanie w konflikt libański i wojnę domową wśród Libańczyków,
należy zdać sobie sprawę, że w tej sytuacji Izraelczycy walczyli o bezpieczeństwo swojego terytorium. Walka ta miała dla nich wymiar
egzystencjalny, podczas gdy dla Palestyńczyków konfrontacja zbrojna z Żydami przybrała charakter walki wyzwoleńczej.
W latach 1973-1978 w południowym Libanie zorganizowano 1548 akcji
zbrojnych z udziałem Izraela. Permanentne napięcie, zagrożenie i niepokój oraz odmienne racje i poglądy zwaśnionych stron uniemożliwiają
zawarcie pokoju - nastąpił etap fizycznej i mentalnej separacji. Owego
konfliktu w żadnym wypadku nie należy rozpatrywać z jakże modnej
perspektywy zderzenia cywilizacji i kultur. Ostatnio coraz większego
znaczenia zaczął nabierać fakt, że w krajach muzułmańskich konflikt
izraelsko-palestyński postrzega się jako starcie Zachodu, którego jakąś
przedziwną emanacją ma być Izrael, ze światem islamu. Zwłaszcza w kontekście Libanu rzeczywistości nie odpowiadają lansowane przez wielu
badaczy z pogranicza politologii, socjologii i historii twierdzenia w stylu: "Z nimi można rozmawiać jedynie z pozycji siły", podparte
pseudonaukowymi analizami, w których - w zależności od sympatii dla
którejś ze stron - przeciwnik obarczany jest irracjonalnym bagażem
zarzutów. Państwo libańskie poniekąd zostało zmuszone do koncentrowania
się w polityce zagranicznej na relacjach gospodarczych kosztem spraw
stricte politycznych.
Problem bliskowschodni to zatem nie tylko konflikt między
Palestyńczykami a Izraelem. To również skomplikowana siatka
historycznych zależności, religijnych separatyzmów oraz politycznych
ambicji, realizowanych w większości wypadków cudzymi rękoma. Bez względu
na religię miejscowa ludność z chęcią uznawała łączność ze starożytnymi
Fenicjanami za mit państwotwórczy. Choć pod względem etnicznym
Libańczycy byli niemal homogeniczni, to pod względem wiary sprawa
przedstawiała się znacznie bardziej różnorodnie, zwłaszcza jeśli idzie o wyznawców chrześcijaństwa3. W okresie powojennym doszło
do rozkwitu owego jedynego chrześcijańskiego kraju Bliskiego Wschodu.
Bejrut stał się centrum handlu, nauki i duchowości. Nazywano go Paryżem
Bliskiego Wschodu, a sam Liban - Szwajcarią Bliskiego Wschodu. W tym
czasie w mieście funkcjonowały i rozwijały się wspólnoty chrześcijan:
maronitów, greckoprawosławnych, prawosławnych Ormian i unitów, rzymskich
katolików oraz protestantów, a także wspólnot muzułmańskich (zarówno
szyitów, jak i sunnitów, a także alawitów, ismailitów oraz druzów).
Szacuje się, że w 1956 roku 54 proc. z 1,41 mln Libańczyków stanowili
chrześcijanie. Nie jest to jednak grupa jednorodna. W kraju funkcjonuje
12 różnych odłamów tej religii, z których najpoważniejsze to: maronici,
melchici oraz wyznawcy Kościoła syryjskokatolickiego i ormiańskokatolickiego. Inne religie stanowią 1,3 proc. populacji.
Ponadto w Libanie rozpoznano 17 sekt. Taka różnorodność oznacza
nieustanne niepokoje i konflikty. Niepisane porozumienie z 1943 roku,
zwane paktem narodowym, stanowiło podstawę funkcjonowania Libanu jako
państwa wielowyznaniowego. Jego kluczowe punkty dotyczyły podziału
władzy między poszczególnymi grupami wyznaniowymi. I tak prezydent
Libanu musiał się wywodzić z chrześcijan maronitów, przewodniczący Rady
Ministrów zawsze powinien być sunnitą, a przewodniczący parlamentu -
szyitą.
Liban był także mikrokosmosem innego sporu - szyicko-sunnickiego, który
uległ intensyfikacji w całym regionie. Na początku lat 70. do kraju
przybyły terrorystyczne grupy palestyńskich bojowników wypędzonych z Jordanii. W ten sposób sztuczny wzrost liczby muzułmanów oraz ulokowanie
w kraju centrów terrorystycznych dążących do sprowokowania konfliktu
międzynarodowego doprowadziły do wybuchu wojny domowej. Najbardziej
krwawym epizodem był konflikt, który rozpoczął się w 1975 roku i trwał
przez ponad 15 lat. Libańscy szyici, sunnici i chrześcijanie przez wieki
mieli do siebie pretensje, a każda grupa uważała, że jest tą wybraną,
najlepszą. Sunnici byli postrzegani jako najmniej libańscy, ponieważ
zawsze bliższe były im wartości sąsiednich Arabów. Podobnie rzecz się
miała z libańskimi szyitami, utożsamianymi z Irańczykami i również
traktowanymi jako obcy. Chrześcijanie uważali się za najbardziej
libańskich. Ten konflikt można śmiało określić jako wojnę wszystkich
przeciwko wszystkim, podsycaną przez siły zewnętrzne.
***
W każdej książce należy wspomnieć o udziale w niej innych osób, które
swą osobowością czy pracą wpłynęły na sposób postrzegania świata przez
autora. Dziękuję prof. dr. hab. Krzysztofowi Kubiakowi za to, że
podzielił się ze mną częścią swej ogromnej wiedzy. Gdyby nie pomoc i rady prof. dr. hab. Pawła Graty, dr. hab. Andrzeja Bonusiaka, dr.
Michala Przybylaka, Yosefa ben David Nachmiasa, nieodżałowanej pamięci
gen. Giory Romma, asa izraelskiego lotnictwa i uczestnika tamtych
wydarzeń, gen. Zvi Kan Tora, Zahiego Shakeda oraz Jacka Goldina, który
służył mi pomocą w pozyskaniu materiałów poświęconych dziejom Armii
Obrony Izraela, to opracowanie byłoby uboższe.
Dziękuję także, a może przede wszystkim, mym przyjaciołom: Markowi
Szarzyńskiemu, Piotrowi Wilkowi i Bogusiowi Kozikowi, za to, że zawsze
byli mi oparciem, gdy tego potrzebowałem. Słowa te dotyczą również: dr.
Lucjana Faca, dr. Mariusza Konarskiego i Andrzeja Wojtasa, długoletniego
redaktora naczelnego Militarnego Magazynu Specjalnego "Komandos" i mego
serdecznego druha, który miał wielki wpływ na formę niniejszej
publikacji.
Praca ta nie powstałaby oczywiście bez pomocy i wszechstronnego wsparcia
mojej ukochanej Ani. Dziękuję także wszystkim niewymienionym z nazwiska
osobom, które udzieliły mi pomocy w zebraniu materiału źródłowego, mając
nadzieję, że przedstawione w niniejszej pracy zagadnienia wzbogacą
dotychczasowy stan wiedzy o genezie, przebiegu i skutkach konfliktu w Libanie oraz pozwolą na zupełnie inne spojrzenie na historię tego
regionu.
dr hab. Krzysztof Mroczkowski
Rozdział I. Liban - górzysty kraj i jego problemy
ROZDZIAŁ I
LIBAN - GÓRZYSTY KRAJ I JEGO PROBLEMY
Problem narastającego konfliktu izraelsko-palestyńskiego w Libanie jest
- jak można wnioskować - o wiele bardziej złożony, niż to na pierwszy
rzut oka się wydaje, przy czym istnieją podstawy do przypuszczeń, kto w istocie stał za decyzją o rozpoczęciu wojny w 1982 roku, stanowiącej
kumulację problemu i jednocześnie pewną cezurę, rozgraniczającą różne
podejścia do regulacji zagadnień libańskich.
Dziedzictwo francuskiego kolonializmu, tworzącego tzw. Wielki Liban i oddzielającego go od Syrii, było najważniejszą przyczyną walk i konfliktów w tym kraju po 1943 roku. Otoczeni muzułmańskim bezmiarem
miejscowi arabscy chrześcijanie musieli poszukiwać dla swej tożsamości
wyrazistych wzorów, dlatego stawali się sympatykami modnych w Europie w latach trzydziestych ruchów nacjonalistycznych. W bliskowschodniej
rzeczywistości ów nieco mityczny, ponadwyznaniowy "naród" stanowiłby
wspólnotę, z której nie mogli być wykluczeni. Jednak narody trzeba było
dopiero stworzyć, zaś pojęcie "naród" było w tym regionie czymś z gruntu
nowym. Z powodu bardzo kruchych relacji między ugrupowaniami religijnymi
i wyznaniowymi problem ten był wzmacniany przez wydarzenia regionalne. W rezultacie mieliśmy do czynienia z wieloma konkurującymi ze sobą
projektami narodotwórczymi i dowolnością ich wyboru - przykładowo
mieszkaniec Libanu mógł się uznać za członka narodu libańskiego,
wielkosyryjskiego lub arabskiego. Nieprzypadkowo ideologia narodowa
pojawiła się i zakorzeniła w środowisku prawosławnych chrześcijan.
Prawosławni w Libanie ustępowali liczbą katolickim maronitom, ale w skali forsowanej Wielkiej Syrii stanowiliby znacznie liczniejsze
wyznanie chrześcijańskie, stąd niechęć do ograniczania się wyłącznie do
libańskich granic, zbyt dla nich ciasnych. Miało to podstawy
historyczne. Celem Francuzów, forsujących utworzenie "Wielkiego Libanu"
i celowe oddzielenie go od Syrii, było bowiem utworzenie państwa, w którym katolicy byliby znaczącą większością. W odróżnieniu od
prozachodnich maronitów prawosławni nie wykazywali skłonności
prozachodnich i proeuropejskich, mocno akcentując swą odrębną tożsamość
i opierając ją na swoiście pojmowanym socjalnacjonalizmie.
Wskutek działań miedzynarodowych na te problemy nałożył się jeszcze
jeden. 14 maja 1948 roku, kilka godzin przed oficjalnym wygaśnięciem
brytyjskiego mandatu w Palestynie, proklamowano utworzenie Państwa
Izrael. Oddziały Ligi Państw Arabskich (Liban, Syria, Jordania i Egipt)
niemal natychmiast przystąpiły do zmasowanych, choć nieco chaotycznych
działań zaczepnych. Rządy Egiptu, Iraku, Libanu, Syrii i Transjordanii
wydały oświadczenia usprawiedliwiające atak na nowo powstałe państwo, w których odwołały się do chęci przywrócenia ładu, bezpieczeństwa i sprawiedliwości dla Palestyńczyków w ich prawie do samookreślenia.
Liban odegrał w wojnie rolę raczej symboliczną, jednak jego udział w niej był niejako zapowiedzią przyszłych działań. Owa niechęć do
angażowania się wynikała z głębokich podziałów w armii - oficerowie
muzułmanie byli gotowi poprowadzić swoje oddziały przeciw Izraelczykom,
jednak dowódcy chrześcijańscy woleli nie brać udziału w, jak
podkreślano, niepewnej wojnie. W konsekwencji naczelne dowództwo wojsk
libańskich zdecydowało się podejście, które można uznać za defensywne. W tej sytuacji całkowity ciężar walk w Galilei spadł na Arabską Armię
Wyzwoleńczą, a oddziały libańskie w praktyce ograniczyły swoje działania
do pilnowania granicy oraz szlaków zaopatrzeniowych wiodących do
Galilei. Jesienią 1948 roku oddziałom izraelskim udało się uzyskać na
tyle dużą przewagę, że przejęły inicjatywę i wyparły siły arabskie z Galilei, zajmując dodatkowo miejscowość Malikya i 14 wiosek w południowym Libanie. Izrael dysponował znacznie mniejszymi siłami, ale
miał doskonałych dowódców i żołnierzy bezwzględnie oddanych sprawie.
Krwawe walki, przerywane doraźnymi rozejmami, trwały sześć miesięcy.
Główne działania izraelskiej armii koncentrowały się na pustyni Negew,
doprowadzając do rozpoczęcia 12 stycznia 1949 roku tajnych rozmów
izraelsko-egipskich na wyspie Rodos. 24 lutego 1949 roku nastąpiło
podpisanie rozejmu izraelsko-egipskiego. Ostatecznie dzięki wysiłkom ONZ
udało się w znacznym stopniu doprowadzić do wymuszonego, lecz stosunkowo
trwałego zawieszenia broni. Wojna, w której według Dawida Ben Guriona
"700 tys. Żydów stanęło do walki przeciwko 27 mln Arabów - jeden
przeciwko czterdziestu", zakończyła się sukcesem Izraelczyków,
pozostawiła jednak w sercach i umysłach zapiekłą wrogość pomiędzy
Arabami a Żydami, a nawet szerzej: pomiędzy państwami arabskimi a Państwem Izrael.
1 marca 1949 roku rozpoczęły się tajne izraelsko-libańskie rozmowy,
prowadzone na przejściu granicznym w Rosz ha-Nikra. Co warte
podkreślenia, uznano, że przebiegały w najlepszych nastrojach w porównaniu ze wszystkimi negocjacjami z innymi państwami arabskimi.
Szefem izraelskiej delegacji był gen. Mordechaj Maklef, a urzędnicy z Ministerstwa Spraw Zagranicznych Szabbetaj Rosen i Joszua Palmon
uczestniczyli w rozmowach jako członkowie delegacji. Zwierzchnikiem
delegacji libańskiej był Szef Sztabu Generalnego Libańskiej Armii gen.
Tawfik Salim, a towarzyszyło mu dwóch wysokich oficerów i przedstawiciel
Ministerstwa Spraw Zagranicznych. 23 marca 1949 roku podpisano rozejm
izraelsko-libański. Był to niewątpliwy sukces strony izraelskiej,
zarówno pod względem militarnym, jak i politycznym, jednak na miarę
możliwości ówczesnych realiów polityki międzynarodowej. Liban nie uznał
faktu istnienia Państwa Izrael i nie podpisał trwałego porozumienia
pokojowego. Pod względem prawnym było to jedynie zawieszenie broni -
wojna izraelsko-libańska została tylko przerwana na czas obowiązywania
rozejmu. Pomijając jednak względy natury politycznej czy skomplikowany
obraz wzajemnych postrzegań, wojna spowodowała także masowy exodus
ludności - zarówno palestyńskiej, jak i żydowskiej. Według różnych
szacunków terytorium wywalczone przez Państwo Izrael w niezwykle
trudnych warunkach opuściło ok. 720 tys. Palestyńczyków.
Skala klęski humanitarnej była znaczna - blisko 650 tys. osób wymagało
doraźnej pomocy. Pojawił się bolesny problemu uchodźców palestyńskich,
których liczba według źródeł arabskich miała w tamtym czasie dochodzić
do około 1 mln osób (źródła izraelskie mówią o 500-600 tys.). Większość
uzyskała tymczasowe - w założeniu miejscowych władz - schronienie w sąsiednich państwach arabskich: Libanie i Syrii oraz na obszarze
kontrolowanego przez Transjordanię Zachodniego Brzegu Jordanu i zajętej
przez Egipt Strefy Gazy. Władze tych krajów, mając na względzie liczbę
uchodźców oraz swoiście pojmowaną "tymczasowość" problemu, umieściły
uchodźców w specjalnie zorganizowanych obozach.
W panującym w Libanie zagmatwanym układzie idei i religii element
reformy społecznej oraz socjalizm, głoszony przez grupy mniej
uprzywilejowane, a także problemy wynikające z obecności uchodźców
palestyńskich początkowo nie miały większego znaczenia, lecz w połowie
lat pięćdziesiątych rosnąca w siłę partia Baas stała się wyraźnie
ugrupowaniem socjalistycznym i nacjonalistycznym. Jej hasła trafiały na
podatny grunt, a wpływy rozciągały się już nie tylko na Syrię, lecz
także na sąsiednie kraje: Liban, Jordanię oraz Irak, a także na państwa
Półwyspu Arabskiego. Głoszone przez nią idee nacjonalistycznego
socjalizmu przyciągały już nie tylko studentów i intelektualistów,
nękanych kwestiami skomplikowanej tożsamości narodowej czy kulturowej -
stały się szczególnie popularne w kręgach wojskowych, zwłaszcza wśród
oficerów pochodzących z biednej muzułmańskiej prowincji oraz wywodzących
się ze wsi robotników, zamieszkujących głównie slumsy Bejrutu.
W 1958 roku ten od dawna chylący się ku upadkowi układ sił załamał się,
przez kilka miesięcy trwała wojna domowa. Sytuację komplikował wzrost
znaczenia haseł panarabskich i lewicowych wśród libańskich muzułmanów.
Najsilniejszym ugrupowaniem lewicy stała się założona w 1949 roku przez
Kamala Jumblatta Postępowa Partia Socjalistyczna, skupiająca głównie
druzów. Duże wpływy mieli także komuniści ze zdelegalizowanej w 1948
roku Komunistycznej Partii Libanu. Oparta na tych dwóch ugrupowaniach
lewica, wspierana przez ZSRR, konsekwentnie dążyła do narzucenia
Libanowi nacjonalizmu arabskiego w wydaniu socjalistycznym, a jej
przywódcy liczyli na przystąpienie do Zjednoczonej Republiki Arabskiej,
czyli nowo powstałej unii Egiptu i Syrii. W 1958 roku obóz lewicowy
utworzył tzw. Front Narodowy, zrzeszający głównie druzów i sunnitów. W tym samym roku grupy te, wspierane przez agentów egipskich i syryjskich,
zainicjowały zamieszki wymierzone w prozachodni rząd. Owe dążenia
polityczne, mające na celu zmianę kursu politycznego państwa, z czasem
przekształciły się w konflikt religijny pomiędzy chrześcijanami i muzułmanami. Sytuację opanowały dopiero wojska amerykańskie i brytyjskie, poproszone o pomoc przez libański rząd. Prozachodni Liban
jako jedno z nielicznych państw świata arabskiego pozytywnie przyjął
tzw. doktrynę Eisenhowera i w obliczu wzrostu wpływów antyzachodnich
prezydent Camille Nimr Chamoun poprosił rząd USA o interwencję. W lipcu
1958 roku w Libanie w ramach operacji "Blue Bat" wylądowali amerykańscy
żołnierze z US Army i US Marine Corps (USMC). W operację zaangażowano
znaczne siły - ok. 14 tys. żołnierzy, w tym 8509 należących do armii i 5670 oficerów i żołnierzy USMC. Siły te, określane jako USAREUR, były
przerzucane na Bliski Wschód stopniowo - w lutym 1958 roku trwały prace
nad rewizją schematu operacyjnego pod nazwą "Emergency Plan 201".
Amerykanie opuścili Liban dopiero w październiku tego roku,
pozostawiając iluzoryczny pokój. Trzy lata później, w 31 grudnia 1961
roku, udaremniono próbę zamachu stanu, podjętą przez grupę oficerów
należących do Syryjskiej Partii Ludowej, której celem było utworzenie
"Wielkiej Syrii" (obejmującej Liban i Palestynę).
Libańscy chrześcijanie i wyznawcy islamu, chociaż etnicznie i kulturowo
w pełni izomorficzni (bliskowschodni chrześcijanin ma, o czym nie wolno
zapominać, mentalnościowo więcej wspólnego z muzułmaninem niż z swoim
europejskim współwyznawcą), legitymowali się odmiennym pochodzeniem i niekiedy ta pierwotna przynależność miała znacznie większe znaczenie niż
narodowa. Te podziały pogłębiały się w miarę rozwoju nowoczesnego
państwa, borykającego się również z problemem uchodźców palestyńskich.
Poszukujące tożsamości społeczności chrześcijańskie radykalizowały się
na równi z muzułmańskimi, a wiara stawała się najlepszym narzędziem w walce o wpływy polityczne. W rewolcie 1958 roku po stronie rządowej i w obronie chrześcijan opowiedziały się oddziały chrześcijańskich Falang
Libańskich. Te formacje były pierwotnie chrześcijańską organizacją
prawicową o charakterze militarno-sportowym, założoną w 1936 roku przez
Pierre'a Gemayela, młodego wówczas aktywistę maronickiego. W ich
szeregach znaleźli się studenci i uczniowie, wywodzący się głównie z klasy średniej, przedstawiciele drobnego kapitału, a także mieszkańcy
wsi leżących w rejonach osadnictwa chrześcijańskiego. Kształceni na
Zachodzie arabscy chrześcijanie młodego pokolenia często stanowili elitę
intelektualną swych społeczności, jednak pozostawali niedoreprezentowani
w strukturach rządowych i administracyjnych. W skomplikowanej sytuacji
społecznej, pod wpływem radykalizacji poglądów i po części w odpowiedzi
na represje i niesprawiedliwość, zaczęły się rodzić mity założycielskie
alternatywne do muzułmańskich, odróżniające chrześcijan ich od
współobywateli. Nie pozostawały tu bez znaczenia czynniki historyczne -
w owej "kreacji historycznej" popierał ich świat zachodni, głównie
Francja, która w elitach chrześcijańskich widziała strażnika swych
interesów w Libanie i innych krajach arabskich. Polityczna pozycja
Falang znacznie wzrosła po nieudanej rebelii Frontu Narodowego z 1958
roku. Ta pierwsza wojna domowa zakończyła się iluzorycznym odnowieniem
równowagi pod często wówczas powtarzanym przez media (na czele z prorządowym dziennikiem "Al Bayrak"): "Nie ma zwycięzców ani
zwyciężonych". Pierre Gemayel był już wówczas doświadczonym politykiem,
a dwa lata później został wybrany do Zgromadzenia Narodowego. W roku
1960 Falangi Libańskie uzyskały dziewięcioosobową reprezentację w parlamencie, a w później partia często sprawowała władzę samodzielne lub
w koalicji z innymi ugrupowaniami.
Gorącą atmosferę podgrzewały dodatkowo dążące do konfrontacji arabskie
ugrupowania lewicowe, usiłujące zmusić rząd do zmiany kierunku
politycznego i nawiązania ściślejszych związków z arabskimi krajami
socjalistycznymi. Nie dość, że pierwotne przyczyny kryzysu nie zostały
rozwiązane, to jeszcze w ciągu następnych 15 lat doszedł do nich kolejny
czynnik, mianowicie rola Libanu w konfrontacji między Palestyńczykami a Izraelem.
Obowiązywała ustalona w 1943 roku formuła funkcjonowania państwa, lecz w chwili pojawienia się na terytorium libańskim Palestyńczyków zmieniła
się w chętnie podważaną arytmetyczną rzeczywistość. W Libanie wiele z obozów dla palestyńskich uchodźców powstało na obszarach zdominowanych
przez chrześcijan i, co warte szczególnego podkreślenia, to początkowo
właśnie Kościół maronicki jako pierwszy udzielił pomocy przybyszom.
Palestyńczycy nie mieli jednak najmniejszego zamiaru integrować się
nawet z muzułmańską ludnością libańską. Traktowali ten kraj wyłącznie
jako tymczasowe miejsce pobytu, a zarazem wygodną bazę wypadową w walce
z Żydami. Palestyńskie obozy dla uchodźców stały się miejscami
rekrutacji i szkolenia bojowników o Palestynę zwanych fedainami. Ich
oddziały, popierane koniunkturalnie przez libańskich muzułmanów (głównie
sunnitów, lewicę i ruch panarabski przy jednoczesnym wsparciu Syrii),
rozpoczęły czynną walkę z Izraelem. Część Libańczyków, nie tylko zresztą
chrześcijan, z czasem przyjęła absolutnie negatywny stosunek do
uchodźców palestyńskich i rekrutujących się z ich szeregów grup
bojowych.
Dominujący wówczas w Libanie sojusz maronicko-sunnicki musiał w pewnym
momencie stawić czoło marginalizowanej przez wiele lat, a obecnie
wspartej przez Palestyńczyków społeczności szyickiej, która nagle stała
się największą grupą wyznaniową w Libanie4. Kraj został wszakże
zmuszony do przyjęcia ponad 110 tys. muzułmańskich uchodźców
palestyńskich, którzy uciekli z terenów utworzonego w 1948 roku Państwa
Izrael. Po wojnie arabsko-izraelskiej w 1967 roku liczba uchodźców
wzrosła, a do roku 1975 sięgnęła 300 tys. Wówczas muzułmanie stanowili
już blisko 59,7 proc. ludności Libanu. Początkowo problem próbowano
ignorować lub nie dostrzegać jego istoty - ułatwiało to zawarcie w 1969
roku układu, na mocy którego libańskie wojsko nie ingerowało w sprawy
palestyńskich obozów. Brak nadzoru zemścił się po kilku latach, a nakładające się na siebie kłopoty wewnętrzne społeczności palestyńskiej
stanowiły iskrę, która wznieciła pożar. Dodatkową komplikację stanowiły
antagonizmy między poszczególnymi libańskimi grupami religijnymi,
korzenie tych konfliktów sięgały jeszcze XIX stulecia. "Różne religie i sekty żyją nieopodal siebie, ale nie tworzą jednej społeczności ani nie
kierują się uczuciami braterskimi. Sunnici wyłączają ze społeczność
szyitów, obie grupy nienawidzą druzów, z kolei oni wszyscy mają w pogardzie nusaryjczyków. Szczególnie maronici nikogo nie darzą ciepłymi
uczuciami, za co nie są lubiani przez nikogo. Greccy ortodoksi nie
cierpią katolików, obie te grupy nie tolerują Żydów. To samo dotyczy
pozostałych grup i społeczności - te nie mają żadnego poczucia wzajemnej
więzi. W społeczności brak jest strategii wspólnego rozwoju, zamiast
tego ludzie gubią się pośród niezliczonych uprzedzeń i wzajemnych
animozji. Na całym świecie żaden inny kraj nie jest siedzibą tylu
zwaśnionych grup i ras, co w efekcie skutecznie uniemożliwia jakąkolwiek
poprawę sytuacji. Ludzie ci nigdy nie stworzą zwartego narodu, gdyż nie
jednoczą ich ani religia, ani cel polityczny - w efekcie tego na zawsze
pozostaną słabi, niezdolni do samostanowienia, pozostaną wystawieni na
zewnętrzne wpływy i agresję".
W relatywnie zamożnym układzie chrześcijańsko-sunnickim możliwość awansu
społecznego szyitów była w dużym stopniu zablokowana. Maronici, czy
ujmując to bardziej ogólnie - chrześcijanie - byli zainteresowani obroną
dotychczasowego porządku, ponieważ to oni tradycyjnie byli
najaktywniejsi w kontaktach gospodarczych z Zachodem i zapewniali rozwój
ekonomiczny kraju. Naprzeciw nich stanęli zradykalizowani lewicowi
muzułmanie, którzy mieli w społeczeństwie nieco niższy status, a na
skutek czynników zewnętrznych zostali wzmocnieni obecnością
Palestyńczyków. Z biegiem czasu różnice religijne między sunnitami a szyitami stały się kwestią absolutnie drugoplanową - chęć zdobycia
władzy i ekonomia wygrały z religią. W tej skomplikowanej atmosferze
wzajemnej nieufności, gdy szukano najdrobniejszego nawet pretekstu do
rozwiązań siłowych, Liban pierwszej połowy lat siedemdziesiątych stał
się tykającą bombą zegarową. Nabrzmiewały konflikty wewnętrzne.
Ostatecznie napięta sytuacja doprowadziła do wybuchu krwawej wojny
domowej, dodatkowo podsycanej przez Palestyńczyków, wykorzystujących
faktyczny brak kontroli przez władze libańskie nad zamieszkanymi przez
nich terytoriami. Na podstawie analizy tych wszystkich czynników można
śmiało postawić tezę, iż obecność Palestyńczyków nie wywołała kolejnej
wojny domowej - ona ją jedynie przyspieszyła.
Narastający problem palestyński i jego skutki
Początkowo nieuznający istnienia Państwa Izrael rząd Libanu patrzył na
działalność ekstremistów palestyńskich, jeśli nie przychylnie, to na
pewno przez palce i dość chętnie przyjmował kolejne fale uchodźców. Było
to podyktowane krótkowzroczną polityką ekonomiczną: Palestyńczycy
stanowili tanią siłę roboczą, osiadłą w pobliżu plantacji cytrusów lub
przemysłowych dzielnic miast, a zarazem tworzyli znakomity rynek zbytu.
Jednak, gdy liczba sunnickich przecież Palestyńczyków sięgnęła 300 tys.,
rząd w Bejrucie zaczął okazywać pewien niepokój, obawiając się ich
politycznych aspiracji. Wraz ze wzrostem liczby uchodźców zmieniały się
także nastroje społeczne, stronnictwa chrześcijańskie tworzyły bojówki
paramilitarne, dochodziło również do licznych starć maronickiej Falangi
z Palestyńczykami.
Na forum międzynarodowym, co paradoksalne, kwestia Palestyńczyków nadal
była obecna na pierwszych stronach gazet, ale na życzenie państw
arabskich zniknęła z dyskusji politycznych. Izrael, Egipt i Jordania
podzieliły między siebie terytorium, w 1947 roku przyznane przez ONZ
przyszłemu państwu palestyńskich Arabów. Jak na ironię, to rywalizacja
państw arabskich - Egiptu i Iraku - sprawiła, że na początku lat
sześćdziesiątych kwestia Palestyńczyków wróciła do polityki światowej. I nie z powodu sympatii dla ich samych.
Po opuszczeniu Jordanii przez znaczną część Palestyńczyków wydarzenia
nabrały tempa, a sceną kolejnego dramatu miały zostać nie tereny
należące do Państwa Izrael, Egiptu czy Syrii, lecz Liban, postrzegany
jako państwo spokojne, zamożne i względnie demokratyczne. Żadne z ościennych państw arabskich nie chciało przyjąć uchodźców, mając na
względzie zagrożenia, jakie stanowią. Władze w Bejrucie, uwikłane w konflikt wewnętrzny, były jednak praktycznie bezsilne i w 1970 roku pod
presją Syrii zgodziły się przyjąć uchodźców. Fakt ten jednak wymaga
pewnego komentarza: władze jordańskie zażądały od fedainów posłuszeństwa
i zmusiły do opuszczenia kraju jedynie bojowników oraz osoby prowadzące
działalność wywrotową lub polityczną. Reszta jako praworządni obywatele
Jordanii mogła pozostać w kraju, a władze nie czyniły jej najmniejszych
problemów ze strony władz. Uciekinierami byli więc działacze OWP i ich
rodziny albo bojownicy, którzy zamierzali prowadzić dotychczasową
działalność. Nieprawdziwa jest zatem funkcjonująca w świadomości
społecznej, a dodatkowo podsycana przez propagandę opinia, jakoby do
opuszczenia Jordanii zostali zmuszeni wszyscy Palestyńczycy, którzy po
raz kolejny stali się ofiarami losu. Na mocy uzgodnień z rządem
libańskim uchodźcy mieszkali w 15 obozach, zlokalizowanych w następujących miastach lub na ich przedmieściach: Bejrut (sześć obozów),
Tyr (trzy), Trypolis (dwa), Sydon (dwa), Baalbek (jeden) oraz
An-Nabatijja (jeden). Jednak część uchodźców, nie chcąc trafić do
obozów, zrazu schroniła się w kontrolowanej przez Syrię dolinie Bekaa,
30 km na wschód od Bejrutu, a wkrótce opanowała całe południe Libanu i osiadła też w zachodniej, muzułmańskiej części libańskiej stolicy.
Władze w Bejrucie zapewne nie do końca zdawały sobie sprawę, iż
uchodźcami nie są szewcy, krawcy, drobni handlarze czy matki z dziećmi,
lecz wyszkoleni i gotowi do walki bojownicy. Ci z kolei po opuszczeniu
Jordanii nie zamierzali zostać szewcami, krawcami bądź drobnymi
handlarzami - ich celem była wojna. O ile strona libańska bagatelizowała
sprawę, o tyle amerykańska CIA w swych analizach przedstawionych w biuletynie z 30 października 1969 roku jednoznacznie zwracała uwagę, że
"al-Fatah raportował, iż transfer znacznych sił z Jordanii do Libanu ma
na celu wzmocnienie przebywających już tam oddziałów".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki