Baskijski diabeł - Zygmunt Haupt

Kup ebooka

54.90 zł
42.27 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Andrzej Stasiuk

Odwrócona ciemność

Zastanawiam się, jakie przedmioty pozostaną z naszego świata. W końcu nie jest to bez znaczenia, skoro pamięć ma strukturę podobną do światła: załamuje się na krawędziach rzeczy, rozszczepia i powraca odbita.

Gdy zaglądamy w stare lustra, nasze odbicie dołącza do tych wszystkich minionych. Stajemy jako pierwsi, lecz za nami stoi nieskończony rząd postaci, jak przypomnienie albo ironiczna pociecha, że koniec końców, dopóki lustro będzie trwało, przetrwamy i my. W spokojnych czasach lustra na ogół żyją dłużej niż ludzie, którzy noszą nas w pamięci.

No więc jak jest z tymi rzeczami? Albo z rzeczownikami? To one przecież odbijają promień pamięci. One i jeszcze przymiotniki, sadowiące rzeczowniki w przestrzeni. Czasowniki to wrogowie pamięci. Opisują ruch, są sprzymierzone z upływem, usiłują unieważnić pamięć.

No więc jakich rzeczowników, jakich przymiotników będziemy musieli użyć do opisania minionego świata w enigmatycznej przyszłości, zakładając, że w ogóle znajdzie się słuchacz? Wszystko wskazuje na to, że desygnatyka unicestwi leksykę; inaczej mówiąc, po prostu zabraknie nam słów do nazwania rzeczy. Już teraz widać, że liczba przedmiotów przekracza liczbę słów. Przedmioty uzyskały wolność, język przestał nad nimi panować, nie znajduje już sił na czynienie sobie świata poddanym. Spróbujmy przejść ulicą i zrobić katalog rozmaitości wystawionych w witrynach, a potem wyobraźmy sobie magazyny na zapleczach tych witryn i jeszcze (jeśli nie boimy się szaleństwa) postarajmy się przenieść w myś­lach do fabryk produkujących tę rozmaitość. Wrócimy porażeni niemotą.

*

"A we dworze jest pstryka, woda leje się ze ściany, a pali się smrodem". Któregoś dnia postanowiłem odnaleźć ten dwór, gdzie przed wojną (tą ostatnią) gościł Zygmunt Haupt. Elektryczność, kanalizacja i gaz nazwane w chłopskiej gwarze jakoś dziwnie podziałały na moją wyobraźnię. A poza tym ten Szymbark z opowiadania Meine liebe Mutter, sei stolz, ich trage die Fahne był blisko, był osiągalny. Wszystkie inne miejsca z Hauptowskich opowiadań leżały już od dawna za granicami. Czas został tu poddany działaniu geografii, i to w dodatku geografii politycznej. Dwór, austriacki cmentarz z pierwszej wojny, szyby naftowe - tyle w tym opowiadaniu było topografii i tyle chciałem odnaleźć.

Było popołudnie, zima, jechaliśmy szosą od Żmigrodu. Ta szosa odcina Beskid od reszty świata. Po prawej jest plaskata północ, po lewej trochę równi i od razu, bez żadnych uwertur wyrasta spod ziemi cielsko Magury Wątkowskiej. Dopiero gdy pionowe tak nagle spotyka się z poziomym, możemy zyskać jakie takie pojęcie o tym, że widzialny świat został skonstruowany prawdopodobnie tylko po to, by w przystępny sposób wyrazić ideę nieskończoności. Tak samo jak dla unaocznienia idei czasu wykonany został człowiek.

W Samoklęskach w środku wielkiej białej łąki stał błękitny autobus. Śnieg jak woda podnosił się do połowy kół i żaden ślad nie wiódł w stronę pojazdu. W Pielgrzymce zaspy przy szosie były wysokie jak mur. Spychacze rozgarnęły je i jechało się jak przez ruiny. Na takiej równinie wiatr nabiera rozpędu i zwiewa wszystko w wąską szczelinę drogi.

Splot myśli i rzeczy w prozie Zygmunta Haupta tworzy tkaninę tak gęstą, że władze rozumu stają się bezsilne i w dodatku najzupełniej zbędne. Nitka dyskursu pojawia się, znika, znowu wypełza na powierzchnię, lecz właściwie mogłoby jej nie być; jest jedynie ustępstwem na rzecz linearności umysłu, który czuje się niepewnie, gdy nie podąża skądś dokądś. Opowieść zazwyczaj polega na zatrzymaniu odcinka czasu, na wyjęciu go z kontekstu egzystencji i przeniesieniu w dziedzinę umysłowej percepcji w taki sposób, by utracił jak najmniej dynamizmu. Chodzi o to, by zamrożone w procesie pisania życie zachowało jak najwięcej swoich cech i zapachów po odmrażającym procesie lektury. Czas jest tak samo wrogi literaturze jak żywności. Niszczy zwłaszcza prozę: po pierwsze, często ją po prostu unieważnia; po drugie, rozkłada ją od wewnątrz, przeżera niczym rdza, gdy naczynie wykonane zostało z języka w kiepskim gatunku. Pamięć rozlewa się wtedy, staje się bezkształtna jak plama kawy na knajpianym blacie. Nie mówi nam nic, jest lustrem odbijającym własną czerń.

"Ani nie widzieć na tysiąc mil, ani na dwadzieścia tysięcy, kiedy rozwiną przed nami rulony map, kiedy wysypią przed nas mak statystyk, indeksy diabelskie, kiedy ukażą nam widma spektroskopu i babilońskie kartoteki i wyryją nam to w kamieniu, i utwardzą na taśmie filmowej, i otworzą ludzkie czaszki, ażeby pokazać fałdy szarej masy mózgu, kiedy powiedzą nam słowo i inne słowo, i tysiąc innych słów, i dwieście tysięcy innych słów, i powiedzą, że tak już było, że to, co jest teraz sekwensem, to tego, co już było, że przeszłość wżera się w teraźniejszość, że tu jest okrąg, a tu jest granica, że to jest dobre, a to jest złe, że to jest kula, a to jest pseudokula, to jest ojciec, a to jest syn, to jest "Przybądź Duchu Święty, oświeć serca i umysły nasze...", a to jest "Łączę wyrazy poważania i szacunku", a to jest "Potrzebny od zaraz zdolny kamizelkarz. Warunki według umowy", a to jest "...dokolusineczka, moja kochaneczka!"".

Tak wygląda powrót do Edenu. Wiedza i rozróżnienie są przecież powodem i następstwem grzechu. Wiedza i rozróżnienie mogą istnieć jedynie w czasie. W wieczności są bezużyteczne. Precyzyjna struktura umysłu stała się karą, która umożliwia egzystencję. Pojmując świat w bezpośredni, zwierzęcy sposób, przepadlibyśmy w nim tuż po narodzinach. Zygmunt Haupt szuka raju utraconego tam, gdzie może go znaleźć pisarz: we wnętrzu języka, w kosmosie, w którym zamiast gwiazd wirują słowa, a trajektorie i orbity wyznaczone są przez brzmienia, sensy i napięcia. Jak każdy prawdziwy utopista wierzy, że rzeczywistość wyobraźni i literatury jest naprawialna - wystarczy znaleźć błąd i go usunąć, wystarczy wykryć robaka, który drąży stworzenie, wystarczy usunąć pierwotną pomyłkę, a wszystko powróci na swoje miejsce. W dodatku w odróżnieniu od utopistów zajętych naprawą realnego świata jego wiara znajduje spełnienie. Czas, cichy i wszechobecny wróg wyobraźni i krea­cji, zostaje w jego prozie unicestwiony. Jeżeli skondensowaną, sprężoną formą czasu jest nuda, a w szczególności nuda lektury, to w przypadku Zygmunta Haupta doświadczamy czegoś odwrotnego: książka wypada nam z rąk, bo władze naszej percepcji są zbyt ograniczone, by pojąć i objąć to wszystko, co Autor przedstawia nam na jednej stronie czy dwóch. Język - substancja w końcu lekka, kapryśna, zbytkowna i zbyteczna - wypiera, wbrew prawom grawitacji, ciężką i złowrogą materię czasu. Cudowność jest zawsze zawieszeniem reguł fizyki i jakkolwiek byśmy się starali, neguje albo przestrzeń, albo przemijanie.

No więc Pielgrzymka. Stanęliśmy w knajpie, którą prowadził wtedy Piotrek Nowak, basista z pierwszego składu Breakoutów. Ale w środku był tylko ziąb i barman, więc wypiliśmy po piwie i ruszyliśmy dalej. Nikt prócz nas nie jechał białą i śliską szosą. Na tym pustkowiu domy zbijały się w ciasne stada, jakby spodziewały się najgorszego. Przed Rozdzielem na nagim wygwizdowie stały wielkie hale z niebieskiej blachy. Coś, co miało tu powstać, nigdy nie zaczęło działać. Właściwością naszego świata jest to, że wytwarza rzeczy całkowicie zbędne - albo jednorazowe, albo potrzebne tylko przez chwilę. Niektóre stają się ruinami już w chwili budowy, inne zmieniają się w śmieci w chwili, gdy z nich skorzystamy. Betonowe rumowiska osiedli, miliardy puszek po piwie. Trwanie tych rzeczy obliczone jest ledwo na jedną czynność - niezależnie od tego, czy będzie to zamieszkanie, czy ugaszenie pragnienia. Trudno sobie wyobrazić opis tych przedmiotów, opis, który nie nosiłby w sobie jednocześnie zapowiedzi rozpadu. Niewykluczone, że właśnie dlatego literatura ostatnich kilkudziesięciu lat przestała interesować się światem i zajęła tak zwanym wnętrzem, duszą albo psychiką artysty czy pisarza. Trudno zajmować się czymś beznadziejnie zmiennym, upadającym i już w chwili narodzin skazanym na zagładę. Andy Warhol może namalować puszkę zupy, W. C. Williams może napisać wiersz o stłuczonej butelce, lecz nikt poza grafomanami i miłośnikami awangardy nie wytrzyma dwudziestu stron prozy na podobny temat. Rzecz w tym, że przedmioty, rzeczywistość i w ogóle świat widzialny mają strukturę nieco geologiczną. Sensy i znaczenia narastają w nich stopniowo. Same w sobie są niewiele warte. Uszlachetnia je dopiero ciągłość percepcji, czyli wszyscy ludzie, którzy przed nami dotykali ich myślą, słowem albo po prostu ręką.

Nie da się opisać tej prozy. Dlatego kluczę, krążę i odbiegam, i za sposób obrałem sobie podróż, którą zawsze można przerwać albo skręcić gdzieś na Cieklin czy Wapienne. Nie da się opisać tych opowiadań inaczej niż tylko jakimś przewrotnym antyopisem, czyli przemilczeniem albo przedstawieniem świata, którego Hauptowski język tknąć by nie chciał lub który obejrzałby tylko z oddali, jak w odwróconej lunecie. Bo rzeczywistość Pierścienia z papieru czy Szpicy jest ukształtowana i ostateczna. Jest to wprawdzie przeszłość, ale przeszłość heroiczna, bo nie rozpadła się pod własnym ciężarem, lecz została unicestwiona. Nieskończona liczba przedmiotów wymienionych w  dziele Haupta została powołana, by trwać. Konie, uprzęże, naczynia, broń myśliwska, gatunki drewna, rodzaje skóry, zapachy pór dnia i roku, światło we wszystkich odmianach, meteorologia, topografia, architektura, lary i penaty całego świata, katalog, spis wszystkiego, co oko pochwyciło, a pamięć zatrzymała, rysunek balkonowej kraty, deseń tkaniny, ruchliwy cień drzewa w wietrzny dzień, pochód rzeczowników, karawana przymiotników, które opuściły słownik, by odcisnąć się w czasie, przyszpilić go jak motyla w gablocie, by - chociaż nieruchomy - trwał dłużej od swego brata na wolności.

I tylko czasem spod tej materii przeziera twarz Autora. Lecz ani na moment nie przesłania przedstawionego świata. Po czymś takim poznaje się dawnych mistrzów. Ich pracą kierowała pokora wobec stworzenia, a opis własnej duszy czy też jej braku uznaliby pewnie za wyraz pychy. Albo głupoty - bo cóż nowego może mieć do powiedzenia człowiek w dziedzinie siedmiu grzechów i niewielu cnót?

A tutaj, z prawej, ten poroniony PGR. Szary beton, rozpierducha, rzecz wyrzucona jeszcze przed użyciem i nikt nad tym łzy nie uroni, że o przechowaniu w pamięci nie wspomnę. Jest równie bezużyteczny i obojętny jak góry po drugiej stronie szosy. Bo w paradoksalny sposób jesteśmy coraz bardziej naturalni i tak jak zwierzęta stajemy się powoli jedynie wehikułami gatunku. Jemy, żeby mieć energię, mieszkamy, żeby się przechować, i żadna z tych czynności nie nosi piętna czegoś ponadutylitarnego. Kultura powoli zmienia się w rozrywkę i zabawę, religia staje się terapeutyczną techniką. Wytwarzamy miliony zbędnych rzeczy, które natychmiast stają się niezbędne. Wystarczy wyobrazić sobie materialne ubóstwo ludzi sprzed dwóch czy trzech stuleci, by pojąć, jakim zbytkiem, luksusem, czyli "przedmiotem kultury", była dla nich każda rzecz, której nadawano indywidualne piętno artystyczne czy rzemieślnicze (co wtedy zresztą wychodziło na jedno).

Wystarczy spojrzeć na współczesny dostatek, by zrozumieć, że niemal wszystkie przedmioty zbytku i luksusu natychmiast stają się nieodzowne, a jednocześnie nie mają nic wspólnego z przedmiotami kultury. Chyba że podeprzemy się sofizmatem kultury technicznej. W końcu nieprzypadkowo zamiast reprodukcji takiego, dajmy na to, Kossaka wieszamy sobie dziś na ścianach wizerunki najnowszych modeli samochodów. Podobnie jest z architekturą: jedyną ciekawą propozycją jest dziś architektura wielkich zakładów przemysłowych. To ona góruje nad miastami czy też przedmieściami na podobieństwo dawnych zamków czy katedr, w jej monumentach uwięziony jest duch czasu. Współczesne kościoły, muzea czy supermarkety są jedynie jej powtórzeniem i pomniejszonym odbiciem. Lecz nie mogę sobie wyobrazić, by huty i rafinerie stały się kiedyś zabytkami. Niewykluczone jednak, że to tylko niedowład wyobraźni.

Nic więc dziwnego, że przedmiotem współczesnej literatury jest rozpad. Jeżeli coś zostanie zniszczone, nie będzie trzeba tego zapamiętywać. Albo inaczej: lepiej to zniszczyć, bo w przeciwnym razie musielibyśmy to zapamiętać, nie mając w zamian niczego lepszego.

Zygmunt Haupt malował dla pieniędzy stacje Męki Pańskiej w wiejskich kościółkach Podola. Do końca życia malował też obrazy. Malarstwo jest bliżej barbarzyństwa. Przemawia językiem barwy, kształtu i świat­ła, czyli językiem natury. Niezależnie od tego, czy wizja przedstawia Ukrzyżowanego, czy pejzaż - zawsze skłania się ku widzialnemu, zawsze jest pokrewna temu, co może zobaczyć pies, kot albo ryba. Nasza zwierzęcość znajduje w obrazach, w rzeźbie czy muzyce wysublimowane zaspokojenie. I jeśli kontemplacja polega na zjednoczeniu z tym, co kontemplowane, to powracamy w ten sposób do świata materii, z którego wyszliśmy. Można podejrzewać, że oglądaniu obrazów towarzyszy nieuświadomiona chęć redukcji (czy rozbicia własnego istnienia) do form elementarnych, z których można by ten obraz odtworzyć. Piękno zawsze ciągnie nas w stronę zatraty.

Na szczęście człowiek jest również istotą kulturalną i przed cofnięciem się na szczebel minerału czy rośliny chroni go zdolność mowy, czyli wyrażania tych wszystkich stanów i pragnień, które w innym wypadku musiałby przeżywać bezpośrednio.

Niezwykła siła prozy Zygmunta Haupta polega na połączeniu tych dwu umiejętności: na barbarzyństwie widzenia i na kulturze wyrażenia. Malarz i pisarz. To, co powszechne, "wszechświatowe" albo kosmiczne, przekazać językiem jednego gatunku czy nawet językiem jednej, dość pośledniej tego gatunku podgrupy: czyli po polsku.

Pyszna pogańskość tego pisarstwa polega na tym, że przepadają w nim rozróżnienia. Wyobrażone i wyrażone splata się w materii języka, który, śmiem twierdzić, nie ma sobie równego w polskiej literaturze XX wieku. (No, może jeden Bruno Schulz...) Proces kreacji jest zawsze częściową negacją, coś trzeba odrzucić, by to, co pozostało, zyskało na znaczeniu. Tymczasem u Zygmunta Haupta tej skazy właściwie nie widać. Opowieść rozwija się i rozwidla nieustannie, i pokrywa świat siecią podobną do siatki południków i równoleżników. Wszystkie stopnie, minuty i sekundy są zaznaczone, wszystko, co istnieje, musi być uwzględnione. Dla pisarza z prawdziwego zdarzenia mapa świata zawsze jest pełna białych plam. Nieustanny jęk nad kryzysem literatury, nad jej wyczerpaniem dotyczy w istocie nie tyle samej literatury, ile kryzysu wyobraźni. Po prostu okazało się, że wyobraźnia, jeżeli zdaje się na samą siebie, wyczerpuje się równie szybko jak pojemność przestarzałych central telefonicznych w rozpadających się miastach. Bo rzeczywistość najzwyczajniej w świecie przekracza każdą, nawet najbardziej niezwykłą wyobraźnię. Nuda, cena, jaką przyszło zapłacić za lucyferyczne tęsknoty pisarzy, jest niezbyt wygórowana. Zwłaszcza że najbardziej w swoich alternatywnych i konkurencyjnych rzeczywistościach nudzą się sami pisarze.

Dojechaliśmy do Gorlic. Szosa ledwo je musnęła, szturchnęła zgiętym ramieniem Zawodzie i pomknęła prosto na zachód. W Szymbarku byliśmy o zmroku. Od Chełmu, od Bartniej Góry snuł się niebieskawy cień. Wyglądało na to, że noc wypływa gdzieś z wnętrza gór jak dym z na wpół uśpionych wulkanów. Wydrapaliśmy się kamienistą drogą ponad wieś. Z wysokości ludzkie osiedla wyglądają jak zbieg okoliczności, chaos przypadków i nieporozumienie. Trzeba czekać, aż ciemność zgęstnieje na tyle, że pozostaną same światła świecące sobie a muzom. Nie znalazłem ani cmentarza, ani dworu, ani ogni z naftowych szybów. Domy znikały, powietrze mroczniało coraz bardziej, wypełniało dolinę i usuwało z niej wszystko, co widzialne. Czy pejzaż, który jest zakryty, pozostaje pejzażem?

I pomyślałem sobie wtedy, że proza Zygmunta Haupta jest odwróconą ciemnością - przypomina pożar. Pożar, który się przetacza i po którym zostaje czarna, naga ziemia. Opis unicestwił wszystko: ludzi, ich uczynki i uczucia, zieleń, zwierzęta, miasta, wsie, historię zastygłą w murach, życie pokoleń zawarte w przedmiotach i sprzętach, pamięć i czas; zagarnął wszystko, zamienił w dym i uniósł w dziedzinę literatury, by istniało tam ocalone, nieruchome i trwalsze od wszystkich widzialnych rzeczy. Jak ogień pożaru, który o zmierzchu odbija się w lustrze chmur.

Entropia

Kto zajmował się termodynamiką, natknął się zapewne na pesymistyczną formułę powiadającą, że "entropia wzrasta do zera". Różne temperatury dążą do wyrównania. Takie samo zjawisko inwolucji zachodzi wszędzie. Napięcia elektryczne chcą się wyładować, kolory zmieszane dają jeden kolor szary, jesteśmy świadkami powolnej niwelacji ziemi prowadzącej do tego, że kiedyś góry wypełnią doliny i z morzami stworzą jedną wielką płyciznę. W sferze spraw ludzkich takie zszarzenie i płycizny da powolny proces ujednostajnienia i zestandaryzo­wania nie tylko przez zmechanizowaną cywilizację, która staje się nawet z drobiazgami powszedniego życia i strojem jednakowa i tandetna, ale radio, prasa i kino robią z nas powoli miliony i miliardy jednakowo zaopatrzonych w sztancowane ideje ludzi. Entropia wzrasta do zera.

Kiedy się tak wędruje po świecie, wydaje się, że nawet pory roku tracą swe oczywiste granice i zlewają się w jedną szarą, gdyby nawet była wieczną kalifornijską wiosną, porę roku.

Mój kraj - od doliny jednej rzeki do drugiej, od jaru do jaru, od Miodo­borów i Pantalichy do zębiastej sierry Karpat - mój kraj w soczyste lato, kiedy zieleń kopuł drzew idzie w zawody z zielenią łąk, a srebro falujących łanów żyta odbija niebo, w czerwoną jesień, kiedy w wieczór zaduszny palą się naokoło widnokręgu cmentarze jak ognie alarmowe, w matowobiałe noce zimowe, kiedy zadymka porywa z zasp śnieżnych sztandar kurzawy, wyjącego tryumfu nad bezsiłą człowieka, a nagie gałęzie drzew smagają bluźnierczo niebo, w dnie przedwiosenne, kiedy znad kałuż błota nadlatuje najbardziej mistyczny, upajający zapach, mój kraj roślin sprzyjających człowiekowi i ścielących się u jego stóp, i rozwieszających nad głowami w bezcenne tło, kraj zwierząt naj­łagodniejszych i najprzedziwniejszych w formie i czarze ruchów, kraj ludzi naiwnych i prostych, od urzędnika XI kategorii izby skarbowej, kowala i powroźnika miasteczkowego, astmatycznego rządcy folwarku, policjanta zgarbionego na podwodzie, dziewczyny o złotych kosmykach włosów na karku i czerwonych rozchylonych ustach, kiedy pochylona nad okopywaniem ziemniaków, kłusownika spotkanego na przesiece leśnej, nie ogolonego kierowcy żydowskiego odrapanego autobusu - mój kraj jest krajem czterech pór roku.

Jest gorące lato. Z granatowej kopuły nieba leje się żar. Pola z nie poruszonymi kłosami zbóż są w południowej porze puste upiornie. Jedynie strzyga południcy tańczy i wiruje na rozstajach miedz. Ultramarynowy cień nad przyzbą chaty. Mała i ciemna sień i puste ubóstwo izby z wonią starych wianków i zaduchem chłopskiej biedy. Muchy gęsto popstrzyły obłupaną emalię tarczy tandetnego zegara wiszącego na oddrzwiowej ścianie, tarczy z naiwnym jarmarcznym malowidełkiem kwiatów. Od garnków na dymiącym ognisku na zgrzytających dwanaście uderzeń odrywa się młoda zdrowa kobieta z kapryszącym niemowlęciem na ręku. Patrząc w górę na zegar, podnosi ciężarki pordzewiałe i czarne.

Na wiórach i plewie podwórza stoi rozkraczony wóz, podniesionym dyszlem celujący w zenit. Piasta i dzwony kół nieomylnie wykreślone cyrklem, wyrobione bardą i toczydłem kołodzieja, który umiejętność swoją odziedziczył w nie zapisanych prawidłach od całych pokoleń nauczycieli, wykonujący je w ociekającym potem trudzie w zimowe krótkie dni. Nie wiem, czy czoło jego marszczyła myśl, raczej sądzę, że w hieratycznych sposobach i nakazanych ruchach było więcej jakby instynktu i odruchu. Ściosywał włókna drzewa ośnikiem, parzył grabowe kręgi dzwonów, jakby odprawiał nabożeństwo o swoistej liturgii. Oto wytaczał dzieło swych rąk na światło dzienne, osądzał okiem nieomylne proporcje i stosunek rozwory, luśni, kłonic, wag.

Brony pod ścianami szczerzyły swe kły do słońca, ściągnięte łykowymi obręczami putnie z drzewa poczerniałego od starości i wody wiszą u żurawi nad czarnym lustrem krynicy. Pod okapem strzech, na tle białych i farbkowatosinych ścian lepionych z warkoczy słomy umazanych w glinie wiszą złote kaczany kukurudzy. Ażur liści jesionowych przepuszcza promienie słoneczne w japońskie obicie liści bambusu. Około chat rosną pokrzywy, łopiany, burzany - tłum roślin homotropijnych, towarzyszy człowieka, pariasy śmietniskowe. Przywędrowały tu za nim ze stepów środkowoazjatyckich, sprzyjacielone z nim na dolę i niedolę. Malwy pną się pretensjonalnym ornamentem na tle ścian i wdzięczy się drzewko wiśni cudowne zawsze i zachwycające "w opłotkach brudnych wsi".

W gorące lato, kiedy się szło do dalekiej kąpieli całym naskórkiem spragniony zanurzenia się w stojące wody stawów, wspominam ścieżki do nich wiodące - elastyczne i miękkie, odbijające wiernie ślady stóp ludzkich, malutkie podkówki butów chłopek - wśród zwisających gałęzi wierzb, czered białopiórych gęsi na rozległych wygonach. Stojąca w szuwarach woda wydziela ostry zapach butwiejących trzcin, ostry i rybi. Z rozkoszą pomieszaną ze wstrętem zanurzałem się w ciemną toń porosłą trzciną i żabim skrzekiem. Żuki na szczudłowatych nogach pobiegały po jej powierzchni. Grube skórzane liście lilii wodnych leżały płasko na wodzie. Łodygi wodorostów oplątują i łaskocą nogi i pęcherzyki gazu błotnego z bulgotem pryskają naokoło mnie. Grobla zamykająca stawy szczerzyła się próchniejącymi patykami faszyny i leniwie przeciekała woda w brodatym od mchów wodnych jazie. Mokną obręcze kół wozów po osie w wodzie stojących i kręgi rozchodzą się z miejsc, gdzie kapią krople z pysków pijących koni.

Potem leżałem nago na stratowanej trawie brzegu, mając trochę gęsią skórkę od zetknięcia się z taką surowizną bez izolacji ubrania. Patrzyłem w przepaść nieba rozwartą nade mną czy pode mną?

Patrzyłem na obłoki. Podobno była to ulubiona zabawa królów perskich - patrzenie na chmury, na obłoki. Te najczarowniejsze wykwitają na południo­-wschodzie. Układają się w głąb zdecydowanie wyraźnie. Ta stereoskopowość zależy w znacznej mierze od oświetlenia słońcem w porze popołudniowej. Rzucają na siebie wzajem cienie i te w cieniu nabierają fiołkowej barwy w odróżnieniu od różowej bieli ich partii oświetlonych. Nagrzany słońcem słup gorącego powietrza zaczyna znaczyć swój komin wznoszącym się kłębem cumulusu, przeradza się niewidocznie w kształty, które kaprys i wyobraźnia przyodziewają w porównania od banalnych asocjacji wzrokowych do surrealistycznych kompozycji. Rozpływa się potem w charakterystycznym kowadle chmur. Sztuka obserwacji chmur jest nieodłączna od stanu rozleniwienia, który absolutnie nie pozwala na rzeczowe skojarzenia i logikę trzeźwości.

Albo inne, kiedy z wujem mym, Mamertem Górskim, wyjeżdżałem małym wózkiem o jednym dużym siedzeniu, tak zwaną amerykanką, w pole do robót. Przy niebosiężnych stertach zboża dymił komin lokomobili i w straszliwym pyle i kurzu młocarni zwijały się dziewczyny w czerwonych zapaskach, a bęben młocarni wył ponuro w chwilach wolnych między jednym a drugim kęsem chrzęszczących snopów. Tymczasem fornalskie czwórki na gorąco zaorywały ścierniska między stertami i czarnoziem na lśniących skibach dymił w zachodzie słońca. Jakieś drzewa rozczapierzały się wzdłuż drogi i ja, czekając na koniec rozmowy, jaką miał mój wuj z ekonomem, patrzyłem na obłoki południo­-zachodu, obłoki układające się kompozycyjnie jak dalekoplanowe pejzaże u malarzy quattrocenta, wydłużające się w dalekie perspektywy, w dale kłębiące się kopułami i minaretami Bagdadu chmur, stwarzające dantejskie kręgi, przestylizowujące się w feerie o klasycznej harmonii.

Nie miałem świadomości, patrząc tak, nie miałem wyczucia przepływającego czasu czy też wydawało mi się, może najsłuszniej, że ta chwila sama jedyna w sobie powinna mi wystarczyć na zawsze, że, urągając przemijalności, pozostanie moją nieodpartą własnością raz utrwaloną i jedyną.

Chodziłem popołudniami na długie wędrówki po wzgórzach. Towarzyszył mi w tych peregrynacjach młody pies, bastard legawej suki i jakiegoś kundysa, po którym odziedziczył ordynarny czarny włos, a po niej - piękne kształty. Imienia jego nie przypominam już sobie. Jak wszystkie młode psy, miał ciężkie grube łapy i zdyszany opierał się na mnie, brudząc mi błotem ubranie.

Chodziliśmy ścieżką wspinającą się na południowe garby wzgórz. Z tyłu, za nami pozostawał tor kolejowy z wzniesionymi na przejeździe barierami. Potem mijało się zabudowania cegielni z całym otaczającym ją terenem dołów po wybranej glinie. A potem zaczynały się równoleg­le biegnące pasma wzgórz. Pokrywał je jakiś nieświetny rodzaj gleby wapiennej i szczerzył się na niej nijaki plon. Dalej smużyły się lasy.

Wiódł mię mało uczęszczany szlak­-ścieżka. Schodziło się z garbu w niezbyt rozległe aluwialne doliny i zaczynało się podchodzić na nowy wał. Doliny były przepiękne w maju. Zarastały wspaniałą trawą przetkaną kwiatami, których świeżość i delikatność nieziemska chwytała wzruszeniem za gardło. Nad biegnącą środkiem strugą wyrastały pochylone pnie wierzb, które, okaleczone w młodości, stroszyły się kulami gałęzi. Ich wici o młodej połyskującej korze krzyżowały się i splątywały z sąsiednimi. Trawa rosła prosto i strzeliście i nadawała całemu terenowi urok jakiejś dziewiczości i wrażenie, że to kraina nie tknięta przez człowieka od stworzenia świata. Potok sączył się między urwistymi brzegami i chlupotał na wyrwiskach lub napotkanej spadłej, zagradzającej przepływ gałęzi. Dmuchawce znaczyły pole nietrwałymi punktami i polatywały płatki motyli kapustników. Cały przedziwny, rozrzutnie rozmaity świat kwiatów zalegał dolinę. Było tam dobrze aż do niepokoju, do niemożności pozostania w miejscu; można było w tym przesycie harmonii i spokoju wytrwać czas ograniczony.

Odchodziłem stamtąd z niezmierzonym żalem i ulgą.

Ten czar trwał określone terminy wiosenne. Ale w jesieni łąka stawała się pusta i łysa, jej cały wyraz ulatywał wraz z kulami dmuchawców, jej starcza martwota nie miała w sobie ani szczypty atrakcyjności. Przebywałem doliny z mym wiernym psem szybko i wstydząc się niezrozumiałych i miękkich uczuć czasu wiosny.

Mieliśmy ważniejsze sprawy. Ciekawił nas niezauważalnie zmieniający się w oczach koloryt pejzażu w jesieni. Po zbiorach, kiedy grunty zostały zaorane, a oziminy jeszcze nie wzeszły, ziemia, jak odarta ze skóry, czerwieniła się kolorem gliny. Lasy czerniły się nieregularnymi plamami i przechodziły w kobaltowe smugi na horyzoncie.

Panował już ostry chłód i bieliły się urwiska gliniastych wzgórz plamami pierwszego szronu, kiedy ja i pies zawędrowaliśmy tam jednego dnia. Przedzieraliśmy się dżunglą nieprzebytą pni leśnych, zagajników i polan z wysoką na wzrost człowieka żółtą, jeszcze letnią trawą. Graby i dęby, świerki i dzikie grusze. Wjazdy do tajemniczych swymi perspektywami linii leśnych, zamknięte z gruba ociosanym pniem, na którym płoszymy złotopiórego bażanta. Sokół, jak hawker hurricane, unosi się wysoko w zenicie. Zapuszczamy się w gąszcz z drgnieniem i uciskiem serca. Wieje od lasu pustką i pełnią spraw, które są nie do poznania dla człowieka. Jest niezrozumiały i upokarza mię jego zamknięcie się w sobie. Tylko kojące są wdzięczne i smukłe, jak panny, drzewka brzóz. Błyskają jedwabiem kory i obsypują się pyłem drobnych żółtych listków. Żółtość ta jest specjalnego rodzaju: bardzo ciepła, jakby dla brzóz tylko zarezerwowana.

Pochylam się na krętej drodze leśnej nad ścierwem lisa. Jego futerko płomieni się, w wyszczerzeniu się śmiertelnym zębów naśmiewa się i odgradza od świata, zanim milczący koniec sprawią mu krogulce i wrony.

Wracaliśmy pod wieczór w pobok wsi. Ze wzgórz, z kęp drzew, z osiedli i samotni wyrastały cerkwie. Trzy piętrzące się piramidy dachów: czworo- i ośmiościanów. Stare gonty zastępuje często sina biel blachy cynkowanej. Wyglądają z daleka jak galeony z rozpiętymi wszystkimi żaglami. Płyną ze wschodu na zachód po tajemniczych farwaterach, według niezgłębionych róż wiatrów. Czerwienią się w zachodach słońc, czernią na tle wygwieżdżonego nieba, kołyszą w tumulcie świątecznego pośpiesznego bełkotu dzwonów, palą się w nich ikonostasy i carskie wrota, wierna załoga diaków, popów i dziadów okadza ich święte przyciesie i zręby. Ich zewnętrzne okapy osłaniają wyparte przez jarmarczne oleodruki naiwne prymitywy sztuki malarskiej Bizancjum. Wyobrażona na nich Trójca Święta surowo odgraniczy dobro od złego, niebo od czeluści piekielnych, na których czerwonym tle straszni i komiczni szatani wykonują smutny obowiązek dręczenia potępionych. Budowane są bez użycia funta żelaza. Ich ściany z dyli kładzionych wieńcem łączone są na zawiły zamek, którego skomplikowany, uświęcony wiekami zacios został przyniesiony tu z pamięcią cedrowych słojów drzew Pamiru czy od czasów, kiedy wikingowie, porzuciwszy swe kościoły z przewróconych dnem do góry łodzi, zaczęli stawiać swe pierwsze gontyny. Cmentarz około cerkwi, święty teren zabaw i gier tak starych prawie, jak aluwialne doliny, w których stoi cerkwiszcze, otacza sędziwy parkan o deskach wypuczonych i stlałych od starości.

Kiedy wracaliśmy do domu, to już ostre ćwieki gwiazd nabijały dekoracje stratocumulusów na południu.

Siadywaliśmy wieczorami w pokoju na dole, pokoju, który w miesiące zimowe służył za salon, jadalnię, pokój lekcyjny itp. Był urządzony ze spartańską prostotą pozwalającą na połączenie kompletu wiktoriańskich mebli, ciężkiego gdańskiego kredensu i wyplatanych trzcinowych foteli. Na kaflowym gzymsie kominka stało kilka greckich miniaturowych dzbanuszków z bladymi śladami malowanych liści akantu i srebrny komplet do czarnej kawy z zimnymi błyskami na polerowanych płaszczyznach.

Salon był pomalowany na różowy "pompejański" kolor i na tych ścianach odcinały się jedynie złocone owalne kopie Fragonarda wycięte ze świątecznych numerów "L'Illustration". Ciężka zasłona z zielonego wojłoku dzieliła salon od sieni­-hallu. Tu czerni się podłużna szafa stojącego zegaru. Pociemniały mahoń lśni w blaskach ognia. Za szkłem bezszelestnie chodzi tam i z powrotem dysk wahadła. U góry blada matowa tarcza z wydłużonymi rzymskimi XII, I, II, III, IV, VIII, jak szprychy koła zbiegającymi się do środka. Pośrodku wycyzelowany napis: "John Wait London".

Wśród blaszanosuchych dożynkowych wieńców roztaczają swe skrzydła wypchane orły i rybołowy. Pełno gratów ze wsi i szlacheckiego gospodarstwa. Jakieś panwie miedziane i pokryte grynszpanem do smażenia ryb, rogi kozłów, wieńce jelenie utwierdzone na drewnianych tarczach z wypaloną na nich datą i miejscem zdobycia trofeum: "Hurcza 1878", "Zielony Kąt w marcu 1888", "1867 Halileja", kły i czaszki dzików, wyleniałe skóry borsucze, muszle morskie białe i kolorowe, gładkie i nakrapiane, z niezapomnianym szumem dalekich mórz, kiedy ich różowe konchy zbliżyć do ucha, szatkownice do kapusty, beczki, kufry, skrzynie, meble i fotele z wyłażącym włosiem, przesiąknięte zapachem cygar, rozmaitego rodzaju bibeloty, świeczniki, fajki, popielniczki, dywany stare i wytarte, na których utkane były i wyobrażone sceny z tawern, gdzie kawalerowie w kapeluszach ze strusimi piórami i w butach z wywiniętymi cholewami umizgali się do piersistych i koronkami przybranych Flamandek albo psy monstrualne i rasowe obracały swoje łagodne oczy na pawie i perlice. Sztychy, litografie kolorowe i staloryty.

Na zewnątrz tło stanowią potężne drzewa. Wyrosłe przy domu, osiadły słupami pni przechodzących w górze w czarną i fiołkową siatkę gałęzi i gałązek. Na trawniku przed domem, trawniku pocukrowanym teraz śniegiem, na kamiennym empirowym postumencie zegar słoneczny. Szara, poczerniała od deszczów płyta ma wrysowany, wryty "sundial"; skośnie osadzony śpiżowy wskaźnik jest pokryty zielonym nalotem.

Kiedy na świecie jest ponury, zaciągnięty chmurami dzień, kiedy smugi śniegu wleczone wiatrem sieką szare mury i okna domu, wydaje się, że zegar słoneczny emanuje z siebie akumulowane w gorące dni lata światło słoneczne.

Odwoziłem Pannę na stację kolejową, kiedy wyjeżdżała do Lwowa. Było niedzielne popołudnie, a właściwie: wieczór, kiedy tak szybko zapada zmrok na zsiniałe w mrozie pola śniegu. Nie chciałem psuć fornalowi niedzieli i sam poszedłem do stajni "zakładać". Wrota stajni zawsze otwarte, zima czy lato, kryły czeluść mroku. Ostry zapach końskiego nawozu. Po ciemku zachodzę konie od tyłu. Na pamięć odnajduję uprząż. Parciane szleje z guzowatymi postronkami, szorstkie lejce; naszelniki z dzwoniącymi łańcuchami zostają zawsze u dyszla sań. Konie posłusznie na głos: "Nastąp!" przypierają się do przedzielników, na chwilę odrywają pyski od chrupiącego obroku. Nakładając uprząż, obejmuję ich drgające życiem szyje oburącz. Opierają się, kiedy je kiełznam i wyprowadzam ze stajni. Trudno jest zaczepić stwardniałe jak żelazo pętle postronków o orczyki.

Wodze rozdzielone. Przysiadam bokiem niskie sanie przysypane podściółką słomy tak, że nie widać niskich płóz w śniegu. Popuszczam wodzy niecierpliwiącym się koniom i zrywają z miejsca. Łukiem zajeżdżam przed ganek. Panna jest w dużym futrze, w lisim kołnierzu znika jej twarz, oczy tylko błyszczą pod kresą kapelusza. Udaje mi się przykryć słomę kraciastą derą i nam nogi ciężką baranicą. Konie ponoszą z miejsca. Sanie płyną między niewyraźnymi brzegami drogi. Śnieg jest kopny i sypki. Kiedy wyjeżdżamy poza ostatnie płoty zabudowań, dostajemy uderzenie wiatru i niesionego śniegu. Widzę przed sobą tylko buchające parą kłęby końskie w rytmie wyciągniętego kłusa. Biel śniegu zlewa się z mleczną kopułą nieba w jedną białą kulę. Powietrze łopocze jak sztandar na wietrze i huczy jak żagle brygantyny. Wychynie od czasu do czasu cień samotny przydrożnej wierzby, ledwie widoczny za muślinem zadymki. Mróz pali twarz i czuję jego kleszcze w końcach palców, mimo rękawiczek. Koło oczu przelatują grudy wyrwanego kopytami śniegu.

Kiedy pierwsze wiosenne promienie słońca tają śnieg na wydeptanych drogach ludzkich, górą, w zenicie, przeganiają się obłoki, w pośpiechu gnane przez ciemnolazurowe zatoki nieba. Wicher zimny potrząsa nagimi gałęziami drzew. Czarne wody rozlewisk wiernie odbijają niebieskie gonitwy. Jest to może okres, kiedy niebo jest najbliższe ziemi. W innych porach roku dotkliwie odczuwam "splendid isolation" przepaści niebieskich, odosobnienie olimpijskie ich spraw od tak zwanego ziemskiego padołu.

O wiośnie jest bardzo trudno pisać - bardzo łatwo jest wpaść w banał, emfazę i patos. Wobec jej wspaniałego zjawiska powtarzalnego cudownie co roku stajemy popodpierani zewsząd pleonazmami i truizmami - wydawałoby się, że jest to wszystko znane i otrzaskane do znudzenia.

Wychodziłem rano na gazon, gdzie stał okaleczony pień - kadłub kasztana. Był skośnie ścięty piłą na wysokości półtora metra, ale oszczędzono mu jakiejś gałęzi, która, groteskowo i kapryśnie powykręcana, jak namalowana tuszem na chińskim obrazku, odstrzelała w bok od martwej masy pniaczyska. Jej zgrubienia i zakończenie wypuściły pęki skupione brązowe i lepkie. Czuło się w nich niebywale skupione, zamagazynowane życie. Co ranka widzieć można było postęp uparty i samolubny w ich rozwoju. Oto pąki nie są już zbite i caliste, ale zaczynają się delikatnie rozluźniać i rozczapierzać. Brązowa łuska odchyla się i ukazuje delikatną zieleń wnętrza. Jeżeli pochodzi się tak przez tydzień do tego wybranego pnia i myśli się potem w skrócie, to ma się efekt filmu "au ralenti", jakby jakiegoś popularnonaukowego filmu z życia roślin. Przymknąć tylko oczy i gałąź rusza się i wije przerażająco, i rośnie w oczach, i wydłuża, bezwstydny poród na oczach odbywa się z całą siłą i energią natury. Pszczoły, wczesne i odważne pszczoły pierwszych dni wiosny, dają się nabierać na ostry zapach pęków i przyklejają się do ich ociekających roślinną posoką łusek. A potem rozprostowują się pierwsze listeczki. Są jasnozielone, mają jeszcze swe delikatne fałdy i złożenia i dopóki nie podrosną, są trochę wstrętne i miniaturowo zniekształcone jak embriony wczesnych miesięcy poczęcia, widziane w słojach kliniki położniczej.

Potem już wybuchają w zawrotnym tempie pierzaste skupiska liści rezolutnych i tak naturalnie się czujących, jakby tu trwały od czasu lasów paprociowych okresu dewońskiego. Kiedy będzie to rok rójki chrabąszczów, to niedługi będzie ich pyszny żywot. Zostaną po nich objedzone łodygi i drzewo długo przecierpi, zanim wyda ich następną edycję, anemiczną i schorzałą, już w pełni upalnego lata.

Nie można zapatrywać się na wyłączne zjawisko wiosenne kasztana, choćby to dla nas było łatwe takie ześrodkowanie, ale należy patrzeć uważnie, co się dzieje dokoła. Trawa, naturalnie, już dawno i niepostrzeżenie wybujała po rowach, sadach, łąkach, skarpach, pastwiskach, między grządkami, na starych dachach i murach. Wszędzie, gdzie jej nie posiali. Jest pierwsza, ale ustępliwa. Toruje drogę, daje przykład tysiącu fantastycznych bylin i roślin, które zaczynają prześcigiwać się w konkursie kształtów, oryginalności i ekskluzywności wyglądu, odcieni zieleni, pór kwitnienia i umierania. Rośnie to wszystko na grobach swych przodków sprzed roku, tu odbywa się ceremoniał ich aktów miłosnych, tu popieleją potem w blaskach gorącego słońca i gniją w wilgoci wielodniowych słót. Depcze po nich stopa niecierpliwego człowieka i kopyto cierpliwego zwierza. Chylą się w wietrze dmącym od północo­-zachodu i plami je cętkowany cień słońca. Patrzą kwiatami jednych w niebo i zamyślają [się] pochylonymi kielichami innych nad próchnicą. Upadają, gdzie je stratowano, i podnoszą się tam, gdzie słońce i woda najbardziej sprzyjają. Pachną nazwami, jakie im nadali uczeni maniacy, znachorzy leśni lub zakochani.

Do miasteczka jechało się przez tak zwane Czarne. Droga powoli wspinała się na płaski garb, na którego szczycie rozpinał ramiona krzyż zapomnianego cmentarza wojennego. Potem biegła wśród akrów zielonej oziminy, przechodziła rozlewiska strugi, zające podrywały się spod miedz i daleko podlatywały z najsmutniejszym krzykiem czajki. Koło karczmy na rozstaju wózek miękko kołyszący się w cieście błota chwytał wartki rytm na bitym gościńcu. Siedzący na koźle Pańko, sztywny i poprawny, umiejętnie wybierał lepsze miejsca źle utrzymanej arterii komunikacyjnej. Ściśnięty pasem, z podwiniętym kraciastym kocem podróżnym nigdy się nie oglądał i oszczędnie zażywał bata rwącym i tak koniom.

Droga znaczona pryzmami tłucznia szła zdecydowanie prostą linią od zakrętu do zakrętu. Po obu stronach zieleniała przetykana plamami piasku trawa. Dął wiosenny wiatr i lśniły wiosenne kałuże. Sosny małe i rozkrzaczone chyliły swe srebrnosiwe korony. Z turkotem mijało się most młynówki w cieniu wielkiego gmaszyska młynu. Na bramie wjazdowej widniał runiczny Lis - , herb jakiegoś magnackiego właściciela. Znów zakręt i wjeżdżało się w zwarty las sosnowy. Nadbiegały dalekie i świetliste perspektywy linii i przesiek leśnych. Wśród drzew rządziły się sroki o długich ogonach i błyskały białymi piórami.

Potem las kończył się i niespodziewanie ukazywały się zabudowania miasteczka. Chaos dachów, beznadziejne słupy telegraficzne z lśniącą bielą porcelanowych izolatorów. Trzeba było długo czekać przed zamkniętym przejazdem kolejowym, za którym sapała spocona lokomotywa.

W końcu z budki nastawniczego wychodził zgarbiony kolejarz i kręcił korbą mechanizmu rampy.

Miasteczko ze swymi domami, które słoty i ubóstwo poplamiły trądem, było szare i płaskie pod sklepieniem niebios. W uliczkach biegnących do rynku cisnęły się do siebie żydowskie sklepiki. Otwierały swe drzwi z łuszczącą się na deskach farbą, obwieszone żelaziwem, łańcuchami, tandetą manufaktury, wiankami cebuli i krzykliwymi reklamami cykorii z emaliowanej blachy. Ubóstwo i codzienność tego miasteczka przenosiły je prawie w sfery mistyczne. Chodziliśmy z Panną wśród tych uliczek za jakimiś interesami, ale właściwie byliśmy jak zaczadzeni. Niebieskie niebo przezierało ponad dachami, które przeżarła rdza tam, gdzie znikło posrebrzenie cynkowe. Ściany domów bladoniebieskie lub bladoróżowe popstrzone były odpryskami błota i gliny.

Obszerny rynek jest źle zniwelowany i podle zabrukowany, ale dzieje się to w cieniu wspaniałej kolegiaty o liniach renesansu tak czystych, że doznaje się po prostu fizycznego ukojenia. Harmonia gmachu, jego spokój, duma, skończoność dają wrażenie zamkniętej myśli ludzkiej. To nic, że dzieje się ta architektura na najbardziej ubogim tle, że ubóstwo i pustka jej towarzyszące, zapomnienie i nieuchronna groźba czasu nad nią zawieszona chciałyby pomniejszyć tę wspaniałość. Chodzimy naokoło tego kościoła, dotykamy ukradkiem chropawych murów, zanurzamy się w cień jego wnętrza. Różowy marmur jest świeży i rumiany, jakby nim okładano ściany nie trzysta lat temu, ale wczoraj. Ciężkie płótna obrazów Altomontego czernią się kolosalnymi kwadratami na murach naw i u dołu wiszą fałdą jak żagle. Alabaster pomników nagrobkowych ma ciepło skóry kobiecej. Kopuła na transepcie pęka i wpuszcza wodospad światła.

Stoimy w otoczeniu żydowskich dzieci i niedojdy nosiwody miasteczkowego i podziwiamy jeszcze portal kościoła, który jest już barokowy, z wrzeźbioną infułą i herbem biskupa, którego czarny szkielet leży pod wydeptaną płytą w głównej nawie, potem znów chodzimy po zaułkach miasteczka, zaglądamy w bezdenną studnię u zejścia nad stawy, mijamy domki i drewniane i oszklone ganeczki mieszczan, chodzimy zabłoconymi drewnianymi chodnikami, niedostępnymi dla dostojnych i szanownych jak w Indiach krów.

To było żydowskie święto Hamana i te dzieci ciągnące się za nami były niezdarnie i litościwie śmiesznie poumazywane na twarzach prymitywnymi kolorami i węglem i w papierowych przybraniach głów. Dzieci były krzykliwe i wyraźnie nami urzeczone. Trzymaliśmy się z Panną pod ręce, z trudem zachowywaliśmy równowagę nad kałużami, które otwierały pod nami przepaście z błękitniejącym niebem. Chodziliśmy po składach drzewa, gdzie żywiczno­-terpentynowe wonie rozlewały się między stosami desek. Trociny zasypywały błoto żółtawą mąką. Wychodziliśmy ze składów i znów natykaliśmy się na dziecięcoapokaliptyczne pochody.

Słońce przetaczało się ponad miasteczkiem i rzucało urzekające blaski na dachy i płoty. Pańko odmotywał wodze od słupa i kiełznał niecierpliwiące się konie. Długie skośne promienie leżały w poprzek drogi. Szczyty drzew złociły się jak unurzane w złocie. Furman nie oglądał się wstecz.

[prwdr. "Nowa Polska" 1944, z. 3-4, pt. Entropia wzrasta do zera]

Faites vos jeux!

Jedną z moich przyjaźni­-znajomości był Fortunat Zajączkowski. Mieszkał przy ulicy Bonifratrów pod szóstym numerem. Był to starzec niezmiernie wysoki, astenicznej budowy, aż mnie dziwiło, że dożył lat siedemdziesięciu paru. Był niezmiernie dobrze ułożony i uderzająco grzeczny, i odznaczał się niecodzienną kulturą.

Zapoznał mnie z nim jego kuzyn - młody człowiek, którego łączyło ze starym jedynie jakieś pokrewieństwo i nic chyba poza tym, bo byli o najbardziej biegunowych zainteresowaniach, no i dzieliła ich różnica wieku. Nazywał go "Zającem" i od czasu do czasu sygnalizował mi, że "Zając" pytał o mnie i chciałby mnie zobaczyć. Nieraz też spotykałem Fortunata na samotnej przechadzce i wtedy budził się z zamyślenia i pochylał ku mnie w swej czarnej alpakowej marynarce, która na jego skośnych obojczykach wisiała straszliwie pofałdowana i luźna.

Wymienialiśmy z początku parę obojętnych zdań i zwrotów na temat jego zdrowia, przy czym urywał on tę rozmowę bardzo szybko i bardzo grzecznie zapytywał mnie, czy nie miałbym nic przeciwko temu, żebyśmy razem przeszli się, ale niezbyt szybko i nie gdzieś pod górę ze względu na jego wadę sercową. Szliśmy razem, ja zawsze po jego prawej stronie, bo niedosłyszał na lewe ucho.

Temat rozmowy obracał się przeważnie około ostatnio przeczytanych książek. Ja wyciągałem jakieś swoje rewelacje, on znów mówił o swych ostatnich wrażeniach. Wbrew swemu wiekowi nie był tolerancyjny, był bardzo nieprzejednany w swoich sądach o książkach zarówno, jak i o ludziach, mówił z pasją, nie żałował inwektyw, zawsze jednak spostrzegał się, opanowywał, był zażenowany i znowu poprawny.

Zasadniczo byliśmy dla siebie obojętni, służyliśmy sobie tylko jak kamienie probiercze: ja górowałem spokojem i świeżością, jakie daje młody wiek, on miał w sobie wyższość i siłę człowieka, który jest stary, wszystko stracił, nic nie ma do zyskania, jest wyzwolony z jakiejkolwiek magii.

Ale nie - nie był zupełnie wyzwolony. Z plotek, jakie mówił mi o nim jego siostrzeniec, wiedziałem, że miał jedną namiętność, która go niebywale frapowała, mianowicie: grę. Zresztą sam mi o tym nieraz mówił. Był emerytowanym radcą miejskim, miał, zdaje się, pokaźną pensję i żył ze swoją żoną, cichą i krótkowzroczną kobietą, przy ulicy Bonifratrów, żyli bardzo oszczędnie, ażeby on mógł odłożyć na grę. Kiedyś jeździł na Riwierę, teraz zostało mu kasyno w Sopotach.

Podobno napięta w nim żądza gry dojrzewała pewnego dnia do tego stopnia, że rano zrywał się z łóżka, telefonował do LOT-u o bilet samolotowy do Gdańska, w pośpiechu pakował walizkę i tego samego dnia wieczorem lądował we Wrzeszczu, i tego wieczora siedział przed stołem kasynowym.

Zwierzał mi się, że miał bardzo absolutne i racjonalne pojęcie o grze. Nie frapowały go żadne systemy ani też nie przejmował się passą - wszystko sprowadzało się do przypadku rządzącego wszelkimi wariac­jami i kombinacjami możliwości. Szczęście sprzyjało mu więcej lub mniej i to określało, jak zasadniczo długo miał trwać jego pobyt nad morzem. Pieniądze zaoszczędzone na tę eskapadę stawiały go wobec możliwości w czasie, z góry był przygotowany na przegraną i z tym pogodzony. Jeżeli nie widziałem go przez długie tygodnie, to znaczyło, że odgrodzony w czasie, jak za ścianą izolacyjną, trwa przy zielonym stole.

Długie palce u rąk miał zakończone wyszlifowanymi żółtymi starczo paznokciami monstrualnie długimi, które hodował i pielęgnował dla zgarniania sztonów w kasynie gry.

Mając lat siedemdziesiąt parę, uczył się angielskiego. Nie miał jakiejkolwiek pretensji do zużytkowania tego praktycznie ani też nie marzył, żeby jego stronę fonetyczną poznać i udźwiękowić poprawnie, chodziło mu tylko o możność czytania przed śmiercią, której przy swoich latach i wadzie serca spodziewał się każdego momentu, chodziło mu o możność czytania Szekspira. Tłumaczenia polskie znał doskonale, czytane wielokroć, i teraz opanowała go nieprzemożona chęć poznania go w jego własnym języku.

Mówił mi nieraz o tym, że myśli o czekającej go śmierci. Był człowiekiem, który mógł o tym mówić z największą pewnością. Niczyje plany i przewidywania nie miały nigdy rychlejszego widoku ziszczenia się, jak jego, kiedy o tym mówił. To był niesamowity interlokutor.

"Widzi pan, rodzimy się i przychodzimy na świat w całej nieświadomości tego - początek życia jest w mrokach. Przybierając na wadze, reagując na światło i pokarm, stopniowo właściwie rodzimy się i nasze wejście we wszechświat nie dzieje się nagle. To samo można by powiedzieć o zejściu stąd. W przeważnej ilości wypadków dzieje się to również poza naszą świadomością: w gorączce długiej choroby, w wycieńczeniu, osłabieniu ośrodków mózgowych; człowiek umierający na przykład na zapalenie opon mózgowych umarł właściwie swą tak zwaną duszą - może na wiele tygodni przed śmiercią fizyczną - z chwilą, kiedy stracił zdolność myślenia i przytomność. Samobójstwo nie daje samobójcy tej świadomości przejścia w inny świat - jest to zjawisko patologiczne. Człowiek ginący na wojnie, weźmy, od kuli albo wypadku, także tego nie ma. Jest to zbyt nagłe albo dominanta fizycznej śmierci zabija w nim wszelkie odczuwania. Starość, na którą przeważnie się umiera, jest już zupełną atonią zdolności myślowych".

Zamyślił się.

"Jedynie może" - zaczął znowu - "jedynie może skazańcy ginący wbrew własnej woli mają pełną świadomość tego stanu przejścia do nicości. Widzi pan, ja jestem "old­-fashioned man", te sprawy przemyślałem i ta nieunikniona śmierć, która jest niedaleko mnie, nicość - pan wybaczy, może to pana razi, ale nie mam żadnego umówionego podkładu religijnego ani spekulacyjnego i nie mam żadnej podpory w nikim ani w sobie - to mnie przeraża... Jest to coś trudnego do zniesienia...

Kim ja jestem? To, co tu mówię, choćby to były historie jak najbardziej oderwane, jest mną samym tylko, cząstką mnie, i nie będzie żadnym egocentryzmem, jeżeli spróbuję mówić sam o sobie i jeżeli za pomocą tak niezdarnego instrumentu, jak mowa, zechcę przetłumaczyć równie niedołężne usiłowanie przedstawienia siebie, jakie mi daje moja myśl.

Jestem przede wszystkim dosyć do siebie przyzwyczajony, ażeby mieć już jakiś błędny schemat o samym sobie wyrobiony - to raz - a przy tym moja sytuacja w samointrospekcji - co za dziwaczne słowo potwór! - uczę się angielskiego - Anglicy mówią na to self­-consciousness czy coś w tym rodzaju - więc jest to tak, jakbym chciał wyrobić o sobie zdanie, jak wyglądam fizycznie, nie mając lustra. Co to jest to "ja"? Dlaczego staram się, jestem jeszcze - nie do uwierzenia w moim wieku! - jestem jeszcze w pretensjach i chodzi mi nawet o moją powierzchowność - nawet być ubranym dobrze. Przy tym mam w sobie tyle kompleksu, tego niemożliwego znów niemieckiego Minderwertigkeitkompleksu, że jestem w poczuciu swej długiej osoby - wpływ zaburzeń tarczycy, zgarbienia, włóczącego chodu, starczej niemrawości, swojej spóźnionej reakcji, nie mówiąc o całym szeregu przywar natury duchowej.

To jest samokrytycyzm, który pozwala mi jednak być na ogół dość zadowolonym ze siebie, zresztą jest to dosyć naturalne i wspólne, zdaje się, wszystkim...

Ale trapią mnie inne sprawy. Moja osobowość jest jedynym wyjątkiem, chociaż mi tak bliska, jest wyjątkiem, jak gdyby czymś nienaturalnym, czymś w swej jedyności teratologicznym, anormalnym, nie ma nic do mnie podobnego na jotę. To rola jakiegoś świadka dziejących się rzeczy, kontemplatora od siedmiu boleści, który od czasu do czasu sam jest tragicznie zamieszany w dzianie się spraw. Jestem tu, widzę rzeczy w zasięgu moich oczu i tych jestem bezwzględnie pewny, mniej jestem pewny tego, co widziałem dawno, na przykład tego, co widziałem w dzieciństwie...

Na przykład w moim dzieciństwie w Przemyślu stał austriacki pułk piechoty Mazzucchelli...

Albo: pamiętam raz z dzieciństwa, byłem wtedy bardzo mały, myślę, że nie miałem więcej jak pięć lat, byliśmy na jakimś spacerze na szczycie jakiejś góry porosłej lasem, musieli być przy tym rodzice, bo nic nie zakłóca w mojej pamięci poczucia bezpieczeństwa, otóż szliśmy łąką międzyleśną, były wysokie trawy nie tratowane przez ludzi ani zwierzęta, bardzo dziewicze, i nagle ktoś, nie pamiętam kto, może to był mój ojciec, ten ktoś pokazał nam w miejscu, gdzie wprost z ziemi wyrastały trzy pnie, zdaje mi się, grabów, ukryte gniazdko ptasie, w którym było kilka jajeczek pstro i egzotycznie nakrapianych.

Pamiętam ten moment ogromnie wyraźnie, chociaż to, co było przedtem, i to, co się działo potem, tonie we mgle zupełnego zapomnienia, tak jakbym przedtem ani potem w ogóle nie istniał.

Wezmę inny przykład: lata szkolne. Było ich dużo, szalenie ciężyły na mej osobowości, szkoła tych czasów nie należała do najbardziej udałych instytucji, okresy międzywakacyjne wydawały się geologicznymi w swej dłużyźnie, a jednak teraz skurczyło się to we mnie do bardzo niewielkiej ilości wspomnień nieważnych i przeminiętych, tak jakbym to nie ja był tam wtedy, tylko ktoś daleki i obcy o tym mi opowiadał. Więc nawet nie jestem sobą samym tak, jakbym chciał, nie tylko w przestrzeni, gdzie wychodzę przez marzenia i kontakty z ludźmi i ich dziełami poza siebie, ale nie jestem samym sobą w czasie..."

Potem nie mówiliśmy już, a niedługo starszy pan pożegnał mnie i na odchodnym ściskał moją rękę i przepraszał mnie.

W tygodnie później przypadkowo spotkałem jego beztroskiego siostrzeńca. Z daleka błyskał szkłami w rogowej oprawie i wołał:

"Ależ to farsa! Wie pan? - "Zając" się powiesił! Miał trudności pieniężne, jego żona w tajemnicy przed nim narobiła długów, trudno jej było dom utrzymać, wydało się to, a stary miał właśnie atak ostry pożądania narkozy - tej gry. No i powiesił się!"

To było pod drugą jesień.

"Nowa Polska" 1945, z. 6, pt. Uwagi i spostrzeżenia Fortunata Zajączkowskiego

"Kiedy będę dorosły"

Wracałem do Z. koleją. Kiedy się siedzi w ciasnym wagonie 3. klasy, wagonie nieluksusowej edycji Sanockiej Fabryki Wagonów, drganie i stukot kół na złączach szyn wprawiają człowieka w stan hipnozy. Szare twarze pasażerów zlewają się w jedną masę bezkształtną. Ciężkie obłoki, jak świeżo, na mokro namalowane akwarelą, tłoczą się nad pobliźnionymi miedzami polami. Słupy telegraficzne migają z rozpaczliwą jednostajnością za szybą wąskiego okna. Do ich monotonii wmiesza się czasem, jak dysonans, słup urządzenia blokowego lub rampy i zaświeci jaskrawym, bezczelnym kolorem. Wagony lekko przechylają się na krzywiznach trasy. Pejzaż nie jest kalejdoskopowy. Równina, jakieś łąki bardzo podłej klasy popstrzone milionami kretowisk. Daleko, daleko czuby drzew i zamazane zarysy zagród. Ubogie przystanki z naftową latarnią u wejścia do telegrafu i pół chłopem, pół kolejarzem u nastawnic blokowych. Pociąg znów rusza w swą pośpieszną wędrówkę.

Cieszę się podświadomie z powrotu i od czasu do czasu muszę to sobie uprzytamniać, kiedy gubię się w myślach. Dzieje się to dlatego, że nie mam ich ustalonego porządku. Zastanawia mię mechanizm myślenia. Jestem pewnie wzrokowcem i myślę prawdopodobnie obrazami. Jeżeli powstają w mym mózgu skojarzenia, to na podstawie reminiscencji obrazowych. W tej chwili na przykład jazda koleją przypomina mi pierwsze w życiu wrażenia na ten temat, to nieodparcie wstrząsa mną dreszcz, jakiego doznawałem w dzieciństwie na widok zajeżdżającego pociągu. Pamiętam jak przez mgłę ten moment, kiedy po błyszczących szynach zajeżdżał w obłoku pary i przy akompaniamencie szumu i syku przerażający potwór lokomotywy. Ku szyderstwu i zdziwieniu mych rodziców i rodzeństwa nie wytrzymywałem nerwami tego zjawiska i najprościej w świecie uciekałem w jakieś labiryntowe poczekalnie, gdzie odnajdowała mię współczująca i rozbawiona matka. Ale niezaprzeczenie samo wyimaginowane niebezpieczeństwo potrafiło zadzierzgnąć u mnie pragnienie równie silne, jak trwogę, i oplątało mię w sieć swoją. Drgającym wzruszeniem i tęsknotą napawał mię odtąd zawsze ostry i narkotyczny zapach spalin węglowych, jaki zawsze unosi się w pobliżu stacji i dworców kolejowych. Wywołuje u mnie reakcje wspomnień jak smak ciastka u Prousta. Wywołuje u mnie obraz matki tak młodej i pięknej, wychylonej z okna wagonu. Na żwirze u kół wagonu stał austriacki oficer w niebieskim mundurze, w czarnej, złoconej czapce, uśmiechał się białymi zębami pod czarnym zakręconym wąsem. Dotykał ręką najdziwniejszej w świecie rzeczy zawieszonej u klapy wafenroku, mianowicie był to jaskrawy zielono­-żółty krokodyl miniaturowy, i powtarzał słowo: "tango".

Mój wuj z Czarnokoniec był to jegomość o potężnej tuszy i zawiesistych wąsach koloru słomy. Był przy tym łysy i mówił "wiolonczelowym" głosem. Miał bardzo przystojną drugą żonę, którą słabo pamiętam, i dwie córki z tego drugiego małżeństwa. Miałem wtedy sześć lat, kiedy zostałem przez niego przyłapany na gorącym uczynku zdzierania ze starego, spróchniałego dachu gontowego domu zielonych narośli mchu. Robiłem to przy pomocy tak zwanej "kociuby" i wzdrygam się teraz, jak to musiało być straszne dla dorosłego mózgu, owo dodzieranie się żywcem do dziur w dachu szanownego domostwa. Ten mech to był potrzebny do nieodzownych rekwizytów dekoracyjnych w jakimś przedstawieniu czy żywym obrazie z wróżkami, jakie urządzały moje siostry. Dochodził on do całego kwantum gałęzi, zielska, młodych brzózek, paproci i łopianów, przy których uczestnictwie niski salon domu został na długie dnie zaśmiecony. Zostałem w bezprzykładny sposób skrzyczany. Na dopełnienie wszystkiego moja idiosynkrazja do fasoli i "karmenadli" napotkała w czasie obiadu [na] jego dezaprobatę, która potrafiła stoczyć mię na dno upadku.

Myślę, że te przykrości, jakie miałem z wujem, wynagradzała mi pełna możliwość sportowych wrażeń w dziedzinie ekwitacji. Może tylko częściowo ten symbol dałby się zastosować, bo ograniczało się to do powożenia beczką z wodą zaprzężoną w mulicę czarną i kłapouchą, której, idąc truchtem obok, towarzyszył buropopielaty z pręgą wzdłuż grzbietu osioł. Wbrew zasadzie przyczynowości i odwracając naturalny porządek rzeczy, zapewniono mię, że jest on tej mulicy potomkiem, i dosyć łatwo było mi w to uwierzyć - takie sprawiał wrażenie, jak źrebak trzymający się zaprzęgu. Nie czułem się wcale upośledzony ograniczeniem moich środków do tej jedynie rodziny - konie były dla mnie niedostępne i na wysokość ich lśniących grzbietów moje marzenia nie sięgały.

Ogromnie trudno jest uprzytomnić sobie topografię tamtych stron, okolicę tych Czarnokoniec. Dotychczas mam wrażenie nieskończonej płaszczyzny, a jednak wspomnienie stromych ścian jaru, u podnóża łupkowych skał mała kapliczka z bijącym spod jej progu źródłem, niebywałe wrażenie zieloności pełnego lata.

Jeździło się do małego miasteczka na jarmarki - nazywało się Probużna i było stolicą i Metropolis na cały okręg w zasięgu czterdziestu kilometrów. Pamiętam fornali w niedzielę wystrojonych w marynarki z taniego sztywnego materiału, z papierosami w zębach i strzykających przez zęby śliną na różowy kurz drogi. We wstążkę od kapelusza mieli wetknięte kolorowe kwiaty z jaskrawoczerwonego celuloidu. Jeszcze pamiętam rodzinę ekonoma: dużo dorastających panien, grubą matkę rodziny i z pretensjami do czegoś lepszego, z nieodzownym i krytycznym obserwowaniem domu i życia mego wuja. U nich też w domu wstrząsnął mną romantyczny obraz reprodukcja przedstawiający, jak brodaty Maćko Borkowic skazany na śmierć głodową zstępuje po drabinie do kaźni. Długie noce nie dawała mi spać jego wizja, wżywałem się w okrutność jego losu i dzban wody i wiązka siana, jakie były wyobrażone na reprodukcji, wydawały mi się najtragiczniejszą materialną ostatecznością. Musiały mię panny ekonomówny uspokajać. Bardziej tragiczne przeżycia spływały po mnie jak woda. Na przykład tak hałaśliwe zdarzenie, jak to, kiedy na długich posiedzeniach­-wizytach z Józiem Waszewskim w kancelarii pisarza "prowentowego" machinalnie nacisnąłem kurek starej i zakurzonej, a wiszącej od lat w tym samym położeniu na gwoździu strzelby. Nastąpiła detonacja i w kłębach czarnego dymu prochowego wyłoniła się wywalona potężnym ładunkiem ołowiu dziura w suficie. Józio Waszewski powinien by być w mych wspomnieniach całym rozdziałem chociażby dlatego, że potrafił dla mego dzieciństwa stworzyć osobny mechaniczny świat lalek, ich pałaców, broni zabawek, ozdób i cudów. Wtedy ten sezam wydawał mi się czymś naturalnym, a przy pracowitości Józia Waszewskiego i obfitości - czymś nawet nudnym; teraz dopiero sobie uprzytamniam, że właściwie były to rzeczy fenomenalne: wyklejane z dykty, drzewa lipowego, gałązek świerkowych, pluszu, pozłótki, korka, zapałek, wypolerowane glaspapierem, politurowane i malowane, niebywale dowcipne i wdzięczne. Nawet nie pamiętam, kiedy i jak on to robił, ten chudy dorastający chłopak o wyblakłych włosach, wstydliwy i nie lubiany przez mego wuja. Miałem jednak zawsze przekonanie, że jest on nadzwyczajnym człowiekiem i do dzisiaj zastanawia mię jego los - wiem, że był skromnym urzędnikiem w izbie skarbowej w Brzeżanach - i teraz znów zastanawia mię, że nigdy potem nie starałem się podziękować mu ani wtedy doraźnie za to wszystko, co dla mnie zrobił. Także jak przez mgłę przypominam sobie huzarów rosyjskich, którzy wtedy stali po całym folwarku i po wszystkich domach na kwaterach, i pamiętam tylko, że wszystkie pasy skórzane mieli białe i u sercowatego wycięcia cholew u butów mieli białe rozety, i nie mieli szabel­-szaszek noszonych odwrotnie krzywizną w całej armii, ale pałasze z gardami w metalowych pochwach.

Mój wuj przesiadywał w kancelarii nad rachunkami i jeżeli zdarzyło się tam wpaść którejś z jego córek lub mych sióstr, to deklamował zamyślony i absent­-minded na jej widok:

"...Otóż ona - nieszczęśliwa Antygona..."

i one bardzo tego nie lubiały.

W jakiś czas potem, kiedy już wróciłem z tych wakacji, umarła ta piękna ciotka, żona mego wuja, która przy jego korpulentnej postaci była tak wiotka i delikatna. Mój wuj, zdaje się, bardzo ją kochał. Nie bardzo mię dziwi, że nie przeżył jej długo. Po jego śmierci bałagulska czwórka przywiozła do nas jakieś meble, graty i naczynia, do naszego domu, i mieszczańskie mieszkanie nasze zapełniło się nowymi rzeczami ze szlacheckiego gospodarstwa.

Między nimi znalazłem tom in octavo Podróż naokoło ziemi na pożółkłym papierze z wgłębioną czcigodną czcionką i grawiurami­-stalorytami co druga strona. Wyobrażały one i imaginowały spokojnym i zasiedziałym mieszkańcom Podola, jak piętrząca się piramidami żagli brygantyna opuszcza omurowania portowe Plymouth, a eleganci i damy w bufiastych spódnicach powiewają chustkami, a mewy zakreskowują niebo pokryte wełnistymi chmurami, mija się Biskaje z wyjącym z kart książki huraganem i ułomek masztu wśród falowiska oddanego pedantycznie charakterystycznymi ząbkami malejącymi perspektywicznie, dalej Pic de Tenerife, a na Maderze czarnowłosi Portugalczycy poganiają sanie ciężko sunące po kamieniach pod górę, zaprzężone w woły albo już bez nich sterują je przy zjeździe z góry, a w palankinach rozkrzyczane ladies i wąsaci globtroterzy.

Na Wybrzeżu Kości Słoniowej chwieją się palmy i dzicy w "pirogach" podpływają do okrętu o opuszczonych żaglach. Góra Stołowa ucięta jak nożem wznosi się ponad drobnym maczkiem zabudowań, a port pełen jest masztów i rej okrętowych i wygląda to z dala trochę jak cmentarz na wodzie. Asystuję na Madagaskarze ceremonii królewskiej w Tananarive, Madagaskarczycy są czarni i wstrętni i noszą niepokalanie białe szaty, a zaraz obok prezentuje mi się lemura w niepokojącym powiększeniu, z oczami świecącymi jak wielkie guziki i cienkimi lepkimi palcami odnóży. Coś pomięszało się w kolejności, bo oto znów piętrzy się Rock Gibraltaru i żołnierze brytyjscy w wysokich czapkach i Szkoci w kraciastych spódniczkach i beretach z pomponami pozują w romantycznych kontrapostach parami przy działach szczerzących swe paszcze z otworów wykutych w skale, a równe, pedantyczne piramidki okrągłych kul działowych sprawiają i potęgują jeszcze wrażenie niezdobywalności tej twierdzy.

Jesteśmy wśród poławiaczy pereł w Zatoce Perskiej i zaraz przedstawia się nam małżeństwo syngaleskie w całej okazałości ich muskulatury jak najbardziej klasycznej, tylko kobieta ma potworne i nie zasłonięte piersi wyglądające jak rogi poduszki. Bombaj, jeżeli wierzyć sztychowi, jest bardzo europejski ze sztywnym szyldwachem przed pałacem gubernatora, na dalszej stronie przerażający obraz egzekucji w Indiach dokonywanej przez słonia. Sam słoń, jego kornak tudzież świadkowie tego aktu mają jak najbardziej okrutne twarze, jedynie delikwent zachowuje spokój, a nawet, można by powiedzieć, pewien rodzaj humoru. Na płaskiej plaży Madrasu wściekły przypływ piętrzy fale w dokładnie i gładko zaczesany wałek, po którym ślizga się jakimś cudem szalupa okrętowa bardzo przepełniona.

Miałem wtedy niebywałą pasję do książek. Nowe rzeczy ukazujące się za szkłem wystaw były w przeważnej części niedostępne dla mnie. Toteż kontemplowałem je jedynie przez szyby wystawowe i doszedłem do tego, że tych kilka ważniejszych witryn znałem w każdym okresie na pamięć. Zazdrościłem ekspedientom księgarnianym ich zajęcia i nieraz zadziwiała mię ich obojętność wobec wspaniałego świata półek księgarskich, w jakim żyli, no i ich ignorancja w materii książek, których tytuły jedynie znali i odcyfrowywali tajemnicze znaki na rogu broszur, i tłumaczyli je na mniej lub więcej ekspensowne cyfry.

Raczej były mi dostępne książki w antykwarniach. Raz - przez niebywale czasem okazyjne ceny, po wtóre dlatego, że tu można było wejść i buszować, ile się dało, pod bardziej przychylnym okiem antykwariusza. Stąd przeważnie pochodziła podstawa moich zbiorów. Na wydawnictwach znałem się i sztukę tego znawstwa doprowadziłem do majsterstwa. Potrafiłem z samego druku i papieru książki odgadnąć firmę, przez którą była wydana, ba, nawet rok i ewentualnie drukarnię.

Pamiętam, miałem Bohaterów Carlyle'a w wydaniu Paprockiego w Warszawie - czcigodny tomik w szesnastce, na którego okładce wyobrażona była drzeworytem jakaś muza z nieodzownymi akcesoriami wiedzy, jak jakieś pochodnie, laury, ułamek kolumny. Sama zaś dziewica była osłonięta do połowy, naturalnie, obficie pofałdowaną draperią, od pasa w górę zaś - trzeba pamiętać, że wydawnictwo datowało się w jakichś latach osiemdziesiątych - więc od pasa w górę miała zaznaczony przez sztycharza jakiś chorobliwy biust, wypukłość nie zróżniczkowaną w miejscu, gdzie zwykle naturalną koleją rzeczy znajdują się u kobiet piersi. Ten tors był torsem manekina, na którym krawczynie upinały wiktoriańskie suknie. Druk tej książki, zaraz, przypominam sobie, że miał wszelkie cechy czcionek Anczyca z Krakowa, myli mię tylko to, dlaczego i jakim sposobem drukowałoby wtedy tam warszawskie wydawnictwo. Druk ten był bardzo przyjemny - pewnie, że daleko mu byłoby do kroju Półtawskiego, ale stanowczo wolałem go od secesyjnych czcionek, jakimi drukowane były "Chimera", lwowski "Lamus" i Kryjaki Jehanne Wielopolskiej. Aha, i jeszcze pierwsza Wierna rzeka. Tam strony znaczono na dolnym marginesie i wszystkie szóstki zadzierały ogon ponad linię wiersza, a wszystkie dziewiątki - poniżej. Tak drukowała przez pewien okres Drukarnia Narodowa w Krakowie i wyobrażam sobie, jak przychodził tam z autorem Wyspiański i autorowi w wysokim wykładanym kołnierzyku tudzież "mesztach" zapinanych na guziki doradzał wybór czcionki, i ogłupiali swym smakiem usmolonego i tęskniącego do żony metrampaża, który im nie potrafił się zbuntować.

Owych Bohaterów Carlyle'a czytałem w przepiękną wiosnę w moim domu, kiedy zieloność drzew i traw bucha jak powódź i kwiaty pienią się poza brzegi naczynia świata wypełnionego wiosną. Chodziłem z nią do parku w jego cieniach szmaragdowych i paprociowych nad leniwą rzeką płynącą w głębokim gliniastym żłobie, przewracałem jej kartki w rozkoszy i natchnieniu. Albo w odurzających zapachach ogrodu w domu, kiedy kurzem drogi wracały plutony strzelców konnych do koszar i śpiewały:

"Kradną oczka, kradną, za dziewczyną ładną...

Obiecała, a nie dała chusteczkę jedwabną..."

A ja czytałem o Thorze i skandynawskich olbrzymach, których zwojami mózgowymi były chmury, a sklepienie czaszki to pieczary, westchnienie piersi to orkan, krok to trzęsienie ziemi, a głos piorunem. O prorokach, Chrystusie, Buddzie, Mahomecie, o walkach szyitów i Korejszytów. O bohaterstwie.

Z Drukarni Narodowej w Krakowie wyszedł także Nietzsche na bibulastym papierze i z kapryśnymi secesyjnymi ornamentami winietek na pustych przestrzeniach nad zaczynającymi się rozdziałami. Między dobrem i złem, Tako rzecze Zaratustra. Zaratustrę czytałem w górach, kiedy w deszczowy i mglisty poranek marzłem pod dachem koliby na stoku góry uciekającym w dół i ginącym we mgle. Wydawało się, że jestem u krańca świata, zawieszony na tej tragicznej równi pochyłej między niebem a ziemią, kiedy wszystko sprowadzało się do tego skosu ginącego w górze i w dole w bezblasku i ostateczności białej waty. Zaczytywałem się w Berentowskich okresach i powtarzałem w pustkę: "...i uradował się Zaratustra posochowi temu..." I śmiałem się potem sam z siebie i swych wewnętrznych napięć, kiedy wieczorem wracałem spacerowym pociągiem, a na stacyjkach w dolinie Prutu zbierali się na żwirze znudzeni letnicy porozbierani niemożliwie i wołali w stronę pociągu: "Huules!"

"Rola" Jana Buriana drukowała na drzewiastym, wojennym papierze.

Na takim drzewiastym papierze u Buriana drukowano Żeromskiego powojennego. Jego natchnione strofy i, powiedzmy także, naiwne gadulstwo samouka. Tam przez jego rekomendację poznałem i brzydotę eurazjatycką, i przepiękny urywek z rosyjskiego:

"I niet jejo - i czerniejet swiet..."

Tam także Słowo o bandosie, w którym znów odnalazłem jego odę do młodości: "Młodości - wszystkiego dziedzicu! O, pokolenie przyszłą wiosnę niosące! Płomień zza krawędzi mroku znowu wytryśnie! Zakwitnie wiśnia w sadach, w opłotkach brudnych wsi!" I dalej: "Niech się zjawi i zagrzmi dobosz nowej sprawy..."

Połoniecki we Lwowie drukował swoje tomiki klasyków z Kubusiem Fatalistą Diderota, biskupem Newmanem, Hebblem, Franciszkiem Marią Arouetem, którego także nazywano Wolterem, Maksymami diuka de La Rochefoucaulda, jednym słowem: tak zwaną sałatę. Zakłady Graficzne "Tęcza" biły bardzo solidnie, na porządnym papierze i nie byle kogo. Tak jak K. S. Jakubowski wydawał tylko ciężkie rzeczy z zakresu nauk ścisłych, podręczniki uniwersyteckie i politechniczne, które dosłownie liczyły się na wagę złota. Zygmunt Pomarański poczciwie i prowincjonalnie drukował sobie taką specjalność, jak Zielińskiego z jego klasycystycznymi kolubrynami, i do tego dorabiał mu okładki secesyjne profesor Witwicki, który był jeszcze wtedy belfrem gimnazjalnym.

Wydawnictwo Mortkowicza miało Żeromskiego, znów bydgoska Biblioteka Polska drukowała Niemojewskiego "en exclusivité".

Gabriela D'Annunzio czytałem niewiele, w każdym razie zrobił na mnie wielkie wrażenie. Nie wiem, nie pamiętam już, co to było: Il Fuoco czy Dziewice wśród skał. Sam D'Annunzio był dla mnie niesympatyczny ze swą łysiną, pozerstwem, pancernikiem w podarowanym mu ogrodzie i całą aferą Fiume. Należał do... mieszało mi się to zawsze z symbolistami, Maeterlinckiem i całą dekadencką hebrą czasów dobrego króla Edwarda VII. Wtedy to także były modne powieści drukowane in octavo i z rysunkowymi winietami przed każdym rozdziałem (ewentualnie a capite rozdziałów zaczynały się dużą ozdobną literą).

Ale Gabriele D'Annunzio umarł i pogrzebano go z całą faszystowską pompą i sztyletami, jako też i pierogi, i haftowane palmy akademickie były przy tym obecne. Włosi dodali do Fiume jeszcze Sušak, życie idzie naprzód, jedynie sztuka odmienia swe koleje wedle starych, ustalonych porządków.

Martwi mię i brzydzi nuda wynikająca z konsumowania czy kontemplowania [sztuki]. Niechby to była najprawdziwsza i najgłębsza rzecz w świecie - staję u jej kresu, jej ograniczoności bezsilny i nie zaspokojony i natykam się jakby na ścianę z mlecznego szkła, za którą kryje się to właściwe niewypowiedziane, to, co jest skończonością, to, co, jestem pewien, nigdy dla mnie nie będzie do poznania. Wydaje się tuż!

To było.

Pociąg przetaczał się koło stosów impregnowanych podkładów kolejowych, wymijał ogrzewalnie i po krótkim postoju skierował się do ostatniej stacji. Wjechaliśmy w znajome lasy. Bór za oknem stał zwartym tłumem, wierzchołki drzew kołysały się w nakazany, niesiony przez wiatr rytm. Z daleka zaświeciły czerwone oka semaforów. Nadpłynęła Zielona i łagodnie stanęła u drzwi wagonu. Błogosławiony spokój jej zielonych traw, czerwonych pni, srebrnych czubów sosen, szanownych granic lasów, polan międzyleśnych miał stać się świadkiem ponurych Kann. Wyobraźnią widzę stłoczone i spiętrzone sznury pociągów na bocznicach. Działa zepchnięte w rowy, stosy karabinów na polanach leśnych, wory mąki i skrzynie sucharów w grzęzawisku, dymiące spalone samochody i ciągniki z urwanymi błotnikami i przedziurawionymi chłodnicami, stosy trupów końskich rozdętych rozkładem i nie pogrzebane ciała żołnierzy. Drzewa świecące białym mięsem pod zdartą pociskami korą, hełmy zawieszone na ich gałęziach, stosy pocisków armatnich świecące złotem mosiężnych łusek, wypatroszone torby masek gazowych, popieliska pośpiesznie palonych papierów i sprzętu. Nad tym szumi las, który był, kiedy nas nie było, i który tu róść będzie po nas.

To miało być.

Za sztachetami ogrodzenia stacyjki czekały konie i wpraszał się na towarzysza urzędnik skarbowy. W jego nijakim towarzystwie, kołysząc się nad bajorami leśnymi na miękkich resorach wózka, dojechałem do Z. Z daleka świeciły okna domu i jamniki wypadły z wściekłym ujadaniem na moje powitanie.

[prwdr. Wiek klęski. Almanach historyczno­-literacki, Londyn 1946, pt. Stacja Zielona]

Wesele u chłopów

Pani Ł. była przewodniczącą kół gospodyń wiejskich, zdaje mi się, na powiat R. Nie bardzo orientuję się w całości poczynań społecznych tych inicjowanych przez ówczesny rząd stowarzyszeń - myślę, że i w tym miał cele przenikania w głąb, jak każdy rząd totalizujący. Przy pomocy rozmów prowadzonych przy stole miałem sposobność, chcąc nie chcąc, rozszerzyć swoje horyzonty na temat dosyć mgliście zarysowującej się pracy kobiet w społeczności, jak gdyby to, co robią przez instynktowny biologicznie nakaz, nie było aż nadto. Jedna z tych pań ze zgrupowania Wólka Tarnowiecka miała wyjść za mąż, co na terenie świeżo zainicjowanych kół było zdarzeniem, w zasadzie zaś było starą jak okoliczne bory historią.

Któregoś dnia przed kuchenne schody zajechał wóz wymoszczony słomą i przyszła oblubienica czerwona od jazdy i zakłopotania, wśród szeptania pokojówek, schylając się nisko, nie jak uświadomiony ­członek koła gospodyń, ale bardzo po pierwotnemu, zapraszała na wesele.

Potem minęło parę dni, kilka razy przypominano sobie zaproszenie, nie decydowano się, zwyczajem wsiowym - nigdy na wsi nie spotkałem się z ostrą decyzją - w końcu jednak ustalono wyjazd. Ponieważ w tamtą stronę było daleko, więc zadecydowano jazdę samochodem.

Przed ganek w zgrzycie żwiru pod cykającymi oponami zajeżdżał sześćdziesięciokonny buick, a od strony folwarku w stępie kopyt, z fornalem na grzbiecie lejcowego konia, z nogami przewieszonymi niedbale, "po damsku" - czwórka koni. Był to nieodzowny naddatek, ta kwadryga końska wlokąca po grudzie wagi z orczykami. Miała odrobić pierwsze pięć kilometrów za sześćdziesiąt koni mechanicznych rwących się do skoku, pięć kilometrów, które po niedawnej słocie były pasem przemieszonego obręczami kół, gęstego błota, a w miejscach, gdzie się urywało - wydmami piasku i jeziorami kałuż.

Pani Ł. uparcie przywdziewała haubę samochodową pamiętającą stylowe czasy pierwszych panhard levasseurów, jamniki szczekały, wijąc się między kołami pojazdu i pęcinami cierpliwych koni, pan Ł. sceptycznie, lecz aprobująco obserwował przygotowania z odrzwi domu, fornal na: "Gotowe!" strzyknął śliną spomiędzy zębów na żwir zajazdu i dziwaczna kombinacja nowoczesności z tradycją ruszyła wzdłuż łuku gazonu w drogę. Dziewczyny pracujące przy kopcach naprzeciw obory podnosiły twarze koloru ochry i patrzyły nieciekawie za nami. Kłęby dymu odczepiały się od rdzawego komina gorzelni, ośmielone swą samodzielnością puszczały się w niewiadomą północno­-zachodnią drogę i ginęły, rozwiewane w nicość, dając wolne pole następnym pokoleniom zatraty. Niebiesko­-biało malowany krzyż kamienny na rozstaju ginął w rozczapierzonych krzakach głogu. Zostawialiśmy z prawej wyciągnięte rzędy chałup, dzwoniły żelazne ogniwa orczycy ciągnącej machinę "General Motors", las zbliżał się szybko, błoto jakoś nie dawało się we znaki. Chlusnęła pod oponami szeroko woda pierwszych leśnych kałuż i zmącił się i załamał w nich czysty obraz nieba. Pomiędzy niskimi pniami drzew polatywały ptaki i czerwieniła się kora drzew na porębie leśnej. Potem zastukała twarda nawierzchnia szosy pod kopytami koni i zatrzymaliśmy się, ażeby wyprząc.

Potem z szosy skręcaliśmy na drogę do Wólki Tarnowieckiej. Wóz ciężko huśtał się na wybojach i ujadały psy podwórzowe z zagród. Widziało się grupki ludzi: mężczyzn w nowych wymiętych cajgowych marynarkach i kobiety oparte łokciami o płoty domów. Zziajane dzieci towarzyszyły powolnie posuwającemu się wozowi. W jakimś miejscu było więcej grupek ludzi przed jednym domem, a na drodze odróżnić można już było postać panny młodej, która, podniecona weselem i niebywałymi gośćmi, wyszła daleko przed dom, aby witać, i robiła to trochę z pewną siebie uhonorowaną dumą, nieco zmieszana, wysoka, brzydka, o czerwonej twarzy, w sukni z białego taniego muślinu mającej symbolizować jej dziewictwo. Było w tej biednej sukni coś smutnie cmentarno­-pogrzebowego - zawsze na mnie suknie panien młodych robią takie wrażenie; mają w sobie, w swej taniźnie, w swej jedyności, bo ubiera się je przecież raz jedyny tylko, coś trumiennego. Były tam jeszcze jakieś bardziej pryncypialne towarzyszki, wszystkie twarze wyrażały usatysfakcjonowany podziw z pewną dozą podkreś­lanej swobody, że oto mniej może przewodnicząca kół, ale raczej: dziedziczka, wspaniałym samochodem, co już miało być wyrazem zahaczenia o niebosiężne sfery dobrobytu, bogactwa, feerii powodzenia i wyniesienia ludzkiego, jest tutaj, ma być razem na równi i w jednej zabawie­-uroczystości.

Dzieci płowiaste usmarkane i z rozwartymi do niemożliwości oczami wspinały się na przyzby, czepiały się nóg starszych i plątały niemożliwie pod kołami manewrującego w ścisku samochodu. Słońce wyjrzało zza chmur i złotymi plamami położyło się na ściany domów. W końcu było nam dane odróżnić między zebranymi i pana młodego o przystojnej twarzy. Był o pół cala niższy od swej młodej żony, miał na sobie czarną marynarkę i trochę przybrukany biały krawat.

Zapraszano nas do wnętrza domu. Trzeba było potknąć się o wychodzony próg, trudno było obrócić się w ciasnej sieni, w końcu skierowano nas, na szczęście, do prawej strony domu, gdzie, w przeciwieństwie do lewej, piekielnie gorącej od sąsiedztwa kuchni, było chłodno i puściej. Kolorowe obrazy świętych pańskich uszeregowano pod sufitem, niżej wisiały stereotypowe fotografie rodzinne, poza tym były ślady z uprzątnięcia jakichś mebli, pewnie w celu zrobienia miejsca dla ewentualnych tańców. Stały tylko nieduży podłużny stół i ławki oraz krzesła ustawione pod kątem w rogu izby.

Do sieni i na drugą stronę domu wchodziła orkiestra: bęben obciągnięty opalizującą pergaminową skórą z mosiężnymi, niezdarnie wyciętymi z blachy brzękadłami, skrzypek trzymał pod pachą wyśliz­gane skrzypce. Przewodnikiem tej trupy był młody wysoki chłopak o wesołej rezolutnej twarzy. Kręciły się dziewczęta i kobiety, zaglądały zainteresowane i zażenowane do naszej izby. Nasi gospodarze zajmowali się nami przesadnie gorliwie - miało to ten fatalny skutek, że chwilami w ich natarczywym zajmowaniu się nami następowała kłopotliwa luka, w której ani my, ani oni nie wiedzieliśmy, co robić. W końcu wybrnięto z tego w ten sposób, że wniesiono na tacy wódkę w karafce z mętnego szkła i ciągle donoszono kieliszki, których ilość ustawicznie była niewystarczająca. Nalewano tę wódkę trzęsącymi się z emocji rękami i podsuwano natarczywie. Mylono kolejność i porządek dostojeństw w traktowaniu, alkohol rozlany na tacy i stole leciutko parował w atmosferze izby i wnosił odurzający zapach. Kieliszek wychylony pod zainicjowane przez panią Ł. zdrowie państwa młodych był ostry i zakręcał myślami pod czaszką. Potem kazano wypić drugi i w szczęku talerzy i zbieranych rozmaitego autoramentu sztućców nakrywano do stołu, bo tymczasem czyjeś zapobiegliwe ręce zaczęły znosić właśnie z tej otchłannie gorącej kuchni, gdzie uwijały się czerwone kucharzące kobiety, pierwsze dania pod wódkę: jakieś przetwory z zabitej na wesele świni. Potem powtarzał się ceremoniał zasiadania do stołu i zapraszania do jedzenia.

Z drugiej strony domu niespodziewanie uderzyła muzyka. Skrzypce wiolinowo i cienko zaniosły się swą dominantą, której nie potrafiły zagłuszyć ani niski klarnet, ani rytmiczne dudnienie bębna. Muzyka ożywiła zgromadzenie, które i tak było dostatecznie podniecone, ośmieliła kobiety i podziałała elektryzująco na cisnące się u wrót i pod oknami dzieci. Wchodziły nowe osoby, z którymi nas zapoznawano dość chaotycznie - trzeba było koniecznie wypić jeszcze jeden kieliszek, uciekając od krytycznego spojrzenia pani Ł.

Dzieje się to wśród krajobrazu, który zdaje się cały wstrząsać: jego pola, lasy, piaszczyste wzgórza chodzą i wibrują od niezwykłości tego, co się dzieje tu - w pośrodku między horyzontem i horyzontem.

Droga powrotna wiedzie doliną Raty wśród lasów sosnowych i piaszczystych wydm. Przeciekają ją strugi niezdecydowanie wijące się chłopskim meandrem, błędzikiem, i osuwa się ziemia ciężka zieloną murawą z ich urywistych brzegów, szumi trzcina na rozlewiskach i wiatr pochyla wysokie badyle traw na łąkach. Drzewa zielonym różańcem ciągną się wzdłuż drogi i pola w kolorowy indiański deseń dostosowują swoje prostokąty do zakrzywionych miedz i zbiegają się u kalwarii na rozstajach. Dzieci chłopskie pasące bydło na wygonach bawią się w swoje dzikie dziecięce, nie skoordynowane zabawy albo zamyślają się najniespodziewaniej w świecie. Rządca folwarczny z karkiem opalonym na granatowo idzie na przełaj przez niwy, rozbijając końcem okutej laski grudy ziemi, i szybciej na jego widok przebierają sapami rozsypane jak paciorki dziewczyny w swym pozbawionym wdzięku pochyleniu nad pielonymi burakami. Fornal tylko, który ­przejeżdża w kurtyzowane dworskie chabety, jest cyniczny, niedbały i niezależny. Mówi dziewczętom opryskliwe ordynarne słowa i głos mu się miękko zmienia, kiedy pieszczotliwie napomina podręczną klacz.

Przepływa obok nas Zielona. Błogosławiony spokój jej zielonych traw, czerwonych pni, srebrnych czubów sosen, szanownych granic lasów, polan międzyleśnych, gdzie niezapomniane wzruszenia ogarniają na widok chodzących w czerwonym zachodzie słońca saren.

Waży się jastrząb w niebiosach i na garbie horyzontu przechytrze i ­leniwie obwąchuje powietrze lis, który znudził się monotonią lasu.

"Wiadomości Polskie Polityczne i Literackie" 1944, nr 4, pt. Wesele na wsi

Polowanie wigilijne z Maupassantem

Przede mną szedł pan Ł. w grubej kurtce podbitej lisami. Wydawał się, mimo średniego wzrostu, wyższy. Może to sprawiał jego zarost, może niezgrabna myśliwska czapa z jakiegoś bobra, przechodząca w daszek nad czołem. Niósł na rzemieniu, pod pachą amerykańskiego savage'a z lunetą zgrabnego: o cienkiej lufie i delikatnym wycięciu ujęcia pistoletowego. Jakieś wyblakłe zielone pończochy wyłaziły z cholewek jego bucików i kończyły się pod kolanami, pod fałdem knickerbockerów.

Szedłem za nim w trop, oglądając się na prawo i lewo. Przechodziło się podmokłą łąkę, potem kawałek dróżką w świerkowym lasku, gdzie ślisko było od spadłych szpilek. Pod chatą Pawła czerniła się gromadka chłopców z nagonki w fantastycznie dużych surdutach i kurtkach ściś­niętych mocno w pasie, i za dużych buciorach. Każdy zaopatrzył się już w kij i rękawem ocierał krople zwisające z zsiniałego nosa.

Paweł w jaskrawozielonej kurtce i małym zielonym okrągłym kapeluszu zbierał na początku jakąś reprymendę i organizował, i podsuwał półgłosem pierwsze mioty. Niecierpliwiłem się do samotności pierwszego miotu. Jeszcze trochę chodu po trzaskających gałązkach lasu i zapadało się w linię.

Z mokradła wprost wyrastał las. Smukłe piękne trzony drzew wyrastały razem po kilka z wody wprost. Olchy czerwieniały soczyście spod kory, brzozy cienkie jak w tundrze wydawały się przy nich dziwnie suche, wisząc miotłami guzowatych i długich gałązek. Bardzo w lewo jaśniała łąka wśród lasu z zaplutą przez deszcze kopicą siana.

Jakieś niewiadome koleiny, jakby Wielki Wóz w pochmurne noce jeździł między lasami, znaczyły zarośniętą linię. Dojmujący chłód i wilgoć były jakieś rzeźwe i przyjemne. Masy spadłego śniegu tworzyły wilgotny i miękki materac pod nogami. Ostra trawa bagienna rosła pękami. Chyliły się wysokie miotły długich traw z wywianym już nasieniem. Żółto błyskały nad czarną wodą. W lesie było nadzwyczajnie cicho, tak że furkot jakiegoś małego ptaszka wśród gałęzi wydawał się jak łopotanie orła. Daleko na łące polatywały sroki.

Cztery sarny szare i płaskie jak wycięte z blachy przeskoczyły przez linię.

Pierwsze mioty zaczynaliśmy od wysuniętego na wschód języka lasów, a raczej: młodniaków. Graniczył on od północy ze zwartą ścianą lasów poddębieckich, od południa - z mało uczęszczanymi wygonami chłopskimi. Była to dziwna kraina: kępy brzóz i sosen, wysoka mietlista trawa, zarośla pozbawione liści. Śnieg przysypał to wszystko teraz niezbyt sutym kobiercem, a mróz powlekł kałuże leśne nietrwałą powłoką. Droga wiła się tam niezdecydowanie zakrętami, w których plątaninie błąkał się nie wtajemniczony przybysz.

Nagonka poszła naprzód. My, idąc gęsiego za gospodarzem, na jego milczące skinienie zostawaliśmy kolejno na stanowiskach. Znałem tę partię lasu - zawsze na tych beznadziejnych pustkowiach szła pierwszy raz nagonka, niczego nadzwyczajnego nie można się było spodziewać, ale ogarniała z miejsca gorączka łowiska. Stawałem starannie na ścianie przesieki od strony nagonki, wybierając wyglądające przedpole. Przede mną kapryśnie rozwidlały się łysiny międzyleśne, niektóre otwierały wąskie perspektywy na kilkadziesiąt kroków w przód. Rzut oka w prawo i lewo pozwalał mi ujrzeć pomniejszone i wyczekujące sylwety moich najbliższych sąsiadów, pustą strzałę linii leśnej i daleko na skraju pochylone łby koni z oczekującymi sańmi. Wsuwam nabój do lufy, przy czym wydaje ona dzwoniący szczęk zimnej stali. Jest dojmujące zimno, mimo rękawic palce mam skostniałe, biorę strzelbę pod pachę. Jest niebywale cicho, aż do dzwonienia w uszach. I przy tym zupełnie martwo. Wszystko zastygło w bezruchu. Nie ma zupełnie wiatru. Siatka zarośli przede mną jest sztywna jak druciana.

Naprzód moja normalna wyobraźnia, która mi zawsze służy na stanowisku w miocie, każe mi spodziewać się szeregu możliwości mniej lub więcej fantastycznych, uprzytamniam sobie sytuacje i reakcje i niespodziewanie wpadam w marzenia. Myśl moja, łagodna i upojona sportem, wyszpula się ze mnie i błądzi. Rozproszone światło, które biel śniegu zwraca bez reszty światu, nie daje żadnych kontrastów. Sprzyja tej myśli, jest jak sen. Myśl, jak niewidzialna fala głosowa, oddala się sferycznie, łagodnieje jej amplituda, potrąca i sumuje się ze wspomnieniami, powstają nowe kręgi i nowe skojarzenia.

Myślę o tym, jaka jest wieś. Świat ogromnie odległy od tego, co zamykają ludzkie skupiska miast. Nawet inne prawa przestrzeni tu rządzą, nie mówiąc już o czasie. Odległości są tu mierzone nie tyle przyjętymi konwencjonalnymi jednostkami, ile tym, co się dzieje i darzy dla nich w tej przestrzeni. Więc "na Brzeźniaki" jest o tyle daleko, o ile idzie się tam rozbawionym towarzystwem po obiedzie lub o zachodzie słońca na spacer, a inaczej jest z tym, jeżeli jest tam od tygodnia zbiórka markowych kartofli, kiedy liczy się ilość obróconych "gar", a inaczej, kiedy włóczą tam brony, a inaczej, kiedy o sinym mroku idę miedzami podpatrywać sarny o najlękliwszych w świecie sercach i giętkich szyjach. Inna jest wieś w pracy, inna - w pryncypialnych pogaduszkach miejscowych rezonerów, inna - w trywialnie naiwnej pornografii życia seksualnego. Humor i filozofia ludzi ze wsi są im bardzo właściwe i osobne.

Nawet kiedy własne życie miało mię pochłaniać kompletnie, musiałem przeżywać obok siebie życie tych ludzi na wsi. Wydawało się, że przez swój egzotyzm będzie ono bardzo atrakcyjne. Tymczasem kiedy usiłuję przywołać wspomnienia, zjawiają się one i regenerują bardzo chaotycznie. Z mgły wspomnienia występują te lub inne twarze i przepadają potem w nicości. Prawie że nicością wydawało się ich życie dla mnie, a czy nie dla nich samych?

Więc czy są czymś jeżeli nie indywidualnie, to może w masie? Ale w masie rzadko albo prawie nigdy ich nie widziałem. No a, powiedzmy, jarmarki albo święta?

Poniedziałkowy jarmark spełniał jakieś raczej towarzyskie funkcje, bo w owoczesnych warunkach ekonomicznych wsi trudno sobie wyobrazić, żeby wiezienie nie dochowanej świni dwadzieścia kilometrów przy fatalnych drogach było pochodną racjonalnej kalkulacji. Na targ ten ciągnęły szosą wozy. Był chaotycznym zbiorowiskiem ludzi ściś­niętych na placach i targowiskach żywca lub na rynku. Wałęsanie się od jednego tandetnego żydowskiego sklepiku do drugiego. Wśród tego krążyli spryciarze i zgonnicy nierogacizny, niesłychanie szczwane typy, naginające się jednak do hieratycznego sposobu i zwyczaju tego podludzkiego stanu zbiorowiska.

Inny rodzaj zgromadzeń to z okazji uprawiania praktyki i dyscypliny religijnej. Ale to nie była ta bezcelowość, to było skostnienie w tym, kiedy skupiano się po niedzielnych nabożeństwach na cmentarzysku cerkiewnym.

Czasem wydaje mi się strasznym rodzaj gromadnego obcowania ludzi, niedużej komuny, na niedużym terenie, kawałku ziemi. Właściwie nie ma dla nich wzajemnych tajemnic, żyją jak ćmy w jednej jaskrawo oświetlonej latarni, znają przede wszystkim swoje wzajemne słabości na wylot i używają ich przeciwko sobie. Pewnie mają także swoje tereny marzeń niedostępne dla innych indywiduów, swoje mniej lub więcej wspólne tabu i uwarunkowania bronione milczeniem, niedomówieniem, ostatecznie - prymitywnym cynizmem.

Są bardzo zwierzęcy, wydaje się, jakby, idąc za Czechowem, jedynie ból miał być dla nich jedynym ich przeżyciem i tym jedynie, co ich uszlachetnia. Chociaż i przeciw temu byli dostatecznie zahartowani. Osobiście dla tak zwanego prostego człowieka żywiłem pewien sentyment wzruszeniowy, nie pozbawione to było nawet pewnej dozy łzawistej, ale może górowała w tym zazdrość o surowy prymitywizm, jaki im przypadł w udziale, daje może to większą łatwiznę w przeżywaniu życia, ma ostry zapach surowizny i potu, jest dalekie od jakiejkolwiek histerii i przemądrzania, od których wstydu nie ma ucieczki. Z drugiej strony, ten sam prymityw owadzi już zupełnie, nie ciasnota, ale brak myśli, natykanie się na pryncypialność pustki, roślinność człowieczeństwa w dzikim, chaotycznym świecie, który nie jest jeszcze światem (żyjemy w świecie okresu aluwialnego - taki sam okres geologiczny, jak sylurski), wydaje się ciasnotą i jedyną ostatecznością. Daleki byłem od jakichkolwiek patetycznych buntów, walk wewnętrznych i to było może dla mnie gorzej, bo nawet nie miałem tego, co daje - usiłowałem nazwać to sobie - prostracja i fizjologiczna reakcja po wyczerpaniu...

Budzi mię, jak grom z jasnego nieba, strzał sąsiada. Wysoka ściana lasów poddębieckich odpowiada stentorowym echem. To pewnie pierwsze ruszyły zające i ktoś zapomniał o lakonicznym gospodarza: "Pierwszy strzał nie do zająca..." Ale momentalnie wszystko we mnie się skupia, mam nieprzemożoną pewność, że za chwilę coś będzie się działo. I dzieje się w kolejności takiej, jakbym już kiedyś to przeżywał z całą wyrazistością, czuję uśmiech, jaki mam na twarzy, i działam tak mechanicznie, jakbym sam siebie kiedyś podpatrywał w takiej samej sytuacji. Przez gęstwinę obsypanych śniegiem świerków przedziera się coś pośpiesznie, dzieje się to w ułamkach sekundy, i na chwilę widzę na dwadzieścia kroków szare cielsko dzika w susie nad rowem leśnym, który tworzy jedyną otwartą lukę przede mną.

Ale dzieje się to zbyt szybko i nie reaguję, chociaż przebiega na dwadzieścia pięć kroków ode mnie. Czuję, co teraz nastąpi. Szedł skośnie do linii przesieki i za chwilę wypadnie na drogę! Czekam na ten moment, starając się opanować z kolbą przy policzku. Jest! Sekundę prowadzę go i ściągam język spustowy. Huk wstrząsa powietrzem ostro i sucho. Zwierzę przekopuje się w galopie przez śnieg, zadziwiająca jest zwinność i akuratność jego ruchów. Dzieje się to już na znaczniejszej odległości sześćdziesięciu-siedmdziesięciu kroków i ta odległość piorunująco szybko się zwiększa. Wyrzucam łuskę z repetiera i składam się znowu. Dygocę z emocji i dzikiej radości. Puszczam jeszcze jedną kulę za szarą sylwetką śmigającą między drzewami i kiedy repetuję znowu, nie ma nic.

Za chwilę, w ciszy nastałej po tych paru strzałach - wszystko jakby ze wstrzymanym oddechem - nadchodzi pan Ł. Patrzy pytająco na mnie i od razu wszystko rozumie. Potem objaśnia mię, co działo się u niego. Odyniec wyszedł na skośny promyk na jego stanowisku, wykonał w tył zwrot i wtedy dopiero wypadło mu strzelać. Słyszał moje strzały i nieomylnym słuchem starego bywalca kniei wiedział, że nic ważnego nie przynoszą. Idziemy na ślad. Po kilkunastu krokach pierwsze kropelki krwi rozpylone na śniegu. Świeże i jaskrawoczerwone. Obaj mamy ciche pretensje do tego, kto to spowodował. Ślad kul po śniegu! Paweł odchodzi trochę dalej i mówi: "Ooo, kula!" Widać rysę smagnięcia po śniegu rozpalonego stożka pocisku. Skrupulatne badania nic nam jednak nie mówią.

Obchodzimy z daleka i ostrożnie ostatni miot. Przechodzi paru ludzi nagonki milcząco i nie ma nic, dosłownie nic. A mnie niebo pali się nad głową i śmieję się w duchu. Dzisiaj rano, wychodząc do sań, wywołałem Pannę z jej pokoju i nagle pochyliwszy się, objąłem ręką jej kolano w myśl przesądu myśliwskiego o kolanie dziewczyńskim przynoszącym szczęście. Panna stała przez chwilę zdumiona, a potem z krzykiem cofnęła się do pokoju. Śmiałem się z tego zdarzenia i gratulowałem sobie pomysłu i przedsiębiorczości, która mię samego zadziwiła, i trochę byłem niespokojny o reakcję Panny.

Teraz było ważne dla mnie, jak przedstawi się dalszy ślad, który nieomylnie poszedł. O, jest! W głębokim śniegu widać galop wytężony i ślad krwi jeszcze żywej i dużo. Ale idzie do bliskiej granicy i tam ginie. Stop! Dalej święta własność cudza. Patrzymy w nie znany krajobraz i bardziej egzotyczny wydaje mi się z uchodzącym weń postrzelonym dzikiem.

Wracamy do domu. Pan Ł. przywdziewa smoking staromodny i śmieszny i jedzie do sąsiadek - kilku sióstr, starych panien - prosić o pozwolenie podjęcia na ich terytorium postrzelonego zwierza. Ja zapomniałem o Pannie, obchodzę strzelby pozawijane w dery i potniejące po mrozie, przed czyszczeniem. Czekam jutra. Teraz jest już ciemno i pokojówki zapalają kolejno lampy w pokojach. W moim podnieceniu nikt mi nie przeszkadza. Panna także. Ma wyrobiony naturalny szacunek dla wyłączności spraw męskich, nie zastanawia się nad nimi i afirmuje w pewnym stopniu bezmyślnie. Znowu ja mam pewną satysfakcję, że te sprawy męskie oddzielają mnie od niej i stwarzają mi inny, uniezależniony teren. Poza tym jestem w poczuciu swej męskości, chociaż dzieje się to tylko przez ułatwioną sytuację człowieka korzystającego z dobrodziejstw cywilizacji: ogrzanego ciepłym mieszkaniem, regularnym posiłkiem zapewniającym mi w ten dzień mrozu odpowiednią ilość kalorii, cywilizacji dającej mi w rękę precyzyjną gwintowaną broń szybkopowtarzalną, wysyłającą ekspansywne pociski, które rwą arterie i druzgocą tkankę kostną zwierza.

Następnego dnia pan Ł. jest niespodziewanie zajęty i ja sam, w towarzystwie Pawła, jadę do poddębieckich lasów. Panna już jest zniecierpliwiona i zaniepokojona o swój stan posiadania. Nie daje mi tego słowami poznać, ale czuję jej dezaprobatę. Dzisiaj nie dotknąłbym już jej kolana, chociaż ten gest wczoraj po powrocie zjednał mi jej śmiejący się błysk oczu.

Ale się wyrywam i od razu wpadamy w samo słońce, takie, jakie może tylko być wspaniałe słońce krótkiego zimowego dnia, kiedy jest prawie dwadzieścia stopni mrozu. Jedziemy niskimi sańmi naprzód przez wieś: wśród rozrzuconych chałup, rozrzuconych i pochowanych w zaspach domów z wysoko sterczącymi miotłami drzew i zabawnymi figurkami dzieci w zimowym okutaniu. Potem jest pole poranione miedzami i skibami i czerniejące czarnymi łatami wywianego śniegu. Porzucamy wreszcie drogę i zjeżdżamy ku ścianie lasów poddębieckich, gdzie ma być gajówka.

Dom gajowego stał kiedyś na skraju samego lasu, ale teraz między nim a lasem jest obszerna pustać poręby. Dom stoi teraz na wydmuchowisku i wśród przewianych śniegiem ogrodzeń. Kiedy tam wchodzimy, uderza w twarz gorąco wnętrza izby i zaduch biedy, dzieci i jakiegoś żywego dobytku trzymanego w izbie. Gajowy poddębiecki jest młody i przystojny. Wciągał właśnie buty, był uprzedzony o naszym przybyciu i jego celach. Jego żona, także młoda kobieta, trzyma na ręku kapryszące niemowlę, idzie od niej zapach mleka, dwoje innych dzieci, prawie nagich, siedzących na łóżku, przerywa swe zabawy tam i otwiera na nas oczy okrągłe ze zdumienia i ciekawości. Są małe, tak że niewiele jeszcze wrażeń miały w życiu i nasze zjawienie się na tej pustaci jest dla nich piorunującym fenomenem. Ich ciekawość krępuje mię, zawsze krępuje mię, kiedy wobec dzieci mam reprezentować dorosłe społeczeństwo. Izba jest bielona, widać, kilkakrotnie w miejscach, które jej biel najbardziej narażały na szwank. Wisi kilka jaskrawych obrazów religijnych - ordynarne jarmarczne litografie - za jednym zatknięta jest palma wielkanocna w papierowym przybraniu popstrzonym przez letnie muchy. Jeszcze jakieś fotografie, jakieś grupy rodzinne czy wspomnienia ze służby wojskowej. Na stole znajdują się źle utrzymana dubeltówka strażnika i resztki śniadania, które do bukietu woni tego mieszkania domieszały swój mdlący zapach.

Gajowy jest grzeczny i jakby trochę drwiący, jego żona jest trochę zażenowana nieporządkiem domu, ale nie bardzo. Mój Paweł odprawia jakieś przepisane dobrym tonem i obyczajem banalne rozmowy na tematy zawodowe i ostatnich nikłych zdarzeń dziejących się w najbliższym promieniu trzydziestu kilometrów, wreszcie zabieramy się. Dopiero sadowiąc się na sanie, zaczepiamy o właściwy przedmiot i cel naszego tu przybycia, tamci zaczynają operować nazwami i topografią nie znanego mi terenu, siedzę jak na tureckim kazaniu. W każdym razie kopiemy się w nieomylnym kierunku. Konie idą dobrze, sanie zapadnięte w śniegu po szczeble przykrycia suną gładko i śnieg rozpylony przez kopyta wznosi się tęczową kurzawą w promieniach słońca.

Potem oni przechodzą na obce mi tematy, a ja zastanawiam się nad życiem tego młodego człowieka, życiem, w które przed chwilą zajrzałem. Musi to być coś o podkładzie bardzo fizycznym. Zagubieni na skrajach lasów, sami ze swoją miłością, robiący dzieci. Nad nimi jedynie czasza nieba zmienia się i ubiera w tła rozmaite dnie i noce. Usiłuję wyobrazić [sobie] siebie i Pannę w takim życiu: oderwanym, wypranym zupełnie z jakichkolwiek innych pożądań, pretensyj, marzeń i zawodów. Czy byłoby ono tylko jednym dniem, czy całą wiecznością?

Przywodzi mi to na myśl gdzieś kiedyś czytaną nowelę Maupassanta o córce pułkownika kawalerii, która ucieka z podoficerem. Mieszkają na Korsyce i autor słyszy jej opowieść, kiedy ona jest już staruszką sprościałą i zniszczoną przez warunki i czas, zgłupiałą i zordynarniałą u boku roztyłego męża, który teraz jest tylko resztką człowieka w roślinnym przeobrażeniu roślinnego życia i w czasie, w prymitywie warunków. Ale, zapytana o istotę rzeczy, zbiera resztki zagłuszonej inteligencji, żeby móc powiedzieć, zapatrzona wstecz: "Byłam niezmiernie szczęśliwa..." To jest literatura, ale myślę nad tym, nie brak mi wyobraźni, żeby sobie wyobrazić nas, z Panną, oderwanych, samych, w prostocie, szarzyźnie i takim sprościeniu, gdzie by szczęście miłości było naprawdę. Siedzę tak i myślę tak długo, aż obruszam się sam na siebie za ten rodzaj egzaltacji.

Droga jest drogą leśną, kręci się i załamuje niespodziewanie, lasy tu są, mimo swych obszarów, w trakcie gorliwej, w miarę dozwolonych granic, eksploatacji i nie ma śladów życia - nie to, co w lasach pana Ł., który gospodaruje łowiecko i z zamiłowaniem. Zwierzyna przychodzi tu w poszukiwaniu warunków albo, jak w tym wypadku, z farbą. Nasza droga naprowadza nas w końcu na granicę i w pewnym miejscu wszyscy trzej równocześnie widzimy ślad przeskakujący drogę. Zeskakujemy ze sań.

Słońce jest kosmate od promieni na niebie głęboko błękitnym. Nie czujemy kąsającego mrozu. Odbywamy naradę. W jej wyniku gajowy poddębiecki ma zajść w najbliższym kwartale drogę, a ja z Pawłem będziemy iść po śladzie. Konie odchodzą, żeby czekać w wiadomym miejscu. Zaczyna się pościg. Idę przodem z repetierem w zmarzniętych rękawiczkach, za mną w przyzwoitej odległości idzie Paweł. Wpadamy w nieprzebyte chaszcze porastające stare poręby. Ślad jest wczorajszy i krwawi. Idę naprzód ze słabą świadomością tego, że idę za rannym dzikiem, co podobno nie jest najpewniejszą asekuracją życia. Nie mam nawet świadomości jakiejś szczególnej odwagi, myślę, że nie należę do ludzi odważnych w szczególnie doraźnym znaczeniu, raczej dzieje się to u mnie wtedy w jakimś transie, za to sytuacje przypuszczeń, przywidywań i nerwów stwarzają u mnie stany wahania, które wywołują rumieniec.

W każdym razie teraz, pchając się przez krzaczowiska i gałęzie, na pół oślepły od sypiącego się zewsząd potrącanego śniegu i pole widzenia w rzadkich chwilach swobodniejszych na pięć kroków zaledwie, nie tyle nęka mię myśl nalezienia na rannego i zagniewanego odyńca, ile nieprzyjemna obecność Pawła z tyłu, za plecami, z napiętą iglicą starego pordzewiałego wojskowego karabinu, który jest jego służbowym wyposażeniem.

Przechodzimy w ten sposób jeden i drugi kwartał; po każdym wyjściu na linię wytrzepuję góry śniegu zza kołnierza. Ślad niknie i pokazuje się. Promienie słońca sączą się przez wzór z gałęzi osypanych śniegiem. Gorączka pościgu przejmuje mię, częściowo udziela się mym towarzyszom.

Wreszcie natykam się w zadętym śniegiem krzaczowisku na miejsce, gdzie leżał przed chwilą. Spędził tu noc i kałuża krwi oraz wygniecione w śniegu wgłębienie znaczą miejsce jego złego spoczynku. Ruszyło go przed chwilą nasze zbliżanie się. Przed chwilą tu był i ważył szanse ucieczki lub ataku. Kiedy byłem przed półminutą o dwadzieścia kroków z rękami ściskającymi broń, wtedy tak nieużyteczną i niezdarną w tej gęstwinie i oślepieniu, gotował się może do nagłego wypadu swego trzystokilowego cielska, swej inteligencji instynktu i decyzji rozstrzyg­nięcia sytuacji obcej dlań i wstrętnej, jak tylko wstrętna może być śmierć w naturze.

Potem podniósł się na nogi i poszedł na północo­-wschód szlakiem najbardziej dziczym i wybranym ze wszystkich innych nieomylnie i nonszalancko. Ślad znaczyło jeszcze parę kropli krwi, a potem już nic. Zostaliśmy sami; bez porozumienia wiedzieliśmy, że na nic wszystko, że tyle widzieliśmy.

Ale dzień był wspaniały i wracałem jak upity. Dzieliłem się tym, co miałem w kieszeni brzęczącego, z mymi perypatetykami, którzy zawsze pozostaną materialistami, i zadowoleni ze siebie pożegnaliśmy się na skraju pól.

Teraz dopiero zobaczyłem, że krótki zimowy dzień kończy się.

[prwdr. "Wiadomości Polskie Polityczne i Literackie" 1943, nr 51-52, pt. Polowanie świąteczne i Maupassant]

Odwilż

Nie miałem czasu umyć się nawet i tak jak byłem zakurzony i nie umyty, wszedłem od razu do jadalnego pokoju. Siedzieli oboje i ich córki, i jeszcze jakaś panna, której nawet nie miałem czasu się przyjrzeć, kiedy gremialnie witałem się ze wszystkimi. Nie wiem, czy to już wtedy, czy może sam sobie narzucam we wspomnieniu, jej oczy wydały mi się jak smuga błękitu. Jeszcze przedtem mówił mi któryś z chłopców, że "jest nowa nauczycielka o białych aż do niebieskości oczach".

Naturalnie, nie zwróciłem na nią żadnej uwagi i przejęty byłem sam tym, co opowiadam. Kłębiło mi się jeszcze od tego, co widziałem w czasie ostatnich tygodni, i uostrzyłem to jeszcze, kolorowo opowiadając. Zwierzyłem się pani Ł. co do swego projektu uczenia się po angielsku i słuchająca dotychczas uważnie i w milczeniu Panna ofiarowała się żywo, że służyć mi będzie swymi podręcznikami.

Po obiedzie gospodarze przeszli gdzieś w głąb domu, dzieci pobiegły do siebie, a ja przystawałem przed pastelowymi obrazkami pani Ł., chodziłem po nierównych podłogach zapastowanych na kolor czerwony, w końcu w towarzystwie jamników wyszedłem na ganek. Po lewej stronie od drzwi wejściowych siedziała Panna i, oparta na trzcinowym stole, trzymała przed sobą blok listowy nad rozrzuconymi kopertami. Wydawało mi się, że czeka na coś czy na kogoś. Kiedy ukazałem się, powiedziała żywo, że pani Ł. czeka na mnie tam i tam. Wtedy po raz pierwszy widziałem lazur jej oczu. Jak przez mgłę przypominam sobie, że miała gładko zaczesane włosy jakiejś pensjonary czy nowicjuszki zakonnej, zebrane z tyłu nad karkiem w węzeł. Brwi schodziły się jej między oczami, co nadawało jej pozór tajemniczości i niesamowitości. Kości policzkowe obciągnięte były okrągłą skórą zaróżowioną i zwężały się ostro w brodę i usta energicznie ostre i zaciśnięte. W tym oczy jasno­niebieskie, sine - nie, coś jak ultramaryna, rozrobiona bielą farba z czarnymi punktami źrenic. Oczy błyszczały, Panna mówiła trochę emfatycznym głęboko głosem i była jakby uniżona. Nie orientowałem się jeszcze, że było w tym wiele z głębokiej uprzejmości nabytej przy odpowiednim wychowaniu.

Ofiarowałem się panu Ł., że jeżeli mam tu dłużej pobyć, to bardzo chętnie pomogę w gospodarstwie. Polecono mi pomóc przy nadzorowaniu wykopywania markowych kartofli.

Wstawałem rano około siódmej i po zjedzeniu śniadania wychodziłem w pole, gdzie ciągnęły już dziewczęta z motykami na ramionach. Fioletowe kartofliska ciągnęły się pobrużdżonymi pasami ze zwiędłymi badylami. Wyszarpywane z ziemi ziemniaki o młodzieńczej różowości albo chorobliwie żółte leżały, obsychając, na swych rozkopanych szańcach. Dziewczęta w kolorowych przybrudzonych zapaskach w charakterystycznie niewdzięcznych schylonych pozach drobiły szybko motykami, nie ustając przy tym w rozmowie. Od czasu do czasu któraś prostowała się, wyginając się w tył dla ulżenia mięśniom, i rzucała przy tym spojrzenie aż wprost w niebo. Potem schylała się znowu. Kwiatki ubogich perkalików i barchanów mieszały się z opaloną skórą i lnem włosów robotnic.

W towarzystwie czarnej, rudo podpalanej suki dobermanki przyjeżdżała na rowerze Panna. Przywoziła mi papierosy i przyjaźnie­-surowo lustrowała, co sobie tu na polu poczynam. Manię palenia miałem już w sobie silnie rozwiniętą i kiedy mi brakowało papierosów, niecierpliwie czekałem na przyjazd Panny. Panna przystawała na dróżce między zagonami.

Kiedy wracałem od kartofli, wstępowałem do rozłożonego na stoku ogrodu z rozsadzonymi pod linię drzewami owocowymi, które na tym wydmuchowisku rosły uparcie i surowo, opatulane właśnie przez ogrodnika w osłony włochate z gałęzi świerkowych, i patrzyłem, jak między tymi rzadkimi jabłonkami fordson wyoruje ciężkie skiby. Przyłączałem się do tej pracy. Zapijaczony palacz z gorzelni, który w tym wypadku spełniał rolę mechanika, dosyć chętnie ustępował mi swego miejsca i windowałem się wysoko na metalowe ażurowe siedzenie. Mrok już przesiał wszystko dokoła. Nagie rózgi drzew wyrzynały się ostro na indygowym niebie wieczoru, reszta tonęła już w ciemnościach. Rozpalone do ciemnowiśniowej czerwoności rury wydechowe fordsona żarzyły się w ciemności. Trudno było zapalić strzelający motor, potem wycisnąć prymitywne sprzęgło i szczęśliwie włączyć bieg, kiedy wszystko z głęboko zaoranymi żelazami pługa sprzysięgało się, żeby pracę utrudnić. Na końcu zagonów lśniły pogięte bańki z wodą do chłodnicy.

Fordson, szarpiąc i zgrzytając, rzucał się w przód, przychylony na bok, trzymał się jednak wyoranej pługiem koleiny.

Wieczorem o szóstej, na godzinę przed kolacją, chodziłem do Panny na lekcje angielskiego. Używała do nauki jakiegoś podręcznika, bodajże francuskiego. Znała sama ten język poprawnie i podręcznikowo. Siedzieliśmy przy kwadratowym, czarnym stole - ona w amerykańskim drewnianym krześle na przegubie pozwalającym nachylać je do każdej pozycji. Mała naftowa lampa z mlecznym kloszem rzucała blask tylko na powierzchnię stołu. Panna miewała na sobie jakąś bluzkę trykotową brązowego koloru i pochylała swoje ciężkie włosy nad książką. Podnosiła na mnie swoje niebieskie oczy z czarnymi punktami źrenic, które teraz w nikłym świetle były rozszerzone. Patrzyła i słuchała badawczo. Przechodziliśmy początkowe: "I have! You have! She has!". Mówiła mi, że gdzieś tam u siebie na wsi miała Angielkę, z którą rozmawiała po angielsku; ja patrzyłem na jej profil. Bardzo serio uczyliśmy się po pół godziny, potem rozwlekaliśmy to w rozmowę. Czułem przyjemność przebywania koło młodej dziewczyny wyraźnie podnieconej seksualnie. Miała dużo w sobie pensjonarskości bardzo świeżo wyniesionej z Sacré­-C?ur, pensjonarskości mnie osobiście trochę irytującej, trochę ujmującej przez to, że wnosiła w mój krąg kobiecość prawie regulaminową.

Panna przenosiła się z podręcznikiem na kanapę. Naturalnie, nie pozostawało mi nic innego, jak przenieść się tam za nią. Przybierała wdzięcznie omdlewające pozy i ja, żeby móc korzystać z podręcznika, musiałem odpowiednio naginać się do sytuacji. Irytowało mię to po trosze, byłem w całym poczuciu swoich schodzonych i zaopatrzonych w łaty, "przyszczypki", półbucików i swojej nie olśniewającej młodomęskości. Pochlebiało mi po trosze to powodzenie, zepsute nieco refleksją: "Na bezrybiu...", ale nie reagowałem znów tak szybko. Przerywaliśmy naukę na dobre i Panna proponowała mi zabawę pewnie dziecinnie uprawianą w pensjonacie, co przypominam sobie z jakiejś książki o dzieciach; nazywało się [to] "wytrzeszczem". Należało wypróbować siłę swego wzroku. Pochylony ku Pannie, patrzyłem jej w oczy. Nie można naturalnie robić tego bez przymykania raptownego powiek. Oczy schną i nie można równocześnie patrzeć w oczy oba. Widziałem przed sobą kolejno albo jedno, albo drugie oko Panny. Wydawało się, że patrzy się w jakąś studnię, w coś niematerialnego. Oko z bliska traci swoją wypukłość, tęczówka niebieskopopielata zbiega się promieniście do czarnego środka. Na lśniącej spojówce odbija się błyskotliwie krata jasnego okna. Śmieszyła mię ta sytuacja. I trudno opanować się, żeby wytrwale patrzeć. Pomagałem sobie trzeźwym określaniem sytuacji. Mówiłem sobie w duchu ordynarnie i obrażająco: "Ach, ty kurwo jedna!" i śmiałem się do siebie. Brew nad okiem Panny, zachodząca daleko i schodząca się z drugą, z bliska widziana wydawała się rzadka - można było rozróżnić poszczególne włosy twarde i sprężyste.

Upłynęło może pół minuty, może pięć minut. Panna nie mogła wytrzymać mego wzroku i uchyliła głowę. Była zawstydzona, trochę jakby zgwałcona i zabieraliśmy się do roboty. Znowu: "to be, to know", aż zadzwoniono na kolację.

Okrągły stół błyszczał od platerowanych widelców. Pan Ł. systematycznymi swobodnymi ruchami kładł przy nakryciu okulary, rozścielał na kolanach serwetę i patrzył ni to pytająco, ni żartobliwie na swoje brzydkie córki, które dobrodusznie przekomarzały się między sobą. Panna siedziała bardzo poprawnie naprzeciw mnie, patrzyła w talerz i grzecznie rozmawiała ze stołownikami. Podnosiła czasem oczy na mnie i widziałem wtedy krótki znajomy błysk.

Na święta Bożego Narodzenia Panna wyjechała do krewnych do miasta. Przed jej wyjazdem siedziałem na schodach domu i patrzyłem na plamy parku. Panna znalazła mię tam rozproszkowanego i rozczulonego własną samotnością. Rozmawialiśmy o jej wyjeździe i pół żartem, pół serio mówiłem jej, że mnie zapomni. Pochyliła się ku mnie, patrzyła mi w oczy, czułem dotykalnie ich błękit, i dobitnie, jak przysięgę, powtarzała, że nie, że będzie taka sama, że się nie zmieni, chociaż nie określiliśmy tego, od czego ma się nie zmienić. Potem przy lekcji napisała mi kilkakrotnie: "Nie zmienię się! Nie zmienię się!", jakby to miał być jakiś cyrograf czy deklaracja. Wydawało się nam, że już coś między nami zaszło i może te nieokreślone dreszcze, myśli, udręki, jakich doznawaliśmy, były już czymś, co pretendowało do realności, co mogło już być przedmiotem przysiąg.

Trochę mi ulżyła jej nieobecność. Było już bardzo zimno i śnieg swoim zwyczajem spadł przed samą Wilią. Niewiele, tyle tylko, żeby pojaśnić krótkie jak mgnienie powieki dnie grudniowe. Zdarzenia przedświąteczne, same dni świąt i po nich toczyły się utartymi zwyczajem koleinami. Popijaliśmy w stołowym pokoju ostrą wódkę, zagryzaliśmy świątecznymi specjałami, urządzaliśmy amatorskie przedstawienia, za oknem widać było park pocukrowany wzwyż wzmiankowanym, jeszcze przedwigilijnym śniegiem. Od strony kuchni wisiał dzik ubity na wigilijnym polowaniu i kruszał na parostopniowym mrozie, a łakome sroki polatywały na tle bezlistnych gałęzi drzew. Jamniki, wypłoszone ze swej permanentnej sjesty nienormalną ilością gości, przetaczały się niezadowolone po pokojach.

Panna nie była tak popularną w domu, żeby wyraźnie odczuwano jej brak.

Na Nowy Rok przyniósł mi fornal rano od rządcy jakiś list, a właściwie: wieczorem dnia poprzedniego, ale schowałem go machinalnie do kieszeni i dopiero rano właśnie go otworzyłem. To był list od Panny. Pierwszy list od niej. Byłem tak poruszony nim, że do teraz nie wiem, a wtedy nie dowiadywałem się, jakim cudem list nie przyszedł normalną drogą: w zrudziałej torbie pocztowej przywożonej przez mleczarza w południe, tylko najfantastyczniejszą - przez folwark. Myślę, że Nemezis dla dodania uroku sprawom wielkiego kalibru, które wwalają się w najbardziej szare życia, zrządza takie dziwne i nieartykułowane sztafaże. Widocznie, żeby było bardziej wstrząsająco.

Było w tym liście o jakiejś babci, "babuni", której nie byłem ciekaw, która to babunia urządziła dla niej jakiś strasznie wielkopański raucik, jakieś coś, co było w jej życiu zdarzeniem i co ja w swym samolubnym odosobnieniu uważałem za zbytkowne, dziwaczne i nieinteresujące. Przeraziła mię trochę jakaś jej interwencja w moich zawodowych ­sprawach u wysoko postawionych, ale najnaiwniej w świecie wybranych postaci, ale przebolałem, rozczulony, ten incydent. Było tam także dla mnie zdjęcie ulicznego "lejkarza" na temat jej osoby, jak to zdjęcia lejkowskie: trochę z góry, z szarego papieru, bez światła, z wyraźnie zarysowanymi płytami chodnika i kilku głupimi twarzami przechodniów na dalszym planie uciekającym wściekle w skrócie perspektywicznym ku tyłowi. Panna wyglądała na nim nieświetnie, ale były powab jej postaci i zadzierżysta fantazja włącznie z nie dobranym do twarzy kapelusikiem. To zdjęcie, jak mię objaśniał list, miało być podarkiem dla jakiejś znów ciotki, która gdzieś tam mieszkała i wywierała na życie Panny wpływ dominujący, i wisiała nad nim ciężarem przygniatającym. Coś tam z tej poprzedniej dedykacji zostało obcięte i ja stałem się posiadaczem tego souveniru.

W liście tym było jeszcze, że przyjeżdża wtedy i wtedy. Mam predylekcję do dat i terminów, urzekają mnie okresy kalendarzowe. Urzeczony chodziłem na swoje samotne spacery po polach, kiedy rudopłowa ścierń chrupie na równi ze śniegiem pod nogami, wybierałem sobie ubogie horyzonty między odrapaną masą budynków gorzelni z rudym od rdzy kominem blaszanym uwieńczonym u góry koroną pary i dymu, błotnistym dojazdem do folwarku a dekoracyjnym płaskim profilem przysiółka z wysoko strzelającymi koronami drzew, których wici czerwone były na mrozie. Nie patrząc, chodziłem w poprzek wyoranych zagonów z rękami zapchanymi głęboko w kieszenie płaszcza, nie widzącymi oczyma zaczepiałem o chwiejące się badyle zeschłych traw pod zimnym tchnieniem wiatru i powtarzałem uparcie jej imię.

Nie przypominam sobie, jak wyjeżdżała i jak przyjechała. Pewnie zatarło się to w normalnych rekwizytach przyjazdów i wyjazdów, jak to na wsi, ginie zawsze w człapaniu koni przed zajazdem, w ciasnocie przedpokojów, kiedy ludzie rozwierają szeroko ręce do wdziewania ciężkich bund i futer, w usłużnym bieganiu pokojówek i przejmującym dreszczem grzecznie wychodzących na ganek zimny do pożegnania. Nie pamiętam więc, jak przyjechała zaróżowiona od kilkukilometrowej jazdy wieczorem przez las, z wielkomiejskim uśmiechem na twarzy.

W długie noce zimowe, kiedy nadlatywał czarny wicher od opustoszałych horyzontów, giął nagie konary drzew wznoszących się wokół domu i huczał w pustych przestrzeniach jak akordy w pudle fortepianu, budziłem się u boku Panny w jej panieńskim łóżku, ze zgrzytającymi zębami i paznokciami wbitymi boleśnie w dłonie. Czułem obok siebie jej ciało, słyszałem równy oddech snu i muskał mię jej włos rozsypany na poduszce. Wiatr tłukł szyby okien jak werbel alarmu. Zbierałem myśli rozgonione przez zmorę snu. Uprzytamniałem sobie straszliwie bliskość śmierci, jej pewność i nieuniknioność, jej bliskość straszną w czasie, bliskość straszną aż do obłędu i tak bezpośrednią, że nie przeganiało jej drgające i kojące uczucie miłości.

Panna budziła się, jakby niemy krzyk wydzierający się ze mnie potrafił przeniknąć do niej, tak bliskiej i tak dalekiej równocześnie. Pamiętam, że rozdygotanym od wzruszenia głosem mówiłem: "...śniła mi się śmierć - jej straszna bliskość!" Czułem jej zdumienie, była zaalarmowana jak przed groźbą utraty rzeczywistej, czułem jej nieporadność, która rosła z niepokojem, kiedy przychodziła do siebie. Obejmowała mię, nakrywała swymi dłońmi, zdawało mi się, że widzę, jak niespokojnymi oczyma ogląda się w ciemności, skąd nadchodzi groźba. Potem już nie spała. Ja zasypiałem sam nie wiem kiedy, pewnie zdrowo i już beztrosko, a ona zostawała sama w tych ciemnościach, sama na pastwę huczącego wichru, niezrozumiałych dla niej niepokojów i zdana na to, żeby bronić mnie i siebie w otchłani, w którą ją pociągałem.

Rano spotykaliśmy się jak gdyby nigdy nic. Panna była precyzyjnie punktualna, jamniki zrezygnowane towarzyszyły jej lekcjom, pan Ł. wielkimi krokami powracał z porannego obchodu gospodarstwa, czarne chmury odwilży przetaczały się ponad domem. Dom świecił białymi plamami ścian na tle pni drzew, wśród czarnych kulis zarośli. Odwilż nadała bieli śniegu cechy miękkości jedwabiu. Obtajał przy odziomkach pni we wklęsłe misy. Gdzieniegdzie rudziały na nim spadłe pod ciężarem lodu gałęzie. Okna odbijały topiel niebieską. Chodziłem po dziewiczych alejkach parku serpentynami między gąszcze, nad którymi w górze kołysały się ciężkie czuby świerków i nagie piramidy modrzewi. Otwierały się w wyciętych przesiekach parku nieprzyjazne perspektywy zimowe. Czepiały się dachów zabudowań folwarcznych kłębki pary porywane z komina gorzelni. Obchodziłem zaniedbany kort tenisowy, który był w tej chwili jedną wielką regularną kałużą wody. Na schodach domu, pod kolumnami ukazała się postać Panny. Odrywała się od swych zajęć i natarczywie szukała mnie, tocząc niebieskim i spokojnym wzrokiem po drodze. Nie było w jej oczach nic porozumiewawczego - ani kokieterii, ani pożądania. Jamniki karykaturalne w swym przerasowieniu otaczały ją demonicznym rozedrganym kołem. Krople odwilży dzwoniły szklanym różańcem o dachy i rynny domu. Oczodoły okien domu patrzyły w mą stronę uważnie i krytycznie. Podchodziłem do ganku. Staliśmy tak blisko, że oboje mogliśmy trzymać się esów­-floresów krat okiennych. Z bliska oczy Panny straciły swój demoniczny blask. Były ciepłe i znane, i dobre.

Poprzez słowa banalne i dystans białego dnia patrzyliśmy sobie w twarze otwarcie, solidarnie, tak jak tylko mogą patrzeć ludzie, którzy przetrwali trwogę nocy, kiedy jest odwilż i czarny wicher huczy za oknami domu.

Raz było to tak: Pani Ł., która przyjaźnie i z ciekawością była przytomna naszym namiętnościom, które się budziły, pewnego dnia po prostu przerażona tym, co się dzieje, usiłowała naprawić rozpętujący się porządek rzeczy. Pierwsze sankcje zostały zastosowane - to było przerwanie słynnych lekcji angielskiego. Żeby jednak nie stwarzać nienaturalnych sytuacji, nazwała to ujęciem [sprawy] we własne ręce. Panna z godnością i opanowaniem przeszła nad tym do porządku dziennego, tak że i mnie się to udzieliło i jakoś lekko przebolałem to, że nasze długie chwile lekcyjne sam na sam się urwały.

Kiedyś po niezmordowanej godzinie z panią Ł. poszedłem z jakąś sprawą do pokoju Panny i mimo że pukałem, nie słyszała mnie. Zastałem ją leżącą na łóżku z głową w poduszce i pożeraną przez zazdrość. Nigdy potem, nawet w godzinach największych zbliżeń i najgłębszych zwierzeń, nie przyznała mi się do tej chwili, w której z pociemniałymi granatowymi oczyma milcząco podniosła się z łóżka.

[Courtesy of Department of Special Collections, Stanford University Libraries]

Kulig

Wszystkie chwile, które spędziłem z Panną, pamiętam tak dokładnie, jakby to było wczoraj. Daty utkwiły mi głęboko w pamięci. Przypomnę sobie zawsze dnie, jakie przytomne były naszej miłości, słońca, które nad nią świeciły, i niepogody, które osnuwały ją w swych cieniach. Nie zapomnę nigdy jej strojów i sukien, jej upodobań, jej drobiazgów. Obsypywała mię rozmaitymi prezentami, zawsze o niebywałej wartości utylitarnej. Nigdy nie chciała niczego wziąć ode mnie. Raz wmusiłem w nią malutki tomik poezyj Elżbiety Barrett Browning i myślę, że jedynie dlatego go przyjęła, bo wypisałem na nim na pamiątkę naszych lekcyj angielskiego dedykację po angielsku: "To you - Darling".

Ja natomiast kolekcjonowałem bezwstydnie rozmaite upominki. Całe ich continuum towarzyszyło mi potem wiele miesięcy, roztrzęsły się po świecie, do teraz została mi tylko mała portmonetka - sugestywny podarunek, praktyczny souvenir ze skóry w kształcie podkowy. Wewnątrz był mały szkaplerz, na którym wyobrażenie świętej Teresy, patronki Sacré­-C?ur. Nie noszę inaczej drobnych pieniędzy, jak "luzem" w kieszeni, i upominek ten niszczeje po prostu przez działanie czasu. Może mię przetrwa przez swą bezwartość wewnętrzną i na jakimś polu wiatr wywieje kawałek stwardniałej skóry kształtu podkowy - kształtu szczęścia.

Panna nosiła ku zgorszeniu i krytyce rzeczowej pani Ł. same jedwabie. Do swej celtyckiej urody ciemnych włosów i niebieskolazurowych oczu stosowała całą gamę niebieskich i lapis­-lazuli kolorów. Na wspaniałej szyi osadzonej na przepięknych ramionach nosiła sznur niebieskich pereł. Raz kupiliśmy w jakimś kramiku przypadkowo czerwone szklane paciorki i Panna przyłożyła je cudownym wzniesieniem obu rąk do twarzy, i byłem olśniony, jak jej było w tym przypadkowym przybraniu. Jej usta, które wydawały mi się ostre i zacięte, wykwitły jak czerwone jagody głogu.

Malowałem jej portret w ciężkim lisim futrze pokrytym ciemnym materiałem. Wkładała do tego koloru kapelusz, który moda nakazywała zesuwać na jedno oko. Z tego powodu, urągając klasycznym zasadom sztuki portretowej, obraz jej był jednooki, a moje deformacyjne upodobania nie pozwoliły mi na to, żeby nie uwydatnić jeszcze jej szerokich kości policzkowych, które urodzie Panny nadawały cechy jakieś ­eurazjatyckie. Poza tym siadałem przed nią, kiedy miała lekcje lub kiedy uczyła się ślepej metody pisania na maszynie, i obserwowałem ją długie kwadranse, kontemplowałem jej osobowość do stanu hipnozy, usiłując wyobrazić w niej sobie wszystko i dokompletować wszechświat do jej zjawiska. Tolerowała to ze zmarszczeniem brwi i w zmieszaniu, które w podobnych okolicznościach ją ogarniało nawet w czasach naszych najbardziej zażyłych stosunków.

W moim pokoju okna wychodziły na park. Znudzony wystawaniem przed sztalugami szedłem do okna. Spod śniegu wystawały przycięte łodygi świetnych kiedyś w lecie rabatów, lipy roztaczały swe nagie konary, a przed oknem wyrastało pękiem kilku wiotkich pni drzewo, którego polerowane liście pamiętałem z lata, liście ciemnozielonego koloru, teraz obleciałe. To drzewo, obcy świadek mych udręk, obce w tym polskim ogrodzie jak przybysz z chłodną ciekawością obcujący wśród pospolitych w swej powszechności drzew tego ogrodu, to drzewo przyciągało mój wzrok. Wydawało się nieokreślone jak moja własna myśl. Myślałem o Pannie. Była tuż obok, za ścianą. Myśleć o niej to przywoływać sobie przed oczy rysy jej twarzy, coś bez cienia, pasma włosów przez uszy spadające na kark, ręce o niewymownym wdzięku. To, co myślałem wówczas, nie da się ująć w okresy, składnia więzi mię, nawet surrealistyczna recepta Bretona wydaje mi się czymś uporządkowanym.

Jeżeli uprzytamniam sobie ciążące boleśnie miesiące naszej miłości w Z., to odbywała się, mimo pozorów, w warunkach najbardziej groźnych i wstrząsających. Mimo pozorów, bo wydawałoby się, że atmosfera ziemiańskiego domu z jego dobrobytem, tolerancją przytomnych ludzi, łagodnością zwierząt - w nieodpowiedzialnej atmosferze nie skonkretyzowanych planów, w czadzie, który wydziela rozpalona miłość jak świeżo przelana krew, mimo pozorów obracaliśmy się, jak w oku cyklonu, w drgającym wzruszeniu spraw miłości i przeczuć.

Jechaliśmy najsmutniejszym w świecie kuligiem. Był to jeden z fantazyjnych pomysłów pani Ł. Zajechało kilka sań wymoszczonych słomą przyrzuconą derami i kilimami. Kilku konnych fornali zapalało naftowe pochodnie rzucające krwawe blaski na śnieg. Dalej oślepione oczy potykały się o atramentową ścianę ciemności. Sanie sunęły gładko jak po jedwabiu. Jedynie na wyślizganych przez płozy partiach drogi szły czasem w zawrotne zatoki przy akompaniamencie krzyków rozbawionych dziewcząt.

Ulokowaliśmy się z Panną razem i dla pewności przy chwiejnej równowadze sań leżeliśmy jak dłudzy przykryci z powodu trzaskającego mrozu po brody baranicą. Powożący fornal, jeden z tych najbardziej bezimiennych ludzi "stamtąd", przykląkł tylko sanie po lejcowej stronie i, ściśnięty rzemieniem po wyszarzanej kurcie, trzymał przez rękawice z baraniej skóry włosem do wewnątrz wodze i sękate biczysko. Konie fornalskie, wypasione na gorzelnianej braże, dymiły w niespokojnych blaskach pochodni i rwały z kopyta. Dudniał las pod kołdrą śniegu i sypała się okiść z drzew.

Byliśmy w stanie jednej z kłótni i oboje milczeliśmy uparcie po poprzedniej wymianie zdań. Panna miała na sobie swoje ciężkie lisie futro. Ciemno było i nie widziałem jej zupełnie, ale czułem na ten krótki dystans jej niespokojny dąs. Ja byłem wściekły i cierpiałem aż do bólu, aż do stanu przyjemności.

Miałem swoje tereny, na które sromotnie uciekałem w owe wszystkie momenty, kiedy czułem, że nienaturalność naszego związku, wszystkie jej towarzyszące oznaki beznadziejności i absurdalności stoczą mię w nieuniknioną czeluść. Cofałem się, gdzie mój oderwany projekt­-ideał, który pozwalał mi najbezwstydniej chronić się w strefy innego klimatu i pozwalał mi na ratowanie siebie, podczas gdy Pannę pozostawiałem na pastwę demona rozdźwięku. Ona nie miała pomocy w wyrafinowanych konstrukcjach myślowych, a myślę także, że w całej prawości i odwadze swego charakteru może nie korzystałaby z tej łatwizny. Co więcej, potrafiła cierpieć z prawdziwą godnością i nawet nie chciała, ażebym ja był tego świadkiem. To było jej zachowanie się godne prawdziwego mężczyzny. Nic z demonstracji nie było w tym albo jakiejkolwiek gry psychologicznej. Było to w niej tak surowe, [że] aż przerażające.

A to było tak: Byliśmy u stelmacha folwarcznego z Panną i jedną z dziewczynek. Potem poróżniłem się na jakiś temat z Panną i trwało to tyle, że dziewczynka pobiegła tymczasem w stronę domu, a my jeszcze staliśmy na wydmuchowisku podwórza między śpichrzami i wozowniami, z rozżaleniem i gniewem patrząc na siebie.

Wzburzony mówiłem ostre słowa. Żegnałem się niezdarnie i nagle na zawsze. Panna była trochę rozbawiona sytuacją, trochę jakby usatysfakcjonowana tym, że ma oczywisty dowód mej rozpaczy i wzburzenia, ale zaczynało ją to przerażać aż do rozszerzenia źrenic. Wtedy tłumaczyła mi coś przez chwilę, usiłowała perswadować, a potem prosząco­-energicznie wzięła mię za rękę i poprowadziła przez bramę obok kuźni, jak sterty i brogi, po pochyłości, za którą był rów; dalej już stok wzniesienia falistego z ostro zarysowanym równym monotonnym profilem na tle nieba.

Nie przychodzi mi łatwo porozumieć się z innymi ludźmi. Nie dlatego, żebym był szczególnym rodzajem mizantropa, ale obcość, zwłaszcza nowo spotkanych, ogromnie mnie zraża, chociaż nie zawsze. Z obcowania z ludźmi wynoszę przede wszystkim wrażenie zatracania włas­nej osobowości. Pewnie, że każdy z nas w zetknięciu się z drugim osobnikiem staje nagle wobec całego rodzaju zależności - przez sam kontrast. Człowiek nie nosi ze sobą jakiejś skali własnej jak wzorcowy metr z Biura Miar i Wag w S?vres, ale zależnie od okoliczności dokonuje pomiarów w zasadzie mylnych. Obserwować to można szczególnie u dzieci, jak zaczynają się krygować i grać rolę, kiedy na nie zwrócić uwagę. Kobiety mają to w wybitnym stopniu, zwłaszcza dzieje się to u nich na podkładzie seksualnym.

Panna miała tego dużo i wysoce rozwinięte. Przede wszystkim pewnie przez rodzaj wychowania. W towarzystwie była niezmiernie dobrze wychowana i do pasji mię doprowadzał jej uśmiech, który przyklejał się do jej twarzy na czas, kiedy siedziała wśród gości, z których zdarzali się tacy, że niewarci byli jednego skurczu mięśni jej twarzy. Dokuczałem jej z tego powodu, przedrzeźniałem potem jej głos i maniery, ale w gruncie rzeczy cieszyło mię to, że swój prawdziwy uśmiech, którego nikt nie znał, miała tylko dla mnie; sama może o tym nie wiedziała. Cudowne rozchylenie ust, tak inne od wyuczonego czy zmanierowanego zesznurowania warg, co widocznie miało być bardzo dystyngowane i high life'owskie.

Stały tam na ażurowych rusztowaniach dachy brogów częściowo wypełnionych płowochrzęstym słomowiskiem. Żeby wejść tam, trzeba było okraczyć szerokie bale podwalin. Usiąść nie było gdzie, tylko oprzeć się można o słupy. Tu staliśmy w obliczu pustki smutnego horyzontu widzianego przez kraty belkowań i Panna uparcie, zawzięcie tłumaczyła mi i prosiła, a ja ścinałem się w swym uporze. Gorzko mi było w ustach i czułem zły błysk własnych oczu, i sam do siebie czułem w tej chwili nienawiść, i bladłem z nieokreślonej wściekłości, czując, że sam chcę ją właśnie stracić. Pamiętam tylko, że wtedy zrozpaczona Panna kilka razy wypowiedziała: "przepraszam..." i że "nigdy..."

Nie porozumieliśmy się, a ja raczej w swej głupocie nie chciałem do tego dopuścić. Wracaliśmy smutni do domu. Szliśmy powoli grzędami, na których w czasach trwania lata rosły krzaki truskawkowe, a teraz wszystko przysypane było śniegiem. Regularne rzędy badyli malinowych znaczyły swe alejki. Ku nam spadał omszały i dziurawy gontowy dach wozowni, przed nim bieliły się wapnem malowane słupy i klatka stacji meteo z przychylonym masztem, na którego szczycie czerwieniły się rdzą ostry krzyż róży wiatrów i skala Wilda.

U drzwi domu rozstaliśmy się. Starałem się nie widzieć uparcie zawieszonego spojrzenia Panny, tylko odniosłem wrażenie jakby niebieskiej smugi z błyskiem rozpaczliwego gniewu.

No i na to pani Ł. zaprojektowała i w czyn wprowadziła ten kulig doraźnie, jak to było w jej stylu. Myślałem, że to sprawi mi ulgę, że zostanę sam, i dla ukazania swej niezależności poszedłem sobie osiod­łać konia. Nakładałem cierpliwemu wałachowi spłowiały czaprak, dopasowywałem strzemiona, które zawsze ktoś poskracał, przekładałem wodze przez kark koński i martwiłem się serdecznie stworzoną sytuacją. Wgramoliłem się na siodło i podjechałem do zajazdu, gdzie spore towarzystwo ładowało się do sań.

Panna była zaskoczona i zainteresowana moim ukazaniem się, ale sucho zapewniałem, że towarzyszę im tylko kawałek, co leżeć ma w programie mojej wycieczki. Kilkoro sań i jeźdźców ruszyło i eskortowałem je ponuro na końcu, bez okrycia i czapki.

To było jeszcze po południu. Jechaliśmy przez wieś. Po obu stronach wyboistej drogi, drogi nieregularnej w swej szerokości, sterczały rzadkie palisady płotów obejść chłopskich. Strzechy strzeszyły się nieregularnymi liniami okapów. Cienkie i nagie drzewka wiśniowe ogródków rysowały się na tle zimowo nie pobielonych ścian, często opatulonych w grochowinowe zahaty. Czasem obejście od drogi odgradzał rów bezcelowy i krótki, nieregularnie wybrany łopatą. Podwórza stereotypowo zagracone były wiórami, drzewem opałowym, prymitywnymi narzędziami rolniczymi i śmieciem. Małe okienka chat zasnute były bielmem brudu i pary osiadłej z wewnątrz i miały martwe spojrzenia apatycznej biedy i beznadziei. Czasem na nasz huczny przejazd wyjrzała głowa kołtuniasta i obojętna jak głowa Indianina Pueblo, złociły się nieliczne i ocalałe liście drzew na ich drucianych gałęziach. Potem mijało się z lewej strony cerkiew drewnianą i sztywną w swym hieratyzmie, w straży wyniosłych topól, z parkanem z desek grubych na trzy cale i wykręconych przez czas i wilgoć.

Panna siedzi głęboko w saniach. Czuję, że patrzy na mnie, czuję jej świdrujący wzrok, czuję, że niepowstrzymanie mię kocha. Miałem zawsze wiele z kompleksu niższości, zwłaszcza kiedy natykałem się na kobiety w mym życiu. Nie mówiąc już o "warunkach zewnętrznych", które odgrywają niepoślednią rolę na samopoczucie, miałem zahamowania spowodowane po prostu przez pogardę dla trywialności, jaką przedstawia dla mnie coś udałego. Istnieje kategoria ludzi, którym niesamowicie się wiedzie we wszelakich życiowych poczynaniach, wychodzą im, przy całej ich symplice, bardzo udane i szczęśliwe skojarzenia - szczęściarze, mimowolni efekciarze, ludzie, którzy nie płoszą siebie i innych nieporadnością, nie zaskakują dzikością poczynań, nie rażą innych czymś, co jest po prostu niesamowite, po prostu mają styl, styl, co do którego można by mieć zastrzeżenia, styl na granicy komunału: poprawność prokurencka zawiązania węzła krawatu, czyściuchostwo, poprawność i niekanciastość ruchów pedigree. Czuję się nierasowo w swej posturze, obyczajach i jest mi z tym dobrze, i to stwarza ten kompleks.

W całym poczuciu braku tego wzwyż wzmiankowanego stylu (pozwala on jego przedmiotom ziewać wobec najbardziej interesujących rzeczy), w całym poczuciu mojej kanciastej postaci, swych nerwów i swej spóźnionej reakcji byłem niebywale zaskoczony tym, co mię spotkało.

Jeżeli wiele miesięcy po jej stracie uprzytamniałem sobie kolosalne szczęście, jakie mi przypadło w udziale w owych dniach, to dziwi mię i smuci, jak mało jestem zdolny objąć i pojąć samą chwilę szczęścia czy tego, co może właśnie potem nazwałem szczęściem. Może dlatego, że wtedy sobie nie uprzytamniałem tego, nie wmówiłem sobie tego dostatecznie? Bo jak to się właściwie zaczęło? Panna wzięła mię po prostu i moja miłość własna została znakomicie usatysfakcjonowana. W naturze innych rzeczy także narodziny nowych rzeczy wywołane są impulsami z zewnątrz. Smuci mię to, dlaczego, pochylając się nad drogą twarzą, nie potrafię zsumować do kompletu tych wszystkich uczuć, spleść wszystkich wzruszeń, ażeby uświetnić ten holy day całkowicie.

Las!

Konie wpadają w las. Las zachował najbardziej pierwotne oblicze ziemi. Nawet jeżeli widać w nim ślady kultury czy też kulturowania, jest jednak samym sobą i wyrasta pniami i krzaczowiskiem, szczerzy się na fałdowiskach ziemi samotnie i tak obco dla wszystkiego, co jest człowiecze, że doznaje się w jego obliczu wstrząsu. Kapryśnie i nieoczekiwanie skupia się i rzedzi wśród wilgoci i suszy. Wiatr przebiega jego wierzchołkami.

Jest już ciemno. Nie bardzo go widać, ale czuje się go w powietrzu, przy sobie, nad sobą. Płozy sań poślizną się od czasu do czasu na korzeniu sosny. A jeżeli chodzi o ciszę, to właściwie jest ona w uporządkowanym szumie gałęzi drzew, szumie tak jednotonowym, że nie działa na zmysł, jak nijaka jaśń śniegu i nieba daje wrażenie ślepoty.

Po omacku, na pamięć mijamy z prawej tak zwane Sośniaki, z lewej znów - Jakobichę, dalej znów - poddębiecką granicę, konie idą cwałem, błysnęły zawiane i opatulone zahatą okienka karczem żydowskich i wpadamy w ogrodzenia Wandzina. Zanim omotałem wodze swego konia o pręty ogrodzenia i pomogłem zdrętwiałej Pannie uwolnić się z przykryć, inne sanie zajechały w blask otwartych drzwi domu.

Panna wyrzuciła triumfalnie trzymane w ręku śniegowce bezradnie, wybuchnęła śmiechem i rzuciła mi się na szyję, kiedy stałem sobie dość ogłupiały.

Panna opowiadała mi o sobie niewiele. Z przeszłości prawie nic. O matce. Musiała mieć dla niej miłość do osoby nie znanej, bo straciła ją, zdaje się, kiedy była jeszcze zupełnie dzieckiem. Mieszkały w Kijowie w czasie rewolucji i stamtąd przywędrowały jakimiś fantastycznymi drogami już przez kordon graniczny, ale to u niej samej gubiło się we mgle zapomnienia.

Pokazywała mi jej fotografie - na jednej jej matka, bardzo do niej podobna, siedzi w fotelu, obok którego stoi wyprostowany typ młodego szlagona z Ukrainy. Tło obrazu przechodzi ku ramkom w "soft" i złoci się w rogu marka firmy fotograficznej w Żytomierzu. Więc ona urodziła się w tamtych stronach... Usiłuję wyobrazić sobie tamto miasto. Ma w tych moich myślach coś z rodzajowych scen kontraktów ukraińskich Brandta czy Kossaka, wydaje mi się, że widzę niskie brzegi Teterewu i konny tramwaj, a w górze - cebulaste wieże cerkwi. Egzotyka miejsca, skąd pochodzi, bawi mię w jej inności.

Usiłowałem wyobrazić sobie ich mieszkanie kijowskie, kiedy Panna była jeszcze dzieckiem. Ją samą jakoś nietrudno było sobie odtworzyć, odrodzić. Wydaje mi się, że była małą dziewczyneczką o dużej głowie z górą ciemnych włosów i pulchną twarzą dziecka, którą natura w dziwaczny sposób odróżniła od twarzy ludzi dojrzałych, z wypukłym czołem, wydętymi zabawnie policzkami i maleńkimi usteczkami. Cudowna świeżość skóry dzieci z zorzą rumieńca, z tak zdrowym i świeżym blas­kiem oczu, który się z niczym nie da porównać. Wieczny niepokój nóg, w ogóle ruch marnotrawny i eksplodujący małego organizmu, nadmiar siły życiowej, co mię zaskakuje zawsze i olśniewa, choć cudowność tego zjawiska jest czymś najbardziej pospolitym z objawów życia.

Zapamiętała sobie także pewien wierszyk z tych czasów - pewnie w ciemne, bez światła wieczory zaśpiewywała jej to Ukrainka, jej niańka, i przyszło z nią to i utonęło niepotrzebnie w mej pamięci:

"Jabłuszko czerwone - dokąd toczysz się?..."

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.