Będąc Kolegą Kierownikiem - Jacek Fedorowicz

Reflow text when sidebars are open.
Świat Książki wydał mi w 2011 roku książeczkę wspomnieniową. Nosi ona tytuł JA jako wykopalisko. Tytuł jest adekwatny do zawartości, ponieważ leciwy autor pisze tam o sobie, streszczając swe pierwsze - pradawne z dzisiejszej perspektywy - przygody artystyczne. Rzecz zaczyna się opowieścią o egzaminie wstępnym na wydział malarstwa PWSSP w Sopocie, uczelni znanej dziś jako Akademia Sztuk Pięknych w Gdańsku, a kończy zdobyciem przez autora dyplomu nr 241 i tytułu zawodowego artysty malarza. W ostatnim zdaniu książki pada zapowiedź dalszego ciągu.
Postanowiłem spełnić tę groźbę/obietnicę. Tylko jeszcze się waham, od czego zacząć. JA jako wykopalisko, mimo pozornego zakończenia opowieści dyplomem, zawiera w sobie jednak liczne elementy podyplomowe, ba! emerytalne nawet. Wynika to z zawiłej historii powstania książki.
Wspomnienia pisane były w 1972 roku. Tuż po zmianie na szczytach władzy, kiedy to Gomułkę zastąpił Gierek. Opowiadały o okresie od egzaminu wstępnego w 1953 roku do dyplomu w 1960 roku, ale nie zostały wydane ani w 1972, ani w latach następnych, ponieważ pewne fragmenty opowieści okazały się niezgodne z oficjalną wersją historii obowiązującej w Polsce Ludowej, a autor (śmiertelnie zakochany w swoim tekście) za nic nie chciał dokonać wymaganych od niego skreśleń. Chodziło o fragmenty, w których autor opisywał, jak to było za Stalina. Opisywał w sposób, który wedle przypuszczeń autora byłby za Gomułki jeszcze nie do przełknięcia, ale za Gierka - już tak. Niestety przełyk Gierka okazał się za wąski.
Wspomnienia przeleżały w szafie blisko 40 lat, autor o nich zapomniał, potem nagle zupełnie przypadkowo z szafy je wykopał, dodał do wykopaliska różne wyjaśnienia i w 2011 roku dziełko się wreszcie ukazało. Niestety powstał bałagan, ponieważ zasadnicza opowieść, ta pisana w 1972 roku, kończy się zdobyciem statusu "ukończył studia wyższe", czyli w 1960 roku, zawiera jednak dopiski dotyczące okresu późniejszego, tego między 1960 a 1972, komentowane dalszymi dopiskami poczynionymi w 2011 roku, co stwarza niemożność rozwiązania zagadki wyrażonej słowami dziadka "To na czym ja, drogie dzieci, skończyłem?", a dodatkowo napawa dziadka obawą, że opowiedział w zasadzie wszystko i nie ma już o czym gadać.
Przyjmijmy to założenie.
Wszystko.
Ale dość pobieżnie jednak, ogólnie, po łebkach. Widocznie i w 1972, i w 2011 roku okropnie mi się spieszyło, żeby postawić kropkę po ostatnim zdaniu i popędzić do wydawnictwa. Dziś widzę, po przeczytaniu Wykopaliska na świeżo (świetnie się czyta! Polecam, za nic mając drwiny, że polecam swoje; opisy czasów studenckich powstały tak dawno, że można uznać, iż pisał je ktoś zupełnie inny) otóż po przeczytaniu widzę, że pewne ważne wątki zostały w karygodny sposób przemilczane.
Przede wszystkim radio.
Jak mogłem nie opisać dokładniej moich pierwszych emocji mikrofonowych?! By odkupić winę, książeczkę tę dedykuję radiu, które w dalszym ciągu mego mozolnego wspinania się po szczeblach kariery, no, powiedzmy karierki, było przez długi czas moim ukochanym medium. Przyniosło też w końcu sławę, pieniądze (niestety nie na miarę sławy, bo rzecz miała się za socjalizmu), zaszczyty i w ogóle dało ogromną satysfakcję.
Pamiętne pierwsze zdanie wypowiedziane przeze mnie, zarejestrowane na taśmie, a następnie odtworzone na antenie Polskiego Radia brzmiało: "Niech pan nie siada na palecie, powstanie obraz formalistyczny!".
Było to wiosną 1954 roku w reportażu nagranym w pracowniach malarskich wspomnianej we wstępie Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Sopocie. Po latach stwierdzam, że owo pierwsze zdanie, gdyby się nad nim zadumać, dając upust skłonnościom do filozofowania, można by uznać za znamienne. Streszczało to zdanko w pewnej mierze swój czas i moje w nim miejsce, sygnalizowało mój konformizm, choć na szczęście nie bezgraniczny, stanowiło także dowód, że już w wieku lat szesnastu byłem uznawany za osobnika posiadającego predyspozycje medialne, wyspecjalizowane nawet, bo ukierunkowanie na rozrywkowość.
Ostrzeżenie przed siadaniem na palecie było niestety dość głupawym dowcipem, powielającym powszechne przekonanie, że Picasso nie potrafił rysować, dlatego oko wypadało mu na brzuchu modelki, a ucho na plecach i że na wystawie prac malarza abstrakcjonisty publiczność może pomylić piktogram toalety męskiej z kolejną pracą autora wystawy. Niby można uznać, że jest w tym kawałek trafnej obserwacji, co przyznaję po latach wciąż wstrząśnięty obieraniem kartofli przedstawionym w Zachęcie jako dzieło sztuki, niemniej żart o zgubnych skutkach siadania na palecie już wtedy był żartem z gatunku boleśnie wyświechtanych i podtrzymujących prymitywne stereotypy. A do tego jeszcze mógłby być śmiało uznany za lizusowski, bo to przecież władza ludowa tępiła formalizm, w którym to określeniu mieściło się wszystko, co nie było odmalowane "jak żywe". Na moje usprawiedliwienie powiem, że w wieku lat szesnastu gust plastyczny miałem tragicznie niewyrobiony i że wszystkim, co na płótnie udatnie naśladowało naturę, byłem zachwycony, abstrakcją zaś zachwycić się jeszcze nie umiałem. W jakimś sensie więc dowcipkowałem szczerze.
