2. Nauka górniczego fachu w Obłoku Oorta
- Coś się tak zasłuchał? - Żółte oczy Oma łypały zaciekawione na mackowatego kolegę.
- Słyszę jakieś wycie i podchrząkiwanie w słuchawkach - wysyczał Ima. - Może to dźwięki wydawane przez jakiegoś osobnika z nieznanej nam, obcej cywilizacji?
- Daj posłuchać. - Oma podpełzł do pulpitu i przyłożył głośnik do swojego lepkiego narządu słuchu. - Ale jazda! - wysyczał. - To brzmi, jakby ktoś jęczał na torturach. - Zaśmiał się świszcząco. - Podlecimy zobaczyć. - Ima wybrał odpowiedni kurs i statek pomknął w kierunku zarejestrowanych odgłosów. Oma ocierał w zachwycie macki.
- Wspaniale! Już dawno nasza ekipa, to jest, chciałem rzec cywilizacja nikogo nie najeżdżała! - pokrzykiwał sycząc radośnie, zachwycony tą nagłą perspektywą. Jego żółte oczy nabrały teraz krwistego koloru. Ulokował się wygodnie w siedzisku i niecierpliwie wyczekiwał momentu, kiedy wyjdą z nadświetlnej i zidentyfikują źródło tych mrocznych dźwięków.
***
Wiadomość o spadku, jaki pozostawił wyklęty przez rodzinę Wujaszek, bardzo ją zaskoczyła. Choć z drugiej strony, ponoć z całej rodzinnej kliki, to ona była do niego najbardziej podobna. Tak, czy inaczej, nigdy nie przypuszczała, że zostanie właścicielem Przedsiębiorstwa Wydobywczego, jak szumnie nazwał on tą swoją kosmiczną działalność górniczą.
Spadkobierczyni, jako niespokojna dusza, bez zbytnich sentymentów spakowała się i wyleciała na orbitę, aby zobaczyć, w czego posiadanie właśnie weszła. Potężny transportowiec, przycumowany do orbitalnego parkingu, prezentował się tragicznie. Jeszcze gorzej wyglądało jego wnętrze. Spędziła w nim wtedy cały miesiąc, robiąc porządki i dostosowując go do swoich wymagań.
Najgorsza była jednak nauka latania tym molochem. Wyrobienie licencji to jedno, a latanie to drugie. Kiedy, odcumowując od pomostu parkingowego zapomniała o zamknięciu śluzy zewnętrznej, część niezamocowanych elementów wyleciała z hangaru załadunkowego. Sytuację uratowało zatarasowanie otworu przez spychacz, który się stoczył i utknął w niedomkniętej śluzie uniemożliwiając jednocześnie dalsze gubienie górniczych badziewi. Nieszczelność kadłuba spowodowała z kolei trudności w manewrowaniu, co w połączeniu z brakiem doświadczenia u pilota, poskutkowało złamaniem mocowania holu orbitalnego i ostatecznie, wyrwanie jego całego ramienia.
- Barbara Szczepanowska, urodzona w 2298 roku, w XXIII Polskiej Kolonii, na Marsie - mundurowy cedził przez zęby, sporządzając raport z tego wypadku. - Proszę tu podpisać. - Wskazał palcem. - I tu. To dla pani.
- Pięknie zaczynam - mruknęła, odbierając mandat oraz zobowiązanie do pokrycia kosztów naprawy.
Po kolejnych karkołomnych manewrach postanowiła udać się na obrzeża Układu Słonecznego. Uznała, iż będzie to najlepsze miejsce, aby poćwiczyć latanie i rozdrabnianie skał, nim ostatecznie weźmie się na poważnie za fedrowanie planetoid. Początkowo ćwiczyła zapamiętale manewr lądowania, wykorzystując Pluton oraz jego siedem niewielkich księżyców. Gdy uznała, że wychodzi jej to nie najgorzej, zdecydowała podryfować trochę pomiędzy planetoidami w Obłoku Oorta.
Całymi godzinami siedziała w kokpicie transportowca, pocieszając się śmierdzącym bimbrem i lawirując pomiędzy rzadkimi okruchami skalnymi. Wyobrażała sobie, że będzie tu tłoczno, a ostatecznie okazało się, że musiała przeszukiwać strefę szperaczami, żeby dorwać jakąkolwiek planetoidę. Co jakiś czas, przeważnie gdy spała schlana na oparciu fotela, transportowiec wstrząsany był uderzeniami mniejszych skał.
W takich sytuacjach z reguły zrywała się na równe nogi, wściekła niczym sto diabłów, i darła niemiłosiernie:
- Nosz, kurwa mać! Komputer pokładowy, ty chuju! Śpisz?! Od czego cię mam?!
- Uprzejmie przypominam, że wprowadziła mnie pani w stan uśpienia.
- To co się odzywasz!
W związku, z brakiem widocznych postępów w nauce manewrowania górniczym sprzętem, coraz częściej popadała w skrajne przygnębienie. Usiłując się pocieszyć chlała bimber i śpiewała donośnie. Jej chrapliwy głos niesiony był przy pomocy głośników po całym transportowcu. Czasami, gdy zdarzyło się, że przeholowała z trunkiem, załączała komunikator zewnętrzny. Wtedy stacje orbitalne i wszelkie inne obiekty w strefie międzyplanetarnej, i dalszej nawet, miały wątpliwą przyjemność odbierać jej koncerty.
Po trzecim mandacie zrezygnowała z tej formy rozrywki. Postanowiła skupić się na nauce rozwalania skał złożonośnych, czy ewentualnie próbach ich przechwycenia, w celach eksploatacyjnych, naturalnie.
***
Miejsce, do którego przybyli po wyjściu z nadświetlnej, nie było jakoś szczególnie ciekawe. Ot, peryferyjna strefa układu planetarnego, jakich tysiące w ramionach tej Galaktyki. Co gorsza, przestali słyszeć dźwięki, które ich tu ściągnęły. To trochę zniechęciło Oma i Ima, jednak ostatecznie postanowili przyjrzeć się tej okolicy. Świadomość napotkania zamieszkałych planet, które mogłyby stanowić łatwy cel dla tych najeźdźców, była bardzo kusząca.
Dodali gazu, wzniecając jednocześnie tumany pyłu ulatniające się z nieczyszczonych od dawna dysz zapłonowych.
Samotność w otchłani kosmosu oraz brak ważniejszych zajęć, poza pędzeniem bimbru i opróżnianiem żywnościowych rezerw, sprawiła, że Baśkę czasami łapała głupawka. Wystrzeliwała wtedy na oślep jakąś torpedę fotonową i, w celu zapewnienia sobie doraźnej rozrywki, rozwalała sunącą cicho w próżni kosmicznej planetoidę.
Tak było i dziś.
Siedziała z wyciągniętymi nogami na panelu sterowniczym, zajadając fasolkę po bretońsku z puszki, gdy na pulpicie zamigał czerwony punkcik.
- O, mamy kolejną skałę - zawyła z radością.
- No nie wiem, pani Barbaro. Czujniki dalekiego zasięgu sugerują... - Przezornie uaktywnił się komputer pokładowy.
- Morda w kubeł! Byłeś uśpiony. Zapomniałeś?
- Ja tylko chciałem poinformować...
- A weź, spadaj!
Nie dając mu dokończyć, odbezpieczyła wyrzutnię torped i mlaskając oraz czkając na przemian, namierzyła zadymiony cel. Uchwycona w szukaczu skała poruszała się nadzwyczaj szybko. Dane z czujników wskazywały, iż pędzący w jej kierunku obiekt miał budowę metaliczną i nie był zbyt masywny. W teleskopie pokładowym widać było, iż otaczała go chmura pyłu.
- Pewnie ma luźną powierzchnię - mruknęła. - Leci i się wykrusza - oceniła z miną znawcy.
Posprawdzała to i owo w czytniku czujnika i odbezpieczyła amunicję.
- Trzy torpedy powinny załatwić sprawę - zawyrokowała, przełykając pokaźny łyk bimbru. Oblizała usta i z radosnym okrzykiem - Juhuuuu! - wystrzeliła salwę.
Popatrzyła na obraz z rzutu z teleskopu i opadła na fotel zniechęcona.
- Ups, nie trafiłam. No to jeszcze jedna salwa - zdecydowała, wypiła łyk bimbru dla uzyskania pożądanej ostrości wzroku, czknęła i odpaliła kolejną serię torped.
***
- Manewr wymijający! - zagrzmiał Ima. Nikt z nich takiego nagłego zwrotu akcji się nie spodziewał.
- Co się dzieje? - Oma podskoczył na mackach do sterów.
- A bo ja wiem! Strzelają do nas! - Ima syczał wściekle.
[1] Pierona! Ale co to za sieka! [śląska gwara] - Ale cóż to był za opór!
[2] Forgot, jak żyja toch czegoś takigo niy widzioł [śląska gwara] - Bóg mi świadkiem, w życiu czegoś takiego nie widziałem.
[3] Aże żol zabić [śląska gwara] - Aż szkoda zabić.
[4] Jednak ździebko nom pomogła z tymi szwobskimi gizdami [śląska gwara] - Niechcący trochę nam pomogła z tymi tajniakami.
[5] Juzaś cośik! Jakiś szif ku nom ciśnie, Sztajger. [śląska gwara] - Nowe odczyty. Zbliża się jakiś statek, Szefie.
[6] Dobra, łobejrzij eli sie wszysko kupy czimie i bjerymy się! [śląska gwara] - Dobra, sprawdź łączenia i zjeżdżajmy stąd.
[7] Cołko para do silników i ciś na tamto hołda kamoli. [śląska gwara] - Cała moc do silników i pełny zwrot na tamte skupisko skał.
[8] A co złonaczymy z tom Zołzą, Sztajger? [śląska gwara] - A co zrobimy z tą Zołzą, Szefie?
[9] No tom, co pizła Bennemu kiblym z chadrom. [śląska gwara] - No tą, co to rzuciła Benemu tym wiadrem ze ścierą.
[10] Bjercie sie do roboty, podciepy! Zołza trocha zetwo w hereszcie. [śląska gwara] - Bierzcie się do pracy, debile.. Zołza jeszcze trochę posiedzi w areszcie.
[11] Han Solo - fikcyjna postać z mitologii Gwiezdnych Wojen.