Bazar rozdartych dusz - Tadeusz Czerniawski

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (30,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp - recenzja

Oddaję w Państwa ręce opowieść, która wstrząsa sumieniem i nie pozwala o sobie zapomnieć. "Bazar rozdartych dusz" to dzieło wyjątkowe na skalę nie tylko polskiego, ale i światowego piśmiennictwa historyczno-literackiego. Autor, poruszając się z niezwykłą swobodą między dyscyplinami - od historii i prawa międzynarodowego, przez filozofię, aż po psychologię traumy - stworzył książkę, która jest jednocześnie rzetelną monografią naukową i przejmującą powieścią o miłości w czasach zagłady.

Największą siłą tej publikacji jest jej hybrydowy charakter. Z jednej strony znajdziemy tu szczegółowe analizy polityki zimnowojennej, dokumenty ONZ, akty prawne i świadectwa historyczne - autor z pietyzmem opisuje Operację Searchlight, rolę Henry'ego Kissingera i Nixona w milczeniu Zachodu oraz mechanizmy, które sprawiły, że ludobójstwo w Bangladeszu (szacowane na około 3 miliony ofiar) nie zostało do dziś oficjalnie uznane przez społeczność międzynarodową. Z drugiej strony - mamy historię Anindity, hinduskiej dziewczyny sprzedającej kwiaty na targu Nawabpur, i Arifa, syna pakistańskiego generała, który wybiera miłość zamiast posłuszeństwa. To połączenie faktów i fikcji, liczb i ludzkich twarzy, sprawia, że książkę czyta się jednym tchem, a zarazem opuszcza się ją z poczuciem, że naprawdę się czegoś nauczyło.

Autor mistrzowsko prowadzi narrację, przeplatając wątki fabularne z wykładami historycznymi i filozoficznymi dygresjami. scena, w której Arif uczy się bengalskiego alfabetu od Anindity na podwórzu zburzonej świątyni Kali - a jednocześnie czytelnik otrzymuje szczegółowy opis ruchu językowego z 1952 roku i dyskryminacji języka bengalskiego przez pakistańskie władze - to popis literackiego kunsztu. Podobnie rozdziały poświęcone ofiarom gwałtów wojennych (biranganom) czy analiza procesów przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Dhace są wstrząsające w swojej precyzji i empatii.

Postacie są pełnokrwiste, uwikłane w dylematy, które zmuszałyby do refleksji nawet greckich tragików. Anindita - która traci ojca, kocha syna kata, zostaje zgwałcona, a mimo to decyduje się urodzić i wychować dziecko gwałtu - to bohaterka, której droga od romantycznego zauroczenia po gorzką mądrość późnej starości jest jedną z najpiękniejszych literackich transformacji, jakie ostatnio czytałem. Arif - rozdarty między lojalnością wobec rodziny a etyką odpowiedzialności wobec Innego - to prawdziwy spadkobierca antycznej Antygony, która wiedziała, że czasem trzeba łamać prawa państwa w imię wyższych wartości.

Na szczególną uwagę zasługują partie filozoficzne. Autor swobodnie porusza się w myśli Hannah Arendt (banalność zła, która wyjaśnia, jak zwykli urzędnicy mogli popełniać niewyobrażalne zbrodnie), Emmanuela Levinasa (odpowiedzialność wobec twarzy Innego) oraz Jacques'a Derridy (przebaczenie jako niemożliwe a konieczne). Nie są to jednak suche wywody akademickie - każda koncepcja zostaje osadzona w konkretnej sytuacji fabularnej. Kiedy Anindita, po latach, spotyka starą, chorą matkę Arifa i wybacza jej - choć wie, że nie może wybaczyć w imieniu zmarłych - czytelnik rozumie Derridiański paradoks w sposób, jakiego nie zapewni żaden podręcznik.

Książka nie unika też trudnych pytań o współczesność. Rozdziały opisujące ataki na hinduskie świątynie w Bangladeszu w latach 2024-2026, spadek odsetka hindusów z 22 do 8 procent populacji oraz ograniczenia w dostępie do edukacji i pracy - to ponure świadectwo, że trauma pokoleniowa wciąż trwa, a pojednanie jest procesem, który może nigdy się nie dokonać. A jednak autor kończy swoją opowieść obrazem dzieci - hinduskiej dziewczynki o imieniu Kali i muzułmańskiego chłopca o imieniu Arif - bawiących się pod drzewem jaśminu, które Anindita zasadziła po powrocie do Dhaki. Symboliczne? Tak. Naiwne? Być może. Ale potrzebne. Bo bez nadziei - nawet tej kruchej jak płatek jaśminu - nie ma sensu pisać książek o ludobójstwie.

"Bazar rozdartych dusz" to lektura obowiązkowa dla każdego, kto interesuje się historią Azji Południowej, prawem międzynarodowym, etyką wojny czy po prostu literaturą piękną najwyższej próby. To książka, która pozostaje w czytelniku na długo po przewróceniu ostatniej strony. I która - mam nadzieję - przyczyni się do tego, by świat wreszcie uznał to, co wydarzyło się w Bangladeszu w 1971 roku, za to, czym było: ludobójstwem. I by historie Anindity, Arifa, Meery i Maa - choć fikcyjne - stały się inspiracją dla prawdziwego pojednania.

Polecam z całego serca.

Rozdział 6: "Świadkowie z bazaru"

Dhaka, 26-27 marca 1971 roku

Po nocy, która zmieniła wszystko, nastał dzień, który nie przyniósł żadnej zmiany na lepsze.

Słońce wzeszło nad Dhaką 26 marca 1971 roku jak każdego innego dnia - złociste, ciepłe, obiecujące. Ale to, co oświetliło, nie miało nic wspólnego z obietnicą. Ulice Starego Miasta były usiane tym, co pozostało z ludzi, którzy jeszcze wczoraj chodzili po targu Nawabpur, kupowali przyprawy, modlili się w świątyniach i meczetach, sprzedawali kwiaty.

Teraz niebo nad Dhaką było szare nie od chmur, ale od dymu. Paliły się domy. Paliły się świątynie. Paliły się książki, które bibliotekarze ukryli za fałszywymi ścianami.

To, co wydarzyło się w ciągu następnych czterdziestu ośmiu godzin, przeszło do historii jako jedna z najbardziej krwawych czystek w Azji Południowej. Nazwano ją później masakrą w Shankharibazar - od nazwy dzielnicy położonej w sercu starej Dhaki, zamieszkanej od pokoleń przez bengalskich hindusów, rzemieślników wyrabiających bransolety z muszli.

Dziś, dzięki świadectwom ocalałych zgromadzonym przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Dhace oraz dokumentom odtajnionym po latach, możemy odtworzyć te wydarzenia z przerażającą dokładnością.

Część pierwsza: Świadkowie z bazaru - głosy, które nie chciały milczeć

Historycy często mówią, że ludobójstwo nie dzieje się w próżni. Potrzebuje planu, wykonawców i - co najważniejsze - świadków, którzy później opowiedzą światu, co widzieli.

Niestety, w 1971 roku świat nie chciał słuchać.

Archer Blood, amerykański konsul generalny w Dhace, wysłał 28 marca 1971 roku telegram do Waszyngtonu, który przeszedł do historii jako "Blood Telegram". Ostrzegał w nim przed "selektywnym ludobójstwem" na bengalskich hindusach. Jego przełożeni w Departamencie Stanu zignorowali go. Blood i jego współpracownicy wystosowali oficjalny protest - rzadki przypadek zbiorowego sprzeciwu dyplomatów wobec polityki własnego rządu.

Ale to nie dyplomaci byli najważniejszymi świadkami.

Najważniejsi byli ci, którzy przeżyli. Kobiety, które zostały zgwałcone. Mężczyźni, którzy patrzyli, jak palą się ich domy. Dzieci, które widziały śmierć rodziców.

Oto niektóre z ich głosów - przytoczonych za świadectwami sądowymi oraz relacjami zebranymi przez dziennikarzy w latach następujących po wojnie.

Świadek pierwszy: Rabindranath Dutta, Faridpur, 27 maja 1971 roku

"Widziałem, jak Khokon i jego ludzie zgwałcili hinduską gospodynię domową w wiosce Chandhaat. Ukrywałem się w krzakach bambusa. Gdy odeszli, podszedłem do domu Surendranatha Dutty, gdzie ofiara wołała o pomoc. Podałem jej kawałek materiału przez okno. Widziałem ślady ugryzień na jej twarzy i krew spływającą po nodze".