Rozdział drugi
NATURALNA KATASTROFA
Kiedy Richard Scryman zapukał do otwartych drzwi Nathana, było prawie dziesięć po ósmej. Wyglądał jak zmartwiony bocian - miał haczykowaty nos oraz długie, chude ręce i nogi.
- Hej, Richard, jeszcze tu jesteś? - zapytał Nathan i popatrzył na swego roleksa. - Przepraszam, stary, kompletnie straciłem poczucie czasu. Zobaczymy się rano, dobrze?
- Nie ma mowy, żebym teraz wyszedł, profesorze - odparł Richard. - Niepokoi mnie puls embriona. Kompletnie oszalał.
- Cholera. Aż tak źle?
Richard wykonał w powietrzu jakieś dziwne znaki palcem wskazującym.
- W jednej chwili jest sporo ponad trzysta, a w następnej zaledwie dwieście trzydzieści pięć.
- Cholera - powtórzył Nathan i odłożył pióro.
- Nie sądzę, żebyśmy mogli jeszcze długo czekać - powiedział Richard. - Jeśli sytuacja nie wyjaśni się w ciągu kilku następnych godzin, poważnie wątpię, czy nastąpi to kiedykolwiek.
Nathan szybko ubrał się w długi biały fartuch laboratoryjny i, podążając za Richardem, wyszedł ze swojego gabinetu.
- Cholera - powtórzył po raz trzeci.
Jego jasne włosy były potargane, a na policzkach miał dwudniowy zarost. Był czterdziestoczteroletnim mężczyzną, teraz wyglądał jednak jak student, który właśnie się obudził na cudzej kanapie po całonocnej imprezie alkoholowej.
Jego dwoje młodych stażystów, Keira i Tim, stało przed inkubatorem. Byli zaniepokojeni i wyglądali tak, jakby poczuwali się do winy, że z embrionem dzieje się coś złego.
- Ile wynosi tętno w tej chwili? - zapytał.
Keira zmarszczyła czoło i popatrzyła na ekran komputera.
- Dwieście dziewięćdziesiąt pięć. Dwieście dziewięćdziesiąt sześć. Jest mocniejszy niż kilka minut temu.
- Dwieście dziewięćdziesiąt sześć? To dużo, ale sytuacja nie jest krytyczna. Żadnych oznak bliskiego rozwiązania?
- Nie zauważamy istotnych skurczów mięśni, jeszcze nie teraz. Odnotowujemy lekkie drżenia, ale tylko w nogach.
- Czy oprócz pulsu są jeszcze jakieś inne objawy stresu?
Tim potrząsnął przecząco głową.
Nathan spojrzał na Richarda Scrymana i powiedział:
- Dajmy mu jeszcze kilka godzin. Przy odrobinie szczęścia tętno się ustabilizuje.
Richard się skrzywił.
- Pan decyduje, profesorze. Jednak worek żółtkowy przez cały czas gwałtownie się kurczy i sądzę, że embrion już długo nie pożyje. Wkrótce nastąpi zatrzymanie akcji serca.
- Dwieście dziewięćdziesiąt osiem - powiedziała Keira. I za moment: - Dwieście dziewięćdziesiąt dziewięć.
Przez dłuższą chwilę Nathan w milczeniu wpatrywał się w jajko. Było duże, miało może siedemdziesiąt pięć procent wielkości jajka strusia i odcień bardzo ciemnej zieleni z czarnymi kropkami, jakby ktoś spryskał je atramentem, używając szczoteczki do zębów. Spoczywało w specjalnie wymodelowanej piance lateksowej i było połączone elektrodami z urządzeniami pomiarowymi, które bezustannie kontrolowały puls, ciśnienie krwi i zużycie tlenu.
Dla Nathana to jajko było kulminacją pięciu lat intensywnych prac laboratoryjnych, nie licząc mnóstwa kolacji, podczas których zbierał pieniądze na badania, niezliczonych wizyt u sponsorów i różnych kombinacji akademickich. To jajko stanowiło dowód, że jego najbardziej ryzykowne teorie i opracowane przez niego formuły genetyczne są prawdziwe.
Ze wszystkich trudności i przeciwności najbardziej męczący był dla niego otwarty sceptycyzm innych zoologów. Nie przepuścili żadnej okazji, aby go okazywać - zebrań zarządu, seminariów zoologicznych czy też artykułów w czasopismach naukowych. Nathan Underhill to szaleniec naszych czasów. Nathan Underhill to szarlatan szukający rozgłosu. Nathan Underhill to sprzedawca "cudownego leku", który odebrał środki finansowe projektom, znacznie bardziej ich potrzebującym, jedynie po to, żeby urządzić niczemu niesłużące, z gruntu fałszywe przedstawienie zoologiczne. Niejeden przywódca religijny oskarżył go, że wykonuje pracę godną diabła.
Nawet studenci wołali na niego za plecami "doktor Freakstein"[1], chociaż już ze znacznie większą tolerancją, zwłaszcza dziewczęta. Lubili tego dziwaka - przystojnego dziwaka - i chociaż zasadniczo nie mieli wątpliwości, że jego pomysły są szalone, nie odmawiali mu też prawa do podejmowania prób.
Drzwi laboratorium otworzyły się z hałasem i stanął w nich George, dozorca.
- Skończył pan już, profesorze? Zamykam na noc.
Nathan uniósł rękę.
- Przepraszam, George, ale właśnie jesteśmy w samym środku czegoś ważnego. Będziemy musieli jeszcze trochę poczekać.
- A czy to, w czego środku pan jest, nie może poczekać do jutra rana?
- Nie, George, nie może. To jest tylko odrobinę mniej ważne od narodzin Jezusa Chrystusa.
- No dobrze. Wpadnę tutaj jeszcze później, kiedy skończę obchód.
- Założę się, że Trzej Królowie nigdy by czegoś takiego nie powiedzieli - zauważył Tim teatralnym szeptem.
Nathan założył słuchawki i przyłożył stetoskop do skorupy jajka. Usłyszał bicie serca, delikatne, ale bardzo szybkie. Popatrzył na zegarek. Biło ponad cztery razy szybciej niż serce człowieka, lecz tylko nieznacznie szybciej od serca kurczaka.
Na ekranie komputera sprawdził najnowszy odczyt z ultrasonografu. Embrion wyglądał dobrze. Wyraźnie widział jego głowę, ciało i skrzydła. Widział także ostry dzióbek - narzędzie, którym wkrótce miał przebić worek powietrzny wewnątrz skorupy. Kiedy zostanie przebity, pisklę zacznie samodzielnie oddychać i dopiero wtedy, chcąc się wydostać na otwarte powietrze, rozbije skorupę jajka.
Aby przebić skorupę, musiało jednak mieć odpowiednio silne mięśnie szyi, a na razie nic nie świadczyło o tym, że już je ma. Oceniając jego wielkość i masę, Nathan przypuszczał, że zacznie się wykluwać po trzydziestu pięciu dniach - kurczaki wykluwały się po dwudziestu jeden - tymczasem minęło już trzydzieści osiem dni, a embrion wciąż był zwinięty w skorupie i prawie się nie poruszał.
- Spada ciśnienie krwi - powiedział Tim. - Spada także zużycie tlenu.
- Umiera - dodał Richard.
Nathan wiedział, że Richard ma rację. Dotychczas miał wielką nadzieję, że embrion wykluje się samodzielnie, teraz jednak było oczywiste, że jest na to za słaby.
- Ciśnienie krwi spadło do dwunastu - powiedział Tim.
- Puls także słabnie - dodała Keira. - Dwieście sześćdziesiąt pięć. Dwieście sześćdziesiąt trzy. Dwieście pięćdziesiąt jeden.
Richard popatrzył na Nathana, który rozumiał już, że nie ma wyboru. Otworzył głęboką szufladę w stole laboratoryjnym i wyciągnął z niej młotek, którzy przygotował specjalnie na tę chwilę - choć myślał, że mimo wszystko nigdy nie nastąpi.
Włożył maskę chirurgiczną i rękawice z lateksu.
- Dwieście dwadzieścia jeden - mówiła Keira monotonnym głosem. - Dwieście siedemnaście. Dwieście dwanaście.
- Kamery wideo włączone? - zapytał Nathan.
Tim uniósł w górę kciuk, dając mu znak, że z kamerami wszystko w porządku. Szybko, lecz bardzo ostrożnie, Nathan odłączył elektrody od zielonej skorupy. Znów nasłuchiwał przez chwilę przez stetoskop, aby się upewnić, że serce wciąż bije. Wreszcie raz i drugi uderzył młotkiem w skorupę. Powtórzył to jeszcze kilkakrotnie, skorupa jednak nie pękała. Było oczywiste, że jest grubsza i mocniejsza niż myślał.
Popatrzył na Richarda, jednak ten jedynie wzruszył ramionami. Keira i Tim sprawiali wrażenie równie bezradnych.
- Dobrze - mruknął. - Skoro tak musi być...
Uderzył z całej siły i wreszcie jajo pękło w trzech miejscach, ale się nie rozpadło. Odłożył młotek i delikatnie uniósł część skorupy. Pod spodem zobaczył półprzeźroczystą membranę, która rozszerzała się i kurczyła. Pod nią dostrzegł szarą, upierzoną głowę lśniącą od śluzu i pojedyncze pomarańczowe oko, które spojrzało na niego, w ogóle nie mrugając.
- Chryste Panie! - jęknął Tim.
Z jaja wydobył się przeraźliwy smród, tak okropny, że Keira natychmiast się zachłysnęła, jakby miała zwymiotować, nawet Richard zakaszlał i cofnął się dwa kroki. W laboratorium zaśmierdziało siarką, zgniłym jajem kurzym, ale w tle tego smrodu był także odór rozkładającego się mięsa i jakiś dziwny, trudny do zidentyfikowania zapach. Trochę przypominał Nathanowi smród wydobywający się ze zlewu, do którego wleje się chemiczny środek do czyszczenia.
- O Boże - powiedział Richard. - Popatrzcie na to. To wciąż żyje, mimo że w połowie jest zgniłe!
Nathan odwrócił głowę i głęboko wciągnął powietrze. Po chwili znowu popatrzył na jajo i odłożył na bok drugi, a potem trzeci kawałek skorupy. Pióra na skrzydłach były maziste, lepkie, a ciało przypominało pęknięty worek. Miało wszystkie elementy, których Nathan się spodziewał - głowę, dziób, kończyny i pazury - i nie było wątpliwości, że jego serce wciąż bije.
Embrion złapał powietrze, potem uczynił to drugi raz, zaczął się dławić, i wreszcie w ogóle przestał oddychać. Nathan delikatnie wziął go w ręce i spróbował podnieść.
- Tim! Podaj gniazdo! Natychmiast. Keira, bądź gotowa z tlenem!
Tim pośpieszył z czerwoną plastikową miską z czystym piaskiem, piórami i skrawkami delikatnej wełny. Nathan zaprojektował to gniazdo osobiście, wybierając podobne elementy, jakimi wyściełają swoje gniazda na klifach wędrowne sokoły.
Drżącymi rękami Tim przystawił miskę do inkubatora.
- Dobra, teraz spokojnie - powiedział Nathan. - Za mocno ukochaliśmy tego faceta i zbyt wiele wysiłku mu poświęciliśmy, żeby teraz dać mu umrzeć.
- On już jest w osiemdziesięciu procentach martwy - stwierdził Richard. - On. To. A może ona.
Nathan podniósł rękę i kiedy to uczynił, embrion się rozpadł. Jego skrzydła upadły na podłogę, a głowa wtoczyła się do miski. Reszta ciałka po prostu zanurzyła się w otaczającym kości śluzie i przegniłym szlamie.
- O Boże - jęknęła Keira i odsunęła się w najdalszy kąt. Widać było, że zmaga się ze sobą, żeby nie zwymiotować. - To jest wyjątkowo obrzydliwe.
Nathan wrzucił szczątki do inkubatora i zaczął ścierać z palców galaretowatą maź. Następnie zdjął lateksowe rękawice i podszedł do zlewu, aby umyć dłonie żelem przeciwbakteryjnym.
Milczał. Nie potrafił znaleźć żadnych słów, które oddałyby, co czuje. Tim obserwował go, wciąż trzymając w rękach miskę, w której wymoszczone było gniazdo. Keira stała w kącie przy drzwiach.
Richard z nieskrywanym obrzydzeniem podniósł z podłogi skrzydła embriona i położył je na martwej głowie. Zakaszlał, zacharczał, po czym splunął do chusteczki.
- Co się stało, profesorze? - zapytał.
Nathan starannie osuszył ręce i dopiero wtedy mu odpowiedział:
- Mam wrażenie, że doszło do infekcji bakteryjnej. Najprawdopodobniej to jakiś paciorkowiec z grupy A.
- Dlaczego więc jego serce biło aż tak długo? Żaden człowiek nie przetrwałby tak zaawansowanej martwicy.
- Oczywiście, że nie. Ale przecież nie mamy tu do czynienia z człowiekiem ani też z żadnym znanym gatunkiem ptaka ani zwierzęcia.
- To co teraz? - zapytał Tim. Policzki miał jeszcze bardziej czerwone niż zwykle. - Jezu... Pracowałem nad tym kryptozoologicznym projektem od dnia, w którym ukończyłem studia.
Nathan położył dłoń na jego ramieniu.
- Zamrozimy szczątki i jutro z samego rana rozpoczniemy szczegółową sekcję. I, posłuchajcie, na razie nikomu nie mówimy, co się stało. Wczoraj po południu telefonowano do mnie z działu finansów Towarzystwa Zoologicznego z informacją, że do tej pory wydałem dwa przecinek siedem - powiedział. Odpowiedziało mu milczenie. - Dwa miliony siedemset tysięcy dolarów - dodał, kiedy się zorientował, że nie został zrozumiany.
Richard popatrzył na kości i pióra spoczywające w inkubatorze.
- Cholera jasna - mruknął.
- Tak, masz rację, cholera jasna... A my tymczasem będziemy mogli im pokazać jedynie zgniły embrion.
- Przecież wciąż możemy coś z niego uratować - zauważył Richard. - Jeśli zdołamy zrozumieć, dlaczego był w stanie żyć aż tak długo w stanie tak zaawansowanego rozkładu. .. wtedy towarzystwo będzie mogło się ubiegać o zwrot kosztów badań. Ktoś taki jak Pfizer z pewnością będzie zainteresowany wynikami.
Nathan nie odpowiedział mu. Richard prawdopodobnie miał rację, on był jednak zbyt zdołowany, żeby teraz mu ją przyznać. Po chwili Scryman podszedł do rzędu lodówek i wyciągnął z jednej z nich tacę z nierdzewnej stali. Już chciał chwycić za jedno ze skrzydeł, ale Nathan zaoponował:
- Nie, Richardzie, daj spokój. To mój bałagan, moja katastrofa, więc ja po niej posprzątam. Widzimy się jutro, dobrze?
- Jesteś pewien?
Nathan pokiwał głową.
- Poza tym muszę w spokoju pomyśleć. Czuję się co najmniej tak, jakby umarł mi ktoś bliski.
W tym momencie znowu otworzyły się drzwi. George wsunął głowę do laboratorium i zapytał:
- Czy Jezus już się urodził?
[1] Gra słów: ang freak - dziwak, maniak.