Rozdział 1
1
No więc nawaliłam.
Ale tak naprawdę nawaliłam.
Nic nie mogę zrobić, bo ledwie trzymam się na nogach przygnieciona żalem
i nieznośnym bólem głowy. Zasługuję na cierpienie po błędzie ostatniego
wieczoru.
W ciszy pokoju wychwytuję pomrukiwanie klimatyzacji, a wzrok zawieszam
na smudze niweczącej nieskazitelność białego, marmurowego blatu
jadalnianego stołu.
- Jak z tego wybrniemy? - wzdycha Ruben, gotując się z bezsilności.
Nie może już ze mną wytrzymać. Dał mi wyraźnie do zrozumienia, że ma
dość tych nagłych spotkań mających naprawiać wyrządzane szkody.
- To twoja robota - wypala mama, stukając nerwowo paznokciami w telefon.
- Więc zacznij kombinować.
- Marnie, nie da się wszystkiego zamieść pod dywan - odpala Ruben. -
Hieny prasowe szybciutko przyzwyczaiły się do myśli, że twoja córka
zmienia się w źródło dochodu.
Powstrzymuję mdłości i zerkam ponad stołem. Ruben siedzi odwrócony do
mnie plecami, skupiony na ekranie MacBooka leżącego na kuchennym blacie.
Mama widzi tylko swoje telefony, służbowy i prywatny, żongluje nimi,
jakby nie mogła się zdecydować. Nawet o tej niedorzecznie porannej
porze, gdzieś pomiędzy kolejnymi kryzysami wizerunkowymi, zdążyła
wysuszyć włosy i zrobić makijaż. Są tu też dwie kobiety firmy
produkcyjnej, jakieś producentki wykonawcze, ale nie znam ich imion.
Mogę tylko stwierdzić, że wyglądają na absolutnie wściekłe.
- Możemy to zwalić na zawroty głowy? - pyta jedna z nich i gdy napotyka
mój wzrok, odwracam głowę.
- Taa, jaaasne, na pewno się uda - mamrocze Ruben.
Odwraca się, szczęki ma zaciśnięte. Jest obecny w naszym życiu od
dekady, ale i tak czasem jeszcze śmiertelnie się go boję.
Ustawia przede mną laptop i pochyla ekran.
- Spójrz tylko - mówi, ale jestem zbyt zawstydzona, by przeczytać
nagłówki. - Mila, popatrz! - nalega.
Czuję gorąco na policzkach i niechętnie spoglądam na ekran. Kilka
otwartych okienek pokrywa mozaiką cały ekran. Rozmazane wyrazy, które
zaciskają się w mojej piersi jak kleszcze.
CÓRKA EVERETTA HARDINGA ZAMIENIA SIĘ W DZIKUSKĘ?
MILA HARDING URZĄDZA SCENĘ NA KONFERENCJI PRASOWEJ DOTYCZĄCEJ FLASH
POINT: BEZ POWROTU
CZY EVERETT HARDING ZAWIÓDŁ JAKO RODZIC?
- Przepraszam - szepczę słaba z odwodnienia, a przez to ta deklaracja
wybrzmiewa nieszczerze.
- Przeprosiny nie skasują tej masakry! - szczeka Ruben i odchodzi,
zabierając laptop. Odkłada go na ladę i przekierowuje nerwy na
producentki. - Kto z waszego stadka uznał, że polanie szampana
szesnastolatce podczas takiego wydarzenia jest dobrym pomysłem? -
dopytuje. - Ktoś, kto nie powinien dalej dla was pracować!
- Nikt mi tego szampana nie dał - wcinam się cichutko, bo nie chcę
pociągać nikogo w moje bagienko. No i nikt inny nie jest winien. To moje
działania i decyzje doprowadziły do tej sytuacji, więc to wyłącznie mój
błąd. - Kieliszki były wypełnione, po prostu wzięłam sobie jeden, gdy
nikt nie patrzył.
Zniesmaczony Ruben rzuca mi spojrzenie przez ramię.
- Milo, jesteś już w takim wieku, że wiesz, iż tabloidy wyolbrzymiają
najmniejsze nawet potknięcie. Oczy im się świecą i już widzą kasę. Nie
mają litości dla dzieciaków popełniających błędy, a już na pewno nie dla
dziewczyny, która jest córką Everetta Hardinga.
Dzwoni czyjś telefon. Jedna z producentek wychodzi z pokoju,
wyszczekując komendy.
- Przepraszam - powtarzam.
Który to już raz od zeszłego wieczoru? Mam wrażenie, że wciąż za mało.
No i co jeszcze mogę powiedzieć? Zagryzam dolną wargę i gapię się w stół, przełykając łzy.
- Wiem, że jest ci przykro, kochanie - mówi mama. Odkłada oba telefony i przysuwa się, żeby mnie objąć. Pachnie świeżym, wiosennym kwieciem. -
Tak to już jest że nastolatki eksperymentują, to jak rytuał przejścia,
więc się nie gniewam. Po prostu... - Składa brodę na moim ramieniu,
wzdycha, czuję jej oddech na szyi. Głos jej się obniża. - Inne dzieciaki
mogą sobie pozwolić na sknocenie czegoś od czasu do czasu. Ty nie
możesz. Jesteśmy osobami publicznymi, a teraz oczy wszystkich są
skierowane prosto na nas.
Zaczynam płakać w jej ciepłym, pachnącym uścisku.
Moje ostatnie wpadki to było nic w porównaniu z tą. Gdy pokazałam
paparazzim środkowy palec, bo zapomniałam, że szyba po stronie pasażera
nie jest przyciemniona, Ruben prawie mnie udusił. A w zeszłym miesiącu,
gdy wdałam się w pyskówkę na Twitterze z czwartoligową modelką, Ruben
odebrał mi prawo do używania social mediów na dwa tygodnie. Teraz tamte
wygłupy nie wydają się groźne, bo wywinęłam naprawdę gruby numer z wyższej półki.
Wyobraźcie sobie to: wypasiona konferencja prasowa jednego z największych nadchodzących kinowych hitów lata, ujawnienie materiałów
prasowych na temat długo oczekiwanego, trzeciego filmu z serii Flash
Point. Luksusowe kino w Beverly Hills upchane dziennikarzami, którzy
już się rwą z pytaniami. Przybyli prawie wszyscy z obsady, ale to
gwiazdor, Everett Harding i jego zjawiskowa partnerka Laurel Peyton są
na ustach wszystkich. Na scenie gwiazdy rzucają żarciki do widowni i ekscytują się najnowszym filmem. W tym samym czasie za kulisami świętuje
ekipa produkcyjna. Szampan leje się strumieniami. Szykowna żona Everetta
Hardinga bryluje w tłumie, angażując się w rozmowy i zbierając pochwały
dla męża, które potem zacytuje w social mediach.
No i ja, ich córka, która popełnia błąd kompletnej ignorantki, wlewając
w siebie szampana na celebryckiej imprezie inwigilowanej z każdej
strony. Powinnam wiedzieć, że to nie miejsce na pierwsze drinki, ale
przecież jestem za kulisami, więc założyłam, że nikt nie zauważy.
Błędne założenie.
Event skończył się gromkimi brawami. Mama chwyciła tatę w ramiona, gdy
tylko ten pojawił się za kulisami, a Ruben zawołał naszego kierowcę, bo
ojciec był zbyt zmęczony po całym dniu z prasą, by zostać choć chwilę.
Ruben wygonił mnie na zewnątrz tylnymi drzwiami, tuż za rodzicami,
prosto w stroboskopowe błyski fleszy czekających dziennikarzy. Gdy byłam
młodsza, kojarzyły mi się z iskrami na nocnym niebie. Teraz są
oślepiające.
Dostałam po twarzy świeżym powietrzem. Potknęłam się o własne nogi,
wpadłam na mamę, a potem na barierki oddzielające dziennikarzy. Tata
usłyszał rumor i odwrócił się w moją stronę, ale Ruben wepchnął go do
minivana. Mama zniknęła w aucie zaraz za mężem i zanim Ruben wrócił po
mnie, ja ledwie utrzymywałam równowagę na czworaka na betonie. Zalała
mnie fala mdłości i nie byłam w stanie tego powstrzymać. No i porzygałam
się, usiłując sobie przypomnieć, ile tych kieliszków wychyliłam.
Aparaty strzelały, flesze migały jeszcze jaśniej, w skołowanej głowie
dudniło. Chór głosów wykrzykiwał niezrozumiałe rzeczy. Niektórzy wołali
mnie po imieniu, licząc na to, że spojrzę prosto w ich obiektyw i zrobią
perfekcyjne ujęcie, inni byli mniej grzeczni i pewnie mieli nadzieję na
to, że zareaguję niestosownie.
Ruben chwycił mnie za łokcie i podniósł z ziemi. Odsunął aparaty
wyciągniętą ręką, wciągnął mnie do furgonetki, zasunął drzwi z trzaśnięciem. Głosy zostały odcięte, ale dłonie wciąż uderzały w szyby.
- Milo - wzdrygnąła się mama, opadając na kolana i ujmując moją twarz w dłonie. Kręciło mi się w głowie. Patrzyła na mnie, wciąż nienagannie
umalowana, oczy miała szeroko otwarte, była w szoku. - Wszystko dobrze?
Coś ty...?
Ale to tata skończył za nią pytanie i z niedowierzaniem wypalił:
- Co do diabła? Piłaś?
No więc dałam ciała po całości. I teraz, kolejnego ranka, wszystko
wydaje się tysiąc razy gorsze. Nagłówki szargają nasze nazwisko.
Wszędzie w internecie są zdjęcia. Zrobiłam z ojca durnia.
- Za dużo tych wyskoków - mamrocze Ruben gdzieś z kuchni.
Rozumiem, że może być wkurzony. Jest menedżerem ojca, więc kieruje
naszym życiem, bo za to mu płacimy. A ja mu wcale tego nie ułatwiam, bo
wciąż potrząsam tym gniazdem szerszeni, jakim jest prasa brukowa.
- Premiera filmu za cztery tygodnie. Zdjęcia pijanej Mili Harding,
rzygającej na kolanach podczas konferencji prasowej się nam nie
przysłużą.
- Zła prasa wokół głównego aktora to nie coś, czego potrzebujemy, ani
teraz, ani w dniu premiery - dodaje producentka, która jeszcze jest w pokoju. Krzyżuje ręce na piersiach i spogląda na mnie z góry. Nie
obchodzimy ją jako rodzina, producenci dbają tylko o to, ile film zarobi
w weekend otwarcia.
- No i właśnie skończyła się szkoła, a to oznacza, młoda damo, że wezmą
cię na celownik! - dodaje Ruben, pocierając szczeciniastą brodę jakby w zamyśleniu.