Gdyby kontynuować rozbiór mojej pierwszej kwestii wygłoszonej w radiu, to można by na upartego dodać jeszcze, że zdanie pokazywało powszechny opór przed stosowaniem form grzecznościowych lansowanych wówczas przez władzę. Obowiązywał "obywatel", w sferach partyjnych "towarzysz", a mimo to wszyscy mówili "pan", nawet do milicjanta. Tylko w wojsku udało się wymusić powszechne obywatelowanie i chyba tylko raz się zdarzyło, że dostojnik partyjny, niejaki Edward Ochab (następca Bolesława Bieruta, poprzednik Władysława Gomułki) zrobił awanturę sprawozdawcy sportowemu za to, że ten zwrócił się do niego per pan. Awanturę zrobił publicznie i to tak bardzo publicznie, że gdyby sobie zdał z tego sprawę, to chybaby się powstrzymał.
- Myśli pan, że nasi dadzą radę? - spytał sprawozdawca i podstawił Ochabowi mikrofon.
- Co wy, co wy?! - pierwszy sekretarz na to. - Jesteście pracownikiem socjalistycznego radia i macie mi mówić towarzyszu! - pouczył przerażonego dziennikarza. Rzecz działa się na stadionie tuż przed wjazdem kolarzy na finisz Wyścigu Pokoju. Takie sprawozdania szły na żywo. Nie było w czasach PRL w ciągu całego roku ani jednej chwili, która przyciągałaby do odbiorników choćby jedną dziesiątą liczby słuchaczy gromadzących się przy głośnikach tuż przed wjazdem kolarzy na stadion. Tu bez przesady można powiedzieć, że z Ochaba śmiała się cała Polska. Mnie oczywiście nie wpadłoby do głowy, żeby powiedzieć reporterowi radiowemu "niech towarzysz nie siada na palecie". Nikomu by nie wpadło i tym zawsze różniliśmy się od innych podbitych narodów.
Reporterem, do którego zwróciłem się per pan, był jeden z dwójki reporterów Radia Gdańsk, a dwójkę tę tworzyli Zbigniew Rawicz i Stanisław Dejczer; nazwiska obu panów doskonale zapamiętałem, podobnie jak okoliczności całego zdarzenia, bo pierwsze utrwalenie głosu na taśmie magnetofonowej było dla mnie przeżyciem ogromnym. Rawicz i Dejczer. Zawsze w tej niealfabetycznej kolejności, pewnie dlatego, że Rawicz był starszy, więc z szacunku. Obaj sprawiali jak najlepsze wrażenie, szczególnie Dejczer zachowywał się zdumiewająco grzecznie i cicho, zaprzeczając stereotypom wiążącym się z określeniem "reporter", czym dodatkowo budził moją sympatię. Zbigniew Rawicz gdzieś potem znikł mi z oczu, Stanisław Dejczer jest dziś znany jako autor książek, słuchowisk i ojciec reżysera Macieja Dejczera.
Decyzję o wydelegowaniu reporterów do naszej szkoły podjęto zapewne w związku z jej przenosinami z prowizorycznych pawilonów w Sopocie do odbudowanej właśnie zabytkowej Zbrojowni przy Targu Węglowym. Stała tuż obok zrujnowanego budynku teatru, który miał zostać odbudowany wiele lat później.
Cały Gdańsk, poza fragmentami Wrzeszcza, Orunii i innych przedmieść, przedstawiał po wojnie widok tragiczny. Mieliśmy okazję zdokumentować to własnoręcznie, bo po przeprowadzce do Zbrojowni, w ramach zajęć z rysunku, często chodziliśmy szkicować na Stare Miasto. Niewiele się tam poprawiło od 1945 roku, kiedy to niedługo po powrocie do Gdyni zrobiliśmy sobie z mamą wycieczkę do Gdańska. Ta krótka wizyta mną wstrząsnęła. Taki sam widok pamiętałem z odbytego kilka miesięcy wcześniej przemarszu ze Śródmieścia Warszawy na Dworzec Zachodni po kapitulacji powstania. Obiecałem sobie, że Gdańska będę unikał, żeby nie wpadać w ponury nastrój. Powstanie było wstrząsem, o którym chciałem jak najszybciej zapomnieć. Najlepszym sposobem było unikanie widoku ruin. No i kiedy z ukochanej Gdyni zacząłem dojeżdżać już nie do pięknego, choć jeszcze obcego Sopotu, lecz do wciąż tragicznie wyglądającego Gdańska, robiłem co można, żeby na zniszczone miasto patrzeć jak najrzadziej. Wymarsz na szkice był obowiązkowy, poza tym przemykałem do dworca kolejowego ze wzrokiem wbitym w chodnik.
Okna pracowni, którą przydzielono pierwszoroczniakom, wychodziły na ruiny teatru. Często ustawiałem sztalugę przy ostatnim oknie. Przez to okno nie miałem przykrego widoku, bo dobrotliwa natura postanowiła mi go uprzyjemnić - na dachu zrujnowanego teatru w ciągu dziewięciu lat zdążyło wyrosnąć przepiękne drzewo. Miałem je prawie na wyciągnięcie ręki, może dwa, może trzy metry od mojego okna, bo szczyt budynku teatru wypadał akurat na wysokości naszego piętra. Może to nie było drzewo. Drzewko. Ale zdrowe, dorodne, na swój sposób optymistyczne. Żałuję, że nie zachowały mi się żadne szkice z owym drzewkiem w roli głównej, rysowałem je kilkakrotnie, pewnie żeby uciec od obiektów przygnębiających.
Wracam do Rawicza i Dejczera. Odbudowa Gdańska była żelaznym tematem prasowo-radiowym, trudno się zresztą dziwić, władza chwaliła się osiągnięciami, szczególnie tymi nielicznymi, którymi rzeczywiście można było się pochwalić, więc innego powodu reportażu niż zasiedlenie Zbrojowni plastykami być nie mogło. Jest odbudowany kolejny zabytek, trzeba to uwypuklić (tego słowa używano w miejsce dzisiejszego "nagłośnić"), weźcie Dejczer magnetofon i zabezpieczcie odpowiedni materiał.
Po uczelni się rozniosło, że będą robić reportaż głównie z pracowni malarskich. Bardzo byłem ciekaw, jak to będzie wyglądało i pomyślałem, że to pewnie będzie trudna robota. Chyba znacznie łatwiej robi się reportaż z próby baletu, bo choć nie widać, jak tańczą, to przynajmniej słyszy się akompaniatora. A tu? Co niby nagrywać? Skrzyp węgla na papierze? Packanie pędzlem po płótnie? Patrzyłem na radiowców z zainteresowaniem, to byli pierwsi radiowcy, jakich spotkałem w życiu, na razie nie mieli sprzętu, więc wyglądali dość zwyczajnie. Co to jest radio - wiedziałem. Byłem namiętnym słuchaczem od ośmiu lat.
Radio. Pierwszy raz zobaczyłem i usłyszałem to cudo niedługo po wojnie, u Dziadków w Gliwicach. Nie mogłem widzieć przedtem, bo w czasie okupacji niemieckiej słuchanie radia było kategorycznie verboten. Co prawda w niektórych warszawskich domach funkcjonowało nielegalnie i służyło do słuchania Londynu, ale nikt rozsądny nie wtajemniczałby w to kilkulatka. Nawet tak inteligentnego jak ja (byłem typowym "małym-starym" określanym czasem również jako "dziecko-pryk ").
Dziadek Schmidt po wojnie nie miał do czego wracać w Warszawie, zdecydował się na Gliwice, dostał mieszkanie przy głównej ulicy Zwycięstwa, naprzeciwko Hotelu Myśliwskiego i objął posadę dyrektora banku (chyba oddział Banku Handlowego to był). Jako pan dyrektor zarabiał wystarczająco dobrze, żeby przygarnąć mnie i odciążyć w ten sposób Mamę, która od wiosny 1945 roku przygotowywała odzyskane gdyńskie mieszkanie, czekając na powrót Ojca z oflagu. Koledzy powszechnie znanej wypędzonej, Eriki Steinbach, którzy nas wypędzili w 1939 roku, byli już z naszego domu wypędzeni, ale trzeba było pilnować dobytku przed szabrownikami.
Nawiasem mówiąc - jeszcze jedna dygresja rodzinna - gdy Ojciec wrócił, zaraz wsiadł w pociąg i pojechał obejrzeć syna, którego w bardziej człekopodobnym kształcie znał tylko z fotografii; kiedy szedł na wojnę, miałem dwa lata. Spisek domowników sprawił, że to ja otworzyłem drzwi, gdy zadzwonił. Szok. Poznałem go, bo też znałem z fotografii, bardzo mi się podobał, miał bardzo męski płaszcz Burberry, a pod spodem battle dress z naszywkami "Poland". Przez cały wieczór zwracałem się do niego grzecznie per pan. Nic innego jakoś nie mogło mi przejść przez gardło. Młodzieży wyjaśniam, że nie chodzi tu o "towarzyszu ojcze", Ojciec czekał na "tato" albo coś w tym rodzaju, ja byłem jednak zbyt speszony, żeby odnieść się tak bezceremonialnie, choć przecież wiedziałem, że to mój Ojciec. Fakt wzajemnej znajomości ze zdjęć zawdzięczaliśmy dobrze działającej Kriegsgefangenenpost. Niemcy, których zapamiętaliśmy z lat okupacji i powstania jako zbrodniarzy, i słusznie, w pewnych sferach działań wojennych niesłychanie pilnie przestrzegali zasad międzynarodowych konwencji. Listy do i z oflagu kursowały regularnie i - paradoks - jedyne zdjęcia, jakie zachowały mi się z dzieciństwa, to te, które poszły pocztą z okupowanej Warszawy do oflagu Gross Born (dziś Borne Sulinowo), potem u Ojca w kieszeni szlakiem oficerów gnanych na Zachód, później już z armią brytyjską do Londynu i z powrotem do Polski. Cała reszta, nie tylko zdjęć oczywiście, ale dobytku, spłonęła w Warszawie.
Pana dyrektora Schmidta stać było nie tylko na utrzymywanie wnuka, na radio stać go było też.
Kupił.
Zainstalował. Włączył. Zaczęło grać i gadać na przemian. Wkroczyłem w inny świat.
