Becoming Mila - Estelle Maskame

Kup ebooka

32.90 zł
27.31 zł (26,48 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

No więc nawa­li­łam.

Ale tak naprawdę nawa­li­łam.

Nic nie mogę zro­bić, bo led­wie trzy­mam się na nogach przy­gnie­ciona żalem i nie­zno­śnym bólem głowy. Zasłu­guję na cier­pie­nie po błę­dzie ostat­niego wie­czoru.

W ciszy pokoju wychwy­tuję pomru­ki­wa­nie kli­ma­ty­za­cji, a wzrok zawie­szam na smu­dze niwe­czą­cej nie­ska­zi­tel­ność bia­łego, mar­mu­ro­wego blatu jadal­nia­nego stołu.

- Jak z tego wybrniemy? - wzdy­cha Ruben, gotu­jąc się z bez­sil­no­ści.

Nie może już ze mną wytrzy­mać. Dał mi wyraź­nie do zro­zu­mie­nia, że ma dość tych nagłych spo­tkań mają­cych napra­wiać wyrzą­dzane szkody.

- To twoja robota - wypala mama, stu­ka­jąc ner­wowo paznok­ciami w tele­fon. - Więc zacznij kom­bi­no­wać.

- Mar­nie, nie da się wszyst­kiego zamieść pod dywan - odpala Ruben. - Hieny pra­sowe szyb­ciutko przy­zwy­cza­iły się do myśli, że twoja córka zmie­nia się w źró­dło dochodu.

Powstrzy­muję mdło­ści i zer­kam ponad sto­łem. Ruben sie­dzi odwró­cony do mnie ple­cami, sku­piony na ekra­nie Mac­Bo­oka leżą­cego na kuchen­nym bla­cie. Mama widzi tylko swoje tele­fony, służ­bowy i pry­watny, żon­gluje nimi, jakby nie mogła się zde­cy­do­wać. Nawet o tej nie­do­rzecz­nie poran­nej porze, gdzieś pomię­dzy kolej­nymi kry­zy­sami wize­run­ko­wymi, zdą­żyła wysu­szyć włosy i zro­bić maki­jaż. Są tu też dwie kobiety firmy pro­duk­cyj­nej, jakieś pro­du­centki wyko­naw­cze, ale nie znam ich imion. Mogę tylko stwier­dzić, że wyglą­dają na abso­lut­nie wście­kłe.

- Możemy to zwa­lić na zawroty głowy? - pyta jedna z nich i gdy napo­tyka mój wzrok, odwra­cam głowę.

- Taa, jaaasne, na pewno się uda - mam­ro­cze Ruben.

Odwraca się, szczęki ma zaci­śnięte. Jest obecny w naszym życiu od dekady, ale i tak cza­sem jesz­cze śmier­tel­nie się go boję.

Usta­wia przede mną lap­top i pochyla ekran.

- Spójrz tylko - mówi, ale jestem zbyt zawsty­dzona, by prze­czy­tać nagłówki. - Mila, popatrz! - nalega.

Czuję gorąco na policz­kach i nie­chęt­nie spo­glą­dam na ekran. Kilka otwar­tych okie­nek pokrywa mozaiką cały ekran. Roz­ma­zane wyrazy, które zaci­skają się w mojej piersi jak klesz­cze.

CÓRKA EVE­RETTA HAR­DINGA ZAMIE­NIA SIĘ W DZI­KU­SKĘ?

MILA HAR­DING URZĄ­DZA SCENĘ NA KON­FE­REN­CJI PRA­SO­WEJ DOTY­CZĄ­CEJ FLASH POINT: BEZ POWROTU

CZY EVE­RETT HAR­DING ZAWIÓDŁ JAKO RODZIC?

- Prze­pra­szam - szep­czę słaba z odwod­nie­nia, a przez to ta dekla­ra­cja wybrzmiewa nie­szcze­rze.

- Prze­pro­siny nie ska­sują tej masa­kry! - szczeka Ruben i odcho­dzi, zabie­ra­jąc lap­top. Odkłada go na ladę i prze­kie­ro­wuje nerwy na pro­du­centki. - Kto z waszego stadka uznał, że pola­nie szam­pana szes­na­sto­latce pod­czas takiego wyda­rze­nia jest dobrym pomy­słem? - dopy­tuje. - Ktoś, kto nie powi­nien dalej dla was pra­co­wać!

- Nikt mi tego szam­pana nie dał - wci­nam się cichutko, bo nie chcę pocią­gać nikogo w moje bagienko. No i nikt inny nie jest winien. To moje dzia­ła­nia i decy­zje dopro­wa­dziły do tej sytu­acji, więc to wyłącz­nie mój błąd. - Kie­liszki były wypeł­nione, po pro­stu wzię­łam sobie jeden, gdy nikt nie patrzył.

Znie­sma­czony Ruben rzuca mi spoj­rze­nie przez ramię.

- Milo, jesteś już w takim wieku, że wiesz, iż tablo­idy wyol­brzy­miają naj­mniej­sze nawet potknię­cie. Oczy im się świecą i już widzą kasę. Nie mają lito­ści dla dzie­cia­ków popeł­nia­ją­cych błędy, a już na pewno nie dla dziew­czyny, która jest córką Eve­retta Har­dinga.

Dzwoni czyjś tele­fon. Jedna z pro­du­cen­tek wycho­dzi z pokoju, wyszcze­ku­jąc komendy.

- Prze­pra­szam - powta­rzam.

Który to już raz od zeszłego wie­czoru? Mam wra­że­nie, że wciąż za mało. No i co jesz­cze mogę powie­dzieć? Zagry­zam dolną wargę i gapię się w stół, prze­ły­ka­jąc łzy.

- Wiem, że jest ci przy­kro, kocha­nie - mówi mama. Odkłada oba tele­fony i przy­suwa się, żeby mnie objąć. Pach­nie świe­żym, wio­sen­nym kwie­ciem. - Tak to już jest że nasto­latki eks­pe­ry­men­tują, to jak rytuał przej­ścia, więc się nie gnie­wam. Po pro­stu... - Składa brodę na moim ramie­niu, wzdy­cha, czuję jej oddech na szyi. Głos jej się obniża. - Inne dzie­ciaki mogą sobie pozwo­lić na skno­ce­nie cze­goś od czasu do czasu. Ty nie możesz. Jeste­śmy oso­bami publicz­nymi, a teraz oczy wszyst­kich są skie­ro­wane pro­sto na nas.

Zaczy­nam pła­kać w jej cie­płym, pach­ną­cym uści­sku.

Moje ostat­nie wpadki to było nic w porów­na­niu z tą. Gdy poka­za­łam papa­raz­zim środ­kowy palec, bo zapo­mnia­łam, że szyba po stro­nie pasa­żera nie jest przy­ciem­niona, Ruben pra­wie mnie udu­sił. A w zeszłym mie­siącu, gdy wda­łam się w pyskówkę na Twit­te­rze z czwar­to­li­gową modelką, Ruben ode­brał mi prawo do uży­wa­nia social mediów na dwa tygo­dnie. Teraz tamte wygłupy nie wydają się groźne, bo wywi­nę­łam naprawdę gruby numer z wyż­szej półki.

Wyobraź­cie sobie to: wypa­siona kon­fe­ren­cja pra­sowa jed­nego z naj­więk­szych nad­cho­dzą­cych kino­wych hitów lata, ujaw­nie­nie mate­ria­łów pra­so­wych na temat długo ocze­ki­wa­nego, trze­ciego filmu z serii Flash Point. Luk­su­sowe kino w Beverly Hills upchane dzien­ni­ka­rzami, któ­rzy już się rwą z pyta­niami. Przy­byli pra­wie wszy­scy z obsady, ale to gwiaz­dor, Eve­rett Har­ding i jego zja­wi­skowa part­nerka Lau­rel Pey­ton są na ustach wszyst­kich. Na sce­nie gwiazdy rzu­cają żar­ciki do widowni i eks­cy­tują się naj­now­szym fil­mem. W tym samym cza­sie za kuli­sami świę­tuje ekipa pro­duk­cyjna. Szam­pan leje się stru­mie­niami. Szy­kowna żona Eve­retta Har­dinga bry­luje w tłu­mie, anga­żu­jąc się w roz­mowy i zbie­ra­jąc pochwały dla męża, które potem zacy­tuje w social mediach.

No i ja, ich córka, która popeł­nia błąd kom­plet­nej igno­rantki, wle­wa­jąc w sie­bie szam­pana na cele­bryc­kiej impre­zie inwi­gi­lo­wa­nej z każ­dej strony. Powin­nam wie­dzieć, że to nie miej­sce na pierw­sze drinki, ale prze­cież jestem za kuli­sami, więc zało­ży­łam, że nikt nie zauważy.

Błędne zało­że­nie.

Event skoń­czył się grom­kimi bra­wami. Mama chwy­ciła tatę w ramiona, gdy tylko ten poja­wił się za kuli­sami, a Ruben zawo­łał naszego kie­rowcę, bo ojciec był zbyt zmę­czony po całym dniu z prasą, by zostać choć chwilę. Ruben wygo­nił mnie na zewnątrz tyl­nymi drzwiami, tuż za rodzi­cami, pro­sto w stro­bo­sko­powe bły­ski fle­szy cze­ka­ją­cych dzien­ni­ka­rzy. Gdy byłam młod­sza, koja­rzyły mi się z iskrami na noc­nym nie­bie. Teraz są ośle­pia­jące.

Dosta­łam po twa­rzy świe­żym powie­trzem. Potknę­łam się o wła­sne nogi, wpa­dłam na mamę, a potem na barierki oddzie­la­jące dzien­ni­ka­rzy. Tata usły­szał rumor i odwró­cił się w moją stronę, ale Ruben wepchnął go do mini­vana. Mama znik­nęła w aucie zaraz za mężem i zanim Ruben wró­cił po mnie, ja led­wie utrzy­my­wa­łam rów­no­wagę na czwo­raka na beto­nie. Zalała mnie fala mdło­ści i nie byłam w sta­nie tego powstrzy­mać. No i porzy­ga­łam się, usi­łu­jąc sobie przy­po­mnieć, ile tych kie­lisz­ków wychy­li­łam.

Apa­raty strze­lały, fle­sze migały jesz­cze jaśniej, w sko­ło­wa­nej gło­wie dud­niło. Chór gło­sów wykrzy­ki­wał nie­zro­zu­miałe rze­czy. Nie­któ­rzy wołali mnie po imie­niu, licząc na to, że spoj­rzę pro­sto w ich obiek­tyw i zro­bią per­fek­cyjne uję­cie, inni byli mniej grzeczni i pew­nie mieli nadzieję na to, że zare­aguję nie­sto­sow­nie.

Ruben chwy­cił mnie za łok­cie i pod­niósł z ziemi. Odsu­nął apa­raty wycią­gniętą ręką, wcią­gnął mnie do fur­go­netki, zasu­nął drzwi z trza­śnię­ciem. Głosy zostały odcięte, ale dło­nie wciąż ude­rzały w szyby.

- Milo - wzdry­gnąła się mama, opa­da­jąc na kolana i ujmu­jąc moją twarz w dło­nie. Krę­ciło mi się w gło­wie. Patrzyła na mnie, wciąż nie­na­gan­nie uma­lo­wana, oczy miała sze­roko otwarte, była w szoku. - Wszystko dobrze? Coś ty...?

Ale to tata skoń­czył za nią pyta­nie i z nie­do­wie­rza­niem wypa­lił:

- Co do dia­bła? Piłaś?

No więc dałam ciała po cało­ści. I teraz, kolej­nego ranka, wszystko wydaje się tysiąc razy gor­sze. Nagłówki szar­gają nasze nazwi­sko. Wszę­dzie w inter­ne­cie są zdję­cia. Zro­bi­łam z ojca dur­nia.

- Za dużo tych wysko­ków - mam­ro­cze Ruben gdzieś z kuchni.

Rozu­miem, że może być wku­rzony. Jest mene­dże­rem ojca, więc kie­ruje naszym życiem, bo za to mu pła­cimy. A ja mu wcale tego nie uła­twiam, bo wciąż potrzą­sam tym gniaz­dem szer­szeni, jakim jest prasa bru­kowa.

- Pre­miera filmu za cztery tygo­dnie. Zdję­cia pija­nej Mili Har­ding, rzy­ga­ją­cej na kola­nach pod­czas kon­fe­ren­cji pra­so­wej się nam nie przy­służą.

- Zła prasa wokół głów­nego aktora to nie coś, czego potrze­bu­jemy, ani teraz, ani w dniu pre­miery - dodaje pro­du­centka, która jesz­cze jest w pokoju. Krzy­żuje ręce na pier­siach i spo­gląda na mnie z góry. Nie obcho­dzimy ją jako rodzina, pro­du­cenci dbają tylko o to, ile film zarobi w week­end otwar­cia.

- No i wła­śnie skoń­czyła się szkoła, a to ozna­cza, młoda damo, że wezmą cię na celow­nik! - dodaje Ruben, pocie­ra­jąc szcze­ci­nia­stą brodę jakby w zamy­śle­niu.

Ocie­ram łzy i wyswo­ba­dzam się z uści­sku mamy. Pocią­gam nosem i spo­glą­dam w twarz Rube­nowi.

- Jak mogę to napra­wić?

- Naj­le­piej? Możesz znik­nąć stąd na kilka tygo­dni, żeby nikt się nie zamar­twiał, że sta­niesz się ulu­bie­nicą tablo­idów!

- Ruben! - syczy mama, kła­dąc mi dłoń na ramie­niu i zaci­ska­jąc palce, jakby w ten spo­sób chciała mnie ochro­nić przed jego sło­wami. Rzuca mu zde­gu­sto­wane spoj­rze­nie.

- No co? A masz lep­szy pomysł, Mar­nie? - zauważa męż­czy­zna sucho.

Skrzy­pią kuchenne drzwi. Przez szparki mię­dzy spuch­nię­tymi powie­kami dostrze­gam tatę opie­ra­ją­cego się o fra­mugę. Stoi z rękami w kie­sze­niach, na nosie ma ulu­bione oku­lary, bo na pewno jego oczy wyglą­dają źle po wczo­raj­szym inten­syw­nym dniu.

- Mila - odkaszl­nąw­szy, zaczyna.

Głos ma niski i zachryp­nięty, a prze­cież wła­śnie dzięki temu tem­browi łamie tyle serc na całym świe­cie. Rano brzmi to jesz­cze bar­dziej chro­pawo. Unosi oku­lary, spo­gląda na mnie ciem­nymi oczami. Są pod­krą­żone i prze­krwione z powodu braku snu.

- Myślę, że na jakiś czas powin­naś poje­chać do domu, tak będzie dla cie­bie naj­le­piej.

- Do domu? - powta­rza za nim mama, a ja czuję, jak serce we mnie zamiera. - Prze­cież tu jest nasz dom, Eve­rett! I dom Mili także. Tu, z nami. Poroz­ma­wiajmy o tym, zanim...

- Ruben, ogar­nij podróż - mówi tata, igno­ru­jąc pro­te­sty mamy.

Wciąż na mnie patrzy. Czy iskierka żalu poja­wia się w jego oczach? Dostrze­gam ją, nim opusz­cza oku­lary i dodaje cicho:

- Milo, zacznij się pako­wać. Spę­dzisz lato w Ten­nes­see.

Rozdział 2

2

POSIA­DŁOŚĆ HAR­DIN­GÓW

Nazwę wygra­we­ro­wano i poma­lo­wano na złoto na tabliczce przy­mo­co­wa­nej do muru, który ota­cza pięć­dzie­siąt akrów ran­cza. Brama jest elek­tryczna, a można otwo­rzyć ją bre­locz­kiem, któ­rego nie mam, więc naci­skam guzi­czek wezwa­nia pomocy i gapię się w oko kamerki ochrony, cze­ka­jąc, aż coś się wyda­rzy.

Szo­fer, który ode­brał mnie z lot­ni­ska, już poje­chał i zosta­wił mnie z baga­żem w upale, w środku nico­ści. Na tych wiej­skich dro­gach jest tak dziw­nie cicho, budynki sąsied­niego ran­cza są odda­lone o jakąś milę i ude­rza mnie brak miej­skiego hałasu. W Los Ange­les taka cisza nie ist­nieje.

- Mila! Jesteś! Daj mi chwilkę!

Cio­cia Sheri! Od wie­ków nie sły­sza­łam jej głosu z cha­rak­te­ry­stycz­nym zaśpie­wem, więc szczę­ście zalewa mi obli­cze.

Z każdą sekundą pocę się coraz bar­dziej, ale cze­kam i przy­glą­dam wyso­kim murom.

Gdy byłam mała, ran­czo nie miało ogro­dze­nia, żad­nych pło­tów, murów, bram. Żad­nej ochrony. Tylko wyli­zany pogodą drew­niany znak z ręcz­nie wyry­tym napi­sem. W tam­tych cza­sach wię­cej nie było trzeba, ale odkąd zaczęli krę­cić się tu obcy ludzie, trzeba było temu zara­dzić. Od czasu do czasu poja­wiali się fani w róż­nym wieku, bo odwie­dza­nie ran­cza, na któ­rym dora­stał Eve­rett Har­ding, to była dla nich wielka rzecz. Wła­śnie dla­tego Sheri nale­gała, by ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa ogro­dzić teren, więc tata zwo­łał ekipę i wykosz­to­wał się, żeby unik­nąć nie­przy­jem­nych nie­za­po­wie­dzia­nych wizyt. Nie pamię­ta­łam, by te mury były tak osten­ta­cyjne, gdy byłam tu ostat­nim razem. Szary kamień, taki nie­ska­zi­telny, wygląda dzi­wacz­nie, nie pasuje do wsi, a ran­czo przy­po­mina for­tecę, a nie dom.

Roz­lega się brzę­czyk i brama otwiera się powoli. Po dru­giej stro­nie już czeka cio­cia Sheri.

- Milo! - wybu­cha i ści­ska mnie w ten cha­rak­te­ry­styczny, przy­ja­ciel­ski spo­sób. Na misia, aż zapiera mi dech, a ona dusi mnie i kiwa się na boki. - Niech no ci się przyj­rzę! - Odsuwa mnie na dłu­gość ramion i przy­gląda się wni­kli­wie, jak­bym była jakimś rzad­kim eks­po­na­tem.

Choć cio­cia Sheri jest sio­strą taty, w ogóle go nie przy­po­mina. Tata jest mroczny, a ona łagodna, ma zaokrą­glone, zawsze zaró­żo­wione policzki i burzę zło­tych loków. Jest młod­sza z rodzeń­stwa, widać to od razu.

- No cześć, cio­ciu Sheri. - Uśmie­cham się głup­ko­wato.

Nie widzia­ły­śmy się pra­wie cztery lata. Ona nie posta­rzała się ani o dzień, ale wiem, dla­czego mnie ogląda z takim zain­te­re­so­wa­niem. Nie jestem już tym chu­dym dzie­cia­kiem z krzy­wym zgry­zem i różo­wymi oku­lar­kami na nosie. Nosi­łam apa­rat, bra­łam lek­cje tańca, teraz mam soczewki kon­tak­towe. I wszystko się wypro­sto­wało.

- Ależ z cie­bie słodka pan­nica - odzywa się cio­cia. - Dobrze widzieć cię na żywo, a nie na ekra­nie lap­topa. - Po chwili krzywi się i chwyta mnie za poli­czek. - Ale cały ten maki­jaż jest nie­po­trzebny, zwłasz­cza tu u nas.

Ma rację, więc tylko uno­szę ramiona na znak zgody. Nie mam pew­no­ści, czy gdzieś nie czai się ktoś z apa­ra­tem. Muszę zawsze wyglą­dać nie­ska­zi­tel­nie, tak mnie wytre­so­wał Ruben, a i mama, taka ide­alna, przy­ło­żyła się do tego. Wypusz­czam powie­trze i rze­czy­wi­ście czuję, że maki­jaż zaczyna spły­wać, gdy tak sto­imy.

- Ależ tu gorąco... - wzdy­cham.

Sheri śmieje się, obej­mu­jąc mnie.

- Witamy z powro­tem w Ten­nes­see!

W Fairview w sta­nie Ten­nes­see, jeśli ująć to dokład­niej. Ojciec chyba cią­gle myśli o tym miej­scu jako o swoim domu. Dla mnie to jest dom, bo tutaj się uro­dzi­łam, a czy może być inna defi­ni­cja domu? Więk­szość życia spę­dzi­łam jed­nak w Kali­for­nii i tylko tam­ten stan znam, więc to w Los Ange­les czuję się bar­dziej jak u sie­bie. Nie jestem jakoś spe­cjal­nie przy­wią­zana do Ten­nes­see, no ale prze­cież opu­ści­łam to miej­sce mając sześć lat.

Pamię­tam to.

Wyjazd.

Byłam w poło­wie pierw­szej klasy, gdy pako­wa­łam ulu­bione zabawki do kar­to­nów, obej­mo­wa­łam po raz ostatni dziad­ków i wsia­da­łam do samo­lotu do Los Ange­les, z bile­tem w jedną stronę. Wtedy nie wie­dzia­łam, co to zna­czy opusz­czać jakieś miej­sce, a rodzice nazy­wali wyjazd "naszą małą przy­godą", więc nie mia­łam poję­cia, że on zmieni nasze życie tak bar­dzo. Obcho­dziło mnie tylko to, że będziemy miesz­kać przy plaży.

A prze­cież cho­dziło o pogoń za marze­niem ojca, to po to prze­mie­rzy­li­śmy pół kraju.

Tata zawsze bła­zno­wał w kla­sie jako nasto­la­tek. Któ­re­goś razu, w ramach kary, kazano mu poma­gać przy kółku teatral­nym i to nie­od­wra­cal­nie zmie­niło jego życie. Malo­wał deko­ra­cje do zimo­wego przed­sta­wie­nia i jakoś tak same uka­zały się jego natu­ralne zdol­no­ści. Wystar­czyło dodać do tego wygląd gwiaz­dora i cha­ry­zmę, by w krót­kim cza­sie okrzyk­nięto go cer­ty­fi­ko­wa­nym łama­czem serc. Zasko­czył wszyst­kich, gra­jąc rów­nież na stu­diach. Tam poznał moją mamę. Mając dwa­dzie­ścia kilka lat gry­wał już w nisko­bu­dże­to­wych fil­mach nie­za­leż­nych, a jego nazwi­sko coraz czę­ściej poja­wiało się w napi­sach koń­co­wych. Roz­bu­do­wy­wał fil­mo­gra­fię. Zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie zdo­był rolę w fil­mie, który miał się oka­zać kaso­wym hitem - i tym wła­śnie się stał. Ta rola sta­no­wiła prze­pustkę Eve­retta Har­dinga do świata gwiaz­dor­stwa i sławy.

No więc pole­cie­li­śmy do Kali­for­nii. Mama rzu­ciła pracę i stała się oso­bi­stą asy­stentką taty, wspie­rała go i prze­bran­żo­wiła się, co wyszło jej na dobre, bo teraz jest cenioną maki­ja­żystką. Trzeba to przy­znać moim rodzi­com, pra­co­wali bar­dzo ciężko, by być tam, gdzie są.

No więc miesz­ka­li­śmy w Los Ange­les przez dekadę, prze­pro­wa­dza­jąc się do coraz więk­szych i wspa­nial­szych domów. Teraz mamy posia­dłość na zamknię­tym osie­dlu Tho­usand Oaks. Wszystko jest w oko­licy, szkoła, moi przy­ja­ciele, całe moje życie.

Mówiąc krótko, Kali­for­nia to całe moje życie, a Ten­nes­see to tylko mignię­cie prze­szło­ści.

Fairview to miej­sce, które cza­sem odwie­dza­łam w waka­cje. Zacho­wa­łam kilka wspo­mnień ze zjaz­dów rodzin­nych, a w ostat­nim uczest­ni­czy­łam, mając dwa­na­ście lat.

Tym razem nie wpa­dłam tu na week­end. Tata nie zmie­nił zda­nia, a Ruben mu przy­tak­nął, że naj­le­piej będzie, jeśli zostanę tu dopóki hype po pre­mie­rze filmu tro­chę nie przy­ga­śnie. Nie przy­niosę wię­cej szkody, jeśli nie będę się krę­cić przed apa­ra­tami hol­ly­wo­odz­kich repor­te­rów.

- Na twoje szczę­ście kli­ma­ty­za­tor działa pełną parą - infor­muje mnie Sheri. - Chodź, roz­lo­ku­jemy cię! - Chwyta moją walizę i cią­gnie ją krętą ścieżką w stronę domu.

Ran­czo nie zmie­niło się od czasu tam­tego ostat­niego spędu na Święto Dzięk­czy­nie­nia przed czte­rema laty. To te same pola, na któ­rych kie­dyś, w zamierz­chłych cza­sach moich dziad­ków, pasło się bydło i owce. Dziś są tutaj jedy­nie konie. Dostrze­gam kilka na pastwi­sku przy staj­niach sto­ją­cych za trzy­kon­dy­gna­cyj­nym domem.

Chyba tylko zabez­pie­cze­nia są w tym miej­scu luk­su­sowe. Wszystko inne wygląda... nor­mal­nie. Trawa dawno nie­strzy­żona, staj­niom przy­da­łoby się tro­chę świe­żej farby, a wiek domu da się osza­co­wać po sta­ro­daw­nych oknach, lekko pordze­wia­łych barier­kach i drew­nia­nym ganku. Wygląda to skrom­nie i uro­czo. Zero hol­ly­wo­odz­kiego napom­po­wa­nia. To zwy­kłe, połu­dniowe ran­czo.

- Jesteś pewna, że mogę tutaj pomiesz­kać? - pytam, gdy zbli­żamy się do domu.

Plan mojego przy­by­cia powstał dwa dni temu, więc dla wszyst­kich zaan­ga­żo­wa­nych stron to nowość. Sheri pew­nie nie miała czasu dobrze tego prze­my­śleć, więc zaczy­nam czuć, że prze­szka­dzam.

Odsta­wia moją walizkę przed fron­to­wymi drzwiami.

- Kocha­nie, prze­cież jeste­śmy rodziną. - Uśmie­cha się, pochy­la­jąc głowę.

- No tak.

- No więc masz swoją odpo­wiedź. - Popy­cha drzwi i gestem naka­zuje mi wej­ście. - Przyda się tutaj ktoś młody.

Wcho­dzę i ude­rza mnie fala chłodu, co jest przy­jemną odmianą po upale.

Sheri wle­cze moją walizę przez wycie­raczkę do obszer­nego hallu, w któ­rym znaj­dują się drew­niane schody pro­wa­dzące na pię­tro. Roz­po­znaję otwartą prze­strzeń przede mną, duży salon i kuch­nię, oddzie­lone sym­bo­licz­nie łukami i bel­ko­wa­niem. Nic się nie zmie­niło od ostat­niej wizyty. Te same meble, pie­lę­gno­wane przez dzie­się­cio­le­cia, na ścia­nach rodzinne zdję­cia w przy­ku­rzo­nych oszklo­nych ram­kach. Kuchni nie remon­to­wano od lat i choć jedne z drzwi­czek szafki led­wie trzy­mają się na zawia­sach, podoba mi się ta nie­do­sko­na­łość. Wszystko jest takie praw­dziwe, w tym domu żyją praw­dziwi ludzie, choć miej­sca jest zde­cy­do­wa­nie za dużo dla dwojga.

No i pach­nie jakąś wyśmie­nitą potrawą Sheri.

- Gulasz wołowy - oznaj­mia, widząc, że zacią­gam się zapa­chem. - Ze wszyst­kimi sma­ko­wi­tymi dodat­kami. Należy ci się porządne powi­ta­nie w domu!

Na górze roz­lega się skrzyp­nię­cie scho­dów, a mnie pra­wie serce wyska­kuje z piersi, gdy sły­szę:

- Czy to moja mała Mila?

To głos mojego dziadka.

Powoli uka­zuje się na scho­dach, w końcu dostrze­gam jego uśmiech, i ja też się szcze­rzę.

- Popeye! - Wbie­gam na górę i dopa­dam go w poło­wie scho­dów, rzu­ca­jąc się w jego ramiona.

Chwie­jemy się, ale Popeye chwyta poręcz jedną ręką, a drugą przy­trzy­muje mnie. Pach­nie świe­żym pra­niem i sia­nem, ten zapach świ­druje moje noz­drza. Mocno go obej­muję, jak­bym chciała go zgnieść, i pusz­czam dopiero, gdy w pełni przy­po­mi­nam sobie, jak wspa­niale jest się do niego przy­tu­lać. Cztery lata ini­cjo­wa­nych przez Sheri roz­mów na cza­cie to żadne spo­tka­nia, i teraz, po latach, tak bar­dzo się cie­szę ze spo­tka­nia z dziad­kiem, że oczy mi wil­got­nieją.

Ujmuję jego dło­nie, czuję, że drżą. Są szorst­kie i twarde, bo całe życie ciężko nimi pra­co­wał. Twarz ma szczu­plej­szą i zapad­niętą, no ale prze­cież minęły lata, oczy­wi­ście, że się posta­rzał. Ma grzywę mięk­kich, bia­łych wło­sów, a szklane oko poły­skuje nie­na­tu­ral­nie. Praw­dziwe stra­cił w Wiet­na­mie. Gdy byłam dziec­kiem, myśla­łam, że jest jak Popeye, postać z kre­skówki. I tak już zostało.

- W tych kom­pu­te­rach nie wyglą­da­łaś tak dobrze, Milo! - stwier­dza Popeye, ści­ska­jąc moje dło­nie i uśmie­cha­jąc się. - Sta­łaś się taką piękną młodą damą. Pięt­na­sto­let­nią.

Ja mu nie powiem, że na żywo wygląda o wiele bar­dziej kru­cho niż w kom­pu­te­rze, więc tylko się śmieję i odwza­jem­niam uścisk.

- Szes­na­sto­let­nią, Popeye. Przy­sła­łeś mi nawet kartkę na uro­dziny, nie pamię­tasz?

- Za szybko rośniesz, mówię ci.

Gdy już wszyst­kie plo­teczki mię­dzy mną i Popeye'em zostają wymie­nione, Sheri nalega, by opro­wa­dzić mnie po obszer­nym domu, dla odświe­że­nia wspo­mnień. Poprzed­nio spę­dzi­li­śmy tutaj tydzień, więc choć Fairview zatarło się w mojej pamięci, to jed­nak dom w niej pozo­stał. Sheri roz­lo­ko­wuje mnie w tym samym gościn­nym pokoju z dużym wyku­szo­wym oknem wycho­dzą­cym na staj­nie. Wno­szę bagaż na górę i wska­kuję pod prysz­nic. Roz­szy­fro­wa­nie, jak dzia­łają sta­ro­modne kurki, zaj­muje mi z dzie­sięć minut, a potem scho­dzę do kuchni na lunch.

Przy­go­to­wali sta­now­czo za dużo na trzy osoby, jest mięso i wszel­kie moż­liwe dodatki. Nie chcę, by cokol­wiek się zmar­no­wało, więc nakła­dam sobie całą górę i zaczy­nam jeść. No prze­cież umie­ram z głodu! Ten obez­wład­nia­jący mnie ostat­nimi czasy wstyd spra­wił, że nie byłam w sta­nie niczego prze­łknąć przez kilka dni.

- No więc, co tutaj się wła­ści­wie robi? - pytam pod koniec posiłku.

Wszystko jest tak pyszne, że chyba wyliżę talerz. W domu mama trzy­mała nas na ści­słej wyso­ko­pro­te­ino­wej die­cie pod dyk­tando ojca, i naprawdę mia­łam już dosyć łoso­sia i szpa­ra­gów na parze.

- Możesz mi pomóc sprzą­tać staj­nie. Nawóz nie śmier­dzi tak bar­dzo, jak już się czło­wiek przy­zwy­czai - rzuca Sheri i wybu­cha śmie­chem, widząc, że gapię się na nią jak ciele. - To żar­cik, Milo, ale nie ukry­wam, przy­dasz mi się tu do pomocy.

- Mogę poma­gać przy pra­niu. I sprzą­ta­niu - suge­ruję. Odsu­wam talerz, żeby poka­zać, że skoń­czy­łam jeść, i opie­ram łok­cie na stole. - Ale tak serio. Co się faj­nego robi w Fairview? Chyba place zabaw, na któ­rych sza­la­łam jako czte­ro­latka, już mi nie wystar­czą. Jest szansa na wycieczkę do Nashville?

Dzia­dek chrząka, wstaje ciężko i zabiera ze stołu pustą szklankę.

- Jest tylko jeden spo­sób na dotar­cie do Nashville, musisz sama tam się zawieźć. - Pokle­puje mnie po ramie­niu i odcho­dzi w stronę zlewu.

Sheri opiera się na krze­śle ze zre­zy­gno­waną miną, splata palce na podołku.

- Są pewne zasady, któ­rych tu musisz prze­strze­gać, Milo.

- Zasady?

- Zasady okre­ślone przez pana Rubena Fishera.

- To hiena... - mru­czy Popeye pod nosem, dole­wa­jąc sobie wody. Sheri przy­gląda się mu z czu­ło­ścią. - To okropny, okropny czło­wiek...

- Wiem coś o tym - stwier­dzam, roz­luź­nia­jąc się. - Już sobie o tym poroz­ma­wia­li­śmy, przez cztery godziny Ruben mi przy­po­mi­nał, że mam się nie wychy­lać i nie przy­cią­gać uwagi ani do sie­bie, ani tym bar­dziej do taty.

- Ale to nie wszystko - zauważa Sheri. Spo­gląda w dół na swoje sple­cione dło­nie, potem zerka na mnie zmie­szana. - Ruben kazał nie wypusz­czać cię poza obręb ran­cza.

- Co? - Robi mi się nie­do­brze ze zde­ner­wo­wa­nia. - Ni­gdzie nie mogę pójść?

Sheri uśmie­cha się prze­bie­gle.

- A kto powie­dział, że musimy się sto­so­wać do tych jego zasad? Ty i ja, my usta­limy sobie wła­sne zasady.

- A więc - pytam z nadzieją, pro­stu­jąc się. - Będę mogła wyjść poza ran­czo?

- Tak, ale musisz mi obie­cać, że będziesz super grzeczna i nie wpa­ku­jesz się w żadne kło­poty. - Ton Sheri się zmie­nia, uśmiech znika. - Muszę wie­dzieć, gdzie jesteś, z kim jesteś, i co zamier­za­cie robić. Jeśli będziesz mnie wta­jem­ni­czać, zacho­wasz tro­chę swo­body, a Rube­nem się zajmę. Tak może być?

- Tak! - dekla­ruję. - Z dala od kło­po­tów! - Zapi­nam usta na zamek i mru­gam nie­win­nie.

Wraca dzia­dek z pełną szklanką i uśmie­cha się, sia­da­jąc.

- Masz jakichś zna­jo­mych z daw­nych cza­sów? - pyta.

- Wyje­cha­łam, gdy mia­łam sześć lat, zapo­mnia­łeś? - przy­po­mi­nam mu, wzdy­cha­jąc. - No więc raczej nie.

- No to musisz poszu­kać nowych - stwier­dza, jakby to było takie pro­ste. Może kie­dyś, gdy on był dzie­cia­kiem, to wła­śnie tak się odby­wało, ale teraz, w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku... No... nie.

Sheri zrywa się z krze­sła.

- Ale! Prze­cież Ben­net­to­wie mają dzieci. Na sąsied­nim ran­czu, wystar­czy poje­chać drogą do końca. Naprawdę mili ludzi. - Puka pal­cem wska­zu­ją­cym po ustach. - Córka ma na imię Savan­nah.

- Savan­nah? - powta­rzam za nią.

Coś mi świta, jakaś dzie­cięca przy­jaźń, sie­dze­nie w niziut­kiej szkol­nej ławce w pierw­szej kla­sie.

- Jest zdaje się w twoim wieku.

- Chyba ją pamię­tam. - Zamy­kam oczy by się sku­pić, ale jed­nak nic wię­cej się nie poja­wia.

- No więc mamy jakiś począ­tek - mówi wesoło Sheri. Zaczyna zbie­rać ze stołu tale­rze. - Zabiorę cię do nich, przy­po­mnisz się po latach.

- Co? Cze­kaj, nie! Jak to? - Gapię się na nią prze­ra­żona. Przy­po­mi­nać się dziew­czy­nie, któ­rej nie widzia­łam od dekady? Kto dziś robi takie rze­czy?

Sheri wrzuca z kle­ko­tem naczy­nia do zlewu, potem prze­trząsa szafki i wyciąga jakąś bla­chę do pie­cze­nia.

- Ide­alna! - oznaj­mia, spo­glą­da­jąc na mnie. - W zeszłym tygo­dniu poży­czy­łam ją od Patsy. Pró­bo­wa­łam upiec brow­nie z masłem orze­cho­wym, jakiś nowy prze­pis, nie wyszło oczy­wi­ście. Ale masz pre­tekst, by się tam wybrać, więc to bar­dzo miłe z two­jej strony, że mnie wyrę­czysz i odnie­siesz blaszkę.

- Ale... To tak nie działa - jąkam się. Ciotka naprawdę ocze­kuje, że pójdę do obcych ludzi z bla­chą do pie­cze­nia? Nikt na świe­cie tak nie robi! - Nie mogę ot tak zapu­kać i się zaprzy­jaź­niać.

- Tak wła­śnie się to robi w Ten­nes­see - oznaj­mia Sheri i wrę­cza mi bla­chę.

Szu­kam wspar­cia u Popeye'a, ale on się tylko głup­ko­wato uśmie­cha. Oni wszy­scy są tacy sta­ro­świeccy w tym Ten­nes­see!

- Może pójdę jutro?

Sheri prze­cież tak naprawdę nie daje mi żad­nego wyboru. Znosi resztę naczyń do zlewu, zgar­nia z blatu klu­czyki.

- Nie, bo do jutra wymy­ślisz tysiąc wykrę­tów, a skoro chcesz mieć wol­ność, to musisz mieć z kim jej zaży­wać. Tato, pora­dzisz sobie sam? Sko­czymy z Milą do Ben­net­tów.

- Leć­cie, leć­cie! - Pona­gla nas gestem. Sięga przez stół i udaje mu się jesz­cze pokle­pać mnie po dłoni. - Idź się zaprzy­jaź­niaj. Z nami zanu­dzisz się na śmierć!

Nawet zaśmiać się nie jestem w sta­nie. Wstaję od stołu z bla­chą przy­ci­śniętą do piersi.

Rozdział 3

3

Ale to głu­pie! To jest tak bar­dzo, bar­dzo głu­pie!

Domem Ben­net­tów jest ran­cho Wil­low­bank. Do odda­lo­nej zale­d­wie o milę posia­dło­ści można dojść krętą, wiej­ską drogą, ale Sheri nalega, by mnie zawieźć, bo: po pierw­sze mogę się zgu­bić (tylko nie wiem jakim cudem, gdyż to sąsied­nie ran­cho przy tej samej dro­dze), a po dru­gie mogę zwiać. Czyli mówiąc wprost, zostaję zawle­czona do Wil­low­bank wbrew mojej woli.

Ocie­ram z czoła war­stewkę potu. Mimo że klima jest roz­krę­cona na maksa, w środku vana czuję się jak w pie­kar­niku. Skó­rzana tapi­cerka jest mocno nagrzana i uda się do niej kleją. A bra­łam prysz­nic przed godziną! Znowu czuję się obrzy­dli­wie. To istny siódmy krąg pie­kła, wil­got­ność rodem z Nashville, zero cywi­li­za­cji w zasięgu wzroku i cio­cia Sheri zmu­sza­jąca mnie do poga­du­szek z sąsia­dami. Wpa­da­nie z week­en­dową wizytą to zupeł­nie coś innego niż koniecz­ność życia tutaj, teraz już to wiem.

Mijamy znak z nazwą i skrę­camy w starą grun­tową drogę wijącą się przez wło­ści. W prze­ci­wień­stwie do naszych ziem, Wil­low­bank nie jest ukryte za wyso­kim murem i żadna ochrona nas nie zatrzy­muje.

Mijamy trak­tor zapar­ko­wany przy skraju pastwi­ska i Sheri hamuje przed domem. Pocę się jak mysz. Czy jest czter­dzie­ści w cie­niu, czy po pro­stu jestem tak bez­na­dziej­nym tchó­rzem? Co jest ze mną nie tak? Potra­fi­łam roz­ma­wiać z wiel­kimi nazwi­skami fil­mo­wego biz­nesu, oska­ro­wymi aktor­kami i pro­du­cen­tami, a teraz jestem kłęb­kiem ner­wów w obli­czu dziew­czyny, z którą cho­dzi­łam do pod­sta­wówki?

- Bądź miła i uśmie­chaj się sze­roko. - Sheri uspo­ka­ja­jąco kiwa głową, by mnie wes­przeć.

Mimo to mam wra­że­nie, że gdy­bym odmó­wiła wyj­ścia z auta, wycią­gnę­łaby mnie za nogi. No ale prze­cież fakt, że będę miała choć jedną przy­ja­ciółkę na lato, z którą mogła­bym się nie wychy­lać, będzie korzystny zarówno dla mnie, jak i dla ciotki. Ona na pewno nie ma ochoty, by szes­na­sto­latka zadep­ty­wała jej ran­czo całymi dniami, choć o to wła­śnie zabie­gał Ruben.

- No idź, oddaj tę bla­chę!

- Dobra. - Prze­ły­kam ślinę i biorę naczy­nie pod pachę. - No to idę!

Roz­luź­niam ramiona, wysia­dam z samo­chodu i ruszam w stronę domu. Udaje mi się ujść może z dzie­sięć kro­ków, gdy za ple­cami roz­lega się buk­so­wa­nie opon. Zasko­czona odwra­cam się i widzę, że van ciotki znika w tuma­nie kurzu. Zosta­wiła mnie tu? Liczy­łam na to, że oddam bla­chę mam­ro­cząc podzię­ko­wa­nia i rzucę się z powro­tem do bez­piecz­nego, roz­grza­nego wozu.

Czy ciotka naprawdę wie­rzy w to, że zostanę w tym domu z obcą dziew­czyną? A co jeśli Savan­nah Ben­nett w ogóle mnie nie pamięta i doj­dzie do wnio­sku, że jestem jakąś dzi­waczką nacho­dzącą ją po deka­dzie? Będę musiała spu­ścić głowę i podrep­tać do domu. Krótki spa­cer, no ale spa­cer. W upo­ko­rze­niu.

Sheri nasłu­cha się ode mnie, gdy już wrócę!

Zaci­skam zęby i wcho­dzę na ganek. Goła noga ociera się o drew­nianą balu­stradę, gorącą jak ogień. Odska­kuję, pod­cho­dzę do drzwi i staję na wycie­raczce.

- Doro­śnij może - mru­czę pod nosem.

Jestem na wsi, na wiej­skich obsza­rach Ten­nes­see, ludzie tutaj są przy­jaźni, wszystko będzie dobrze.

No zrób to, Mila!

Znowu prze­ły­kam ślinę z tru­dem i pukam.

Sekundy dłużą się w nie­skoń­czo­ność i w końcu sły­szę ruch za drzwiami. Odska­kuje zasuwa i otwie­rają się sze­roko.

- No dzień dobry? - zagaja niska kobieta, uno­sząc pyta­jąco brwi.

Zga­duję, że to Patsy. Dziwne jest to, że być może zna­łam ją jako sze­ścio­latka. Może moja mama gawę­dziła z nią przed szkolną bramą. Kto wie?

- Dzień dobry, prze­pra­szam, że prze­szka­dzam, ale... jestem... Jestem bra­ta­nicą Sheri Har­ding - zaczy­nam i głos mi się łamie. Jakoś dziw­nie przed­sta­wiać się jako bra­ta­nica Sheri, a nie córka Eve­retta Har­dinga. Trudno się to wypo­wiada. - Popro­siła mnie o odnie­sie­nie blaszki, no więc... odno­szę. - Wrę­czam jej bla­chę z grzecz­nym uśmie­chem, a przy­naj­mniej tak mi się wydaje.

- Dzię­kuję, sło­neczko.

Wycho­dzi na ganek i obrzuca mnie spoj­rze­niem od góry do dołu. Czuję się jak zwie­rzak w klatce, ale ona chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bar­dzo tak­su­jący jest ten wzrok. Na pewno układa sobie wszystko w gło­wie, puz­zelki wska­kują na miej­sce.

- Bra­ta­nica Sheri, czyli... - zasta­na­wia się na głos.

- Tak - wci­nam się nieco za ostro, nim daje radę dokoń­czyć. Widzę już ten uśmie­szek roz­po­zna­nia, w końcu Sheri ma tylko jed­nego brata. - To wła­śnie ja. - Chi­cho­czę skrom­nie, by nie pomy­ślała sobie, że jestem zaro­zu­miała.

Mam dosyć tego, że wszyst­kich obcho­dzi tylko to, kim jest mój ojciec. Dla mnie jest po pro­stu ojcem, i tyle. Gościem, który łazi po domu w kap­ciach i dżin­sach, i wyśpie­wuje roc­kowe kla­syki pod prysz­ni­cem.

- Ooo, to uro­czo - zagaja znowu Patsy, przy­ci­ska­jąc bla­chę do piersi i opie­ra­jąc się o fra­mugę. Widzę, że jej mina jest nie­szczera. - Wszy­scy przy­je­cha­li­ście? Mam nadzieję, że media nie zakor­kują nam drogi aż do Nashville!

Pew­nie pamięta, co działo się przed czte­rema laty. Nie wiem, kto roz­pusz­cza te wia­do­mo­ści, ale jakimś cudem media i fani zawsze podą­żają za tatą. Rocz­nica ślubu na Baha­mach? Repor­te­rzy już czają się w hotelu, zanim nawet wylą­duje samo­lot. Wycieczka z rodziną na Święto Dzięk­czy­nie­nia? Lokalni fani biwa­kują pod murami, licząc na jeden rzut oka na idola. Poli­cja musiała ich prze­ga­niać.

Raz udało nam się wymknąć z domu, do Nashville, bla­dym świ­tem. Gdy teraz o tym myślę, to rozu­miem, że sąsie­dzi byli wku­rzeni zabu­rze­niem ich spo­koju.

- Nie, tylko ja przy­le­cia­łam - uspo­ka­jam Patsy. Chyba usły­szała: Spo­koj­nie, nie przy­le­ciał ze mną tłum papa­raz­zich ani stal­ke­rów. - Odpo­czy­wam sobie tro­chę od wiel­kiego mia­sta, więc to tak jakby tajem­nica.

- Ach tak... - Patsy nieco się roz­luź­nia. - Nie pisnę ani słówka!

- Dzię­kuję - mówię z serca.

Jak już burza po pre­mie­rze nieco przy­ga­śnie i film roz­buja się w kinach, będę mogła wró­cić do domu. Na razie nikt z sąsia­dów nie powi­nien wypa­plać niczego mediom.

Zbie­ram się do poże­gna­nia i odej­ścia, ale nagle przy­po­mi­nam sobie, po co tak naprawdę tu jestem.

- Tak sobie myśla­łam... czy jest Savan­nah? Chyba cho­dzi­ły­śmy razem do pod­sta­wówki.

Spoj­rze­nie Patsy się roz­ja­śnia.

- No tak, rze­czy­wi­ście! Zaraz ją zawo­łam. - Znika we wnę­trzu domu. - Savan­nah!

A więc to prawda, bo już się bałam, że sobie wymy­śli­łam to sie­dze­nie w jed­nej ławce.

Chłodne powie­trze z wnę­trza to ulga dla nóg, więc pod­cho­dzę bli­żej, chcąc schło­dzić rów­nież twarz. Wil­got­ność jest nie do wytrzy­ma­nia, nawet w cie­niu. Stoję tak z minutę, może dłu­żej, słu­cha­jąc nie­wy­raź­nych gło­sów z wnę­trza domu. Może Savan­nah nie ma ochoty na odna­wia­nie wia­do­mo­ści z dziew­czyną, która wypeł­zła nie wia­domo skąd, może Patsy ją błaga, by zeszła i się przy­wi­tała.

To tro­chę straszne, serio.

- A kto tu pod­słu­chuje? - sły­szę za ple­cami.

Odwra­cam się z nagłym biciem serca. To jakiś chło­pak.

- Kim jesteś? - pytam głu­pio.

Nie wygląda na dużo star­szego ode mnie. Brudny, roz­czo­chrany blon­das. Opiera się na drążku wbi­tego w zie­mię szpa­dla, ma na sobie ubło­cone kalo­sze.

- Nie­czę­sto kręcą się tu obcy. Szu­kasz cze­goś?

- Cze­kam na Savan­nah - odpo­wia­dam, czu­jąc się jak kom­pletna idiotka. Cze­kam sobie na kogoś, kto pew­nie nie chce mnie widzieć, że już nie wspo­mnę o wspól­nym spę­dza­niu waka­cji. - Przy­się­gam, nie wtar­gnę­łam tu ani nic...

Chło­pak wyciąga szpa­del z ziemi i wstę­puje na stop­nie ganku.

- Jestem Myles. - Wyciąga w moją stronę przy­ku­rzoną dłoń. - Ten przy­stoj­niej­szy i mądrzej­szy z rodzeń­stwa Ben­net­tów.

A więc Savan­nah ma brata, jakie­goś bru­dasa, myślę, gapiąc się na ubło­coną rękę.

- Ktoś tu nie wie, jak wygląda życie na ran­czu, co? - zauważa Myles sar­ka­stycz­nie, a to chyba oczy­wi­ste. - Skąd ten akcen­cik? Na pewno nie stąd, prawda?

No to jestem stąd, czy nie jestem? Samo miej­sce uro­dze­nia się liczy?

- Z Kali­for­nii - odpo­wia­dam, wydy­ma­jąc wargi.

- Faj­nie. Chciał­bym się kie­dyś nauczyć sur­fo­wać. A skąd znasz sio­strę?

- Cho­dzi­ły­śmy razem do pierw­szej klasy.

Widać po nim, że uważa za dziwne odna­wia­nie zna­jo­mo­ści po tak dłu­gim cza­sie. Pew­nie ocze­ki­wał innej odpo­wie­dzi, że pozna­ły­śmy się na impre­zie kilka mie­sięcy temu, czy coś takiego. Jakie­goś nor­mal­nego powodu do odwie­dze­nia jego sio­stry.

Ze środka sły­chać kroki i odwra­cam się, by spoj­rzeć, kto wró­cił.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki