W trzydziewiątém wschodniém państwie, W trzydziesiątém gdzieś sułtaństwie, Żył był sobie Sułtan Dadom. Straszny kłótnik! ni sąsiadom, Ni poddanym, ni w swym domu, Nigdy, nigdzie i nikomu, Nie dał chwili żyć spokojnie. Albo wojnę wiódł po wojnie, Albo lud ciemiężył w kraju, Lub w Dywanie i w Seraju, Żartem, śmiechem, różną próbą. Kłócił, jątrzył miedzy sobą
Odaliski, Muftych, Baszów, Aż do pięści a pałaszów. Bo najmilsza dlań zabawa, Był harmider, hałas, wrzawa, Nigdzie ładu ni porządku! - Jednak z czasem - czy z rozsądku, Czy z lenistwa - dość że z wiekiem Sułtan cichszym stał się człekiem, I nakoniec ku starości, Sam zapragnął spokojności. Aż tu kłopot! bo sąsiedzi, Widząc że on cicho siedzi, Nuż na niego! nuż wojować, Napastować a rabować, I wet za wet, żuk i żaby, Deptać wroga, kiedy słaby! - A więc Sułtan, by swe właści Zabezpieczyć od napaści, Musiał trzymać wojsk bez liku. Wojsko ciągle w zbrojnym szyku Dzień i noc pod bronią stało: Lecz i to nie pomagało. Bo naprzykład: wojsko w nocy Strzeże granic od północy; Aż tu goniec: "Marsz na prawo! "Wróg od wschodu." - Wojsko żwawo Daléj na wschód! - Aż znów goniec: "Marsz na zachód!" - Z końca w koniec
Wojsko ciągle tak biegało, Aż mu w końcu nóg nie stało. Krew ze złości wre w Sułtanie, Aż się tarza po dywanie. Nie śpi, nie jé, wychudł srodze. Co po życiu w ciągłéj trwodze? - Więc rad nie rad, rady słucha, Szle do Mędrca, do Eunucha, Do sławnego Astrologa,
By mu pomógł zwalczyć wroga.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.