1. Dom
1
Dom
Mam jedną katastrofalną wadę.
Lubię sobie myśleć, że każdy taką ma. A przynajmniej ułatwia mi to
sprawę przy pisaniu: buduję swoje bohaterki i bohaterów wokół tej jednej
cechy, która szkodzi im samym, uzależniam wszystko, co im się przydarza,
od tego jednego szczególnego rysu -?od czegoś, co nauczyli się robić,
żeby się chronić, i czego nie mogą się oduczyć, nawet kiedy przestaje im
to służyć.
Może na przykład jako dziecko nie miałaś zbyt dużej kontroli nad swoim
życiem. Więc żeby uniknąć rozczarowań, nauczyłaś się nie zadawać sobie
pytania, czego tak naprawdę chcesz. I przez długi czas to się
sprawdzało. Tylko że teraz, kiedy dociera do ciebie, że nie osiągnęłaś
tego, czego podświadomie chciałaś, zasuwasz autostradą w samochodzie
zdradzającym kryzys wieku średniego, z walizką pełną pieniędzy i z facetem o imieniu Stan w bagażniku.
Może twoją katastrofalną wadą jest to, że nie włączasz kierunkowskazu.
A może, tak jak ja, jesteś niepoprawną romantyczką. Po prostu nie możesz
przestać opowiadać sobie tej historii. Historii o własnym życiu, z melancholijną muzyką w tle i snopami złotego światła wpadającymi przez
okna samochodu.
U mnie zaczęło się, gdy miałam dwanaście lat. Rodzice usiedli ze mną i przekazali mi wiadomość. Mama otrzymała swoją pierwszą diagnozę -
podejrzane komórki w lewej piersi -?i tyle razy mi powtórzyła, żebym się
nie martwiła, że zaczęłam podejrzewać, że dostanę szlaban, jeśli mnie na
tym przyłapie. Moja mama była kobietą czynu, śmieszką, optymistką, a nie
panikarą, ale widać było, że jest przerażona, więc ja też się
przestraszyłam. Zamarłam na kanapie, nie wiedząc, co mogłabym
powiedzieć, żeby nie pogarszać sprawy.
Ale wtedy mój ojciec, książkowy przykład domatora, zrobił coś
nieoczekiwanego. Wstał, złapał nas za ręce -?za jedną mamę, za jedną
mnie -?i powiedział: "Wiecie, co musimy zrobić, żeby wyrzucić z siebie
te złe emocje? Musimy potańczyć!".
Na naszym przedmieściu nie było żadnego klubu, tylko jeden kiepski bar
ze stekami, gdzie w piątkowe wieczory grali muzykę na żywo, ale mama się
rozpromieniła, jakby zaproponował, że polecimy prywatnym odrzutowcem na
Copacabanę.
Włożyła swoją pastelowożółtą sukienkę i kolczyki z młotkowanego metalu,
które połyskiwały przy każdym jej ruchu. Tata zamówił dla siebie i mamy
dwudziestoletnią szkocką, a dla mnie bezalkoholową Shirley Tempie, a potem wszyscy troje kręciliśmy się i bujaliśmy, póki nie dostaliśmy
zawrotów głowy i nie zaczęliśmy potykać się o siebie ze śmiechem.
Śmialiśmy się tak, że ledwo mogliśmy ustać na nogach, a mój ojciec,
zazwyczaj taki powściągliwy, śpiewał głośno do Brown Eyed Girl, nie
zważając na to, że cała sala się na nas gapi.
Potem wsiedliśmy wyczerpani do samochodu i w ciszy pojechaliśmy do domu.
Mama z tatą trzymali się mocno za ręce między siedzeniami, a ja oparłam
głowę o okno i patrząc na przemykające po szybie światełka latarni,
pomyślałam: Wszystko będzie dobrze. Nic złego nigdy nam się nie
stanie.
Właśnie w tamtej chwili sobie to uświadomiłam: kiedy świat wydaje się
mroczny i straszny, miłość jest zdolna porwać do tańca, śmiech potrafi
odjąć trochę bólu, a piękno może powybijać dziury w lęku. Postanowiłam
wtedy, że moje życie będzie pełne ich trzech -?miłości, śmiechu i piękna. Nie tylko ze względu na mnie, ale też ze względu na mamę i na
wszystkich ludzi wokół.
W moim życiu będzie cel. Będzie piękno. Będzie blask świec. I będą
piosenki Fleetwood Mac, cicho płynące w tle.
No więc zaczęłam opowiadać sobie piękną historię o własnym życiu, o losie i o tym, jak wszystko się układa, aż wreszcie skończyłam
dwadzieścia osiem lat i moja opowieść była idealna.
Idealni (wolni od raka) rodzice, którzy dzwonili po kilka razy w tygodniu, lekko oszołomieni winem albo swoim towarzystwem. Idealny
(spontaniczny, znający języki, metr osiemdziesiąt wzrostu) chłopak,
który pracował na pogotowiu i potrafił przyrządzić kurczaka w winie.
Idealne mieszkanie w stylu shabby chic w dzielnicy Queens w Nowym
Jorku. Idealna praca pisarki powieści romantycznych -?inspirowanych
idealnymi rodzicami i idealnym chłopakiem -?dla wydawnictwa Sandy Lowe
Books.
Idealne życie.
Ale to była tylko opowieść, więc kiedy pojawiła się jedna dziura w fabule, całość się zawaliła. Tak to jest z opowieściami.
Teraz miałam dwadzieścia dziewięć lat, byłam przybita, spłukana, niemal
bezdomna, bardzo samotna i właśnie podjeżdżałam pod śliczny dom nad
jeziorem, co przyprawiało mnie o mdłości. Snucie wyidealizowanej
opowieści o własnym życiu przestało mi służyć, ale moja katastrofalna
wada nadal jechała ze mną w poobijanej Kii Soul i relacjonowała mi
wszystko na bieżąco:
January Andrews patrzyła przez przednią szybę na wzburzone jezioro,
którego fale rozbijały się o pogrążony w mroku brzeg. Próbowała
przekonać samą siebie, że przyjazd tutaj nie był błędem.
Oczywiście, że był błędem, ale nie miałam innego wyboru. Nie odrzuca
się darmowego zakwaterowania, kiedy jest się bankrutką.
Zaparkowałam na ulicy i spojrzałam na fasadę przerośniętego domku
letniskowego, na jego lśniące okna i bajkowy ganek, na kępy trawy
piaskowej tańczącej w powiewach ciepłego wiatru.
Porównałam adres, który wpisałam w GPS, z odręcznym napisem na breloku
przy kluczu. Zgadza się, to tu.
Ociągałam się jeszcze przez chwilę, jakbym liczyła na uderzenie
asteroidy, która przyniesie koniec świata, zanim będę zmuszona wejść do
domu. Potem wzięłam głęboki oddech i wysiadłam z samochodu. Wyszarpnęłam
swoją przeładowaną walizkę z tylnego siedzenia, a za nią wyciągnęłam
kartonowe pudełko z butelkami dżinu.
Odgarnęłam kosmyk ciemnych włosów z oczu i przyjrzałam się chabrowej
dachówce oraz śnieżnobiałemu wykończeniu. Po prostu udawaj, że to
Airbnb. Natychmiast przemknęło mi przez głowę zmyślone ogłoszenie:
Urokliwy dom nad brzegiem jeziora, z trzema sypialniami i trzema
łazienkami oraz mnóstwem dowodów na to, że twój ojciec był dupkiem, a całe twoje życie kłamstwem.
Ruszyłam po schodkach wyciosanych w trawiastym zboczu, krew szumiała mi
w uszach jak woda w wężu strażackim, a kolana się trzęsły w oczekiwaniu
na moment, w którym otworzą się przede mną wrota piekieł, a ziemia
usunie mi się spod nóg.
To już się wydarzyło. W zeszłym roku. I nie zabiło cię, więc teraz też
nie umrzesz.
Na ganku wszystkie odczucia w moim ciele się nasiliły. Mrowienie na
twarzy, ucisk w żołądku, łaskotanie kropel potu spływających po karku.
Oparłam karton z dżinem na biodrze i wsunęłam klucz do zamka, trochę
licząc na to, że się zaklinuje. Ze to wszystko okaże się jakimś
wymyślnym dowcipem, który tata przygotował dla nas, zanim umarł.
Albo jeszcze lepiej -?że tak naprawdę nie umarł. Zaraz wyskoczy zza
krzaków i krzyknie: "Mam cię! Chyba nie sądziłaś, że naprawdę mógłbym
prowadzić w tajemnicy drugie życie, co? Jak mogłaś pomyśleć, że miałem
drugi dom z jakąś inną kobietą niż twoja matka?".
Klucz przekręcił się bez trudu. Drzwi otworzyły się do wewnątrz.
W domu panowała cisza.
Przeszył mnie ból. Ten sam, który odczuwałam przynajmniej raz dziennie,
odkąd odebrałam telefon od mamy z wiadomością o zawale i usłyszałam jej
szloch: "Nie ma go już, Janie".
Nie ma taty. Ani tu, ani nigdzie indziej. A potem kolejny cios, obrót
noża: "Chociaż ojciec, którego znałaś, i tak nigdy nie istniał".
Tak naprawdę nigdy go nie miałam. Tak samo jak nigdy nie miałam swojego
byłego chłopaka Jacques'a ani jego kurczaka w winie.
To była wyłącznie historia, którą sobie opowiadałam. Ale odtąd będzie
już tylko brzydka prawda albo nic. Zebrałam się w sobie i weszłam do
środka.
Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to że brzydka prawda nie jest wcale
taka brzydka. Miłosne gniazdko mojego taty było urządzone na otwartej
przestrzeni: salon przechodził w fikuśną kuchnię z niebieskimi kafelkami
i przytulnym kącikiem jadalnianym, a tuż za nim znajdował się rząd okien
wychodzących na ciemno polakierowany taras.
Gdyby to mama była właścicielką tego miejsca, wszystko byłoby utrzymane
w stonowanych odcieniach beżu. Stałam jednak w pomieszczeniu w stylu
boho, bardziej pasującym do mieszkania, które zajmowałam kiedyś ze swoim
chłopakiem, niż do domu moich rodziców. Zrobiło mi się trochę niedobrze,
kiedy wyobraziłam sobie tatę tutaj, wśród tych wszystkich rzeczy,
których mama nigdy by nie wybrała: ręcznie malowany stół jadalniany w stylu folkowym, ciemne drewniane regały, zapadnięta kanapa, pokryta
różnokolorowymi poduszkami.
Nie było tu śladu po tacie, jakiego znałam.
W kieszeni zadzwonił mi telefon, więc postawiłam pudełko na granitowym
blacie, żeby odebrać.
-?Halo? -?Zabrzmiało słabo i ochryple.
-?I jak? -?odezwał się natychmiast głos po drugiej stronie. -?Jest
jaskinia seksu?
-?Shadi? -?domyśliłam się. Przytrzymałam telefon ramieniem i odkręciłam
jedną z butelek dżinu, po czym pociągnęłam łyk na wzmocnienie.
-?To naprawdę niepokojące, że jestem jedyną osobą, która mogłaby
zadzwonić do ciebie z takim pytaniem -?stwierdziła Shadi.
-?Jesteś jedyną osobą, która w ogóle wie o tym Zagłębiu Miłości -
zauważyłam.
-?O nie, nie jedyną -?zaprzeczyła Shadi.
Technicznie rzecz biorąc, miała rację. Podczas gdy ja dowiedziałam się o sekretnym domu nad jeziorem na pogrzebie ojca w zeszłym roku, mama była
świadoma jego istnienia znacznie dłużej.
-?Dobra -?powiedziałam. -?Jesteś jedyną osobą, której ja o nim
powiedziałam. Tak czy inaczej, musisz dać mi chwilę. Dopiero
przyjechałam.
-?Dosłownie? -?Shadi oddychała ciężko, co oznaczało, że właśnie idzie na
swoją zmianę do restauracji. Ponieważ nasze rozkłady dnia tak bardzo się
od siebie różniły, większość rozmów odbywałyśmy, kiedy ona była w drodze
do pracy.
-?Metaforycznie -?odparłam. -?Dosłownie jestem tu od dziesięciu minut,
ale ledwo do mnie dociera, że w ogóle przyjechałam.
-?Jakie to mądre -?stwierdziła Shadi. -?Jakie głębokie.
-?Ćśś -?powiedziałam. -?Chłonę otoczenie.
-?Sprawdź, czy jest jaskinia seksu! -?rzuciła Shadi pospiesznie, jakbym
chciała się rozłączyć.
Nie chciałam. Po prostu trzymałam telefon przy uchu, oddech w piersi, a serce na uwięzi i rozglądałam się po drugim życiu mojego ojca.
I właśnie wtedy, kiedy już prawie zdołałam przekonać samą siebie, że to
niemożliwe, żeby tata spędzał tu czas, dostrzegłam na ścianie ramkę. A w ramce wycinek z gazety z listą bestsellerów "New York Timesa" sprzed
trzech lat, ten sam, który tata zawiesił nad kominkiem w naszym domu.
Właśnie tam, na ostatniej pozycji, pod numerem piętnastym, widniało moje
nazwisko. A trzy pozycje nade mną -?okrutnym zrządzeniem losu -
znajdował się mój rywal z czasów studenckich Gus (chociaż teraz
posługiwał się pełnym imieniem -?Augustus, bo był Bardzo Poważnym
Człowiekiem) wraz ze swoim przesadnie wyrafinowanym debiutem
prozatorskim Objawienia. Utrzymywał się na liście przez pięć tygodni
(nie żebym liczyła... no dobra, liczyłam).
-?No i? -?ponagliła Shadi. -?Jak ci się widzi?
Obróciłam się, a mój wzrok zatrzymał się na chuście z mandalą wiszącej
nad kanapą.
-?Zaczynam się zastanawiać, czy tata palił trawę. -?Spojrzałam w stronę
okien na bocznej ścianie, które znajdowały się niemal idealnie na wprost
okien sąsiada. Mama nigdy nie przeoczyłaby takiej wady architektonicznej
przy kupowaniu domu.
Ale to nie był dom mamy, więc z miejsca, w którym stałam, mogłam
wyraźnie zobaczyć regały wznoszące się od podłogi do sufitu w gabinecie
sąsiada.
-?O kurczę, może to wcale nie zagłębie miłości, tylko plantacja marychy!
-?Shadi wydawała się zachwycona. -?Trzeba było przeczytać ten list,
January. To wszystko jedna wielka pomyłka. Ojciec zostawił ci rodzinny
biznes. Ta Kobieta była jego partnerką w interesach, a nie kochanką.
Czy to źle, że chciałam, żeby miała rację?
Tak czy inaczej miałam zamiar przeczytać ten list. Czekałam tylko na
właściwy moment w nadziei, że najgorszy gniew przeminie, a wtedy
ostatnie słowa od taty przyniosą mi ukojenie. Minął jednak cały rok, a lęk, jaki czułam na myśl o otwarciu koperty, rósł z każdym dniem. To
takie niesprawiedliwe, że on dostał szansę na ostatnie słowo, a ja nie
miałam jak mu odpowiedzieć. Ani jak na niego nakrzyczeć, ani się
rozpłakać, ani zażądać więcej wyjaśnień. Kiedy otworzę ten list, nie
będzie już odwrotu. To będzie koniec. Ostateczne pożegnanie.
Tak więc na razie list wiódł szczęśliwe, choć nieco samotne życie na
dnie pudełka z dżinem, które przywiozłam ze sobą z Queens.
-?To nie plantacja -?oznajmiłam Shadi i rozsunęłam tylne drzwi, żeby
wyjść na taras. -?No, chyba że znajdę trawę w piwnicy.
-?Nie ma szans -?orzekła. -?Tam jest jaskinia seksu.
-?Może przestańmy już rozmawiać o moim skopanym życiu -?zaproponowałam.
-?Co nowego u ciebie?
-?Chodzi ci o Nawiedzonego Kapelusznika? -?Gdyby tylko Shadi nie miała
czterech współlokatorek w swoim maleńkim mieszkaniu w Chicago, możliwe,
że zamieszkałabym razem z nią. Chociaż kiedy znajdowała się w pobliżu,
nie byłam w stanie nic zrobić. A moja sytuacja finansowa była zbyt
opłakana, żebym mogła sobie pozwolić na nierobienie niczego. Podczas
pobytu w tym bezczynszowym piekle musiałam napisać kolejną książkę.
Wtedy może będzie mnie stać na moje własne bez-Jacques'owe mieszkanie.
-?Jeśli to właśnie o nim chcesz rozmawiać -?odparłam -?to tak. Dawaj.
-?Jeszcze się do mnie nie odezwał. -?Shadi westchnęła melancholijnie. -
Ale wiesz, potrafię tak jakby wyczuć, że na mnie patrzy, kiedy jesteśmy
oboje w kuchni. Bo naprawdę coś nas łączy.
-?Nie zastanawiasz się czasem, czy to coś łączy cię rzeczywiście z facetem, który nosi ten staroświecki kapelusz, czy raczej z duchem jego
poprzedniego właściciela? Co jeśli uświadomisz sobie, że zakochałaś się
w duchu?
-?Hmm -?Shadi zastanowiła się przez chwilę. -?Chyba będę musiała
zaktualizować swoją notkę na Tinderze.
Znad jeziora u stóp wzgórza powiała lekka bryza, która poruszyła moje
brązowe pukle. Zachodzące słońce strzelało na wszystkie strony snopami
złotego światła, tak jasnego i gorącego, że musiałam zmrużyć oczy, żeby
popatrzeć na pomarańczowo-czerwone barwy zalewające plażę. Gdyby to był
tylko jakiś zwykły wynajęty dom, byłby idealnym miejscem do napisania
cudownej historii miłosnej, którą obiecywałam Sandy Lowe Books od paru
miesięcy.
Dotarło do mnie, że Shadi przez cały czas coś mówiła. Opowiadała dalej o Nawiedzonym Kapeluszniku. Miał na imię Ricky, ale my nigdy tak o nim nie
mówiłyśmy. O życiu miłosnym Shadi rozmawiałyśmy zawsze szyfrem. Najpierw
był ten starszy gość, który prowadził świetną knajpę z owocami morza
(Rybi Król), potem facet, którego nazywałyśmy Mark, bo wyglądał jak
jakiś sławny Mark, a teraz pojawił się ten nowy współpracownik, barman,
który codziennie nosił kapelusz -?Shadi nie znosiła facetów w kapeluszach, ale jemu nie mogła się oprzeć.
Skupiłam się z powrotem na rozmowie w chwili, gdy mówiła:
-?Czwarty lipca? Długi weekend ze Świętem Niepodległości? Mogę wtedy
przyjechać?
-?Przecież to dopiero za miesiąc z kawałkiem. -?Chciałam jej powiedzieć,
że wtedy już mnie tu nie będzie, ale wiedziałam, że to nieprawda.
Potrzebowałam przynajmniej całego lata, żeby napisać książkę i opróżnić
dom, a potem sprzedać jedno i drugie, tak aby (miejmy nadzieję) odzyskać
względny komfort finansowy. Może nie w Nowym Jorku, ale w jakimś
znacznie tańszym miejscu.
Na Duluth pewnie byłoby mnie stać. Mama nigdy by mnie tam nie
odwiedzała, ale w zeszłym roku i tak prawie się nie widywałyśmy, nie
licząc mojej trzydniowej wycieczki do domu na Boże Narodzenie.
Zaciągnęła mnie wtedy na cztery lekcje jogi, do trzech zatłoczonych
pijalni soków i na Dziadka do orzechów, w którym występowała jakaś
młoda, nieznana mi gwiazda -?tak jakby myślała, że jeśli zostaniemy same
choćby na chwilę, wypłynie temat taty i obie wybuchniemy.
Przez całe moje życie znajomi zazdrościli mi relacji z matką. Tego, jak
często i swobodnie (a przynajmniej tak mi się wydawało) ze sobą
rozmawiałyśmy, jak dobrze się razem bawiłyśmy. Teraz nasza relacja
sprowadzała się do bardzo mało emocjonującej gry w przerzucanie się
wiadomościami na poczcie głosowej.
Kiedyś miałam dwoje kochających rodziców i chłopaka, z którym
mieszkałam. Teraz miałam już w zasadzie tylko Shadi, swoją najlepszą
przyjaciółkę na (zdecydowanie zbyt dużą) odległość. Jedyną zaletą
przeprowadzki z Nowego Jorku do miasteczka North Bear Shores w stanie
Michigan było to, że znalazłam się bliżej jej mieszkania w Chicago.
-?Do czwartego lipca jest kawał czasu -?poskarżyłam się. -?A ty
mieszkasz tylko trzy godziny drogi stąd.
-?No, ale nie umiem prowadzić.
-?To może powinnaś oddać to prawo jazdy -?zasugerowałam.
-?Wierz mi, czekam tylko, aż minie termin ważności. Wtedy znowu poczuję
się wolna. Nie znoszę, kiedy ludziom się wydaje, że potrafię prowadzić,
tylko dlatego że mam na to papier. -?Shadi jeździła fatalnie. Przy
każdym lewoskręcie piszczała. -?Poza tym wiesz, jak wygląda planowanie
urlopu w tej branży. Mam szczęście, że mój szef zgodził się na tego
czwartego lipca. Domyślam się, że teraz oczekuje, żebym mu obciągnęła.
-?No co ty. Obciąganie tylko w przypadku dłuższych urlopów. Taki
kwalifikuje się ledwo na to, żeby mu zrobić dobrze stopami, jeśli już
musisz się odwdzięczyć.
Upiłam kolejny łyk dżinu, a potem zawróciłam na końcu tarasu i niemal
krzyknęłam. Na sąsiednim tarasie, położonym trzy metry na prawo od
mojego, zobaczyłam tył czyjejś głowy, z ciemnymi, kręconymi włosami
wystającymi znad krawędzi leżaka. Modliłam się w duchu, żeby ten
mężczyzna spał -?żebym nie musiała mieszkać przez całe lato obok kogoś,
kto słyszał, jak dywagowałam o robieniu dobrze stopami.
Ale on, jakby czytał w moich myślach, pochylił się do przodu, wziął
butelkę piwa ze stolika ogrodowego, upił łyk i rozparł się z powrotem na
leżaku.
-?Racja. Nie zdejmę nawet crocsów -?powiedziała tymczasem Shadi. -?Muszę
kończyć, właśnie doszłam do pracy. Ale daj znać, czy w piwnicy są prochy
czy pejcze.
Obróciłam się plecami do tarasu sąsiada.
-?Nie sprawdzę, dopóki nie przyjedziesz.
-?Jędza -?orzekła Shadi.
-?Ja cię tylko zachęcam -?powiedziałam słodko. -?Kocham cię.
-?Ja ciebie bardziej -?odparła z naciskiem i rozłączyła się.
Odwróciłam się z powrotem do kędzierzawej głowy, po części oczekując, że
przyjmie do wiadomości moją obecność, a po części zastanawiając się, czy
powinnam się przedstawić.
W Nowym Jorku nie znałam za dobrze żadnego ze swoich sąsiadów, ale teraz
byłam w Michigan, a z opowieści taty na temat dorastania w North Bear
Shores domyślałam się, że któregoś dnia będę musiała pożyczyć temu
człowiekowi cukier (do zapamiętania: kupić cukier).
Odchrząknęłam i przykleiłam do twarzy próbną wersję sąsiedzkiego
uśmiechu. Mężczyzna pochylił się i upił kolejny łyk piwa, a ja zawołałam
w jego stronę:
-?Przepraszam, że panu przeszkodziłam!
Machnął niedbale ręką, po czym odwrócił stronę książki, którą trzymał na
kolanach.
-?Niby dlaczego robienie dobrze stopami jako forma zapłaty miałoby mi
przeszkadzać? -?odparł przeciągle niskim, znudzonym głosem.
Skrzywiłam się, szukając w głowie odpowiedzi -?jakiejkolwiek odpowiedzi.
Dawna January wiedziałaby, jak się odciąć, ale w moim umyśle była tylko
pustka, jak za każdym razem, kiedy otwierałam Worda.
No dobra, może trochę zdziczałam przez ten ostatni rok. Może nie byłam
nawet pewna, co właściwie robiłam przez ten czas, skoro nie odwiedzałam
mamy ani nie pisałam, ani nie owijałam sobie sąsiadów wokół palca.
-?W każdym razie -?zawołałam -?właśnie się tu wprowadziłam.
Machnął znowu od niechcenia i mruknął, tak jakby czytał mi wcześniej w myślach:
-?Daj znać, gdybyś potrzebowała cukru. -?W jego ustach zabrzmiało to
jednak bardziej jak: "Nigdy więcej się do mnie nie odzywaj, chyba że
zauważysz pożar w moim domu, ale nawet wtedy sprawdź najpierw, czy nie
słychać syren".
Tyle by było z tutejszej słynnej gościnności. W Nowym Jorku sąsiedzi
przynajmniej przynieśli nam ciastka, kiedy się wprowadziliśmy
(bezglutenowe i z dodatkiem LSD, jednak liczą się intencje).
-?Albo gdybyś chciała, żebym wskazał ci drogę do najbliższego sex shopu
dla fetyszystów -?dodał Gbur.
Policzki zapłonęły mi ze wstydu i wściekłości. Zanim zdążyłam się
zastanowić, wypaliłam:
-?Zaczekam, aż wyprowadzisz swój samochód, i po prostu pojadę za tobą. -
Wybuchnął zaskoczonym, gardłowym śmiechem, ale nadal nie raczył na mnie
spojrzeć. -?Cudownie było cię poznać -?dodałam zgryźliwie, po czym
odwróciłam się i ruszyłam w stronę rozsuniętych szklanych drzwi
prowadzących do bezpiecznego wnętrza, w którym prawdopodobnie będę
musiała chować się przez całe lato.
-?Obłudnica -?usłyszałam jeszcze, zanim je zasunęłam.
2. Pogrzeb
2
Pogrzeb
Nie czułam się gotowa na obejrzenie reszty domu, więc usiadłam przy
stole, żeby pisać. Pusty plik jak zwykle gapił się na mnie
oskarżycielsko i odmawiał zapełnienia się słowami i postaciami,
niezależnie od tego, jak długo ja gapiłam się na niego.
Z pisaniem szczęśliwych zakończeń sprawa ma się tak: łatwiej jest, jeśli
się w nie wierzy.
Ze mną sprawa ma się tak: wierzyłam do dnia pogrzebu ojca.
Moi rodzice (i cała nasza rodzina) już wcześniej bardzo wiele przeszli,
ale jakimś cudem zawsze udawało nam się wyjść z kłopotów silniejszymi,
bardziej kochającymi i radośniejszymi niż przedtem. Kiedy byłam
dzieckiem, nastąpił między nimi krótki okres separacji, podczas którego
mama zaczęła się zachowywać, jakby straciła tożsamość -?wyglądała przez
okna, jakby mogła tam zobaczyć siebie żyjącą własnym życiem i podejrzeć,
co powinna zrobić. A kiedy tata wprowadził się z powrotem, były tańce w kuchni, trzymanie się za ręce i całowanie w czoła. Potem przyszła
pierwsza diagnoza raka u mamy i szalenie kosztowna kolacja na uczczenie
zwycięstwa nad nim -?jedliśmy, jakbyśmy byli milionerami, i śmialiśmy
się tak, że przepłacone wino rodziców i moja woda sodowa zaczęły tryskać
nam kolejno z nosów -?jakby było nas stać na takie marnotrawstwo, jakby
dług medyczny nie istniał. Później nastąpił nawrót raka i nowe życie po
mastektomii: zajęcia z garncarstwa, z tańca towarzyskiego, z jogi, z kuchni marokańskiej -?moi rodzice wypełniali sobie grafik, tak jakby
bardzo chcieli upchnąć jak najwięcej życia w jak najkrótszym czasie.
Długie wycieczki weekendowe, żeby spotkać się ze mną i z moim chłopakiem
w Nowym Jorku, przejażdżki metrem, podczas których mama błagała, żebym
przestała ją zabawiać opowieściami o naszych sąsiadkach ćpunkach Sharyn
i Karyn (przypadkowa zbieżność imion; regularnie wsuwały nam pod drzwi
ulotki informacyjne towarzystwa płaskoziemców), bo bała się, że się
posika, podczas gdy tata półgłosem obalał teorię płaskiej ziemi na
użytek Jacques'a.
Próba. Szczęśliwe zakończenie. Udręka. Szczęśliwe zakończenie. Chemia.
Szczęśliwe zakończenie.
I właśnie wtedy, w samym środku najszczęśliwszego jak dotąd zakończenia,
on odszedł.
Stałam tam, w sali obok kościoła episkopalnego, do którego chodzili z mamą, pośród mrowia ludzi ubranych na czarno, szepczących bezużyteczne
słowa, i czułam się, jakbym przybyła tu we śnie, ledwo pamiętałam lot,
drogę na lotnisko, pakowanie. Przypomniałam sobie, po raz tysięczny w ciągu ostatnich trzech dni, że już go nie ma.
Mama wymknęła się do łazienki, więc byłam sama, kiedy ją zobaczyłam -
jedyną kobietę, której nie rozpoznałam. Miała na sobie szarą sukienkę i skórzane sandały, ramiona owinęła szalem zrobionym na szydełku, a białe
włosy rozpuściła. Patrzyła prosto na mnie.
Chwilę później ruszyła w moją stronę, a mnie -?nie wiedzieć czemu -
żołądek podszedł do gardła. Tak jakby moje ciało dowiedziało się z wyprzedzeniem, że zaraz wszystko się zmieni. Obecność tej nieznajomej na
pogrzebie taty wywróciła moje życie do góry nogami na równi z jego
śmiercią.
Stanęła przede mną i uśmiechnęła się nieśmiało. Pachniała wanilią i cytrusami.
-?Witaj, January. -?Głos miała słaby, a palcami mięła nerwowo frędzle
szala. -?Wiele o tobie słyszałam.
Drzwi za jej plecami otworzyły się i z łazienki wyszła mama. Stanęła jak
wryta, a jej twarz przybrała dziwny wyraz. Rozpoznania? Przerażenia?
Nie chciała, żebyśmy ze sobą rozmawiały. Dlaczego?
-?Jestem dawną przyjaciółką twojego ojca -?powiedziała tymczasem
kobieta. -?On bardzo wiele dla mnie znaczy... znaczył. Znałam go przez
całe swoje życie, no, prawie. Przez długi czas byliśmy bardzo blisko, a on... bez przerwy opowiadał o tobie. -?Próbowała roześmiać się
swobodnie, ale tak bardzo jej nie wyszło. -?Przepraszam -?powiedziała
ochryple. -?Obiecałam, że nie będę płakać, ale...
Poczułam się, jakby zepchnięto mnie z wysokiego budynku, jakby spadanie
miało trwać bez końca.
"Dawna przyjaciółka". Tak powiedziała. Nie "kochanka". Ale domyśliłam
się po sposobie, w jaki płakała -?jak mama podczas pogrzebu, tylko w krzywym zwierciadle. Rozpoznałam na jej twarzy ten sam wyraz, który
zobaczyłam na swojej tego ranka, kiedy wklepywałam korektor pod oczy.
Śmierć taty zniszczyła ją nieodwracalnie.
Wyłowiła coś z kieszeni. Kopertę z nabazgranym moim imieniem i z kluczem
spoczywającym na wierzchu. Do klucza doczepiony był brelok z adresem,
nagryzmolonym tym samym niepodrabialnym charakterem pisma co bazgroły na
kopercie. Pismem taty.
-?Chciał, żebyś go dostała -?powiedziała. -?Jest twój.
Wcisnęła mi klucz do ręki i przytrzymała przez chwilę.
-?To piękny dom nad samym brzegiem jeziora Michigan -?wyrzuciła z siebie. -?Spodoba ci się. On zawsze mówił, że ci się spodoba. A list
napisał na twoje urodziny. Możesz go otworzyć wtedy albo... kiedy
chcesz.
Moje urodziny. Do moich urodzin zostało jeszcze siedem miesięcy. Na
moich urodzinach nie będzie taty. Taty już nie ma.
Za plecami kobiety mama otrząsnęła się i ruszyła w naszą stronę z morderczym wyrazem twarzy.
-?Sonya -?syknęła.
I wtedy wiedziałam już wszystko.
Że podczas gdy ja błądziłam w ciemności, mama wcale nie.
Zamknęłam Worda, tak jakby kliknięcie w ten mały "x" w rogu ekranu mogło
zamknąć też moje wspomnienia. Dla odwrócenia uwagi przewinęłam skrzynkę
mejlową do ostatniej wiadomości, którą przysłała mi moja agentka Anya.
Dostałam tego mejla dwa dni temu, zanim wyjechałam z Nowego Jorku, i od
tamtej pory wynajdywałam coraz bardziej absurdalne powody, żeby go
jeszcze nie otwierać. Pakowanie. Przewożenie rzeczy do przechowalni.
Jazda samochodem. Próba wypicia jak największej ilości wody podczas
sikania. "Pisanie", z naciskiem na cudzysłów. Kac. Głód. Oddychanie.
Anya słynęła z tego, że w stosunku do wydawców była twarda i potrafiła
pokazać pazury, ale w kontakcie z pisarzami stawała się kimś w rodzaju
skrzyżowania pani Jennifer, uroczej nauczycielki z Matyldy, z seksowną
wiedźmą. Człowiek za wszelką cenę starał się jej przypodobać, bo z jednej strony miał poczucie, że nikt nigdy nie darzył go większą
miłością i uwielbieniem niż ona, a z drugiej podejrzewał, że gdyby tylko
chciała, mogłaby napuścić na niego hordę pytonów.
Dopiłam swój trzeci dżin z tonikiem tego wieczoru, otworzyłam wiadomość
i przeczytałam:
Heeeeej, rybeńko piękna, wspaniała, artystko niebiańska, żyło złota Ty
moja,
wiem, że ostatnio sprawy się u Ciebie skomplikowały, ale Sandy znowu do
mnie napisała -?bardzo by chciała wiedzieć, jak Ci idzie z książką
łamane na: czy nadal planujesz ją skończyć przed jesienią. Ja jak zwykle
w każdej chwili z radością złapię za telefon albo wskoczę na czata
(tudzież na grzbiet pegaza, jeśli zajdzie taka potrzeba), żeby zrobić
burzę mózgów / obgadać fabułę / zrobić COKOLWIEK, co pomoże sprowadzić
na ten świat więcej Twoich pięknych słów i nieporównanych wzruszeń! Pięć
książek w pięć lat to duże wyzwanie dla każdego (nawet dla kogoś tak
niezwykle utalentowanego jak Ty), ale wydaje mi się, że dotarłyśmy do
pewnej granicy w stosunkach z SLB, więc czas przywołać uśmiech na twarz
i wydać powieść na świat, jeśli to w ogóle możliwe.
Buziaki
Anya
"Przywołać uśmiech na twarz i wydać powieść na świat". Podejrzewałam, że
łatwiej by mi było urodzić pod koniec lata w pełni ukształtowane ludzkie
dziecko, niż napisać i sprzedać nową książkę.
Stwierdziłam, że jeśli pójdę teraz spać, to rano mogłabym wyskoczyć
wcześniej z łóżka i wyprodukować kilka tysięcy słów. Stanęłam przed
sypialnią na parterze i zawahałam się. Skąd mogłam wiedzieć, które łóżka
wykorzystywali tata z Tą Kobietą?
Znajdowałam się w jaskini starczego cudzołóstwa. I byłoby to nawet
zabawne, gdyby cokolwiek potrafiło mnie jeszcze rozbawić po roku
wymyślania historii miłosnych, które nieodmiennie urywały się na tym, że
kierowca autobusu zasypiał, a wszyscy bohaterowie kończyli w przepaści.
To SUPERinteresujące -?powiedziałaby z pewnością Anya, gdybym
rzeczywiście wysłała jej jeden z tych szkiców. -?Wiesz, ja to bym
przeczytała nawet twoją LISTĘ ZAKUPÓW i płakałabym przy niej ze
wzruszenia. Ale ta książka nie pasuje do Sandy Lowe. Spróbuj teraz
więcej wzdychania, mniej umierania, kochanieńka.
Potrzebowałam pomocy, jeśli miałam tu zasnąć. Zrobiłam sobie kolejny
dżin z tonikiem i zamknęłam komputer. W domu zrobiło się gorąco i duszno, więc rozebrałam się do bielizny i przeszłam się po całym
parterze, żeby pootwierać okna, po czym opróżniłam szklankę i zwaliłam
się na kanapę.
Była nawet wygodniejsza, niż się spodziewałam. Szlag by trafił Tę
Kobietę z jej urzekająco eklektycznym gustem. Uznałam też, że kanapa
jest za niska, żeby facet z bolącym kręgosłupem miał się z niej
codziennie zwlekać, a to oznaczało, że prawdopodobnie nie używali jej do
TEGO.
Chociaż tata nie zawsze miał problemy z kręgosłupem. Kiedy byłam mała, w większość weekendów, które spędzał w domu, zabierał mnie na łódkę, a z mojego doświadczenia wynikało, że żeglowanie składa się w dziewięćdziesięciu procentach z pochylania się, żeby zawiązać albo
rozwiązać linę, a tylko w dziesięciu procentach z płynięcia pod słońce z ramionami rozrzuconymi na boki, z kurtką szeleszczącą na wietrze i...
W mojej piersi wezbrała mściwa fala bólu.
Te wczesne poranki na sztucznym jeziorze oddalonym o pół godziny drogi
od naszego domu należały zawsze tylko do nas dwojga i zdarzały się
zwykle tuż po powrocie taty z wyjazdu. Czasem nawet nie wiedziałam, że
już wrócił. Budziłam się w jeszcze ciemnym pokoju, a tata łaskotał mnie
w nos i nucił piosenkę Deana Martina, od której wzięło się moje imię:
It's June in January, because I'm in love... Podrywałam się z bijącym
sercem, wiedząc, że to oznacza wycieczkę na łódce, tylko we dwoje.
Teraz zastanawiałam się, czy wszystkie te cudowne, rześkie poranki nie
były zadośćuczynieniem za weekend spędzony z Tą Kobietą, czasem
przeznaczonym na powtórne dopasowanie się do życia z mamą.
Powinnam oszczędzać swoje zdolności narracyjne na potrzeby pisania
książki. Wypchnęłam to wszystko z głowy, naciągnęłam na twarz ozdobną
poduszkę i zaczęłam zapadać w sen jak w paszczę biblijnego wieloryba.
Kiedy poderwałam się na kanapie, w pokoju było ciemno, a zza okien
płynęła ogłuszająca muzyka.
Wstałam i w dżinowym zamroczeniu ruszyłam do kuchni, kierując się w stronę bloku na noże. Nigdy nie słyszałam o seryjnym mordercy, który
rozpoczynałby zbrodnię od obudzenia ofiary piosenką Everybody Hurts
zespołu R.E.M., ale właściwie nie mogłam tego wykluczyć.
Kiedy przeszłam do kuchni, muzyka nieco przycichła i uświadomiłam sobie,
że dochodzi z przeciwnej strony budynku. Z domu Gbura.
Spojrzałam na świecące cyfry na piekarniku. Pół godziny po północy, a mój sąsiad puszcza na cały regulator piosenkę, którą najczęściej można
usłyszeć w starych komediodramatach, w momencie gdy główny bohater
wlecze się samotnie do domu w strugach deszczu.
Pognałam do okna i wychyliłam się. Okna w domu Gbura też były otwarte i w rozświetlonej kuchni zobaczyłam grupkę ludzi, trzymających kieliszki,
kubki i butelki, opierających sobie ospałe głowy na ramionach,
obejmujących się za szyje i wyśpiewujących z dzikim zapałem słowa
piosenki.
Odbywała się tam szalona impreza. Najwyraźniej Gbur żywił awersję tylko
do mnie, a nie do wszystkich na świecie. Przystawiłam dłonie do ust i wydarłam się:
Przepraszam!
Gdy dwie kolejne próby nie przyniosły skutku, zatrzasnęłam okno i zrobiłam rundkę po parterze, żeby pozamykać pozostałe. Kiedy skończyłam,
nadal miałam wrażenie, że R.E.M. gra koncert na stoliku w moim salonie.
I wtedy na jedną piękną chwilę piosenka ucichła, a odgłosy imprezy -
śmiechy, rozmowy i stukanie butelek -?przeszły w jednostajny szmer.
A potem zaczęło się od nowa.
Ta sama piosenka. Tylko jeszcze głośniej. No nie! Wciągając z powrotem
spodnie od dresu, rozważałam wszystkie za i przeciw zadzwonienia ze
skargą na policję. Z jednej strony, zachowałabym możliwość wiarygodnego
uchylenia się od odpowiedzialności przed sąsiadem. (Toż to nie ja
wezwałam mundurowych! Jestem tylko młodą, niespełna trzydziestoletnią
niewiastą, a nie zrzędliwą starą panną, którą mierżą śmiech, zabawa,
pieśni i tańce!) Z drugiej strony, odkąd straciłam tatę, coraz trudniej
przychodziło mi wybaczanie niewielkich występków.
Narzuciłam bluzę z nadrukiem w pizzę i wybiegłam z domu, a po chwili
wparadowałam na schody sąsiada. Zanim zdążyłam dwa razy pomyśleć,
sięgnęłam do dzwonka. Rozległ się donośnym barytonem przypominającym
bicie dużego stojącego zegara i poniósł się nad muzyką, ale śpiew nie
ucichł. Policzyłam do dziesięciu i zadzwoniłam jeszcze raz. Głosy w środku ani się zająknęły. Nawet jeśli imprezowicze usłyszeli dzwonek,
celowo go ignorowali.
Jeszcze przez chwilę dobijałam się do drzwi, ale w końcu pogodziłam się
z tym, że nikt mi nie otworzy, i odmaszerowałam do domu. Do pierwszej -
postanowiłam. Dam im czas do pierwszej, a potem wzywam policję.
W domu było nawet głośniej, niż to zapamiętałam, a w ciągu tych paru
minut od zamknięcia okien temperatura podniosła się do poziomu lepkiego
skwaru. Nie miałam nic lepszego do roboty, więc wzięłam z torebki
książkę i ruszyłam na taras.
Wymacałam włącznik światła koło przesuwanych drzwi. Pstryknęłam go, ale
nic się nie wydarzyło. Żarówki na zewnątrz były przepalone. Czyli o pierwszej w nocy zabieram się za czytanie przy świetle z telefonu na
tarasie drugiego domu mojego ojca! Wyszłam na zewnątrz, a skóra aż
ścierpła mi od rześkiego powiewu, który niósł się znad wody.
Na tarasie Gbura też było ciemno, jeśli nie liczyć pojedynczej
świetlówki otoczonej przez ślamazarne ćmy, i właśnie dlatego prawie
krzyknęłam, kiedy w mroku coś się poruszyło.
A kiedy mówię, że prawie krzyknęłam, oczywiście mam na myśli to, że
definitywnie krzyknęłam.
-?Jezu! -?Cień zachłysnął się z przerażenia i poderwał się z fotela, na
którym siedział. Cień, czyli rzecz jasna facet, który relaksował się w ciemności, dopóki nie wystraszyłam go na śmierć. -?No co, co? -?zaczął
pytać, jakby oczekiwał ode mnie informacji, że łażą po nim skorpiony.
Sytuacja byłaby mniej niezręczna, gdyby faktycznie łaziły.
-?Nic! -?odkrzyknęłam, nadal dysząc z zaskoczenia. -?Nie widziałam, że
tam jesteś!
-?Nie widziałaś, że tu jestem? -?powtórzył, po czym wybuchnął szorstkim,
niedowierzającym śmiechem. -?Naprawdę? Nie widziałaś mnie na moim
własnym tarasie?
Technicznie rzecz biorąc, nadal go nie widziałam. Lampa tarasowa paliła
się kawałek za nim i nad nim, tak że wyglądał jak przydługi cień w kształcie człowieka, ze świetlistą aureolą wokół ciemnych, zmierzwionych
włosów. Ale po tym wszystkim i tak najlepiej bym zrobiła, gdybym przez
całe lato zdołała unikać nawiązywania z nim kontaktu wzrokowego.
-?Jak mijają cię samochody na autostradzie, to też krzyczysz? Albo jak
zauważasz ludzi w oknach restauracji? Może na wszelki wypadek zasłoń
sobie wszystkie okna, które wychodzą prosto na moje, żebyś nie zobaczyła
mnie przypadkiem z nożem albo brzytwą?
Groźnie skrzyżowałam ramiona na piersi. A przynajmniej spróbowałam.
Nadal byłam nieco oszołomiona i ociężała od dżinu.
Miałam zamiar mu powiedzieć -?bo dawna January właśnie tak by mu
powiedziała: "Czy dałoby się ściszyć trochę tę muzykę?". Chociaż tak
naprawdę pewnie obsypałaby się brokatem, włożyła swoje ulubione
aksamitne pantofelki i stanęła w jego drzwiach z butelką szampana i z mocnym postanowieniem zjednania sobie Gbura.
Ale jak na razie był to trzeci najgorszy dzień w moim życiu, a tamta
January leżała prawdopodobnie tam, gdzie pochowano dawną Taylor Swift,
więc w rzeczywistości powiedziałam:
-?Czy mógłbyś wyłączyć ten podkład do użalania się nad swoim smutnym
losem?
Cień roześmiał się i oparł o barierkę tarasu. U jednej ręki zwisała mu
butelka piwa.
-?A wygląda ci na to, że sam puszczam tę muzykę?
-?Nie, wygląda mi na to, że siedzisz sam w ciemności na własnej imprezie
-?powiedziałam. -?Ale kiedy dzwoniłam do drzwi, żeby poprosić twoje
towarzystwo o ściszenie, nie było mnie słychać ponad libacją, więc teraz
proszę ciebie.
Przyglądał mi się przez chwilę w ciemności -?a przynajmniej tak
zakładam, bo żadne z nas właściwie nie widziało drugiego. W końcu się
odezwał:
-?Słuchaj, sam byłbym wprost zachwycony, gdyby ta impreza się
skończyła i wszyscy poszli sobie z mojego domu, ale jednak mamy sobotni
wieczór. Lato, w dzielnicy letniskowej. Więc jeśli cała ta okolica nie
przeniosła się przypadkiem do purytańskiej mieściny z Footloose, to
nie wydaje mi się, żeby puszczanie muzyki o tej godzinie było zakazane.
I może, tak sobie tylko myślę, może świeżo przybyła sąsiadka, która
wykrzykiwała na swoim tarasie o robieniu dobrze stopami tak głośno, że
wszystkie ptaki pouciekały, mogłaby sobie pozwolić na odrobinę
wyrozumiałości, kiedy jedna mała impreza trochę się przeciąga.
Teraz to ja wpatrzyłam się na moment w niego, a raczej w ciemną plamę.
Kurczę, miał rację. Był gburem, ale ja wcale nie okazałam się lepsza.
Imprezy Karyn i Sharyn z piramidą witamin w proszku trwały znacznie
dłużej niż ta, a odbywały się w tygodniu, zwykle w wieczór przed
porannym dyżurem Jacques'a. Czasem nawet na nie chodziłam, a teraz nie
mogłam znieść sobotniego karaoke?
A co najgorsze, zanim zdążyłam wymyślić jakąś odpowiedź, w domu Gbura
jak za dotknięciem różdżki zapanowała cisza. Przez rozświetlone tylne
drzwi zobaczyłam, jak imprezowicze zaczynają się rozchodzić: ściskają
się, żegnają, odstawiają szklanki i wkładają lekkie okrycia.
Pokłóciłam się z tym facetem o nic, a teraz musiałam mieszkać obok niego
przez kolejne parę miesięcy. Będę miała okropnego pecha, jeśli kiedyś
zabraknie mi cukru.
Chciałam go przeprosić za komentarz o "użalaniu się nad swoim smutnym
losem" albo przynajmniej za te cholerne spodnie. Ostatnio moje reakcje
zawsze wydawały się wyolbrzymione, a niełatwo było to wytłumaczyć obcym,
jeśli akurat nieszczęśliwie się napatoczyli.
Przepraszam - zaczęłam swoją wyimaginowaną przemowę. -?Nie chciałam
się zamieniać w zrzędliwą starą babę. Ale mój tata umarł, a potem
dowiedziałam się, że miał kochankę i drugi dom, i że moja mama cały czas
była tego świadoma, ale nigdy mi nie powiedziała i nadal nie chce ze mną
o tym rozmawiać, a kiedy się w końcu rozsypałam, mój chłopak stwierdził,
że już mnie nie kocha, moja kariera utknęła w miejscu, a moja najlepsza
przyjaciółka mieszka za daleko. I jeszcze P.S. to jest ten wspomniany
Dom Schadzek, a ja kiedyś lubiłam imprezy, ale ostatnio nic już nie
lubię, więc proszę, wybacz mi moje zachowanie i baw się dobrze.
Dziękuję, dobranoc.
Jednak zamiast wypowiedzieć te słowa, poczułam w brzuchu gwałtowny,
wykręcający ból, do nosa napłynęły mi piekące łzy, a głos zapiszczał
żałośnie, kiedy rzuciłam w przestrzeń:
-?Jestem strasznie zmęczona.
Choć widziałam tylko zarys jego postaci, mogłam śmiało stwierdzić, że
zesztywniał. Jak zdążyłam się zorientować, jest to dość powszechna
reakcja u ludzi, którzy wyczuwają, że kobieta znajduje się na skraju
załamania psychicznego. W ciągu ostatnich kilku tygodni naszego związku
Jacques zachowywał się jak jeden z tych węży, które potrafią wyczuć
nadchodzące trzęsienie ziemi -?kiedy tylko rosły we mnie emocje,
momentalnie się napinał, po czym stwierdzał, że potrzebujemy czegoś ze
sklepu, i wybiegał z domu.
Mój sąsiad nic nie powiedział, ale też nie uciekł. Po prostu stał
zakłopotany i wpatrywał się we mnie w ciemności. Mierzyliśmy się
wzrokiem przez dobre pięć sekund, zastanawiając się, co wydarzy się
najpierw: czy ja zaleję się łzami, czy on zwieje.
Wtedy znowu gruchnęła muzyka -?jakiś kawałek Carly Rae Jepsen, za którym
w innych okolicznościach wprost przepadałam -?a Gbur aż podskoczył.
Zerknął za siebie, przez przesuwne drzwi, a potem znowu na mnie.
Odchrząknął.
Wyrzucę ich -?powiedział sztywno, po czym odwrócił się i wszedł do
środka. Na jego widok imprezowicze zgromadzeni w kuchni zakrzyknęli
chórem: "Everett!".
Wydawali się gotowi złapać go za nogi i podnieść nad beczkę z piwem,
żeby się napił, ale on nachylił się do jakiejś blondynki i chwilę
później muzyka umilkła na dobre.
Ech. Następnym razem muszę zrobić lepsze wrażenie. Może pomógłby mi
talerz ciastek z LSD.
3. Na-Pat-oczenie
3
Na-Pat-oczenie
Obudziłam się z łupaniem w głowie na dźwięk esemesa od Anyi:
Hej, złotko! Chciałam się tylko upewnić, że dostałaś mojego mejla Re:
twój wspaniały umysł i letni dedlajn, o którym gadałyśmy.
Końcowa kropka rozbrzmiała mi w czaszce jak dzwon pogrzebowy.
Pierwszego prawdziwego kaca miałam w wieku dwudziestu czterech lat, w poranek po tym, jak Anya sprzedała moją pierwszą książkę, Całuj mnie,
całuj, śnij o mnie, śnij, wydawnictwu Sandy Lowe. (Jacques kupił
swojego ulubionego francuskiego szampana i piliśmy go prosto z butelki
na moście Brooklińskim, czekając na wschód słońca, bo wydawało nam się
to szalenie romantyczne). Później, kiedy leżałam na podłodze w łazience,
przysięgałam sobie, że prędzej rzucę się na nóż, niż pozwolę, żeby mój
mózg znowu przypominał jajko skwierczące na rozgrzanej skale pod słońcem
Cancun.
A jednak! Oto leżałam z twarzą wciśniętą w poduszkę wyszywaną
koralikami, a mój mózg smażył się na patelni czaszki. Pobiegłam do
łazienki na parterze. Nie chciało mi się wymiotować, ale liczyłam na to,
że jeśli będę dobrze udawać, moje ciało da się nabrać i wyrzuci z siebie
truciznę.
Upadłam na kolana przed sedesem i podniosłam wzrok na ramkę zawieszoną
na wstążce na ścianie za nim.
Tata i Ta Kobieta stali na plaży ubrani w sztormiaki, on otaczał ją
ramieniem, wiatr rozwiewał jej jasne, posiwiałe włosy, a jemu
rozpłaszczał szpakowate loki na czole, oboje się uśmiechali. I wtedy
nieco bardziej subtelnym, choć równie dowcipnym zrządzeniem losu
spojrzałam na stojak na gazety znajdujący się obok sedesu i zawierający
dokładnie trzy pozycje.
Numer "Oprah Magazine" sprzed dwóch lat. Egzemplarz mojej trzeciej
książki Światło północy. I te przeklęte Objawienia -?w twardej
oprawie i z błyszczącą nalepką, głoszącą ni mniej, ni więcej, że to
książka z autografem.
Otworzyłam usta i wyrzygałam się doszczętnie w muszlę klozetową. Potem
wstałam, przepłukałam usta i obróciłam oprawione zdjęcie twarzami do
ściany.
Nigdy więcej -?obiecałam sobie głośno. Jaki jest pierwszy krok do życia
bez kaca? Prawdopodobnie nieprzeprowadzanie się do domu, który pobudza
człowieka do picia. Muszę znaleźć jakieś inne strategie radzenia sobie.
Na przykład... kontakt z przyrodą.
Wróciłam do salonu, wyszperałam z torby szczoteczkę i umyłam zęby nad
zlewem. Kolejnym elementem niezbędnym do podtrzymania mojego istnienia
była kroplówka z kawy.
Zawsze kiedy tworzyłam pierwszą wersję nowej książki, praktycznie nie
wychodziłam ze swoich spektakularnie powyciąganych gaci, więc poza
kolekcją równie paskudnych dresów nie spakowałam zbyt dużo ciuchów.
Obejrzałam nawet parę nagrań vlogerów na temat "garderoby kapsułowej",
żeby spróbować zwiększyć liczbę "stylizacji", które mogłabym
"skomponować" z pary uciętych dżinsowych szortów, noszonych głównie,
kiedy chcę się odstresować przy sprzątaniu, i z kolekcji wyświechtanych
tiszertów z wizerunkami znanych ludzi -?pozostałości po mojej
młodzieńczej fascynacji.
Wciągnęłam na siebie ciemną koszulkę z czarno-białą twarzą Joni
Mitchell, wcisnęłam swoje opite ciało w dżinsowe szorty i włożyłam buty
za kostkę z kwiatowym haftem.
Miałam słabość do butów, począwszy od bardzo tanich i tandetnych po
bardzo drogie i efektowne. I właśnie ta moja słabość okazała się
zasadniczo niekompatybilna z koncepcją garderoby kapsułowej. Spakowałam
tylko cztery pary i miałam wątpliwości, czy ktokolwiek uznałby moje
brokatowe tenisówki albo muszkieterki od Stuarta Weitzmana, na które się
kiedyś szarpnęłam, za "klasyki".
Złapałam kluczyki do samochodu i już miałam wyjść na oślepiające letnie
słońce, kiedy usłyszałam bzyczenie telefonu spod poduszek na kanapie. To
była wiadomość od Shadi: Poszłam do łóżka z Nawiedzonym Kapelusznikiem,
a dalej rządek czaszek.
Ruszyłam znowu do drzwi i potykając się, odpisałam: NATYCHMIAST IDŹ DO
SPOWIEDZI.
Kiedy zbiegałam po stopniach do swojej Kii, usilnie starałam się nie
myśleć o upokarzającej konfrontacji z sąsiadem poprzedniego wieczoru,
ale to tylko pozwoliło moim myślom powędrować do najmniej lubianego
przeze mnie tematu.
Do taty.
Ostatnim razem, kiedy byliśmy na łódce, zawiózł nas właśnie tą Kią nad
sztuczne jezioro i oznajmił, że chce mi ją dać. Tego dnia powiedział
też, że powinnam to zrobić -?przeprowadzić się do Nowego Jorku. Jacques
już tam mieszkał ze względu na swoje studia medyczne, więc
utrzymywaliśmy związek na odległość, żebym ja mogła zostać przy mamie.
Tata musiał dużo podróżować w związku z "pracą", a ja, nawet jeśli
ostatecznie uwierzyłabym w swoją opowieść -?że nasza historia musi się
mimo wszystko dobrze skończyć -?nadal bardzo się bałam zostawić mamę
samą. Tak jakby moja nieobecność mogła zrobić miejsce dla raka, który
zakradłby się po raz trzeci.
-?Jest zdrowa -?zapewniał mnie tata, kiedy siedzieliśmy na wyziębionym,
ciemnym parkingu.
-?To może wrócić -?spierałam się. Nie chciałam stracić ani sekundy
czasu, jaki mi z nią pozostał.
-?Wszystko się może zdarzyć, January. -?Tak powiedział. -?Wszystko się
może zdarzyć i z mamą, i ze mną, a nawet z tobą, w każdej chwili. Ale
teraz nic się nie dzieje. Dziecko, zrób raz w życiu coś dla siebie.
Może wydawało mu się, że moja przeprowadzka do Nowego Jorku i zamieszkanie z chłopakiem to w gruncie rzeczy to samo, co z jego strony
kupno drugiego domu i ukrywanie się w nim z kochanką. Ja rzuciłam
studia, żeby pomóc opiekować się mamą podczas drugiego cyklu
chemioterapii, odkładałam każdy grosz na opłacenie rachunków medycznych,
a on gdzie wtedy był? Siedział w sztormiaku na plaży i pił pinot noir z Tą Kobietą?
Odepchnęłam od siebie tę myśl, wsiadłam do samochodu i poczułam pod
udami rozgrzaną skórę fotela. Zjechałam z krawężnika, otwierając po
drodze okno.
Na końcu ulicy skręciłam w lewo i zaczęłam oddalać się od wody, w stronę
miasta. Zatoczka, która rozciągała się na prawo od drogi, błyskała
plamkami migoczącego światła prosto w okno samochodu, a rozgrzany wiatr
huczał mi w uszach. Poczułam się, jakby mój świat przestał na chwilę
istnieć. Przepływałam a to obok stadka skąpo ubranych nastolatków,
którzy kłębili się pod budką z hot dogami po mojej lewej stronie, a to
obok rodziców z dziećmi, stojących w kolejce do lodziarni po prawej, a to obok grupek rowerzystów, jadących na plażę.
Kiedy wpłynęłam na główną ulicę, budynki zaczęły zbliżać się do siebie,
aż w końcu stłoczyły się ściana przy ścianie: maleńka włoska restauracja
z tarasami porośniętymi winoroślą kleiła się do sklepu z deskorolkami,
który przytulał się do irlandzkiego pubu, a ten z kolei do
staroświeckiego sklepu ze słodyczami, za którym znajdowała się wreszcie
kawiarnia Pat's Coffee -?nie mylić z sieciówką Peet's Coffee, chociaż
szyld wyglądał tak, jakby chodziło właśnie o to, żeby je mylić.
Wjechałam na miejsce parkingowe i wskoczyłam do przyjemnie chłodnych,
klimatyzowanych pomieszczeń kawiarni Pat nie Peet. Deski podłogi
pomalowano tu na biało, a ściany były granatowe, upstrzone srebrnymi
gwiazdkami, które wirowały między stolikami, przetykane tylko od czasu
do czasu banalnymi sentencjami w ramkach, przypisywanymi "Anonimowi".
Sala kawiarniana otwierała się bezpośrednio na jasno oświetloną
księgarnię, a nad przejściem widniała wymalowana tą samą, dobrze wróżącą
srebrną farbą nazwa PAT'S BOOKS. Na zapadniętych fotelach w tylnym kącie
siedziała para staruszków w bluzach polarowych. Byli tu jedynymi gośćmi
poza mną i kobietą w dojrzałym średnim wieku stojącą za ladą.
-?Chyba za ładnie dzisiaj, żeby siedzieć w czterech ścianach -?odezwała
się baristka, jakby czytała mi w myślach. Miała szorstki głos i krótkie
blond włosy, a małe złote kółka w jej uszach zabłysły w łagodnym
świetle, kiedy machnęła do mnie zapraszająco dłonią o bladoróżowych
paznokciach. -?Nie wstydź się. Tutaj wszyscy jesteśmy rodziną.
Uśmiechnęłam się.
-?Oby nie.
Pacnęła w ladę i się roześmiała.
-?Fakt, z rodziną bywa różnie -?zgodziła się. -?Co dla ciebie?
-?Podwójne espresso.
Pokiwała mądrze głową.
-?A więc ten typ. A skąd cię tu w ogóle przywiało, złotko?
-?Teraz akurat z Nowego Jorku. Wcześniej z Ohio.
-?O, mam rodzinę w Nowym Jorku. W stanie, nie w mieście. Ale ty pewnie
miałaś na myśli miasto, co?
-?Dzielnicę Queens -?potwierdziłam.
-?W życiu tam nie byłam -?oświadczyła. -?Mleko? Albo jakiś syrop?
-?Trochę mleka poproszę.
-?Pełne? Półtłuste? Półprocentowe?
-?Wszystko jedno. Nie jestem wybredna, jeśli chodzi o procenty.
Odchyliła głowę do tyłu i znowu się roześmiała, a potem zaczęła powoli
gmerać przy ekspresie.
-?Kto by miał na to czas? Słowo daję, nawet tu, w North Bear Shores,
świat biegnie za szybko. Może gdybym sama piła to twoje podwójne
espresso, patrzyłabym na to inaczej.
Baristka, która nie pija espresso, nie jest może ideałem, ale i tak z miejsca polubiłam kobietę w złotych kolczykach. Szczerze mówiąc,
polubiłam ją tak bardzo, że poczułam w sobie delikatne ukłucie tęsknoty.
Za dawną January. Tą, która uwielbiała urządzać imprezy tematyczne i załatwiać przebrania dla całej grupy, która nie mogła wybrać się na
stację benzynową albo stanąć w kolejce na pocztę, żeby nie umówić się na
kawę albo na wernisaż wystawy z kimś, kogo właśnie poznała. W komórce
miałam pozapisywane takie zagadkowe kontakty jak "Sarah, bar Anchor,
śliczny pies" albo "Mike, właściciel tego nowego sklepu ze starociami".
Nawet Shadi poznałam w toalecie w pizzerii, kiedy wyszła z kabiny w najpiękniejszych kozakach, jakie kiedykolwiek widziałam. Brakowało mi
tego nieodpartego zaciekawienia ludźmi, tej iskry podekscytowania, kiedy
różne osoby uświadamiają sobie, że coś je łączy, albo podziwu, kiedy
odkrywają ukryty talent lub cechę.
Czasem tęskniłam po prostu za lubieniem ludzi.
Ale tej baristki nie dało się nie lubić. Nawet gdyby kawa była fatalna,
wiedziałam, że tu wrócę. Nałożyła plastikową pokrywkę na kubek i postawiła go przede mną.
Pierwszy raz na koszt firmy -?powiedziała. -?Obiecaj tylko, że wrócisz.
Uśmiechnęłam się i przyrzekłam, że tak zrobię, po czym wcisnęłam swój
ostatni banknot jednodolarowy do słoiczka na napiwki, a kobieta wróciła
do wycierania blatów. Skierowałam się do wyjścia, ale zaraz
przystanęłam, bo w mojej głowie rozległ się głos Anyi: Heeeeej,
cukiereczku! NAPRAWDĘ nie chcę się wtrącać, ale sama wiesz, że kluby
książki to dla ciebie WYMARZONY rynek. Jeśli już WESZŁAŚ do księgarni w małym miasteczku, to koniecznie powinnaś się przywitać!
Wiedziałam, że moja Wyimaginowana Anya ma rację. W tej chwili liczył się
dla mnie każdy sprzedany egzemplarz.
Przylepiłam do twarzy uśmiech i przeszłam przez drzwi do księgarni.
Gdybym tylko mogła przenieść się w czasie i włożyć na siebie cokolwiek,
byle nie ten strój a la Jessica Simpson z teledysków z dwa tysiące
drugiego roku.
Wzdłuż ścian księgarenki stały niskie dębowe regały, a między nimi wił
się labirynt jeszcze mniejszych półek. Przy kasie nikogo nie było, więc
w oczekiwaniu zerknęłam na trio gimnazjalistek z aparatami na zębach,
stojących w dziale romansów, żeby się upewnić, że to nie z moich książek
mają taki ubaw. Cała nasza czwórka miałaby traumę do końca życia, gdybym
poproszona przez sprzedawcę o podpisanie dostępnych egzemplarzy odkryła
Rozkosze południa w rękach rudowłosej. Dziewczyny zachłysnęły się i zachichotały, a rudowłosa przycisnęła książkę do piersi, odsłaniając
okładkę: półnagi mężczyzna całujący się z kobietą, a dookoła płomienie.
Zdecydowanie nie moja.
Upiłam łyk kawy i pospiesznie wyplułam ją z powrotem do kubka. Smakowała
jak błoto.
-?Przepraszam za zwłokę, złotko. -?Szorstki głos dobiegł zza mojego
ramienia, więc obróciłam się, żeby spojrzeć na kobietę kluczącą w moją
stronę między krętymi rzędami półek. -?Moje kolana nie ruszają się już
tak jak kiedyś.
Z początku myślałam, że to siostra bliźniaczka baristki, że razem
otworzyły rodzinny biznes, ale potem się zorientowałam, że kobieta po
drodze do kasy zdejmuje z talii szary fartuch z napisem "Pat's Coffee".
-?Dasz wiarę, że kiedyś byłam mistrzynią roller derby? -?zagadnęła,
rzucając zmięty fartuch na ladę. -?Możesz wierzyć albo nie, ale byłam.
-?W tym momencie nie zdziwiłoby mnie, gdybyś się okazała burmistrzynią
North Bear Shores.
Wybuchnęła rubasznym śmiechem.
-?O nie, to akurat nie! Chociaż gdyby mnie wybrali, to może coś bym tu
ruszyła! Ta mieścina jest cudnym zagłębiem progresywizmu w naszym
stanie, ale ci, co decydują o kasie, to nadal banda skąpiradeł.
Stłumiłam uśmiech. Te same słowa spokojnie mogłyby paść z ust mojego
taty. Przeszył mnie gwałtowny ból, ostry i gorący jak pogrzebacz.
-?Nie zwracaj uwagi na mnie i na moje o-pi-nie -?wyartykułowała, unosząc
gęste popielate brwi. -?Jestem jedynie skromną przedsiębiorczynią. W czym mogę ci pomóc, słodziutka?
-?Chciałam się tylko przedstawić -?przyznałam. -?Właściwie to jestem
pisarką, wydaję w Sandy Lowe Books i przyjechałam tu na lato, więc
pomyślałam, że mogę się przywitać i podpisać swoje książki, jeśli masz
coś u siebie.
-?Oooch, kolejna pisząca osoba w mieście! -?wykrzyknęła. -?To cudownie!
Wiesz, North Bear przyciąga wielu artystów. To chyba ten nasz styl
życia. No i jeszcze uniwersytet. Mamy tu najróżniejszych
wolnomyślicieli. Świetna, mała społeczność. Spodoba ci się u nas... -
Sposób, w jaki urwała tę wypowiedź, sugerował, że oczekuje, żebym
uzupełniła zdanie swoim imieniem.
-?January -?podsunęłam skwapliwie. -?Andrews.
-?Pat -?przedstawiła się i uścisnęła mi dłoń z werwą godną wojskowego,
który właśnie zakrzyknął: Daj grabę, synu!
-?Pat? -?zdziwiłam się. -?Ta słynna Pat od Pat's Coffee?
-?Właśnie ta. W dowodzie mam wpisane Petunia. Ale co to za imię? -?Udała
odruch wymiotny. -?Poważnie, czy ja ci wyglądam na petunię? Czy
ktokolwiek wygląda jak petunia?
Pokręciłam głową.
-?No, chyba że noworodek w kwiecistych poliestrowych śpioszkach.
-?Jak tylko nauczyłam się mówić, naprawiłam ten błąd. Tak czy siak,
January Andrews. -?Pat podeszła do komputera i wystukała moje nazwisko
na klawiaturze. -?Zobaczmy, czy mam tu twoją książkę.
Nigdy nie poprawiałam ludzi, którzy mówili "książka", a nie "książki",
ale czasem to założenie potrafiło dotknąć mnie do żywego. Czułam się,
jakby uważali, że zrobiłam karierę fuksem. Jakbym kichnęła i wyszła mi z tego powieść.
Zdarzały się też osoby, które zachowywały się, jakbyśmy były razem w jakiejś żartobliwej konspiracji, kiedy po rozmowie o sztuce albo
polityce, dowiadywały się, że piszę lekką prozę kobiecą: "Z czegoś
trzeba żyć, nie?" -?stwierdzały, niemal błagając mnie o przyznanie, że
tak naprawdę nie chcę pisać książek o kobietach albo o miłości.
-?Wygląda na to, że nic nie mamy -?odezwała się Pat, odrywając wzrok od
ekranu. -?Ale wiesz co zrobimy? Zaraz zamówię parę egzemplarzy.
-?Byłoby świetnie! -?odparłam. -?Może mogłybyśmy nawet zorganizować
jakieś warsztaty tego lata.
Pat otworzyła usta z zachwytu i chwyciła mnie za ramię.
-?Mam pomysł, January Andrews! Musisz przyjść na spotkanie naszego klubu
książki. Wpadnij koniecznie! To świetny sposób na wejście w środowisko.
Spotykamy się w poniedziałki. Dasz radę w poniedziałek? Jutro?
Anya w mojej głowie szepnęła: Wiesz, skąd się wziął fenomen Dziewczyny
z pociągu? Z klubów książki.
To było wyzwanie. Ale polubiłam Pat.
-?Poniedziałek będzie okej.
-?Fantastycznie. Podeślę ci adres. Siódma wieczorem, dużo alkoholu i kupa śmiechu. -?Wyciągnęła z biurka wizytówkę i podała mi ją przez blat.
-?Sprawdzasz mejla, tak?
-?Bez przerwy.
Pat uśmiechnęła się szerzej.
-?To napisz do mnie, a ja prześlę ci na jutro wszystkie szczegóły.
Obiecałam, że tak zrobię, obróciłam się w stronę wyjścia i prawie
wpadłam na stolik z ekspozycją. Piramida książek się zachwiała i kiedy
tak stałam i patrzyłam, czy się przewróci, uświadomiłam sobie, że są to
egzemplarze jednej i tej samej książki, a na każdej widnieje nalepka
obwieszczająca, że w środku znajduje się autograf.
Po plecach przebiegł mi niepokojący dreszcz.
Na abstrakcyjnej czarno-białej okładce, pod tytułem Objawienia
widniało wypisane kanciastą czcionką jego nazwisko. Wszystko zaczęło mi
się układać w głowie jak kostki domina pociągające za sobą kolejne
olśnienia. Nie zamierzałam mówić tego na głos, chociaż nie wiem, czy mi
się nie wyrwało.
Bo w tym momencie zadzwonił dzwonek nad drzwiami księgarni, a kiedy
podniosłam wzrok, zobaczyłam właśnie jego. Oliwkowa cera. Kości
policzkowe, które mogłyby zranić. Wykrzywiony kącik ust i ochrypły głos,
którego nie mogłam zapomnieć. Zmierzwione ciemne włosy, które
natychmiast wyobraziłam sobie otoczone aureolą blasku jarzeniówki.
Augustus Everett. Gus, jak mówiliśmy na niego na studiach.
-?Everett! -?zawołała serdecznie Pat.
Mój sąsiad, Gbur.
I wtedy zrobiłam to, co zrobiłaby na moim miejscu każda rozsądna,
dorosła kobieta, kiedy staje twarzą w twarz ze swoim rywalem z czasów
studenckich, który nagle okazuje się jej sąsiadem. Dałam nura za
najbliższy regał.