Rodzina Basi miała wyjechać na Wielkanoc w góry. Basia już miesiąc wcześniej zaczęła gromadzić rzeczy do zabrania: książki, kredki, plastelinę, klocki, układanki, zeszyt, ukochany dres, piżamę, kapcie z pieskami, kalosze, w których można chodzić do stajni, górskie buty na dalsze wycieczki, gruby sweter w paski z naszytym konikiem, marchewkę dla konia, lizaka od Dziadka Henryka i kawałek kabanosa zachowany specjalnie na drogę. Na samym szczycie stosu siedział Misiek Zdzisiek, który razem z Basią czekał, kiedy wreszcie wyruszą w podróż.
Tydzień przed wyjazdem Tata powiedział:
- Zostajemy w domu. Szef zachorował i muszę go zastąpić aż do Wielkiego Piątku.
- Czy to znaczy - spytała Basia - że nie zobaczymy koników?
- Jak to? Nie pobawię się z Antkiem?! - zawołał Janek.
W górach miał do nich dołączyć Brat Taty z rodziną i Janek od dawna cieszył się na wspólne święta z kuzynem.
- Obawiam się, że nie.
- Ale ja muszę zobaczyć koniki! - krzyknęła Basia.
- Możemy pojechać sami - zaproponował Janek.
- Całkiem sami? Pociągiem? - Basia aż podskoczyła na myśl o czymś tak ekscytującym.
- Samochodem. Z Mamą.
- W sumie... czemu nie - powiedział Tata. - Wy pojedziecie wcześniej, a ja dojadę do was w sobotę po południu. Tośku, co ty na to? Poradzisz sobie?
- Hmmm... - Mama uśmiechnęła się krzywo. - Nie powiem, żebym szaleńczo marzyła o wyprawie przez pół Polski z trójką dzieci na pokładzie, ale jakoś sobie poradzimy.
- Hura!!! - zawołali Janek z Basią, a Franek zaklaskał i zapluł się z przejęcia herbatnikiem.
W dniu wyjazdu spadł deszcz. Tata wstał o świcie, żeby jeszcze przed dyżurem pomóc zapakować samochód. Basia, która poprzedniego wieczora nie mogła zasnąć i szalała do północy, spała tak mocno, że Mama z trudem ją dobudziła.
- Dlaczego tak wcześnie? - marudziła, zwlekając się z łóżka. - Misiek Zdzisiek chce jeszcze spać.
- Musimy ruszyć rano, żeby dojechać na miejsce przed zmrokiem - wyjaśniła Mama.
Śniadanie zjedli w biegu i wciąż rozespani władowali się do samochodu. Ledwo zapięli pasy, Franek zaczął płakać, bo zapomniał pluszowego krokodyla. Tata poszedł już do pracy, więc wszyscy musieli wysiąść i wrócić do mieszkania. W drodze powrotnej Basia zgubiła czapkę. Okazało się, że wpadła do kałuży. Musieli zawrócić, żeby wziąć inną. Kiedy wreszcie dotarli do samochodu, Mama była zgrzana, Franek dostał czkawki, a Basia i Janek zaczęli się kłócić, kto usiądzie przy oknie.
- Nie chcę być koło Franka - marudził Janek. - On się ślini, a ja chcę poczytać.
- A ja chcę patrzeć na konie - denerwowała się Basia. - Mamo, powiedz mu!
- Jeśli nie przestaniecie się kłócić, w ogóle nigdzie nie pojedziemy - powiedziała Mama. - Wsiadajcie raz-dwa. Janek przy oknie, Basia koło Franka.
- Ale... - próbowała protestować Basia.