Wstęp
Nieopodal cumował "Dar Pomorza". Przypłynął widać tylko co z rejsu, bo
burty tu i ówdzie naznaczone są jeszcze świeżymi plamami farby
pokrywającymi liszaje od morskiej wody, a twarze chłopców uwijających
się po pokładzie spalone są na brąz słońcem i wiatrem -?opalenizną,
którą można nabyć jedynie na otwartym morzu.
Przycupnęła więc "biała fregata" tuż za czarną rufą "Batorego",
przysparzając radości zebranej na molo wczasowej gawiedzi, mogącej z bliska obejrzeć legendarny żaglowiec liczący niemal tyle lat, ile polska
marynarka na Bałtyku. Tej samej gawiedzi, która przed chwilą za jedyne
pięć złotych obejrzała dokładnie jego wnętrze. Jeszcze tylko pamiątkowe
zdjęcie na tle białych burt fregaty -?i jeszcze jedno, o tu, na tle
czarnych blach poszycia dziobowej części kadłuba. Uważajcie, kolego! W kadrze musi się znaleźć nazwa statku, a najlepiej aparat ustawić tak, by
litery "Batory" były tuż nad głowami, a jeszcze lepiej, gdy klisza
utrwali też fragment tej grubej liny.
Kiosk z biletami przy trapie pracuje pełną parą. Piątka! Tylko jedyna
piątka! Za pojedynczą monetę można zwiedzić sanktuarium kapitanów na
piętrzącym się mostku, można dotknąć koła sterowego o wyślizganych
setkami rąk szprychach. Można z bliska obejrzeć tysiące innych rzeczy, o których istnieniu nie śniło się nawet szczurom lądowym. A gdy ktoś ma
łut szczęścia, to za kilkadziesiąt złotych spędzi noc w kabinie
okrętowej, a przed położeniem się do łóżka wypije kielicha w barze
dawnej pierwszej klasy. Koniec z ekskluzywnością, koniec ze szczęśliwymi
wybrańcami losu. Dziś może tego dostąpić każdy!
Przywiązany grubymi cumami lin, spięty dziesiątkami żelaznych stopni
trapów z lądem stoi "Batory" opuszczony przez załogę.
Los wysłużonego, wycofanego z obiegu statku jest zawsze jednaki: basen w stoczni remontowej, demontaż urządzeń i bezlitosny syk palników tnących
kadłub na bloki złomu. Czyżby w tym wypadku inne względy przeważyły
chłodne wyrachowania stoczniowców? A jeśli tak -?to w takim razie co?
Sentyment? Przywiązanie? Presja opinii publicznej?
Chyba wszystko po trochu. Gdy prasa przyniosła wiadomość o konieczności
zastąpienia wysłużonego "flagowca" inną, bardziej nowoczesną jednostką,
wszystkim na usta cisnęło się pytanie: a co z "Batorym"? Okazało się
wtedy, że statek nie stanowi jedynej własności armatora -?Polskich Linii
Oceanicznych. Prawa do współdecydowania o jego losie domagali się
wszyscy. I ci, którzy odbywali na jego pokładach rejsy, i ci, którzy
znali go jedynie z nabrzeży Portu Morskiego, i ci, którzy nigdy go nie
widzieli, ale dla których stanowił symbol polskiej bandery na
oceanicznych szlakach.
W publikacjach prasowych, w audycjach radiowych i telewizyjnych
przewijał się jeden motyw -?tradycje biało-czerwonej bandery nie
pozwalają, aby statek w znacznej mierze tworzący tę historię miał ulec
zagładzie.
Tradycje. Złożyły się na nie całe lata morskiej służby. Trzydzieści pięć
zim, wiosen i jesieni spędzonych na morzach i oceanach. Setki rejsów
wzdłuż i wszerz Atlantyku. Setki tysięcy wacht odmierzanych na mostku,
baku i w maszynowni. Dziesiątki tysięcy pasażerów zapełniających tłumnie
salony, bary, sale dancingowe.
Dla wielu z nich pokłady "Batorego" stanowiły pierwszy kontakt z Polską.
Dla wielu -?były skrawkiem ojczyzny. "Godny ambasador swego narodu" -
powtarzano w portach całego świata.
Tradycje polskiej bandery! To także te lata, kiedy zgiełk bitew
przewalał się nad lądami i morzami. To pięć lat morskiej służby, o których niewiele wiedzą zwiedzający "Batorego". Był przecież statkiem
pasażerskim -?jaki więc mógł być jego udział w zmaganiach narodów obydwu
kontynentów? Czymże mogła być jego służba wobec okrętów wojennych
opromienionych nimbem wspaniałych zwycięstw i bohaterskich akcji?
Jedynymi przecież zwycięstwami załogi "Batorego" było doprowadzenie
statku do portu przeznaczenia.
A jednak. Bo przecież nie byłoby tamtych zwycięstw, gdyby nie mordęga
konwojów, gdyby nie krwawe zmagania ze sztormami, z własną słabością. W tym szarym, niepozornym ciągu wypadków i zdarzeń towarzyszących każdemu
rejsowi lat wojennego trudu tkwiło właśnie bohaterstwo zasługujące na
najwyższą chwałę i wdzięczność walczących. Owi marynarze zasłużyli na
nią stokroć.
Cóż my dziś o nich wiemy? Niewiele. Nie znamy nawet większości nazwisk
ludzi tworzących tę część historii "Batorego". Z nielicznych relacji i lakonicznych zapisków trudno oddać ciąg zdarzeń tamtych pięciu lat.
Przyłączmy się do zwiedzających. W hallu, na wysokości całej ściany,
widnieje portret polskiego króla -?przytłumiona czerwień kontusza
wkomponowana w ciepły brąz tła. Przed tym wizerunkiem czarni żołnierze
wojsk kolonialnych pochylali się w głębokim ukłonie.
Na prawo wąski korytarz prowadzi do sekcji kabinowych. Nie było wtedy
puszystych chodników i drewnianych boazerii. Tupotały natomiast buciory
żołnierzy kanadyjskich, angielskich i francuskich poderwanych sygnałem
Action stations!1 Salon po lewej i tamte pomieszczenia
bliżej dziobu też mieściły piętrowe prycze. Na pokładach, przyśrubowane
ciężkimi podstawami, tkwiły stanowiska artylerii.
Mostek... Zmieniło się na nim pięciu kapitanów. Na skrzydłach dzień i noc stały wachty obserwacyjne, penetrujące bez przerwy kipiącą topiel
wody. Z mostku szły komendy do maszyn, do stanowisk artylerii, do ludzi
obsługujących mechanizmy wind.
Pokład dziobowy -?bak. Pociągnięty czystą farbą kryje puste luki
ładowni. Nad nimi -?ramiona dźwigów, bomy. Podciągnięte do góry,
zaknagowane plątaniną lin, już nigdy nie będą pochylały się w głąb
luków. Wtedy ładownie przewoziły setki ton sprzętu wojennego, ukrytego
pod pokładem zastawionym czołgami.
Pokład szalupowy, słoneczny, spacerowy. Sekcje A, B, C, D. Plątanina
korytarzy, schodów, ciasnych pomieszczeń i przestronnych sal.
Czternaście tysięcy osiemset siedem ton wyporności. Dziś pod rufą śruby
powoli obrastają zielonym szlamem. Łańcuchy kotwiczne, zwinięte na
braszpilach, pokrywają się rdzą. Schody dwóch trapów -?solidnych, nie
tamtych, ale specjalnie przystosowanych do lądowej służby "Batorego" -
skrzypią pod nogami zwiedzających.
Rejs numer 39
Na nabrzeżu było niewiele osób -?kilku urzędników z GAL-u w ciemnych
ubraniach i zwykły przy takiej okazji tłumek gapiów.
Portowa orkiestra grzmiała marszem. Z polera ześliznęła się ostatnia
cuma, dwukrotny ryk syreny przygłuszył na moment grzmienie trąb i bębnów. Biała plama spienionej śrubami wody powoli wydłużała się za
rufą, układając się w warkocz kilwateru. Na pokładzie spacerowym
nieliczni pasażerowie machali chusteczkami w stronę lądu. Transatlantyk
powoli oddalał się od nabrzeża. Lekka bryza wypełniła kolorowe szmatki
gali flagowej i banderę na rufie. O kilkadziesiąt metrów od brzegu
"Batory" zaprezentował się w pełnej krasie, defilując całym majestatem
burty.
Ceremonia pożegnania statku dobiegła końca, Leon Wyszke składał klarnet
do futerału.
-?No to koniec na dzisiaj. Przy tym upale trudno z płuc wykrzesać
powietrze.
Mazur nie odpowiadał. Szli chwilę w milczeniu. Mimo pięknej, letniej
pogody ruch na ulicach był niewielki. O ile jeszcze dziesięć dni temu
plaże, pensjonaty, lokale i bary trzeszczały w szwach, to od kilku dni
Gdynia opustoszała. Ogłoszona mobilizacja oraz pojawienie się nad portem
Marynarki Wojennej niemieckiego samolotu wywołały w tym beztroskim,
kolorowym tłumku nastroje graniczące z paniką. Jazgot działek
przypomniał, że alarmujące wieści nadchodzące z głębi kraju zwiastują
tym razem groźbę konkretną. Niemcy. Nie widać ich tego lata w Gdyni, ale
przecież obecność ich wyczuwa się na każdym kroku. Wczoraj samolot, co
będzie jutro? Niedaleki Gdańsk, rozwrzeszczany Parteitagami, krwawy od
flag i brunatny od mundurów, kładł się ponurym cieniem na Gdynię.
Wyszke i Mazur minęli skwer, skręcając w lewo, w Świętojańską.
Klarnecista przerwał milczenie:
-?Dzieci już przyjechały?
-?Spodziewamy się ich jutro. Wysłałem depeszę do matki. -?Chwilę
zastanawia się. -?Chociaż nie wiem, czy robimy dobrze. Zawsze tam u babci bezpieczniej. Ale Irka chce mieć dzieci przy sobie... Dostałem
kartę mobilizacyjną -?dodaje po chwili.
-?Będziesz grał wojskowe marsze na defiladach.
-?Nie, Leon. -?Zatrzymali się, by przepuścić samochód. -?Nie.
Przyjechała wczoraj siostra żony z Gdańska. Jej mąż pracuje na Poczcie
Polskiej. Tam naprawdę szykują się do wojny. Opowiadała, że nie ma dnia,
by nie zniszczono polskich skrzynek pocztowych, by nie napadnięto kogoś
na ulicy. Tam się już wyczuwa wojnę.
-?Tak -?Wyszke kiwa głową. -?Ale nie jesteśmy przecież bezbronni. Mamy
silną armię, mamy okręty, mamy lotnictwo... Nie masz racji, Janek. To
się na pewno skończy ugodą i za miesiąc będziemy się z tego śmiać.
Hitler nigdy nie zdecyduje się na wojnę. Wie, że mamy za sobą Anglię i Francję, wie, że...
-?A widziałeś, co dzieje się w porcie? -?Mazur przerwał mu w pół słowa.
-?Widziałeś? Ani jednego statku na redzie, pusto. W basenie węglowym
jeden jedyny Grek i to tak się spieszy z załadunkiem, jakby mu się
pokład palił pod nogami. Zresztą, którego dziś mamy? Dwudziestego
czwartego, tak? A kiedy według planu miał odpłynąć "Batory"?
Dwudziestego ósmego! A "Sobieski"? Odpłynął dwa tygodnie wcześniej! A inne? Ledwo zawiną, zaraz ładują bunkier i jazda z powrotem! A to, że
rodziny tych wszystkich ministrów i dyrektorów spakowały w połowie
miesiąca manatki w Juracie i Jastarni, to też nic? W środku sezonu i przy takiej pogodzie?
Wyszke milczy. To, co mówi Mazur, jest jasne i oczywiste. Wie o tym
równie dobrze jak i on. Przypomniał mu się teraz syn, podporucznik
Marynarki Wojennej, który cztery dni temu na gwałt pakował swój worek.
Jakby odgadując, Mazur pyta:
-?A jak tam Paweł? Jeszcze na urlopie?
-?Nie, cofnięto im przepustki. Wyszli już w morze...
Tymczasem "Batory", minąwszy lewą burtą trawers latarni na Helu, wziął
kurs na północny zachód. Stewardzi kończyli rozmieszczanie bagażu,
pasażerowie rozlokowywali się w kabinach. Niewielu ich było w tym rejsie
-?grupa Polonii amerykańskiej powracająca z wakacji w kraju, kilku
Anglików i Szwedów. GAL obiecywał wprawdzie trochę pasażerów w Kopenhadze i portach angielskich, ale to i tak nie zapowiadało kompletu.
Pogoda była upalna. Na pokładzie słonecznym -?sun decku -?ustawiono
leżaki, rozpięto markizy i większość pasażerów opalała się.
Dowódca statku, kapitan żeglugi wielkiej Eustazy Borkowski, jak zwykle
rozpoczął rejs instrukcją dla oficerów:
-?Proszę panów, w chwili obecnej jesteśmy cząstką Polski i choć
niewielka to cząstka, godnie musimy reprezentować dobre imię naszego
narodu...
Kapitan Borkowski, zwany "Szamanem Morskim", był jedną z najbarwniejszych postaci żeglugi pasażerskiej. Należał do tej nielicznej
już grupy starych kapitanów, którzy morską karierę rozpoczynali jeszcze
przed pierwszą wojną światową. Wychowanek szkoły morskiej w Odessie,
lata całe spędził na żaglowcach w czasie, gdy na statkach panowała
atmosfera, jaką znaleźć można było jedynie we wspomnieniach starych
wilków morskich. "Pierwszy po Bogu" dowodził jednostką według własnych
ocen i przyzwyczajeń. Załogę traktował jak swą własność, a wspólnie
spędzane lata narzucały marynarzom piętno jego osobowości.
Znaczenie kapitana zostało podważone przez zastąpienie żagli maszyną,
ale przyzwyczajenie z czasów, gdy pierwsze i ostatnie słowo na statku
należało do dowódcy, trwało wśród załóg jeszcze długo. Takich kapitanów
otrzymały pierwsze polskie transatlantyki. Jednym z nich był Eustazy
Borkowski.
Przydomek "Szaman Morski" zyskał dzięki niezwykłym misteriom, jakie
zwykł celebrować przy każdej okazji. Bowiem "Szaman Morski" uważał za
główny obowiązek kapitana "czarowanie pasażerów", opierając się na
naukowej zasadzie, że "to, co daje nam szczęście, nie jest fikcją".
Ale tym razem w kabinie nawigacyjnej brak było tej beztroskiej
atmosfery. Ostatnie dni spędzone w porcie zwiastowały nieuchronne
zbliżanie się czegoś groźnego i choć nikt jeszcze nie wypowiedział słowa
"wojna", to przecież cisnęło się ono na usta każdemu z oficerów
siedzących teraz w fotelach kabiny nawigacyjnej. Kapitan Borkowski
szybko skończył odprawę. Lepiej niż reszta wiedział o nadchodzącej
groźbie wojny. Podczas konferencji w GAL-u przedstawiciel Departamentu
Morskiego Ministerstwa Przemysłu i Handlu nie ukrywał poważnych obaw.
Ba, z informacji składanej przez oficerów z Dowództwa Floty wynikało, że
jest ona nieuchronna i rozpoczęcia działań należy się spodziewać lada
dzień. "Szaman" wychodził z biura z przekonaniem, że w jego życiu coś
się rwie, psuje, że zaczyna się panoszyć chaos. Bo mimo pozorów lata
morskiej praktyki nauczyły go rozumować ściśle, z matematyczną
dokładnością. I ta właśnie matematyka zaczynała zawodzić. Wsiadając do
"Forda", raz jeszcze usiłował uporządkować myśli, które chaotycznie
cisnęły mu się do głowy. I stwierdził ze smutkiem, że wielu rzeczy nie
jest w stanie zrozumieć i pojąć.
Potem wszystko potoczyło się piorunem. Nagła decyzja odpłynięcia,
wręczenie szarej, zalakowanej koperty i pośpiech, z jakim niemalże
wypchnięto statek na morze. Siedząc teraz w swojej kabinie, raz jeszcze
usiłował przeprowadzić analizę ostatnich wydarzeń.
Na biurku piętrzyły się stosy papierzysk, ale "Szaman" nawet nie
spojrzał w tym kierunku. Nie wyciągnął też ręki po filiżankę kawy, która
parowała przed nim na stole. Myślał o statku. Myślał, jaki los czeka tę
chlubę polskiej żeglugi pasażerskiej.
Istotnie, "Batory", wybudowany zaledwie przed czterema laty we włoskiej
stoczni Cantieri Riuniti dell'Adriatico w Monfalcone, był statkiem
niezwykle udanym, a jednocześnie jednym z najnowocześniejszych
transatlantyków w swojej klasie. Posiadał pojemność 14 287 BRT, długość
-?152 m, szerokość -?21,5 m, a jego dwie maszyny rozwijały szybkość 16
węzłów. Na siedmiu pokładach i w dziewięciu sekcjach kabinowych zabierał
816 pasażerów, zaś liczne bary, restauracje, salony i sale dancingowe
zapewniały pasażerom komfort podróży.
Międzynarodowa organizacja armatorów uprawiających żeglugę pomiędzy
Europą i Ameryką zakwalifikowała polski statek na dziewiątym miejscu w tzw. trzeciej grupie. Była to lokata bardzo wysoka. Najlepsze miejsca,
jakie zajmowały dotąd polskie jednostki, dotyczyły piętnastej,
przedostatniej, pozycji grupy turystycznej.
Kawa w filiżance stygła. Wentylator w kabinie mieszał rozgrzane
powietrze, szeleszcząc na biurku kartkami papieru. "Szaman" wstał ciężko
z fotela i sięgnął po telefon.
-?Mostek -?usłyszał w słuchawce.
-?Kapitan. Jak tam na górze?
-?Idę wyznaczonym kursem.
-?Kiedy był trawers Rozewia?
To było jedyne służbowe pytanie, zadane jakby dla zachowania pozorów
niezbędnego zainteresowania podróżą i statkiem. "Batory" szedł kursami
wyżłobionymi na mapach, niewzruszony, niezmienny, systematyczny.
Nabieżniki i pozycje zgadzały się niemal po aptekarsku. Letnia nawigacja
na Bałtyku nie przedstawiała żadnych trudności, morze było spokojne,
wolne od niespodzianek, pomierzone jak trzeba wszerz, wzdłuż i w głąb.
Na mostek "Szaman" wszedł dopiero przed wieczorem. Po sprawdzeniu kursu
z kompasem sięgnął po dziennik okrętowy, gdzie pod numerem "39"
rozpoczęto wpisywanie wydarzeń towarzyszących temu dziwnie zaczętemu
rejsowi.
Port w Kopenhadze przywitał "Batorego" równie piękną pogodą, jaką
żegnała go Gdynia. Pilot, mały przysadzisty mężczyzna, ubrany mimo upału
w gruby sweter, zgrabnie podprowadził statek do nabrzeża. Po zrzuconym
trapie na pokład weszło kilkanaście osób -?celnicy, urzędnicy portowi i służba sanitarna -?zwykłe formalności towarzyszące zawinięciu statku do
obcego portu. Celnikami zajął się pierwszy oficer, kpt. Franciszek
Szudziński. Kapitan Borkowski witał w swojej kabinie kopenhaskiego
przedstawiciela armatora. Gabinet tonął w półmroku zaciągniętych na
iluminatory zasłon.
-?Niestety -?zaczął urzędnik -?nie przynoszę panu najlepszych
wiadomości. Przede wszystkim niech pan postara się ograniczyć pobyt w porcie do minimum. Tu są listy pasażerów -?wyciągnął plik papierów z czarnej teczki. -?Duńczykom zależy, byście jak najszybciej wyszli w morze -?dodał.
"Szaman", rozparty w fotelu, uważnie wpatrywał się w jego twarz.
-?Co sądzi pan o tej sytuacji?
-?Trudno powiedzieć coś konkretnego. Ale tutejsza kolonia niemiecka
przejawia wzmożoną aktywność, a w publikacjach prasowych odczuwamy
niepokojące nas, Polaków, nastroje. Dotyczy to -?dodał szybko -
oczywiście tylko pewnych kręgów, ale...
-?Jakie jest stanowisko władz duńskich? -?przerwał mu kapitan.
-?Nic nam na razie oficjalnie nie zakomunikowano. Ale, jak wnioskuję,
jesteśmy tu teraz bardzo kłopotliwymi gośćmi.
-?A jaki jest stosunek do Niemców?
-?Obawiam się, że zdecydowanie inny.
-?No, tak. -?Kapitan postawił kieliszek na stole. -?Postaramy się nie
przysparzać gospodarzom kłopotów naszym pobytem. A listy pasażerów
proszę przekazać intendentowi.
Urzędnik zatrzymał się jeszcze:
-?Mam nadzieję, że centrala zaopatrzyła pana kapitana we wszystkie -
podkreślił z naciskiem -?dyspozycje?
-?Mam je tutaj -?"Szaman" wskazał na sejf. -?Obym tylko nie musiał z nich korzystać...
-?Oby...
Kapitan Borkowski wyszedł na mostek. Po trapach wchodzili pasażerowie,
krany podawały z nabrzeża awizowany ładunek. Wolna od wachty załoga
stała przy burtach, oparta o relingi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki