Bastard - Andrzej Dziurawiec

Kup ebooka

31.90 zł
26.48 zł (19,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

GRA

Po­nie­dzia­łek, 6 czerw­ca

Wa­dim Tro­chi­mow bez kło­po­tów prze­szedł przez kon­tro­lę cel­ną i pasz­por­to­wą. W ba­ga­żu nie było żad­nych po­dej­rza­nych przed­mio­tów, pasz­port nie bu­dził za­strze­żeń. Uwa­gę ofi­ce­ra stra­ży gra­nicz­nej zwró­ci­ła oczy­wi­ście wiza Re­pu­bli­ki Nad­dnie­strzań­skiej, ale wi­zy­ta w Ty­ra­spo­lu nie jest prze­cież prze­stęp­stwem. Na wszel­ki wy­pa­dek ze­ska­no­wał jed­nak pasz­port Wa­di­ma. Prze­pu­ścił go i za­jął się na­stęp­nym pa­sa­że­rem.

Ba­szir pił kawę, czy­tał bry­tyj­skie wy­da­nie "New­swe­eka" i tyl­ko od cza­su do cza­su z roz­tar­gnie­niem roz­glą­dał się po hali przy­lo­tów, ani na chwi­lę nie za­trzy­mu­jąc wzro­ku na Wa­di­mie. Kie­dy Wa­dim ode­brał wresz­cie swój ba­gaż i wy­szedł z ter­mi­na­lu, Ba­szir nie­spiesz­nie zło­żył ga­ze­tę, scho­wał ją do kie­sze­ni kurt­ki, do­pił kawę i rów­nież wy­szedł z hali. In­nym wyj­ściem niż Wa­dim. Za­pa­lił pa­pie­ro­sa, po­pa­trzył na pięk­ną dziew­czy­nę wsia­da­ją­cą do tak­sów­ki, uśmiech­nął się do niej. Dziew­czy­na nie od­wza­jem­ni­ła uśmie­chu, za­mknę­ła drzwi sa­mo­cho­du i od­je­cha­ła. Wa­dim wsiadł do na­stęp­nej tak­sów­ki. Ba­szir bar­dzo uważ­nie ga­sił pa­pie­ro­sa, sto­jąc ty­łem do od­jeż­dża­ją­ce­go Wa­di­ma. Do­pie­ro póź­niej wy­jął te­le­fon, po­wie­dział kil­ka słów w dziw­nym, gar­dło­wym ję­zy­ku i roz­łą­czył się.

Dys­kret­nie roz­miesz­czo­ne ka­me­ry za­re­je­stro­wa­ły oczy­wi­ście obu męż­czyzn. Za­re­je­stro­wa­ły na­wet mar­kę pa­pie­ro­sów Ba­szi­ra i nu­mer tak­sów­ki, któ­rą od­je­chał Wa­dim. Port Lot­ni­czy imie­nia Fry­de­ry­ka Cho­pi­na ma bar­dzo spraw­ny sys­tem mo­ni­to­rin­gu i funk­cjo­na­riu­sze Agen­cji Bez­pie­czeń­stwa We­wnętrz­ne­go, któ­rzy póź­niej prze­glą­da­li na­gra­nia, bez tru­du zi­den­ty­fi­ko­wa­li obu dżen­tel­me­nów. Tyle że było już za póź­no, o wie­le za póź­no.

Ka­me­ry, nie na lot­ni­sku, ale na Dwor­cu Za­chod­nim, za­re­je­stro­wa­ły też przy­jazd au­to­bu­su Wojt­ka Glin­ki. Dużo póź­niej śled­czy pró­bo­wa­li ja­koś po­łą­czyć te fak­ty, bez po­wo­dze­nia. Glin­ka nie miał nic wspól­ne­go ani z mor­der­ca­mi, ani z Re­pu­bli­ką Nad­dnie­strzań­ską, tym dzi­wacz­nym kra­jem, któ­ry ma sto­li­cę, gra­ni­ce, rząd, pre­zy­den­ta, fla­gę, ma na­wet wła­sny hymn, a jed­nak nie uzna­je go żad­ne pań­stwo świa­ta, na­wet Ro­sja. Przy­najm­niej ofi­cjal­nie. Re­pu­bli­ka Nad­dnie­strzań­ska ma też nie­źle roz­wi­nię­ty, choć do­syć jed­no­rod­ny prze­mysł i ogrom­ne za­pa­sy pro­duk­tów bar­dzo ce­nio­nych w wie­lu re­gio­nach kuli ziem­skiej. Dla­te­go ofi­cer stra­ży gra­nicz­nej zwró­cił uwa­gę na stem­pel z Ty­ra­spo­la, ze­ska­no­wał pasz­port Wa­di­ma i prze­słał in­for­ma­cję do Agen­cji Bez­pie­czeń­stwa We­wnętrz­ne­go.

Wa­dim po­je­chał do ho­te­lu So­fi­tel na pla­cu Pił­sud­skie­go. W tak­sów­ce ani razu nie spoj­rzał za sie­bie, nie spraw­dzał, czy jest śle­dzo­ny. Nie za­uwa­żył więc ja­sne­go mer­ce­de­sa, któ­ry je­chał za jego tak­sów­ką. Kie­row­ca mer­ce­de­sa za­par­ko­wał na ty­łach Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych i wszedł za Wa­di­mem do ho­te­lu. Pod­szedł do re­cep­cji, po­czę­sto­wał się fol­de­rem re­kla­mo­wym. Na mel­du­ją­ce­go się wła­śnie Wa­di­ma na­wet nie spoj­rzał. Póź­niej usiadł przy sto­li­ku w bar­ku, za­mó­wił kawę i wodę mi­ne­ral­ną. Wy­glą­dał jak je­den z wie­lu pod­rzęd­nych biz­nes­me­nów, któ­rzy prze­sia­du­ją w tym bar­ku od cza­sów, kie­dy ho­tel na­zy­wał się jesz­cze Vic­to­ria i był je­dy­nym po­rząd­nym ho­te­lem w mie­ście. Kie­row­ca mer­ce­de­sa nie był biz­nes­me­nem, lecz tak jak oni na­tych­miast wy­jął ko­mór­kę i wy­brał nu­mer.

Ho­tel So­fi­tel rów­nież jest mo­ni­to­ro­wa­ny. Ka­me­ry za­re­je­stro­wa­ły kie­row­cę, ale nig­dy nie zo­stał zi­den­ty­fi­ko­wa­ny. Stwier­dzo­no, że po­wie­dział tyl­ko kil­ka słów i roz­łą­czył się. Nie usta­lo­no jed­nak, w ja­kim ję­zy­ku wy­po­wie­dział te sło­wa. Przy­ję­to hi­po­te­zę, że prze­ka­zał ko­muś nu­mer po­ko­ju, w któ­rym za­trzy­mał się Wa­dim. Była to słusz­na hi­po­te­za.

Ofi­cer dy­żur­ny za­rzą­du kontr­wy­wia­du Agen­cji Bez­pie­czeń­stwa We­wnętrz­ne­go nie zlek­ce­wa­żył in­for­ma­cji o przy­lo­cie oby­wa­te­la Fe­de­ra­cji Ro­syj­skiej, któ­ry po­dró­żo­wał do na­sze­go kra­ju przez sto­li­cę Re­pu­bli­ki Nad­dnie­strzań­skiej. Nie­mal rów­nie szyb­ko jak Ba­szir do­wie­dział się, w któ­rym po­ko­ju któ­re­go ho­te­lu Wa­dim się za­trzy­mał. Zle­co­no dys­kret­ną ob­ser­wa­cję.

A Wa­dim naj­zwy­czaj­niej w świe­cie roz­pa­ko­wał się i po­szedł spać. Nikt do nie­go nie dzwo­nił, on rów­nież nie pró­bo­wał do ni­ko­go te­le­fo­no­wać.

O osiem­na­stej dwa­dzie­ścia trzy za­mó­wił ko­la­cję do po­ko­ju. Jaj­ka na be­ko­nie, sery i sok grejp­fru­to­wy. Ofi­cer uda­ją­cy kel­ne­ra nie za­uwa­żył ni­cze­go po­dej­rza­ne­go. Może poza tym, że Wa­dim nie dał mu na­piw­ku.

Póź­niej była strasz­na awan­tu­ra mię­dzy kie­row­nic­twem ho­te­lu a Agen­cją, kto ma za­pła­cić za tę ko­la­cję. Ho­tel gro­ził pro­ce­sem. Dla świę­te­go spo­ko­ju Agen­cja ure­gu­lo­wa­ła ra­chu­nek. Za ko­la­cję. Za noc­leg za­pła­cić nie chcia­ła.

Po ko­la­cji Wa­dim zszedł do pod­zie­mi ho­te­lu, w któ­rych znaj­du­je się nie­wiel­ki ba­sen. Pły­wał dzie­więt­na­ście mi­nut. W tym cza­sie prze­szu­ka­no jego po­kój, ale nie zna­le­zio­no ni­cze­go god­ne­go uwa­gi. Za­in­sta­lo­wa­no rów­nież pod­słuch i ka­me­ry. Sprzęt był no­wo­cze­sny i nie­za­wod­ny. Jed­nak nie na­grał żad­ne­go ma­te­ria­łu. Wa­dim nie wró­cił do po­ko­ju.

Znik­nię­cie Wa­di­ma spo­wo­do­wa­ło w Agen­cji zro­zu­mia­łe po­ru­sze­nie. Po­wo­ła­no spe­cjal­ną gru­pę śled­czą, za­rzą­dzo­no po­szu­ki­wa­nia. Bez re­zul­ta­tu. Od­na­le­zio­no go po pię­ciu dniach na ce­men­to­wej po­sadz­ce Fa­bry­ki Li­kie­rów i Wó­dek Ga­tun­ko­wych. Nie żył od szes­na­stu mi­nut. Na­wet naj­lep­sza ka­mi­zel­ka ku­lo­od­por­na nie chro­ni przed strza­łem z pi­sto­le­tu au­to­ma­tycz­ne­go w twarz.

Ba­szir Du­ga­jew był tyl­ko umiar­ko­wa­nie za­nie­po­ko­jo­ny znik­nię­ciem Wa­di­ma. Zda­wał so­bie spra­wę, że służ­by pew­nie za­re­je­stro­wa­ły jego przy­lot, a Wa­dim na pew­no nie chciał mieć z nimi do czy­nie­nia. Nie dzi­wił mu się. Nie­mniej spo­licz­ko­wał kie­row­cę mer­ce­de­sa, któ­ry po­zwo­lił wy­mknąć się Wa­di­mo­wi z ho­te­lu. Ot tak, dla za­sa­dy. Nie lu­bił tra­cić kon­tro­li nad wy­da­rze­nia­mi. Nic dziw­ne­go; gdy­by nie ob­se­syj­na kon­tro­la wszyst­kich i wszyst­kie­go, nie do­żył­by swo­ich czter­dzie­stu dwóch lat, w jego fa­chu wie­ku na­praw­dę po­de­szłe­go. Nie szu­kał Wa­di­ma, wie­dział, że Wa­dim go znaj­dzie. Miał prze­cież trzy mi­lio­ny mo­ty­wa­cji. Nie wie­dział, że znaj­dzie go tak szyb­ko.

Tyl­ko trzy oso­by zna­ły war­szaw­ski ad­res Ba­szi­ra: Maja, jego pol­ska dziew­czy­na, kie­row­ca mer­ce­de­sa i at­ta­ché pra­so­wy am­ba­sa­dy Is­lam­skiej Re­pu­bli­ki Ira­nu. Zdzi­wił się więc nie­co, kie­dy póź­nym wie­czo­rem wszedł do swe­go miesz­ka­nia, za­pa­lił świa­tło i zo­ba­czył Wa­di­ma sie­dzą­ce­go w fo­te­lu i prze­glą­da­ją­ce­go jego im­po­nu­ją­cą ko­lek­cję pism por­no­gra­ficz­nych. Ba­szir pod­niósł ręce do góry. Tak na wszel­ki wy­pa­dek.

- Ko­ran nie za­bra­nia por­no­gra­fii?

- Nie mam bro­ni - od­po­wie­dział uprzej­mie Ba­szir.

- A for­sę?

- Po­piel­nicz­ka. - Wska­zał gło­wą peł­ną nie­do­pał­ków tan­det­ną po­piel­nicz­kę z su­per­mar­ke­tu sto­ją­cą na sto­li­ku obok fo­te­la. Ręce wciąż trzy­mał w gó­rze.

Wa­dim obej­rzał po­piel­nicz­kę, ni­cze­go nie za­uwa­żył.

- Pod spodem - pod­po­wie­dział Ba­szir.

Wa­dim wy­rzu­cił pety na dy­wan, od­wró­cił po­piel­nicz­kę. Nic. Tyl­ko stan­dar­do­wa met­ka z ceną. Bez ostrze­że­nia rzu­cił po­piel­nicz­kę Ba­szi­ro­wi. Ten zła­pał ją, de­li­kat­nie od­kle­ił met­kę. Pod spodem był wą­ziut­ki pa­sek cien­kie­go pa­pie­ru.

- Po­łóż na sto­le. Cof­nij się.

Ba­szir speł­nił oba po­le­ce­nia. Wa­dim się­gnął po pa­pie­rek: sze­reg cyfr, druk kom­pu­te­ro­wy. Przez chwi­lę pró­bo­wał roz­szy­fro­wać cy­fry, coś mu się nie zga­dza­ło.

- Co to jest?

- Do­wód prze­le­wu. Kon­to nu­me­rycz­ne.

- Ale to nie są Wy­spy Nor­mandz­kie!

- An­go­le zro­bi­li się strasz­nie wścib­scy. Wil­lem­stad.

- Ja­kie Wil­lem­stad?!

- Sto­li­ca Cu­ra­çao.

- Co to, do kur­wy nę­dzy, jest Cu­ra­çao?!

- An­ty­le Ho­len­der­skie.

- No chy­ba, że tak.

Ho­lan­dia, rzecz ja­sna, wal­czy z mię­dzy­na­ro­do­wym ter­ro­ry­zmem. Wal­czy, ale prze­cież nie aż tak, żeby kon­tro­lo­wać ban­ki na swo­ich ka­ra­ib­skich wy­sep­kach. Poza tym wy­spy mają au­to­no­mię. Ta au­to­no­mia ogrom­nie cie­szy mię­dzy­na­ro­do­wych oszu­stów fi­nan­so­wych i wszel­kiej ma­ści gru­py ter­ro­ry­stycz­ne.

Ba­szir był wście­kły, że dał się za­sko­czyć w swo­im wła­snym miesz­ka­niu i musi stać przed tym nie­wier­nym psem z pod­nie­sio­ny­mi rę­ka­mi. Mimo to nie ucie­szy­ło go po­le­ce­nie Wa­di­ma.

- No i co tak sto­isz? Sia­daj.

Do­pie­ro w tym mo­men­cie na­praw­dę znie­na­wi­dził Wa­di­ma i obie­cał so­bie, że gdy już za­koń­czą ope­ra­cję, oso­bi­ście po­de­rżnie mu gar­dło.

Wa­dim miał w du­pie ma­rze­nia Ba­szi­ra, dla nie­go ten skur­wy­syn już te­raz był tru­pem. Uśmiech­nął się do nie­go czu­le, za­pro­po­no­wał:

- Wy­pi­je­my coś?

Wy­pi­li. Po­ga­da­li. Do­ga­da­li się.

POCZĄTEK

Nie­któ­rzy twier­dzą, że wszyst­ko za­czę­ło się w po­nie­dzia­łek 6 czerw­ca 2011 roku. Tego dnia lo­tem nu­mer BA 3663 z Miń­ska przy­le­ciał do War­sza­wy Wa­dim Tro­chi­mow. Wa­dim nie miał na imię Wa­dim i nie był biz­nes­me­nem. Był za­bój­cą. Nie był rów­nież oby­wa­te­lem Fe­de­ra­cji Ro­syj­skiej, któ­rej pasz­por­tem się le­gi­ty­mo­wał.

W hali przy­lo­tów por­tu lot­ni­cze­go imie­nia Fry­de­ry­ka Cho­pi­na cze­kał na nie­go Ba­szir Du­ga­jew. Ba­szir nie miał na imię Ba­szir i nie był cze­czeń­skim uchodź­cą. Nie zaj­mo­wał się też zbie­ra­niem ma­te­ria­łów do pra­cy dok­tor­skiej o Cha­za­rach. Zaj­mo­wał się za­bi­ja­niem.

Wojt­ka Glin­ki nikt nie spon­so­ro­wał, był skrom­nym ar­chi­wi­stą, do­cho­dy miał ogra­ni­czo­ne. Wró­cił ze Szko­cji au­to­bu­sem. O czter­na­stej trzy­dzie­ści sześć wy­siadł z nie­go na Dwor­cu Za­chod­nim. Jego nie­mal rów­no­cze­sne z Wa­di­mem po­ja­wie­nie się w War­sza­wie było zwy­kłym przy­pad­kiem, choć póź­niej snu­to na ten te­mat róż­ne teo­rie.

Tego sa­me­go dnia przy­le­ciał z Edyn­bur­ga do War­sza­wy me­ce­nas Kon­stan­ty Se­mir Sol­tan. Jego po­dróż nie mia­ła nic wspól­ne­go ani z Wa­di­mem, ani z Ba­szi­rem. Był to je­den z licz­nych lo­tów me­ce­na­sa na tej tra­sie. Jed­nak tym ra­zem me­ce­nas nie prze­by­wał w Szko­cji w in­te­re­sach. To­wa­rzy­szył sy­no­wi. Kon­stan­ty Se­mir Ju­nior ukoń­czył edu­ka­cję w pry­wat­nej szko­le w Szko­cji i przed stu­dia­mi w Oks­for­dzie chciał od­wie­dzić oj­czy­znę.

Bar­dziej wta­jem­ni­cze­ni twier­dzą, że wszyst­ko za­czę­ło się owszem 6 czerw­ca, ale 1916 roku, kie­dy sta­ry ksią­żę Sol­tan-Puń­ski pierw­szy raz zo­ba­czył mi­łość swo­je­go ży­cia. Sta­ry ksią­żę nie był jesz­cze wte­dy sta­ry, a oko­licz­no­ści spo­tka­nia wca­le nie były ro­man­tycz­ne.

Ma­te­usz oczy­wi­ście upie­rał się, że tak na­praw­dę wszyst­ko za­czę­ło się jesz­cze wcze­śniej, znacz­nie wcze­śniej: szó­ste­go dnia szó­ste­go mie­sią­ca roku smo­ka, kie­dy w ste­pie nad wiecz­ną rze­ką Onon na­ro­dził się Te­mu­dżin, zna­ny świa­tu jako Czyn­gis-Chan, wład­ca sze­ściu stron świa­ta.

Sa­lo­mon We­iss kpił z tych teo­rii, tłu­ma­czył Szu­ber­to­wi, że to wszyst­ko bzdu­ry, że je­śli już szu­kać po­cząt­ku, to tak na­praw­dę wszyst­ko za­czę­ło się szó­ste­go dnia stwo­rze­nia, kie­dy Pan stwo­rzył czło­wie­ka. Po­noć na swój ob­raz i po­do­bień­stwo. Być może. Jed­nak ko­lej­ne ko­pie, od­bit­ki z od­bi­tek, co­raz mniej przy­po­mi­na­ły pier­wo­wzór. Pier­wot­ny ob­raz za­tarł się nie­mal zu­peł­nie i te­raz... Pew­nie miał ra­cję. Sa­lo­mon za­wsze miał ra­cję.

Ale nikt, na­wet Sa­lo­mon We­iss, nig­dy się nie do­wie­dział, że mor­der­ca za­bi­jał już wcze­śniej. Trzy­dzie­ści lat temu za­bił po raz pierw­szy. Miał wte­dy dwa­na­ście lat. Trzy lata póź­niej pró­bo­wał za­bić po­now­nie. O pierw­szym mor­der­stwie nie wie­dział nikt, o pró­bie dru­gie­go wie­dzia­ło, poza mor­der­cą, sześć osób. Żad­na z nich nie od­wa­ży­ła się po­wia­do­mić bry­tyj­skich or­ga­nów ści­ga­nia. Gdy­by któ­raś z nich to zro­bi­ła, być może świa­to­we me­dia nie mó­wi­ły­by o mor­do­wa­niu Ży­dów w War­sza­wie, nie by­ło­by sze­ściu ofiar, a mózg mor­der­cy nie obry­zgał­by twa­rzy Szu­ber­ta.

ARCHIWISTA

Woj­tek Glin­ka był sze­re­go­wym urzęd­ni­kiem Ar­chi­wum Akt Daw­nych w War­sza­wie. Miał trzy­dzie­ści sie­dem lat, ma­gi­ste­rium z hi­sto­rii i żonę, w któ­rej wciąż, po dwu­na­stu la­tach mał­żeń­stwa, był bez­na­dziej­nie za­ko­cha­ny. Miał też hob­by. Szu­kał współ­cze­snych po­tom­ków Czyn­gis-Cha­na. Nie wszyst­kich. In­te­re­so­wa­ła go tyl­ko jed­na, kon­kret­na li­nia po­tom­ków wiel­kie­go cha­na. To po­szu­ki­wa­nie spo­wo­do­wa­ło, że wy­dał więk­szość mie­sięcz­nej pen­sji na trzy­dnio­wą po­dróż do Szko­cji. Te­raz się za­sta­na­wiał, jak wy­tłu­ma­czy żo­nie ten wy­da­tek.

Do­ra­stał w Gli­nia­nach, ma­łej, za­pusz­czo­nej osa­dzie na Po­le­siu Lu­bel­skim, w cie­niu mo­nu­men­tal­nych ruin naj­wspa­nial­sze­go nie­gdyś pa­ła­cu Rze­czy­po­spo­li­tej. Ba­wił się w nich jako dziec­ko, szu­kał skar­bów i ta­jem­ne­go tu­ne­lu, któ­ry po­noć łą­czył pod­zie­mia pa­ła­cu z od­le­głą o dwa ki­lo­me­try farą.

Był pa­nień­skim dziec­kiem. Nig­dy nie do­wie­dział się, kto był jego oj­cem. Cza­sa­mi roił so­bie, że jest sy­nem księ­cia, że pew­ne­go dnia... Póź­niej, kie­dy Ży­dzi wró­ci­li do mia­stecz­ka, wy­obra­żał so­bie, że jest po­tom­kiem Na­chma­na Gold­far­ba, sław­ne­go ra­bi­na-cu­do­twór­cy, któ­ry żył, czy­nił cuda i umarł w Gli­nia­nach. Wy­znaw­cy z ca­łe­go świa­ta piel­grzy­mo­wa­li do gro­bu ra­bi­na. Fa­scy­no­wa­li Wojt­ka. Aż w koń­cu sam, bez ni­czy­jej po­mo­cy, za­czął po­rząd­ko­wać za­ro­śnię­ty ziel­skiem, za­po­mnia­ny kir­kut. Póź­niej do­łą­czy­li do nie­go ko­le­dzy z li­ceum. Za­ło­ży­li fun­da­cję Przy­wró­cić Pa­mięć, jed­ną z pierw­szych tego typu w Pol­sce.

Stał się bo­ha­te­rem kil­ku ar­ty­ku­łów pra­so­wych i re­por­ta­żu w lo­kal­nej te­le­wi­zji. Do­stał nie­wiel­kie sty­pen­dium i pra­wo wstę­pu bez eg­za­mi­nu na hi­sto­rię na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim. Po stu­diach roz­po­czął pra­cę w Ar­chi­wum Akt Daw­nych i po­wró­cił do swo­jej pier­wot­nej pa­sji. Stał się spe­cja­li­stą od dzie­jów ksią­żąt Sol­tan-Puń­skich, naj­bar­dziej nie­zwy­kłe­go spo­śród wiel­kich ro­dów Rzecz­po­spo­li­tej Oboj­ga Na­ro­dów. Wie­dział o nich wszyst­ko. Tak przy­najm­niej są­dził, póki nie tra­fił na akta Sa­mu­ela Wel­l­ma­na, war­szaw­skie­go no­ta­riu­sza, trze­cie­go z ko­lei przed­sta­wi­cie­la tej za­cnej ro­dzi­ny, dla któ­rej no­ta­riat był nie tyl­ko za­wo­dem, ale i po­wo­ła­niem. To, co zna­lazł w tych ak­tach, naj­pierw wpra­wi­ło go w osłu­pie­nie, a póź­niej w stan go­rącz­ko­wej eu­fo­rii. Na do­ku­ment na­tra­fił przy­pad­kiem. Był przy­pię­ty do tek­tu­ro­wej okład­ki akt do­ty­czą­cych sprze­da­ży przez nie­ja­kie­go Mor­de­cha­ja Kat­za ko­szer­nej jat­ki i przy­le­głe­go do niej pla­cu mia­stu sto­łecz­ne­mu War­sza­wie. Mia­sto chcia­ło na tym te­re­nie zbu­do­wać za­jezd­nię tram­wa­jo­wą. Nie zbu­do­wa­ło. Trans­ak­cja się prze­cią­ga­ła, bra­ko­wa­ło fun­du­szy. Przed woj­ną nie ro­ze­bra­no na­wet bu­dyn­ku jat­ki. A póź­niej przy­szli Niem­cy i jat­kę zbu­rzy­li. Ra­zem z ca­łym mia­stem.

Glin­ka pew­nie nig­dy nie od­krył­by do­ku­men­tu, gdy­by akta nie spa­dły na pod­ło­gę, strą­co­ne przez nie­uważ­ne­go in­sta­la­to­ra łą­czy kom­pu­te­ro­wych. Tecz­ka z sza­rej tek­tu­ry mia­ła już po­nad sie­dem­dzie­siąt lat, nic więc dziw­ne­go, że się ro­ze­rwa­ła. In­sta­la­tor prze­pra­szał, Woj­tek zbie­rał roz­sy­pa­ne kar­ty. Spo­strzegł, że tyl­na okład­ka jest grub­sza od przed­niej. Do­pie­ro po chwi­li zo­rien­to­wał się, że przy­pię­to do niej trzy po­żół­kłe ar­ku­sze za­pi­sa­ne pi­smem ma­szy­no­wym. Od­piął je, prze­czy­tał kil­ka pierw­szych zdań i już wie­dział, że ten do­ku­ment nie ma nic wspól­ne­go ani z Mor­de­cha­jem Kat­zem, ani z ko­szer­ną jat­ką, ani na­wet z mia­stem sto­łecz­nym War­sza­wą.

Spo­mię­dzy ar­ku­szy wy­pa­dło zdję­cie. Nie­wiel­ka, ama­tor­ska od­bit­ka z ząb­ko­wa­ny­mi brze­ga­mi. W tle wi­dać było ma­syw­ną bry­łę Grand Ho­te­lu. Doj­rza­ła, olśnie­wa­ją­co pięk­na ko­bie­ta, w jed­no­czę­ścio­wym, chy­ba czar­nym ko­stiu­mie ką­pie­lo­wym sta­ła na so­poc­kim pia­sku, uśmie­cha­ła się do obiek­ty­wu. Obej­mo­wa­ła kil­ku­na­sto­let­nie­go chłop­ca w szor­tach. Chło­piec się nie uśmie­chał. Z po­waż­ną miną spo­glą­dał gdzieś w prze­strzeń.

Na od­wro­cie pod­pi­sa­no wy­bla­kłym atra­men­tem: "Es­te­ra i Mu­rad, Zop­pot sie­pień 1932".

Woj­tek Glin­ka pa­trzył na sta­ro­świec­ką fo­to­gra­fię, nie mógł ode­rwać od niej wzro­ku. Wie­dział, że nig­dy nie za­po­mni twa­rzy tej ko­bie­ty. Nie wie­dział, że wkrót­ce jej śla­dem wy­ru­szy do Świę­te­go Mia­sta, że uj­rzy tę twarz jesz­cze pięk­niej­szą niż na zdję­ciu i że kil­ka dni póź­niej umrze. Scho­wał zdję­cie do port­fe­la, już nig­dy się z nim nie roz­stał.

Kil­ka mie­się­cy za­bra­ło mu spraw­dza­nie wszyst­kich oko­licz­no­ści zwią­za­nych z do­ku­men­tem. Po­twier­dził toż­sa­mość wy­mie­nio­nych w nim osób, od­na­lazł ich po­tom­ków. Mu­siał wy­ru­szyć w po­dróż. W przed­ostat­nią po­dróż swe­go ży­cia. Żo­nie po­wie­dział, że je­dzie na szko­le­nie do Gdań­ska. Miał wró­cić po czte­rech dniach, wró­cił po trzech. Chciał zro­bić jej nie­spo­dzian­kę, ale to ona spra­wi­ła nie­spo­dzian­kę jemu.

Do domu je­chał au­to­bu­sem; stał przy oknie, pa­trzył na pięk­ny, wio­sen­ny dzień, bez­wied­nie nu­cił ja­kąś me­lo­dię. Za­wsze nu­cił, kie­dy było źle. Od dzie­ciń­stwa, od cza­su kie­dy zgu­bił się w pod­zie­miach fary i do­pie­ro nocą, kie­dy już na­wet nie miał siły pła­kać, od­na­la­zła go mat­ka. Te­raz też nie było do­brze. Ksią­żę wy­rzu­cił go na zbi­ty pysk, całą noc mókł i marzł na tej prze­klę­tej wy­spie; czy tam kie­dy­kol­wiek świe­ci słoń­ce?! Był prze­mar­z­nię­ty, głod­ny, nie­wy­spa­ny. Ale to jesz­cze nie ko­niec. Je­śli nie Szko­cja, to Je­ro­zo­li­ma! Ksią­żę sam jest so­bie win­ny. Uda się, musi się udać. Spła­cą wresz­cie kre­dyt miesz­ka­nio­wy, będą żyć jak lu­dzie. Jak do­brze pój­dzie. Ale dla­cze­go mia­ło­by pójść źle? Naj­wi­docz­niej Woj­tek Glin­ka nie znał pra­wa Mur­phy'ego.

Wy­siadł przy pla­cu Kra­siń­skich. Zro­bił za­ku­py w Mini Eu­ro­pie: wę­dzo­ny ło­soś, oliw­ki, kil­ka ga­tun­ków sera, wi­no­gro­na, bu­tel­ka pół­wy­traw­ne­go wina i pacz­ka pre­zer­wa­tyw o za­pa­chu cze­ko­la­dy. Za­pła­cił sie­dem­dzie­siąt dwa zło­te, ale co tam, coś mu się prze­cież od ży­cia na­le­ży! Wy­kra­kał.

Do domu miał stąd kil­ka­set me­trów, pięć mi­nut pie­cho­tą. Miesz­kał na osie­dlu na ty­łach am­ba­sa­dy chiń­skiej. Miesz­ka­nie było małe i nie­wy­god­ne: dwa po­ko­iki i ciem­na kuch­nia, ale oko­li­ca pięk­na, tuż obok Sta­rów­ki. Jak bę­dzie po wszyst­kim, sprze­da­dzą tę klit­kę i ku­pią praw­dzi­we miesz­ka­nie. Może na Ma­riensz­ta­cie?

Wciąż nu­cił, kie­dy do­szedł do domu i kie­dy wcho­dził po scho­dach. Do­mo­fon jak zwy­kle był po­psu­ty. Woj­tek tro­chę się za­sa­pał. Miesz­kał na czwar­tym, ostat­nim pię­trze, win­dy nie było. Przez chwi­lę stał przed swo­im miesz­ka­niem, uspo­ka­jał od­dech. Wresz­cie wy­jął klu­cze, otwo­rzył drzwi. Ci­sza. Ha­lin­ka po­win­na być w domu, ale chy­ba jej nie było. Drzwi do sy­pial­ni były za­mknię­te. Otwo­rzył je.

Przez gło­wę prze­le­cia­ła mu ab­sur­dal­na myśl, że jest na pla­nie fil­mu por­no­gra­ficz­ne­go. Ko­bie­ta w czar­nej bie­liź­nie i czer­wo­nych szpil­kach klę­cza­ła przed na­gim fa­ce­tem, któ­ry bru­tal­nie wpy­chał czło­nek w jej usta. Do­pie­ro po chwi­li zro­zu­miał. Pa­trzył w mil­cze­niu. Nie mógł prze­stać. Ob­ser­wo­wał tę sce­nę z ja­kąś cho­rą, ma­so­chi­stycz­ną fa­scy­na­cją. Z obrzy­dze­niem do sa­me­go sie­bie po­czuł, że ma erek­cję. Nie wi­dzie­li go. Albo nie zwra­ca­li na nie­go uwa­gi.

Woj­tek upu­ścił tor­bę. Bu­tel­ka pół­wy­traw­ne­go wina po­to­czy­ła się po pod­ło­dze. Fa­cet spoj­rzał na Wojt­ka, wy­jął czło­nek z ust jego żony. Ha­lin­ka, któ­ra stra­ci­ła punkt pod­par­cia, opa­dła na czwo­ra­ki, z tru­dem ła­pa­ła po­wie­trze sze­ro­ko otwar­ty­mi usta­mi. Na Wojt­ka na­wet nie spoj­rza­ła. On nie mógł ode­rwać od niej wzro­ku. I taką ją za­pa­mię­tał: w czar­nej bie­liź­nie i czer­wo­nych szpil­kach, dy­szą­cą na czwo­ra­kach na bia­łym dy­wa­nie w ich sy­pial­ni. Taką ją pa­mię­tał do koń­ca swe­go ży­cia, czy­li przez szes­na­ście dni.

Nagi fa­cet spo­koj­nie, bez sło­wa pod­szedł do Wojt­ka. Na­wet nie pró­bo­wał za­kryć ster­czą­ce­go pe­ni­sa. Po­ło­żył otwar­tą dłoń na pier­si Wojt­ka i de­li­kat­nie, ale sta­now­czo wy­pchnął go z sy­pial­ni. Za­mknął za nim drzwi.

Póź­niej po­li­cja bez tru­du od­na­la­zła tego fa­ce­ta. Na­zy­wał się Ma­rek Kraj­ny, miesz­kał we Wro­cła­wiu, przy uli­cy Ole­śnic­kiej. Miał 43 lata, żonę i dwój­kę dzie­ci. Był psy­cho­lo­giem, tre­ne­rem in­ter­per­so­nal­nym. Pro­wa­dził szko­le­nia i kur­sy na te­re­nie ca­łej Pol­ski. Uczył, jak po­zbyć się stre­su, jak cie­szyć się ży­ciem. On miał na to swój wła­sny spo­sób, ale aku­rat o nim wo­lał nie mó­wić uczest­ni­kom tre­nin­gów.

Nie chciał na­ra­żać na szwank swej zna­ko­mi­tej opi­nii, uma­wia­jąc się ze zna­jo­my­mi ko­bie­ta­mi. Poza tym był czło­wie­kiem oszczęd­nym i prak­tycz­nym. Nie lu­bił wy­da­wać pie­nię­dzy w knaj­pach. Za­ło­żył więc kon­to w ero­tycz­nym ser­wi­sie rand­ko­wym: "Kul­tu­ral­ny, dys­kret­ny..." Do anon­su do­łą­czył swo­je zdję­cie. Bez twa­rzy, ale za to z in­ny­mi szcze­gó­ła­mi.

W tym sa­mym ser­wi­sie mia­ła też kon­to Ha­lin­ka. Jej anons nie za­wie­rał ani jed­ne­go sło­wa. Wy­star­czy­ło zdję­cie uma­lo­wa­nych krwi­sto­czer­wo­ną szmin­ką ust i nick: Al­gi­da. Do­sta­ła pięć­set sześć­dzie­siąt dwie od­po­wie­dzi, w tym trzy­sta je­de­na­ście ze zdję­ciem. Z tych trzy­stu je­de­na­stu po­nad dwie­ście przed­sta­wia­ło same ge­ni­ta­lia. Z po­zo­sta­łej set­ki wy­bra­ła trzy­dzie­ści osiem, któ­re ją za­in­te­re­so­wa­ły, po­zo­sta­łe ska­so­wa­ła. Z męż­czy­zna­mi spo­ty­ka­ła się przed­po­łu­dnia­mi w swo­im miesz­ka­niu, w swo­jej mał­żeń­skiej sy­pial­ni. Woj­tek Glin­ka miał sta­łe go­dzi­ny pra­cy, ona była agent­ką sprze­da­ży nie­ru­cho­mo­ści, za­wsze po­tra­fi­ła zna­leźć wol­ną go­dzin­kę. Lub dwie. Kraj­ny był szó­sty z tej trzy­dziest­ki ósem­ki. To było ich pierw­sze spo­tka­nie. Ale nie ostat­nie. Póź­niej wie­lo­krot­nie spo­ty­ka­li się na prze­słu­cha­niach i kon­fron­ta­cjach. Obo­je zaj­mo­wa­li wy­so­kie miej­sca na li­ście po­dej­rza­nych. Ob­ra­że­nia, ja­kie za­da­no ofie­rze, su­ge­ro­wa­ły sek­su­al­ny mo­tyw mor­der­stwa.

Woj­tek Glin­ka za­re­ago­wał jak praw­dzi­wy męż­czy­zna: po­szedł się upić. Na­wet nie wie­dział, kie­dy i jak zna­lazł się w knaj­pie na No­wym Mie­ście. Pił czy­stą wód­kę, nie za­ką­szał. Pił dru­gi raz w ży­ciu. Ostat­ni raz po­nad dwa­na­ście lat temu, kie­dy Ha­lin­ka po­wie­dzia­ła "tak" i zgo­dzi­ła się za nie­go wyjść. Wte­dy był naj­szczę­śliw­szym czło­wie­kiem na świe­cie, chciał ze wszyst­ki­mi dzie­lić się swo­im szczę­ściem. Tym, co czuł te­raz, nie chciał się z ni­kim dzie­lić. Sa­mot­nie wy­pi­jał kie­li­szek za kie­lisz­kiem. Po tej knaj­pie było kil­ka na­stęp­nych. Była już noc, kie­dy tra­fił do Jaz­zow­ni na Ma­zo­wiec­kiej. Kon­cert już daw­no się skoń­czył, przy ba­rze sie­dzia­ło tyl­ko kil­ku mu­zy­ków i sa­mot­ny, szpa­ko­wa­ty gość. Szu­bert.

Było czy­stym przy­pad­kiem, że spo­tka­li się tej nocy. Nie było przy­pad­kiem, że spo­tka­li się aku­rat w tym klu­bie. Nie­wie­le jest miejsc w War­sza­wie, w któ­rych mo­żesz po­słu­chać mu­zy­ki i na­pić się, je­śli nie lu­bisz być naj­star­szym fa­ce­tem na sali. Szu­bert nie lu­bił.

Mło­dziut­ka bar­man­ka za­pa­mię­ta­ła Wojt­ka Glin­kę. Pił wód­kę, coś tam mam­ro­tał pod no­sem. Kie­dy mu­zy­cy już wy­szli, za­czął się zwie­rzać Szu­ber­to­wi:

- Jak nor­mal­na ko­bie­ta może się go­dzić na coś ta­kie­go?! To na­wet nie było, kur­wa, fel­la­tio, to był, kur­wa, ja­kiś pier­do­lo­ny gwałt oral­ny! Ze mną nig­dy nie chcia­ła ro­bić ni­cze­go ta­kie­go...

Bar­man­ka już chcia­ła we­zwać ochro­nia­rza, żeby wy­pro­wa­dził zbo­czeń­ca z lo­ka­lu, ale Szu­bert po­pro­sił ge­stem, żeby się wstrzy­ma­ła. Póź­niej wie­lo­krot­nie za­sta­na­wiał się, co ka­za­ło mu wy­słu­chi­wać zwie­rzeń tego go­ścia. Li­tość czy lu­bież­ny woy­eu­ryzm? A może in­stynkt by­łe­go śled­cze­go? Nie po­tra­fił uczci­wie od­po­wie­dzieć.

Bar­man­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i za­czę­ła pod­li­czać utarg, Glin­ka nie prze­sta­wał ga­dać, wpa­trzo­ny w pu­sty kie­li­szek.

- Prze­cież ja to wszyst­ko dla niej! My­ślisz, że po cho­le­rę tłu­kłem się na tę za­sra­ną wy­sep­kę?! Pier­do­lo­na suka!

- Nie bluź­nij! Dzie­ci słu­cha­ją - Szu­bert wska­zał na mło­dziut­ką bar­man­kę, któ­ra mo­zo­li­ła się nad kal­ku­la­to­rem i uda­wa­ła, że nic nie sły­szy.

- Wszyst­kie są ta­kie same. My­ślisz, że ona tego nie robi?!

- Na cie­bie chy­ba już czas, ko­le­go. Chodź, wsa­dzę cię do tak­sów­ki.

- Masz ra­cję, to mój czas. Tyl­ko mój! Suce nie dam zła­ma­ne­go gro­sza. Ksią­żę też może się go­nić!

- Jaki ksią­żę?

Po raz pierw­szy za­in­te­re­so­wał Szu­ber­ta. Jego naj­bliż­szy przy­ja­ciel był księ­ciem. Glin­ka nie od­po­wie­dział. Na­gle stał się czuj­ny. I pi­jac­ko trzeź­wy.

- A co się tak do­py­tu­jesz?! Na­sła­li cię?! Je­steś od nich?!

- Spa­daj. - Szu­bert ru­szył do wyj­ścia.

- Po­wie­dzia­łeś, że wsa­dzisz mnie do tak­sów­ki... - po­skar­żył się Glin­ka.

Szu­bert miał mięk­kie ser­ce. Po­mógł nie­szczę­śni­ko­wi zwlec się ze stoł­ka, po­mógł mu wejść po scho­dach do szat­ni, wsa­dził do jed­nej z cze­ka­ją­cych na Ma­zo­wiec­kiej tak­só­wek. Był pe­wien, że już nig­dy nie spo­tka tego ża­ło­sne­go fa­ce­ci­ka. My­lił się. Kil­ka­na­ście dni póź­niej miał zo­ba­czyć go po­now­nie. Na sto­le sek­cyj­nym dok­to­ra La­za­ru­sa.

Szu­bert wy­ru­szył na swo­ją noc­ną wę­drów­kę, Glin­ka wró­cił do domu. Ha­lin­ki nie było. Już nig­dy jej nie zo­ba­czył, choć wciąż miał pod po­wie­ka­mi jej ob­raz klę­czą­cej przed tam­tym fa­ce­tem. Nie było rów­nież tor­by z za­ku­pa­mi.

Na­stęp­ne­go dnia obu­dził się koło po­łu­dnia. Za­dzwo­nił do Ar­chi­wum, że nie przyj­dzie do pra­cy. Za­po­mniał, że ma jesz­cze dzień urlo­pu. Strasz­nie bo­la­ła go gło­wa. Nie tyl­ko wsku­tek wczo­raj­szych zda­rzeń, miał też inne zmar­twie­nie. Nie wie­dział, skąd weź­mie pie­nią­dze na na­stęp­ną wy­pra­wę. Na Szko­cję, za­ku­py w Mini Eu­ro­pie i pi­ja­ny rajd po knaj­pach wy­dał wię­cej, niż miał. Dzie­sięć zło­tych za czter­dzie­ści gra­mów wód­ki! Roz­bój! Wzdry­gnął się na samo wspo­mnie­nie. Na kon­cie miał już tyl­ko de­bet. Jed­nak po pół­no­cy zna­lazł roz­wią­za­nie. Za­snął.

Na­stęp­ne­go dnia, od razu po pra­cy, za­brał z domu do­ro­bek ca­łe­go ży­cia i ob­ju­czo­ny dwie­ma tor­ba­mi udał się do po­bli­skie­go lom­bar­du. Lom­bard pro­wa­dził pan Sta­sio, są­siad z par­te­ru. Pan Sta­sio miał pięć­dzie­siąt dwa lata i znał ży­cie. Znał rów­nież Wojt­ka Glin­kę i jemu po­dob­nych. Z uśmie­chem po­li­to­wa­nia pa­trzył, jak Woj­tek wy­kła­da na kon­tu­ar lap­top, sprzęt ste­reo, mi­kro­fa­lów­kę i kil­ka in­nych przed­mio­tów. Pan Sta­sio na­wet nie spoj­rzał na fan­ty. Spoj­rzał na­to­miast na Wojt­ka i po­pro­sił grzecz­nie:

- Pan to za­bie­rze.

- Ale ja mu­szę!

- Wi­dzę. Ile pan musi?

Woj­tek wziął głę­bo­ki od­dech, ze­brał się na od­wa­gę.

- Trzy ty­sią­ce. W za­sa­dzie to trzy i pół.

Umilkł za­szo­ko­wa­ny wła­sną bra­wu­rą. Pan Sta­sio nie był pod wra­że­niem.

- Na ile?

- Dwa ty­go­dnie, góra mie­siąc.

- Czy­li mie­siąc?

- No tak, chy­ba tak...

- Chy­ba czy tak?

- Tak. Mie­siąc. Na pew­no.

Pan Sta­sio bez sło­wa za­czął od­li­czać bank­no­ty. Woj­tek li­czył ra­zem z nim. Czte­ry ty­sią­ce zło­tych. Był ura­to­wa­ny. Miał ocho­tę uści­skać pana Sta­sia. Pan Sta­sio nie chciał, żeby Woj­tek go ści­skał.

- Za mie­siąc, siód­me­go lip­ca, no po­wiedz­my ósme­go, od­da­je mi pan sześć ty­się­cy. Pa­su­je?

- Sześć?!

- Coś nie tak?

- Nie, dla­cze­go. Okej, sześć ty­się­cy. Oczy­wi­ście.

- No to za­bie­raj pan stąd to ba­dzie­wie.

- Ale... To co? Mam coś pod­pi­sać, ja­kiś we­ksel?

- A po cho­le­rę?

- No, żeby miał pan ja­kąś gwa­ran­cję, ja oczy­wi­ście od­dam w ter­mi­nie, ale, no wie pan, żeby pan był spo­koj­ny...

Pan Sta­sio uśmiech­nął się ser­decz­nie, spoj­rzał cie­pło na Wojt­ka.

- Pa­nie Wojt­ku, czy ja wy­glą­dam na nie­spo­koj­ne­go? Prze­cież wiem, gdzie pan miesz­ka.

Choć dzień nie na­le­żał do chłod­nych, a w lom­bar­dzie nie było kli­ma­ty­za­cji, Wojt­ko­wi zro­bi­ło się na­gle zim­no. Za­ła­do­wał do to­reb do­ro­bek swo­je­go ży­cia, jesz­cze raz po­dzię­ko­wał panu Sta­sio­wi i wy­szedł z lom­bar­du.

Ka­me­ra na po­bli­skiej la­tar­ni za­re­je­stro­wa­ła, jak wcho­dzi z tor­ba­mi do lom­bar­du i jak z nie­go wy­cho­dzi. Dla­te­go pan Sta­sio też zna­lazł się na li­ście po­dej­rza­nych. Szyb­ko go z niej wy­kre­ślo­no. Wojt­ko­wi Glin­ce nie po­ła­ma­no nóg. Poza tym 20 czerw­ca nie mi­nął jesz­cze ter­min zwro­tu po­życz­ki.

Za­niósł tor­by do domu i od razu po­biegł do swe­go ko­ścio­ła pa­ra­fial­ne­go. Było kil­ka mi­nut po osiem­na­stej i sio­stra Ja­dwi­ga za­my­ka­ła już kan­ce­la­rię, ale na proś­bę Wojt­ka otwo­rzy­ła ją po­now­nie i przy­ję­ła wpła­tę: dwa ty­sią­ce osiem­set trzy­dzie­ści zło­tych. Woj­tek otrzy­mał po­kwi­to­wa­nie.

Kie­dy wró­cił do domu, za­brał się do sprzą­ta­nia. Z ob­se­syj­ną do­kład­no­ścią usu­wał każ­dy ślad, pa­proch, włos, wszyst­ko, co mo­gło po­zo­stać po ko­chan­kach jego żony. Kil­ka razy od­ku­rzył całe miesz­ka­nie, póź­niej wy­mył je mo­pem. Wie­le razy zmie­niał wodę, nie ża­ło­wał de­ter­gen­tów. Zmie­nił i wy­prał po­ściel. Skoń­czył gru­bo po pół­no­cy.

Na­stęp­ne­go dnia prze­pro­wa­dził kil­ka roz­mów te­le­fo­nicz­nych, w tym jed­ną mię­dzy­na­ro­do­wą. Był czło­wie­kiem oszczęd­nym, więc dzwo­nił z ga­bi­ne­tu swej chwi­lo­wo nie­obec­nej sze­fo­wej.

Z sio­strą Ja­dwi­gą Woj­tek spo­tkał się po­now­nie w so­bo­tę, 11 czerw­ca, o go­dzi­nie pią­tej trzy­dzie­ści w hali od­lo­tów Por­tu Lot­ni­cze­go imie­nia Fry­de­ry­ka Cho­pi­na na war­szaw­skim Okę­ciu. Go­dzi­nę póź­niej wy­star­to­wał czar­te­ro­wy sa­mo­lot. Na dzie­więć dni i je­de­na­ście go­dzin przed śmier­cią Woj­tek Glin­ka wy­ru­szył w piel­grzym­kę do Zie­mi Świę­tej.

CZTERY MINUTY

So­bo­ta, 11 czerw­ca

Fa­bry­ka Li­kie­rów i Wó­dek Ga­tun­ko­wych, daw­na wła­sność ksią­żąt Sol­tan-Puń­skich, zaj­mo­wa­ła spo­ry ob­szar nie­mal w cen­trum war­szaw­skiej Pra­gi. Od pra­wie dwu­dzie­stu lat trwał pro­ces mię­dzy spad­ko­bier­ca­mi sta­re­go księ­cia a mia­stem o zwrot bez­praw­nie zna­cjo­na­li­zo­wa­nej przez ko­mu­ni­stów fa­bry­ki. Prze­szklo­ne hale nie nada­wa­ły się ani na klub, ani na pra­cow­nie ar­ty­stów. Sta­ły pu­ste. Pil­no­wał ich je­den straż­nik. Miał sześć­dzie­siąt osiem lat, reu­ma­tyzm, ła­skot­ki i psa. Po zmro­ku nig­dy nie wy­cho­dził ze swo­jej stró­żów­ki. Wie­dzie­li o tym oko­licz­ni nar­ko­ma­ni i bez­dom­ni. Wie­dział rów­nież Wa­dim, któ­re­go współ­pra­cow­ni­cy prze­pro­wa­dzi­li kil­ka dni wcze­śniej re­ko­ne­sans. Wa­dim uznał, że to od­po­wied­nie miej­sce. Nie był to błąd. Błę­dem było to, że nie do­ce­nił Ba­szi­ra. Wie­dział, że Ba­szi­ro­wi bar­dziej za­le­ży na trans­ak­cji niż jemu na ży­ciu Ba­szi­ra. Był pe­wien, że Ba­szir nie do­nie­sie na nie­go pol­skim służ­bom. Nie są­dził, że musi oba­wiać się skur­wie­la. I to był ten trze­ci błąd, któ­ry prze­są­dził o nie­po­wo­dze­niu ope­ra­cji.

Sa­lo­mon We­iss uwa­żał, że Wa­dim po­peł­nił znacz­nie więk­szy błąd, nie do­ce­nia­jąc kur­du­plo­wa­te­go kie­row­cy mer­ce­de­sa. Sa­lo­mon był prze­ko­na­ny, że wszyst­kie kur­du­ple to za­wzię­te, pod­stęp­ne skur­wy­sy­ny. Wie­dział, co mówi, sam miał metr pięć­dzie­siąt osiem wzro­stu.

Do Fa­bry­ki po­je­cha­li we trzech. Wa­dim, Ba­szir i ten kur­du­pel, kie­row­ca mer­ce­de­sa. Przed­tem oni prze­szu­ka­li Wa­di­ma, a Wa­dim ich. Nic nie zna­leź­li, bo nie było nic do zna­le­zie­nia. Wa­dim był czy­sty, nie po­trze­bo­wał bro­ni, zresz­tą broń cze­ka­ła na nie­go na miej­scu. Oni rów­nież nie mie­li bro­ni. Przy­najm­niej przy so­bie. Zo­sta­wi­li ją na ze­wnątrz, przy­cze­pio­ną ma­gne­sem do le­we­go nad­ko­la sa­mo­cho­du. Jak na iro­nię, był to pi­sto­let au­to­ma­tycz­ny uzi. Ba­szir miał na­to­miast w kie­sze­ni nie­wiel­kie urzą­dze­nie, przy­po­mi­na­ją­ce spo­ry te­le­fon ko­mór­ko­wy, licz­nik Ge­ige­ra. Wa­dim nie są­dził, żeby to urzą­dze­nie mo­gło po­krzy­żo­wać jego pla­ny.

Na te­ren fa­bry­ki wje­cha­li o dru­giej trzy­dzie­ści sześć w nocy. Była so­bo­ta, 11 czerw­ca, sza­bat. Wa­dim nie lu­bił pra­co­wać w sza­bat, ale cóż - służ­ba nie druż­ba.

Wje­cha­li bez prze­szkód. Bra­ma była otwar­ta, a straż­nik już od go­dzi­ny sie­dział przy­wią­za­ny do swo­je­go krze­sła. Na gło­wie miał płó­cien­ną tor­bę na za­ku­py. Eko­lo­gicz­ną. Cały się trząsł. Ze śmie­chu. Pies le­żał obok i li­zał go po od­sło­nię­tej łyd­ce.

Cię­ża­rów­ka z kon­te­ne­rem cze­ka­ła w daw­nej de­sty­lar­ni, po­nad sto me­trów od bra­my. Pod­je­cha­li. Nie od razu we­szli do środ­ka, kie­row­ca mer­ce­de­sa mu­siał się od­lać. Po­cze­ka­li na nie­go. Było ciem­no, ale Wa­dim sły­szał, jak tam­ten sika, więc ni­cze­go nie po­dej­rze­wał. We­szli do hali. Kie­row­ca cię­ża­rów­ki włą­czył świa­tła, zro­bi­ło się ja­sno. Prze­szli na tył kon­te­ne­ra, Wa­dim od­ry­glo­wał drzwi. W środ­ku było ciem­no.

- Ma­cie la­tar­ki?

Wie­dział, że nie mają, prze­szu­ki­wał ich prze­cież. Być może to py­ta­nie było ko­lej­nym błę­dem. Ba­szir i kie­row­ca mer­ce­de­sa tyl­ko wzru­szy­li ra­mio­na­mi. Wa­dim, zgod­nie z pla­nem, za­wo­łał kie­row­cę cię­ża­rów­ki.

- Pie­tia! Chodź tu po­świe­cić!

Pie­tia, któ­ry rzecz ja­sna nie miał na imię Pie­tia, wy­szedł z szo­fer­ki z la­tar­ką aku­mu­la­to­ro­wą w dło­ni. Oświe­tlił wnę­trze kon­te­ne­ra. W środ­ku znaj­do­wa­ły się trzy po­jem­ni­ki, każ­dy wiel­ko­ści spo­rej sza­fy. Na każ­dym były ja­kieś na­pi­sy, ozna­ko­wa­nia, ale z ze­wnątrz nie moż­na było ich od­czy­tać. Oczy­wi­ście w żad­nym z nich nie było ma­te­ria­łu roz­cze­pial­ne­go. Prze­cież cho­dzi­ło tyl­ko o to, żeby zwa­bić ter­ro­ry­stę do wnę­trza.

Wa­dim uprzej­mym ge­stem za­pro­sił Ba­szi­ra do środ­ka. Ba­szir wy­jął z kie­sze­ni licz­nik Ge­ige­ra, ale nie kwa­pił się z wej­ściem.

- Naj­pierw go­spo­darz - od­po­wie­dział uprzej­mie.

- Niech ci bę­dzie.

Wa­dim wgra­mo­lił się do kon­te­ne­ra, po­dał rękę Ba­szi­ro­wi. Ba­szir chwy­cił jego dłoń i Wa­dim już miał go wcią­gnąć do środ­ka, kie­dy zda­rzy­ło się kil­ka rze­czy nie­mal rów­no­cze­śnie.

Ukry­ty w kon­te­ne­rze Sha­ron, ośle­pio­ny świa­tłem la­tar­ki, za wcze­śnie wy­szedł z ukry­cia. Ba­szir krzyk­nął, po­cią­gnął Wa­di­ma, i się nim za­sło­nił. Pie­tia ude­rzył Ba­szi­ra la­tar­ką w gło­wę. Kie­row­ca mer­ce­de­sa za­czął strze­lać. Sha­ron od­po­wie­dział ogniem ze swe­go au­to­ma­tycz­ne­go gloc­ka 18. Tra­fił Ba­szi­ra. Kie­row­ca mer­ce­de­sa tra­fił Wa­di­ma. W twarz. Wa­dim miał na so­bie ka­mi­zel­kę ku­lo­od­por­ną. Naj­now­szy mo­del. Lek­ka, uda­wa­ła część gar­ni­tu­ru, dla­te­go Ba­szir i jego kie­row­ca nie zwró­ci­li na nią uwa­gi. Jed­nak na­wet naj­lep­sza ka­mi­zel­ka nie chro­ni przed strza­łem w twarz.

Pie­tia la­tar­ką pod­bił lufę uzi, ale za­nim Sha­ron zdo­łał go wy­eli­mi­no­wać, kur­du­pel wy­ko­nał prze­wrót w tył i ukrył się poza krę­giem świa­tła re­flek­to­rów cię­ża­rów­ki. Skur­wiel mu­siał tre­no­wać gim­na­sty­kę czy inne kung-fu. Pie­tia ura­to­wał ży­cie Sha­ro­no­wi, za­trza­sku­jąc drzwi kon­te­ne­ra na uła­mek se­kun­dy, nim kie­row­ca mer­ce­de­sa znów otwo­rzył ogień. Sam prze­to­czył się pod kon­te­ne­rem i do­czoł­gał do szo­fer­ki. Sil­nik cały czas był na cho­dzie. Pie­tia wci­snął gaz, cię­ża­rów­ka roz­wa­li­ła wro­ta de­sty­lar­ni, po chwi­li nie było już wi­dać na­wet jej świa­teł.

Kie­row­ca mer­ce­de­sa wy­szedł z ukry­cia, upew­nił się, że Ba­szir nie żyje, na wszel­ki wy­pa­dek wy­strze­lił jesz­cze se­rię w mar­twe­go Wa­di­ma. Wsiadł do mer­ce­de­sa, od­je­chał. Była dru­ga czter­dzie­ści. Cała ak­cja trwa­ła czte­ry mi­nu­ty. Nie­ca­łe.

Na ce­men­to­wej po­sadz­ce de­sty­lar­ni zo­sta­ły tru­py Wa­di­ma i Ba­szi­ra.

O ósmej dwa­na­ście kie­row­ca mer­ce­de­sa prze­je­chał przez za­chod­nią gra­ni­cę Pol­ski.

Straż­nik, ła­sko­ta­ny ję­zo­rem wła­sne­go psa, trząsł się jesz­cze ze śmie­chu przez trzy­na­ście mi­nut, do dru­giej pięć­dzie­siąt trzy, kie­dy to w Fa­bry­ce zja­wił się pierw­szy pa­trol po­li­cji. Eki­pa śled­cza przy­je­cha­ła szes­na­ście mi­nut póź­niej. Na miej­scu zbrod­ni bar­dziej niż dwa tru­py funk­cjo­na­riu­szy za­nie­po­ko­ił le­żą­cy obok zwłok licz­nik Ge­ige­ra. Na­tych­miast po­wia­do­mi­li o nim swo­ich prze­ło­żo­nych.

Cię­ża­rów­kę z kon­te­ne­rem zna­le­zio­no na­za­jutrz w Se­roc­ku pod War­sza­wą. Było w niej mnó­stwo śla­dów, ale ża­den nie do­pro­wa­dził do uczest­ni­ków strze­la­ni­ny w Fa­bry­ce Li­kie­rów i Wó­dek Ga­tun­ko­wych.

Mer­ce­de­sa nig­dy nie od­na­le­zio­no. Jego kie­row­cy rów­nież. Trzy mie­sią­ce póź­niej ku­ter duń­skiej stra­ży przy­brzeż­nej wy­ło­wił z mo­rza w po­bli­żu Aal­bor­ga zwło­ki ni­skie­go męż­czy­zny o oliw­ko­wej, sma­głej skó­rze. Zwłok nig­dy nie zi­den­ty­fi­ko­wa­no. Po­cho­wa­no je na koszt kró­lo­wej na miej­sco­wym cmen­ta­rzu.

De­sty­lar­nia mia­ła po­nad osiem­set me­trów kwa­dra­to­wych po­wierzch­ni, więc eki­pa śled­cza skoń­czy­ła ba­da­nie miej­sca zbrod­ni do­pie­ro póź­nym przed­po­łu­dniem. Cia­ła Wa­di­ma i Ba­szi­ra za­bra­no wcze­śniej. Przed siód­mą były w kost­ni­cy Za­kła­du Me­dy­cy­ny Są­do­wej Uni­wer­sy­te­tu Me­dycz­ne­go przy uli­cy Oczki.

Upro­wa­dzo­no je dwa­dzie­ścia osiem mi­nut póź­niej.

INNY ŚWIAT

Kie­dy kil­ka ty­go­dni po wy­da­rze­niach w War­sza­wie spe­cjal­na ko­mi­sja Kne­se­tu, izra­el­skie­go par­la­men­tu, szu­ka­ła przy­czyn ka­ta­stro­fy, uzna­no, że to był pierw­szy błąd ofi­ce­ra kie­ru­ją­ce­go ak­cją. Gdy­by Wa­dim miał zro­bić tyl­ko to, co umiał ro­bić naj­le­piej, za­bił­by już wte­dy Ba­szi­ra i spra­wy nie wy­mknę­ły­by się spod kon­tro­li, a w War­sza­wie nie za­czę­to by za­bi­jać Ży­dów. Nie­ste­ty, ów ofi­cer był bar­dzo am­bit­ny i ak­cja, któ­rą zmon­to­wał, była po­my­śla­na rów­nie am­bit­nie.

Dru­gim błę­dem było to, że o ak­cji nie po­wia­do­mio­no ani ame­ry­kań­skich, ani pol­skich służb. Za ten dru­gi błąd od­po­wia­da­ło wie­le waż­nych osób, w tym kil­ku człon­ków ko­mi­sji, więc jej pra­ce nie przy­nio­sły jed­no­znacz­nych re­zul­ta­tów. Uzna­no, że osta­tecz­nie ope­ra­cja za­koń­czy­ła się suk­ce­sem. Tyl­ko am­bit­ne­go ofi­ce­ra prze­nie­sio­no na inne, rów­no­rzęd­ne sta­no­wi­sko. W Mon­go­lii. Więk­sze­go za­du­pia nie uda­ło się zna­leźć.

Tym­cza­sem Ame­ry­ka­nie prze­sła­li do War­sza­wy in­for­ma­cje o Wa­di­mie Tro­chi­mo­wie. Po­szu­ki­wa­li go od lat. Zna­leź­li nie­daw­no i Wa­dim Tro­chi­mow wy­pa­ro­wał. Wy­pa­ro­wał ra­zem ze swo­ją ochro­ną i naj­now­szym mo­de­lem to­yo­ty land cru­iser, któ­rą je­chał na waż­ne biz­ne­so­we spo­tka­nie. Ra­kie­ta Hel­l­fi­re ze śmi­głow­ca bo­jo­we­go tra­fi­ła w to­yo­tę kil­ka ki­lo­me­trów za gra­ni­cą turk­meń­sko-afgań­ską. Ame­ry­ka­nie nie wie­dzie­li, że han­dlarz bro­nią, któ­re­go od lat pró­bo­wa­li wy­eli­mi­no­wać z ryn­ku, jest nie­świa­do­mym ele­men­tem in­nej, znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wa­nej ukła­dan­ki. Ani Ame­ry­ka­nie, ani Po­la­cy nie wie­dzie­li, kim jest męż­czy­zna le­gi­ty­mu­ją­cy się pasz­por­tem Tro­chi­mo­wa. I w ja­kim celu przy­le­ciał do War­sza­wy.

Ofi­ce­ro­wie pro­wa­dzą­cy spra­wę by­li­by jesz­cze bar­dziej za­nie­po­ko­je­ni, gdy­by zi­den­ty­fi­ko­wa­li Ba­szi­ra. By­li­by prze­ra­że­ni. Ba­szir miał pa­pie­ry cze­czeń­skie­go uchodź­cy, kar­tę sta­łe­go po­by­tu i otwar­ty prze­wód dok­tor­ski w In­sty­tu­cie Hi­sto­rii Pol­skiej Aka­de­mii Nauk. Jed­nak nie był ani Cze­cze­nem, ani hi­sto­ry­kiem. I, jak już się rze­kło, nie na­zy­wał się Ba­szir Du­ga­jew. Na­zy­wał się Ha­mid Ha­la­bi i był Pa­le­styń­czy­kiem. Uro­dził się na przed­mie­ściach Gazy. Miał szes­na­ście lat, kie­dy bły­sko­tli­wie za­de­biu­to­wał w swo­im fa­chu. I już na za­wsze prze­stał być Ha­mi­dem. Po­słu­gi­wał się róż­ny­mi imio­na­mi i pasz­por­ta­mi. Po­słał do pie­kła wie­lu nie­wier­nych i jesz­cze wię­cej wier­nych; cóż - na woj­nie za­wsze giną nie­win­ni.

Od­no­sił suk­ce­sy. Naj­więk­szym było wy­sa­dze­nie au­to­bu­su z izra­el­ski­mi eme­ry­ta­mi spę­dza­ją­cy­mi urlop w Sharm el-She­ikh. Zgi­nę­ło dwu­dzie­stu trzech Izra­el­czy­ków, egip­ski kie­row­ca au­to­bu­su i kil­ku­dzie­się­ciu przy­pad­ko­wych prze­chod­niów. Zgi­nął rów­nież kie­row­ca fur­go­net­ki-bom­by, któ­ry zde­rzył się czo­ło­wo z au­to­bu­sem na głów­nej pro­me­na­dzie nad­mor­skie­go ku­ror­tu. Kie­row­cą był bez­ro­bot­ny Pa­le­styń­czyk z Gazy, któ­ry wy­brał los świę­te­go mę­czen­ni­ka za­miast po­wol­nej śmier­ci z gło­du i bez­na­dziei. Pew­ną rolę mo­gło też ode­grać dwa­dzie­ścia ty­się­cy do­la­rów, któ­re Ha­mas prze­ka­zał jego żo­nie i pię­cior­gu dzie­ciom. Ha­mas za­wsze trosz­czył się o ubo­gich i ota­czał opie­ką sie­ro­ty i wdo­wy.

Suk­ces ak­cji w Sharm el-She­ikh był ogrom­ny. Zdję­cia z ma­sa­kry po­ka­za­ły wszyst­kie te­le­wi­zje świa­ta, pi­sa­ła o niej pra­sa, a na­krę­co­ny przez Ba­szi­ra ka­me­rą cy­fro­wą film z pło­ną­cy­mi w au­to­bu­sie sta­rusz­ka­mi obej­rza­ło w in­ter­ne­cie kil­ka­na­ście mi­lio­nów osób. Głów­nie mu­zuł­ma­nów. Wpi­sy na fo­rach do­wo­dzi­ły, że ten wi­dok ra­do­wał ich czy­ste ser­ca i umoc­niał wia­rę w je­dy­ne­go i mi­ło­sier­ne­go Boga. Ba­szir mógł być z sie­bie dum­ny.

Miał jed­nak po­wo­dy, żeby oba­wiać się o swe ży­cie. Izra­el był mści­wy i nie znał li­to­ści. Ba­szir wie­dział, że prę­dzej czy póź­niej Mos­sad zdo­bę­dzie in­for­ma­cje, zi­den­ty­fi­ku­je bel­gij­skie­go tu­ry­stę, któ­ry do­star­czył sza­hi­do­wi sem­tex i za­pal­ni­ki. To on był tym tu­ry­stą. Wie­dział, że żyje z od­ra­cza­nym z dnia na dzień wy­ro­kiem śmier­ci. Izra­el nie wy­ba­cza. I nie za­po­mi­na. Nig­dy.

Ukrył się w gó­rach Spin Ghar na po­gra­ni­czu pa­ki­stań­sko-afgań­skim.

Dziw­na rzecz: otóż wca­le mu się tam nie spodo­ba­ło. Od wie­lu lat prze­by­wał głów­nie na Za­cho­dzie i Bli­skim Wscho­dzie, przy­zwy­cza­ił się do cy­wi­li­za­cji. Sie­dze­nie na pię­tach w ja­ski­ni nie­spe­cjal­nie go ba­wi­ło. Ta­li­bo­wie przy­ję­li go z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi, po­dzi­wia­li go - był bo­ha­te­rem, le­gen­dą. Na pew­no byli dziel­ny­mi bo­jow­ni­ka­mi, po­boż­ny­mi mu­zuł­ma­na­mi, tyl­ko... Może odro­bi­nę prze­sa­dza­li z tą po­boż­no­ścią. Pięć mo­dlitw każ­de­go dnia i czy­ta­nie sze­ściu ty­się­cy sze­ściu­set sześć­dzie­się­ciu sze­ściu wer­se­tów Ko­ra­nu było je­dy­nym ich za­ję­ciem. Nie było ra­dia, nie było te­le­wi­zji, nie było in­ter­ne­tu. Nie było nic! Na­wet pa­pie­ru to­a­le­to­we­go nie było! No i dez­odo­ran­tów... Kie­dy przez wie­le mie­się­cy żyje się w ja­ski­ni, utrzy­ma­nie hi­gie­ny oso­bi­stej nie jest rze­czą pro­stą. Co tu dużo mó­wić - w ja­ski­ni śmier­dzia­ło go­rzej niż na tar­gu ryb­nym w Ga­zie pod ko­niec lip­co­we­go dnia. Po­noć moż­na się przy­zwy­cza­ić do smro­du. Ba­szi­ro­wi jed­nak przy­cho­dzi­ło to z tru­dem. Ale nie tyl­ko dla­te­go ucie­szył się, gdy po­sła­niec do­star­czył mu nowy pasz­port i nowe in­struk­cje.

Po­że­gnał ta­li­bów bez żalu. Gdy­by nie był psy­cho­pa­tą, zro­zu­miał­by, że z tymi ludź­mi nic go już nie łą­czy, żad­na wiel­ka idea. Że już daw­no prze­stał za­bi­jać dla ja­kiej­kol­wiek idei. Za­bi­ja, bo lubi za­bi­jać.

Po­sła­niec spro­wa­dził go z gór. Cię­ża­rów­ką han­dla­rza weł­ną do­je­chał do Gwa­dar, pa­ki­stań­skie­go por­tu nad Za­to­ką Arab­ską. Wpraw­dzie od wie­lu lat był na czar­nej li­ście CTC, pa­ki­stań­skie­go cen­trum an­ty­ter­ro­ry­stycz­ne­go, jed­nak ani CTC, ani ża­den inny wy­wiad świa­ta nie ko­ja­rzył Ha­mi­da Ha­la­bie­go z Ba­szi­rem Du­ga­je­wem, któ­re­go pasz­por­tem te­raz się le­gi­ty­mo­wał.

Praw­dzi­wy Ba­szir Du­ga­jew miał w ży­ciu szczę­ście. Był sie­ro­tą, więc nikt z jego ro­dzi­ny nie zgi­nął pod­czas po­ko­jo­wych ope­ra­cji Ar­mii Ro­syj­skiej w Cze­cze­nii. Był ka­wa­le­rem, więc jego żona ani razu nie zo­sta­ła zgwał­co­na. Kie­dy jego dom zo­stał zbom­bar­do­wa­ny, on aku­rat stał w ko­lej­ce po wodę przed je­dy­nym w jego dziel­ni­cy czyn­nym hy­dran­tem. Z czte­ro­pię­tro­wej ka­mie­ni­cy oca­lał tyl­ko on, sta­ru­szek z par­te­ru i kot są­sia­dów. Kie­dy na­stał po­kój i sta­bi­li­za­cja, a de­mo­kra­tycz­nie wy­bra­ne­go pre­zy­den­ta Ach­ma­ta Ka­dy­ro­wa za­stą­pił jesz­cze bar­dziej de­mo­kra­tycz­nie wy­bra­ny jego syn Ram­zan Ka­dy­row, Ba­szir Du­ga­jew spę­dził tyl­ko trzy dni w celi taj­nej po­li­cji i tyl­ko raz był prze­słu­chi­wa­ny. Stra­cił po­ło­wę zę­bów, ale go wy­pu­ści­li. Uda­ło mu się uciec z ruin Gro­zne­go, prze­do­stać się naj­pierw do Ro­sji, póź­niej na Ukra­inę, wresz­cie do Pol­ski. Był hi­sto­ry­kiem, dok­to­ran­tem na Uni­wer­sy­te­cie w Gro­znym, więc świet­nie spraw­dzał się przy zbio­rze owo­ców se­zo­no­wych i przy pro­stych pra­cach bu­dow­la­nych. Po ja­kimś cza­sie do­stał jed­nak kar­tę sta­łe­go po­by­tu, pasz­port i sty­pen­dium Pol­skiej Aka­de­mii Nauk. Po kil­ku la­tach prze­rwy mógł więc po­wró­cić do swej pra­cy dok­tor­skiej o Cha­za­rach, współ­cze­snych po­tom­kach Czyn­gis-Cha­na. Nie zdą­żył. Jego je­dy­nym nie­szczę­ściem było po­do­bień­stwo do czło­wie­ka, któ­ry kie­dyś na­zy­wał się Ha­mid Ha­la­bi. Pasz­port i kar­ta sta­łe­go po­by­tu Ba­szi­ra Du­ga­je­wa zo­sta­ły wy­mie­nio­ne na trzy cio­sy no­żem o dłu­gim, wą­skim ostrzu.

Tak więc w ma­leń­kim miesz­ka­niu na war­szaw­skim Ur­sy­no­wie pili pol­ską wód­kę Wa­dim Tro­chi­mow, któ­re­go cia­ło wy­pa­ro­wa­ło gdzieś w gó­rach Afga­ni­sta­nu, z Ba­szi­rem Du­ga­je­wem, któ­re­go owi­nię­te fo­lią ter­mo­izo­la­cyj­ną zwło­ki spo­czy­wa­ły w ba­gaż­ni­ku szes­na­sto­let­nie­go po­lo­ne­za ukry­te­go w wy­na­ję­tym na rok i opła­co­nym z góry ga­ra­żu w pod­war­szaw­skim Wo­ło­mi­nie.

SZUBERT

Dla Szu­ber­ta wszyst­ko za­czę­ło się dzie­sięć dni wcze­śniej, choć wte­dy nie miał po­ję­cia, że co­kol­wiek się za­czy­na.

Sie­dział przy ba­rze w Jaz­zow­ni, słu­chał kon­cer­tu Niny Gold­farb. Wód­ka była zim­na, wo­ka­list­ka sta­ra­ła się, mu­zy­cy po­ma­ga­li, jak po­tra­fi­li. Przed pół­no­cą, więc ból jesz­cze nie roz­sa­dzał mu czasz­ki. Dało radę żyć.

Kon­cert się skoń­czył. Nie­mra­we okla­ski nie za­chę­ci­ły Niny do bi­sów. Przez chwi­lę sta­ła nie­pew­nie na sce­nie, ukło­ni­ła się i wy­szła na za­ple­cze. Mu­zy­cy za­czę­li pa­ko­wać in­stru­men­ty, Szu­bert za­mó­wił dru­gą wód­kę. Ostat­nią przed co­noc­ną wę­drów­ką.

Te­le­fon miał wy­ci­szo­ny, więc nie usły­szał sy­gna­łu. Eks­plo­zji w za­uł­ku, sto me­trów od klu­bu, rów­nież nie usły­szał. Do­pie­ro gdy w szat­ni, pół go­dzi­ny póź­niej, uru­cho­mił ko­mór­kę, zo­ba­czył, że ma nie­ode­bra­ne po­łą­cze­nie i jed­ną wia­do­mość na po­czcie gło­so­wej. Roxi. Od­słu­chał wia­do­mość: nie było wia­do­mo­ści. Tyl­ko szum ba­dziew­nej mu­zy­ki. Była w ja­kimś klu­bie. Mógł się do­my­ślić. Kie­dy po dzie­sią­tej wró­cił od Ma­te­usza, w domu śmier­dzia­ło tak, jak­by sta­do Ja­maj­czy­ków na­gry­wa­ło dwu­pły­to­wy al­bum. Plus nie­do­pi­te pół li­tra. Ja­maj­czy­cy z gó­ra­la­mi! Kar­tecz­ka, dwa sło­wa: "Będę póź­no". Te­raz głu­chy te­le­fon. Nie­do­brze.

Rzad­ko wy­cho­dzi­ła, a je­śli już, to do Klu­bo­ka­wiar­ni na Czac­kie­go. Z Po­wi­śla naj­bli­żej. Z Jaz­zow­ni dwie­ście, może trzy­sta me­trów.

Nie uszedł na­wet dzie­się­ciu, kie­dy usły­szał ryk sy­gna­łu. Ka­ret­ka po­go­to­wia od­jeż­dża­ła z za­uł­ka na ty­łach Jaz­zow­ni. Wóz bo­jo­wy stra­ży po­żar­nej i ra­dio­wóz po­li­cji mi­ga­ły nie­bie­ski­mi świa­tła­mi. Kil­ku­dzie­się­ciu ga­piów - więk­szość w szla­fro­kach, pi­dża­mach i kap­ciach pa­trzy­ło, jak stra­ża­cy po­le­wa­ją pia­ną wrak sa­mo­cho­du. Nie­wie­le z nie­go zo­sta­ło. Znu­dzo­ny funk­cjo­na­riusz bez prze­ko­na­nia na­ma­wiał lu­dzi do ro­zej­ścia. Ni­ko­go nie na­mó­wił.

Zno­wu ryk sy­gna­łu. Miesz­kań­cy po­bli­skich do­mów ra­czej nie po­śpią tej nocy. Od stro­ny Czac­kie­go w za­ułek wje­chał nie­ozna­ko­wa­ny ra­dio­wóz. Wy­siadł wiel­ki, po­nu­ry fa­cet. Szu­ber­to­wi wy­da­wa­ło się, że gość pa­trzy wprost na nie­go. Po­chy­lił gło­wę, od­wró­cił się, wró­cił na Ma­zo­wiec­ką. Nie miał ocho­ty za­przy­jaź­niać się z tym ty­pem. Wo­lał nad­ło­żyć dro­gi. Nikt nie wie­dział, że wła­śnie się za­czę­ło. Na­wet mor­der­ca. Pie­kło. Tak musi wy­glą­dać pie­kło.

Stał na scho­dach, pa­trzył na ro­ze­dr­ga­ny tłum. Dusz­no, ryk gło­śni­ków, co chwi­lę ktoś go po­trą­cał. Nie spo­sób było prze­drzeć się do baru. Przedarł się. Za­mó­wił wód­kę z lo­dem. Pan­na z obo­wiąz­ko­wym ta­tu­ażem nad sznur­kiem strin­gów spoj­rza­ła na nie­go dziw­nie, przy­ję­ła za­mó­wie­nie, znik­nę­ła na za­ple­czu. Zna­jo­my ból nad­cho­dził fa­la­mi. Sta­lo­wa ob­ręcz za­ci­ska­ła się wo­kół czasz­ki.

Igno­ro­wał iro­nicz­ne spoj­rze­nia dzie­cia­ków. Był naj­star­szy na sali. Kie­dyś, w za­mierz­chłych, he­ro­icz­nych cza­sach był naj­młod­szy. Na wy­dzia­le, w ka­pe­li, w fir­mie... Na­wet nie za­uwa­żył, kie­dy stał się naj­star­szy. I nie za­uwa­żył, kie­dy Roxi... Te­raz szu­kał jej roz­pacz­li­wie po za­ka­mar­kach sali. Zna­lazł. W za­ka­mar­ku wła­śnie, pod scho­da­mi. Sie­dzia­ła z ja­kimś mi­glan­cem w gar­ni­tu­rze, któ­ry kosz­to­wał pew­nie wię­cej niż cała gar­de­ro­ba Szu­ber­ta. Kłó­ci­li się. Roxi wsta­ła gwał­tow­nie, po­chy­li­ła się nad mi­glan­cem, wy­krzy­cza­ła mu coś pro­sto w twarz. Wy­szła na par­kiet, za­czę­ła tań­czyć. Przy­mknię­te oczy, roz­rzu­co­ne, mie­dzia­ne wło­sy. Boże, jaka była pięk­na!

Mi­glanc nie zre­zy­gno­wał. Ru­szył za dziew­czy­ną, krą­żył wo­kół niej, tań­czył. To nie był, kur­wa, ta­niec! By­dlak wy­ko­ny­wał ob­le­śne ru­chy fryk­cyj­ne. Przed Roxi! Przed jego Roxi! Chwy­cił ją za rękę. Strą­ci­ła jego dłoń.

No do­bra, wy­star­czy! Szu­bert ru­szył. Za­trzy­ma­ła go pan­na z ta­tu­ażem, po­da­ła wód­kę. Za­żą­da­ła, żeby uiścił. Te­raz. Na­tych­miast. Za­pła­cił. Za wód­kę, lód był gra­tis.

Kie­dy od­wró­cił się od baru, Roxi już nie było. Mi­glan­ca rów­nież.

Przedarł się do wyj­ścia, ro­ze­pchnął tłum przy szat­ni, wbiegł po scho­dach.

Ochro­nia­rze uśmiech­nę­li się drwią­co. Nic nie po­wie­dzie­li. I do­brze.

Po­wie­trze, ulga. Mógł od­dy­chać, lecz sta­lo­wa ob­ręcz wciąż się za­ci­ska­ła, pul­su­ją­cy ból wwier­cał się w mózg.

Nie mo­gła odejść da­le­ko. Biegł uli­cą, szu­kał. Pu­sto, ciem­no, mo­kro.

Zna­lazł. Sta­li za ży­wo­pło­tem, pod mu­rem Mi­ni­ster­stwa Fi­nan­sów. Znów się kłó­ci­li, Roxi obie­ma dłoń­mi ode­pchnę­ła fa­ce­ta. Na­wet się nie za­chwiał. Duży był. Duży i sil­ny. Dwa me­try wzro­stu, dzie­więć­dzie­siąt, może dzie­więć­dzie­siąt pięć kilo. Dwie Roxi.

Szu­bert uspo­ko­ił od­dech i dło­nie. Pod­szedł.

- Roxi? Ko­cha­nie...

- Ko­cha­nie? Po­je­ba­ło cię, dzia­du?! Spier­da­laj, ale już!

Mi­glanc po­tra­fił mó­wić. Jesz­cze po­tra­fił.

- Daj spo­kój, Mar­cin!

Miał na­wet imię. Ale to już na­praw­dę nie była wina Szu­ber­ta.

- Od­pier­dol się!

Na­pu­szył się, na­piął mię­śnie. Na­praw­dę był duży, z bli­ska jesz­cze więk­szy. Praw­dzi­we by­dlę! Je­śli tra­fi, za­bi­je.

- Wiesz, on chy­ba się nie od­pier­do­li. - Roxi uśmiech­nę­ła się. Tyl­ko Szu­bert zo­ba­czył ten uśmiech. Była lo­jal­na wo­bec mi­glan­ca, ostrze­gła go. - Wal­nie cię w nos. A póź­niej w nogę, pod ko­la­no.

- Jaja so­bie ze mnie ro­bisz?!

- Skur­wiel je­steś wy­jąt­ko­wy, ale i tak nie chcę, żeby cię po­go­to­wie za­bra­ło. Idź już, spa­daj, bo ci ten dzia­dek przy­ło­ży!

Oni ga­wę­dzi­li, a Szu­bert stał jak ten... No, niech już by­dlę idzie. Nie chciał ro­bić mu krzyw­dy. Mar­cin spoj­rzał na nią, na jej uśmiech, póź­niej na Szu­ber­ta, sza­co­wał szan­se. Nic nie ro­zu­miał i to go wkur­wia­ło. Szu­bert wcze­śniej niż on wie­dział, co zro­bi. Roxi też.

Do­bry był. Bez ostrze­że­nia ude­rzył pra­wą. Moc­no, ale wol­no. Zbyt wol­no.

Szu­bert zbił lewą, pra­wą ude­rzył w nos. Sły­chać było, jak prze­miesz­cza się kość. Fuj! By­dlę za­la­ło się krwią. Co­fał się, char­cząc. Otarł dło­nią twarz, zo­ba­czył krew. Wście­kłość ode­bra­ła mu ro­zum, rzu­cił się na Szu­ber­ta. No i wy­kra­ka­ła Roxi: Szu­bert kop­nął go pod ko­la­no. Fa­cet za­chwiał się, prze­wró­cił. Dziew­czy­na po­chy­li­ła się nad nim ze współ­czu­ciem.

- Boli? Dzwo­nię po ka­ret­kę.

- Spier­da­laj!

- Ja też cię ser­decz­nie... Po­zdro­wie­nia od Do­mi­ni­ki.

Ode­szli. Fa­cet coś tam za nimi krzy­czał, ale go zi­gno­ro­wa­li. Szu­bert ode­tchnął głę­bo­ko, ból od­pły­nął, usta­ło pul­so­wa­nie. Sta­lo­wa ob­ręcz roz­war­ła się wresz­cie. Być może za­śnie tej nocy.

- Do domu?

- Do Prze­ką­sek.

- Daj spo­kój. Zno­wu będą cię za­cze­piać.

- Będę grzecz­na. Obie­cu­ję! Jed­na luf­ka i do dom­ku lulu. Sło­wo!

Szli w mil­cze­niu. Szu­bert bar­dziej czuł, niż sły­szał jej chi­chot.

- Co jest?

- Ostrze­ga­łam go. Mó­wi­łam, że wal­niesz go w nos.

- Nie wspo­mnia­łaś o prze­miesz­cze­niu ko­ści.

- Bo­nus.

Prze­ką­ski Za­ką­ski, bar na­prze­ciw Pa­ła­cu Pre­zy­denc­kie­go. Ta­nia wód­ka, ta­nie, zja­dli­we prze­ką­ski. Skłę­bio­ny tłum, opa­ry wód­ki. Spe­lu­na. Naj­mod­niej­sza spe­lu­na w mie­ście. Czyn­na całą dobę. W dzień uda­wa­ła je­den z licz­nych na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu ba­rów, w nocy była ście­kiem. Tu­taj ro­bi­li so­bie przy­sta­nek wę­drow­cy krą­żą­cy mię­dzy nie­zli­czo­ny­mi w tej oko­li­cy klu­ba­mi, tu­taj znaj­do­wa­li schro­nie­nie go­ście, któ­rzy urwa­li się z im­prez. Tych ofi­cjal­nych i tych zu­peł­nie nie­ofi­cjal­nych. Stu­den­ci, wiecz­ni play­boye, ar­ty­ści, lu­dzie re­kla­my, dzien­ni­ka­rze, cza­sa­mi po­sło­wie na sejm RP. Eme­ry­tów ra­czej się tu nie wi­dy­wa­ło. Szu­bert był wy­jąt­kiem.

Nikt nie wie­dział, na czym po­le­ga fe­no­men tego miej­sca. Te­raz też, pierw­sza w nocy, a przed ba­rem tłum, w środ­ku jesz­cze więk­szy. Ja­koś do­ci­snę­li się do baru. Pan Ro­man roz­ja­śnił się na wi­dok Roxi, Szu­ber­to­wi le­d­wo ski­nął gło­wą. Na­lał dwie wód­ki, dwie cole. Ro­man uwiel­biał Roxi. Szu­ber­ta to­le­ro­wał.

Bar­man i Roxi szcze­bio­ta­li, Szu­bert wy­pił wód­kę, po­pro­sił o na­stęp­ną. Do­stał. Roxi grzecz­nie zo­sta­ła przy jed­nej. Pan Ro­man na­mó­wił ją na prze­ką­skę. Od­da­lił się, żeby oso­bi­ście przy­go­to­wać­ta­ta­ra.

- Tak, wiem, dzie­sięć ty­się­cy lat cy­wi­li­za­cji psu w dupę!

- Do­kład­nie. Po­wrót do su­ro­we­go. Re­gres. - Szu­bert skrzy­wił się z obrzy­dze­niem. - Dla­cze­go po­bi­łem tego fa­ce­ta?

Roxi wes­tchnę­ła te­atral­nie.

- Do­mi­ni­ka. Ze­msta. Za­ba­wa.

- Faj­na za­ba­wa! Prze­cież to by­dlę mo­gło mnie za­bić!

- E tam...

Jej wia­ra w nie­go była wzru­sza­ją­ca. Ja­koś się nie wzru­szył.

- Spo­koj­nie. Po ko­lei. Do­mi­ni­ka?

- Po­de­rwał ją w Cy­na­mo­nie, po­je­cha­li do niej. Znasz Do­mi­ni­kę; świe­ce, ka­dzi­deł­ka, śnia­da­nie do łóż­ka, mi­łość ży­cia... Spo­ty­ka­li się przez mie­siąc. Sie­lan­ka. Aż do na­stęp­nej mie­siącz­ki.

- Za­szła w cią­żę z tym kre­ty­nem?

- Po­go­nił ją. Po­wie­dział, że to nie jego spra­wa. Skur­wiel!

- No i?

- Jak już prze­sta­ła pła­kać, za­dzwo­ni­ła do nie­go. Nie ma ta­kie­go nu­me­ru.

- I?

- Alarm oka­zał się przed­wcze­sny, ale ona na­praw­dę się za­ko­cha­ła, głu­pia. Szu­ka­ła go po klu­bach. Zna­la­zła wła­śnie w Klu­bo­ka­wiar­ni. Wy­śmiał ją. Ka­zał spa­dać. Coś tam jesz­cze pró­bo­wa­ła, bram­ka­rze ją wy­pro­wa­dzi­li. Ob­ciach.

- I na­mó­wi­ła cie­bie.

- Nie mu­sia­ła na­ma­wiać.

Uśmiech­nę­ła się pro­mien­nie do bar­ma­na, któ­ry przy­niósł jej su­ro­we, sie­ka­ne mię­so. Z su­ro­wym żółt­kiem. Ohy­da!

- Skąd wie­dzia­łaś, że będę cię szu­kał?

- Je­steś taki prze­wi­dy­wal­ny...

- Roxi!

- No prze­cież wiesz, tro­szecz­kę przy­pa­li­ły­śmy z Do­mi­ni­ką.

- Za­in­sce­ni­zo­wa­łaś cały ten baj­zel?!

- No i na wszel­ki wy­pa­dek, jak­byś oka­zał się mało po­jęt­ny, wy­ko­na­łam ten głu­chy te­le­fon...

Wie­dzia­ła, że bę­dzie się za­mar­twiał, że bę­dzie jej szu­kał. Te­raz chi­cho­ta­ła, ogrom­nie z sie­bie za­do­wo­lo­na. Szu­bert przez dwa­dzie­ścia lat ma­ni­pu­lo­wał ludź­mi i był w tym do­bry, na­praw­dę do­bry. Te­raz, jak dziec­ko, dał się pod­pro­wa­dzić dwu­dzie­sto­dwu­let­niej pan­ni­cy. Pora umie­rać!

- Pod­stęp­na suka!

- Ja też cię ko­cham. Je­steś taki opie­kuń­czy. Ci pa­no­wie to chy­ba po cie­bie. Cie­szysz się? - Wska­za­ła na za­krwa­wio­ne­go fa­ce­ta sto­ją­ce­go w drzwiach baru. By­dlę. Tym ra­zem w to­wa­rzy­stwie dwóch mun­du­ro­wych. Szu­bert od­wró­cił się, skur­czył, sta­rał wto­pić w tłum. Nie po­szło. Wrzask Mar­ci­na za­głu­szył ba­ro­wy gwar.

- To ten!

Na­gła ci­sza. Mun­du­ro­wi po­de­szli do Szu­ber­ta, lu­dzie roz­stą­pi­li się, zro­bi­li im przej­ście. Szu­bert po­czuł cięż­ką dłoń wła­dzy na swo­im ra­mie­niu. Od­wró­cił się. Mun­du­ro­wi in­stynk­tow­nie przy­ję­li po­zy­cję za­sad­ni­czą i spró­bo­wa­li za­mel­do­wać:

- Pa­nie in­spek­to­rze...

- Do­bra, w po­rząd­ku. Daj­cie so­bie spo­kój. Co jest?

Pierw­szy mun­du­ro­wy za­czął się ją­kać:

- Ten pan, on twier­dzi, że pan in­spek­tor... To na pew­no po­mył­ka...

Roxi świet­nie się ba­wi­ła. By­dlę nic nie ro­zu­mia­ło. Dru­gi mun­du­ro­wy prze­jął ini­cja­ty­wę.

- Jaka tam po­mył­ka?! Pa­nie in­spek­to­rze, czy ten męż­czy­zna za­ata­ko­wał pana in­spek­to­ra?

- Nie... To zna­czy nie­zu­peł­nie...

- Chce pan in­spek­tor zło­żyć skar­gę?

- Nie, nie ma spra­wy. Od­wieź­cie go do wy­trzeź­wiał­ki, do­syć dziś na­roz­ra­biał.

- Tak jest!

Mun­du­ro­wi stuk­nę­li ob­ca­sa­mi, wró­ci­li do Mar­ci­na, któ­ry wciąż stał w drzwiach, pa­trzył i nie wie­rzył, że wi­dzi to, co wi­dzi. Roxi przy­jaź­nie po­ma­cha­ła do nie­go dło­nią. Nie od­ma­chał, nie zdą­żył. Mun­du­ro­wi wy­pro­wa­dzi­li go z baru. To chy­ba nie był jego szczę­śli­wy dzień.

Roxi po­ca­ło­wa­ła Szu­ber­ta w po­li­czek, wzię­ła go pod ra­mię, wy­szli. Ob­jął ją. Szli wol­no opu­sto­sza­łym Kra­kow­skim Przed­mie­ściem.

Roxi. Naj­waż­niej­sza ko­bie­ta jego ży­cia.

Przez tę ko­bie­tę Szu­bert tra­fił do po­li­cji i przez nią mu­siał z po­li­cji odejść.

EMERYT

Osiem­dzie­sią­ty siód­my rok mi­nio­ne­go stu­le­cia, za­mierz­chła epo­ka. Ko­mu­na zdy­cha­ła i nie chcia­ła zdech­nąć, wy­da­wa­ło się, że ten syf bę­dzie trwał wiecz­nie. Miał dwa­dzie­ścia dwa lata, koń­czył stu­dia, so­cjo­lo­gię. Tro­chę dzia­łał w opo­zy­cji de­mo­kra­tycz­nej, był człon­kiem pun­ko­wej ka­pe­li: trzy akor­dy, dar­cie mor­dy. Akor­dy pro­du­ko­wał Ma­te­usz, Szu­bert darł mor­dę. Poza tym Fi­lo­zof na ba­sie i Sto­pa na per­ku­sji. Na­zwa­li się MSW, co mia­ło być żar­tem, skró­tem od Mę­skich Szo­wi­ni­stycz­nych Wie­przy, a oka­za­ło się prze­po­wied­nią.

Był dzie­cia­kiem i wca­le nie wy­do­ro­ślał, kie­dy po kon­cer­cie w Pro­xi­mie Olga ni z tego, ni z owe­go oznaj­mi­ła, że będą mie­li dziec­ko. Za­krztu­sił się pi­wem, a kie­dy już prze­stał kasz­leć, wziął ją na ręce i tań­czył, do­pó­ki nie wpadł na sto­lik, stłukł szklan­ki, roz­lał piwo. Ale Olgi nie wy­pu­ścił, wciąż trzy­mał ją w ra­mio­nach. Póź­niej pili do rana. A póź­niej za­czę­li my­śleć. Nie było do­brze: obo­je stu­dio­wa­li, obo­je miesz­ka­li z ro­dzi­ca­mi. Nie mie­li domu, pie­nię­dzy, pra­cy. Nie mie­li nic, poza mi­ło­ścią. Na po­cząt­ku wy­da­wa­ło im się, że to wy­star­czy. Nie wy­star­czy­ło. Zda­wał eg­za­min ma­gi­ster­ski w dniu po­ro­du. Szu­bert zdał, Olga uro­dzi­ła zdro­wą, po­noć ślicz­ną có­recz­kę.

Nie wi­dział nic pięk­ne­go w roz­wrzesz­cza­nym, pa­zer­nym ba­cho­rze. Ba­cho­rze, któ­ry ode­brał mu Olgę, wol­ność i seks. Gów­nia­ra dar­ła ryja od rana do nocy. Olga i jej ro­dzi­ce, u któ­rych wciąż miesz­ka­ła, już le­d­wo wi­dzie­li na oczy. O wol­no­ści nie było mowy. O sek­sie tym bar­dziej. A do tego mu­siał za­cząć za­ra­biać. Nie miał wyj­ścia, rzu­cił ka­pe­lę, za­czął pra­co­wać w ja­kimś urzę­dzie. Olga ku­pi­ła mu kra­wat. Pierw­szy i ostat­ni kra­wat w jego dłu­gim ży­ciu. Nie­na­wi­dził tej pra­cy, du­sił się. Olga du­si­ła się w ma­leń­kim po­ko­iku w miesz­ka­niu ro­dzi­ców. Zbun­to­wa­na pun­kó­wa nie chcia­ła być czyn­nym całą dobę ba­rem mlecz­nym. Gro­za. Pół roku póź­niej Roxi usia­dła, ro­ze­śmia­ła się i prze­sta­ła drzeć ryja. Nie­spo­dzie­wa­nie oka­za­ło się, że ich cór­ka jest wy­jąt­ko­wo ra­do­snym stwo­rze­niem. Olga ode­tchnę­ła. Wró­ci­ła na prze­rwa­ne stu­dia dzien­ni­kar­skie, do­sta­ła się na staż w pań­stwo­wej te­le­wi­zji. In­nych wte­dy nie było. Wy­na­ję­li ka­wa­ler­kę: po­kój, wnę­ka ku­chen­na, dwa­dzie­ścia trzy me­try kwa­dra­to­we. Byli szczę­śli­wi. Krót­ko. Olga wra­ca­ła zbyt zmę­czo­na, żeby co­kol­wiek zro­bić, on zaj­mo­wał się cór­ką. Pół roku póź­niej Olga do­sta­ła ży­cio­wą szan­sę: ame­ry­kań­ska fun­da­cja od­po­wie­dzia­ła na jej apli­ka­cję. Szu­bert nie wie­dział, że zło­ży­ła apli­ka­cję, że do­sta­ła rocz­ne sty­pen­dium w Sta­nach. Do­wie­dział się na kil­ka dni przed jej od­lo­tem. Roz­wód za­ła­twi­li ko­re­spon­den­cyj­nie. Szu­bert zo­stał je­dy­nym opie­ku­nem ro­ze­śmia­ne­go ba­cho­ra. Rzu­cił pra­cę, żeby opie­ko­wać się dziec­kiem. Za­ra­biał ja­kimś cha­łup­nic­twem. Zło­żył mi­lio­ny tan­det­nych dłu­go­pi­sów, zmon­to­wał ty­sią­ce ki­czo­wa­tych lam­pek. Dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę z ba­cho­rem, dłu­go­pi­sa­mi, lamp­ka­mi w ma­leń­kiej ka­wa­ler­ce. My­ślał, że zwa­riu­je. Zgod­nie z radą mą­dre­go ra­bi­na ze zna­ne­go żar­tu ku­pił kozę. No może nie­zu­peł­nie kozę. Psa. Ma­lut­ką, czar­ną kul­kę. Kul­ka uro­sła i sta­ła się sznau­ce­rem ol­brzy­mim, sucz­ką. Wpro­wa­dzi­ła się do ich ka­wa­ler­ki w dniu czerw­co­wych wy­bo­rów. Na­zwa­li ją Vic­to­ria, Vik­cia. Te­raz już zu­peł­nie nie moż­na było się ru­szyć w miesz­ka­niu. Pa­dał na pysk.

Za­po­mniał o pun­ko­wej ka­pe­li, za­po­mniał o an­ty­ko­mu­ni­stycz­nej opo­zy­cji. Ko­le­dzy z pod­zie­mia nie za­po­mnie­li o nim. Kie­dy po osiem­dzie­sią­tym dzie­wią­tym na­sta­ła nowa Pol­ska, za­pro­po­no­wa­li mu pra­cę w or­ga­ni­zo­wa­nych od nowa służ­bach. Poza przy­zwo­itą pen­sją atu­tem było służ­bo­we miesz­ka­nie. Zde­cy­do­wał się wy­łącz­nie ze wzglę­du na cór­kę. I psa.

Olga nie wra­ca­ła. Pi­sa­ła co­raz rza­dziej. Dzwo­ni­ła dwa razy w roku: w Wi­gi­lię i w dniu uro­dzin swo­jej cór­ki.

Roxi po­szła do przed­szko­la, on prze­dzie­rał się przez ko­lej­ne szko­le­nia. W kra­ju i za gra­ni­cą. Zo­stał ofi­ce­rem nowo po­wsta­łe­go Urzę­du Ochro­ny Pań­stwa, póź­niej prze­szedł do Cen­tral­ne­go Biu­ra Śled­cze­go. Je­dy­ną ko­bie­tą w jego ży­ciu wciąż była Roxi. Oczy­wi­ście by­wa­ły ja­kieś pa­nie, ale in­cy­den­tal­nie, po ci­chu, po ciem­ku. Z żad­ną się nie zwią­zał.

Olga wró­ci­ła do kra­ju. Nie za­mie­rza­ła mu od­bie­rać cór­ki, chcia­ła za­jąć się wła­sną ka­rie­rą. Spo­ty­ka­ła się z Roxi raz w ty­go­dniu, za­bie­ra­ła do kina, na lody. Nie­dziel­na ma­mu­sia. Gdzieś po dro­dze spo­tka­ła Szu­ma­na, jego ko­le­gę z CBŚ. Po­bra­li się. Ma­te­usza nie­zmier­nie ba­wi­ło to upodo­ba­nie Olgi do nie­miec­kich kom­po­zy­to­rów ro­man­tycz­nych. Szu­ber­ta znacz­nie mniej. Awan­so­wał. Na­wet nie za­uwa­żył, kie­dy z pun­ko­we­go graj­ka stał się ta­tuś­kiem, a z ta­tuś­ka gli­ną, ra­so­wym psem. Nie za­uwa­żył też, kie­dy Roxi sta­ła się ko­bie­tą. Skoń­czy­ła gim­na­zjum, po­szła do li­ceum.

Vik­cia umar­ła ze sta­ro­ści. Po­cho­wa­li ją god­nie i tego sa­me­go dnia ku­pi­li szcze­nia­ka. Sucz­kę, rzecz ja­sna, sznau­cer­kę. Na­zwa­li ją Vol­ta.

Dziew­czyn­ka co­raz rza­dziej spo­ty­ka­ła się z mat­ką. W nie­dziel­ne przed­po­łu­dnia wo­la­ła za­ba­wę z oj­cem w tre­nin­gi krav magi. Oczy­wi­ście, Vol­ta też chcia­ła brać udział w za­ba­wie, tak że wię­cej w tym było śmie­chu niż potu, ale Szu­ber­to­wi te tre­nin­gi po­zwa­la­ły za­cho­wać for­mę, a Roxi po­zna­ła pod­sta­wy tej naj­bar­dziej prak­tycz­nej ze szkół sa­mo­obro­ny. No i byli ra­zem. Lu­bi­li być ra­zem.

Szu­bert prze­szedł kurs krav magi pod­czas szko­le­nia w Izra­elu. Po­znał wte­dy kil­ku tam­tej­szych ofi­ce­rów, współ­pra­co­wa­li cza­sa­mi. Może nie była to przy­jaźń, Szu­bert miał tyl­ko jed­ne­go przy­ja­cie­la, ale mie­li do sie­bie za­ufa­nie. To za­ufa­nie spra­wi­ło, że Sa­lo­mon We­iss wplą­tał go w tę hi­sto­rię.

Sa­lo­mon znał się na lu­dziach. Mu­siał się znać. In­a­czej nie do­żył­by swo­ich osiem­dzie­się­ciu trzech lat i nie zo­stał­by mi­lio­ne­rem. Do mi­liar­da do­la­rów tro­chę mu bra­ko­wa­ło. Nie przej­mo­wał się tym, za­mie­rzał jesz­cze dłu­go żyć, a in­te­re­sy szły do­brze. Cza­sa­mi wy­świad­czał swo­je­mu kra­jo­wi drob­ne przy­słu­gi.

Szu­bert był uwa­ża­ny za świet­ne­go gli­nę, jed­ne­go z naj­lep­szych, ale praw­dzi­wą le­gen­dą zo­stał w ze­szłym roku, 25 czerw­ca, w dniu ostat­nie­go eg­za­mi­nu Roxi na gra­fi­kę w war­szaw­skiej Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych.

Przy­pad­kiem.

De­ner­wo­wał się tymi eg­za­mi­na­mi bar­dziej niż cór­ka, po­szedł po­bie­gać z Vol­tą. Nie miał przy so­bie bro­ni, ka­mi­zel­ki ku­lo­od­por­nej tym bar­dziej.

Al­do­na i Ja­cek No­wic­cy no­si­li to samo na­zwi­sko, ale nie byli ze sobą spo­krew­nie­ni. Po­zna­li się w szko­le po­li­cyj­nej w Szczyt­nie, mie­li na­wet krót­ki ro­mans, ale nie zo­sta­li parą. Przy­jaź­ni­li się. Obo­je byli wy­róż­nia­ją­cy­mi się ab­sol­wen­ta­mi, obo­je do­sta­li przy­dział do War­sza­wy. Od dwóch mie­się­cy słu­ży­li w jed­no­st­ce ro­we­ro­wej pa­tro­lu­ją­cej war­szaw­skie par­ki. Od Ła­zie­nek Kró­lew­skich do Ma­riensz­ta­tu. Je­cha­li u pod­nó­ża skar­py wi­śla­nej, kie­dy na Dy­na­sach, ma­lut­kiej, ci­chej ulicz­ce na Po­wi­ślu, zo­ba­czy­li, jak trzech gru­bo­kar­kich wy­cią­ga z naj­now­sze­go mo­de­lu ran­ge ro­ve­ra kie­row­cę, za­rzu­ca mu wo­rek na gło­wę i cią­gnie do czar­ne­go bmw, któ­re sta­ło obok z otwar­tym ba­gaż­ni­kiem. No­wic­cy nie się­gnę­li po broń, są­dzi­li, że wy­star­czy okrzyk:

- Stać! Po­li­cja!

Nie wy­star­czył. Ban­dy­ci mie­li broń i za­mie­rza­li jej użyć.

Szu­bert zbie­gał ze skar­py, kie­dy zo­ba­czył, jak ban­dy­ci roz­bra­ja­ją po­li­cjan­tów. Nie zdą­żył po­my­śleć, pod­biegł. Oni mie­li pi­sto­le­ty, on sznau­cer­kę. Obez­wład­nił dwóch, trze­ci uciekł. Zła­pa­no go na­stęp­ne­go dnia. Szu­bert do­stał dwie kule, Vol­ta jed­ną. Prze­żył. Vol­ta nie mia­ła tyle szczę­ścia.

Trzy mie­sią­ce le­żał w szpi­ta­lu, w tym dwa ty­go­dnie na OIOM-ie. Do­stał na­gro­dę: pięć ty­się­cy zło­tych, od­zna­cze­nie re­sor­to­we i bu­tel­kę whi­sky z su­per­mar­ke­tu od kie­row­cy ran­ge ro­ve­ra, szem­ra­ne­go biz­nes­me­na spod Ra­do­mia. Do­stał też kwia­ty od Al­do­ny i Jac­ka. Od­wie­dza­li go nie­mal rów­nie czę­sto jak Roxi. Szu­bert był nie­co za­że­no­wa­ny tymi wy­ra­za­mi po­dzi­wu i wdzięcz­no­ści.

A kie­dy wy­szedł ze szpi­ta­la, do­stał ul­ti­ma­tum od cór­ki: albo on od­cho­dzi z po­li­cji, albo ona wy­pro­wa­dza się z domu. Znał swo­je dziec­ko, wie­dział, że nie ma dys­ku­sji. Miał dwu­dzie­sto­let­ni staż pra­cy i pra­wo do wcze­śniej­szej eme­ry­tu­ry. Jego prze­ło­że­ni z pew­ną ulgą przy­ję­li ra­port Szu­ber­ta o zwol­nie­nie ze służ­by. Po ak­cji na Dy­na­sach zy­skał taką po­pu­lar­ność wśród sze­re­go­wych funk­cjo­na­riu­szy, że gdy­by chciał dzia­łać w związ­ku za­wo­do­wym lub, nie daj Boże, roz­po­cząć ka­rie­rę po­li­tycz­ną, stał­by się dla nich po­waż­nym za­gro­że­niem. Nie­czę­sto się zda­rza, żeby wy­so­ki ran­gą ofi­cer ry­zy­ko­wał ży­cie dla zwy­kłych kra­węż­ni­ków. Po­że­gna­no go z ho­no­ra­mi. Na od­chod­nym do­stał awans i uścisk dło­ni mi­ni­stra.

Wy­ko­rzy­stał wszyst­kie za­le­głe urlo­py i zo­stał czter­dzie­sto­sze­ścio­let­nim eme­ry­tem. Nie wi­dział, co ze sobą zro­bić. Zgłu­piał do tego stop­nia, że za­czął my­śleć o re­ak­ty­wo­wa­niu pun­ko­wej ka­pe­li, ale Ma­te­usz go wy­śmiał i za­le­cił zim­ne okła­dy.

BYŁY

Trze­cia noc. Sie­dem­dzie­siąt go­dzin bez snu. Kie­dy wsa­dzał tego śmiesz­ne­go fa­ce­ci­ka do tak­sów­ki, łu­dził się jesz­cze, że za­raz wró­ci do domu, że wresz­cie po­ło­ży się spać. Naj­wy­żej po dro­dze wpad­nie do Prze­ką­sek na jed­ną, góra dwie wód­ki. Nie po­szedł ani do domu, ani do knaj­py. Ru­szył w prze­ciw­ną stro­nę.

Kie­dy nie­mal rok temu służ­bo­wą broń wy­mie­nił na kwit Za­kła­du Ubez­pie­czeń Spo­łecz­nych, po­czuł się wol­ny. Za­czął cho­dzić na spek­ta­kle i kon­cer­ty, czy­tać za­le­głe lek­tu­ry. Po­do­ba­ło mu się. Przez mniej wię­cej trzy ty­go­dnie. Po na­stęp­nych trzech do­szedł do wnio­sku, że wol­ność to moc­no prze­re­kla­mo­wa­ne po­ję­cie. Przy­jął pra­cę w jed­nej z więk­szych agen­cji ochro­ny. Oka­za­ło się, że nie jest tam do ni­cze­go po­trzeb­ny, po­trzeb­ne jest tyl­ko jego na­zwi­sko i kon­tak­ty w służ­bach i po­li­cji. Zre­zy­gno­wał po mie­sią­cu. Do biz­ne­su też się nie nada­wał. Za­czął po­dej­rze­wać, że do ni­cze­go się nie na­da­je. Że cze­ka go już tyl­ko po­wol­na we­ge­ta­cja, cze­ka­nie na cud, któ­ry nig­dy się nie zda­rzy. Przez po­nad dwa­dzie­ścia lat, dwie trze­cie swe­go do­ro­słe­go ży­cia, żył w usta­wicz­nym stre­sie, po­czu­ciu za­gro­że­nia. Był w cią­głym ru­chu, wśród lu­dzi, do­wo­dził tymi ludź­mi... Nie bra­ko­wa­ło mu lu­dzi. Po­lu­bił sa­mot­ność, oswo­ił ją. Bra­ko­wa­ło mu ru­chu, dzia­ła­nia. Po­czu­cia przy­dat­no­ści.

Przez ja­kiś czas pró­bo­wał za­peł­nić pust­kę sek­sem. Na próż­no. Pod­nie­ce­nie mi­ja­ło ra­zem z or­ga­zmem, a or­gazm nig­dy nie sta­wał się speł­nie­niem. Nie­po­kój za­wsze po­wra­cał.

Zno­wu ro­bił obiad­ki dla Roxi, prze­ko­ma­rzał się z Ma­te­uszem i jego pa­nien­ka­mi, zdy­chał.

Naj­gor­sze były noce. Bez­sen­ność, ból gło­wy, we­wnętrz­ny dy­got. Na­pęd po­etów i psy­cho­pa­tów, udrę­ka tych, któ­rzy nie po­tra­fią skła­dać wier­szy, a nie chcą mor­do­wać.

Ad­re­na­li­na uza­leż­nia sil­niej niż nar­ko­tyk, za­czął jej szu­kać na uli­cach. Go­dzi­na­mi wę­dro­wał przez noc­ne mia­sto. Miał na­dzie­ję, że coś się zda­rzy. Naj­czę­ściej nic się nie zda­rza­ło.

War­sza­wa jest spo­koj­nym, cięż­ko pra­cu­ją­cym mia­stem. W nocy śpi. Dzie­cia­ki ba­wią się w klu­bach pod czuj­nym okiem ochro­nia­rzy, ban­dy­ci piją ta­nią wód­kę w swych no­rach. Nie ma już me­lin, noc­nych knajp, gdzie zło­dziej z ar­ty­stą pili do świ­tu, dzie­li­li się ko­bie­ta­mi i wie­dzą o nie­do­brym świe­cie. Nie ma już noc­nej War­sza­wy Kon­wic­kie­go i No­wa­kow­skie­go. Umar­ła.

Prze­szedł przez przej­ście pod­ziem­ne na skrzy­żo­wa­niu Alej i Mar­szał­kow­skiej. Pu­sto, ży­we­go du­cha. Wy­szedł przy ho­te­lu Po­lo­nia. W bocz­nych ulicz­kach sta­ło kil­ka dzi­wek we­te­ra­nek. Na­wet na nie­go nie spoj­rza­ły. Przed skle­pem noc­nym za­trzy­ma­ło się czar­ne bmw, dud­nie­nie z pod­ra­so­wa­nych gło­śni­ków wy­peł­ni­ło uli­cę, wy­bu­dzi­ło z drzem­ki dziw­ki we­te­ran­ki. Trzech pod­go­lo­nych gów­nia­rzy i dziew­czy­na w mini. Pa­nien­ka we­szła do skle­pu, gów­nia­rze pa­li­li pa­pie­ro­sy na chod­ni­ku. Ta­kie cza­sy, na­wet mło­do­cia­ni ban­dy­ci nie palą w sa­mo­cho­dach, sza­nu­ją ta­pi­cer­kę. Prze­krzy­ki­wa­li dud­nią­ce gło­śni­ki, rzu­ca­li mię­sem; Szu­bert wszedł mię­dzy nich, trą­cił ra­mie­niem naj­gło­śniej­sze­go. Tam­ten za­milkł. Za­mil­kli wszy­scy trzej, ża­den nie spró­bo­wał sprze­dać mu kosy, ża­den na­wet nie spoj­rzał na nie­go wy­zy­wa­ją­co. To mia­sto na­praw­dę scho­dzi­ło na psy.

Dziew­czy­na w mini wy­szła ze skle­pu, tasz­cząc wy­peł­nio­ną bu­tel­ka­mi tor­bę. Od­je­cha­li.

Do domu wró­cił nad ra­nem. Roxi spa­ła. Wziął prysz­nic, ogo­lił się. Wró­cił do ży­cia. Za­wsze kie­dy nad ra­nem sta­lo­wa ob­ręcz się roz­luź­nia­ła i dy­got usta­wał, Szu­bert nie mógł uwie­rzyć, że był tak nie­wia­ry­god­nie głu­pi. Wie­dział, że za tę głu­po­tę przyj­dzie mu kie­dyś za­pła­cić.

Zro­bił śnia­da­nie, za­pa­rzył kawę. Cór­ka po­dzię­ko­wa­ła mu ca­łu­sem w czu­bek ły­sie­ją­cej gło­wy. Zje­dli ra­zem. Roxi po­bie­gła do pra­cy. Miał dzie­więć go­dzin na zro­bie­nie za­ku­pów i przy­go­to­wa­nie obia­du. Mógł jesz­cze wzbo­ga­cić co­dzien­ność od­ku­rza­niem i, ewen­tu­al­nie, prze­pier­ką. Nic wię­cej do ro­bo­ty. Świet­ne za­ję­cia dla fa­ce­ta w sile wie­ku, by­łe­go pun­kow­ca, dzia­ła­cza opo­zy­cji, po­li­cjan­ta. Bo­ha­te­ra. By­łe­go.

Gdy­by nie był nie­re­for­mo­wal­nym sam­cem, po­szu­kał­by po­mo­cy u psy­cho­lo­ga i być może zro­zu­miał, że jest w okre­sie przej­ścio­wym, że po­trze­bu­je cza­su, żeby za­ak­cep­to­wać nową rze­czy­wi­stość. Pew­nie przez ja­kiś czas mu­siał­by ły­kać ja­kieś pro­chy i sta­now­czo uni­kać al­ko­ho­lu. Nig­dy się tego nie do­wie­dział. Kil­ka dni póź­niej od­wie­dził go Sa­lo­mon We­iss i żad­ne le­kar­stwo nie było już po­trzeb­ne.