Znakomici ludożercy
Osobliwi mieszkańcy wioski Swampmuck żyli bardzo skromnie. Byli rolnikami
uprawiającymi rośliny na mokradłach (nazwa ich wioski znaczyła tyle co
Bagnogrzebki), a choć nie cieszyli się luksusami i mieszkali w chatkach
uplecionych z trzciny, to jednak byli zdrowi, weseli i prawie niczego im
nie brakowało.
W ich ogródkach obficie rosły pożywne rośliny, w potokach płynęła czysta
woda i nawet skromne domostwa wydawały się prawdziwym luksusem, bo
pogoda w Bagnogrzebkach była tak ładna, a ludzie tak oddani pracy, że
wielu miejscowych po całym dniu grzebania w ziemi po prostu kładło się
do snu na uprawianych przez siebie mokradłach.
Ich ulubioną porą roku były żniwa. Pracowali wtedy dzień i noc, żeby
zebrać najlepsze wodorosty rosnące na bagnach, a następnie układali je w kopy i ładowali na wózki zaprzęgnięte w osły, żeby plony zawieźć na targ
i sprzedać jak najwięcej w oddalonym o pięć dni drogi miasteczku
Chipping Whippet. Była to ciężka praca. Bagienne wodorosty były
szorstkie i kaleczyły dłonie. Osły były złośliwe i potrafiły ugryźć.
Droga na targ była mocno dziurawa, a do tego podróżnych nękali rabusie.
Podczas żniw często dochodziło do groźnych wypadków, jak to się
przydarzyło choćby gospodarzowi nazwiskiem Pullman, który w porywie
zapału niechcący uciął sąsiadowi nogę kosą. Trudno się dziwić, że
poszkodowany sąsiad (gospodarz nazwiskiem Hayworth) bardzo się
zdenerwował, ale miejscowi byli ludźmi wyrozumiałymi i cała sprawa
szybko poszła w niepamięć. Pieniądze, które udawało im się utargować,
nie były duże, ale wystarczały na konieczne sprawunki i jeszcze
zostawało co nieco na zakup szynek z kozich zadków, które w Bagnogrzebkach były rzadkim frykasem i najważniejszym punktem dożynek,
hucznie obchodzonych we wsi przez kilka dni.
Tego roku zaraz po dożynkach, kiedy mieszkańcy zabierali się już z powrotem do mozolnej pracy na bagnach, we wsi pojawiło się troje
przyjezdnych. Każdy gość był w Bagnogrzebkach czymś niespotykanym, bo
nie było to miejsce, które ktokolwiek chciałby odwiedzać, a już takich
gości z pewnością nie oglądano tu nigdy. Byli to dwaj mężczyźni i kobieta, a wszyscy dosiadali arabskich wierzchowców i od stóp do głów
przyodziani byli w drogie brokaty. Choć na pierwszy rzut oka było jasne,
że przyjezdni są bogaczami, to jednak byli wychudzeni i słaniali się na
wysadzanych klejnotami siodłach.
Zaciekawieni wieśniacy zebrali się wokół przyjezdnych, podziwiając ich
wierzchowce i piękne szaty.
- Nie podchodźcie za blisko - ostrzegła ich Sally, jedna z miejscowych
gospodyń. - Wyglądają na chorych.
- Zmierzamy do wybrzeży Meek1 - wyjaśnił
jeden z przyjezdnych. Mężczyzna jako jedyny wydawał się mieć dość sił,
żeby mówić głośno. - Kilka tygodni temu napadli nas bandyci. Udało nam
się uciec, ale całkiem się przy tym zgubiliśmy. Od tamtej pory jeździmy
w kółko, szukając starego rzymskiego traktu.
- Rzymski trakt jest zupełnie gdzie indziej - wyjaśniła gospodyni Sally.
- Wybrzeża Meek tak samo - dodał gospodarz Pullman.
- Czy to daleko stąd? - zapytał przyjezdny.
- Będzie ze sześć dni jazdy - odpowiedziała gospodyni Sally.
- Nie ma mowy, żebyśmy tam dotarli - mrocznym głosem powiedział
mężczyzna.
W tej samej chwili odziana w jedwabie dama osunęła się w siodle i spadła
z konia.
Poruszeni współczuciem wieśniacy pomimo obawy przed chorobą podnieśli
damę i zabrali ją razem z towarzyszami do najbliższego domostwa. Tam
podali przyjezdnym wody, przygotowali im wygodne posłania ze słomy i stłoczyli się w kilkunastu, oferując pomoc.
- Nie pchajcie się tak! - ofuknął ich gospodarz Pullman. - Ledwie żyją z wyczerpania, dajcie im odpocząć!
- Wcale nie, im potrzeba lekarza! - zaprotestowała gospodyni Sally.
- Nie jesteśmy chorzy - rzekł mężczyzna. - Jesteśmy głodni. Ponad
tydzień temu wyczerpały nam się zapasy i od tamtej pory nie mieliśmy w ustach ani kęsa.
Gospodyni Sally zdziwiła się, dlaczego tak zamożni ludzie nie kupili
sobie po prostu czegoś do jedzenia od innych napotkanych wędrowców, ale
taktownie o nic nie pytała. Kazała tylko chłopakom z wioski pobiec po
trzy miski zupy z bagiennych wodorostów, chleb z jaglanej mąki i resztki
koziej szynki pozostałej z dożynek. Kiedy jednak postawili to wszystko
przed przybyszami, ci odmówili jedzenia.
- Nie uznajcie tego za nieuprzejmość - wyjaśnił mężczyzna - ale nie
możemy tego jeść.
- Rozumiem, że nasza strawa jest uboga - powiedziała gospodyni Sally - a państwo przyzwyczaili się pewnie do uczt godnych królewskiego
podniebienia. Ale nic więcej nie mamy.
- Nie w tym rzecz - powiedział mężczyzna. - Zboża, warzywa, zwierzęce
mięso... Te rzeczy po prostu nie nadają się dla nas do jedzenia. Nasze
ciała nie zdołają ich strawić. Gdybyśmy nawet zmusili się do jedzenia,
osłabiłoby to nas jeszcze bardziej.
Wieśniacy nie wiedzieli, co o tym myśleć.
- Skoro nie możecie jeść zboża, warzyw ani zwierząt - zapytał gospodarz
Pullman - to co właściwie możecie jeść?
- Ludzi - odrzekł mężczyzna.
Stłoczeni w chatce wieśniacy odsunęli się o krok od gości.
- Czy jaśnie pan chce przez to powiedzieć, że jesteście... ludożercami?
- zapytał gospodarz Hayworth.
- Z natury, nie z własnego wyboru - odpowiedział mężczyzna. - Ale
owszem, tak właśnie jest.
Po chwili spróbował uspokoić wstrząśniętych wieśniaków, wyjaśniając, że
są ludożercami cywilizowanymi i nigdy nie zabijają niewinnych ludzi.
Wraz z innymi podobnymi sobie porozumieli się z królem rządzącym krainą
i zobowiązali się nigdy nie porywać i nie pożerać ludzi wbrew ich woli.
W zamian zezwolono im odkupywać - za ogromne sumy - ucięte członki ofiar
wypadków i ciała powieszonych zbrodniarzy. To było całe ich pożywienie.
Teraz podróżowali do nadmorskiej krainy Meek, gdzie zdarzało się
najwięcej wypadków i powieszeń w całej Brytanii, dlatego żywność, choć
może nie była dostępna w obfitości, była tam stosunkowo łatwiejsza do
zdobycia.
Choć ludożercy byli w owych czasach ludźmi zamożnymi, dręczył ich niemal
nieustanny głód. Jako praworządni obywatele byli skazani na wieczne
niedożywienie. Stale nękał ich apetyt, który tylko z rzadka udawało im
się zaspokoić. Ludożercy, którzy pojawili się w Bagnogrzebkach, byli
bliscy śmierci głodowej, a tymczasem od Meek dzieliło ich jeszcze wiele
dni drogi. W oczy zajrzała im zguba.
Słysząc to, mieszkańcy każdej innej wsi - czy to osobliwej, czy
najzupełniej normalnej - wzruszyliby tylko ramionami i pozwolili
ludożercom sczeznąć z głodu. Jednak w Bagnogrzebkach ludzie byli
litościwi niemal ponad miarę, dlatego nikt się nie zdziwił, kiedy
gospodarz Hayworth przykuśtykał o kulach i powiedział:
- Tak się składa, że parę dni temu utraciłem nogę w wypadku. Wyrzuciłem
ją do bagna, ale na pewno uda mi się ją znaleźć, chyba że już ją zjadły
węgorze.
Ludożercom zabłysły oczy.
- Zrobiłbyś to dla nas? - spytała ludożerczyni, odgarniając kosmyk
długich włosów z kościstego policzka.
- Przyznam, że trochę to dziwne - powiedział Hayworth. - Ale przecież
nie damy wam tak po prostu umrzeć z głodu.
Pozostali wieśniacy przytaknęli. Hayworth pokuśtykał na bagna i odnalazł
własną nogę. Odgonił skubiące ją węgorze i podał nogę ludożercom na
półmisku.
Jeden z ludożerców wręczył mu sakiewkę pieniędzy.
- A co to takiego? - zapytał Hayworth.
- Zapłata - odpowiedział ludożerca. - Tyle musimy płacić królowi.
- Nie mogę tego przyjąć - powiedział Hayworth, ale kiedy próbował
zwrócić sakiewkę, ludożerca schował ręce za plecy i uśmiechnął się.
- Tak będzie uczciwie - wyjaśnił. - Ratujesz nam życie!
Wieśniacy taktownie odwrócili wzrok, a ludożercy usiedli do posiłku.
Gospodarz Hayworth otworzył sakiewkę, zajrzał do środka i pobladł. Nigdy
w życiu nie widział takiej ilości pieniędzy.
Przez kilka następnych dni ludożercy jedli i odzyskiwali siły, a kiedy
byli gotowi wyruszyć w dalszą drogę do wybrzeży Meek (tym razem
zaopatrzeni w dokładne wskazówki), wieśniacy zgromadzili się, żeby ich
pożegnać. Kiedy ludożercy spojrzeli na gospodarza Haywortha, zauważyli,
że nie porusza się już o kulach.
- Czegoś tu nie rozumiem - stwierdził jeden z ludożerców osłupiały. -
Myślałem, że zjedliśmy twoją nogę!
- Owszem - odpowiedział Hayworth. - Ale kiedy któryś z osobliwców w Bagnogrzebkach straci rękę albo nogę, kończyny nam
odrastają2.
Ludożerca zrobił dziwną minę, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale
się rozmyślił. Dosiadł wierzchowca i wyruszył w drogę z pozostałymi.
Mijały tygodnie. Życie w wiosce wróciło do normy dla wszystkich
mieszkańców - z wyjątkiem Haywortha. Gospodarzowi coś nie dawało
spokoju. Za dnia często go widywano, jak stał oparty o swój grzebalny
kij i nieruchomym wzrokiem wpatrywał się w przestrzeń ponad bagnami.
Rozmyślał o sakiewce pieniędzy, którą ukrył w podziemnej jamie. Co z nią
zrobić?
Znajomi podsuwali mu różne pomysły.
- Mógłbyś sobie kupić szafę pełną pięknych ubrań - powiedział gospodarz
Bettelheim.
- Ale na co mi to? - odpowiedział Hayworth. - Przez cały dzień pracuję
na bagnach, ubrania tylko by się zniszczyły.
- Mógłbyś sobie kupić bibliotekę pełną ładnie wydanych książek -
podsunął gospodarz Hegel.
- Przecież ja nie umiem czytać - odparł Hayworth. - W całych
Bagnogrzebkach nie ma takiego, co by umiał.
Najbardziej niedorzeczny pomysł zaproponował gospodarz Bachelard.
- Powinieneś sobie kupić słonia - powiedział. - Mógłby ci wozić
wodorosty z bagien na targ.
- Przecież słoń zżarłby mi wszystkie wodorosty, zanim dotarłbym do
targowiska! - odparł Hayworth, coraz bardziej już zdenerwowany. - Może
mógłbym coś zrobić z domem. Trzcinowa plecionka marnie chroni przed
wiatrem, a zimą robią się przeciągi.
- To może za te pieniądze kup sobie tapety i oklej ściany - podsunął
gospodarz Anderson.
- Nie bądź głupi - wtrąciła gospodyni Sally. - Kup sobie po prostu nowy
dom!
Tak właśnie uczynił Hayworth - zbudował sobie drewniany dom, jakiego w Bagnogrzebkach jeszcze nie widziano. Dom był mały, ale solidny, dobrze
chronił przed wiatrem, a nawet miał drzwi, które można było otwierać i zamykać, bo były osadzone na zawiasach. Gospodarz Hayworth pękał z dumy,
a dom budził zawiść w całej wsi.
Kilka dni później we wsi pojawiła się kolejna grupa przyjezdnych. Było
ich czworo, trzech mężczyzn i kobieta, a że byli odziani w wykwintne
szaty i dosiadali arabskich wierzchowców, wieśniacy zaraz odgadli, że
muszą to być praworządni ludożercy z wybrzeży
Meek3. Jednak ci ludożercy nie robili
wrażenia zagłodzonych.
Ciekawscy wieśniacy znowu stłoczyli się wokół przybyszów. Ludożerczyni,
która miała na sobie koszulę tkaną ze złotych nici, spodnie zapinane na
perłowe guziki i buty z cholewami obszyte lisim futrem, odezwała się
pierwsza.
- Kilka tygodni temu do waszej wsi zawitali nasi znajomi, a wy
okazaliście im wiele życzliwości. Tacy ludzie jak my rzadko spotykają
się z życzliwością, dlatego przybywamy, żeby wam podziękować osobiście.
Ludożercy zsiedli z koni i pokłonili się wieśniakom, a następnie
uścisnęli każdemu dłoń. Wieśniacy nie mogli się nadziwić miękkości skóry
ludożerców.
- Jeszcze jedno, zanim stąd odjedziemy... - zaczęła ludożerczyni. - Doszły
nas słuchy o waszym wyjątkowym talencie. Czy to prawda, że odrastają wam
utracone kończyny?
Wieśniacy przytaknęli.
- W takim razie - rzekła kobieta - chcemy wam złożyć pewną skromną
propozycję. Kończyny, którymi się żywimy na wybrzeżach Meek, rzadko
bywają świeże, a nam już się sprzykrzyło nadgniłe jedzenie. Czy nie
sprzedalibyście nam nieco własnych? Oczywiście zapłacimy godziwie.
Kobieta otworzyła wiszącą u siodła sakwę, pokazując plik banknotów i klejnoty.
Wieśniacy gapili się na pieniądze szeroko otwartymi oczami, jednak czuli
niepewność. Odeszli na stronę, żeby się naradzić po cichu.
- Nie możemy sprzedawać własnych kończyn - wywodził gospodarz Pullman. -
Nogi są mi potrzebne do chodzenia!
- No to sprzedaj ręce - podpowiedział gospodarz Bachelard.
- Ale rąk potrzebujemy do grzebania w bagnie! - próbował powstrzymać
transakcję gospodarz Hayworth.
- Jak nam zapłacą za ręce, nie będzie już trzeba hodować bagiennych
wodorostów - zauważył gospodarz Anderson. - Z naszych upraw i tak nie ma
prawie wcale pieniędzy.
- Ale to jakoś nie w porządku, żeby samego siebie sprzedawać -
powiedział gospodarz Hayworth.
- Łatwo ci mówić! - powiedział gospodarz Bettelheim. - Bo sam masz dom z drewna!
Tak to wieśniacy dogadali się z ludożercami, że praworęczni będą im
sprzedawać swoje lewe ręce, a leworęczni - prawe, a kiedy już ręce
odrosną, dobiją targu od nowa. W ten sposób zapewnią sobie stały dochód
i nie będą musieli całymi dniami grzebać w bagnie ani mozolić się przy
żniwach. Z takiej umowy zadowoleni byli wszyscy oprócz gospodarza
Haywortha, który lubił sobie pogrzebać w bagnie i żal mu było, że we wsi
skończy się tradycyjne rzemiosło, nawet jeśli nie było zbyt dochodowe w porównaniu ze sprzedażą kończyn ludożercom.
Nic jednak nie mógł na to poradzić i tylko przyglądał się bezradnie, jak
sąsiedzi porzucają uprawę wodorostów, pozwalają bagnom leżeć odłogiem, a sami odrąbują sobie ręce (za sprawą ich osobliwości nie bolało to
zbytnio, a ręce dość łatwo odchodziły od ciała, trochę jak jaszczurcze
ogony). Za zarobione pieniądze kupowali żywność na targu w Chipping
Whippet (kozie szynki, które kiedyś jadali raz do roku, teraz stały się
codzienną potrawą) i pobudowali sobie drewniane domy, tak samo jak
gospodarz Hayworth. Rzecz jasna każdy pragnął mieć drzwi osadzone na
zawiasach. Potem gospodarz Pullman wybudował sobie dom piętrowy i zaraz
wszyscy inni też zapragnęli piętrowych domów. Wtedy gospodyni Sally
zbudowała sobie dom, który miał nie tylko piętro, ale jeszcze i dach ze
szczytem, więc wkrótce każdy chciał piętrowego domu ze szczytem. Za
każdym razem, kiedy wieśniakom odrastały ramiona i można je było znowu
odciąć na sprzedaż, pieniądze szły na rozbudowę domów. W końcu domy
zrobiły się tak duże, że prawie nie było między nimi miejsca, a gromadzki plac w wiosce - kiedyś porośnięty sporą łąką - teraz się
ścieśnił do rozmiarów wąskiej alejki.
Gospodarz Bachelard pierwszy wpadł na pomysł, jak sobie poradzić z brakiem miejsca. Uznał, że kupi dużą działkę na obrzeżach wsi i tam
zbuduje nowy dom, jeszcze większy niż ten, w którym mieszkał (a który,
nawiasem mówiąc, miał troje drzwi osadzonych na zawiasach, piętro, dach
ze szczytem i do tego jeszcze ganek). Mniej więcej w tym czasie
wieśniacy przestali się do siebie zwracać per "gospodarzu" i zaczęli
mówić do siebie na "pan" i "pani", bo nie byli już przecież rolnikami -
z wyjątkiem gospodarza Haywortha, który nadal grzebał w bagnie i odmawiał ludożercom sprzedaży swoich kończyn. Upierał się, że jego
prosty dom mu zupełnie wystarcza, a zresztą i tak rzadko z niego
korzystał, bo po całym dniu ciężkiej pracy lubił sypiać na bagnach.
Znajomi uważali, że postępuje nierozsądnie i staroświecko, i przestali
do niego zaglądać w odwiedziny.
Niegdyś skromne Bagnogrzebki gwałtownie się rozbudowywały - mieszkańcy
kupowali coraz to większe działki, żeby budować coraz to większe i bardziej wymyślne domy. Chcąc znaleźć na to wszystko pieniądze, zaczęli
sprzedawać ludożercom po ręce i nodze jednocześnie (dla lepszej
równowagi zawsze sprzedawali nogę z przeciwnej strony ciała niż rękę) i nauczyli się poruszać o kulach. Ludożercy - których apetyt wydawał się
równie niewyczerpany jak ich majątek - byli bardzo zadowoleni. Potem pan
Pullman kazał zburzyć swój drewniany dom i na jego miejsce wybudować
murowany, co rozpętało rywalizację, kto z mieszkańców zbuduje
najokazalszy dom z cegły. Pan Bettelheim przebił wszystkich - zbudował
sobie piękny dom z piaskowca o miodowozłotej barwie. W takich domach
mieszkali tylko najbogatsi kupcy w Chipping Whippet, jednak było go na
to stać, bo sprzedał rękę i obie nogi.
- Bettelheim posunął się za daleko! - poskarżyła się pani Sally znad
talerza kanapek z kozią szynką w nowej, eleganckiej restauracji, którą
zbudowano we wsi.
Jej znajome były tego samego zdania.
- Jaką przyjemność można mieć z dwupiętrowego domu, kiedy człowiek nie
może nawet wejść po schodach? - spytała pani Wannamaker.
W tej samej chwili do restauracji wszedł pan Bettelheim... niesiony przez
krzepkiego mężczyznę z sąsiedniej wsi.
- Nająłem sobie człowieka, który będzie mnie nosił po schodach i gdzie
tylko zechcę - rzucił z dumą. - Na co mi nogi?!
Panie zaniemówiły. Jednak wkrótce i one posprzedawały swoje nogi. Nie
upłynęło wiele czasu, a jak wieś długa i szeroka murowane domy burzono i zastępowano wielkimi kamienicami z piaskowca.
Tymczasem ludożercy zdążyli już opuścić wybrzeża Meek i sprowadzić się
do lasów pod Bagnogrzebkami. Po co mieli przymierać głodem na nędznej
diecie złożonej z powieszonych zbrodniarzy i kończyn ofiar wypadków, gdy
kończyny wieśniaków były świeższe, smaczniejsze i dostępne w większej
obfitości niż to, na co mogli liczyć w Meek? Leśne domy ludożerców były
skromne, bo mnóstwo pieniędzy musieli oddawać wieśniakom, ale ludożercy
byli zadowoleni - o wiele bardziej woleli żyć skromnie, ale z pełnym
brzuchem, niż głodować w wystawnych domach.
Mieszkańcy i ludożercy byli od siebie coraz bardziej zależni, a ich
apetyty stale rosły. Ludożercy zrobili się tłuści. Kiedy już wypróbowali
wszystkie przepisy na potrawy z rąk i nóg, zaczęli się zastanawiać, jak
mogą smakować uszy. Mieszkańcy odmawiali sprzedaży uszu, które wszak nie
odrastały, jednak pewnego razu pan Bachelard (niesiony przez krzepkiego
sługę) złożył ludożercom potajemną wizytę w lesie, ciekawy, ile byliby
skłonni zapłacić. Przecież wszystko by słyszał i bez uszu, tłumaczył
sobie, a choć wiązałoby się to z pewnym oszpeceniem, w zamian cieszyłby
się pięknym domem z białego marmuru, który mógłby sobie wystawić za
zarobione pieniądze. (Czytelnicy lepiej obeznani w kwestii finansów
mogliby zapytać, dlaczego pan Bachelard nie wolał po prostu zaoszczędzić
pieniędzy z ciągłej sprzedaży rąk i nóg, aż byłoby go stać na dom z marmuru - było to jednak niemożliwe, bo zaciągnął w banku wysoką
pożyczkę na zakup działki, na której postawił sobie dom z piaskowca,
więc teraz musiał co miesiąc płacić bankowi równowartość ręki i nogi
samych odsetek. Dlatego właśnie musiał odsprzedać uszy).
Ludożercy zaproponowali panu Bachelardowi zawrotną sumę. Pan Bachelard
uciął sobie uszy, zadowolony, że ma je z głowy, a dom z piaskowca
zastąpił wymarzonym domem marmurowym. Był to najpiękniejszy dom w miejscowości, a może nawet w całym hrabstwie Oddford. Choć sąsiedzi w Bagnogrzebkach obmawiali za jego plecami szpetotę pana Bachelarda i mówili sobie, że głupotą jest sprzedaż uszu, które nigdy nie odrosną, to
jednak wszyscy składali mu wizyty i kazali się sługom obnosić po
marmurowych komnatach i marmurowych klatkach schodowych. Kiedy
wychodzili, wszyscy byli zieleni z zazdrości.
W tym czasie żaden z mieszkańców z wyjątkiem gospodarza Haywortha nie
miał już nóg i mało kto miał jeszcze ręce. Przez pewien czas każdy
zostawiał sobie po jednej ręce, żeby móc pokazywać palcem i jadać
samodzielnie, ale potem zdali sobie sprawę, że łyżkę albo kielich może
im równie dobrze podnieść do ust sługa, a zamiast pokazywać palcami,
równie dobrze można powiedzieć: "Przynieś mi to!" czy "Podaj mi tamto!".
Tym samym ręce uznano za niepotrzebny zbytek, a mieszkańcy - z których
zostały już tylko kadłuby bez kończyn - poruszali się w jedwabnych
chustach, które służący nosili zarzucone na bark.
Wkrótce uszy poszły śladem rąk. Wieśniacy udawali przed sobą, że nigdy
nie nazywali pana Bachelarda szpetnym.
- Wcale nie wygląda źle - powiedział pan Bettelheim.
- Możemy przecież nosić nauszniki - podsunął pan Anderson.
Poucinali sobie zatem uszy, posprzedawali je i za te pieniądze zbudowali
marmurowe domy.
Bagnogrzebki zaczęły słynąć z pięknej architektury. Senna kiedyś
miejscowość, do której ludzie trafiali najwyżej przypadkiem, stała się
powszechnie znanym celem podróży. Powstał w niej hotel i kilka nowych
restauracji. Nie było nawet mowy, żeby w którejś podano kanapkę z kozią
szynką. Mieszkańcy udawali, że w życiu nie słyszeli o czymś takim, jak
kanapki z kozią szynką.
Turyści przystawali niekiedy przed skromnym, drewnianym domkiem z płaskim dachem, w którym mieszkał gospodarz Hayworth. Intrygował ich
kontrast między jego prostym domem a stojącymi wokół pałacami. Farmer
wyjaśniał, że woli własne ręce i nogi oraz swoje proste życie hodowcy
bagiennych wodorostów. Pokazywał im swój spłachetek bagna - był to już
ostatni skrawek moczarów w całych Bagnogrzebkach, bo całą resztę
zasypano piachem pod budowę domów.
Oczy całego kraju zwrócone były na Bagnogrzebki z ich pięknymi
marmurowymi domami. Właściciele domów rozkoszowali się powszechną uwagą.
Każdy rozpaczliwie starał się jakoś wyróżnić, bo domy były niemal
jednakowe. Każdy chciał zasłynąć jako właściciel najpiękniejszego domu w Bagnogrzebkach, jednak pieniądze za ręce i nogi musieli co miesiąc
przeznaczać na spłatę odsetek za zaciągnięte olbrzymie pożyczki, a uszy
już posprzedawali.
Zaczęli więc podsuwać ludożercom inne pomysły.
- Czy pożyczyliby mi państwo pieniądze pod zastaw nosa? - zapytała pani
Sally.
- Nie - odparli ludożercy. - Ale chętnie odkupilibyśmy pani nos na
własność.
- Ale jeśli sobie odetnę nos, będę wyglądała jak potwór!
- Mogłaby pani owijać twarz szalem - podsunęli.
Pani Sally nie zgodziła się i nakazała słudze zanieść się w swojej
chuście z powrotem do domu.
Potem ludożerców odwiedził pan Bettelheim.
- Nie odkupiliby państwo mojego siostrzeńca? - zaproponował przyciszonym
głosem, a sługa wypchnął ośmioletniego chłopca przed ludożerców.
- W żadnym wypadku! - odparli ludożercy, dali przerażonemu chłopcu
cukierków i odesłali go do domu.
Po kilku dniach wróciła pani Sally.
- No dobrze - westchnęła. - Mogę odsprzedać nos.
W jego miejscu nosiła nos sztuczny, zrobiony ze złota, a za uzyskane
pieniądze zwieńczyła swój marmurowy dom olbrzymią złotą kopułą.
Zapewne odgadliście, do czego to doprowadziło. Cała wieś posprzedawała
nosy i wybudowała złote kopuły, wieże i wieżyczki. Potem sprzedawali
oczy (każdy po jednym), a za pieniądze otoczyli domy fosami, które
napełnili winem i egzotycznymi, pijanymi rybami. Zresztą twierdzili, że
patrzenie dwojgiem oczu to luksus, bo mogą się przydać najwyżej do tego,
żeby celnie rzucać i łapać. I tak nie mieli rąk, więc było to im
zbyteczne, a jedno oko wystarczy, żeby się cieszyć pięknem ich domów.
Meek to nazwa historycznej krainy, w której znajdowali schronienie
wygnani z kraju banici. Przypuszcza się, że leżała gdzieś na terenach
dzisiejszej Kornwalii. [wróć]
Były takie czasy - świetlana era w odległej przeszłości - kiedy
osobliwcy mogli żyć razem, nie kryjąc się, nie potrzebując pętli i nie
lękając się prześladowań. Osobliwcy często dzielili się wtedy na grupy o takich samych zdolnościach. Obecnie takie praktyki nie są dobrze
widziane, bo zachęcają grupy do zamykania się we własnym gronie i prowadzą do wzajemnej wrogości. [wróć]
Co było źródłem bogactwa ludożerców? Wyrób cukierków i zabawek dla dzieci. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki