I. O pieśni zaklętej
I
O pieśni zaklętej
Powiadają, że wszystko zaczęło się wieczorem.
Wieczorem, wieczorem
Pieśń się niesie borem.
Kogo pieśń poniesie,
Zatraci się w lesie.
- Jaka pieśń, dziadku? - pyta Kóba.
Stary Myszka mamle coś w bezzębnych ustach. Nie wiada, czy jakie słowa,
czy to może takie zwykłe starcze dziamdziolenie. Wypełniony gliną wóz
podskakuje na wybojach. Stary Myszka i Kóba jadą aż z Kopalin, bo tam
glina najlepsza w całej okolicy. Droga jeszcze daleka, a w drodze,
wiadomo, dobrze jest śpiewać i opowiadać przeróżne historie.
W lesie nad ruczajem
Pieśń się niesie majem.
W imię Syna, Ducha,
Pieśni tej nie słuchaj.
Stary oblizuje spierzchnięte wargi, zerka na Kóbę. Oczy ma jasne i nie
znać w nich wcale przeżytych siedemdziesięciu i dwóch zim.
- Jak to, jaka? - pyta. - A czyja ma być? Rusałczyna!
Kóba na te słowa smarka jeno pogardliwie, wpierw z prawej dziurki, potem
z lewej. Za drugim razem obsmarkuje sobie portki, bo wozem zarzuca na
jakimś kamieniu. Stary Myszka widząc to, rechocze rzęźliwym śmiechem, aż
mu z tej uciechy kolebie się indycze wole pod szyją.
- Rusałczyna - powtarza pod nosem, jakby sam do siebie.
Na świecie zmierzcha, a tutaj, w bukowym lesie, noc trwa już na dobre.
Nawet ptaki się pospały i tylko spóźniony kos co rusz wyśpiewuje jedną i tę samą strofkę. Dziki bez pachnie tak, że idzie oszaleć. Bo to jest
taki właśnie las: buki, bez i ciemność.
- Wychodzą na święty Jan na polanę, tutaj, niedaleko. A śpiewają, a tańcują, aby tylko chłopów zmamić. Jak posłyszysz ich wołanie, to czym
prędzej zatkaj uszy woskiem, coby nie słyszeć i nie słuchać. Najlepiej
wtedy pieśń jaką pobożną zaśpiewaj albo majową litanię do Matki Bożej,
albo módl się w kółko tysiąc razy: Panie Jezu kyrielejzon, pomiłuj mnie
grzesznego, aż w ciebie wejdą te słowa i staną się częścią ciebie. Bo
jak zaczniesz słuchać, to przepadłeś. A jeśli pójdziesz rusałki
podglądać, toś zgubiony z ciałem i z duszą. Bo one w samych giezełkach
tańcują, i jak raz zobaczysz, to już sobie nie znajdziesz miejsca na
ziemi między ludźmi.
- Starzyście, dziadku, a jedno wam we łbie - zaśmiewa się Kóba, ale
Stary Myszka nic na to. Wraca tylko do swej śpiewki:
Hej, kogo pieśń chyci,
Snadnie się zachwyci.
Los swój zdepce, rzuci,
Z lasu nie powróci.
Drzewa rzedną, między gałęziami znać błękit nocy. Wóz turkoce drogą w dół, ku wsi. Słońce dawno znikło już za górami, ale wciąż świeci jakby
spod ziemi, bo piaskowa łuna rozlewa się jeszcze po świecie, złoci
strzechy i dach kościoła.
Stary Myszka i Kóba mijają rów i kołyszące się nad nim wierzby. Wierzb
jest dwanaście i stary powiada, że to są Panajezusowe apostoły, a ostatnia, uschnięta i stoczona przez robactwo, to Judasz Iskarjota.
Stary Myszka powiada jednak różne rzeczy i nie należy mu we wszystkim
wierzyć.
Nim na dobre zjadą do wsi, Kóba staje jeszcze na wozie. Nasłuchuje, ale
od lasu nie idzie żadna pieśń. Tylko świerszcze grają w trawie.
II. O tańcu księżycowym
II
O tańcu księżycowym
Powiadają, że Kóba wraz ze Starym Myszką służyli w karczmie Rubina
Kohlmanna w Kamienicy za szabesgojów.
- Ojemełe, ajneklajnemiteszmok! A co to niby jest? - Żyd podtykał pod
nos pecynę gliny na przemian to młodemu, to staremu. - To mają być
gline? Jake to gline, pytam się ja was! Tak to jest goje po gline
wysłać. Błota i krowie gówne zwiezą!
Ani Kóba, ani Stary Myszka nic nie odrzekli, a dziad nawet jął skręcać
papierosa. Wiedzieli, że Rubin musi sobie pojojczeć, bo to jedyna jego
rozrywka w życiu. Najbardziej zaś narzekał na swoich szabesgojów.
Szabesgoje robili w domu i karczmie wszystko to, na co Żydowi nie
pozwalał zakon, i to, na co zwyczajnie nie miał ochoty, w szabas i nie
tylko. Kóba i Myszka nie narzekali, choć marudny Rubin wiecznie był z czegoś niezadowolony, rwał brodę, pomstował i wzywał Pana Boga
nadaremno.
Z Rubina był jednak porządny człowiek, choć Żyd. Nie można zresztą być
innym, bo mając żonę starą i przykutą do łóżka, syna rabina i córkę
meszugene, to znaczy wariatkę, nie da się być złym. Może dlatego
Kohlmanna przezywano Kohlkopfem, nie kryjąc się z tym nawet specjalnie,
jakby wszyscy sprawdzali, czy ajent karczmy potrafi się prawdziwie
rozzłościć. Zresztą, zawsze to lepiej robić u Żyda niż u pana, bo Żyd za
robotę płaci, a przy niedzieli daje niekiedy antałek wódki. Przede
wszystkim jednak Żyd nie bija. Pan bowiem dekretem Jego Miłości Kajzera
z Wiednia może chamowi wymierzyć dwadzieścia i pięć kijów za dowolną
przewinę, a babie i dziecku nie mniej, tyle że baby i dzieci należy bić
nie kijem, lecz brzozową witką.
Tamtego wieczora za oknem ścielił się biały blask, bo księżyc wzeszedł
wcześnie. W tej poświacie widać było wszystko wyraźniej niż w dzień. Za
dnia bowiem kształty rozmywają się i rozmazują, a barwy przelewają w siebie nawzajem i bywa, że rzeczy wyglądają jak za zakurzoną firanką
albo jak zasnute dymem. A księżycową nocą wszystko jest ostre, jakby
wycięte z papieru, tylko kolorów mniej. Dom, karczma, zgarbiony żuraw na
podwórzu - czarne. A świeże igły na modrzewiach przy obejściu puchate i białe, bardziej jak śnieg niż igły. Taki fałszywy, żydowski dzień.
Kóba już ma iść spać, kiedy ją dostrzega. Jak zwykle wspina się na
stromy dach gospody, podobna do łasicy albo do nocnej duszy. Wysoko,
wysoko, aż na samą kalenicę z rzeźbionym pazdurem po każdej stronie.
Odpoczywa chwilę.
A potem zaczyna tańczyć.
Tańczy z rękoma w górze, tym rozedrganym, cygańskim krokiem. Zarzuca
głową w lewo i w prawo, na wpół sennie, na wpół namiętnie, ciemne włosy
idą za nią falą, niby obdarzone własnym, wężowym życiem. Pod księżyc
widać ją wyraźnie, jak rzeźbioną z hebanu. Kóba wie, co to heban, bo
Rubin Kohlmann ma kasetkę z hebanu, a jaśniepan dziedzic we dworskiej
kancelarii posiadają nawet hebanowe meble. I teraz, nocą, Chana
Kohlmannówna jest czarna, lecz piękna.
Za dnia już piękna nie będzie, bo dzień ukaże krosty na jej nastoletniej
twarzy i zbyt duże zęby, krzywe i wystające jak u karpiowatej kobyły. Bo
tak naprawdę córka Rubina jest chuda i brzydka.
Teraz wszakże trwa noc, a noc ma własne prawa.
Kóba przypatruje się chwilę dziewczynie, ale potem wymyka się z chałupy.
Cichaczem przebiega przez podwórko i wspina się na dach kurnika, a stamtąd na gzyms biegnący wokół piętra karczmy, skąd można bez wysiłku
podciągnąć się na kryty gontem dach. Wszystko to cicho, cichuteńko, bez
jednego dźwięku, aby nie spłoszyć dziewczyny, ale też aby nie
zaalarmować całej rodziny Kohlmannów, gotowych - jak to Żydzi - narobić
rejwachu. Stary Myszka powiadał bowiem nie raz i nie dwa, że ludzi
tańczących do księżyca budzić nie wolno, aby się w nich dusza nie
wystraszyła i nie czmychnęła precz. I choć Żydzi podobno nie mają duszy,
to Kóba nie chce budzić Chany zbyt nagle, bo mogłaby się przeląc i spaść. Za dnia bowiem, w świetle słońca, dziewczyna boi się nawet wejść
na piąty szczebel drabiny, nie mówiąc o dachu gospody.
Chana tańczy na kalenicy i rozrzuca wokoło maleńkie karteczki, świstki,
karteluszki. Przypominają płaty grubego śniegu. Na każdej widnieje
napis, dłuższy lub krótszy, a czasami tylko jeden albo dwa znaki.
Wszystko zapisane po żydowsku, wspak, tymi niskimi, zmęczonymi literami,
wyglądającymi, jakby ktoś chciał je zdeptać i zmiażdżyć. Być może są to
modlitwy. Być może są to zaklęcia. Być może jedno i drugie, bo przecież
stoi w Biblii, że Żydzi, poczynając od samego Abrahama, od dawien dawna
próbowali wymusić na Bogu różne rzeczy i podporządkować Go swej woli.
Jeśli ktoś miałby znać zaklęcia, którym podlegałby sam Pan, Bóg, to
tylko oni, nikt inny.
Chana tańczy, a Kóba zbliża się do niej po dachu, zgięty wpół niczym
małpa z krainy Negrów. Ujmuje delikatnie wiotkie i chłodne nadgarstki
dziewczyny. Parę kroków - i już są na dole. Żydóweczka idzie za Kóbą
potulnie jak szczenię, choć nadal przebywa w dziwnych krainach w swojej
głowie; gdyby ją puścić, zaczęłaby tańczyć na nowo. Lgnie przy tym do
Kóby cała, aż mu się dziwnie robi koło serca.
Dziś wtorek, a we wtorek nikt do knajpy nie przychodzi, więc Rubin
Kohlmann i jego córki kładą się spać wcześnie. Parobek kołacze w kuchenne drzwi gospody. Po drugiej stronie szczęka zasuwka, stare
Żydzisko wyłazi na zewnątrz i przeciera klajstrowane snem powieki.
- Ajneklajnemiteszmok! Chana!
- Znowu tańczyła na dachu. Pilnujcie jej lepiej, gdy świeci księżyc.
- Zoje musiałe zostawić drzwi na auf. Dzięki, Kóbe. Dobre z ciebie
chłopak.
- Spokojnej nocy, panie Kohlmann.
- Ty szpij dobre też, Kóbe.
III. O wierzbach i deszczu
III
O wierzbach i deszczu
Powiadają, że we wszystkim maczały palce rusałki.
Może dlatego, że Kóba wciąż wypytywał o nie Starego Myszkę, bo chłopak
bardzo był łasy na opowieści. Ale stary podśmiechiwał się jeno i trudno
było wydobyć z niego coś ponad to, co już rzekł: że rusałki wychodzą
tańcować po lesie gdzieś między świętym Janem a świętym Pietrempawłem,
że niekiedy śpiewają i, przede wszystkim, że są gołe. O wszystkim mógł
stary opowiadać: o królu pradawnym Bodzosie, co go powiesili na górze
zwanej Magą, i o zbóju Zapale, i o czarnodzieju Mruku, i o Wężowym
Królu, i o złych wiedźmach, co ludziom szkodzą, i o dziewczynie z kartofliska, która żyje w ziemniaczanej pleśni, i o diable wierzbowym
Zapaliczce, który stłukł księżyc, i jeszcze podobnie, bo historii znał
Myszka wielkie mnóstwo. Tylko o tych rusałkach coś gadać nie chciał.
Pewnego dnia szedł Kóba ku dworowi w Siedliskach na pierwsze sianokosy.
No bo chłop jest chłop i iść musi, gdy pan każą. Może być bez ziemi,
może być szabesgojem - i tak pozostaje własnością dziedzica, jak trzoda
albo drzewka owocowe. Niechętnie więc bo niechętnie, ale Kóba szedł.
Zaduch i parota toczyły się między górami, a po dołach powietrze
zalegało białe i lepkie niczym sok z łęciny mlecza. Nawet muchy i bąki
leniwiły się, bzyczały od niechcenia i łatwo dawały się pacnąć ręką.
Było południe, ale skwarot wisiał od samego rana i Kóba spocił się cały,
ledwie dotarł do wierzb apostołów. Do Siedlisk miał mniej niż
austryjacką milę i nie było potrzeby się spieszyć. Na wieczorną kośbę i tak zdąży, bo łąkę należy kosić albo z rana, albo z wieczora. W tobołku
mile chlupotała czereśniowa pamuła w kamionkowym dzbanku; obiad musiał
Kóba zabierać ze sobą, bo dziedzic byli syc i nie dawali jeść po
robocie. Parobek spojrzał przed siebie - nikogo. Spojrzał za siebie -
nikogo. Pakunek lepił się do pleców. Kuba dał nura w cieniste zarośla
pod wierzbami i łapczywie zjadł wszystko, co miał do zjedzenia.
Chana Kohlmannówna robiła najpyszniejszą pamułę na świecie, a do tego
zapakowała Kóbie pięć białych bułek, smacznych, choć bez zakwasu. Przy
robocie chłop musi sobie pojeść i tylko jeden pan dziedzic uważali
inaczej.
Może więc przez ten pełny brzuch, może przez leniwy upał, może przez
zielony cień wierzb, może przez złośliwe duchy w tych wierzbach
mieszkające, a pewnie przez wszystkie te rzeczy pospołu, sen ogarnął
Kóbę wronim skrzydłem.
Zbudził go grzmot, niski, taki, od którego drży ziemia. Chłopak
rozejrzał się bezprzytomnie. Niebo zaciągnęło się już na grafitowo, ale
w oddali chmury na brzegach miały zły, zielonkawy poblask. Wiejba szła
taka, że targało gałęziami, wyło i rwało liście. Białe żyły błyskawic
waliły w widnokrąg. Nawałnica zbliżała się od północy, a to niedobrze,
bo burze znad równin zawsze są gorsze od tych z gór.
Już, już miał Kóba zrywać się i biec nazad do karczmy Kohlmanna, gdy
między wierzbowymi konarami dojrzał dziewkę.
Leżała na brzuchu na pochyłej gałęzi, podpierała brodę jedną dłonią i bezczelnie gryzła ostatnią bułkę Kóby. Wszystko w dziewczynie było jak
woda, bezbarwne aż strach. I włosy, i oczy, i luźna, przeświecająca
halka. Machała leniwie łydkami i spozierała na Kóbę na wpół ciekawsko, a na wpół szyderczo, i zupełnie nic nie robiła sobie z nadchodzącej burzy.
- Kto ty jesteś? - spytał chłopak, bo nie kojarzył dziewczyny z żadnej
wsi.
A ona nic nie odpowiedziała, tylko obgryzała bułkę dookoła, jak jabłko.
I wtedy lunął deszcz. W jednej chwili kapało nie mocniej niż ksiądz
kropidłem, a w następnej z nieba poszły całe szare rzeki. Jakób skulił
się przy wierzbie, wcisnął głowę w ramiona, a dziewczyna, chichocząc,
zeskoczyła z drzewa i uciekła w ulewę. Włosy i halka lepiły jej się do
ciała, i Kóbie zaschło w gardle jak po zbyt mocnej herbacie. Stał i mókł, i mókł, i mókł, bo wierzby nie dawały prawie żadnej ochrony, a gdy
zmókł tak, że już bardziej się nie dało, powlókł się krok za krokiem ku
gospodzie.
Zanim dotarł, deszcz przerzedził się i całkiem ustał. Pachniało ciszą i mokrą ziemią.
IV. O ogniu, co nie grzeje
IV
O ogniu, co nie grzeje
Powiadają, że takiej dziewczyny nie było i nie mogło być, ale w to Kóba
nigdy nie uwierzył.
Następnego dnia odwalił po łebkach całą robotę, którą miał u Kohlmanna,
i wczesnym wieczorem wymknął się z karczmy do wierzb-apostołów. Po
drodze w plebańskim sadzie narwał do kobiałki czerwonych porzeczek,
wielkich i słodkich od słońca.
Dziewczyna była na miejscu. Czekała i tak jak wczoraj półleżała na
brzuchu na wierzbowym konarze. Bawiła się od niechcenia kwiatem malwy;
kręciła go między palcami, wkładała we włosy, wyjmowała, nadgryzała
płatki, obracała w dłoniach. Kóba zbliżył się do niej powoli, tak jak
podchodzi się do spłoszonego konia, ale ona wcale nie miała zamiaru się
płoszyć. Spoglądała nań jeno z jakimś zwierzęcym zaciekawieniem. Jak
wariatka.
- Jak ci na imię? - zapytał, nie licząc, że mu odpowie.
Dziewczyna obojętnie zmięła kwiat w dłoniach i rzuciła na ziemię.
- Malwa - powiedziała. Głos miała niski i schrypnięty, piękny. Kóba nie
wiedział, czy miała to być odpowiedź na jego pytanie, ale na inną i tak
nie miał co liczyć.
- Ja jestem Kóba. Przyniosłem porzeczki - rzekł więc i wyciągnął ku niej
koszyczek. Chciwie chwyciła wielką kiść i wsadziła sobie całą do ust. A potem jeszcze jedną, i jeszcze. Ogonki wypluwała na ziemię, zmiędlone i przeżute.
Kóba usiadł obok na sękatym korzeniu wierzby i jadł porzeczki
zwyczajnie, jak człowiek, gałązka za gałązką. Zerkał raz za razem na
Malwę i pąsowiał, bo dziewczyna znów miała na sobie tylko giezło, takie,
że niby okryta, a wszystko widać. Chłopak, choć niebrzydki, nie miał
jakoś śmiałości do dziewuch, a one nieraz z tego powodu chichrały i podśmiechiwały się z niego. Teraz zaś był tutaj, tuż przy Malwie,
wystarczająco blisko, by chłonąć świeży zapach dziewczęcego potu.
- Chodź tu do mnie - zdobył się wreszcie na odwagę, ale dziewczyna tylko
wyciągnęła ku niemu dłoń z obrąbkami brudu pod paznokciami.
- Daj jeszcze.
Więc dał.
- Zejdziesz na dół?
Malwa roześmiała się ochryple, skoczyła z drzewa niczym kotka i uciekła
gdzieś w łąkę. Kóba pobiegł za nią, ale dziewczyny nie znalazł. Zupełnie
jakby rozpłynęła się w nawłoć i maki, i w złociste światło wieczoru.
Nocą długo przewracał się z boku na bok. Sen przychodził i odchodził,
bawił się Kóbą i rzucał nim jak fala rozkołysaną na jeziorze łódką.
Chłopakowi było zimno i cały się trząsł, choć to przecież czerwiec i można by spać nawet nago. Nakrył się po uszy kołdrą wypchaną żytnią
sieczką, zawlekł na to dwa koce i dopiero wtedy zrobiło mu się trochę
cieplej.
Najlepiej grzało go jednak wspomnienie Malwy. Odsunął się pod ścianę,
jakby chciał zrobić dla niej miejsce na sienniku, i wyobrażał sobie, że
dziewczyna leży tuż przy nim. Zrobił się twardy i sztywny tam w dole,
bał się jednak sięgać do siebie dłonią, bo Stary Myszka sen miał lekki i zawsze go na tym przydybywał. Malwa jednak sama pchała mu się przed oczy
i całe ciało chłopaka pulsowało żarem. Kóba próbował myśleć o najbrzydszej babie, jaką znał - o starej Kohlmannowej, rozlazłej i białej jak ciasto na pierogi. Niewiele to pomagało.
Rankiem wstał bezprzytomny. Ręce i nogi miał słabe, jakby nie z ciała i kości, tylko ze słomianych wiechci. W dodatku coś gniotło go w piersi i chyrlał niczym dziadyga.
- Idź ty lepiej skoś tę łąkę - radził mu Stary Myszka. - Nie minie cię
to. A jak nie pójdziesz, to się dziedzic rozsierdzą i grzbiet ci obić
każą. Słonko cię w drodze wygrzeje i wygoni choróbsko, bo coś cię chyba
bierze.
- W dupie mam dziedzica - burknął Kóba, ale poszedł.
Rychło pojął, że z kośby dzisiejszego wieczora też nic nie będzie.
Słońce, zamiast wygnać słabość z członków, drażniło go tylko, a ziąb w piersi jak siedział, tak siedział. Chłopakowi zdawało się, że nosi w piersi bryłę lodu. Szedł cieniem - marzł. Szedł słońcem - pękała mu
głowa. Tlił się w nim tylko jeden ogień, ale ten, zamiast rozgrzewać,
podsycał tylko gorączkę. Ten ogień miał na imię Malwa.
Na pańską łąkę nie doszedł więc i tym razem. Zaraz za
wierzbami-apostołami zaszył się w dzikim sadzie. Malwa nie dawała mu
spokoju. Obsunął portki i przyjrzał się sobie. Był duży, twardy i ładny.
Powietrze brzęczało od świerszczy, a może to Kóbie brzęczało w głowie, i może mu się przyśniło, bo w południowej godzinie różne zwidy snują się
polami. Może mu się zwidziało, że to nie on ujmuje się w dłoń, tylko
robi to Malwa; że dziewczyna stoi tuż za nim, że obejmuje go, a Kóba
czuje napierające nań jej młode i piękne ciało, piersi, brzuch,
wszystko. Że dziewczyna niemal go parzy, bo kobiety mają gorętszą skórę
od mężczyzn. Jakby oboje mieli gorączkę, tak. I oddech Malwy na karku
jak tchnienie rozsłonecznionej ziemi, bo Malwa tak właśnie pachnie,
trochę potem, a trochę ziemią. A wtedy, niepokojąco szybko, cały świat
skupia się w tym maleńkim punkcie na końcu ciała: i gorączka, i słońce,
i łąka brzęcząca owadami, wszystko, co istnieje, wzbiera gwałtownie i wybucha falą gęstej, zawiesistej rozkoszy.
Może się Kóbie zwidziało, że gdy jemu ciągle jeszcze tańczyły przed
oczami fioletowe powidoki, Malwa oblizała palce z jego rosy i znikła
wśród traw, jakby jej nigdy nie było.
Może się mu zwidziało, a może wcale nie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki