Będziesz moja - Natasha Preston

Kup ebooka

37.90 zł
29.56 zł (29,18 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Czwar­tek 1 lutego

Walen­tynki. Grrr. Ze wszyst­kich "świąt" tego aku­rat nie cier­pię naj­bar­dziej.

Prze­wra­ca­łam oczami, patrząc na papie­rowe serca, któ­rymi Char­lotte ude­ko­ro­wała nasz salon. Dwie z moich współ­lo­ka­to­rek, Sienna i Char­lotte, wprost uwiel­biają walen­tynki.

Na czter­na­ście dni przed tym, jak media spo­łecz­no­ściowe miały wybuch­nąć nową por­cją miło­snych wyznań i sło­dziut­kich fotek zako­cha­nych par, ja już musia­łam żyć w różowo-czer­wo­nej rze­czy­wi­sto­ści peł­nej kiczo­wa­tych deko­ra­cji.

Nie­do­brze mi.

Stu­denci wydziału aktor­skiego każ­dego roku wysta­wiają sztukę o histo­rii świę­tego Walen­tego. Licen­tia poetica pozwala im na pełną swo­bodę, więc opo­wieść ocieka sek­sem i krwią. W ubie­głym roku wyszło genial­nie, w tym podobno ma być jesz­cze lepiej.

No i po wszyst­kim jest impreza.

Razem z resztą moich współ­lo­ka­to­rów - Chace'em, Son­nym, Isa­akiem i Char­lotte - sie­dzie­li­śmy w salo­nie, cze­ka­jąc, aż Sienna będzie gotowa i naresz­cie będziemy mogli wyjść. Nasz salon nie jest zbyt duży, jed­nak wystar­cza­jąco prze­stronny, aby­śmy się tam wszy­scy pomie­ścili.

- Lylah, pod­gło­śnij to - roz­ka­zał Sonny. Sonny jest z Lon­dynu i mówi jak jeden z bliź­nia­ków-gang­ste­rów Kray. Sam jest zde­cy­do­wa­nie zbyt łagodny, żeby być lon­dyń­skim gang­ste­rem.

Wsta­łam i mar­ku­jąc ukłon, posłusz­nie pod­krę­ci­łam gło­śniki połą­czone z iPhone'em Sonny'ego. W pokoju roz­le­gły się dźwięki I'll be Mis­sing You Puffa Daddy'ego.

Sonny jest z nas wszyst­kich naj­star­szy i uważa, że przez to może roz­ka­zy­wać wszyst­kim dookoła. Nie jest taki zły, ale w dzie­ciń­stwie chyba ani razu nie usły­szał słowa nie.

Teraz dalej mnie igno­ro­wał, nie odry­wa­jąc się od tele­fonu. Pew­nie usta­wiał sobie jakąś randkę na wie­czór.

Chace, który razem ze mną stu­diuje medio­znaw­stwo, uśmiech­nął się iro­nicz­nie. Poka­za­łam mu język. Spo­tka­li­śmy się pierw­szego dnia na uczelni, gdy oboje zgu­bi­li­śmy się na kam­pu­sie, i trzy­ma­li­śmy się razem, pró­bu­jąc uda­wać, że dosko­nale wiemy, dokąd mamy iść. Od tego czasu spę­dzi­li­śmy razem setki godzin, oglą­da­jąc filmy, pra­cu­jąc nad pro­jek­tami i włó­cząc się. Nie licząc Sienny, Chace jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Nie upły­nęło zbyt wiele czasu, nim coś do niego poczu­łam. W zasa­dzie zajęło mi to jakieś trzy minuty. Nie wyda­wało mi się jed­nak, żeby Chace czuł to samo do mnie, bo trak­to­wał mnie tak jak wszy­scy inni. Ale z dru­giej strony ostat­nio zaczy­nał znaj­do­wać coraz wię­cej pre­tek­stów do spę­dza­nia ze mną czasu sam na sam. Z całą pew­no­ścią sobie tego nie wymy­śla­łam. No cóż, nie sądzę, żebym sobie to wymy­ślała.

W drzwiach poja­wiła się Sienna.

- Lylah, jesteś pewna, że ta będzie dobra? - zapy­tała, przy­gła­dza­jąc krwi­sto­czer­woną sukienkę.

- Nie, wyglą­dasz okrop­nie - odpo­wie­dzia­łam, uno­sząc brew. Oczy­wi­ście, że Sienna wyglą­dała świet­nie i dosko­nale zda­wała sobie z tego sprawę.

Sienna jest osza­ła­mia­jąca. Uro­dzona w Korei, w wieku dwóch lat prze­pro­wa­dziła się do UK wraz z rodziną. Jej włosy są wręcz nie­przy­zwo­icie gład­kie i lśniące. Z pew­no­ścią pre­zen­to­wa­łaby się rewe­la­cyj­nie na wybiegu, cho­ciaż na to jest praw­do­po­dob­nie odro­binę za niska.

- Zamknij się. Dzi­siej­szy wie­czór należy do mnie i Nathana. Zamie­rzam spra­wić, że się we mnie zako­cha, choćby miała to być ostat­nia rzecz, jaką zro­bię w życiu!

Dwa tygo­dnie do walen­ty­nek i każdy powi­nien kogoś mieć. Chace, w prze­ci­wień­stwie do mnie, chyba nie nie­na­wi­dzi tego dnia, więc może mnie zasko­czy. Być może ja też nie mia­ła­bym aż takiej awer­sji do walen­ty­nek, gdyby coś do mnie czuł.

- Sie, skar­bie, nie poda­waj się na tacy - powie­dział Isaac, obej­mu­jąc ją ramie­niem. - Każ mu na to zasłu­żyć.

Isaac jest odważ­nym, głu­pim face­tem.

Czarne oczy Sienny pociem­niały i gdyby wzrok mógł zabi­jać, Isaac byłby już mar­twy.

- Dzięki, naprawdę dzięki - odpo­wie­działa z sar­ka­zmem wycie­ka­ją­cym z każ­dego słowa.

Robiąc krok w tył, Isaac cof­nął ramię i zmierz­wił swoje krót­kie, czarne włosy.

- Chcia­łem tylko pomóc - bro­nił się.

Char­lotte przy­glą­dała się temu z uwagą. Jest cicha, zamiesz­kała z nami przez czy­sty przy­pa­dek. W ciągu ostat­nich pię­ciu mie­sięcy, bo wła­śnie tak długo miesz­kamy razem, zaprzy­jaź­ni­ły­śmy się. Ale w grun­cie rze­czy Char­lotte jest raczej out­si­derką, woli zosta­wać w domu i być sama, niż włó­czyć się z nami.

- Wszystko w porządku, Char­lotte? - zapy­tał Chace, wyczu­wa­jąc jej napię­cie.

- Chyba jed­nak zostanę dziś w domu - odpo­wie­działa. - To zupeł­nie nie moja bajka.

Char­lotte wybrała długą dżin­sową spód­nicę i kora­lowy T-shirt. Płowe blond włosy zwią­zała w wysoki kucyk. Nie wyglą­dała tak, jakby gdzieś się wybie­rała, ale ja byłam prze­ko­nana, że będzie jej się podo­bało. Za każ­dym razem, gdy uda nam się ją gdzieś wycią­gnąć, po wszyst­kim oka­zuje się, że bawiła się świet­nie.

Uło­ży­łam się wygod­nie mię­dzy podusz­kami na sofie.

- Nie ma mowy, idziesz z nami.

Char­lotte nachy­liła się w moją stronę.

- Wiem, mówi­łam, że marzy mi się wię­cej stu­denc­kiego życia, ale jestem jakoś dziw­nie pewna, że sztuka o męczen­niku nie­ko­niecz­nie okaże się świetną roz­rywką.

- Nie cho­dzi tylko o sztukę. Potem jest impreza.

- Ooo, ta część z całą pew­no­ścią nie jest dla mnie.

- Char­lotte, co robi­łaś, zanim Lylah cię zaadop­to­wała? Sie­dzia­łaś cały czas w domu, gra­jąc sama ze sobą w sza­chy? - zapy­tał Sonny, śmie­jąc się z wła­snego dow­cipu.

Zazgrzy­ta­łam zębami.

- Nie bądź dup­kiem, Sonny - powie­dział Chace, odpy­cha­jąc go lekko.

Char­lotte pochy­liła głowę, by unik­nąć spoj­rze­nia Sonny'ego, a ja spio­ru­no­wa­łam go wzro­kiem. Sonny wes­tchnął.

- Masz rację, to było słabe. Char, prze­pra­szam.

Char­lotte kiw­nęła głową, ale chyba mu nie wyba­czyła. Ja w każ­dym razie bym tego nie zro­biła na jej miej­scu.

- Możemy się w końcu ruszyć i spę­dzić razem fajny wie­czór? - zapy­tał Sonny. - Wszy­scy jeste­śmy sin­glami, a skoro wszy­scy - zamilkł na chwilę i spoj­rzał na mnie - cóż, pra­wie, wszy­scy kochamy walen­tynki i nie chcemy być w tym dniu sami, powin­ni­śmy coś z tym fan­tem zro­bić.

Sonny ni­gdy nie miał pro­blemu z uma­wia­niem się z kobie­tami, ale gdyby tylko wszyst­kie dziew­czyny na kam­pu­sie mogły usły­szeć, w jaki spo­sób zazwy­czaj się wypo­wiada, raczej nie byłby tak popu­larny.

Char­lotte pod­nio­sła głowę i przy­tak­nęła.

- Już w porządku, nie ma o czym mówić.

Wzrok Sonny'ego spo­tkał się z moim.

- Lylah?

Wzru­szy­łam ramio­nami. To nie ja mia­łam mu wyba­czać albo nie.

- Jasne. Po pro­stu chcę, żeby­śmy dzi­siaj wie­czo­rem się faj­nie bawili. - I żeby Chace zdał sobie sprawę z tego, że mnie kocha. Może dobra impreza sprawi, że ten okres sta­nie sie tro­chę bar­dziej zno­śny.

- Żad­nego wię­cej łama­nia serc w tym roku, Lylah - zaczął dro­czyć się ze mną Isaac.

No i znowu się zaczyna...

Odchrząk­nę­łam i wyce­lo­wa­łam w niego palec.

- Zamknij się. Niczego nikomu nie zła­ma­łam.

- Pro­szę cię. Jake odszedł ze stu­diów dla­tego, że go odrzu­ci­łaś.

Jake, jeden z naszych przy­ja­ciół, w zeszłym roku pró­bo­wał mnie poca­ło­wać. To było tuż przed tym, gdy przed walen­tyn­kami mia­łam wra­cać do domu, aby spę­dzić rocz­nicę śmierci rodzi­ców z Rileyem, moim bra­tem. Jake wie­dział, w jakim byłam sta­nie, a mimo to uznał za sto­sowne mnie poca­ło­wać. Uhm, no nie. Ode­pchnę­łam go, wysy­ła­jąc przy tym do wszyst­kich dia­błów.

Patrząc wstecz, przy­znaję że mogłam w nieco bar­dziej dyplo­ma­tyczny spo­sób prze­ka­zać mu, że nic do niego nie czuję, ale byłam wtedy naprawdę roz­trzę­siona. Sza­la­łam z nie­po­koju i wście­kło­ści, bałam się wra­cać do domu. To było - cią­gle jest - tak strasz­nie świeże, ta świa­do­mość, że już ich nie ma...

Jake z kolei mógł wybrać sobie lep­szy czas na bycie nachal­nym, a potem odrzu­co­nym.

- Jake nie odszedł przeze mnie. Wypro­wa­dził się pięć mie­sięcy po tym wyda­rze­niu.

- Bo nawet po tak dłu­gim cza­sie nie mógł dojść do sie­bie - dodał Sonny, pusz­cza­jąc do mnie oko.

Chace wstał.

- Dobra, uspo­kój­cie się już.

Zawsze reaguje, gdy tamci zaczy­nają się ze mną dro­czyć. Mogła­bym pora­dzić sobie sama, ale tej całej afery z Jakiem jakoś nie chcą mi daro­wać, więc faj­nie mieć Chace'a po swo­jej stro­nie.

- Stary, tylko żar­tu­jemy - powie­dział Sonny.

Mało nie pod­sko­czy­łam, usły­szaw­szy dzwo­nek do drzwi.

- Chce­cie się zało­żyć, kto to? - zapy­tał Chace.

- Idę o zakład, że to któ­raś z byłych Sonny'ego, która nie potrafi odpu­ścić - zga­dy­wa­łam.

Sienna roze­śmiała się.

- Założę się, że to ta dziew­czyna, która łazi za Isa­akiem jak zagu­biony szcze­nia­czek. Nie­źle stuk­nięta laska.

- Nieee - powie­dział Isaac - założę się, że to Nora, która tak despe­racko usi­łuje zostać BFF Lylah.

Wywró­ci­łam oczami i poma­sze­ro­wa­łam do przed­po­koju.

Nora mieszka w domu po dru­giej stro­nie ulicy. Jest fajna i parę razy się razem uczy­ły­śmy, ale pró­buje na siłę wbić się do naszej paczki. Nie cho­dzi o to, że jej nie lubię, ale na dobrą sprawę nie łączy nas nic poza zaję­ciami.

Otwo­rzy­łam drzwi i... ujrza­łam pusty ganek.

- Ej, to tylko jakiś kawał - krzyk­nę­łam do reszty.

Już mia­łam zamknąć drzwi, gdy na wycie­raczce zauwa­ży­łam kopertę. Kre­mowa, z wydru­ko­wa­nym imie­niem Sonny'ego. Żad­nego adresu zwrot­nego ani znaczka. Ktoś musiał ją przy­nieść i poło­żyć pod drzwiami.

Schy­li­łam się, żeby ją pod­nieść, po czym weszłam do środka.

- Kto, do dia­bła, w tym wieku cią­gle bawi się w dzwo­nie­nie ludziom do drzwi? - zapy­tał Sonny.

Poda­łam mu kopertę.

- To pew­nie któ­ryś z two­ich kum­pli. Trzy­maj, leżało na wycie­raczce.

Marsz­cząc czoło, Sonny roze­rwał kopertę i wyjął z niej jakąś kartkę. To, co powie­dział, nie nada­wało się do powtó­rze­nia. Gdyby to było moż­liwe, kartka nie­chyb­nie spło­nę­łaby od inten­syw­no­ści jego spoj­rze­nia.

- Co jest, czło­wieku? - zapy­tał Chace, zaglą­da­jąc mu przez ramię. - Sekretna ado­ra­torka?

- Pew­nie tak. Kto­kol­wiek to jest, pad­nie tru­pem, jak tylko go dorwę.

Spoj­rza­łam na Siennę, pyta­jąc wzro­kiem, czy ma z tym coś wspól­nego. Potrzą­snęła głową.

- No, pokaż - zażą­dał Isaac, a Sonny odwró­cił kartkę, tak żeby­śmy mogli ją zoba­czyć.

Wyba­łu­szy­łam oczy, ujrzaw­szy, co na niej wid­nieje. Każda litera była wycięta z maga­zynu albo z gazety:

- To nie­nor­malne. Kto mógł wysłać coś takiego? - zapy­ta­łam. Stu­denci z naszej uczelni robią sobie jaja jak wszy­scy inni, jasne. Ale zwy­kle przy­biera to postać zamiany keczupu na ostry sos chilli w sto­łówce czy usła­nia kam­pusu różo­wymi i czer­wo­nymi balo­nami. Ludzie na ogół nie piszą sekret­nych liści­ków, w każ­dym razie nic mi o tym nie wia­domo. Zazwy­czaj cho­dzi o to, żeby wywi­nąć coś gru­bego przed jak naj­więk­szą publicz­no­ścią.

- Sądzisz, że to któ­raś z two­ich byłych? - zapy­tała Char­lotte z bły­skiem w nie­bie­skich oczach. Wyraź­nie bawił ją nie­po­kój Sonny'ego.

- Nie wydaje mi się, żebym kie­dy­kol­wiek spo­ty­kał się z kimś aż tak zabor­czym - odpo­wie­dział.

Cudow­nie.

- No cóż, to tylko durny żart - stwier­dził Chace. - Wszy­scy gotowi? Chodźmy wresz­cie.

Sienna i Isaac wyszli pierwsi, Sienna była wyraź­nie pod­eks­cy­to­wana. Char­lotte powle­kła się za Son­nym, wyglą­da­jąc tak, jakby wolała robić cokol­wiek innego. Chace cze­kał na mnie i wycią­gnął ramię. Obję­łam go i wyszli­śmy.

Na dwo­rze było ciemno choć oko wykol i prze­raź­li­wie zimno. Wzdry­gnę­łam się. Mogłam nało­żyć cie­plej­szy płaszcz. Gdy prze­cho­dzi­li­śmy krótką ścieżką od drzwi do bramy, rozej­rza­łam się po oko­licy. Pano­wała wręcz upiorna cisza. Domy po obu stro­nach ulicy są iden­tyczne, wszyst­kie w stylu wik­to­riań­skim, więk­szość z nich zaj­mo­wana przez stu­den­tów. Nasz znaj­duje się pośrodku, więc zwy­kle sły­chać jakieś odgłosy, cho­ciaż poza kam­pu­sem i tak jest zde­cy­do­wa­nie ciszej niż w aka­de­mi­kach. Boże, uwiel­biam tę wol­ność, jaką daje miesz­ka­nie na wła­sną rękę. Ale cią­gle nie­na­wi­dzę robić pra­nia.

Sonny, idący przed nami, pod­niósł pokrywę kosza na śmieci i wyrzu­cił tę cho­lerną kartkę, prze­kli­na­jąc soczy­ście, gdy zatrza­ski­wał klapę.

Obli­za­łam spierzch­nięte wargi i wyj­rza­łam na ulicę. Pomię­dzy chod­ni­kiem a jezd­nią roz­po­ście­rał się pas zie­leni z dużym dębem, który roz­rósł się potęż­nie wzdłuż i wszerz, zasła­nia­jąc świa­tło latarni. Na końcu sze­regu jedna z nich zami­go­tała. Wyma­rzone warunki dla stal­kera - ktoś mógłby bez trudu zbli­żyć się i odejść cał­ko­wi­cie nie­zau­wa­żony. Czy osoba, która zosta­wiła ten list, mogła się gdzieś tam czaić?

- Sądzisz, że powin­ni­śmy się nie­po­koić tą kartką? - zapy­ta­łam cicho.

Chace puścił mnie, żebym mogła przejść przo­dem.

- Co masz na myśli?

- Cóż, to zde­cy­do­wa­nie nie był liścik miło­sny ani też szcze­gól­nie zabawny żart. Czy to może być realna groźba?

Zatrzy­mał się po dru­giej stro­nie bramy i skrzy­żo­wał ręce na pier­siach.

- Wydaje mi się, że troszkę ponosi cię wyobraź­nia.

- Ale żart z zało­że­nia ma być zabawny. Nikt się nie roze­śmiał. Upiorny liścik z pocię­tych gazet jest raczej...

- ... czy­jąś chorą kary­ka­turą żartu - uciął Chace. - Zapo­mnij o tym, Lylah, Sonny już zapo­mniał. Wiesz, że dziś począ­tek tego całego walen­tyn­ko­wego sza­leń­stwa i naj­wy­raź­niej nie­któ­rych tro­chę ponosi w tym roku.

Otwo­rzy­łam usta, żeby zaopo­no­wać. Nic nie rozu­miał. Wszy­scy jeste­śmy przy­ja­ciółmi, miesz­kamy razem. Jeżeli ktoś zadzie­rał z Son­nym, doty­czyło to nas wszyst­kich.

Chace kiw­nął głową i uśmiech­nął się.

- Lylah, wylu­zuj. Oglą­dasz za dużo hor­ro­rów. Idziemy się teraz dobrze zaba­wić, a ty masz zapo­mnieć o tym liściku. Nikt nie grozi Sonny'emu, jasne?

Kiw­nę­łam głową, odwza­jem­nia­jąc uśmiech. Chyba nie byłam wystar­cza­jąco prze­ko­nu­jąca, bo Chace zła­pał mnie za rękę i ją ści­snął.

Poczu­łam, jak serce szyb­ciej mi bije. Nie mia­łam jed­nak pew­no­ści, czy to z powodu bli­sko­ści Chace'a, czy ze stra­chu o Sonny'ego.

Rozdział 2

2

Czwar­tek 1 lutego

Do teatru dotar­li­śmy tro­chę za wcze­śnie, ale bile­te­rzy pozwa­lali już zaj­mo­wać miej­sca. Poka­za­łam szybko bilet i weszłam za resztą. W ogrom­nej sali znaj­do­wały się liczne okrą­głe sto­liki i krze­sła; usta­wiono je tak, aby z każ­dego miej­sca było widać scenę.

- Pechowa trzy­nastka - powie­dział Isaac, roz­glą­da­jąc się wokół i szu­ka­jąc naszego sto­lika. - Gdzie to, do licha, jest?

Chace skrzy­wił się z poli­to­wa­niem,

- Czło­wieku, sto­isz tuż obok planu sali...

Isaac odwró­cił głowę i zro­bił głu­pią minę, roz­dzia­wia­jąc usta w sze­ro­kie O. Idiota.

- Dobrze, my sia­damy tam - powie­dział, wska­zu­jąc na sto­lik z lewej strony sceny.

Drugi rząd od przodu. Wyglą­dało na to, że będziemy mieć dobry widok. Sto­liki były roz­miesz­czone rów­no­mier­nie, nie­zbyt bli­sko sie­bie.

W cenę biletu były wli­czone jakieś prze­ką­ski, więc nawet nie zaj­rza­łam do menu.

Kel­ne­rzy w czar­nych spodniach i czer­wo­nych koszu­lach snuli się gdzieś po kątach, kie­ru­jąc widow­nię do sto­li­ków, ale w zasięgu wzroku nie było widać żad­nego żar­cia. Pew­nie cze­kali z poda­niem jedze­nia, aż wszy­scy zajmą miej­sca. Usia­dłam pomię­dzy Char­lotte a Chace'em, Sienna i ja zawar­ły­śmy tajny pakt mający na celu zapew­nie­nie Char świet­nej zabawy, a może nawet deli­kat­nej pomocy w spo­tka­niu jakie­goś faj­nego faceta. Odkąd ją znamy - no dobra, nie tak prze­cież znowu długo - nie była na żad­nej randce ani nawet nie wyka­zała nikim zain­te­re­so­wa­nia. Mówiła, że ostat­niego chło­paka miała w liceum.

- Kiedy będzie żar­cie? Umie­ram z głodu - maru­dził Sonny, prze­glą­da­jąc menu z drin­kami.

- Sztuka roz­po­czyna się dopiero za dwa­dzie­ścia minut, więc zapewne dopiero wtedy je poda­dzą - odpo­wie­działa Sienna. Prze­le­ciała wzro­kiem po pomiesz­cze­niu, roz­glą­da­jąc się za swoją sym­pa­tią, Natha­nem (to dla niego tak się wystro­iła), który miał przyjść ze swo­imi kum­plami.

- Wszystko w porządku? - zapy­ta­łam.

Uśmiech­nęła się nieco sztucz­nie.

- Założę się, że nie przyj­dzie.

- Sie... - zaczę­łam, pró­bu­jąc oka­zać wspar­cie.

Poczu­łam powiew powie­trza, gdy gwał­tow­nie mach­nęła ręką, prze­ry­wa­jąc mi. Pró­bo­wała uda­wać, że już się z tym pogo­dziła i że wszystko gra.

My roz­ma­wia­li­śmy, a pomiesz­cze­nie powoli się wypeł­niało i nie­ba­wem zami­go­tały świa­tła - wska­zówka, żeby wziąć drinki i zająć miej­sca.

- Pójdę do baru - powie­dzia­łam, odsta­wia­jąc krze­sło, by wstać.

Chace zro­bił to samo.

- Pójdę z tobą.

Wie­dzia­łam, że to zrobi. To praw­dziwy dżen­tel­men, ni­gdy nie pozwala mi samej nieść całej tacy drin­ków. Cof­nął się o krok, prze­pusz­cza­jąc mnie przo­dem, a gdy prze­cho­dzi­łam, objął mnie w talii. Serce waliło mi w piersi, gdy zmie­rza­li­śmy tak w kie­runku baru.

Bar pach­niał cytry­nowo, jak gdyby dopiero co ktoś tu sprzą­tał, uży­wa­jąc inten­syw­nego środka czysz­czą­cego. Opar­łam się o drew­niany kon­tuar obok Chace'a, który przy­wo­łał bar­mana.

Wysoki, śniady męż­czy­zna z mnó­stwem tatu­aży nachmu­rzył się, pod­cho­dząc do nas. Jego zie­lone oczy prze­my­kały ode mnie do Chace'a i z powro­tem, jak gdyby pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, skąd nas zna. Schy­lił się i wycią­gnął zza baru foto­gra­fię. Trzy­mał ją jed­nak w taki spo­sób, że mogłam zoba­czyć tylko czarny tył i białą ramkę.

- Hej, wszystko w porządku? - zapy­tał Chace. - Chcie­li­śmy tylko zamó­wić drinki.

Twarz faceta nagle się roz­ja­śniła.

- Tak mi się wyda­wało, że to ty. Pierw­szą kolejkę ktoś wam posta­wił.

- Super! - ucie­szył się Chace. - Kto nam zafun­do­wał taką miłą nie­spo­dziankę?

Zama­szy­stym ruchem bar­man rzu­cił mu zdję­cie.

Szczęka mi opa­dła i poczu­łam nie­przy­jemne mro­wie­nie w dole krę­go­słupa. Na foto­gra­fii wid­niała cała nasza szóstka przy stole. Ktoś musiał ją zro­bić w ciągu ostat­nich dzie­się­ciu minut. Ktoś nas obser­wo­wał?

Bar­man wzru­szył ramio­nami.

- Nie mam poję­cia. Jakiś gość napa­ko­wany jak dia­bli. W czar­nej blu­zie. Pła­cił gotówką.

Napa­ko­wany facet w blu­zie z kap­tu­rem? Zna­łam wielu pake­rów, a ciemną bluzę z kap­tu­rem mają pra­wie wszy­scy, bo barwy naszej uczelni to czerń i żółć. Sama mam chyba ze trzy takie.

- Aha - skwi­to­wał Chace. - No dobra, to pro­simy o trzy Corony, dwa kie­liszki bia­łego wina i gazo­waną wódkę.

On tak na serio? Recy­to­wał zamó­wie­nie jak gdyby ni­gdy nic, pod­czas gdy mi serce waliło jak osza­lałe.

- Chace! - rzu­ci­łam, cią­gnąc go za rękaw, który pod­wi­nął do łok­cia. - Co ty wypra­wiasz?

- O co ci cho­dzi?

- Nie znamy tego typa, który posta­wił nam drinki.

- Lylah, dar­mowe drinki to dar­mowe drinki!

- Naj­pierw ktoś zosta­wia tam­ten list, a teraz to? - wska­za­łam na foto­gra­fię. - Nie mar­twisz się, że jedno może mieć jakiś zwią­zek z dru­gim?

- Mam mar­twić się kolejną dziew­czyną peł­za­jącą despe­racko za Son­nym? Mar­twić się tym, że nie muszę pła­cić za drinka?

- Nie mamy poję­cia, kto je kupił.

- Kogo to obcho­dzi! Bar­man wła­śnie je przy­go­to­wuje, więc nie ma obaw, że ktoś przy nich maj­stro­wał. W każ­dym razie to pew­nie kolejny pomysł Nory, żeby się do nas wbić.

Prze­chy­li­łam głowę i spoj­rza­łam na niego bokiem.

- Więc sądzisz, że prze­sa­dzam?

- Tro­chę. Dobra, rozu­miem, że to wygląda odro­binę podej­rza­nie, ale z dru­giej strony wiesz, co się dzieje na kam­pu­sie w tym okre­sie. Będzie jesz­cze wię­cej głu­pich kawa­łów, a prze­cież one ni­gdy nie mają w sobie dru­giego dna, mają tylko roz­ba­wić ludzi. - Chace pod­szedł bli­żej i zapach jego wody po gole­niu dosłow­nie mnie oszo­ło­mił. Jak nar­ko­tyk. Prze­pa­dłam. Przy­bli­ży­łam się do niego.

- Pro­szę, prze­stań się mar­twić i baw się dobrze dziś wie­czo­rem - powie­dział.

- Obcho­dzisz w tym roku walen­tynki? W ubie­głym jakoś nie­spe­cjal­nie cię to krę­ciło - wyszep­ta­łam led­wie sły­szal­nym gło­sem, ale byłam zbyt ska­mie­niała z prze­ra­że­nia, żeby się tym przej­mo­wać.

Chace spoj­rzał na mnie prze­szy­wa­jąco tymi swo­imi głę­boko zie­lo­nymi oczami, a ja poczu­łam, jak moje policzki oble­wają się pur­purą.

- Ni­gdy przed­tem nie było powodu, dla któ­rego miał­bym je obcho­dzić - odpo­wie­dział, przy­su­wa­jąc się do mnie jesz­cze bar­dziej.

Czy teraz masz powód? Roz­wiń temat.

- Pro­szę - powie­dział bar­man, poda­jąc nasze drinki. Ten bar­man ma naj­gor­sze wyczu­cie czasu ever, pomy­śla­łam. Chace ode­rwał ode mnie wzrok, spoj­rzał na bar­mana i kiw­nął głową.

Nie! Chace, do cho­lery, jaki jest ten twój powód?!

No i nasza chwila prze­pa­dła.

Chace rzu­cił napi­wek na ladę i wziął tacę. Mia­łam ochotę wpaść w furię. Chace mógł wła­śnie zmie­rzać do wyzna­nia, że coś do mnie czuje, albo może spró­bo­wałby mnie poca­ło­wać. Cze­ka­łam na to tak strasz­nie, strasz­nie długo, a gdy w końcu przy­szło co do czego, ktoś musiał nam prze­szko­dzić.

Uśmie­cha­jąc się przez ramię, Chace rzu­cił:

- Idziesz czy nie?

Zła­pa­łam foto­gra­fię z lady i poszłam za nim do naszego sto­lika. Chace posta­wił na nim tacę, a ja rzu­ci­łam zdję­cie obok drin­ków.

- Ktoś zosta­wił to przy barze, razem z kasą na kolejkę dla nas. - Słowa wyle­ciały z moich ust z pręd­ko­ścią kara­binu maszy­no­wego.

Chace'owi mogło to zwi­sać, ale ktoś z pozo­sta­łych z pew­no­ścią dostrzeże zwią­zek. Liczy­łam na Siennę albo Char­lotte...

- O, to my - stwier­dził Isaac.

- Brawo, Sher­locku - mruk­nął sar­ka­stycz­nie Chace.

Sonny się­gnął po swój drink i wzniósł kie­li­szek.

- Chwała wróż­kom dar­mo­wych drin­ków!

- Dla­czego ktoś miałby robić nam zdję­cie? - zapy­tała Char­lotte.

- No wła­śnie! - wykrzyk­nę­łam.

- Żeby bar­man wie­dział, komu wydać opła­cone drinki - odpowie­dział Isaac, prze­wra­ca­jąc oczami. - To chyba jasne.

Ja jed­nak nie czu­łam się prze­ko­nana.

- Dla­czego robić z tego taką tajem­nicę?

Isaac wzru­szył ramio­nami.

- Nie wiem, Lylah. Pij. Przed­sta­wie­nie zaraz się zacznie.

Nie rozu­mia­łam, dla­czego nikt nie brał tego na serio. Prze­cież to nie miało żad­nego sensu.

- Co jest z tyłu tego zdję­cia? - zapy­tała Sienna.

- Co? - rzu­cił Chace.

- Kra­wędź odcho­dzi. - Sienna wzięła foto­gra­fię i pocią­gnęła za błysz­czący czarny spód.

Co, do dia­bła?

Gdy tył odpadł, Sienna spoj­rzała na zdję­cie i nagle upu­ściła je na stół, jak gdyby ją parzyło. Mały, czarny kwa­dra­cik z lite­rami wycię­tymi z gazet wyglą­dał dokład­nie tak, jak liścik, który wcze­śniej przy­szedł do Sonny'ego.

Rozdział 3

3

Czwar­tek 1 lutego

W mil­cze­niu wpa­try­wa­li­śmy się w kartkę.

- To coś wię­cej niż głupi żart - zaczę­łam.

Usta Sonny'ego skrzy­wiły się z nie­sma­kiem.

- Ktoś za mną łazi. Kurde, zawsze byłem szczery z dziew­czy­nami. Nie szu­kam niczego poważ­nego i nie­na­wi­dzę, gdy któ­raś o tym zapo­mina lub sądzi, że swoim uro­kiem sprawi, że zmie­nię zda­nie.

- Masz jaki­kol­wiek pomysł, kto to może być, chło­pie? - zapy­tał Isaac.

Sonny pod­niósł kartkę i obró­cił ją.

- Poję­cia nie mam. Laska naj­wy­raź­niej mnie nie zna, jeżeli uważa, że kupi mnie dar­mo­wym drin­kiem.

- Powin­ni­śmy wyjść? - zapy­ta­łam, ska­nu­jąc wzro­kiem tłum. Sala była pełna, przy każ­dym sto­liku sie­działy przy­naj­mniej cztery osoby. Nie­wielki tłum kłę­bił się przy barze, cze­ka­jąc na drinki. Nikt nie patrzył w naszą stronę. Jeżeli osoba, która to zro­biła, była tutaj, czy nie chcia­łaby zoba­czyć naszej reak­cji?

- Ni­gdzie nie idziemy - rzu­cił szybko Sonny. - Żadna wal­nięta cizia nie zepsuje nam wie­czoru.

Chace nachy­lił się do mnie jesz­cze bli­żej.

- Lylah, tak się cie­szy­łaś na ten wie­czór, a ostat­nio nie try­ska­łaś rado­ścią.

Raczej trudno o to, gdy zbliża się rocz­nica śmierci two­ich rodzi­ców.

Moja dłoń instynk­tow­nie powę­dro­wała do naszyj­nika z zawieszką w kształ­cie serca, który dosta­łam od nich na szes­na­ste uro­dziny.

- Chace, ja...

Poło­żył mi na ustach opu­szek palca wska­zu­ją­cego i potrzą­snął głową.

- Nie, Lylah. Mam zamiar spra­wić, że będziesz się dzi­siaj świet­nie bawić, choćby miała to być ostat­nia rzecz, jaką zro­bię w życiu. - Opu­ścił rękę i kon­ty­nu­ował: - Dziś wie­czo­rem zapo­mnij o tych listach. Będziemy się nad tym zasta­na­wiać jutro. Sonny może pójść z tym na poli­cję, do ochrony na kam­pu­sie, no, cokol­wiek.

Usia­dłam z powro­tem, przy­gry­za­jąc wargi. W żołądku czu­łam nie­przy­jemne mro­wie­nie. Bałam się o Sonny'ego, ale w tej chwili i tak nic nie mogłam zro­bić. Ski­nąw­szy głową, skie­ro­wa­łam więc uwagę na scenę. Świa­tła już poga­sły.

Przed­sta­wie­nie się roz­po­częło.

Prze­su­nę­łam się na swoim sie­dze­niu i oglą­da­łam. Stu­denci byli nie­sa­mo­wici, ale mimo to nie mogłam sku­pić się na sztuce. Cały czas myśla­łam o tych listach oraz o tym, że kto­kol­wiek je wysłał, usil­nie sta­rał się zacho­wać ano­ni­mo­wość. Gdyby to była któ­raś ze zde­spe­ro­wa­nych dziew­czyn uga­nia­ją­cych się za Son­nym, raczej chcia­łaby, żeby znał jej toż­sa­mość, no nie?

To po pro­stu nie miało sensu.

Gdy­bym od razu pode­szła pro­sto do drzwi, może zauwa­ży­ła­bym, kto przy­niósł kopertę. Teraz osoba, która kupiła nam drinki, praw­do­po­dob­nie była gdzieś tutaj, w sali. Oglą­dała spek­takl. Lub nas. Włosy zje­żyły mi się na karku.

Natych­miast po zakoń­cze­niu przed­sta­wie­nia, gdy tylko znów włą­czono świa­tła, zerwa­łam się na równe nogi.

- Gotowi do wyj­ścia? - zapy­ta­łam.

Chace zachi­cho­tał.

- Lylah, chwila, pali się czy co? Aż tak nie możesz docze­kać się imprezy?

Cho­lera. Przez to wszystko cał­kiem zapo­mnia­łam o impre­zie.

- Wiesz co, szcze­rze mówiąc, jestem zmę­czona. Chcia­łam iść do domu.

- Jeżeli o mnie cho­dzi, będę się zbie­rał. Muszę spraw­dzić, czy nie ma mnie gdzieś indziej, rozu­mie­cie. - Sonny mru­gnął poro­zu­mie­waw­czo.

Sienna zła­pała go za ramię.

- Sonny, cze­kaj! Naprawdę uwa­żasz, że powi­nie­neś włó­czyć się sam, bio­rąc pod uwagę to, że ktoś cię śle­dzi?

Nie byłam pewna, czy mówi poważ­nie, czy żar­tuje, ale Sonny się roze­śmiał.

- Nie­zły żar­cik, Sie. Nie cze­kaj­cie z kola­cją. - I pole­ciał, pew­nie tam, gdzie umó­wił się z dziew­czyną, z którą miał mieć dzi­siaj randkę.

Patrzy­łam za nim, jak zni­kał w tłu­mie.

- Myśli­cie, że naprawdę może być w nie­bez­pie­czeń­stwie?

- Nic mu nie będzie - powie­działa Char­lotte. Prze­szła obok mnie, gdy zmie­rza­li­śmy do wyj­ścia. - Dzięki, że mnie tu dziś wycią­gnę­li­ście. Naprawdę świet­nie się bawi­łam.

- Cie­szę się - odpo­wie­dzia­łam. Cóż, przy­naj­mniej ona spę­dziła faj­nie czas. Co do mnie - nie byłam tego taka pewna.

- Pójdę z tobą do domu, okej? - dodała.

- Ja też - wtrą­ciła Sienna. - Nathan się nie poka­zał, a w week­end będzie jesz­cze parę imprez. Na dzi­siaj już mi wystar­czy, wolę pójść spać.

Chace i Isaac wyglą­dali na nieco roz­cza­ro­wa­nych, ale nale­gali, aby nas odpro­wa­dzić.

- Przy­szli­śmy razem, więc razem powin­ni­śmy też wró­cić - powie­dział Chace. - No, poza Son­nym.

Rzu­ci­łam Chace'owi szybki uśmiech, ale w rze­czy­wi­sto­ści byłam bar­dziej sku­piona na obser­wo­wa­niu tłumu zmie­rza­ją­cego do wyj­ścia. Roz­glą­da­łam się za kimś w blu­zie z kap­tu­rem. Z ner­wów zaczę­łam przy­gry­zać wargi - tak bar­dzo życzy­łam sobie, żeby­śmy już byli na zewnątrz. No dalej, dalej. Nie chcia­łam prze­by­wać w tym samym miej­scu co osoba, która robiła nam z ukry­cia zdję­cia, zamiast podejść nor­mal­nie jak czło­wiek i zaga­dać, skoro już chciała posta­wić nam drinki.

Chace sta­nął bli­żej, nie­mal przy­ci­ska­jąc swoją klatkę pier­siową do moich ple­ców, jak gdyby wyczu­wał, że już wycho­dzę z sie­bie. Dwóch ochro­nia­rzy po obu stro­nach drzwi stało z zało­żo­nymi rękami, pil­nu­jąc, żeby pijani stu­denci w miarę spraw­nie opusz­czali salę. Obaj mieli gaba­ryty małego domku, więc nie spo­dzie­wa­łam się, żeby zna­la­zło się wielu chęt­nych do wsz­czy­na­nia awan­tury.

Na zewnątrz było jesz­cze zim­niej niż wcze­śniej. Tem­pe­ra­tura spa­dła i na uli­cach skrzył się lód. Prze­ni­kliwy wiatr prze­szy­wał mnie aż do szpiku kości. Sku­li­łam się i przy­su­nę­łam do Chace'a. Teraz przy­naj­mniej mia­łam wymówkę, gdyby nagle zapy­tał, dla­czego tak się do niego przy­tu­lam.

Objął mnie ramie­niem i przy­cią­gnął mocno do sie­bie.

Zadzia­łało.

- Lylah, zimno ci?

- Tak. Nie zno­szę zimy.

- To miesz­kasz w nie­od­po­wied­nim kraju.

Jak­bym sama tego nie wie­działa.

- O Boże! - krzyk­nęła Sienna gło­sem tak wyso­kim, że aż się skrzy­wi­łam.

- Jezu, Sie, na takiej czę­sto­tli­wo­ści tylko psy cię usły­szą - jęk­nął Isaac.

Skie­ro­wa­łam wzrok tam, gdzie ona. Na ścia­nie biblio­teki wid­niało ogromne, arty­stycz­nie dopiesz­czone graf­fiti. Czer­wone słowa, wyglą­da­jące jak gdyby ocie­kały krwią, ukła­dały się w napis:

Arty­sta użył rów­nież czerni i sza­ro­ści, aby każ­dej lite­rze nadać ele­gancki cień i pewien dyna­mizm.

Przy­pra­wiało to, co prawda, o gęsią skórkę, ale wyglą­dało nie­źle.

- No, no, typ ma talent - stwier­dził Isaac.

- Skąd wiesz, że to facet? - zapy­ta­łam.

Isaac pod­niósł ręce.

- Albo typiara.

- Dzięki - odpo­wie­dzia­łam, uśmie­cha­jąc się do niego.

- To nie ty, Lylah, co nie? - zażar­to­wał Isaac.

- Tia­aaa, jak wszy­scy wiemy, jej talent zaczyna się i koń­czy na naba­zgra­niu czło­wieczka z trzech kre­sek - draż­nił się Chace, obej­mu­jąc mnie moc­niej ramie­niem.

Odgry­zła­bym się, ale aku­rat w ryso­wa­niu jestem naprawdę bez­na­dziejna.

Zmie­rza­li­śmy w stronę wynaj­mo­wa­nego przez nas domu, znaj­du­ją­cego się jakieś pięć minut drogi od klubu. Gdy prze­cho­dzi­li­śmy przez kam­pus, minęło nas dwóch gości prze­bra­nych za amorki - jedy­nym ele­men­tem ich "gar­de­roby" było coś przy­po­mi­na­ją­cego prze­ście­ra­dło owi­nięte wokół tył­ków. Mia­łam nadzieję, że naba­wią się odmro­żeń. Idioci.

- Ludzi total­nie pogięło! - Roze­śmia­łam się, prze­wra­ca­jąc oczami.

Skrę­ci­li­śmy, mija­jąc Cof­fee House - ulu­bioną kawiar­nię wszyst­kich stu­den­tów - i już zna­leź­li­śmy się poza kam­pu­sem. Tu jest ciem­niej, wyso­kie drzewa prze­sła­niają świa­tło, co zawsze budzi we mnie lekki nie­po­kój, gdy idę tędy sama po zmroku. Niby ni­gdy nic się nie stało, ale mimo wszystko. Wydaje mi się, że odkąd tu miesz­kam, zda­rzył się tylko jeden napad, i nawet to nie za bar­dzo się liczy, bo "napast­nik" total­nie się schlał w Southern Com­fort i buch­nął tylko wła­sny port­fel od swo­jej dziew­czyny.

Sienna szła przed nami, koły­sząc swymi mikro­sko­pij­nymi bio­drami. Isaac podą­żał tuż za nią, śmie­jąc się z cze­goś, co powie­działa. Po dru­giej stro­nie ulicy, kie­ru­jąc się w naszą stronę, szedł jakiś gość w blu­zie z kap­tu­rem. Czy to ten typ z klubu?

Jesz­cze moc­niej przy­gry­za­łam wargi. Zawsze to robię, gdy jestem zde­ner­wo­wana. Po śmierci rodzi­ców pra­wie odgry­złam je sobie na amen.

Chace zachi­cho­tał.

- Chcesz zaanek­to­wać cały chod­nik?

- Co? - powie­dzia­łam, zwra­ca­jąc ku niemu wzrok. Pra­wie zepchnę­łam go na ulicę, w naj­mniej­szym stop­niu nie zwra­ca­jąc uwagi na to, jak idę, za to zaj­mu­jąc więk­szą część chod­nika. - Ups.

Otwo­rzył usta, lecz zanim zdo­łał cokol­wiek powie­dzieć, roz­legł się ogromny huk, gdy coś cięż­kiego ude­rzyło o beton. Chace przy­cią­gnął mnie do sie­bie, a moja głowa pró­bo­wała podą­żyć w kie­runku, z któ­rego nad­szedł hałas. Na środku ulicy poja­wiły się czer­wone kłęby.

- O Boże! - zawo­łał Chace, śmie­jąc się gło­śno. - No, to było dobre. Aż pod­sko­czy­łem!

Mało bra­ko­wało, żeby Sienna i Isaac urzą­dzili tam regu­larną owa­cję na sto­jąco, ale ja sta­łam wbita w zie­mię, odpro­wa­dza­jąc wzro­kiem gościa w blu­zie, który bie­giem się od nas odda­lał.

Dym powoli się roz­pra­szał, zmie­nia­jąc barwę na różową, zanim cał­kiem roz­pły­nął się w mroku nocy.

- Co to było? - zapy­ta­łam.

- Bomba dymna - odpo­wie­dział Chace. - Cał­kiem nie­zły trik. Ja bym go pew­nie zare­zer­wo­wał dla więk­szej publicz­no­ści.

- Bez kitu - powie­dział Isaac. - Skoro w tym roku wszy­scy odwa­lają jakieś kawały, to my też powin­ni­śmy coś przy­go­to­wać.

Chace zachi­cho­tał.

- "Jeśli nie możesz ich poko­nać, to do nich dołącz", czy jakoś tak, ech?

Zmarsz­czy­łam brwi, patrząc w dal, tam, gdzie znik­nął facet w ciem­nej blu­zie.

Chyba.

- - -

Wpa­dli­śmy do salonu i roz­sie­dli­śmy się wygod­nie na sofach. Chace usiadł obok mnie na fotelu, a Char­lotte, Sienna i Isaac zajęli kanapę.

- Chcesz o tym poroz­ma­wiać? - wyszep­tał Chace, nachy­la­jąc się do mnie jesz­cze bli­żej całym cia­łem.

Opar­łam się i spoj­rza­łam na niego.

- Poroz­ma­wiać o czym?

- O tym, co cię tak nur­tuje. Widzę, co się z tobą dzieje, Lylah. Zawsze zwra­cam na to uwagę.

Zawsze?

- Po pro­stu nie mogę prze­stać myśleć o tych prze­sył­kach, drin­kach, graf­fiti, teraz jesz­cze ta bomba dymna. Sporo tego.

- Bomby dymne i graf­fiti były już w zeszłym roku - zauwa­żył.

- No tak, ale nie było takich powią­zań. Graf­fiti nie­mal słowo w słowo powta­rzało to, co wid­niało na kartce zaadre­so­wa­nej do Sonny'ego. Chyba nie uwa­żasz, że to wszystko to po pro­stu czy­sty przy­pa­dek?

- Może i nie, ale praw­do­po­dob­nie ktoś pró­buje tylko namie­szać mu w gło­wie. Nie pozwól, żeby mie­szał rów­nież w two­jej. Wiem, że to dla cie­bie trudny okres.

- Dobrze, nie pozwolę. Nic mi nie jest. - Zmu­si­łam się do uśmie­chu, cho­ciaż chcia­łam krzyk­nąć, żeby prze­stał tak racjo­na­li­zo­wać moje obawy. I wspo­mi­nać o moich rodzi­cach. Od kiedy się pozna­li­śmy, Chace cza­sem mnie o nich wypy­ty­wał, ale sza­no­wał to, że nie chcia­łam roz­ma­wiać o tym, co się wyda­rzyło. Nie mogłam. Bar­dzo dużo czasu zajęło mi doj­ście do punktu, w któ­rym byłam w sta­nie jako tako nor­mal­nie funk­cjo­no­wać i oddy­chać bez wra­że­nia, jak­bym miała się za moment udu­sić. Nie chcia­łam robić nic, co mogłoby z powro­tem prze­nieść mnie do tego upior­nego okresu, który był tak posępny, że nie byłam wtedy pewna, czy w ogóle z tego wyjdę.

Poza tym roz­mowa naprawdę nie zawsze pomaga, szcze­gól­nie, gdy musia­łaś się już zmie­rzyć ze swoją stratą tyle razy, ile ja pod­czas tera­pii.

Chcia­łam już zapo­mnieć, jak to strasz­nie boli, gdy tęsk­nisz za kimś tak bar­dzo, że chcesz tylko umrzeć.

- Nic nie wypro­wa­dzi mnie z rów­no­wagi - powie­dzia­łam, tym razem nieco pew­niej­szym gło­sem.

Chace szturch­nął mnie i uśmiech­nął się.

- Dobrze to sły­szeć.

- Nie sądzi­cie, że powin­ni­śmy dać znać gli­nom? - zapy­tała Sienna, pod­no­sząc list i zdję­cie. Sonny'emu nie zale­żało na tym, żeby zabrać ze sobą tę foto­gra­fię, ale Sienna scho­wała ją, zanim wyszli­śmy. Gdyby tego nie zro­biła, zro­biłabym to ja. Ona także narze­kała, że Sonny wyrzu­cił swój list do kosza. Cóż, przy­naj­mniej leżał na samej górze sterty śmieci.

- Tak - odpo­wie­dzia­łam. - Zde­cy­do­wa­nie powin­ni­śmy powia­do­mić poli­cję.

- I tak nic nie zro­bią. Zresztą niby co mogliby zro­bić? - rzu­cił Chace.

- No nie wiem, na przy­kład wziąć odci­ski pal­ców? No wiesz, te poza naszymi. Pew­nie są jesz­cze jakieś inne wska­zówki, które mogłyby uła­twić iden­ty­fi­ka­cję. Nie oglą­dasz ni­gdy żad­nych seriali detek­ty­wi­stycz­nych? Nawet jeśli wszystko zaczęło się jako żart, Sonny powi­nien dowie­dzieć się, kto to zro­bił, a poli­cjanci muszą dopil­no­wać, żeby ona - lub on - dali mu w końcu spo­kój.

- Ja tam życzył­bym sobie, żeby­śmy już teraz wie­dzieli, kto to wysłał. Mam świetny pomysł na mały żar­cik zwrotny - powie­dział Isaac. - Kupimy te robale dla jasz­czu­rek, które sprze­dają w skle­pach zoo­lo­gicz­nych, i wpu­ścimy je do pokoju tego żar­tow­ni­sia.

Wzdry­gnę­łam się. Sama myśl o tym spra­wiła, że poczu­łam, jakby po mojej skó­rze roz­peł­zły się robaki.

- Marzę o tym, żeby już było po walen­tyn­kach - powie­dzia­łam.

- Cią­gle dziw­nie się czu­jesz z powodu tej histo­rii z Jakiem? - zapy­tał Isaac. Roze­śmiał się i zro­bił unik, gdy Chace zamach­nął się, żeby go trzep­nąć. Chace potrzą­snął głową i wymru­czał coś, czego nie mogłam zro­zu­mieć, ale przy­pusz­cza­łam, że było to jakieś mało ele­ganc­kie wyra­że­nie.

Isaac naprawdę mógłby zna­leźć jakiś inny temat, jak chce mi pod­ogry­zać.

- Nie, nie czuję się dziw­nie z powodu Jake'a - odpo­wie­dzia­łam. Minęły pra­wie dwa lata, a rocz­nica śmierci rodzi­ców była cią­gle tak samo bole­sna jak wtedy, gdy mój brat Riley i ja dowie­dzie­li­śmy się, że zosta­li­śmy sie­ro­tami. Ale byłoby ogrom­nym kłam­stwem, gdy­bym twier­dziła, że dzięki Jake'owi nie znie­na­wi­dzi­łam tego dnia jesz­cze bar­dziej.

Cho­ciaż na początku fak­tycz­nie było mega­nie­zręcz­nie, wszystko mię­dzy nami wró­ciło do normy, jesz­cze zanim Jake opu­ścił uczel­nię. Albo tak mi się w każ­dym razie wyda­wało. Żadne z nas nie wspo­mniało wię­cej o tym poca­łunku. A ja w ogóle nie mia­łam z nim kon­taktu, od kiedy się wypro­wa­dził, może poza zdaw­kową wymianą SMS-ów świą­tecz­nych w grud­niu.

- Nie ma żad­nego powodu, dla któ­rego Lylah mia­łaby czuć się nie­swojo. - Sienna wzięła mnie w obronę.

Isaac uniósł ręce w obron­nym geście.

- Spoko, tylko żar­to­wa­łem. Mogłaś zła­mać serce temu bied­nemu chłopcu, ale to nie ozna­cza, że masz się z tego powodu źle czuć.

Oczy zwę­ziły mi się w szparki i spoj­rza­łam na niego tak, żeby nie miał wąt­pli­wo­ści, że nie mia­łam zamiaru dać się pod­pu­ścić.

- Dra­ma­ty­zu­jesz. To był jeden pra­wie-poca­łu­nek i jakoś sobie z tym pora­dził. Prze­cież nie oświad­czył mi się ani nic takiego.

Isaac skrzy­wił się z nie­za­do­wo­le­niem.

- Dobra, nie znasz się na żar­tach.

Obda­rzy­łam go prze­lot­nym uśmie­chem.

- Przy­kro mi, że cię roz­cza­ro­wa­łam. Jeśli możemy już skoń­czyć oma­wia­nie mojego tra­gicz­nego życia uczu­cio­wego, poga­dajmy o walen­tyn­ko­wych kawa­łach.

Chace zachi­cho­tał.

- O, Lylah chce się w tym roku przy­łą­czyć!

- Naprawdę? Na ogół nie chcesz mieć z takimi rze­czami nic wspól­nego - zdzi­wiła się Sienna.

- Ale teraz mam moty­wa­cję. Mam ogromną nadzieję, że wywi­niemy temu typowi, który śle­dzi Sonny'ego, jakiś gruby numer.

- Puder dla dzieci w suszar­kach na base­nie - rzu­cił Isaac. - Zgła­szam się na ochot­nika, żeby wejść do dam­skiej szatni!

- Doprawdy genialne. - Sienna prze­wró­ciła swo­imi czar­nymi oczami.

- Ja pomy­śla­łam o czymś w rodzaju pod­pa­le­nia sterty lalek-amor­ków obla­nych sztuczną krwią, na samym środku kam­pusu - powie­dzia­łam.

Chace roze­śmiał się gło­śno.

- Jezu, Lylah. Brzmisz, jakby odro­binę za bar­dzo cię to bawiło.

Cóż, chyba tro­chę tak było. Jak to o mnie świad­czyło?

- Ty serio nie cier­pisz tego święta, co? - zaśmiał się Isaac.

- Nie. - Wręcz nie­na­wi­dzę. Gdyby moi rodzice nie wybrali się wtedy do ele­ganc­kiego hotelu na roman­tyczny walen­tyn­kowy wypad we dwoje, cią­gle by tu byli. Nie zgi­nę­liby. Mój brat i ja przez wiele godzin nawet nie wie­dzie­li­śmy o wypadku. Gdy razem z Rileyem dotar­łam do szpi­tala, usły­sze­li­śmy, że oboje z tego wyjdą, że mamy się nie mar­twić. Ale ode­szli krótko po pół­nocy czter­na­stego lutego.

- W każ­dym razie - kon­ty­nu­owa­łam, zmie­nia­jąc temat - jestem zmę­czona i chcę się poło­żyć. Jutro pój­dziemy kupić zasypkę dla nie­mow­ląt, sztuczną krew i amorki.

Powie­dzia­łam wszyst­kim "dobra­noc", umy­łam zęby i poszłam do swo­jego pokoju. Zamknę­łam drzwi i powlo­kłam się po dywa­nie w stronę łóżka. Zdję­łam sukienkę przez głowę i rzu­ci­łam na krze­sło w rogu pokoju. Zwy­kle przy­kła­dam wagę do porządku, ale gdy jestem zmę­czona, mam wszystko gdzieś. Wzię­łam piżamę, którą zosta­wi­łam rano zwi­niętą w pościeli. Na dzi­siaj musiała wystar­czyć. Oczy mi się same zamy­kały, nóg pra­wie nie czu­łam. Nie chciało mi się szu­kać świe­żych ciu­chów.

Wsu­nę­łam na sie­bie pola­rową piżamę i od razu zro­biło mi się cie­pło i miło. Mię­ciutka, pach­nąca lawendą, cała w jed­no­rożce. W życiu nie poka­za­ła­bym się w czymś takim Chace'owi! Jeżeli wycho­dzę z pokoju w piża­mie, to tylko w któ­rejś z jedwab­nych.

Chwy­ci­łam za brzeg koł­dry i coś zakłuło mnie w kciuk. Instynk­tow­nie roz­cza­pie­rzy­łam palce i cof­nę­łam rękę jak opa­rzona. Maleńka kro­pelka krwi na opuszce kciuka i róża na pod­ło­dze, mię­dzy moimi sto­pami.

Co u licha?

Sonny.

Przy­ssa­łam wargi do kciuka. Sonny jest znany z zosta­wia­nia ludziom nie­spo­dzia­nek w łóż­kach - pająki, stringi czy inne ele­menty dam­skiej bie­li­zny.

Schy­li­łam się, pod­nio­słam różę i rzu­ci­łam ją na nocny sto­lik. Następ­nego dnia mia­łam zamiar wrzu­cić mu ją do łóżka, choć do tego czasu nie będzie pre­zen­to­wała się już tak pięk­nie. Może kupię jakieś kre­wetki, rybie głowy albo coś, co bar­dzo, bar­dzo mocno śmier­dzi. Gdy­bym była wystar­cza­jąco odważna, pod­chwy­ci­ła­bym pomysł Isa­aca z roba­lami.

Tak czy ina­czej, Sonny miał prze­chla­pane.

Rozdział 4

4

Pią­tek 2 lutego

Obu­dził mnie deszcz bęb­niący w szybę.

Cho­ciaż wku­rza mnie, kiedy poza domem moknę na wylot, tak naprawdę uwiel­biam deszcz. W jego dźwięku jest coś głę­boko koją­cego. Na nad­garstku zawi­bro­wała mi opa­ska Fit­bit - cichy alarm sygna­li­zu­jący, że już szó­sta i czas wsta­wać.

Unio­słam ramiona za głowę i wycią­gnę­łam je tak daleko, jak tylko mogłam, roz­cią­ga­jąc się porząd­nie. Przed śmier­cią rodzi­ców zwy­kłam sypiać do oporu i prze­wra­ca­łam oczami, gdy mama powta­rzała mi, że każdy dzień powin­nam wyko­rzy­stać na maksa, a nie prze­sy­piać całe życie.

Teraz nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo mi się nie chce wstać, i tak to robię. Mama już ni­gdy nie będzie miała takiej szansy.

Okej, no to wsta­jemy.

Chwy­ci­łam za brzeg koł­dry i odrzu­ci­łam ją na bok. Chłodne powie­trze natych­miast prze­szyło moje ciało i spra­wiło, że cała pokry­łam się gęsią skórką. Wsta­łam więc szybko, zanim zdą­ży­ła­bym się roz­my­ślić i wsu­nąć z powro­tem pod cie­płą koł­drę, aby z powro­tem odpły­nąć do kra­iny snów.

Wyszłam ze swo­jego pokoju i prze­szłam przez kory­tarz do łazienki. Tam na szczę­ście było cie­plej - w zeszłym roku zamon­to­wano grzej­nik, który cał­kiem nie­źle działa.

Wzię­łam prysz­nic i ubra­łam się, a następ­nie na pal­cach zeszłam na dół, kro­cząc ostroż­nie przez skrzy­piący par­kiet, żeby nikogo nie obu­dzić.

Tylko Sonny i Sienna wstają mniej wię­cej w tym samym cza­sie co ja. Cała reszta jest strasz­nie leniwa. W kuchni pano­wał spo­kój, gdy tak po cichu się do niej skra­da­łam. Pokoje Char­lotte i Isa­aca są na dole, więc sta­ramy się nie hała­so­wać do siód­mej, kiedy wstają.

- Dobry! - przy­wi­ta­łam się ze Sienną, która już kiwała się na tabo­re­cie. Jej lśniące włosy ster­czały we wszyst­kie strony. - Kiep­ska noc?

Nawet na mnie nie spoj­rzała znad ogrom­nego kubka z mocną kawą.

- No raczej. Nie mogłam spać. Jestem wyczer­pana - wymam­ro­tała.

- Rzadko udaje nam się wygrać rano z Son­nym. Scho­dził już na dół?

- Nie było go w pokoju - cią­gnęła mono­ton­nym gło­sem, brzmią­cym jak przy­go­to­wane wcze­śniej nagra­nie.

- Skąd wiesz? - zapy­ta­łam, wyj­mu­jąc swój kubek.

- Drzwi były otwarte. Nie mam poję­cia, gdzie on się podziewa.

Obró­ci­łam się twa­rzą do niej.

- Dziwne. Prze­cież on ni­gdy nie zostaje z nikim na noc. Ni­gdy.

Sonny to straszny babiarz. Ma na kon­cie tyle "zdo­by­czy", jak sam to okre­śla, że ja nawet nie umiem do tylu liczyć. Ale ni­gdy nie zostaje na śnia­da­nie. W życiu nie zary­zy­ko­wałby tego poran­nego festi­walu żenady albo, nie daj Boże, koniecz­no­ści roz­mowy.

Sienna wzru­szyła ramio­nami.

- Też mi to przy­szło do głowy. Ale może się zmie­nia. - Zamil­kła, a po chwili z jej gar­dła wydo­był się niski, wymu­szony śmiech. - Albo i nie.

Nala­łam sobie kawy i usia­dłam przy stole obok niej, cze­ka­jąc, aż cała reszta w końcu wsta­nie.

Logicz­nie rzecz bio­rąc, wie­dzia­łam, że mar­twie­nie się o doro­słego faceta, który praw­do­po­dob­nie zde­cy­do­wał się po pro­stu spę­dzić z kimś noc, jest absur­dalne, jed­nak coś było nie tak. Czu­łam to. Byłam nie­spo­kojna, z ner­wów zaczęło mnie skrę­cać w żołądku. Od śmierci rodzi­ców zawsze byłam przy­go­to­wana na naj­gor­sze. Gdy dotarli do szpi­tala po wypadku, oboje mieli z tego wyjść. Mama umarła na stole ope­ra­cyj­nym, tata chwilę póź­niej, wsku­tek roz­le­głego krwo­toku wewnętrz­nego.

- Mie­li­ście jakieś wia­do­mo­ści od Sonny'ego? - zapy­ta­łam, gdy Char­lotte i Isaac weszli do kuchni godzinę póź­niej. Pomy­śla­łam, że gdy tylko dowiem się, gdzie on jest, będę w sta­nie się uspo­koić.

Char­lotte unio­sła brew. Jej spoj­rze­nie mówiło wszystko: Nie zadzwo­niłby do mnie, choć­bym była ostat­nim żyją­cym czło­wie­kiem na Ziemi. Okej, słuszna uwaga, nie zro­biłby tego.

- Nie. - Isaac wzru­szył lekko ramio­nami.

- Jesz­cze nie wró­cił - wyja­śni­łam.

- Naprawdę? - zapy­tał Isaac. - Pew­nie przez przy­pa­dek zaspał u jakiejś laski. Może za dużo wypił.

- Hmm, może - wymam­ro­ta­łam nie­prze­ko­nana.

- Powin­ni­śmy się mar­twić? - zapy­tała Sienna, już bar­dziej roz­bu­dzona po dru­giej dawce kofe­iny. - To do niego nie­po­dobne.

Żołą­dek znowu pod­sko­czył mi do gar­dła. Sonny zawsze jest tutaj rano - szcze­gól­nie wtedy, gdy ma zaję­cia. Jego rodzina mieszka dość daleko, więc rzadko wraca do domu, nawet pod­czas przerw seme­stral­nych. Zawsze tu jest.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki