Basia otworzyła oczy. Przez chwilę patrzyła zdziwiona na drewniane deski nad głową. A potem uśmiechnęła się szeroko. No tak, byli w górach! Przyjechali poprzedniego dnia z Mamą, żeby spędzić tu Wielkanoc. Tata miał dojechać na same święta. Basia zerwała się z łóżka, podbiegła do okna i rozsunęła zasłony.
- Ouomf... - sapnęła Mama i przekręciła się na drugi bok.
- Co się dzieje? - wymamrotał Janek z górnego łóżka.
Basia otworzyła drzwi na balkon i wyszła na zewnątrz w samej piżamie. Och, jak było pięknie! Widać było góry, las, spadziste dachy domów i mokre po deszczu łąki. Pan Józef niósł przez podwórko wiadro ze skórkami od chleba. "Może dla konia?" - pomyślała Basia z nadzieją. Włożyła na piżamę polar Janka - swojego nie mogła znaleźć - wsunęła nogi w kalosze i wyszła, trochę tylko trzaskając drzwiami. Zbiegła ze schodów, które przyjemnie zadudniły, i pognała do stajni. Po drodze wskoczyła do kałuży, rozdeptała na placek owcze bobki i pogłaskała kudłatego owczarka Bacę.
- Dzień dobry! - przywitała się z panem Józefem.
Skinął głową i wskazał sąsiedni boks.
- Gniady stoi tam - powiedział. - Maciora ma młode. I jest cielak. - Pan Józef nie mówił dużo, ale za to same ważne rzeczy.
Prosiaki miały wilgotne ryjki i zakręcone ogonki. Cielak chwiał się na cienkich nogach. Basia pogłaskała go, a on oblizał jej rękę szorstkim językiem.
Najwspanialszy jednak był koń. Ciemnobrązowy, z długą czarną grzywą i takim samym ogonem. Pozwolił podrapać się po miękkich chrapach i parsknął cicho, gdy dostał marchewkę. Basia głaskała jego kochany łeb i myślała o tym, że może jednak zostanie hodowcą koni, gdy dorośnie.
- Tu jesteś! - zawołał Janek od progu stajni. - Szukamy cię i szukamy. Chodź na śniadanie.
Basia niechętnie pożegnała się z Gniadym. Tak bardzo spieszyła się, żeby do niego wrócić, że z trudem dała się namówić na przebranie się z piżamy i nie zwróciła uwagi, że na śniadanie jest jej ukochana jajecznica i owczy bundz z ziołami. Wpakowała do ust kanapkę i spytała:
- Dżękuję, czy mogę wsztacz od sztołu?
- Może najpierw przełknij to, co jesz - zaproponowała Mama.
Basia przełknęła, dopiła kakao i wybiegła. Spędziła z Gniadym prawie całe przedpołudnie.
W porze obiadu wydarzyły się dwie rzeczy: przyjechali stryj Michał z ciocią Gośką i kuzynem Antkiem, a Basia nagle bardzo źle się poczuła.
- Ty, Baśka, czemu wyglądasz, jakbyś zjadła zgniłe jajo? - spytał wesolutko Antek, sięgając po miskę z pierogami. - Tylko nie puść pawia, bo tu się będzie jadło.
- Antek, zachowuj się! - Ciocia spiorunowała go wzrokiem.
Basia nic na to nie odpowiedziała. I to właśnie zwróciło uwagę Mamy.
- Źle się czujesz, córeczko? - spytała.
Basia skinęła głową. Działo się z nią coś dziwnego, czego nie rozumiała.