Sam odbiornik pamiętam w najdrobniejszych szczegółach. Marki Blaupunkt. Fale długie i średnie. Bez przełączania - kreseczka niepostrzeżenie przechodziła z długich w średnie lub odwrotnie, pędząc po skali dzięki jakiemuś takiemu "kołu zamachowemu"; wystarczało lekko zakręcić gałką, a stacje zmieniały się szybciutko, kreska sama przelatywała przez dziwne, nieznane mi nazwy miast, jak na przykład Hilversum, które zajmowało na skali jedno z bardziej rzucających się w oczy miejsc. Było też "oko magiczne", które podobno pomagało w dokładnym nastawianiu stacji. Nigdy w to nie zdołałem uwierzyć, nastawiałem zawsze na słuch, nie na wzrok, i nie potrafiłem zrozumieć producentów, którzy to niepotrzebne nikomu do niczego zielonkawe ruchliwe światełko umieszczali we wszystkich radioodbiornikach, z jakich korzystałem w ciągu następnych czterdziestu lat. Fal krótkich Blaupunkt nie miał, Dziadek kupując, nie spodziewał się, że już niebawem będą niezbędne, bo z radia zniknie wszystko, czego da się słuchać, pojawi się za to nieustanna, namolna propaganda i jedyną polską stacją działającą "na okrągło", nie w skąpo przydzielonych godzinach, nadającą się do słuchania, będzie Wolna Europa na falach krótkich. Tak, wiem, pamiętam, była też Wolna na średnich, ale widocznie średnie były łatwiejsze dla zagłuszarek i łapanie Wolnej na średnich nigdy mi się nie udawało.
W 1946 roku dookoła przeważały jeszcze pozory normalności, w gliwickim kinie Bajka leciały jeden po drugim polskie filmy przedwojenne, a w radiu naprawdę ciekawe audycje. Jedna zainteresowała mnie szczególnie.
- Czas powstał w Afryce - mówił spiker spokojnym, ciepłym głosem, dziś powiedzielibyśmy, że mówi Czubówną - a potem przeniósł się do Ameryki.
Jako dziecko - co pewnie normalne i powszechne - interesowałem się odległymi planetami, umiałem wskazać na niebie Wielki Wóz, gwiazdę polarną, strefy czasowe na planecie Ziemia też mnie interesowały, choć tak naprawdę nie zrozumiałem ich do dziś i na przykład wiem, że między Warszawą a Nowym Jorkiem jest sześć godzin różnicy, tylko nie wiem, w którą stronę. Ale żeby ktoś uważał, że czas to jest coś, co powstało później niż Afryka - no bo logicznie: jeżeli powstał w Afryce, to ona musiała już istnieć - to to już przesada. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, że miły głos mówi o jazzie, tylko wymawia go - z amerykańska chyba? - jako "dżaz". I ten "dżaz" wziąłem za "czas". Słuchałem dalej, po pogadance były nagrania jazzowych kawałków i znów: nikt się nie spodziewał, że już niebawem będzie to muzyka pilnie poszukiwana, wymarzona, ukochana (też zresztą na falach krótkich: "Mjuzik ju es ej" z niezapomnianym głosem prezentującego tę audycję Willisa Cannovera), będąca znakiem rozpoznawczym tych, co nie kochają socjalizmu i że jednocześnie będzie to muzyka zakazana. Podobnie jak wszystko co zachodnie, w tym popularna muzyka rozrywkowa.
Nie spodziewaliśmy się, że antenę dostaną na wyłączność ochocze pieśni masowe "Słońce lśni, a ZMP pomaga wsi", "Tara bam tara bam wróg nie wydrze pieśni nam", "To my, żołnierze fabryk, kopalń, hut" czy "Naprzód młodzieży świata" ("nie zna granic ni kondonów pieśni zew" - zawsze była pokusa, żeby tak to właśnie śpiewać) i że dopiero w 1955 roku z okazji Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów w Warszawie będzie można posłuchać w radiu czegoś innego. Wzruszające zresztą były wysiłki radiowych szefów, jakby tu uzasadnić to ewidentne łamanie zakazu i dopuszczanie na antenę rytmicznej muzyki z wyraźną perkusją i jeszcze wyraźniejszym brakiem jakichkolwiek powiązań z kujawiaczkami, czastuszkami i hymnami socjalistycznych republik: podczas Festiwalu zapowiadano jazzujące kawałki najczęściej jako pieśni ludów walczącej Afryki. Widocznie było to wystarczającym usprawiedliwieniem. I nikt już się nie czepiał. Podobnie było zresztą z omijaniem zakazu pokazywania w kinach westernów. Pamiętam, jak z wypiekami na twarzy oglądaliśmy ludzi na koniach, w szerokorondnych kapeluszach, z coltami i winchesterami w ręku, w filmie La Paloma. Jakim cudem to plugastwo mogło się wedrzeć na zdrowe socjalistyczne ekrany? Widocznie komuś udało się przekonać kogo trzeba, że film jest klasowo dojrzały, bo przecież nie o żadnych tam farmerach i kowbojach on jest, tylko opowiada o desperackiej walce biednych chłopów meksykańskich z obszarnikami. Może i opowiadał zresztą, my tego nie zauważaliśmy wpatrzeni w colty.
Ewentualnych miłośników pieśni masowych (podobno zdarzają się tacy), którzy chcieliby mi wytknąć nieścisłości, bo nie ma w zbiorach takich pieśni, jak te wymienione w akapicie powyżej, informuję, że nie podawałem tytułów oficjalnych, tylko fragmenty strofek, które wbiły mi się w pamięć. Nie byłem miłośnikiem pieśni masowych, przeciwnie, budziły we mnie obrzydzenie, ale nadawane od rana do wieczora atakowały ucho i utrwalały się w mózgu - jak się dziś okazuje - na zawsze.
Do tej uwagi dodam jeszcze sprostowanie. Otóż w okresie stalinowskim zakaz nadawania przez państwowe radio szlagierów zza "żelaznej kurtyny" nie był ściśle przestrzegany, był tu jeden wyjątek, z tym że proszę sobie nie wyobrażać od razu jakiegoś bohaterskiego sabotażu, nie, wszystko było przemyślane. Otóż jeszcze trzy, a może i cztery lata przed tym przełomowym Festiwalem Młodzieży miłośnicy zachodniej muzyki rozrywkowej mogli dwa razy dziennie (powtórka była!) usłyszeć kawałki światowych szlagierów zupełnie legalnie z anteny Polskiego Radia. Mogli i słuchali namiętnie, a to dzięki audycji "Muzyka i Aktualności". To była jedyna audycja, która miała zezwolenie na nadawanie tego, za czym tęsknią słuchacze, szczególnie młodzi. Rzecz polegała na tym, że audycja miała specyficzną, choć nader prostą konstrukcję: kilkuzdaniowa informacja - kawałek muzyki - kilka zdań - kolejny szlagier - kilka zdań i tak dalej, przy czym tych kilka zdań niby informacyjnych stanowiło za każdym razem porcję skondensowanej propagandy. To był ekstrakt tego, co "na obecnym etapie" władza najpilniej chciała wmówić społeczeństwu. Trucizna w malutkich dawkach podawana w najatrakcyjniejszym z możliwych opakowań. Pewnie ktoś w KC (Komitet Centralny PZPR) doszedł do wniosku, że szkody wynikające z podtrzymywania miłości młodzieży do muzyki zachodniej będą mniejsze niż zyski w postaci skutecznego zaszczepiania propagandy. Musieli wiedzieć, czego młodzież słucha, a czego nie, lub też postanowili działać dwutorowo: jednych obuchem w łeb pieśniami masowymi od rana do wieczora, innych nieco sprytniej, ze szlagierami na wabia. Nie wiem, czy od razu na to wpadli, czy stopniowo, audycja - jak notują kroniki - powstała w 1950 roku, a moje ucho zwabiła, kiedy byłem dwa lata przed maturą, czyli w 1951, i wtedy była już całkowicie oddana "zgniłym" szlagierom zachodnim.
Tu wygłoszę pochwałę radioodbiornika jako urządzenia, którego rola w latach stalinowskich była nie do przecenienia. Skąd młodzież wiedziała, że te szlagiery to szlagiery (wtedy nikt jeszcze nie używał słowa "przeboje", a tym bardziej "hity" - muszę dbać o odpowiedni koloryt opisywanego czasu) i skąd je w ogóle znała? Oczywiście z radia, z tego cudownego wynalazku, który pozwalał milionom ludzi odetchnąć od oficjalnej propagandy, czasem znaleźć dla niej przeciwwagę, podtrzymać w sobie przekonanie, że nie wszyscy jeszcze zwariowali, nadzieję, że jest gdzieś jakiś świat normalny - nie da się ukryć, że jeśliby spojrzeć na radio w ten sposób, to było ono urządzeniem na wskroś antysocjalistycznym.
Skuteczność przerabiania człowieka w bezmózgiego robota w systemie totalitarnym jest prostą funkcją zdolności systemu do utrzymywania swych poddanych w izolacji. Polska miała to szczęście, że leżała w zasięgu zachodnich stacji radiowych i jednocześnie nikt w Moskwie nie wpadł na pomysł odebrania Polakom radioodbiorników po 1948 roku. Do dziś się zresztą dziwię, dlaczego tego nie zrobili. Powinni byli! Zarekwirować radioodbiorniki, pozostawić zaś jedynie radiowęzły zakładowe i "kołchoźniki", czyli głośniki, przez które do stołówek, pokoi w domach akademickich i w hotelach robotniczych nadawano wyłącznie program Polskiego Radia. Dlaczego się nie zdecydowali? Może zbyt niedawno zakaz słuchania radia wydali Niemcy? A może przeceniali siłę swojej propagandy i wierzyli, że wygra ona z zagraniczną? Nie wiem, w każdym razie nie poodbierali radioodbiorników i pozostawili w ten sposób milionom ludzi okno na świat. Może nie tyle wielkie okno, ile lufcik. Ponieważ lufcik to dzisiaj rzecz na pewno już nie wszystkim znana, dla lepszej czytelności porównania wyjaśnię, że lufcik to było w dawnych oknach - z reguły drewnianych i starannie watą opatrzonych na zimę - małe okienko we własnej ramce (żeby nie naruszać ogólnego owatowania) służące do wpuszczania świeżego powietrza. I ta możliwość zaczerpnięcia oddechu za pomocą radia była szczególnie cenna w trakcie stalinowskiej zatęchłej zimy.
"Żelazna kurtyna" na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych działała bez zarzutu. Pamiętam plaże nadbałtyckie starannie co noc orane, żeby rano wyraźniej było widać ślady ewentualnego szpiega, który by przypłynął ze Szwecji. Wysiłki te były imponujące, ale nie do końca skuteczne, bo mogli sobie orać, mogli rekwirować wszystkie gazety, książki i magazyny ilustrowane schodzącym na ląd marynarzom (z jednym wyjątkiem: przyjaciółka Mamy, moja "przyszywana" ciocia Irena Landsberg, która pracowała jako główna pielęgniarka na Dworcu Morskim, opowiadała o pewnym marynarzu z talentem kieszonkowca, który pozbawiany tego, co chciał przemycić, chwilę potem kradł celnikom wszystko, co mu odebrali, czasem biorąc jeszcze to i owo na dokładkę), mogli więc odbierać wszystkie pisma zagraniczne, mogli kontrolować wszystko, co drukowano w kraju i cenzurować nawet afisze ogłaszające występ iluzjonisty, mogli otwierać wszystkie listy i grzebać w paczkach, jednym słowem mogli w dziedzinie odcinania człowieka od świata zrobić wszystko, nie mogli tylko jednego: nie mogli powyrywać wszystkich gałek we wszystkich radioodbiornikach. Człowiek przekręcał gałkę i już był za granicą. Czy rozumiecie drogie dzieci, czym dla nas, waszych dziadków, było radio?
Już się przedstawiłem jako słuchacz namiętny. Słuchałem i zagranicy, i rozgłośni rodzimych, "Muzyki i Aktualności" też i nie mogę nie przyznać jej autorom, że swoją robotę odwalali bardzo sprawnie. Teksty propagandowe redagowane były wzorowo, a spiker zawsze miał "radiowy" głos i nienaganną dykcję. Dociera do mnie dziś jeszcze coś, oczywiście mogę się mylić, ale wydaje mi się, że wielu ówczesnych propagandystów - mówię o okresie stalinowskim - odczuwało bolesny dyskomfort z powodu wykonywanej przez siebie pracy. To na pewno nie było tak, że propagandę uprawiali zamiłowani propagandyści. Sporej części piszących po prostu nie mogło podobać się to, co pisali, ale musieli uprawiać propagandę, jeśli już znaleźli się w prasie czy radiu. Mogli się tam nie zatrudniać, owszem, ale często było tak, że stalinowska śruba 1948 roku zastawała ich jako już pracujących tam redaktorów. Odmowa kontynuowania pracy mogła mieć opłakane skutki. Ostatecznie to były czasy, kiedy komuniści wsadzali do więzienia za opowiedzenie nieprawomyślnego dowcipu lub nieodstawienie do punktu skupu odpowiedniej wielkości prosiaka. Terror w okresie, który określamy jako stalinizm, był jawny i wszechobecny. I jednocześnie ludzie zaczęli sobie coraz wyraźniej zdawać sprawę, że Zachód się o nas nie upomni i tak jak jest - a na to się zanosiło - będzie zawsze. Właściwie już nikomu wówczas nie przychodziło do głowy, że można z tym systemem walczyć. Owszem, były szlachetne wyjątki, po lasach ukrywali się jeszcze ci, którzy nie pogodzili się z przegraną wojną, niektórzy z nich ginęli z bronią w ręku, ogół jednak usiłował się przystosować.
Dopiero zacząłem snuć te moje wspomnienia, a już kilka razy - łapię się na tym - napisałem to i owo z pozycji tego szlachetnego antykomunisty, co to nigdy w zbrodniczy system nie wierzył i nigdy mu się nie wysługiwał. Ale niezręcznym dodatkiem do takich przechwałek są proste słowa: bo nie musiał. Miał ten komfort, że urodził się za późno, by stanąć przed jakąś prawdziwą próbą. Bonus późnego urodzenia. Łatwo potępiać, gdy samemu się nie musiało brać udziału. Tę uwagę dedykuję nie tylko sobie, ale i współczesnym młodym ludziom lekką ręką rozdającym klapsy tym, którzy ich zdaniem zeszmacili się w przeszłości.
Wracając do tych z "Muzyki i Aktualności" i w ogóle do innych, ówczesnych autorów radiowych, przyznam się, że wspominam mile wszystko to, co umieścić by można w szeroko pojętym dziale "humor i satyra". Owszem, dużo tam było o podłych spekulantach i krwiożerczych amerykańskich imperialistach, ale nader często trafiało się coś bardzo śmiesznego i miłego dla ucha, tu najlepszym, choć nie jedynym przykładem jest wspaniały Jeremi Przybora ze swoim Teatrem Uniwersalnym Eterek, któremu - mam nadzieję - nikt nie ośmieli się zarzucić, że się wysługiwał. Do dziś pamiętam jego audycję - a usłyszałem ją w 1948 roku - w której odkrywał, jak powstały słynne historyczne powiedzonka, była tam między innymi scenka brydżowa, w której Brutus, grając przeciwko wysoko licytującemu Cezarowi, mówi mu "kontra", na co Cezar "et tu Brute contra me?". I inne skeczyki, które też mnie zachwyciły. Nie tylko mnie zresztą. Młodzież szkolna zawsze lubi naśladować popularne postacie medialne, był okres, kiedy uczniowie szkół średnich "mówili kierownikiem", to znaczy naśladowali niezwykle popularnego w latach siedemdziesiątych Kolegę Kierownika, którego jestem - dumnym do dziś - ojcem, a dwadzieścia lat wcześniej, w okresie, który opisuję, "mówili Pęduszką". Profesor Pęduszko to, obok pani Eufemii i Mundeczka, najpopularniejsza postać stale występująca w Eterku, który z biegiem lat stał się swego rodzaju serialem radiowym, tyle że nie rodzinnym (to było jeszcze przed "Matysiakami"), lecz rozrywkowym.
Najbardziej wśród młodzieży poszukiwanym towarem była jednak muzyka rozrywkowa. Do stacji zachodnich, które służyły młodzieży jako dostarczyciel muzyki popularnej, należał najpierw Stuttgart (audycje dla żołnierzy amerykańskich stacjonujących w Niemczech), Berlin ("Schlager der Woche") a potem niesłychanie popularne Radio Luxemburg z audycją "Top Twenty" na czele, nadające w paśmie fal średnich 208 metrów. Tak, dokładnie 208, tego się nie zapomina.
Słuchałem tej muzyki, ale oczywiście i Wolnej Europy, która stawiała wtedy pierwsze kroki, w Polskim Radiu natomiast przepadałem nie tylko za Przyborą, ale i za słuchowiskami. Do dziś pamiętam jedno z nich, Rewizor to był i sprawił, że potem nie podobał mi się w roli Chlestakowa już żaden aktor, który nie mówił głosem Wieńczysława Glińskiego.
Pilnym odbiorcą, czujnym, uważnym, żyjącym tym, czego słucha, byłem do wiosny 1954 roku i teraz oto miałem się przedzierzgnąć ze słuchacza radiowego w wykonawcę, na razie kilku słów, ale od czegoś trzeba zacząć.
Zanim co, reporterzy Rawicz i Dejczer musieli się oczywiście zgłosić w rektoracie z prośbą o pozwolenie, a potem chodzili po pracowniach i umawiali przyszłych rozmówców. Ktoś miał mówić o sztuce, ktoś inny o historii uczelni, a jeszcze ktoś o samym budynku, to znaczy miał opisać, jak bardzo mu się podoba.
- Jeszcze potrzebujemy kogoś, żeby od czasu do czasu wplótł żart - powiedział Rawicz.
- Aaa... to ten z pierwszego roku. Fedorowicz.
W ten sposób zebrałem plony kilkumiesięcznego popisywania się talentami pozamalarskimi. Od pierwszej chwili, gdy zostałem studentem, czułem, że muszę czymś zaimponować starszym kolegom, żeby mnie jednak uznali za kolegę. Spełnienie tego marzenia było trudne, bo byłem nie tylko najmłodszy na uczelni, ale chyba nawet tak ze dwa, trzy lata młodszy od następnego w tej konkurencji, a to - gdy ma się właśnie skończone szesnaście lat - jest różnicą kolosalną. Dziecko wśród dorosłych właściwie. Choć już z doświadczeniem, na upartego można je nazwać aktorskim, bo miałem za sobą rok wcześniej odniesiony sukces w roli Rejenta w Zemście wystawionej przez kółko dramatyczne, gdy byłem w klasie maturalnej . Ale trudno było popisywać się aktorstwem dramatycznym w szkole plastycznej, przynajmniej na początku studiów, starałem się więc zademonstrować starszemu koleżeństwu zdolności wygłupowe. Występowałem jako rozśmieszacz przy wszystkich możliwych okazjach, na balu pierwszoroczniaków, na występach w ramach akcji "młodzież niesie kulturę na wieś" i innych takich. Po kilku miesiącach żmudnej autopromocji musiałem zostać wytypowany - innej kandydatury nie było - jako pierwiastek humoru (dziś powiedzielibyśmy akcent satyryczno-rozrywkowy) w audycji radiowej poświęconej naszej uczelni.
Zaczęły się próby.
Wszystko musiało być szczegółowo przygotowane, mój tekst o palecie w towarzystwie kilku innych podobnie olśniewających żartów został zapisany w scenariuszu, a scenariusz - jak mniemam - przedstawiony do zatwierdzenia. Pewnie dzięki temu dokładnemu ustaleniu tekstu, do powtórzenia słowo w słowo, bez większych szans na improwizację i dzięki starannemu "przepróbowaniu" całości, poczułem się jak aktor radiowy. I w następnych latach czułem się upoważniony do podawania 1954 roku jako daty radiowego debiutu, co było niestety lekko naciągane.
Reportaż musiał być udawany, takie to czasy były. Nikt wtedy nie śmiał nawet pomyśleć o tak zwanym łapaniu życia na gorąco. Podstawowym zadaniem było stworzenie imitacji owego życia, o temperaturze ani za gorącej, ani za zimnej - miało być piękne, bezkonfliktowe, a z reportażu miała emanować przede wszystkim radość, że studenci malarstwa, rzeźby i architektury wnętrz, dotychczas gnieżdżący się w różnych przypadkowych pomieszczeniach w Sopocie, mają wreszcie własny, nowy, okazały gmach w Gdańsku.
To wszystko było wtedy oczywiste dla wszystkich, dla mnie też, więc udawanka ani nie raziła, ani nie zaskakiwała. Fascynującą nowością była natomiast strona techniczna przedsięwzięcia.
Rawicz i Dejczer w dniu nagrania przytachali magnetofon. Pierwszy raz w życiu wszyscy obecni mieli okazję zobaczyć urządzenie do utrwalania dźwięku. Duże, ciężkie, ale tak właśnie musiał w owych czasach wyglądać magnetofon "reporterski". Jego reporterskość polegała na tym, że mógł go udźwignąć jeden mężczyzna, pod warunkiem jednak, że był silny. Rawicz i Dejczer nie byli osiłkami i głowy nie dam, ale wydaje mi się, że nieśli go we dwóch. Pamiętać należy, że magnetofony studyjne były wówczas wielkości sporych szaf na ubrania i przenosić je musiałby chyba pluton wojska, więc i tak nie było źle.
Cały ówczesny sprzęt był przede wszystkim duży i ciężki i to mu zostało także w późniejszym okresie, gdy już rozkręcała się produkcja "dla ludności". Pamiętam pierwszy polski magnetofon Melodia. Powstał kilka lat później, ale wciąż ważył tyle, ile spora walizka wypakowana cegłami. Jednocześnie rodziła się potrzeba wśród młodych ludzi, żeby muzyki słychać na okrągło i to takiej, jakiej się chce, a nie jaką daje radio. I nigdy nie zapomnę widoku pierwszego walkmana na polskiej ulicy. Młody człowiek przechadzał się tam i z powrotem, udawał, że nie zauważa, że inni patrzą na niego z nabożnym podziwem, muzyka szła z głośniczka magnetofonu, za młodym człowiekiem ciągnął się kabel z długim przedłużaczem i nikł w oknie na parterze, a sam magnetofon młody człowiek trzymał, ot tak jedną ręką, od niechcenia i tylko na czole miał żyły nabrzmiałe, a pot mu spływał strumieniami.
Reportaż tym powinien się różnić od dyskusji przed mikrofonem, że nagrywa się też tło dźwiękowe, jakiś gwar, efekty naturalne (wspomniane szuranie węglem po papierze chociażby), ale to nie wszystko: reporter powinien przenosić się z miejsca na miejsce i ślad tego przenoszenia powinien rejestrować się na taśmie. Gdy reporter robi reportaż z fabryki, to raz mu w hali coś stuka, w innym pomieszczeniu warczy, a u dyrektora znów ewentualnie stuka, tym razem sekretarka na maszynie za ścianą. Konieczność przemieszczania się reportera była oczywista nawet w tamtych, technicznie niedorozwiniętych, czasach.
Z takim magnetofonem? Rawicz i Dejczer może i daliby radę, ale niestety coś takiego jak sprzęt na baterie jeszcze nie istniało, a w każdym razie nie miało go Radio Gdańsk. Gdy Zbyszek i Staszek wnieśli magnetofon do naszej pracowni, pierwsze ich pytanie brzmiało:
- Gdzie jest gniazdko?
Zlokalizowanie gniazdka było czynnością nieodzowną, by podłączyć urządzenie do prądu.
- Tam, przy drzwiach. - Wiedzieliśmy bardzo dobrze, gdzie jest gniazdko, bo chociaż w pomieszczeniu nie było lamp z wtykanym do gniazdka sznurem, nie używano odkurzaczy i nikt nie ładował komórek, to w każdej pracowni było "słoneczko", czyli grzejnik elektryczny, który musiał dogrzewać - z reguły nagą - modelkę. Z tym że owego dnia ustawiona była w pracowni martwa natura. Pewnie żeby nie szokować nieoswojonych z golizną "cywilów", czyli reporterów.
Podłączyli urządzenie. Dejczer coś nacisnął. Na szczycie skrzynko-walizki zaczęły się kręcić dwie spore, płaskie szpule z brązową taśmą. Kolejność wypowiedzi ustalona była na próbach, ja też wiedziałem, w którym momencie mam się wtrącać z moimi "dowcipnymi" zdankami, Rawicz zaczął kolejną sekwencję reportażu, jaką była wizyta w kolejnej pracowni, słowami:
- Wchodzimy do pracowni malarskiej profesora Stanisława Teisseyre'a, przy sztalugach zastajemy studentów - mówił to do mikrofonu, stojąc obok magnetofonu unieruchomionego przy gniazdku. W tym czasie ci, których rzekomo zastawał Rawicz we wnętrzu, zbliżali się do niego, lekko hałasując, co dawało efekt wchodzenia Rawicza do wnętrza .
O pożytkach płynących z posiadania odbudowanego gmachu Zbrojowni wypowiedział się ze swadą Mironowski, który był dojrzały, by nie powiedzieć starszawy, co zresztą nie było jakimś nadzwyczajnym zjawiskiem, na uczelni w tym okresie zdarzali się studenci znacznie starsi od rektora (niejaki Iwasiuk na przykład), dorzucił coś Marian Stec, milczały natomiast Ewa Kleindienst-Zabłocka i Magda Usarewicz. Obie były żonami asystentów (to wtedy była ważna funkcja), więc może nie chciały zaszkodzić mężom jakąś nieopatrzną odzywką. Kajtek (od Kiejstuta) Bereźnicki zaś nie umiał się oderwać od malowania.
Mógłbym rzucać dalszymi nazwiskami, żeby się pochwalić, ile ich pamiętam. Dodatkowo pamięć wyostrzał mi fakt, że biorąc udział w reportażu, dostąpiłem jednocześnie zaszczytu przebywania w jednej z czterech pracowni malarskich. To, w połączeniu z samym nagrywaniem sprawiło, że przez cały czas byłem w nastroju podniosłym. W prawdziwej pracowni malowało się dopiero od drugiego roku, my pierwszoroczni malarze mieliśmy inną, wspólną z pierwszorocznymi rzeźbiarzami i stanowiła ona coś w rodzaju czyśćca. Pierwszy rok był rokiem próbnym, przesiewowym, nie wiadomo było, czy człowiek dostanie się po wakacjach do raju, czyli pracowni malarskiej któregoś z asów: początkowo Jacka Żuławskiego, potem Krystyny Studnickiej, Juliusza Studnickiego, Stanisława Teisseyre'a, czy jeszcze później Piotra Potworowskiego. Na tych, co już się dostali, patrzyłem jak na wybrańców losu i wszystkich już znałem z nazwiska.
To chyba powszechne zjawisko, że nazwiska koleżanek i kolegów, którzy byli na tym samym roku (w tej samej klasie, a nawet w tej samej grupie w przedszkolu) i tych, którzy byli wyżej (na wyższym roku, w wyższej klasie, w starszakach), pamięta się doskonale, natomiast nikt nie potrafi wymienić choćby jednego nazwiska z roku, klasy, grupy - niższej. Ja stanowię rzadki przypadek, nie tylko dlatego, że udało mi się "zrobić sobie nazwisko" na uczelni wśród starszych ode mnie i stać się dla nich osobą znaną, ale też dlatego, że wspominając PWSSP, potrafię wymienić, obok tych starszych, także i nazwisko osoby młodszej, która przyszła na studia dwa lata po mnie. Była całe dwa lata niżej, a mimo to ja, proszę bardzo, mogę wymienić jej imię i nazwisko nawet obudzony w środku nocy: Hanka Rytlówna. Może ułatwia mi to trochę fakt, że od 1958 roku do dziś jesteśmy z Hanką małżeństwem.
Kiedy wszyscy przewidziani do zabrania głosu już się przed mikrofonem wypowiedzieli, cała grupa wycofała się w kierunku drzwi, rzucając Rawiczowi i Dejczerowi serdeczne słowa pożegnania i zaproszenie, że może wpadną jeszcze kiedyś, obaj zaś żegnani przez nas reporterzy, przywiązani kablem do gniazdka, relacjonowali do mikrofonu: "Opuszczamy pracownię rektora i idziemy dalej, do...".
Tę siermiężną prostotę możliwości technicznych wspominam zawsze ze wzruszeniem i zawsze wpada mi do głowy refleksja przeraźliwie banalna, ale po moich doświadczeniach życiowych nieuchronna: jakże ta technika się zmieniła! Jak pogalopowała naprzód! Rozwinęła się nieprawdopodobnie. Tu zresztą po cichutku upatruję szansę na sukces tej książki u młodzieży, licząc na to, że znajdzie w niej ona wiadomości dla siebie nowe, zaskakujące i czasem trudne do pojęcia (mówiąc o sukcesie, mam na myśli kilka osób w wieku uniwersyteckim, które tę książkę przeczytają przynajmniej do połowy).