Ocieram łzy i wyswobadzam się z uścisku mamy. Pociągam nosem i spoglądam
w twarz Rubenowi.
- Jak mogę to naprawić?
- Najlepiej? Możesz zniknąć stąd na kilka tygodni, żeby nikt się nie
zamartwiał, że staniesz się ulubienicą tabloidów!
- Ruben! - syczy mama, kładąc mi dłoń na ramieniu i zaciskając palce,
jakby w ten sposób chciała mnie ochronić przed jego słowami. Rzuca mu
zdegustowane spojrzenie.
- No co? A masz lepszy pomysł, Marnie? - zauważa mężczyzna sucho.
Skrzypią kuchenne drzwi. Przez szparki między spuchniętymi powiekami
dostrzegam tatę opierającego się o framugę. Stoi z rękami w kieszeniach,
na nosie ma ulubione okulary, bo na pewno jego oczy wyglądają źle po
wczorajszym intensywnym dniu.
- Mila - odkaszlnąwszy, zaczyna.
Głos ma niski i zachrypnięty, a przecież właśnie dzięki temu tembrowi
łamie tyle serc na całym świecie. Rano brzmi to jeszcze bardziej
chropawo. Unosi okulary, spogląda na mnie ciemnymi oczami. Są podkrążone
i przekrwione z powodu braku snu.
- Myślę, że na jakiś czas powinnaś pojechać do domu, tak będzie dla
ciebie najlepiej.
- Do domu? - powtarza za nim mama, a ja czuję, jak serce we mnie
zamiera. - Przecież tu jest nasz dom, Everett! I dom Mili także. Tu, z nami. Porozmawiajmy o tym, zanim...
- Ruben, ogarnij podróż - mówi tata, ignorując protesty mamy.
Wciąż na mnie patrzy. Czy iskierka żalu pojawia się w jego oczach?
Dostrzegam ją, nim opuszcza okulary i dodaje cicho:
- Milo, zacznij się pakować. Spędzisz lato w Tennessee.
Rozdział 2
2
POSIADŁOŚĆ HARDINGÓW
Nazwę wygrawerowano i pomalowano na złoto na tabliczce przymocowanej do
muru, który otacza pięćdziesiąt akrów rancza. Brama jest elektryczna, a można otworzyć ją breloczkiem, którego nie mam, więc naciskam guziczek
wezwania pomocy i gapię się w oko kamerki ochrony, czekając, aż coś się
wydarzy.
Szofer, który odebrał mnie z lotniska, już pojechał i zostawił mnie z bagażem w upale, w środku nicości. Na tych wiejskich drogach jest tak
dziwnie cicho, budynki sąsiedniego rancza są oddalone o jakąś milę i uderza mnie brak miejskiego hałasu. W Los Angeles taka cisza nie
istnieje.
- Mila! Jesteś! Daj mi chwilkę!
Ciocia Sheri! Od wieków nie słyszałam jej głosu z charakterystycznym
zaśpiewem, więc szczęście zalewa mi oblicze.
Z każdą sekundą pocę się coraz bardziej, ale czekam i przyglądam wysokim
murom.
Gdy byłam mała, ranczo nie miało ogrodzenia, żadnych płotów, murów,
bram. Żadnej ochrony. Tylko wylizany pogodą drewniany znak z ręcznie
wyrytym napisem. W tamtych czasach więcej nie było trzeba, ale odkąd
zaczęli kręcić się tu obcy ludzie, trzeba było temu zaradzić. Od czasu
do czasu pojawiali się fani w różnym wieku, bo odwiedzanie rancza, na
którym dorastał Everett Harding, to była dla nich wielka rzecz. Właśnie
dlatego Sheri nalegała, by ze względów bezpieczeństwa ogrodzić teren,
więc tata zwołał ekipę i wykosztował się, żeby uniknąć nieprzyjemnych
niezapowiedzianych wizyt. Nie pamiętałam, by te mury były tak
ostentacyjne, gdy byłam tu ostatnim razem. Szary kamień, taki
nieskazitelny, wygląda dziwacznie, nie pasuje do wsi, a ranczo
przypomina fortecę, a nie dom.
Rozlega się brzęczyk i brama otwiera się powoli. Po drugiej stronie już
czeka ciocia Sheri.
- Milo! - wybucha i ściska mnie w ten charakterystyczny, przyjacielski
sposób. Na misia, aż zapiera mi dech, a ona dusi mnie i kiwa się na
boki. - Niech no ci się przyjrzę! - Odsuwa mnie na długość ramion i przygląda się wnikliwie, jakbym była jakimś rzadkim eksponatem.
Choć ciocia Sheri jest siostrą taty, w ogóle go nie przypomina. Tata
jest mroczny, a ona łagodna, ma zaokrąglone, zawsze zaróżowione policzki
i burzę złotych loków. Jest młodsza z rodzeństwa, widać to od razu.
- No cześć, ciociu Sheri. - Uśmiecham się głupkowato.
Nie widziałyśmy się prawie cztery lata. Ona nie postarzała się ani o dzień, ale wiem, dlaczego mnie ogląda z takim zainteresowaniem. Nie
jestem już tym chudym dzieciakiem z krzywym zgryzem i różowymi
okularkami na nosie. Nosiłam aparat, brałam lekcje tańca, teraz mam
soczewki kontaktowe. I wszystko się wyprostowało.
- Ależ z ciebie słodka pannica - odzywa się ciocia. - Dobrze widzieć cię
na żywo, a nie na ekranie laptopa. - Po chwili krzywi się i chwyta mnie
za policzek. - Ale cały ten makijaż jest niepotrzebny, zwłaszcza tu u nas.
Ma rację, więc tylko unoszę ramiona na znak zgody. Nie mam pewności, czy
gdzieś nie czai się ktoś z aparatem. Muszę zawsze wyglądać
nieskazitelnie, tak mnie wytresował Ruben, a i mama, taka idealna,
przyłożyła się do tego. Wypuszczam powietrze i rzeczywiście czuję, że
makijaż zaczyna spływać, gdy tak stoimy.
- Ależ tu gorąco... - wzdycham.
Sheri śmieje się, obejmując mnie.
- Witamy z powrotem w Tennessee!
W Fairview w stanie Tennessee, jeśli ująć to dokładniej. Ojciec chyba
ciągle myśli o tym miejscu jako o swoim domu. Dla mnie to jest dom, bo
tutaj się urodziłam, a czy może być inna definicja domu? Większość życia
spędziłam jednak w Kalifornii i tylko tamten stan znam, więc to w Los
Angeles czuję się bardziej jak u siebie. Nie jestem jakoś specjalnie
przywiązana do Tennessee, no ale przecież opuściłam to miejsce mając
sześć lat.
Pamiętam to.
Wyjazd.
Byłam w połowie pierwszej klasy, gdy pakowałam ulubione zabawki do
kartonów, obejmowałam po raz ostatni dziadków i wsiadałam do samolotu do
Los Angeles, z biletem w jedną stronę. Wtedy nie wiedziałam, co to
znaczy opuszczać jakieś miejsce, a rodzice nazywali wyjazd "naszą małą
przygodą", więc nie miałam pojęcia, że on zmieni nasze życie tak bardzo.
Obchodziło mnie tylko to, że będziemy mieszkać przy plaży.
A przecież chodziło o pogoń za marzeniem ojca, to po to przemierzyliśmy
pół kraju.
Tata zawsze błaznował w klasie jako nastolatek. Któregoś razu, w ramach
kary, kazano mu pomagać przy kółku teatralnym i to nieodwracalnie
zmieniło jego życie. Malował dekoracje do zimowego przedstawienia i jakoś tak same ukazały się jego naturalne zdolności. Wystarczyło dodać
do tego wygląd gwiazdora i charyzmę, by w krótkim czasie okrzyknięto go
certyfikowanym łamaczem serc. Zaskoczył wszystkich, grając również na
studiach. Tam poznał moją mamę. Mając dwadzieścia kilka lat grywał już w niskobudżetowych filmach niezależnych, a jego nazwisko coraz częściej
pojawiało się w napisach końcowych. Rozbudowywał filmografię. Zupełnie
niespodziewanie zdobył rolę w filmie, który miał się okazać kasowym
hitem - i tym właśnie się stał. Ta rola stanowiła przepustkę Everetta
Hardinga do świata gwiazdorstwa i sławy.
No więc polecieliśmy do Kalifornii. Mama rzuciła pracę i stała się
osobistą asystentką taty, wspierała go i przebranżowiła się, co wyszło
jej na dobre, bo teraz jest cenioną makijażystką. Trzeba to przyznać
moim rodzicom, pracowali bardzo ciężko, by być tam, gdzie są.
No więc mieszkaliśmy w Los Angeles przez dekadę, przeprowadzając się do
coraz większych i wspanialszych domów. Teraz mamy posiadłość na
zamkniętym osiedlu Thousand Oaks. Wszystko jest w okolicy, szkoła, moi
przyjaciele, całe moje życie.
Mówiąc krótko, Kalifornia to całe moje życie, a Tennessee to tylko
mignięcie przeszłości.
Fairview to miejsce, które czasem odwiedzałam w wakacje. Zachowałam
kilka wspomnień ze zjazdów rodzinnych, a w ostatnim uczestniczyłam,
mając dwanaście lat.
Tym razem nie wpadłam tu na weekend. Tata nie zmienił zdania, a Ruben mu
przytaknął, że najlepiej będzie, jeśli zostanę tu dopóki hype po
premierze filmu trochę nie przygaśnie. Nie przyniosę więcej szkody,
jeśli nie będę się kręcić przed aparatami hollywoodzkich reporterów.
- Na twoje szczęście klimatyzator działa pełną parą - informuje mnie
Sheri. - Chodź, rozlokujemy cię! - Chwyta moją walizę i ciągnie ją krętą
ścieżką w stronę domu.
Ranczo nie zmieniło się od czasu tamtego ostatniego spędu na Święto
Dziękczynienia przed czterema laty. To te same pola, na których kiedyś,
w zamierzchłych czasach moich dziadków, pasło się bydło i owce. Dziś są
tutaj jedynie konie. Dostrzegam kilka na pastwisku przy stajniach
stojących za trzykondygnacyjnym domem.
Chyba tylko zabezpieczenia są w tym miejscu luksusowe. Wszystko inne
wygląda... normalnie. Trawa dawno niestrzyżona, stajniom przydałoby się
trochę świeżej farby, a wiek domu da się oszacować po starodawnych
oknach, lekko pordzewiałych barierkach i drewnianym ganku. Wygląda to
skromnie i uroczo. Zero hollywoodzkiego napompowania. To zwykłe,
południowe ranczo.
- Jesteś pewna, że mogę tutaj pomieszkać? - pytam, gdy zbliżamy się do
domu.
Plan mojego przybycia powstał dwa dni temu, więc dla wszystkich
zaangażowanych stron to nowość. Sheri pewnie nie miała czasu dobrze tego
przemyśleć, więc zaczynam czuć, że przeszkadzam.
Odstawia moją walizkę przed frontowymi drzwiami.
- Kochanie, przecież jesteśmy rodziną. - Uśmiecha się, pochylając głowę.
- No tak.
- No więc masz swoją odpowiedź. - Popycha drzwi i gestem nakazuje mi
wejście. - Przyda się tutaj ktoś młody.
Wchodzę i uderza mnie fala chłodu, co jest przyjemną odmianą po upale.
Sheri wlecze moją walizę przez wycieraczkę do obszernego hallu, w którym
znajdują się drewniane schody prowadzące na piętro. Rozpoznaję otwartą
przestrzeń przede mną, duży salon i kuchnię, oddzielone symbolicznie
łukami i belkowaniem. Nic się nie zmieniło od ostatniej wizyty. Te same
meble, pielęgnowane przez dziesięciolecia, na ścianach rodzinne zdjęcia
w przykurzonych oszklonych ramkach. Kuchni nie remontowano od lat i choć
jedne z drzwiczek szafki ledwie trzymają się na zawiasach, podoba mi się
ta niedoskonałość. Wszystko jest takie prawdziwe, w tym domu żyją
prawdziwi ludzie, choć miejsca jest zdecydowanie za dużo dla dwojga.
No i pachnie jakąś wyśmienitą potrawą Sheri.
- Gulasz wołowy - oznajmia, widząc, że zaciągam się zapachem. - Ze
wszystkimi smakowitymi dodatkami. Należy ci się porządne powitanie w domu!
Na górze rozlega się skrzypnięcie schodów, a mnie prawie serce wyskakuje
z piersi, gdy słyszę:
- Czy to moja mała Mila?
To głos mojego dziadka.
Powoli ukazuje się na schodach, w końcu dostrzegam jego uśmiech, i ja
też się szczerzę.
- Popeye! - Wbiegam na górę i dopadam go w połowie schodów, rzucając się
w jego ramiona.
Chwiejemy się, ale Popeye chwyta poręcz jedną ręką, a drugą przytrzymuje
mnie. Pachnie świeżym praniem i sianem, ten zapach świdruje moje
nozdrza. Mocno go obejmuję, jakbym chciała go zgnieść, i puszczam
dopiero, gdy w pełni przypominam sobie, jak wspaniale jest się do niego
przytulać. Cztery lata inicjowanych przez Sheri rozmów na czacie to
żadne spotkania, i teraz, po latach, tak bardzo się cieszę ze spotkania
z dziadkiem, że oczy mi wilgotnieją.
Ujmuję jego dłonie, czuję, że drżą. Są szorstkie i twarde, bo całe życie
ciężko nimi pracował. Twarz ma szczuplejszą i zapadniętą, no ale
przecież minęły lata, oczywiście, że się postarzał. Ma grzywę miękkich,
białych włosów, a szklane oko połyskuje nienaturalnie. Prawdziwe stracił
w Wietnamie. Gdy byłam dzieckiem, myślałam, że jest jak Popeye, postać z kreskówki. I tak już zostało.
- W tych komputerach nie wyglądałaś tak dobrze, Milo! - stwierdza
Popeye, ściskając moje dłonie i uśmiechając się. - Stałaś się taką
piękną młodą damą. Piętnastoletnią.
Ja mu nie powiem, że na żywo wygląda o wiele bardziej krucho niż w komputerze, więc tylko się śmieję i odwzajemniam uścisk.
- Szesnastoletnią, Popeye. Przysłałeś mi nawet kartkę na urodziny, nie
pamiętasz?
- Za szybko rośniesz, mówię ci.
Gdy już wszystkie ploteczki między mną i Popeye'em zostają wymienione,
Sheri nalega, by oprowadzić mnie po obszernym domu, dla odświeżenia
wspomnień. Poprzednio spędziliśmy tutaj tydzień, więc choć Fairview
zatarło się w mojej pamięci, to jednak dom w niej pozostał. Sheri
rozlokowuje mnie w tym samym gościnnym pokoju z dużym wykuszowym oknem
wychodzącym na stajnie. Wnoszę bagaż na górę i wskakuję pod prysznic.
Rozszyfrowanie, jak działają staromodne kurki, zajmuje mi z dziesięć
minut, a potem schodzę do kuchni na lunch.
Przygotowali stanowczo za dużo na trzy osoby, jest mięso i wszelkie
możliwe dodatki. Nie chcę, by cokolwiek się zmarnowało, więc nakładam
sobie całą górę i zaczynam jeść. No przecież umieram z głodu! Ten
obezwładniający mnie ostatnimi czasy wstyd sprawił, że nie byłam w stanie niczego przełknąć przez kilka dni.
- No więc, co tutaj się właściwie robi? - pytam pod koniec posiłku.
Wszystko jest tak pyszne, że chyba wyliżę talerz. W domu mama trzymała
nas na ścisłej wysokoproteinowej diecie pod dyktando ojca, i naprawdę
miałam już dosyć łososia i szparagów na parze.
- Możesz mi pomóc sprzątać stajnie. Nawóz nie śmierdzi tak bardzo, jak
już się człowiek przyzwyczai - rzuca Sheri i wybucha śmiechem, widząc,
że gapię się na nią jak ciele. - To żarcik, Milo, ale nie ukrywam,
przydasz mi się tu do pomocy.
- Mogę pomagać przy praniu. I sprzątaniu - sugeruję. Odsuwam talerz,
żeby pokazać, że skończyłam jeść, i opieram łokcie na stole. - Ale tak
serio. Co się fajnego robi w Fairview? Chyba place zabaw, na których
szalałam jako czterolatka, już mi nie wystarczą. Jest szansa na
wycieczkę do Nashville?
Dziadek chrząka, wstaje ciężko i zabiera ze stołu pustą szklankę.
- Jest tylko jeden sposób na dotarcie do Nashville, musisz sama tam się
zawieźć. - Poklepuje mnie po ramieniu i odchodzi w stronę zlewu.
Sheri opiera się na krześle ze zrezygnowaną miną, splata palce na
podołku.
- Są pewne zasady, których tu musisz przestrzegać, Milo.
- Zasady?
- Zasady określone przez pana Rubena Fishera.
- To hiena... - mruczy Popeye pod nosem, dolewając sobie wody. Sheri
przygląda się mu z czułością. - To okropny, okropny człowiek...
- Wiem coś o tym - stwierdzam, rozluźniając się. - Już sobie o tym
porozmawialiśmy, przez cztery godziny Ruben mi przypominał, że mam się
nie wychylać i nie przyciągać uwagi ani do siebie, ani tym bardziej do
taty.
- Ale to nie wszystko - zauważa Sheri. Spogląda w dół na swoje splecione
dłonie, potem zerka na mnie zmieszana. - Ruben kazał nie wypuszczać cię
poza obręb rancza.
- Co? - Robi mi się niedobrze ze zdenerwowania. - Nigdzie nie mogę
pójść?
Sheri uśmiecha się przebiegle.
- A kto powiedział, że musimy się stosować do tych jego zasad? Ty i ja,
my ustalimy sobie własne zasady.
- A więc - pytam z nadzieją, prostując się. - Będę mogła wyjść poza
ranczo?
- Tak, ale musisz mi obiecać, że będziesz super grzeczna i nie wpakujesz
się w żadne kłopoty. - Ton Sheri się zmienia, uśmiech znika. - Muszę
wiedzieć, gdzie jesteś, z kim jesteś, i co zamierzacie robić. Jeśli
będziesz mnie wtajemniczać, zachowasz trochę swobody, a Rubenem się
zajmę. Tak może być?
- Tak! - deklaruję. - Z dala od kłopotów! - Zapinam usta na zamek i mrugam niewinnie.
Wraca dziadek z pełną szklanką i uśmiecha się, siadając.
- Masz jakichś znajomych z dawnych czasów? - pyta.
- Wyjechałam, gdy miałam sześć lat, zapomniałeś? - przypominam mu,
wzdychając. - No więc raczej nie.
- No to musisz poszukać nowych - stwierdza, jakby to było takie proste.
Może kiedyś, gdy on był dzieciakiem, to właśnie tak się odbywało, ale
teraz, w dwudziestym pierwszym wieku... No... nie.
Sheri zrywa się z krzesła.
- Ale! Przecież Bennettowie mają dzieci. Na sąsiednim ranczu, wystarczy
pojechać drogą do końca. Naprawdę mili ludzi. - Puka palcem wskazującym
po ustach. - Córka ma na imię Savannah.
- Savannah? - powtarzam za nią.
Coś mi świta, jakaś dziecięca przyjaźń, siedzenie w niziutkiej szkolnej
ławce w pierwszej klasie.
- Jest zdaje się w twoim wieku.
- Chyba ją pamiętam. - Zamykam oczy by się skupić, ale jednak nic więcej
się nie pojawia.
- No więc mamy jakiś początek - mówi wesoło Sheri. Zaczyna zbierać ze
stołu talerze. - Zabiorę cię do nich, przypomnisz się po latach.
- Co? Czekaj, nie! Jak to? - Gapię się na nią przerażona. Przypominać
się dziewczynie, której nie widziałam od dekady? Kto dziś robi takie
rzeczy?
Sheri wrzuca z klekotem naczynia do zlewu, potem przetrząsa szafki i wyciąga jakąś blachę do pieczenia.
- Idealna! - oznajmia, spoglądając na mnie. - W zeszłym tygodniu
pożyczyłam ją od Patsy. Próbowałam upiec brownie z masłem orzechowym,
jakiś nowy przepis, nie wyszło oczywiście. Ale masz pretekst, by się tam
wybrać, więc to bardzo miłe z twojej strony, że mnie wyręczysz i odniesiesz blaszkę.
- Ale... To tak nie działa - jąkam się. Ciotka naprawdę oczekuje, że pójdę
do obcych ludzi z blachą do pieczenia? Nikt na świecie tak nie robi! -
Nie mogę ot tak zapukać i się zaprzyjaźniać.
- Tak właśnie się to robi w Tennessee - oznajmia Sheri i wręcza mi
blachę.
Szukam wsparcia u Popeye'a, ale on się tylko głupkowato uśmiecha. Oni
wszyscy są tacy staroświeccy w tym Tennessee!
- Może pójdę jutro?
Sheri przecież tak naprawdę nie daje mi żadnego wyboru. Znosi resztę
naczyń do zlewu, zgarnia z blatu kluczyki.
- Nie, bo do jutra wymyślisz tysiąc wykrętów, a skoro chcesz mieć
wolność, to musisz mieć z kim jej zażywać. Tato, poradzisz sobie sam?
Skoczymy z Milą do Bennettów.
- Lećcie, lećcie! - Ponagla nas gestem. Sięga przez stół i udaje mu się
jeszcze poklepać mnie po dłoni. - Idź się zaprzyjaźniaj. Z nami
zanudzisz się na śmierć!
Nawet zaśmiać się nie jestem w stanie. Wstaję od stołu z blachą
przyciśniętą do piersi.
Rozdział 3
3
Ale to głupie! To jest tak bardzo, bardzo głupie!
Domem Bennettów jest rancho Willowbank. Do oddalonej zaledwie o milę
posiadłości można dojść krętą, wiejską drogą, ale Sheri nalega, by mnie
zawieźć, bo: po pierwsze mogę się zgubić (tylko nie wiem jakim cudem,
gdyż to sąsiednie rancho przy tej samej drodze), a po drugie mogę zwiać.
Czyli mówiąc wprost, zostaję zawleczona do Willowbank wbrew mojej woli.
Ocieram z czoła warstewkę potu. Mimo że klima jest rozkręcona na maksa,
w środku vana czuję się jak w piekarniku. Skórzana tapicerka jest mocno
nagrzana i uda się do niej kleją. A brałam prysznic przed godziną! Znowu
czuję się obrzydliwie. To istny siódmy krąg piekła, wilgotność rodem z Nashville, zero cywilizacji w zasięgu wzroku i ciocia Sheri zmuszająca
mnie do pogaduszek z sąsiadami. Wpadanie z weekendową wizytą to zupełnie
coś innego niż konieczność życia tutaj, teraz już to wiem.
Mijamy znak z nazwą i skręcamy w starą gruntową drogę wijącą się przez
włości. W przeciwieństwie do naszych ziem, Willowbank nie jest ukryte za
wysokim murem i żadna ochrona nas nie zatrzymuje.
Mijamy traktor zaparkowany przy skraju pastwiska i Sheri hamuje przed
domem. Pocę się jak mysz. Czy jest czterdzieści w cieniu, czy po prostu
jestem tak beznadziejnym tchórzem? Co jest ze mną nie tak? Potrafiłam
rozmawiać z wielkimi nazwiskami filmowego biznesu, oskarowymi aktorkami
i producentami, a teraz jestem kłębkiem nerwów w obliczu dziewczyny, z którą chodziłam do podstawówki?
- Bądź miła i uśmiechaj się szeroko. - Sheri uspokajająco kiwa głową, by
mnie wesprzeć.
Mimo to mam wrażenie, że gdybym odmówiła wyjścia z auta, wyciągnęłaby
mnie za nogi. No ale przecież fakt, że będę miała choć jedną
przyjaciółkę na lato, z którą mogłabym się nie wychylać, będzie
korzystny zarówno dla mnie, jak i dla ciotki. Ona na pewno nie ma
ochoty, by szesnastolatka zadeptywała jej ranczo całymi dniami, choć o to właśnie zabiegał Ruben.
- No idź, oddaj tę blachę!
- Dobra. - Przełykam ślinę i biorę naczynie pod pachę. - No to idę!
Rozluźniam ramiona, wysiadam z samochodu i ruszam w stronę domu. Udaje
mi się ujść może z dziesięć kroków, gdy za plecami rozlega się
buksowanie opon. Zaskoczona odwracam się i widzę, że van ciotki znika w tumanie kurzu. Zostawiła mnie tu? Liczyłam na to, że oddam blachę
mamrocząc podziękowania i rzucę się z powrotem do bezpiecznego,
rozgrzanego wozu.
Czy ciotka naprawdę wierzy w to, że zostanę w tym domu z obcą
dziewczyną? A co jeśli Savannah Bennett w ogóle mnie nie pamięta i dojdzie do wniosku, że jestem jakąś dziwaczką nachodzącą ją po dekadzie?
Będę musiała spuścić głowę i podreptać do domu. Krótki spacer, no ale
spacer. W upokorzeniu.
Sheri nasłucha się ode mnie, gdy już wrócę!
Zaciskam zęby i wchodzę na ganek. Goła noga ociera się o drewnianą
balustradę, gorącą jak ogień. Odskakuję, podchodzę do drzwi i staję na
wycieraczce.
- Dorośnij może - mruczę pod nosem.
Jestem na wsi, na wiejskich obszarach Tennessee, ludzie tutaj są
przyjaźni, wszystko będzie dobrze.
No zrób to, Mila!
Znowu przełykam ślinę z trudem i pukam.
Sekundy dłużą się w nieskończoność i w końcu słyszę ruch za drzwiami.
Odskakuje zasuwa i otwierają się szeroko.
- No dzień dobry? - zagaja niska kobieta, unosząc pytająco brwi.
Zgaduję, że to Patsy. Dziwne jest to, że być może znałam ją jako
sześciolatka. Może moja mama gawędziła z nią przed szkolną bramą. Kto
wie?
- Dzień dobry, przepraszam, że przeszkadzam, ale... jestem... Jestem
bratanicą Sheri Harding - zaczynam i głos mi się łamie. Jakoś dziwnie
przedstawiać się jako bratanica Sheri, a nie córka Everetta Hardinga.
Trudno się to wypowiada. - Poprosiła mnie o odniesienie blaszki, no
więc... odnoszę. - Wręczam jej blachę z grzecznym uśmiechem, a przynajmniej tak mi się wydaje.
- Dziękuję, słoneczko.
Wychodzi na ganek i obrzuca mnie spojrzeniem od góry do dołu. Czuję się
jak zwierzak w klatce, ale ona chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, jak
bardzo taksujący jest ten wzrok. Na pewno układa sobie wszystko w głowie, puzzelki wskakują na miejsce.
- Bratanica Sheri, czyli... - zastanawia się na głos.
- Tak - wcinam się nieco za ostro, nim daje radę dokończyć. Widzę już
ten uśmieszek rozpoznania, w końcu Sheri ma tylko jednego brata. - To
właśnie ja. - Chichoczę skromnie, by nie pomyślała sobie, że jestem
zarozumiała.
Mam dosyć tego, że wszystkich obchodzi tylko to, kim jest mój ojciec.
Dla mnie jest po prostu ojcem, i tyle. Gościem, który łazi po domu w kapciach i dżinsach, i wyśpiewuje rockowe klasyki pod prysznicem.
- Ooo, to uroczo - zagaja znowu Patsy, przyciskając blachę do piersi i opierając się o framugę. Widzę, że jej mina jest nieszczera. - Wszyscy
przyjechaliście? Mam nadzieję, że media nie zakorkują nam drogi aż do
Nashville!
Pewnie pamięta, co działo się przed czterema laty. Nie wiem, kto
rozpuszcza te wiadomości, ale jakimś cudem media i fani zawsze podążają
za tatą. Rocznica ślubu na Bahamach? Reporterzy już czają się w hotelu,
zanim nawet wyląduje samolot. Wycieczka z rodziną na Święto
Dziękczynienia? Lokalni fani biwakują pod murami, licząc na jeden rzut
oka na idola. Policja musiała ich przeganiać.
Raz udało nam się wymknąć z domu, do Nashville, bladym świtem. Gdy teraz
o tym myślę, to rozumiem, że sąsiedzi byli wkurzeni zaburzeniem ich
spokoju.
- Nie, tylko ja przyleciałam - uspokajam Patsy. Chyba usłyszała:
Spokojnie, nie przyleciał ze mną tłum paparazzich ani stalkerów. -
Odpoczywam sobie trochę od wielkiego miasta, więc to tak jakby
tajemnica.
- Ach tak... - Patsy nieco się rozluźnia. - Nie pisnę ani słówka!
- Dziękuję - mówię z serca.
Jak już burza po premierze nieco przygaśnie i film rozbuja się w kinach,
będę mogła wrócić do domu. Na razie nikt z sąsiadów nie powinien
wypaplać niczego mediom.
Zbieram się do pożegnania i odejścia, ale nagle przypominam sobie, po co
tak naprawdę tu jestem.
- Tak sobie myślałam... czy jest Savannah? Chyba chodziłyśmy razem do
podstawówki.
Spojrzenie Patsy się rozjaśnia.
- No tak, rzeczywiście! Zaraz ją zawołam. - Znika we wnętrzu domu. -
Savannah!
A więc to prawda, bo już się bałam, że sobie wymyśliłam to siedzenie w jednej ławce.
Chłodne powietrze z wnętrza to ulga dla nóg, więc podchodzę bliżej,
chcąc schłodzić również twarz. Wilgotność jest nie do wytrzymania, nawet
w cieniu. Stoję tak z minutę, może dłużej, słuchając niewyraźnych głosów
z wnętrza domu. Może Savannah nie ma ochoty na odnawianie wiadomości z dziewczyną, która wypełzła nie wiadomo skąd, może Patsy ją błaga, by
zeszła i się przywitała.
To trochę straszne, serio.
- A kto tu podsłuchuje? - słyszę za plecami.
Odwracam się z nagłym biciem serca. To jakiś chłopak.
- Kim jesteś? - pytam głupio.
Nie wygląda na dużo starszego ode mnie. Brudny, rozczochrany blondas.
Opiera się na drążku wbitego w ziemię szpadla, ma na sobie ubłocone
kalosze.
- Nieczęsto kręcą się tu obcy. Szukasz czegoś?
- Czekam na Savannah - odpowiadam, czując się jak kompletna idiotka.
Czekam sobie na kogoś, kto pewnie nie chce mnie widzieć, że już nie
wspomnę o wspólnym spędzaniu wakacji. - Przysięgam, nie wtargnęłam tu
ani nic...
Chłopak wyciąga szpadel z ziemi i wstępuje na stopnie ganku.
- Jestem Myles. - Wyciąga w moją stronę przykurzoną dłoń. - Ten
przystojniejszy i mądrzejszy z rodzeństwa Bennettów.
A więc Savannah ma brata, jakiegoś brudasa, myślę, gapiąc się na
ubłoconą rękę.
- Ktoś tu nie wie, jak wygląda życie na ranczu, co? - zauważa Myles
sarkastycznie, a to chyba oczywiste. - Skąd ten akcencik? Na pewno nie
stąd, prawda?
No to jestem stąd, czy nie jestem? Samo miejsce urodzenia się liczy?
- Z Kalifornii - odpowiadam, wydymając wargi.
- Fajnie. Chciałbym się kiedyś nauczyć surfować. A skąd znasz siostrę?
- Chodziłyśmy razem do pierwszej klasy.
Widać po nim, że uważa za dziwne odnawianie znajomości po tak długim
czasie. Pewnie oczekiwał innej odpowiedzi, że poznałyśmy się na imprezie
kilka miesięcy temu, czy coś takiego. Jakiegoś normalnego powodu do
odwiedzenia jego siostry.
Ze środka słychać kroki i odwracam się, by spojrzeć, kto wrócił.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki