Bauman. Biografia - Izabela Wagner

Reflow text when sidebars are open.
Wrocław, 22 czerwca 2013 roku
Duża, piękna, o pojemności około sześciuset osób aula Uniwersytetu Wrocławskiego, znajdującego się w mieście, które w 2016 roku będzie Europejską Stolicą Kultury.
Sala wypełniona po brzegi studentami i ich wykładowcami. Część młodych ludzi stoi stłoczona z tyłu pod ścianami w pobliżu kamer telewizyjnych, które będą rejestrować wykład. Zaproszonym mówcą jest światowej sławy intelektualista - Zygmunt Bauman. Ten wysoki, szczupły, osiemdziesięcioośmioletni mężczyzna siedzi już na scenie pomiędzy organizatorem wydarzenia profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego Adamem Chmielewskim i prezydentem Wrocławia Rafałem Dutkiewiczem. Za gościem czuwają dwaj ochroniarze zatrudnieni przez uczelnię. Pojawiają się kolejne osoby, zamieniają z prelegentem kilka słów i odchodzą. Napięcie rośnie. Dwa miesiące wcześniej Daniel Cohn-Bendit, francusko-niemiecki lewicowy polityk, z powodu pogróżek odwołał swoje wystąpienie w tym miejscu. Także tego dnia organizatorzy obawiają się zakłóceń wykładu przez ksenofobiczne, nacjonalistyczne grupy.
Bauman to wyśmienity orator. Wiele jego książek (w 2013 roku miał ich na swoim koncie ponad 50) jest bestsellerami - napisane przystępnie są adresowane do szerokiej publiczności. W perspektywie globalnej jego wizja świata stanowi inspirację dla zaangażowanej młodzieży i rozmaitych ruchów społecznych XXI wieku. Bauman jest jednym z niewielu intelektualistów, którzy stali się celebrytami. Jego wystąpienia przyciągają tysiące ludzi od Włoch po Brazylię, od Grecji po Portugalię. Także w Polsce Bauman ma swoją publiczność. Jak podaje organizator imprezy profesor Adam Chmielewski, "tematem spotkania są ideały lewicy - starej i nowej - i wyzwania, jakie stają przed lewicowymi ruchami na obecnym etapie kapitalizmu"4.
Kiedy prezydent miasta sięga po mikrofon, aby powiedzieć kilka słów, zostaje zagłuszony przez grupę kilkudziesięciu ludzi tłoczących się w głębi sali, którzy weszli w ostatniej chwili. Wznoszą okrzyki, groźnie machają wyciągniętymi przed siebie pięściami: "Dutkiewicz, kogo zapraszasz?", "Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę!", "Precz z komuną!", "Dla komuny - Norymberga!", "A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści!".
Niektórzy z tego agresywnego tłumu wznoszą ręce, hailując5. Bauman wydaje się przejęty i zdenerwowany, ale zachowuje zimną krew. Publiczność uniwersytecka jest równie przerażona, co zdziwiona tym, co się rozgrywa przed jej oczyma. Konsternacja rośnie.
Protestujący wykrzykują także "NSZ - Narodowe Siły Zbrojne!", przywołując odłam radykalnego narodowego podziemia wojskowego, które w czasie drugiej wojny światowej walczyło z nazistami, ale i z polskim lewicowym podziemiem. Dlaczego akurat takie hasło? Otóż po zakończeniu wojny dwudziestoletni Zygmunt Bauman zostaje oficerem Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW). Nie jest to jego osobista decyzja, ale efekt dekretu o wcieleniu IV Dywizji Wojska Polskiego, w której służył, do KBW - nowo utworzonej formacji. KBW w latach powojennych zwalczało właśnie grupy takie jak NSZ. To stara historia, ale wskrzeszone w ostatnich latach radykalne ugrupowania nacjonalistyczne działają w taki sposób, jakby konflikt powojenny zdarzył się wczoraj. Powołują się na spuściznę NSZ i identyfikują się z jego skrajnym nacjonalizmem, ksenofobią i antysemityzmem. Niektórzy z protestujących noszą koszulki NOP-u, Narodowego Odrodzenia Polski6 - to ugrupowanie zorganizowało ten protest wspólnie z Obozem Narodowo-Radykalnym (ONR)7. Obie partie używają falangi - symbolu przejętego jako część spuścizny ideologicznej od popularnych przed drugą wojną światową antysemickich i faszystowskich ugrupowań8. To właśnie falanga widnieje na transparentach trzymanych przez skandujących agresywne hasła mężczyzn. Po kilkunastu minutach pojawia się policja, witana oklaskami uniwersyteckiej publiczności. Zakłócająca spokój grupa opuszcza salę, ale grożąc, że powróci.
Bauman siedzi osamotniony na scenie - wygląda na załamanego.
Wystąpienie zaczęło się z opóźnieniem. Po tych zajściach niewielu uczestników pamięta, co prelegent mówił. Wszystkim natomiast zapadło głęboko w pamięć agresywne zachowanie pokazujące, że faszyzm ma ciągle jeszcze silną moc przyciągającą młodych ludzi i że są w Polsce siły polityczne, które odmawiają prawa do bycia Polakiem takim osobom jak Zygmunt Bauman.
Bauman nie komentował publicznie tego incydentu, lecz symbole na transparentach i niektóre hasła wykrzyczane przez protestujących mogły wywołać u niego wrażenie déja vu9. Pamiętał dobrze czasy dzieciństwa spędzonego w Poznaniu, kiedy boleśnie doświadczył antysemickich prześladowań. Życie w kraju, w którym obowiązywało prawo rasowej segregacji, oznaczało bycie obywatelem gorszej kategorii. W przypadku uczniów objawiało się to przypisaniem do getta ławkowego10.
Być może to właśnie w tamtej chwili poprzedzającej wrocławski wykład, w obliczu ataku "narodowców" Bauman poczuł, że jego życie zatoczyło koło. Dwudziestowieczna utopia, która żywiła jego nadzieję na rychły koniec wojen, zanik konfliktów rasowych i etnicznych, a także możliwość zbudowania sprawiedliwego społeczeństwa - nagle odeszła. Oto świat staje w obliczu starych demonów ksenofobicznej nienawiści do "innego".
Trzy lata po tamtych zajściach na Uniwersytecie Wrocławskim w centrum miasta w trakcie demonstracji narodowców spalono zdjęcie Zygmunta Baumana11. Dlaczego był on obiektem takiej nienawiści? Z jakich powodów ci młodzi ludzie domagali się jego procesu? W jaki sposób Bauman stał się kozłem ofiarnym, na którym skupia się nienawiść pewnej części polskiego społeczeństwa? Jak to się stało, że osoba szanowana, ceniona i podziwiana przez miliony ludzi na świecie była zarazem obiektem nagonki w swej ojczyźnie? Kim był Zygmunt Bauman?
Zmarły 9 stycznia 2017 roku, w wieku 92 lat, Bauman był socjologiem, filozofem, wiodącym przedstawicielem nowej dziedziny nauki zwanej cultural studies, a w ostatnich latach swego życia - zaangażowanym publicznie intelektualistą. W środowisku socjologicznym był znany już w latach sześćdziesiątych, kiedy jako młody polski uczony uczestniczył w międzynarodowych konferencjach. Sławę w świecie akademickim zapewniła mu publikacja dzieła Nowoczesność i Zagłada (Modernity and the Holocaust, 1989, wyd. pol. 1992). Książka ta, wyróżniona licznymi nagrodami, przyniosła odmienną interpretację Holokaustu i stanowiła oryginalną krytykę nowoczesności. Bauman - niezwykle zdyscyplinowany uczony i myśliciel, który sztuki komunikacji uczył się na linii frontu wojennego, kiedy "uświadamiał politycznie" często niepiśmiennych i starszych od siebie polskich żołnierzy - stał się kluczową figurą w rozwoju postmodernistycznego nurtu. "Współczesny Simmel" - tak nazywali Baumana (nawiązując do postaci wybitnego niemieckiego socjologa Georga Simmela) jego koledzy zainspirowani eklektyzmem i humanistycznym podejściem twórcy koncepcji płynnej rzeczywistości.
Będąc już na emeryturze, Bauman odszedł od akademickiego stylu pisania i zwrócił się ku szerokiej publiczności. Ten bardzo niekonwencjonalny krok w życiu 75-letniego uczonego okazał się przełomem. Emerytowany brytyjski profesor, Polak i Żyd z urodzenia, zdobył wielkie uznanie u czytelników na całym świecie. Śledzili oni jego kolejne publikacje rozwijające koncepcję płynności. Już pierwsza z nich - Płynna nowoczesność (Liquid Modernity, 2000, wyd. pol. 2006) - stała się natychmiast po wydaniu bestsellerem. Książki te upowszechniły Baumanowską wizję świata i analizy współczesnych zachodnich społeczeństw, spotkały się z zainteresowaniem milionów czytelników, czyniąc Baumana nie tylko płodnym, ale zarazem poczytnym autorem i wpływowym intelektualistą początków XXI wieku.
Bauman prezentuje swą wizję świata w sposób, który przemawia do licznych odbiorców: jest cytowany przez dziennikarzy, pisarzy, działaczy, artystów, a także naukowców i zaangażowanych publicznie intelektualistów. Niekiedy był wręcz postrzegany jako prorok, mimo iż on sam nigdy nie podejmował się przepowiadania przyszłości. Mawiał czasami, że świat napełnia go pesymizmem, ale niezwykła kreatywność ludzka pozwala na nieśmiały optymizm. Przemawiał głosem dojrzałego intelektualisty, który przez doświadczenia wojny i wygnania, dyskryminacji i prześladowań stał się szczególnie wyczulony na procesy prowadzące do dyktatur i wojen.
Bauman niechętnie mówił o swoim życiu prywatnym. Podczas cytowanych w tej książce wywiadów zastrzegał, że jego biografia nie wpłynęła w żaden znaczący sposób na jego twórczość. Niemniej jednak, stopniowo zgłębiając szczegóły życia Baumana, nabrałam przekonania, że wbrew tym deklaracjom jego prace są głęboko zakorzenione w osobistym doświadczeniu, zwłaszcza w serii dramatycznych wydarzeń z dzieciństwa, ale także tych, które przeżył jako czterdziestoparoletni mężczyzna. W nieopublikowanym manuskrypcie, zwracając się do dzieci i wnuków, Bauman opisał kluczowe wydarzenia swojego życia i wskazał, w jaki sposób zaważyły one na jego dalszych losach12.
Bauman chciał zbudować lepszy świat. Nie był pasywnym obserwatorem rzeczywistości, ale jej aktywnym współtwórcą. Brał udział w światowej debacie o zmianach społecznych, wnosząc do niej swoje oryginalne idee.
Był świadkiem i uczestnikiem wielu tragicznych wydarzeń, które w sposób fundamentalny zmieniły nasz świat. Doświadczył antysemityzmu13 w dzieciństwie spędzonym w Poznaniu, pierwszych tygodni okupacji i ucieczki przed nazizmem, uchodźczego życia w Związku Radzieckim, głodu, żołnierskiej walki frontowej pod koniec drugiej wojny światowej. Był też oficerem komunistycznej propagandy wspierającym nową władzę i jej zwycięskie wojska, a następnie przeżył upadek stalinizmu. W powojennej Polsce obserwował niestabilność systemu wahającego się pomiędzy częściową demokratyzacją a autorytaryzmem. Bauman był dwa razy uchodźcą. Po raz pierwszy od 1939 do 1944 roku i po raz drugi w roku 1968. Nie wybrał nomadycznego stylu życia, lecz został mu on narzucony. Przez większość swojego życia starał się być dobrym Polakiem - tak jak tysiące innych o podobnych biografiach - jednak Polska go nie zaakceptowała, jego polska tożsamość była kwestionowana. To, w jaki sposób on sam się identyfikował (jako Polak), nie było akceptowane przez tych, którzy posiadali władzę.
Poczucie tożsamości (kim jestem?) i master status (jak inni mnie postrzegają?) to dwie osie, które krzyżują się w tej pracy. Wykorzystuję koncepcję master status przedstawioną w 1945 roku przez chicagowskiego socjologa Everetta Hughesa. Tym terminem określa on tożsamość społeczną narzuconą przez innych. Sprzeczności statusu (contradictions of status) pojawiają się wówczas, gdy dana osoba próbuje odgrywać pewną rolę społeczną, lecz brakuje jej niezbędnych cech przypisanych tejże roli i narzuconych przez społeczeństwo14. Taka sytuacja występuje często, gdy ludzie z dyskryminowanych grup zajmują prestiżowe stanowiska lub się o nie starają.
Już jako dziecko Bauman nie mógł zostać szkolnym prymusem, pomimo iż na to zasługiwał. Najwyższe miejsce w klasie było zarezerwowane dla nieżydowskiego Polaka. W przypadku Baumana jego master status (był postrzegany jako Żyd) stanowił główny czynnik determinujący jego życie poprzez powracające ograniczanie mu ról społecznych. Napięcie między tożsamością Baumana ("jestem Polakiem") a jego master status ("jesteś Żydem"), narzuconym przez otoczenie, powracało jak bumerang w trakcie jego życia w Polsce15. Nie było to doświadczenie wyjątkowe - w okresie przedwojennym Bauman był przedstawicielem jednej z tych społeczności, które jako tzw. mniejszości etniczne doświadczały dyskryminacji.
Bauman, jak każda osoba, odgrywał wiele ról społecznych. Był uczniem, studentem, uchodźcą, żołnierzem, oficerem, szkoleniowcem - specjalistą od propagandy, naukowcem, nauczycielem akademickim, ojcem, mężem, emigrantem i imigrantem. Niemniej jednak wszystkie te role były naznaczone przez jego etniczno-kulturowe pochodzenie, silnie wpływające na interakcje z otoczeniem.
O tym, w jaki sposób plemienne postrzeganie świata powoduje dzielenie ludzi na dwie grupy: "my" i "oni", Bauman dowiedział się, osobiście doświadczając dyskryminacji. Jest to konflikt, jak pisał, "o kolor krwi - która jest bardziej czerwona" (to cytat ze wspomnianego już nieopublikowanego eseju16). Bauman nieustannie wspominał o tym konflikcie, postrzegał go jako źródło problemów ludzkości. Z pewnością jego własne życie byłoby inne, gdyby świat był wolny od zawirowań spowodowanych trybalizmem - plemiennym podejściem do innych.
Pierwszy etap życia Baumana zdominowały krańcowe doświadczenia, które spowodowały, że miał bardzo ograniczone poczucie sprawczości. Wydawało mu się, że dyskryminacja, jaka spotyka ucznia gimnazjum i jego rodzinę, jest częścią "naturalnego" stanu rzeczy. Także wydarzenia wojenne sprawiły, że życie Baumanów potoczyło się w sposób niezależny od ich woli. To najprawdopodobniej ta dynamika ukształtowała przekonanie Baumana, że życie składa się z ciągu niebezpiecznych sytuacji, a kontrola osoby nad jej własnym życiem jest silnie ograniczona; dzięki swojemu charakterowi człowiek może dostosować się do danej sytuacji, ale o sytuacji decydują historia i polityka. Taka wizja jednostki uwięzionej w potężnym świecie pozostającym poza jej kontrolą (świecie wojen i autorytaryzmów) jest sprzeczna z popularną w drugiej połowie XX wieku ideologią, która głosiła, że każdy człowiek kształtuje swój los. Podczas gdy neoliberalny pogląd głosił: "jeśli chcesz, możesz to dostać", Bauman twierdził inaczej. Opisywał społeczeństwo, którego ideologia skłania obywateli do wiary w to, że ich sprawczość potwierdza konsumpcja - jest to wszechobecna iluzja siły jednostki.
Jego książki, skierowane do czytelników żyjących w społeczeństwach tzw. cywilizacji Zachodu, opowiadają o tym, że choć kapitalizm obiecywał, iż poprzez zakupy i konsumpcję wszelakich dóbr można osiągnąć szczęście, w istocie destabilizował wszystko, co te społeczeństwa uprzednio stworzyły: stosunki społeczne, zasady, moralność, miłość, wartości. W ujęciu Baumana wszystko to zostało "upłynnione". Niegdyś trwałe, wyraziste procesy i zasady typowe dla "nowoczesności", z charakterystycznym poczuciem ciągłego rozwoju i postępu, stały się teraz płynne i cechuje je zamiłowanie do kolejnych, coraz to nowych, jeszcze lepszych rozwiązań - do innowacji dla innowacji.
Poczucie "płynności", tymczasowość i brak stabilności (które stworzyły prekariat) są znakiem naszych czasów. Wcześniejszy dominujący tryb życia, postrzegany jako solidny, stały i przejrzysty, ustąpił miejsca nowemu, jeszcze nieustalonemu porządkowi - to pewien rodzaj projektu w trakcie realizacji. Nasze czasy są okresem pośrednim, w którym każdy członek rozwiniętego społeczeństwa musi być elastyczny, ponieważ poprzednie ramy, zasady i wartości są już nieaktualne. Wszechobecna niepewność jest konsekwencją zmian, jakie dokonują się w społeczeństwach Zachodu.
W płynnym świecie wszystko zmienia się tak szybko, że mamy poczucie, iż nasze życie jest prowizoryczne. Czas płynności jest definiowany przez niepewność. Jeśli w poprzednich pokoleniach znaczna część członków społeczeństw zachodnich całe życie wiązała z tym samym miejscem pracy, wykonując ten sam zawód, a przy tym często pozostając z tym samym partnerem, zamieszkując z rodziną wielopokoleniową w tym samym domu, to mieszkańcy Świata Płynnego muszą zmieniać miejsce pracy i zawód, dostosowując się do dynamicznego środowiska. Ta niestabilność kontekstowa związana jest z wysokim stopniem mobilności geograficznej. Dynamika płynności zmodyfikowała relacje społeczne, które zwiotczały. Więzi społeczne stały się wątłe, zwiększając samotność ludzi. Wszechobecne przekonanie, że kupno najnowszego, modnego produktu oznacza otrzymanie szczęścia, obnaża swą iluzoryczną naturę. Oto Baumanowska dekonstrukcja naszych zachodnich społeczeństw.
Bauman dużo wiedział o przekonaniach, przynależności, zaangażowaniu i złudzeniach. W młodości był misjonarzem komunizmu, a następnie socjalizmu, uczył się zaangażowania, dążąc do zbudowania nowego społeczeństwa. Drugą część swojego życia spędził na opowiadaniu o niebezpieczeństwach związanych z zaangażowaniem i ideologiami, które lekceważą człowieka. Intelektualna droga Baumana różniła się od tej, jaką przechodziły osoby z jego środowiska, które krytykując wcześniejsze systemy przekonań, dały się uwieść ich przeciwieństwu - zamieniając komunizm na kapitalizm. Bauman pozostał wierny swoim wartościom i marzeniom. Nie opuszczała go nadzieja, że wypracowanie systemu sprawiedliwości społecznej jest możliwe. Jednocześnie poddawał ostrej krytyce powstające systemy, które utrzymywały, iż realizują jedynie szlachetne cele.
Niniejsza biografia, poprzez szczegółowe przedstawienie kolejnych etapów życia twórcy Płynnej nowoczesności, ukazuje jego doświadczenia jako kontekst powstawania jego prac. Mam nadzieję, że pozwoli ona czytelnikom Baumanowskich dzieł na ponowne przejrzenie spuścizny autora Nowoczesności i Zagłady. Patrząc przez pryzmat biografii Baumana, można w odmienny sposób odczytać jego przesłania, które są wynikiem nie tylko wielkiej erudycji i przenikliwych analiz, ale także jego trudnych i złożonych doświadczeń życiowych.
Książka ta - z powodu osadzenia losów bohatera w centrum wielkich i tragicznych wydarzeń XX wieku - pozwala na spojrzenie z perspektywy jednostki na dynamikę zmian, specyfikę nowych nurtów i złożoność zaangażowań w naprawę świata. To nie tylko książka o życiu wybitnej jednostki. To także historia społeczeństwa, które tę jednostkę piętnowało, hołubiło, wygnało, częściowo przyjęło, a częściowo zniszczyło mową nienawiści. To jest również książka o nas - o polskim społeczeństwie i jego relacjach z tymi, którzy będąc absolutnie nierozłączną częścią polskiej tkanki społecznej, zostali opatrzeni etykietką "innego" - a następnie odrzuceni.
To nasza odwieczna skaza społeczna - nasze auto-immuno17.
Szczęśliwe dzieciństwo w trudnych "okolicznościach"18 Poznań (1925-1932)
Zygmunt Bauman urodził się 19 listopada 1925 roku w Poznaniu. Tego dnia poranne wydanie "Kurjera Poznańskiego"19 - najpopularniejszej w tym mieście gazety - donosiło prosto z Rzymu: "Faszyzm zwyciężył na całej linji! Entuzjastyczne owacje na cześć Mussoliniego". Na drugiej stronie widniał nagłówek: "Wspaniała mowa premjera na otwarciu sesji parlamentu", a poniżej można było przeczytać:
Rzym, 18. 11 (Radjo wł.) Wśród niebywale podnieconego nastroju, pełnego entuzjazmu oraz radosnych porywów ku czci Mussoliniego - rozpoczęło się dzisiejsze posiedzenie Izby Deputowanych. Już na długo przed naznaczoną godziną nieprzeliczone wprost tłumy zaległy ulice, witając głośno a serdecznie każdą wybitną osobistość ze świata politycznego, wszakże wszyscy oczekiwali z upragnieniem przybycia "Il Duce", by dopiero wówczas dać upust swej radości, rozsadzającej piersi, z powodu niedawnego szczęśliwego ocalenia wodza faszystów20.
Wieczorne wydanie "Kurjera" zawierało część siódmą z serii artykułów zatytułowanych "Społeczeństwo Poznańskiego i Pomorza w odbudowanej Polsce"21, napisanych przez Romana Dmowskiego22. Pierwsza część cyklu została opublikowana 12 listopada, dzień po siódmej rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę. W artykule Dmowski podkreślał znaczenie "nacjonalistycznej świadomości mas". Wedle niego Poznańskie i Pomorze powinny dawać przykład innym regionom Polski, wyróżniają się bowiem najwyższym poziomem "świadomości opinii publicznej". Zdaniem Dmowskiego "składał się na to i wyższy bez porównania niż w innych zaborach poziom oświaty i uświadomienia narodowego całej masy społecznej, i prostota, jasność głównych zagadnień narodowego bytu na tym gruncie, i wreszcie jednolitość polskich szeregów, w których nie było Żydów"23.
Taki obraz świata odzwierciedlała najpoczytniejsza gazeta opublikowana w dniu i miejscu, w którym urodził się Zygmunt Bauman.
To był niepomyślny dzień dla tych, którzy należeli do niechcianej "mniejszości etnicznej" - wówczas terminu tego jeszcze nie używano. Żydzi mieszkali na polskiej ziemi od blisko tysiąca lat24, ale byli na ogół uważani za "obcych", "innych" - byli drugorzędnymi członkami polskiego społeczeństwa25. O ile w okresie zaborów to okupujące kraj mocarstwa dyktowały prawa regulujące życie swoich poddanych, o tyle po 1918 roku trudno już było mówić o braku możliwości równego traktowania wszystkich obywateli II Rzeczypospolitej. Niestety, w odrodzonej po pierwszej wojnie światowej Polsce bycie Żydem oznaczało nie tylko status religijny (tak jak to było np. we Francji). Żydów przedstawiano jako odrębną populację w wielu kategoriach, takich jak kultura, narodowość czy pochodzenie etniczne - aby wykazać, że chociaż od wieków żyli na tej samej ziemi co katoliccy Polacy (czy też polscy chrześcijanie), to byli odrębnym "narodem".
W nieopublikowanym eseju zatytułowanym "Polacy, Żydzi i ja. Rozważania nad tym, co uczyniło mnie, kim jestem" i skierowanym do swych córek Bauman w taki oto sposób wyjaśniał specyfikę bycia polskim Żydem:
(...) nie mogę uniknąć historii. Historia przez długie wieki wymagała i nadal wymaga, aby stan "bycia Polakiem" był sprawą decyzji, wyboru i działania. Aby był czymś, o co trzeba walczyć, czego trzeba bronić, świadomie kultywować, czujnie strzec. "Bycie Polakiem" nie znaczyło ochrony uformowanych już i oznaczonych granic, ale raczej nakreślenie granic jeszcze-nie-istniejących, tworzenie rzeczywistości raczej niż jej wyrażanie. W pojęciu polskość krył się nieustannie cień niepewności, tymczasowości - jakaś wątpliwa prowizoryczność, o jakiej inne, czujące się pewniej narody nie mają pojęcia.
W tych warunkach można się było spodziewać, że osaczony, wiecznie zagrożony naród będzie obsesyjnie poddawał wielokrotnym próbom lojalność swoich szeregów; że zżerać go będzie paranoiczny strach przed zatopieniem, rozpuszczeniem, rozwodnieniem i rozbrojeniem; że będzie podejrzliwie patrzył na przybyszów nie posiadających stuprocentowych listów uwierzytelniających, że będzie czuł się otoczony przez wrogów i bardziej niż kogokolwiek innego [będzie] bał się "wewnętrznego wroga". W takich warunkach należało także przyjąć, że decydując się być Polakiem (zwłaszcza jeśli nie zdecydowali o tym przodkowie tak odlegli, że ich wybór zdążył skamienieć i stać się twardą jak skała rzeczywistością), decydowało się jednocześnie o przystąpieniu do walki bez gwarancji zwycięstwa i bez nadziei, że zwycięstwo będzie kiedykolwiek zapewnione. Od wieków nikt nie określał się jako Polak po to, by mieć łatwiejsze życie. Tych, którzy określali się jako Polacy, trudno było oskarżać o chęć zapewnienia sobie wygody i bezpieczeństwa. W większości zasługiwali oni na bezwarunkowe uznanie moralne i przyjęcie z otwartymi ramionami.
Że te same okoliczności przyniosą wręcz odwrotne konsekwencje, sprzeczne ze sobą nawzajem i w rezultacie powodujące konflikt, wydaje się nielogiczne. No cóż, upatrujmy w tym winę okoliczności26.
Określenie siebie jako Polaka było decyzją indywidualną, która musiała zostać zaakceptowana przez przyjmujące społeczeństwo. Mówienie o "asymilacji" Żydów lub o tożsamości spajającej polską i żydowską kulturę było nie tylko kwestią osobistej identyfikacji, lecz także nieuchronnie angażowało polskie społeczeństwo jako całość. W tym przypadku "okoliczności", o których mówił Bauman, różniły się od tych, które umożliwiły asymilację Żydów we Francji i Niemczech przed nastaniem nazizmu. Może to zobrazować popularne w XX wieku, a także dzisiaj powiedzenie, że chociaż można być Żydem francuskim lub amerykańskim, nie ma kogoś takiego jak "polski Żyd". Trzeba było wybrać - albo jedno, albo drugie!27
Bauman wyjaśnił tę specyfikę polskiej tożsamości z perspektywy długiego trwania (longue durée28): "Jedną z tajemnic psychologii społecznej jest fakt, że grupy, których tożsamość jest sprawą woli i decyzji, skłonne są odmawiać innym prawa do samookreślenia; kwestionując i dyskredytując ważność samookreślenia, pragną, być może, zapomnieć o kruchości podstaw własnej egzystencji. To właśnie stało się w Polsce międzywojennej"29.
Historyk Paweł Brykczyński w książce Gotowi na przemoc: mord, antysemityzm i demokracja w międzywojennej Polsce zauważa, że antysemicki nacjonalizm był znaczącą siłą w kulturze i polityce, w większym stopniu, "niż część polskich historyków gotowa jest przyznać30, i dodaje: "Z pewnością jednak nie była to siła hegemoniczna. Antysemicki nacjonalizm miał silną konkurencję, kierowaną przez zdolnych i charyzmatycznych liderów politycznych na czele z Piłsudskim, tworzoną przez silne obozy socjalistów, radykałów, liberałów i umiarkowanych konserwatystów, którzy się wokół niego skupili"31. Brykczyński sugeruje, że "istotą konfliktu między zwolennikami Dmowskiego i Piłsudskiego32 były - parafrazując Benedicta Andersona33 - różne sposoby pojmowania wspólnoty wyobrażonej34. O ile według Piłsudskiego społeczeństwo polskie obejmowało wszystkich polskich obywateli, bez względu na ich religię lub pochodzenie etniczne, o tyle dla Dmowskiego status Polaka wykluczał polskich Żydów. Tak więc problem antysemityzmu odegrał kluczową rolę w konflikcie między zwolennikami Dmowskiego i Piłsudskiego.
W dwudziestoleciu międzywojennym stosunki między społecznościami Polaków żydowskich i nieżydowskich były dynamiczne, z wyraźnym zróżnicowaniem w pozaborowych regionach. Odziedziczone regulacje obejmowały pozwolenia na zamieszkiwanie pewnych dzielnic i dostęp do określonych profesji, odmienne wobec dawnych poddanych cara, cesarza bądź kajzera. Reguły stosowane odnośnie do ludności żydowskiej wpływały także na zaludnienie. Koniec pierwszej wojny światowej i utworzenie państwa polskiego spowodowały duże zmiany demograficzne. Poznań - stolica Wielkopolski - w 1921 roku zamieszkiwało 169 422 mieszkańców, z czego tylko 1,2% stanowili Żydzi35. Sytuacja ta była wyjątkowa, ponieważ w większych miastach w Polsce Żydzi stanowili średnio około jednej trzeciej populacji (dane z 1921 roku wskazują, iż Warszawa była zamieszkana w 33,13% przez Żydów, Łódź - w 34,6%, a Kraków - 25%). Najwyraźniej Dmowski był tak entuzjastycznie nastawiony do Poznania, gdyż miasto wyróżniało się skromną "liczbą Żydów", co było jednoznaczne w ujęciu współtwórcy endecji z "uświadomieniem narodowym społeczeństwa polskiego"36. Terminem powszechnie używanym w tym okresie było "zażydzenie", które oznaczało "dużą" liczbę obywateli polskich pochodzenia żydowskiego w stosunku do nieżydowskich mieszkańców danego obszaru. Słownik warszawski z 1927 roku definiuje ten termin jako obszar "zanieczyszczony Żydami", "terytorium przepełnione Żydami" czy też "terytorium przeludnione Żydami". Jako przykład użycia tego terminu autorzy słownika przywołują cytat z powieści Marzyciel Władysława Reymonta, w którym bohater stwierdza: "Umrę tam i zapomnę o tym śmierdzącym, zażydzonym kraju". W gazetach i czasopismach zauważano, że Poznań jest jednym z polskich miast najmniej "zażydzonych".
W artykule, który ukazał się 13 listopada w "Kurjerze Poznańskim" (z przywołanego już wcześniej cyklu), Dmowski odwołuje się do postępów Poznania w "procesie cywilizacyjnym": "Wielkopolska, jako najstarsza i najbardziej zachodnia część Polski, była wyżej cywilizowana od innych; przytem w miastach jej było trochę więcej Niemców, a trochę mniej Żydów"37. "Rozwój gospodarczy", o którym wspomina Dmowski, był ekonomicznym alibi dla dobrze rozwiniętego, szeroko rozpowszechnionego antysemityzmu.
Chociaż w 1925 roku liczba osób zaliczanych do społeczności żydowskiej w Poznaniu była znacznie mniejsza niż jeszcze dziesięć lat wcześniej, antysemityzm w tym mieście był w latach dwudziestych ubiegłego wieku szeroko rozpowszechniony. Nie zawsze jednak tak było.
Od końca XIX wieku aż do 1918 roku Żydzi stanowili ważną część życia gospodarczego i politycznego Poznania. W tym okresie ludność żydowska silnie identyfikowała się z Niemcami, a jej sytuacja była podobna do innych społeczności żydowskich w Prusach. Trzy grupy etniczne - pruscy Niemcy, Polacy i Żydzi - zamieszkiwały miasto, którego językiem urzędowym był niemiecki. Po polsku mówiło się w domu, gdyż polityka germanizacyjna narzucona przez Bismarcka dyskryminowała użycie w miejscach publicznych innego języka niż niemiecki. Pomimo tego ograniczenia przedstawiciele mniejszości żydowskiej znaleźli się we władzach miejskich.
W 1853 roku po raz pierwszy Żydzi naturalizowani znaleźli się w radzie miejskiej, liczebnie przeważając nad delegatami polskimi. Pogorszeniu uległy i tak już nadszarpnięte stosunki z ludnością polską. Dla dążących do utraconej niepodległości Polaków, zniemczeni Żydzi, afiszujący się propruską lojalnością i wiernopoddaństwem, stali się grupą znacznie bardziej wrogą, w wielu przypadkach, niż sami germanizujący Polaków Niemcy. Stan ten boleśnie odczuli poznańscy Żydzi po I wojnie światowej38.
Pod koniec pierwszej wojny światowej Niemcy i Polacy walczyli o kontrolę nad miastem i terenami wokół Poznania. Kulminacją konfliktu było powstanie wielkopolskie (1918-1919). Silnie germanizowana ludność żydowska tego regionu wspierała w tej konfrontacji Republikę Weimarską, zakładając, że niepodległe państwo polskie nie przetrwa. Kiedy Polska ostatecznie przejęła kontrolę nad Wielkopolską, większość rodzin żydowskich opuściła miasto, zasiedlając tereny kontrolowane przez Niemcy. Z polskiej perspektywy byli to Żydzi, którzy "zdradzili" państwo polskie, wspierając Niemców w Poznaniu. Jednocześnie rewolucja październikowa 1917 roku stała się przyczyną przyjazdu do stolicy Wielkopolski tzw. Żydów wschodnich. Była to najczęściej burżuazja uciekająca ze Związku Radzieckiego na zachód. Żydzi ci przenieśli się do Poznania, gdzie wspierali państwo polskie, jednak mimo ich propolskiego zaangażowania narastał antysemityzm, jako konsekwencja działań polskich organizacji nacjonalistycznych, które w latach międzywojennych cieszyły się wielkim powodzeniem. Nieżydowscy mieszkańcy Poznania najczęściej nie rozróżniali różnych grup żydowskich i nie wnikali w takie szczegóły jak wsparcie dla Niemców czy przeciwnie - poparcie udzielone nowym władzom odrodzonej Polski. Dla większości nieżydowskich mieszkańców Poznania przedstawiciele obu grup (tych, którzy wyjechali, i nowo osiedlonych) byli po prostu "Żydami".
Historyk Rafał Witkowski, badający dzieje społeczności żydowskiej Wielkopolski, zauważa, że w 1922 roku język niemiecki nadal był językiem urzędowym stosowanym w radach gminy i stowarzyszeniach działających przy synagogach, ale w 1931 roku już tylko 15% poznańskich Żydów było Żydami "niemieckimi" w takim znaczeniu, że mówili po niemiecku i identyfikowali się jako Niemcy39. Te dane pokazują, że nieobecna już populacja emigrantów została "zastąpiona" imigrantami ze Wschodu40.
Rodzice Zygmunta Baumana także byli nowymi mieszkańcami Poznania od 1921 roku. W rejestrze administracyjnym widnieje informacja, że ojciec Zygmunta, Maurycy, 1 czerwca 1923 roku wprowadził się na ulicę Prusa 1741. Poniżej zamieszczona jest informacja o dacie i miejscu urodzenia Maurycego: 20 lutego 1890 roku, Słupca (położona około 50 kilometrów od Poznania). Społeczność żydowska osiedliła się w tym miasteczku około 1870 roku i w 1900 stanowiła około 20% mieszkańców42. Gdy Maurycy Bauman wyjeżdżał do Poznania, w Słupcy co czwarty mieszkaniec był Żydem. Matka Baumana, Zofia, urodziła się 10 lutego 1894 roku w Rypinie koło Włocławka, gdzie już od 1620 roku mieszkała liczna społeczność żydowska. Jej nazwisko panieńskie widnieje w różnych dokumentach zapisane na wiele sposobów. Zofia Kon na karcie meldunkowej, Zofia (Zywa) Cohn w innych dokumentach, głównie datowanych po drugiej wojnie światowej. Trzecią osobą, której dane widnieją na tejże karcie, jest Tauba - starsza siostra Zygmunta. Według tych dokumentów urodziła się ona w Słupcy 29 stycznia 1919 roku. Informacja dotycząca Zygmunta, drugiego i ostatniego dziecka Baumanów, wypełnia ostatnią rubrykę.
Informacje z tej karty meldunkowej różnią się od widniejących w innych dokumentach, które powstawały już po wojnie głównie na podstawie oświadczeń Baumana. Jednym z nich jest czternastostronicowa "ankieta specjalna" przechowywana przez Urząd Bezpieczeństwa i datowana na 1950 rok.
Daty urodzenia, imiona i nazwiska zostały zapisane odmiennie w różnych dokumentach dostępnych w teczkach Baumana (większość przechowywana w Archiwum IPN). Jest to bardzo typowe dla okresu po 1945 roku, choć częściowo praktyki takie stosowano już wcześniej43. Było to konsekwencją wojennych losów, deportacji, ucieczek, w trakcie których zmieniano nazwiska, imiona, daty i miejsca urodzenia.
Baumanowie zmienili nazwisko z Baumann - czyli "budowniczy" w języku niemieckim - na bardziej "polskie": Bauman. Stało się to prawdopodobnie w pierwszych latach po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku (wspomniana karta meldunkowa założona w 1921 roku jest wystawiona na nazwisko Baumann, imię ojca - Moryc).
Czasami zmiany te były niezamierzone i następowały w wyniku urzędowych tłumaczeń, gdyż administracja terenów leżących w granicach odrodzonej Polski posługiwała się w poprzednich dwóch stuleciach rozmaitymi językami. Często zdarzało się, że języki, w których były sporządzane dokumenty, różniły się od powszechnie używanych przez miejscową ludność. W obiegu były zatem polski, niemiecki, rosyjski, jidysz i hebrajski, a więc języki wykorzystujące trzy alfabety: cyrylicę oraz hebrajski i łaciński44. Należy też uwzględnić, że nawet w ramach tego samego alfabetu mogą pojawić się różnice w pisowni w poszczególnych językach (na przykład język polski zawiera kilka liter odmiennych od niemieckiego). Przepisując imię czy nazwisko z jednego języka (i alfabetu) na inny, można z łatwością wprowadzić zmiany, celowo lub nie.
Na przykład nazwisko matki Baumana jest typowe dla społeczności żydowskiej (nie tylko wśród społeczności posługującej się jidysz) i w pisowni łacińskiej występuje w następujących formach: Kon, Kohn, Kahn, Con, Cehn lub Cohn. Źródła genealogiczne podają, że wszystkie te wersje są wariantami nazwiska Cohen, co w hebrajskim znaczy "kapłan", przez odniesienie do czasów biblijnych, kiedy to Cohenom wywodzącym się z plemienia Levi powierzono rolę strażników Świątyni. Oczywiście nie wszystkie osoby noszące to nazwisko pełniły funkcje religijne, jest to bowiem nazwisko popularne wśród diaspory żydowskiej i występuje w kilkudziesięciu wersjach45.
W pierwszej połowie XX wieku zmiany dokonywane w hebrajskich nazwiskach nie należały do rzadkości, ponieważ urzędnikami były osoby posługujące się językiem polskim lub rosyjskim, jak to na przykład było w przypadku sporządzania dokumentów przez żołnierzy radzieckich posługujących się cyrylicą (to im w trakcie drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu często zlecano wypełnianie oficjalnych dokumentów). Zarówno sporządzający dokument, jak i osoba, której nazwisko zostało zmodyfikowane, mogli je również zmienić celowo, głównie po to, aby wykazać przynależność (lub jej brak) do danej grupy etnicznej. Rodzina Baumanów jest świetnym przykładem powszechnych praktyk mających na celu polonizację.
Siostra Baumana urodziła się jako Tauba. Pod takim imieniem jest zarejestrowana w dokumentach sporządzanych przez społeczność żydowską, w której narodziny nowych członków odnotowywano w dokumentacji gminy żydowskiej - gromadzonej przy synagodze - podobnie zresztą jak w przypadku polskich katolików, których chrzest był rejestrowany w księgach parafialnych. Następnie Tauba została Teofilą. W taki sposób zmieniono imię żydowskie na odpowiednik polski. O stopniu polonizacji Baumanów świadczy zdrobniała forma imienia Teofila, jakiej rodzice i Zygmunt używali w domu, nazywając ją Tosią. Po przeprowadzce do Palestyny Tauba / Teofila / Tosia przyjęła hebrajską wersję imienia Tauba - Tova. W dokumentach powojennych zmodyfikowano także jej miejsce urodzenia: zgodnie z poznańską kartą meldunkową urodziła się w Słupcy, ale w dokumentach powojennych (ankiety wypełniane przez Zygmunta Baumana) miejscem urodzenia jest Włocławek, gdzie mieszkała rodzina jej matki. Oba miasta dzieli 110 kilometrów, a przed 1918 rokiem należały one do różnych państw (Słupca była pruska, a Włocławek rosyjski).
W styczniu 1919 roku, w miesiącu narodzin Tauby, Włocławek nie był spokojnym miejscem. Konflikt pomiędzy członkami Partii Komunistycznej a ich przeciwnikami doprowadził do serii pogromów w dzielnicy żydowskiej46. Nie miało to związku z nastawieniem antypolskim, ponieważ w przeciwieństwie do Poznania społeczność żydowska Włocławka wspierała polskie wojsko i nowy, niezależny rząd. W miesiącach następujących po zakończeniu pierwszej wojny światowej pogromy z udziałem żołnierzy i ludności cywilnej były częstym zjawiskiem w miastach, w których zamieszkiwała społeczność żydowska47. Włocławskiego pogromu z 1919 roku nie można tłumaczyć innymi motywami niż nienawiść do mniejszości etnicznej, której sytuacja ekonomiczna budziła zazdrość. Włocławscy Żydzi byli właścicielami około 60% przedsiębiorstw i od dziesięcioleci stanowili dobrze zasymilowaną grupę. Wśród znanych żydowskich właścicieli ziemskich, posiadaczy nieruchomości, a także osobowości miasta było wielu Kohnów. Ojciec Zofii miał firmy budowlane i kamienice, tak więc należał do miejscowej burżuazji. Zofia urodziła się w zamożnej rodzinie. W jej dokumentach figurują dwie różne daty urodzin, co także nie jest odosobnionym przypadkiem. Matka Zygmunta według dokumentów przedwojennych była urodzona w roku 1894, a według powojennych w 1896. Wiele osób korzystało z okazji wojennego i powojennego biurokratycznego chaosu, aby się odmłodzić. Nie chodziło tutaj o symboliczne czy kokieteryjne odjęcie sobie lat. Taki zabieg był strategiczny, gdyż w społeczeństwach, w których państwo ustalało wiek emerytalny i decydowało o przyznaniu mizernych emerytur, możliwość dłuższej pracy dawała nadzieję na lepszą jakość życia.
Chaos w dokumentach umożliwiał także dokonanie zmian w rubryczce dotyczącej zawodów i wykonywanych funkcji. Modyfikacje, jakie wprowadzał Bauman odnośnie do pracy swojego ojca, wskazują na znaczące transformacje społeczne i umożliwiają obserwację zmian tego, co stanowiło w danym momencie pożądany "kapitał społeczny", a zarazem określało odpowiednią "klasę społeczną". W przedwojennych dokumentach zawód Maurycego Baumana jest zapisany jako "kupiec". W chwili narodzin Zygmunta jego ojciec był właścicielem (lub współwłaścicielem) sklepu tekstylnego zwanego wówczas bławatnym. Na początku lat trzydziestych XX wieku, po bankructwach, wielkim kryzysie i bojkocie żydowskich sklepów przez społeczność nieżydowską (a była ona szczególnie dobrze zorganizowana w Poznaniu), przedsiębiorstwa żydowskie miały małe szanse na przetrwanie. Maurycy zbankrutował, a następnie został księgowym, jak wtedy mówiono: buchalterem, poznańskiej firmy Sławiński & Toczkała. W powojennych kwestionariuszach administracyjnych Zygmunt Bauman wpisywał w rubryce "zawód ojca" dwie różne informacje: najpierw "kupiec" lub "właściciel sklepu", a następnie "księgowy". Na przykład w dokumencie "Wyjaśnienie do życiorysu" z 3 stycznia 1950 roku czytamy: "Do 1939 r., po bankructwie ojciec pracował jako buchalter i jednocześnie częściowo jako komiwojażer, najpierw w firmie Toczkała, a potem Skowrońscy w Poznaniu"48.
Tak przedstawiona kariera zawodowa ojca miała na celu pokazanie pochodzenia Baumana w sposób osłabiający jego "kapitalistyczny" rodowód. W powojennej Polsce posiadanie ojca, który przed wojną był właścicielem firmy lub sklepu, a więc kapitalisty zaliczanego do burżuazji, stanowiło ogromną przeszkodę w rozwoju kariery, szczególnie w wojsku, partii i innych ważnych instytucjach państwowych. Bycie komiwojażerem lub buchalterem wyglądało znacznie lepiej niż bycie właścicielem sklepu - "zgniłym kapitalistą" (jak wtedy określano właścicieli prywatnych interesów). Przeszłość zawodowa ojca była jednym z problematycznych punktów w biografii Zygmunta w oczach jego przełożonych (zob. rozdz. 6 i 7). Pod koniec lat czterdziestych mniejszym problemem były jego żydowskie korzenie niż tzw. pochodzenie społeczne i zawodowa historia członków rodziny. Trudno było ukryć, iż Zygmunt Bauman pochodził z rodziny kupieckiej, drobnomieszczańskiej, nawet jeśli to Cohnowie (rodzina matki) byli bardziej zamożni od Baumanów.
W często przywoływanym tu, nieopublikowanym dotychczas eseju Zygmunt Bauman w następujący sposób pisał o rodzinie ze strony ojca:
Ojciec mojego ojca był wiejskim sklepikarzem i reprezentował mniejsze odgałęzienie rodziny, której inne gałęzie, jak mi mówiono - chlubiły się uczonymi rabinami i słynnymi cadykami. Swój interes założył Dziadek w małej wiosce Zagórowie, by po pewnym czasie przenieść się do powiatowego miasteczka Słupcy. O ile mi wiadomo, nie posiadał innego wykształcenia49 niż religijne, jakie zdobył w chederze50.
Zagórów jest niewielką wsią pod Słupcą, której populacja pod koniec XIX wieku wynosiła mniej niż 3000 osób, z czego około jedną piątą stanowili Żydzi. Dziadek Zygmunta przeprowadził się do Słupcy przed narodzinami Maurycego. Dwoje jego pozostałych dzieci było również kupcami, a trzeci syn został inżynierem. Bracia Maurycego i jedna siostra wyemigrowali: najstarszy przed pierwszą wojną światową do Karlsruhe w Niemczech, a następnie do Palestyny51; drugi, Szymon, w 1905 roku do Stanów Zjednoczonych, gdzie, jak napisał Zygmunt w cytowanym powyżej "Wyjaśnieniu do życiorysu" z 1950 roku52, był "prawdopodobnie właścicielem fabryczki" w Little Rock w Arkansas53. Trzeci brat ojca, Beniamin, w 1923 roku wyemigrował bezpośrednio do Palestyny, gdzie osiadł w Tel Awiwie. Siostra Maurycego, Zofia Izbicka, wyszła za mąż za kupca lub/i agenta handlowego i wyemigrowała do Szwajcarii w 1908 roku (zamieszkała w Lucernie). Takie wzorce emigracyjne nie były wyjątkowe dla osób mieszkających wówczas w tej części świata54. Uprzemysłowienie Europy Zachodniej i USA przyciągnęło wielu młodych ludzi, którzy pozostawili niepewność, biedę i dyskryminację dla obietnicy lepszego życia. Nie wiadomo, czy którykolwiek z członków rodziny pozostał w Słupcy w 1939 roku.
W swym maszynopisie Bauman przedstawia tradycyjną strategię edukacyjną jego dziadka, a także losy poszczególnych członków rodziny. Dzieje rodu Baumanów są pod tym względem ilustracją zmian społecznych, jakie zachodziły w Europie Środkowej w pierwszych dekadach XX wieku:
Dziadek z dużym oporem zgodził się łożyć na świeckie wykształcenie najmłodszego z synów. Mój ojciec nie był najmłodszy, więc podobnie jak pozostali bracia uczył się jedynie u wiejskiego melameda55. Jednakże wszyscy synowie prócz najstarszego, który pozostał z ojcem, by wraz z nim zajmować się sklepem, zbuntowali się i jeden po drugim wynieśli się z domu. (...) Bunt mojego ojca przybrał inną formę i nie wyrażał się w zmianie kraju. Ojciec znał nieźle polski i uczył się obcych języków. Opanował doskonale niemiecki i w dużym stopniu rosyjski. Orientował się nieźle we francuskim i angielskim. Doprowadził też do perfekcji znajomość hebrajskiego - rzadki wypadek w czasach, kiedy język Biblii ograniczał się do rytuału religijnego56.
Maurycy był samoukiem, miłośnikiem książek i marzycielem. Cechy te są niezbyt przydatne w życiu właściciela sklepu czy księgowego. Zawód, który wybrał Maurycemu jego ojciec w poszanowaniu tradycji, był także konsekwencją obowiązujących stosunków społecznych. W Europie Środkowej początku XX wieku Żyd ze średniego miasta zajmował się najczęściej handlem. W tamtych czasach była również taka reguła, że synowie podążali za zajęciem ojca - był to najczęstszy sposób obrania zawodowej trajektorii. To był wybór, który tak naprawdę nie był wyborem.
Ponieważ Ojciec pochodził z dobrej kupieckiej rodziny - pisał Bauman w 1986 roku - zakładano widocznie, że będzie robił dobre interesy. Posag Matki miał umożliwić mu start. Reszta zależała od niego. Chyba nikt nie przyjrzał mu się z bliska. Przypuszczam, że nie zauważono, iż jego bogate życie duchowe szło w parze z całkowitym brakiem zmysłu praktycznego. Marzył, by stać się uczonym, gdy inni usiłowali zrobić z niego kupca. Jego światły umysł przyjęli za głowę do interesów57.
W cytowanym eseju Bauman opisuje Zofię i Maurycego jako "źle dobraną" parę. Pochodzili z różnych rodzin, różnych regionów, byli wychowani w odmienny sposób i mieli różne zainteresowania. Ojciec Zygmunta chciał skromnego, samotnego życia skoncentrowanego na czytaniu i studiowaniu, natomiast jego matka była wulkanem energii - córką bogatego mieszczanina z prowincjonalnego miasteczka. Ale Włocławek nie był uśpionym dziewiętnastowiecznym miasteczkiem, a dziadek Baumana ze strony matki nie był tradycjonalistą.
Ojciec mojej matki był jednym z (...) "pionierów postępu", których wiarę w postępowy charakter własnych umiejętności i poczynań utwierdzało i wzmacniało przekonanie o postępowej naturze ich świeżo nabytej polskości. Matka, podobnie jak jej cztery siostry i jedyny brat, otrzymała ściśle polskie wykształcenie; jej znajomość języka żydowskiego ograniczała się do tego tylko, który słyszała na ulicach Włocławka - w późniejszych latach wystarczyło jej to, by rozmawiać z mężem przy dzieciach o sprawach nie przeznaczonych dla ich uszu. Była też wychowana w duchu przestrzegania manier i obyczajów właściwych bardziej polskiej inteligencji niż tradycjom sztetl. Wdrożono ją do czytania romantycznych powieści, prowadzenia inteligentnej konwersacji, słuchania muzyki58.
Postępową rodziną Cohnów kierował jednak despotyczny ojciec o "patriarchalności ściśle biblijnej", jak zdefiniował swego dziadka Bauman, zbiór liberalnych idei propagowanych w świeckich szkołach nie powstrzymał go bowiem przed aranżowaniem małżeństw swoich córek, także Zofii: "Wszystkie wyszły za nieźle prosperujących i względnie zamożnych kupców lub przedsiębiorców. Podobny los przypadł mojej matce - tak się z początku wydawało. (...) Źle dobrana para zawarła małżeństwo i przeniosła się do Poznania w podniosłej chwili powrotu tego miasta pod rządy polskie po stu przeszło latach nieprzerwanej okupacji pruskiej"59.
Według karty meldunkowej Maurycy przybył do Poznania w sierpniu 1921 roku i mieszkał najpierw przy ulicy Masztalarskiej z rodziną Szeferów, a kilka miesięcy później przy ulicy Bukowskiej z rodziną Probańskich. Najprawdopodobniej były to wynajęte pokoje. Pierwszy adres znajdował się w dzielnicy żydowskiej, a drugi w dzielnicy Jeżyce, gdzie w 1923 roku rodzina wynajęła mieszkanie przy ulicy Prusa 17. Wybór tego miejsca odzwierciedla chęć wtopienia się w typowe życie mieszkańców Poznania:
Wieczny sprzeciw mojej matki wobec rzeczywistości (...) na początku wyraził się w wynajęciu mieszkania w dzielnicy, gdzie nigdy w ciągu wieków burzliwej historii Poznania nie mieszkali Żydzi. Była to spokojna, czysta i ładna dzielnica, poważana przez mieszkańców i szanowana przez innych. Ulice nosiły nazwiska narodowych i lokalnych luminarzy polskiej kultury i zamieszkane były przez ludzi wolnych zawodów, urzędników państwowych, wojskowych, pań i panów z wyższych sfer oraz kilka wdów pozostawionych przez słynnych mężów w blasku minionej chwały60.
Zygmunt przypuszczał, że wybór mieszkania był sprzeczny z życzeniami jego ojca i stanowił dla niego dodatkowe źródło cierpienia. Maurycy wolałby pozostać w żydowskiej dzielnicy Poznania - na Starym Mieście. Ale głównym zmartwieniem ojca Zygmunta była jego niezdolność do pełnienia funkcji żywiciela rodziny, głównie z powodu jego kompletnego braku zainteresowania handlem. "Sklep bławatny założony w handlowej dzielnicy miasta był jego więzieniem i piekłem. (...) Nim jeszcze zaczęła się Wielka Depresja, Ojciec zbankrutował"61.
Maurycy próbował ratować sytuację, udając się do Paryża, gdzie miał nadzieję na otworzenie nowego sklepu, dzięki nowym pożyczkom, obietnicom i propozycjom handlowym. Trwało to zaledwie trzy tygodnie, jak odnotowano bowiem w karcie meldunkowej, Maurycy był nieobecny od 22 września do 14 października 1931 roku. Zygmunt opowiada swej rodzinie o tym zdarzeniu w następujący sposób:
Podczas jego nieobecności, dzięki dozorczyni, która wspaniałomyślnie zaofiarowała nam beczkę kiszonej kapusty, przez kilka tygodni żywiliśmy się wyłącznie kapuśniakiem. Po pewnym czasie nadszedł z Paryża telegram. Usłyszałem, że Matka, dotąd jak zwykle pełna energii, głośno płacze w drugim pokoju. Nigdy nie czytałem tego telegramu, ale jego treść znam na pamięć. Oszukany przez paryskich cwaniaków, którzy pod pretekstem wynajmowania mu sklepu wyłudzili od niego wszystkie pieniądze i teraz śmieli się zapewne w kułak z prowincjonalnego frajera, Ojciec pytał w rozpaczy, czy żona wciąż jeszcze chce, by do niej wrócił. To jest moje pierwsze, całkowicie własne, żywe i niezatarte wspomnienie: łomot do drzwi, nosze, a na nich Ojciec - nieogolony, w płaszczu ociekającym brudną wodą, pokryty wodorostami i szlamem.
Po powrocie z Paryża przez kilka dni daremnie szukał pracy u zamożnych żydowskich kupców, a kiedy stracił nadzieję, wszedł na piękny zabytkowy most i skoczył do Warty. Mostem przechodził hufiec harcerski. Chłopcy wskoczyli do lodowatej wody i wbrew woli Ojca wyłowili go z rzeki62.
Bankructwo Maurycego przyćmiło wszystkie wspomnienia z dzieciństwa Zygmunta. W rozmowie z Tomaszem Kwaśniewskim63 Bauman powiedział, że jego ojciec skoczył do Warty, bo stracił wszystko: "Ojciec, mimo że miał akurat tyle talentów do sklepikarstwa co ja, był wtedy sklepikarzem. Zbankrutował i wierzyciele zabrali mu wszystko. Pamiętam, jak wynoszono z naszego mieszkania meble. Komornik często nas wizytował. Ale gdy rozniosło się po Poznaniu, że ojciec popełniał samobójstwo, dano mu z łaski pracę buchaltera. Marna pensja, pomiatany był i poniżany, ale jakoś nas utrzymał"64.
Bauman powiedział, że jego ojciec nigdy nie wyjaśnił dzieciom swojej próby samobójczej. On sam interpretował akt Maurycego w następujący sposób: "Istniało wtedy takie staromodne dziś pojęcie "ojca rodziny". On miał żonę i dwoje dzieci, musiał zarobić na ich chleb, buty, szkołę. Jeżeli nie potrafił, był do niczego, był nikczemnikiem niewartym życia. Jeśli nie był w stanie ocalić swoich dzieci i żony od głodu i upokorzenia, godzien był pogardy"65.
Historia nieudanego samobójstwa ojca tym bardziej dotknęła rodzinę, iż stała się sprawą publiczną. Prasa donosiła: "Żyd próbuje popełnić samobójstwo. Uratowany przez polskich harcerzy"66. Bauman twierdził, że to brak talentów handlowych i niekompetencja jego ojca, a nie bojkot żydowskich sklepów w Poznaniu, spowodowały bankructwo Maurycego. Niemniej jednak bojkoty, których występowanie było masowe w czasach wielkiej depresji, zaczęły się już w 1920 roku. W dniu urodzin Zygmunta Baumana, 19 listopada 1925 roku, "Kurjer Poznański" opublikował ogłoszenie o zebraniu organizacyjnym Związku Obrony Przemysłu Polskiego67. Pomysł bojkotowania żydowskich sklepów i firm był już wtedy popularny i stał się ważnym punktem programu antysemickiej endecji Dmowskiego68.
Niektórym bojkotowanym handlowcom udawało się wdrożyć takie strategie, które umożliwiały im przetrwanie. Córka właściciela sklepu odzieżowego, który miał siedzibę kilkadziesiąt metrów od sklepu Maurycego Baumana (ten mieścił się przy ulicy Wronieckiej), Fira Mełamedzon-Salańska, wspomina, że jej ojciec wybierał na sprzedawców tylko Polaków, ponieważ nie chciał, aby jego firma kojarzyła się klienteli z żydowskim właścicielem69. Ojciec Firy był świetnym biznesmenem, który miał pomysł na to, w jaki sposób uniknąć bojkotu. Maurycy niestety nie. Obie rodziny należały do klasy średniej, ale Baumanowie mieli ograniczone zasoby, a ich styl życia był odmienny od tego, który w latach dwudziestych odpowiadał współczesnemu określeniu "styl życia klasy średniej". Nie oznaczało to jednak, że byli "biednymi Żydami". Nie żyli od pokoleń w biedzie typowej dla sztetli czy też nędzy panującej w dzielnicach robotniczych miast przemysłowych. Żyli skromnie i ich ograniczone możliwości finansowe nie umożliwiały im korzystania w pełni z zasobów kulturowych, które posiadali jako przedstawiciele klasy średniej. To sytuacja finansowa powodowała, że trudno ich określić zarówno jako rodzinę mieszczańską, jak i robotniczą - Baumanowie byli pomiędzy.
Byłem (...) biedny. Czy raczej biedni byli moi rodzice - pisał Zygmunt. - Nie żyliśmy w nędzy w porównaniu ze straszliwą biedotą gnieżdżącą się o kilka bloków dalej, gdzie właściciele nędznych warsztacików na próżno wypatrywali przypadkowych klientów, a dzieci bezrobotnych, często przybyłych za chlebem ze wsi, bosymi stopami udeptywały błoto na pozbawionej chodników ulicy. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek chodził głodny, choćby w czasie pamiętnych "tygodni kapuścianych". A przecież nasze życie było nieustanną walką o przetrwanie, gdy Matka rozpaczliwie próbowała związać koniec z końcem, gdy pieniędzy brakowało już w połowie miesiąca, wszelki, najdrobniejszy bodaj zbytek był nieosiągalny, a wszystko, co nie zaspokajało podstawowych potrzeb, stanowiło luksus. (...) Uważałem za rzecz naturalną, że buty i skarpetki dostaje się jako prezenty urodzinowe. Nie pamiętam, abym miał jakieś zabawki, a książki, które przez wiele lat były mi najwierniejszymi przyjaciółmi, wypożyczałem z miejscowej biblioteki70.
Może właśnie z powodu tego, że książki na własność były wielkim luksusem, matka Zygmunta wysłała w 1930 roku jego zdjęcie na "wielki turniej piękności dzieci" ogłoszony przez "Nasz Przegląd", gazetę żydowską wydawaną w języku polskim. Nagrodą w tym konkursie (a raczej plebiscycie, gdyż to głosy czytelników decydowały, które zdjęcie dziecka zwycięży) były publikacje tejże gazety, a więc opowiadania dla dzieci i młodzieży. Na stronie kwietniowego wydania gazety (z 2 kwietnia 1930 roku) widnieje zdjęcie czteroletniego Zygmunta Baumana z filuternym uśmiechem grzecznego dziecka pozującego u fotografa71. Pod spodem informacja dla głosujących: "ZYGUŚ BAUMAN, 4 lata, Poznań, Nr 57 (Grupa II)"72. "Zyguś" nie został laureatem tegoż konkursu73 i nigdy nie wspominał swej rodzinie o tym epizodzie. Nie wiadomo, z jakich powodów ta historia rodzinna została usunięta w cień74. Nie jest pewne, czy sam Bauman o tym wiedział. Jednak można wywnioskować z tego wydarzenia, że zasoby rodzinne nie były zawsze tak ograniczone, aby nie można było skorzystać z usługi fotografa75.
Nawet przy skromnych finansach Zofia i Maurycy Baumanowie mieli aspiracje zgodne z ich drobnomieszczańskim pochodzeniem. Należało do nich przekonanie, że dzieci powinny otrzymać wykształcenie muzyczne. Kiedy zapytałam Baumana w 2015 roku, czy pobierał lekcje grania na instrumencie, odpowiedział, że tak, zgodnie z życzeniem jego matki.
Ona chciała, żebym... nie było wtedy słowa "fortepian" w głowie - małe mieszkanie, małe pianino, ale ona chciała, żebym grał, a to ciekawe, bo to przecież było uważane za niezbędny element wyposażenia córki. A ja miałem siostrę (starszą) i jej nikt nie zmuszał do niczego, a mnie zmuszano - nie wiem dlaczego.
Chłopcy z rodzin żydowskich z klasy średniej w tej części Europy zwykle grali na skrzypcach76. Ale Zofia Bauman nie do końca podążała za modą. Bauman powiedział Kwaśniewskiemu w jednym z wywiadów: "Moja matka była pełna projektów, ambicji i animuszu. Wykształcona, rozczytana, przygotowana do ciekawego życia, a została skazana przez los na bycie gospodynią domową, która musi łatać dziury"77.
Zofia pochodziła z regionu, w którym społeczność żydowska miała długą tradycję emancypacji religijnej. Pierwsza świecka szkoła dla żydowskich dzieci została otwarta we Włocławku w 1859 roku i właśnie w tym mieście proces sekularyzacji i polonizacji Żydów był bardzo zaawansowany. Nic więc dziwnego, że Zofia była ateistką, wyemancypowaną i wykształconą kobietą. Niestety w Poznaniu była postrzegana głównie jako Żydówka. O takich jak ona mówiło się "zasymilowana Żydówka", ale co to znaczyło?
Wspomnienie mieszkanki Poznania Firy Małamedzon-Salańskiej stanowi doskonały opis życia "zasymilowanych Żydów", który można odnieść także do miejsca i czasów dzieciństwa Baumana:
Religijnymi Żydami nie byliśmy, żyliśmy jak chrześcijanie. Ani nie trzymaliśmy koszernego domu - jadałam wieprzową kiełbasę i szynkę - ani nie urządzaliśmy szabasowej kolacji. Nie chodziliśmy też do synagogi, choć mieszkaliśmy tuż obok niej. W soboty nasz skład był otwarty, jak prawie wszystkie żydowskie interesy w Poznaniu. Jedynie gdy nastawało wielkie święto - Nowy Rok albo Jom Kipur - i wstyd było pracować, tatuś zamykał interes. Wychodził na dziesiątą do synagogi modlić się - w sercu, bo słów modlitw nie znał - a w domu pościł i pił herbatę, co najwyżej zjadł kanapkę w ciągu dnia. Ja robiłam tak samo. Ale już w Pesach, choć kupowaliśmy macę, jedliśmy także zwykły chleb na zakwasie - nie do pomyślenia u religijnych Żydów. A takich świąt jak Szewuot czy Purim w ogóle nie obchodziliśmy78.
Prawdopodobnie Maurycy miał jeszcze bardziej wątłą relację z judaizmem niż ojciec Firy. Zygmunt powiedział w trakcie wywiadu: "Mój ojciec był praktykującym Żydem, ale niewierzącym. Zawsze pościł w Dzień Sądny (Jom Kippur), a także spędzał dzień w synagodze - to była jego praktyka"79.
W polskich rodzinach żydowscy dziadkowie często podtrzymywali tradycje religijne, jak to działo się w przypadku ojca Maurycego, którego Bauman opisywał w następujący sposób: "Pamiętam, że był wysoki i miał brodę, którą można by nazwać siwą, gdyby nie pożółkła od tabaki. Prawie nie mówił po polsku i nie znał innych języków z wyjątkiem żydowskiego i hebrajskiego. Tak więc nasze kontakty były bardzo ograniczone. Dziadek chciał koniecznie przekazać mi wiedzę o Biblii, bo nie miałem o niej najmniejszego pojęcia. A że nie znałem hebrajskiego, a jego znajomość polskiego ograniczała się do słów, jakich potrzeba, gdy spędza się życie za ladą wiejskiego sklepiku, Biblia pozostała dla mnie niezgłębioną tajemnicą przez wiele lat"80.
Dziadek zaangażowany w transmisję religijnej tradycji do swych wnuków ilustruje zmiany, jakie zachodziły wówczas na terenach Polski. Starsi mieszkańcy małych miasteczek zanurzeni w XIX wieku bardzo różnili się od pokolenia swych dzieci, których urzekł syjonistyczny ideał81. Pod tym względem rodzina Baumanów była bardzo typowa. Zygmunt opowiedział mi o swoim ojcu: "On był wierzący w ideę - w ideę syjonizmu. Wszyscy wiedzieli o tym, że marzyła mu się Ziemia Obiecana. Od czasu, kiedy go znałem, to zawsze był syjonistą, a co było przed moim urodzeniem, to nie wiem, ale przypuszczam, że też nim był"82.
Przed drugą wojną światową syjonizm - a więc powrót do ziemi przodków - był marzeniem, o którym wielu opowiadało, natomiast niewielu udało się je spełnić. Ilustruje tę powszechną sytuację stary dowcip opowiedziany w trakcie wywiadu przez Baumana: "Kto to jest syjonista? Syjonista to jest taki Żyd, który za pomocą drugiego Żyda wysyła trzeciego Żyda do Palestyny".
Kwestię tę Bauman rozwinął w swoim maszynopisie: "Myślę, że syjonizm Ojca - szczery, trwający całe życie i podstawowy dla jego wizji świata - stanowił ważny element buntu. Był jego buntem. (...) Syjon był czymś, co nie pozostawiało miejsca dla szarzyzny i brudu sztetl, dla chciwości i znieczulicy, dla liczenia się z każdym groszem i przekształcania ludzi w woły robocze. Był, jak sądzę, pewnym rodzajem braterstwa i powszechnej dobroci, gdzie praca i twórczość stanowiły jedyne źródło ludzkiej radości. Ojciec nie odnalazł swojego Syjonu w Izraelu, kiedy się tam nareszcie osiedlił. I to była jego ostateczna porażka"83.
Maurycy najchętniej dokonałby alii, ale jego żona odmówiła. Zygmunt powiedział w wywiadzie, że jego matka nie chciała wyjeżdżać do Palestyny. W inny sposób pisała o zamiarach swoich teściów Janina Bauman w swej autobiografii zatytułowanej Nigdzie na ziemi:
Raz, gdy byłam w domu sama, na Poznańskiej [w Warszawie] zjawiła się bez uprzedzenia moja przyszła teściowa. (...) [N]ieco uroczystym tonem oświadczyła, że przyszła, żeby w tajemnicy przed synem pomówić ze mną o ważnych sprawach. (...) Przez całe swoje życie, mówiła Pani Zofia, jej mąż marzył o Palestynie. W późnych latach trzydziestych byli gotowi wyemigrować. Nie miała na to ochoty, ale nie protestowała. Córka chciała wyjechać, Zygmunt był jeszcze dzieckiem, więc nie pytali go o zdanie. Wybuch wojny pokrzyżował ich plany84.
Z tej wypowiedzi wynika, iż Baumanowie planowali wyjazd do Palestyny. Nie było to łatwe ani tanie przedsięwzięcie. Zarobki Maurycego ledwo wystarczały na utrzymanie rodziny i zmaganie się z codziennością przysłaniało plany emigracji. Zygmunt wyrósł z wieku, gdy dziecko pozostaje w domu, i zaczął uczęszczać do szkoły podstawowej. Był to przełom w jego życiu odmienny niż u większości poznańskich uczniów pierwszej klasy, doświadczenie bowiem zewnętrznego świata związane było z dyskryminacją. To bardzo kontrastowało z jego życiem rodzinnym, jak wspominał ponad czterdzieści lat później: "W ciągu całego dzieciństwa pławiłem się w cieple rodzicielskiej miłości. Chroniła mnie przed chłodem. A przecież było wiele powodów, bym cierpnął z chłodu"85.
Uczeń outsider Poznań (1932-1939)
Dwie ojczyzny
W twojej ojczyźnie karki się zgina
Przed każdą władzą,
Dla zwyciężonych - wzgarda i ślina,
Gdy ich na rzeź prowadzą.
W twojej ojczyźnie, gdyś hołdy składał -
Przed obce trony.
W ojczyźnie mojej, jeśli kto padał,
To krwią zbroczony
W twojej ojczyźnie do obcych w wierze
Bóg się nie zniża.
Moja ojczyzna świat cały bierze
W ramiona krzyża.
W twojej ojczyźnie sławnych portrety -
Tom w etażerce.
W mojej ojczyźnie słowa poety
Oprawne w serce.
Chociaż ci sprzyja ten wieczór mglisty
I noc bezgwiezdna,
Jakże mnie wygnasz z ziemi ojczystej,
Jeśli jej nie znasz?
Antoni Słonimski (1938)
Baumanowie mówili w domu po polsku i mogłoby się wydawać, iż żyli w taki sam sposób jak większość pozostałych mieszkańców Poznania. Różnili się jednak od większości, bo nie byli katolikami, co determinowało ich życie w każdym obszarze. Baumanowie należeli do tzw. mniejszości, traktowanej w specyficzny sposób, zgodnie z obowiązującymi "polskimi standardami".
Jak na Polskę Poznań był miastem wyjątkowym - pisał Bauman w swym maszynopisie. - Prawie zupełny brak Żydów szedł tam w parze z zajadłym antysemityzmem. Niezakłócany przez powszednie trudności współżycia lokalny antysemityzm udoskonalał się; osiągnął poziom wyrafinowania teoretycznego i religijnej żarliwości, jaki potrafi osiągnąć jedynie oderwana od tego świata, tysiącletnia wiara. Poznań stał się mózgiem i fortecą Narodowej Demokracji, partii, która usiłowała pozyskać umysły i serca w całym kraju przy pomocy nęcącej wizji życia bez Żydów. W Poznaniu zawiłość endeckich projektów zwiększał niesłychanie brak dla ich praktycznego zastosowania86.
"Aby zostać Polakiem, trzeba było być katolikiem, w najgorszym razie - chrześcijaninem" - pisze o procesach "asymilacji", czyli de facto konwersji w międzywojniu Anna Landau-Czajka87. Czy byłoby inaczej, gdyby rodzice Baumana przeszli na katolicyzm? Konwersje Żydów wzbudzały podejrzliwość, a nacjonaliści je odrzucali. Sam akt "asymilacji" i wola strony przechodzącej konwersję nie były wystarczające. "Asymilacja nie była (...) ani kwestią osobistej decyzji, ani perfekcyjnej znajomości kultury, języka i obyczajów, ani tradycji rodzinnych a zależała jedynie od dobrej woli ze strony narodu polskiego" - podsumowuje Landau-Czajka. - "Tylko i wyłącznie rdzenni Polacy mogli oceniać, kto i jakim jest Polakiem, do jakich polskich organizacji może należeć. Przy tym taka wizja przynależności narodowej przestała być w drugiej połowie lat trzydziestych wyłącznie wizją nacjonalistycznej prawicy"88.
Powyższa konkluzja nie pozostawia wątpliwości. Można jedynie zastanowić się nad adekwatnością terminu asymilacja89 w przypadku obywateli tego samego kraju (wszyscy od 1918 roku - II Rzeczypospolitej) i współmieszkańców tych samych terytoriów. Dlaczego osoby władające perfekcyjnie językiem polskim (i których przodkowie od setek lat zamieszkiwali te same tereny co ich sąsiedzi), znające kulturę kraju na równi z sąsiadami i mające głębokie przekonanie co do swej polskości mają się asymilować?
To Zofia zadecydowała, że będą mieszkali na Jeżycach - dzielnicy Poznania, w której nie zamieszkiwali żydowscy Polacy. Baumanowie zdecydowali się też na posłanie syna do polskiej szkoły podstawowej znajdującej się niedaleko ich kamienicy, przy ulicy Słowackiego. Nie tylko w swojej klasie, ale i w całej szkole powszechnej Zygmunt Bauman był jedynym żydowskim dzieckiem. Na początku XXI wieku odwiedził on swoją "starą szkołę". "Nic się tu nie zmieniło - powiedział mi w trakcie wywiadu. - Chodziłem nawet po boisku, wydawało mi się okrutnie malutkie, a kiedyś wydawało mi się ogromnie wielkie. Ono się chyba nie skurczyło, ale ja się rozszerzyłem"90. Boisko było miejscem, z którym wiążą się bolesne wspomnienia z dzieciństwa, na ogół skrywające się w krótkim stwierdzeniu Baumana: "byłem dyskryminowany". Więcej opowiedział o nich w wywiadzie udzielonym Tomaszowi Kwaśniewskiemu: "Nie używałem żadnych sportów, a to z tej przyczyny, że nie śmiałbym wyjść na boisko, bo gdybym nawet wyszedł, to nie ja bym kopał piłkę, ale mnie by kopano. I to nie tylko dlatego, że byłem grubasem, ale również Żydem. Jedynym na Jeżycach"91. Więcej o prześladowaniach doznanych ze strony poznańskich młodzieńców można się dowiedzieć z maszynopisu adresowanego do rodziny:
Dla antysemitów z mojej dzielnicy musiałem być chyba darem zesłanym z nieba; mówili sobie pewnie, że gdybym nie istniał, trzeba byłoby mnie wymyśleć. Czułem, że dla miejscowych wyrostków jestem nie lada gratką. Zdawali się konkurować ze sobą o przywilej polowania na mnie. Byłem zbyt rzadkim łupem, by się mną dzielić. Zwycięski gang spełniał podwójną rolę: jego członkowie byli moimi napastnikami, a jednocześnie chronili mnie przed knowaniami rywali. Obserwowali mnie uważnie, znali moje obyczaje, czekali cierpliwie, bym pojawił się na ulicy, po czym szli za mną krok w krok do szkoły, do sklepu, do biblioteki i z powrotem do domu. Po drodze robili obraźliwe uwagi albo obrzucali mnie pomysłowymi wyzwiskami, często szturchając mnie przy tym, kopiąc czy nawet ciskając kamienie. Żeby sprawiedliwości stało się zadość, przyznać muszę, iż nigdy nie przekraczali pewnej granicy: byli nie tylko myśliwymi, lecz także troskliwymi hodowcami zwierzyny. Gdy któryś z gangów zapewnił sobie monopol na nieco dłużej, nasze wzajemne stosunki przybierały charakter prawdziwie osobisty. Przy spotkaniach pozdrawialiśmy się nawzajem z czymś w rodzaju satysfakcji; dobrze znany obrządek, który miał nastąpić, gdzie wszyscy aktorzy znali na pamięć swoje role, więc nie było obawy, że coś może się nie udać, utwierdzał nas w przekonaniu, że na świecie panuje porządek i że bezpiecznie jest w nim żyć92.
Już w początkowych latach życia, w wieku od siedmiu do trzynastu lat, Bauman odgrywał szczególną i podwójną rolę - ofiary i kolegi. Obecność Zygmunta w tej części miasta umożliwiła młodym chłopcom zorganizowanym w grupy wykonywanie "rytuału prześladowania Żydów". W ten sposób okazywali swój "patriotyzm". Ponieważ antysemityzm pełnił wiodącą funkcję w utrwalaniu nacjonalistycznej tożsamości, zaangażowanie młodzieńców w "obronę polskości" objawiało się "polowaniem na Żyda". To zachowanie młodych ludzi nie było odosobnionym aktem. Odzwierciedlało ono praktyki szeroko rozpowszechnione wśród dorosłych członków polskiego społeczeństwa.
W wielu lokalnych gazetach międzywojennych - w tym w cytowanym wcześniej "Kurjerze Poznańskim" - głównym tematem był tzw. problem żydowski. Wszystkie wydarzenia związane z dyskryminacją Żydów, a więc zamieszki uniwersyteckie, bojkoty sklepów czy pogromy, które występowały na różnych obszarach Polski, były w dużej mierze analizowane z perspektywy antysemickiej. Takie stanowisko prezentowane w najbardziej popularnej prasie odzwierciedlało opinie endecji. "Polowanie na Żydów" było typowym zajęciem młodzieżowych grup walczących o kontrolę na danym terytorium w przestrzeni miejskiej93. Może ten rodzaj praktyk stanowił przygotowanie do udziału w pogromach?
Według relacji członków rodziny trauma tych doświadczeń z dzieciństwa pozostała w Baumanie na zawsze. I tak pod koniec życia, gdy będąc na ulicy, stracił równowagę i upadł, a obecni wokół niego ludzie próbowali go podnieść, chwytając za przedramiona, Bauman gwałtownie odepchnął pomocników, tak jakby był atakowany, i wyrwał się z krępujących uchwytów.
Doświadczenia Baumana w dzieciństwie były tym bardziej traumatyczne, że łączyły się z dużym poczuciem bezsilności i brakiem nadziei na to, iż ktoś może go obronić przed prześladowcami. Wspomina o tym w swym maszynopisie:
(...) jedno szczególnie traumatyczne spotkanie z kolejnymi prześladowcami zaważyło poważnie na reszcie mojego dzieciństwa, burząc na zawsze złudne poczucie bezpieczeństwa. Pewnego dnia, po zrobieniu zakupów, Matka przyszła po mnie do szkoły. Dwaj aktualni posiadacze przywileju polowania na mnie, kilkunastoletni, nigdzie nie zatrudnieni hultaje, czekali już na posterunku. Jeden z nich był wysoki i lekko przygarbiony, a jego ruchy przypominały skradającego się złodzieja. Drugi odznaczał się atletyczną budową i niskim czołem niedorozwiniętej małpy. Drogę ze szkoły do domu odbyliśmy w czwórkę. Tym razem ci dwaj szli za nami w pewnej odległości, ale poza tym obecność mojej matki nie wpłynęła na ich zachowanie. Wykonywali skrupulatnie wszystko, co należało do utartego obrządku, i we właściwej kolejności wydawali dobrze mi znane dźwięki. Zerknąłem na Matkę: trzymała mnie mocno za rękę, ale skuliła się jakoś i ze wzrokiem utkwionym w płyty chodnika unikała spoglądania na naszą eskortę. I nagle olśniło mnie: moja wszechmocna i wszechwiedząca matka nie była w stanie mnie obronić; nie wiedziała, co począć; była poniżona; bała się! Od tej chwili żyłem przez długie lata w strachu94.
Nawet dom nie dawał pewnego schronienia i poczucia bezpieczeństwa. Pewnego dnia (jak wspomina Bauman w swym rękopisie) Zofia wezwała rzemieślnika, który zainstalował dodatkowe zabezpieczenie drzwi wejściowych w postaci dwóch ciężkich sztab żelaznych. Miało to uchronić Baumanów przed najściami agresywnych "patriotów", którzy zastraszali mieszkańców żydowskich, starając się nakłonić ich do szybkiej emigracji.
W związku z tym - pisze w swym tekście Bauman - ogarnęła mnie obsesja: nie mogłem pójść do łóżka, zanim po cichu nie otworzyłem frontowych drzwi, by sprawdzić, czy na klatce schodowej nie czają się bandyci. Jednakże nawet to nie chroniło mnie przed nocnymi koszmarami95.
Wiele książek opowiada o ocalałych z Zagłady i ich powojennej traumie - ich obsesjach i poczuciu zagrożenia, całkowitej utracie poczucia bezpieczeństwa. W przypadku Baumana trauma spowodowana antysemickim prześladowaniem zaczęła się kilka lat przed drugą wojną światową, w kraju, o którym się mówi, że był w miarę demokratyczny, w czasach pokoju i względnej prosperity96.
Rodzina i dom były antidotum na wszechobecną w publicznej przestrzeni dyskryminację. Dom Baumanów był skromnym, ale ciepłym miejscem, zarówno bowiem Zofia, jak i Maurycy otaczali syna miłością. Janina Bauman z domu Lewinson, żona Baumana przez ponad sześćdziesiąt lat, opisała w swej książce teścia, Maurycego Baumana, jako człowieka dyskretnego, który nigdy się nie skarżył97. Był przeciwieństwem swojej żony Zofii, którą Janina tak opisała, wspominając ich pierwsze spotkanie przed ślubem z Zygmuntem (zawartym w 1948 roku w Warszawie):
Osoba, która nas powitała w progu, od pierwszego wejrzenia wzbudziła we mnie zachwyt i trwogę. Wyglądała na nieco ponad pięćdziesiątkę, była obfitych kształtów i miała na sobie luźną czarną suknię przybraną podwójnym sznurem bursztynów. Długie bursztynowe kolczyki podkreślały bladość pięknej twarzy. Mądre oczy wpatrywały się we mnie badawczo. Mówiła i poruszała się z zaskakująco młodzieńczym wigorem98.
Zofia Bauman była wyraźnie siłą napędową rodziny i syn był jej oczkiem w głowie, co odzwierciedla tekst Baumana: "Dla Matki przez większość dnia byłem jedynym towarzystwem, a chyba także jedyną obietnicą ciekawszej i przyjemniejszej przyszłości"99.
W rozmowie, którą przeprowadziłam z Baumanem w 2015 roku, przywołał on obraz wzorowej matki, dobrze wykształconej, otwartej, ciekawej życia i pełnej energii. Zofia okazała się także wyśmienitą kucharką. Zygmunt Bauman tak opisał scenę świetnie oddającą relacje matki z synem:
W kuchni był taki piec z fajerkami, zawsze rozpalony, gorący, matka pichciła, a ja siedziałem przy stole kuchennym, odrabiałem lekcje i na każdym etapie gotowania ona się do mnie zwracała: skosztuj, kochanie. Kochanie kosztowało i puchło. (...) Jako chłopak byłem grubasem i cierpiałem z tego powodu. Wyśmiewano mnie, łatwo mnie było rozpoznać. Otyłość nie była wtedy tak powszechna jak dzisiaj100.
Młody Zygmunt był podwójnie naznaczony: z powodu antysemityzmu i otyłości. Niemniej jednak "bycie grubym" nie było aż tak stygmatyzujące jak bycie Żydem.
Żydostwo było dla mnie sprawą niemal czysto rodzinną - członkowie mojej rodziny byli jedynymi Żydami, jakich znałem i o których wiedziałem. Wynikało stąd, że bycie Żydem stanowiło dla mnie problem praktyczny raczej niż teoretyczny. Problemem praktycznym czynił go szczególnie świat zewnętrzny, pozarodzinny. Spotykani na ulicy chłopcy rzadko robili uwagi na temat mojej tuszy, natomiast bardzo często powiadamiali mnie, iż nie omieszkali zauważyć, że jestem Żydem101.
Pomimo to bycie "kimś specjalnym" w katolickiej szkole i nieżydowskiej dzielnicy stanowiło sytuację sprawiającą małemu Zygmuntowi "trochę przyjemności". "Dla moich kolegów - pisze Bauman pięćdziesiąt lat po opuszczeniu szkoły powszechnej - byłem "naszym własnym Żydem" i "naszym własnym grubasem", co nakładało na nich pewne obowiązki, ale także dawało pewne prawa. (...) Nie miałem uczucia, że jestem ich ofiarą czy nawet kimś wybranym do szczególnego traktowania"102. Ambiwalencja wynikająca ze złożonej sytuacji - ofiary, ale też kolegi - ma prawdopodobnie przyczynę w roli, jaką Bauman jako uczeń odgrywał w swej szkole. Zygmunt był lubianym przez nauczycieli uczniem. Zachęcali go do postępów i widząc jego możliwości, już w pierwszych latach nauki mobilizowali go do pomagania słabszym uczniom. Niestety ta uprzywilejowana pozycja nie obowiązywała poza godzinami lekcyjnymi. Bauman z powodu bycia Żydem nie mógł uczestniczyć w zajęciach pozalekcyjnych organizowanych głównie przez instytucje katolickie. Był z nich wykluczony. Jego reakcja na odrzucenie była typowa dla dzieci, które nie uczestniczą w życiu grupy rówieśniczej. Młody Zygmunt znalazł lek na samotność, oddając się z pasją czytaniu.
Autor przeszło osiemdziesięciu książek tak wspomina swą relację ze słowem pisanym:
Nie pamiętam, abym miał jakieś zabawki, a książki, które przez wiele lat były mi najwierniejszymi przyjaciółmi, wypożyczałem z miejscowej biblioteki. Towarzystwo Czytelni Ludowych było organizacją niedochodową i miało na celu udostępnianie książek ludziom, którzy nie mogli pozwolić sobie na ich kupno. Utrzymywało sieć czytelni, z których za drobną opłatą miesięczną równowartą cenie dwóch jajek, można było regularnie wypożyczać książki103.
W taki sposób już w szkole powszechnej Bauman stał się zapalonym czytelnikiem i ta pasja nie opuszczała go przez całe życie. Zaczęło się od literatury "dla chłopców", jak napisał na kilka lat przed śmiercią: "(...) wszystko, co napisane przez Fennimore'a Coopera, Jacka Londona, Zane'a Greya, Karla Maya, Jules'a Verne'a, Roberta Louisa Stevensona, Aleksandra Dumasa - a spośród polskich autorów Kornela Makuszyńskiego. Później - wszystkie lub prawie polskie klasyki, proza i poezja (Mickiewicz, Prus, Sienkiewicz, Żeromski, Orzeszkowa, Słowacki itd.). Dwa lub trzy lata przed ucieczką z Poznania rozstałem się z literaturą dziecięcą. Victor Hugo, Charles Dickens i Lew Tołstoj stali się moimi nowymi ucztami" (z listu do Keitha Testera, z 2015 lub 2016 roku).
Gdy tylko okoliczności na to pozwalały, Bauman czytał godzinami, pochłonięty lekturą. Podążał za swym ojcem, który dawał synowi przykład, zaczytując się całymi dniami. Książki w domu Baumanów były ucieczką przed niełatwym życiem. Zamiłowanie Baumana do książek to cenna spuścizna odziedziczona po obojgu rodzicach, którzy, choć "niedopasowani", pod tym względem byli do siebie bardzo podobni. Jako dziecko Zygmunt obserwował często swych rodziców pogrążonych w lekturze i dlatego nic w tym dziwnego, że jak tylko nauczył się samodzielnie czytać, spędzał większość dnia z książką w ręku. A takie intensywne obcowanie z lekturami rzecz jasna pobudza wyobraźnię.
Bauman jak wiele dzieci marzył o swej przyszłości, o czym opowiedział Tomaszowi Kwaśniewskiemu:
- Miałem bardzo ambitne plany, bo chciałem być kosmologiem albo kosmonautą.
- Chciał pan latać? [pytanie Kwaśniewskiego]
- Badać, zrozumieć, jak to wszystko powstało, skąd się wzięło104.
Te dziecięce marzenia zaprezentowane są tutaj w sposób spójny z późniejszym życiem Baumana - takie przedstawianie swej biografii, która układa się w koherentny sposób, jest typowe. Nie chodzi tutaj o zmienianie faktów, ale o wybieranie takich wspomnień, które umożliwiają opowiadającemu skonstruowanie spójnej wizji105. W tym wywiadzie nie było opowieści o innym, nigdy niespełnionym marzeniu. Otóż jako dziecko Zygmunt marzył o psie. Jest to typowe pragnienie, zwłaszcza jedynaków i tych dzieci, które mają dużo starsze rodzeństwo. Baumanowie odmówili ze względu na bezpieczeństwo. Gdyby to marzenie się spełniło, Zygmunt zyskałby wiernego przyjaciela, ale codzienne spacery, nawet blisko ich domu, stanowiły ryzyko częstych ataków. Rodzice nie spełnili prośby Zygmunta106. Samotność i poczucie odmienności były wpisane w jego codzienność.
Nie wszystkie dzieci żydowskie mieszkające w Poznaniu były w podobnej sytuacji. Zdecydowana większość chodziła do szkół na Starówce, bo w okolicach ulic Wielkiej czy Wronieckiej mieszkała społeczność żydowska. Segregacja przestrzenna była typowa dla większości polskich miast, co było najczęściej konsekwencją wcześniejszych przepisów, ograniczających miejsce zamieszkania Żydów. Był to także rezultat tradycyjnego modelu osiedlania się wśród przedstawicieli swej kultury, co w przypadku religijnych Żydów umożliwiało im uczęszczanie do synagog, szkół religijnych, sklepów i wspólnotowych instytucji. W poznańskiej dzielnicy żydowskiej dzieci uczęszczały na zajęcia prowadzone przez szkoły religijne (cheder i jesziwa)107 - nie było świeckich szkół żydowskich, takich jak funkcjonujące w Łodzi czy Warszawie. Tam bowiem działała jedna z wielu świeckich szkół żydowskich - należąca do sieci szkół CISZO108, utworzonych i prowadzonych przez partię Bund, czyli Powszechny Żydowski Związek Robotniczy na Litwie, w Polsce i Rosji109. Wspierały one język i kulturę żydowską, przyjmując, że jidysz jest ojczystym językiem trzymilionowej żydowskiej społeczności Polski. "Rachunki, literatura, historia, przyroda, wszystkie przedmioty w mojej szkole były nauczane w języku jidysz" - wspominał rówieśnik Baumana Włodzimierz Szer110. "Codziennie też były lekcje języka polskiego"111. Dzieci uczęszczające do tych szkół uczyły się w atmosferze wolnej od dyskryminacji i upokorzeń. Nie wyróżniano w klasie uczniów "polskich" czy "żydowskich". Podobny brak dyskryminacji panował w szkołach wyznaniowych. O takiej szkole wspomina z kolei Marian Turski112, rok młodszy od Baumana, historyk i dziennikarz, który uczęszczał do religijnego żydowskiego gimnazjum w Łodzi, w którym kształcono dzieci lokalnych elit. Turski nie zaprzeczał istnieniu antysemityzmu w Łodzi czy w Warszawie, ale podkreślał, że on sam nigdy takich doświadczeń jak Bauman w szkole nie miał.
Większość dzieci z rodzin żydowskich uczyła się w otoczeniu grupy rówieśniczej należącej do tej samej społeczności (świeckiej lub religijnej - określanej jako żydowska)113. Niewiele osób było w sytuacji Baumana. Jednak on sam jako dziecko nie mógł o tym wiedzieć i swoje doświadczenia traktował jako konsekwencję wyższego prawa kształtującego życie Żydów.
Szkoła powszechna była dla Baumana miejscem różnorodnych doświadczeń: tych trudnych, związanych z powszechnym antysemityzmem, ale też pozytywnych. Bauman był lubiany przez nauczycieli, bo któż nie lubi oczytanych, chłonnych wiedzy uczniów? Miał też trzech przyjaciół, którzy - jak pisze w swym maszynopisie - byli na swój sposób nietypowi, każdy z nich był "szczególnym przypadkiem"114. Pierwszy był kiepskiego zdrowia i nie uczestniczył w pełni w życiu klasowym, drugi był synem kapitana wojska polskiego i Bauman został wybrany przez jego ojca -miała to być znajomość pozytywnie wpływająca na jego syna (ciekawa strategia rodzicielska, mająca prawdopodobnie na celu ochronę dziecka przed "złymi wpływami" rówieśników). Trzeci był zalęknionym synem wdowy i dzielił z Zygmuntem pasję do książek. "To był jedyny przyjaciel z dzieciństwa, którego - na krótko - spotkałem znów po wojnie. Uchodził wtedy za jednego z najbardziej obiecujących młodych poetów Polski Ludowej" - napisał Bauman115.
Ta sytuacja ulegnie zmianie wraz z ukończeniem szkoły powszechnej, w czerwcu 1938 roku.
W trakcie wakacji tegoż roku w życiu rodziny Baumanów nastąpił przełom. Zygmunt pomyślnie zdał egzamin wstępny do gimnazjum, a jego siostra Tosia (Teofila) wyemigrowała do Palestyny.
Gdy (...) urodziłem się (...), oboje Matka i Ojciec nie posiadali się z radości, co stało się źródłem cierpienia mojej o siedem lat starszej siostry, Tosi - pisał Bauman. - Czuła nie bez racji, że w jej życiu pojawił się groźny rywal, który był chłopcem, a do tego młodszym od niej (i prawdopodobnie już na zawsze najmłodszym dzieckiem w rodzinie). Nie godziła się dzielić z nim niepodzielną dotąd uwagą rodziców. Jej najgorsze obawy okazały się słuszne. Uwaga rodziców pozostała wprawdzie niepodzielna, ale już nie na niej się koncentrowała116.
To była typowa historia narodzin drugiego dziecka w rodzinie, w której życie koncentrowało się uprzednio na jedynaczce. W wielu kulturach, gdy drugie dziecko jest chłopcem, a pierwsze dziewczynką, sytuacja okazuje się o tyle trudna, że chłopcy stają się centralnym punktem rodziny. To oni - męscy potomkowie - są traktowani jako główni spadkobiercy. Podobnie było u Baumanów: Matka "[w] mojej siostrze nie pokładała większych nadziei: Tosia była dziewczynką, a dziewczynka mogła pragnąć tylko dobrego małżeństwa i, wraz z jego zawarciem, wyzwolenia się od rodziców117.
Teofila, którą wszyscy w rodzinie nazywali Tosią, w roku 1938 ukończyła szkołę ogrodniczą, utworzoną w celu przygotowania młodych Żydów - kandydatów do alii - do życia w kibucu. W Polsce było wiele organizacji zajmujących się nauczaniem zawodów przydatnych w Palestynie; najbardziej znane to ORT118 (Gezelshaft tsu farshpraytn meloche un erf-arbeyt tsvishn yidn), He-Chaluc119 i Gordonia120. Pomimo tych gruntownych przygotowań coraz trudniej było wyjechać z Polski. Kandydaci do alii byli liczni, a liczba wiz do Palestyny ograniczona. Emigracje do Stanów Zjednoczonych, Kanady i Francji również były bardzo trudne. Wyjazdy udawały się osobom zamożnym lub posiadającym wsparcie ze strony krewnych za granicą. Dodatkowo po 1935 roku nastąpił masowy exodus niemieckich Żydów, którzy stanowili znaczącą nową grupę imigracyjną w wymienionych krajach, przez co dla innych potencjalnych imigrantów możliwości się znacznie skurczyły. Emigracja z Polski pod koniec lat trzydziestych była bardzo trudnym przedsięwzięciem.
Młodzi ludzie tacy jak Teofila (Tosia), która miała 19 lat, mieli niewielkie możliwości znalezienia pracy w Polsce121. Siostra Baumana zakończyła edukację ogrodniczą rok po tym, kiedy Polski Związek Ogrodników w Warszawie na corocznym spotkaniu w maju 1937 roku uchwalił dwie rezolucje. Pierwsza wprowadzała wymóg akredytacji ograniczony jedynie do polskich, "aryjskich" ogrodników. Druga rezolucja wymagała od członków związku rezygnacji zarówno z zakupu produktów od Żydów, jak i sprzedaży im. W takiej sytuacji nie było możliwości, aby żydowski ogrodnik został przyjęty do stowarzyszenia ogrodników122. Teofila Bauman nie mogła liczyć na znalezienie pracy w wyuczonym zawodzie. Nie było dla niej także miejsca na polskich uczelniach.
Brak możliwości studiowania na uniwersytecie nie wynikał z tego, że Teofila była kobietą, ale z faktu, iż była Żydówką. Zresztą jak mogłaby przystąpić do egzaminów wstępnych, skoro żadne poznańskie liceum nie wydałoby jej świadectwa ukończenia szkoły? Licea nie przyjmowały żydowskich uczniów. Tak więc pozbawiono część pokolenia młodych polskich obywateli możliwości studiowania w Poznaniu, gdzie na uniwersytecie obowiązywała zasada numerus nullus123, na mocy której nie przyjmowano na wyższe studia ani jednego żydowskiego kandydata.
Polskie uczelnie od początku lat dwudziestych ubiegłego wieku były arenami represji studentów i kadry należących do mniejszości etnicznych. Kluczowe pozycje w uniwersyteckich organizacjach studenckich i wydziałowych były zajęte przez reprezentantów grup skrajnie prawicowych, nacjonalistycznych i antysemickich, zafascynowanych faszyzmem. Reakcja na falę antysemicką wewnątrz uniwersyteckiej społeczności żydowskiej była wielowymiarowa124. Ograniczenie obecności Żydów na uniwersytetach było przyczyną politycznych konfliktów w Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, w sejmie, na uniwersytetach i wewnątrz różnych grup politycznych125. Pierwsza fala walki o wdrożenie dyskryminacyjnych praw pojawiła się w latach dwudziestych. Po stopniowej eskalacji sytuacja stała się wyjątkowo napięta w roku 1935, po śmierci Józefa Piłsudskiego, którego zwalczała endecja. Śmierć marszałka wzmocniła pozycję endecji, a jej sojusznik - Związek Akademicki Młodzież Wszechpolska - dzięki swej popularności przekształcił polskie wyższe uczelnie w środowisko zdominowane przez antysemityzm126. W tym okresie aktywnie rozwijała się współpraca z uniwersytetami niemieckimi, polskie uniwersytety gościły takie "osobowości" jak Hans Frank, który wygłosił przemówienie na Uniwersytecie Warszawskim (1938), czy też Joseph Goebbels, który został przyjęty przez profesora Uniwersytetu Warszawskiego Tadeusza Zielińskiego127 (w 1934). Przejawy faszyzmu i antysemityzmu były zarówno instytucjonalne, jak i indywidualne - większość profesorów nie oponowała, gdy władze uniwersyteckie wprowadzały reguły segregacji. Także studencka brać z zapałem przestrzegała "prawa" - brutalnie dyscyplinując grupę kolegów i koleżanek wpisanych odgórnie do dyskryminowanej kategorii128.
Poparcie dla antysemickich postaw wśród studentów symbolizowała zielona wstążka przypięta do klapy marynarki (akcję zorganizowała Liga Zielonej Wstążki129). Oznaczała ona, że noszący ten znak nie jest Żydem czy Żydówką, a więc nie musi zasiadać w miejscach zwanych "ławkowym gettem". Ławki studenckie były bowiem podzielone na te zajmowane przez Żydów i przez nie-Żydów. Jednocześnie administracja uniwersytetu wbijała specjalną pieczątkę w indeksie, informując tym samym o przynależności studenta do danej mniejszości etnicznej. Ta segregacja obejmowała także bractwa studenckie, których skład był zdeterminowany przynależnością etniczną130. Odpowiedzialność za wprowadzenie segregacyjnych praw ponoszą rektorzy uniwersytetów. Mogli je wprowadzić dzięki brakowi sprzeciwów ze strony profesury i naciskom młodzieży akademickiej. Niemniej jednak pod koniec lat trzydziestych XX wieku odnotowano kilka przykładów indywidualnych i zbiorowych aktów oporu wobec rasistowskich przepisów. Sprzeciwiali się nieżydowscy studenci i wykładowcy131. Niektórzy profesorowie132 podpisali się pod listami protestacyjnymi przeciwko gettom ławkowym133, a rektor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie Stanisław Kulczyński odmówił zajęcia miejsca siedzącego, w czasie gdy studenci żydowscy stali, i nie rozpoczynał zajęć, dopóki nie usiedli oni w ławkach tak jak ich nieżydowscy koledzy. Na uniwersytetach wybuchały bardzo często krwawe bójki, w których pałkami atakowano studentów i studentki z przypisaną kategorią Żyda czy Żydówki, a także profesorów niestosujących rasistowskich przepisów134.
Społeczność akademicka była podzielona pomiędzy sympatyków "zielonej wstążki", pasywnych obserwatorów zajść i niewielką grupę studentów, którzy organizowali ochronę przed agresywnymi zwolennikami rasowej segregacji atakującymi dyskryminowaną grupę, a także profesorów zwanych "Żydofilami" czy też "szabesgojami"135. Zamieszki były przyczyną zawieszania zajęć w celu przywrócenia spokoju136. Ceną za powrót do nauki była najczęściej akceptacja rektora umożliwiająca wprowadzenie nowych antysemickich praw.
Numerus clausus ograniczał dostęp Żydów na najpopularniejsze wydziały, ustalony bowiem limit rekrutacji odzwierciedlał proporcję Żydów do całości populacji danego regionu. Studia medyczne i prawnicze, które cieszyły się największym powodzeniem wśród młodzieży żydowskiej (rekrutującej się z rodzin lekarskich i prawniczych), były szczególnie dotknięte tymi przepisami. Najtrudniej było ukończyć medycynę, ponieważ nie tylko zdanie egzaminu wstępnego graniczyło z cudem (na jedno miejsce były dziesiątki kandydatów), ale także zaliczenie niektórych zajęć było dla studentów dyskryminowanych utrudnione z powodu segregacji "etniczno-religijnej". Kursy anatomii i fizjologii odbywały się oddzielnie, gdyż Żydzi nie mogli "kroić trupów chrześcijańskich", a znalezienie "żydowskich nieboszczyków" było z kolei prawie niemożliwe z powodu przepisów religijnych (judaizm zakazuje sekcji zwłok)137. Należy przypomnieć, iż studenci medycyny nie byli praktykującymi Żydami i nie czuli się oni ograniczeni zakazami religijnymi, niemniej jednak tak ustanowione rasistowskie prawo zobowiązywało ich do znalezienia "żydowskich trupów" w celu wykonania ćwiczeń i zaliczenia zajęć. To wydłużało okres studiowania co najmniej o rok - dwa lata138. Nie jest więc zaskakujące, że zdecydowana większość polskich Żydów studiowała za granicą (oczywiście była to opcja dostępna dla dobrze uposażonych rodzin). Francja, Szwajcaria, Belgia, a nawet Austria były głównymi krajami pobytów edukacyjnych przed okupacją nazistowską.
W Poznaniu po kilku protestach studenckich (listopad 1931, marzec 1933) narzucono numerus nullus i w ten sposób "oczyszczono" przestrzeń uniwersytecką z Żydów. Podobne zarządzenia wprowadzono w innych sektorach edukacji i w poznańskich liceach i gimnazjach zapanowały "aryjskie zasady". Bauman pisze o tym okresie pięćdziesiąt lat później:
W latach bezpośrednio poprzedzających wojnę antysemityzm stawał się coraz bardziej jadowity i coraz gorliwiej poszukiwał praktycznych rozwiązań (...). Coraz częściej czytaliśmy o aktach fizycznej przemocy: o biciu studentów żydowskich na uniwersytetach, o minipogromach szerzących się we wsiach i prowincjonalnych miasteczkach, o naśladowcach faszystowskich bojówkarzy, którzy nawiedzali żydowskie sztetle apatycznie obserwowani przez nieinterweniującą policję139.
Taka sytuacja doprowadziła do emigracji Teofili Bauman. Siostra Zygmunta nie miała posagu, ponieważ jej rodziców nie stać było na oszczędzanie, żyli skromnie "od wypłaty do wypłaty". Członkowie rodziny wspominają także, że Teofila nie była zainteresowana dalszą edukacją i zamążpójście wydawało się dla niej najlepszym planem na przyszłość. Zgodnie z rodzinną tradycją (wszystkie siostry Zofii wyszły za mąż dzięki pomocy swatki) Zofia zaczęła szukać dla swej córki męża140. Kandydat okazał się bogatym wdowcem z dwójką dzieci starszych od Teofili. Był to niemiecki Żyd, biegle władający zarówno jidysz, jak i niemieckim, ale słabo mówiący po polsku. Najatrakcyjniejsza cecha kandydata, mianowicie liczne hektary jego majątku ziemskiego znajdującego się w południowej Polsce, nie była jednak wystarczającym atutem i Tosia wyperswadowała matce pomysł poślubienia wdowca. W takiej sytuacji Zofia rozpoczęła poszukiwanie nowego kandydata na męża. Tym razem z sukcesem. Tosia wyszła za mąż z miłości. To była romantyczna, aczkolwiek krótka historia.
Latem 1938 roku odbyły się Targi Poznańskie i Baumanowie, którzy mieszkali tuż obok terenów targowych, wynajęli jeden pokój handlowcowi z zagranicy. Młody mężczyzna przybył z Palestyny i natychmiast zakochał się w Tosi - z wzajemnością. Zorganizowano błyskawiczny ślub, dzięki któremu Tosia mogła po wyjeździe swojego męża podążyć za nim do Palestyny. Rok później, w sierpniu 1939 roku, pomimo że była w ciąży, Tosia wraz z mężem i kilkumiesięczną córeczką przyjechała do Poznania odwiedzić rodziców i brata. Dzięki brytyjskim paszportom młodej rodzinie z Palestyny udało się opuścić Polskę kilkanaście dni po wybuchu drugiej wojny światowej (szerzej na ten temat w kolejnym rozdziale).
Bauman opisywał historię swojej siostry w oficjalnych powojennych dokumentach. Był do tego zmuszony jak każdy, kto posiadał "członka rodziny przebywającego za granicą". W życiorysie, który Bauman w 1949 roku załączył do podania o przyjęcie do PZPR, można przeczytać:
Siostra (Teofila), starsza ode mnie o 6 i 1/2 roku, w 1938 r. skończyła szkołę ogrodniczą w Poznaniu. Nie posiadała żadnej perspektywy na otrzymanie pracy. Z tego względu rodzice skłonili ją do wyjazdu do Palestyny, wykorzystując przypadkowy pobyt w Poznaniu obywatela palestyńskiego Barzilaya Yedidya - Mizrachi141, z którym siostra zawarła związek małżeński. Od tej chwili siostra przebywa w Palestynie, gdzie pracuje w fabryce przetworów owocowych w Givat Brenner w charakterze laborantki. Z pierwszym mężem dawno się rozwiodła - jest żoną traktorzysty Gabrieli. Zdążyła stać się syjonistką - szowinistką i dolewa oliwy do ognia tęsknoty ojca do "państwa żydowskiego"142.
Rok później w ankiecie specjalnej, typowym dokumencie wypełnianym przez pracowników instytucji państwowych, na pytanie nr 29: "Kto z Waszej rodziny lub krewnych znajduje się za granicą, gdzie, od kiedy, z jakich powodów, czym się trudni. Stopień pokrewieństwa, nazwisko i imię źródła utrzymania dokładny adres" Bauman wpisał: "Siostra Tova Gabrieli (Teofila Bauman) w państwie Izrael m. Gevat Brenner, pracownica fabryki przetworów owocowych (mlecznych?). W Palestynie od 1938 r. Wyjechała ze względu na brak pracy. D.C. [dalszy ciąg] patrz rubryka 44" (ciąg dalszy jest w rubryce 42, a nie 44).
Dane o braciach i siostrach oraz ich małżonkach: [odpowiedź wpisana odręcznie przez Baumana] Siostra Towa Gabrieli (przed wojną Teofila Bauman) c. [córka] Maurycego i Zofii, ur. we Włocławku 29.01.1919, mężatka, bez majątku, wykształcenie - szkoła ogrodnicza w Poznaniu, zawód - ogrodnik (?), syjonistka - nacjonalistka (prawdopodobnie czł. "Mapaj"143?) (...). Od 1948 żadnego kontaktu z siostrą nie utrzymuję i stąd możliwość niedokładnych informacji.
[Ankieta specjalna, podpisana 15 sierpnia 1950 r.]144
Trudno stwierdzić, czy deklaracja zerwania kontaktu z siostrą "syjonistką - nacjonalistką" była pro forma, czy rzeczywiście Bauman przestał z nią pisywać. Wiadomo natomiast, że jego rodzice utrzymywali kontakt z córką, a Bauman wtedy mieszkał z rodzicami, więc nie był odizolowany od informacji przychodzących zza morza. Niemniej jednak nie można wykluczyć, iż nie miał on bliskich relacji z siostrą, która była pełnoletnia i opuściła dom, gdy jej brat miał 13 lat. Ich drogi się wtedy rozeszły. W 1938 roku Teofila zaczęła dorosłe życie, tworząc własną rodzinę w Palestynie, z daleka od rodzinnego domu, a Zygmunt skupił się na zdaniu egzaminu wstępnego do gimnazjum. A było to prawie niemożliwe do realizacji przedsięwzięcie.
Szkołę powszechną ukończyłem z doskonałymi wynikami, a mimo to szansa, że dostanę się do gimnazjum Bergera była znikoma. Niepokój o rezultaty egzaminów wstępnych towarzyszył mi w czasie błyskawicznego romansu, ślubu i nagłego wyjazdu mojej siostry. To było długie, gorące i obfitujące w ważne wydarzenia lato145.
Publiczne szkoły powszechne w Polsce w latach trzydziestych XX wieku były otwarte dla dzieci z kategorii "mniejszości etnicznych", ale już sytuacja w szkołach średnich była zróżnicowana, bowiem niektóre na wzór uniwersytetów stosowały selekcję na tle rasowym (numerus clausus). Przed drugą wojną światową polskie szkoły średnie kształciły dzieci klas średnich, przygotowując je do pracy w różnych zawodach - tym zajmowały się gimnazja niższe. Gimnazja wyższe natomiast były instytucjami dla wybranej grupy, która kontynuowała naukę do matury. Bauman jak większość dobrych uczniów aspirował do "długiego studiowania" i dlatego po szóstej klasie szkoły podstawowej przystąpił do egzaminu wstępnego do gimnazjum. W Poznaniu tylko dwie szkoły (w przywoływanym tu rękopisie Zygmunt Bauman podaje, że jedna) dawały możliwość wybranym żydowskim uczniom kontynuowania nauki w publicznej instytucji - oczywiście w ścisłym limicie określonym przez numerus clausus. Kandydaci przechodzili bardzo rygorystyczne egzaminy, które pozostawały na długo w pamięci uczniów. Zygmunt Bauman pięćdziesiąt lat później w następujący sposób opisał swą egzaminacyjną tremę, która nieomal była przyczyną porażki:
W tydzień po pisemnych przyszła moja kolej na egzaminy ustne. Dyrektor gimnazjum siedział na podium i miał przed sobą nasze prace pisemne. Kazano mi usiąść w ławce obok Profesora (tak tytułowano wtedy nauczycieli gimnazjalnych), który przeprowadzał egzamin. Umierałem ze strachu, trzęsłem się i nie bardzo wiedziałem, co się wokół mnie dzieje. Egzaminator traktował mnie z chłodną uprzejmością i najwyraźniej nie obchodził go stan moich nerwów. Zadanie było proste: "opisz swoją codzienną drogę do szkoły". Zaskoczyło mnie to. Oczekiwałem, że będę musiał analizować do głębi niuanse jednego z klejnotów literatury polskiej albo zawiłości pogmatwanej polskiej historii. Zgadzałoby się to bardziej z moim wyobrażeniem gimnazjum jako świątyni mądrości. Nieoczekiwana łatwość zadania sprawiła, że siedziałem osłupiały, z trudem usiłując zebrać rozbiegane myśli. Pierwsze zdanie, które zdołałem wykrztusić, było katastrofą: zamiast powiedzieć, że mieszkam w narożnym domu, oznajmiłem: "mieszkam w narożnej ulicy". Ujrzałem z przerażeniem złośliwy uśmieszek wypełzający na twarz mojego oprawcy. Był najwyraźniej zadowolony. Myślał sobie pewnie z satysfakcją: "jak łatwo udało mi się pozbyć przynajmniej tego jednego!". I za chwilę posłałby mnie do domu, gdyby nagle nie odezwał się Dyrektor. "Proszę mi wybaczyć, panie Profesorze", powiedział, "ten chłopiec nie wymaga egzaminów ustnych. Otrzymał najwyższe oceny za obie prace pisemne i został już przyjęty". Te słowa, kwaśny wyraz zawodu, jaki nagle zastąpił uśmiech tryumfu na twarzy egzaminatora, gwałtowne łomotanie mojego serca, łzy Matki, która na wpół żywa ze zdenerwowania czekała na korytarzu - wszystko razem stopiło się we mnie w zawrotne uczucie szczęścia i pozostało na zawsze najszczęśliwszym wspomnieniem z lat mojego dzieciństwa. To było pierwsze osiągnięcie, jakie zawdzięczałem wyłącznie własnemu wysiłkowi, pierwsze zwycięstwo odniesione wbrew przytłaczającym, nieubłaganym przeciwnościom losu146.
W taki oto sposób Zygmunt Bauman zapamiętał swoje przysłowiowe wielbłądzie przejście przez ucho igielne. W lecie 1938 roku został jednym z niewielu żydowskich chłopców zaliczonych w poczet uczniów gimnazjum państwowego w Poznaniu. Według archiwum szkolnego tej instytucji tylko pięciu z czterdziestu dziewięciu uczniów zrekrutowanych do klasy pierwszej A w 1938 roku147 było "narodowości żydowskiej", czyli około 5% pierwszaków. Była to zarazem połowa średniego krajowego odsetka "narodowości żydowskiej w odniesieniu do populacji Polaków". Akurat tego roku trzech z pięciu żydowskich uczniów pierwszej klasy powtarzało ją, co pozostawiało jedynie dwa wolne miejsca dla żydowskich kandydatów. Jedno z nich wywalczył Zygmunt.
W latach trzydziestych Gimnazjum im. Bergera było uważane za najlepszą męską szkołę średnią w Poznaniu i w całej Wielkopolsce. Według dokumentów źródłowych pióra założyciela tej instytucji - Gotthilfa Bergera - szkoła miała przyjmować uczniów bez względu na ich pochodzenie etniczne i religię. Możemy sobie wyobrazić, jak szczęśliwi byli rodzice Zygmunta, gdy się okazało, że ich jedyny syn stał się częścią tej elitarnej instytucji. Zygmunt także był szczęśliwy, ale szybko dowiedział się, że nawet ta elitarna szkoła nie podchodzi do wszystkich uczniów jednakowo. Traktowanie żydowskich uczniów w polskich gimnazjach państwowych było zdeterminowane zasadą numerus clausus, a także wiązało się ze społecznym ostracyzmem i antysemityzmem wyrażanymi otwarcie przez nauczycieli i kolegów z klasy148. Niestety, Gimnazjum im. Bergera nie różniło się od innych polskich szkół w tym względzie.
W kilka dni później nadszedł wielki dzień. Pękając z dumy w bergerowskiej czapce gimnazjalnej, która w sposób widomy i niezaprzeczalny świadczyła o mojej promocji do rangi członka znakomitej polskiej inteligencji, dotarłem do drzwi pierwszej klasy. Nie zdążyłem jeszcze przekroczyć progu, gdy spadła na mnie lawina kuksańców i kopniaków. Ciągnięty i popychany, straciłem kontrolę nad własnymi nogami i posuwałem się - a raczej byłem posuwany - w kierunku odległego kąta po lewej stronie klasy. Czyjeś ręce cisnęły mnie wreszcie na ławkę w ostatnim rzędzie. "Tu jest twoje miejsce, ty Żydzie, i ani się waż szukać lepszego".
Kilka minut trwało, nim oprzytomniałem. W klasie panował nadal wielki hałas i zamieszanie. Dopiero po chwili zauważyłem, że w getcie, do którego dostałem przydział, nie będę samotny. Z kłębowiska wściekłych twarzy, poskręcanych ciał, fruwających pięści wyłaniały się jakieś chwiejne postacie, które - jedną po drugiej - ciskano na ławki w ostatnim rzędzie. Kiedy dzięki pojawieniu się wychowawcy w klasie zapanował wreszcie spokój, rozejrzałem się dookoła i spostrzegłem cztery pobladłe twarze. Prócz mnie czterej inni chłopcy ukradkiem zerkali na siebie nawzajem. Czterej inni chłopcy o oczach mokrych od łez wstydu unikali wzroku tych, którzy byli świadkami ich poniżenia149.
Zygmunt Bauman nie był już jedynym Żydem w klasie. Teraz dołączył do innych, którzy marzyli o staniu się częścią elity - młodym kwiatem polskiej inteligencji. Przyjęcie pierwszego dnia i to, co potem nastąpiło, miało na celu podcięcie skrzydeł, zniszczenie marzeń o równości i pozbawienie godności. Był to silny sygnał, że jako Żydzi nie są pełnoprawnymi członkami uczniowskiej społeczności. Tym silniejszy, że pochodził od tej społeczności, uczniów i kadry nauczycielskiej.
O ile mi wiadomo, żaden z nauczycieli nie kwestionował narzuconego nam zamknięcia w getcie. Niektórzy z nich starali się wyrazić aprobatę, traktując rezydentów getta w specjalny sposób. Nauczyciel literatury polskiej, na przykład, zadawszy całej klasie szczególnie podchwytliwe pytanie, ich przede wszystkim, jednego po drugim, wzywał do odpowiedzi. Podobnie jak sędziowie w konkursach piękności robił to w odwrotnej kolejności: zaczynał od najmniej zdolnego żydowskiego chłopca, który miał znikomą szansę udzielenia prawidłowej odpowiedzi, po to, aby mieć pewność, że żydowska ciemnota będzie w pełni zdemaskowana. Miło mi donieść, że byłem ostatnim spośród branych na spytki, i że zwykle na mnie cała ta heca kończyła się - z braku innych Żydów oczywiście, ale także dlatego iż w wielkiej mierze ulegała tu podważeniu teza o zbiorowej niezdolności żydowskiej rasy do zgłębienia tajników literatury polskiej.
Podobną taktykę stosował nauczyciel matematyki, chociaż czego chciał w ten sposób dowieść, było mniej oczywiste. Nauczyciel geografii podał do wiadomości publicznej, że wiedza, jaką posiadają Żydzi, musi być zdobywana w nie całkiem uczciwy sposób. Z tej przyczyny stawiał im niższe stopnie niż nieżydowskim uczniom o podobnej wiedzy. Nie potrafiłem odpokutować jedynego błędu w dziedzinie geografii, jaki zrobiłem w ciągu całego roku szkolnego (wymieniając niewłaściwe minerały, z których zbudowane są Góry Świętokrzyskie), i na zakończenie pierwszej klasy otrzymałem zaledwie dostateczny stopień z tego przedmiotu. Niektórzy nauczyciele wszakże rozmyślnie ignorowali niewidzialne mury getta. Zwłaszcza nauczyciel historii wyraźnie wstydził się nauczać w tak podzielonej klasie. Zróżnicowanie postaw nauczycieli miało niemal dokładne odbicie w postawach uczniów. A przecież nikt spośród moich nauczycieli czy też kolegów nie-Żydów nie próbował przeciwstawić się "życiowym faktom". Podział był solidny i trwały, gdyż ci, którym na nim zależało, byli aktywni, podczas gdy ci, którzy go nie uznawali, przyglądali się tylko150.
Solidny i stały podział znajdował odzwierciedlenie w ocenach uczniów tego gimnazjum, w którym promocja do następnej klasy była nie lada wyzwaniem. Ośmioro z czterdziestu dziewięciu uczniów w klasie Baumana nie ukończyło pierwszego roku (jeden z powodu złego stanu zdrowia, inny ze względów finansowych, a pozostali zrezygnowali z nauki). Średnia ocena w skali od 2 do 5 wynosiła 3. Jedynie sześciu uczniów uzyskało średnią ocenę dobrą, a tylko jeden uzyskał ogólną ocenę bardzo dobrą. Zygmunt Bauman zajął drugie miejsce w swej klasie. Pomimo tego był przekonany o byciu dyskryminowanym przez nauczycieli. Jeden z nich wyjaśnił Zygmuntowi, że chciałby wystawić mu najlepszą ocenę, ponieważ na to zasłużył, ale nie mógł, co uzasadniał w następujący sposób: "(...) bardzo dobrze rozumiesz, że z twoim pochodzeniem jest to niemożliwe. Nie możesz być najlepszy w klasie. To miejsce jest zarezerwowane dla polskiego ucznia"151.
Można tę specyficzną logikę zestawić ze stopniami z poszczególnych przedmiotów, porównując oceny Baumana oraz prymusa z jego klasy. Najwyższą pozycję uzyskał Kazimierz Skrzypczak ze średnią ocen 4,4, a Zygmunt otrzymał 4,0. Skrzypczak pod koniec roku miał najlepsze stopnie ze wszystkich przedmiotów z wyjątkiem wychowania fizycznego, rysunku i prac ręcznych.
Bauman nie był w stanie uzyskać najlepszej oceny z religii (której nauczanie koncentrowało się na katolicyzmie). Średnią zaniżały także geografia (na koniec roku miał 4, a nie 3, jak pisze w maszynopisie - trójka była oceną półroczną) i rysunek (także czwórka). Najprawdopodobniej wspomniany w maszynopisie nauczyciel geografii, wierzący, że żydowscy uczniowie nie zdobyli swojej wiedzy w sposób "całkowicie uczciwy", mógł niesprawiedliwie ocenić postępy Zygmunta (tego nie można już zbadać). Natomiast z pewnością Bauman nie był dyskryminowany przez wychowawcę klasy, który postawił mu na koniec roku piątkę z zachowania. Piątki otrzymał również z języka polskiego, historii, łaciny, biologii i matematyki. Interesujące jest to, że Bauman zaczął uczyć się angielskiego w gimnazjum - w czasach, gdy nie był to najbardziej popularny język obcy w Polsce - i uzyskał z niego najwyższą ocenę. Z gimnastyki i prac ręcznych Bauman otrzymał dostateczny, co zdaje się potwierdzać stereotyp nerda skupionego na nauce i mało sprawnego fizycznie i manualnie.
Tak więc Bauman nie był prymusem klasowym, był drugim uczniem, zgodnie z powszechnym przekonaniem o niższości żydowskich uczniów: niezależnie od jakości wykonanej pracy pierwsze miejsce w klasie było zarezerwowane dla nie-Żydów. Był to "naturalny fakt życia" - jak cynicznie określił Bauman tę permanentną dyskryminację. Była to konieczna część negatywnego obrazu społeczności żydowskiej przekazywana przez polskie szkoły. Ten "naturalny fakt życia" czy też dyskryminacyjny porządek znajdował odzwierciedlenie w podręcznikach szkolnych. Historyk Kamil Kijek pisał, że w podręcznikach szkół publicznych w niższych klasach mniejszości narodowe w ogóle się nie pojawiały, natomiast w wyższych klasach Żydów przedstawiano w sposób jednoznacznie negatywny. Żyd był prezentowany jako "obcy". Te teksty umieszczone w podręcznikach nie przedstawiały Żydów jako zwykłych obywateli lub pełnoprawnych członków wspólnoty, którą nazywano ojczyzną152.
W szkole średniej sytuacja Baumana jednocześnie się poprawiła i pogorszyła. Pogorszenie nastąpiło na skutek o wiele bardziej agresywnego traktowania przez rówieśników. Poprawa sytuacji związana natomiast była z obecnością innych szkolnych towarzyszy należących do tej samej prześladowanej grupy. To z nimi - niewielką grupą wykluczonych - Bauman mógł dzielić poczucie bycia napiętnowanym. Pięćdziesiąt lat po tych doświadczeniach pisał:
Należenie do pewnej grupy, pewnej kategorii, dzielenie z innymi narzuconej nam w sposób bezwzględny niedoli, radykalnie odmieniło moje życie. Przestałem nagle być odosobnionym przypadkiem, kimś zmuszonym do polegania na własnym rozumie i zdolnym liczyć wyłącznie na siebie. W moim życiu zaistniało teraz coś dziwnego: "wspólna sprawa", a także "wspólna obrona". (...) Jednakże najważniejsza zmiana polegała na tym, że byłem teraz otoczony przyjaciółmi - pewnymi, bo wyznaczonymi z góry (...). Nasze indywidualne losy, że tak powiem, związane były ze sobą na dobre i na złe. Nawet to, czy lubiliśmy się nawzajem, czy też nie, było bez znaczenia. Byliśmy razem niejako z urzędu. Nasz związek nie wynikał z miłości czy sympatii; raczej poprzedzał wszystkie uczucia. Czyniło go to solidnym w sposób, jakiego wcześniej nie znałem. Ale także, być może, nieco mniej ludzkim...153
W wieku 13 lat, po zdaniu egzaminu i staniu się uczniem elitarnej szkoły, Bauman musiał się nauczyć także poczucia przynależności do grupy uczniowskiej "drugiej kategorii". Piętnowanie rodziło poczucie "bycia gorszym", osobą pozbawioną pewnych praw, co z kolei powodowało poczucie bycia "mniej ludzkim". Wynikało ono głównie z tego, że agresorami nie byli chuligani czy jakieś lokalne męty. To byli koledzy z klasy, którzy za przyzwoleniem lub dzięki brakowi reakcji nauczycieli dokonywali aktów przemocy, mających na celu utrzymanie tejże "naturalnej" segregacji.
Takiego stanu rzeczy w szkołach uczyły się zarówno ofiary, jak i agresorzy. Był to destrukcyjny proces, który przygotował ofiary na to, że będą atakowane, i uczył młodzież należącą do dominującej grupy, że uczniowie zasiadający w gettowych ławkach nie są ludźmi. To była powszechna praktyka - "oczywista" i "naturalna". Specyficzny podział ról na katów i ofiary... Szkoła odzwierciedlała reguły panujące w "dorosłym" społeczeństwie. Czy takie praktyki nie stanowiły przygotowań - swojego rodzaju prób generalnych - do pogromów, które w owym czasie wybuchały tu i ówdzie?
Rasizm podążał za Polakami-Żydami na każdym etapie ich życia: od urodzenia, przez szkołę, uniwersytet, po firmy i instytucje; był wszechobecny w życiu zawodowym, stowarzyszeniach profesjonalistów, zrzeszeniach kulturowych i innych grupach społecznych. Nic więc dziwnego, że w latach okupacji niemieckiej Polacy-Żydzi cierpieli z powodu wrogości lub zwykłej obojętności swoich sąsiadów. Przeszli oni bowiem przez doskonale implementowany proces dehumanizacji mający na celu przekształcenie ich - obywateli polskich, Polaków-Żydów - w kategorię "gorszych obywateli". Ten proces rozpoczął się wiele lat przed drugą wojną światową i przyczynił się do Holokaustu154.
Rasizm instytucjonalny rozprzestrzeniał się codziennie, krok po kroku155 - niosąc coraz to nowe ograniczenia. Ta wszechobecna i śmiertelna choroba zatruwała nie tylko polskie społeczeństwo. Inne kraje europejskie także uległy urokowi faszystów i nacjonalistycznych ideologii. Każdy z nich - Niemcy, Włochy, Hiszpania, Polska, Rumunia, Węgry - marzył o swej wielkiej "Ojczyźnie" skomponowanej z obywateli "czystej" rasy -jednego pochodzenia etnicznego. To chore pragnienie doprowadziło do drugiej wojny światowej.
W Poznaniu niewiele było protestów przeciwko rasistowskim prawom i nieludzkiemu traktowaniu obywateli polskich należących do kategorii "narodowość żydowska". Sytuacja znacznie pogorszyła się jesienią 1938 roku po nocy kryształowej156, gdy na skutek masowych prześladowań tysiące niemieckich Żydów opuściło swój kraj. Równolegle rząd niemiecki przeprowadził "Polenaktion", w ramach której wypędził kilka tysięcy polskich obywateli - Żydów, wysiedlając ich na polsko-niemiecką granicę, gdzie większość z nich przebywała w obozie dla uchodźców w Zbąszyniu. Panowały tam straszne warunki: głód, brak dachu nad głową i brak możliwości opuszczenia tego miejsca, które stało się więzieniem tysięcy ludzi. Przyczyniło się to do licznych chorób i zgonów osób, które będąc obywatelami polskimi, nie miały prawa wjazdu na terytorium II Rzeczypospolitej. Przez kilka miesięcy, począwszy od października 1938 roku, polski rząd piętrzył przeszkody, twierdząc, że uchodźcy z Niemiec nie są prawdziwymi obywatelami polskimi, ponieważ są Żydami157. Prasa endecka sączyła jad antysemityzmu, opowiadając historyjki z obozu w Zbąszyniu, które miały na celu wzbudzenie paniki i strachu przed masowym napływem polsko-niemiecko-żydowskich uchodźców. W kontekście znacznego bezrobocia i stopniowego wzrostu stopy opodatkowania wiadomości te tylko wzmacniały antysemityzm.
Poznań, oddalony o mniej więcej 80 kilometrów od Zbąszynia, był największym miastem w tej części Polski i atmosfera w nim była szczególnie nieprzyjazna dla osób postrzeganych jako niepolscy i niekatoliccy mieszkańcy kraju. Ten antysemicki klimat był także obecny w Gimnazjum Bergera, niemniej jednak w obliczu kryzysu i tragedii uchodźców - ofiar "Polenaktion", jak wspominał w swej książce Noach Lasman158, kolega z klasy Baumana: "Dyrektor gimnazjum Bergera, profesor Konieczny, uznał za usprawiedliwioną nieobecność żydowskich uczniów pomagających uchodźcom. Zostaliśmy oficjalnie zwolnieni z nauki na nieokreślony czas, choć nie wiem, czy stało się tak z inicjatywy samego dyrektora, czy może na prośbę Zarządu Gminy albo poznańskiego rabina. Gmina natychmiast zarządziła zbiórkę pieniędzy na zakup żywności i jej przedstawiciele razem z pierwszą grupą młodzieży pojechali do Zbąszynia, chcąc się zorientować, jak i w czym można tam pomóc"159. Nie wiadomo, czy Zygmunt uczestniczył w pomocy uchodźcom. Polegała ona także na przyjęciu we własnym domu kilku osób. Wymagało to wielkiego wysiłku, ale społeczność żydowska Poznania była świetnie zorganizowana. Lasman pisze, że w obliczu tragedii uchodźczej nawet najgorsze gazety antysemickie przycichły na chwilę160. Ale zaniechanie szczucia nie trwało długo i poprzednie normy społeczne regulujące współżycie mieszkańców Poznania (tak jak i innych miejsc w Polsce) niebawem powróciły.
Szkoła odzwierciedlała otaczające ją środowisko - antysemickie, rasistowskie zachowania traktowane były jako "oczywiste"; zdecydowana większość ludzi (zarówno prześladujący, jak i prześladowani) uważała je za naturalne. To była trudna lekcja, której Zygmunt Bauman doświadczył na początku swojego życia: uczniowie i nauczyciele mogą być rasistami i go dyskryminować. Nie było to doświadczenie wszystkich uczniów polsko-żydowskich mieszkających w Rzeczypospolitej. Podobnie jak w przypadku szkół powszechnych, również w instytucjach drugiego stopnia nauczania wielu członków żydowskiej społeczności uczęszczało do prowadzonych przez żydowskich nauczycieli szkół religijnych lub świeckich - dla tych uczniów szkoła nie była miejscem dyskryminacji rasowej. Niestety, elitarne szkoły średnie były najczęściej publiczne, a w nich prawa segregacji rasowej były stosowane w bardziej lub mniej zaawansowanej postaci. Zygmunt Bauman i jego rodzice odrzucali modele edukacyjne przeznaczone dla członków dyskryminowanych mniejszości. Jako obywatele polscy sięgnęli po polski, elitarny model edukacji i wiązała się z tym cena, jaką Zygmunt musiał zapłacić za bycie w murach kształcących polską inteligencję. Bauman nie był osamotniony w tym trudnym doświadczeniu i mógł je dzielić z małą grupą osób równie dyskryminowanych jak on. Z nimi też rozwijał marzenia o przyszłości pozbawionej podziałów na lepszych i gorszych członków danej społeczności.
Organizacja Haszomer Hacair [pol. Młody Strażnik] (...) przyłączyła się do Hechalucu w Palestynie w 1925 r. (w Polsce w 1928 r.), uzyskując status autonomiczny. Haszomer Hacair należał do najbardziej wpływowych organizacji syjonistycznych w okresie międzywojennym, choć nie dążył do tego, by stać się ruchem masowym. Jego ideologia krystalizowała się w grupach młodzieży syjonistycznej na terenie Galicji jeszcze przed wybuchem pierwszej wojny światowej, później w zaborze rosyjskim. (...) Członek ruchu (hebr. szomer) miał obowiązek pracy na rzecz realizacji programu syjonistycznego przez wspieranie akcji żydowskich funduszy narodowych, samokształcenie (przede wszystkim opanowanie języka hebrajskiego) oraz aliję i pracę w rolniczym kolektywie w Palestynie. Haszomer Hacair stawiała sobie za cel wychowanie narodowej awangardy Żydów. Wyróżniała się budowaniem silnych i bliskich przyjaźni oraz poczucia braterstwa, tak że przynależność do ruchu mogła zastąpić jego członkom więzy rodzinne161.
Bauman nie musiał zastępować życia rodzinnego przynależnością do organizacji. Niemniej jednak jak większość nastolatków, zwłaszcza dyskryminowanych w szkole, chętnie przystał do grupy takich jak on - uczniów z ławkowych gett. Zapisał się do syjonistycznej organizacji młodzieżowej, której spotkania urządzano w dużej sali nieużywanej synagogi na rogu ulic Dominikańskiej i Szewskiej. Zebrania odbywały się w
nędznym, zapuszczonym pokoju, w jednym z budynków, jakie spokojnie kończyły swój długi żywot na kilku uliczkach pozostałych po dawnej dzielnicy żydowskiej. W pokoju zastałem grupę chłopców i dziewcząt mniej więcej w moim wieku. Tworzyli oni poznańską gałąź Haszomer Hacair.
Z tą chwilą w moim życiu nastąpiło wielkie zamieszanie. Należałem teraz do grupy, która zaakceptowała mnie tylko dlatego, że nie miała powodu mnie odprawić. W odróżnieniu ode mnie inni chłopcy i dziewczęta nie byli "szczególnymi przypadkami": ja sam też przestałem wkrótce być "szczególnym przypadkiem". Rozmawialiśmy, kłóciliśmy się, tańczyliśmy, biliśmy się w sposób, który - jak dotąd sądziłem - przysługiwał tylko ludziom normalnym, a więc nie mnie. W tym pokoju o łuszczących się ścianach byłem wszystkim, czym nie mogłem być poza nim. Zjadłem zakazany owoc z drzewa wolności i olśniło mnie, że życie może być inne, niż było dotychczas - i to nie tylko dwa razy w tygodniu po południu. Świat przestał nagle wydawać mi się raz na zawsze określony i niewzruszalny. Dotąd miałem jedyny wybór: godzić się ze swoim życiem albo z nim się rozstać. Teraz poczułem, że mam już tego dosyć. Ale z życiem nie zamierzałem się rozstawać162.
Grupa, do której przynależał, dała Baumanowi moc, przywróciła mu godność, wyposażyła w sprawczość i zainspirowała marzenia. Wpłynęło to na całe jego podejście do przyszłości i zmieniło postrzeganie życia wokół. Odtąd rasistowskie traktowanie nie będzie uznawane za "naturalne". Pojawi się pragnienie, aby coś zmienić, naprawić, znieść niesprawiedliwe przepisy i prawa. Tych zmian mieliby dokonać członkowie młodej i dynamicznej organizacji. Nie była to wyjątkowa reakcja na przynależność do tej grupy, jak sugerują bowiem liczne świadectwa szomerów, mieli oni podobne odczucia wyzwolenia (choćby chwilowego) z ciężaru dyskryminacji.
"Tu odbywały się nasze zebrania163, wygłaszano referaty, co rusz przyjeżdżał ktoś z prelekcją albo odczytem z zaprzyjaźnionych organizacji szomerowskich z Włocławka, z Warszawy, z Kalisza" - wspominała Fira Małemodzon, członkini Haszomer Hacair z grupy poznańskiej, córka odnoszącego sukcesy biznesmena. "Było nas około stu osób, wszyscy młodzi. Tańczyliśmy horę, czyli taniec, w którym dziewczęta i chłopcy, śpiewając oraz trzymając się za ramiona, krążą w kręgu i przytupują. (...) Tu mówiono nam o sytuacji Żydów w Palestynie! Odbywały się prelekcje na temat naszej historii i kultury. Przychodziły listy z kibuców od tych, którzy już tam wyjechali. Słuchałam tego i budziła się we mnie duma, że jestem Żydówką! (...) Dotąd byłam związana z poszczególnymi Żydami, których lubiłam, ale więcej koleżanek miałam wśród Polek. W szomerach zaczęłam identyfikować się z Żydami jako takimi. Znalazłam się wśród grona rówieśników i poczułam, że jestem jedną z nich. Gdzieś przynależę164.
Bauman w podobny sposób odczuł przynależność do tej organizacji. Nawet religijny ceremoniał przejścia w dorosłość - bar micwa165 - który Bauman odbył w wieku 13 lat, nie spowodował odnalezienia się w "swojej grupie". Tę identyfikacyjną rolę odgrywała Haszomer Hacair, jak deklarował Bauman wiele lat później:
Patrząc wstecz, myślę, że wprowadził mnie w błąd tryb życia, jaki wtedy wiedliśmy, a nie nasze wyobrażenie przyszłego życia - trwały obraz sprawiedliwego świata, o którym odtąd marzyłem i który ścigam po dzień dzisiejszy.
Świat naszych marzeń nazywał się Syjon, nie wierzę jednak, że ta nazwa dotyczyła jakiegoś konkretnego, określonego miejsca, nie o to mnie chodziło. Syjon znajdował się w lasach winiarskich, gdzie po raz pierwszy w życiu doświadczyłem rozkoszy święta Pierwszego Maja w bezpiecznym towarzystwie moich nowych przyjaciół. Syjon to był przedziwny świat bez dręczycieli. Świat, w którym ludzi lubiono lub nie lubiono za to, co robili, a nie za to, kim byli. W Syjonie wszyscy byli sobie równi, chyba że ktoś wolał być inny. Nie było Żydów i nie-Żydów, bogatych i biednych, potentatów i nędzarzy. Każdy miał prawo być szanowany. Z nikogo nie szydzono dlatego, że był inny166.
Haszomer Hacair miał być przygotowaniem do przyszłego życia. Był poligonem, który uczył, jak być aktywnym i jak konstruować swoje życie, zamiast cierpieć z powodu tego, co stworzyli inni. Jak działać, zamiast być pasywnym. Haszomer dawał lekcję, którą członkowie przyswajali na długo - z deklaracji Baumana wygląda na to, że niektórzy na całe życie. Przynależność do tej organizacji była punktem zwrotnym167, rozpoczynającym proces trwałej transformacji, która dała Baumanowi pasję zmieniania świata na lepsze. Ta zmiana inspirowana była ideałami socjalizmu. Zygmunt Bauman haszomerskimi drzwiami wchodził w dorosłe życie.
W ostatnim roku przed wybuchem wojny Bauman gwałtownie urósł. Stał się wysokim i szczupłym młodzieńcem - do końca życia zachował smukłą sylwetkę. Ten szczęśliwy haszomerski okres w jego życiu trwał bardzo krótko.
We wrześniu 1939 roku wybuchła wojna.
Z krótkiego, półrocznego zaledwie doświadczenia w organizacji Haszomer Hacair wyłoniłem się jako człowiek zdecydowany zmienić świat. I jako socjalista. I jako smukły młodzieniec. Bo w ciągu tych przełomowych sześciu miesięcy straciłem cały swój tłuszcz. A wkrótce potem swój dom - na zawsze. I swój ojczysty kraj - po raz pierwszy168.
Uchodźczy los Poznań - Mołodeczno (1939-1944)
kumpel
mieliśmy na pustyni Kumpla
modliliśmy się do Niego
opieprzaliśmy Go
nie byliśmy Jego
narodem wybranym
lecz jedynym
wyście mieli swoich Bogów
i wy i wy i wy
lecz nasz wam się spodobał
a wy Jemu ot kokietka
odkąd awansował
wy nas
w Imię Boże
tępicie
wh, 3 czerwca 2008169
Piątek, 1 września 1939 roku, godzina 6.30. W radiu słychać głos spikera Zbigniewa Świętochowskiego:
Halo, halo, tu Warszawa i wszystkie rozgłośnie Polskiego Radia. Dziś rano o godzinie piątej minut czterdzieści oddziały niemieckie przekroczyły granicę polską, łamiąc pakt o nieagresji. Bombardowano szereg miast. Za chwilę usłyszą państwo komunikat specjalny.
Następnie wyemitowano nagrany już dwa dni wcześniej komunikat specjalny, który odczytał Józef Małgorzewski:
A więc wojna! Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy. Całe nasze życie publiczne i prywatne przestawiamy na specjalne tory. Weszliśmy w okres wojny. Cały wysiłek narodu musi iść w jednym kierunku. Wszyscy jesteśmy żołnierzami. Musimy myśleć tylko o jednym: Walka, aż do zwycięstwa!
Jak wszystkie polskie rodziny Baumanowie wraz z Tosią i jej mężem, którzy właśnie odwiedzali rodziców w Poznaniu, najprawdopodobniej słuchali tej wiadomości (była emitowana wielokrotnie tego ranka). W Poznaniu nie było czasu na sceptycyzm i rozważania, czy wojna rzeczywiście się zaczęła, czy nie. Już 1 września o godzinie 8.30 wyły syreny ochrony przeciwlotniczej, ostrzegając przed nalotem. Ogólna mobilizacja zarządzona 30 sierpnia wprowadziła cały kraj we frenetyczny ruch. Rezerwiści próbowali dołączyć do wyznaczonych im pułków, podczas gdy całe rodziny uciekały z miast na wieś, szukając bezpiecznego miejsca na przeczekanie "wojennych dni". Z kolei przebywający na wsiach i w kurortach mieszkańcy miast starali się natychmiast powrócić do swych mieszkań. Wszystkie drogi komunikacyjne i środki transportu wypełnione były tłumem. Powstał jeden gigantyczny korek uniemożliwiający sprawne przemieszczanie się - zarazem idealny cel dla niemieckiego lotnictwa. Mówiło się, że wojna nie potrwa długo, i panowało powszechne przekonanie o rychłej pomocy aliantów. Oczekiwano także, że polskie wojska poradzą sobie z atakiem i wypędzą Niemców. Spekulowano, że to sprawa kilku dni, może tygodni, ale na pewno nie wielu miesięcy. Najbardziej pesymistyczny scenariusz przewidywał zawarcie pokoju przed świętami Bożego Narodzenia. Wierzono, że potężne kraje sojusznicze - Wielka Brytania i Francja - przyjdą na ratunek Polsce. Przekonanie, iż taki scenariusz nastąpi, było powszechne. Tak powszechne jak niedowierzanie, że Hitler w obliczu wszystkich zapewnień Zachodu o zbrojnej pomocy Polsce zdecyduje się na najazd swych wschodnich sąsiadów. Taka ówczesna ocena sytuacji odpowiada po części na pytanie, dlaczego ludność cywilna rozpoczęła masowy exodus na wschód dopiero po pierwszych nalotach 1 września. Wojsko Polskie było zdruzgotane skutecznością i szybkością hitlerowskiej armii, ale też jej miażdżącą przewagą liczebną i techniczną. Natomiast ludność cywilna była oszołomiona agresywnością wojsk niemieckich.
Poznań został zbombardowany już pierwszego dnia wojny, i to kilkakrotnie. W południe trzydzieści jeden samolotów Heinkel He 111, latających pod osłoną eskadry myśliwców Messerschmitt Bf 109, zaatakowało lotnisko na Ławicy, główny dworzec kolejowy, wojskowe koszary na Jeżycach i mosty na Warcie. Drugi nalot nastąpił po południu, a trzeci około zmierzchu.
Kamienica, w której mieszkali Baumanowie, znajdowała się w pobliżu atakowanych obiektów. Około stu bomb spadło na stację kolejową i fabrykę produkującą mundury wojskowe, znajdującą się zaledwie dwie przecznice od ulicy Prusa. Następnego dnia marszałek Edward Rydz-Śmigły rozkazał wycofywanie się w kierunku wschodnim. Władze centralne opuściły Warszawę. W dużych miastach gorączka ucieczki i strategia zgrupowania na wschodzie spowodowały nie tylko wyjazd wojskowych, ale i lokalnych elit. Rozkaz ewakuacji obejmował bowiem żołnierzy, ale także urzędników państwowych i kościelnych wyższej rangi. W ślad za nimi ruszyła ludność cywilna.
Trzeciego września Wielka Brytania i Francja wypowiedziały Hitlerowi wojnę. Ta deklaracja obudziła wielkie nadzieje Polaków. Zamiast wyczekiwanej pomocy obserwowano realizację przez niemieckie wojska misternie przygotowanego planu, pokaz mistrzostwa w zastosowaniu w praktyce terminu blitzkrieg.
Ludność cywilna uciekała, korzystając z chaotycznych połączeń kolejowych. W rejonie Poznania pociągi kursowały do 3 września, kiedy to zostały zbombardowane mosty na Warcie. Rodzina Baumanów była jedną z tysięcy polskich rodzin starających się ujść śmiercionośnym nalotom. Wszyscy domownicy z mieszkania przy ulicy Prusa 17/5 byli razem, gdyż Maurycego, który w momencie wybuchu wojny miał 49 lat, nie objęła mobilizacja. Nie tylko z powodu wieku czy też chorej nogi (ojciec Baumana utykał). Spośród polsko-żydowskiej męskiej części społeczeństwa zostali powołani głównie byli zawodowi żołnierze i oficerowie rezerwy - najczęściej dotyczyło to lekarzy i inżynierów. W późnych latach trzydziestych polskich Żydów nie uważano za prawdziwych Polaków i mobilizacja generalna ich na ogół nie objęła170.
W momencie wybuchu wojny Baumanowie byli zatem w domu w komplecie, a Zygmunt przygotowywał się do rozpoczęcia drugiej klasy w Gimnazjum im. Bergera, co miało nastąpić w poniedziałek, 4 września.
[W] nocy 2 września jednym z ostatnich pociągów odjeżdżających z oblężonego miasta opuściliśmy Poznań171. Na dworzec przekradliśmy się w ciemnościach kryjąc się w bramach ilekroć nadciągała nowa fala wrogich samolotów. Zebraliśmy ze sobą tyle tylko, ile mogliśmy udźwignąć172.
"Myśmy się nie pakowali, myśmy uciekali!"173 - opowiadał Bauman ze szczegółami o swych doświadczeniach wojennych w 2015 roku. "To, co było pod ręką, to myśmy zabrali. Niedaleko od Prusa jest dworzec kolejowy, ale tato, starszy pan (z nie całkiem władną kończyną), i matka, i smarkaty chłopak, i co myśmy mogli zabrać? Każdy po wiązce czegoś".
W maszynopisie Bauman wspomina także o siostrze Teofili, która musiała pozostawić rzeczy przywiezione z Palestyny, bo trzymała na rękach córeczkę.
Na dworcu kolejowym okazało się, że nic nie działa, jak powinno, i tłumy wsiadają do pociągów bez biletów. Podróżowanie na "gapę" jednak nie wydawało się ojcu Baumana możliwe:
(...) ojciec był wychowany w takim purytańskim duchu i nie chciał wsiąść do pociągu, dlatego że nie było kas otwartych i nie można było zapłacić za przejazd. I jakoś on sobie nie mógł... Sumienie mu nie pozwalało. Dlatego wyjechaliśmy ostatnim pociągiem, bo tam już nie było kolejarzy w kasach. A potem dojechaliśmy tym pociągiem tylko do Inowrocławia, bo dalej tory były już zdruzgotane, i w ogóle cały czas pikowały samoloty niemieckie nad dworcem, i dalej pociągi nie chodziły. (...) Tak to było. Tak że ta ucieczka była bardzo dramatyczna.
A w manuskrypcie174 pisał Bauman:
Samoloty towarzyszyły nam przez całą drogę. - Kilka razy pociąg zatrzymał się i pasażerowie powyskakiwali z wagonów, aby się pod nimi skryć. (...)
Rozzuchwalone brakiem jakiegokolwiek oporu samoloty niemieckie szpikowały pociągi kulami. (...) Wreszcie w Inowrocławiu, po przejechaniu około stu pięćdziesięciu kilometrów, nasza podróż dobiegła końca: pociągi, które zdołały pojechać dalej na wschód, zostały doszczętnie rozbite i cały system kolejowy przestał funkcjonować. Budynki dworcowe w Inowrocławiu obróciły się w gruz175.
Z tego miejsca do Włocławka, gdzie mieszkała rodzina Zofii, było 65 kilometrów - tę odległość Baumanowie pokonali furmanką. Na tym odcinku uciekinierzy także byli bombardowani przez samoloty Luftwaffe:
Niemieccy piloci najwyraźniej znajdowali przyjemność w popisywaniu się swoimi umiejętnościami. Zniżali się niemal do ziemi, by po chwili wzbić się w niebo i zatoczyć kilka fantazyjnych pętli czy kręgów, po czem znów gwałtownie zapikować w dół. Często samolot przelatywał tak nisko, iż mógłbym przysiąc, że dostrzegałem złośliwy uśmieszek na twarzy pilota176.
"To było koszmarne - Bauman podsumował opowiadanie o nalotach - jeszcze nie było Auschwitzu wtedy ani Treblinki, ale atmosferka była nieprzyjemna".
To zdanie Bauman wypowiedział z zaciśniętymi ustami. Ostatnie słowa brzmią cynicznie, ale najprawdopodobniej był to sposób, w jaki radził on sobie z bolesnymi wspomnieniami dotyczącymi traumatycznych zdarzeń z okresu, kiedy był czternastolatkiem. W naszej rozmowie, opowiadając o wojnie, Bauman odtworzył dramatyczny los uciekinierów - dzieci, osób starszych, kobiet i mężczyzn (większość polskich mężczyzn była w drodze do swoich oddziałów, a część walczyła, próbując powstrzymać niemiecką inwazję), chorych i niepełnosprawnych, rannych - w tych pierwszych dniach.
Samoloty Luftwaffe bombardowały następującymi po sobie falami, zabijając i raniąc tysiące osób177. Bezbronni i przerażeni cywile próbowali uciec lub chować się w okopach bądź w przydrożnych lasach. Kiedy wydawało się, że zagrożenie minęło, i opuszczali swoje kryjówki, messerschmitty pojawiały się wtedy nagle w grupach i lecąc bardzo blisko ziemi, atakowały uciekających ludzi. Śmiertelne popisy sprawności lotników Luftwaffe powodowały popłoch i panikę. To było przerażające doświadczenie, na zawsze pozostające w pamięci - uczucie bycia zwierzyną łowną, na którą czyha masa bezlitosnych myśliwych. W takich sytuacjach uczestnicy exodusu mają poczucie, iż każda sekunda może być ostatnia. Podobnie jak pozostali uciekinierzy, nastoletni Bauman był świadkiem wszechobecnej śmierci. Takie przeżycia naznaczają świadków na całe życie. Bauman jednak nie rozwijał w naszych rozmowach tego tematu. Przerywał swoje opowiadanie krótkim zdaniem: "Tysiące czy setki tysięcy ludzi miało takie doświadczenia - nic osobliwego w tym nie ma". Dalszy ciąg relacji dotyczył już innego typu doświadczenia, które nie było udziałem wszystkich uciekających Polaków.
Baumanowie przybyli w końcu do rodzinnego miasta Zofii - Włocławka.
Ciotki spodziewały się chyba naszego przyjazdu, nie pamiętam wszakże, by ucieszyły się, że udało nam się uciec z Poznania. Umieściły nas w pustym mieszkaniu należącym do rodziny, która uciekła na wschód po czem przestały się o nas troszczyć. Mimo to nie panowaliśmy nad naszym losem. Ponaglane koniecznością niedobitki zwyciężonej armii polskiej w pośpiechu uciekały na wschód - konno, na chłopskich wozach, piechotą. Wkrótce z ulic Włocławka zniknęli ostatni żołnierze i w mieście zapanowała złowieszcza cisza. I wtedy zjawili się Niemcy. Na motocyklach, ciężarówkach, czołgach178.
Pierwsze dni wojny przyniosły natychmiastowe i radykalne zmiany w życiu mieszkańców zdobytych miejscowości. Armia niemiecka bardzo szybko podążała na wschód i nieprzejednaną siłą i terrorem narzuciła nowe zasady obowiązujące na okupowanych terytoriach. Szczególnie okrutne przepisy obejmowały ludność żydowską. Nieżydowscy Polacy nie byli zobowiązani do noszenia na ubraniach znaku krzyża lub innych religijnych symboli, tak jak to było w przypadku żydowskich Polaków. Włocławek był jednym z pierwszych miast, w którym nakazano noszenie "żółtej łaty". Bauman opisuje, jak jego rodzina dostosowała się do tego stygmatyzującego nakazu:
W kilka dni później Matka pocięła na kawałki moją żółtą piżamę i uszyła trójkąty, które następnie przyszyła do naszych płaszczy - narzucony przez nowych władców znak wyróżniający nas jako Żydów. Z tymi żółtymi trójkątami na plecach chodziliśmy odtąd po jezdni, umieszczeni symbolicznie poniżej zwykłych ludzi, którzy nadal używali chodników179.
Po latach rozmaitych przejawów segregacji, takich jak na przykład getto ławkowe czy dokumenty uczniowskie podstemplowane literą Ż, nadszedł czas, kiedy Zygmunt Bauman otrzymał widoczną etykietę dyskryminacyjną180. To był podstawowy krok, który umożliwiał natychmiastowe przydzielenie go do prześladowanej kategorii. Oficjalnie potwierdzono przynależność do gorszego gatunku ludzi, co dawało innym prawo do prześladowań.
W pierwszych tygodniach wojny władze niemieckie prześladowały członków naznaczonej grupy w różnorodny sposób. Były to zarówno akty przemocy fizycznej, jak i częste przypadki degradacji psychicznej181. Jedną z często praktykowanych form znęcania się było publiczne obcinanie bród ortodoksyjnych Żydów przez niemieckich żołnierzy. Ale nie trzeba było być ortodoksyjnym Żydem, aby stać się obiektem degradacji. Maurycy - ojciec Zygmunta - został poniżony na oczach całej swojej rodziny. Bauman opowiadał mi o tym ważnym wydarzeniu, poprzedzając to psychologicznym stwierdzeniem, które (moim zdaniem) miało na celu zbudowanie dystansu do opowiadanego zajścia. Dystans jest bowiem potrzebny do okiełznania bolesnych wspomnień.
To są takie (...) opisane tysiąc razy zdarzenia, jak dzieciak traktuje ojca jako wszechmogącego boga i nagle widzi, jak go upokarzają, i to jest załamanie całego światopoglądu. To mi się właściwie przydarzyło, bo ojcu kazali Niemcy zbierać nawóz z ulicy gołymi rękoma, nie dali mu żadnych łopat czy szufli, czy... Jak ja to zobaczyłem, to powiedziałem, że ja już tutaj nie zostanę. (...) Poszczęściło się..., bo gdybyśmy zostali, to byłoby zupełnie inaczej.
Bauman zakończył zawieszeniem: "byłoby zupełnie inaczej". Kryje się za tym fakt, że prawie wszyscy należący do społeczności żydowskiej Włocławka we wrześniu 1939 roku zginęli w Zagładzie.
Rodzina Baumanów ocalała. Wielkie szczęście mieli jego siostra, Tosia, jej mąż i córeczka. Jako mieszkańcy Palestyny w tym okresie podróżowali z paszportami Wspólnoty Brytyjskiej i dzięki temu wyjechali zupełnie legalnie pociągiem z Włocławka do Berlina (gdy tylko uruchomiono linię kolejową po bombardowaniach). To właśnie przy pożegnaniu Teofili doszło do tego upokarzającego zdarzenia, o którym wspominał Bauman w wywiadzie. Nie chciał opowiadać o tym incydencie, palił fajkę i wydawało się, że zmaga się z pamięcią, tak jakby to, co bolesne, było głęboko w niej ukryte. Znowu napomknął, że to były doświadczenia "wszystkich". A przecież dobrze wiedział, że nie dotyczyły one wszystkich Polaków. W przywoływanym tu manuskrypcie napisanym w latach 1986-1987 szczegółowo opisał wyjazd siostry:
[Tosia] udała się więc do miejscowej komendantury niemieckiej i zgłosiła chęć powrotu do Palestyny. To, co potem nastąpiło, zakrawało na cud. W zwariowanym świecie, gdzie jedynym paszportem była pięść, a jedynym przedmiotem godnym szacunku karabin, i gdzie Żydom zabroniono posługiwać się jednym i drugim, pod nasz dom zajechał elegancki samochód, wysiedli z niego dwaj szykowni oficerowie niemieccy wysokiej rangi i - nieustannie kłaniając się i salutując - wręczyli mojej siostrze bilety na pociąg do Berlina i dowód rezerwacji pokoju w wytwornym berlińskim hotelu, wszystko to uprzednio sprezentowane przez Trzecią Rzeszę. Przepraszali gorąco, że dalsza podróż jeszcze nie załatwiona ("...bo ci Anglicy, wiecie, są tacy nieudolni!"), ale pragnęli zapewnić, że zrobią wszystko, żeby tę sprawę przyspieszyć i że rząd niemiecki będzie się nimi opiekował tak długo, jak będzie trzeba.
Tak więc troje Żydów z żółtymi trójkątami na plecach odprowadzało do pociągu na dworcu włocławskim trójkę Żydów bez trójkątów na plecach. Nie doczekali się wszakże odjazdu pociągu. Zanim moja siostra z córeczką na rękach i mężem zaprowadzeni zostali z całym szacunkiem do wagonu zarezerwowanego dla niemieckich oficerów, żołnierz patrolujący stację wskazał palcem na mojego ojca: "Ty, Żydzie! Chodź no tu i wysprzątaj do czysta ten brudny peron!". Odwrócony tyłem do pociągu, którym odjeżdżała jego córka, ze łzami w oczach, z rękoma pełnymi mokrych papierków i gnijących resztek jedzenia, z lufą karabinu wymierzonego w głowę - taki był obraz Ojca, jaki Tosia zabrała ze sobą w daleką drogę do miejsca, które teraz miało stać się jej jedynym domem182.
Rodzina została podzielona na dwie części: Tosia z mężem i córką odjechali do swojego domu w Palestynie, a Zofia z Maurycym i Zygmuntem wrócili do ich tymczasowego włocławskiego miejsca pobytu. "Pamiętam, że wróciłem do mieszkania wstrząśnięty, z desperackim postanowieniem, iż nie zostanę tu dłużej" - napisał Bauman w manuskrypcie. Jego ojciec chciał poczekać na koniec wojny w Izbicy, małym miasteczku, w którym się urodził, ale Zygmunt, który nigdy dotychczas nie sprzeciwiał się rodzicom, ostro zareagował.
Wszystko we mnie buntowało się przeciwko tej koncepcji. Instynkt dziecka? Przeczucie? Wzmocniony nagle kręgosłup dzięki wieczorom spędzonym w lokalu Haszomer Hacair? Nowo nabyta wiara, że świat może być lepszy i że trzeba pomagać, aby takim się stał? Nie mogłem tego wiedzieć. Nie pamiętam żadnych swoich myśli, a tylko uczucia. Ale były to silne uczucia. Tak silne, że faktycznie pozwoliły mi przezwyciężyć nostalgiczną koncepcję Ojca. Dzięki temu moi rodzice przetrwali wojnę. A ja piszę te słowa w czterdzieści kilka lat po śmierci Hitlera183.
Ostatnie zdanie jest typowe dla wielu relacji ocalałych. Są to słowa zwycięstwa. Zwycięstwa nad okrutnym losem, na który zostali skazani przez Niemców. Słowa zawierające nutę niedowierzania - oni ocaleli i za sprawą jakiegoś cudu wciąż żyją, podczas gdy uosobienie ich tragedii jest martwe od dziesięcioleci. Takie fakty pomagają ocalałym uwierzyć w ostateczną sprawiedliwość, albo przynajmniej w pewnego rodzaju "sprawiedliwość". Zakończenie tragicznej historii. Ocalali wiedzą, że ich życie zależało nie tylko albo nawet w bardzo małym stopniu od wyboru odpowiednich strategii przetrwania. Nikt nie mógł przewidzieć, co się stanie i gdzie będzie bezpieczniej. Także wtedy, w październiku 1939 roku, we Włocławku nie było czegoś takiego jak "dobra" strategia.
Baumanowie zdecydowali się na ucieczkę na wschód. Aby ją zorganizować, potrzebne były pieniądze, które pożyczyła rodzina Zofii. Wynajęto woźnicę, parę koni i furmankę. Zorganizowano grupę uciekających. Wszystko było gotowe w połowie października. Baumanowie wyruszyli w stronę granicy wschodniej. Podróż nie do końca przebiegła zgodnie z planami, ale najważniejsze, że udało im się uciec, sytuacja bowiem w okupowanym Włocławku z dnia na dzień się pogarszała184.
Przebycie trzystu kilometrów dzielących nas od zielonej granicy trwało dziesięć dni. Na długo przed osiągnięciem celu podróży musieliśmy zrezygnować z naszego prymitywnego środka transportu i dalszą drogę odbyć na piechotę; konie, od początku nieszczególnie żwawe, załamały się wcześniej niż my185.
Konie padły koło Mławy i Baumanowie dalszą część drogi szli piechotą. "Dużo się nachodziłem w mojej młodości" - dorzucił mimochodem Bauman. Z rodzicami stanowili część większej grupy uchodźców przemieszczających się bocznymi drogami. Byli zdani na samych siebie.
"Jedzenie kupowaliśmy u chłopów - to była matki profesja. No, kartek wtedy jeszcze nie było. Chłopi sprzedawali żywność normalnie. Ale chłopi chcieli rzeczy raczej niż pieniądze, tak że to była dobra strona tej wędrówki, bo trochę lżej było iść. Coraz mniej było rzeczy do niesienia". Ponownie Bauman kończy opowiadanie o ucieczce tonem ironicznym i pozytywną konkluzją - lżej było się przemieszczać, bo pozostało mniej rzeczy do niesienia. Więcej szczegółów można się dowiedzieć z manuskryptu:
W końcu października dotarliśmy wreszcie do Wojciechowic, wioski oddalonej o niecały kilometr od granicy przebiegającej teraz między Ostrołęką po stronie niemieckiej i Łomżą po stronie rosyjskiej. Wynajęliśmy pokój w jakiejś wiejskiej chałupie. Mieliśmy szczęście, że go znaleźliśmy, bo wszystkie pomieszczenia we wsi wypełnione były po brzegi uchodźcami liczącymi, podobnie jak my, na szansę przekroczenia granicy186.
Oczekiwanie na okazję nielegalnego przekroczenia granicy trwało kilkanaście dni, gdyż z dnia na dzień sytuacja ulegała zmianie na gorsze. Jeszcze kilka dni przed ich przybyciem właściwie nie było większych trudności z przejściem na tereny kontrolowane przez ZSRR. Zaanektowanie przez Sowietów wschodnich terytoriów Polski stworzyło nową sytuację geopolityczną, powstała nowa granica sowiecko-niemiecka. Ponieważ polskie państwo nigdy nie podpisało kapitulacji (choć zrobili to włodarze niektórych miast) ani nie utworzono marionetkowego rządu kolaborantów (padła taka propozycja ze strony polskiej, ale Niemcy nie byli nią zainteresowani187), a rząd polski zaczął działać na emigracji, Sowieci i Niemcy porozumieli się bezpośrednio i podzielili między sobą zajęte terytoria.
Gdy chaos pierwszych tygodni wojny ustępował przepisom wprowadzanym przez nazistów, przeprawa przez graniczną rzekę stawała się coraz bardziej ryzykowna.
Gdy myśmy dotarli już do granicy - opowiadał Bauman - Rosjanie już nie wpuszczali. Przedtem normalnie był przepływ, ale myśmy, jak już mówiłem, długo szli i to już był początek listopada bodajże. (...) Ojciec mój był samowykształconym człowiekiem, ale dobrze wykształconym i dobrze mówił po niemiecku188. Wtedy jeszcze w Wojciechowicach garnizon był Wermachtu [a nie Grenzschutz]. I tam był taki kapitan niemiecki - bardzo wykształcony facet - i sobie rozmawiali z ojcem tak całkiem przyjaźnie189, i sumitował się ten kapitan, że nie może nam pomóc, bo Rosjanie nie wpuszczają. Ale powiedział, że tam się nazbierało w tych Wojciechowicach już sporo uciekinierów szukających przejścia, i "Spróbuję podjechać do komendanta tamtej strony, po drugiej stronie rzeki - tak mówi ten Niemiec - i może się umówimy żeby przepuścił". I to był bardzo ciekawy widok, bo myśmy oczywiście z ojcem i matką siedzieli na brzegu i patrzyli, jak ten kapitan nasz elegancko samochodem podjeżdża na połowę takiego mostu - to był chyba prawdziwy most, a nie pontonowy - a z drugiej strony idą ci krasnoarmiejcy i oni mieli karabiny na sznurkach, i szli na piechotę oczywiście. (...) Spotkali się w połowie drogi, ci oficerowie rosyjscy i niemieccy, o czymś tam gadali, oczywiście nie mam pojęcia, o czym, a potem wrócił kapitan i powiedział ojcu: "No, niestety, mają rozkaz nie wpuszczać i nic z tego nie będzie"190.
Chociaż próba przekroczenia nie powiodła się, Zygmunt był pod wrażeniem żołnierzy Armii Czerwonej (pomimo karabinu zawieszonego na sznurku), których zobaczył po raz pierwszy w życiu. Były to "dwie postacie, które oderwały się od grupy żołnierzy rosyjskich i wolnym krokiem zaczęły przybliżać się do nas; im bliżej podchodzili, tym wyraźniej mogliśmy widzieć ich niedopasowane mundury, luźno zwisające guziki, brudne i zniszczone buty. Mnie wydali się aniołami albo wysłańcami Syjonu"191.
Jakkolwiek anielsko wyglądali sowieccy żołnierze, nie pozwolili oni rodzinie wejść na terytorium okupowane przez Związek Radziecki. Ta odmowa wcale nie zniechęciła Zofii. "Moja matka, w przeciwieństwie do mojego ojca, była bardzo wojowniczą osobą i powiedziała: "Ooo, tak łatwo się nie dam! Ja pojadę do komendanta niemieckiego w Ostrołęce!"".
Zofia Bauman zdecydowała, że sama pojedzie prosić o pomoc. Nie było to łatwe przedsięwzięcie, sytuacja bowiem uciekinierów żydowskich uniemożliwiała im swobodne przemieszczanie się. Dlatego Zofia musiała ukryć swą przynależność do kategorii "Żydzi".
"Moja matka - to trzeba wiedzieć - wyglądała zupełnie jak miejscowa chłopka: nie do odróżnienia!" - wyjaśnił mi Bauman podczas rozmowy. W manuskrypcie wytłumaczył szczegółowo, co się kryje za określeniem "nie do odróżnienia": "Jej uroda była zawsze słowiańska raczej niż żydowska. Teraz, byle jak ubrana, z wielką chustą na głowie, nie różniła się niczym od wiejskich bab. Usunęła tylko jedyny ślad swojego żydostwa - żółty trójkąt"192.
Akcję matki Bauman skomentował w wywiadzie krótko: "To była straszna naiwność, idiotyzm kompletny, no ale pojechała!". Miał rację, mówiąc, że była to naiwna decyzja, ale zarazem właśnie w taki sposób Zofia uratowała rodzinie życie. Nie oznacza to, że cokolwiek wynegocjowała z ostrołęckim komendantem. Jej nieobecność w momencie ewakuacji uchodźców z Wojciechowic sprawiła jednak, że osamotnieni Maurycy z Zygmuntem nie wykonali rozkazu Grenzschutzu193 i nie odjechali z innymi uciekinierami do Ostrowi.
Zaraz po wyjeździe matki "przyszedł kapitan do mojego ojca i powiedział: "Proszę pana, ja nie mam nic do tego, ale przyszedłem powiedzieć, że nas dzisiaj odwołują i jeszcze dzisiaj przychodzi Grenzschutz, a więc straż graniczna, i może być źle"".
Rzeczywiście, sytuacja była dramatyczna, jej pełniejszy obraz oddaje manuskrypt:
Usłyszeliśmy wkrótce rozbrzmiewający we wsi donośny rozkaz: "Alle Juden raus!". Z chałup, stodół i stajni wybiegali mężczyźni, kobiety i dzieci, kolbami karabinów i kopniakami popychani przez żołnierzy w nieznanych nam mundurach w kierunku siedziby sołtysa. Kiedy przyłączyliśmy się do tłumu, usłyszeliśmy jak oficer Grenzschutzu ogłasza, że będziemy odtransportowani do Ostrowi Mazowieckiej, gdzie zbierają się Żydzi pragnący przejść na rosyjską stronę. (...) Nie mogliśmy jechać do Ostrowi, nie mogliśmy nigdzie jechać, póki Matka nie wróci, musieliśmy czekać na nią. Nie rozmawiałem o tym z Ojcem, wiedziałem, że myśli tak samo. Porozumieliśmy się bez słów. Czmychnęliśmy za najbliższy budynek i pobiegliśmy w kierunku lasów rozciągających się po obu stronach granicy. (...) W kilka miesięcy później dowiedziałem się, że w Ostrowi Mazowieckiej miała miejsce pierwsza masakra polskich Żydów194.
Żołnierze niemieccy, którzy zamordowali uciekinierów w Ostrowi Mazowieckiej, mieli już doświadczenie w prześladowaniach cywilnej ludności. Jedenastego listopada zabili około 600 Żydów195. Była to masowa egzekucja zarówno mieszkańców Ostrowi i okolic, jak i uchodźców, którzy czekali, podobnie jak Baumanowie, na możliwość przekroczenia granicy.
Maurycemu z Zygmuntem udało się uciec z grupy, która kilka dni potem została zgładzona. Ucieczka do lasu nie oznaczała jeszcze wolności - trzeba było pokonać granicę. Oto relacja Baumana:
Łąka nas dzieliła od drugiej strony no i... to już było po stronie tej rzeczki - to była bardzo wąziutka rzeczka jakaś i taka lekko się unosząca łąka196. A ja miałem pomysł, że pójdziemy, usiądziemy na tej łące i będzie widać, czy matka przyjeżdża. No i poszliśmy - nie było żywej duszy, nie było też rosyjskiej straży granicznej. Nie było nikogo zupełnie. Ale po chwili idzie taki poczciwy, tłuściutki, przy kości, taki kołchoźnik z karabinem na sznurku, i tak zaczyna gaworzyć. Ojciec trochę po rosyjsku gaworzył, ale on pod zaborem niemieckim był, więc znał raczej niemiecki. A ja w ogóle, ani be ani me, ani kukuryku! Tak że trudna była rozmowa, ale on był taki dobroduszny. Potem nam wytłumaczył, że on musi nas zaprowadzić do wsi, bo tam jest przygotowane dla nas łóżko ciepłe i jedzenie. Ja się strasznie opierałem, ale on jednak miał na sznurku ten karabin, no tośmy tam poszli. To była godzina jakaś druga po południu, bo jeszcze po południu, ale to już było późno w roku, bo już zaczęło być ciemno. My tam siedzimy, siedzimy... ani łóżka, ani jedzenia... siedzimy przed tą chałupą na przyzbie - nic się nie dzieje. Ale to jest dzień pełen cudów i jak teraz myślę, to nie mogę sobie wyobrazić, jak to się wszystko odbyło... No więc jak zmrok zapadł, to ten poczciwy krasnoarmiejec powiedział: "Teraz ja was zaprowadzę na komendanturę i to oni was umieszczą". Szliśmy już po ciemku. Już tylko ojciec i ja, i ten [kołchoźnik], we trójkę. I nagle ja się orientuję - jeszcze się nie znałem na topografii ani geografii, ale jakoś wyczułem nosem, że on nas prowadzi na niemiecką stronę z powrotem, no i decyzja zapadła. Położyłem się na ziemię, ponieważ wyobrażałem sobie wtedy, że mówię językiem rosyjskim (do tej pory pamiętam), zakrzyczałem: "Moja mat' tut! Moja mat' tut!"197. No i powiedziałem, że już dalej nie pójdę. Ten poczciwiec nie wiedział, co z nami dalej robić. Nie uniesiesz dwóch osób na plecach, no co miał zrobić? Wystrzelił rakietę i nic. I usiadł też na ziemi przy nas - jakieś ściernisko to było, czyste pole. No i czekamy... Po czym... na spienionym koniu przyjeżdża jakiś oficer radziecki. Coś tam gadają z tym żołnierzem i on tak spina tego konia, jakby udawał, że chce nas przestraszyć czy coś. A ja wyję, a ojciec w ogóle drży i zobaczył, że nic nie pomaga. Bojar powiedział coś temu kołchoźnikowi, no i odjechał. Pocwałował z powrotem - rozpłynął się w ciemności i wtedy to ten żołnierz powiedział: "Ja się teraz odwrócę (to znaczy pokazał, bo powiedzieć to było za skomplikowane, byśmy nie zrozumieli) i jak się odwrócę znowu, to żeby was tu nie było!". I tyle. A ponieważ rzeczywiście była bezksiężycowa noc, to bardzo łatwo było zniknąć - parę kroków i już nas nie ma. No i potem szliśmy całą noc z ojcem do Łomży.
Na radzieckiej ziemi Mołodeczno (listopad 1939 - czerwiec 1941)
W strefie okupowanej przez ZSRR Łomża była pierwszym miastem za nowo powstałą niemiecko-sowiecką granicą. Ta niewielka miejscowość nagle we wrześniu 1939 roku stała się dla wielu "miastem wolności" -wolnym od niemieckiego najeźdźcy. Na wschód od Łomży pochodzenie etniczne nie miało już takiego znaczenia jak na terytoriach pod okupacją niemiecką. W Związku Radzieckim Baumanowie byli po prostu "uchodźcami z terytoriów włączonych do Trzeciej Rzeszy".
Łomża była przepełniona, bo były dziesiątki tysięcy uciekinierów. Nie było gdzie się zatrzymać, a tu noc. Ojciec się rozpytywał, rozpytywał... Wreszcie mu powiedzieli: "Bo tu jest taka kobieta, która wpuszcza ludzi za opłatą, to nie znaczy, że wynajmuje, bo tu już nie ma miejsca... ale wpuszcza za opłatą". No tośmy poszli tam. I kogo tam widzimy pierwszego w tym domu? Siedziała tam... Mama. (...) Tak że to był dzień pełen cudów: ten kapitan niemiecki i ten bojar radziecki, i ten oficer na koniu, nie wiem, jakiej rangi, czy był kapitanem, czy nie wiem kto...
Rodzina Baumanów znowu była w komplecie - mieli wiele szczęścia, że udało im się odnaleźć w wojennym chaosie. W Łomży nie byli długo, ponieważ przeludnione przez napływ uciekinierów miasto (Bauman mówił o trzykrotnym wzroście liczby mieszkańców w tamtym okresie) nie oferowało możliwości pracy czy znalezienia mieszkania. Rodzice postanowili zatem przenieść się do Białegostoku - największego miasta w strefie okupowanej przez Rosjan.
Jednakże Białystok - pisze Bauman - okazał się nie o wiele lepszy; także same tłumy bezdomnych, czynsze wyśrubowane pod niebiosa, wykorzenieni ludzie poszukujący zagubionych krewnych i środków dla przeżycia następnego dnia. Wydaliśmy już pieniądze zabrane z Włocławka i Ojciec rozpaczliwie starał się coś zarobić. W Białymstoku każdy był kupcem i jedynym sposobem zarobienia na życie wydawało się powiększenie grona przekupniów kłębiących się na targu. Ojcu udało się dostać trochę skór od hurtownika, który obiecał mu prowizję od sprzedaży detalicznej. Poszedł raz czy dwa razy na targ ze skórą na buty pod pachą po to tylko, by stwierdzić, że znów padł ofiarą oszustów, którym nie dorównywał sprytem: skóra pękała i kruszyła się już od dotknięcia palcem. Matka wzięła więc nasz los w swoje ręce. "Nigdy nie będziesz kupcem, mój drogi", powiedziała mu tonem nie znoszącym sprzeciwu, "Najwyższy czas, żebyś to wreszcie zrozumiał". Uradowany Ojciec z entuzjazmem przyznał jej rację. Wynikało stąd jednak, że Białystok jest nie dla nas. Musieliśmy przenieść się gdzie indziej, dalej od handlujących tłumów. Ale dokąd? Tu przydało się moje umiłowanie geografii. Właściwym miejscem wydało mi się Mołodeczno, miejscowość mała, ale nie wieś, oddalona od niemieckiej granicy na tyle, by nie przyciągać licznych uciekinierów, i położona - można się było spodziewać - w pięknej, malowniczej okolicy. Ostatnie grosze, jakie nam jeszcze zostały, wydaliśmy na pociąg do Mołodeczna198.
W rozmowie Bauman przedstawił jeszcze dodatkowy aspekt tego wyboru. Była to miejscowość, która znajdowała się tuż przy dawnej granicy sowiecko-polskiej - a więc jeszcze była to Polska.
Przed wojną Mołodeczno było miasteczkiem funkcjonującym wokół garnizonu wojskowego. Nie zmieniło się to po wrześniu 1939 roku. Pozostały koszary, ale w nich kwaterowało już inne wojsko.
Pod koniec 1939 roku Mołodeczno było typowym miasteczkiem pełnym uchodźców199, a raczej "bieżeńców", jak z rosyjska byli nazywani w strefie kontrolowanej przez Sowietów uchodźcy z terytoriów okupowanych przez Niemców. Pociąg do Mołodeczna nie był przepełniony, niewielu bowiem uciekających jechało w tym kierunku. Nieliczni decydowali się na wyjazd do miejsca, gdzie nie było znajomych, rodziny czy wsparcia200. Pomimo braku przyjaciół rodzicom Zygmunta udało się bardzo szybko znaleźć pracę i mieszkanie. "Mieliśmy szczęście - wspominał Bauman - mój ojciec dostał pracę, moja matka dostała pracę, a ja poszedłem do szkoły". Z życiorysu z 1951 roku (podpisanego "major Bauman") można dowiedzieć się, że w Mołodecznie ojciec był księgowym w "Wojentorg Zach[odnim] Okręgu Wojskowym" - czyli instytucji, która była zapleczem logistycznym Armii Czerwonej, a matka pracowała jako kucharka w oficerskiej kantynie201. Tak więc Baumanowie, podobnie jak większość mieszkańców miasteczka, pracowali dla stacjonującego tam wojska.
Okazało się, że jest to miasteczko garnizonowe i niewiele więcej. Większość przestrzeni zajmowały tu nieforemne baraki rozrzucone po ogrodzonym, rozległym i płaskim terenie. (...) Pokojów do wynajęcia było bez liku, kiedy przyjechaliśmy, więc bez trudu znaleźliśmy pomieszczenie w domu rodziny chłopskiej. Także pracy nie brakowało (...). W dzień po naszym przyjeździe Ojcu zaofiarowano pierwszą posadę, o jaką poprosił, został... kimże by innym, jak nie księgowym? - w wielkim domu towarowym zaopatrującym miejscowy garnizon.
Pierwsze doświadczenia wprawiły Baumana w przerażenie i rozpacz: "Wszyscy kradną! Proszą, abym wpisywał do książek towary, które wyparowały, zanim znalazły się na półkach; albo żebym wykreślał jako wybrakowane towary dobrej jakości nadające się w pełni do użytku. Jak może państwo składać się z samych złodziei?"202.
Można sobie wyobrazić, że Maurycy, który podczas bombardowania chciał koniecznie zakupić bilet kolejowy, miał w Mołodecznie kłopoty z przyswojeniem sobie reguł kreatywnej księgowości. Poprosił o radę swojego dyrektora, który mu odpowiedział: "Nie przejmuj się, to prawda, że my wszyscy kradniemy, ale pomyśl tylko, ile kradnie zachodni kapitalista!".
Nie było to wystarczające uzasadnienie i Maurycy "(...) po usłyszeniu tej odpowiedzi - pisał Bauman - długo nie mógł się uspokoić. Nie pogodził się nigdy z ideologią ani praktyką "złodziejskiej demokracji". Nigdy nie przekonał go argument, że na złodziejstwo nie ma monopolu. Cierpiał nadal, ale - jak to było w jego zwyczaju - cierpiał w milczeniu"203.
W taki oto sposób już w pierwszych dniach życia w Związku Radzieckim rodzice Baumana zostali poinformowani o szczegółach nowego systemu wdrożonego po rewolucji. Zmiany te przejawiały się na każdym poziomie aktywności społeczeństwa. Kradzież była praktyką powszechną. "Złodziejska demokracja" rządziła się nowymi zasadami, których Zygmunt i jego rodzice musieli się szybko nauczyć. Nie oznacza to, że Maurycy zaczął zachowywać się tak, jak jego nowi koledzy w pracy. Zygmunt pisał, że jego ojciec "był znów księgowym, nawet jeśli jego księgi wymagały fantazji raczej niż realizmu, socjalistycznego czy jakiegokolwiek"204.
O ile Maurycy niewiele zmienił w swojej pracy, o tyle dla Zofii bycie kucharką nie tylko dla rodziny okazało się "prawdziwą rewolucją", jak wspomina Bauman. "Poddano ją próbie. Z jakichś obrzydliwych, śmierdzących surowców wyprodukowała kilka przysmaków i została przyjęta z entuzjazmem. Jej talent magika świetnie pasował do złodziejskiej demokracji. Od tej chwili miała gotować z niczego przez wiele nadchodzących lat. (...) Jej sztuka znalazła wielkie uznanie, była chwalona pod niebiosa i uwielbiana. Matka kwitła. Kochała swoje nowe życie, senne miasteczko, armię, której oficerowie patrzyli na nią oczyma wiernych psów, i kraj, który posiadał tę armię"205.
Talent kucharski Zofii nie tylko poprawi warunki życia rodziny, ale też uratuje ją wiele razy w trakcie wojennej tułaczki. Tego rodzaju zdolności były wtedy nieocenione. Zofia wiedziała, jak zrobić danie z niczego. Nie była zawodową kucharką, ale miała "niesamowicie dużo energii życiowej", jak powiedział Bauman. "I jej zasada była taka, żeby dobre jedzenie zrobić, to trzeba albo jedno, albo drugie. Albo kupić bardzo dobre surowce, albo spędzić cały dzień w kuchni. Ponieważ na dobre surowce nas nie było stać, to ona umiała z niczego zrobić przysmaki naprawdę dobre. To było niesamowite!".
Można powiedzieć, że Zofia Baumanowa potrafiła ugotować przysłowiową zupę na gwoździu. Podczas wojny wyczarowanie smacznej zupy z niczego było podstawowym elementem przetrwania. "No i w Związku Radzieckim ta umiejętność była na wagę złota" - kontynuował Bauman. "Zaangażowała się jako zwykła kucharka w stołówce garnizonowej, a awansowała na szefa kuchni. A ojciec wreszcie mógł pozbyć się tego niesamowitego ciężaru, że musiał zarobić na utrzymanie rodziny. Na przeżycie, bo to był obowiązek mężczyzny".
W ZSRR kobiety były aktywne zawodowo. Ponadto podczas wojny, a nawet w głodowych latach powojennych talent kucharski był złotym kluczem do przyzwoitego życia. Czasami, jak w przypadku rodziny Baumanów, mógł nawet je uratować:
Rząd sowiecki ogłosił, że wszyscy zamieszkali na okupowanych terenach Polski uważani są za obywateli Związku Sowieckiego. Ponieważ jednak byliśmy uciekinierami z części Polski nie objętej jak dotąd jurysdykcją sowiecką, do naszych paszportów dodano klauzulę zabraniającą nam pozostawania na terenach odległych o mniej niż sto kilometrów od granicy państwa. Mołodeczno leżało w odległości zaledwie czterdziestu kilometrów od granicy z Litwą, która wtedy była jeszcze niepodległa. Groziła nam deportacja. Wśród wysokiej rangi wielbicieli sztuki kulinarnej mojej matki wybuchła panika. Perspektywa powrotu do nieapetycznego, niewymyślnego jedzenia w kantynie znaczyła dla nich więcej niż poszanowanie sowieckiego prawa lub też - w tym wypadku - zagrożenie bezpieczeństwa narodowego wynikające z obecności trojga ludzi o wątpliwym pochodzeniu. Fatalnej klauzuli nigdy nie usunięto z naszych paszportów, a przecież nakaz deportacyjny nie nadchodził206.
Talenty kulinarne Zofii oddalały zagrożenie, jakim była deportacja, która przyczyniła się przecież do nędzy, a nawet śmierci tysięcy Polaków. Władze garnizonu zrobiły wszystko, aby Baumanowie nie zostali zesłani na Syberię w roku 1940207, kiedy były organizowane masowe wywózki. Stalin, naśladując wielowiekową carską tradycję, kontynuował zsyłki jako część strategii zarządzania grupami etnicznymi lub innymi, które postrzegał jako wrogie. Izolacja przestrzenna na ogromnych terytoriach radzieckich, w miejscach o klimacie trudnym do przeżycia, przy wielkich odległościach pomiędzy siedliskami i z nałożeniem nakazu ciężkiej pracy (w lasach lub przemyśle ciężkim), była najlepszym rozwiązaniem prewencyjnym. Nie trzeba było budować więzień, ludzie byli skazani na posłuszeństwo, a jedyną formą oporu było przeżycie. Baumanowie mieli zatem wielkie szczęście, że ich nie deportowano. Dzięki pracy Zofii i Maurycego ich syn mógł uczęszczać do tamtejszej szkoły - tym razem funkcjonującej bez numerus clausus i ławkowego getta.
Białoruska szkoła była nowością w Mołodecznie. Przed 17 września 1939 roku było to polskie miasto, ale mieszkańcy tworzyli wieloetniczną i wielojęzyczną mieszankę. Dzieci uczęszczały na ogół do polskich szkół208. W pierwszych tygodniach wojny szkoły stały się miejscem napływu dzieci uchodźców. W takiej sytuacji dyrektorzy byli kluczowymi postaciami, decydującymi o losach nowo przyjmowanych dzieci, które w trakcie roku pojawiały się bez dokumentów tożsamości, świadectw ukończenia poprzedniej klasy czy innych dowodów przebytej edukacji. Elastyczność była ważną cechą w tamtych czasach, które z powodu wszechobecnego chaosu były idealną okazją do poprawienia niedoskonałej rzeczywistości. Bauman wykorzystał brak dokumentów, aby "przeskoczyć jedną klasę":
Nie było żadnych dokumentów. A jak już byłem w Mołodecznie, to w szkole się pytali, jakie mam wykształcenie. To było pierwsze kłamstwo w moim życiu, bo powiedziałem, że skończyłem dwie klasy gimnazjalne, a ja skończyłem tylko jedną. I mnie przyjęli do trzeciej klasy i dałem sobie radę". Ciekawe jest zestawienie tego fragmentu wywiadu z życiorysem z 1951 roku sporządzonym dla władz wojskowych. Bauman napisał wtedy: "Ja uczyłem się w rosyjskiej szkole średniej - w 6 i 8 klasie209 (kl. 7-ą przerobiłem w czasie wakacji i zdałem egzaminy)210.
W Polsce lat pięćdziesiątych nie można było sobie pozwolić na wyznania w rodzaju: "skłamałem i poszedłem do klasy wyżej - to było pierwsze moje kłamstwo w życiu". Ale w czasach wojennych rzadko który uczeń mógł przechodzić po kolei z klasy do klasy. W 1939 roku późną jesienią Niemcy zamknęli wszystkie szkoły ponadpodstawowe z wyjątkiem przyuczających do zawodu - ich zdaniem Untermenschen ("podludzie"), czyli Polacy, nie zasługiwali na edukację i kulturę taką, do jakiej dostęp ma młodzież niemiecka. Inna była sytuacja edukacyjna dzieci i młodzieży na terytoriach kontrolowanych przez Sowietów. Tam nowe władze stopniowo wprowadzały swoją ideologię do szkół, uniwersytetów i miejsc pracy. Był to złożony proces przejściowy obejmujący wielokulturowe społeczności - od przedwojennej dominacji polskiego państwa, poprzez krótką fazę "białoruskiego wyzwolenia", do stania się radziecką republiką. Przejście to dokonało się w ciągu kilku miesięcy. Bauman tak opisuje to z perspektywy ucznia:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
J. Jedlicki, Źle urodzeni, czyli o doświadczeniu historycznym. Scripta i postscripta, Londyn 1993, s. 163. [wróć]
K. Bojarska (red.), Bauman / Bałka, Warszawa 2012, s. 70. [wróć]
Retrotopia to tytuł ostatniej książki Zygmunta Baumana, w której przedstawia on zjawisko zwrotu młodych pokoleń do wyidealizowanej przeszłości - w opisywanym tu przypadku chodzi o fascynacje ideologiami faszystowskimi ugrupowań międzywojnia oraz odwołania do ich symboli widoczne u współczesnych narodowców. Zygmunt Bauman, Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość, Warszawa 2018. [wróć]
Wykład został zorganizowany przez Friedrich-Ebert-Stiftung, intelektualne ramię Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD), niezależne Centrum Myśli Społecznej im. F. Lassalle'a, a także Zakład Filozofii Społecznej i Politycznej Uniwersytetu Wrocławskiego (A. Chmielewski, https://adamjchmielewski.blogspot.com/search?q= Academies+hatred, dostęp 12.04.2021). Przeciwnicy wydarzenia postrzegali je jako przejaw wpływów żydowskich (Bauman i Lassalle byli Żydami - ten ostatni został pochowany na wrocławskim cmentarzu żydowskim), niemieckich (Friedrich-Ebert-Stiftung jest fundacją niemiecką) oraz lewicowych (mówców i organizatorów można bowiem zakwalifikować do tej kategorii). Analizę wydarzenia opublikował jego współorganizator prof. Adam Chmielewski na przywołanym wyżej blogu. [wróć]
Relacje z tego wydarzenia są dostępne na YouTube - głównie umieszczone przez członków demonstrujących wówczas organizacji, takich jak Narodowe Odrodzenie Polski, i innych ugrupowań narodowców. Zob. też A. Chmielewski, https://adamjchmielewski.blogspot.com/search?q=Academies+hatred, dz. cyt. [wróć]
Narodowe Odrodzenie Polski (NOP) - narodowa, radykalna i nacjonalistyczna partia polityczna, która używa symboli międzywojennych organizacji faszystowskich. [wróć]
Obóz Narodowo-Radykalny odrodził się w 1981 r., a w 1992 r. został zarejestrowany jako legalna partia. Na temat ONR przed drugą wojną światową zob.: S. Rudnicki, Obóz Narodowo Radykalny. Geneza i działalność, Warszawa 1985, www.otworzksiazke.pl/images/ksiazki/oboz_narodowo_radykalny/oboz_narodowo_radykalny.pdf, dostęp 26.10.2020. W prasie podano informację, że jednym z organizatorów tej manifestacji był ONR (www.wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,14160896,Narodowcy_na_wykladzie_Baumana___Nie_bojmy_sie__ze.html, dostęp 26.10.2020). [wróć]
Zob. A. Cała, Żyd - wróg odwieczny?, Warszawa 2012, rozdz. 9 i aneks; S. Rudnicki, Falanga. Ruch narodowo-radykalny, Warszawa 2018. [wróć]
Bauman używał aparatu słuchowego i najprawdopodobniej dokładnie nie słyszał padających słów. Był duży hałas i szum, co na ogół powoduje, iż aparat spełnia tylko częściowo swą funkcję. Obecność agresywnej grupy machającej transparentami, na których widniały przedwojenne symbole faszystowskich i antysemickich grup, miała jednak jednoznaczny wyraz. Wykrzyczane hasła antykomunistyczne sprzęgnięte są nierozłącznie z antysemityzmem (symbolizowanym przez falangę czy akronim NSZ) typowym dla późnych lat trzydziestych. Stereotypowe postrzeganie zaangażowania komunistycznego jako sprzężonego z kulturą i etnicznością żydowską jest podstawą konstruktu określanego terminem "żydokomuna" (o którym będzie mowa w następnych rozdziałach). [wróć]
Zob. J. Tomaszewski, Żydzi w II Rzeczypospolitej, Warszawa 2016, s. 206-219, www.ihuw.pl/sites/ihuw.pl/files/pictures/logo/Klasycy/j._tomaszewski_-_zydzi_w_ii_rp.pdf, dostęp 26.10.2020. [wróć]
Stało się to 1 maja, a następnie ponownie 13 grudnia 2016 r. Zob. www.tvn24.pl/wroclaw,44/wroclaw-marsz-narodowcow-spalili-zdjecia-dutkiewicza-i-baumana,640456.html oraz www.gazetawroclawska.pl/marsz-nop-we-wroclawiu-palenie-zdjec-i-hymn/ar/11574302, dostęp 26.10.2020. [wróć]
Zob. Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja. Rozważania nad tym, co uczyniło mnie, kim jestem", nieopublikowany maszynopis, 1986-1987, oryginał w wersji angielskiej przetłumaczony na język polski przez Janinę Bauman. Tekst zawiera dedykację: "Pamięć o moim Ojcu powierzona pamięci moich Dzieci". Jestem wdzięczna rodzinie Baumanów za udostępnienie tego tekstu, a także za zgodę na obszerne cytowanie tego wyjątkowego dokumentu adresowanego wyłącznie do rodziny. [wróć]
Antysemityzm jest powszechnie rozumiany jako postawa uprzedzenia wobec lub dyskryminacji osób uważanych za Żydów. Jest to tak pojemna kategoria, że obejmuje zarówno inwektywę słowną (napis na murze), jak i ludobójstwo na tle etniczym. Z tego powodu David Engel przekonuje, żeby zamiast terminu "antysemityzm" używać dokładnych opisów konkretnych zdarzeń i liczb, które ta szeroka i jakże nieprecyzyjna kategoria zawiera. Zob. tegoż Away from a Definition of Antisemitism: An Essay in the Semantics of Historical Description, [w:] J. Cohen, M. Rosman (red.) Rethinking Modern Jewish History, Oxford 2009. Dziękuję Kamilowi Kijekowi za zwrócenie uwagi na ten kluczowy problem. W książce używam terminu "antysemityzm" jako normy kulturowej, której rezultatem są różne formy dyskryminacji zarówno werbalne (mowa nienawiści), jak i fizyczne (pobicia i morderstwa), symboliczne, jawne (legitymizowane regułami, przepisami i prawem) oraz ukryte, powielane i podtrzymywane świadomie lub nieświadome. [wróć]
Więcej na ten temat - zob. O zasiewaniu chmur i przywracaniu mgły - czyli o pracy biografa polegających n, s. 669. [wróć]
W międzywojniu - zwłaszcza w latach trzydziestych - dominowała endecka wizja rozłączności obu kategorii (gdy jest się Polakiem, nie jest się Żydem), a "obywatelskość" była wówczas podrzędną kategorią do "narodowości". [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 43. [wróć]
Więcej o porównaniu do procesów autoimmunologicznych polegających na odrzuceniu własnych komórek przez dany organizm można przeczytać w trzyczęściowym artykule The Subtext of a Recent International Scandal opublikowanym w piśmie "Public Seminar" na stronie nowojorskiej The New School (www.publicseminar.org/2019/04/the-subtext-of-a-recent-international-scandal-part-one-2/, dostęp 1.09.2020). [wróć]
Wyrażenie in such circumstances zapożyczam od Baumana - z angielskiego oryginału nieopublikowanego, cytowanego już we wstępie maszynopisu (w tłumaczeniu Janiny Bauman); polskim odpowiednikiem jest najczęściej słowo "okoliczności", a rzadziej "warunki". Oczywiście chodzi tutaj Baumanowi o kontekst życia w międzywojennej Polsce nasyconego wszechobecnym antysemityzmem. [wróć]
Zarówno tytuł gazety, jak i cytowane obszernie fragmenty artykułów zawierają oryginalną pisownię. [wróć]
"Kurjer Poznański", 19.11.1925, nr 312 (20), s. 2. [wróć]
Artykuł został równolegle opublikowany w "Gazecie Warszawskiej". [wróć]
Historyk Paweł Brykczyński w zwięzły sposób opisał postać lidera endecji: "Roman Dmowski, twórca ruchu narodowodemokratycznego i współautor doktryny egoizmu narodowego. Kierował pracami polskiej delegacji w Wersalu, ale nigdy nie zdołał objąć władzy w kraju. Wierzył, że Polacy są skazani na wieczną walkę o przetrwanie z innymi grupami etnicznymi, zwłaszcza Żydami i Niemcami" (P. Brykczyński, Gotowi na przemoc. Mord, antysemityzm i demokracja w międzywojennej Polsce, Warszawa 2017, s. 33). Silny antysemityzm i otwarta wrogość wobec niekatolickich Polaków (w 1931 r. 75,2% krajowej populacji stanowili katolicy) były siłą napędową Narodowej Demokracji. Była ona szczególnie popularna w województwie wielkopolskim i w Poznaniu. Odzwierciedlała to obecność ND w samorządach w Wielkopolsce, gdzie należała do najsilniejszych w Polsce, a także popularność skrajnie prawicowych gazet (wśród nich wyróżniał się "Kurjer Poznański"). Teksty antysemickie były w nich powszechne. [wróć]
"Kurjer Poznański", 19.11.1925, wyd. wieczorne, nr 313 (20), s. 2. [wróć]
Zob. podręcznik R. Szychty 1000 lat historii Żydów polskich. Podróż przez wieki, udostępniony na stronie Muzeum Polin: www.polin.pl/sites/default/files/podrecznik_1000_lat_historii_zydow_polskich_podroz_przez_wieki_web.pdf, dostęp 1.09.2020. [wróć]
Istnieje obszerna literatura na temat historii społeczności żydowskiej na ziemiach polskich - zob. A. Cała, Żyd - wróg odwieczny?, dz. cyt.; A. Landau-Czajka, Syn będzie Lech. Asymilacja Żydów w Polsce międzywojennej, Warszawa 2006. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 20-21. [wróć]
W ostatnich dziesięcioleciach opublikowano wiele prac na temat polskiego antysemityzmu. Zob. m.in.: A. Cała, Żyd - wróg odwieczny?, dz. cyt.; J. Tokarska-Bakir, Okrzyki pogromowe. Szkice z antropologii historycznej Polski lat 1939-1946, Wołowiec 2012; taż, Pod klątwą. Społeczny portret pogromu kieleckiego, Warszawa 2018; B. Keff, Antysemityzm. Niezamknięta historia, Warszawa 2013; taż, Strażnicy fatum, Warszawa 2020; Przeciw antysemityzmowi 1936-2009 (tomy 1-3), wybór, wstęp i opracowanie A. Michnik, Kraków 2010. [wróć]
Longue durée to koncepcja opracowana pod koniec lat czterdziestych XX wieku przez francuskiego historyka i członka Les Annales Fernanda Braudela - dotyczy ona analizy historycznej konkretnego zjawiska badanego w kilku epokach; dosłownie chodzi o perspektywę długiego trwania. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 20-21. [wróć]
P. Brykczyński przywołuje też opinie innych autorów: "Historycy tradycyjnie przeciwstawiają rzekomo umiarkowany antysemityzm z lat 20. jego bardziej radykalnym, inspirowanym nazizmem manifestacjom z lat 30. Na przykład Andrzej Chojnowski pisze: "W temacie kwestii żydowskiej wypowiedziom publicystów endeckich [w latach 20. - przyp. P.B.] daleko było do późniejszego ekstremizmu. Wskazywali oni głównie na ekonomiczne konsekwencje struktury zawodowej ludności żydowskiej, jak również na odrębny narodowościowo charakter tej grupy i jej wewnętrzne więzi" (A. Chojnowski, Koncepcje polityki narodowościowej rządów polskich w latach 1921-1939, Wrocław 1979, s. 19). Podobne argumenty są podnoszone w książkach: Małgorzata Domagalska, Antysemityzm dla inteligencji? Kwestia żydowska w publicystyce Adolfa Nowaczyńskiego na łamach "Myśli narodowej" i "Prosto z mostu" na tle porównawczym, Warszawa 2004, s. 44; Roman Wapiński, Świadomość polityczna w Drugiej Rzeczypospolitej, Łódź 1989, s. 424" (P. Brykczyński, Gotowi na przemoc, dz. cyt., s. 473, przyp. 33). [wróć]
P. Brykczyński, Gotowi na przemoc, dz. cyt., s. 28-29. [wróć]
"Marszałek Józef Piłsudski, dawniej socjalistyczny rewolucjonista i bojownik o wolność, był pierwszym przywódcą odrodzonej Polski. Mówił o sobie, że jest Litwinem, i stał się symbolem państwowej idei polskości, która akceptowała wszystkich gotowych być częścią narodu polskiego, niezależnie od ich pochodzenia etnicznego czy wyznania" (tamże, s. 30). [wróć]
Benedict Anderson - amerykański politolog i historyk, autor m.in. książki Wspólnoty wyobrażone. Rozważania o źródłach i rozprzestrzenianiu się nacjonalizmu (tłum. S. Amsterdamski, Kraków 1997). [wróć]
Tamże, s. 36-37. [wróć]
Zob. www.sztetl.org.pl/pl/miejscowosci/p/586-poznan/100-demografia/21585-demografia. W 1921 r. liczba ludności żydowskiej Poznania wynosiła 2088. [wróć]
Wyrazem poparcia dla endecji w Poznaniu była masowa reakcja na zabójstwo pierwszego polskiego prezydenta Gabriela Narutowicza dokonane przez fanatycznego zwolennika partii Dmowskiego, artystę malarza, E. Niewiadomskiego. Mieszkańcy miasta masowo uczestniczyli w mszach odprawianych w różnych parafiach; organizowano na nich pieniężne składki dla rodziny Niewiadomskiego i na uczczenie jego pamięci, noszono żałobę po straconym Niewiadomskim, a nie po zamordowanym Narutowiczu, zamykano sklepy, organizowano modlitwy na lekcjach religii w szkołach. Ważną rolę w podtrzymywaniu tego kultu odgrywała Narodowa Organizacja Kobiet ["Goniec Wielkopolski", 11.02.1923, HYPERLINK "https://www.wbc.poznan.pl//dlibra/metadatasearch?action=AdvancedSearchAction&type=-3&val1=Title:Goniec+Wielkopolski%5C:+najstarsze+i+najta%C5%84sze+pismo+codzienne+dla+wszystkich+stan%C3%B3w+1923.02.11+R.46+Nr33" R.46 Nr 33, s. 1,2], zob. także "Goniec Wielkopolski" 14.02.1923, R.46 Nr 35; 15.02.1923, R.46 Nr 36; 07.02.1923, R.46 Nr 29 s. 1; 08.02.1923, R.46 Nr 30. W witrynach sklepów umieszczano zdjęcie Niewiadomskiego, co zostało odnotowane przez policję i władze grodzkie [serdecznie dziękuję dr. Malanowskiemu za kopię raportu poznańskiego Urzędu Śledczego O. II. z dnia 13.02.1923, za list Starosty Grodzkiego do Prokuratora przy Sądzie okręgowym z dnia 21.02.1923 informujący o witrynie z fotografią Niewiadomskiego oraz odpowiedź Prokuratora z dnia 24.02.1923 (2 J. 407/23)]; podobizny Niewiadomskiego umieszczano także w oknach mieszkań [za tę informację dziękuję Wojciechowi Grondysowi; ponadto dr Kamil Kijek i dr hab. Grzegorzowi Krzywiec pomagali odnaleźć właściwe źródła, za co jestem im wdzięczna]. W oddawaniu hołdu Niewiadomskiemu brała czynny udział młodzież akademicka; zob. "Przegląd Poranny" z dnia 25.02.1923, R.3 Nr 54. Kult Niewiadomskiego był rezultatem procesu polaryzacji. [wróć]
"Kurjer Poznański", 13.11.1925, nr 303 (20), wyd. wieczorne, s. 2. [wróć]
Cytat pochodzi ze strony internetowej Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, www.sztetl.org.pl/pl/miejscowosci/p/586-poznan/99-historia-spolecznosci/137881-historia-spolecznosci, dostęp 28.10.2020. [wróć]
Zob. R. Witkowski, Żydzi w Poznaniu. Krótki przewodnik po historii i zabytkach, Poznań 2012. [wróć]
Tę zmianę świetnie ilustruje sytuacja rodziny polsko-izraelskiej fotografki Firy Mełamedzon-Salańskiej, pochodzącej z terenów objętych rewolucją październikową. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę Mełamedzonowie osiedlili się w Poznaniu. Fira była o dziesięć lat starsza od Zygmunta Baumana, zamieszkiwała w Poznaniu w latach 1927-1939. Z kolei "dawni Żydzi poznańscy czuli się Niemcami i po utworzeniu państwa polskiego większość z nich opuściła kraj" (A. Niziołek, K. Kosakowska, Fira. Poznańscy Żydzi. Opowieść o życiu. Albumy i wspomnienia Firy Małamedzon-Salańskiej, Poznań 2014, s. 66). [wróć]
Archiwum Państwowe w Poznaniu, karta meldunkowa M. Baumanna (nr 869). [wróć]
Wszystkie dane demograficzne cytowane w tym rozdziale - jeśli nie podano innego źródła - pochodzą ze strony www.sztetl.org.pl. [wróć]
W miejscach, gdzie administracja nie była jednolita lub była zmieniona z powodu pojawienia się innych władz i języków, archiwa były miejscami "konstrukcji historycznej" - służyły nie tylko rejestracji pewnej rzeczywistości, ale także legitymizacji nowej władzy. [wróć]
W tej części Europy zmiany języka i alfabetu oraz współistnienie kilku języków używanych jednocześnie nie były wyjątkowe. Wynikało to z wieloetnicznego składu terytoriów oraz wojen i okupacji, do których dochodziło na przestrzeni wieków. Do niestabilności politycznej należy dodać nieistotność nazwisk, które stały się powszechne dopiero w XIX wieku. Wcześniej tylko rody szlacheckie i arystokratyczne posługiwały się herbami i nazwiskami rodzinnymi w bardzo uporządkowany sposób (w odniesieniu do ziem i majątków, tytułów i pozycji). [wróć]
Należy przypomnieć, iż nazwisk powszechnie zaczęto używać dopiero w XIX wieku. [wróć]
"Rozruchy antyżydowskie na większą skalę miały miejsce we Włocławku 5-08.01.1919 roku. Zapoczątkował je wiec 5 stycznia zorganizowany przez Komunistyczną Partię Robotniczą Polski (KPRP) w godzinach popołudniowych, w sali Towarzystwa Gimnastycznego przy ul. Gęsiej 13. Podczas jego trwania utworzyły się dwie grupy protestujących: komunistów wznoszących hasła: "Precz z Armią Polską i Policją" oraz ich przeciwników skandujących hasła: "Niech żyje Armia i Policja". Około godz. 16.00 padły trzy strzały, co wywołało panikę. Uciekających Żydów zatrzymywali postronni obserwatorzy i przetrzymywali do momentu pojawienia się żandarmerii. Równocześnie zaczęto atakować pojedynczych Żydów i wybijać szyby w kilku sklepach do nich należących. Po godzinie tłum rozpędziła policja. W dwóch następnych dniach tworzyły się niewielkie grupy bijące Żydów i niszczące witryny sklepowe, szyby w mieszkaniach prywatnych przy ulicach Nowej (3 Maja), Żabiej, Zielonym Rynku. Zrabowane towary (skóry i ubrania) odebrała interweniująca policja. Ostatniego dnia zajść zebrał się tłum złożony głównie z ludzi starszych wznoszących hasła: "Bij Żyda". Zachęcano do rabunku sklepów żydowskich. Tłum ponownie został rozpędzony przez policję (choć ta interweniowała z godzinnym opóźnieniem). W przeciwieństwie do policji, wojsko wykazywało bierność. Powołana przez Radę Miejską Komisja Rozruchów Antyżydowskich ustaliła, że sprawcami rozruchów byli zarówno Żydzi (Kino, Szubiński, Łęczycki), jak i Polacy (Józef Kruszyński, Kryt, Maszewski). Wzrostowi napięć towarzyszyły wewnętrzne porachunki pomiędzy zwalczającymi się organizacjami komunistycznymi (grupą purmanowców i ich przeciwnikami), jak i komunistami a syjonistami. W bójce 15.01.1919 r. między komunistami a syjonistami uczestniczyło kilkanaście osób. Powodem była próba uniemożliwienia zebrania przez Organizację Syjonistyczną funduszy na działalność szkół powszechnych dla dzieci żydowskich nr 17 i 18. Zajściom towarzyszyło wybicie szyb w synagodze przy ul. Królewieckiej" (www.sztetl.org.pl/pl/miejscowosci/w/307-wloclawek/99-historia-spolecznosci/138251-historia-spolecznosci, dostęp 28.10.2020). [wróć]
Zob. Ł. Jastrząb, Raporty o antysemickich wystąpieniach w Polsce po I wojnie światowej, "Pamiętnik Biblioteki Kórnickiej", z. 32/2015 (0551-3790). [wróć]
AIPN, BU 0193/8207, k. 238. [wróć]
Bauman odnosi się tu do ogólnej edukacji świeckiej. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 3. [wróć]
Nie byłam w stanie ustalić, jak miał na imię. [wróć]
AIPN, BU 0193/8207, k. 238. [wróć]
Wuj Zygmunta Baumana otworzył w 1919 r. sklep z męską odzieżą prosperujący do dzisiaj (zob. www.baumans.com). [wróć]
Jedna ze znacznych fal emigracji z Polski do Palestyny przypada na lata 1924-1925 i nosi nazwę "alija Grabskiego". W. Grabski był premierem rządu, który nałożył wysokie podatki na drobnych chłopów, rzemieślników i właścicieli sklepów, w tym wielu Żydów. "Alija" to termin określający imigrację Żydów do Palestyny, a później do Izraela. [wróć]
Nauczyciel w żydowskich szkołach religijnych. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 4. [wróć]
Tamże, k. 7. [wróć]
Tamże, k. 6. [wróć]
Tamże, k. 7. [wróć]
Tamże, k. 9. [wróć]
Tamże, k. 8-9. [wróć]
Tamże, k. 9. [wróć]
Tomasz Kwaśniewski był wówczas dziennikarzem "Gazety Wyborczej". Przeprowadził kilka wywiadów z Zygmuntem Baumanem. [wróć]
T. Kwaśniewski, Bauman: koniec orgii, "Gazeta Wyborcza. Duży Format", 10.02.2009. [wróć]
Tamże. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 9. [wróć]
"Kurjer Poznański", 19.11.1925, nr 313 (20), s. 4. [wróć]
"Po tym, jak Dmowski nie zdołał zdobyć mandatu w 1912 roku, endecy zorganizowali masowy bojkot ekonomiczny sklepów żydowskich w Warszawie, który w wielkim stopniu zatruł polsko-żydowskie relacje w największym polskim mieście" (P. Brykczyński, Gotowi na przemoc, dz. cyt., s. 35). W 1925 r. Dmowski tłumaczył: "Synowie wielkich narodów umieją dla chleba czy dla karjery, w służbie interesów swego narodu iść w głąb dzikiej Afryki. A my nie możemy posunąć się o kilkanaście czy kilkadziesiąt mil w głąb ojczystego kraju? Niemcy kiedy leźli do Polski, nie martwili się, że idą w warunki mniej kulturalne, oni mówili sobie: my kulturę stworzymy, my ją ze sobą zaniesiemy. I nie przeszkadzało im nawet, że osiadają wśród obcych, którzy widzieli w nich rabusiów. A tu pójdziecie między swoich, rodaków, którzy wam będą radzi, z wyjątkiem niewielu, obawiających się waszej konkurencji. A konkurencja będzie nie z Polakami przede wszystkiem, jeno z Żydami, którą wasi ojcowie znali i prowadzić umieli" ("Kurjer Poznański", 18.11.1925, nr 311 (20), wyd. wieczorne, s. 2). [wróć]
A. Niziołek, K. Kosakowska, Fira. Poznańscy Żydzi, dz. cyt., s. 67. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 15. [wróć]
Zdjęcie zostało opublikowane w gazecie dwukrotnie. [wróć]
Dziękuję Adamowi Kopciowskiemu, który to zdjęcie znalazł w archiwach, a następnie podzielił się odkryciem ze swą facebookową społecznością, a także za to, że pomógł mi w zdobyciu wszelkich informacji o tym konkursie. Dziękuję Natalii Aleksiun, która wiedząc o mojej pracy nad biografią Baumana, natychmiast mi podesłała facebookową wiadomość. To zdarzenie pokazuje pewien bezcenny dla prac naukowych mechanizm - dzielenia się danymi; jest to rodzaj kolektywnej pracy, bez której samotny badacz miałby dostęp jedynie do bardzo ograniczonego materiału. [wróć]
Konkurs był pierwszym przedsięwzięciem tego rodzaju w gazecie. W numerze 82 "Naszego Przeglądu" (z 23.03.1930 r.) czytamy: "Ogłaszamy wielki konkurs piękności dzieci. Od dawna domagał się tego od nas gwarny światek czytelników i czytelniczek "Małego Przeglądu". Kto czytuje "Mały Przegląd", ten w ubiegły piątek mógł się przekonać, jak bardzo naszemu młodemu pokoleniu podoba się pomysł takiego konkursu. Stamtąd zresztą ta myśl wyszła. (...) Ogłaszamy więc WIELKI TURNIEJ PIĘKNOŚCI DZIECI ŻYDOWSKICH. "Zawodnicy" będą podzieleni na TRZY GRUPY WEDŁUG WIEKU: I-sza grupa - dzieci najmłodsze do lat 3-ech; II-a grupa - dzieci od lat trzech do 6-iu; III-a grupa - dzieci od lat sześciu do 10-u. Z KAŻDEJ GRUPY czytelnicy i czytelniczki "Naszego Przeglądu" wybiorą pewną ilość najpiękniejszych. Wybrańcy otrzymują od naszego wydawnictwa cenne nagrody. (...) Od dzisiaj już można zgłaszać kandydatury. Wystarczy w tym celu nadesłać do redakcji "Naszego Przeglądu" fotografię dziecka. Na odwrotnej stronie fotografii należy podać imię i nazwisko dziecka, wiek i dokładny adres. Fotografie powinny być czarne na białem tle" (www.polona.pl/item/nasz-przeglad-organ-niezalezny-r-7-i-e-8-23-marca-1930-nr-82,OTQ2NTY5MQ/11/#info:metadata, dostęp 26.08.2020). Konkurs był plebiscytem - czytelnicy otrzymali kupon do głosowania. Ogłoszenie pierwszych wyników odbyło się 1 czerwca (wygrało 6 dzieci), ale z powodu wielkiej popularności konkursu zrobiono dogrywkę. Wyniki tej dodatkowej części ogłoszono 15 lipca, nagradzając więcej dzieci (po 25 z każdej grupy wiekowej). W grupie drugiej nagrodzono prawie 30 kandydatów - Zyguś Bauman nie otrzymał żadnego wyróżnienia. [wróć]
Więcej o wydobywaniu z cienia - pracy biografa w artykule metodologicznym zob. I. Wagner, Zdjęcie z konkursu piękności i inne dokumenty osobiste. O pracy badawczej i poszukiwaniu znaczeń "czarnych dziur" - na przykładzie rekonstrukcji biografii Zygmunta Baumana, "Autobiografia. Literatura. Kultura. Media", nr 1(14)/2020, https://wnus.edu.pl/ au/pl/issue/1199/article/19029/, dostęp: 15.04.2021. [wróć]
Nie można wykluczyć, że zdjęcie było zrobione na "zamówienie" dziadka z Włocławka, który sfinansował fotografa. Choć bardziej prawdopodobne wydaje się, że było ono zrobione tuż przed bankructwem Maurycego, kiedy jeszcze rodzinie nieźle się powodziło. [wróć]
Zob. I. Wagner, Producing Excellence. The Making of Virtuoso, New Brunswick 2015, s. 15-19. [wróć]
T. Kwaśniewski, Ignoranci i impotenci. Rozmowa z prof. Z. Baumanem, "Gazeta Wyborcza. Duży Format", 21.11.2010. [wróć]
A. Niziołek, K. Kosakowska, Fira. Poznańscy Żydzi, dz. cyt., s. 73. [wróć]
Wywiad z Zygmuntem Baumanem przeprowadzony w Leeds 1.11.2015. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 4. [wróć]
Według historyczki Natalii Aleksiun "syjonizm - rozumiany jako ruch i ideologia rozwoju żydowskiej świadomości narodowej poprzez stworzenie w Palestynie własnego państwa oraz renesans języka hebrajskiego - stanowił jedno z najważniejszych zjawisk w najnowszej historii Żydów". Aleksiun dodaje w przypisie: "Termin został użyty po raz pierwszy przez Nathana Birnbauma w 1890 r. na łamach wydawanego w Wiedniu pisma "Selbstemanzipation". Podkreślał on konieczność stworzenia partii politycznej koordynującej działania zmierzające do kolonizacji Palestyny" (N. Aleksiun, Dokąd dalej? Ruch syjonistyczny w Polsce (1944-1950), Warszawa 2002, s. 19). Por. E. Mendelsohn, On Modern Jewish Politics, Oxford 1993 oraz tegoż, Zionism in Poland. The Formative Years, 1915-1926, New Haven - London 1981. [wróć]
Cytowany już wywiad z Zygmuntem Baumanem (Leeds, 1.11.2015). [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 5. [wróć]
J. Bauman, Nigdzie na ziemi. Powroty. Opowiadania, Łódź 2011, s. 40. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 10. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 11. [wróć]
A. Landau-Czajka, Syn będzie Lech, dz. cyt., s. 63. [wróć]
Tamże, s. 65. [wróć]
Terminu "asymilacja" używało się w przypadku procesu adaptacyjnego nowo przybyłych imigrantów (w Stanach Zjednoczonych termin ten funkcjonuje do dziś, podczas gdy w europejskich naukach społecznych pisze się o integracji, por. E. Morawska, Badania nad imigracją/etnicznością w Europie i Stanach Zjednoczonych: analiza porównawcza, "Studia Migracyjne - Przegląd Polonijny", nr 1/2009, s. 7-26). [wróć]
Wywiad Autorki z Zygmuntem Baumanem przeprowadzony w Leeds 31 października 2015 r. Wszystkie cytaty w tym rozdziale nie posiadające przypisu pochodzą z tego wywiadu [wróć]
T. Kwaśniewski, Ignoranci i impotenci, dz. cyt. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 12. [wróć]
Kontrola przestrzeni miejskiej przez grupy młodocianych stanowi temat badań socjologicznych o stuletniej tradycji. Można tu wspomnieć badania Trashera dotyczące gangów w Chicago (zob. F.M. Thrasher, The gang: A study of 1,313 gangs in Chicago, Chicago 1927), studium grup imigrantów włoskich w Bostonie z lat czterdziestych ubiegłego wieku (zob. W.F. Whyte, Street Corner Society, Chicago 1943) i pochodzące z początków XXI wieku badanie filadelfijskich grup zrealizowane przez Elijaha Andersona i jego studentów (E. Anderson, Codes of the Streets, New York 2000). Casus Poznania jest o tyle odmienny, iż antysemityzm był nie tylko fenomenem typowym dla młodzieży miejskiej, ale odzwierciedlał również powszechne postawy społeczeństwa i stanowił trzon tzw. patriotyzmu, legitymizowanego przez wielu polityków (wyrażanego np. wspieraniem bojkotów sklepów czy też kolejnymi planami emigracyjnymi dla społeczności żydowskiej) oraz rozmaite instytucje, także państwowe (np. uniwersytety), poprzez wprowadzanie i stosowanie praw rasowych (numerus clausus, numerus nullus). [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 12-13. [wróć]
Tamże, k. 14. [wróć]
Termin "państwo demokratyczne" w odniesieniu do międzywojennej Polski stanowi podstawę do szerokiej dyskusji. Historia międzywojnia jest burzliwa i wiele elementów wskazuje na brak poszanowania zasad uważanych za konieczne w państwach przestrzegających demokracji (np. stosunek do mniejszości etnicznych). Podobnie kontrowersyjny może być termin względnej prosperity, niemniej jednak polskie społeczeństwo nie cierpiało z głodu na tak szeroką skalę, jak to się działo na wschodzie Europy. [wróć]
J. Bauman, Nigdzie na ziemi, dz. cyt., s. 37, 38. [wróć]
Tamże, s. 37. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., s. 15. [wróć]
T. Kwaśniewski, Ignoranci i impotenci, dz. cyt. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 11. [wróć]
Tamże, k. 17. [wróć]
Tamże, k. 15. [wróć]
T. Kwaśniewski, Ignoranci i impotenci, dz. cyt. [wróć]
Sam Bauman pisze o zjawisku wybiórczej pamięci w swoim szeroko cytowanym tu maszynopisie, gdzie krytycznie przedstawia swoje wspomnienia sprzed ponad 40 lat (Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 44). [wróć]
Dziękuję Maciejowi Gduli za podzielenie się ze mną tą historią. Usłyszał ją od swej byłej promotorki profesor Aleksandry Jasińskiej-Kani, która towarzyszyła Baumanowi w ostatnich latach jego życia. [wróć]
Cheder (z hebr. pokój) - szkoła religijna, odpowiednik polskiej szkoły podstawowej, aczkolwiek zakres przedmiotów był ograniczony do nauki czytania tekstów religijnych; przygotowywała ona do bar micwy (żeński odpowiednik to bat micwa) - uroczystości religijnej, w trakcie której młodzież jest przyjmowana do dorosłej społeczności. Jesziwa (z hebr. posiedzenie) - drugi stopień edukacji talmudycznej, dostępny po ukończeniu chederu i po bar micwie (tradycyjnie dla nieżonatych młodzieńców). [wróć]
CISZO (Centrale Jidisze Szul-Organizacje) - utworzona w pierwszych latach międzywojnia sieć szkół i instytucji edukacyjnych i kulturowych. [wróć]
Bund był popularną socjalistyczną partią żydowską. Oficjalna nazwa w jidysz brzmiała Algemejner Jidiszer Arbeter Bund in Lite, Pojln un Rusland. Marek Edelman, chirurg i bohater powstania w getcie warszawskim, w następujący sposób przedstawił członków partii: "Bundyści nie czekali na Mesjasza ani nie planowali wyjazdu do Palestyny. Wierzyli, że Polska jest ich krajem, i walczyli o sprawiedliwą, socjalistyczną Polskę, w której każda narodowość miałaby własną kulturową autonomię i w której gwarantowane byłyby prawa mniejszości" (cyt. za: "The Telegraph", 4.10.2009, https://www.telegraph.co.uk/news/obituaries/politics-obituaries/6259900/Marek-Edelman.html, przekład własny I.W., dostęp 30.10.2020). [wróć]
Włodzimierz Szer (1924-2013) - polski biochemik, urodzony w Warszawie w rodzinie księgowego związanego z Bundem. Jego życiorys, opisany w książce autobiograficznej Do naszych dzieci. Wspomnienia (2013), posiada wiele punktów stycznych z życiorysem Baumana. Obejmują one nie tylko wojnę spędzoną w ZSRR i walkę w szeregach kościuszkowców, ale także służbę w KBW i emigrację w latach sześćdziesiątych. Szer był w USA profesorem w School of Medicine New York University. W 2011 r. przeprowadziłam z nim wywiad w San Diego (Kalifornia), gdzie zamieszkiwał w ostatnich latach swego życia. [wróć]
W. Szer, Do naszych dzieci. Wspomnienia, Warszawa 2013, s. 20-21. [wróć]
Marian Turski (ur. 1926 w Druskiennikach) wojnę spędził w łódzkim getcie, skąd w 1944 r. został wywieziony do obozu Auschwitz-Birkenau. Przeżył marsz śmierci. Od 1945 r. mieszka w Warszawie. Był członkiem PPR, następnie PZPR. Pełnił funkcję redaktora naczelnego "Sztandaru Młodych". Od 1958 r. kierownik działu historycznego tygodnika "Polityka". Wiceprzewodniczący Stowarzyszenia Żydowski Instytut Historyczny w Polsce i przewodniczący Rady Muzeum Historii Żydów Polskich Polin. Od 2000 jest też członkiem Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej. [wróć]
Kamil Kijek (powołując się na publikację S. Frosta: Schooling as a Socio-political Expression: Jewish Education in Interwar Poland, Jerusalem 1998) podaje, że 80% żydowskich dzieci w wieku 7-14 lat uczęszczało do publicznych szkół powszechnych. "Dominacja państwowa w kształceniu Żydów ukształtowała się już w latach 20. (...). Wzrost ten spowodowany był zarówno czynnikami demograficznymi (powojenny wzrost urodzeń), ekonomicznymi (zubożeniem większości warstw żydowskich w wyniku wielkiego kryzysu, co utrudniało im wysłanie potomstwa do relatywnie drogich szkół prywatnych), jak i polityką społeczną władz, wyraźnie dążących do osłabienia prywatnego sektora żydowskiej edukacji" (K. Kijek, Między integracją a wykluczeniem. Doświadczenia szkolne jako czynnik politycznej socjalizacji młodzieży żydowskiej w Polsce okresu międzywojennego, [w:] A. Lompart (red.), Jednostka zakorzeniona? Wykorzeniona?, Warszawa 2010, s. 171-172). [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 18. [wróć]
Tamże. [wróć]
Tamże, k. 10. [wróć]
Tamże, s. 15. [wróć]
ORT - pełna nazwa: Organizacja Rozwoju Twórczości Przemysłowej Rzemieślniczej i Rolniczej wśród Ludności Żydowskiej w Polsce (jidysz: Gezełszaft cu Farszprejtn Mełoche un Erd-Arbet Cwiszn Jidn), nazywana też Towarzystwem Popierania Pracy Zawodowej i Rolniczej wśród Żydów oraz Towarzystwem Szerzenia Pracy Zawodowej i Rolnej wśród Żydów (dawniej "ORT"). Jak podaje Natalia Aleksiun, ORT zostało utworzone w 1880 r. pod carską kontrolą (jako Obszczestwo Rasprostranienija Truda sredi Jewrejew w Rossiji). Organizacja wspierała kształcenie zawodowe - prace ręczne i naukę rzemiosła - wśród członków społeczności żydowskiej. W 1921 r. ORT stało się instytucją międzynarodową. Więcej na stronie www.jhi.pl/psj/ (dostęp 1.09.2020). [wróć]
He-Chaluc - organizacja młodzieżowa mająca na celu wychowanie młodych ludzi w duchu socjalistycznego syjonizmu i przygotowanie do alii; nie była związana z żadną partią polityczną. [wróć]
Gordonia - syjonistyczna młodzieżowa organizacja pionierska, bliska Syjonistycznej Partii Pracy "Hitachdut"; przygotowywała do emigracji do Palestyny. [wróć]
Tzw. paragraf aryjski był rasistowskim prawem regulującym w Niemczech nazistowskich działania wielu profesji, korporacji, stowarzyszeń itd. To był przepis przewodni do innych dokumentów, który wykluczał ludzi należących do "niearyjskiej rasy" i dotykał głównie Żydów. W międzywojennej Polsce wiele instytucji wdrażało "aryjskie paragrafy", które ograniczały uczestnictwo w danej grupie do polskich katolików. Zob. M. Natkowska, Numerus clausus, getto ławkowe, numerus nullus, "paragraf aryjski". Antysemityzm na Uniwersytecie Warszawskim 1931-1939, Warszawa 1999. [wróć]
A. Kłodź, Tajemnica Pana Cukra, Warszawa 2015, s. 308-309. [wróć]
Numerus nullus (z łac. dosł. liczba zero) - termin ten odnosi się do całkowitego wykluczenia niektórych grup spośród kandydatów na studia (W. Kopalin?ski, Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych, Warszawa 1980, s. 679). Numerus nullus jest ekstremalną wersją numerus clausus, który według słownika Larousse'a oznacza "ograniczenie dyskryminacyjne liczby osób przyjętych do konkursu, funkcji, oceny - jako zgodne z decyzją podjętą wcześniej przez dany organ/instytucję" (przekład własny z francuskiego I.W.; oryginał definicji: https://www.larousse.fr/dictionnaires/francais/numerus_clausus/55268, dostęp 15.11.2020). W kontekście środowiska akademickiego było to w praktyce wykluczenie danej grupy z możliwości studiowania. W odniesieniu do międzywojennej Polski (zwłaszcza po 1935 r.) przepis dotknął głównie Żydów. [wróć]
W artykule poświęconym sytuacji studentów żydowskich na uniwersytetach N. Aleksiun napisała: "Żydowski dom akademicki służył jako miejsce spotkań różnych ugrupowań studentów, którzy się spotykali na zebraniach poświęconych dyskusjom politycznym: syjonistom, bundystom, folkistom i komunistom" (N. Aleksiun, Together but Apart: University Experience of Jewish Students in the Second Polish Republic, "Acta Poloniae Historica", 109/2014, s. 126). [wróć]
H. Rabinowicz w artykule The Battle of the Ghetto Benches ("The Jewish Quarterly Review", nr 2[55]/1964) pisał: "W 1937 r. Polska miała pięć uznanych przez państwo uniwersytetów: w Krakowie, Warszawie, Lwowie, Wilnie i Poznaniu. Było też piętnaście innych ważnych instytucji edukacyjnych. W roku akademickim 1923/1924 8 325 Żydów i 23 810 nie-Żydów było zapisanych na uniwersytety. W latach 1937-1938 tylko 4 879 z 48 168 studentów (10%) było Żydami (...). Większość studentów zapisała się na wydziały prawa i filozofii. W latach 1932-1933 żydowscy studenci stanowili 8% roczników szkoły medycznej, 2% na farmacji (...). Wśród 2000 profesorów było 20 Żydów. Kapitan Peter Wright z brytyjskiej misji napisał w 1919 r.: "Żydowscy profesorowie, pomimo tego iż mogli nauczać, zostali wykluczeni z uniwersytetu; żydowscy lekarze, nawet sławni, zostali wyrzuceni ze szpitali"" (s. 151). I dalej: "Podczas gdy rząd oficjalnie potępił i nieoficjalnie poparł numerus clausus, wielu polskich uczonych protestowało (...). Jesienią 1925 r. było 400 żydowskich kandydatów na wydziale medycznym w Krakowie. Przyjęto tylko 13" (s. 154; przekład własny I.W.). Więcej o sytuacji żydowskich studentów na polskich uczelniach w latach 1918-1939 można przeczytać w: N. Aleksiun, Together but Apart, dz. cyt.; S. Rudnicki, From "Numerus Clausus" to "Numerus Nullus", "Polin. A Journal of Polish-Jewish Studies", nr 2/1987; M. Natkowska, Numerus clausus, getto ławkowe, numerus nullus, "paragraf aryjski", dz. cyt. [wróć]
Socjolog Ludwik Krzywicki (1859-1941) pisał w swoim dzienniku: "W roku akademickim 1935/36 występy antysemickie przybrały silnie na swoim napięciu, tak samo jak wzmogły się również w całym kraju. Obfitość awantur i wybuchów wykazywała, iż nad rozdmuchaniem tych waśni ktoś pracuje systematycznie. Rzecz była jasna. Endecja pragnęła skorzystać ze śmierci marszałka i niepopularności pułkowników. Uruchomiła więc wszystkie siły do walki z istniejącym rządem. (...) Endecja zrozumiała, że hasła antysemickie nadawały się w roli środka do opanowania tłumów i rozkołysania namiętności, młodzież zaś akademicka miała spełnić rolę przedniego zastępu w tym uderzeniu na rząd hasłami przeciw Żydom" (cyt. za: Przeciw antysemityzmowi 1936-2009, t. 1-3, dz. cyt., s. 454). [wróć]
Odnośnie do wizyty Goebbelsa w 1934 r. zob. O. Śmiechowicz, Skrzydlaty homo academicus. Portret Tadeusza Zielińskiego w sto sześćdziesiątą rocznicę urodzin, "Meander", nr 74/2019, https://ruj.uj.edu.pl/xmlui/bitstream/handle/item/147095/smiechowicz_ skrzydlaty_homo_academicus_2019.pdf?sequence=1&isAllowed=y, dostęp 15.11.2020. Odnośnie do wizyty Franka w 1938 r. zob. Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego 1915-1945, [w:] Monumenta Universitatis Varsoviensis 1816-2016, www.wuw.pl/data/include/cms/monumenta-ebook/pdf/Dzieje-Uniwersytetu-Warszawskiego-1915-1945.pdf, s. 293, 569 (wizyta Hansa Franka). [wróć]
Wrogość nie była jedynie skierowana wobec Żydów, ale także wobec innych przedstawicieli mniejszości, jak np. Ukraińcy (zob. A. Hnatiuk, Odwaga i strach, Wrocław 2016). [wróć]
Z zachowanych ulotek Ligi Zielonej Wstążki wynika, że organizacja ta została stworzona dla polskich nauczycieli akademickich i studentów, aby walczyć w zorganizowany sposób i wdrożyć planowane działania przeciwko "wpływowi Żydów na polskie społeczeństwo". Ulotki zawierały trzy żądania: bojkot sklepów, usług i zawodów, zerwanie wszystkich kontaktów z żydowskimi kolegami i współpracownikami oraz wspieranie numerus clausus na każdym uniwersytecie (zob. H. Rabinowicz, The Battle of the Ghetto Benches, dz. cyt.). [wróć]
Zob. N. Aleksiun, Together but Apart, dz. cyt. [wróć]
W Wytrąconych z milczenia Magdalena Grochowska opisuje sytuację na uniwersytetach, cytując profesora Kotarbińskiego: "Dziedziniec Uniwersytetu Warszawskiego, listopad 1932 roku, tłum w białych czapkach bije studenta Żyda. "Zespolenie bandytyzmu z czapkami Bratniej Pomocy - pisze Kotarbiński do Kazimierza Twardowskiego - stwarzały jakiś specjalnie wstrętny kompleks". Na zajęciach słyszy się: "Tutaj śmierdzi Żydami...". W klapach marynarek i żakietów wpięte zielone wstążeczki - symbol bojkotu Żydów. We Lwowie Twardowski wdaje się w rozmowę z bojówką studentów uzbrojonych w pałki. "Przekonałem tylko siebie o ich ogromnym zaślepieniu". Wieniec ONR-u w gmachu Politechniki Warszawskiej. Student architektury Adam Kotarbiński, syn profesora, związany z młodzieżą lewicową, idzie z kolegą, sympatykiem komunizmu. Bojówkarze biją kolegę rurką, złamali mu palec. "Nienawiść narodowa odniosła stanowcze zwycięstwo w murach uniwersytetów - pisze Kotarbiński w Racjonaliście. - Forma tej waśni nosi piętno brutalności (...) tym wstrętniejszej, że scalonej (...) z ostentacją rzekomego chrześcijaństwa". Pobożni szowiniści wzywają do eliminacji Żydów jako "plugawego nalotu"; Kościół reaguje nie wtedy, gdy biją ludzi - zauważa - tylko wtedy, gdy pobito szyby w świątyni. "I my, i Żydzi z perspektywy księżyca jesteśmy jak mrówki, które los pomieszał w worku i wysypał na dolinę Wisły. (...) Pozostaje się zagospodarować razem (...). Numerus nullus - dla pałek i kastetów"" (M. Grochowska, Wytrąceni z milczenia, Wołowiec 2013, s. 29). [wróć]
Byli to m.in.: Tadeusz Kotarbiński, Rudolf Weigl, Ludwik Krzywicki, Mieczysław Michałowicz, Franciszek Venulet i Zygmunt Radliński. O R. Weiglu, lwowskim profesorze mikrobiologii, zob. R. Wójcik, Kapryśna gwiazda Rudolfa Weigla, Gdańsk 2015; także A. Allen, Fantastyczne laboratorium doktora Weigla. Lwowscy uczeni, tyfus i walka z Niemcami, Wołowiec 2016; na temat M. Michałowicza, F. Venuleta i Z. Radlińskiego, profesorów Wydziału Medycznego Uniwersytetu Warszawskiego, zob. N. Aleksiun, Together but Apart, dz. cyt., s. 123; na temat L. Krzywickiego i T. Kotarbińskiego, profesorów filozofii UW, zob. H. Markiewicz, Przeciw nienawiści i pogardzie, "Teksty Drugie", nr 6/2004, s. 110; www.rcin.org.pl/Content/53490/WA248_69054_P-I-2524_markiew-przeciw.pdf, dostęp 2.11.2020. [wróć]
H. Markiewicz, Przeciw nienawiści i pogardzie, dz. cyt., s. 109. Listy protestacyjne były pisane przez akademików w USA i w Europie, ale nie odniosły one żadnych skutków. [wróć]
M. Grochowska pisze o Kotarbińskim: "Poszarpali go w szamotaninie na dziedzińcu. Grożą mu żyletkami. (Na terenie uniwersytetu chroni go kilku studentów). Narodowcy nawołują do bojkotu wykładów tego "profesora żydofila". Gdy żąda legitymacji studenckiej od prowodyra grupy, która wtargnęła na jego wykład, spychają go z katedry i rzucają nim jak piłką" (M. Grochowska, Wytrąceni z milczenia, dz. cyt., s. 30). [wróć]
N. Aleksiun wymienia następujące organizacje, które protestowały: Związek Polskiej Młodzieży Demokratycznej i Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej (N. Aleksiun, Together but Apart, dz. cyt., s. 129, przyp. 96). [wróć]
Zob. tamże. [wróć]
Zob. K. Maramorosch, The Thorny Road to Success: A Memoir, Bloomington 2015. [wróć]
Informacja na podstawie wywiadu z Karolem Maramoroschem, przeprowadzonego w 2010 r. w Scarsdale (NY). [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 13-14. [wróć]
W tradycyjnych społecznościach żydowskich swatka wybiera kandydata lub kandydatkę do małżeństwa i organizuje spotkania rodzin i przyszłych nowożeńców. [wróć]
Mizrachi lub Mizrachim, arabscy Żydzi, Mizrachijczycy - ludność żydowska zamieszkująca kraje arabskie w Afryce Północnej i Azji Środkowej oraz na Bliskim Wschodzie i Kaukazie. [wróć]
Archiwum Państwowe w Warszawie, KW PZPR, teczka personalna Z. Baumana, nr 16 421 (3183). [wróć]
Mapaj - partia socjalistyczno-pacyfistyczna, bardzo popularna wśród emigrantów z Polski w Palestynie. [wróć]
AIPN, BU 0193/8207. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 18. [wróć]
Tamże, k. 19. [wróć]
Archiwum Miasta Poznania, Gimnazjum im. G. Bergera, nr kat. IVb-4-736, katalog główny klasy Ia. W klasie Ib nie było uczniów kategoryzowanych jako Żydzi - jedynie 5 uczniów na niespełna setkę. Jestem wdzięczna Annie Kłys za kwerendę w poznańskim archiwum i pomoc w znalezieniu informacji dotyczącej ucznia tego gimnazjum - Zygmunta Baumana. [wróć]
N. Aleksiun, Together but Apart, dz. cyt., s. 111, przyp. 3. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 19-20. [wróć]
Tamże, k. 23-24. [wróć]
Wywiad z Zygmuntem Baumanem przeprowadzony w Leeds w 2015 r. [wróć]
K. Kijek, Między integracją a wykluczeniem, dz. cyt., s. 176. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., s. 24. [wróć]
Jak stwierdza Simon Geissbühler w swym tekście o przyczynianiu się "sąsiadów" do masowych mordów Żydów w Rumunii "[p]rzekonanie, że Niemcy byli jedynymi sprawcami Holokaustu - pogląd, który przez wiele lat zdominował opinię publiczną, a nawet badania - już dawno okazało się fałszywe. Wymienienie innych sprawców z pewnością nie ma na celu relatywizacji odpowiedzialności Niemiec. Uwzględnia jedynie fakt, że zaangażowani byli nie-Niemcy"; S. Geissbühler, "He spoke Yiddish like a Jew": Neighbors' Contribution to the Mass Killing of Jews in Northern Bukovina and Bessarabia, July 1941, "Holocaust and Geoncide Studies" 28(3)/2014. Zob. także J.T. Gross, Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka, Sejny 2000; B. Engelking, J. Grabowski (red.), Dalej jest noc. Losy żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski, Warszawa 2018. [wróć]
Ten stopniowy proces został świetnie zilustrowany na przykładzie dwóch sąsiadujących rodzin, które zajmowały się szyciem i sprzedażą tkanin, w filmie francusko-włoskim reżyserowanym przez Ettore Scolę zatytułowanym Nieuczciwa konkurencja (tyt. oryg. Concorrenza sleale, 2001). Film pokazuje wzrost faszyzmu w przedwojennych Włoszech. [wróć]
Noc kryształowa - noc z 9 na 10 listopada 1938 r., kiedy w Niemczech za zgodą władz doszło do masowych pogromów ludności żydowskiej. [wróć]
Wyjątkowo skrzętnie sprawdzano ważność paszportów, powołując się na przepis, na mocy którego brak pieczątki (przedłużenie ważności) miał oznaczać utratę obywatelstwa. Spory co do prawomocności tego przepisu trwały wiele zimowych miesięcy. Więcej zob. J. Skórzyńska, W. Olejniczak, Do zobaczenia za rok w Jerozolimie - deportacje Polskich Żydów w 1938 roku z Niemiec do Zbąszynia, Poznań 2012; por. J. Tomaszewski, Preludium zagłady. Wygnanie Żydów Polskich z Niemiec w 1938 r., Warszawa 1998. [wróć]
Dziękuję za pomoc w odtworzeniu tego wątku Andrzejowi Niziołkowi, zajmującemu się losami poznańskich Żydów. Opracowywał on spuściznę Noacha Lasmana, z którym Bauman miał bardzo bliski kontakt - zwłaszcza w okresie izraelskim. [wróć]
N. Lasman, Wspomnienia z trzech światów, Poznań 2019, s. 51-52. [wróć]
Tamże. [wróć]
N. Aleksiun, Dokąd dalej? Ruch syjonistyczny w Polsce (1944-1950), dz. cyt., s. 33. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 25. [wróć]
Według Niziołek i Kosakowskiej "poznański Haszomer Hacair mieścił się na piętrze nieużywanej synagogi Gminy Braci (Brudergemeinde) z połowy XIX wieku przy ul. Szewskiej 5. Była to bóżnica Żydów reformowanych, którzy po powstaniu niepodległej Polski w większości wyjechali do Niemiec. Budynek został rozebrany po 1945 roku" (A. Niziołek, K. Kosakowska, Fira. Poznańscy Żydzi, dz. cyt., przyp. 18). [wróć]
Tamże, s. 36. [wróć]
Ceremonia religijna odbywająca się w momencie wejścia w wiek dorosły - bar bicwa dla chłopców, bat micwa dla dziewcząt. Jest to podstawowy rytuał w judaizmie. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 26. [wróć]
Na temat punktów zwrotnych zob. E.C. Hughes, Sociological Eye, Chicago 1971; A. Abbott, On the concept of turning point, "Comparative Social Research", nr 16/1997, s. 85-105. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 26. [wróć]
Autorem wiersza jest Włodzimierz Holsztyński, któremu jestem głęboko wdzięczna za udzielenie zgody na jego publikację. [wróć]
Jestem wdzięczna dr. hab. Tomaszowi Chincińskiemu za pomoc w przedstawieniu kwestii służby wojskowej osób posiadających kategorię "Żyd", a więc będących członkami tzw. mniejszości narodowych. "Z dostępnej literatury przedmiotu wiadomo, że generalnie mniejszości narodowe nie cieszyły się zaufaniem najwyższych polskich władz wojskowych. Wydawano różnego rodzaju normatywy, które nie pozwalały na służbę żołnierzy narodowości niepolskiej w niektórych rodzajach broni i służb. Były to: żandarmeria, łączność, służby uzbrojenia, lotnictwa i marynarki wojennej. Ustalano limity żołnierzy niepolskiego pochodzenia, od kilku do kilkudziesięciu procent, mogących znaleźć się w konkretnej jednostce. Uzasadniano to względami bezpieczeństwa wojennego oraz ochroną tajemnicy wojskowej. W efekcie czego przedstawiciele mniejszości rzadko trafiali do oddziałów liniowych, najczęściej kierowano ich do służb tyłowych lub pomocniczych. Por. A. Wodzyński, W odwrocie i walce. Codzienność żołnierzy polskich podczas kampanii 1939 roku, Gdańsk 2013, s. 41 i n.; W. Rezmer, Mniejszości narodowe w Wojsku Polskim w okresie międzywojennym ze szczególnym uwzględnieniem Dowództwa Okręgu Korpusu nr VIII w Toruniu, [w:] Mniejszości narodowe i wyznaniowe w województwie pomorskim w okresie międzywojennym (1920-1939). Zbiór studiów, red. M. Wojciechowski, "Stosunki Narodowościowe i Wyznaniowe na Pomorzu w XIX i XX wieku", t. 1, Toruń 1991, s. 131 i n." (korespondencja prywatna z dr. hab. Tomaszem Chincińskim, 19.11.2020 r.). [wróć]
Najprawdopodobniej Bauman miał na myśli noc z 2 na 3 września 1939 r. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 26. [wróć]
Wszystkie wypowiedzi Z. Baumana w tym rozdziale niebędące cytatami z maszynopisu Z. Baumana "Polacy, Żydzi i ja" pochodzą z wywiadu przeprowadzonego w Leeds w 2015 r. [wróć]
Używam zamiennie terminów "manuskrypt" i "maszynopis". Manuskrypt ma więc tu znaczenie niepublikowanego, a nie ręcznie pisanego tekstu; zob. definicję Larousse'a: "W powszechnym rozumieniu rękopis oznacza "tekst odręczny". Jako termin techniczny dla publikacji i prasy oznacza teraz oryginalny tekst przeznaczony do druku, niezależnie od jego formy materialnej: autor może przedłożyć swój manuskrypt w formie elektronicznej" (https://www.larousse.fr/dictionnaires/francais/manuscrit/49284#:~:text=Dans%20son%20usage%20courant%2C%20manuscrit,remettra%20son%20manuscrit%20sur%20disquettes, dostęp 15.11.2020). [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 26. [wróć]
Tamże, k. 27. [wróć]
Nie były to jeszcze tzw. bombardowania dywanowe, które po raz pierwszy odnotowano 25.09.1939 r.; w Warszawie zginęło w ich następstwie 10 000 osób. Niemcy sprawowali już wówczas kontrolę wojskową nad całym terytorium Polski z wyjątkiem obszarów wschodnich kontrolowanych przez Sowietów. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 27. [wróć]
Tamże. [wróć]
Data wprowadzenia "żółtej łaty" we Włocławku jest różnie podawana w źródłach. Żydowski Instytut Historyczny na stronie internetowej sztetl.org.pl pod hasłem "Włocławek / historia społeczności" podaje następującą informację: "We Włocławku do 1 października zapłacono 100 000 zł jako pierwszą kontrybucję (za "wyzywające zachowanie Żydów wobec wojsk niemieckich i podpalenia"), drugą ("za nieprzestrzeganie przepisów chodzenia po jezdni") - 200 tys. zł, trzecią ("za niestosowanie się do rozporządzenia o żółtych łatach") - 250 tys. zł". Wynika z tego, że już pod koniec września obowiązywał nakaz noszenia "łaty". Natomiast Tomasz Szarota w artykule Reakcja okupowanej Europy na oznakowanie Żydów Gwiazdą Dawida podaje, że "pierwszym miastem, w którym napiętnowano Żydów, był leżący na ziemiach polskich włączonych do Rzeszy - Włocławek (Leslau). 24 października 1939 r. rozporządzenie SA-Oberfuhrera Hansa Cramera nakładało tam na wszystkich Żydów, bez różnicy płci i wieku, obowiązek noszenia na plecach żółtego trójkąta o boku 15 cm" ("Kwartalnik Historyczny", nr 1/2001, r. 108, s. 25-36). Z opowiadań Baumana wynika, że restrykcja obowiązywała już pod koniec września 1939 r. Włocławek był jedną z pierwszych miejscowości objętych tym nakazem. [wróć]
"Po wkroczeniu wojsk niemieckich do Włocławka we wrześniu 1939 r. nastąpiły pierwsze prześladowania. 22.09.1939 r. aresztowano 23 Żydów z ulic Kowalskiej i Łęgskiej, którzy modlili się w mieszkaniu M. Dyszla. W trakcie zatrzymania zastrzelono lub zakłuto bagnetami kilku (7-10) Żydów, po czym pogrzebano ich ciała na podwórzu kamienicy przy ul. Łęgskiej 69. Dzień później przy ul. Łęgskiej dokonano masowych rewizji w mieszkaniach żydowskich. Aresztowano około 300 mężczyzn. W następnym dniu podpalono synagogi (przy ul. Żabiej o godz. 11.00, przy Królewieckiej o godz. 12.00) oraz klojz chasydów z Góry Kalwarii przy ul. Kowalskiej. W odwecie za rzekome podpalenie budynków przez Żydów i bezczelne zachowanie wobec Niemców SS aresztowało "podpalaczy". Kilka godzin później wzięto od 800 do 1200 żydowskich zakładników. W trakcie aresztowania lub konwojowania do więzienia zastrzelono dwóch Żydów, a jednego ciężko raniono. Powszechnymi zjawiskami były jednostkowe mordy, bicie Żydów poruszających się ulicami miast przez umundurowanych Niemców oraz tzw. zabawy. Metodą eksploatacji majątkowej były kontrybucje". Zob. www.sztetl.org.pl/pl/miejscowosci/w/307-wloclawek/99-historia-spolecznosci/138251-historia-spolecznosci, dostęp 1.09.2020. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 28. [wróć]
Tamże, k. 28-29. [wróć]
Szczegółowy opis terroru nazistowskiego wobec społeczności żydowskiej we Włocławku jest dostępny na stronie internetowej Żydowskiego Instytutu Historycznego www.sztetl.org.pl/en/article/wloclawek/5,history. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 5. Wszystkie zdrowe konie zostały zarekwirowane przez polską armię; cywilom pozostały stare i chore zwierzęta. [wróć]
Tamże. [wróć]
Mowa o Leonie Kozłowskim, byłym premierze RP, który zgłosił się w Berlinie jako sojusznik, a także o próbie utworzenia sojuszniczej armii polskiej walczącej u boku hitlerowskich żołnierzy przeciwko ZSRR przez Władysława Studnickiego. Zob. M. Kunicki, Unwanted collaborators: Leon Kozłowski, Wladyslaw Studnicki and the problem of collaboration among Polish Conservative Politicians in World War II, "European Review of History", nr 2(8)/2001, s. 203-220, https://ora.ox.ac.uk/objects/uuid:e620ec58-c600-49a5-8c36-2956e4e80e93, dostęp 27.01.2021; także rozmowa z Włodzimierzem Borodziejem: A. Górski, Hitlerowi nie zależało na polskich kolaborantach, "Focus", 18.02.2010, www.focusnauka.pl/artykul/hitlerowi-nie-zalezalo-na-polskich-kolaborantach, dostęp 28.01.2021. [wróć]
Polacy mieszkający pod zaborem pruskim mówili po niemiecku, co było rezultatem m.in. polityki Bismarcka zmierzającej do całkowitej germanizacji tych terenów. Znajomość języka niemieckiego ułatwiała ponadto pracę w handlu i stanowiła ważny element statusu społecznego. [wróć]
W manuskrypcie Bauman napisał: "Na kapitanie wywarł widocznie duże wrażenie wytworny, literacki język niemiecki, jakim posługiwał się Ojciec, bo poprosił go grzecznie, aby reprezentował wszystkich uchodźców. Przyrzekł gorliwie, że będzie z nim współpracować". [wróć]
Most, o którym wspomina Bauman, był na Narwi. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 30. [wróć]
Tamże, k. 30. [wróć]
W listopadzie 1939 r. po tymczasowej ochronie nowej granicy przez Wehrmacht pojawiła się niemiecka służba graniczna Grenzschutz, przemieszczona z dawnych zachodnich posterunków polsko-niemieckich. Grenzschutz miał reputację formacji okrutnej i agresywnej. Przed listopadem 1939 r. tysiące uchodźców przekroczyło nielegalnie tę granicę, uciekając na wschód. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 31. [wróć]
"W Ostrowi znajdowało się stanowisko dowodzenia dowódcy 3 Armii hitlerowskiej gen. art. G. Kuchlera. 24 IX odbyło się tu spotkanie szefa sztabu 3 Armii, gen mjr. von Bockmana z oficerem sztabu 8 Armii ppłk. Schniewindtem, w czasie którego uzgodniono współdziałanie obu armii w natarciu na Warszawę i Modlin. Znajdowało się także stanowisko dowódcy lotnictwa 3 Armii niemieckiej. Od pierwszych dni okupacji w Ostrowi zapanował terror. Na początku września 1939 r. zamordowano kilkuset Żydów. (...) 11 XI pod zarzutem spowodowania pożaru budynków mieszkalnych i gmachów użyteczności publicznej przy ul. 3 maja (obecnie Świerczewskiego) rozstrzelano ok. 600 osób z ostrowskiej gminy żydowskiej. Pożar ten, jak się okazało, wzniecił 9 XI jeden z agentów hitlerowskich w celach prowokacyjnych" (M. Bartniczak, Ze starych i nowych dziejów Ostrowi Mazowieckiej. Nazwa, herb i geneza miasta, "Ziemia", 1972, s. 63, www.ziemia.pttk.pl/Ziemia/Artykul_1972_006.pdf). [wróć]
Ten region jest podmokły, jesienią i wiosną "płynące łąki" są często spotykane. [wróć]
Było to polskie wyobrażenie tego, jak zdanie "Moja matka jest tutaj" brzmi po rosyjsku. [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 33. [wróć]
Z powodu napływu uchodźców liczba mieszkańców miasteczka wzrosła o około 30% w okresie 1939-1941 - wtedy Mołodeczno liczyło 10 000 mieszkańców. [wróć]
Były to sieci zbudowane z relacji rodzinnych, przyjacielskich, a nawet politycznych. Na przykład Włodzimierz Szer i jego ojciec znaleźli pomoc wśród członków partii Bund. Transport, pracę, możliwości otrzymania żywności i innych koniecznych do przeżycia rzeczy zapewniali im "przyjaciele z Bundu". [wróć]
AIPN, BU 0193/8207, k. 12. W innym dokumencie - życiorysie z października 1949 r., który Bauman pisał, składając dokumenty z podaniem o przystąpienie do PZPR - podaje on dokładniejsze dane: matka pracowała w stołówce oficerskiej nr 2, "Wojengorodka" (Archiwum Państwowe w Warszawie, teczka osobowa Z. Baumana, nr 16 421 (3183), KW PZPR). [wróć]
Z. Bauman, "Polacy, Żydzi i ja" (maszynopis), dz. cyt., k. 34. [wróć]
Tamże. [wróć]
Tamże. [wróć]
Tamże, k. 34-35. [wróć]
Tamże, k. 35-36. Był to tzw. paragraf 11. [wróć]
Ustawa, z której pochodził ów paragraf 11, ograniczała liczbę cudzoziemców (uderzało to głównie w Polaków mieszkających na dawnych polskich terenach), którym wolno mieszkać w miastach; ponadto byli pracownicy polskiego państwa (nauczyciele, żołnierze zawodowi i urzędnicy), a także osoby pochodzące z rodzin arystokratycznych zostali wywiezieni "na Syberię" lub na "białe niedźwiedzie", jak mówiono, co oznaczało deportację. Ludzi, których uważano za przeciwników komunizmu, wysyłano do obozów pracy. Historycy wymieniają cztery fale deportacji, ostatnią zorganizowano w czerwcu 1941 r. i wszystkie zostały przeprowadzone przez NKWD. Deportowani mieli inny status niż więźniowie lub inni przymusowi robotnicy pod kontrolą NKWD. Tylko w rzadkich przypadkach obywatele polscy, którzy uciekli przed nazistowską inwazją i przeżyli w ZSRR, nie byli pod widoczną kontrolą NKWD. Tak było wyraźnie w przypadku rodziny Baumanów. [wróć]
Włodzimierz Szer wspominał o swoim podobnym doświadczeniu szkolnym: "(...) w Baranowiczach Rosjanie otworzyli szkoły z czterema językami wykładowymi: polskim, rosyjskim, jidysz i białoruskim. To chyba były resztki stosunkowo liberalnej polityki oświatowej z lat 20. Ordynarnej rusyfikacji nie widziałem" (W. Szer, Do naszych dzieci. Wspomnienia, Warszawa 2013, s. 93). [wróć]
Rozbieżność w numerach klas wymienionych przez Baumana jest konsekwencją odmiennego systemu edukacji. Gdy wybuchła wojna, Bauman ukończył pierwszą klasę gimnazjum i przygotowywał się do drugiej. Na Białorusi jednak przeskoczył bezpośrednio do klasy trzeciej. Według nowego radzieckiego systemu pierwsza klasa gimnazjum była piątym rokiem uczęszczania do szkoły, więc przeskakując drugą klasę gimnazjum, Bauman pomijał szóstą klasę w Związku Radzieckim i stąd podczas pobytu w Mołodecznie ukończył klasy siódmą i ósmą. [wróć]
AIPN, BU 0193/8207, k. 0023. [wróć]