Bauman. Biografia - Izabela Wagner

-
Proszę czekać

Retro­to­pia3

Wro­cław, 22 czerwca 2013 roku

Duża, piękna, o pojem­no­ści około sze­ściu­set osób aula Uni­wer­sy­tetu Wro­cław­skiego, znaj­du­ją­cego się w mie­ście, które w 2016 roku będzie Euro­pej­ską Sto­licą Kul­tury.

Sala wypeł­niona po brzegi stu­den­tami i ich wykła­dow­cami. Część mło­dych ludzi stoi stło­czona z tyłu pod ścia­nami w pobliżu kamer tele­wi­zyj­nych, które będą reje­stro­wać wykład. Zapro­szo­nym mówcą jest świa­to­wej sławy inte­lek­tu­ali­sta - Zyg­munt Bau­man. Ten wysoki, szczu­pły, osiem­dzie­się­cio­ośmio­letni męż­czy­zna sie­dzi już na sce­nie pomię­dzy orga­ni­za­to­rem wyda­rze­nia pro­fe­so­rem Uni­wer­sy­tetu Wro­cław­skiego Ada­mem Chmie­lew­skim i pre­zy­den­tem Wro­cła­wia Rafa­łem Dut­kie­wi­czem. Za gościem czu­wają dwaj ochro­nia­rze zatrud­nieni przez uczel­nię. Poja­wiają się kolejne osoby, zamie­niają z pre­le­gen­tem kilka słów i odcho­dzą. Napię­cie rośnie. Dwa mie­siące wcze­śniej Daniel Cohn-Ben­dit, fran­cu­sko-nie­miecki lewi­cowy poli­tyk, z powodu pogró­żek odwo­łał swoje wystą­pie­nie w tym miej­scu. Także tego dnia orga­ni­za­to­rzy oba­wiają się zakłó­ceń wykładu przez kse­no­fo­biczne, nacjo­na­li­styczne grupy.

Bau­man to wyśmie­nity ora­tor. Wiele jego ksią­żek (w 2013 roku miał ich na swoim kon­cie ponad 50) jest best­sel­le­rami - napi­sane przy­stęp­nie są adre­so­wane do sze­ro­kiej publicz­no­ści. W per­spek­ty­wie glo­bal­nej jego wizja świata sta­nowi inspi­ra­cję dla zaan­ga­żo­wa­nej mło­dzieży i roz­ma­itych ruchów spo­łecz­nych XXI wieku. Bau­man jest jed­nym z nie­wielu inte­lek­tu­ali­stów, któ­rzy stali się cele­bry­tami. Jego wystą­pie­nia przy­cią­gają tysiące ludzi od Włoch po Bra­zy­lię, od Gre­cji po Por­tu­ga­lię. Także w Pol­sce Bau­man ma swoją publicz­ność. Jak podaje orga­ni­za­tor imprezy pro­fe­sor Adam Chmie­lew­ski, "tema­tem spo­tka­nia są ide­ały lewicy - sta­rej i nowej - i wyzwa­nia, jakie stają przed lewi­co­wymi ruchami na obec­nym eta­pie kapi­ta­li­zmu"4.

Kiedy pre­zy­dent mia­sta sięga po mikro­fon, aby powie­dzieć kilka słów, zostaje zagłu­szony przez grupę kil­ku­dzie­się­ciu ludzi tło­czą­cych się w głębi sali, któ­rzy weszli w ostat­niej chwili. Wzno­szą okrzyki, groź­nie machają wycią­gnię­tymi przed sie­bie pię­ściami: "Dut­kie­wicz, kogo zapra­szasz?", "Raz sier­pem, raz mło­tem czer­woną hołotę!", "Precz z komuną!", "Dla komuny - Norym­berga!", "A na drze­wach zamiast liści będą wisieć komu­ni­ści!".

Nie­któ­rzy z tego agre­syw­nego tłumu wzno­szą ręce, hailu­jąc5. Bau­man wydaje się prze­jęty i zde­ner­wo­wany, ale zacho­wuje zimną krew. Publicz­ność uni­wer­sy­tecka jest rów­nie prze­ra­żona, co zdzi­wiona tym, co się roz­grywa przed jej oczyma. Kon­ster­na­cja rośnie.

Pro­te­stu­jący wykrzy­kują także "NSZ - Naro­dowe Siły Zbrojne!", przy­wo­łu­jąc odłam rady­kal­nego naro­do­wego pod­zie­mia woj­sko­wego, które w cza­sie dru­giej wojny świa­to­wej wal­czyło z nazi­stami, ale i z pol­skim lewi­co­wym pod­zie­miem. Dla­czego aku­rat takie hasło? Otóż po zakoń­cze­niu wojny dwu­dzie­sto­letni Zyg­munt Bau­man zostaje ofi­ce­rem Kor­pusu Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego (KBW). Nie jest to jego oso­bi­sta decy­zja, ale efekt dekretu o wcie­le­niu IV Dywi­zji Woj­ska Pol­skiego, w któ­rej słu­żył, do KBW - nowo utwo­rzo­nej for­ma­cji. KBW w latach powo­jen­nych zwal­czało wła­śnie grupy takie jak NSZ. To stara histo­ria, ale wskrze­szone w ostat­nich latach rady­kalne ugru­po­wa­nia nacjo­na­li­styczne dzia­łają w taki spo­sób, jakby kon­flikt powo­jenny zda­rzył się wczo­raj. Powo­łują się na spu­ści­znę NSZ i iden­ty­fi­kują się z jego skraj­nym nacjo­na­li­zmem, kse­no­fo­bią i anty­se­mi­ty­zmem. Nie­któ­rzy z pro­te­stu­ją­cych noszą koszulki NOP-u, Naro­dowego Odro­dze­nia Pol­ski6 - to ugru­po­wa­nie zor­ga­ni­zo­wało ten pro­test wspól­nie z Obo­zem Naro­dowo-Rady­kal­nym (ONR)7. Obie par­tie uży­wają falangi - sym­bolu prze­ję­tego jako część spu­ści­zny ide­olo­gicz­nej od popu­lar­nych przed drugą wojną świa­tową anty­se­mic­kich i faszy­stow­skich ugru­po­wań8. To wła­śnie falanga wid­nieje na trans­pa­ren­tach trzy­ma­nych przez skan­du­ją­cych agre­sywne hasła męż­czyzn. Po kil­ku­na­stu minu­tach poja­wia się poli­cja, witana okla­skami uni­wer­sy­tec­kiej publicz­no­ści. Zakłó­ca­jąca spo­kój grupa opusz­cza salę, ale gro­żąc, że powróci.

Bau­man sie­dzi osa­mot­niony na sce­nie - wygląda na zała­ma­nego.

Wystą­pie­nie zaczęło się z opóź­nie­niem. Po tych zaj­ściach nie­wielu uczest­ni­ków pamięta, co pre­le­gent mówił. Wszyst­kim nato­miast zapa­dło głę­boko w pamięć agre­sywne zacho­wa­nie poka­zu­jące, że faszyzm ma cią­gle jesz­cze silną moc przy­cią­ga­jącą mło­dych ludzi i że są w Pol­sce siły poli­tyczne, które odma­wiają prawa do bycia Pola­kiem takim oso­bom jak Zyg­munt Bau­man.

Bau­man nie komen­to­wał publicz­nie tego incy­dentu, lecz sym­bole na trans­pa­ren­tach i nie­które hasła wykrzy­czane przez pro­te­stu­ją­cych mogły wywo­łać u niego wra­że­nie déja vu9. Pamię­tał dobrze czasy dzie­ciń­stwa spę­dzo­nego w Pozna­niu, kiedy bole­śnie doświad­czył anty­se­mic­kich prze­śla­do­wań. Życie w kraju, w któ­rym obo­wią­zy­wało prawo raso­wej segre­ga­cji, ozna­czało bycie oby­wa­te­lem gor­szej kate­go­rii. W przy­padku uczniów obja­wiało się to przy­pi­sa­niem do getta ław­ko­wego10.

Być może to wła­śnie w tam­tej chwili poprze­dza­ją­cej wro­cław­ski wykład, w obli­czu ataku "naro­dow­ców" Bau­man poczuł, że jego życie zato­czyło koło. Dwu­dzie­sto­wieczna uto­pia, która żywiła jego nadzieję na rychły koniec wojen, zanik kon­flik­tów raso­wych i etnicz­nych, a także moż­li­wość zbu­do­wa­nia spra­wie­dli­wego spo­łe­czeń­stwa - nagle ode­szła. Oto świat staje w obli­czu sta­rych demo­nów kse­no­fo­bicz­nej nie­na­wi­ści do "innego".

Trzy lata po tam­tych zaj­ściach na Uni­wer­sy­te­cie Wro­cław­skim w cen­trum mia­sta w trak­cie demon­stra­cji naro­dow­ców spa­lono zdję­cie Zyg­munta Bau­mana11. Dla­czego był on obiek­tem takiej nie­na­wi­ści? Z jakich powo­dów ci mło­dzi ludzie doma­gali się jego pro­cesu? W jaki spo­sób Bau­man stał się kozłem ofiar­nym, na któ­rym sku­pia się nie­na­wiść pew­nej czę­ści pol­skiego spo­łe­czeń­stwa? Jak to się stało, że osoba sza­no­wana, ceniona i podzi­wiana przez miliony ludzi na świe­cie była zara­zem obiek­tem nagonki w swej ojczyź­nie? Kim był Zyg­munt Bau­man?

Zmarły 9 stycz­nia 2017 roku, w wieku 92 lat, Bau­man był socjo­lo­giem, filo­zo­fem, wio­dą­cym przed­sta­wi­cie­lem nowej dzie­dziny nauki zwa­nej cul­tu­ral stu­dies, a w ostat­nich latach swego życia - zaan­ga­żo­wa­nym publicz­nie inte­lek­tu­ali­stą. W śro­do­wi­sku socjo­lo­gicz­nym był znany już w latach sześć­dzie­sią­tych, kiedy jako młody pol­ski uczony uczest­ni­czył w mię­dzy­na­ro­do­wych kon­fe­ren­cjach. Sławę w świe­cie aka­de­mic­kim zapew­niła mu publi­ka­cja dzieła Nowo­cze­sność i Zagłada (Moder­nity and the Holo­caust, 1989, wyd. pol. 1992). Książka ta, wyróż­niona licz­nymi nagro­dami, przy­nio­sła odmienną inter­pre­ta­cję Holo­kau­stu i sta­no­wiła ory­gi­nalną kry­tykę nowo­cze­sno­ści. Bau­man - nie­zwy­kle zdy­scy­pli­no­wany uczony i myśli­ciel, który sztuki komu­ni­ka­cji uczył się na linii frontu wojen­nego, kiedy "uświa­da­miał poli­tycz­nie" czę­sto nie­pi­śmien­nych i star­szych od sie­bie pol­skich żoł­nie­rzy - stał się klu­czową figurą w roz­woju post­mo­der­ni­stycz­nego nurtu. "Współ­cze­sny Sim­mel" - tak nazy­wali Bau­mana (nawią­zu­jąc do postaci wybit­nego nie­miec­kiego socjo­loga Geo­rga Sim­mela) jego kole­dzy zain­spi­ro­wani eklek­ty­zmem i huma­ni­stycz­nym podej­ściem twórcy kon­cep­cji płyn­nej rze­czy­wi­sto­ści.

Będąc już na eme­ry­tu­rze, Bau­man odszedł od aka­de­mic­kiego stylu pisa­nia i zwró­cił się ku sze­ro­kiej publicz­no­ści. Ten bar­dzo nie­kon­wen­cjo­nalny krok w życiu 75-let­niego uczo­nego oka­zał się prze­ło­mem. Eme­ry­to­wany bry­tyj­ski pro­fe­sor, Polak i Żyd z uro­dze­nia, zdo­był wiel­kie uzna­nie u czy­tel­ni­ków na całym świe­cie. Śle­dzili oni jego kolejne publi­ka­cje roz­wi­ja­jące kon­cep­cję płyn­no­ści. Już pierw­sza z nich - Płynna nowo­cze­sność (Liquid Moder­nity, 2000, wyd. pol. 2006) - stała się natych­miast po wyda­niu best­sel­le­rem. Książki te upo­wszech­niły Bau­ma­now­ską wizję świata i ana­lizy współ­cze­snych zachod­nich spo­łe­czeństw, spo­tkały się z zain­te­re­so­wa­niem milio­nów czy­tel­ni­ków, czy­niąc Bau­mana nie tylko płod­nym, ale zara­zem poczyt­nym auto­rem i wpły­wo­wym inte­lek­tu­ali­stą począt­ków XXI wieku.

Bau­man pre­zen­tuje swą wizję świata w spo­sób, który prze­ma­wia do licz­nych odbior­ców: jest cyto­wany przez dzien­ni­ka­rzy, pisa­rzy, dzia­ła­czy, arty­stów, a także naukow­ców i zaan­ga­żo­wa­nych publicz­nie inte­lek­tu­ali­stów. Nie­kiedy był wręcz postrze­gany jako pro­rok, mimo iż on sam ni­gdy nie podej­mo­wał się prze­po­wia­da­nia przy­szło­ści. Mawiał cza­sami, że świat napeł­nia go pesy­mi­zmem, ale nie­zwy­kła kre­atyw­ność ludzka pozwala na nie­śmiały opty­mizm. Prze­ma­wiał gło­sem doj­rza­łego inte­lek­tu­ali­sty, który przez doświad­cze­nia wojny i wygna­nia, dys­kry­mi­na­cji i prze­śla­do­wań stał się szcze­gól­nie wyczu­lony na pro­cesy pro­wa­dzące do dyk­ta­tur i wojen.

Bau­man nie­chęt­nie mówił o swoim życiu pry­wat­nym. Pod­czas cyto­wa­nych w tej książce wywia­dów zastrze­gał, że jego bio­gra­fia nie wpły­nęła w żaden zna­czący spo­sób na jego twór­czość. Nie­mniej jed­nak, stop­niowo zgłę­bia­jąc szcze­góły życia Bau­mana, nabra­łam prze­ko­na­nia, że wbrew tym dekla­ra­cjom jego prace są głę­boko zako­rze­nione w oso­bi­stym doświad­cze­niu, zwłasz­cza w serii dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń z dzie­ciń­stwa, ale także tych, które prze­żył jako czter­dzie­sto­pa­ro­letni męż­czy­zna. W nie­opu­bli­ko­wa­nym manu­skryp­cie, zwra­ca­jąc się do dzieci i wnu­ków, Bau­man opi­sał klu­czowe wyda­rze­nia swo­jego życia i wska­zał, w jaki spo­sób zawa­żyły one na jego dal­szych losach12.

Bau­man chciał zbu­do­wać lep­szy świat. Nie był pasyw­nym obser­wa­to­rem rze­czy­wi­sto­ści, ale jej aktyw­nym współ­twórcą. Brał udział w świa­to­wej deba­cie o zmia­nach spo­łecz­nych, wno­sząc do niej swoje ory­gi­nalne idee.

Był świad­kiem i uczest­ni­kiem wielu tra­gicz­nych wyda­rzeń, które w spo­sób fun­da­men­talny zmie­niły nasz świat. Doświad­czył anty­se­mi­ty­zmu13 w dzie­ciń­stwie spę­dzo­nym w Pozna­niu, pierw­szych tygo­dni oku­pa­cji i ucieczki przed nazi­zmem, uchodź­czego życia w Związku Radziec­kim, głodu, żoł­nier­skiej walki fron­to­wej pod koniec dru­giej wojny świa­to­wej. Był też ofi­ce­rem komu­ni­stycz­nej pro­pa­gandy wspie­ra­ją­cym nową wła­dzę i jej zwy­cię­skie woj­ska, a następ­nie prze­żył upa­dek sta­li­ni­zmu. W powo­jen­nej Pol­sce obser­wo­wał nie­sta­bil­ność sys­temu waha­ją­cego się pomię­dzy czę­ściową demo­kra­ty­za­cją a auto­ry­ta­ry­zmem. Bau­man był dwa razy uchodźcą. Po raz pierw­szy od 1939 do 1944 roku i po raz drugi w roku 1968. Nie wybrał noma­dycz­nego stylu życia, lecz został mu on narzu­cony. Przez więk­szość swo­jego życia sta­rał się być dobrym Pola­kiem - tak jak tysiące innych o podob­nych bio­gra­fiach - jed­nak Pol­ska go nie zaak­cep­to­wała, jego pol­ska toż­sa­mość była kwe­stio­no­wana. To, w jaki spo­sób on sam się iden­ty­fi­ko­wał (jako Polak), nie było akcep­to­wane przez tych, któ­rzy posia­dali wła­dzę.

Poczu­cie toż­sa­mo­ści (kim jestem?) i master sta­tus (jak inni mnie postrze­gają?) to dwie osie, które krzy­żują się w tej pracy. Wyko­rzy­stuję kon­cep­cję master sta­tus przed­sta­wioną w 1945 roku przez chi­ca­gow­skiego socjo­loga Eve­retta Hughesa. Tym ter­mi­nem okre­śla on toż­sa­mość spo­łeczną narzu­coną przez innych. Sprzecz­no­ści sta­tusu (con­tra­dic­tions of sta­tus) poja­wiają się wów­czas, gdy dana osoba pró­buje odgry­wać pewną rolę spo­łeczną, lecz bra­kuje jej nie­zbęd­nych cech przy­pi­sa­nych tejże roli i narzu­co­nych przez spo­łe­czeń­stwo14. Taka sytu­acja wystę­puje czę­sto, gdy ludzie z dys­kry­mi­no­wa­nych grup zaj­mują pre­sti­żowe sta­no­wi­ska lub się o nie sta­rają.

Już jako dziecko Bau­man nie mógł zostać szkol­nym pry­mu­sem, pomimo iż na to zasłu­gi­wał. Naj­wyż­sze miej­sce w kla­sie było zare­zer­wo­wane dla nie­ży­dow­skiego Polaka. W przy­padku Bau­mana jego master sta­tus (był postrze­gany jako Żyd) sta­no­wił główny czyn­nik deter­mi­nu­jący jego życie poprzez powra­ca­jące ogra­ni­cza­nie mu ról spo­łecz­nych. Napię­cie mię­dzy toż­sa­mo­ścią Bau­mana ("jestem Pola­kiem") a jego master sta­tus ("jesteś Żydem"), narzu­co­nym przez oto­cze­nie, powra­cało jak bume­rang w trak­cie jego życia w Pol­sce15. Nie było to doświad­cze­nie wyjąt­kowe - w okre­sie przed­wo­jen­nym Bau­man był przed­sta­wi­cie­lem jed­nej z tych spo­łecz­no­ści, które jako tzw. mniej­szo­ści etniczne doświad­czały dys­kry­mi­na­cji.

Bau­man, jak każda osoba, odgry­wał wiele ról spo­łecz­nych. Był uczniem, stu­den­tem, uchodźcą, żoł­nie­rzem, ofi­ce­rem, szko­le­niow­cem - spe­cja­li­stą od pro­pa­gandy, naukow­cem, nauczy­cie­lem aka­de­mic­kim, ojcem, mężem, emi­gran­tem i imi­gran­tem. Nie­mniej jed­nak wszyst­kie te role były nazna­czone przez jego etniczno-kul­tu­rowe pocho­dze­nie, sil­nie wpły­wa­jące na inte­rak­cje z oto­cze­niem.

O tym, w jaki spo­sób ple­mienne postrze­ga­nie świata powo­duje dzie­le­nie ludzi na dwie grupy: "my" i "oni", Bau­man dowie­dział się, oso­bi­ście doświad­cza­jąc dys­kry­mi­na­cji. Jest to kon­flikt, jak pisał, "o kolor krwi - która jest bar­dziej czer­wona" (to cytat ze wspo­mnia­nego już nie­opu­bli­ko­wa­nego eseju16). Bau­man nie­ustan­nie wspo­mi­nał o tym kon­flik­cie, postrze­gał go jako źró­dło pro­ble­mów ludz­ko­ści. Z pew­no­ścią jego wła­sne życie byłoby inne, gdyby świat był wolny od zawi­ro­wań spo­wo­do­wa­nych try­ba­li­zmem - ple­mien­nym podej­ściem do innych.

Pierw­szy etap życia Bau­mana zdo­mi­no­wały krań­cowe doświad­cze­nia, które spo­wo­do­wały, że miał bar­dzo ogra­ni­czone poczu­cie spraw­czo­ści. Wyda­wało mu się, że dys­kry­mi­na­cja, jaka spo­tyka ucznia gim­na­zjum i jego rodzinę, jest czę­ścią "natu­ral­nego" stanu rze­czy. Także wyda­rze­nia wojenne spra­wiły, że życie Bau­ma­nów poto­czyło się w spo­sób nie­za­leżny od ich woli. To naj­praw­do­po­dob­niej ta dyna­mika ukształ­to­wała prze­ko­na­nie Bau­mana, że życie składa się z ciągu nie­bez­piecz­nych sytu­acji, a kon­trola osoby nad jej wła­snym życiem jest sil­nie ogra­ni­czona; dzięki swo­jemu cha­rak­te­rowi czło­wiek może dosto­so­wać się do danej sytu­acji, ale o sytu­acji decy­dują histo­ria i poli­tyka. Taka wizja jed­nostki uwię­zio­nej w potęż­nym świe­cie pozo­sta­ją­cym poza jej kon­trolą (świe­cie wojen i auto­ry­ta­ry­zmów) jest sprzeczna z popu­larną w dru­giej poło­wie XX wieku ide­olo­gią, która gło­siła, że każdy czło­wiek kształ­tuje swój los. Pod­czas gdy neo­li­be­ralny pogląd gło­sił: "jeśli chcesz, możesz to dostać", Bau­man twier­dził ina­czej. Opi­sy­wał spo­łe­czeń­stwo, któ­rego ide­olo­gia skła­nia oby­wa­teli do wiary w to, że ich spraw­czość potwier­dza kon­sump­cja - jest to wszech­obecna ilu­zja siły jed­nostki.

Jego książki, skie­ro­wane do czy­tel­ni­ków żyją­cych w spo­łe­czeń­stwach tzw. cywi­li­za­cji Zachodu, opo­wia­dają o tym, że choć kapi­ta­lizm obie­cy­wał, iż poprzez zakupy i kon­sump­cję wsze­la­kich dóbr można osią­gnąć szczę­ście, w isto­cie desta­bi­li­zo­wał wszystko, co te spo­łe­czeń­stwa uprzed­nio stwo­rzyły: sto­sunki spo­łeczne, zasady, moral­ność, miłość, war­to­ści. W uję­ciu Bau­mana wszystko to zostało "upłyn­nione". Nie­gdyś trwałe, wyra­zi­ste pro­cesy i zasady typowe dla "nowo­cze­sno­ści", z cha­rak­te­ry­stycz­nym poczu­ciem cią­głego roz­woju i postępu, stały się teraz płynne i cechuje je zami­ło­wa­nie do kolej­nych, coraz to nowych, jesz­cze lep­szych roz­wią­zań - do inno­wa­cji dla inno­wa­cji.

Poczu­cie "płyn­no­ści", tym­cza­so­wość i brak sta­bil­no­ści (które stwo­rzyły pre­ka­riat) są zna­kiem naszych cza­sów. Wcze­śniej­szy domi­nu­jący tryb życia, postrze­gany jako solidny, stały i przej­rzy­sty, ustą­pił miej­sca nowemu, jesz­cze nie­usta­lo­nemu porząd­kowi - to pewien rodzaj pro­jektu w trak­cie reali­za­cji. Nasze czasy są okre­sem pośred­nim, w któ­rym każdy czło­nek roz­wi­nię­tego spo­łe­czeń­stwa musi być ela­styczny, ponie­waż poprzed­nie ramy, zasady i war­to­ści są już nie­ak­tu­alne. Wszech­obecna nie­pew­ność jest kon­se­kwen­cją zmian, jakie doko­nują się w spo­łe­czeń­stwach Zachodu.

W płyn­nym świe­cie wszystko zmie­nia się tak szybko, że mamy poczu­cie, iż nasze życie jest pro­wi­zo­ryczne. Czas płyn­no­ści jest defi­nio­wany przez nie­pew­ność. Jeśli w poprzed­nich poko­le­niach znaczna część człon­ków spo­łe­czeństw zachod­nich całe życie wią­zała z tym samym miej­scem pracy, wyko­nu­jąc ten sam zawód, a przy tym czę­sto pozo­sta­jąc z tym samym part­ne­rem, zamiesz­ku­jąc z rodziną wie­lo­po­ko­le­niową w tym samym domu, to miesz­kańcy Świata Płyn­nego muszą zmie­niać miej­sce pracy i zawód, dosto­so­wu­jąc się do dyna­micz­nego śro­do­wi­ska. Ta nie­sta­bil­ność kon­tek­stowa zwią­zana jest z wyso­kim stop­niem mobil­no­ści geo­gra­ficz­nej. Dyna­mika płyn­no­ści zmo­dy­fi­ko­wała rela­cje spo­łeczne, które zwiot­czały. Więzi spo­łeczne stały się wątłe, zwięk­sza­jąc samot­ność ludzi. Wszech­obecne prze­ko­na­nie, że kupno naj­now­szego, mod­nego pro­duktu ozna­cza otrzy­ma­nie szczę­ścia, obnaża swą ilu­zo­ryczną naturę. Oto Bau­ma­now­ska dekon­struk­cja naszych zachod­nich spo­łe­czeństw.

Bau­man dużo wie­dział o prze­ko­na­niach, przy­na­leż­no­ści, zaan­ga­żo­wa­niu i złu­dze­niach. W mło­do­ści był misjo­na­rzem komu­ni­zmu, a następ­nie socja­li­zmu, uczył się zaan­ga­żo­wa­nia, dążąc do zbu­do­wa­nia nowego spo­łe­czeń­stwa. Drugą część swo­jego życia spę­dził na opo­wia­da­niu o nie­bez­pie­czeń­stwach zwią­za­nych z zaan­ga­żo­wa­niem i ide­olo­giami, które lek­ce­ważą czło­wieka. Inte­lek­tu­alna droga Bau­mana róż­niła się od tej, jaką prze­cho­dziły osoby z jego śro­do­wi­ska, które kry­ty­ku­jąc wcze­śniej­sze sys­temy prze­ko­nań, dały się uwieść ich prze­ci­wień­stwu - zamie­nia­jąc komu­nizm na kapi­ta­lizm. Bau­man pozo­stał wierny swoim war­to­ściom i marze­niom. Nie opusz­czała go nadzieja, że wypra­co­wa­nie sys­temu spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej jest moż­liwe. Jed­no­cze­śnie pod­da­wał ostrej kry­tyce powsta­jące sys­temy, które utrzy­my­wały, iż reali­zują jedy­nie szla­chetne cele.

Niniej­sza bio­gra­fia, poprzez szcze­gó­łowe przed­sta­wie­nie kolej­nych eta­pów życia twórcy Płyn­nej nowo­cze­sno­ści, uka­zuje jego doświad­cze­nia jako kon­tekst powsta­wa­nia jego prac. Mam nadzieję, że pozwoli ona czy­tel­ni­kom Bau­ma­now­skich dzieł na ponowne przej­rze­nie spu­ści­zny autora Nowo­cze­sno­ści i Zagłady. Patrząc przez pry­zmat bio­gra­fii Bau­mana, można w odmienny spo­sób odczy­tać jego prze­sła­nia, które są wyni­kiem nie tylko wiel­kiej eru­dy­cji i prze­ni­kli­wych ana­liz, ale także jego trud­nych i zło­żo­nych doświad­czeń życio­wych.

Książka ta - z powodu osa­dze­nia losów boha­tera w cen­trum wiel­kich i tra­gicz­nych wyda­rzeń XX wieku - pozwala na spoj­rze­nie z per­spek­tywy jed­nostki na dyna­mikę zmian, spe­cy­fikę nowych nur­tów i zło­żo­ność zaan­ga­żo­wań w naprawę świata. To nie tylko książka o życiu wybit­nej jed­nostki. To także histo­ria spo­łe­czeń­stwa, które tę jed­nostkę pięt­no­wało, hołu­biło, wygnało, czę­ściowo przy­jęło, a czę­ściowo znisz­czyło mową nie­na­wi­ści. To jest rów­nież książka o nas - o pol­skim spo­łe­czeń­stwie i jego rela­cjach z tymi, któ­rzy będąc abso­lut­nie nie­roz­łączną czę­ścią pol­skiej tkanki spo­łecz­nej, zostali opa­trzeni ety­kietką "innego" - a następ­nie odrzu­ceni.

To nasza odwieczna skaza spo­łeczna - nasze auto-immuno17.

Roz­dział 1

Szczę­śliwe dzie­ciń­stwo w trud­nych "oko­licz­no­ściach"18 Poznań (1925-1932)

Zyg­munt Bau­man uro­dził się 19 listo­pada 1925 roku w Pozna­niu. Tego dnia poranne wyda­nie "Kur­jera Poznań­skiego"19 - naj­po­pu­lar­niej­szej w tym mie­ście gazety - dono­siło pro­sto z Rzymu: "Faszyzm zwy­cię­żył na całej linji! Entu­zja­styczne owa­cje na cześć Mus­so­li­niego". Na dru­giej stro­nie wid­niał nagłó­wek: "Wspa­niała mowa prem­jera na otwar­ciu sesji par­la­mentu", a poni­żej można było prze­czy­tać:

Rzym, 18. 11 (Radjo wł.) Wśród nie­by­wale pod­nie­co­nego nastroju, peł­nego entu­zja­zmu oraz rado­snych pory­wów ku czci Mus­so­li­niego - roz­po­częło się dzi­siej­sze posie­dze­nie Izby Depu­to­wa­nych. Już na długo przed nazna­czoną godziną nie­prze­li­czone wprost tłumy zale­gły ulice, wita­jąc gło­śno a ser­decz­nie każdą wybitną oso­bi­stość ze świata poli­tycz­nego, wszakże wszy­scy ocze­ki­wali z upra­gnie­niem przy­by­cia "Il Duce", by dopiero wów­czas dać upust swej rado­ści, roz­sa­dza­ją­cej piersi, z powodu nie­daw­nego szczę­śli­wego oca­le­nia wodza faszy­stów20.

Wie­czorne wyda­nie "Kur­jera" zawie­rało część siódmą z serii arty­ku­łów zaty­tu­ło­wa­nych "Spo­łe­czeń­stwo Poznań­skiego i Pomo­rza w odbu­do­wa­nej Pol­sce"21, napi­sa­nych przez Romana Dmow­skiego22. Pierw­sza część cyklu została opu­bli­ko­wana 12 listo­pada, dzień po siód­mej rocz­nicy odzy­ska­nia nie­pod­le­gło­ści przez Pol­skę. W arty­kule Dmow­ski pod­kre­ślał zna­cze­nie "nacjo­na­li­stycz­nej świa­do­mo­ści mas". Wedle niego Poznań­skie i Pomo­rze powinny dawać przy­kład innym regio­nom Pol­ski, wyróż­niają się bowiem naj­wyż­szym pozio­mem "świa­do­mo­ści opi­nii publicz­nej". Zda­niem Dmow­skiego "skła­dał się na to i wyż­szy bez porów­na­nia niż w innych zabo­rach poziom oświaty i uświa­do­mie­nia naro­do­wego całej masy spo­łecz­nej, i pro­stota, jasność głów­nych zagad­nień naro­do­wego bytu na tym grun­cie, i wresz­cie jed­no­li­tość pol­skich sze­re­gów, w któ­rych nie było Żydów"23.

Taki obraz świata odzwier­cie­dlała naj­po­czyt­niej­sza gazeta opu­bli­ko­wana w dniu i miej­scu, w któ­rym uro­dził się Zyg­munt Bau­man.

To był nie­po­myślny dzień dla tych, któ­rzy nale­żeli do nie­chcia­nej "mniej­szo­ści etnicz­nej" - wów­czas ter­minu tego jesz­cze nie uży­wano. Żydzi miesz­kali na pol­skiej ziemi od bli­sko tysiąca lat24, ale byli na ogół uwa­żani za "obcych", "innych" - byli dru­go­rzęd­nymi człon­kami pol­skiego spo­łe­czeń­stwa25. O ile w okre­sie zabo­rów to oku­pu­jące kraj mocar­stwa dyk­to­wały prawa regu­lu­jące życie swo­ich pod­da­nych, o tyle po 1918 roku trudno już było mówić o braku moż­li­wo­ści rów­nego trak­to­wa­nia wszyst­kich oby­wa­teli II Rze­czy­po­spo­li­tej. Nie­stety, w odro­dzo­nej po pierw­szej woj­nie świa­to­wej Pol­sce bycie Żydem ozna­czało nie tylko sta­tus reli­gijny (tak jak to było np. we Fran­cji). Żydów przed­sta­wiano jako odrębną popu­la­cję w wielu kate­go­riach, takich jak kul­tura, naro­do­wość czy pocho­dze­nie etniczne - aby wyka­zać, że cho­ciaż od wie­ków żyli na tej samej ziemi co kato­liccy Polacy (czy też pol­scy chrze­ści­ja­nie), to byli odręb­nym "naro­dem".

W nie­opu­bli­ko­wa­nym eseju zaty­tu­ło­wa­nym "Polacy, Żydzi i ja. Roz­wa­ża­nia nad tym, co uczy­niło mnie, kim jestem" i skie­ro­wa­nym do swych córek Bau­man w taki oto spo­sób wyja­śniał spe­cy­fikę bycia pol­skim Żydem:

(...) nie mogę unik­nąć histo­rii. Histo­ria przez dłu­gie wieki wyma­gała i na­dal wymaga, aby stan "bycia Pola­kiem" był sprawą decy­zji, wyboru i dzia­ła­nia. Aby był czymś, o co trzeba wal­czyć, czego trzeba bro­nić, świa­do­mie kul­ty­wo­wać, czuj­nie strzec. "Bycie Pola­kiem" nie zna­czyło ochrony ufor­mo­wa­nych już i ozna­czo­nych gra­nic, ale raczej nakre­śle­nie gra­nic jesz­cze-nie-ist­nie­ją­cych, two­rze­nie rze­czy­wi­sto­ści raczej niż jej wyra­ża­nie. W poję­ciu pol­skość krył się nie­ustan­nie cień nie­pew­no­ści, tym­cza­so­wo­ści - jakaś wąt­pliwa pro­wi­zo­rycz­ność, o jakiej inne, czu­jące się pew­niej narody nie mają poję­cia.

W tych warun­kach można się było spo­dzie­wać, że osa­czony, wiecz­nie zagro­żony naród będzie obse­syj­nie pod­da­wał wie­lo­krot­nym pró­bom lojal­ność swo­ich sze­re­gów; że zże­rać go będzie para­no­iczny strach przed zato­pie­niem, roz­pusz­cze­niem, roz­wod­nie­niem i roz­bro­je­niem; że będzie podejrz­li­wie patrzył na przy­by­szów nie posia­da­ją­cych stu­pro­cen­to­wych listów uwie­rzy­tel­nia­ją­cych, że będzie czuł się oto­czony przez wro­gów i bar­dziej niż kogo­kol­wiek innego [będzie] bał się "wewnętrz­nego wroga". W takich warun­kach nale­żało także przy­jąć, że decy­du­jąc się być Pola­kiem (zwłasz­cza jeśli nie zde­cy­do­wali o tym przod­ko­wie tak odle­gli, że ich wybór zdą­żył ska­mie­nieć i stać się twardą jak skała rze­czy­wi­sto­ścią), decy­do­wało się jed­no­cze­śnie o przy­stą­pie­niu do walki bez gwa­ran­cji zwy­cię­stwa i bez nadziei, że zwy­cię­stwo będzie kie­dy­kol­wiek zapew­nione. Od wie­ków nikt nie okre­ślał się jako Polak po to, by mieć łatwiej­sze życie. Tych, któ­rzy okre­ślali się jako Polacy, trudno było oskar­żać o chęć zapew­nie­nia sobie wygody i bez­pie­czeń­stwa. W więk­szo­ści zasłu­gi­wali oni na bez­wa­run­kowe uzna­nie moralne i przy­ję­cie z otwar­tymi ramio­nami.

Że te same oko­licz­no­ści przy­niosą wręcz odwrotne kon­se­kwen­cje, sprzeczne ze sobą nawza­jem i w rezul­ta­cie powo­du­jące kon­flikt, wydaje się nie­lo­giczne. No cóż, upa­trujmy w tym winę oko­licz­no­ści26.

Okre­śle­nie sie­bie jako Polaka było decy­zją indy­wi­du­alną, która musiała zostać zaak­cep­to­wana przez przyj­mu­jące spo­łe­czeń­stwo. Mówie­nie o "asy­mi­la­cji" Żydów lub o toż­sa­mo­ści spa­ja­ją­cej pol­ską i żydow­ską kul­turę było nie tylko kwe­stią oso­bi­stej iden­ty­fi­ka­cji, lecz także nie­uchron­nie anga­żo­wało pol­skie spo­łe­czeń­stwo jako całość. W tym przy­padku "oko­licz­no­ści", o któ­rych mówił Bau­man, róż­niły się od tych, które umoż­li­wiły asy­mi­la­cję Żydów we Fran­cji i Niem­czech przed nasta­niem nazi­zmu. Może to zobra­zo­wać popu­larne w XX wieku, a także dzi­siaj powie­dze­nie, że cho­ciaż można być Żydem fran­cu­skim lub ame­ry­kań­skim, nie ma kogoś takiego jak "pol­ski Żyd". Trzeba było wybrać - albo jedno, albo dru­gie!27

Bau­man wyja­śnił tę spe­cy­fikę pol­skiej toż­sa­mo­ści z per­spek­tywy dłu­giego trwa­nia (lon­gue durée28): "Jedną z tajem­nic psy­cho­lo­gii spo­łecz­nej jest fakt, że grupy, któ­rych toż­sa­mość jest sprawą woli i decy­zji, skłonne są odma­wiać innym prawa do samo­okre­śle­nia; kwe­stio­nu­jąc i dys­kre­dy­tu­jąc waż­ność samo­okre­śle­nia, pra­gną, być może, zapo­mnieć o kru­cho­ści pod­staw wła­snej egzy­sten­cji. To wła­śnie stało się w Pol­sce mię­dzy­wo­jen­nej"29.

Histo­ryk Paweł Bryk­czyń­ski w książce Gotowi na prze­moc: mord, anty­se­mi­tyzm i demo­kra­cja w mię­dzy­wo­jen­nej Pol­sce zauważa, że anty­se­micki nacjo­na­lizm był zna­czącą siłą w kul­tu­rze i poli­tyce, w więk­szym stop­niu, "niż część pol­skich histo­ry­ków gotowa jest przy­znać30, i dodaje: "Z pew­no­ścią jed­nak nie była to siła hege­mo­niczna. Anty­se­micki nacjo­na­lizm miał silną kon­ku­ren­cję, kie­ro­waną przez zdol­nych i cha­ry­zma­tycz­nych lide­rów poli­tycz­nych na czele z Pił­sud­skim, two­rzoną przez silne obozy socja­li­stów, rady­ka­łów, libe­ra­łów i umiar­ko­wa­nych kon­ser­wa­ty­stów, któ­rzy się wokół niego sku­pili"31. Bryk­czyń­ski suge­ruje, że "istotą kon­fliktu mię­dzy zwo­len­ni­kami Dmow­skiego i Pił­sud­skiego32 były - para­fra­zu­jąc Bene­dicta Ander­sona33 - różne spo­soby poj­mo­wa­nia wspól­noty wyobra­żo­nej34. O ile według Pił­sud­skiego spo­łe­czeń­stwo pol­skie obej­mo­wało wszyst­kich pol­skich oby­wa­teli, bez względu na ich reli­gię lub pocho­dze­nie etniczne, o tyle dla Dmow­skiego sta­tus Polaka wyklu­czał pol­skich Żydów. Tak więc pro­blem anty­se­mi­ty­zmu ode­grał klu­czową rolę w kon­flik­cie mię­dzy zwo­len­ni­kami Dmow­skiego i Pił­sud­skiego.

W dwu­dzie­sto­le­ciu mię­dzy­wo­jen­nym sto­sunki mię­dzy spo­łecz­no­ściami Pola­ków żydow­skich i nieżydow­skich były dyna­miczne, z wyraź­nym zróż­ni­co­wa­niem w poza­bo­ro­wych regio­nach. Odzie­dzi­czone regu­la­cje obej­mo­wały pozwo­le­nia na zamiesz­ki­wa­nie pew­nych dziel­nic i dostęp do okre­ślo­nych pro­fe­sji, odmienne wobec daw­nych pod­da­nych cara, cesa­rza bądź kaj­zera. Reguły sto­so­wane odno­śnie do lud­no­ści żydow­skiej wpły­wały także na zalud­nie­nie. Koniec pierw­szej wojny świa­to­wej i utwo­rze­nie pań­stwa pol­skiego spo­wo­do­wały duże zmiany demo­gra­ficzne. Poznań - sto­lica Wiel­ko­pol­ski - w 1921 roku zamiesz­ki­wało 169 422 miesz­kań­ców, z czego tylko 1,2% sta­no­wili Żydzi35. Sytu­acja ta była wyjąt­kowa, ponie­waż w więk­szych mia­stach w Pol­sce Żydzi sta­no­wili śred­nio około jed­nej trze­ciej popu­la­cji (dane z 1921 roku wska­zują, iż War­szawa była zamiesz­kana w 33,13% przez Żydów, Łódź - w 34,6%, a Kra­ków - 25%). Naj­wy­raź­niej Dmow­ski był tak entu­zja­stycz­nie nasta­wiony do Pozna­nia, gdyż mia­sto wyróż­niało się skromną "liczbą Żydów", co było jed­no­znaczne w uję­ciu współ­twórcy ende­cji z "uświa­do­mie­niem naro­do­wym spo­łe­czeń­stwa pol­skiego"36. Ter­mi­nem powszech­nie uży­wa­nym w tym okre­sie było "zaży­dze­nie", które ozna­czało "dużą" liczbę oby­wa­teli pol­skich pocho­dze­nia żydow­skiego w sto­sunku do nie­ży­dow­skich miesz­kań­ców danego obszaru. Słow­nik war­szaw­ski z 1927 roku defi­niuje ten ter­min jako obszar "zanie­czysz­czony Żydami", "tery­to­rium prze­peł­nione Żydami" czy też "tery­to­rium prze­lud­nione Żydami". Jako przy­kład uży­cia tego ter­minu auto­rzy słow­nika przy­wo­łują cytat z powie­ści Marzy­ciel Wła­dy­sława Rey­monta, w któ­rym boha­ter stwier­dza: "Umrę tam i zapo­mnę o tym śmier­dzą­cym, zaży­dzo­nym kraju". W gaze­tach i cza­so­pi­smach zauwa­żano, że Poznań jest jed­nym z pol­skich miast naj­mniej "zaży­dzo­nych".

W arty­kule, który uka­zał się 13 listo­pada w "Kur­je­rze Poznań­skim" (z przy­wo­ła­nego już wcze­śniej cyklu), Dmow­ski odwo­łuje się do postę­pów Pozna­nia w "pro­ce­sie cywi­li­za­cyj­nym": "Wiel­ko­pol­ska, jako naj­star­sza i naj­bar­dziej zachod­nia część Pol­ski, była wyżej cywi­li­zo­wana od innych; przy­tem w mia­stach jej było tro­chę wię­cej Niem­ców, a tro­chę mniej Żydów"37. "Roz­wój gospo­dar­czy", o któ­rym wspo­mina Dmow­ski, był eko­no­micz­nym alibi dla dobrze roz­wi­nię­tego, sze­roko roz­po­wszech­nio­nego anty­se­mi­ty­zmu.

Cho­ciaż w 1925 roku liczba osób zali­cza­nych do spo­łecz­no­ści żydow­skiej w Pozna­niu była znacz­nie mniej­sza niż jesz­cze dzie­sięć lat wcze­śniej, anty­se­mi­tyzm w tym mie­ście był w latach dwu­dzie­stych ubie­głego wieku sze­roko roz­po­wszech­niony. Nie zawsze jed­nak tak było.

Od końca XIX wieku aż do 1918 roku Żydzi sta­no­wili ważną część życia gospo­dar­czego i poli­tycz­nego Pozna­nia. W tym okre­sie lud­ność żydow­ska sil­nie iden­ty­fi­ko­wała się z Niem­cami, a jej sytu­acja była podobna do innych spo­łecz­no­ści żydow­skich w Pru­sach. Trzy grupy etniczne - pru­scy Niemcy, Polacy i Żydzi - zamiesz­ki­wały mia­sto, któ­rego języ­kiem urzę­do­wym był nie­miecki. Po pol­sku mówiło się w domu, gdyż poli­tyka ger­ma­ni­za­cyjna narzu­cona przez Bismarcka dys­kry­mi­no­wała uży­cie w miej­scach publicz­nych innego języka niż nie­miecki. Pomimo tego ogra­ni­cze­nia przed­sta­wi­ciele mniej­szo­ści żydow­skiej zna­leźli się we wła­dzach miej­skich.

W 1853 roku po raz pierw­szy Żydzi natu­ra­li­zo­wani zna­leźli się w radzie miej­skiej, liczeb­nie prze­wa­ża­jąc nad dele­ga­tami pol­skimi. Pogor­sze­niu ule­gły i tak już nad­szarp­nięte sto­sunki z lud­no­ścią pol­ską. Dla dążą­cych do utra­co­nej nie­pod­le­gło­ści Pola­ków, zniem­czeni Żydzi, afi­szu­jący się pro­pru­ską lojal­no­ścią i wier­no­pod­dań­stwem, stali się grupą znacz­nie bar­dziej wrogą, w wielu przy­pad­kach, niż sami ger­ma­ni­zu­jący Pola­ków Niemcy. Stan ten bole­śnie odczuli poznań­scy Żydzi po I woj­nie świa­to­wej38.

Pod koniec pierw­szej wojny świa­to­wej Niemcy i Polacy wal­czyli o kon­trolę nad mia­stem i tere­nami wokół Pozna­nia. Kul­mi­na­cją kon­fliktu było powsta­nie wiel­ko­pol­skie (1918-1919). Sil­nie ger­ma­ni­zo­wana lud­ność żydow­ska tego regionu wspie­rała w tej kon­fron­ta­cji Repu­blikę Weimar­ską, zakła­da­jąc, że nie­pod­le­głe pań­stwo pol­skie nie prze­trwa. Kiedy Pol­ska osta­tecz­nie prze­jęła kon­trolę nad Wiel­ko­pol­ską, więk­szość rodzin żydow­skich opu­ściła mia­sto, zasie­dla­jąc tereny kon­tro­lo­wane przez Niemcy. Z pol­skiej per­spek­tywy byli to Żydzi, któ­rzy "zdra­dzili" pań­stwo pol­skie, wspie­ra­jąc Niem­ców w Pozna­niu. Jed­no­cze­śnie rewo­lu­cja paź­dzier­ni­kowa 1917 roku stała się przy­czyną przy­jazdu do sto­licy Wiel­ko­pol­ski tzw. Żydów wschod­nich. Była to naj­czę­ściej bur­żu­azja ucie­ka­jąca ze Związku Radziec­kiego na zachód. Żydzi ci prze­nie­śli się do Pozna­nia, gdzie wspie­rali pań­stwo pol­skie, jed­nak mimo ich propol­skiego zaan­ga­żo­wa­nia nara­stał anty­se­mi­tyzm, jako kon­se­kwen­cja dzia­łań pol­skich orga­ni­za­cji nacjo­na­li­stycz­nych, które w latach mię­dzy­wo­jen­nych cie­szyły się wiel­kim powo­dze­niem. Nie­ży­dow­scy miesz­kańcy Pozna­nia naj­czę­ściej nie roz­róż­niali róż­nych grup żydow­skich i nie wni­kali w takie szcze­góły jak wspar­cie dla Niem­ców czy prze­ciw­nie - popar­cie udzie­lone nowym wła­dzom odro­dzo­nej Pol­ski. Dla więk­szo­ści nieżydow­skich miesz­kań­ców Pozna­nia przed­sta­wi­ciele obu grup (tych, któ­rzy wyje­chali, i nowo osie­dlo­nych) byli po pro­stu "Żydami".

Histo­ryk Rafał Wit­kow­ski, bada­jący dzieje spo­łecz­no­ści żydow­skiej Wiel­ko­pol­ski, zauważa, że w 1922 roku język nie­miecki na­dal był języ­kiem urzę­do­wym sto­so­wa­nym w radach gminy i sto­wa­rzy­sze­niach dzia­ła­ją­cych przy syna­go­gach, ale w 1931 roku już tylko 15% poznań­skich Żydów było Żydami "nie­mieckimi" w takim zna­cze­niu, że mówili po nie­miecku i iden­ty­fi­ko­wali się jako Niemcy39. Te dane poka­zują, że nie­obecna już popu­la­cja emi­gran­tów została "zastą­piona" imi­gran­tami ze Wschodu40.

Rodzina

Rodzice Zyg­munta Bau­mana także byli nowymi miesz­kań­cami Pozna­nia od 1921 roku. W reje­strze admi­ni­stra­cyj­nym wid­nieje infor­ma­cja, że ojciec Zyg­munta, Mau­rycy, 1 czerwca 1923 roku wpro­wa­dził się na ulicę Prusa 1741. Poni­żej zamiesz­czona jest infor­ma­cja o dacie i miej­scu uro­dze­nia Mau­ry­cego: 20 lutego 1890 roku, Słupca (poło­żona około 50 kilo­me­trów od Pozna­nia). Spo­łecz­ność żydow­ska osie­dliła się w tym mia­steczku około 1870 roku i w 1900 sta­no­wiła około 20% miesz­kań­ców42. Gdy Mau­rycy Bau­man wyjeż­dżał do Pozna­nia, w Słupcy co czwarty miesz­ka­niec był Żydem. Matka Bau­mana, Zofia, uro­dziła się 10 lutego 1894 roku w Rypi­nie koło Wło­cławka, gdzie już od 1620 roku miesz­kała liczna spo­łecz­ność żydow­ska. Jej nazwi­sko panień­skie wid­nieje w róż­nych doku­men­tach zapi­sane na wiele spo­so­bów. Zofia Kon na kar­cie mel­dun­ko­wej, Zofia (Zywa) Cohn w innych doku­men­tach, głów­nie dato­wa­nych po dru­giej woj­nie świa­to­wej. Trze­cią osobą, któ­rej dane wid­nieją na tejże kar­cie, jest Tauba - star­sza sio­stra Zyg­munta. Według tych doku­men­tów uro­dziła się ona w Słupcy 29 stycz­nia 1919 roku. Infor­ma­cja doty­cząca Zyg­munta, dru­giego i ostat­niego dziecka Bau­manów, wypeł­nia ostat­nią rubrykę.

Infor­ma­cje z tej karty mel­dun­ko­wej róż­nią się od wid­nie­ją­cych w innych doku­men­tach, które powsta­wały już po woj­nie głów­nie na pod­sta­wie oświad­czeń Bau­mana. Jed­nym z nich jest czter­na­sto­stro­ni­cowa "ankieta spe­cjalna" prze­cho­wy­wana przez Urząd Bez­pie­czeń­stwa i dato­wana na 1950 rok.

Daty uro­dze­nia, imiona i nazwi­ska zostały zapi­sane odmien­nie w róż­nych doku­men­tach dostęp­nych w tecz­kach Bau­mana (więk­szość prze­cho­wy­wana w Archi­wum IPN). Jest to bar­dzo typowe dla okresu po 1945 roku, choć czę­ściowo prak­tyki takie sto­so­wano już wcze­śniej43. Było to kon­se­kwen­cją wojen­nych losów, depor­ta­cji, ucie­czek, w trak­cie któ­rych zmie­niano nazwi­ska, imiona, daty i miej­sca uro­dze­nia.

Bau­ma­no­wie zmie­nili nazwi­sko z Bau­mann - czyli "budow­ni­czy" w języku nie­miec­kim - na bar­dziej "pol­skie": Bau­man. Stało się to praw­do­po­dob­nie w pierw­szych latach po odzy­ska­niu przez Pol­skę nie­pod­le­gło­ści w 1918 roku (wspo­mniana karta mel­dun­kowa zało­żona w 1921 roku jest wysta­wiona na nazwi­sko Bau­mann, imię ojca - Moryc).

Cza­sami zmiany te były nie­za­mie­rzone i nastę­po­wały w wyniku urzę­do­wych tłu­ma­czeń, gdyż admi­ni­stra­cja tere­nów leżą­cych w gra­ni­cach odro­dzo­nej Pol­ski posłu­gi­wała się w poprzed­nich dwóch stu­le­ciach roz­ma­itymi języ­kami. Czę­sto zda­rzało się, że języki, w któ­rych były spo­rzą­dzane doku­menty, róż­niły się od powszech­nie uży­wa­nych przez miej­scową lud­ność. W obiegu były zatem pol­ski, nie­miecki, rosyj­ski, jidysz i hebraj­ski, a więc języki wyko­rzy­stu­jące trzy alfa­bety: cyry­licę oraz hebraj­ski i łaciń­ski44. Należy też uwzględ­nić, że nawet w ramach tego samego alfa­betu mogą poja­wić się róż­nice w pisowni w poszcze­gól­nych języ­kach (na przy­kład język pol­ski zawiera kilka liter odmien­nych od nie­miec­kiego). Prze­pi­su­jąc imię czy nazwi­sko z jed­nego języka (i alfa­betu) na inny, można z łatwo­ścią wpro­wa­dzić zmiany, celowo lub nie.

Na przy­kład nazwi­sko matki Bau­mana jest typowe dla spo­łecz­no­ści żydow­skiej (nie tylko wśród spo­łecz­no­ści posłu­gu­ją­cej się jidysz) i w pisowni łaciń­skiej wystę­puje w nastę­pu­ją­cych for­mach: Kon, Kohn, Kahn, Con, Cehn lub Cohn. Źró­dła gene­alo­giczne podają, że wszyst­kie te wer­sje są warian­tami nazwi­ska Cohen, co w hebraj­skim zna­czy "kapłan", przez odnie­sie­nie do cza­sów biblij­nych, kiedy to Cohe­nom wywo­dzą­cym się z ple­mie­nia Levi powie­rzono rolę straż­ni­ków Świą­tyni. Oczy­wi­ście nie wszyst­kie osoby noszące to nazwi­sko peł­niły funk­cje reli­gijne, jest to bowiem nazwi­sko popu­larne wśród dia­spory żydow­skiej i wystę­puje w kil­ku­dzie­się­ciu wer­sjach45.

W pierw­szej poło­wie XX wieku zmiany doko­ny­wane w hebraj­skich nazwi­skach nie nale­żały do rzad­ko­ści, ponie­waż urzęd­ni­kami były osoby posłu­gu­jące się języ­kiem pol­skim lub rosyj­skim, jak to na przy­kład było w przy­padku spo­rzą­dza­nia doku­men­tów przez żoł­nie­rzy radziec­kich posłu­gu­ją­cych się cyry­licą (to im w trak­cie dru­giej wojny świa­to­wej i po jej zakoń­cze­niu czę­sto zle­cano wypeł­nia­nie ofi­cjal­nych doku­men­tów). Zarówno spo­rzą­dza­jący doku­ment, jak i osoba, któ­rej nazwi­sko zostało zmo­dy­fi­ko­wane, mogli je rów­nież zmie­nić celowo, głów­nie po to, aby wyka­zać przy­na­leż­ność (lub jej brak) do danej grupy etnicz­nej. Rodzina Bau­ma­nów jest świet­nym przy­kładem powszech­nych prak­tyk mają­cych na celu polo­ni­za­cję.

Sio­stra Bau­mana uro­dziła się jako Tauba. Pod takim imie­niem jest zare­je­stro­wana w doku­men­tach spo­rzą­dza­nych przez spo­łecz­ność żydow­ską, w któ­rej naro­dziny nowych człon­ków odno­to­wy­wano w doku­men­ta­cji gminy żydow­skiej - gro­ma­dzo­nej przy syna­go­dze - podob­nie zresztą jak w przy­padku pol­skich kato­li­ków, któ­rych chrzest był reje­stro­wany w księ­gach para­fial­nych. Następ­nie Tauba została Teo­filą. W taki spo­sób zmie­niono imię żydow­skie na odpo­wied­nik pol­ski. O stop­niu polo­ni­za­cji Bau­ma­nów świad­czy zdrob­niała forma imie­nia Teo­fila, jakiej rodzice i Zyg­munt uży­wali w domu, nazy­wa­jąc ją Tosią. Po prze­pro­wadzce do Pale­styny Tauba / Teo­fila / Tosia przy­jęła hebraj­ską wer­sję imie­nia Tauba - Tova. W doku­men­tach powo­jen­nych zmo­dy­fi­ko­wano także jej miej­sce uro­dze­nia: zgod­nie z poznań­ską kartą mel­dun­kową uro­dziła się w Słupcy, ale w doku­men­tach powo­jen­nych (ankiety wypeł­niane przez Zyg­munta Bau­mana) miej­scem uro­dze­nia jest Wło­cła­wek, gdzie miesz­kała rodzina jej matki. Oba mia­sta dzieli 110 kilo­me­trów, a przed 1918 rokiem nale­żały one do róż­nych państw (Słupca była pru­ska, a Wło­cła­wek rosyj­ski).

W stycz­niu 1919 roku, w mie­siącu naro­dzin Tauby, Wło­cła­wek nie był spo­koj­nym miej­scem. Kon­flikt pomię­dzy człon­kami Par­tii Komu­ni­stycz­nej a ich prze­ciw­ni­kami dopro­wa­dził do serii pogro­mów w dziel­nicy żydow­skiej46. Nie miało to związku z nasta­wie­niem anty­pol­skim, ponie­waż w prze­ci­wień­stwie do Pozna­nia spo­łecz­ność żydow­ska Wło­cławka wspie­rała pol­skie woj­sko i nowy, nie­za­leżny rząd. W mie­sią­cach nastę­pu­ją­cych po zakoń­cze­niu pierw­szej wojny świa­to­wej pogromy z udzia­łem żoł­nie­rzy i lud­no­ści cywil­nej były czę­stym zja­wi­skiem w mia­stach, w któ­rych zamiesz­ki­wała spo­łecz­ność żydow­ska47. Wło­cław­skiego pogromu z 1919 roku nie można tłu­ma­czyć innymi moty­wami niż nie­na­wiść do mniej­szo­ści etnicz­nej, któ­rej sytu­acja eko­no­miczna budziła zazdrość. Wło­cław­scy Żydzi byli wła­ści­cie­lami około 60% przed­się­biorstw i od dzie­się­cio­leci sta­no­wili dobrze zasy­mi­lo­waną grupę. Wśród zna­nych żydow­skich wła­ści­cieli ziem­skich, posia­da­czy nie­ru­cho­mo­ści, a także oso­bo­wo­ści mia­sta było wielu Koh­nów. Ojciec Zofii miał firmy budow­lane i kamie­nice, tak więc nale­żał do miej­sco­wej bur­żu­azji. Zofia uro­dziła się w zamoż­nej rodzi­nie. W jej doku­men­tach figu­rują dwie różne daty uro­dzin, co także nie jest odosob­nio­nym przy­pad­kiem. Matka Zyg­munta według doku­men­tów przed­wo­jen­nych była uro­dzona w roku 1894, a według powo­jen­nych w 1896. Wiele osób korzy­stało z oka­zji wojen­nego i powojen­nego biu­ro­kra­tycz­nego cha­osu, aby się odmło­dzić. Nie cho­dziło tutaj o sym­bo­liczne czy kokie­te­ryjne odję­cie sobie lat. Taki zabieg był stra­te­giczny, gdyż w spo­łe­czeń­stwach, w któ­rych pań­stwo usta­lało wiek eme­ry­talny i decy­do­wało o przy­zna­niu mizer­nych eme­ry­tur, moż­li­wość dłuż­szej pracy dawała nadzieję na lep­szą jakość życia.

Chaos w doku­men­tach umoż­li­wiał także doko­na­nie zmian w rubryczce doty­czą­cej zawo­dów i wyko­ny­wa­nych funk­cji. Mody­fi­ka­cje, jakie wpro­wa­dzał Bau­man odno­śnie do pracy swo­jego ojca, wska­zują na zna­czące trans­for­ma­cje spo­łeczne i umoż­li­wiają obser­wa­cję zmian tego, co sta­no­wiło w danym momen­cie pożą­dany "kapi­tał spo­łeczny", a zara­zem okre­ślało odpo­wied­nią "klasę spo­łeczną". W przed­wo­jen­nych doku­men­tach zawód Mau­ry­cego Bau­mana jest zapi­sany jako "kupiec". W chwili naro­dzin Zyg­munta jego ojciec był wła­ści­cie­lem (lub współwła­ści­cie­lem) sklepu tek­styl­nego zwa­nego wów­czas bła­wat­nym. Na początku lat trzy­dzie­stych XX wieku, po ban­kruc­twach, wiel­kim kry­zy­sie i boj­ko­cie żydow­skich skle­pów przez spo­łecz­ność nie­ży­dow­ską (a była ona szcze­gól­nie dobrze zor­ga­ni­zo­wana w Pozna­niu), przed­się­bior­stwa żydow­skie miały małe szanse na prze­trwa­nie. Mau­rycy zban­kru­to­wał, a następ­nie został księ­go­wym, jak wtedy mówiono: buchal­te­rem, poznań­skiej firmy Sła­wiń­ski & Tocz­kała. W powo­jen­nych kwe­stio­na­riu­szach admi­ni­stra­cyj­nych Zyg­munt Bau­man wpi­sy­wał w rubryce "zawód ojca" dwie różne infor­ma­cje: naj­pierw "kupiec" lub "wła­ści­ciel sklepu", a następ­nie "księ­gowy". Na przy­kład w doku­men­cie "Wyja­śnie­nie do życio­rysu" z 3 stycz­nia 1950 roku czy­tamy: "Do 1939 r., po ban­kruc­twie ojciec pra­co­wał jako buchal­ter i jed­no­cze­śnie czę­ściowo jako komi­wo­ja­żer, naj­pierw w fir­mie Tocz­kała, a potem Skow­roń­scy w Pozna­niu"48.

Tak przed­sta­wiona kariera zawo­dowa ojca miała na celu poka­za­nie pocho­dze­nia Bau­mana w spo­sób osła­bia­jący jego "kapi­ta­li­styczny" rodo­wód. W powo­jen­nej Pol­sce posia­da­nie ojca, który przed wojną był wła­ści­cie­lem firmy lub sklepu, a więc kapi­ta­li­sty zali­cza­nego do bur­żu­azji, sta­no­wiło ogromną prze­szkodę w roz­woju kariery, szcze­gól­nie w woj­sku, par­tii i innych waż­nych insty­tu­cjach pań­stwo­wych. Bycie komi­wo­ja­że­rem lub buchal­te­rem wyglą­dało znacz­nie lepiej niż bycie wła­ści­cie­lem sklepu - "zgni­łym kapi­ta­li­stą" (jak wtedy okre­ślano wła­ści­cieli pry­wat­nych inte­re­sów). Prze­szłość zawo­dowa ojca była jed­nym z pro­ble­ma­tycz­nych punk­tów w bio­gra­fii Zyg­munta w oczach jego prze­ło­żo­nych (zob. rozdz. 6 i 7). Pod koniec lat czter­dzie­stych mniej­szym pro­ble­mem były jego żydow­skie korze­nie niż tzw. pocho­dze­nie spo­łeczne i zawo­dowa histo­ria człon­ków rodziny. Trudno było ukryć, iż Zyg­munt Bau­man pocho­dził z rodziny kupiec­kiej, drob­no­miesz­czań­skiej, nawet jeśli to Coh­no­wie (rodzina matki) byli bar­dziej zamożni od Bau­manów.

W czę­sto przy­wo­ły­wa­nym tu, nie­opu­bli­ko­wa­nym dotych­czas eseju Zyg­munt Bau­man w nastę­pu­jący spo­sób pisał o rodzi­nie ze strony ojca:

Ojciec mojego ojca był wiej­skim skle­pi­ka­rzem i repre­zen­to­wał mniej­sze odga­łę­zie­nie rodziny, któ­rej inne gałę­zie, jak mi mówiono - chlu­biły się uczo­nymi rabi­nami i słyn­nymi cady­kami. Swój inte­res zało­żył Dzia­dek w małej wio­sce Zagó­ro­wie, by po pew­nym cza­sie prze­nieść się do powia­to­wego mia­steczka Słupcy. O ile mi wia­domo, nie posia­dał innego wykształ­ce­nia49 niż reli­gijne, jakie zdo­był w che­de­rze50.

Zagó­rów jest nie­wielką wsią pod Słupcą, któ­rej popu­la­cja pod koniec XIX wieku wyno­siła mniej niż 3000 osób, z czego około jedną piątą sta­no­wili Żydzi. Dzia­dek Zyg­munta prze­pro­wa­dził się do Słupcy przed naro­dzi­nami Mau­ry­cego. Dwoje jego pozo­sta­łych dzieci było rów­nież kup­cami, a trzeci syn został inży­nie­rem. Bra­cia Mau­ry­cego i jedna sio­stra wyemi­gro­wali: naj­star­szy przed pierw­szą wojną świa­tową do Karls­ruhe w Niem­czech, a następ­nie do Pale­styny51; drugi, Szy­mon, w 1905 roku do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, gdzie, jak napi­sał Zyg­munt w cyto­wa­nym powy­żej "Wyja­śnie­niu do życio­rysu" z 1950 roku52, był "praw­do­po­dob­nie wła­ści­cie­lem fabryczki" w Lit­tle Rock w Arkan­sas53. Trzeci brat ojca, Benia­min, w 1923 roku wyemi­gro­wał bez­po­śred­nio do Pale­styny, gdzie osiadł w Tel Awi­wie. Sio­stra Mau­ry­cego, Zofia Izbicka, wyszła za mąż za kupca lub/i agenta han­dlo­wego i wyemi­gro­wała do Szwaj­ca­rii w 1908 roku (zamiesz­kała w Lucer­nie). Takie wzorce emi­gra­cyjne nie były wyjąt­kowe dla osób miesz­ka­ją­cych wów­czas w tej czę­ści świata54. Uprze­my­sło­wie­nie Europy Zachod­niej i USA przy­cią­gnęło wielu mło­dych ludzi, któ­rzy pozo­sta­wili nie­pew­ność, biedę i dys­kry­mi­na­cję dla obiet­nicy lep­szego życia. Nie wia­domo, czy któ­ry­kol­wiek z człon­ków rodziny pozo­stał w Słupcy w 1939 roku.

W swym maszy­no­pi­sie Bau­man przed­sta­wia tra­dy­cyjną stra­te­gię edu­ka­cyjną jego dziadka, a także losy poszcze­gól­nych człon­ków rodziny. Dzieje rodu Bau­manów są pod tym wzglę­dem ilu­stra­cją zmian spo­łecz­nych, jakie zacho­dziły w Euro­pie Środ­ko­wej w pierw­szych deka­dach XX wieku:

Dzia­dek z dużym opo­rem zgo­dził się łożyć na świec­kie wykształ­ce­nie naj­młod­szego z synów. Mój ojciec nie był naj­młod­szy, więc podob­nie jak pozo­stali bra­cia uczył się jedy­nie u wiej­skiego mela­meda55. Jed­nakże wszy­scy syno­wie prócz naj­star­szego, który pozo­stał z ojcem, by wraz z nim zaj­mo­wać się skle­pem, zbun­to­wali się i jeden po dru­gim wynie­śli się z domu. (...) Bunt mojego ojca przy­brał inną formę i nie wyra­żał się w zmia­nie kraju. Ojciec znał nie­źle pol­ski i uczył się obcych języ­ków. Opa­no­wał dosko­nale nie­miecki i w dużym stop­niu rosyj­ski. Orien­to­wał się nie­źle we fran­cu­skim i angiel­skim. Dopro­wa­dził też do per­fek­cji zna­jo­mość hebraj­skiego - rzadki wypa­dek w cza­sach, kiedy język Biblii ogra­ni­czał się do rytu­ału reli­gij­nego56.

Mau­rycy był samo­ukiem, miło­śni­kiem ksią­żek i marzy­cie­lem. Cechy te są nie­zbyt przy­datne w życiu wła­ści­ciela sklepu czy księ­go­wego. Zawód, który wybrał Mau­ry­cemu jego ojciec w posza­no­wa­niu tra­dy­cji, był także kon­se­kwen­cją obo­wią­zu­ją­cych sto­sun­ków spo­łecz­nych. W Euro­pie Środ­ko­wej początku XX wieku Żyd ze śred­niego mia­sta zaj­mo­wał się naj­czę­ściej han­dlem. W tam­tych cza­sach była rów­nież taka reguła, że syno­wie podą­żali za zaję­ciem ojca - był to naj­częst­szy spo­sób obra­nia zawo­do­wej tra­jek­to­rii. To był wybór, który tak naprawdę nie był wybo­rem.

Ponie­waż Ojciec pocho­dził z dobrej kupiec­kiej rodziny - pisał Bau­man w 1986 roku - zakła­dano widocz­nie, że będzie robił dobre inte­resy. Posag Matki miał umoż­li­wić mu start. Reszta zale­żała od niego. Chyba nikt nie przyj­rzał mu się z bli­ska. Przy­pusz­czam, że nie zauwa­żono, iż jego bogate życie duchowe szło w parze z cał­ko­wi­tym bra­kiem zmy­słu prak­tycz­nego. Marzył, by stać się uczo­nym, gdy inni usi­ło­wali zro­bić z niego kupca. Jego świa­tły umysł przy­jęli za głowę do inte­re­sów57.

W cyto­wa­nym eseju Bau­man opi­suje Zofię i Mau­ry­cego jako "źle dobraną" parę. Pocho­dzili z róż­nych rodzin, róż­nych regio­nów, byli wycho­wani w odmienny spo­sób i mieli różne zain­te­re­so­wa­nia. Ojciec Zyg­munta chciał skrom­nego, samot­nego życia skon­cen­tro­wa­nego na czy­ta­niu i stu­dio­wa­niu, nato­miast jego matka była wul­ka­nem ener­gii - córką boga­tego miesz­cza­nina z pro­win­cjo­nal­nego mia­steczka. Ale Wło­cła­wek nie był uśpio­nym dzie­więt­na­sto­wiecz­nym mia­stecz­kiem, a dzia­dek Bau­mana ze strony matki nie był tra­dy­cjo­na­li­stą.

Ojciec mojej matki był jed­nym z (...) "pio­nie­rów postępu", któ­rych wiarę w postę­powy cha­rak­ter wła­snych umie­jęt­no­ści i poczy­nań utwier­dzało i wzmac­niało prze­ko­na­nie o postę­po­wej natu­rze ich świeżo naby­tej pol­sko­ści. Matka, podob­nie jak jej cztery sio­stry i jedyny brat, otrzy­mała ści­śle pol­skie wykształ­ce­nie; jej zna­jo­mość języka żydow­skiego ogra­ni­czała się do tego tylko, który sły­szała na uli­cach Wło­cławka - w póź­niej­szych latach wystar­czyło jej to, by roz­ma­wiać z mężem przy dzie­ciach o spra­wach nie prze­zna­czo­nych dla ich uszu. Była też wycho­wana w duchu prze­strze­ga­nia manier i oby­cza­jów wła­ści­wych bar­dziej pol­skiej inte­li­gen­cji niż tra­dy­cjom sztetl. Wdro­żono ją do czy­ta­nia roman­tycz­nych powie­ści, pro­wa­dze­nia inte­li­gent­nej kon­wer­sa­cji, słu­cha­nia muzyki58.

Postę­pową rodziną Coh­nów kie­ro­wał jed­nak despo­tyczny ojciec o "patriar­chal­no­ści ści­śle biblij­nej", jak zde­fi­nio­wał swego dziadka Bau­man, zbiór libe­ral­nych idei pro­pa­go­wa­nych w świec­kich szko­łach nie powstrzy­mał go bowiem przed aran­żo­wa­niem mał­żeństw swo­ich córek, także Zofii: "Wszyst­kie wyszły za nie­źle pro­spe­ru­ją­cych i względ­nie zamoż­nych kup­ców lub przed­się­bior­ców. Podobny los przy­padł mojej matce - tak się z początku wyda­wało. (...) Źle dobrana para zawarła mał­żeństwo i prze­nio­sła się do Pozna­nia w pod­nio­słej chwili powrotu tego mia­sta pod rządy pol­skie po stu prze­szło latach nie­prze­rwa­nej oku­pa­cji pru­skiej"59.

Według karty mel­dun­ko­wej Mau­rycy przy­był do Pozna­nia w sierp­niu 1921 roku i miesz­kał naj­pierw przy ulicy Masz­ta­lar­skiej z rodziną Sze­fe­rów, a kilka mie­sięcy póź­niej przy ulicy Bukow­skiej z rodziną Pro­bań­skich. Naj­praw­do­po­dob­niej były to wyna­jęte pokoje. Pierw­szy adres znaj­do­wał się w dziel­nicy żydow­skiej, a drugi w dziel­nicy Jeżyce, gdzie w 1923 roku rodzina wyna­jęła miesz­ka­nie przy ulicy Prusa 17. Wybór tego miej­sca odzwier­cie­dla chęć wto­pie­nia się w typowe życie miesz­kań­ców Pozna­nia:

Wieczny sprze­ciw mojej matki wobec rze­czy­wi­sto­ści (...) na początku wyra­ził się w wyna­ję­ciu miesz­ka­nia w dziel­nicy, gdzie ni­gdy w ciągu wie­ków burz­li­wej histo­rii Pozna­nia nie miesz­kali Żydzi. Była to spo­kojna, czy­sta i ładna dziel­nica, powa­żana przez miesz­kań­ców i sza­no­wana przez innych. Ulice nosiły nazwi­ska naro­do­wych i lokal­nych lumi­na­rzy pol­skiej kul­tury i zamiesz­kane były przez ludzi wol­nych zawo­dów, urzęd­ni­ków pań­stwo­wych, woj­sko­wych, pań i panów z wyż­szych sfer oraz kilka wdów pozo­sta­wio­nych przez słyn­nych mężów w bla­sku minio­nej chwały60.

Zyg­munt przy­pusz­czał, że wybór miesz­ka­nia był sprzeczny z życze­niami jego ojca i sta­no­wił dla niego dodat­kowe źró­dło cier­pie­nia. Mau­rycy wolałby pozo­stać w żydow­skiej dziel­nicy Pozna­nia - na Sta­rym Mie­ście. Ale głów­nym zmar­twie­niem ojca Zyg­munta była jego nie­zdol­ność do peł­nie­nia funk­cji żywi­ciela rodziny, głów­nie z powodu jego kom­plet­nego braku zain­te­re­so­wa­nia han­dlem. "Sklep bła­watny zało­żony w han­dlo­wej dziel­nicy mia­sta był jego wię­zie­niem i pie­kłem. (...) Nim jesz­cze zaczęła się Wielka Depre­sja, Ojciec zban­kru­to­wał"61.

Mau­rycy pró­bo­wał rato­wać sytu­ację, uda­jąc się do Paryża, gdzie miał nadzieję na otwo­rze­nie nowego sklepu, dzięki nowym pożycz­kom, obiet­ni­com i pro­po­zy­cjom han­dlo­wym. Trwało to zale­d­wie trzy tygo­dnie, jak odno­to­wano bowiem w kar­cie mel­dun­ko­wej, Mau­rycy był nie­obecny od 22 wrze­śnia do 14 paź­dzier­nika 1931 roku. Zyg­munt opo­wiada swej rodzi­nie o tym zda­rze­niu w nastę­pu­jący spo­sób:

Pod­czas jego nie­obec­no­ści, dzięki dozor­czyni, która wspa­nia­ło­myśl­nie zaofia­ro­wała nam beczkę kiszo­nej kapu­sty, przez kilka tygo­dni żywi­li­śmy się wyłącz­nie kapu­śnia­kiem. Po pew­nym cza­sie nad­szedł z Paryża tele­gram. Usły­sza­łem, że Matka, dotąd jak zwy­kle pełna ener­gii, gło­śno pła­cze w dru­gim pokoju. Ni­gdy nie czy­ta­łem tego tele­gramu, ale jego treść znam na pamięć. Oszu­kany przez pary­skich cwa­nia­ków, któ­rzy pod pre­tek­stem wynaj­mo­wa­nia mu sklepu wyłu­dzili od niego wszyst­kie pie­nią­dze i teraz śmieli się zapewne w kułak z pro­win­cjo­nal­nego fra­jera, Ojciec pytał w roz­pa­czy, czy żona wciąż jesz­cze chce, by do niej wró­cił. To jest moje pierw­sze, cał­ko­wi­cie wła­sne, żywe i nie­za­tarte wspo­mnie­nie: łomot do drzwi, nosze, a na nich Ojciec - nie­ogo­lony, w płasz­czu ocie­ka­ją­cym brudną wodą, pokryty wodo­ro­stami i szla­mem.

Po powro­cie z Paryża przez kilka dni darem­nie szu­kał pracy u zamoż­nych żydow­skich kup­ców, a kiedy stra­cił nadzieję, wszedł na piękny zabyt­kowy most i sko­czył do Warty. Mostem prze­cho­dził hufiec har­cer­ski. Chłopcy wsko­czyli do lodo­wa­tej wody i wbrew woli Ojca wyło­wili go z rzeki62.

Ban­kruc­two Mau­ry­cego przy­ćmiło wszyst­kie wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa Zyg­munta. W roz­mo­wie z Toma­szem Kwa­śniew­skim63 Bau­man powie­dział, że jego ojciec sko­czył do Warty, bo stra­cił wszystko: "Ojciec, mimo że miał aku­rat tyle talen­tów do skle­pi­kar­stwa co ja, był wtedy skle­pi­ka­rzem. Zban­kru­to­wał i wie­rzy­ciele zabrali mu wszystko. Pamię­tam, jak wyno­szono z naszego miesz­ka­nia meble. Komor­nik czę­sto nas wizy­to­wał. Ale gdy roz­nio­sło się po Pozna­niu, że ojciec popeł­niał samo­bój­stwo, dano mu z łaski pracę buchal­tera. Marna pen­sja, pomia­tany był i poni­żany, ale jakoś nas utrzy­mał"64.

Bau­man powie­dział, że jego ojciec ni­gdy nie wyja­śnił dzie­ciom swo­jej próby samo­bój­czej. On sam inter­pre­to­wał akt Mau­ry­cego w nastę­pu­jący spo­sób: "Ist­niało wtedy takie sta­ro­modne dziś poję­cie "ojca rodziny". On miał żonę i dwoje dzieci, musiał zaro­bić na ich chleb, buty, szkołę. Jeżeli nie potra­fił, był do niczego, był nik­czem­ni­kiem nie­war­tym życia. Jeśli nie był w sta­nie oca­lić swo­ich dzieci i żony od głodu i upo­ko­rze­nia, godzien był pogardy"65.

Histo­ria nie­uda­nego samo­bój­stwa ojca tym bar­dziej dotknęła rodzinę, iż stała się sprawą publiczną. Prasa dono­siła: "Żyd pró­buje popeł­nić samo­bój­stwo. Ura­to­wany przez pol­skich har­ce­rzy"66. Bau­man twier­dził, że to brak talen­tów han­dlo­wych i nie­kom­pe­ten­cja jego ojca, a nie boj­kot żydow­skich skle­pów w Pozna­niu, spo­wo­do­wały ban­kruc­two Mau­ry­cego. Nie­mniej jed­nak boj­koty, któ­rych wystę­po­wa­nie było masowe w cza­sach wiel­kiej depre­sji, zaczęły się już w 1920 roku. W dniu uro­dzin Zyg­munta Bau­mana, 19 listo­pada 1925 roku, "Kur­jer Poznań­ski" opu­bli­ko­wał ogło­sze­nie o zebra­niu orga­ni­za­cyj­nym Związku Obrony Prze­my­słu Pol­skiego67. Pomysł boj­ko­to­wa­nia żydow­skich skle­pów i firm był już wtedy popu­larny i stał się waż­nym punk­tem pro­gramu anty­se­mic­kiej ende­cji Dmow­skiego68.

Nie­któ­rym boj­ko­to­wa­nym han­dlow­com uda­wało się wdro­żyć takie stra­te­gie, które umoż­li­wiały im prze­trwa­nie. Córka wła­ści­ciela sklepu odzie­żo­wego, który miał sie­dzibę kil­ka­dzie­siąt metrów od sklepu Mau­ry­cego Bau­mana (ten mie­ścił się przy ulicy Wro­niec­kiej), Fira Meła­me­dzon-Salań­ska, wspo­mina, że jej ojciec wybie­rał na sprze­daw­ców tylko Pola­ków, ponie­waż nie chciał, aby jego firma koja­rzyła się klien­teli z żydow­skim wła­ści­cie­lem69. Ojciec Firy był świet­nym biz­nes­me­nem, który miał pomysł na to, w jaki spo­sób unik­nąć boj­kotu. Mau­rycy nie­stety nie. Obie rodziny nale­żały do klasy śred­niej, ale Bau­ma­no­wie mieli ogra­ni­czone zasoby, a ich styl życia był odmienny od tego, który w latach dwu­dzie­stych odpo­wia­dał współ­cze­snemu okre­śle­niu "styl życia klasy śred­niej". Nie ozna­czało to jed­nak, że byli "bied­nymi Żydami". Nie żyli od poko­leń w bie­dzie typo­wej dla szte­tli czy też nędzy panu­ją­cej w dziel­ni­cach robot­ni­czych miast prze­my­sło­wych. Żyli skrom­nie i ich ogra­ni­czone moż­li­wo­ści finan­sowe nie umoż­li­wiały im korzy­sta­nia w pełni z zaso­bów kul­tu­ro­wych, które posia­dali jako przed­sta­wi­ciele klasy śred­niej. To sytu­acja finan­sowa powo­do­wała, że trudno ich okre­ślić zarówno jako rodzinę miesz­czań­ską, jak i robot­ni­czą - Bau­ma­no­wie byli pomię­dzy.

Byłem (...) biedny. Czy raczej biedni byli moi rodzice - pisał Zyg­munt. - Nie żyli­śmy w nędzy w porów­na­niu ze strasz­liwą bie­dotą gnież­dżącą się o kilka blo­ków dalej, gdzie wła­ści­ciele nędz­nych warsz­ta­ci­ków na próżno wypa­try­wali przy­pad­ko­wych klien­tów, a dzieci bez­ro­bot­nych, czę­sto przy­by­łych za chle­bem ze wsi, bosymi sto­pami udep­ty­wały błoto na pozba­wio­nej chod­ni­ków ulicy. Nie pamię­tam, abym kie­dy­kol­wiek cho­dził głodny, choćby w cza­sie pamięt­nych "tygo­dni kapu­ścia­nych". A prze­cież nasze życie było nie­ustanną walką o prze­trwa­nie, gdy Matka roz­pacz­li­wie pró­bo­wała zwią­zać koniec z koń­cem, gdy pie­nię­dzy bra­ko­wało już w poło­wie mie­siąca, wszelki, naj­drob­niej­szy bodaj zby­tek był nie­osią­galny, a wszystko, co nie zaspo­ka­jało pod­sta­wo­wych potrzeb, sta­no­wiło luk­sus. (...) Uwa­ża­łem za rzecz natu­ralną, że buty i skar­petki dostaje się jako pre­zenty uro­dzi­nowe. Nie pamię­tam, abym miał jakieś zabawki, a książki, które przez wiele lat były mi naj­wier­niej­szymi przy­ja­ciółmi, wypo­ży­cza­łem z miej­sco­wej biblio­teki70.

Może wła­śnie z powodu tego, że książki na wła­sność były wiel­kim luk­su­sem, matka Zyg­munta wysłała w 1930 roku jego zdję­cie na "wielki tur­niej pięk­no­ści dzieci" ogło­szony przez "Nasz Prze­gląd", gazetę żydow­ską wyda­waną w języku pol­skim. Nagrodą w tym kon­kur­sie (a raczej ple­bi­scy­cie, gdyż to głosy czy­tel­ni­ków decy­do­wały, które zdję­cie dziecka zwy­cięży) były publi­ka­cje tejże gazety, a więc opo­wia­da­nia dla dzieci i mło­dzieży. Na stro­nie kwiet­nio­wego wyda­nia gazety (z 2 kwiet­nia 1930 roku) wid­nieje zdję­cie czte­ro­let­niego Zyg­munta Bau­mana z filu­ter­nym uśmie­chem grzecz­nego dziecka pozu­ją­cego u foto­grafa71. Pod spodem infor­ma­cja dla gło­su­ją­cych: "ZYGUŚ BAU­MAN, 4 lata, Poznań, Nr 57 (Grupa II)"72. "Zyguś" nie został lau­re­atem tegoż kon­kursu73 i ni­gdy nie wspo­mi­nał swej rodzi­nie o tym epi­zo­dzie. Nie wia­domo, z jakich powo­dów ta histo­ria rodzinna została usu­nięta w cień74. Nie jest pewne, czy sam Bau­man o tym wie­dział. Jed­nak można wywnio­sko­wać z tego wyda­rze­nia, że zasoby rodzinne nie były zawsze tak ogra­ni­czone, aby nie można było sko­rzy­stać z usługi foto­grafa75.

Nawet przy skrom­nych finan­sach Zofia i Mau­rycy Bau­ma­no­wie mieli aspi­ra­cje zgodne z ich drob­no­miesz­czań­skim pocho­dze­niem. Nale­żało do nich prze­ko­na­nie, że dzieci powinny otrzy­mać wykształ­ce­nie muzyczne. Kiedy zapy­ta­łam Bau­mana w 2015 roku, czy pobie­rał lek­cje gra­nia na instru­men­cie, odpo­wie­dział, że tak, zgod­nie z życze­niem jego matki.

Ona chciała, żebym... nie było wtedy słowa "for­te­pian" w gło­wie - małe miesz­ka­nie, małe pia­nino, ale ona chciała, żebym grał, a to cie­kawe, bo to prze­cież było uwa­żane za nie­zbędny ele­ment wypo­sa­że­nia córki. A ja mia­łem sio­strę (star­szą) i jej nikt nie zmu­szał do niczego, a mnie zmu­szano - nie wiem dla­czego.

Chłopcy z rodzin żydow­skich z klasy śred­niej w tej czę­ści Europy zwy­kle grali na skrzyp­cach76. Ale Zofia Bau­man nie do końca podą­żała za modą. Bau­man powie­dział Kwa­śniew­skiemu w jed­nym z wywia­dów: "Moja matka była pełna pro­jek­tów, ambi­cji i ani­mu­szu. Wykształ­cona, roz­czy­tana, przy­go­to­wana do cie­ka­wego życia, a została ska­zana przez los na bycie gospo­dy­nią domową, która musi łatać dziury"77.

Zofia pocho­dziła z regionu, w któ­rym spo­łecz­ność żydow­ska miała długą tra­dy­cję eman­cy­pa­cji reli­gij­nej. Pierw­sza świecka szkoła dla żydow­skich dzieci została otwarta we Wło­cławku w 1859 roku i wła­śnie w tym mie­ście pro­ces seku­la­ry­za­cji i polo­ni­za­cji Żydów był bar­dzo zaawan­so­wany. Nic więc dziw­nego, że Zofia była ate­istką, wyeman­cy­po­waną i wykształ­coną kobietą. Nie­stety w Pozna­niu była postrze­gana głów­nie jako Żydówka. O takich jak ona mówiło się "zasy­mi­lo­wana Żydówka", ale co to zna­czyło?

Wspo­mnie­nie miesz­kanki Pozna­nia Firy Mała­me­dzon-Salań­skiej sta­nowi dosko­nały opis życia "zasy­mi­lo­wa­nych Żydów", który można odnieść także do miej­sca i cza­sów dzie­ciń­stwa Bau­mana:

Reli­gij­nymi Żydami nie byli­śmy, żyli­śmy jak chrze­ści­ja­nie. Ani nie trzy­ma­li­śmy koszer­nego domu - jada­łam wie­przową kieł­basę i szynkę - ani nie urzą­dza­li­śmy sza­ba­so­wej kola­cji. Nie cho­dzi­li­śmy też do syna­gogi, choć miesz­ka­li­śmy tuż obok niej. W soboty nasz skład był otwarty, jak pra­wie wszyst­kie żydow­skie inte­resy w Pozna­niu. Jedy­nie gdy nasta­wało wiel­kie święto - Nowy Rok albo Jom Kipur - i wstyd było pra­co­wać, tatuś zamy­kał inte­res. Wycho­dził na dzie­siątą do syna­gogi modlić się - w sercu, bo słów modlitw nie znał - a w domu pościł i pił her­batę, co naj­wy­żej zjadł kanapkę w ciągu dnia. Ja robi­łam tak samo. Ale już w Pesach, choć kupo­wa­li­śmy macę, jedli­śmy także zwy­kły chleb na zakwa­sie - nie do pomy­śle­nia u reli­gij­nych Żydów. A takich świąt jak Sze­wuot czy Purim w ogóle nie obcho­dzi­li­śmy78.

Praw­do­po­dob­nie Mau­rycy miał jesz­cze bar­dziej wątłą rela­cję z juda­izmem niż ojciec Firy. Zyg­munt powie­dział w trak­cie wywiadu: "Mój ojciec był prak­ty­ku­ją­cym Żydem, ale nie­wie­rzą­cym. Zawsze pościł w Dzień Sądny (Jom Kip­pur), a także spę­dzał dzień w syna­go­dze - to była jego prak­tyka"79.

W pol­skich rodzi­nach żydow­scy dziad­ko­wie czę­sto pod­trzy­my­wali tra­dy­cje reli­gijne, jak to działo się w przy­padku ojca Mau­ry­cego, któ­rego Bau­man opi­sy­wał w nastę­pu­jący spo­sób: "Pamię­tam, że był wysoki i miał brodę, którą można by nazwać siwą, gdyby nie pożół­kła od tabaki. Pra­wie nie mówił po pol­sku i nie znał innych języ­ków z wyjąt­kiem żydow­skiego i hebraj­skiego. Tak więc nasze kon­takty były bar­dzo ogra­ni­czone. Dzia­dek chciał koniecz­nie prze­ka­zać mi wie­dzę o Biblii, bo nie mia­łem o niej naj­mniej­szego poję­cia. A że nie zna­łem hebraj­skiego, a jego zna­jo­mość pol­skiego ogra­ni­czała się do słów, jakich potrzeba, gdy spę­dza się życie za ladą wiej­skiego skle­piku, Biblia pozo­stała dla mnie nie­zgłę­bioną tajem­nicą przez wiele lat"80.

Dzia­dek zaan­ga­żo­wany w trans­mi­sję reli­gij­nej tra­dy­cji do swych wnu­ków ilu­struje zmiany, jakie zacho­dziły wów­czas na tere­nach Pol­ski. Starsi miesz­kańcy małych mia­ste­czek zanu­rzeni w XIX wieku bar­dzo róż­nili się od poko­le­nia swych dzieci, któ­rych urzekł syjo­ni­styczny ideał81. Pod tym wzglę­dem rodzina Bau­ma­nów była bar­dzo typowa. Zyg­munt opo­wie­dział mi o swoim ojcu: "On był wie­rzący w ideę - w ideę syjo­ni­zmu. Wszy­scy wie­dzieli o tym, że marzyła mu się Zie­mia Obie­cana. Od czasu, kiedy go zna­łem, to zawsze był syjo­ni­stą, a co było przed moim uro­dze­niem, to nie wiem, ale przy­pusz­czam, że też nim był"82.

Przed drugą wojną świa­tową syjo­nizm - a więc powrót do ziemi przod­ków - był marze­niem, o któ­rym wielu opo­wia­dało, nato­miast nie­wielu udało się je speł­nić. Ilu­struje tę powszechną sytu­ację stary dow­cip opo­wie­dziany w trak­cie wywiadu przez Bau­mana: "Kto to jest syjo­ni­sta? Syjo­ni­sta to jest taki Żyd, który za pomocą dru­giego Żyda wysyła trze­ciego Żyda do Pale­styny".

Kwe­stię tę Bau­man roz­wi­nął w swoim maszy­no­pi­sie: "Myślę, że syjo­nizm Ojca - szczery, trwa­jący całe życie i pod­sta­wowy dla jego wizji świata - sta­no­wił ważny ele­ment buntu. Był jego bun­tem. (...) Syjon był czymś, co nie pozo­sta­wiało miej­sca dla sza­rzy­zny i brudu sztetl, dla chci­wo­ści i znie­czu­licy, dla licze­nia się z każ­dym gro­szem i prze­kształ­ca­nia ludzi w woły robo­cze. Był, jak sądzę, pew­nym rodza­jem bra­ter­stwa i powszech­nej dobroci, gdzie praca i twór­czość sta­no­wiły jedyne źró­dło ludz­kiej rado­ści. Ojciec nie odna­lazł swo­jego Syjonu w Izra­elu, kiedy się tam naresz­cie osie­dlił. I to była jego osta­teczna porażka"83.

Mau­rycy naj­chęt­niej doko­nałby alii, ale jego żona odmó­wiła. Zyg­munt powie­dział w wywia­dzie, że jego matka nie chciała wyjeż­dżać do Pale­styny. W inny spo­sób pisała o zamia­rach swo­ich teściów Janina Bau­man w swej auto­bio­gra­fii zaty­tu­ło­wa­nej Ni­gdzie na ziemi:

Raz, gdy byłam w domu sama, na Poznań­skiej [w War­sza­wie] zja­wiła się bez uprze­dze­nia moja przy­szła teściowa. (...) [N]ieco uro­czy­stym tonem oświad­czyła, że przy­szła, żeby w tajem­nicy przed synem pomó­wić ze mną o waż­nych spra­wach. (...) Przez całe swoje życie, mówiła Pani Zofia, jej mąż marzył o Pale­sty­nie. W póź­nych latach trzy­dzie­stych byli gotowi wyemi­gro­wać. Nie miała na to ochoty, ale nie pro­te­sto­wała. Córka chciała wyje­chać, Zyg­munt był jesz­cze dziec­kiem, więc nie pytali go o zda­nie. Wybuch wojny pokrzy­żo­wał ich plany84.

Z tej wypo­wie­dzi wynika, iż Bau­ma­no­wie pla­no­wali wyjazd do Pale­styny. Nie było to łatwe ani tanie przed­się­wzię­cie. Zarobki Mau­ry­cego ledwo wystar­czały na utrzy­ma­nie rodziny i zma­ga­nie się z codzien­no­ścią przy­sła­niało plany emi­gra­cji. Zyg­munt wyrósł z wieku, gdy dziecko pozo­staje w domu, i zaczął uczęsz­czać do szkoły pod­sta­wo­wej. Był to prze­łom w jego życiu odmienny niż u więk­szo­ści poznań­skich uczniów pierw­szej klasy, doświad­cze­nie bowiem zewnętrz­nego świata zwią­zane było z dys­kry­mi­na­cją. To bar­dzo kon­tra­sto­wało z jego życiem rodzin­nym, jak wspo­mi­nał ponad czter­dzie­ści lat póź­niej: "W ciągu całego dzie­ciń­stwa pła­wi­łem się w cie­ple rodzi­ciel­skiej miło­ści. Chro­niła mnie przed chło­dem. A prze­cież było wiele powo­dów, bym cierp­nął z chłodu"85.

Roz­dział 2

Uczeń out­si­der Poznań (1932-1939)

Dwie ojczy­zny

W two­jej ojczyź­nie karki się zgina

Przed każdą wła­dzą,

Dla zwy­cię­żo­nych - wzgarda i ślina,

Gdy ich na rzeź pro­wa­dzą.

W two­jej ojczyź­nie, gdyś hołdy skła­dał -

Przed obce trony.

W ojczyź­nie mojej, jeśli kto padał,

To krwią zbro­czony

W two­jej ojczyź­nie do obcych w wie­rze

Bóg się nie zniża.

Moja ojczy­zna świat cały bie­rze

W ramiona krzyża.

W two­jej ojczyź­nie sław­nych por­trety -

Tom w eta­żerce.

W mojej ojczyź­nie słowa poety

Oprawne w serce.

Cho­ciaż ci sprzyja ten wie­czór mgli­sty

I noc bez­gwiezdna,

Jakże mnie wygnasz z ziemi ojczy­stej,

Jeśli jej nie znasz?

Antoni Sło­nim­ski (1938)

Świat poza domem

Bau­ma­no­wie mówili w domu po pol­sku i mogłoby się wyda­wać, iż żyli w taki sam spo­sób jak więk­szość pozo­sta­łych miesz­kań­ców Pozna­nia. Róż­nili się jed­nak od więk­szo­ści, bo nie byli kato­li­kami, co deter­mi­no­wało ich życie w każ­dym obsza­rze. Bau­ma­no­wie nale­żeli do tzw. mniej­szo­ści, trak­to­wa­nej w spe­cy­ficzny spo­sób, zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cymi "pol­skimi stan­dar­dami".

Jak na Pol­skę Poznań był mia­stem wyjąt­ko­wym - pisał Bau­man w swym maszy­no­pi­sie. - Pra­wie zupełny brak Żydów szedł tam w parze z zaja­dłym anty­se­mi­ty­zmem. Nie­za­kłó­cany przez powsze­dnie trud­no­ści współ­ży­cia lokalny anty­se­mi­tyzm udo­sko­na­lał się; osią­gnął poziom wyra­fi­no­wa­nia teo­re­tycz­nego i reli­gij­nej żar­li­wo­ści, jaki potrafi osią­gnąć jedy­nie ode­rwana od tego świata, tysiąc­let­nia wiara. Poznań stał się mózgiem i for­tecą Naro­do­wej Demo­kra­cji, par­tii, która usi­ło­wała pozy­skać umy­sły i serca w całym kraju przy pomocy nęcą­cej wizji życia bez Żydów. W Pozna­niu zawi­łość endec­kich pro­jek­tów zwięk­szał nie­sły­cha­nie brak dla ich prak­tycz­nego zasto­so­wa­nia86.

"Aby zostać Pola­kiem, trzeba było być kato­li­kiem, w naj­gor­szym razie - chrze­ści­ja­ni­nem" - pisze o pro­ce­sach "asy­mi­la­cji", czyli de facto kon­wer­sji w mię­dzy­woj­niu Anna Lan­dau-Czajka87. Czy byłoby ina­czej, gdyby rodzice Bau­mana prze­szli na kato­li­cyzm? Kon­wer­sje Żydów wzbu­dzały podejrz­li­wość, a nacjo­na­li­ści je odrzu­cali. Sam akt "asy­mi­la­cji" i wola strony prze­cho­dzą­cej kon­wer­sję nie były wystar­cza­jące. "Asy­mi­la­cja nie była (...) ani kwe­stią oso­bi­stej decy­zji, ani per­fek­cyj­nej zna­jo­mo­ści kul­tury, języka i oby­cza­jów, ani tra­dy­cji rodzin­nych a zale­żała jedy­nie od dobrej woli ze strony narodu pol­skiego" - pod­su­mo­wuje Lan­dau-Czajka. - "Tylko i wyłącz­nie rdzenni Polacy mogli oce­niać, kto i jakim jest Pola­kiem, do jakich pol­skich orga­ni­za­cji może nale­żeć. Przy tym taka wizja przy­na­leż­no­ści naro­do­wej prze­stała być w dru­giej poło­wie lat trzy­dzie­stych wyłącz­nie wizją nacjo­na­li­stycz­nej pra­wicy"88.

Powyż­sza kon­klu­zja nie pozo­sta­wia wąt­pli­wo­ści. Można jedy­nie zasta­no­wić się nad ade­kwat­no­ścią ter­minu asy­mi­la­cja89 w przy­padku oby­wa­teli tego samego kraju (wszy­scy od 1918 roku - II Rze­czy­po­spo­li­tej) i współ­miesz­kań­ców tych samych tery­to­riów. Dla­czego osoby wła­da­jące per­fek­cyj­nie języ­kiem pol­skim (i któ­rych przod­ko­wie od setek lat zamiesz­ki­wali te same tereny co ich sąsie­dzi), zna­jące kul­turę kraju na równi z sąsia­dami i mające głę­bo­kie prze­ko­na­nie co do swej pol­sko­ści mają się asy­mi­lo­wać?

To Zofia zade­cy­do­wała, że będą miesz­kali na Jeży­cach - dziel­nicy Pozna­nia, w któ­rej nie zamiesz­ki­wali żydow­scy Polacy. Bau­ma­no­wie zde­cy­do­wali się też na posła­nie syna do pol­skiej szkoły pod­sta­wo­wej znaj­du­ją­cej się nie­da­leko ich kamie­nicy, przy ulicy Sło­wac­kiego. Nie tylko w swo­jej kla­sie, ale i w całej szkole powszech­nej Zyg­munt Bau­man był jedy­nym żydow­skim dziec­kiem. Na początku XXI wieku odwie­dził on swoją "starą szkołę". "Nic się tu nie zmie­niło - powie­dział mi w trak­cie wywiadu. - Cho­dzi­łem nawet po boisku, wyda­wało mi się okrut­nie malut­kie, a kie­dyś wyda­wało mi się ogrom­nie wiel­kie. Ono się chyba nie skur­czyło, ale ja się roz­sze­rzy­łem"90. Boisko było miej­scem, z któ­rym wiążą się bole­sne wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa, na ogół skry­wa­jące się w krót­kim stwier­dze­niu Bau­mana: "byłem dys­kry­mi­no­wany". Wię­cej opo­wie­dział o nich w wywia­dzie udzie­lo­nym Toma­szowi Kwa­śniew­skiemu: "Nie uży­wa­łem żad­nych spor­tów, a to z tej przy­czyny, że nie śmiał­bym wyjść na boisko, bo gdy­bym nawet wyszedł, to nie ja bym kopał piłkę, ale mnie by kopano. I to nie tylko dla­tego, że byłem gru­ba­sem, ale rów­nież Żydem. Jedy­nym na Jeży­cach"91. Wię­cej o prze­śla­do­wa­niach dozna­nych ze strony poznań­skich mło­dzień­ców można się dowie­dzieć z maszy­no­pisu adre­so­wa­nego do rodziny:

Dla anty­se­mi­tów z mojej dziel­nicy musia­łem być chyba darem zesła­nym z nieba; mówili sobie pew­nie, że gdy­bym nie ist­niał, trzeba byłoby mnie wymy­śleć. Czu­łem, że dla miej­sco­wych wyrost­ków jestem nie lada gratką. Zda­wali się kon­ku­ro­wać ze sobą o przy­wi­lej polo­wa­nia na mnie. Byłem zbyt rzad­kim łupem, by się mną dzie­lić. Zwy­cię­ski gang speł­niał podwójną rolę: jego człon­ko­wie byli moimi napast­ni­kami, a jed­no­cze­śnie chro­nili mnie przed kno­wa­niami rywali. Obser­wo­wali mnie uważ­nie, znali moje oby­czaje, cze­kali cier­pli­wie, bym poja­wił się na ulicy, po czym szli za mną krok w krok do szkoły, do sklepu, do biblio­teki i z powro­tem do domu. Po dro­dze robili obraź­liwe uwagi albo obrzu­cali mnie pomy­sło­wymi wyzwi­skami, czę­sto sztur­cha­jąc mnie przy tym, kopiąc czy nawet ciska­jąc kamie­nie. Żeby spra­wie­dli­wo­ści stało się zadość, przy­znać muszę, iż ni­gdy nie prze­kra­czali pew­nej gra­nicy: byli nie tylko myśli­wymi, lecz także tro­skli­wymi hodow­cami zwie­rzyny. Gdy któ­ryś z gan­gów zapew­nił sobie mono­pol na nieco dłu­żej, nasze wza­jemne sto­sunki przy­bie­rały cha­rak­ter praw­dzi­wie oso­bi­sty. Przy spo­tka­niach pozdra­wia­li­śmy się nawza­jem z czymś w rodzaju satys­fak­cji; dobrze znany obrzą­dek, który miał nastą­pić, gdzie wszy­scy akto­rzy znali na pamięć swoje role, więc nie było obawy, że coś może się nie udać, utwier­dzał nas w prze­ko­na­niu, że na świe­cie panuje porzą­dek i że bez­piecz­nie jest w nim żyć92.

Już w począt­ko­wych latach życia, w wieku od sied­miu do trzy­na­stu lat, Bau­man odgry­wał szcze­gólną i podwójną rolę - ofiary i kolegi. Obec­ność Zyg­munta w tej czę­ści mia­sta umoż­li­wiła mło­dym chłop­com zor­ga­ni­zo­wa­nym w grupy wyko­ny­wa­nie "rytu­ału prze­śla­do­wa­nia Żydów". W ten spo­sób oka­zy­wali swój "patrio­tyzm". Ponie­waż anty­se­mi­tyzm peł­nił wio­dącą funk­cję w utrwa­la­niu nacjo­na­li­stycz­nej toż­sa­mo­ści, zaan­ga­żo­wa­nie mło­dzień­ców w "obronę pol­sko­ści" obja­wiało się "polo­wa­niem na Żyda". To zacho­wa­nie mło­dych ludzi nie było odosob­nio­nym aktem. Odzwier­cie­dlało ono prak­tyki sze­roko roz­po­wszech­nione wśród doro­słych człon­ków pol­skiego spo­łe­czeń­stwa.

W wielu lokal­nych gaze­tach mię­dzy­wo­jen­nych - w tym w cyto­wa­nym wcze­śniej "Kur­je­rze Poznań­skim" - głów­nym tema­tem był tzw. pro­blem żydow­ski. Wszyst­kie wyda­rze­nia zwią­zane z dys­kry­mi­na­cją Żydów, a więc zamieszki uni­wer­sy­tec­kie, boj­koty skle­pów czy pogromy, które wystę­po­wały na róż­nych obsza­rach Pol­ski, były w dużej mie­rze ana­li­zo­wane z per­spek­tywy anty­se­mic­kiej. Takie sta­no­wi­sko pre­zen­to­wane w naj­bar­dziej popu­lar­nej pra­sie odzwier­cie­dlało opi­nie ende­cji. "Polo­wa­nie na Żydów" było typo­wym zaję­ciem mło­dzie­żo­wych grup wal­czą­cych o kon­trolę na danym tery­to­rium w prze­strzeni miej­skiej93. Może ten rodzaj prak­tyk sta­no­wił przy­go­to­wa­nie do udziału w pogro­mach?

Według rela­cji człon­ków rodziny trauma tych doświad­czeń z dzie­ciń­stwa pozo­stała w Bau­ma­nie na zawsze. I tak pod koniec życia, gdy będąc na ulicy, stra­cił rów­no­wagę i upadł, a obecni wokół niego ludzie pró­bo­wali go pod­nieść, chwy­ta­jąc za przed­ra­miona, Bau­man gwał­tow­nie ode­pchnął pomoc­ni­ków, tak jakby był ata­ko­wany, i wyrwał się z krę­pu­ją­cych uchwy­tów.

Doświad­cze­nia Bau­mana w dzie­ciń­stwie były tym bar­dziej trau­ma­tyczne, że łączyły się z dużym poczu­ciem bez­sil­no­ści i bra­kiem nadziei na to, iż ktoś może go obro­nić przed prze­śla­dow­cami. Wspo­mina o tym w swym maszy­no­pi­sie:

(...) jedno szcze­gól­nie trau­ma­tyczne spo­tka­nie z kolej­nymi prze­śla­dow­cami zawa­żyło poważ­nie na resz­cie mojego dzie­ciń­stwa, burząc na zawsze złudne poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Pew­nego dnia, po zro­bie­niu zaku­pów, Matka przy­szła po mnie do szkoły. Dwaj aktu­alni posia­da­cze przy­wi­leju polo­wa­nia na mnie, kil­ku­na­sto­letni, ni­gdzie nie zatrud­nieni hul­taje, cze­kali już na poste­runku. Jeden z nich był wysoki i lekko przy­gar­biony, a jego ruchy przy­po­mi­nały skra­da­ją­cego się zło­dzieja. Drugi odzna­czał się atle­tyczną budową i niskim czo­łem nie­do­ro­zwi­nię­tej małpy. Drogę ze szkoły do domu odby­li­śmy w czwórkę. Tym razem ci dwaj szli za nami w pew­nej odle­gło­ści, ale poza tym obec­ność mojej matki nie wpły­nęła na ich zacho­wa­nie. Wyko­ny­wali skru­pu­lat­nie wszystko, co nale­żało do utar­tego obrządku, i we wła­ści­wej kolej­no­ści wyda­wali dobrze mi znane dźwięki. Zer­k­ną­łem na Matkę: trzy­mała mnie mocno za rękę, ale sku­liła się jakoś i ze wzro­kiem utkwio­nym w płyty chod­nika uni­kała spo­glą­da­nia na naszą eskortę. I nagle olśniło mnie: moja wszech­mocna i wszech­wie­dząca matka nie była w sta­nie mnie obro­nić; nie wie­działa, co począć; była poni­żona; bała się! Od tej chwili żyłem przez dłu­gie lata w stra­chu94.

Nawet dom nie dawał pew­nego schro­nie­nia i poczu­cia bez­pie­czeń­stwa. Pew­nego dnia (jak wspo­mina Bau­man w swym ręko­pi­sie) Zofia wezwała rze­mieśl­nika, który zain­sta­lo­wał dodat­kowe zabez­pie­cze­nie drzwi wej­ścio­wych w postaci dwóch cięż­kich sztab żela­znych. Miało to uchro­nić Bau­manów przed naj­ściami agre­syw­nych "patrio­tów", któ­rzy zastra­szali miesz­kań­ców żydow­skich, sta­ra­jąc się nakło­nić ich do szyb­kiej emi­gra­cji.

W związku z tym - pisze w swym tek­ście Bau­man - ogar­nęła mnie obse­sja: nie mogłem pójść do łóżka, zanim po cichu nie otwo­rzy­łem fron­to­wych drzwi, by spraw­dzić, czy na klatce scho­do­wej nie czają się ban­dyci. Jed­nakże nawet to nie chro­niło mnie przed noc­nymi kosz­ma­rami95.

Wiele ksią­żek opo­wiada o oca­la­łych z Zagłady i ich powo­jen­nej trau­mie - ich obse­sjach i poczu­ciu zagro­że­nia, cał­ko­wi­tej utra­cie poczu­cia bez­pie­czeń­stwa. W przy­padku Bau­mana trauma spo­wo­do­wana anty­se­mic­kim prze­śla­do­wa­niem zaczęła się kilka lat przed drugą wojną świa­tową, w kraju, o któ­rym się mówi, że był w miarę demo­kra­tyczny, w cza­sach pokoju i względ­nej pro­spe­rity96.

Rodzina i dom były anti­do­tum na wszech­obecną w publicz­nej prze­strzeni dys­kry­mi­na­cję. Dom Bau­ma­nów był skrom­nym, ale cie­płym miej­scem, zarówno bowiem Zofia, jak i Mau­rycy ota­czali syna miło­ścią. Janina Bau­man z domu Lewin­son, żona Bau­mana przez ponad sześć­dzie­siąt lat, opi­sała w swej książce teścia, Mau­ry­cego Bau­mana, jako czło­wieka dys­kret­nego, który ni­gdy się nie skar­żył97. Był prze­ci­wień­stwem swo­jej żony Zofii, którą Janina tak opi­sała, wspo­mi­na­jąc ich pierw­sze spo­tka­nie przed ślu­bem z Zyg­mun­tem (zawar­tym w 1948 roku w War­sza­wie):

Osoba, która nas powi­tała w progu, od pierw­szego wej­rze­nia wzbu­dziła we mnie zachwyt i trwogę. Wyglą­dała na nieco ponad pięć­dzie­siątkę, była obfi­tych kształ­tów i miała na sobie luźną czarną suk­nię przy­braną podwój­nym sznu­rem bursz­ty­nów. Dłu­gie bursz­ty­nowe kol­czyki pod­kre­ślały bla­dość pięk­nej twa­rzy. Mądre oczy wpa­try­wały się we mnie badaw­czo. Mówiła i poru­szała się z zaska­ku­jąco mło­dzień­czym wigo­rem98.

Zofia Bau­man była wyraź­nie siłą napę­dową rodziny i syn był jej oczkiem w gło­wie, co odzwier­cie­dla tekst Bau­mana: "Dla Matki przez więk­szość dnia byłem jedy­nym towa­rzy­stwem, a chyba także jedyną obiet­nicą cie­kaw­szej i przy­jem­niej­szej przy­szło­ści"99.

W roz­mo­wie, którą prze­pro­wa­dzi­łam z Bau­ma­nem w 2015 roku, przy­wo­łał on obraz wzo­ro­wej matki, dobrze wykształ­co­nej, otwar­tej, cie­ka­wej życia i peł­nej ener­gii. Zofia oka­zała się także wyśmie­nitą kucharką. Zyg­munt Bau­man tak opi­sał scenę świet­nie odda­jącą rela­cje matki z synem:

W kuchni był taki piec z fajer­kami, zawsze roz­pa­lony, gorący, matka pich­ciła, a ja sie­dzia­łem przy stole kuchen­nym, odra­bia­łem lek­cje i na każ­dym eta­pie goto­wa­nia ona się do mnie zwra­cała: skosz­tuj, kocha­nie. Kocha­nie kosz­to­wało i puchło. (...) Jako chło­pak byłem gru­ba­sem i cier­pia­łem z tego powodu. Wyśmie­wano mnie, łatwo mnie było roz­po­znać. Oty­łość nie była wtedy tak powszechna jak dzi­siaj100.

Młody Zyg­munt był podwój­nie nazna­czony: z powodu anty­se­mi­ty­zmu i oty­ło­ści. Nie­mniej jed­nak "bycie gru­bym" nie było aż tak styg­ma­ty­zu­jące jak bycie Żydem.

Żydo­stwo było dla mnie sprawą nie­mal czy­sto rodzinną - człon­ko­wie mojej rodziny byli jedy­nymi Żydami, jakich zna­łem i o któ­rych wie­dzia­łem. Wyni­kało stąd, że bycie Żydem sta­no­wiło dla mnie pro­blem prak­tyczny raczej niż teo­re­tyczny. Pro­ble­mem prak­tycznym czy­nił go szcze­gól­nie świat zewnętrzny, poza­ro­dzinny. Spo­ty­kani na ulicy chłopcy rzadko robili uwagi na temat mojej tuszy, nato­miast bar­dzo czę­sto powia­da­miali mnie, iż nie omiesz­kali zauwa­żyć, że jestem Żydem101.

Pomimo to bycie "kimś spe­cjal­nym" w kato­lic­kiej szkole i nie­ży­dow­skiej dziel­nicy sta­no­wiło sytu­ację spra­wia­jącą małemu Zyg­mun­towi "tro­chę przy­jem­no­ści". "Dla moich kole­gów - pisze Bau­man pięć­dzie­siąt lat po opusz­cze­niu szkoły powszech­nej - byłem "naszym wła­snym Żydem" i "naszym wła­snym gru­ba­sem", co nakła­dało na nich pewne obo­wiązki, ale także dawało pewne prawa. (...) Nie mia­łem uczu­cia, że jestem ich ofiarą czy nawet kimś wybra­nym do szcze­gól­nego trak­to­wa­nia"102. Ambi­wa­len­cja wyni­ka­jąca ze zło­żo­nej sytu­acji - ofiary, ale też kolegi - ma praw­do­po­dob­nie przy­czynę w roli, jaką Bau­man jako uczeń odgry­wał w swej szkole. Zyg­munt był lubia­nym przez nauczy­cieli uczniem. Zachę­cali go do postę­pów i widząc jego moż­li­wo­ści, już w pierw­szych latach nauki mobi­li­zo­wali go do poma­ga­nia słab­szym uczniom. Nie­stety ta uprzy­wi­le­jo­wana pozy­cja nie obo­wią­zy­wała poza godzi­nami lek­cyj­nymi. Bau­man z powodu bycia Żydem nie mógł uczest­ni­czyć w zaję­ciach poza­lek­cyj­nych orga­ni­zo­wa­nych głów­nie przez insty­tu­cje kato­lic­kie. Był z nich wyklu­czony. Jego reak­cja na odrzu­ce­nie była typowa dla dzieci, które nie uczest­ni­czą w życiu grupy rówie­śni­czej. Młody Zyg­munt zna­lazł lek na samot­ność, odda­jąc się z pasją czy­ta­niu.

Autor prze­szło osiem­dzie­się­ciu ksią­żek tak wspo­mina swą rela­cję ze sło­wem pisa­nym:

Nie pamię­tam, abym miał jakieś zabawki, a książki, które przez wiele lat były mi naj­wier­niej­szymi przy­ja­ciółmi, wypo­ży­cza­łem z miej­sco­wej biblio­teki. Towa­rzy­stwo Czy­telni Ludo­wych było orga­ni­za­cją nie­do­cho­dową i miało na celu udo­stęp­nia­nie ksią­żek ludziom, któ­rzy nie mogli pozwo­lić sobie na ich kupno. Utrzy­my­wało sieć czy­telni, z któ­rych za drobną opłatą mie­sięczną rów­no­wartą cenie dwóch jajek, można było regu­lar­nie wypo­ży­czać książki103.

W taki spo­sób już w szkole powszech­nej Bau­man stał się zapa­lo­nym czy­tel­ni­kiem i ta pasja nie opusz­czała go przez całe życie. Zaczęło się od lite­ra­tury "dla chłop­ców", jak napi­sał na kilka lat przed śmier­cią: "(...) wszystko, co napi­sane przez Fen­ni­more'a Coopera, Jacka Lon­dona, Zane'a Greya, Karla Maya, Jules'a Verne'a, Roberta Louisa Ste­ven­sona, Alek­san­dra Dumasa - a spo­śród pol­skich auto­rów Kor­nela Maku­szyń­skiego. Póź­niej - wszyst­kie lub pra­wie pol­skie kla­syki, proza i poezja (Mic­kie­wicz, Prus, Sien­kie­wicz, Żerom­ski, Orzesz­kowa, Sło­wacki itd.). Dwa lub trzy lata przed ucieczką z Pozna­nia roz­sta­łem się z lite­ra­turą dzie­cięcą. Vic­tor Hugo, Char­les Dic­kens i Lew Toł­stoj stali się moimi nowymi ucztami" (z listu do Keitha Testera, z 2015 lub 2016 roku).

Gdy tylko oko­licz­no­ści na to pozwa­lały, Bau­man czy­tał godzi­nami, pochło­nięty lek­turą. Podą­żał za swym ojcem, który dawał synowi przy­kład, zaczy­tu­jąc się całymi dniami. Książki w domu Bau­manów były ucieczką przed nie­ła­twym życiem. Zami­ło­wa­nie Bau­mana do ksią­żek to cenna spu­ści­zna odzie­dzi­czona po obojgu rodzi­cach, któ­rzy, choć "nie­do­pa­so­wani", pod tym wzglę­dem byli do sie­bie bar­dzo podobni. Jako dziecko Zyg­munt obser­wo­wał czę­sto swych rodzi­ców pogrą­żo­nych w lek­tu­rze i dla­tego nic w tym dziw­nego, że jak tylko nauczył się samo­dziel­nie czy­tać, spę­dzał więk­szość dnia z książką w ręku. A takie inten­sywne obco­wa­nie z lek­tu­rami rzecz jasna pobu­dza wyobraź­nię.

Bau­man jak wiele dzieci marzył o swej przy­szło­ści, o czym opo­wie­dział Toma­szowi Kwa­śniew­skiemu:

- Mia­łem bar­dzo ambitne plany, bo chcia­łem być kosmo­lo­giem albo kosmo­nautą.

- Chciał pan latać? [pyta­nie Kwa­śniew­skiego]

- Badać, zro­zu­mieć, jak to wszystko powstało, skąd się wzięło104.

Te dzie­cięce marze­nia zapre­zen­to­wane są tutaj w spo­sób spójny z póź­niej­szym życiem Bau­mana - takie przed­sta­wia­nie swej bio­gra­fii, która układa się w kohe­rentny spo­sób, jest typowe. Nie cho­dzi tutaj o zmie­nia­nie fak­tów, ale o wybie­ra­nie takich wspo­mnień, które umoż­li­wiają opo­wia­da­ją­cemu skon­stru­owa­nie spój­nej wizji105. W tym wywia­dzie nie było opo­wie­ści o innym, ni­gdy nie­speł­nio­nym marze­niu. Otóż jako dziecko Zyg­munt marzył o psie. Jest to typowe pra­gnie­nie, zwłasz­cza jedy­na­ków i tych dzieci, które mają dużo star­sze rodzeń­stwo. Bau­ma­no­wie odmó­wili ze względu na bez­pie­czeń­stwo. Gdyby to marze­nie się speł­niło, Zyg­munt zyskałby wier­nego przy­ja­ciela, ale codzienne spa­cery, nawet bli­sko ich domu, sta­no­wiły ryzyko czę­stych ata­ków. Rodzice nie speł­nili prośby Zyg­munta106. Samot­ność i poczu­cie odmien­no­ści były wpi­sane w jego codzien­ność.

Nie wszyst­kie dzieci żydow­skie miesz­ka­jące w Pozna­niu były w podob­nej sytu­acji. Zde­cy­do­wana więk­szość cho­dziła do szkół na Sta­rówce, bo w oko­li­cach ulic Wiel­kiej czy Wro­niec­kiej miesz­kała spo­łecz­ność żydow­ska. Segre­ga­cja prze­strzenna była typowa dla więk­szo­ści pol­skich miast, co było naj­czę­ściej kon­se­kwen­cją wcze­śniej­szych prze­pi­sów, ogra­ni­cza­ją­cych miej­sce zamiesz­ka­nia Żydów. Był to także rezul­tat tra­dy­cyj­nego modelu osie­dla­nia się wśród przed­sta­wi­cieli swej kul­tury, co w przy­padku reli­gij­nych Żydów umoż­li­wiało im uczęsz­cza­nie do syna­gog, szkół reli­gij­nych, skle­pów i wspól­no­to­wych insty­tu­cji. W poznań­skiej dziel­nicy żydow­skiej dzieci uczęsz­czały na zaję­cia pro­wa­dzone przez szkoły reli­gijne (che­der i jesziwa)107 - nie było świec­kich szkół żydow­skich, takich jak funk­cjo­nu­jące w Łodzi czy War­sza­wie. Tam bowiem dzia­łała jedna z wielu świec­kich szkół żydow­skich - nale­żąca do sieci szkół CISZO108, utwo­rzo­nych i pro­wa­dzo­nych przez par­tię Bund, czyli Powszechny Żydow­ski Zwią­zek Robot­ni­czy na Litwie, w Pol­sce i Rosji109. Wspie­rały one język i kul­turę żydow­ską, przyj­mu­jąc, że jidysz jest ojczy­stym języ­kiem trzy­mi­lio­no­wej żydow­skiej spo­łecz­no­ści Pol­ski. "Rachunki, lite­ra­tura, histo­ria, przy­roda, wszyst­kie przed­mioty w mojej szkole były nauczane w języku jidysz" - wspo­mi­nał rówie­śnik Bau­mana Wło­dzi­mierz Szer110. "Codzien­nie też były lek­cje języka pol­skiego"111. Dzieci uczęsz­cza­jące do tych szkół uczyły się w atmos­fe­rze wol­nej od dys­kry­mi­na­cji i upo­ko­rzeń. Nie wyróż­niano w kla­sie uczniów "pol­skich" czy "żydow­skich". Podobny brak dys­kry­mi­na­cji pano­wał w szko­łach wyzna­nio­wych. O takiej szkole wspo­mina z kolei Marian Tur­ski112, rok młod­szy od Bau­mana, histo­ryk i dzien­ni­karz, który uczęsz­czał do reli­gij­nego żydow­skiego gim­na­zjum w Łodzi, w któ­rym kształ­cono dzieci lokal­nych elit. Tur­ski nie zaprze­czał ist­nie­niu anty­se­mi­ty­zmu w Łodzi czy w War­sza­wie, ale pod­kre­ślał, że on sam ni­gdy takich doświad­czeń jak Bau­man w szkole nie miał.

Więk­szość dzieci z rodzin żydow­skich uczyła się w oto­cze­niu grupy rówie­śni­czej nale­żą­cej do tej samej spo­łecz­no­ści (świec­kiej lub reli­gij­nej - okre­śla­nej jako żydow­ska)113. Nie­wiele osób było w sytu­acji Bau­mana. Jed­nak on sam jako dziecko nie mógł o tym wie­dzieć i swoje doświad­cze­nia trak­to­wał jako kon­se­kwen­cję wyż­szego prawa kształ­tu­ją­cego życie Żydów.

Szkoła powszechna była dla Bau­mana miej­scem róż­no­rod­nych doświad­czeń: tych trud­nych, zwią­za­nych z powszech­nym anty­se­mi­ty­zmem, ale też pozy­tyw­nych. Bau­man był lubiany przez nauczy­cieli, bo któż nie lubi oczy­ta­nych, chłon­nych wie­dzy uczniów? Miał też trzech przy­ja­ciół, któ­rzy - jak pisze w swym maszy­no­pi­sie - byli na swój spo­sób nie­ty­powi, każdy z nich był "szcze­gól­nym przy­pad­kiem"114. Pierw­szy był kiep­skiego zdro­wia i nie uczest­ni­czył w pełni w życiu kla­so­wym, drugi był synem kapi­tana woj­ska pol­skiego i Bau­man został wybrany przez jego ojca -miała to być zna­jo­mość pozy­tyw­nie wpły­wa­jąca na jego syna (cie­kawa stra­te­gia rodzi­ciel­ska, mająca praw­do­po­dob­nie na celu ochronę dziecka przed "złymi wpły­wami" rówie­śni­ków). Trzeci był zalęk­nio­nym synem wdowy i dzie­lił z Zyg­mun­tem pasję do ksią­żek. "To był jedyny przy­ja­ciel z dzie­ciń­stwa, któ­rego - na krótko - spo­tka­łem znów po woj­nie. Ucho­dził wtedy za jed­nego z naj­bar­dziej obie­cu­ją­cych mło­dych poetów Pol­ski Ludo­wej" - napi­sał Bau­man115.

Ta sytu­acja ule­gnie zmia­nie wraz z ukoń­cze­niem szkoły powszech­nej, w czerwcu 1938 roku.

W trak­cie waka­cji tegoż roku w życiu rodziny Bau­ma­nów nastą­pił prze­łom. Zyg­munt pomyśl­nie zdał egza­min wstępny do gim­na­zjum, a jego sio­stra Tosia (Teo­fila) wyemi­gro­wała do Pale­styny.

Teo­fila / Tosia / Tova i jej poko­le­nie

Gdy (...) uro­dzi­łem się (...), oboje Matka i Ojciec nie posia­dali się z rado­ści, co stało się źró­dłem cier­pie­nia mojej o sie­dem lat star­szej sio­stry, Tosi - pisał Bau­man. - Czuła nie bez racji, że w jej życiu poja­wił się groźny rywal, który był chłop­cem, a do tego młod­szym od niej (i praw­do­po­dob­nie już na zawsze najmłod­szym dziec­kiem w rodzi­nie). Nie godziła się dzie­lić z nim nie­po­dzielną dotąd uwagą rodzi­ców. Jej naj­gor­sze obawy oka­zały się słuszne. Uwaga rodzi­ców pozo­stała wpraw­dzie nie­po­dzielna, ale już nie na niej się kon­cen­tro­wała116.

To była typowa histo­ria naro­dzin dru­giego dziecka w rodzi­nie, w któ­rej życie kon­cen­tro­wało się uprzed­nio na jedy­naczce. W wielu kul­tu­rach, gdy dru­gie dziecko jest chłop­cem, a pierw­sze dziew­czynką, sytu­acja oka­zuje się o tyle trudna, że chłopcy stają się cen­tral­nym punk­tem rodziny. To oni - męscy potom­ko­wie - są trak­to­wani jako główni spad­ko­biercy. Podob­nie było u Bau­ma­nów: Matka "[w] mojej sio­strze nie pokła­dała więk­szych nadziei: Tosia była dziew­czynką, a dziew­czynka mogła pra­gnąć tylko dobrego mał­żeń­stwa i, wraz z jego zawar­ciem, wyzwo­le­nia się od rodzi­ców117.

Teo­fila, którą wszy­scy w rodzi­nie nazy­wali Tosią, w roku 1938 ukoń­czyła szkołę ogrod­ni­czą, utwo­rzoną w celu przy­go­to­wa­nia mło­dych Żydów - kan­dy­da­tów do alii - do życia w kibucu. W Pol­sce było wiele orga­ni­za­cji zaj­mu­ją­cych się naucza­niem zawo­dów przy­dat­nych w Pale­sty­nie; naj­bar­dziej znane to ORT118 (Gezel­shaft tsu far­sh­praytn melo­che un erf-arbeyt tsvi­shn yidn), He-Cha­luc119 i Gor­do­nia120. Pomimo tych grun­tow­nych przy­go­to­wań coraz trud­niej było wyje­chać z Pol­ski. Kan­dy­daci do alii byli liczni, a liczba wiz do Pale­styny ogra­ni­czona. Emi­gra­cje do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Kanady i Fran­cji rów­nież były bar­dzo trudne. Wyjazdy uda­wały się oso­bom zamoż­nym lub posia­da­ją­cym wspar­cie ze strony krew­nych za gra­nicą. Dodat­kowo po 1935 roku nastą­pił masowy exo­dus nie­miec­kich Żydów, któ­rzy sta­no­wili zna­czącą nową grupę imi­gra­cyjną w wymie­nio­nych kra­jach, przez co dla innych poten­cjal­nych imi­gran­tów moż­li­wo­ści się znacz­nie skur­czyły. Emi­gra­cja z Pol­ski pod koniec lat trzy­dzie­stych była bar­dzo trud­nym przed­się­wzię­ciem.

Mło­dzi ludzie tacy jak Teo­fila (Tosia), która miała 19 lat, mieli nie­wiel­kie moż­li­wo­ści zna­le­zie­nia pracy w Pol­sce121. Sio­stra Bau­mana zakoń­czyła edu­ka­cję ogrod­ni­czą rok po tym, kiedy Pol­ski Zwią­zek Ogrod­ni­ków w War­sza­wie na corocz­nym spo­tka­niu w maju 1937 roku uchwa­lił dwie rezo­lu­cje. Pierw­sza wpro­wa­dzała wymóg akre­dy­ta­cji ogra­ni­czony jedy­nie do pol­skich, "aryj­skich" ogrod­ni­ków. Druga rezo­lu­cja wyma­gała od człon­ków związku rezy­gna­cji zarówno z zakupu pro­duk­tów od Żydów, jak i sprze­daży im. W takiej sytu­acji nie było moż­li­wo­ści, aby żydow­ski ogrod­nik został przy­jęty do sto­wa­rzy­sze­nia ogrod­ni­ków122. Teo­fila Bau­man nie mogła liczyć na zna­le­zie­nie pracy w wyuczo­nym zawo­dzie. Nie było dla niej także miej­sca na pol­skich uczel­niach.

Brak moż­li­wo­ści stu­dio­wa­nia na uni­wer­sy­te­cie nie wyni­kał z tego, że Teo­fila była kobietą, ale z faktu, iż była Żydówką. Zresztą jak mogłaby przy­stą­pić do egza­mi­nów wstęp­nych, skoro żadne poznań­skie liceum nie wyda­łoby jej świa­dec­twa ukoń­cze­nia szkoły? Licea nie przyj­mo­wały żydow­skich uczniów. Tak więc pozba­wiono część poko­le­nia mło­dych pol­skich oby­wa­teli moż­li­wo­ści stu­dio­wa­nia w Pozna­niu, gdzie na uni­wer­sy­te­cie obo­wią­zy­wała zasada nume­rus nul­lus123, na mocy któ­rej nie przyj­mo­wano na wyż­sze stu­dia ani jed­nego żydow­skiego kan­dy­data.

Pol­skie uczel­nie od początku lat dwu­dzie­stych ubie­głego wieku były are­nami repre­sji stu­den­tów i kadry nale­żą­cych do mniej­szo­ści etnicz­nych. Klu­czowe pozy­cje w uni­wer­sy­tec­kich orga­ni­za­cjach stu­denc­kich i wydzia­ło­wych były zajęte przez repre­zen­tan­tów grup skraj­nie pra­wi­co­wych, nacjo­na­li­stycz­nych i anty­se­mic­kich, zafa­scy­no­wa­nych faszy­zmem. Reak­cja na falę anty­se­micką wewnątrz uni­wer­sy­tec­kiej spo­łecz­no­ści żydow­skiej była wie­lo­wy­mia­rowa124. Ogra­ni­cze­nie obec­no­ści Żydów na uni­wer­sy­te­tach było przy­czyną poli­tycz­nych kon­flik­tów w Mini­ster­stwie Wyznań Reli­gij­nych i Oświe­ce­nia Publicz­nego, w sej­mie, na uni­wer­sy­te­tach i wewnątrz róż­nych grup poli­tycz­nych125. Pierw­sza fala walki o wdro­że­nie dys­kry­mi­na­cyj­nych praw poja­wiła się w latach dwu­dzie­stych. Po stop­nio­wej eska­la­cji sytu­acja stała się wyjąt­kowo napięta w roku 1935, po śmierci Józefa Pił­sud­skiego, któ­rego zwal­czała ende­cja. Śmierć mar­szałka wzmoc­niła pozy­cję ende­cji, a jej sojusz­nik - Zwią­zek Aka­de­micki Mło­dzież Wszech­pol­ska - dzięki swej popu­lar­no­ści prze­kształ­cił pol­skie wyż­sze uczel­nie w śro­do­wi­sko zdo­mi­no­wane przez anty­se­mi­tyzm126. W tym okre­sie aktyw­nie roz­wi­jała się współ­praca z uni­wer­sy­te­tami nie­miec­kimi, pol­skie uni­wer­sy­tety gościły takie "oso­bo­wo­ści" jak Hans Frank, który wygło­sił prze­mó­wie­nie na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim (1938), czy też Joseph Goeb­bels, który został przy­jęty przez pro­fe­sora Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego Tade­usza Zie­liń­skiego127 (w 1934). Prze­jawy faszy­zmu i anty­se­mi­ty­zmu były zarówno insty­tu­cjo­nalne, jak i indy­wi­du­alne - więk­szość pro­fe­so­rów nie opo­no­wała, gdy wła­dze uni­wer­sy­tec­kie wpro­wa­dzały reguły segre­ga­cji. Także stu­dencka brać z zapa­łem prze­strze­gała "prawa" - bru­tal­nie dys­cy­pli­nu­jąc grupę kole­gów i kole­ża­nek wpi­sa­nych odgór­nie do dys­kry­mi­no­wa­nej kate­go­rii128.

Popar­cie dla anty­se­mic­kich postaw wśród stu­den­tów sym­bo­li­zo­wała zie­lona wstążka przy­pięta do klapy mary­narki (akcję zor­ga­ni­zo­wała Liga Zie­lo­nej Wstążki129). Ozna­czała ona, że noszący ten znak nie jest Żydem czy Żydówką, a więc nie musi zasia­dać w miej­scach zwa­nych "ław­ko­wym get­tem". Ławki stu­denc­kie były bowiem podzie­lone na te zaj­mo­wane przez Żydów i przez nie-Żydów. Jed­no­cze­śnie admi­ni­stra­cja uni­wer­sy­tetu wbi­jała spe­cjalną pie­czątkę w indek­sie, infor­mu­jąc tym samym o przy­na­leż­no­ści stu­denta do danej mniej­szo­ści etnicz­nej. Ta segre­ga­cja obej­mo­wała także brac­twa stu­denc­kie, któ­rych skład był zde­ter­mi­no­wany przy­na­leż­no­ścią etniczną130. Odpo­wie­dzial­ność za wpro­wa­dze­nie segre­ga­cyj­nych praw pono­szą rek­to­rzy uni­wer­sy­te­tów. Mogli je wpro­wa­dzić dzięki bra­kowi sprze­ci­wów ze strony pro­fe­sury i naci­skom mło­dzieży aka­de­mic­kiej. Nie­mniej jed­nak pod koniec lat trzy­dzie­stych XX wieku odno­to­wano kilka przy­kła­dów indy­wi­du­al­nych i zbio­ro­wych aktów oporu wobec rasi­stow­skich prze­pi­sów. Sprze­ci­wiali się nie­ży­dow­scy stu­denci i wykła­dowcy131. Nie­któ­rzy pro­fe­so­ro­wie132 pod­pi­sali się pod listami pro­te­sta­cyj­nymi prze­ciwko get­tom ław­ko­wym133, a rek­tor Uni­wer­sy­tetu Jana Kazi­mie­rza we Lwo­wie Sta­ni­sław Kul­czyń­ski odmó­wił zaję­cia miej­sca sie­dzą­cego, w cza­sie gdy stu­denci żydow­scy stali, i nie roz­po­czy­nał zajęć, dopóki nie usie­dli oni w ław­kach tak jak ich nieżydow­scy kole­dzy. Na uni­wer­sy­te­tach wybu­chały bar­dzo czę­sto krwawe bójki, w któ­rych pał­kami ata­ko­wano stu­den­tów i stu­dentki z przy­pi­saną kate­go­rią Żyda czy Żydówki, a także pro­fe­so­rów nie­sto­su­ją­cych rasi­stow­skich prze­pi­sów134.

Spo­łecz­ność aka­de­micka była podzie­lona pomię­dzy sym­pa­ty­ków "zie­lo­nej wstążki", pasyw­nych obser­wa­to­rów zajść i nie­wielką grupę stu­den­tów, któ­rzy orga­ni­zo­wali ochronę przed agre­syw­nymi zwo­len­ni­kami raso­wej segre­ga­cji ata­ku­ją­cymi dys­kry­mi­no­waną grupę, a także pro­fe­so­rów zwa­nych "Żydo­fi­lami" czy też "sza­bes­go­jami"135. Zamieszki były przy­czyną zawie­sza­nia zajęć w celu przy­wró­ce­nia spo­koju136. Ceną za powrót do nauki była naj­czę­ściej akcep­ta­cja rek­tora umoż­li­wia­jąca wpro­wa­dze­nie nowych anty­se­mic­kich praw.

Nume­rus clau­sus ogra­ni­czał dostęp Żydów na naj­po­pu­lar­niej­sze wydziały, usta­lony bowiem limit rekru­ta­cji odzwier­cie­dlał pro­por­cję Żydów do cało­ści popu­la­cji danego regionu. Stu­dia medyczne i praw­ni­cze, które cie­szyły się naj­więk­szym powo­dze­niem wśród mło­dzieży żydow­skiej (rekru­tu­ją­cej się z rodzin lekar­skich i praw­ni­czych), były szcze­gól­nie dotknięte tymi prze­pi­sami. Naj­trud­niej było ukoń­czyć medy­cynę, ponie­waż nie tylko zda­nie egza­minu wstęp­nego gra­ni­czyło z cudem (na jedno miej­sce były dzie­siątki kan­dy­da­tów), ale także zali­cze­nie nie­któ­rych zajęć było dla stu­den­tów dys­kry­mi­no­wa­nych utrud­nione z powodu segre­ga­cji "etniczno-reli­gij­nej". Kursy ana­to­mii i fizjo­lo­gii odby­wały się oddziel­nie, gdyż Żydzi nie mogli "kroić tru­pów chrze­ści­jań­skich", a zna­le­zie­nie "żydow­skich nie­bosz­czy­ków" było z kolei pra­wie nie­moż­liwe z powodu prze­pi­sów reli­gij­nych (juda­izm zaka­zuje sek­cji zwłok)137. Należy przy­po­mnieć, iż stu­denci medy­cyny nie byli prak­ty­ku­ją­cymi Żydami i nie czuli się oni ogra­ni­czeni zaka­zami reli­gij­nymi, nie­mniej jed­nak tak usta­no­wione rasi­stow­skie prawo zobo­wią­zy­wało ich do zna­le­zie­nia "żydow­skich tru­pów" w celu wyko­na­nia ćwi­czeń i zali­cze­nia zajęć. To wydłu­żało okres stu­dio­wa­nia co naj­mniej o rok - dwa lata138. Nie jest więc zaska­ku­jące, że zde­cy­do­wana więk­szość pol­skich Żydów stu­dio­wała za gra­nicą (oczy­wi­ście była to opcja dostępna dla dobrze upo­sa­żo­nych rodzin). Fran­cja, Szwaj­ca­ria, Bel­gia, a nawet Austria były głów­nymi kra­jami poby­tów edu­ka­cyj­nych przed oku­pa­cją nazi­stow­ską.

W Pozna­niu po kilku pro­te­stach stu­denc­kich (listo­pad 1931, marzec 1933) narzu­cono nume­rus nul­lus i w ten spo­sób "oczysz­czono" prze­strzeń uni­wer­sy­tecką z Żydów. Podobne zarzą­dze­nia wpro­wa­dzono w innych sek­to­rach edu­ka­cji i w poznań­skich lice­ach i gim­na­zjach zapa­no­wały "aryj­skie zasady". Bau­man pisze o tym okre­sie pięć­dzie­siąt lat póź­niej:

W latach bez­po­śred­nio poprze­dza­ją­cych wojnę anty­se­mi­tyzm sta­wał się coraz bar­dziej jado­wity i coraz gor­li­wiej poszu­ki­wał prak­tycz­nych roz­wią­zań (...). Coraz czę­ściej czy­ta­li­śmy o aktach fizycz­nej prze­mocy: o biciu stu­den­tów żydow­skich na uni­wer­sy­te­tach, o mini­po­gro­mach sze­rzą­cych się we wsiach i pro­win­cjo­nal­nych mia­stecz­kach, o naśla­dow­cach faszy­stow­skich bojów­ka­rzy, któ­rzy nawie­dzali żydow­skie szte­tle apa­tycz­nie obser­wo­wani przez nie­in­ter­we­niu­jącą poli­cję139.

Taka sytu­acja dopro­wa­dziła do emi­gra­cji Teo­fili Bau­man. Sio­stra Zyg­munta nie miała posagu, ponie­waż jej rodzi­ców nie stać było na oszczę­dza­nie, żyli skrom­nie "od wypłaty do wypłaty". Człon­ko­wie rodziny wspo­mi­nają także, że Teo­fila nie była zain­te­re­so­wana dal­szą edu­ka­cją i zamąż­pój­ście wyda­wało się dla niej naj­lep­szym pla­nem na przy­szłość. Zgod­nie z rodzinną tra­dy­cją (wszyst­kie sio­stry Zofii wyszły za mąż dzięki pomocy swatki) Zofia zaczęła szu­kać dla swej córki męża140. Kan­dy­dat oka­zał się boga­tym wdow­cem z dwójką dzieci star­szych od Teo­fili. Był to nie­miecki Żyd, bie­gle wła­da­jący zarówno jidysz, jak i nie­mieckim, ale słabo mówiący po pol­sku. Naja­trak­cyj­niej­sza cecha kan­dy­data, mia­no­wi­cie liczne hek­tary jego majątku ziem­skiego znaj­du­ją­cego się w połu­dnio­wej Pol­sce, nie była jed­nak wystar­cza­ją­cym atu­tem i Tosia wyper­swa­do­wała matce pomysł poślu­bie­nia wdowca. W takiej sytu­acji Zofia roz­po­częła poszu­ki­wa­nie nowego kan­dy­data na męża. Tym razem z suk­ce­sem. Tosia wyszła za mąż z miło­ści. To była roman­tyczna, acz­kol­wiek krótka histo­ria.

Latem 1938 roku odbyły się Targi Poznań­skie i Bau­ma­no­wie, któ­rzy miesz­kali tuż obok tere­nów tar­go­wych, wyna­jęli jeden pokój han­dlow­cowi z zagra­nicy. Młody męż­czy­zna przy­był z Pale­styny i natych­miast zako­chał się w Tosi - z wza­jem­no­ścią. Zor­ga­ni­zo­wano bły­ska­wiczny ślub, dzięki któ­remu Tosia mogła po wyjeź­dzie swo­jego męża podą­żyć za nim do Pale­styny. Rok póź­niej, w sierp­niu 1939 roku, pomimo że była w ciąży, Tosia wraz z mężem i kil­ku­mie­sięczną córeczką przy­je­chała do Pozna­nia odwie­dzić rodzi­ców i brata. Dzięki bry­tyj­skim pasz­por­tom mło­dej rodzi­nie z Pale­styny udało się opu­ścić Pol­skę kil­ka­na­ście dni po wybu­chu dru­giej wojny świa­to­wej (sze­rzej na ten temat w kolej­nym roz­dziale).

Bau­man opi­sy­wał histo­rię swo­jej sio­stry w ofi­cjal­nych powo­jen­nych doku­men­tach. Był do tego zmu­szony jak każdy, kto posia­dał "członka rodziny prze­by­wa­ją­cego za gra­nicą". W życio­ry­sie, który Bau­man w 1949 roku załą­czył do poda­nia o przy­ję­cie do PZPR, można prze­czy­tać:

Sio­stra (Teo­fila), star­sza ode mnie o 6 i 1/2 roku, w 1938 r. skoń­czyła szkołę ogrod­ni­czą w Pozna­niu. Nie posia­dała żad­nej per­spek­tywy na otrzy­ma­nie pracy. Z tego względu rodzice skło­nili ją do wyjazdu do Pale­styny, wyko­rzy­stu­jąc przy­pad­kowy pobyt w Pozna­niu oby­wa­tela pale­styń­skiego Barzi­laya Yedi­dya - Mizra­chi141, z któ­rym sio­stra zawarła zwią­zek mał­żeń­ski. Od tej chwili sio­stra prze­bywa w Pale­sty­nie, gdzie pra­cuje w fabryce prze­two­rów owo­co­wych w Givat Bren­ner w cha­rak­te­rze labo­rantki. Z pierw­szym mężem dawno się roz­wio­dła - jest żoną trak­to­rzy­sty Gabrieli. Zdą­żyła stać się syjo­nistką - szo­wi­nistką i dolewa oliwy do ognia tęsk­noty ojca do "pań­stwa żydow­skiego"142.

Rok póź­niej w ankie­cie spe­cjal­nej, typo­wym doku­men­cie wypeł­nia­nym przez pra­cow­ni­ków insty­tu­cji pań­stwo­wych, na pyta­nie nr 29: "Kto z Waszej rodziny lub krew­nych znaj­duje się za gra­nicą, gdzie, od kiedy, z jakich powo­dów, czym się trudni. Sto­pień pokre­wień­stwa, nazwi­sko i imię źró­dła utrzy­ma­nia dokładny adres" Bau­man wpi­sał: "Sio­stra Tova Gabrieli (Teo­fila Bau­man) w pań­stwie Izrael m. Gevat Bren­ner, pra­cow­nica fabryki prze­two­rów owo­co­wych (mlecz­nych?). W Pale­sty­nie od 1938 r. Wyje­chała ze względu na brak pracy. D.C. [dal­szy ciąg] patrz rubryka 44" (ciąg dal­szy jest w rubryce 42, a nie 44).

Dane o bra­ciach i sio­strach oraz ich mał­żon­kach: [odpo­wiedź wpi­sana odręcz­nie przez Bau­mana] Sio­stra Towa Gabrieli (przed wojną Teo­fila Bau­man) c. [córka] Mau­ry­cego i Zofii, ur. we Wło­cławku 29.01.1919, mężatka, bez majątku, wykształ­ce­nie - szkoła ogrod­ni­cza w Pozna­niu, zawód - ogrod­nik (?), syjo­nistka - nacjo­na­listka (praw­do­po­dob­nie czł. "Mapaj"143?) (...). Od 1948 żad­nego kon­taktu z sio­strą nie utrzy­muję i stąd moż­li­wość nie­do­kład­nych infor­ma­cji.

[Ankieta spe­cjalna, pod­pi­sana 15 sierp­nia 1950 r.]144

Trudno stwier­dzić, czy dekla­ra­cja zerwa­nia kon­taktu z sio­strą "syjo­nistką - nacjo­na­listką" była pro forma, czy rze­czy­wi­ście Bau­man prze­stał z nią pisy­wać. Wia­domo nato­miast, że jego rodzice utrzy­my­wali kon­takt z córką, a Bau­man wtedy miesz­kał z rodzi­cami, więc nie był odizo­lo­wany od infor­ma­cji przy­cho­dzą­cych zza morza. Nie­mniej jed­nak nie można wyklu­czyć, iż nie miał on bli­skich rela­cji z sio­strą, która była peł­no­let­nia i opu­ściła dom, gdy jej brat miał 13 lat. Ich drogi się wtedy roze­szły. W 1938 roku Teo­fila zaczęła doro­słe życie, two­rząc wła­sną rodzinę w Pale­sty­nie, z daleka od rodzin­nego domu, a Zyg­munt sku­pił się na zda­niu egza­minu wstęp­nego do gim­na­zjum. A było to pra­wie nie­moż­liwe do reali­za­cji przed­się­wzię­cie.

Szkołę powszechną ukoń­czy­łem z dosko­na­łymi wyni­kami, a mimo to szansa, że dostanę się do gim­na­zjum Ber­gera była zni­koma. Nie­po­kój o rezul­taty egza­mi­nów wstęp­nych towa­rzy­szył mi w cza­sie bły­ska­wicz­nego romansu, ślubu i nagłego wyjazdu mojej sio­stry. To było dłu­gie, gorące i obfi­tu­jące w ważne wyda­rze­nia lato145.

Gim­na­zjum w ław­ko­wym get­cie

Publiczne szkoły powszechne w Pol­sce w latach trzy­dzie­stych XX wieku były otwarte dla dzieci z kate­go­rii "mniej­szo­ści etnicz­nych", ale już sytu­acja w szko­łach śred­nich była zróż­ni­co­wana, bowiem nie­które na wzór uni­wer­sy­te­tów sto­so­wały selek­cję na tle raso­wym (nume­rus clau­sus). Przed drugą wojną świa­tową pol­skie szkoły śred­nie kształ­ciły dzieci klas śred­nich, przy­go­to­wu­jąc je do pracy w róż­nych zawo­dach - tym zaj­mo­wały się gim­na­zja niż­sze. Gim­na­zja wyż­sze nato­miast były insty­tu­cjami dla wybra­nej grupy, która kon­ty­nu­owała naukę do matury. Bau­man jak więk­szość dobrych uczniów aspi­ro­wał do "dłu­giego stu­dio­wa­nia" i dla­tego po szó­stej kla­sie szkoły pod­sta­wo­wej przy­stą­pił do egza­minu wstęp­nego do gim­na­zjum. W Pozna­niu tylko dwie szkoły (w przy­wo­ły­wa­nym tu ręko­pi­sie Zyg­munt Bau­man podaje, że jedna) dawały moż­li­wość wybra­nym żydow­skim uczniom kon­ty­nu­owa­nia nauki w publicz­nej insty­tu­cji - oczy­wi­ście w ści­słym limi­cie okre­ślo­nym przez nume­rus clau­sus. Kan­dy­daci prze­cho­dzili bar­dzo rygo­ry­styczne egza­miny, które pozo­sta­wały na długo w pamięci uczniów. Zyg­munt Bau­man pięć­dzie­siąt lat póź­niej w nastę­pu­jący spo­sób opi­sał swą egza­mi­na­cyjną tremę, która nie­omal była przy­czyną porażki:

W tydzień po pisem­nych przy­szła moja kolej na egza­miny ustne. Dyrek­tor gim­na­zjum sie­dział na podium i miał przed sobą nasze prace pisemne. Kazano mi usiąść w ławce obok Pro­fe­sora (tak tytu­ło­wano wtedy nauczy­cieli gim­na­zjal­nych), który prze­pro­wa­dzał egza­min. Umie­ra­łem ze stra­chu, trzę­słem się i nie bar­dzo wie­dzia­łem, co się wokół mnie dzieje. Egza­mi­na­tor trak­to­wał mnie z chłodną uprzej­mo­ścią i naj­wy­raź­niej nie obcho­dził go stan moich ner­wów. Zada­nie było pro­ste: "opisz swoją codzienną drogę do szkoły". Zasko­czyło mnie to. Ocze­ki­wa­łem, że będę musiał ana­li­zo­wać do głębi niu­anse jed­nego z klej­no­tów lite­ra­tury pol­skiej albo zawi­ło­ści pogma­twa­nej pol­skiej histo­rii. Zga­dza­łoby się to bar­dziej z moim wyobra­że­niem gim­na­zjum jako świą­tyni mądro­ści. Nie­ocze­ki­wana łatwość zada­nia spra­wiła, że sie­działem osłu­piały, z tru­dem usi­łu­jąc zebrać roz­bie­gane myśli. Pierw­sze zda­nie, które zdo­ła­łem wykrztu­sić, było kata­strofą: zamiast powie­dzieć, że miesz­kam w naroż­nym domu, oznaj­mi­łem: "miesz­kam w naroż­nej ulicy". Ujrza­łem z prze­ra­że­niem zło­śliwy uśmie­szek wypeł­za­jący na twarz mojego oprawcy. Był naj­wy­raź­niej zado­wo­lony. Myślał sobie pew­nie z satys­fak­cją: "jak łatwo udało mi się pozbyć przy­naj­mniej tego jed­nego!". I za chwilę posłałby mnie do domu, gdyby nagle nie ode­zwał się Dyrek­tor. "Pro­szę mi wyba­czyć, panie Pro­fe­so­rze", powie­dział, "ten chło­piec nie wymaga egza­minów ust­nych. Otrzy­mał naj­wyż­sze oceny za obie prace pisemne i został już przy­jęty". Te słowa, kwa­śny wyraz zawodu, jaki nagle zastą­pił uśmiech try­umfu na twa­rzy egza­minatora, gwał­towne łomo­ta­nie mojego serca, łzy Matki, która na wpół żywa ze zde­ner­wo­wa­nia cze­kała na kory­ta­rzu - wszystko razem sto­piło się we mnie w zawrotne uczu­cie szczę­ścia i pozo­stało na zawsze naj­szczę­śliw­szym wspo­mnie­niem z lat mojego dzie­ciń­stwa. To było pierw­sze osią­gnię­cie, jakie zawdzię­cza­łem wyłącz­nie wła­snemu wysił­kowi, pierw­sze zwy­cię­stwo odnie­sione wbrew przy­tła­cza­ją­cym, nie­ubła­ga­nym prze­ciw­no­ściom losu146.

W taki oto spo­sób Zyg­munt Bau­man zapa­mię­tał swoje przy­sło­wiowe wiel­błą­dzie przej­ście przez ucho igielne. W lecie 1938 roku został jed­nym z nie­wielu żydow­skich chłop­ców zali­czo­nych w poczet uczniów gim­na­zjum pań­stwo­wego w Pozna­niu. Według archi­wum szkol­nego tej insty­tu­cji tylko pię­ciu z czter­dzie­stu dzie­wię­ciu uczniów zre­kru­to­wa­nych do klasy pierw­szej A w 1938 roku147 było "naro­do­wo­ści żydow­skiej", czyli około 5% pierw­sza­ków. Była to zara­zem połowa śred­niego kra­jo­wego odsetka "naro­do­wo­ści żydow­skiej w odnie­sie­niu do popu­la­cji Pola­ków". Aku­rat tego roku trzech z pię­ciu żydow­skich uczniów pierw­szej klasy powta­rzało ją, co pozo­sta­wiało jedy­nie dwa wolne miej­sca dla żydow­skich kan­dy­da­tów. Jedno z nich wywal­czył Zyg­munt.

W latach trzy­dzie­stych Gim­na­zjum im. Ber­gera było uwa­żane za naj­lep­szą męską szkołę śred­nią w Pozna­niu i w całej Wiel­ko­pol­sce. Według doku­men­tów źró­dło­wych pióra zało­ży­ciela tej insty­tu­cji - Got­thilfa Ber­gera - szkoła miała przyj­mo­wać uczniów bez względu na ich pocho­dze­nie etniczne i reli­gię. Możemy sobie wyobra­zić, jak szczę­śliwi byli rodzice Zyg­munta, gdy się oka­zało, że ich jedyny syn stał się czę­ścią tej eli­tar­nej insty­tu­cji. Zyg­munt także był szczę­śliwy, ale szybko dowie­dział się, że nawet ta eli­tarna szkoła nie pod­cho­dzi do wszyst­kich uczniów jed­na­kowo. Trak­to­wa­nie żydow­skich uczniów w pol­skich gim­na­zjach pań­stwo­wych było zde­ter­mi­no­wane zasadą nume­rus clau­sus, a także wią­zało się ze spo­łecz­nym ostra­cy­zmem i anty­se­mi­ty­zmem wyra­ża­nymi otwar­cie przez nauczy­cieli i kole­gów z klasy148. Nie­stety, Gim­na­zjum im. Ber­gera nie róż­niło się od innych pol­skich szkół w tym wzglę­dzie.

W kilka dni póź­niej nad­szedł wielki dzień. Pęka­jąc z dumy w ber­ge­row­skiej czapce gim­na­zjal­nej, która w spo­sób widomy i nie­za­prze­czalny świad­czyła o mojej pro­mo­cji do rangi członka zna­ko­mi­tej pol­skiej inte­li­gen­cji, dotar­łem do drzwi pierw­szej klasy. Nie zdą­ży­łem jesz­cze prze­kro­czyć progu, gdy spa­dła na mnie lawina kuk­sań­ców i kop­nia­ków. Cią­gnięty i popy­chany, stra­ci­łem kon­trolę nad wła­snymi nogami i posu­wa­łem się - a raczej byłem posu­wany - w kie­runku odle­głego kąta po lewej stro­nie klasy. Czy­jeś ręce cisnęły mnie wresz­cie na ławkę w ostat­nim rzę­dzie. "Tu jest twoje miej­sce, ty Żydzie, i ani się waż szu­kać lep­szego".

Kilka minut trwało, nim oprzy­tom­nia­łem. W kla­sie pano­wał na­dal wielki hałas i zamie­sza­nie. Dopiero po chwili zauwa­ży­łem, że w get­cie, do któ­rego dosta­łem przy­dział, nie będę samotny. Z kłę­bo­wi­ska wście­kłych twa­rzy, poskrę­ca­nych ciał, fru­wa­ją­cych pię­ści wyła­niały się jakieś chwiejne posta­cie, które - jedną po dru­giej - ciskano na ławki w ostat­nim rzę­dzie. Kiedy dzięki poja­wie­niu się wycho­wawcy w kla­sie zapano­wał wresz­cie spo­kój, rozej­rza­łem się dookoła i spo­strze­głem cztery pobla­dłe twa­rze. Prócz mnie czte­rej inni chłopcy ukrad­kiem zer­kali na sie­bie nawza­jem. Czte­rej inni chłopcy o oczach mokrych od łez wstydu uni­kali wzroku tych, któ­rzy byli świad­kami ich poni­że­nia149.

Zyg­munt Bau­man nie był już jedy­nym Żydem w kla­sie. Teraz dołą­czył do innych, któ­rzy marzyli o sta­niu się czę­ścią elity - mło­dym kwia­tem pol­skiej inte­li­gen­cji. Przy­ję­cie pierw­szego dnia i to, co potem nastą­piło, miało na celu pod­cię­cie skrzy­deł, znisz­cze­nie marzeń o rów­no­ści i pozba­wie­nie god­no­ści. Był to silny sygnał, że jako Żydzi nie są peł­no­praw­nymi człon­kami uczniow­skiej spo­łecz­no­ści. Tym sil­niej­szy, że pocho­dził od tej spo­łecz­no­ści, uczniów i kadry nauczy­ciel­skiej.

O ile mi wia­domo, żaden z nauczy­cieli nie kwe­stio­no­wał narzu­co­nego nam zamknię­cia w get­cie. Nie­któ­rzy z nich sta­rali się wyra­zić apro­batę, trak­tu­jąc rezy­den­tów getta w spe­cjalny spo­sób. Nauczy­ciel lite­ra­tury pol­skiej, na przy­kład, zadaw­szy całej kla­sie szcze­gól­nie pod­chwy­tliwe pyta­nie, ich przede wszyst­kim, jed­nego po dru­gim, wzy­wał do odpo­wie­dzi. Podob­nie jak sędzio­wie w kon­kur­sach pięk­no­ści robił to w odwrot­nej kolej­no­ści: zaczy­nał od naj­mniej zdol­nego żydow­skiego chłopca, który miał zni­komą szansę udzie­le­nia pra­wi­dło­wej odpo­wie­dzi, po to, aby mieć pew­ność, że żydow­ska ciem­nota będzie w pełni zde­ma­sko­wana. Miło mi donieść, że byłem ostat­nim spo­śród bra­nych na spytki, i że zwy­kle na mnie cała ta heca koń­czyła się - z braku innych Żydów oczy­wi­ście, ale także dla­tego iż w wiel­kiej mie­rze ule­gała tu pod­wa­że­niu teza o zbio­ro­wej nie­zdol­no­ści żydow­skiej rasy do zgłę­bie­nia taj­ni­ków lite­ra­tury pol­skiej.

Podobną tak­tykę sto­so­wał nauczy­ciel mate­ma­tyki, cho­ciaż czego chciał w ten spo­sób dowieść, było mniej oczy­wi­ste. Nauczy­ciel geo­gra­fii podał do wia­do­mo­ści publicz­nej, że wie­dza, jaką posia­dają Żydzi, musi być zdo­by­wana w nie cał­kiem uczciwy spo­sób. Z tej przy­czyny sta­wiał im niż­sze stop­nie niż nie­ży­dow­skim uczniom o podob­nej wie­dzy. Nie potra­fi­łem odpo­ku­to­wać jedy­nego błędu w dzie­dzi­nie geo­gra­fii, jaki zro­bi­łem w ciągu całego roku szkol­nego (wymie­nia­jąc nie­wła­ściwe mine­rały, z któ­rych zbu­do­wane są Góry Świę­to­krzy­skie), i na zakoń­cze­nie pierw­szej klasy otrzy­ma­łem zale­d­wie dosta­teczny sto­pień z tego przed­miotu. Nie­któ­rzy nauczy­ciele wszakże roz­myśl­nie igno­ro­wali nie­wi­dzialne mury getta. Zwłasz­cza nauczy­ciel histo­rii wyraź­nie wsty­dził się nauczać w tak podzie­lo­nej kla­sie. Zróż­ni­co­wa­nie postaw nauczy­cieli miało nie­mal dokładne odbi­cie w posta­wach uczniów. A prze­cież nikt spo­śród moich nauczy­cieli czy też kole­gów nie-Żydów nie pró­bo­wał prze­ciw­sta­wić się "życio­wym fak­tom". Podział był solidny i trwały, gdyż ci, któ­rym na nim zale­żało, byli aktywni, pod­czas gdy ci, któ­rzy go nie uzna­wali, przy­glą­dali się tylko150.

Solidny i stały podział znaj­do­wał odzwier­cie­dle­nie w oce­nach uczniów tego gim­na­zjum, w któ­rym pro­mo­cja do następ­nej klasy była nie lada wyzwa­niem. Ośmioro z czter­dzie­stu dzie­wię­ciu uczniów w kla­sie Bau­mana nie ukoń­czyło pierw­szego roku (jeden z powodu złego stanu zdro­wia, inny ze wzglę­dów finan­so­wych, a pozo­stali zre­zy­gno­wali z nauki). Śred­nia ocena w skali od 2 do 5 wyno­siła 3. Jedy­nie sze­ściu uczniów uzy­skało śred­nią ocenę dobrą, a tylko jeden uzy­skał ogólną ocenę bar­dzo dobrą. Zyg­munt Bau­man zajął dru­gie miej­sce w swej kla­sie. Pomimo tego był prze­ko­nany o byciu dys­kry­mi­no­wa­nym przez nauczy­cieli. Jeden z nich wyja­śnił Zyg­muntowi, że chciałby wysta­wić mu naj­lep­szą ocenę, ponie­waż na to zasłu­żył, ale nie mógł, co uza­sad­niał w nastę­pu­jący spo­sób: "(...) bar­dzo dobrze rozu­miesz, że z twoim pocho­dze­niem jest to nie­moż­liwe. Nie możesz być naj­lep­szy w kla­sie. To miej­sce jest zare­zer­wo­wane dla pol­skiego ucznia"151.

Można tę spe­cy­ficzną logikę zesta­wić ze stop­niami z poszcze­gól­nych przed­mio­tów, porów­nu­jąc oceny Bau­mana oraz pry­musa z jego klasy. Naj­wyż­szą pozy­cję uzy­skał Kazi­mierz Skrzyp­czak ze śred­nią ocen 4,4, a Zyg­munt otrzy­mał 4,0. Skrzyp­czak pod koniec roku miał naj­lep­sze stop­nie ze wszyst­kich przed­mio­tów z wyjąt­kiem wycho­wa­nia fizycz­nego, rysunku i prac ręcz­nych.

Bau­man nie był w sta­nie uzy­skać naj­lep­szej oceny z reli­gii (któ­rej naucza­nie kon­cen­tro­wało się na kato­li­cy­zmie). Śred­nią zani­żały także geo­gra­fia (na koniec roku miał 4, a nie 3, jak pisze w maszy­no­pi­sie - trójka była oceną pół­roczną) i rysu­nek (także czwórka). Naj­praw­do­po­dob­niej wspo­mniany w maszy­no­pi­sie nauczy­ciel geo­gra­fii, wie­rzący, że żydow­scy ucznio­wie nie zdo­byli swo­jej wie­dzy w spo­sób "cał­ko­wi­cie uczciwy", mógł nie­spra­wie­dli­wie oce­nić postępy Zyg­munta (tego nie można już zba­dać). Nato­miast z pew­no­ścią Bau­man nie był dys­kry­mi­no­wany przez wycho­wawcę klasy, który posta­wił mu na koniec roku piątkę z zacho­wa­nia. Piątki otrzy­mał rów­nież z języka pol­skiego, histo­rii, łaciny, bio­lo­gii i mate­ma­tyki. Inte­re­su­jące jest to, że Bau­man zaczął uczyć się angiel­skiego w gim­na­zjum - w cza­sach, gdy nie był to naj­bar­dziej popu­larny język obcy w Pol­sce - i uzy­skał z niego naj­wyż­szą ocenę. Z gim­na­styki i prac ręcz­nych Bau­man otrzy­mał dosta­teczny, co zdaje się potwier­dzać ste­reo­typ nerda sku­pio­nego na nauce i mało spraw­nego fizycz­nie i manu­al­nie.

Tak więc Bau­man nie był pry­mu­sem kla­so­wym, był dru­gim uczniem, zgod­nie z powszech­nym prze­ko­na­niem o niż­szo­ści żydow­skich uczniów: nie­za­leż­nie od jako­ści wyko­na­nej pracy pierw­sze miej­sce w kla­sie było zare­zer­wo­wane dla nie-Żydów. Był to "natu­ralny fakt życia" - jak cynicz­nie okre­ślił Bau­man tę per­ma­nentną dys­kry­mi­na­cję. Była to konieczna część nega­tyw­nego obrazu spo­łecz­no­ści żydow­skiej prze­ka­zy­wana przez pol­skie szkoły. Ten "natu­ralny fakt życia" czy też dys­kry­mi­na­cyjny porzą­dek znaj­do­wał odzwier­cie­dle­nie w pod­ręcz­ni­kach szkol­nych. Histo­ryk Kamil Kijek pisał, że w pod­ręcz­ni­kach szkół publicz­nych w niż­szych kla­sach mniej­szo­ści naro­dowe w ogóle się nie poja­wiały, nato­miast w wyż­szych kla­sach Żydów przed­sta­wiano w spo­sób jed­no­znacz­nie nega­tywny. Żyd był pre­zen­to­wany jako "obcy". Te tek­sty umiesz­czone w pod­ręcz­ni­kach nie przed­sta­wiały Żydów jako zwy­kłych oby­wa­teli lub peł­no­praw­nych człon­ków wspól­noty, którą nazy­wano ojczy­zną152.

W szkole śred­niej sytu­acja Bau­mana jed­no­cze­śnie się popra­wiła i pogor­szyła. Pogor­sze­nie nastą­piło na sku­tek o wiele bar­dziej agre­syw­nego trak­to­wa­nia przez rówie­śni­ków. Poprawa sytu­acji zwią­zana nato­miast była z obec­no­ścią innych szkol­nych towa­rzy­szy nale­żą­cych do tej samej prze­śla­do­wa­nej grupy. To z nimi - nie­wielką grupą wyklu­czo­nych - Bau­man mógł dzie­lić poczu­cie bycia napięt­no­wa­nym. Pięć­dzie­siąt lat po tych doświad­cze­niach pisał:

Nale­że­nie do pew­nej grupy, pew­nej kate­go­rii, dzie­le­nie z innymi narzu­co­nej nam w spo­sób bez­względny nie­doli, rady­kal­nie odmie­niło moje życie. Prze­sta­łem nagle być odosob­nio­nym przy­pad­kiem, kimś zmu­szo­nym do pole­ga­nia na wła­snym rozu­mie i zdol­nym liczyć wyłącz­nie na sie­bie. W moim życiu zaist­niało teraz coś dziw­nego: "wspólna sprawa", a także "wspólna obrona". (...) Jed­nakże naj­waż­niej­sza zmiana pole­gała na tym, że byłem teraz oto­czony przy­ja­ciółmi - pew­nymi, bo wyzna­czo­nymi z góry (...). Nasze indy­wi­du­alne losy, że tak powiem, zwią­zane były ze sobą na dobre i na złe. Nawet to, czy lubi­li­śmy się nawza­jem, czy też nie, było bez zna­cze­nia. Byli­śmy razem nie­jako z urzędu. Nasz zwią­zek nie wyni­kał z miło­ści czy sym­pa­tii; raczej poprze­dzał wszyst­kie uczu­cia. Czy­niło go to solid­nym w spo­sób, jakiego wcze­śniej nie zna­łem. Ale także, być może, nieco mniej ludz­kim...153

W wieku 13 lat, po zda­niu egza­minu i sta­niu się uczniem eli­tar­nej szkoły, Bau­man musiał się nauczyć także poczu­cia przy­na­leż­no­ści do grupy uczniow­skiej "dru­giej kate­go­rii". Pięt­no­wa­nie rodziło poczu­cie "bycia gor­szym", osobą pozba­wioną pew­nych praw, co z kolei powo­do­wało poczu­cie bycia "mniej ludz­kim". Wyni­kało ono głów­nie z tego, że agre­so­rami nie byli chu­li­gani czy jakieś lokalne męty. To byli kole­dzy z klasy, któ­rzy za przy­zwo­le­niem lub dzięki bra­kowi reak­cji nauczy­cieli doko­ny­wali aktów prze­mocy, mają­cych na celu utrzy­ma­nie tejże "natu­ral­nej" segre­ga­cji.

Takiego stanu rze­czy w szko­łach uczyły się zarówno ofiary, jak i agre­so­rzy. Był to destruk­cyjny pro­ces, który przy­go­to­wał ofiary na to, że będą ata­ko­wane, i uczył mło­dzież nale­żącą do domi­nu­ją­cej grupy, że ucznio­wie zasia­da­jący w get­to­wych ław­kach nie są ludźmi. To była powszechna prak­tyka - "oczy­wi­sta" i "natu­ralna". Spe­cy­ficzny podział ról na katów i ofiary... Szkoła odzwier­cie­dlała reguły panu­jące w "doro­słym" spo­łe­czeń­stwie. Czy takie prak­tyki nie sta­no­wiły przy­go­to­wań - swo­jego rodzaju prób gene­ral­nych - do pogro­mów, które w owym cza­sie wybu­chały tu i ówdzie?

Rasizm podą­żał za Pola­kami-Żydami na każ­dym eta­pie ich życia: od uro­dze­nia, przez szkołę, uni­wer­sy­tet, po firmy i insty­tu­cje; był wszech­obecny w życiu zawo­do­wym, sto­wa­rzy­sze­niach pro­fe­sjo­na­li­stów, zrze­sze­niach kul­tu­ro­wych i innych gru­pach spo­łecz­nych. Nic więc dziw­nego, że w latach oku­pa­cji nie­miec­kiej Polacy-Żydzi cier­pieli z powodu wro­go­ści lub zwy­kłej obo­jęt­no­ści swo­ich sąsia­dów. Prze­szli oni bowiem przez dosko­nale imple­men­to­wany pro­ces dehu­ma­ni­za­cji mający na celu prze­kształ­ce­nie ich - oby­wa­teli pol­skich, Pola­ków-Żydów - w kate­go­rię "gor­szych oby­wa­teli". Ten pro­ces roz­po­czął się wiele lat przed drugą wojną świa­tową i przy­czy­nił się do Holo­kau­stu154.

Rasizm insty­tu­cjo­nalny roz­prze­strze­niał się codzien­nie, krok po kroku155 - nio­sąc coraz to nowe ogra­ni­cze­nia. Ta wszech­obecna i śmier­telna cho­roba zatru­wała nie tylko pol­skie spo­łe­czeń­stwo. Inne kraje euro­pej­skie także ule­gły uro­kowi faszy­stów i nacjo­na­li­stycz­nych ide­olo­gii. Każdy z nich - Niemcy, Wło­chy, Hisz­pa­nia, Pol­ska, Rumu­nia, Węgry - marzył o swej wiel­kiej "Ojczyź­nie" skom­po­no­wa­nej z oby­wa­teli "czy­stej" rasy -jed­nego pocho­dze­nia etnicz­nego. To chore pra­gnie­nie dopro­wa­dziło do dru­giej wojny świa­to­wej.

W Pozna­niu nie­wiele było pro­te­stów prze­ciwko rasi­stow­skim pra­wom i nie­ludz­kiemu trak­to­wa­niu oby­wa­teli pol­skich nale­żą­cych do kate­go­rii "naro­do­wość żydow­ska". Sytu­acja znacz­nie pogor­szyła się jesie­nią 1938 roku po nocy krysz­ta­ło­wej156, gdy na sku­tek maso­wych prze­śla­do­wań tysiące nie­miec­kich Żydów opu­ściło swój kraj. Rów­no­le­gle rząd nie­miecki prze­pro­wa­dził "Pole­nak­tion", w ramach któ­rej wypę­dził kilka tysięcy pol­skich oby­wa­teli - Żydów, wysie­dla­jąc ich na pol­sko-nie­miecką gra­nicę, gdzie więk­szość z nich prze­by­wała w obo­zie dla uchodź­ców w Zbą­szy­niu. Pano­wały tam straszne warunki: głód, brak dachu nad głową i brak moż­li­wo­ści opusz­cze­nia tego miej­sca, które stało się wię­zie­niem tysięcy ludzi. Przy­czy­niło się to do licz­nych cho­rób i zgo­nów osób, które będąc oby­wa­te­lami pol­skimi, nie miały prawa wjazdu na tery­to­rium II Rze­czy­po­spo­li­tej. Przez kilka mie­sięcy, począw­szy od paź­dzier­nika 1938 roku, pol­ski rząd pię­trzył prze­szkody, twier­dząc, że uchodźcy z Nie­miec nie są praw­dzi­wymi oby­wa­te­lami pol­skimi, ponie­waż są Żydami157. Prasa endecka sączyła jad anty­se­mi­ty­zmu, opo­wia­da­jąc histo­ryjki z obozu w Zbą­szy­niu, które miały na celu wzbu­dze­nie paniki i stra­chu przed maso­wym napły­wem pol­sko-nie­miecko-żydow­skich uchodź­ców. W kon­tek­ście znacz­nego bez­ro­bo­cia i stop­nio­wego wzro­stu stopy opo­dat­ko­wa­nia wia­do­mo­ści te tylko wzmac­niały anty­se­mi­tyzm.

Poznań, odda­lony o mniej wię­cej 80 kilo­me­trów od Zbą­szy­nia, był naj­więk­szym mia­stem w tej czę­ści Pol­ski i atmos­fera w nim była szcze­gól­nie nie­przy­ja­zna dla osób postrze­ga­nych jako nie­po­lscy i nie­ka­to­liccy miesz­kańcy kraju. Ten anty­se­micki kli­mat był także obecny w Gim­na­zjum Ber­gera, nie­mniej jed­nak w obli­czu kry­zysu i tra­ge­dii uchodź­ców - ofiar "Pole­nak­tion", jak wspo­mi­nał w swej książce Noach Lasman158, kolega z klasy Bau­mana: "Dyrek­tor gim­na­zjum Ber­gera, pro­fe­sor Konieczny, uznał za uspra­wie­dli­wioną nie­obec­ność żydow­skich uczniów poma­ga­ją­cych uchodź­com. Zosta­li­śmy ofi­cjal­nie zwol­nieni z nauki na nie­okre­ślony czas, choć nie wiem, czy stało się tak z ini­cja­tywy samego dyrek­tora, czy może na prośbę Zarządu Gminy albo poznań­skiego rabina. Gmina natych­miast zarzą­dziła zbiórkę pie­nię­dzy na zakup żyw­no­ści i jej przed­sta­wi­ciele razem z pierw­szą grupą mło­dzieży poje­chali do Zbą­szy­nia, chcąc się zorien­to­wać, jak i w czym można tam pomóc"159. Nie wia­domo, czy Zyg­munt uczest­ni­czył w pomocy uchodź­com. Pole­gała ona także na przy­ję­ciu we wła­snym domu kilku osób. Wyma­gało to wiel­kiego wysiłku, ale spo­łecz­ność żydow­ska Pozna­nia była świet­nie zor­ga­ni­zo­wana. Lasman pisze, że w obli­czu tra­ge­dii uchodź­czej nawet naj­gor­sze gazety anty­se­mic­kie przy­ci­chły na chwilę160. Ale zanie­cha­nie szczu­cia nie trwało długo i poprzed­nie normy spo­łeczne regu­lu­jące współ­ży­cie miesz­kań­ców Pozna­nia (tak jak i innych miejsc w Pol­sce) nie­ba­wem powró­ciły.

Szkoła odzwier­cie­dlała ota­cza­jące ją śro­do­wi­sko - anty­se­mic­kie, rasi­stow­skie zacho­wa­nia trak­to­wane były jako "oczy­wi­ste"; zde­cy­do­wana więk­szość ludzi (zarówno prze­śla­du­jący, jak i prze­śla­do­wani) uwa­żała je za natu­ralne. To była trudna lek­cja, któ­rej Zyg­munt Bau­man doświad­czył na początku swo­jego życia: ucznio­wie i nauczy­ciele mogą być rasi­stami i go dys­kry­mi­no­wać. Nie było to doświad­cze­nie wszyst­kich uczniów pol­sko-żydow­skich miesz­ka­ją­cych w Rze­czy­po­spo­li­tej. Podob­nie jak w przy­padku szkół powszech­nych, rów­nież w insty­tu­cjach dru­giego stop­nia naucza­nia wielu człon­ków żydow­skiej spo­łecz­no­ści uczęsz­czało do pro­wa­dzo­nych przez żydow­skich nauczy­cieli szkół reli­gij­nych lub świec­kich - dla tych uczniów szkoła nie była miej­scem dys­kry­mi­na­cji raso­wej. Nie­stety, eli­tarne szkoły śred­nie były naj­czę­ściej publiczne, a w nich prawa segre­ga­cji raso­wej były sto­so­wane w bar­dziej lub mniej zaawan­so­wa­nej postaci. Zyg­munt Bau­man i jego rodzice odrzu­cali modele edu­ka­cyjne prze­zna­czone dla człon­ków dys­kry­mi­no­wa­nych mniej­szo­ści. Jako oby­wa­tele pol­scy się­gnęli po pol­ski, eli­tarny model edu­ka­cji i wią­zała się z tym cena, jaką Zyg­munt musiał zapła­cić za bycie w murach kształ­cą­cych pol­ską inte­li­gen­cję. Bau­man nie był osa­mot­niony w tym trud­nym doświad­cze­niu i mógł je dzie­lić z małą grupą osób rów­nie dys­kry­mi­no­wa­nych jak on. Z nimi też roz­wi­jał marze­nia o przy­szło­ści pozba­wio­nej podzia­łów na lep­szych i gor­szych człon­ków danej spo­łecz­no­ści.

Szo­mer w Haszo­mer Hacair

Orga­ni­za­cja Haszo­mer Hacair [pol. Młody Straż­nik] (...) przy­łą­czyła się do Hecha­lucu w Pale­sty­nie w 1925 r. (w Pol­sce w 1928 r.), uzy­sku­jąc sta­tus auto­no­miczny. Haszo­mer Hacair nale­żał do naj­bar­dziej wpły­wo­wych orga­ni­za­cji syjo­ni­stycz­nych w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym, choć nie dążył do tego, by stać się ruchem maso­wym. Jego ide­olo­gia kry­sta­li­zo­wała się w gru­pach mło­dzieży syjo­ni­stycz­nej na tere­nie Gali­cji jesz­cze przed wybu­chem pierw­szej wojny świa­to­wej, póź­niej w zabo­rze rosyj­skim. (...) Czło­nek ruchu (hebr. szo­mer) miał obo­wią­zek pracy na rzecz reali­za­cji pro­gramu syjo­ni­stycz­nego przez wspie­ra­nie akcji żydow­skich fun­du­szy naro­do­wych, samo­kształ­ce­nie (przede wszyst­kim opa­no­wa­nie języka hebraj­skiego) oraz aliję i pracę w rol­ni­czym kolek­ty­wie w Pale­sty­nie. Haszo­mer Hacair sta­wiała sobie za cel wycho­wa­nie naro­do­wej awan­gardy Żydów. Wyróż­niała się budo­wa­niem sil­nych i bli­skich przy­jaźni oraz poczu­cia bra­ter­stwa, tak że przy­na­leż­ność do ruchu mogła zastą­pić jego człon­kom więzy rodzinne161.

Bau­man nie musiał zastę­po­wać życia rodzin­nego przy­na­leż­no­ścią do orga­ni­za­cji. Nie­mniej jed­nak jak więk­szość nasto­lat­ków, zwłasz­cza dys­kry­mi­no­wa­nych w szkole, chęt­nie przy­stał do grupy takich jak on - uczniów z ław­ko­wych gett. Zapi­sał się do syjo­ni­stycz­nej orga­ni­za­cji mło­dzie­żo­wej, któ­rej spo­tka­nia urzą­dzano w dużej sali nie­uży­wa­nej syna­gogi na rogu ulic Domi­ni­kań­skiej i Szew­skiej. Zebra­nia odby­wały się w

nędz­nym, zapusz­czo­nym pokoju, w jed­nym z budyn­ków, jakie spo­koj­nie koń­czyły swój długi żywot na kilku ulicz­kach pozo­sta­łych po daw­nej dziel­nicy żydow­skiej. W pokoju zasta­łem grupę chłop­ców i dziew­cząt mniej wię­cej w moim wieku. Two­rzyli oni poznań­ską gałąź Haszo­mer Hacair.

Z tą chwilą w moim życiu nastą­piło wiel­kie zamie­sza­nie. Nale­ża­łem teraz do grupy, która zaak­cep­to­wała mnie tylko dla­tego, że nie miała powodu mnie odpra­wić. W odróż­nie­niu ode mnie inni chłopcy i dziew­częta nie byli "szcze­gól­nymi przy­pad­kami": ja sam też prze­sta­łem wkrótce być "szcze­gól­nym przy­pad­kiem". Roz­ma­wia­li­śmy, kłó­ci­li­śmy się, tań­czy­li­śmy, bili­śmy się w spo­sób, który - jak dotąd sądzi­łem - przy­słu­gi­wał tylko ludziom nor­mal­nym, a więc nie mnie. W tym pokoju o łusz­czą­cych się ścia­nach byłem wszyst­kim, czym nie mogłem być poza nim. Zja­dłem zaka­zany owoc z drzewa wol­no­ści i olśniło mnie, że życie może być inne, niż było dotych­czas - i to nie tylko dwa razy w tygo­dniu po połu­dniu. Świat prze­stał nagle wyda­wać mi się raz na zawsze okre­ślony i nie­wzru­szalny. Dotąd mia­łem jedyny wybór: godzić się ze swoim życiem albo z nim się roz­stać. Teraz poczu­łem, że mam już tego dosyć. Ale z życiem nie zamie­rza­łem się roz­sta­wać162.

Grupa, do któ­rej przy­na­le­żał, dała Bau­ma­nowi moc, przy­wró­ciła mu god­ność, wypo­sa­żyła w spraw­czość i zain­spi­ro­wała marze­nia. Wpły­nęło to na całe jego podej­ście do przy­szło­ści i zmie­niło postrze­ga­nie życia wokół. Odtąd rasi­stow­skie trak­to­wa­nie nie będzie uzna­wane za "natu­ralne". Pojawi się pra­gnie­nie, aby coś zmie­nić, napra­wić, znieść nie­spra­wie­dliwe prze­pisy i prawa. Tych zmian mie­liby doko­nać człon­ko­wie mło­dej i dyna­micz­nej orga­ni­za­cji. Nie była to wyjąt­kowa reak­cja na przy­na­leż­ność do tej grupy, jak suge­rują bowiem liczne świa­dec­twa szo­me­rów, mieli oni podobne odczu­cia wyzwo­le­nia (choćby chwi­lo­wego) z cię­żaru dys­kry­mi­na­cji.

"Tu odby­wały się nasze zebra­nia163, wygła­szano refe­raty, co rusz przy­jeż­dżał ktoś z pre­lek­cją albo odczy­tem z zaprzy­jaź­nio­nych orga­ni­za­cji szo­me­row­skich z Wło­cławka, z War­szawy, z Kali­sza" - wspo­mi­nała Fira Małe­mo­dzon, człon­kini Haszo­mer Hacair z grupy poznań­skiej, córka odno­szą­cego suk­cesy biz­nes­mena. "Było nas około stu osób, wszy­scy mło­dzi. Tań­czy­li­śmy horę, czyli taniec, w któ­rym dziew­częta i chłopcy, śpie­wa­jąc oraz trzy­ma­jąc się za ramiona, krążą w kręgu i przy­tu­pują. (...) Tu mówiono nam o sytu­acji Żydów w Pale­sty­nie! Odby­wały się pre­lek­cje na temat naszej histo­rii i kul­tury. Przy­cho­dziły listy z kibu­ców od tych, któ­rzy już tam wyje­chali. Słu­cha­łam tego i budziła się we mnie duma, że jestem Żydówką! (...) Dotąd byłam zwią­zana z poszcze­gól­nymi Żydami, któ­rych lubi­łam, ale wię­cej kole­ża­nek mia­łam wśród Polek. W szo­me­rach zaczę­łam iden­ty­fi­ko­wać się z Żydami jako takimi. Zna­la­złam się wśród grona rówie­śni­ków i poczu­łam, że jestem jedną z nich. Gdzieś przy­na­leżę164.

Bau­man w podobny spo­sób odczuł przy­na­leż­ność do tej orga­ni­za­cji. Nawet reli­gijny cere­mo­niał przej­ścia w doro­słość - bar micwa165 - który Bau­man odbył w wieku 13 lat, nie spo­wo­do­wał odna­le­zie­nia się w "swo­jej gru­pie". Tę iden­ty­fi­ka­cyjną rolę odgry­wała Haszo­mer Hacair, jak dekla­ro­wał Bau­man wiele lat póź­niej:

Patrząc wstecz, myślę, że wpro­wa­dził mnie w błąd tryb życia, jaki wtedy wie­dli­śmy, a nie nasze wyobra­że­nie przy­szłego życia - trwały obraz spra­wie­dli­wego świata, o któ­rym odtąd marzy­łem i który ści­gam po dzień dzi­siej­szy.

Świat naszych marzeń nazy­wał się Syjon, nie wie­rzę jed­nak, że ta nazwa doty­czyła jakie­goś kon­kret­nego, okre­ślo­nego miej­sca, nie o to mnie cho­dziło. Syjon znaj­do­wał się w lasach winiar­skich, gdzie po raz pierw­szy w życiu doświad­czy­łem roz­ko­szy święta Pierw­szego Maja w bez­piecz­nym towa­rzy­stwie moich nowych przy­ja­ciół. Syjon to był prze­dziwny świat bez drę­czy­cieli. Świat, w któ­rym ludzi lubiono lub nie lubiono za to, co robili, a nie za to, kim byli. W Syjo­nie wszy­scy byli sobie równi, chyba że ktoś wolał być inny. Nie było Żydów i nie-Żydów, boga­tych i bied­nych, poten­ta­tów i nędza­rzy. Każdy miał prawo być sza­no­wany. Z nikogo nie szy­dzono dla­tego, że był inny166.

Haszo­mer Hacair miał być przy­go­to­wa­niem do przy­szłego życia. Był poli­go­nem, który uczył, jak być aktyw­nym i jak kon­stru­ować swoje życie, zamiast cier­pieć z powodu tego, co stwo­rzyli inni. Jak dzia­łać, zamiast być pasyw­nym. Haszo­mer dawał lek­cję, którą człon­ko­wie przy­swa­jali na długo - z dekla­ra­cji Bau­mana wygląda na to, że nie­któ­rzy na całe życie. Przy­na­leż­ność do tej orga­ni­za­cji była punk­tem zwrot­nym167, roz­po­czy­na­ją­cym pro­ces trwa­łej trans­for­ma­cji, która dała Bau­ma­nowi pasję zmie­nia­nia świata na lep­sze. Ta zmiana inspi­ro­wana była ide­ałami socja­li­zmu. Zyg­munt Bau­man haszo­mer­skimi drzwiami wcho­dził w doro­słe życie.

W ostat­nim roku przed wybu­chem wojny Bau­man gwał­tow­nie urósł. Stał się wyso­kim i szczu­płym mło­dzień­cem - do końca życia zacho­wał smu­kłą syl­wetkę. Ten szczę­śliwy haszo­mer­ski okres w jego życiu trwał bar­dzo krótko.

We wrze­śniu 1939 roku wybu­chła wojna.

Z krót­kiego, pół­rocz­nego zale­d­wie doświad­cze­nia w orga­ni­za­cji Haszo­mer Hacair wyło­ni­łem się jako czło­wiek zde­cy­do­wany zmie­nić świat. I jako socja­li­sta. I jako smu­kły mło­dzie­niec. Bo w ciągu tych prze­ło­mo­wych sze­ściu mie­sięcy stra­ci­łem cały swój tłuszcz. A wkrótce potem swój dom - na zawsze. I swój ojczy­sty kraj - po raz pierw­szy168.

Roz­dział 3

Uchodź­czy los Poznań - Moło­deczno (1939-1944)

kum­pel

mie­li­śmy na pustyni Kum­pla

modli­li­śmy się do Niego

opie­prza­li­śmy Go

nie byli­śmy Jego

naro­dem wybra­nym

lecz jedy­nym

wyście mieli swo­ich Bogów

i wy i wy i wy

lecz nasz wam się spodo­bał

a wy Jemu ot kokietka

odkąd awan­so­wał

wy nas

w Imię Boże

tępi­cie

wh, 3 czerwca 2008169

Wybuch wojny

Pią­tek, 1 wrze­śnia 1939 roku, godzina 6.30. W radiu sły­chać głos spi­kera Zbi­gniewa Świę­to­chow­skiego:

Halo, halo, tu War­szawa i wszyst­kie roz­gło­śnie Pol­skiego Radia. Dziś rano o godzi­nie pią­tej minut czter­dzie­ści oddziały nie­miec­kie prze­kro­czyły gra­nicę pol­ską, łamiąc pakt o nie­agre­sji. Bom­bar­do­wano sze­reg miast. Za chwilę usły­szą pań­stwo komu­ni­kat spe­cjalny.

Następ­nie wyemi­to­wano nagrany już dwa dni wcze­śniej komu­ni­kat spe­cjalny, który odczy­tał Józef Mał­go­rzew­ski:

A więc wojna! Z dniem dzi­siej­szym wszel­kie sprawy i zagad­nie­nia scho­dzą na plan dal­szy. Całe nasze życie publiczne i pry­watne prze­sta­wiamy na spe­cjalne tory. Weszli­śmy w okres wojny. Cały wysi­łek narodu musi iść w jed­nym kie­runku. Wszy­scy jeste­śmy żoł­nie­rzami. Musimy myśleć tylko o jed­nym: Walka, aż do zwy­cię­stwa!

Jak wszyst­kie pol­skie rodziny Bau­ma­no­wie wraz z Tosią i jej mężem, któ­rzy wła­śnie odwie­dzali rodzi­ców w Pozna­niu, naj­praw­do­po­dob­niej słu­chali tej wia­do­mo­ści (była emi­to­wana wie­lo­krot­nie tego ranka). W Pozna­niu nie było czasu na scep­ty­cyzm i roz­wa­ża­nia, czy wojna rze­czy­wi­ście się zaczęła, czy nie. Już 1 wrze­śnia o godzi­nie 8.30 wyły syreny ochrony prze­ciw­lot­ni­czej, ostrze­ga­jąc przed nalo­tem. Ogólna mobi­li­za­cja zarzą­dzona 30 sierp­nia wpro­wa­dziła cały kraj we fre­ne­tyczny ruch. Rezer­wi­ści pró­bo­wali dołą­czyć do wyzna­czo­nych im puł­ków, pod­czas gdy całe rodziny ucie­kały z miast na wieś, szu­ka­jąc bez­piecz­nego miej­sca na prze­cze­ka­nie "wojen­nych dni". Z kolei prze­by­wa­jący na wsiach i w kuror­tach miesz­kańcy miast sta­rali się natych­miast powró­cić do swych miesz­kań. Wszyst­kie drogi komu­ni­ka­cyjne i środki trans­portu wypeł­nione były tłu­mem. Powstał jeden gigan­tyczny korek unie­moż­li­wia­jący sprawne prze­miesz­cza­nie się - zara­zem ide­alny cel dla nie­miec­kiego lot­nic­twa. Mówiło się, że wojna nie potrwa długo, i pano­wało powszechne prze­ko­na­nie o rychłej pomocy alian­tów. Ocze­ki­wano także, że pol­skie woj­ska pora­dzą sobie z ata­kiem i wypę­dzą Niem­ców. Spe­ku­lo­wano, że to sprawa kilku dni, może tygo­dni, ale na pewno nie wielu mie­sięcy. Naj­bar­dziej pesy­mi­styczny sce­na­riusz prze­wi­dy­wał zawar­cie pokoju przed świę­tami Bożego Naro­dze­nia. Wie­rzono, że potężne kraje sojusz­ni­cze - Wielka Bry­ta­nia i Fran­cja - przyjdą na ratu­nek Pol­sce. Prze­ko­na­nie, iż taki sce­na­riusz nastąpi, było powszechne. Tak powszechne jak nie­do­wie­rza­nie, że Hitler w obli­czu wszyst­kich zapew­nień Zachodu o zbroj­nej pomocy Pol­sce zde­cy­duje się na najazd swych wschod­nich sąsia­dów. Taka ówcze­sna ocena sytu­acji odpo­wiada po czę­ści na pyta­nie, dla­czego lud­ność cywilna roz­po­częła masowy exo­dus na wschód dopiero po pierw­szych nalo­tach 1 wrze­śnia. Woj­sko Pol­skie było zdru­zgo­tane sku­tecz­no­ścią i szyb­ko­ścią hitle­row­skiej armii, ale też jej miaż­dżącą prze­wagą liczebną i tech­niczną. Nato­miast lud­ność cywilna była oszo­ło­miona agre­syw­no­ścią wojsk nie­miec­kich.

Poznań został zbom­bar­do­wany już pierw­szego dnia wojny, i to kil­ka­krot­nie. W połu­dnie trzy­dzie­ści jeden samo­lo­tów Hein­kel He 111, lata­ją­cych pod osłoną eska­dry myśliw­ców Mes­ser­sch­mitt Bf 109, zaata­ko­wało lot­ni­sko na Ławicy, główny dwo­rzec kole­jowy, woj­skowe koszary na Jeży­cach i mosty na War­cie. Drugi nalot nastą­pił po połu­dniu, a trzeci około zmierz­chu.

Kamie­nica, w któ­rej miesz­kali Bau­ma­no­wie, znaj­do­wała się w pobliżu ata­ko­wa­nych obiek­tów. Około stu bomb spa­dło na sta­cję kole­jową i fabrykę pro­du­ku­jącą mun­dury woj­skowe, znaj­du­jącą się zale­d­wie dwie prze­cznice od ulicy Prusa. Następ­nego dnia mar­sza­łek Edward Rydz-Śmi­gły roz­ka­zał wyco­fy­wa­nie się w kie­runku wschod­nim. Wła­dze cen­tralne opu­ściły War­szawę. W dużych mia­stach gorączka ucieczki i stra­te­gia zgru­po­wa­nia na wscho­dzie spo­wo­do­wały nie tylko wyjazd woj­sko­wych, ale i lokal­nych elit. Roz­kaz ewa­ku­acji obej­mo­wał bowiem żoł­nie­rzy, ale także urzęd­ni­ków pań­stwo­wych i kościel­nych wyż­szej rangi. W ślad za nimi ruszyła lud­ność cywilna.

Trze­ciego wrze­śnia Wielka Bry­ta­nia i Fran­cja wypo­wie­działy Hitle­rowi wojnę. Ta dekla­ra­cja obu­dziła wiel­kie nadzieje Pola­ków. Zamiast wycze­ki­wa­nej pomocy obser­wo­wano reali­za­cję przez nie­miec­kie woj­ska mister­nie przy­go­to­wa­nego planu, pokaz mistrzo­stwa w zasto­so­wa­niu w prak­tyce ter­minu blitz­krieg.

Lud­ność cywilna ucie­kała, korzy­sta­jąc z cha­otycz­nych połą­czeń kole­jo­wych. W rejo­nie Pozna­nia pociągi kur­so­wały do 3 wrze­śnia, kiedy to zostały zbom­bar­do­wane mosty na War­cie. Rodzina Bau­ma­nów była jedną z tysięcy pol­skich rodzin sta­ra­ją­cych się ujść śmier­cio­no­śnym nalo­tom. Wszy­scy domow­nicy z miesz­ka­nia przy ulicy Prusa 17/5 byli razem, gdyż Mau­ry­cego, który w momen­cie wybu­chu wojny miał 49 lat, nie objęła mobi­li­za­cja. Nie tylko z powodu wieku czy też cho­rej nogi (ojciec Bau­mana uty­kał). Spo­śród pol­sko-żydow­skiej męskiej czę­ści spo­łe­czeń­stwa zostali powo­łani głów­nie byli zawo­dowi żoł­nie­rze i ofi­ce­ro­wie rezerwy - najczę­ściej doty­czyło to leka­rzy i inży­nie­rów. W póź­nych latach trzy­dzie­stych pol­skich Żydów nie uwa­żano za praw­dzi­wych Pola­ków i mobi­li­za­cja gene­ralna ich na ogół nie objęła170.

W momen­cie wybu­chu wojny Bau­ma­no­wie byli zatem w domu w kom­ple­cie, a Zyg­munt przy­go­to­wy­wał się do roz­po­czę­cia dru­giej klasy w Gim­na­zjum im. Ber­gera, co miało nastą­pić w ponie­dzia­łek, 4 wrze­śnia.

[W] nocy 2 wrze­śnia jed­nym z ostat­nich pocią­gów odjeż­dża­ją­cych z oblę­żo­nego mia­sta opu­ści­li­śmy Poznań171. Na dwo­rzec prze­kra­dli­śmy się w ciem­no­ściach kry­jąc się w bra­mach ile­kroć nad­cią­gała nowa fala wro­gich samo­lo­tów. Zebra­li­śmy ze sobą tyle tylko, ile mogli­śmy udźwi­gnąć172.

"Myśmy się nie pako­wali, myśmy ucie­kali!"173 - opo­wia­dał Bau­man ze szcze­gó­łami o swych doświad­cze­niach wojen­nych w 2015 roku. "To, co było pod ręką, to myśmy zabrali. Nie­da­leko od Prusa jest dwo­rzec kole­jowy, ale tato, star­szy pan (z nie cał­kiem władną koń­czyną), i matka, i smar­katy chło­pak, i co myśmy mogli zabrać? Każdy po wiązce cze­goś".

W maszy­no­pi­sie Bau­man wspo­mina także o sio­strze Teo­fili, która musiała pozo­sta­wić rze­czy przy­wie­zione z Pale­styny, bo trzy­mała na rękach córeczkę.

Na dworcu kole­jo­wym oka­zało się, że nic nie działa, jak powinno, i tłumy wsia­dają do pocią­gów bez bile­tów. Podró­żo­wa­nie na "gapę" jed­nak nie wyda­wało się ojcu Bau­mana moż­liwe:

(...) ojciec był wycho­wany w takim pury­tań­skim duchu i nie chciał wsiąść do pociągu, dla­tego że nie było kas otwar­tych i nie można było zapła­cić za prze­jazd. I jakoś on sobie nie mógł... Sumie­nie mu nie pozwa­lało. Dla­tego wyje­cha­li­śmy ostat­nim pocią­giem, bo tam już nie było kole­ja­rzy w kasach. A potem doje­cha­li­śmy tym pocią­giem tylko do Ino­wro­cła­wia, bo dalej tory były już zdru­zgo­tane, i w ogóle cały czas piko­wały samo­loty nie­miec­kie nad dwor­cem, i dalej pociągi nie cho­dziły. (...) Tak to było. Tak że ta ucieczka była bar­dzo dra­ma­tyczna.

A w manu­skryp­cie174 pisał Bau­man:

Samo­loty towa­rzy­szyły nam przez całą drogę. - Kilka razy pociąg zatrzy­mał się i pasa­że­ro­wie powy­ska­ki­wali z wago­nów, aby się pod nimi skryć. (...)

Roz­zu­chwa­lone bra­kiem jakie­go­kol­wiek oporu samo­loty nie­miec­kie szpi­ko­wały pociągi kulami. (...) Wresz­cie w Ino­wro­cła­wiu, po prze­je­cha­niu około stu pięć­dzie­się­ciu kilo­me­trów, nasza podróż dobie­gła końca: pociągi, które zdo­łały poje­chać dalej na wschód, zostały doszczęt­nie roz­bite i cały sys­tem kole­jowy prze­stał funk­cjo­no­wać. Budynki dwor­cowe w Ino­wro­cła­wiu obró­ciły się w gruz175.

Z tego miej­sca do Wło­cławka, gdzie miesz­kała rodzina Zofii, było 65 kilo­me­trów - tę odle­głość Bau­ma­no­wie poko­nali fur­manką. Na tym odcinku ucie­ki­nie­rzy także byli bom­bar­do­wani przez samo­loty Luft­waffe:

Nie­mieccy piloci naj­wy­raź­niej znaj­do­wali przy­jem­ność w popi­sy­wa­niu się swo­imi umie­jęt­no­ściami. Zni­żali się nie­mal do ziemi, by po chwili wzbić się w niebo i zato­czyć kilka fan­ta­zyj­nych pętli czy krę­gów, po czem znów gwał­tow­nie zapi­ko­wać w dół. Czę­sto samo­lot prze­la­ty­wał tak nisko, iż mógł­bym przy­siąc, że dostrze­ga­łem zło­śliwy uśmie­szek na twa­rzy pilota176.

"To było kosz­marne - Bau­man pod­su­mo­wał opo­wia­da­nie o nalo­tach - jesz­cze nie było Auschwitzu wtedy ani Tre­blinki, ale atmos­ferka była nie­przy­jemna".

To zda­nie Bau­man wypo­wie­dział z zaci­śnię­tymi ustami. Ostat­nie słowa brzmią cynicz­nie, ale naj­praw­do­po­dob­niej był to spo­sób, w jaki radził on sobie z bole­snymi wspo­mnie­niami doty­czą­cymi trau­ma­tycz­nych zda­rzeń z okresu, kiedy był czter­na­sto­lat­kiem. W naszej roz­mo­wie, opo­wia­da­jąc o woj­nie, Bau­man odtwo­rzył dra­ma­tyczny los ucie­ki­nie­rów - dzieci, osób star­szych, kobiet i męż­czyzn (więk­szość pol­skich męż­czyzn była w dro­dze do swo­ich oddzia­łów, a część wal­czyła, pró­bu­jąc powstrzy­mać nie­miecką inwa­zję), cho­rych i nie­peł­no­spraw­nych, ran­nych - w tych pierw­szych dniach.

Samo­loty Luft­waffe bom­bar­do­wały nastę­pu­ją­cymi po sobie falami, zabi­ja­jąc i raniąc tysiące osób177. Bez­bronni i prze­ra­żeni cywile pró­bo­wali uciec lub cho­wać się w oko­pach bądź w przy­droż­nych lasach. Kiedy wyda­wało się, że zagro­że­nie minęło, i opusz­czali swoje kry­jówki, mes­ser­sch­mitty poja­wiały się wtedy nagle w gru­pach i lecąc bar­dzo bli­sko ziemi, ata­ko­wały ucie­ka­ją­cych ludzi. Śmier­telne popisy spraw­no­ści lot­ni­ków Luft­waffe powo­do­wały popłoch i panikę. To było prze­ra­ża­jące doświad­cze­nie, na zawsze pozo­sta­jące w pamięci - uczu­cie bycia zwie­rzyną łowną, na którą czyha masa bez­li­to­snych myśli­wych. W takich sytu­acjach uczest­nicy exo­dusu mają poczu­cie, iż każda sekunda może być ostat­nia. Podob­nie jak pozo­stali ucie­ki­nie­rzy, nasto­letni Bau­man był świad­kiem wszech­obec­nej śmierci. Takie prze­ży­cia nazna­czają świad­ków na całe życie. Bau­man jed­nak nie roz­wi­jał w naszych roz­mo­wach tego tematu. Prze­ry­wał swoje opo­wia­da­nie krót­kim zda­niem: "Tysiące czy setki tysięcy ludzi miało takie doświad­cze­nia - nic oso­bli­wego w tym nie ma". Dal­szy ciąg rela­cji doty­czył już innego typu doświad­cze­nia, które nie było udzia­łem wszyst­kich ucie­ka­ją­cych Pola­ków.

Bau­ma­no­wie przy­byli w końcu do rodzin­nego mia­sta Zofii - Wło­cławka.

Ciotki spo­dzie­wały się chyba naszego przy­jazdu, nie pamię­tam wszakże, by ucie­szyły się, że udało nam się uciec z Pozna­nia. Umie­ściły nas w pustym miesz­ka­niu nale­żą­cym do rodziny, która ucie­kła na wschód po czem prze­stały się o nas trosz­czyć. Mimo to nie pano­wa­li­śmy nad naszym losem. Pona­glane koniecz­no­ścią nie­do­bitki zwy­cię­żo­nej armii pol­skiej w pośpie­chu ucie­kały na wschód - konno, na chłop­skich wozach, pie­chotą. Wkrótce z ulic Wło­cławka znik­nęli ostatni żoł­nie­rze i w mie­ście zapa­no­wała zło­wiesz­cza cisza. I wtedy zja­wili się Niemcy. Na moto­cy­klach, cię­ża­rów­kach, czoł­gach178.

Pierw­sze dni wojny przy­nio­sły natych­mia­stowe i rady­kalne zmiany w życiu miesz­kań­ców zdo­by­tych miej­sco­wo­ści. Armia nie­miecka bar­dzo szybko podą­żała na wschód i nie­prze­jed­naną siłą i ter­ro­rem narzu­ciła nowe zasady obo­wią­zu­jące na oku­po­wa­nych tery­to­riach. Szcze­gól­nie okrutne prze­pisy obej­mo­wały lud­ność żydow­ską. Nie­ży­dow­scy Polacy nie byli zobo­wią­zani do nosze­nia na ubra­niach znaku krzyża lub innych reli­gij­nych sym­boli, tak jak to było w przy­padku żydow­skich Pola­ków. Wło­cła­wek był jed­nym z pierw­szych miast, w któ­rym naka­zano nosze­nie "żół­tej łaty". Bau­man opi­suje, jak jego rodzina dosto­so­wała się do tego styg­ma­ty­zu­ją­cego nakazu:

W kilka dni póź­niej Matka pocięła na kawałki moją żółtą piżamę i uszyła trój­kąty, które następ­nie przy­szyła do naszych płasz­czy - narzu­cony przez nowych wład­ców znak wyróż­nia­jący nas jako Żydów. Z tymi żół­tymi trój­ką­tami na ple­cach cho­dzi­li­śmy odtąd po jezdni, umiesz­czeni sym­bo­licz­nie poni­żej zwy­kłych ludzi, któ­rzy na­dal uży­wali chod­ni­ków179.

Po latach roz­ma­itych prze­ja­wów segre­ga­cji, takich jak na przy­kład getto ław­kowe czy doku­menty uczniow­skie pod­stem­plo­wane literą Ż, nad­szedł czas, kiedy Zyg­munt Bau­man otrzy­mał widoczną ety­kietę dys­kry­mi­na­cyjną180. To był pod­sta­wowy krok, który umoż­li­wiał natych­mia­stowe przy­dzie­le­nie go do prze­śla­do­wa­nej kate­go­rii. Ofi­cjal­nie potwier­dzono przy­na­leż­ność do gor­szego gatunku ludzi, co dawało innym prawo do prze­śla­do­wań.

W pierw­szych tygo­dniach wojny wła­dze nie­miec­kie prze­śla­do­wały człon­ków nazna­czo­nej grupy w róż­no­rodny spo­sób. Były to zarówno akty prze­mocy fizycz­nej, jak i czę­ste przy­padki degra­da­cji psy­chicz­nej181. Jedną z czę­sto prak­ty­ko­wa­nych form znę­ca­nia się było publiczne obci­na­nie bród orto­dok­syj­nych Żydów przez nie­miec­kich żoł­nie­rzy. Ale nie trzeba było być orto­dok­syj­nym Żydem, aby stać się obiek­tem degra­da­cji. Mau­rycy - ojciec Zyg­munta - został poni­żony na oczach całej swo­jej rodziny. Bau­man opo­wia­dał mi o tym waż­nym wyda­rze­niu, poprze­dza­jąc to psy­cho­lo­gicz­nym stwier­dze­niem, które (moim zda­niem) miało na celu zbu­do­wa­nie dystansu do opo­wia­da­nego zaj­ścia. Dystans jest bowiem potrzebny do okieł­zna­nia bole­snych wspo­mnień.

To są takie (...) opi­sane tysiąc razy zda­rze­nia, jak dzie­ciak trak­tuje ojca jako wszech­mo­gą­cego boga i nagle widzi, jak go upo­ka­rzają, i to jest zała­ma­nie całego świa­to­po­glądu. To mi się wła­ści­wie przy­da­rzyło, bo ojcu kazali Niemcy zbie­rać nawóz z ulicy gołymi rękoma, nie dali mu żad­nych łopat czy szu­fli, czy... Jak ja to zoba­czy­łem, to powie­dzia­łem, że ja już tutaj nie zostanę. (...) Poszczę­ściło się..., bo gdy­by­śmy zostali, to byłoby zupeł­nie ina­czej.

Bau­man zakoń­czył zawie­sze­niem: "byłoby zupeł­nie ina­czej". Kryje się za tym fakt, że pra­wie wszy­scy nale­żący do spo­łecz­no­ści żydow­skiej Wło­cławka we wrze­śniu 1939 roku zgi­nęli w Zagła­dzie.

Rodzina Bau­ma­nów oca­lała. Wiel­kie szczę­ście mieli jego sio­stra, Tosia, jej mąż i córeczka. Jako miesz­kańcy Pale­styny w tym okre­sie podró­żo­wali z pasz­por­tami Wspól­noty Bry­tyj­skiej i dzięki temu wyje­chali zupeł­nie legal­nie pocią­giem z Wło­cławka do Ber­lina (gdy tylko uru­cho­miono linię kole­jową po bom­bar­do­wa­niach). To wła­śnie przy poże­gna­niu Teo­fili doszło do tego upo­ka­rza­ją­cego zda­rze­nia, o któ­rym wspo­mi­nał Bau­man w wywia­dzie. Nie chciał opo­wia­dać o tym incy­den­cie, palił fajkę i wyda­wało się, że zmaga się z pamię­cią, tak jakby to, co bole­sne, było głę­boko w niej ukryte. Znowu napo­mknął, że to były doświad­cze­nia "wszyst­kich". A prze­cież dobrze wie­dział, że nie doty­czyły one wszyst­kich Pola­ków. W przy­wo­ły­wa­nym tu manu­skryp­cie napi­sa­nym w latach 1986-1987 szcze­gó­łowo opi­sał wyjazd sio­stry:

[Tosia] udała się więc do miej­sco­wej komen­dan­tury nie­miec­kiej i zgło­siła chęć powrotu do Pale­styny. To, co potem nastą­piło, zakra­wało na cud. W zwa­rio­wa­nym świe­cie, gdzie jedy­nym pasz­por­tem była pięść, a jedy­nym przed­mio­tem god­nym sza­cunku kara­bin, i gdzie Żydom zabro­niono posłu­gi­wać się jed­nym i dru­gim, pod nasz dom zaje­chał ele­gancki samo­chód, wysie­dli z niego dwaj szy­kowni ofi­ce­ro­wie nie­mieccy wyso­kiej rangi i - nie­ustan­nie kła­nia­jąc się i salu­tu­jąc - wrę­czyli mojej sio­strze bilety na pociąg do Ber­lina i dowód rezer­wa­cji pokoju w wytwor­nym ber­liń­skim hotelu, wszystko to uprzed­nio spre­zen­to­wane przez Trze­cią Rze­szę. Prze­pra­szali gorąco, że dal­sza podróż jesz­cze nie zała­twiona ("...bo ci Anglicy, wie­cie, są tacy nie­udolni!"), ale pra­gnęli zapew­nić, że zro­bią wszystko, żeby tę sprawę przy­spie­szyć i że rząd nie­miecki będzie się nimi opie­ko­wał tak długo, jak będzie trzeba.

Tak więc troje Żydów z żół­tymi trój­ką­tami na ple­cach odpro­wa­dzało do pociągu na dworcu wło­cław­skim trójkę Żydów bez trój­ką­tów na ple­cach. Nie docze­kali się wszakże odjazdu pociągu. Zanim moja sio­stra z córeczką na rękach i mężem zapro­wa­dzeni zostali z całym sza­cun­kiem do wagonu zare­zer­wo­wa­nego dla nie­miec­kich ofi­ce­rów, żoł­nierz patro­lu­jący sta­cję wska­zał pal­cem na mojego ojca: "Ty, Żydzie! Chodź no tu i wysprzą­taj do czy­sta ten brudny peron!". Odwró­cony tyłem do pociągu, któ­rym odjeż­dżała jego córka, ze łzami w oczach, z rękoma peł­nymi mokrych papier­ków i gni­ją­cych resz­tek jedze­nia, z lufą kara­binu wymie­rzo­nego w głowę - taki był obraz Ojca, jaki Tosia zabrała ze sobą w daleką drogę do miej­sca, które teraz miało stać się jej jedy­nym domem182.

Rodzina została podzie­lona na dwie czę­ści: Tosia z mężem i córką odje­chali do swo­jego domu w Pale­sty­nie, a Zofia z Mau­ry­cym i Zyg­mun­tem wró­cili do ich tym­cza­so­wego wło­cław­skiego miej­sca pobytu. "Pamię­tam, że wró­ci­łem do miesz­ka­nia wstrzą­śnięty, z despe­rac­kim posta­no­wie­niem, iż nie zostanę tu dłu­żej" - napi­sał Bau­man w manu­skryp­cie. Jego ojciec chciał pocze­kać na koniec wojny w Izbicy, małym mia­steczku, w któ­rym się uro­dził, ale Zyg­munt, który ni­gdy dotych­czas nie sprze­ci­wiał się rodzi­com, ostro zare­ago­wał.

Wszystko we mnie bun­to­wało się prze­ciwko tej kon­cep­cji. Instynkt dziecka? Prze­czu­cie? Wzmoc­niony nagle krę­go­słup dzięki wie­czo­rom spę­dzo­nym w lokalu Haszo­mer Hacair? Nowo nabyta wiara, że świat może być lep­szy i że trzeba poma­gać, aby takim się stał? Nie mogłem tego wie­dzieć. Nie pamię­tam żad­nych swo­ich myśli, a tylko uczu­cia. Ale były to silne uczu­cia. Tak silne, że fak­tycz­nie pozwo­liły mi prze­zwy­cię­żyć nostal­giczną kon­cep­cję Ojca. Dzięki temu moi rodzice prze­trwali wojnę. A ja piszę te słowa w czter­dzie­ści kilka lat po śmierci Hitlera183.

Ostat­nie zda­nie jest typowe dla wielu rela­cji oca­la­łych. Są to słowa zwy­cię­stwa. Zwy­cię­stwa nad okrut­nym losem, na który zostali ska­zani przez Niem­ców. Słowa zawie­ra­jące nutę nie­do­wie­rza­nia - oni oca­leli i za sprawą jakie­goś cudu wciąż żyją, pod­czas gdy uoso­bie­nie ich tra­ge­dii jest mar­twe od dzie­się­cio­leci. Takie fakty poma­gają oca­la­łym uwie­rzyć w osta­teczną spra­wie­dli­wość, albo przy­naj­mniej w pew­nego rodzaju "spra­wie­dli­wość". Zakoń­cze­nie tra­gicz­nej histo­rii. Oca­lali wie­dzą, że ich życie zale­żało nie tylko albo nawet w bar­dzo małym stop­niu od wyboru odpo­wied­nich stra­te­gii prze­trwa­nia. Nikt nie mógł prze­wi­dzieć, co się sta­nie i gdzie będzie bez­piecz­niej. Także wtedy, w paź­dzier­niku 1939 roku, we Wło­cławku nie było cze­goś takiego jak "dobra" stra­te­gia.

Bau­ma­no­wie zde­cy­do­wali się na ucieczkę na wschód. Aby ją zor­ga­ni­zo­wać, potrzebne były pie­nią­dze, które poży­czyła rodzina Zofii. Wyna­jęto woź­nicę, parę koni i fur­mankę. Zor­ga­ni­zo­wano grupę ucie­ka­ją­cych. Wszystko było gotowe w poło­wie paź­dzier­nika. Bau­ma­no­wie wyru­szyli w stronę gra­nicy wschod­niej. Podróż nie do końca prze­bie­gła zgod­nie z pla­nami, ale naj­waż­niej­sze, że udało im się uciec, sytu­acja bowiem w oku­po­wa­nym Wło­cławku z dnia na dzień się pogar­szała184.

Prze­by­cie trzy­stu kilo­me­trów dzie­lą­cych nas od zie­lo­nej gra­nicy trwało dzie­sięć dni. Na długo przed osią­gnię­ciem celu podróży musie­li­śmy zre­zy­gno­wać z naszego pry­mi­tyw­nego środka trans­portu i dal­szą drogę odbyć na pie­chotę; konie, od początku nie­szcze­gól­nie żwawe, zała­mały się wcze­śniej niż my185.

Konie padły koło Mławy i Bau­ma­no­wie dal­szą część drogi szli pie­chotą. "Dużo się nacho­dzi­łem w mojej mło­do­ści" - dorzu­cił mimo­cho­dem Bau­man. Z rodzi­cami sta­no­wili część więk­szej grupy uchodź­ców prze­miesz­cza­ją­cych się bocz­nymi dro­gami. Byli zdani na samych sie­bie.

"Jedze­nie kupo­wa­li­śmy u chło­pów - to była matki pro­fe­sja. No, kar­tek wtedy jesz­cze nie było. Chłopi sprze­da­wali żyw­ność nor­mal­nie. Ale chłopi chcieli rze­czy raczej niż pie­nią­dze, tak że to była dobra strona tej wędrówki, bo tro­chę lżej było iść. Coraz mniej było rze­czy do nie­sie­nia". Ponow­nie Bau­man koń­czy opo­wia­da­nie o ucieczce tonem iro­nicz­nym i pozy­tywną kon­klu­zją - lżej było się prze­miesz­czać, bo pozo­stało mniej rze­czy do nie­sie­nia. Wię­cej szcze­gó­łów można się dowie­dzieć z manu­skryptu:

W końcu paź­dzier­nika dotar­li­śmy wresz­cie do Woj­cie­cho­wic, wio­ski odda­lo­nej o nie­cały kilo­metr od gra­nicy prze­bie­ga­ją­cej teraz mię­dzy Ostro­łęką po stro­nie nie­miec­kiej i Łomżą po stro­nie rosyj­skiej. Wyna­ję­li­śmy pokój w jakiejś wiej­skiej cha­łu­pie. Mie­li­śmy szczę­ście, że go zna­leź­li­śmy, bo wszyst­kie pomiesz­cze­nia we wsi wypeł­nione były po brzegi uchodź­cami liczą­cymi, podob­nie jak my, na szansę prze­kro­cze­nia gra­nicy186.

Ocze­ki­wa­nie na oka­zję nie­le­gal­nego prze­kro­cze­nia gra­nicy trwało kil­ka­na­ście dni, gdyż z dnia na dzień sytu­acja ule­gała zmia­nie na gor­sze. Jesz­cze kilka dni przed ich przy­by­ciem wła­ści­wie nie było więk­szych trud­no­ści z przej­ściem na tereny kon­tro­lo­wane przez ZSRR. Zaanek­to­wa­nie przez Sowie­tów wschod­nich tery­to­riów Pol­ski stwo­rzyło nową sytu­ację geo­po­li­tyczną, powstała nowa gra­nica sowiecko-nie­miecka. Ponie­waż pol­skie pań­stwo ni­gdy nie pod­pi­sało kapi­tu­la­cji (choć zro­bili to wło­da­rze nie­któ­rych miast) ani nie utwo­rzono mario­net­ko­wego rządu kola­bo­ran­tów (padła taka pro­po­zy­cja ze strony pol­skiej, ale Niemcy nie byli nią zain­te­re­so­wani187), a rząd pol­ski zaczął dzia­łać na emi­gra­cji, Sowieci i Niemcy poro­zu­mieli się bez­po­śred­nio i podzie­lili mię­dzy sobą zajęte tery­to­ria.

Gdy chaos pierw­szych tygo­dni wojny ustę­po­wał prze­pi­som wpro­wa­dza­nym przez nazi­stów, prze­prawa przez gra­niczną rzekę sta­wała się coraz bar­dziej ryzy­kowna.

Gdy myśmy dotarli już do gra­nicy - opo­wia­dał Bau­man - Rosja­nie już nie wpusz­czali. Przed­tem nor­mal­nie był prze­pływ, ale myśmy, jak już mówi­łem, długo szli i to już był począ­tek listo­pada bodajże. (...) Ojciec mój był samo­wy­kształ­co­nym czło­wie­kiem, ale dobrze wykształ­co­nym i dobrze mówił po nie­miecku188. Wtedy jesz­cze w Woj­cie­cho­wi­cach gar­ni­zon był Wermachtu [a nie Grenz­schutz]. I tam był taki kapi­tan nie­miecki - bar­dzo wykształ­cony facet - i sobie roz­ma­wiali z ojcem tak cał­kiem przy­jaź­nie189, i sumi­to­wał się ten kapi­tan, że nie może nam pomóc, bo Rosja­nie nie wpusz­czają. Ale powie­dział, że tam się nazbie­rało w tych Woj­cie­cho­wi­cach już sporo ucie­ki­nie­rów szu­ka­ją­cych przej­ścia, i "Spró­buję pod­je­chać do komen­danta tam­tej strony, po dru­giej stro­nie rzeki - tak mówi ten Nie­miec - i może się umó­wimy żeby prze­pu­ścił". I to był bar­dzo cie­kawy widok, bo myśmy oczy­wi­ście z ojcem i matką sie­dzieli na brzegu i patrzyli, jak ten kapi­tan nasz ele­gancko samo­cho­dem pod­jeż­dża na połowę takiego mostu - to był chyba praw­dziwy most, a nie pon­to­nowy - a z dru­giej strony idą ci kra­sno­ar­miejcy i oni mieli kara­biny na sznur­kach, i szli na pie­chotę oczy­wi­ście. (...) Spo­tkali się w poło­wie drogi, ci ofi­ce­ro­wie rosyj­scy i nie­mieccy, o czymś tam gadali, oczy­wi­ście nie mam poję­cia, o czym, a potem wró­cił kapi­tan i powie­dział ojcu: "No, nie­stety, mają roz­kaz nie wpusz­czać i nic z tego nie będzie"190.

Cho­ciaż próba prze­kro­cze­nia nie powio­dła się, Zyg­munt był pod wra­że­niem żoł­nie­rzy Armii Czer­wo­nej (pomimo kara­binu zawie­szo­nego na sznurku), któ­rych zoba­czył po raz pierw­szy w życiu. Były to "dwie posta­cie, które ode­rwały się od grupy żoł­nie­rzy rosyj­skich i wol­nym kro­kiem zaczęły przy­bli­żać się do nas; im bli­żej pod­cho­dzili, tym wyraź­niej mogli­śmy widzieć ich nie­do­pa­so­wane mun­dury, luźno zwi­sa­jące guziki, brudne i znisz­czone buty. Mnie wydali się anio­łami albo wysłań­cami Syjonu"191.

Jak­kol­wiek aniel­sko wyglą­dali sowieccy żoł­nie­rze, nie pozwo­lili oni rodzi­nie wejść na tery­to­rium oku­po­wane przez Zwią­zek Radziecki. Ta odmowa wcale nie znie­chę­ciła Zofii. "Moja matka, w prze­ci­wień­stwie do mojego ojca, była bar­dzo wojow­ni­czą osobą i powie­działa: "Ooo, tak łatwo się nie dam! Ja pojadę do komen­danta nie­miec­kiego w Ostro­łęce!"".

Zofia Bau­man zde­cy­do­wała, że sama poje­dzie pro­sić o pomoc. Nie było to łatwe przed­się­wzię­cie, sytu­acja bowiem ucie­ki­nie­rów żydow­skich unie­moż­li­wiała im swo­bodne prze­miesz­cza­nie się. Dla­tego Zofia musiała ukryć swą przy­na­leż­ność do kate­go­rii "Żydzi".

"Moja matka - to trzeba wie­dzieć - wyglą­dała zupeł­nie jak miej­scowa chłopka: nie do odróż­nie­nia!" - wyja­śnił mi Bau­man pod­czas roz­mowy. W manu­skryp­cie wytłu­ma­czył szcze­gó­łowo, co się kryje za okre­śle­niem "nie do odróż­nie­nia": "Jej uroda była zawsze sło­wiań­ska raczej niż żydow­ska. Teraz, byle jak ubrana, z wielką chu­stą na gło­wie, nie róż­niła się niczym od wiej­skich bab. Usu­nęła tylko jedyny ślad swo­jego żydo­stwa - żółty trój­kąt"192.

Akcję matki Bau­man sko­men­to­wał w wywia­dzie krótko: "To była straszna naiw­ność, idio­tyzm kom­pletny, no ale poje­chała!". Miał rację, mówiąc, że była to naiwna decy­zja, ale zara­zem wła­śnie w taki spo­sób Zofia ura­to­wała rodzi­nie życie. Nie ozna­cza to, że cokol­wiek wyne­go­cjo­wała z ostro­łęc­kim komen­dan­tem. Jej nie­obec­ność w momen­cie ewa­ku­acji uchodź­ców z Woj­cie­cho­wic spra­wiła jed­nak, że osa­mot­nieni Mau­rycy z Zyg­mun­tem nie wyko­nali roz­kazu Grenz­schutzu193 i nie odje­chali z innymi ucie­ki­nie­rami do Ostrowi.

Zaraz po wyjeź­dzie matki "przy­szedł kapi­tan do mojego ojca i powie­dział: "Pro­szę pana, ja nie mam nic do tego, ale przy­szedłem powie­dzieć, że nas dzi­siaj odwo­łują i jesz­cze dzi­siaj przy­cho­dzi Grenz­schutz, a więc straż gra­niczna, i może być źle"".

Rze­czy­wi­ście, sytu­acja była dra­ma­tyczna, jej peł­niej­szy obraz oddaje manu­skrypt:

Usły­sze­li­śmy wkrótce roz­brzmie­wa­jący we wsi dono­śny roz­kaz: "Alle Juden raus!". Z cha­łup, sto­dół i stajni wybie­gali męż­czyźni, kobiety i dzieci, kol­bami kara­bi­nów i kop­nia­kami popy­chani przez żoł­nie­rzy w nie­zna­nych nam mun­du­rach w kie­runku sie­dziby soł­tysa. Kiedy przy­łą­czy­li­śmy się do tłumu, usły­sze­li­śmy jak ofi­cer Grenz­schutzu ogła­sza, że będziemy odtran­spor­to­wani do Ostrowi Mazo­wiec­kiej, gdzie zbie­rają się Żydzi pra­gnący przejść na rosyj­ską stronę. (...) Nie mogli­śmy jechać do Ostrowi, nie mogli­śmy ni­gdzie jechać, póki Matka nie wróci, musie­li­śmy cze­kać na nią. Nie roz­ma­wia­łem o tym z Ojcem, wie­dzia­łem, że myśli tak samo. Poro­zu­mie­li­śmy się bez słów. Czmych­nę­li­śmy za naj­bliż­szy budy­nek i pobie­gli­śmy w kie­runku lasów roz­cią­ga­ją­cych się po obu stro­nach gra­nicy. (...) W kilka mie­sięcy póź­niej dowie­dzia­łem się, że w Ostrowi Mazo­wiec­kiej miała miej­sce pierw­sza masa­kra pol­skich Żydów194.

Żoł­nie­rze nie­mieccy, któ­rzy zamor­do­wali ucie­ki­nie­rów w Ostrowi Mazo­wiec­kiej, mieli już doświad­cze­nie w prze­śla­do­wa­niach cywil­nej lud­no­ści. Jede­na­stego listo­pada zabili około 600 Żydów195. Była to masowa egze­ku­cja zarówno miesz­kań­ców Ostrowi i oko­lic, jak i uchodź­ców, któ­rzy cze­kali, podob­nie jak Bau­ma­no­wie, na moż­li­wość prze­kro­cze­nia gra­nicy.

Mau­ry­cemu z Zyg­mun­tem udało się uciec z grupy, która kilka dni potem została zgła­dzona. Ucieczka do lasu nie ozna­czała jesz­cze wol­no­ści - trzeba było poko­nać gra­nicę. Oto rela­cja Bau­mana:

Łąka nas dzie­liła od dru­giej strony no i... to już było po stro­nie tej rzeczki - to była bar­dzo wąziutka rzeczka jakaś i taka lekko się uno­sząca łąka196. A ja mia­łem pomysł, że pój­dziemy, usią­dziemy na tej łące i będzie widać, czy matka przy­jeż­dża. No i poszli­śmy - nie było żywej duszy, nie było też rosyj­skiej straży gra­nicz­nej. Nie było nikogo zupeł­nie. Ale po chwili idzie taki poczciwy, tłu­ściutki, przy kości, taki koł­choź­nik z kara­bi­nem na sznurku, i tak zaczyna gawo­rzyć. Ojciec tro­chę po rosyj­sku gawo­rzył, ale on pod zabo­rem nie­miec­kim był, więc znał raczej nie­miecki. A ja w ogóle, ani be ani me, ani kuku­ryku! Tak że trudna była roz­mowa, ale on był taki dobro­duszny. Potem nam wytłu­ma­czył, że on musi nas zapro­wa­dzić do wsi, bo tam jest przy­go­to­wane dla nas łóżko cie­płe i jedze­nie. Ja się strasz­nie opie­ra­łem, ale on jed­nak miał na sznurku ten kara­bin, no tośmy tam poszli. To była godzina jakaś druga po połu­dniu, bo jesz­cze po połu­dniu, ale to już było późno w roku, bo już zaczęło być ciemno. My tam sie­dzimy, sie­dzimy... ani łóżka, ani jedze­nia... sie­dzimy przed tą cha­łupą na przy­zbie - nic się nie dzieje. Ale to jest dzień pełen cudów i jak teraz myślę, to nie mogę sobie wyobra­zić, jak to się wszystko odbyło... No więc jak zmrok zapadł, to ten poczciwy kra­sno­ar­mie­jec powie­dział: "Teraz ja was zapro­wa­dzę na komen­dan­turę i to oni was umiesz­czą". Szli­śmy już po ciemku. Już tylko ojciec i ja, i ten [koł­choź­nik], we trójkę. I nagle ja się orien­tuję - jesz­cze się nie zna­łem na topo­gra­fii ani geo­gra­fii, ale jakoś wyczu­łem nosem, że on nas pro­wa­dzi na nie­miecką stronę z powro­tem, no i decy­zja zapa­dła. Poło­ży­łem się na zie­mię, ponie­waż wyobra­ża­łem sobie wtedy, że mówię języ­kiem rosyj­skim (do tej pory pamię­tam), zakrzy­cza­łem: "Moja mat' tut! Moja mat' tut!"197. No i powie­dzia­łem, że już dalej nie pójdę. Ten poczci­wiec nie wie­dział, co z nami dalej robić. Nie unie­siesz dwóch osób na ple­cach, no co miał zro­bić? Wystrze­lił rakietę i nic. I usiadł też na ziemi przy nas - jakieś ścier­ni­sko to było, czy­ste pole. No i cze­kamy... Po czym... na spie­nio­nym koniu przy­jeż­dża jakiś ofi­cer radziecki. Coś tam gadają z tym żoł­nie­rzem i on tak spina tego konia, jakby uda­wał, że chce nas prze­stra­szyć czy coś. A ja wyję, a ojciec w ogóle drży i zoba­czył, że nic nie pomaga. Bojar powie­dział coś temu koł­choź­ni­kowi, no i odje­chał. Pocwa­ło­wał z powro­tem - roz­pły­nął się w ciem­no­ści i wtedy to ten żoł­nierz powie­dział: "Ja się teraz odwrócę (to zna­czy poka­zał, bo powie­dzieć to było za skom­pli­ko­wane, byśmy nie zro­zu­mieli) i jak się odwrócę znowu, to żeby was tu nie było!". I tyle. A ponie­waż rze­czy­wi­ście była bez­k­się­ży­cowa noc, to bar­dzo łatwo było znik­nąć - parę kro­ków i już nas nie ma. No i potem szli­śmy całą noc z ojcem do Łomży.

Roz­dział 4

Na radziec­kiej ziemi Moło­deczno (listo­pad 1939 - czer­wiec 1941)

W stre­fie oku­po­wa­nej przez ZSRR Łomża była pierw­szym mia­stem za nowo powstałą nie­miecko-sowiecką gra­nicą. Ta nie­wielka miej­sco­wość nagle we wrze­śniu 1939 roku stała się dla wielu "mia­stem wol­no­ści" -wol­nym od nie­miec­kiego najeźdźcy. Na wschód od Łomży pocho­dze­nie etniczne nie miało już takiego zna­cze­nia jak na tery­to­riach pod oku­pa­cją nie­miecką. W Związku Radziec­kim Bau­ma­no­wie byli po pro­stu "uchodź­cami z tery­to­riów włą­czo­nych do Trze­ciej Rze­szy".

Łomża była prze­peł­niona, bo były dzie­siątki tysięcy ucie­ki­nie­rów. Nie było gdzie się zatrzy­mać, a tu noc. Ojciec się roz­py­ty­wał, roz­py­ty­wał... Wresz­cie mu powie­dzieli: "Bo tu jest taka kobieta, która wpusz­cza ludzi za opłatą, to nie zna­czy, że wynaj­muje, bo tu już nie ma miej­sca... ale wpusz­cza za opłatą". No tośmy poszli tam. I kogo tam widzimy pierw­szego w tym domu? Sie­działa tam... Mama. (...) Tak że to był dzień pełen cudów: ten kapi­tan nie­miecki i ten bojar radziecki, i ten ofi­cer na koniu, nie wiem, jakiej rangi, czy był kapi­tanem, czy nie wiem kto...

Rodzina Bau­ma­nów znowu była w kom­ple­cie - mieli wiele szczę­ścia, że udało im się odna­leźć w wojen­nym cha­osie. W Łomży nie byli długo, ponie­waż prze­lud­nione przez napływ ucie­ki­nie­rów mia­sto (Bau­man mówił o trzy­krot­nym wzro­ście liczby miesz­kań­ców w tam­tym okre­sie) nie ofe­ro­wało moż­li­wo­ści pracy czy zna­le­zie­nia miesz­ka­nia. Rodzice posta­no­wili zatem prze­nieść się do Bia­łe­go­stoku - naj­więk­szego mia­sta w stre­fie oku­po­wa­nej przez Rosjan.

Jed­nakże Bia­ły­stok - pisze Bau­man - oka­zał się nie o wiele lep­szy; także same tłumy bez­dom­nych, czyn­sze wyśru­bo­wane pod nie­biosa, wyko­rze­nieni ludzie poszu­ku­jący zagu­bio­nych krew­nych i środ­ków dla prze­ży­cia następ­nego dnia. Wyda­li­śmy już pie­nią­dze zabrane z Wło­cławka i Ojciec roz­pacz­li­wie sta­rał się coś zaro­bić. W Bia­łym­stoku każdy był kup­cem i jedy­nym spo­so­bem zaro­bie­nia na życie wyda­wało się powięk­sze­nie grona prze­kup­niów kłę­bią­cych się na targu. Ojcu udało się dostać tro­chę skór od hur­tow­nika, który obie­cał mu pro­wi­zję od sprze­daży deta­licz­nej. Poszedł raz czy dwa razy na targ ze skórą na buty pod pachą po to tylko, by stwier­dzić, że znów padł ofiarą oszu­stów, któ­rym nie dorów­ny­wał spry­tem: skóra pękała i kru­szyła się już od dotknię­cia pal­cem. Matka wzięła więc nasz los w swoje ręce. "Ni­gdy nie będziesz kup­cem, mój drogi", powie­działa mu tonem nie zno­szą­cym sprze­ciwu, "Naj­wyż­szy czas, żebyś to wresz­cie zro­zu­miał". Ura­do­wany Ojciec z entu­zja­zmem przy­znał jej rację. Wyni­kało stąd jed­nak, że Bia­ły­stok jest nie dla nas. Musie­li­śmy prze­nieść się gdzie indziej, dalej od han­dlu­ją­cych tłu­mów. Ale dokąd? Tu przy­dało się moje umi­ło­wa­nie geo­gra­fii. Wła­ści­wym miej­scem wydało mi się Moło­deczno, miej­sco­wość mała, ale nie wieś, odda­lona od nie­miec­kiej gra­nicy na tyle, by nie przy­cią­gać licz­nych ucie­ki­nie­rów, i poło­żona - można się było spo­dzie­wać - w pięk­nej, malow­ni­czej oko­licy. Ostat­nie gro­sze, jakie nam jesz­cze zostały, wyda­li­śmy na pociąg do Moło­deczna198.

W roz­mo­wie Bau­man przed­sta­wił jesz­cze dodat­kowy aspekt tego wyboru. Była to miej­sco­wość, która znaj­do­wała się tuż przy daw­nej gra­nicy sowiecko-pol­skiej - a więc jesz­cze była to Pol­ska.

Przed wojną Moło­deczno było mia­stecz­kiem funk­cjo­nu­ją­cym wokół gar­ni­zonu woj­sko­wego. Nie zmie­niło się to po wrze­śniu 1939 roku. Pozo­stały koszary, ale w nich kwa­te­ro­wało już inne woj­sko.

Pod koniec 1939 roku Moło­deczno było typo­wym mia­stecz­kiem peł­nym uchodź­ców199, a raczej "bie­żeń­ców", jak z rosyj­ska byli nazy­wani w stre­fie kon­tro­lo­wa­nej przez Sowie­tów uchodźcy z tery­to­riów oku­po­wa­nych przez Niem­ców. Pociąg do Moło­deczna nie był prze­peł­niony, nie­wielu bowiem ucie­ka­ją­cych jechało w tym kie­runku. Nie­liczni decy­do­wali się na wyjazd do miej­sca, gdzie nie było zna­jo­mych, rodziny czy wspar­cia200. Pomimo braku przy­ja­ciół rodzi­com Zyg­munta udało się bar­dzo szybko zna­leźć pracę i miesz­ka­nie. "Mie­li­śmy szczę­ście - wspo­mi­nał Bau­man - mój ojciec dostał pracę, moja matka dostała pracę, a ja posze­dłem do szkoły". Z życio­rysu z 1951 roku (pod­pi­sa­nego "major Bau­man") można dowie­dzieć się, że w Moło­decz­nie ojciec był księ­go­wym w "Wojen­torg Zach[odnim] Okręgu Woj­sko­wym" - czyli insty­tu­cji, która była zaple­czem logi­stycz­nym Armii Czer­wo­nej, a matka pra­co­wała jako kucharka w ofi­cer­skiej kan­ty­nie201. Tak więc Bau­ma­no­wie, podob­nie jak więk­szość miesz­kań­ców mia­steczka, pra­co­wali dla sta­cjo­nu­ją­cego tam woj­ska.

Oka­zało się, że jest to mia­steczko gar­ni­zo­nowe i nie­wiele wię­cej. Więk­szość prze­strzeni zaj­mo­wały tu nie­fo­remne baraki roz­rzu­cone po ogro­dzo­nym, roz­le­głym i pła­skim tere­nie. (...) Poko­jów do wyna­ję­cia było bez liku, kiedy przy­je­cha­li­śmy, więc bez trudu zna­leź­li­śmy pomiesz­cze­nie w domu rodziny chłop­skiej. Także pracy nie bra­ko­wało (...). W dzień po naszym przy­jeź­dzie Ojcu zaofia­ro­wano pierw­szą posadę, o jaką popro­sił, został... kimże by innym, jak nie księ­go­wym? - w wiel­kim domu towa­ro­wym zaopa­tru­ją­cym miej­scowy gar­ni­zon.

Pierw­sze doświad­cze­nia wpra­wiły Bau­mana w prze­ra­że­nie i roz­pacz: "Wszy­scy kradną! Pro­szą, abym wpi­sy­wał do ksią­żek towary, które wypa­ro­wały, zanim zna­la­zły się na pół­kach; albo żebym wykre­ślał jako wybra­ko­wane towary dobrej jako­ści nada­jące się w pełni do użytku. Jak może pań­stwo skła­dać się z samych zło­dziei?"202.

Można sobie wyobra­zić, że Mau­rycy, który pod­czas bom­bar­do­wa­nia chciał koniecz­nie zaku­pić bilet kole­jowy, miał w Moło­decz­nie kło­poty z przy­swo­je­niem sobie reguł kre­atyw­nej księ­go­wo­ści. Popro­sił o radę swo­jego dyrek­tora, który mu odpo­wie­dział: "Nie przej­muj się, to prawda, że my wszy­scy krad­niemy, ale pomyśl tylko, ile krad­nie zachodni kapi­ta­li­sta!".

Nie było to wystar­cza­jące uza­sad­nie­nie i Mau­rycy "(...) po usły­sze­niu tej odpo­wie­dzi - pisał Bau­man - długo nie mógł się uspo­koić. Nie pogo­dził się ni­gdy z ide­olo­gią ani prak­tyką "zło­dziej­skiej demo­kra­cji". Ni­gdy nie prze­ko­nał go argu­ment, że na zło­dziej­stwo nie ma mono­polu. Cier­piał na­dal, ale - jak to było w jego zwy­czaju - cier­piał w mil­cze­niu"203.

W taki oto spo­sób już w pierw­szych dniach życia w Związku Radziec­kim rodzice Bau­mana zostali poin­for­mo­wani o szcze­gó­łach nowego sys­temu wdro­żo­nego po rewo­lu­cji. Zmiany te prze­ja­wiały się na każ­dym pozio­mie aktyw­no­ści spo­łe­czeń­stwa. Kra­dzież była prak­tyką powszechną. "Zło­dziej­ska demo­kra­cja" rzą­dziła się nowymi zasa­dami, któ­rych Zyg­munt i jego rodzice musieli się szybko nauczyć. Nie ozna­cza to, że Mau­rycy zaczął zacho­wy­wać się tak, jak jego nowi kole­dzy w pracy. Zyg­munt pisał, że jego ojciec "był znów księ­go­wym, nawet jeśli jego księgi wyma­gały fan­ta­zji raczej niż reali­zmu, socja­li­stycz­nego czy jakie­go­kol­wiek"204.

O ile Mau­rycy nie­wiele zmie­nił w swo­jej pracy, o tyle dla Zofii bycie kucharką nie tylko dla rodziny oka­zało się "praw­dziwą rewo­lu­cją", jak wspo­mina Bau­man. "Pod­dano ją pró­bie. Z jakichś obrzy­dli­wych, śmier­dzą­cych surow­ców wypro­du­ko­wała kilka przy­sma­ków i została przy­jęta z entu­zja­zmem. Jej talent magika świet­nie paso­wał do zło­dziej­skiej demo­kra­cji. Od tej chwili miała goto­wać z niczego przez wiele nad­cho­dzą­cych lat. (...) Jej sztuka zna­la­zła wiel­kie uzna­nie, była chwa­lona pod nie­biosa i uwiel­biana. Matka kwi­tła. Kochała swoje nowe życie, senne mia­steczko, armię, któ­rej ofi­ce­ro­wie patrzyli na nią oczyma wier­nych psów, i kraj, który posia­dał tę armię"205.

Talent kuchar­ski Zofii nie tylko poprawi warunki życia rodziny, ale też ura­tuje ją wiele razy w trak­cie wojen­nej tułaczki. Tego rodzaju zdol­no­ści były wtedy nie­oce­nione. Zofia wie­działa, jak zro­bić danie z niczego. Nie była zawo­dową kucharką, ale miała "nie­sa­mo­wi­cie dużo ener­gii życio­wej", jak powie­dział Bau­man. "I jej zasada była taka, żeby dobre jedze­nie zro­bić, to trzeba albo jedno, albo dru­gie. Albo kupić bar­dzo dobre surowce, albo spę­dzić cały dzień w kuchni. Ponie­waż na dobre surowce nas nie było stać, to ona umiała z niczego zro­bić przy­smaki naprawdę dobre. To było nie­sa­mo­wite!".

Można powie­dzieć, że Zofia Bau­ma­nowa potra­fiła ugo­to­wać przy­sło­wiową zupę na gwoź­dziu. Pod­czas wojny wycza­ro­wa­nie smacz­nej zupy z niczego było pod­sta­wo­wym ele­men­tem prze­trwa­nia. "No i w Związku Radziec­kim ta umie­jęt­ność była na wagę złota" - kon­ty­nu­ował Bau­man. "Zaan­ga­żo­wała się jako zwy­kła kucharka w sto­łówce gar­ni­zo­no­wej, a awan­so­wała na szefa kuchni. A ojciec wresz­cie mógł pozbyć się tego nie­sa­mo­wi­tego cię­żaru, że musiał zaro­bić na utrzy­ma­nie rodziny. Na prze­ży­cie, bo to był obo­wią­zek męż­czy­zny".

W ZSRR kobiety były aktywne zawo­dowo. Ponadto pod­czas wojny, a nawet w gło­do­wych latach powo­jen­nych talent kuchar­ski był zło­tym klu­czem do przy­zwo­itego życia. Cza­sami, jak w przy­padku rodziny Bau­ma­nów, mógł nawet je ura­to­wać:

Rząd sowiecki ogło­sił, że wszy­scy zamiesz­kali na oku­po­wa­nych tere­nach Pol­ski uwa­żani są za oby­wa­teli Związku Sowiec­kiego. Ponie­waż jed­nak byli­śmy ucie­ki­nie­rami z czę­ści Pol­ski nie obję­tej jak dotąd jurys­dyk­cją sowiecką, do naszych pasz­por­tów dodano klau­zulę zabra­nia­jącą nam pozo­sta­wa­nia na tere­nach odle­głych o mniej niż sto kilo­me­trów od gra­nicy pań­stwa. Moło­deczno leżało w odle­gło­ści zale­d­wie czter­dzie­stu kilo­me­trów od gra­nicy z Litwą, która wtedy była jesz­cze nie­pod­le­gła. Gro­ziła nam depor­ta­cja. Wśród wyso­kiej rangi wiel­bi­cieli sztuki kuli­nar­nej mojej matki wybu­chła panika. Per­spek­tywa powrotu do nie­ape­tycz­nego, nie­wy­myśl­nego jedze­nia w kan­ty­nie zna­czyła dla nich wię­cej niż posza­no­wa­nie sowiec­kiego prawa lub też - w tym wypadku - zagro­że­nie bez­pie­czeń­stwa naro­do­wego wyni­ka­jące z obec­no­ści trojga ludzi o wąt­pli­wym pocho­dze­niu. Fatal­nej klau­zuli ni­gdy nie usu­nięto z naszych pasz­por­tów, a prze­cież nakaz depor­ta­cyjny nie nad­cho­dził206.

Talenty kuli­narne Zofii odda­lały zagro­że­nie, jakim była depor­ta­cja, która przy­czy­niła się prze­cież do nędzy, a nawet śmierci tysięcy Pola­ków. Wła­dze gar­ni­zonu zro­biły wszystko, aby Bau­ma­no­wie nie zostali zesłani na Sybe­rię w roku 1940207, kiedy były orga­ni­zo­wane masowe wywózki. Sta­lin, naśla­du­jąc wie­lo­wie­kową car­ską tra­dy­cję, kon­ty­nu­ował zsyłki jako część stra­te­gii zarzą­dza­nia gru­pami etnicz­nymi lub innymi, które postrze­gał jako wro­gie. Izo­la­cja prze­strzenna na ogrom­nych tery­to­riach radziec­kich, w miej­scach o kli­ma­cie trud­nym do prze­ży­cia, przy wiel­kich odle­gło­ściach pomię­dzy sie­dli­skami i z nało­że­niem nakazu cięż­kiej pracy (w lasach lub prze­my­śle cięż­kim), była naj­lep­szym roz­wią­za­niem pre­wen­cyj­nym. Nie trzeba było budo­wać wię­zień, ludzie byli ska­zani na posłu­szeń­stwo, a jedyną formą oporu było prze­ży­cie. Bau­ma­no­wie mieli zatem wiel­kie szczę­ście, że ich nie depor­to­wano. Dzięki pracy Zofii i Mau­ry­cego ich syn mógł uczęsz­czać do tam­tej­szej szkoły - tym razem funk­cjo­nu­ją­cej bez nume­rus clau­sus i ław­ko­wego getta.

Moło­deczno. Po pro­stu uczeń

Bia­ło­ru­ska szkoła była nowo­ścią w Moło­decz­nie. Przed 17 wrze­śnia 1939 roku było to pol­skie mia­sto, ale miesz­kańcy two­rzyli wie­lo­et­niczną i wie­lo­ję­zyczną mie­szankę. Dzieci uczęsz­czały na ogół do pol­skich szkół208. W pierw­szych tygo­dniach wojny szkoły stały się miej­scem napływu dzieci uchodź­ców. W takiej sytu­acji dyrek­to­rzy byli klu­czo­wymi posta­ciami, decy­du­ją­cymi o losach nowo przyj­mo­wa­nych dzieci, które w trak­cie roku poja­wiały się bez doku­men­tów toż­sa­mo­ści, świa­dectw ukoń­cze­nia poprzed­niej klasy czy innych dowo­dów prze­by­tej edu­ka­cji. Ela­stycz­ność była ważną cechą w tam­tych cza­sach, które z powodu wszech­obec­nego cha­osu były ide­alną oka­zją do popra­wie­nia nie­do­sko­na­łej rze­czy­wi­sto­ści. Bau­man wyko­rzy­stał brak doku­men­tów, aby "prze­sko­czyć jedną klasę":

Nie było żad­nych doku­men­tów. A jak już byłem w Moło­decz­nie, to w szkole się pytali, jakie mam wykształ­ce­nie. To było pierw­sze kłam­stwo w moim życiu, bo powie­dzia­łem, że skoń­czy­łem dwie klasy gim­na­zjalne, a ja skoń­czy­łem tylko jedną. I mnie przy­jęli do trze­ciej klasy i dałem sobie radę". Cie­kawe jest zesta­wie­nie tego frag­mentu wywiadu z życio­ry­sem z 1951 roku spo­rzą­dzo­nym dla władz woj­sko­wych. Bau­man napi­sał wtedy: "Ja uczy­łem się w rosyj­skiej szkole śred­niej - w 6 i 8 kla­sie209 (kl. 7-ą prze­ro­bi­łem w cza­sie waka­cji i zda­łem egza­miny)210.

W Pol­sce lat pięć­dzie­sią­tych nie można było sobie pozwo­lić na wyzna­nia w rodzaju: "skła­ma­łem i posze­dłem do klasy wyżej - to było pierw­sze moje kłam­stwo w życiu". Ale w cza­sach wojen­nych rzadko który uczeń mógł prze­cho­dzić po kolei z klasy do klasy. W 1939 roku późną jesie­nią Niemcy zamknęli wszyst­kie szkoły ponad­pod­sta­wowe z wyjąt­kiem przy­ucza­ją­cych do zawodu - ich zda­niem Unter­men­schen ("pod­lu­dzie"), czyli Polacy, nie zasłu­gi­wali na edu­ka­cję i kul­turę taką, do jakiej dostęp ma mło­dzież nie­miecka. Inna była sytu­acja edu­ka­cyjna dzieci i mło­dzieży na tery­to­riach kon­tro­lo­wa­nych przez Sowie­tów. Tam nowe wła­dze stop­niowo wpro­wa­dzały swoją ide­olo­gię do szkół, uni­wer­sy­te­tów i miejsc pracy. Był to zło­żony pro­ces przej­ściowy obej­mu­jący wie­lo­kul­tu­rowe spo­łecz­no­ści - od przed­wo­jen­nej domi­na­cji pol­skiego pań­stwa, poprzez krótką fazę "bia­ło­ru­skiego wyzwo­le­nia", do sta­nia się radziecką repu­bliką. Przej­ście to doko­nało się w ciągu kilku mie­sięcy. Bau­man tak opi­suje to z per­spek­tywy ucznia:

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

J. Jedlicki, Źle uro­dzeni, czyli o doświad­cze­niu histo­rycz­nym. Scripta i post­scripta, Lon­dyn 1993, s. 163. [wróć]

K. Bojar­ska (red.), Bau­man / Bałka, War­szawa 2012, s. 70. [wróć]

Retro­to­pia to tytuł ostat­niej książki Zyg­munta Bau­mana, w któ­rej przed­sta­wia on zja­wi­sko zwrotu mło­dych poko­leń do wyide­ali­zo­wa­nej prze­szło­ści - w opi­sy­wa­nym tu przy­padku cho­dzi o fascy­na­cje ide­olo­giami faszy­stow­skimi ugru­po­wań mię­dzy­woj­nia oraz odwo­ła­nia do ich sym­boli widoczne u współ­cze­snych naro­dow­ców. Zyg­munt Bau­man, Retro­to­pia. Jak rzą­dzi nami prze­szłość, War­szawa 2018. [wróć]

Wykład został zor­ga­ni­zo­wany przez Frie­drich-Ebert-Sti­ftung, inte­lek­tu­alne ramię Socjal­de­mo­kra­tycz­nej Par­tii Nie­miec (SPD), nie­za­leżne Cen­trum Myśli Spo­łecz­nej im. F. Las­salle'a, a także Zakład Filo­zo­fii Spo­łecz­nej i Poli­tycz­nej Uni­wer­sy­tetu Wro­cław­skiego (A. Chmie­lew­ski, https://adamjch­mie­lew­ski.blog­spot.com/search?q= Aca­de­mies+hatred, dostęp 12.04.2021). Prze­ciw­nicy wyda­rze­nia postrze­gali je jako prze­jaw wpły­wów żydow­skich (Bau­man i Las­salle byli Żydami - ten ostatni został pocho­wany na wro­cław­skim cmen­ta­rzu żydow­skim), nie­miec­kich (Frie­drich-Ebert-Sti­ftung jest fun­da­cją nie­miecką) oraz lewi­co­wych (mów­ców i orga­ni­za­to­rów można bowiem zakwa­li­fi­ko­wać do tej kate­go­rii). Ana­lizę wyda­rze­nia opu­bli­ko­wał jego współ­or­ga­ni­za­tor prof. Adam Chmie­lew­ski na przy­wo­ła­nym wyżej blogu. [wróć]

Rela­cje z tego wyda­rze­nia są dostępne na YouTube - głów­nie umiesz­czone przez człon­ków demon­stru­ją­cych wów­czas orga­ni­za­cji, takich jak Naro­dowe Odro­dze­nie Pol­ski, i innych ugru­po­wań naro­dow­ców. Zob. też A. Chmie­lew­ski, https://adamjch­mie­lew­ski.blog­spot.com/search?q=Aca­de­mies+hatred, dz. cyt. [wróć]

Naro­dowe Odro­dze­nie Pol­ski (NOP) - naro­dowa, rady­kalna i nacjo­na­li­styczna par­tia poli­tyczna, która używa sym­boli mię­dzy­wo­jen­nych orga­ni­za­cji faszy­stow­skich. [wróć]

Obóz Naro­dowo-Rady­kalny odro­dził się w 1981 r., a w 1992 r. został zare­je­stro­wany jako legalna par­tia. Na temat ONR przed drugą wojną świa­tową zob.: S. Rud­nicki, Obóz Naro­dowo Rady­kalny. Geneza i dzia­łal­ność, War­szawa 1985, www.otworzk­siazke.pl/ima­ges/ksiazki/oboz_narodowo_radykalny/oboz_narodowo_radykalny.pdf, dostęp 26.10.2020. W pra­sie podano infor­ma­cję, że jed­nym z orga­ni­za­to­rów tej mani­fe­sta­cji był ONR (www.wia­do­mo­sci.gazeta.pl/wia­do­mo­sci/1,114871,14160896,Narodowcy_na_wykladzie_Baumana___Nie_bojmy_sie__ze.html, dostęp 26.10.2020). [wróć]

Zob. A. Cała, Żyd - wróg odwieczny?, War­szawa 2012, rozdz. 9 i aneks; S. Rud­nicki, Falanga. Ruch naro­dowo-rady­kalny, War­szawa 2018. [wróć]

Bau­man uży­wał apa­ratu słu­cho­wego i naj­praw­do­po­dob­niej dokład­nie nie sły­szał pada­ją­cych słów. Był duży hałas i szum, co na ogół powo­duje, iż apa­rat speł­nia tylko czę­ściowo swą funk­cję. Obec­ność agre­syw­nej grupy macha­ją­cej trans­pa­ren­tami, na któ­rych wid­niały przed­wo­jenne sym­bole faszy­stow­skich i anty­se­mic­kich grup, miała jed­nak jed­no­znaczny wyraz. Wykrzy­czane hasła anty­ko­mu­ni­styczne sprzę­gnięte są nie­roz­łącz­nie z anty­se­mi­ty­zmem (sym­bo­li­zo­wa­nym przez falangę czy akro­nim NSZ) typo­wym dla póź­nych lat trzy­dzie­stych. Ste­reo­ty­powe postrze­ga­nie zaan­ga­żo­wa­nia komu­ni­stycz­nego jako sprzę­żo­nego z kul­turą i etnicz­no­ścią żydow­ską jest pod­stawą kon­struktu okre­śla­nego ter­mi­nem "żydo­ko­muna" (o któ­rym będzie mowa w następ­nych roz­dzia­łach). [wróć]

Zob. J. Toma­szew­ski, Żydzi w II Rze­czy­po­spo­li­tej, War­szawa 2016, s. 206-219, www.ihuw.pl/sites/ihuw.pl/files/pic­tu­res/logo/Kla­sycy/j._tomaszewski_-_zydzi_w_ii_rp.pdf, dostęp 26.10.2020. [wróć]

Stało się to 1 maja, a następ­nie ponow­nie 13 grud­nia 2016 r. Zob. www.tvn24.pl/wroc­law,44/wroc­law-marsz-naro­dow­cow-spa­lili-zdje­cia-dut­kie­wi­cza-i-bau­mana,640456.html oraz www.gazetawroc­lawska.pl/marsz-nop-we-wroc­lawiu-pale­nie-zdjec-i-hymn/ar/11574302, dostęp 26.10.2020. [wróć]

Zob. Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja. Roz­wa­ża­nia nad tym, co uczy­niło mnie, kim jestem", nie­opu­bli­ko­wany maszy­no­pis, 1986-1987, ory­gi­nał w wer­sji angiel­skiej prze­tłu­ma­czony na język pol­ski przez Janinę Bau­man. Tekst zawiera dedy­ka­cję: "Pamięć o moim Ojcu powie­rzona pamięci moich Dzieci". Jestem wdzięczna rodzi­nie Bau­manów za udo­stęp­nie­nie tego tek­stu, a także za zgodę na obszerne cyto­wa­nie tego wyjąt­ko­wego doku­mentu adre­so­wa­nego wyłącz­nie do rodziny. [wróć]

Anty­se­mi­tyzm jest powszech­nie rozu­miany jako postawa uprze­dze­nia wobec lub dys­kry­mi­na­cji osób uwa­ża­nych za Żydów. Jest to tak pojemna kate­go­ria, że obej­muje zarówno inwek­tywę słowną (napis na murze), jak i ludo­bój­stwo na tle etni­czym. Z tego powodu David Engel prze­ko­nuje, żeby zamiast ter­minu "anty­se­mi­tyzm" uży­wać dokład­nych opi­sów kon­kret­nych zda­rzeń i liczb, które ta sze­roka i jakże nie­pre­cy­zyjna kate­go­ria zawiera. Zob. tegoż Away from a Defi­ni­tion of Anti­se­mi­tism: An Essay in the Seman­tics of Histo­ri­cal Descrip­tion, [w:] J. Cohen, M. Rosman (red.) Rethin­king Modern Jewish History, Oxford 2009. Dzię­kuję Kami­lowi Kije­kowi za zwró­ce­nie uwagi na ten klu­czowy pro­blem. W książce uży­wam ter­minu "anty­se­mi­tyzm" jako normy kul­tu­ro­wej, któ­rej rezul­ta­tem są różne formy dys­kry­mi­na­cji zarówno wer­balne (mowa nie­na­wi­ści), jak i fizyczne (pobi­cia i mor­der­stwa), sym­bo­liczne, jawne (legi­ty­mi­zo­wane regu­łami, prze­pi­sami i pra­wem) oraz ukryte, powie­lane i pod­trzy­my­wane świa­do­mie lub nie­świa­dome. [wróć]

Wię­cej na ten temat - zob. O zasie­wa­niu chmur i przy­wra­ca­niu mgły - czyli o pracy bio­grafa pole­ga­ją­cych n, s. 669. [wróć]

W mię­dzy­woj­niu - zwłasz­cza w latach trzy­dzie­stych - domi­no­wała endecka wizja roz­łącz­no­ści obu kate­go­rii (gdy jest się Pola­kiem, nie jest się Żydem), a "oby­wa­tel­skość" była wów­czas pod­rzędną kate­go­rią do "naro­do­wo­ści". [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 43. [wróć]

Wię­cej o porów­na­niu do pro­ce­sów auto­im­mu­no­lo­gicz­nych pole­ga­ją­cych na odrzu­ce­niu wła­snych komó­rek przez dany orga­nizm można prze­czy­tać w trzy­czę­ścio­wym arty­kule The Sub­text of a Recent Inter­na­tio­nal Scan­dal opu­bli­ko­wa­nym w piśmie "Public Semi­nar" na stro­nie nowo­jor­skiej The New School (www.public­se­mi­nar.org/2019/04/the-sub­text-of-a-recent-inter­na­tio­nal-scan­dal-part-one-2/, dostęp 1.09.2020). [wróć]

Wyra­że­nie in such cir­cum­stan­ces zapo­ży­czam od Bau­mana - z angiel­skiego ory­gi­nału nie­opu­bli­ko­wa­nego, cyto­wa­nego już we wstę­pie maszy­no­pisu (w tłu­ma­cze­niu Janiny Bau­man); pol­skim odpo­wied­ni­kiem jest naj­czę­ściej słowo "oko­licz­no­ści", a rza­dziej "warunki". Oczy­wi­ście cho­dzi tutaj Bau­manowi o kon­tekst życia w mię­dzy­wo­jen­nej Pol­sce nasy­co­nego wszech­obec­nym anty­se­mi­ty­zmem. [wróć]

Zarówno tytuł gazety, jak i cyto­wane obszer­nie frag­menty arty­ku­łów zawie­rają ory­gi­nalną pisow­nię. [wróć]

"Kur­jer Poznań­ski", 19.11.1925, nr 312 (20), s. 2. [wróć]

Arty­kuł został rów­no­le­gle opu­bli­ko­wany w "Gaze­cie War­szaw­skiej". [wróć]

Histo­ryk Paweł Bryk­czyń­ski w zwię­zły spo­sób opi­sał postać lidera ende­cji: "Roman Dmow­ski, twórca ruchu naro­do­wo­de­mo­kra­tycz­nego i współ­au­tor dok­tryny ego­izmu naro­do­wego. Kie­ro­wał pra­cami pol­skiej dele­ga­cji w Wer­salu, ale ni­gdy nie zdo­łał objąć wła­dzy w kraju. Wie­rzył, że Polacy są ska­zani na wieczną walkę o prze­trwa­nie z innymi gru­pami etnicz­nymi, zwłasz­cza Żydami i Niem­cami" (P. Bryk­czyń­ski, Gotowi na prze­moc. Mord, anty­se­mi­tyzm i demo­kra­cja w mię­dzy­wo­jen­nej Pol­sce, War­szawa 2017, s. 33). Silny anty­se­mi­tyzm i otwarta wro­gość wobec nie­ka­to­lic­kich Pola­ków (w 1931 r. 75,2% kra­jo­wej popu­la­cji sta­no­wili kato­licy) były siłą napę­dową Naro­do­wej Demo­kra­cji. Była ona szcze­gól­nie popu­larna w woje­wódz­twie wiel­ko­pol­skim i w Pozna­niu. Odzwier­cie­dlała to obec­ność ND w samo­rzą­dach w Wiel­ko­pol­sce, gdzie nale­żała do naj­sil­niej­szych w Pol­sce, a także popu­lar­ność skraj­nie pra­wi­co­wych gazet (wśród nich wyróż­niał się "Kur­jer Poznań­ski"). Tek­sty anty­se­mic­kie były w nich powszechne. [wróć]

"Kur­jer Poznań­ski", 19.11.1925, wyd. wie­czorne, nr 313 (20), s. 2. [wróć]

Zob. pod­ręcz­nik R. Szychty 1000 lat histo­rii Żydów pol­skich. Podróż przez wieki, udo­stęp­niony na stro­nie Muzeum Polin: www.polin.pl/sites/default/files/podrecznik_1000_lat_historii_zydow_polskich_podroz_przez_wieki_web.pdf, dostęp 1.09.2020. [wróć]

Ist­nieje obszerna lite­ra­tura na temat histo­rii spo­łecz­no­ści żydow­skiej na zie­miach pol­skich - zob. A. Cała, Żyd - wróg odwieczny?, dz. cyt.; A. Lan­dau-Czajka, Syn będzie Lech. Asy­mi­la­cja Żydów w Pol­sce mię­dzy­wo­jen­nej, War­szawa 2006. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 20-21. [wróć]

W ostat­nich dzie­się­cio­le­ciach opu­bli­ko­wano wiele prac na temat pol­skiego anty­se­mi­ty­zmu. Zob. m.in.: A. Cała, Żyd - wróg odwieczny?, dz. cyt.; J. Tokar­ska-Bakir, Okrzyki pogro­mowe. Szkice z antro­po­lo­gii histo­rycz­nej Pol­ski lat 1939-1946, Woło­wiec 2012; taż, Pod klą­twą. Spo­łeczny por­tret pogromu kie­lec­kiego, War­szawa 2018; B. Keff, Anty­se­mi­tyzm. Nie­za­mknięta histo­ria, War­szawa 2013; taż, Straż­nicy fatum, War­szawa 2020; Prze­ciw anty­se­mi­ty­zmowi 1936-2009 (tomy 1-3), wybór, wstęp i opra­co­wa­nie A. Mich­nik, Kra­ków 2010. [wróć]

Lon­gue durée to kon­cep­cja opra­co­wana pod koniec lat czter­dzie­stych XX wieku przez fran­cu­skiego histo­ryka i członka Les Anna­les Fer­nanda Brau­dela - doty­czy ona ana­lizy histo­rycz­nej kon­kret­nego zja­wi­ska bada­nego w kilku epo­kach; dosłow­nie cho­dzi o per­spek­tywę dłu­giego trwa­nia. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 20-21. [wróć]

P. Bryk­czyń­ski przy­wo­łuje też opi­nie innych auto­rów: "Histo­rycy tra­dy­cyj­nie prze­ciw­sta­wiają rze­komo umiar­ko­wany anty­se­mi­tyzm z lat 20. jego bar­dziej rady­kal­nym, inspi­ro­wa­nym nazi­zmem mani­fe­sta­cjom z lat 30. Na przy­kład Andrzej Choj­now­ski pisze: "W tema­cie kwe­stii żydow­skiej wypo­wie­dziom publi­cy­stów endec­kich [w latach 20. - przyp. P.B.] daleko było do póź­niej­szego eks­tre­mi­zmu. Wska­zy­wali oni głów­nie na eko­no­miczne kon­se­kwen­cje struk­tury zawo­do­wej lud­no­ści żydow­skiej, jak rów­nież na odrębny naro­do­wo­ściowo cha­rak­ter tej grupy i jej wewnętrzne więzi" (A. Choj­now­ski, Kon­cep­cje poli­tyki naro­do­wo­ścio­wej rzą­dów pol­skich w latach 1921-1939, Wro­cław 1979, s. 19). Podobne argu­menty są pod­no­szone w książ­kach: Mał­go­rzata Doma­gal­ska, Anty­se­mi­tyzm dla inte­li­gen­cji? Kwe­stia żydow­ska w publi­cy­styce Adolfa Nowa­czyń­skiego na łamach "Myśli naro­do­wej" i "Pro­sto z mostu" na tle porów­naw­czym, War­szawa 2004, s. 44; Roman Wapiń­ski, Świa­do­mość poli­tyczna w Dru­giej Rze­czy­po­spo­li­tej, Łódź 1989, s. 424" (P. Bryk­czyń­ski, Gotowi na prze­moc, dz. cyt., s. 473, przyp. 33). [wróć]

P. Bryk­czyń­ski, Gotowi na prze­moc, dz. cyt., s. 28-29. [wróć]

"Mar­sza­łek Józef Pił­sud­ski, daw­niej socja­li­styczny rewo­lu­cjo­ni­sta i bojow­nik o wol­ność, był pierw­szym przy­wódcą odro­dzo­nej Pol­ski. Mówił o sobie, że jest Litwi­nem, i stał się sym­bo­lem pań­stwo­wej idei pol­sko­ści, która akcep­to­wała wszyst­kich goto­wych być czę­ścią narodu pol­skiego, nie­za­leż­nie od ich pocho­dze­nia etnicz­nego czy wyzna­nia" (tamże, s. 30). [wróć]

Bene­dict Ander­son - ame­ry­kań­ski poli­to­log i histo­ryk, autor m.in. książki Wspól­noty wyobra­żone. Roz­wa­ża­nia o źró­dłach i roz­prze­strze­nia­niu się nacjo­na­li­zmu (tłum. S. Amster­dam­ski, Kra­ków 1997). [wróć]

Tamże, s. 36-37. [wróć]

Zob. www.sztetl.org.pl/pl/miej­sco­wo­sci/p/586-poznan/100-demo­gra­fia/21585-demo­gra­fia. W 1921 r. liczba lud­no­ści żydow­skiej Pozna­nia wyno­siła 2088. [wróć]

Wyra­zem popar­cia dla ende­cji w Pozna­niu była masowa reak­cja na zabój­stwo pierw­szego pol­skiego pre­zy­denta Gabriela Naru­to­wi­cza doko­nane przez fana­tycz­nego zwo­len­nika par­tii Dmow­skiego, arty­stę mala­rza, E. Nie­wia­dom­skiego. Miesz­kańcy mia­sta masowo uczest­ni­czyli w mszach odpra­wia­nych w róż­nych para­fiach; orga­ni­zo­wano na nich pie­niężne składki dla rodziny Nie­wia­dom­skiego i na uczcze­nie jego pamięci, noszono żałobę po stra­co­nym Nie­wia­dom­skim, a nie po zamor­do­wa­nym Naru­to­wi­czu, zamy­kano sklepy, orga­ni­zo­wano modli­twy na lek­cjach reli­gii w szko­łach. Ważną rolę w pod­trzy­my­wa­niu tego kultu odgry­wała Naro­dowa Orga­ni­za­cja Kobiet ["Goniec Wiel­ko­pol­ski", 11.02.1923, HYPER­LINK "https://www.wbc.poznan.pl//dli­bra/meta­da­ta­se­arch?action=Advan­ced­Se­ar­chAc­tion&type=-3&val1=Title:Goniec+Wiel­ko­pol­ski%5C:+naj­star­sze+i+najta%C5%84sze+pismo+codzienne+dla+wszyst­kich+stan%C3%B3w+1923.02.11+R.46+Nr33" R.46 Nr 33, s. 1,2], zob. także "Goniec Wiel­ko­pol­ski" 14.02.1923, R.46 Nr 35; 15.02.1923, R.46 Nr 36; 07.02.1923, R.46 Nr 29 s. 1; 08.02.1923, R.46 Nr 30. W witry­nach skle­pów umiesz­czano zdję­cie Nie­wia­dom­skiego, co zostało odno­to­wane przez poli­cję i wła­dze grodz­kie [ser­decz­nie dzię­kuję dr. Mala­now­skiemu za kopię raportu poznań­skiego Urzędu Śled­czego O. II. z dnia 13.02.1923, za list Sta­ro­sty Grodz­kiego do Pro­ku­ra­tora przy Sądzie okrę­go­wym z dnia 21.02.1923 infor­mu­jący o witry­nie z foto­gra­fią Nie­wia­dom­skiego oraz odpo­wiedź Pro­ku­ra­tora z dnia 24.02.1923 (2 J. 407/23)]; podo­bi­zny Nie­wia­dom­skiego umiesz­czano także w oknach miesz­kań [za tę infor­ma­cję dzię­kuję Woj­cie­chowi Gron­dy­sowi; ponadto dr Kamil Kijek i dr hab. Grze­go­rzowi Krzy­wiec poma­gali odna­leźć wła­ściwe źró­dła, za co jestem im wdzięczna]. W odda­wa­niu hołdu Nie­wia­dom­skiemu brała czynny udział mło­dzież aka­de­micka; zob. "Prze­gląd Poranny" z dnia 25.02.1923, R.3 Nr 54. Kult Nie­wia­dom­skiego był rezul­ta­tem pro­cesu pola­ry­za­cji. [wróć]

"Kur­jer Poznań­ski", 13.11.1925, nr 303 (20), wyd. wie­czorne, s. 2. [wróć]

Cytat pocho­dzi ze strony inter­ne­to­wej Muzeum Histo­rii Żydów Pol­skich POLIN, www.sztetl.org.pl/pl/miej­sco­wo­sci/p/586-poznan/99-histo­ria-spo­lecz­no­sci/137881-histo­ria-spo­lecz­no­sci, dostęp 28.10.2020. [wróć]

Zob. R. Wit­kow­ski, Żydzi w Pozna­niu. Krótki prze­wod­nik po histo­rii i zabyt­kach, Poznań 2012. [wróć]

Tę zmianę świet­nie ilu­struje sytu­acja rodziny pol­sko-izra­el­skiej foto­grafki Firy Meła­me­dzon-Salań­skiej, pocho­dzą­cej z tere­nów obję­tych rewo­lu­cją paź­dzier­ni­kową. Po odzy­ska­niu nie­pod­le­gło­ści przez Pol­skę Meła­me­dzonowie osie­dlili się w Pozna­niu. Fira była o dzie­sięć lat star­sza od Zyg­munta Bau­mana, zamiesz­ki­wała w Pozna­niu w latach 1927-1939. Z kolei "dawni Żydzi poznań­scy czuli się Niem­cami i po utwo­rze­niu pań­stwa pol­skiego więk­szość z nich opu­ściła kraj" (A. Nizio­łek, K. Kosa­kow­ska, Fira. Poznań­scy Żydzi. Opo­wieść o życiu. Albumy i wspo­mnie­nia Firy Mała­me­dzon-Salań­skiej, Poznań 2014, s. 66). [wróć]

Archi­wum Pań­stwowe w Pozna­niu, karta mel­dun­kowa M. Bau­manna (nr 869). [wróć]

Wszyst­kie dane demo­gra­ficzne cyto­wane w tym roz­dziale - jeśli nie podano innego źró­dła - pocho­dzą ze strony www.sztetl.org.pl. [wróć]

W miej­scach, gdzie admi­ni­stra­cja nie była jed­no­lita lub była zmie­niona z powodu poja­wie­nia się innych władz i języ­ków, archiwa były miej­scami "kon­struk­cji histo­rycz­nej" - słu­żyły nie tylko reje­stra­cji pew­nej rze­czy­wi­sto­ści, ale także legi­ty­mi­za­cji nowej wła­dzy. [wróć]

W tej czę­ści Europy zmiany języka i alfa­betu oraz współ­ist­nie­nie kilku języ­ków uży­wa­nych jed­no­cze­śnie nie były wyjąt­kowe. Wyni­kało to z wie­lo­et­nicz­nego składu tery­to­riów oraz wojen i oku­pa­cji, do któ­rych docho­dziło na prze­strzeni wie­ków. Do nie­sta­bil­no­ści poli­tycz­nej należy dodać nie­istot­ność nazwisk, które stały się powszechne dopiero w XIX wieku. Wcze­śniej tylko rody szla­chec­kie i ary­sto­kra­tyczne posłu­gi­wały się her­bami i nazwi­skami rodzin­nymi w bar­dzo upo­rząd­ko­wany spo­sób (w odnie­sie­niu do ziem i mająt­ków, tytu­łów i pozy­cji). [wróć]

Należy przy­po­mnieć, iż nazwisk powszech­nie zaczęto uży­wać dopiero w XIX wieku. [wróć]

"Roz­ru­chy anty­ży­dow­skie na więk­szą skalę miały miej­sce we Wło­cławku 5-08.01.1919 roku. Zapo­cząt­ko­wał je wiec 5 stycz­nia zor­ga­ni­zo­wany przez Komu­ni­styczną Par­tię Robot­ni­czą Pol­ski (KPRP) w godzi­nach popo­łu­dnio­wych, w sali Towa­rzy­stwa Gim­na­stycz­nego przy ul. Gęsiej 13. Pod­czas jego trwa­nia utwo­rzyły się dwie grupy pro­te­stu­ją­cych: komu­ni­stów wzno­szą­cych hasła: "Precz z Armią Pol­ską i Poli­cją" oraz ich prze­ciw­ni­ków skan­du­ją­cych hasła: "Niech żyje Armia i Poli­cja". Około godz. 16.00 padły trzy strzały, co wywo­łało panikę. Ucie­ka­ją­cych Żydów zatrzy­my­wali postronni obser­wa­to­rzy i prze­trzy­my­wali do momentu poja­wie­nia się żan­dar­me­rii. Rów­no­cze­śnie zaczęto ata­ko­wać poje­dyn­czych Żydów i wybi­jać szyby w kilku skle­pach do nich nale­żą­cych. Po godzi­nie tłum roz­pę­dziła poli­cja. W dwóch następ­nych dniach two­rzyły się nie­wiel­kie grupy bijące Żydów i nisz­czące witryny skle­powe, szyby w miesz­ka­niach pry­wat­nych przy uli­cach Nowej (3 Maja), Żabiej, Zie­lo­nym Rynku. Zra­bo­wane towary (skóry i ubra­nia) ode­brała inter­we­niu­jąca poli­cja. Ostat­niego dnia zajść zebrał się tłum zło­żony głów­nie z ludzi star­szych wzno­szą­cych hasła: "Bij Żyda". Zachę­cano do rabunku skle­pów żydow­skich. Tłum ponow­nie został roz­pę­dzony przez poli­cję (choć ta inter­we­nio­wała z godzin­nym opóź­nie­niem). W prze­ci­wień­stwie do poli­cji, woj­sko wyka­zy­wało bier­ność. Powo­łana przez Radę Miej­ską Komi­sja Roz­ru­chów Antyżydow­skich usta­liła, że spraw­cami roz­ru­chów byli zarówno Żydzi (Kino, Szu­biń­ski, Łęczycki), jak i Polacy (Józef Kru­szyń­ski, Kryt, Maszew­ski). Wzro­stowi napięć towa­rzy­szyły wewnętrzne pora­chunki pomię­dzy zwal­cza­ją­cymi się orga­ni­za­cjami komu­ni­stycz­nymi (grupą pur­ma­now­ców i ich prze­ciw­ni­kami), jak i komu­ni­stami a syjo­ni­stami. W bójce 15.01.1919 r. mię­dzy komu­ni­stami a syjo­ni­stami uczest­ni­czyło kil­ka­na­ście osób. Powo­dem była próba unie­moż­li­wie­nia zebra­nia przez Orga­ni­za­cję Syjo­ni­styczną fun­du­szy na dzia­łal­ność szkół powszech­nych dla dzieci żydow­skich nr 17 i 18. Zaj­ściom towa­rzy­szyło wybi­cie szyb w syna­go­dze przy ul. Kró­le­wiec­kiej" (www.sztetl.org.pl/pl/miej­sco­wo­sci/w/307-wloc­la­wek/99-histo­ria-spo­lecz­no­sci/138251-histo­ria-spo­lecz­no­sci, dostęp 28.10.2020). [wróć]

Zob. Ł. Jastrząb, Raporty o anty­se­mic­kich wystą­pie­niach w Pol­sce po I woj­nie świa­to­wej, "Pamięt­nik Biblio­teki Kór­nic­kiej", z. 32/2015 (0551-3790). [wróć]

AIPN, BU 0193/8207, k. 238. [wróć]

Bau­man odnosi się tu do ogól­nej edu­ka­cji świec­kiej. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 3. [wróć]

Nie byłam w sta­nie usta­lić, jak miał na imię. [wróć]

AIPN, BU 0193/8207, k. 238. [wróć]

Wuj Zyg­munta Bau­mana otwo­rzył w 1919 r. sklep z męską odzieżą pro­spe­ru­jący do dzi­siaj (zob. www.bau­mans.com). [wróć]

Jedna ze znacz­nych fal emi­gra­cji z Pol­ski do Pale­styny przy­pada na lata 1924-1925 i nosi nazwę "alija Grab­skiego". W. Grab­ski był pre­mie­rem rządu, który nało­żył wyso­kie podatki na drob­nych chło­pów, rze­mieśl­ni­ków i wła­ści­cieli skle­pów, w tym wielu Żydów. "Alija" to ter­min okre­śla­jący imi­gra­cję Żydów do Pale­styny, a póź­niej do Izra­ela. [wróć]

Nauczy­ciel w żydow­skich szko­łach reli­gij­nych. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 4. [wróć]

Tamże, k. 7. [wróć]

Tamże, k. 6. [wróć]

Tamże, k. 7. [wróć]

Tamże, k. 9. [wróć]

Tamże, k. 8-9. [wróć]

Tamże, k. 9. [wróć]

Tomasz Kwa­śniew­ski był wów­czas dzien­ni­ka­rzem "Gazety Wybor­czej". Prze­pro­wa­dził kilka wywia­dów z Zyg­mun­tem Bau­ma­nem. [wróć]

T. Kwa­śniew­ski, Bau­man: koniec orgii, "Gazeta Wybor­cza. Duży For­mat", 10.02.2009. [wróć]

Tamże. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 9. [wróć]

"Kur­jer Poznań­ski", 19.11.1925, nr 313 (20), s. 4. [wróć]

"Po tym, jak Dmow­ski nie zdo­łał zdo­być man­datu w 1912 roku, endecy zor­ga­ni­zo­wali masowy boj­kot eko­no­miczny skle­pów żydow­skich w War­sza­wie, który w wiel­kim stop­niu zatruł pol­sko-żydow­skie rela­cje w naj­więk­szym pol­skim mie­ście" (P. Bryk­czyń­ski, Gotowi na prze­moc, dz. cyt., s. 35). W 1925 r. Dmow­ski tłu­ma­czył: "Syno­wie wiel­kich naro­dów umieją dla chleba czy dla kar­jery, w służ­bie inte­re­sów swego narodu iść w głąb dzi­kiej Afryki. A my nie możemy posu­nąć się o kil­ka­na­ście czy kil­ka­dzie­siąt mil w głąb ojczy­stego kraju? Niemcy kiedy leźli do Pol­ski, nie mar­twili się, że idą w warunki mniej kul­tu­ralne, oni mówili sobie: my kul­turę stwo­rzymy, my ją ze sobą zanie­siemy. I nie prze­szka­dzało im nawet, że osia­dają wśród obcych, któ­rzy widzieli w nich rabu­siów. A tu pój­dzie­cie mię­dzy swo­ich, roda­ków, któ­rzy wam będą radzi, z wyjąt­kiem nie­wielu, oba­wia­ją­cych się waszej kon­ku­ren­cji. A kon­ku­ren­cja będzie nie z Pola­kami przede wszyst­kiem, jeno z Żydami, którą wasi ojco­wie znali i pro­wa­dzić umieli" ("Kur­jer Poznań­ski", 18.11.1925, nr 311 (20), wyd. wie­czorne, s. 2). [wróć]

A. Nizio­łek, K. Kosa­kow­ska, Fira. Poznań­scy Żydzi, dz. cyt., s. 67. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 15. [wróć]

Zdję­cie zostało opu­bli­ko­wane w gaze­cie dwu­krot­nie. [wróć]

Dzię­kuję Ada­mowi Kop­ciow­skiemu, który to zdję­cie zna­lazł w archi­wach, a następ­nie podzie­lił się odkry­ciem ze swą face­bo­okową spo­łecz­no­ścią, a także za to, że pomógł mi w zdo­by­ciu wszel­kich infor­ma­cji o tym kon­kur­sie. Dzię­kuję Nata­lii Alek­siun, która wie­dząc o mojej pracy nad bio­gra­fią Bau­mana, natych­miast mi pode­słała face­bo­okową wia­do­mość. To zda­rze­nie poka­zuje pewien bez­cenny dla prac nauko­wych mecha­nizm - dzie­le­nia się danymi; jest to rodzaj kolek­tyw­nej pracy, bez któ­rej samotny badacz miałby dostęp jedy­nie do bar­dzo ogra­ni­czo­nego mate­riału. [wróć]

Kon­kurs był pierw­szym przed­się­wzię­ciem tego rodzaju w gaze­cie. W nume­rze 82 "Naszego Prze­glądu" (z 23.03.1930 r.) czy­tamy: "Ogła­szamy wielki kon­kurs pięk­no­ści dzieci. Od dawna doma­gał się tego od nas gwarny świa­tek czy­tel­ni­ków i czy­tel­ni­czek "Małego Prze­glądu". Kto czy­tuje "Mały Prze­gląd", ten w ubie­gły pią­tek mógł się prze­ko­nać, jak bar­dzo naszemu mło­demu poko­le­niu podoba się pomysł takiego kon­kursu. Stam­tąd zresztą ta myśl wyszła. (...) Ogła­szamy więc WIELKI TUR­NIEJ PIĘK­NO­ŚCI DZIECI ŻYDOW­SKICH. "Zawod­nicy" będą podzie­leni na TRZY GRUPY WEDŁUG WIEKU: I-sza grupa - dzieci naj­młod­sze do lat 3-ech; II-a grupa - dzieci od lat trzech do 6-iu; III-a grupa - dzieci od lat sze­ściu do 10-u. Z KAŻ­DEJ GRUPY czy­tel­nicy i czy­tel­niczki "Naszego Prze­glądu" wybiorą pewną ilość naj­pięk­niej­szych. Wybrańcy otrzy­mują od naszego wydaw­nic­twa cenne nagrody. (...) Od dzi­siaj już można zgła­szać kan­dy­da­tury. Wystar­czy w tym celu nade­słać do redak­cji "Naszego Prze­glądu" foto­gra­fię dziecka. Na odwrot­nej stro­nie foto­gra­fii należy podać imię i nazwi­sko dziecka, wiek i dokładny adres. Foto­gra­fie powinny być czarne na bia­łem tle" (www.polona.pl/item/nasz-prze­glad-organ-nie­za­le­zny-r-7-i-e-8-23-marca-1930-nr-82,OTQ2NTY5MQ/11/#info:meta­data, dostęp 26.08.2020). Kon­kurs był ple­bi­scy­tem - czy­tel­nicy otrzy­mali kupon do gło­so­wa­nia. Ogło­sze­nie pierw­szych wyni­ków odbyło się 1 czerwca (wygrało 6 dzieci), ale z powodu wiel­kiej popu­lar­no­ści kon­kursu zro­biono dogrywkę. Wyniki tej dodat­ko­wej czę­ści ogło­szono 15 lipca, nagra­dza­jąc wię­cej dzieci (po 25 z każ­dej grupy wie­ko­wej). W gru­pie dru­giej nagro­dzono pra­wie 30 kan­dy­da­tów - Zyguś Bau­man nie otrzy­mał żad­nego wyróż­nie­nia. [wróć]

Wię­cej o wydo­by­wa­niu z cie­nia - pracy bio­grafa w arty­kule meto­do­lo­gicz­nym zob. I. Wagner, Zdję­cie z kon­kursu pięk­no­ści i inne doku­menty oso­bi­ste. O pracy badaw­czej i poszu­ki­wa­niu zna­czeń "czar­nych dziur" - na przy­kła­dzie rekon­struk­cji bio­gra­fii Zyg­munta Bau­mana, "Auto­bio­gra­fia. Lite­ra­tura. Kul­tura. Media", nr 1(14)/2020, https://wnus.edu.pl/ au/pl/issue/1199/article/19029/, dostęp: 15.04.2021. [wróć]

Nie można wyklu­czyć, że zdję­cie było zro­bione na "zamó­wie­nie" dziadka z Wło­cławka, który sfi­nan­so­wał foto­grafa. Choć bar­dziej praw­do­po­dobne wydaje się, że było ono zro­bione tuż przed ban­kruc­twem Mau­ry­cego, kiedy jesz­cze rodzi­nie nie­źle się powo­dziło. [wróć]

Zob. I. Wagner, Pro­du­cing Excel­lence. The Making of Vir­tu­oso, New Brun­swick 2015, s. 15-19. [wróć]

T. Kwa­śniew­ski, Igno­ranci i impo­tenci. Roz­mowa z prof. Z. Bau­ma­nem, "Gazeta Wybor­cza. Duży For­mat", 21.11.2010. [wróć]

A. Nizio­łek, K. Kosa­kow­ska, Fira. Poznań­scy Żydzi, dz. cyt., s. 73. [wróć]

Wywiad z Zyg­mun­tem Bau­ma­nem prze­pro­wa­dzony w Leeds 1.11.2015. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 4. [wróć]

Według histo­ryczki Nata­lii Alek­siun "syjo­nizm - rozu­miany jako ruch i ide­olo­gia roz­woju żydow­skiej świa­do­mo­ści naro­do­wej poprzez stwo­rze­nie w Pale­sty­nie wła­snego pań­stwa oraz rene­sans języka hebraj­skiego - sta­no­wił jedno z naj­waż­niej­szych zja­wisk w naj­now­szej histo­rii Żydów". Alek­siun dodaje w przy­pi­sie: "Ter­min został użyty po raz pierw­szy przez Nathana Birn­bauma w 1890 r. na łamach wyda­wa­nego w Wied­niu pisma "Selb­ste­man­zi­pa­tion". Pod­kre­ślał on koniecz­ność stwo­rze­nia par­tii poli­tycz­nej koor­dy­nu­ją­cej dzia­ła­nia zmie­rza­jące do kolo­ni­za­cji Pale­styny" (N. Alek­siun, Dokąd dalej? Ruch syjo­ni­styczny w Pol­sce (1944-1950), War­szawa 2002, s. 19). Por. E. Men­del­sohn, On Modern Jewish Poli­tics, Oxford 1993 oraz tegoż, Zio­nism in Poland. The For­ma­tive Years, 1915-1926, New Haven - Lon­don 1981. [wróć]

Cyto­wany już wywiad z Zyg­mun­tem Bau­ma­nem (Leeds, 1.11.2015). [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 5. [wróć]

J. Bau­man, Ni­gdzie na ziemi. Powroty. Opo­wia­da­nia, Łódź 2011, s. 40. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 10. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 11. [wróć]

A. Lan­dau-Czajka, Syn będzie Lech, dz. cyt., s. 63. [wróć]

Tamże, s. 65. [wróć]

Ter­minu "asy­mi­la­cja" uży­wało się w przy­padku pro­cesu adap­ta­cyj­nego nowo przy­by­łych imi­gran­tów (w Sta­nach Zjed­no­czo­nych ter­min ten funk­cjo­nuje do dziś, pod­czas gdy w euro­pej­skich naukach spo­łecz­nych pisze się o inte­gra­cji, por. E. Moraw­ska, Bada­nia nad imi­gra­cją/etnicz­no­ścią w Euro­pie i Sta­nach Zjed­no­czo­nych: ana­liza porów­naw­cza, "Stu­dia Migra­cyjne - Prze­gląd Polo­nijny", nr 1/2009, s. 7-26). [wróć]

Wywiad Autorki z Zyg­mun­tem Bau­ma­nem prze­pro­wa­dzony w Leeds 31 paź­dzier­nika 2015 r. Wszyst­kie cytaty w tym roz­dziale nie posia­da­jące przy­pisu pocho­dzą z tego wywiadu [wróć]

T. Kwa­śniew­ski, Igno­ranci i impo­tenci, dz. cyt. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 12. [wróć]

Kon­trola prze­strzeni miej­skiej przez grupy mło­do­cia­nych sta­nowi temat badań socjo­lo­gicz­nych o stu­let­niej tra­dy­cji. Można tu wspo­mnieć bada­nia Tra­shera doty­czące gan­gów w Chi­cago (zob. F.M. Thra­sher, The gang: A study of 1,313 gangs in Chi­cago, Chi­cago 1927), stu­dium grup imi­gran­tów wło­skich w Bosto­nie z lat czter­dzie­stych ubie­głego wieku (zob. W.F. Whyte, Street Cor­ner Society, Chi­cago 1943) i pocho­dzące z począt­ków XXI wieku bada­nie fila­del­fij­skich grup zre­ali­zo­wane przez Eli­jaha Ander­sona i jego stu­den­tów (E. Ander­son, Codes of the Stre­ets, New York 2000). Casus Pozna­nia jest o tyle odmienny, iż anty­se­mi­tyzm był nie tylko feno­me­nem typo­wym dla mło­dzieży miej­skiej, ale odzwier­cie­dlał rów­nież powszechne postawy spo­łe­czeń­stwa i sta­no­wił trzon tzw. patrio­ty­zmu, legi­ty­mi­zo­wa­nego przez wielu poli­ty­ków (wyra­ża­nego np. wspie­ra­niem boj­ko­tów skle­pów czy też kolej­nymi pla­nami emi­gra­cyj­nymi dla spo­łecz­no­ści żydow­skiej) oraz roz­ma­ite insty­tu­cje, także pań­stwowe (np. uni­wer­sy­tety), poprzez wpro­wa­dza­nie i sto­so­wa­nie praw raso­wych (nume­rus clau­sus, nume­rus nul­lus). [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 12-13. [wróć]

Tamże, k. 14. [wróć]

Ter­min "pań­stwo demo­kra­tyczne" w odnie­sie­niu do mię­dzy­wo­jen­nej Pol­ski sta­nowi pod­stawę do sze­ro­kiej dys­ku­sji. Histo­ria mię­dzy­woj­nia jest burz­liwa i wiele ele­men­tów wska­zuje na brak posza­no­wa­nia zasad uwa­ża­nych za konieczne w pań­stwach prze­strze­ga­ją­cych demo­kra­cji (np. sto­su­nek do mniej­szo­ści etnicz­nych). Podob­nie kon­tro­wer­syjny może być ter­min względ­nej pro­spe­rity, nie­mniej jed­nak pol­skie spo­łe­czeń­stwo nie cier­piało z głodu na tak sze­roką skalę, jak to się działo na wscho­dzie Europy. [wróć]

J. Bau­man, Ni­gdzie na ziemi, dz. cyt., s. 37, 38. [wróć]

Tamże, s. 37. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., s. 15. [wróć]

T. Kwa­śniew­ski, Igno­ranci i impo­tenci, dz. cyt. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 11. [wróć]

Tamże, k. 17. [wróć]

Tamże, k. 15. [wróć]

T. Kwa­śniew­ski, Igno­ranci i impo­tenci, dz. cyt. [wróć]

Sam Bau­man pisze o zja­wi­sku wybiór­czej pamięci w swoim sze­roko cyto­wa­nym tu maszy­no­pi­sie, gdzie kry­tycz­nie przed­sta­wia swoje wspo­mnie­nia sprzed ponad 40 lat (Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 44). [wróć]

Dzię­kuję Macie­jowi Gduli za podzie­le­nie się ze mną tą histo­rią. Usły­szał ją od swej byłej pro­mo­torki pro­fe­sor Alek­san­dry Jasiń­skiej-Kani, która towa­rzy­szyła Bau­ma­nowi w ostat­nich latach jego życia. [wróć]

Che­der (z hebr. pokój) - szkoła reli­gijna, odpo­wied­nik pol­skiej szkoły pod­sta­wo­wej, acz­kol­wiek zakres przed­mio­tów był ogra­ni­czony do nauki czy­ta­nia tek­stów reli­gij­nych; przy­go­to­wy­wała ona do bar micwy (żeń­ski odpo­wied­nik to bat micwa) - uro­czy­sto­ści reli­gij­nej, w trak­cie któ­rej mło­dzież jest przyj­mo­wana do doro­słej spo­łecz­no­ści. Jesziwa (z hebr. posie­dze­nie) - drugi sto­pień edu­ka­cji tal­mu­dycz­nej, dostępny po ukoń­cze­niu che­deru i po bar micwie (tra­dy­cyj­nie dla nie­żo­na­tych mło­dzień­ców). [wróć]

CISZO (Cen­trale Jidi­sze Szul-Orga­ni­za­cje) - utwo­rzona w pierw­szych latach mię­dzy­woj­nia sieć szkół i insty­tu­cji edu­ka­cyj­nych i kul­tu­ro­wych. [wróć]

Bund był popu­larną socja­li­styczną par­tią żydow­ską. Ofi­cjalna nazwa w jidysz brzmiała Alge­mej­ner Jidi­szer Arbe­ter Bund in Lite, Pojln un Rusland. Marek Edel­man, chi­rurg i boha­ter powsta­nia w get­cie war­szaw­skim, w nastę­pu­jący spo­sób przed­sta­wił człon­ków par­tii: "Bun­dy­ści nie cze­kali na Mesja­sza ani nie pla­no­wali wyjazdu do Pale­styny. Wie­rzyli, że Pol­ska jest ich kra­jem, i wal­czyli o spra­wie­dliwą, socja­li­styczną Pol­skę, w któ­rej każda naro­do­wość mia­łaby wła­sną kul­tu­rową auto­no­mię i w któ­rej gwa­ran­to­wane byłyby prawa mniej­szo­ści" (cyt. za: "The Tele­graph", 4.10.2009, https://www.tele­graph.co.uk/news/obi­tu­aries/poli­tics-obi­tu­aries/6259900/Marek-Edel­man.html, prze­kład wła­sny I.W., dostęp 30.10.2020). [wróć]

Wło­dzi­mierz Szer (1924-2013) - pol­ski bio­che­mik, uro­dzony w War­sza­wie w rodzi­nie księ­go­wego zwią­za­nego z Bun­dem. Jego życio­rys, opi­sany w książce auto­bio­gra­ficz­nej Do naszych dzieci. Wspo­mnie­nia (2013), posiada wiele punk­tów stycz­nych z życio­ry­sem Bau­mana. Obej­mują one nie tylko wojnę spę­dzoną w ZSRR i walkę w sze­re­gach kościusz­kow­ców, ale także służbę w KBW i emi­gra­cję w latach sześć­dzie­sią­tych. Szer był w USA pro­fe­so­rem w School of Medi­cine New York Uni­ver­sity. W 2011 r. prze­pro­wa­dzi­łam z nim wywiad w San Diego (Kali­for­nia), gdzie zamiesz­ki­wał w ostat­nich latach swego życia. [wróć]

W. Szer, Do naszych dzieci. Wspo­mnie­nia, War­szawa 2013, s. 20-21. [wróć]

Marian Tur­ski (ur. 1926 w Dru­skien­ni­kach) wojnę spę­dził w łódz­kim get­cie, skąd w 1944 r. został wywie­ziony do obozu Auschwitz-Bir­ke­nau. Prze­żył marsz śmierci. Od 1945 r. mieszka w War­sza­wie. Był człon­kiem PPR, następ­nie PZPR. Peł­nił funk­cję redak­tora naczel­nego "Sztan­daru Mło­dych". Od 1958 r. kie­row­nik działu histo­rycz­nego tygo­dnika "Poli­tyka". Wice­prze­wod­ni­czący Sto­wa­rzy­sze­nia Żydow­ski Insty­tut Histo­ryczny w Pol­sce i prze­wod­ni­czący Rady Muzeum Histo­rii Żydów Pol­skich Polin. Od 2000 jest też człon­kiem Mię­dzy­na­ro­do­wej Rady Oświę­cim­skiej. [wróć]

Kamil Kijek (powo­łu­jąc się na publi­ka­cję S. Fro­sta: Scho­oling as a Socio-poli­ti­cal Expres­sion: Jewish Edu­ca­tion in Inter­war Poland, Jeru­sa­lem 1998) podaje, że 80% żydow­skich dzieci w wieku 7-14 lat uczęsz­czało do publicz­nych szkół powszech­nych. "Domi­na­cja pań­stwowa w kształ­ce­niu Żydów ukształ­to­wała się już w latach 20. (...). Wzrost ten spo­wo­do­wany był zarówno czyn­ni­kami demo­gra­ficz­nymi (powo­jenny wzrost uro­dzeń), eko­no­micz­nymi (zubo­że­niem więk­szo­ści warstw żydow­skich w wyniku wiel­kiego kry­zysu, co utrud­niało im wysła­nie potom­stwa do rela­tyw­nie dro­gich szkół pry­wat­nych), jak i poli­tyką spo­łeczną władz, wyraź­nie dążą­cych do osła­bie­nia pry­wat­nego sek­tora żydow­skiej edu­ka­cji" (K. Kijek, Mię­dzy inte­gra­cją a wyklu­cze­niem. Doświad­cze­nia szkolne jako czyn­nik poli­tycz­nej socja­li­za­cji mło­dzieży żydow­skiej w Pol­sce okresu mię­dzy­wo­jen­nego, [w:] A. Lom­part (red.), Jed­nostka zako­rze­niona? Wyko­rze­niona?, War­szawa 2010, s. 171-172). [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 18. [wróć]

Tamże. [wróć]

Tamże, k. 10. [wróć]

Tamże, s. 15. [wróć]

ORT - pełna nazwa: Orga­ni­za­cja Roz­woju Twór­czo­ści Prze­my­sło­wej Rze­mieśl­ni­czej i Rol­ni­czej wśród Lud­no­ści Żydow­skiej w Pol­sce (jidysz: Gezeł­szaft cu Farsz­prejtn Meło­che un Erd-Arbet Cwiszn Jidn), nazy­wana też Towa­rzy­stwem Popie­ra­nia Pracy Zawo­do­wej i Rol­ni­czej wśród Żydów oraz Towa­rzy­stwem Sze­rze­nia Pracy Zawo­do­wej i Rol­nej wśród Żydów (daw­niej "ORT"). Jak podaje Nata­lia Alek­siun, ORT zostało utwo­rzone w 1880 r. pod car­ską kon­trolą (jako Obszcze­stwo Raspro­stra­nie­nija Truda sredi Jew­re­jew w Ros­siji). Orga­ni­za­cja wspie­rała kształ­ce­nie zawo­dowe - prace ręczne i naukę rze­mio­sła - wśród człon­ków spo­łecz­no­ści żydow­skiej. W 1921 r. ORT stało się insty­tu­cją mię­dzy­na­ro­dową. Wię­cej na stro­nie www.jhi.pl/psj/ (dostęp 1.09.2020). [wróć]

He-Cha­luc - orga­ni­za­cja mło­dzie­żowa mająca na celu wycho­wa­nie mło­dych ludzi w duchu socja­li­stycz­nego syjo­ni­zmu i przy­go­to­wa­nie do alii; nie była zwią­zana z żadną par­tią poli­tyczną. [wróć]

Gor­do­nia - syjo­ni­styczna mło­dzie­żowa orga­ni­za­cja pio­nier­ska, bli­ska Syjo­ni­stycz­nej Par­tii Pracy "Hitach­dut"; przy­go­to­wy­wała do emi­gra­cji do Pale­styny. [wróć]

Tzw. para­graf aryj­ski był rasi­stow­skim pra­wem regu­lu­ją­cym w Niem­czech nazi­stow­skich dzia­ła­nia wielu pro­fe­sji, kor­po­ra­cji, sto­wa­rzy­szeń itd. To był prze­pis prze­wodni do innych doku­men­tów, który wyklu­czał ludzi nale­żą­cych do "niearyj­skiej rasy" i doty­kał głów­nie Żydów. W mię­dzy­wo­jen­nej Pol­sce wiele insty­tu­cji wdra­żało "aryj­skie para­grafy", które ogra­ni­czały uczest­nic­two w danej gru­pie do pol­skich kato­li­ków. Zob. M. Natkow­ska, Nume­rus clau­sus, getto ław­kowe, nume­rus nul­lus, "para­graf aryj­ski". Anty­se­mi­tyzm na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim 1931-1939, War­szawa 1999. [wróć]

A. Kłodź, Tajem­nica Pana Cukra, War­szawa 2015, s. 308-309. [wróć]

Nume­rus nul­lus (z łac. dosł. liczba zero) - ter­min ten odnosi się do cał­ko­wi­tego wyklu­cze­nia nie­któ­rych grup spo­śród kan­dy­da­tów na stu­dia (W. Kopalin?ski, Słow­nik wyra­zów obcych i zwro­tów obco­ję­zycz­nych, War­szawa 1980, s. 679). Nume­rus nul­lus jest eks­tre­malną wer­sją nume­rus clau­sus, który według słow­nika Laro­usse'a ozna­cza "ogra­ni­cze­nie dys­kry­mi­na­cyjne liczby osób przy­ję­tych do kon­kursu, funk­cji, oceny - jako zgodne z decy­zją pod­jętą wcze­śniej przez dany organ/insty­tu­cję" (prze­kład wła­sny z fran­cu­skiego I.W.; ory­gi­nał defi­ni­cji: https://www.laro­usse.fr/dic­tion­na­ires/fran­cais/numerus_clausus/55268, dostęp 15.11.2020). W kon­tek­ście śro­do­wi­ska aka­de­mic­kiego było to w prak­tyce wyklu­cze­nie danej grupy z moż­li­wo­ści stu­dio­wa­nia. W odnie­sie­niu do mię­dzy­wo­jen­nej Pol­ski (zwłasz­cza po 1935 r.) prze­pis dotknął głów­nie Żydów. [wróć]

W arty­kule poświę­co­nym sytu­acji stu­den­tów żydow­skich na uni­wer­sy­te­tach N. Alek­siun napi­sała: "Żydow­ski dom aka­de­micki słu­żył jako miej­sce spo­tkań róż­nych ugru­po­wań stu­den­tów, któ­rzy się spo­ty­kali na zebra­niach poświę­co­nych dys­ku­sjom poli­tycz­nym: syjo­ni­stom, bun­dy­stom, fol­ki­stom i komu­ni­stom" (N. Alek­siun, Toge­ther but Apart: Uni­ver­sity Expe­rience of Jewish Stu­dents in the Second Polish Repu­blic, "Acta Polo­niae Histo­rica", 109/2014, s. 126). [wróć]

H. Rabi­no­wicz w arty­kule The Bat­tle of the Ghetto Ben­ches ("The Jewish Quar­terly Review", nr 2[55]/1964) pisał: "W 1937 r. Pol­ska miała pięć uzna­nych przez pań­stwo uni­wer­sy­te­tów: w Kra­ko­wie, War­sza­wie, Lwo­wie, Wil­nie i Pozna­niu. Było też pięt­na­ście innych waż­nych insty­tu­cji edu­ka­cyj­nych. W roku aka­de­mic­kim 1923/1924 8 325 Żydów i 23 810 nie-Żydów było zapi­sa­nych na uni­wer­sy­tety. W latach 1937-1938 tylko 4 879 z 48 168 stu­den­tów (10%) było Żydami (...). Więk­szość stu­den­tów zapi­sała się na wydziały prawa i filo­zo­fii. W latach 1932-1933 żydow­scy stu­denci sta­no­wili 8% rocz­ni­ków szkoły medycz­nej, 2% na far­ma­cji (...). Wśród 2000 pro­fe­so­rów było 20 Żydów. Kapi­tan Peter Wri­ght z bry­tyj­skiej misji napi­sał w 1919 r.: "Żydow­scy pro­fe­so­ro­wie, pomimo tego iż mogli nauczać, zostali wyklu­czeni z uni­wer­sy­tetu; żydow­scy leka­rze, nawet sławni, zostali wyrzu­ceni ze szpi­tali"" (s. 151). I dalej: "Pod­czas gdy rząd ofi­cjal­nie potę­pił i nieofi­cjal­nie poparł nume­rus clau­sus, wielu pol­skich uczo­nych pro­te­sto­wało (...). Jesie­nią 1925 r. było 400 żydow­skich kan­dy­da­tów na wydziale medycz­nym w Kra­ko­wie. Przy­jęto tylko 13" (s. 154; prze­kład wła­sny I.W.). Wię­cej o sytu­acji żydow­skich stu­den­tów na pol­skich uczel­niach w latach 1918-1939 można prze­czy­tać w: N. Alek­siun, Toge­ther but Apart, dz. cyt.; S. Rud­nicki, From "Nume­rus Clau­sus" to "Nume­rus Nul­lus", "Polin. A Jour­nal of Polish-Jewish Stu­dies", nr 2/1987; M. Natkow­ska, Nume­rus clau­sus, getto ław­kowe, nume­rus nul­lus, "para­graf aryj­ski", dz. cyt. [wróć]

Socjo­log Ludwik Krzy­wicki (1859-1941) pisał w swoim dzien­niku: "W roku aka­de­mic­kim 1935/36 występy anty­se­mic­kie przy­brały sil­nie na swoim napię­ciu, tak samo jak wzmo­gły się rów­nież w całym kraju. Obfi­tość awan­tur i wybu­chów wyka­zy­wała, iż nad roz­dmu­cha­niem tych waśni ktoś pra­cuje sys­te­ma­tycz­nie. Rzecz była jasna. Ende­cja pra­gnęła sko­rzy­stać ze śmierci mar­szałka i nie­po­pu­lar­no­ści puł­kow­ni­ków. Uru­cho­miła więc wszyst­kie siły do walki z ist­nie­ją­cym rzą­dem. (...) Ende­cja zro­zu­miała, że hasła anty­se­mic­kie nada­wały się w roli środka do opa­no­wa­nia tłu­mów i roz­ko­ły­sa­nia namięt­no­ści, mło­dzież zaś aka­de­micka miała speł­nić rolę przed­niego zastępu w tym ude­rze­niu na rząd hasłami prze­ciw Żydom" (cyt. za: Prze­ciw anty­se­mi­ty­zmowi 1936-2009, t. 1-3, dz. cyt., s. 454). [wróć]

Odno­śnie do wizyty Goeb­belsa w 1934 r. zob. O. Śmie­cho­wicz, Skrzy­dlaty homo aca­de­mi­cus. Por­tret Tade­usza Zie­liń­skiego w sto sześć­dzie­siątą rocz­nicę uro­dzin, "Mean­der", nr 74/2019, https://ruj.uj.edu.pl/xmlui/bit­stream/han­dle/item/147095/smiechowicz_ skrzydlaty_homo_academicus_2019.pdf?sequ­ence=1&isAl­lo­wed=y, dostęp 15.11.2020. Odno­śnie do wizyty Franka w 1938 r. zob. Dzieje Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego 1915-1945, [w:] Monu­menta Uni­ver­si­ta­tis Var­so­vien­sis 1816-2016, www.wuw.pl/data/inc­lude/cms/monu­menta-ebook/pdf/Dzieje-Uni­wer­sy­tetu-War­szaw­skiego-1915-1945.pdf, s. 293, 569 (wizyta Hansa Franka). [wróć]

Wro­gość nie była jedy­nie skie­ro­wana wobec Żydów, ale także wobec innych przed­sta­wi­cieli mniej­szo­ści, jak np. Ukra­ińcy (zob. A. Hna­tiuk, Odwaga i strach, Wro­cław 2016). [wróć]

Z zacho­wa­nych ulo­tek Ligi Zie­lo­nej Wstążki wynika, że orga­ni­za­cja ta została stwo­rzona dla pol­skich nauczy­cieli aka­de­mic­kich i stu­den­tów, aby wal­czyć w zor­ga­ni­zo­wany spo­sób i wdro­żyć pla­no­wane dzia­ła­nia prze­ciwko "wpły­wowi Żydów na pol­skie spo­łe­czeń­stwo". Ulotki zawie­rały trzy żąda­nia: boj­kot skle­pów, usług i zawo­dów, zerwa­nie wszyst­kich kon­tak­tów z żydow­skimi kole­gami i współ­pra­cow­ni­kami oraz wspie­ra­nie nume­rus clau­sus na każ­dym uni­wer­sy­te­cie (zob. H. Rabi­no­wicz, The Bat­tle of the Ghetto Ben­ches, dz. cyt.). [wróć]

Zob. N. Alek­siun, Toge­ther but Apart, dz. cyt. [wróć]

W Wytrą­co­nych z mil­cze­nia Mag­da­lena Gro­chow­ska opi­suje sytu­ację na uni­wer­sy­te­tach, cytu­jąc pro­fe­sora Kotar­biń­skiego: "Dzie­dzi­niec Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego, listo­pad 1932 roku, tłum w bia­łych czap­kach bije stu­denta Żyda. "Zespo­le­nie ban­dy­ty­zmu z czap­kami Brat­niej Pomocy - pisze Kotar­biń­ski do Kazi­mie­rza Twar­dow­skiego - stwa­rzały jakiś spe­cjal­nie wstrętny kom­pleks". Na zaję­ciach sły­szy się: "Tutaj śmier­dzi Żydami...". W kla­pach mary­na­rek i żakie­tów wpięte zie­lone wstą­żeczki - sym­bol boj­kotu Żydów. We Lwo­wie Twar­dow­ski wdaje się w roz­mowę z bojówką stu­den­tów uzbro­jo­nych w pałki. "Prze­ko­na­łem tylko sie­bie o ich ogrom­nym zaśle­pie­niu". Wie­niec ONR-u w gma­chu Poli­tech­niki War­szaw­skiej. Stu­dent archi­tek­tury Adam Kotar­biń­ski, syn pro­fe­sora, zwią­zany z mło­dzieżą lewi­cową, idzie z kolegą, sym­pa­ty­kiem komu­ni­zmu. Bojów­ka­rze biją kolegę rurką, zła­mali mu palec. "Nie­na­wiść naro­dowa odnio­sła sta­now­cze zwy­cię­stwo w murach uni­wer­sy­te­tów - pisze Kotar­biń­ski w Racjo­na­li­ście. - Forma tej waśni nosi piętno bru­tal­no­ści (...) tym wstręt­niej­szej, że sca­lo­nej (...) z osten­ta­cją rze­ko­mego chrze­ści­jań­stwa". Pobożni szo­wi­ni­ści wzy­wają do eli­mi­na­cji Żydów jako "plu­ga­wego nalotu"; Kościół reaguje nie wtedy, gdy biją ludzi - zauważa - tylko wtedy, gdy pobito szyby w świą­tyni. "I my, i Żydzi z per­spek­tywy księ­życa jeste­śmy jak mrówki, które los pomie­szał w worku i wysy­pał na dolinę Wisły. (...) Pozo­staje się zago­spo­da­ro­wać razem (...). Nume­rus nul­lus - dla pałek i kaste­tów"" (M. Gro­chow­ska, Wytrą­ceni z mil­cze­nia, Woło­wiec 2013, s. 29). [wróć]

Byli to m.in.: Tade­usz Kotar­biń­ski, Rudolf Weigl, Ludwik Krzy­wicki, Mie­czy­sław Micha­ło­wicz, Fran­ci­szek Venu­let i Zyg­munt Radliń­ski. O R. Weiglu, lwow­skim pro­fe­so­rze mikro­bio­lo­gii, zob. R. Wój­cik, Kapry­śna gwiazda Rudolfa Weigla, Gdańsk 2015; także A. Allen, Fan­ta­styczne labo­ra­to­rium dok­tora Weigla. Lwow­scy uczeni, tyfus i walka z Niem­cami, Woło­wiec 2016; na temat M. Micha­ło­wi­cza, F. Venu­leta i Z. Radliń­skiego, pro­fe­so­rów Wydziału Medycz­nego Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego, zob. N. Alek­siun, Toge­ther but Apart, dz. cyt., s. 123; na temat L. Krzy­wic­kiego i T. Kotar­biń­skiego, pro­fe­so­rów filo­zo­fii UW, zob. H. Mar­kie­wicz, Prze­ciw nie­na­wi­ści i pogar­dzie, "Tek­sty Dru­gie", nr 6/2004, s. 110; www.rcin.org.pl/Con­tent/53490/WA248_69054_P-I-2524_markiew-prze­ciw.pdf, dostęp 2.11.2020. [wróć]

H. Mar­kie­wicz, Prze­ciw nie­na­wi­ści i pogar­dzie, dz. cyt., s. 109. Listy pro­te­sta­cyjne były pisane przez aka­de­mi­ków w USA i w Euro­pie, ale nie odnio­sły one żad­nych skut­ków. [wróć]

M. Gro­chow­ska pisze o Kotar­biń­skim: "Poszar­pali go w sza­mo­ta­ni­nie na dzie­dzińcu. Grożą mu żylet­kami. (Na tere­nie uni­wer­sy­tetu chroni go kilku stu­den­tów). Naro­dowcy nawo­łują do boj­kotu wykła­dów tego "pro­fe­sora żydo­fila". Gdy żąda legi­ty­ma­cji stu­denc­kiej od pro­wo­dyra grupy, która wtar­gnęła na jego wykład, spy­chają go z kate­dry i rzu­cają nim jak piłką" (M. Gro­chow­ska, Wytrą­ceni z mil­cze­nia, dz. cyt., s. 30). [wróć]

N. Alek­siun wymie­nia nastę­pu­jące orga­ni­za­cje, które pro­te­sto­wały: Zwią­zek Pol­skiej Mło­dzieży Demo­kra­tycz­nej i Zwią­zek Nie­za­leż­nej Mło­dzieży Socja­li­stycz­nej (N. Alek­siun, Toge­ther but Apart, dz. cyt., s. 129, przyp. 96). [wróć]

Zob. tamże. [wróć]

Zob. K. Mara­mo­rosch, The Thorny Road to Suc­cess: A Memoir, Blo­oming­ton 2015. [wróć]

Infor­ma­cja na pod­sta­wie wywiadu z Karo­lem Mara­mo­ro­schem, prze­pro­wa­dzo­nego w 2010 r. w Scars­dale (NY). [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 13-14. [wróć]

W tra­dy­cyj­nych spo­łecz­no­ściach żydow­skich swatka wybiera kan­dy­data lub kan­dy­datkę do mał­żeń­stwa i orga­ni­zuje spo­tka­nia rodzin i przy­szłych nowo­żeń­ców. [wróć]

Mizra­chi lub Mizra­chim, arab­scy Żydzi, Mizra­chijczycy - lud­ność żydow­ska zamiesz­ku­jąca kraje arab­skie w Afryce Pół­noc­nej i Azji Środ­ko­wej oraz na Bli­skim Wscho­dzie i Kau­ka­zie. [wróć]

Archi­wum Pań­stwowe w War­sza­wie, KW PZPR, teczka per­so­nalna Z. Bau­mana, nr 16 421 (3183). [wróć]

Mapaj - par­tia socja­li­styczno-pacy­fi­styczna, bar­dzo popu­larna wśród emi­gran­tów z Pol­ski w Pale­sty­nie. [wróć]

AIPN, BU 0193/8207. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 18. [wróć]

Tamże, k. 19. [wróć]

Archi­wum Mia­sta Pozna­nia, Gim­na­zjum im. G. Ber­gera, nr kat. IVb-4-736, kata­log główny klasy Ia. W kla­sie Ib nie było uczniów kate­go­ry­zo­wa­nych jako Żydzi - jedy­nie 5 uczniów na nie­spełna setkę. Jestem wdzięczna Annie Kłys za kwe­rendę w poznań­skim archi­wum i pomoc w zna­le­zie­niu infor­ma­cji doty­czą­cej ucznia tego gim­na­zjum - Zyg­munta Bau­mana. [wróć]

N. Alek­siun, Toge­ther but Apart, dz. cyt., s. 111, przyp. 3. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 19-20. [wróć]

Tamże, k. 23-24. [wróć]

Wywiad z Zyg­mun­tem Bau­ma­nem prze­pro­wa­dzony w Leeds w 2015 r. [wróć]

K. Kijek, Mię­dzy inte­gra­cją a wyklu­cze­niem, dz. cyt., s. 176. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., s. 24. [wróć]

Jak stwier­dza Simon Geissbühler w swym tek­ście o przy­czy­nia­niu się "sąsia­dów" do maso­wych mor­dów Żydów w Rumu­nii "[p]rze­ko­na­nie, że Niemcy byli jedy­nymi spraw­cami Holo­kau­stu - pogląd, który przez wiele lat zdo­mi­no­wał opi­nię publiczną, a nawet bada­nia - już dawno oka­zało się fał­szywe. Wymie­nie­nie innych spraw­ców z pew­no­ścią nie ma na celu rela­ty­wi­za­cji odpo­wie­dzial­no­ści Nie­miec. Uwzględ­nia jedy­nie fakt, że zaan­ga­żo­wani byli nie-Niemcy"; S. Geissbühler, "He spoke Yid­dish like a Jew": Neigh­bors' Con­tri­bu­tion to the Mass Kil­ling of Jews in Nor­thern Buko­vina and Bes­sa­ra­bia, July 1941, "Holo­caust and Geo­n­cide Stu­dies" 28(3)/2014. Zob. także J.T. Gross, Sąsie­dzi. Histo­ria zagłady żydow­skiego mia­steczka, Sejny 2000; B. Engel­king, J. Gra­bow­ski (red.), Dalej jest noc. Losy żydów w wybra­nych powia­tach oku­po­wa­nej Pol­ski, War­szawa 2018. [wróć]

Ten stop­niowy pro­ces został świet­nie zilu­stro­wany na przy­kła­dzie dwóch sąsia­du­ją­cych rodzin, które zaj­mo­wały się szy­ciem i sprze­dażą tka­nin, w fil­mie fran­cu­sko-wło­skim reży­se­ro­wa­nym przez Ettore Scolę zaty­tu­ło­wa­nym Nie­uczciwa kon­ku­ren­cja (tyt. oryg. Con­cor­renza sle­ale, 2001). Film poka­zuje wzrost faszy­zmu w przed­wo­jen­nych Wło­szech. [wróć]

Noc krysz­ta­łowa - noc z 9 na 10 listo­pada 1938 r., kiedy w Niem­czech za zgodą władz doszło do maso­wych pogro­mów lud­no­ści żydow­skiej. [wróć]

Wyjąt­kowo skrzęt­nie spraw­dzano waż­ność pasz­por­tów, powo­łu­jąc się na prze­pis, na mocy któ­rego brak pie­czątki (prze­dłu­że­nie waż­no­ści) miał ozna­czać utratę oby­wa­tel­stwa. Spory co do pra­wo­moc­no­ści tego prze­pisu trwały wiele zimo­wych mie­sięcy. Wię­cej zob. J. Skó­rzyń­ska, W. Olej­ni­czak, Do zoba­cze­nia za rok w Jero­zo­li­mie - depor­ta­cje Pol­skich Żydów w 1938 roku z Nie­miec do Zbą­szy­nia, Poznań 2012; por. J. Toma­szew­ski, Pre­lu­dium zagłady. Wygna­nie Żydów Pol­skich z Nie­miec w 1938 r., War­szawa 1998. [wróć]

Dzię­kuję za pomoc w odtwo­rze­niu tego wątku Andrze­jowi Nizioł­kowi, zaj­mu­ją­cemu się losami poznań­skich Żydów. Opra­co­wy­wał on spu­ści­znę Noacha Lasmana, z któ­rym Bau­man miał bar­dzo bli­ski kon­takt - zwłasz­cza w okre­sie izra­el­skim. [wróć]

N. Lasman, Wspo­mnie­nia z trzech świa­tów, Poznań 2019, s. 51-52. [wróć]

Tamże. [wróć]

N. Alek­siun, Dokąd dalej? Ruch syjo­ni­styczny w Pol­sce (1944-1950), dz. cyt., s. 33. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 25. [wróć]

Według Nizio­łek i Kosa­kow­skiej "poznań­ski Haszo­mer Hacair mie­ścił się na pię­trze nie­uży­wa­nej syna­gogi Gminy Braci (Bru­der­ge­me­inde) z połowy XIX wieku przy ul. Szew­skiej 5. Była to bóż­nica Żydów refor­mo­wa­nych, któ­rzy po powsta­niu nie­pod­le­głej Pol­ski w więk­szo­ści wyje­chali do Nie­miec. Budy­nek został roze­brany po 1945 roku" (A. Nizio­łek, K. Kosa­kow­ska, Fira. Poznań­scy Żydzi, dz. cyt., przyp. 18). [wróć]

Tamże, s. 36. [wróć]

Cere­mo­nia reli­gijna odby­wa­jąca się w momen­cie wej­ścia w wiek doro­sły - bar bicwa dla chłop­ców, bat micwa dla dziew­cząt. Jest to pod­sta­wowy rytuał w juda­izmie. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 26. [wróć]

Na temat punk­tów zwrot­nych zob. E.C. Hughes, Socio­lo­gi­cal Eye, Chi­cago 1971; A. Abbott, On the con­cept of tur­ning point, "Com­pa­ra­tive Social Rese­arch", nr 16/1997, s. 85-105. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 26. [wróć]

Auto­rem wier­sza jest Wło­dzi­mierz Holsz­tyń­ski, któ­remu jestem głę­boko wdzięczna za udzie­le­nie zgody na jego publi­ka­cję. [wróć]

Jestem wdzięczna dr. hab. Toma­szowi Chin­ciń­skiemu za pomoc w przed­sta­wie­niu kwe­stii służby woj­sko­wej osób posia­da­ją­cych kate­go­rię "Żyd", a więc będą­cych człon­kami tzw. mniej­szo­ści naro­do­wych. "Z dostęp­nej lite­ra­tury przed­miotu wia­domo, że gene­ral­nie mniej­szo­ści naro­dowe nie cie­szyły się zaufa­niem naj­wyż­szych pol­skich władz woj­sko­wych. Wyda­wano róż­nego rodzaju nor­ma­tywy, które nie pozwa­lały na służbę żoł­nie­rzy naro­do­wo­ści nie­po­lskiej w nie­któ­rych rodza­jach broni i służb. Były to: żan­dar­me­ria, łącz­ność, służby uzbro­je­nia, lot­nic­twa i mary­narki wojen­nej. Usta­lano limity żoł­nie­rzy nie­po­lskiego pocho­dze­nia, od kilku do kil­ku­dzie­się­ciu pro­cent, mogą­cych zna­leźć się w kon­kret­nej jed­no­stce. Uza­sad­niano to wzglę­dami bez­pie­czeń­stwa wojen­nego oraz ochroną tajem­nicy woj­sko­wej. W efek­cie czego przed­sta­wi­ciele mniej­szo­ści rzadko tra­fiali do oddzia­łów linio­wych, naj­czę­ściej kie­ro­wano ich do służb tyło­wych lub pomoc­ni­czych. Por. A. Wodzyń­ski, W odwro­cie i walce. Codzien­ność żoł­nie­rzy pol­skich pod­czas kam­pa­nii 1939 roku, Gdańsk 2013, s. 41 i n.; W. Rezmer, Mniej­szo­ści naro­dowe w Woj­sku Pol­skim w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem Dowódz­twa Okręgu Kor­pusu nr VIII w Toru­niu, [w:] Mniej­szo­ści naro­dowe i wyzna­niowe w woje­wódz­twie pomor­skim w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym (1920-1939). Zbiór stu­diów, red. M. Woj­cie­chow­ski, "Sto­sunki Naro­do­wo­ściowe i Wyzna­niowe na Pomo­rzu w XIX i XX wieku", t. 1, Toruń 1991, s. 131 i n." (kore­spon­den­cja pry­watna z dr. hab. Toma­szem Chin­ciń­skim, 19.11.2020 r.). [wróć]

Naj­praw­do­po­dob­niej Bau­man miał na myśli noc z 2 na 3 wrze­śnia 1939 r. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 26. [wróć]

Wszyst­kie wypo­wie­dzi Z. Bau­mana w tym roz­dziale nie­bę­dące cyta­tami z maszy­no­pisu Z. Bau­mana "Polacy, Żydzi i ja" pocho­dzą z wywiadu prze­pro­wa­dzo­nego w Leeds w 2015 r. [wróć]

Uży­wam zamien­nie ter­mi­nów "manu­skrypt" i "maszy­no­pis". Manu­skrypt ma więc tu zna­cze­nie nie­pu­bli­ko­wa­nego, a nie ręcz­nie pisa­nego tek­stu; zob. defi­ni­cję Laro­usse'a: "W powszech­nym rozu­mie­niu ręko­pis ozna­cza "tekst odręczny". Jako ter­min tech­niczny dla publi­ka­cji i prasy ozna­cza teraz ory­gi­nalny tekst prze­zna­czony do druku, nie­za­leż­nie od jego formy mate­rial­nej: autor może przed­ło­żyć swój manu­skrypt w for­mie elek­tro­nicz­nej" (https://www.laro­usse.fr/dic­tion­na­ires/fran­cais/manu­scrit/49284#:~:text=Dans%20son%20usage%20courant%2C%20manu­scrit,remet­tra%20son%20manu­scrit%20sur%20disquettes, dostęp 15.11.2020). [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 26. [wróć]

Tamże, k. 27. [wróć]

Nie były to jesz­cze tzw. bom­bar­do­wa­nia dywa­nowe, które po raz pierw­szy odno­to­wano 25.09.1939 r.; w War­sza­wie zgi­nęło w ich następ­stwie 10 000 osób. Niemcy spra­wo­wali już wów­czas kon­trolę woj­skową nad całym tery­to­rium Pol­ski z wyjąt­kiem obsza­rów wschod­nich kon­tro­lo­wa­nych przez Sowie­tów. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 27. [wróć]

Tamże. [wróć]

Data wpro­wa­dze­nia "żół­tej łaty" we Wło­cławku jest róż­nie poda­wana w źró­dłach. Żydow­ski Insty­tut Histo­ryczny na stro­nie inter­ne­to­wej sztetl.org.pl pod hasłem "Wło­cła­wek / histo­ria spo­łecz­no­ści" podaje nastę­pu­jącą infor­ma­cję: "We Wło­cławku do 1 paź­dzier­nika zapła­cono 100 000 zł jako pierw­szą kon­try­bu­cję (za "wyzy­wa­jące zacho­wa­nie Żydów wobec wojsk nie­miec­kich i pod­pa­le­nia"), drugą ("za nie­prze­strze­ga­nie prze­pi­sów cho­dze­nia po jezdni") - 200 tys. zł, trze­cią ("za nie­sto­so­wa­nie się do roz­po­rzą­dze­nia o żół­tych łatach") - 250 tys. zł". Wynika z tego, że już pod koniec wrze­śnia obo­wią­zy­wał nakaz nosze­nia "łaty". Nato­miast Tomasz Sza­rota w arty­kule Reak­cja oku­po­wa­nej Europy na ozna­ko­wa­nie Żydów Gwiazdą Dawida podaje, że "pierw­szym mia­stem, w któ­rym napięt­no­wano Żydów, był leżący na zie­miach pol­skich włą­czo­nych do Rze­szy - Wło­cła­wek (Leslau). 24 paź­dzier­nika 1939 r. roz­po­rzą­dze­nie SA-Obe­rfuh­rera Hansa Cra­mera nakła­dało tam na wszyst­kich Żydów, bez róż­nicy płci i wieku, obo­wią­zek nosze­nia na ple­cach żół­tego trój­kąta o boku 15 cm" ("Kwar­tal­nik Histo­ryczny", nr 1/2001, r. 108, s. 25-36). Z opo­wia­dań Bau­mana wynika, że restryk­cja obo­wią­zy­wała już pod koniec wrze­śnia 1939 r. Wło­cła­wek był jedną z pierw­szych miej­sco­wo­ści obję­tych tym naka­zem. [wróć]

"Po wkro­cze­niu wojsk nie­miec­kich do Wło­cławka we wrze­śniu 1939 r. nastą­piły pierw­sze prze­śla­do­wa­nia. 22.09.1939 r. aresz­to­wano 23 Żydów z ulic Kowal­skiej i Łęg­skiej, któ­rzy modlili się w miesz­ka­niu M. Dyszla. W trak­cie zatrzy­ma­nia zastrze­lono lub zakłuto bagne­tami kilku (7-10) Żydów, po czym pogrze­bano ich ciała na podwó­rzu kamie­nicy przy ul. Łęg­skiej 69. Dzień póź­niej przy ul. Łęg­skiej doko­nano maso­wych rewi­zji w miesz­ka­niach żydow­skich. Aresz­to­wano około 300 męż­czyzn. W następ­nym dniu pod­pa­lono syna­gogi (przy ul. Żabiej o godz. 11.00, przy Kró­le­wiec­kiej o godz. 12.00) oraz klojz cha­sy­dów z Góry Kal­wa­rii przy ul. Kowal­skiej. W odwe­cie za rze­kome pod­pa­le­nie budyn­ków przez Żydów i bez­czelne zacho­wa­nie wobec Niem­ców SS aresz­to­wało "pod­pa­la­czy". Kilka godzin póź­niej wzięto od 800 do 1200 żydow­skich zakład­ni­ków. W trak­cie aresz­to­wa­nia lub kon­wo­jo­wa­nia do wię­zie­nia zastrze­lono dwóch Żydów, a jed­nego ciężko raniono. Powszech­nymi zja­wi­skami były jed­nost­kowe mordy, bicie Żydów poru­sza­ją­cych się uli­cami miast przez umun­du­ro­wa­nych Niem­ców oraz tzw. zabawy. Metodą eks­plo­ata­cji mająt­ko­wej były kon­try­bu­cje". Zob. www.sztetl.org.pl/pl/miej­sco­wo­sci/w/307-wloc­la­wek/99-histo­ria-spo­lecz­no­sci/138251-histo­ria-spo­lecz­no­sci, dostęp 1.09.2020. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 28. [wróć]

Tamże, k. 28-29. [wróć]

Szcze­gó­łowy opis ter­roru nazi­stow­skiego wobec spo­łecz­no­ści żydow­skiej we Wło­cławku jest dostępny na stro­nie inter­ne­to­wej Żydow­skiego Insty­tutu Histo­rycz­nego www.sztetl.org.pl/en/article/wloc­la­wek/5,history. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 5. Wszyst­kie zdrowe konie zostały zare­kwi­ro­wane przez pol­ską armię; cywi­lom pozo­stały stare i chore zwie­rzęta. [wróć]

Tamże. [wróć]

Mowa o Leonie Kozłow­skim, byłym pre­mie­rze RP, który zgło­sił się w Ber­li­nie jako sojusz­nik, a także o pró­bie utwo­rze­nia sojusz­ni­czej armii pol­skiej wal­czą­cej u boku hitle­row­skich żoł­nie­rzy prze­ciwko ZSRR przez Wła­dy­sława Stud­nic­kiego. Zob. M. Kunicki, Unwan­ted col­la­bo­ra­tors: Leon Kozłow­ski, Wla­dy­slaw Stud­nicki and the pro­blem of col­la­bo­ra­tion among Polish Con­se­rva­tive Poli­ti­cians in World War II, "Euro­pean Review of History", nr 2(8)/2001, s. 203-220, https://ora.ox.ac.uk/objects/uuid:e620ec58-c600-49a5-8c36-2956e4e80e93, dostęp 27.01.2021; także roz­mowa z Wło­dzi­mie­rzem Boro­dzie­jem: A. Gór­ski, Hitle­rowi nie zale­żało na pol­skich kola­bo­ran­tach, "Focus", 18.02.2010, www.focu­snauka.pl/arty­kul/hitle­rowi-nie-zale­zalo-na-pol­skich-kola­bo­ran­tach, dostęp 28.01.2021. [wróć]

Polacy miesz­ka­jący pod zabo­rem pru­skim mówili po nie­miecku, co było rezul­ta­tem m.in. poli­tyki Bismarcka zmie­rza­ją­cej do cał­ko­wi­tej ger­ma­ni­za­cji tych tere­nów. Zna­jo­mość języka nie­miec­kiego uła­twiała ponadto pracę w han­dlu i sta­no­wiła ważny ele­ment sta­tusu spo­łecz­nego. [wróć]

W manu­skryp­cie Bau­man napi­sał: "Na kapi­ta­nie wywarł widocz­nie duże wra­że­nie wytworny, lite­racki język nie­miecki, jakim posłu­gi­wał się Ojciec, bo popro­sił go grzecz­nie, aby repre­zen­to­wał wszyst­kich uchodź­ców. Przy­rzekł gor­li­wie, że będzie z nim współ­pra­co­wać". [wróć]

Most, o któ­rym wspo­mina Bau­man, był na Narwi. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 30. [wróć]

Tamże, k. 30. [wróć]

W listo­pa­dzie 1939 r. po tym­cza­so­wej ochro­nie nowej gra­nicy przez Wehr­macht poja­wiła się nie­miecka służba gra­niczna Grenz­schutz, prze­miesz­czona z daw­nych zachod­nich poste­run­ków pol­sko-nie­miec­kich. Grenz­schutz miał repu­ta­cję for­ma­cji okrut­nej i agre­syw­nej. Przed listo­pa­dem 1939 r. tysiące uchodź­ców prze­kro­czyło nie­le­gal­nie tę gra­nicę, ucie­ka­jąc na wschód. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 31. [wróć]

"W Ostrowi znaj­do­wało się sta­no­wi­sko dowo­dze­nia dowódcy 3 Armii hitle­row­skiej gen. art. G. Kuchlera. 24 IX odbyło się tu spo­tka­nie szefa sztabu 3 Armii, gen mjr. von Bock­mana z ofi­ce­rem sztabu 8 Armii ppłk. Schnie­wind­tem, w cza­sie któ­rego uzgod­niono współ­dzia­ła­nie obu armii w natar­ciu na War­szawę i Modlin. Znaj­do­wało się także sta­no­wi­sko dowódcy lot­nic­twa 3 Armii nie­miec­kiej. Od pierw­szych dni oku­pa­cji w Ostrowi zapa­no­wał ter­ror. Na początku wrze­śnia 1939 r. zamor­do­wano kil­ku­set Żydów. (...) 11 XI pod zarzu­tem spo­wo­do­wa­nia pożaru budyn­ków miesz­kal­nych i gma­chów uży­tecz­no­ści publicz­nej przy ul. 3 maja (obec­nie Świer­czew­skiego) roz­strze­lano ok. 600 osób z ostrow­skiej gminy żydow­skiej. Pożar ten, jak się oka­zało, wznie­cił 9 XI jeden z agen­tów hitle­row­skich w celach pro­wo­ka­cyj­nych" (M. Bart­ni­czak, Ze sta­rych i nowych dzie­jów Ostrowi Mazo­wiec­kiej. Nazwa, herb i geneza mia­sta, "Zie­mia", 1972, s. 63, www.zie­mia.pttk.pl/Zie­mia/Artykul_1972_006.pdf). [wróć]

Ten region jest pod­mo­kły, jesie­nią i wio­sną "pły­nące łąki" są czę­sto spo­ty­kane. [wróć]

Było to pol­skie wyobra­że­nie tego, jak zda­nie "Moja matka jest tutaj" brzmi po rosyj­sku. [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 33. [wróć]

Z powodu napływu uchodź­ców liczba miesz­kań­ców mia­steczka wzro­sła o około 30% w okre­sie 1939-1941 - wtedy Moło­deczno liczyło 10 000 miesz­kań­ców. [wróć]

Były to sieci zbu­do­wane z rela­cji rodzin­nych, przy­ja­ciel­skich, a nawet poli­tycz­nych. Na przy­kład Wło­dzi­mierz Szer i jego ojciec zna­leźli pomoc wśród człon­ków par­tii Bund. Trans­port, pracę, moż­li­wo­ści otrzy­ma­nia żyw­no­ści i innych koniecz­nych do prze­ży­cia rze­czy zapew­niali im "przy­ja­ciele z Bundu". [wróć]

AIPN, BU 0193/8207, k. 12. W innym doku­men­cie - życio­ry­sie z paź­dzier­nika 1949 r., który Bau­man pisał, skła­da­jąc doku­menty z poda­niem o przy­stą­pie­nie do PZPR - podaje on dokład­niej­sze dane: matka pra­co­wała w sto­łówce ofi­cer­skiej nr 2, "Wojen­go­rodka" (Archi­wum Pań­stwowe w War­sza­wie, teczka oso­bowa Z. Bau­mana, nr 16 421 (3183), KW PZPR). [wróć]

Z. Bau­man, "Polacy, Żydzi i ja" (maszy­no­pis), dz. cyt., k. 34. [wróć]

Tamże. [wróć]

Tamże. [wróć]

Tamże, k. 34-35. [wróć]

Tamże, k. 35-36. Był to tzw. para­graf 11. [wróć]

Ustawa, z któ­rej pocho­dził ów para­graf 11, ogra­ni­czała liczbę cudzo­ziem­ców (ude­rzało to głów­nie w Pola­ków miesz­ka­ją­cych na daw­nych pol­skich tere­nach), któ­rym wolno miesz­kać w mia­stach; ponadto byli pra­cow­nicy pol­skiego pań­stwa (nauczy­ciele, żoł­nie­rze zawo­dowi i urzęd­nicy), a także osoby pocho­dzące z rodzin ary­sto­kra­tycz­nych zostali wywie­zieni "na Sybe­rię" lub na "białe niedź­wie­dzie", jak mówiono, co ozna­czało depor­ta­cję. Ludzi, któ­rych uwa­żano za prze­ciw­ni­ków komu­ni­zmu, wysy­łano do obo­zów pracy. Histo­rycy wymie­niają cztery fale depor­ta­cji, ostat­nią zor­ga­ni­zo­wano w czerwcu 1941 r. i wszyst­kie zostały prze­pro­wa­dzone przez NKWD. Depor­to­wani mieli inny sta­tus niż więź­nio­wie lub inni przy­mu­sowi robot­nicy pod kon­trolą NKWD. Tylko w rzad­kich przy­pad­kach oby­wa­tele pol­scy, któ­rzy ucie­kli przed nazi­stow­ską inwa­zją i prze­żyli w ZSRR, nie byli pod widoczną kon­trolą NKWD. Tak było wyraź­nie w przy­padku rodziny Bau­ma­nów. [wróć]

Wło­dzi­mierz Szer wspo­mi­nał o swoim podob­nym doświad­cze­niu szkol­nym: "(...) w Bara­no­wi­czach Rosja­nie otwo­rzyli szkoły z czte­rema języ­kami wykła­do­wymi: pol­skim, rosyj­skim, jidysz i bia­ło­ru­skim. To chyba były resztki sto­sun­kowo libe­ral­nej poli­tyki oświa­to­wej z lat 20. Ordy­nar­nej rusy­fi­ka­cji nie widzia­łem" (W. Szer, Do naszych dzieci. Wspo­mnie­nia, War­szawa 2013, s. 93). [wróć]

Roz­bież­ność w nume­rach klas wymie­nio­nych przez Bau­mana jest kon­se­kwen­cją odmien­nego sys­temu edu­ka­cji. Gdy wybu­chła wojna, Bau­man ukoń­czył pierw­szą klasę gim­na­zjum i przy­go­to­wy­wał się do dru­giej. Na Bia­ło­rusi jed­nak prze­sko­czył bez­po­śred­nio do klasy trze­ciej. Według nowego radziec­kiego sys­temu pierw­sza klasa gim­na­zjum była pią­tym rokiem uczęsz­cza­nia do szkoły, więc prze­ska­ku­jąc drugą klasę gim­na­zjum, Bau­man pomi­jał szó­stą klasę w Związku Radziec­kim i stąd pod­czas pobytu w Moło­decz­nie ukoń­czył klasy siódmą i ósmą. [wróć]

AIPN, BU 0193/8207, k. 0023. [wróć]