Będę tam - Kyung-Sook Shin

Kup ebooka

30.00 zł
24.00 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spacerowanie po mieście było dobrym sposobem na jego poznanie. Przywoływało myśli i skupiało moją uwagę na rzeczach, które mnie otaczały. Ruch do przodu, stawianie jednej stopy przed drugą przypominało mi czytanie książki. Chodziłam wąskimi ścieżkami i ciasnymi bazarowymi uliczkami, na których obcy mi ludzie rozmawiali ze sobą, pytali o drogę i wołali do siebie głośno. Nieznajomi i nowe krajobrazy - wszystko w jednej chwili.

Raz odkryłam drogę prowadzącą na uczelnię nad tunelem, którym lubiłam chodzić. Pewnego dnia w drodze na zajęcia znalazłam się przed tym samym tunelem co zawsze. Chcąc go obejść, rozejrzałam się dookoła i zauważyłam schodki z boku. Weszłam po nich. Na górze była ścieżka prowadząca do małej wioski. Wąska i kręta, wiodła pod górę nad tunelem i dalej przez wioskę, gdzie wzdłuż drogi stały domy ze starymi omszałymi dachówkami. Szkoła znajdowała się w odległości tylko kilku minut drogi autobusem, ale by dotrzeć tam piechotą, ścieżką nad tunelem, potrzeba dobrych dwudziestu minut. Kiedy weszłam pod górę i przebyłam jeszcze kawałek drogi, ujrzałam więcej schodów.

W leżącej nad tunelem wiosce roztoczył się przede mną widok, jakiego nigdy nie widziałam w mieście. Domy miały otwarte bramy wejściowe. Mieszkańcy sprzedawali słoje wszystkich rozmiarów. Na jednym z budynków dostrzegłam tabliczkę: Społeczna Biblioteka Naukowa. Krzew lagerstremii - podobny do tego posadzonego obok grobu mojej mamy - wbił swe korzenie głęboko w ziemię. Musiał być dość stary, ponieważ miał bardzo gruby pień, a gałęzie rozrastały się szerzej niż u tego przy grobie mamy. Droga kończyła się ścieżką tak wąską, że mijając dwie idące z naprzeciwka roześmiane dziewczyny, musiałam zejść na bok. Miałam wrażenie, jakby ludzie z wioski żyli tutaj w wolniejszym tempie i nie martwili się o tych mieszkających na dole. Zerknęłam przez wysoki mur, aby zobaczyć suszące się na okrągłej tacy ze słomy plasterki rzodkwi daikon. Jasne papryczki chili zwisały z roślin posadzonych w równych rzędach w niebieskim plastikowym pojemniku. W kilku miejscach przed domami stały doniczki z wczesnymi chryzantemami. Na jednej z uliczek natknęłam się na umieszczony między dwoma domami długi drewniany taras, na którym starsze kobiety ugniatały ciasto i kroiły dynię en julienne. Gdy przechodziłam obok, przerwały swe czynności i popatrzyły na mnie tak, jakby nagle zobaczyły inny gatunek człowieka. Pierwszy raz bardzo powoli przechodziłam przez nieznaną wioskę nad tunelem, aby móc wszystko dokładnie obejrzeć. Ale wkrótce potem osada ta stała się mi tak dobrze znana, że przechodziłam z jednego jej końca na drugi w ciągu dziesięciu minut. Później, nawet gdy nie szłam tamtędy, ona zawsze była ze mną. W deszczowe dni zastanawiałam się, czy taca ze słomy, którą widziałam, została zabrana do środka. I nawet cieszyłam się z małej przyjemności wymienienia pozdrowień z dziewczynami, które przeszły obok mnie na ścieżce. Spuściłam głowę, gdy zobaczyłam mężczyznę mieszającego cement. Zdjął mokrą od potu koszulkę, a ślady tkaniny odciśnięte na jego torsie uświadamiały mi, jak ciężko pracował.

Odkryłam, że gdybym miała tylko pięć minut na przemierzenie drogi ze szkoły do mojego pokoju, mogłabym przejść ulicą ze stojącymi rzędem obok siebie sklepami z używanymi książkami. Aby dostać się tam, musiałam zejść do podziemnego przejścia i obejść stadion bejsbolowy. Chodziłam wzdłuż ciągu antykwariatów, patrząc na piętrzące się w wysokich stosach używane książki, i przykucałam, aby przeczytać tytuły tych znajdujących się na samym dole. Silne emocje, których doświadczałam w czasie odkrywania tej ulicy podczas pierwszych spacerów po mieście, te same, które sprawiły, że opuściłam dom, w końcu zaczęły ustępować.

W ciągu prawie trzech tygodni spędzonych na sprawdzaniu różnych dróg dojścia do szkoły ani razu nie widziałam Mi-ru. Nie spotykałam też Myeong-seo. Z wyjątkiem zajęć profesora Yuna, na których, zaraz po wejściu do sali, sprawdzałam, czy on tam jest. Stale siedział sam w ławce, którą zajmował z Mi-ru w pierwszym dniu zajęć. Zawsze w tej samej. Po zajęciach spoglądałam do tyłu, ale jego już tam nie było. Czasami, spacerując, byłam tak pochłonięta myślami o nim i o Mi-ru, że kompletnie zapominałam, gdzie jestem.

Nie wiedziałam, dlaczego nie potrafię przestać myśleć o Mi-ru. Ta dziewczyna całkowicie zawładnęła moim sercem. Do tego, kiedy nie byłam akurat na zajęciach profesora Yuna, kołaczące się w mej głowie pytanie, gdzie do licha może być Myeong-seo, sprawiało, że szukałam go po całej szkole. Nie miałam mu nic do powiedzenia, ale wypatrywałam go wszędzie. W końcu zapominałam, kogo tak naprawdę szukam - jego czy Mi-ru.

Aż nadszedł dzień, kiedy profesor Yun rozdał kopie przepisanego przeze mnie na maszynie rękopisu. Tego dnia nawet Myeong-seo nie było w klasie. Profesor Yun ułożył stos egzemplarzy maszynopisu na biurku, tak że każdy, wychodząc z klasy, mógł sobie wziąć kopię. Gapiłam się na czarne litery przepisanego przeze mnie tekstu, a potem wzięłam dwie dodatkowe kopie i włożyłam je do torby, z myślą o Myeong-seo i o Mi-ru. Profesor Yun ogłosił klasie, że to właśnie ja przepisałam jego rękopis na maszynie. Wtedy nieświadomie zerknęłam do tyłu na miejsce, gdzie zawsze siedział Myeong-seo. Nie widziałam go, wchodząc do klasy, ale mógł przecież przyjść później. Nie było go tam. Szkoda, że nie usłyszał z ust profesora, że to ja przepisałam rękopis na maszynie. Nawet jeśli mój wkład był tak niewielki, czułam się i tak dumna, widząc wydrukowane i zbindowane kopie tekstu. Na okładce widniały słowa: Oddychamy. Były napisane odręcznie przez profesora. To był chyba tytuł.

Nie wolno nam napisać ani jednego zdania prowokującego do przemocy.

To było pierwsze zdanie Oddychamy.

Tego dnia, gdy otrzymałam rękopis profesora, wyjęłam tekst z koperty, przeczytałam pierwsze zdanie i poczułam, jak sztywnieje mi kręgosłup. Pisałam te słowa w kółko, po razie za każdy rok mojego życia, sięgając tylko po wciąż nowe kartki papieru. Byłam tak zaabsorbowana pisaniem, że poczułam się inną osobą niż ta, która przyniosła rękopis do pokoju. Arkusze papieru wypełniały teksty krytyczne na temat wybranych przez profesora Yuna wierszy i opowiadań. Zaczęłam rozumieć, co miał na myśli, mówiąc, że mu przykro, iż mnie obarcza przepisywaniem tego tekstu, ale być może okaże się to pomocne w nauce. Fragmenty tekstu omawianych esejów stanowiły dodatek do głównego wywodu. Notatki na marginesach i zapiski dodane do wierszy i opowiadań były zaznaczone samoprzylepnymi karteczkami i strzałkami wskazującymi, do którego punktu maszynopisu się odnosiły. Były tam nawet wiersze napisane przez samego profesora.

Następnego dnia poszłam do wypożyczalni maszyn do pisania. Widziałam ją po drodze przy księgarni na ulicy Jongno. Najkrótszy okres wynajmu wynosił miesiąc. Wypożyczyłam maszynę do pisania, chwyciłam ją mocno w ręce i pobiegłam do autobusu. Od tamtej chwili często się zdarzało, że kiedy czułam silną potrzebę wzięcia do ręki rękopisu profesora Yuna, wracałam z uczelni autobusem. Ilekroć dopadała mnie ta nagła potrzeba, szkoda mi było tracić dziesięć minut, by iść przez wioskę nad tunelem, czy pięć minut na przejście ulicą antykwariatów. Byłam w autobusie, zanim zdążyłam zdać sobie z tego sprawę.

W początkach pisania na maszynie obsesja unikania każdej najmniejszej literówki sprawiała, że gdy ją popełniłam, przepisywałam cały fragment od początku na nowej kartce. Ale z czasem zaczęłam poprawiać moje literówki korektorem. Po przepisaniu kilku stron przyzwyczaiłam się do charakteru pisma profesora. Początkowo łamałam sobie głowę, zastanawiając się, co to za lite­ra, aż w końcu, nie mogąc nic odczytać, zaznaczałam stronę, by do niej potem wrócić. Następnie szłam do szkolnej biblioteki i porównywałam dany fragment z oryginalnym tekstem. Mog­łam sprawdzać to z profesorem, ale nie chciałam. Pragnęłam dać mu kompletny dokument bez zadawania pytań.

Gdy zmęczona pisaniem odczuwałam ból w ramionach, kład­łam ręce na parapecie i wyglądałam przez okno na świat. Spoglądałam w dół, na światło padające z okien budynków mieszkalnych stojących u podnóża góry Nak. Moja kuzynka znalazła mi oktap bang blisko jej mieszkania. Wpatrywałam się w budynki, starając się zgadnąć, które z tych wydobywających się z nich niezliczonych świateł pochodzi z mieszkania mojej kuzynki, potem spoglądałam w górę na usiane gwiazdami niebo. Próbowałam przeliterować ułożone z gwiazd słowa: Nie wolno nam napisać ani jednego zdania prowokującego do przemocy. Spoglądałam też na widniejącą w oddali wieżę Namsan. Nie wyglądała tak samo jak za dnia, w nocy płonęła światłem i była wyraźnie widoczna. Fakt, że coś niezmiennie stało w tym samym miejscu, powodował, że uspokajałam się, nawet jeśli była to tylko wieża. W dzień o niej zapominałam, w nocy nieświadomie się na nią patrzyłam. W ciemne noce, kiedy chmury przesłaniały wieżę, wychylałam głowę częściej i czekałam, aż obłoki odpłyną. Pomyślałam, że muszę tam pójść. Zaskoczyłam samą siebie, wyobrażając sobie, że idę tam z Myeong-seo czy z Mi-ru. Ostatnia strona Oddychamy zawierała listę dwudziestu książek, które profesor Yun zalecał przeczytać. To była ostatnia strona, którą przepisałam na maszynie.

W dniu, w którym zaniosłam profesorowi kopie Oddychamy, przed wyjściem ze szkoły długo wpatrywałam się w plan miasta. Nie spieszno mi było wracać do mego pokoju. Wybrałam najdłuższą drogę, następnie zawiązałam sznurowadła. Bez tekstu do przepisywania zaczęłam odczuwać głęboką pustkę. Już nie było potrzeby, by jak najszybciej łapać autobus i jechać do domu. Maszyna do pisania stała ciągle na moim biurku, a mnie ogarnęło poczucie smutku, że znowu zostaję sama.

Brązowa Księga 3

Zanim Myeong-seo i Mi-ru weszli do mojego pokoju, stali przez chwilę przed wejściem. Weszłam pierwsza i usunęłam znad mojego biurka kartkę papieru, na której zapisałam to, co postanowiłam robić po powrocie do miasta. Z jakiegoś powodu czułam, że muszę ją schować. Do pokoju wszedł kot i zaczął eksplorować teren, jakby szukał dla siebie miejsca na tym nieznanym terytorium. Wskoczył na parapet i zwinął się tam w kłębek. Myeong-seo przeniósł palmę z plastikowego pojemnika do doniczki i postawił na moim biurku. Potem usiadł na krześle i zaczął pisać na maszynie, której jeszcze nie zwróciłam. Mi-ru stała przy kuchni. Chociaż nazywałam to kuchnią, tak naprawdę był to zlew i stojąca naprzeciw lodówki kuchenka. Umyłam ryż i włożyłam do garnka, następnie rozłożyłam blat po jednej stronie kuchennej szafki, tak żebym mogła na nim postawić wyjęte z lodówki pojemniki z przystawkami. Wysuwany stolik był krótki i wąski. Kiedy go nie używałam, zawsze był wsunięty. Gdy przy nim siedzieliśmy, dotykaliśmy się kolanami. Wyjęłam z lodówki przystawki i otworzyłam pojemniki. Przyniosła mi je kuzynka. Były tam smażone anchois, marynowany bekon w sosie sojowym i liście perilli. Gdy wyjmowałam pojemniki, Mi-ru mruczała pod nosem nazwy znajdujących się w nich potraw, jakby recytowała tytuły książek: kimchi z rzodkwi, duszony korzeń lotosu, smażony korzeń łopianu... Zastanawiała się na głos, dlaczego mam tak dużo jedzenia i czy sama to wszystko przygotowałam.

- Mam starszą kuzynkę, która mieszka w pobliżu. Zrobiła to dla mnie.

- Mówiłaś, że masz tylko kimchi z liści perilli.

- Nie zdawałam sobie sprawy, ile tego jest - wskazałam na łopian i korzenie lotosu. - Pierwszy raz to otwieram.

- Dlaczego?

- Gdy jestem sama, nie wyciągam wszystkiego.

To była prawda. Jadałam, żeby zaspokoić głód, a nie, żeby się delektować smakiem potraw. Kuzynka zrobiła mi to wszystko i wstawiła do lodówki, ale zawsze wyjmowałam tylko trzy pierwsze pojemniki. Myeong-seo skończył pisać na maszynie, podszedł do stołu i zaczął przekładać jedzenie na mniejsze talerzyki.

- Mam trochę malwy. Może zrobimy zupę?

- Nie trudź się... Tego już i tak jest za dużo.

To była prawda. Przystawki zakryły cały stolik.

- Ale to nasz pierwszy wspólny posiłek. Musimy mieć zupę.

Wzięłam garnek, nalałam do niego wody i postawiłam na kuchence. Potem wyjęłam z lodówki malwę. Też przyniesioną przez moją kuzynkę.

- Masz nawet malwę! Pozwól, że ja to zrobię.

Mi-ru wzięła ode mnie malwę i szybko ją obrała. Jej pokryte bliznami ręce sprawnie poruszały się między zielonymi łodygami rośliny. To był zaskakujący widok. Wyglądało na to, że często gotuje zupę z malwy, bo bez najmniejszego wahania zdjęła z rośliny cienką zewnętrzną skórkę i wybierała twardsze kawałki. Dodała soli do gotującej się wody, aby zblanszować liście malwy, potem ukręciła je pod bieżącą wodą.

- Najpierw blanszujesz malwę?

- Trzeba pozbyć się gorzkiego smaku.

- Chyba lubisz tę zupę.

- Moja siostra lubiła. Dorastałyśmy w domu z ogrodem. Każdego ranka, pierwszą rzeczą, jaką robiłam, było pójście z koszykiem do ogrodu i nazbieranie malw dla mojej siostry. To było niesamowite. Ucinałam zieloną roślinę przy samym korzeniu, ale bardzo szybko odrastała w tym samym miejscu. Byłam bardziej zainteresowana strząsaniem rosy z liści niż samą malwą. Zanim dotarłyśmy do domu, moje spodnie były całe mokre. Chociaż mówiła, żebym nie zawracała sobie głowy robieniem zupy i sama się do niej zabierała.

- Mam też krewetki.

Mi-ru wyjęła z lodówki plastikową torbę, zajrzała do środka i ucieszyła się.

- Nawet krewetki masz?

Umyła je i dodała do garnka. Pomyślałam o mojej mamie, która ukręcała liście malwy, aż woda stawała się zielona. Potem płukała je i dodawała do zupy. Nigdy sama nie zrobiłam zupy. Czułam się dziwnie, patrząc na tak biegłą w gotowaniu Mi-ru. Moja kuzynka robiła kimchi z liści perilli inaczej niż moja mama, ponieważ najpierw zaprawiała je sosem sojowym i gotowała na parze. Myeong-seo musiał być naprawdę głodny, gdyż złapał liść w palce i zjadł go. Mi-ru spojrzała na niego i podała mu parę pałeczek. Wziął je i zjadł kolejny liść. Wyglądali razem tak naturalnie, że przez chwilę miałam ochotę tylko im się przyglądać.

Kiedy zupa się zagotowała, wylegujący się na parapecie kot zaczął prostować grzbiet. Wyciągnął przednie łapy, jedną po drugiej, przed siebie i zadarł wysoko zadek, żeby wyprostować kręgosłup. Jego elastyczny brzuch oparł się na parapecie. Potem zeskoczył lekko na podłogę i podszedł do Mi-ru, owijając ogon wokół jej spódnicy i delikatnie jej dotykając. Przez cały czas miał pyszczek odwrócony od Mi-ru, jakby udawał, że wcale nie miał zamiaru tego zrobić.

- Tak się z nami komunikują. Tak koty mówią, że czują się z tobą silnie związane. Jeśli do niej podejdziesz, to samo zrobi tobie.

Kot siedział cicho przy nogach Mi-ru i patrzył na mnie. Jego niebieskie oczy jakby pytały: Kim jesteś? Nałożyłam ryżu do misek. Po raz pierwszy jadłam w tym pokoju z innymi osobami. Każdy talerz w mojej szafce służył do serwowania ryżu lub zupy. Zaraz po nakryciu do stołu Mi-ru wzięła z mojego biurka kawałek papieru i ołówek i zapisała dzisiejszą datę oraz nazwy wszystkich znajdujących się na stole potraw: zupa z malwy, ryż, kimchi z liści perilli...

Brązowa Księga 4

6 Emily Dickinson, Wiersze wybrane, dz. cyt., s. 191.

Cała nasza trójka - Myeong-seo, Mi-ru i ja - spacerowaliśmy po mieście częściej, niż zwykłam to robić sama.

Szliśmy obok siebie, aż droga stawała się za wąska i Myeong-seo w naturalny sposób wysuwał się na czoło, za nim podążała Mi-ru, a ja na końcu. Kiedy droga znów się rozszerzała, automatycznie zaczynaliśmy iść ramię w ramię. Spacerowanie z nimi różniło się od chodzenia samej. Myślałam, że spacerując z nimi, nie będę mogła widzieć miasta tak szczegółowo jak wtedy, gdy przemierzałam je sama, ponieważ będziemy zwracać więcej uwagi na siebie, ale okazało się, że we trójkę jesteśmy w stanie zobaczyć więcej. Jeśli ktoś z nas coś wskazał i mówił: Spójrzcie na to, pozostali odwracali się w tamtym kierunku i cała nasza trójka stawała się jednością. Dzięki temu dostrzegałam rzeczy, które sama pewnie bym przeoczyła, ponieważ coś innego odwróciłoby moją uwagę. Mi-ru często wskazywała na niebo. Ciemne chmury, białe chmury, płonące słońce, półksiężyc wiszący na nocnym niebie, otaczająca go o północy aureola, ptaki przecinające ciemności. Dzięki Mi-ru zaczęłam zwracać uwagę na płynące po nocnym niebie obłoki. Patrzyłam nawet na konstelacje Kasjopei i Andromedy, znajdując je na podstawie pozycji Wielkiego Wozu, tak jak robiłam w dzieciństwie. Myeong-seo zazwyczaj wskazywał na ludzi. Spójrz na nich, mówił, a my spoglądaliśmy na ciężko pracujących, ledwo wiążących koniec z końcem ludzi z czerwonymi wypiekami na twarzy. Widzieliśmy czyjąś matkę pracującą w restauracji, w skupieniu obracającą pałasza, opiekającą go na złoty kolor nad koszem przy wejściu na rynek. Widzieliśmy czyjąś spacerującą, pochyloną babcię, zgiętą wpół pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, a każdy jej krok zdawał się trwać całą minutę. I dostrzegaliśmy warzywa, które babcia przyniosła do miasta, aby je sprzedać. I dzieci o czerwonych policzkach biegające za piłką, i pijanego mężczyznę z papierosem w ustach siedzącego niepewnie na wiadukcie.

Stworzyliśmy z szukania rzeczy, które spadły, oderwały się lub skrzywiły i wymagały naprawy, swoistą grę. Przekrzywio­ne lub leżące znaki drogowe, porozrzucane przed czyimiś drzwiami buty - kiedy tylko ktoś z nas dostrzegł coś takiego, biegł i poprawiał to. Szczególnie zafascynowana tą grą była Mi-ru. Nawet później, widząc coś takiego, obsesyjnie naprawiała lub kładła na odpowiednie miejsce. Odstawiała wyciągnięte na chodnik kosze na śmieci, a nawet przesadzała kwiatki. Raz, przechodząc obok straganu z owocami, przystanęła, aby ułożyć jabłka w jednej linii. Ale właściciel myślał, że je kradnie, gdyż na jego widok bardzo szybko schowała do kieszeni swoje pokryte bliznami ręce. Myeong-seo zawsze, widząc dwoje spacerujących obok siebie kochanków, wciskał się między nich tak, by musieli oder­wać od siebie ręce. Na początku Mi-ru i ja starałyśmy się go przed tym powstrzymać, ale z czasem dołączyłyśmy do tej zabawy i próbowałyśmy policzyć, ile par udało nam się oderwać od siebie na określonym odcinku naszej trasy. Robiliśmy różne głupie, nieprzemyślane rzeczy, aby zwalczyć nasz niepokój i samotność. Później podczas tych spacerów, dostrzegając przed nami jakąś parę, czekałyśmy z Mi-ru niecierpliwie, aż Myeong-seo ją rozdzieli. Kiedy widzieliśmy parę wyjątkowo zakochaną, obserwowałyśmy to, co robił, z większą uwagą. Gdy mu się udawało, układał palce w literę V i wtedy wszyscy uśmiechaliśmy się do siebie. Zaraz potem mówił: Patrzcie na to, a następnie odwracał się, żeby zobaczyć, czy zakochana para, którą właśnie rozłączył, idzie dalej, złączona w jeszcze silniejszym uścisku.

Rzeczy, które robiliśmy razem, bardzo wpływały na to, jak się zachowywałam, gdy byłam sama. Kiedy sama, w domu, spoglądałam na gwiazdy świecące na granatowym niebie i patrzące na mnie z góry, mówiłam do siebie: Patrzcie na to! Nawet bez nich w pobliżu miałam wrażenie, że patrzą na nie razem ze mną. Czy to Droga Mleczna? - zastanawiałam się na głos, a potem wymawiałam imię Mi-ru. Patrząc na rumianą twarz mężczyzny sprzedającego bułeczki na parze na parterze mojego budynku, jak odkrywa dużą żeliwną pokrywę, aby wyjąć świeżo przygotowane smakołyki, myślałam o Myeong-seo. Na pewno wskazałby na mężczyznę i powiedział: Patrzcie na to!

Na ulicach miasta często śmialiśmy się z rzeczy prawie niedostrzegalnych. Śmialiśmy się przez chwilkę, a potem wpadaliśmy w dziwny nastrój, aż śmiech ustawał. Nigdy w tym mieście aż tak się nie śmiałam. Czy można się śmiać tak bardzo? To pytanie często przesiąkało me myśli niczym woda. Przez całe lato i większość jesieni Mi-ru codziennie nosiła tę samą spódnicę. Nigdy wcześniej takiej nie widziałam. Zarówno w szkole, jak i na ulicy ta kwiecista spódnica bardzo rzucała się w oczy. Śmiałam się w duszy, ale jednocześnie nagły jej widok sprawiał, że czułam zdenerwowanie i mój śmiech zostawał zredukowany do kilku chichotów.

Nie zawsze byliśmy tylko we trójkę. Czasem dołączał do nas Wodospad, ten, o którym opowieścią Myeong-seo rozśmieszył mnie w dniu protestu w centrum miasta, ten, którego użył do rozśmieszenia mnie w środku tego całego zmieszania. Wodospad istniał naprawdę. Posługiwał się pseudonimem zamiast prawdziwym imieniem - Chae-su. Potem dowiedziałam się, że imię Wodospad wzięło się od nazwy słynnego Domu nad Wodospadem, zbudowanego przez amerykańskiego architekta Franka Lloyda Wrighta. Zaraz po spotkaniu Chae-su dowiedziałam się, dlaczego wybrał taki przydomek. Powiedział, że widział na ilustracji ten dom w Mill Run nad potokiem Bear Run, w górach, w Pensylwanii. Dodał, że to nie dom, a dzieło sztuki. Został zbudowany dla dyrektora domu towarowego jako dom letniskowy na weekendy. Twarz Chae-su mówiącego o wielkim zaskoczeniu ludzi doskonałą architekturą Domu nad Wodospadem, gdy został ukończony i otwarty, pokrywała się tęsknotą. Dom postawiono bez wycięcia choćby jednego drzewa. Stał w miejscu, gdzie szum wodospadu słyszało się nawet, zanim się go zobaczyło.

Obok domu przepływa strumień, a pokój gościnny i cztery sypialnie są zawieszone nad jego nurtem. Chae-su wyjaśnił, że taras, większy od wnętrza domu, został tak umieszczony, aby do środka budynku można było wejść z mostu przerzuconego nad wodospadem. Dodał, że ów dom jest dowodem na to, że nawet architektura ma duszę. Dlatego wolał, aby go nazywano Wodospad niż Chae-su. Był rodowitym mieszczuchem, urodzonym i wychowanym w mieście, którego granic nigdy nie przekroczył. Opowiedzieliśmy Mi-ru historię Wodospada i jego pomyłki dotyczącej piersi płaczącej dziewczyny, ale nie śmiała się. Sprawiała wrażenie smutnej. Oparła się o słup telefoniczny i głęboko oddychała.

Brązowa Księga 5

W sobotę wybierałam się na spotkanie z Mi-ru, kiedy za­dzwonił.

- Co robisz?

- Idę na spotkanie się z Mi-ru.

- Z Mi-ru?

Mogłam odpowiedzieć od razu, ale zawahałam się. Wszędzie chodziliśmy razem: ja, Mi-ru i Myeong-seo.

- Gdzie?

- Idziemy do łaźni publicznej.

- Do Łaźni Dongsung?

- Skąd wiesz?

Zamiast odpowiedzi wydał z siebie głębokie westchnienie. Słysząc jego oddech, poczułam żal, że nie zabieramy go ze sobą. Ale jakoś nie mogłam go zaprosić, aby poszedł z nami do łaźni. Wypowiedział moje imię: Jeong Yun, a potem zamilkł. Spojrzałam na koszyk z przyborami do łaźni i też nic nie powiedziałam.

- To dobrze - powiedział.

Nie wiedziałam, co ma na myśli, więc słuchałam dalej.

- To dobrze, że Mi-ru ciebie ma.

Rozłączył się bez słowa pożegnania. Jego ostatnie słowa zabrzmiały tak smutno, że ogarnęło mnie zaskakujące uczucie żalu, podobne do tego, jakiego doświadczyłam, kiedy jakiś czas temu szliśmy razem ulicą i obserwowaliśmy Mi-ru prostującą przekrzywione szyldy na ulicy, układającą w rzędzie porozstawiane doniczki, pijącą kawę lub wchodzącą na wystawę Dwunastu młodych pisarzy. Albo piszącą coś w swoim notatniku czy chodzącą na zajęcia profesora Yuna. Po tym, jak się rozłączył, nadal stałam ze słuchawką w ręku.

Pewnego dnia, kiedy ojciec i moja kuzynka przyszli mnie odwiedzić, tato przyniósł aparat telefoniczny. Sam wcześniej złożył podanie o przyznanie numeru, znalazł miejsce w moim pokoju i zainstalował telefon, a potem wrócił na wieś, cały czas denerwując się, że mieszkałam na zboczach tak stromego wzgórza. Dzwonił do mnie wcześnie rano lub późnym wieczorem. Łatwo było zgadnąć, że to on telefonuje. Słysząc sygnał, myślałam sobie: Tata dzwoni. I zawsze miałam rację. Kolejną osobą po moim tacie i kuzynce, która też do mnie dzwoniła, był Myeong-seo. Mój numer telefonu zapisałam jemu i Mi-ru na dłoniach. Mi-ru zadzwoniła do mnie tylko raz, aby powiedzieć: Więc to jest twój numer. Po czym się rozłączyła.

Wyszłam z koszykiem, w którym znajdowały się ręcznik, grzebień i szampon, i trzymając to wszystko w dłoni, zobaczyłam listonosza wkładającego list do mojej skrzynki i odchodzącego. Ponieważ nigdy nie otrzymałam żadnego listu na ten adres, miałam zamiar po prostu go tam zostawić, ale charakter pisma na wystającej ze skrzynki kopercie wydał mi się znajomy, więc schyliłam się i zajrzałam do środka. Zobaczyłam pismo Dana. List od Dana? Stojąc przed skrzynką pocztową, otworzyłam kopertę.

9 października

Yun,

wybieram się do miasta. Zadzwonię do Ciebie za kilka dni, zanim wejdę do pociągu. Mam adres i numer telefonu od Twojego ojca.

Dan

Treść listu Dana, napisanego jego zamaszystym charakterem pisma, była tak krótka, że mógłby to być telegram. Nie pytał, jak się czuję, nie pisał, jak się czuje on. Wyprowadziłam się do miasta, nie mówiąc mu o tym. Nawet nie podałam mu ani nowego adresu, ani numeru telefonu. Musiałam go tym zranić, ale nigdy nie robił mi z tego powodu wyrzutów. Włożyłam list do tej samej kieszeni, w której trzymałam pierścionek od mamy, i poszłam aleją w dół. Zimny wiatr muskał tył mojej szyi. Idąc w milczeniu, ze spuszczoną głową na spotkanie z Mi-ru, dotknęłam spoczywającego w mej kieszeni listu trzy razy, może więcej. Przyszło mi do głowy, że jeszcze nigdy nie straciliśmy kontaktu ze sobą na tak długo. Z Myeong-seo i Mi-ru spotykałam się codziennie, a Danowi nawet nie podałam mojego nowego numeru telefonu czy adresu. Nie podałam, bo nie mog­łam. Ilekroć o nim myślałam, przypominały mi się jego słowa: Ty mnie nie kochasz.

Odwróciłam głowę w stronę łaźni i od razu zobaczyłam kwiecistą spódnicę Mi-ru. Za sprawą tej spódnicy wyróżniała się wszędzie. Zwłaszcza kiedy zmieniała się pora roku. Latem, bo kontrastowała ze wszystkim dookoła, przez pozostałą część roku - ponieważ powinna być noszona tylko latem. Mi-ru trzymała w ręce bilety wstępu do łaźni. Podeszłam do niej, a ona podała mi kluczyk do schowka. Weszłyśmy do przebieralni i stanęłyśmy obok siebie przed szafkami oznaczonymi numerami sześćdziesiąt dwa i sześćdziesiąt trzy. Zdjęłam ubranie i zaczęłam je składać. Spojrzałam na odpinającą sobie spódnicę Mi-ru.

- Dlaczego zawsze nosisz tę spódnicę? - zapytałam.

Mi-ru zawahała się, a następnie, nie odpowiadając, złożyła spódnicę i umieściła ją w szafce. Zdjęła bluzkę, złożyła ją i też włożyła do środka. Nawet w mojej obecności Mi-ru tak często zatracała się w swoich myślach, że czułam się w obowiązku spytać, o czym myśli. Zdjęła bieliznę, złożyła ją i położyła na ubraniach. Jej stanik, majtki, a nawet bluzka, którą nosiła ze spódnicą - wszystko to było białe.

Chociaż była to sobota, w łaźni nie było wiele osób. W jednym rogu młoda matka myła włosy swojej około czteroletniej córce, były też dwie kobiety w wannie - jedna w podeszłym wieku, druga w średnim. Najpierw wzięłyśmy prysznic.

Brązowa Księga 6

Mi-ru otworzyła sięgającą jej do bioder bramkę przed domem. Furtka ustąpiła bez oporu. Wyglądała, jakby korzystali z niej mieszkańcy kilku domów. Otwierała drogę na szerokie podwórze. Mi-ru nie poszła w jego kierunku, ale w stronę znajdujących się kilka kroków od bramy schodów.

- Uważaj na stopień.

Schody prowadziły w dół. Już mi się wydawało, że doszłyśmy na ostatni stopień, ale tuż za zakrętem ujrzałyśmy przed sobą więcej schodów. To było jak schodzenie ze wzgórza, na które dopiero co weszłyśmy. Pokój Mi-ru znajdował się na samym dole. Wyjęła z kieszeni klucz i włożyła go do zamka. Otworzyła drzwi i od razu zapaliła światło, wołając: Emily! Spojrzałam na górę schodów, którymi dopiero co zeszłyśmy. Czułam się odcięta od świata zewnętrznego. Znajdujący się na samym dole schodów pokój Mi-ru był ciemniejszy niż opuszczony dom, do którego zabrała mnie z łaźni. Pewnie musiała zapalać tu światło nawet w dzień.

- Wejdź.

Mi-ru zdjęła buty i weszła pierwsza. Nie widziałam innych butów oprócz tych, które kiedyś mi pożyczyła, a które stały przed szafką na buty. Pamiętam, jak tamtego dnia wiązała mi sznurówki. I jak potem ukucnęłam przy znajdującym się na zewnątrz mojego pokoju kranie i je umyłam. Wystawiłam je do wyschnięcia na najbardziej nasłonecznionym miejscu przy biegnącej dookoła krawędzi dachu betonowej ścianie, a potem przez przypadek je upuściłam i musiałam zbiec na dół, aby je podnieść i umyć ponownie. To były te same buty, które miałam na sobie, kiedy wyszliśmy na ulice po zamieszkach, a potem poszliśmy do mojego domu zjeść posiłek. Tego dnia złapałam też Mi-ru za rękę. Gdyby jej ręce nie były poparzone, palce byłyby długie, smukłe i jasne. Czułam, jak jej palce drżą w mojej dłoni. Pamiętam, jak leżała na brzuchu w moim pokoju i patrzyła na kopie Oddychamy, a ja ściskałam jej dłoń. Ilekroć bezmyślnie patrzyłam na moje ręce, kuzynka łapała mnie i mówiła: Jesteś samotna. Wierzyła, że ludzie patrzą na swoje ręce w samotności. Mnie taka myśl nigdy nie przyszłaby do głowy, ale potem, za każdym razem, patrząc na ręce, myślałam o jej słowach. To chyba prawda, że ludzie, którzy razem mieszkają, nieświadomie przejmują od siebie wzajemne przyzwyczajenia. Robiłam to samo Mi-ru, co kuzynka robiła mnie. Po tamtym dniu wydawało się, że ręce Mi-ru, zawsze schowane w kieszeni, nie mają już przede mną tajemnic.

- Emily.

Mi-ru weszła do środka i kilka razy cicho zawołała kotkę.

- Jeong Yun, wejdź i zobacz to.

Zdjęłam buty, położyłam obok butów Mi-ru i postawiłam koszyk na podłodze. Potem podeszłam do niej.

- Zobacz, jak śpi.

Mi-ru wskazała na kotkę śpiącą w małym pudełku pod oknem. Zwierzę leżało na grzbiecie z otwartym pyszczkiem, odsłoniętym brzuchem i wszystkimi czterema łapami zwieszonymi w powietrzu. Nie mogłam się powstrzymać od śmiechu. Spała zupełnie nieświadoma naszego wejścia do pokoju. Nos i uszy miała różowe. Nawet skóra między jej małymi pazurkami była tego koloru. Po raz pierwszy widziałam z bliska śpiącego kota.

- Czy tak zazwyczaj śpią koty? - zapytałam.

- Nie. Czasami śpi zwinięta w kłębek jak piłka lub wyciąg­nięta jak kałuża. Bywa też, że śpi na stojąco. Lub z pyszczkiem położonym na przednich łapach. Jest tak elastyczna, że może nawet spać z ciałem wykręconym w połowie, rozciągniętymi tylnymi łapami i zadartą głową. Tę pozycję lubię najbardziej. Śpiąc w niej, sprawia wrażenie wyjątkowo spokojnej.

To była prawda. Śpiąc w ten sposób, Emily sprawiała wrażenie, że jest jej kompletnie obojętne, kto wszedł do domu. Wyglądała zupełnie inaczej, niż kiedy dumnie krążyła po pokoju z wysoko zadartym ogonem. Na jednym z białych policzków miała zieloną plamkę.

- Skąd to ma? - zapytałam.

Mi-ru wskazała na okno. Widać było przez nie trawnik, który minęłyśmy po drodze. Zielone łodygi rosnących blisko okna roślin zaglądały do pokoju. Ta plamka musiała być od leżenia na trawie.

- Głodna? - zapytała Mi-ru.

- Trochę.

- Nie mam nic do jedzenia. Mogłam coś kupić po drodze. Co robimy?

- To nic. Nie jestem aż taka głodna. Zjem później, w domu.

Spojrzałam na śpiącą w pudełku Emily i podeszłam do okna. Po długim schodzeniu po schodach myślałam, że pokój Mi-ru będzie się znajdował całkowicie pod ziemią, więc widok zielonych łodyg za oknem był dla mnie miłym zaskoczeniem. Rośliny sprawiały wrażenie, jakby miały wsunąć do pokoju swe pędy, gdyby tylko otworzyło się okno. Mi-ru musiała zostawić je niezamknięte, bo leciutko pchnięte, otworzyło się. Tak jak przypuszczałam, rośliny wsunęły swe długie, ozdobione zielonymi liśćmi łodygi do pokoju.

- To lilie.

- Lilie?

- Ten pokój jest wbudowany we wzgórze, więc jego część znajduje się pod ziemią, ale druga nad nią. Jeśli staniesz tam, zobaczysz, co jest na zewnątrz. Myeong-seo był na mnie zły, że się tu przeprowadziłam. Powiedział, że nie ma tu światła. Szkoda mi Emily, bo ona lubi słońce. Podobały mi się schody, ale Myeong-seo upierał się, że to źle mieszkać w miejscu, do którego nie dochodzą słoneczne promienie. Pytał, dlaczego chcę żyć w jaskini. Ale ja się uparłam, więc zaraz po przeprowadzce zasadził bulwy, te tam, które wyglądają jak cebule. Powiedział, że lilie nie muszą mieć słońca. Zasadził ich tak dużo, że kiedy zaczęły kiełkować i się rozrastać, musiałam je przenieść. Późną wiosną z każdej cebulki wyrosły dwa lub trzy kwiaty, a wszystko dookoła pachniało liliami. Ich kwiaty są zwrócone ku dołowi, jakby patrzyły w ziemię. Pewnego dnia Emily zniknęła, a ja poszłam jej szukać. Znalazłam ją śpiącą pod liliami.

Wyciągnęłam dłoń i dotknęłam zasadzonego przez Myeong-seo kwiatu lilii. Rośliny musiały być mocne, żeby kwitnąć między wiosną a latem, a potem, przez kolejne miesiące, czekać. Bulwy były zakopane w ziemi niczym kartofle. Nawet jak ich łodygi więdną, bulwy żyją pod ziemią aż do nadejścia wiosny, a potem wysyłają świeże pędy nad ziemię, gdzie kwitną na biało i wypełniają przestrzeń pięknym zapachem. Odepchnęłam łodygi i zamknęłam okno. Kot spał ciągle w tej samej pozycji. Dopiero teraz rozejrzałam się po pokoju Mi-ru. Obok pudełka, w którym spała Emily, stała drabina, tego samego koloru co drewniana podłoga. Wiodła na antresolę, gdzie znajdowało się łóżko.

Byłem tym też zaniepokojony.

Brązowa Księga 7

Yun,

pomyślałem, że przed wyjściem z wojska do nikogo nie napiszę. Ale piszę do Ciebie, więc to było niedotrzymane przyrzeczenie. Na czystej kartce papieru napisałem: Jeong Yun, potem: Yun, a potem pisałem na przemian Jeong Yun i Yun. Yun napisałem dziesięć razy więcej. Potem znowu napisałem Yun, postawiłem przecinek i długo siedziałem, patrząc na Twoje imię. Dlaczego nie mogłem napisać nic więcej? Jakbym był żołnierzem, ale brał udział w walce z niechęcią pisania do Ciebie. Moja siostra napisała mi w liście, że prosiłaś ją o mój adres. Od tamtego dnia czekałem na jakąś wiadomość od Ciebie. Nie na odpowiedź na mój list, ale na list, jaki napisałabyś pierwsza.

Wszystkich poza wojskiem nazywamy "cywilami". Innymi słowy, jesteś cywilem, a ja żołnierzem. Gdybym zdecydował, że nie będę pisał do nikogo spoza armii, ponieważ chcę być tylko żołnierzem, pewnie byś się śmiała. Ale tak właśnie jest - jak długo jestem w służbie, chcę pozostawać wyłącznie żołnierzem. Ponieważ właśnie po to tu uciekłem. Chciałem zapomnieć o mojej delikatnej naturze i spędzać czas w pełni uzbrojony, hartować się przez dyscyplinę i szkolenie. Choć nie chciałem oglądać Twojej twarzy, przed wstąpieniem do wojska poszedłem Cię zobaczyć, ponieważ nie miałem zamiaru pisać. Jak widzisz, nie udało mi się wytrwać w tym postanowieniu.

Prawie rok zajęło mi uświadomienie sobie tego, że moje uczucia do Ciebie nie idą w parze z moją decyzją. Boję się, że w tym liście poproszę Cię, żebyś mnie odwiedziła. Ale jeśli Ci o tym wspomnę, to zrób coś dla mnie - nie przychodź. Nawet moja rodzina ma zakaz odwiedzania mnie. Nie chcę tu widzieć żadnych cywilów. Naprawdę. Na swojej pierwszej przepustce zakazałem mamie i siostrze mnie odwiedzać. Powiedziałem, że jeśli się tu pokażą, pójdę na zwolnienie lekarskie, i że wolę zasłużyć sobie na przepustkę, i pojechać do nich osobiście. Nie udało mi się wytrwać również w tym postanowieniu. Czy wysyła się na wakacje dobrego strzelca? Wyobrażam sobie, że się śmiejesz i mówisz mi w duchu, żebym przestał żartować. Ale, Yun, tutaj odnalazłem siebie. Jestem doskonałym strzelcem.

Yun,

znowu napisałem Twoje imię i długo na nie patrzyłem. Często myślę o Twoich znajomych, których spotkałem, kiedy przyjechałem do Ciebie w odwiedziny. Byłem szczęśliwy, widząc, że masz u swojego boku takich przyjaciół. Nigdy nie myślałem, że spotkam osobiście profesora Yuna, którego dotąd znałem tylko jako autora książek. Wyglądasz przy nim pięknie. On ma wygląd surowy, ale zarazem sprawia wrażenie osoby bardzo ciepłej. Zazdroszczę Wam wszystkim, że jest Waszym nauczycielem. Myślę, że powodem mojej ucieczki do wojska było też właśnie to, że w moim otoczeniu nie miałem takich przyjaciół. Czułem, że przyłączyłem się do Twojego "Ja" i stopiłem się z nim w "My". Godziny spędzone na spacerze po fortecy w Twoim mieście były niczym sen. Nie czekam na nikogo, ale, Yun, chciałbym móc znowu przeżyć tę noc spędzoną z Tobą i z Twoimi znajomymi na kempingu, znów odważnie rozbić namiot obok twierdzy, choć wiadomo, że to zabronione. Wspomnienia tych pięknych chwil będą podtrzymywać mnie na duchu aż do momentu, gdy opuszczę armię. Również obrazy chwil spędzonych w domu, gdzie jadłem obiad z Tobą i Myeong-seo, zapewne pozostaną ze mną do końca życia. Czyja to była gitara? Piosenki, które razem śpiewaliśmy... I pomyśleć, że spędziłem kilka dni w domu u dopiero co poznanych ludzi. I pomyśleć, że miałem taką możliwość. Dlaczego ten dom był pusty? Pamiętam spojrzenia Myeong-seo i Mi-ru, kiedy następnego dnia zobaczyli nas wyrywających chwasty na podwórzu. Czasami zastanawiam się, czy to wszystko wydarzyło się naprawdę. Chociaż byłem w tym domu tylko raz jeden jedyny, myślę, że mógłbym bez problemu trafić tam znowu. A to oznacza, że to nie był sen. Jestem szczęśliwy, że mog­łem tam być.

Yun,

nie mógłbym sobie nawet wymarzyć, że pojawisz się w poczekalni ośrodka szkoleniowego z książką z wierszami Emily Dickinson. Kiedy zawołałaś z daleka "Dan!", myślałem, że mam halucynacje. I nie byłaś sama, ale z Myeong-seo, Mi-ru i jej kotem o imieniu Emily. Tam właśnie stałaś, tuż przede mną, zmęczonym bezustannym powstrzymywaniem mamy i siostry przed odwiedzeniem mnie. Nie chciałem, żeby ktokolwiek patrzył, jak odchodzę. Nie chciałem podnosić ręki, by pomachać na pożegnanie zza drzwi samochodu. Nawet głowę ogoliłem dopiero w drodze do obozu. Byliście pierwszymi znajomymi, którzy zoba­czyli mnie z ogoloną głową. Żenujące. Przypominam sobie twarz Myeong-seo, kiedy zapytałem, dlaczego przyszliście, a on powiedział, że to był jego pomysł. Dziękuję za przyprowadzenie Emily i za możliwość potrzymania jej, bo żegnając się z Wami w domu, nie miałem okazji jej pogłaskać. Czułem się źle, bo unikałem wszelkiego kontaktu z nią. Nigdy wcześniej nie trzymałem kota. Czułem ciepło. Była tak gorąca, że wciąż pamiętam ten żar. Gdybym wiedział, że koty są takie ciepłe i miękkie, trzymałbym ją przez cały ten czas pobytu z Wami. Żałuję, że jej nie przytuliłem. Nalegałaś, żebym wziął zbiór poezji, nawet jak powiedziałem, że nie wolno mi brać niczego do wojska. Powiedziałaś, żebym jakoś to przemycił. Zdziwiłabyś się. Trzymam tę książkę nawet teraz - jest pod spodem kartki, na której piszę list. Po wyjściu z wojska opowiem Ci, jak udało mi się ją schować. To będzie prezent ode mnie.

Brązowa Księga 8

7 Emily Dickinson, Wiersze wybrane, dz. cyt., s. 259.

8 Rainer Maria Rilke, Zapiski Maltego..., dz. cyt., s. 8.

Do moich studentów...

Wyjął z kieszeni zaadresowany do nas list napisany przez profesora Yuna przed opuszczeniem szkoły, przeczytał pierwszy wers i podał mi kartkę. List skopiowano i rozdano każdemu z nas. Kartka była pokryta charakterystycznym pismem profesora, którego nie widziałam od jakiegoś czasu. Nie wiedziałam, dlaczego podaje mi ten list, więc zerknęłam na kartkę.

- Przeczytaj to na głos.

- Nosisz go ze sobą?

- Wyjmuję z kieszeni i czytam zawsze, kiedy się denerwuję. - Spojrzał na mnie i uśmiechnął się.

- Pewnie znasz go na pamięć... Dlaczego ja mam go czytać?

- Wiesz, jak rzadko ostatnio słyszę twój głos. Proszę, przeczytaj.

Przeczytanie przez niego pierwszej linijki miało mnie chyba zachęcić. Rozłożyłam kartkę. W myślach mignęły mi błyszczące zza okularów oczy profesora Yuna.

- Przeczytaj - powtórzył Myeong-seo i położył się na ławce. Spojrzał na mnie z boku, a potem położył głowę na moich nogach. Był tak wysoki, że nogi zwisały mu z ławki i dotykały ziemi. Dwie siedzące w pobliżu przepiórki spłoszyły się i wzbiły w powietrze. Dwie godziny zajęło nam wejście na wieżę Namsan, na którą dotąd tylko patrzyłam z okna mojego pokoju, więc Myeong-seo musiał być zmęczony. Biały kwiat akacji spadł z drzewa i wylądował na jego twarzy.

- Przeczytaj.

Uniósł brwi i zamknął oczy. Zerknęłam na jego twarz, a potem obiema rękami uniosłam list. Podniósł rękę i owinął ją dookoła mojej, trzymającej kartkę. Kiedy ostatnio czytałam coś na głos? Moje serce nagle przyspieszyło. Wzięłam głęboki oddech, ale to nie pomogło. Czułam rumieniec na twarzy, więc dotknęłam opuszkami palców płatków, które wylądowały na jego twarzy. Otworzył oczy i zamknął je ponownie. Odchrząknęłam.

Do moich studentów!

Pewnie już wszyscy słyszeliście, że podjąłem decyzję o rezygnacji z pracy na uczelni, na której spędziłem wiele lat. Te ciężkie czasy i pogarszające się zdrowie sprawiły, że trudno mi prowadzić wykłady. Złożyłem już rezygnację na ręce rektora uczelni i po wysłaniu osobnego krótkiego pisma do zarządu fundacji piszę teraz do Was.

Naturalne jest, że pozostawiając to miejsce, gdzie pracowałem i które traktowałem jak mój drugi dom, mam mieszane uczucia. Ale w tej chwili najbardziej dręczy mnie to, co wszyscy o mnie myślą. Jest mi ciężej znieść Wasze spojrzenia niż te mojej rodziny lub współpracowników. Wasze oczy wyrażają krytykę, Wasze ciche prośby pomagają mi zachować siłę lub, jeszcze lepiej, zachęcają mnie do podjęcia działania.

Dla mnie, poety, który z pracy ze słowami i zmagania się z nimi uczynił swój zawód, ta epoka była pasmem nieudanych prób i cierpień. W czasach, kiedy słowa traciły swoją wartość, czasach zdominowanych przez słowa brutalne, słowa wzdęte i pożółkłe z głodu, straciłem chęć, by o nich rozmawiać. Moje użalanie się nad losem słów nie stanowi wstępu do przyznania się do życiowej porażki. Kończę pracę wykładowcy, ale nadal będę starał się żyć jak najlepiej, będę dbać o swoje zdrowie, a przede wszystkim tworzyć poezję. To moje powołanie i obowiązek. Nie jestem typem wojownika, dla którego rezygnacja ze stanowiska jest wyrazem sprzeciwu wobec obecnego stanu rzeczy. Nie jestem też odludkiem, który nihilistycznie pogardza ziemskimi wartościami i wciąż dąży do jakiegoś odległego celu. Choć opuszczam uniwersytet, będę z Wami, i choć czuję się zniechęcony szorstkością języka tych czasów, będę się starał nadal tworzyć. Mam nadzieję, że moją decyzję o opuszczeniu uczelni potraktujecie jako wyraz mojej chęci zobaczenia się kiedyś z Wami ponownie, w innym miejscu, w innym charakterze.

Brązowa Księga 9

Szłam sama ulicą, kiedy nagle zmieniło się światło. Kulki gradu odbijały się od asfaltu i od samochodów, wydając dźwięk tłuczonego szkła. Po przejściu na drugą stronę ulicy zobaczyłam, że przechodnie, chowając się przed gradem, zebrali się pod wiatą przystanku autobusowego. Jakby na złość ludziom, którzy zdenerwowani nurkowali pod mały daszek, grad zaczął padać coraz słabiej, a za moment ustał całkowicie. Wszystko to trwało tylko chwilkę, jak krótka popołudniowa drzemka. Potem zimowe słońce, jak gdyby nigdy nie znikało, pojawiło się znowu między budynkami, oświetlając je swoimi promieniami. Nikt jednak nie chciał wyjść na chodnik, wszyscy patrzyli nieufnie w niebo. Podobnie przypatrywali się mnie, jak weszłam z powrotem na trotuar.

Były akurat zimowe ferie, więc wiał lodowaty wiatr, a szkoła stała pusta. Myeong-seo czekał już na mnie przed teatrem. Na mój widok uniósł ze zdziwienia brwi. Musiało mu być zimno, bo był blady. Nie miał na sobie żadnego szalika czy rękawiczek.

- Dostałeś to? - spytałam go. Przytaknął.

- Ale do czego potrzebowałaś klucza do gabinetu profesora Yuna?

- Mam ze sobą pamiętnik Mi-ru.

Zazwyczaj, patrząc na mnie, uśmiechał się, ale tym razem spojrzał pustym wzrokiem. Czułam lekkie zdenerwowanie, a nie chciałam mówić o Mi-ru, jąkając się.

- Chodźmy najpierw do jego gabinetu.

Zaczął iść przede mną, ale złapałam go za rękę. Nie wyjmował dłoni z kieszeni. Zdjęłam rękawiczkę, włożyłam do torby i wsunęłam rękę do kieszeni jego płaszcza. Kiedy namacałam i ścisnęłam jego dłoń, miałam wrażenie, że się wzdrygnął.

- To ja do ciebie dzwoniłem wczoraj w nocy...

Zamiast odpowiedzi mocniej ścisnęłam jego rękę. Chciałam mu powiedzieć: Nic się nie stało, ale zbyt wiele razy mówiłam te słowa. Nic się nie stało, że zadzwonił. Mógł do mnie telefonować w każdej chwili, o każdej porze dnia i nocy. Chciałam tylko wiedzieć, skąd dzwoni. Wiele razy dzwonił, a ja pytałam, gdzie był, ale nie umiał mi odpowiedzieć. Czasami już chciał coś rzec, ale połączenie zostawało przerwane. Kiedy znowu będziemy normalni? Moja ręka była za mała, żeby objąć całą jego dłoń.

W drodze do gabinetu profesora Yuna odwrócił się i spojrzał na drzewo. Podążyłam wzrokiem za jego spojrzeniem. Wiązowiec, pod którym niegdyś przechodziło mnóstwo studentów, stał teraz samotny w zimowym powietrzu. Przed oczami ujrzałam obraz, który widziałam z tego samego miejsca: Mi-ru spacerującą pod drzewem z torbą na ramieniu i książką w ręku. Jej sposób chodzenia, zgarbione plecy i zaokrąglone ramiona, jakby patrzyła we własne serce. Szeroka spódnica w białe kwiaty na ciemnoniebieskim tle noszona do białego płaszcza z bawełny. Wspomnienie tej powiewającej na wietrze spódnicy powróciło do mnie niczym błysk światła i jeszcze mocniej ścisnęłam jego rękę. Może w tym momencie on też o niej myślał.

Dopiero przed gabinetem profesora Yuna wyciągnął moją rękę ze swojej kieszeni, żeby wyjąć klucz. Choć wiedziałam, że gabinet był pusty, stanęłam obok niego i zapukałam do drzwi, a on w tym czasie próbował wetknąć klucz do zamka.

Gdy weszliśmy do wnętrza pustego od jakiegoś czasu gabinetu, uderzyła nas woń stęchlizny. Weszliśmy do środka, a potem zawahaliśmy się. Powstrzymywało nas chłodne zimowe powietrze i wilgotny zapach, który panował w długo niewietrzonym wnętrzu. Zamknął drzwi i włączył światło. Jak po odsłonięciu okna, światło rozjaśniło biuro i naszym oczom ukazały się książki upchnięte na funkcjonalnych półkach, tak aby zmieściło się ich jak najwięcej. Miałam wrażenie, że na nas patrzą. Spojrzałam na stojące po drugiej stronie półek z książkami biurko profesora Yuna i miałam wrażenie, że słyszę jego głos mówiący: Wejdź, kiedy dawno temu zapukałam do drzwi jego gabinetu po raz pierwszy. Podobnie jak wtedy, stosy książek dzieliły pokój na pół. Czułam się, jakby głowa profesora miała się zaraz ukazać naszym oczom z drugiej strony książek i jakby miał powiedzieć: Usiądź tam na chwilę... Złożyłam ręce, jakbym odmawiała modlitwę.

- Nikogo tu nie ma.

Chociaż było to oczywiste, mruknął te słowa do siebie, stojąc przed sofą. Podeszłam do biurka profesora Yuna. Zwykle pełne otwartych książek i rękopisów, tym razem biurko było zupełnie puste. Wyobraziłam sobie ręce profesora układającego swoje rzeczy i przejechałam dłońmi po powierzchni biurka - pokryły się kurzem. Dotykając ręką blatu, rozcierałam kurz. Ponieważ moja dłoń nie wystarczała, wyjęłam chusteczkę z pudełka, z którego również uniosła się chmura pyłu. Myeong-seo wstał, podszedł do zainstalowanego w rogu gabinetu zlewu i odkręcił wodę. Długo nieużywany kran zatrzeszczał. Zakręcił go, a potem ponownie odkręcił, z większą siłą. Trysnęła woda, więc cofnął się, wycierając krople, które pochlapały mu ubranie, i pochylił się. Pod zlewem stało wiaderko z suchą szmatką. Podstawił szmatkę pod kran, namoczył ją i podszedł do mnie. Bez słowa wytarł biurko, które czyściłam dłonią.

- Pozwól, że ja to zrobię - powiedziałam.

Zignorował mnie i skupił się na czyszczeniu biurka profesora. Sprawiał wrażenie, jakby przyszedł specjalnie po to, żeby je doprowadzić do porządku. Patrzyłam bezmyślnie, jak białą szmatką ściera kurz, a potem pospiesznie otworzyłam okno. W pokoju dał się odczuć powiew zimnego wietrzyku.

- Dobrze, że zostawili jego biuro nietknięte.

- Może kiedyś wróci. Słyszałem, że wciąż nie przyjęli jego rezygnacji.

Wypowiedział słowo Kiedyś... Kiedyś... Obserwując, jak czyści biurko, usłyszałam słowa, które właśnie wyszły z jego ust: Kiedyś... Kiedyś... Skończył czyścić biurko, podniósł poduszkę z krzesła i je również przetarł. Ręką wytrzepał kurz z poduszki i ponownie umieścił ją na krześle, dodając kilka jeszcze mocniejszych klepnięć. Wyglądał mizernie. Zadzwonił do mnie w nocy, już po czwartej. Musiał pić, bo słabo go rozumiałam. Zapytałam, gdzie jest, ale nie usłyszałam odpowiedzi. Takie rzeczy zdarzały się coraz częściej, a teraz nie potrafiłam zapytać, co się stało wczoraj w nocy. Odpowiedziałby: Wsiadłem do metra... i pewnie zasnąłem.

- Nie zimno ci? - zapytał.

- Zimno.

Po starciu całego kurzu z biurka i krzesła profesora Yuna oraz zamknięciu okna palcami uniósł żaluzje i wyjrzał na zewnątrz. Nikogo tam nie było.

Odwrócony do mnie plecami zapytał:

- Dlaczego mnie tu przyprowadziłaś?

- Żeby odłożyć na półkę pamiętnik Mi-ru.

Otworzyłam torbę, wyjęłam gruby notatnik Mi-ru i podeszłam do półki, na której stały książki odwrócone grzbietami do ściany. Opuścił żaluzje i spojrzał na mnie.

Kiedy po raz pierwszy weszłam do tego gabinetu, od razu zwróciłam uwagę na te stare książki wyglądające tak, jakby miały się skruszyć przy najlżejszym dotyku. Książki ułożone w ten sposób, że nie widać było ani ich autorów, ani tytułów. Trzymając pamiętnik Mi-ru, przejechałam ręką po stojących grzbietami do ściany starych woluminach. Czułam się, jakby do mnie mówiły, ale nie mogłam zrozumieć ani słowa. Wydawało mi się, że słyszę głos profesora Yuna mówiący: Zastanawiasz się, dlaczego książki stoją na półce w ten sposób?, po czym nieświadomie odwróciłam się i spojrzałam w stronę biurka. Myeong-seo stał tam, patrząc w moją stronę, z twarzą zsiniałą od zimna, kiedy nasze oczy się spotkały.

Kto mi może powiedzieć

dokąd zmierza moje życie?

Czy nadal wędruję przez sztorm?

Czy stałem się drobną falą na stawie?

A może nadal jestem tylko bladą brzozą pokrytą

wczesnym mrozem wiosennym?

- Rilke, Moje życie

- Opowiem wam o świętym Krzysztofie.

Poprawiłam okulary i rozejrzałam się po klasie. Błyszczące oczy zebranych w niej słuchaczy jednocześnie zwróciły się na mnie. Miałam piętnaście minut na podzielenie się opowieścią z zebranymi w sali studentami. Zdjęłam okulary i położyłam je na stole. Teraz mniej wyraźnie widziałam ich błyszczące oczy. Dostrzegałam jedynie kontury postaci studentów siedzących w tylnym rzędzie. Pytanie: Kim jest Krzysztof?, torowało sobie drogę wśród słuchaczy, tak jak wtedy, kiedy profesor Yun zadał je swoim studentom, w tym mnie i Myeong-seo. Patrzyłam na ich zaskoczone twarze i uśmiechnęłam się do siebie. Zawsze, kiedy młodzi uznawali mnie za sympatyczną, czułam, że się starzeję. Ale starzenie się nie było takie złe. W końcu jedną z jego widocznych oznak jest to, że zazdrość, którą czujesz, patrząc na osoby bezpiecznie przechodzące przez młodość, i płynące niczym drobne fale poczucie straty w kierunku tych, którzy wydają się błyszczeć, niezależnie jak mocno przecierasz oczy, ustępuje, pozostawiając nadzieję, że osoby te nie będą niczym ograniczone w swym posuwaniu się noga za nogą do przodu.

- Kto słyszał imię Krzysztof?

Podniosłam okulary ze stolika i założyłam je z powrotem. Błyszczące oczy studentów ponownie spotkały się z moimi.

Kiedy zadzwonił do mnie po ośmiu latach, żeby mi powiedzieć o profesorze Yunie, nie poszłam do szpitala przez trzy dni. Po odebraniu telefonu siedziałam bezczynnie przez cały poranek, następnie uporządkowałam swoje biurko i już miałam wychodzić do szpitala, gdy telefon zadzwonił ponownie. To był Wodospad. Po ukończeniu studiów w kraju Wodospad wyjechał studiować architekturę na uniwersytecie w Pensylwanii, gdzie znajdował się prawdziwy Dom nad Wodospadem, a potem wrócił i założył biuro projektów architektonicznych zaledwie jedną ulicę od mojego miejsca zamieszkania. Musiał usłyszeć wieści o profesorze od kogoś innego i zadzwonił do mnie, aby mi je przekazać. Pewnie wszyscy ludzie, którzy kiedyś skupiali się wokół profesora Yuna, musieli teraz zawiadamiać o tym jedni drugich. Ponownie słyszane te same wieści wreszcie do mnie dotarły. Zaproponował, że podjedzie do mnie i razem pojedziemy do szpitala, ale mimo iż właściwie już miałam wychodzić, powiedziałam mu, że mam dziś gościa i pojadę później. Gościa?, zapytał i dodał: Zatem do zobaczenia w szpitalu. Rozłączyłam się i siedziałam przy biurku aż do zmroku. Przez chwilę patrzyłam na uprzątnięty blat, a następnie otworzyłam plik dokumentów na temat niewyjaśnionych zgonów i zaczęłam je przeglądać. Zbierałam te informacje od długiego czasu, żeby kiedyś wysłać je starszej siostrze Dana. Czytanie o ludziach, którzy przedwcześnie zmarli, było bolesne. Jak mogłam patrzeć na fotografie wszystkich tych osób, których spotkała nagła śmierć z niewyjaśnionych przyczyn? Cały następny dzień spędziłam przy kserokopiarce, usiłując powielić chociaż część dokumentów dotyczących niewyjaśnionych zgonów w wojsku, by wysłać je do siostry Dana. Chciałam przekonać członków jego rodziny, którzy wciąż nie mogli wyjść z szoku, pokonać bólu i nadal nie chcieli o tym rozmawiać, aby napisali podanie o ponowne wszczęcie dochodzenia w tej sprawie.

To był jego pierwszy telefon od ośmiu lat. Od razu rozpoznałam ten głos. Gdy tylko usłyszałam w słuchawce: Halo, zapy­tałam: Gdzie jesteś? Milczał. Milczał tak od ośmiu lat, a to długo. Osiem lat ciszy. Niewyobrażalna liczba godzin. Ale nawet wcześ­niej, w momencie przebywania z innymi ludźmi, choć dziś już nie pamiętamy po co, przez cały czas unikaliśmy swoich spojrzeń. Aż do czasu, kiedy trzeba było się rozstać. I dopiero wtedy, bez słowa, podaliśmy sobie ręce na pożegnanie. To było wszystko.

Nawet nie pamiętam, gdzie to miało miejsce, pamiętam jedynie czas: letnia noc, po północy. Staliśmy przy ciemnych, stromych schodach ukrytych gdzieś głęboko w mieście. Zbliżyłam się do niego i złapałam go za rękę. W pobliżu musiał znajdować się sklepik z owocami, ponieważ w powietrzu unosił się zapach śliwek. Pożegnałam się z nim przez złapanie i puszczenie jego dłoni i pozwoliłam mu odejść - w tamtym momencie, niezależnie od tego, co myślał, zachowałam dla siebie, niczym muszla perły, rodzące się w mej głowie słowa. Nie mogłam wykrztusić ani Do widzenia, ani Spotkajmy się jeszcze kiedyś. Czułam, że gdybym otworzyła usta i wypowiedziała chociaż jedno słowo, inne mogłyby wyrwać mi się spod kontroli jak padające z łoskotem na podłogę paciorki z rozerwanego sznura korali. W mojej głowie kołatała myśl, że jeżeli przestałabym się kontrolować i zaczęła mówić o czasach, kiedy się nawzajem poznawaliśmy i zgłębialiśmy tajemnice swoich dusz, nie można by tych słów cofnąć, więc tylko stałam z kamienną twarzą. Nie chciałam przekreślać chwil, kiedy w duchu wzajemnego zrozumienia mogliśmy na siebie liczyć.

Czy to teraz, czy osiem lat temu, czas nigdy nie był dla nas sprawiedliwy i nie mijał bez konsekwencji. W chwili, kiedy spokojnie zapytałam: Gdzie jesteś?, mimo że nie dzwonił od ośmiu lat, zdałam sobie sprawę, że nie muszę już dłużej powstrzymywać słów, których nie mogłam wówczas wypowiedzieć. Nie musiałam też dalej udawać, że u mnie wszystko w porządku, tłumić pozostałych z tamtych lat emocji. Pytanie: Gdzie jesteś? wypowiedziałam niezwykle spokojnie. Gdzie się podziały te wszystkie słowa, które kiedyś sprawiały, że szłam bez celu, słowa przepełnione smutkiem i wątpliwościami? Wszystkie przykre uczucia? Gdzie się podział ból, który w chwilach osamotnienia przeszywał moje serce niczym myśliwy włócznią? Jak to się stało, że mogę teraz normalnie funkcjonować? Czy to właśnie jest życie? Czy dzieje się tak dlatego, że nieubłaganie płynący czas niesie ze sobą zarówno szczęście, jak i żal? Kiedy znajdowałam się w samym centrum życiowych zawirowań, nie mogąc się z nich wydostać, ktoś - nie pamiętam kto - powiedział mi, że kiedyś nadejdą lepsze dni. I chyba miał rację. To właściwe słowa dla ludzi cierpiących, ale też dla osób, których życie jest pełne szczęścia: pierwszym dają siłę do przetrwania, drugich uczą pokory.

Między naszymi telefonami, między nim a mną, zapadła nagła cisza. Zbyt późno zorientowałam się, że pewne rzeczy wymknęły nam się spod kontroli. Dziwne, ale nie przywitałam go w najprostszy możliwy sposób. Nie czułam potrzeby powiedzenia: Dawno się nie widzieliśmy, czy zapytania: Co u ciebie słychać? Ponieważ pominęłam powitanie i od razu zapytałam, gdzie jest, chociaż nie widzieliśmy się od ośmiu lat, pewnie poczuł się zmieszany, a mimo to zabrakło mi słów i nie byłam w stanie zwyczajnie zapytać, jak się miewa. Oczywiście, w chwili odebrania telefonu można od razu zapytać kogoś, gdzie jest, lecz tylko wtedy, jeżeli stale się tę osobę widuje. Jednak w naszym przypadku minęło aż osiem lat, on był po tamtej stronie telefonicznego kabla, a ja tutaj. Czas biegnie nieubłaganie, ale gdybym w młodości wiedziała, że raz dana nam szansa nigdy się nie powtórzy, być może inaczej rozwiązałabym pewne sprawy. Gdybym to wiedziała, być może pewna osoba nigdy by nie odeszła, a inna być może nadal by żyła. Gdybym tylko wiedziała, że w momencie, kiedy coś się kończy, coś innego się zaczyna...

Spojrzałam w stronę okna.

Podczas przeciągającej się między nami ciszy okno wypełniło poranne światło zimowego dnia. We wczorajszej prognozie pogody zapowiadano na dziś śnieg, ale nie zanosiło się na żadne opady. Było dość wcześnie, właśnie świtało. O tej porze dnia telefonuje się jedynie do członków rodziny lub bliskich osób. Telefony dzwoniące w tych godzinach są zazwyczaj pilne lub przynoszą złe wieści.

- Profesor Yun jest w szpitalu.

Milczałam.

- Wydawało mi się, że to ja powinienem cię o tym powia­domić.

Chwyciłam słuchawkę w obie dłonie. Nie mogąc znaleźć odpowiednich słów, zamrugałam i odwróciłam wzrok od okna. Wydawało mi się, że to ja powinienem cię o tym powiadomić. Słowa te zawirowały w moich oczach niczym płatki śniegu. Skupiłam się na jego głosie, jakby chwytając się wypowiedzianych przez niego słów, i zmrużyłam zachodzące mi mgłą oczy, zmieniając je w wąskie szparki. Ku mojemu zaskoczeniu zauważyłam, że płatki śniegu rzucają cień na zasłony.

- Jest w szpitalu od jakichś trzech miesięcy... Pozostało mu niewiele czasu.

Trzy miesiące w szpitalu! Westchnęłam głęboko. Dawna uraza do profesora Yuna wezbrała we mnie, a potem zniknęła. Odkąd widziałam go po raz ostatni, minęły już trzy lata. Profesor Yun, tak samo jak moja mama, w miarę postępu choroby coraz mocniej pragnął samotności. Nie życzył sobie żadnych odwiedzin. Od pewnego czasu leżał sam w jednoosobowym pokoju, do którego można było się dostać przez nieskończoną liczbę drzwi. Stojąc twarzą w twarz ze śmiercią, stanowczo i świadomie chciał być sam. Trzy lata temu, pewnego zimowego ranka na początku roku, postanowiłam go odwiedzić, ale zawróciłam z drogi, zanim dotarłam na miejsce. Od tego momentu przestałam go szukać. W tamten pamiętny zimowy dzień, pierwszy dzień nowego roku, poczułam, że powinnam złożyć profesorowi życzenia noworoczne. Chociaż wiedziałam, że nie będzie w stanie długo siedzieć, bo ma problemy z oddychaniem, miałam nadzieję chociaż go zobaczyć. Kiedy wyruszałam, niebo było jeszcze szare, właśnie zaczęły padać wielkie płatki śniegu. Nie byłam dobrym kierowcą. Jeśli coś było nie tak z samochodem, winiłam za to siebie. Śnieg padał coraz intensywniej, z północy wiał zimny wiatr, więc raz po raz zjeżdżałam na pobocze, aż w końcu mój samochód utknął w zaspie u podnóża góry, za którą samotnie mieszkał profesor. Nie byłam w stanie wydostać auta ze śnieżnej pułapki, pozostawiłam je zatem i zaczęłam iść wśród śnieżycy. Wiatr smagał bezlitośnie moją twarz, a na nogawkach spodni pojawiły się kryształki lodu. Idąc, zerknęłam wstecz, żeby zobaczyć śnieg pokrywający zbocze góry. Zrywający się co chwila wiatr wznosił z ziemi białe tumany, które opadając, tworzyły pagórkowate zaspy. Widoczność była coraz gorsza, śnieg stawał się coraz cięższy, a do domu profesora Yuna wciąż było daleko. Szłam dalej, ale powoli narastał we mnie strach. Z każdym trzaskiem łamiącej się pod ciężarem śniegu gałęzi sosny żołądek podchodził mi do gardła. Kiedy wielkie, obumarłe drzewo w lesie, nie będąc dłużej w stanie wytrzymać ciężaru śniegu na swoich gałęziach, zwaliło się z hukiem na ziemię, z nieuświadamianym do końca wewnętrznym przerażeniem przystanęłam.

Jakbym tego wyczekiwała, telefon zadzwonił ponownie.

Kiedy skończyłam dwadzieścia lat, wróciłam do miasta i przyrzekłam sobie pięć rzeczy. Że:

- zacznę znowu czytać książki,

- sporządzę własny słownik nowo poznanych podczas czytania słów i będę spisywać ich definicje,

- będę się uczyć na pamięć jednego wiersza tygodniowo,

- nie będę jeździć na grób mamy przed świętem Chuseok,

- będę codziennie przez przynajmniej dwie godziny spacerować po mieście.

Zanim dobiegł końca pierwszy semestr studiów, zmarła moja mama.

Przed pogorszeniem się jej stanu w każdą środę chodziłam do apteki w szpitalu, w którym wcześniej leżała, a z którego potem ją wypisano, i czekałam w poczekalni, aż na świetlnej tablicy ukaże się zapisany przeze mnie na kartce numer. Kiedy numer wyświetlał się z towarzyszącym mu ding!, podawałam kartkę papieru z numerkiem do okienka. Po krótkim oczekiwaniu podawano mi mały koszyk z lekarstwami na cały tydzień. Co środę udawałam się na pocztę, aby wysłać mamie leki. Potem dzwoniłam, by jej powiedzieć, że lekarstwa zostały wysłane, a ona mówiła do mnie zawsze tym samym głosem: Moja córeczko, dobrze się spisałaś, moja córeczko! lub Dziękuję, moja córeczko!

Na cztery dni przed śmiercią mamy dotarła do mnie paczka z kimchi z liści perilli i pierścionkiem, który zawsze nosiła.

- Przecież lubisz kimchi z liści perilli.

Jej głos po drugiej stronie słuchawki brzmiał radośnie.

- Zawsze chciałam dać ci ten pierścionek, moja córeczko!

Nie miałam wtedy pojęcia, że mama tak szybko umrze.

Ilekroć pomyślałam o tym, że umarła wkrótce po zapakowaniu kimchi z liści perilli, zdjęciu pierścionka i owinięciu go w papier, a następnie wysłaniu do mnie, tarłam nieświadomie oczy tak mocno, jakbym miała je sobie wgnieść do środka. Nie czekało już na mnie żadne lekarstwo do odebrania w aptece, a mimo to w każdą środę rano pojawiałam się w poczekalni szpitala. To był mój środowy nawyk. Nie czekałam już na pojawienie się numerka, ale za każdym razem, słysząc ding!, spoglądałam na tablicę. Wstawałam z myślą, że najwyższy czas, aby pójść na zajęcia, ale zamiast tego udawałam się na stację i wsiadałam do pociągu. W niektóre ranki podchodziłam pod znajdującą się po drodze do szkoły stromą górę, aby ponownie zawrócić i pójść na stację. Tam kupowałam bilet na najbliższy pociąg.

W pociągu w środku dnia było dużo wolnych miejsc. Bez problemu można było usiąść gdziekolwiek, niezależnie od przypisanego na bilecie miejsca. Czasami byłam nawet sama w całym przedziale. Puste siedzenia wyglądały niczym grube księgi, których ani jedna strona nie została przeczytana. Wyglądałam przez okno lub bawiłam się palcami, dopóki nie ogłoszono, że pociąg przybył na miejsce, do małego miasteczka, w którym się urodziłam. Gdy za oknem pojawiała się rzeka, odwracałam głowę i patrzyłam na nią do chwili, aż znikała z mojego pola widzenia. Kiedy przede mną nagle wynurzały się odległe góry, przez chwilę mocniej zapadałam się w siedzenie. Kiedy obserwowałam pojawiające się znikąd ptaki szybujące nad polami, a pociąg wjeżdżał w tunel, zamykałam mocno oczy, mimo iż i tak było ciemno. Po dotarciu do mojego rodzinnego miasta czułam głód. Szłam więc do baru naprzeciwko stacji i siorbiąc, zjadałam miskę zupy, aż w końcu docierało do mnie, gdzie jestem, i mruczałam do siebie: Mamo, znów tutaj jestem.

Śmierć mojej mamy nie była jedynym powodem, dla którego wzięłam urlop dziekański. Na uczelni panowała wyjątkowo swobodna atmosfera, charakterystyczna dla szkół artystycznych. Niektórzy szybko się w niej odnajdywali, a innym przychodziło to trudniej. Ja byłam samotniczką. Zapewne nikt nigdy nie słyszał brzmienia mojego głosu. Studenci byli bardziej zainteresowani protestami i piciem niż chodzeniem na zajęcia, studentki zaś były zajęte podkreślaniem swojej urody lub akurat przeżywały wielką depresję. To było miejsce takiego rodzaju, w którym w czasie zwykłej rozmowy wtrącało się wersety z Hamleta czy Otella, a inni i tak tego nie zauważali. Tu za chwalebny wyczyn i oznakę indywidualizmu uznawano nieprzerwane śpiewanie lub siedzenie w jednym miejscu i patrzenie na kogoś bez mrugnięcia okiem. Zawsze, gdziekolwiek się szło, można było zauważyć osoby wykonujące tego rodzaju czynności, i to nawet jeżeli się ich nie szukało. Z moim bardzo pospolitym wyglądem miałam wrażenie, że zawsze siedzę sama. Wszystko, co mówili inni, brzmiało dla mnie jak słowa wypowiadane w obcym języku z jakiejś odległej krainy. Ale to nie z powodu samotności wzięłam urlop dziekański. W tamtym okresie wszędzie, niezależnie od miejsca pobytu, byłam odludkiem.

Pierwsze co zrobiła moja mama, kiedy dowiedziała się o chorobie, to wysłała mnie do miasta, do domu starszej kuzynki. Byłam wtedy jeszcze w gimnazjum. Dla mojej mamy odesłanie mnie było oznaką miłości. Powiedziała, że jestem za młoda, aby trwać przy chorej matce, i że wiele jeszcze przede mną. Dodała, że robi to, bym nie była przy niej uwiązana, ale czerpała z życia. Kiedyś drogi wszystkich muszą się rozejść, a dzięki temu wcześniej zdobędziesz doświadczenie, powiedziała. Nie mogłam się z nią zgodzić. Uważałam, że skoro kiedyś drogi wszystkich bliskich sobie ludzi rozchodzą się, to należy być ze sobą jak najdłużej. Ale to nie była kwestia racji czy jej braku, a zwyczajnie inny pogląd na tę samą sprawę.

Pewnego dnia jeden ze studentów, niezwykle towarzyski chłopak noszący ksywę Rower - ze względu na swój przypominający pedałowanie chód - przestał przychodzić na zajęcia. Siedziałam na ławce, kiedy do mnie podbiegł i powiedział, że jego młodszy brat jest w mieście i że potrzebuje pieniędzy, więc zabrał mi wszystkie, jakie miałam. Później dowiedziałam się, że tego samego dnia pożyczył więcej gotówki oraz pióro, książki i notesy od ponad dziesięciu dziewczyn i zniknął bez śladu. Zbyt późno zorientowano się, że nie było go nawet na liście studentów. Mimo to (podczas gdy moi koledzy z grupy szaleli z wściekłości, mówiąc, że to wręcz nieprawdopodobne, żeby pomimo tego uczęszczał na zajęcia przez kilka miesięcy, i że należy coś z tym zrobić) ja poszłam złożyć podanie o urlop dziekański. Rower zabrał nawet moją książkę z wierszami Emily Dickinson, którą Dan dał mi po przeprowadzce do miasta. Pewnej nocy, zanim opuściłam dom, Dan przyszedł po mnie. Z miejsca, gdzie razem dorastaliśmy, powędrowaliśmy w ciemności alejkami, na których wydeptaliśmy ponad kilkanaście tysięcy śladów, w stronę pola na skraju miasta. Siedliśmy obok siebie naprzeciwko torów kolejowych. Przed nami przejechał ślamazarnie, stukocąc, nocny pociąg. Światło wydobywające się z okien wagonów było bardzo intensywne i gdyby nie monotonny dźwięk silnika, wyglądałoby jak poświata przebijająca się przez ciemność.

- Musimy iść na studia.

Miałam wrażenie, jakby Dan właśnie składał przyrzeczenie.

- Zostanę malarzem.

Nie byłam nawet w stanie sobie tego wyobrazić. Nocny wietrzyk znad pola wiał w naszym kierunku i zabierał nasze nadzieje - które jakby wyruszyły najpierw w odległe czasy. Na pożegnanie Dan dał mi tomik poezji. Powiedział, że ostatnio często go czytał, ale już skończył, więc teraz daje go mnie. W ciemności nie widziałam tytułu.

- Mówią, że pozostawiła po sobie ponad tysiąc siedemset wierszy. Jej pierwszy zbiór został opublikowany cztery lata po jej śmierci.

- O kim mówisz?

- O Emily Dickinson.

- E-mi-ly Di-ckin-son.

Nawet po przesylabizowaniu imię nie zabrzmiało ani trochę mniej obco. Dan od najmłodszych lat wiedział, kim chce zostać, więc dogłębnie rozważał każdą kwestię i zachowywał się inaczej niż jego rówieśnicy. Czytał inne książki, posiadał inne przedmioty i inaczej mówił.

- Podobno widziała nieziemskie rzeczy.

- Nieziemskie rzeczy?

- Rzeczy niewidzialne. Jak śmierć... na przykład.

Po raz pierwszy usłyszałam, jak ktoś w moim wieku mówi o śmierci lub o nieziemskich rzeczach. Prawdopodobnie dlatego Dan sprawiał wrażenie kilka lat starszego, niż był w rzeczywistości. Po powrocie do domu zajrzałam na pierwszą stronę książki, na której Dan coś napisał.

Kiedy biedni rozmyślają, nie należy im przeszkadzać2.

- Rainer Maria Rilke, Zapiski Maltego Lauridsa Brigge

Lubiłam charakter pisma Dana. Zdanie było napisane pospiesznie, ale styl pisma był energiczny i przypominał mi stukot kopyt galopującego konia. Patrzyłam na ów cytat z Rilkego napisany przez Dana w książce Emily Dickinson i zdałam sobie sprawę, że to słowa pożegnania. Wepchnęłam tomik do torby.

Nie mogłam stanąć i czekać na Śmierć -

Ona sama mnie podwiozła - uprzejma -

Bryczka mieściła nas dwie -

I jeszcze - Nieśmiertelność3.

Czytając wiersz Emily Dickinson, ujrzałam w myślach twarz mojej mamy. Chciałam poczuć smak wierszy poetki, więc każdy jeden czytałam po pięć razy, a następnie po raz pierwszy pojechałam metrem i weszłam do największej księgarni w mieście przy ulicy Jongno. Całą drogę trzymałam się kurczowo poręczy, żeby nie upaść. Pierwszą książką, na którą wydałam pieniądze, były Zapiski Maltego Lauridsa Brigge. Nie wiedząc, o czym jest, kupiłam właśnie tę, gdyż to z niej pochodził cytat od Dana w książce Dickinson. W drodze powrotnej w metrze otworzyłam ją.

Brązowa Księga 1

2 Rainer Maria Rilke, Zapiski Maltego Lauridsa Brigge, tłum. Piotr Wiktor Lorkowski, Towarzystwo Przyjaciół Sopotu, Sopot 2011, s. 8.

3 Emily Dickinson, Wiersze wybrane, tłum. Stanisław Barańczak, Wydawnictwo Znak, Kraków 2000, s. 163.

4 Rainer Maria Rilke, Zapiski Maltego..., dz. cyt., s. 5.

5 Tamże.

Dwie godziny przed rozpoczęciem zajęć wyjęłam z szafki na buty tenisówki, założyłam je i wyszłam na ulicę, kierując się w stronę uniwersytetu. Wcześniej zatrzymałam się na chwilę, żeby spojrzeć na ziemię z grobu mojej mamy, którą wsypałam do stojącej na dachu doniczki. Schodząc ze schodów, zastanawiałam się, jaką roślinę powinnam w niej zasadzić. Mimo iż sprawdziłam trasę na mapie, droga z mojego miejsca zamieszkania do szkoły okazała się kręta i zawiła. W pewnym miejscu ulica była zablokowana, co zmusiło mnie do cofnięcia się i przejścia na drugą stronę wiaduktem. Stojąc na wiadukcie, rozglądałam się dookoła i ścisnęłam rękami poręcz. Stąd wszystko wyglądało inaczej. Widziałam dachy domów i szczyty budynków, które z dołu były niewidoczne, a także dochodzące do głównej ulicy wąskie alejki. Okna budynków, samochody, śmietniki, dachy, światła uliczne, dachy łaźni i czubki głów spacerujących ludzi.

Patrzyłam z nowej perspektywy na posadzone wzdłuż drogi drzewa klonu jaworowego i krzewy żeń-szenia, na małe, dyskretne kwietniki przy ulicach i ręcznie malowane plakaty filmowe. Wszystko wyglądało dziwnie, tak jakbym widziała to po raz pierwszy. Niebo pocięte dziką plątaniną linii energetycznych nad wiaduktem sprawiało wrażenie przepastnego i nieskończonego. Zawsze spoglądałam na wiadukt z dołu, nigdy nie byłam na jego szczycie. Dachy samochodów były zwyczajne, płaskie i niegroźne, a drzewa - porośnięte liśćmi. Ich gałęzie dotykały okien budynków. Szłam dalej i niespodziewanie natknęłam się na tunel. Stanęłam przed nim i zajrzałam do środka. Czy powinnam przez niego przejść? Chciałam, ale nie wiedziałam, jak jest długi. Nie było żadnego znaku informującego, że piesi mogą nim przechodzić. Wytężyłam wzrok, aby zobaczyć jego wnętrze, a potem odwróciłam się, poszłam w stronę przystanku autobusowego i wsiad­łam do autobusu jadącego na uczelnię.

Szkoła nic się nie zmieniła.

Studenci z wydziału teatralnego wyglądali, jakby wciąż cze­kali na Godota, słuchacze z wydziału fotografii kręcili się po korytarzu z torbami z aparatami fotograficznymi na ramionach, a ci z wydziału koreańskiej muzyki klasycznej z brwiami podkreślonymi ołówkiem, z włosami upiętymi w kok i z pozbawionymi wszelkich emocji twarzami wtłoczyli się do małej salki teatralnej z instrumentami gayagum. Wkroczyłam na teren kampusu. Przywołując wspomnienia z czasów, kiedy zaglądałam przez bramę uczelni wypełnionej podekscytowanym tłumem oczekującym na rozpoczęcie przedstawień i kiedy biłam się z myślami, czy wejść do środka, bez wahania wkroczyłam na teren szkoły. Rozpoznałam tylko kilka twarzy. Chłopców z mojego wydziału zabrano do wojska, a dziewczyn nie poznawałam, ponieważ albo miały trwałą ondulację, albo makijaż, albo przeszły operacje plastyczne bądź korektę powiek. Idąc w stronę sali wykładowej, patrzyłam na rzeczy, które się nie zmieniły: na bibliotekę, księgarnię, pocztę, drewniane ławki przy stawie z kwiatami lotosu, gdzie często siadałam. Na widok tego wszystkiego westchnęłam z ulgą. Zapach gazu łzawiącego w powietrzu też był ten sam.

Pierwszymi zajęciami, na które poszłam po powrocie do szkoły, były wykłady profesora Yuna. Na całe szczęście odbywały się w tej samej auli co wcześniej. Otworzyłam drzwi, weszłam do środka i siadłam z tyłu, gdzie zgromadziła się większość słuchaczy. Obiecałam sobie, że nie siądę sama, ale poczułam się nieswojo, patrząc na tył głowy studenta, który siedział tuż przede mną, więc przesunęłam się pod okno. W ostatnim rzędzie siedzieli chłopak z dziewczyną, blisko siebie, jakby byli parą. Czy on też wrócił na studia po przerwie? Wyglądał poważniej niż inni studenci. Chociaż nigdy wcześniej go nie widziałam, wydał mi się dziwnie znajomy. Był tak wysoki, że siedział skulony za niewielką ławką, i intensywnie wpatrywał się w twarz dziewczyny obok niego, ilekroć coś do siebie mówili. W pewnym momencie odwrócił się w moim kierunku. Natychmiast zasłoniłam twarz dłonią i odwróciłam się w drugą stronę, ale coś sprawiło, że zaczęłam znowu na nich patrzeć. Usiłując przyjrzeć się dziewczynie, pochyliłam się tak mocno, że niemal dotknęłam głową biurka. Coś mnie ciągnęło w jej kierunku, chociaż nawet z policzkiem przy blacie nie mogłam dojrzeć jej twarzy niemal całkowicie skrytej za jej długimi czarnymi włosami zwisającymi do przodu. Za każdym razem, kiedy chłopak coś do niej mówił, jej głowa zniżała się jeszcze bardziej.

- Yi Myeong-seo.

- Tutaj.

Z listy obecności, którą przeczytał profesor, dowiedziałam się, że on ma na imię Myeong-seo.

W jednej chwili te same rzeczy z przeszłości złączyły się z teraźniejszością, czyniąc z nich jedność.

Profesor Yun nadal był bardzo chudy, jak rok temu, nie zmienił się, tak jak nie zmieniły się kamienne schody przed biblioteką. Nawet jego oczy o głębokim i intensywnym spojrzeniu, oczy, z których bił ból, kiedy stał w oknie i patrzył na studencką demonstrację, były takie same jak wcześniej. Jeszcze przed chwilą nie pamiętałam, kim byłam rok temu, ale teraz, siedząc z powrotem w tej sali, zrozumiałam, że to ja sprzed roku jestem tutaj. Profesor Yun odczytywał nasze imiona po kolei, przechodząc do następnego po usłyszeniu odpowiedzi, ale gdy dotarł do Myeong-seo, spojrzał znad listy obecności na chłopaka.

- Czy ty nie powinieneś już ukończyć studiów? - uśmiechnął się profesor, spoglądając na niego zza okularów.

Myeong-seo podrapał się po głowie i również się uśmiechnął. Chociaż był to uśmiech niewyraźny, rozciągał się od ucha do ucha. Prawdopodobnie nikt, kto teraz na niego patrzył, nie mógł powstrzymać śmiechu. Mimo tej zaraźliwie dobrej atmo­sfery dziewczyna siedząca obok niego nadal trzymała spuszczoną głowę. Chciałam wiedzieć, jak ma na imię. Słuchałam uważnie dalszych imion i nazwisk studentów wyczytywanych przez profesora. Czyżbym ją przegapiła? Profesor Yun skończył czytać listę obecności, ale jej nazwiska nie wyczytał. Odłożył dziennik, a ja spojrzałam na nich ponownie.

Yi Myeong-seo. W zeszycie zapisałam nazwisko chłopaka. Kiedy ostatni raz zapisałam czyjeś imię w zeszycie? W czasie zajęć od czasu do czasu na nich zerkałam. Za każdym razem dostrzegałam coś innego - jego kręcone włosy, jego mocny profil, sposób, w jaki kręcił ołówkiem - ale u niej nie udało mi się zobaczyć niczego charakterystycznego. Cały czas siedziała w tej samej pozycji i nie podnosiła głowy. Udało mi się tylko rzucić okiem na jej wystający zza długiego pasma czarnych włosów nos. Obsesyjnie chciałam poznać jej imię, zobaczyć jej oczy. Spowijała ją aura, która wzbudziła moją ciekawość - chciałam wiedzieć, kim była. Pewnie z tego samego powodu profesor Yun też przez całe zajęcia na nią co chwilę zerkał.

Ponieważ był to pierwszy dzień nowego semestru, w czasie wykła­du profesor przedstawił jedynie ogólny plan studiów. Po wyjaśnieniu, które teksty są obowiązkowe, a które jedynie zalecane, przedstawił listę rzeczy, o których musimy pamiętać, uczęszczając na jego zajęcia. W większości były to ostrzeżenia, jak na przykład to, że jeśli jest się spóźnionym dziesięć minut, nie należy nawet myśleć o wchodzeniu do sali, lub to, że jeśli nie pojawimy się na trzech lub więcej sprawdzianach z rzędu z danego przedmiotu, to bezdyskusyjnie nie zostanie nam zaliczony. Ponieważ to samo słyszeliśmy od innych profesorów, nie bardzo interesowało nas, co mówił. Niektórzy studenci nawet myśleli, że to już koniec zajęć, i zaczęli pakować swoje porozrzucane po biurkach rzeczy.

Profesor Yun poprawił okulary i wyjrzał za okno. Do klasy dochodził odgłos sloganów wykrzykiwanych przez demonstrantów. Nic się nie zmieniło od ostatniego roku. Profesor rozejrzał się po klasie.

- Czy słyszeliście o człowieku o imieniu Krzysztof?

Krzysztof?

Kiedy tylko profesor Yun wypowiedział to imię, na myśl przyszła mi książka Jan Krzysztof Romain Rollanda, którą przeczytałam w szkole średniej - składająca się z dziecięciu tomów fikcyjna powieść o życiu niemieckiego muzyka Jana Krzysztofa Kraffta. Jako że była to jedyna książka wspomniana przez moją nielubiącą czytać kuzynkę, ja też ją przeczytałam. Bohatera opowieści ogarnia narastająca rozpacz, która jednak zamiast go przybić, dodaje mu pozytywnej energii. Ponieważ bohater książki urodził się w małej miejscowości nad brzegiem Renu, zapragnęłam zobaczyć kiedyś tę rzekę. Powieść wywarła na mnie wielkie wrażenie. Niezależnie od tego, co się z nim działo, nigdy się nie poddawał i - choć trudno w to uwierzyć - za wszelką cenę usiłował szukać pozytywnych stron sytuacji. Pamiętałam, jak czytałam tę opowieść tom po tomie. Nosiłam nawet żółte książki z wydrukowanym imieniem Jan Krzysztof blisko serca, czując zawarte w nich jednocześnie pasje, strach oraz szacunek dla jej bohatera. Przez chwilę zastanawiałam się, czy może profesor mówi właś­nie o Janie Krzysztofie z tej książki, ale nie byłam na tyle pewna, żeby podnieść rękę i powiedzieć, że słyszałam o takim człowieku. Usiadłam prosto i zatrzymałam wzrok na profesorze. Wyglądało, jakbyśmy wszyscy stali na wolnym powietrzu w jakimś miejscu smaganym wiatrem, a nie siedzieli w klasie. Nikt nie odpowiedział, więc profesor kontynuował.

- Krzysztof, o którym mówię, to święty Krzysztof ze średniowiecznej europejskiej legendy. Niektórzy z was pewnie regularnie chodzą do kościoła. Nikt o nim nie słyszał?

Jedna studentka z wahaniem podniosła rękę, ale w ostatniej chwili jakby straciła pewność siebie i przeciągając słowa, powiedziała:

- Nie wiem, ale...

- Nie wiesz, więc powiedz nam, co wiesz.

Zaśmialiśmy się na słowa profesora. Studentka, która się zgłosiła, powiedziała, że słyszała tę opowieść od nauczyciela ze szkółki niedzielnej, do której uczęszczała, ale była wtedy mała i dlatego nie pamięta dokładnie - tamten nauczyciel mówił chyba coś o mężczyźnie, który został ocalony, ponieważ przeniósł Jezusa na drugą stronę rzeki. To było bardziej pytanie niż odpowiedź. Profesor Yun skinął głową. Dziewczyna usiadła, a on odkasłał, spojrzał na audytorium i powiedział niskim głosem, że tak naprawdę to legenda. Studenci, którzy myśleli, że zajęcia się skończyły i zaczęli pakować swoje rzeczy, podnieśli głowy i spojrzeli na profesora. Oparł się na pulpicie obiema rękami i zaczął wykład.

- Opowiem wam historię o świętym Krzysztofie.

Brązowa Księga 2