Baron, Żydzi i naziści - Jutta Ditfurth

Reflow text when sidebars are open.
Tę książkę chciałabym zadedykować ludziom żydowskiego i nieżydowskiego pochodzenia, których drogi życiowe przecięły się z drogami mojego ciotecznego pradziadka. Kilka z tych osób chciałabym wymienić:
Leonie Meyerhof (alias Leo Hildeck), pisarka, zmarła w 1933 roku we Frankfurcie nad Menem. Jej siostrę, Agnes Meyerhof, malarkę, deportowano w wieku osiemdziesięciu sześciu lat z Frankfurtu transportem XII/1 19 sierpnia 1942 roku do Terezina, gdzie zmarła trzy dni później.
Nie natrafiłam na żaden ślad Ludwiga Heynemanna i jego rodziny, z którym Münchhausen był w gimnazjum w Hanowerze "prawdziwie zaprzyjaźniony".
Sammy Gronemann uciekł pod koniec marca 1933 roku z żoną Sonją do Paryża, a w 1936 roku wyemigrował do Palestyny. Zmarł w 1952 roku w Tel Awiwie.
Ephraim Moses Lilien zmarł w 1925 roku w wieku pięćdziesięciu jeden lat podczas pobytu na kuracji. Jego żona Helene uciekła w 1939 roku do Anglii. Ich dzieci Otto i Hannah wyjechały z Niemiec przed nią.
Martin Buber, recenzent Judy, musiał w 1933 roku zrezygnować z profesury Żydowskiego Religioznawstwa i Etyki na Uniwersytecie we Frankfurcie nad Menem. W 1938 roku uciekł do Jerozolimy, gdzie do 1951 roku nauczał antropologii i socjologii na Uniwersytecie Hebrajskim.
Julius Moses, lekarz i reformator społeczny, któremu Münchhausen w 1907 roku w ankiecie objawił swoją pogardę dla Żydów, został 3 lipca 1942 roku deportowany do Terezina, gdzie zamordowano go 24 września 1942 roku.
Poetka Else Lasker-Schüler, według Münchhausena "najgorsza Żydówka w Tiergarten", po czynnych napaściach na nią zbiegła 19 kwietnia 1933 roku do Szwajcarii. Zmarła w biedzie 22 stycznia 1945 roku w Palestynie na atak serca.
Erich Mühsam, działacz polityczny, dziennikarz i pisarz, został w przeddzień ucieczki, w noc podpalenia Reichstagu, w lutym 1933 roku, aresztowany przez SA. Torturowano go. Połamano mu ręce, żeby nie mógł pisać. Dziesiątego lipca 1934 roku esesmani udusili go w obozie koncentracyjnym Oranienburg.
Käthe Kollwitz, której sztuka uchodziła w cesarstwie za "sztukę rynsztokową", a w okresie nazizmu była uznana za "zdegenerowaną", zmarła w samotności tuż przed zakończeniem wojny.
Heinrich Mann wyjechał z Niemiec na początku 1933 roku i do końca mieszkał w USA. Zmarł w 1950 roku przed powrotem do NRD, gdzie został wybrany na przewodniczącego Niemieckiej Akademii Sztuk w Berlinie.
Max Liebermann, były przewodniczący Pruskiej Akademii Sztuk, zrezygnował w 1933 roku ze wszystkich urzędów i zmarł w 1935 roku. Wiele jego dzieł zostało uznanych za "sztukę zdegenerowaną", po czym sprzedanych i zniszczonych. W marcu 1943 roku jego żona Maria otrzymała wiadomość o deportowaniu jej do Terezina. Popełniła samobójstwo, przedawkowując tabletki nasenne.
Alfred Döblin zbiegł w lutym 1933 roku przez Zurych i Paryż do USA. W listopadzie 1945 roku wrócił do Niemiec jako inspektor ds. literatury we francuskiej administracji wojskowej.
Arnold Zweig wyemigrował przez Czechosłowację, Szwajcarię i Francję do Palestyny i w 1948 roku wrócił do NRD.
W Centralnym Banku Danych w Yad Vashem znajduje się wiele danych osób z Niemiec o nazwisku Körner, nazwisku, które Münchhausen chciał im odebrać. Osoby te zostały deportowane i zamordowane.
Pisanie książek to czynność samotna, ale mimo to proces zespołowy. Przede wszystkim trzem osobom zawdzięczam to, że ta książka o takiej szczególnej tematyce w ogóle może zostać opublikowana: Lionelowi v. dem Knesebeckowi, mojemu agentowi literackiemu z Monachium, którego ten temat natychmiast zainteresował, Günterowi Bergowi, byłemu dyrektorowi wydawnictwa Hoffmann und Campe, który od razu zrozumiał moją koncepcję, i Kathrin Liedtke, mojej mądrej i sympatycznej redaktorce, z którą praca była dla mnie wielką radością.
Powód napisania tej książki to krytyczno-historyczny spór ze środowiskiem społecznym, w którym przypadkowo się urodziłam. Pierwszym bodźcem do rozważań nad jej stworzeniem był list Börriesa von Münchhausena odnoszący się do nazwisk Żydów, na który natrafił mój przyjaciel Winfried Seibert, adwokat z Kolonii, podczas wspólnie prowadzonych badań na inny temat. Drugim bodźcem stał się list, który napisał do mnie Günter Bauer, radny z Kohren-Sahlis.
Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy zaopatrywali mnie w archiwalia, informacje, zdjęcia i różne wskazówki. Wymieniam ich wszystkich w porządku alfabetycznym. Są to: ludzie z apabiz, antifaschistisches pressearchiv und bildungszentrum, Berlin; Günter Bauer, Kohren-Sahlis; Detlev Beyer-Peters, przewodniczący VVN-BdA, Recklinghausen; Claus Heinrich Bill, Institut Deutsche Adelsforschung, Kilonia; Klaus Michael Bogdal, profesor lingwistyki i literaturoznawstwa, universytet w Bielefeldzie; Rolf Bolt, Thomas-Mann-Archiv, Zurych; Eckart Conze, profesor historii najnowszej, uniwersytet w Marburgu; Heilwig von Ditfurth, Staufen; Eva Ehrlich, haGalil.com, Monachium; Hermann Gremliza, Hamburg; Andreas Grunwald, Bundesarchiv Berlin; Gerd Herrmann, schronisko młodzieżowe Windischleuba; Marianne Kopp, Agnes-Miegel-Gesellschaft, Bad Nenndorf; Stephan Malinowski, University of Edingburgh; Marcel Reich-Ranicki, Frankfurt nad Menem; Angelika Rode, Hamburg; Andrea Röpke, Brema; Thomas Schneider, Remarque-Friedenszentrum, uniwersytet w Osnabrück; Heinrich Senfft, Berlin; Martin Spieles, S. Fischer Verlage, Frankfurt nad Menem; Annemete von Vogel, Wunstorf. Pragnę również podziękować wszystkim tym osobom, które nie chciały, abym wymieniła ich nazwiska.
Dziękuję Fundacji Bubera-Rosenzweiga z Bad Nauheim za dofinansowanie moich podróży badawczych.
Serdeczne dzięki moim przyjaciółkom i przyjaciołom nie tylko za to, że wspierali mnie w trudnych okresach, a Manfredowi Zieranowi za wszystko.
Jutta Ditfurth sierpień 2013 roku
1
"Nie bawimy się z wami, bo ukrzyżowaliście Jezusa Chrystusa".
Czego tutaj szukam? Majowe słońce świeciło na lasy nad turyńską wsią Langenorlą, przez której dolinę płynie rzeka Orla. Najpierw szłam kilka kroków za matką, ale i to nie mogło złagodzić moich sprzecznych uczuć. "Tutaj" oznaczało dawniej zamek. Widziałam resztki alei kasztanowców prowadzącej przez fosę do zamku. "Tam" były dobra rycerskie, a "tam, wysoko", na wzgórzu, na samym krańcu wsi, Schimmersburg. Był to początek długiej podróży w głąb dziejów mojego rodu, pod której koniec spodziewałam się znaleźć odpowiedzi na nieznane mi jeszcze teraz pytania.
Kiedy w 1989 roku upadł mur berliński, zmarł mój ojciec Hoimar von Ditfurth[2]. Obiecałam wtedy matce, Heilwig von Ditfurth, że za rok pojadę z nią do miejsc jej dzieciństwa i młodości[3]. Już wkrótce zaczęłam żałować tej obietnicy, ale nie dlatego, że nie chciałam spełnić pragnienia matki, albo dlatego, że te miejsca znajdują się w NRD. Ta ostatnia okoliczność raczej budziła moją ciekawość, gdyż nie znałam NRD, a w Berlinie Wschodnim byłam wiele lat wcześniej. Podczas podróży maturalnej w 1969 roku obejrzałam Świętą Joannę szlachtuzów Brechta w teatrze przy Schiffbauerdamm, i już tej sztuki nie zapomniałam[4]. W 1973 roku dwa lub trzy razy spacerowałam z przyjaciółmi po Berlinie Wschodnim. W księgarni im. Karola Marksa kupowaliśmy "Niebieskie tomy" - tak nazywaliśmy Dzieła zebrane Karola Marksa i Fryderyka Engelsa - i zawsze o północy musieliśmy opuszczać stolicę NRD.
Dla SED (Socjalistyczna Partia Jedności Niemiec) byłam później - z moimi poglądami antyautorytarnymi i ekologicznymi - swego rodzaju obcą (outsiderką), swego rodzaju fałszywą lewicą. Kiedy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku uczestniczyłam w pierwszym ruchu protestującym przeciw budowie elektrowni atomowych i w ogóle występowałam przeciw programom atomowym na całym świecie, na Zachodzie i na Wschodzie, władze NRD uważały ludzi mojego pokroju za buntowników sprzeciwiających się mechanizacji pracy i za wrogów postępu. Nie otrzymałam już potem pozwolenia wjazdu do NRD, nawet wtedy, gdy w latach 1984-1988 byłam przewodniczącą Zielonych i inni działacze składali grzecznościowe wizyty Erichowi Honeckerowi[5]. W resztkach moich skromnych akt "ofiary" Stasi znalazłam później polecenie podsłuchiwania mojego telefonu i adnotację: "Obiektowi ścigania należy w odmowie przekazać zdanie: "Pani wjazd do NRD jest obecnie niepożądany"". To samo zdanie co do słowa słyszałam podczas każdej próby wjazdu[6]. W 1990 roku NRD była dla mnie naprawdę obcym krajem.
Potem zniknęła granica niemiecko-niemiecka, a ja zimą, na przełomie lat 1989/1990, wybrałam się z przyjaciółmi w podróż po NRD, żeby poznać ten kraj, zanim przestanie istnieć. Znaleźliśmy przyjaciół, obserwowaliśmy szybkie natarcie zachodnioniemieckich nazistów oraz handlarzy nieruchomościami i zapełnialiśmy bagażniki samochodów książkami, które miano wyrzucić na śmietnik, aby zrobić miejsce dla przewodników turystycznych[7].
Tego majowego dnia 1990 roku mój dylemat nie polegał więc na braku zainteresowania NRD, ale raczej na tym, że miejsca dzieciństwa mojej matki nie były jakimiś tam zwyczajnymi mieszkaniami czy domami, tylko zamkami, dobrami rycerskimi i wielkimi majątkami ziemskimi. Była to więc podróż w feudalną przeszłość mojego rodu. Podróż - taką miałam nadzieję - w celu wyjaśnienia mitów, którymi przede wszystkim karmiły mnie moje starsze krewne. Nie znałam żadnych innych lewicowców, którzy przeżywaliby podobny konflikt.
Kiedy członkowie niegdysiejszych rodów szlacheckich posiadających wielkie majątki ziemskie - przywileje szlacheckie zostały podobno zlikwidowane w 1919 roku - opowiadają o miejscach swojego pochodzenia, mówią na przykład "Langenorla". Nie mają jednak na myśli wsi ani mieszkających tam ludzi, tylko swoje (dawne) posiadłości. "Langenorla" znaczy dla nich zamek, dobra rycerskie, lasy, pola i łąki.
Wyprawy krzyżowe, wojny, wywłaszczenie chłopów i wyzysk robotników rolnych były podstawą panowania moich przodków, które zagwarantowali sobie dzięki paktowi z książętami saksońsko-altenburskimi, królami Prus, cesarzem Niemiec, ruchem volkistowskim i reżimem nazistowskim, aż w 1945 roku musieli opuścić kraj, a ich majątki zostały w NRD objęte reformą rolną.
W 1721 roku jeden z Beustów zlecił pewnemu włoskiemu architektowi budowę barokowego zamku Langenorla, otoczonego fosą, która czerpała wodę z rzeki Orli. Beustowie byli patronami kościoła i sprawowali w Langenorli władzę sądowniczą nad poddanymi. Dopiero w marcu 1851 roku wskutek rewolucji 1848/1849 roku zlikwidowano tamtejszy sąd patrymonialny i sprawy sądowe przejęło państwo, tzn. pobliski książęcy urząd powiatowy w Kahli. Oznaczało to wprawdzie, że mój prapradziadek nie mógł już nikogo skazywać i zamykać w więziennej celi w piwnicy swojego zamku, ale zachował patronat nad kościołem, plebanią i szkołą. To on decydował, kto zostanie księdzem, on też postanawiał, żeby uczniowie nie uczyli się zbyt dużo.
W marcu 1856 roku - moja prababka Gertrud miała sześć lat - czternastu mężczyzn zostało za "zwykłe i nadzwyczajne targnięcie się na cudzą własność", popełnione na dobrach rycerskich Langenorla, skazanych przez Książęcy Trybunał Kryminalny na kary od sześciu dni do czternastu lat więzienia, od dwóch do czternastu miesięcy robót i od czterech miesięcy do czterech lat więzienia. Jakie popełnili przestępstwa? Z głodu "kłusowali" w lasach, a z pól uprawianych dla Beustów brali sobie koniczynę, buraki pastewne i ziemniaki. Kradzież drewna i kłusownictwo nie bez podstaw są ulubionymi tematami w literaturze XVIII i XIX wieku i oczywiście obficie wypełniają ówczesne akta sądowe. Także z Langenorli ludzie emigrowali wskutek nędznych warunków życia.
Wcale bym się nie zdziwiła, gdybyśmy w maju 1990 roku podczas tego objazdu zostały wypędzone ze wsi. Ale przyjęto nas miło. Ksiądz wypożyczył nam oryginał kroniki wiejskiej[8]. Znajoma mojej matki z dzieciństwa - "mój ojciec był waszym leśniczym" - zaprowadziła nas na poddasze wiejskiego kościółka. Otworzyła drzwi, ja zaś stanęłam przed ogromnym portretem olejnym mojej prababki, baronowej Gertrud Elisabeth von Beust (1850-1936). Obok znajdowały się kolejne obrazy - około siedemnastu portretów moich przodków[9]. Gertrud była córką Hermanna i Marie von Beustów[10].
Zimą, na przełomie lat 1948/1949, zamek został zgodnie z solidnym niemieckim planem opróżniony i zburzony. Powstały wówczas spory o tryb wyburzenia, w samej miejscowości i między różnymi władzami kulturalnymi istniał bowiem projekt wykorzystania zamku dla celów społecznych[11]. Na koniec jednak wygrali ci, którzy chcieli usunąć symbol feudalizmu i pozyskać materiały budowlane na zagrody dla nowego chłopstwa. Gdzie indziej podobne konflikty rozwiązywano inaczej. W zamku Kochberg, siedzibie rodowej moich krewnych von Stein, major Armii Czerwonej i admirator Goethego ocalił dawny zamek Charlotte von Stein. Zamek Sahlis, który odegra jeszcze pewną rolę w tej książce, udało się ochronić lokalnej komórce Komunistycznej Partii Niemiec (KPD). Jedno i drugie stanowi dzisiaj tabu.
Portrety moich przodków wstawiono na poddasze kościoła w Langenorli przed czterdziestu dwoma laty. "My" przechowaliśmy je dla "was", powiedziała miła kobieta. Moja prababka na obrazie w ogromnej złotej ramie była młoda, miała jasnorude loki i jasnozieloną suknię balową. Po raz pierwszy ujrzałam wtedy autorkę zagadkowej książki z mojego dzieciństwa.
Po ucieczce w 1945 roku przed Armią Czerwoną moi dziadkowie z Pomorza Przedniego osiedli w dobrach rycerskich Ditfurthów w Lemmie pod Hanowerem. Jako dziecko spędzałam tutaj prawie wszystkie wakacje. Moja babka Heilwig von Raven karmiła mnie mitami, wpajała szlacheckie zasady savoir-vivre'u dla dziewcząt i prawicową ideologię. Kiedy miałam około ośmiu lat, dała mi wspomnienia z życia mojej prababki Gertrud von Beust. Książka została "uratowana" z "kolumny uchodźców" - tajemnicze słowa, z którymi wzrastałam. Przeczytałam tę książkę.
Moje pierwsze pamiętniki. Zdumiewało mnie, że czyjeś życie zdaje się pasować do książki. Byłam zbita z tropu. Wojny, rytuały szlacheckie, moja matka jako dziecko, zwariowani krewni, romanse. Ale dlaczego prababka Gertrud odczuwała taki wstręt do Żydów? Kiedy pytałam o to swoją bardzo rozmowną babkę, milkła. W najlepszym razie słyszałam wieczne: "Tak to wtedy było".
W mojej rodzinie zachowały się pozostałości języka nazistowskiego. Nas, dzieci, nazywano niekiedy "Jungvolk"[1], który się bawi, albo robiło się coś "aż do zagazowania" ("bis zur Vergasung"[2]). Kiedy później po raz pierwszy usłyszałam - nie pamiętam już, w jakich okolicznościach - o wymordowaniu Żydów europejskich, postanowiłam, że nigdy nikogo nie nazwę "Żydem", a przede wszystkim żadnego Żyda, ich bowiem nie chciałam w żadnym wypadku urazić. Słowo "Żyd" było - tak wywnioskowałam ze sprzecznych uwag osób dorosłych - szczególnie złośliwym wyzwiskiem.
W ciągu następnych lat czytałam te wspomnienia wciąż od nowa. Prababka Gertrud podziwiała swojego rosłego, "pragermańskiego" ojca Hermanna, którego w czasach studenckich "dzięki niejednemu pojedynkowi" znano jako "walecznego koguta". Był ponoć "entuzjastycznym patriotą", a "jego ideał" stanowiły - na długo przed Bismarckiem - "niemiecka jedność i cesarstwo". Rzesza wydawała się mojej prababce zagrożona, gdyż "jeszcze jednak siedział Barbarossa według legendy w Kyffhäuser, a kruki skrzeczały wokół góry - jak dzisiaj znowu"[12]. Tak pisała w 1929 roku i czekała na przywódcę, który przywróci "wspaniałość Rzeszy" (Friedrich Rückert 1788-1866). Marzyła o czasach, kiedy "ludzie" jeszcze znali swoje miejsce, pokornie podporządkowywali się interesom obszarnika, ponieważ "umysły ludu [...] nie są jeszcze zatrute przez obcych rasowo": "W Saksonii-Altenburgu żaden Żyd nie mógł przebywać dłużej niż dwanaście godzin"[13].
Kiedy to pisała, pierwsza wojna światowa była już przegrana, kolonie stracone, a rewolucja listopadowa została wprawdzie stłumiona, ale ukochany cesarz był na wygnaniu, księstwo Saksonii-Altenburga przestało istnieć, moja babka zaś żyła w republice, której nienawidziła - w Republice Weimarskiej.
Księstwa saskie, w tym Saksonia-Altenburg, zostały przekształcone w nowo utworzoną Turyngię[14]. Szlachtę zlikwidowano na mocy artykułu 109 weimarskiej konstytucji Rzeszy. Artykuł ów brzmiał: "Publiczno-prawne przywileje i ograniczenia, płynące z urodzenia lub przynależności do pewnego stanu, winny być zniesione. Oznaczenia szlachectwa uchodzą za część nazwiska i nie mogą być więcej nadawane".
Rewolucja francuska, postrach szlachty, zwyciężyła jednak po stu trzydziestu latach. Władzę przejęli "obcy rasowo", co było synonimem "żydowskich bolszewików", cóż bowiem mogło być gorszego niż Żydzi, socjaldemokraci i komuniści?
Moją prababkę wcześnie nauczono, gdzie kryje się wróg. W połowie XIX wieku dziadkowie[15] wpoili małej Gertrud i jej bliźniaczej siostrze Armgard nienawiść do Żydów. Franz i Charlotte von Holtzendorff często zabierali wnuczki do Bad Kösen. "Kuchengarten" był miejscem, do którego przychodzili wczasowicze, tam bowiem przy popołudniowej kawie odbywały się koncerty. "Pewnego dnia chciały się z nami bawić czarnowłose dzieci. Instynktownie uznałyśmy je za Żydów i wyjaśniłyśmy im: "Nie bawimy się z wami, bo ukrzyżowaliście Jezusa Chrystusa". Dzieci pobiegły do swojej matki, pani radcowej handlowej Reichenheim z Berlina, ale my pozostałyśmy przy swoim"[16]. Prawdopodobnie chodziło tu o żonę berlińskiego kupca Leonora Reichenheima (1814-1868). Był on wówczas członkiem pruskiej izby deputowanych, a później narodowoliberalnej frakcji w Reichstagu Związku Północnoniemieckiego[17].
Francuski historyk Léon Poliakov napisał o XVIII wieku, że "lud chrześcijan" zawsze mógł dawać upust "swoim uczuciom do Żydów [...]: Już na sam widok Żydów na porządku dziennym były szydercze śmiechy i wrzaski"[18]. Mniej więcej dziewięćdziesiąt lat przed tym, zanim mała Gertrud obraziła w Bad Kösen żydowskie dzieci, berliński filozof Moses Mendelssohn napisał w 1780 roku do przyjaciela, że bez potrzeby nie wychodzi na ulicę. W tym "tak zwanym tolerancyjnym kraju żyję tak ścieśniony, tak ze wszystkich stron ograniczony wskutek prawdziwej nietolerancji, że ze względu na dobro swoich dzieci muszę zamykać się na całe dnie w fabryce jedwabiu [...]". Kiedy wieczorem idzie z żoną i dziećmi na spacer, jedno z dzieci pyta go: "Co woła za nami tamten chłopak? Dlaczego rzucają za nami kamieniami? Co myśmy im zrobili?". A drugie dziecko mówi: "Tak, kochany tato [...], prześladują nas zawsze na ulicach i wyzywają: Żydzi! Żydzi! Czy bycie Żydem jest dla ludzi takim wyzwiskiem?". Ojciec Mendelssohn westchnął: "Ludzie, ludzie, do czegoście na koniec doprowadzili?"[19]. Moses Mendelssohn wczuł się w Natana Mędrca (1779) Lessinga[20].
Kiedy bliźniaczki Gertrud i Armgard miały po dwanaście czy trzynaście lat, rodzice posłali je do szlacheckiego ewangelickiego konwiktu magdalenek w Altenburgu. Od 1705 roku był to chrześcijański zakład wychowawczy dla szlacheckich córek, poważana w tych kręgach "kuźnia kadr" dla protestanckich szlachcianek, które przygotowywano tutaj do objęcia ról na dworze monarszym, na zamku, w dobrach rycerskich albo, jeśli nie wyszły za mąż, do życia w konwikcie.
Kto jako dorosły musiał wydawać polecenia innym, kto nie mógł podważać hierarchii, lecz je narzucać, tego trzeba było w dzieciństwie nagiąć albo wręcz złamać. Pokolenie, które to przeżyło, zachowywało się podobnie wobec kolejnego pokolenia. Chłopców pochodzenia szlacheckiego zamykano od ósmego roku życia w zakładach kształcenia kadetów, dziewczęta często w konwiktach. Chociaż dzieci i młodzież bardzo cierpiały wskutek takiego wychowania - które jeszcze dzisiaj zachwyca niejednego wroga wychowania antyautorytarnego - ich celem musiało jednak być "przetrwanie", aby nie przynosiły "hańby" rodzinie i stały się częścią elity społecznej. Ten rodzaj elitarnej "czarnej pedagogiki" często podsycał u osób, które deformował, ogromną nienawiść do ludzi mogących żyć swobodniej, bardziej świadomie i kosmopolitycznie.
Prababka Gertrud cierpiała, a jednak była dumna z tego, że przetrwała to "więzienie". "Wierność obowiązkom" i pruski "patriotyzm" przełożonej hrabiny Elisabeth von Zedlitz-Trütschler podziwiała później jako "żołnierskie". Dziewczęta musiały kłaniać się przełożonej i wychodzić z jej pokoju tyłem. Sypialnie, surowa kontrola ściśle ustalonego harmonogramu dnia, zakaz czytania określonych książek, dwa razy dziennie nabożeństwo, lekcje czytania Biblii, chrześcijańskie chorały. Były też kary: areszt pokojowy, zakaz mówienia, siedzenie przy oddzielnym stoliku albo bicie kijem po plecach. W ciągu dnia przypinano dzieciom tekturowe broszki hańby, na których wypisywano ich "przestępstwa". Część planu nauczania stanowił chrześcijański antyjudaizm.
Mimo rewolucji francuskiej, wojen "wyzwoleńczych" przeciwko Napoleonowi i niemieckiego nacjonalizmu w latach sześćdziesiątych XIX wieku nienawiść do francuskiego "arcywroga" nie była jeszcze tak wszechogarniająca, jak to miało się stać po wojnie 1870/1871 roku. Młode szlachcianki z konwiktu w Altenburgu musiały mówić po francusku - wzorem Fryderyka Wielkiego, który lepiej znał francuski niż niemiecki. Starsze uczennice miały obowiązek pilnować w klasach, żeby nikt nie odezwał się słowem po niemiecku.
Tylko nieliczne nie podporządkowywały się tym wszystkim nakazom i wyłamywały się, wśród nich hrabina Franziska zu Reventlow, która w 1887 roku została za krnąbrne zachowanie usunięta ze szkoły przez ową przełożoną von Zedlitz-Trütschler. Reventlov opisała swój pobyt w altenburskim "więzieniu" w powieści Ellen Olestjerne (1903).
W czasie majowej podróży w 1990 roku odwiedziłyśmy z matką konwikt, do którego musiała uczęszczać jako młoda dziewczyna w latach 1941-1942. Celem krótkich ucieczek mojej matki w czasie, gdy przebywała w internacie, był pobliski zamek Windischleuba, gdzie mieszkał jej cioteczny dziadek Börries von Münchhausen[21]. Więcej o nim później.
Po ukończeniu szkoły i przed zawarciem małżeństwa moja prababka Gertrud miała dużo czasu. Szlachta bardzo lubiła pobyty w kurortach. Były to miejscowości, gdzie w wolnych chwilach umacniano volkistowski światopogląd, a wraz z nim antysemityzm. Gertrud z ojcem Hermannem wypoczywała na przykład w Bad Ems. Jej wspomnienia przybrały później zabarwienie antysemickie, kiedy pisała o "salach urządzonych z rozrzutnym luksusem", gdzie brzęczało złoto, rozbrzmiewały okrzyki: Mesdames, faites votre jeu, rien ne va plus va banque! i "międzynarodowe towarzystwo hołdowało molochowi złota"[22]. Najbardziej ulubionym tematem Gertrud było to, kto z kim utrzymywał kontakty towarzyskie i ilu kandydatów starało się o jej rękę. Spotkała tutaj króla i późniejszego cesarza Niemiec, jak również przyszłego cara z synem, ostatnim carem Rosji.
Podczas kolacji w domu zdrojowym w belgijskim kurorcie nadmorskim Blankenberge, dwa lata przed wybuchem wojny niemiecko-francuskiej, "wytworni Francuzi" zgłosili postulat, że do Francji powinny należeć obydwa brzegi Renu. Wtedy ta siedemnastoletnia płomienna nacjonalistka wstała od stołu i zaczęła bronić niemieckiego Renu. Powiedziała po francusku: "Ren to wolna niemiecka rzeka, nigdy jej nie posiądziecie, a my odbierzemy sobie niemiecką Alzację i Lotaryngię!"[23]. Rozeźleni francuscy oficerowie opuścili lokal, a młoda dama, którą wszyscy chwalili, jeszcze tego samego wieczoru napisała "płomienny" i bardzo nacjonalistyczny wiersz[24].
Po wojnie niemiecko-francuskiej w 1870 roku, którą tak zręcznie wszczął Bismarck, została ustanowiona jedność niemiecka - na stosach trupów, na masakrach cywilnej ludności francuskiej, oblężeniu i wygłodzeniu Paryża, niesłychnej prowokacji w chwili koronacji niemieckiego cesarza Wilhelma I w wersalskiej Sali Lustrzanej. O tym wszystkim jeszcze obecnie wspomina się bardzo rzadko, kiedy jest mowa o traktacie wersalskim z 1919 roku.
Moja prababka Gertrud von Beust, zachwycona wojną, najchętniej sama ruszyłaby do boju. Ze wzruszeniem patrzyła, jak "wszyscy ukochani" wyruszają na bój "z arcywrogiem", podobnie jak "w 1813 roku". Skoro osobiście nie mogła "wychłostać" Francji, uprawiała przynajmniej propagandę. Jej woźnica woził ją "godzinami na przełaj do okolicznych lasów i innych wsi", gdzie "żebrała na rzecz ojczyzny". Gdziekolwiek się znalazła, śpiewała Die Wacht am Rhein (Straż nad Renem), na przykład "podczas skubania szarpi, gdy przy długim stole gromadziły się wokół mnie wiejskie dziewczęta"[25]. "Szarpie" to bawełniane lub lniane nitki, z których robiono, bynajmniej niejałowe, opatrunki na rany.
Pieśń Die Wacht am Rhein pełniła nieomal funkcję hymnu narodowego: antyfrancuska, niemieckonarodowa, a później wykorzystywana również przez nazistów. W filmie Casablanca major Wehrmachtu Strasser zaczyna w Rick's Café Américain grać na pianinie Die Wacht am Rhein, na co wszyscy niemieccy oficerowie wstają i śpiewają. Antyfaszysta Victor László, któremu w Paryżu udało się uciec przed Niemcami i czeka w Casablance na wizę, szybkim krokiem podchodzi do zespołu i intonuje Marsyliankę, do której natychmiast przyłącza się wielu emigrantów francuskich oraz przeciwników nazistów, dzięki czemu udaje się im zagłuszyć Niemców[26].
Podczas jednego z pobytów w kurorcie pięćdziesięciodziewięcioletni książę Karl von Schleswig-Holstein-Sonderburg-Glücksburg (1813-1878) zachwycił się młodą kobietą i chciał ją zabrać na swój dwór w Glücksburgu. Nalegał, przyjeżdżał i tak długo obdarowywał ją i jej rodziców, aż wreszcie osiągnął swój cel. Najmniej podejrzanym sposobem wydawała się adopcja, jako że para książęca była bezdzietna. Adopcję przeprowadziła 28 grudnia 1870 roku "deputacja książęcego sądu w Kahli", składająca się z sędziego ziemskiego i notariusza, na zamku Langenorla. Gertrud, jej rodzice i książę podpisali umowę w środku wojny.
Dlaczego adopcja? Beustom chodziło o pieniądze. Majątek w Langenorli był bardzo zadłużony. Adopcja przyniosła apanaże, wiele prezentów i obiecywała duży spadek. Młoda baronowa miała zostać hrabiną von Glücksburg. Ta transakcja była swego rodzaju awansem ze szlachty rodowej do arystokracji, gdyż książę i księżna byli blisko spokrewnieni z wieloma europejskimi dworami królewskimi[27].
W następnych latach Gertrud przeważnie mieszkała w Glücksburgu. Pięć miesięcy po adopcji pojechała z księciem do Berlina, gdzie w maju 1871 roku uczestniczyła w pierwszym posiedzeniu Reichstagu. Stosownie do poglądów swojej klasy czuła wstręt do Augusta Bebla, rzemieślnika i przedstawiciela Socjaldemokratycznej Partii Robotników (SDAP), zwłaszcza że bronił on tam rewolucyjnej Komuny Paryskiej, która w tych dniach została krwawo stłumiona z pomocą niemieckiej armii. Prababka nie kryła oburzenia, że Beblowi wolno przemawiać "godzinami". Bebel powiedział: "Chociaż w tej chwili Paryż jest uciśniony, przypominam państwu, że ta walka jest tylko drobną potyczką, że główna sprawa w Europie jeszcze przed nami i że, nim minie kilkadziesiąt lat, zawołanie bojowe proletariatu paryskiego: "wojna pałacom, pokój chatom, śmierć nędzy i próżniactwu", stanie się zawołaniem bojowym całego proletariatu!".
Kiedy podniósł się feldmarszałek Helmuth Karl von Moltke, dowódca niemieckich armii we Francji, moja prababka poczuła ulgę, gdyż jego mowa była "krótka niczym cios mieczem!", jak napisała z zachwytem[28]. Przemówienie przyniosło Beblowi zaostrzenie prześladowań politycznych przez kanclerza Rzeszy, hrabiego Ottona von Bismarcka, a niebawem też więzienie.
Gertrud von Beust uważała SPD (Socjaldemokratyczna Partia Niemiec) za organizację nieniemiecką i żydowską: "Z wolna dało się obserwować krecią robotę owej partii, której ojcowie, Żydzi, zabijają germańskiego ducha, jak straszny Hagen dobrodusznego niemieckiego Siegfrieda. Teraz, w roku [19]29, musimy przejść przez kaudyńskie jarzmo. Kiedy nadejdzie wybawca? - Wielcy mężowie, których posyłał nam Bóg, byli na ogół niedoceniani przez własny lud. Ponownie, jak za czasów Henryka IV, pójdziemy w worku pokutnym do Kanossy, albowiem [partia] Centrum, przesycone duchem żydowskim, jest języczkiem u wagi"[29].
W 1872 roku pojechała z ojcem na tygodniową kurację do bardzo modnego podówczas Norderney. "Panował tam surowy duch kastowy", gdyż do największej sali domu zdrojowego wstęp miała tylko szlachta. Wiele kąpielisk nad Morzem Północnym i Bałtykiem szczyciło się pod koniec XIX wieku tym, że są "wolne od Żydów" i "narodowe", Norderney było podobno wyjątkiem[30]. Jeśli jednak wierzyć mojej prababce, mijało się to z prawdą. Niewzruszenie obserwowała, jak pod okiem odpowiedzialnego za te czyny komisarza kąpieliska, barona von Vinckego, upokarza się i dręczy żydowskich kuracjuszy przebywających na wyspie. Pewien Żyd "zanadto zbliżył się do plaży dla pań, wskutek czego rosłe i potężne kąpielowe zaatakowały go i niemiłosiernie zaczęły okładać pięściami. Bardzo szybko zniknął z Norderney"[31].
Może antysemityzm na Norderney rozwijał się wolniej i mniej spójnie niż na innych wyspach. O Borkum mówiono w 1925 roku: "Na wyspie można zabić Żyda i nawet pies z kulawą nogą się tym nie zainteresuje"[32]. W 1878 roku w obecności pruskiego ministra sprawiedliwości otwarto na Norderney synagogę. W 1928 roku obchodziła ona pięćdziesiątą rocznicę istnienia, a "Israelitisches Familienblatt" doniósł, jak często synagoga była odwiedzana w miesiącach letnich[33]. Na Norderney znajdowały się koszerne jadłodajnie i rytualna rzeźnia, a Żydzi uczestniczyli w życiu gospodarczym.
Przez długie lata Norderney uchodziło za "wyspę tolerancji", co jednak nie wykluczało tendencji i zjawisk antysemickich. Na przełomie 1923/1924 roku powołano tu do życia lokalną grupę Stahlhelmu[3], a nastroje zaczęły niepowstrzymanie przechylać się na stronę morderczej wrogości wobec Żydów. W 1882 roku, dziesięć lat po tym, gdy moja prababka obserwowała antysemickie poczynania wywodzącego się ze szlachty komisarza kąpieliska na Norderney, odwiedził je Theodor Fontane, który przez całe życie pragnął znaleźć uznanie w oczach pruskiej szlachty. Teraz miał co nieco do zarzucenia żydowskim gościom kąpieliska i pisał do żony: "Fatalni byli Żydzi, ich bezczelne, nieładne twarze oszustów (na oszustwie bowiem polega ich cała wielkość) wszędzie cisną się człowiekowi w oczy. Kto w Rawiczu czy Meseritz [obecnie Międzyrzecz]" - obydwa miasta leżały w pruskiej prowincji Poznań - "przez rok oszukiwał ludzi [i] uprawiał obrzydliwe interesy", nie ma prawa "wałęsać się w Norderney wśród księżniczek i hrabianek. Kto należy do dobrego towarzystwa, może, bez względu na to, czy jest żydem czy chrześcijaninem, obracać się również w dobrym towarzystwie, kto jednak przez jedenaście miesięcy odmierza bawełnę albo pakuje kamforę w stare futra, nie ma prawa w dwunastym miesiącu siadać przy stole z hrabiami"[34].
Zwycięstwo nad Francją, poparcie pokonanego w wojnie przeciwnika w krwawym stłumieniu Komuny Paryskiej w maju 1871 roku, pierwszej rewolucji proletariackiej, łup w wysokości pięciu miliardów złotych franków, które popłynęły do Niemiec, inspirując wzrost gospodarczy w okresie grynderskim - wszystko to przesuwało stosunek sił na rzecz nowego cesarstwa. I wszystko też przyspieszało wzrost nienawiści do Żydów.
Jednym z gości w rodzinnej Langenorli był na przykład kuzyn Curt von Knobelsdorff, oficer, dyrektor kasyna w Moguncji i alkoholik. Później został abstynentem, nienawidzącym Żydów misjonarzem ewangelickim i członkiem Błękitnego Krzyża. Gertrud uważała jego odczyty za "bardzo interesujące", zwłaszcza ten "o zapowiedzi rewolucji francuskiej"[35]. U Beustów mieszkała od czasu do czasu jego matka Auguste von Knobelsdorff, wdowa po generale, który "w złowieszczym roku 1848 ochronił ówczesnego księcia Wilhelma Pruskiego", chociaż nie sam, "przed pospólstwem i pomógł mu w ucieczce do Anglii"[36]. W październiku 1939 roku generał major Otto von Knobelsdorf(f) pomoże obersturmbahnführerowi SS Eichmannowi w deportacji Żydów z Katowic[37].
Umysły szlachty zaprzątał chrześcijański mistycyzm i okultyzm, a rewolucja francuska pozostała wielkim symbolem nienawiści niemieckiej prawicy jako największy z możliwych, wrogi Bogu Armagedon: prawa człowieka, które zastąpiły prawa Boże i obowiązywały wszystkich ludzi, nawet pospólstwo, co za okropieństwo! Zaiste, przez Europę kroczył upiór.
Rewolucja francuska oprócz wszystkiego innego rzeczywiście uczyniła z religii sprawę prywatną. Dlatego też Żydzi nie musieli we Francji kupować sobie "biletu wstępu do kultury europejskiej" (Heinrich Heine) poprzez przejście na chrześcijaństwo, do czego zmuszano ich w Niemczech i w Austrii, a co przeważnie w niczym im nie pomagało. We Francji mogli nawet piastować najwyższe urzędy.
Gertrud zaręczyła się z pochodzącym z Prus Królewskich rotmistrzem Franzem von Ravenem (1846-1900) z Groß Luckow w Uckermark. Narzeczony stacjonował w Alzacji, w niemieckich oddziałach okupacyjnych. Gertrud wróciła z dworu w Glücksburgu do Langenorli, a towarzyszyły jej życzenia szczęścia i zaproszenia na dwory różnych monarchów[38]. Chociaż arystokracja europejska była bardzo międzynarodowa, moja prababka pozostała nacjonalistką. Nienawiść Gertrud do Francji stała się tymczasem tak histeryczna, że "dusza jej płakała", kiedy narzeczony podczas jednej z wizyt chciał zagrać w lombra, w którą to grę grano zawsze bardzo chętnie również u Beustów. Teraz jednak Gertrud uparła się przy "niemieckich obyczajach". Franz dostrzegł odrazę narzeczonej do tej "romańskiej" gry, wziął ukochaną w ramiona, zawołał "Germania!", i ustąpił[39].
Dzięki dobrym relacjom księcia, adopcyjnego ojca Gertrud, z cesarzem narzeczony został "odkomenderowany" do Kassel, awansowany do stopnia oficera inspekcyjnego i zatrudniony jako nauczyciel jazdy konnej czternastoletniego Wilhelma i jego jedenastoletniego brata Henryka[40]. Wilhelm został później cesarzem Wilhelmem II. Młody małżonek musiał "kilka razy w tygodniu dawać obu książętom lekcje jazdy konnej i udawać się z nimi na przejażdżki [...] Książę Wilhelm miał od urodzenia jedną rękę krótszą, wskutek czego często spadał z konia. Dlatego też te lekcje były bardzo trudne. Nauczanie cesarskich książąt traktowano jako sprawę honorową". Gertrud uskarżała się na skąpstwo dworu, ponieważ jej mąż po trzech latach udzielania lekcji dostał na pamiątkę jedynie "posrebrzaną skrzynkę na cygara" i dwie małe fotografie książąt. Ale było "samo przez się zrozumiałe", że się "poświęcano"[41].
Mimo "poświęcenia" było to przyjemne życie. Popołudniami Gertrud kazała się wozić do męża i robiła wycieczki. Młoda para miała służbę, szlachta wydawała bale, wystawiano przedstawienia teatralne, organizowano wyścigi konne i wycieczki. Często wyjeżdżano na urlop. Urodziły się pierwsze dzieci. W 1876 roku Franz von Raven pożegnał się z wojskiem, gdyż przed przejęciem ojcowskich dóbr w Groß Luckow musiał zdobyć wykształcenie rolnicze. Tymczasem Gertrud wypoczywała w bawarskim kurorcie Steven. Kiedyś usiadł obok niej pewien kapłan, "który chciał mnie nawrócić na katolicyzm". Ale ona odparła: "Proszę się nie trudzić, proszę księdza, mnie ksiądz nie nawróci. Mój praprzodek był pierwszą osobą, która w Wittenberdze przeszła na luteranizm"[42].
Była to nieomal prawda. Joachim von Beust (1522-1597), prawnik ze starej rodziny z Marchii, studiował w Lipsku, gdzie poznał Marcina Lutra i przeszedł na jego doktrynę, ale prawdopodobnie nie był pierwszy. Był to ojciec całego rodu Beustów, matki rodu nie było nigdy. W 1550 roku elektor Maurycy Saski powołał go do Trybunału w Wittenberdze. Także inni elektorzy uczynili Beusta swoim doradcą w sprawach teologiczno-jurystycznych[43].
W Saksonii Elektorskiej Żydzi nie mieli wówczas pozwolenia na przejazd, zabroniony był im też pobyt. W państewku Saksonia-Altenburg, gdzie Hermann von Beust, mój prapradziadek, pełnił urząd skarbnika na dworze i był deputowanym do landtagu z ramienia rycerstwa, Żydzi nie mogli się osiedlać jeszcze w XIX wieku, a na przejazd mieli tylko jeden dzień, w przeciwnym razie czekała ich kara chłosty.
Marcin Luter i szlachta to jedno. Luter był ideologiem i agitatorem władz zwierzchnich, przeciwnikiem tęsknot wolnościowych chłopstwa, które krwawą klęską okupiło swoje ostatnie wielkie powstanie w 1525 roku. Fryderyk Engels zauważył sarkastycznie, że "szlachta niemiecka wolała pod zwierzchnictwem książąt i klechów wyzyskiwać nadal chłopów, niż obalić książąt i klechów w otwartym sojuszu z wyzwolonymi chłopami"[44].
Będąc politykiem realistą, Luter przeszedł w końcu na stronę zwycięzców, książąt. Protestantyzm służył ich interesom. Zanim zniesiono panowanie szlacheckich obszarników nad ludźmi i ziemią, miało upłynąć prawie czterysta lat. Podczas gdy Luter oferował swoje usługi władzy chrześcijańsko-szlacheckiej, podżegał przeciw Żydom, wściekły również na to, że nie pozwolili się nawracać jemu, wielkiemu reformatorowi. We wczesnych latach działalności miał jeszcze pretensje, że od tylu Żydów "traktowanych jak bydlęta" nie można oczekiwać, by nawrócili się na chrześcijaństwo. Starszy Luter z niesłychanym impetem wyruszył na wojnę przeciwko Żydom.
Była to epoka, w której również inni autorzy i mówcy na nowo ożywiali dawne antysemickie argumenty - mord rytualny, pohańbienie hostii, zatruwanie studni, mordowanie chrześcijańskich dzieci. Zakony katolickie, na przykład zakon dominikanów, podsycały nienawiść do Żydów, jak robił to choćby Jakob von Hochstraten, fanatyczny orędownik inkwizycji. Powstawały teksty katolickiego teologa Johannesa von Ecka, które później wykorzystywał nie tylko Julius Streicher w swoim "Stürmerze". Żydzi mieli nosić specjalne znaki, nie byli warci tego, żeby występować jako świadkowie przeciw chrześcijanom, nie mieli prawa wykonywać rzemiosła, ale nie wolno im było protestować, gdy zmuszano ich do wysłuchiwania kazań chrześcijańskich.
Luter pisał dosadnie, brutalnie, nie zdradzając śladu obycia w świecie, który miał wpływ na wiele mądrzejszych umysłów w wielkich miastach Europy. Żył "w pipidówce" i "schował się w ciasnej skorupie", gdzie "dawał posłuch wszelkim plotkom na temat Żydów"[45]. Całkowicie zniknęło też wykorzystywane taktycznie w działalności misyjnej zrozumienie kiepskiego położenia zatwardziałych Żydów. Luter chciwie chłonął wszelki antysemityzm swojej epoki, sycił się nim, aby w końcu, ziejąc jadem, wypluwać go w swoich paszkwilanckich pismach Von den Juden und ihren Lügen, 1542/1543 (O Żydach i ich kłamstwach)[46] i Vom Schem Hamphoras und vom Geschlechte Christi, 1544 (O Szemie Hamforasie i o rodzie Chrystusa)[47].
W tekście "O Żydach i ich kłamstwach" pisał: "Czemu Żydzi skarżą się na ciężką niewolę u nas, my, chrześcijanie, byliśmy prawie przez trzysta lat dręczeni i prześladowani przez nich, toteż raczej my powinniśmy się skarżyć, iż pojmali nam i zabili Chrystusa. Ponadto do dzisiejszego dnia nie wiemy, jaki diabeł przywiódł ich do naszego kraju. [...] Kraj i drogi stoją teraz dla nich otworem, niech wyruszą do swojego kraju, dalibyśmy im jeszcze chętnie prezenty, gdybyśmy mogli się ich pozbyć, gdyż są dla nas ciężkim brzemieniem, niczym plaga, zaraza i samo nieszczęście w naszym kraju".
Prawie szyderczo wyliczał Luter, gdzie i dlaczego wypędzano Żydów[48]. "Reformator" udzielał praktycznych porad, jak postępować z Żydami. Zalecał palenie ich synagog, konfiskowanie książek, zabranianie modlitw, zmuszanie do ciężkiej pracy fizycznej. Książęta mieli wypędzać ich ze swoich ziem, a zwierzchność i pastorzy wszędzie czynić swoją powinność przeciw Żydom i zarażać gminy jadowitą nienawiścią do nich[49]. Gdybym miał władzę nad Żydami, mówił, zgromadziłbym ich uczonych oraz najlepszych spośród nich i pod groźbą "wycięcia im języków z głębi gardeł przedstawiłbym dowód, że chrześcijaństwo nie naucza o jednym jedynym Bogu, a o trzech Bogach". Gdyby Żydzi "mogli nas wszystkich pozabijać, z chęcią by to uczynili i czynią to zresztą często, zwłaszcza ci, którzy podają się za lekarzy".
Stare katolickie, częstokroć sofistyczne mowy wygłaszane przeciw Żydom zużyły się, ale język założyciela protestantyzmu był nowy, popularny i skuteczny. Robert Schlickewitz: "Orędownicy katolicyzmu żądali od nich jedynie podporządkowania się kanonicznym prawom i pod tym warunkiem pozwalali im na pobyt w katolickich krajach. Luter natomiast żądał ich całkowitego wydalenia. Papieże często upominali, żeby chronić synagogi, założyciel protestantyzmu zaś nalegał na ich bezczeszczenie i niszczenie". Luter ponosił "winę za to, że książęta protestanccy wkrótce wygnali Żydów ze swoich terytoriów"[50].
W swojej polemice "O Szemie Hamforasie" Luter przeklinał Żydów z jeszcze większą zaciekłością: "Albowiem równie dobrze można nawrócić Żydów, jak nawrócić diabła. [...] Albowiem Żyd lub żydowskie serce są tak twarde jak kij, żelazo czy diabeł, iż żadną miarą nie podobna ich poruszyć. [...] Summa summarum, są to młode diabły, skazane na piekło"[51]. Luter publikował szalone fantazje o czarodziejskich sztuczkach Żydów, o przemianie ich kału i moczu w bystrość umysłową i tym podobne bzdury. Były to podburzające obrazy, które miały pojawić się znowu w niemieckim romantyzmie. Luter wywierał wpływ na podejmowane w Saksonii, Brandenburgii i na Śląsku decyzje, mające na celu pogorszenie sytuacji Żydów. "W istocie uczynił naszą sytuację niezwykle trudną!", pisał Josel z Rosheim (ok. 1478-1554), sławny obrońca żydowskich gmin w kwestiach religijnych i prawnych swojej epoki[52].
"Zmuszony do dokonania wyboru - pisze Léon Poliakov - [Luter] przyłącza się do możnych tego świata, do książąt, ponieważ od nich zależeć będzie przyszłość reformacji. W ten sposób cień pada na czystość jego doktryny: Luter musi sobie za wszelką cenę jakoś poradzić z całą krwią przelaną w jego imieniu, z wszystkimi tymi niezliczonymi zbrodniami. [...] wolności wewnętrznej przeciwstawia on niezmienny porządek rzeczy ustanowiony w świecie przez Boga; obowiązek posłuszeństwa wychodzi więc na pierwszy plan, chrześcijanin musi być uległym i wiernym poddanym. W ten sposób [...] doktryna całkowitej wolności prowadzi do całkowitego poddaństwa, archanioł buntu przeistacza się w zgorzkniałego i despotycznego mieszczanina"[53].
Reformacja i luteranizm zyskały popularność w Prusach, a tym samym przez wieki hołdowano tu wychowaniu w nakazanym rzekomo przez Boga bezwarunkowym posłuszeństwie - tym morderczym obliczu niemieckiej "kultury przewodniej" ("Leitkultur"), która zniszczyła tyle dzieci i młodych ludzi. Młoda małżonka Gertrud Beust, wychowana w protestanckiej surowości zarówno w rodzinie, jak i w konwikcie magdalenek, powołując się na głębokie związki swoich przodków z Lutrem, żydożercą i przyjacielem książąt, ukazywała w bawarskim kurorcie Steben właśnie takie korzenie antysemityzmu.
Po przeprowadzce w 1878 roku do Uckermark Gertrud von Raven-Beust zapałała ogromnym entuzjazmem do Marchii Brandenburskiej. Razem z konserwatywnym narodowcem, poetą Georgiem Ludwigiem Hesekielem, sławiła Marchię jako "rdzeń życia narodu niemieckiego" i jako "korzenie, z których rozwinął się jesion światów Yggdrasill (Drzewo wszechświata)", mistyczne i kultowe drzewo germańskie czczone do dzisiaj przez antysemickich "neopogan", które "rozpościera swoje gałęzie nad całym krajem niemieckim. [...] Bóg chroni Prusy i po ich upadku pozwala im znowu dochodzić do zaszczytów na wieki! [...] Ciężko pracuje tam człowiek, szlachcic i chłop. Za swoją ziemię idzie na śmierć i za flagę "Czarno-Biało-Czerwoną". O, Marchio, miłuję cię, gdyż moi przodkowie ze strony ojca i matki byli margrafami".
Młoda para gospodarowała teraz na zamku Langenorla. Moja prababka Gertrud zarządzała służbą w swojej części tej instytucji: domu, kuchni i ogrodzie. Władztwo jej męża stanowiły maszyny, zwierzęta, pola, lasy, polowania i finanse. Podobnie jak wielu ludzi Gertrud nie rozumiała epoki, w której żyła. Nie miała też pojęcia o politycznych i ekonomicznych podstawach swojej egzystencji. Zawsze jednak wiedziała, kto ponosi winę za kryzysy gospodarcze: Żyd.
1 Max Horkheimer, Theodor Adorno: Przedmowa, w: Paul W. Massing: Vorgeschichte des politischen Antisemitismus, z amerykańskiego przetłumaczył i opracował Felix J. Weil (wydanie I 1959), Syndikat/EVA, Frankfurt /Main 1986, s. VII.
2 Hoimar von Ditfurth (1921-1989).
3 Heilwig von Ditfurth, z domu von Raven (ur. 1926), opowiada o sobie w wywiadzie Carola Benninghovena, Heilwig von Ditfurth, w: Helga Märtesheimer (red.), Die Frau an seiner Seite. Gespräche mit Frauen berühmter Männer, Bergisch-Gladbach 1988, s. 31-55.
4 O tej podróży piszę, w: Durch unsichtbare Mauern. Wie wird so eine links?, Berlin 2011, s. 147n.
5 Na przykład Antje Vollmer, Gustine Johannsen, Lukas Beckmann, Dirk Schneider, Otto Schily, Petra Kelly, Gerd Bastian 31 października 1983 roku. W tym kontekście przywiązuję wagę do tego, że w 1991 roku wystąpiłam z partii Zielonych. O powodach tego kroku można przeczytać w dwóch moich książkach o tej partii: Das waren die Grünen (2001) i Krieg, Atom, Armut. Was sie reden, was sie tun: Die Grünen (2011).
6 Moje akta w federalnym Urzędzie Ochrony Konstytucji są z pewnością grubsze, ale do dzisiaj nie mam prawa do nich zajrzeć.
7 O tej podróży do rozpadającej się NRD i o rekrutacji wschodnioniemieckiej młodzieży przez zachodnioniemieckich neofaszystów pisałam w 1991 roku: Deutschlandreise, w: Lebe wild und gefährlich. Radikalökologische Perspektiven, Köln 1991, s. 62-83. Późniejsze dodruki w innym miejscu są skrócone.
8 Ta kronika stała się częścią archiwaliów dla mojej powieści o wojnie niemiecko-francuskiej i Komunie Paryskiej z 1871 roku: Die Himmelsstürmerin, Berlin 2010.
9 W powieści Die Himmelsstürmerin zderzam nacjonalistyczny, elitarny i antysemicki świat mojej prababki z republikańskim, rewolucyjnym Paryżem z czasów Komuny Paryskiej w 1871 roku i próbuję sobie wyobrazić, kim mogłaby się ona stać. Okładka najnowszego wydania ukazuje fragment obrazu olejnego, na który natknęłam się w maju 1990 roku (www.jutta-ditfurth.de).
10 Matką Gertrud, moją praprababką, była Marie von Holtzendorff z domu Vietmannsdorf w Uckermark. Jej siostra Anna von Holtzendorff (1835-1912) poślubiła barona Felixa von Steina (1828-1891), potomka Goetheańskiej Charlotte von Stein na zamku Groß Kochberg. To właśnie ta prapracioteczna babka Anna von Stein - ku przerażeniu wspólnoty wielbicieli Goethego - sprzedała wiele listów pisarza na całym świecie. Opowieści o Beustach i Steinach znajdują się w mojej powieści Die Himmelsstürmerin.
11 Kilka pierwszych informacji na ten temat znajduje się w: "Heimatgeschichten aus dem Orlatal: "Rittergut und Schloß Langenorla"", zeszyt specjalny 3/2000, www.gemeinde-langenorla.de/heimathefte/3-2000/index.htm.
12 Gertrud von Raven-Beust, "Aus meinem Leben!", oprawiony maszynopis, nieopublikowany, napisany w 1929 r., s. 10.
13 Tamże.
14 Razem z państewkami Saksonia-Weimar-Eisenach, Saksonia-Gotha, Saksonia-Meiningen, Schwarzburg-Rudolstadt, Schwarzburg-Sondershausen i obydwoma księstwami Reuß starszej linii (Greiz) i Reuß młodszej linii (Gera).
15 Franz von Holtzendorff (1804-1871) i Charlotte von Holtzendorff, z domu Haeseke (1797-1878).
16 Gertrud von Raven-Beust, dz. cyt., s. 13.
17 Por. Florian Tennstedt, Flora Veit-Wild, "Reichenheim, Leonor", w: Neue Deutsche Biographie, 21 (2003), s. 307n.; wersja online: http://www.deutsche-biographie.de/pnd133996131.html.
18 Léon Poliakov, Die Aufklärung und ihre judenfeindliche Tendenz, w: Geschichte des Antisemitismus, t. 5, Worms 1983, s. 66 [por. wyd. pol.: Historia antysemityzmu, t. 2, Epoka nauki, przeł. A. Rosińska-Bóbr, O. Hedemann, Kraków 2008, cz. I, Oświecenie, s. 13-88].
19 Moses Mendelssohn do benedyktyna Winkoppa, dnia 28.07.1770, por. M. Kayserling, Moses Mendelssohn. Sein Leben und Wirken, Leipzig 1888, s. 269; cyt. za: Léon Poliakov, dz. cyt., s. 67.
20 O Mosesie Mendelssohnie: Julius H. Schoeps, Das Erbe der Mendelssohns. Biografie einer Familie, Frankfurt /Main 2009. Tam o stosunku do Gottfrieda Ephraima Lessinga, s. 43-47.
21 Moja matka nazywała się wówczas Heilwig von Raven, o jej odwiedzinach u Münchhausena patrz również: Iring Fetscher, Neugier und Furcht. Versuch, mein Leben zu verstehen, Hamburg 1995, s. 58-61, 101.
22 Gertrud von Raven-Beust, dz. cyt., s. 40.
23 Tamże, s. 43.
24 Auf Land der Gallier, bet' und wache! Deutschland steht gerüstet da - Kämpfen wird's für seine Sache, Beugen Dich, Frankonia! Hin ist die Zeit, o Land der Franken, Da du in Ketten uns gelegt. Ein Kraftausdruck, und die Fesseln sanken, Die nimmer nun Germania trägt. Mein Vaterland wird niemals tragen, O Frankreich, deinen Übermut. Des Löwen Zorn, warum ihn wagen? Er fordert deiner Kinder Blut! Hoch in den Lüften der Preußen Aar, Ist Schild und Hort dem tapfern Heer. Mit ihm siegt seiner Helden Schaar, Drum Gallien, wahre deine Ehr!" Cyt. za: Gertrud von Raven-Beust, dz. cyt., s. 43-44.
25 Gertrud von Raven-Beust, dz. cyt., s. 52: Die Wacht am Rhein: "Es braust ein Ruf wie Donnerhall, wie Schwertgeklirr und Wogenprall: Zum Rhein, zum Rhein, zum deutschen Rhein! Wer will des Stromes Hüter sein? [...] Lieb Vaterland magst ruhig sein: Fest steht und treu die Wacht, die Wacht am Rhein! [...] Du Rhein bleibst deutsch wie meine Brust! [...] Solang ein Tropfen Blut noch glüht, noch eine Faust den Degen zieht, und noch ein Arm die Büchse spannt, betritt kein Feind hier deinen Strand! [...] Und ob mein Herz im Tode bricht, wirst du doch drum ein Welscher nicht. Reich, wie an Wasser deine Flut, ist Deutschland ja an Heldenblut!
26 Tę scenę można zobaczyć tutaj: www.youtube.com/watch?v=KTsg9i6lvqU, pobrano dnia 04.07.2013 r.
27 Książę Karol Schleswig-Holstein-Sonderburg-Glücksburg był starszym bratem duńskiego króla Chrystiana IX, bratankiem byłego duńskiego króla Fryderyka VI i wujem duńskich księżniczek Alexandry i Dagmary. Alexandra poślubiła Edwarda VII i w 1901 roku została królową Wielkiej Brytanii i Irlandii, jak również cesarzową Indii. Jej młodsza siostra Dagmara weszła poprzez małżeństwo do dynastii Romanowów i była matką ostatniego rosyjskiego cara Mikołaja II, a pod imieniem Maria Fiodorowna cesarzową Rosji w latach 1881-1894. Adopcyjna matka Gertrud, księżna Wilhelmina Maria von Schleswig-Holstein-Sonderburg-Glücksburg (1808-1891), była również księżną Danii i najmłodszą córką Fryderyka VI Oldenburga, króla Danii i Norwegii i jego żony Marii Zofii Hessen-Kassel. Akta książęcego saksońskiego urzędu sądowego w Kahla dotyczące aktu adopcyjnego zawartego między Jego Wysokością Księciem Karolem Schleswig-Holstein-Sonderburg-Glücksburg i szambelanem i właścicielem dóbr rycerskich baronem von Beustem na Langenorli, a dotyczącego tegoż córki baronówny Gertrud Elisabeth von Beust, wystawionego w 1870 r., są zachowane w całości w turyńskim Archiwum Państwowym Altenburg, sygnatura: Class. X. LNr. 15.
28 Gertrud von Raven-Beust, dz. cyt., s. 105a.
29 Tamże.
30 Frank Bajohr, "Unser Hotel ist judenfrei". Bäder-Antisemitismus im 19. und 20. Jahrhundert, Frankfurt /Main 2003, s. 16; patrz tam również wywody na stronach 42n., 75, 89.
31 Gertrud von Raven-Beust, dz. cyt., s. 53.
32 Cyt. za: Frank Bajohr, dz. cyt., s. 75, 206.
33 Tamże, s. 89.
34 Michael Fleischer, "Kommen Sie Cohn". Fontane und die Judenfrage, Berlin 1998, s. 125; cyt. za: Frank Bajohr, dz. cyt., s. 30, 201.
35 Gertrud von Raven-Beust, dz. cyt., s. 80.
36 Tamże, s. 15.
37 Dok. 19 z dnia 09.10.1939 r., w: Andrea Löw (oprac.), Deutsches Reich und Protektorat September 1939 - September 1941, t. 3 serii "Die Verfolgung und Ermordung der europäischen Juden durch das nationalsozialistische Deutschland 1933-1945", München 2012, s. 118.
38 Baronowa Marie von Beust (Glücksburg) do barona Hermanna von Beusta (Langenorla), list z dnia 25.11.1872, cyt. za: Gertrud von Raven-Beust, dz. cyt., s. 66.
39 Tamże, s. 75.
40 Por. John C. G. Röhl, Wilhelm II. - Die Jugend des Kaisers 1859-1888, München 1993, s. 226.
41 Gertrud von Raven-Beust, dz. cyt., s. 84.
42 Tamże, s. 86.
43 Ten Beust stworzył między innymi saksońskie protestanckie prawo małżeńskie.
44 Fryderyk Engels, Wojna chłopska w Niemczech (1850), w: Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, Warszawa 1963, t. 7, s. 385-486; tutaj: s. 442. O kwestii, w jaki sposób powstały wielohektarowe majątki ziemskie, warto również przeczytać: Fryderyk Engels, Marka (1882), w: tamże, Warszawa 1972, t. 19, s. 347-365.
45 Robert Schlickewitz, Martin Luther und die Juden - aus jüdischer Perspektive, o Heinrichu Graetzu: Volkstümliche Geschichte der Juden in drei Bänden, Leipzig 1889, t. 3, tekst również na www.hagalil.com/archiv/2010/03/18/luther-graetz/, pobrano dnia 01.07.2013.
46 Martin Luther, Von den Juden und ihren Lügen (1543), w: Martin Luthers Werke. Kritische Gesamtausgabe, t. 53, Weimar 1920, s. 522n.
47 Martin Luther, Vom Schem Hamphoras und vom Geschlechte Christi (1544). Nic dziwnego, że oba teksty Lutra ukazały się w latach trzydziestych XX wieku w wydawnictwie Volkswarte Ludendorffa.
48 Cyt. za: Léon Poliakov, Das Zeitalter der Verteufelung und des Ghettos, w: Geschichte des Antisemitismus, t. 2, Worms 1978 [por. wyd. pol: Historia antysemityzmu, t. 1, Epoka wiary, s. 310-311] i Robert Schlickewitz, tamże.
49 Por. Léon Poliakov, s. 121 [wyd. pol.: s. 312] i Robert Schlickewitz, tamże.
50 Robert Schlickewitz, tamże.
51 Martin Luther, Vom Schem Hamphoras und vom Geschlechte Christi (1544), cyt. za: Léon Poliakov, s. 121 [por. wyd. pol.: s. 312].
52 Cyt. za: Léon Poliakov, s. 122 [por. wyd. pol.: s. 313].
53 Léon Poliakov, s. 125 [wyd. pol.: s. 316].
1 Odniesienie do Deutsches Jungvolk, organizacji w strukturach Hitlerjugend dla chłopców w wieku 10-14 lat (przyp. tłum.).
2 "bis zur Vergasung" w jęyku niemieckim oznacza "robić coś do zatracenia, do końca"; tu wyraźnie odnosi się do ludobójczej polityki Trzeciej Rzeszy (przyp. tłum.).
3 Paramilitarna prawicowa organizacja byłych żołnierzy frontowych (przyp. red.).
2
"Aż zamiast tego chrześcijańskiego towarzystwa zbierze się synagoga, która zamiast bażantów będzie zarzynała dzieci chrześcijańskie".
Skąd ludzie pochodzenia szlacheckiego, jak moja prababka, czerpali swoje urojone wyobrażenia o Żydach? Pod koniec XVIII wieku, w epoce oświecenia i później w romantyzmie, "trwało narodowe odnajdowanie samego siebie w sylwetce innych osób: odnajdowano siebie okrężną drogą, poprzez obraz wroga"[54]. Antysemityzm już w XVIII wieku służył konstrukcji narodu niemieckiego. Mniej więcej od 1740 roku w "dyskusji o ojczyźnie" konieczne było zaistnienie obcego, francuskiego, elementu w celu wytworzenia własnego.
Nie tylko dla sławnego poety romantycznego Ernsta Moritza Arndta (Noch etwas über die Juden [Jeszcze coś o Żydach], 1815) Żydzi byli narodem obcym, wobec czego należało utrzymywać w czystości "plemię germańskie" i nie dopuszczać do zgubnego zmieszania się z nim. Z jego punktu widzenia Żydzi stanowili lud nieniemiecki, a ich żydowski charakter bliski był francuskiemu, słowiańskiemu i południowoeuropejskiemu, wszystkie te ludy zaś były podległe niemieckiemu. Arndt przypisywał Żydom rolę mniejszości sprzymierzonej z francuskim nieprzyjacielem i właśnie dlatego wrogiej - ludu wrogiego wobec państwa w jeszcze nieukształtowanym narodzie. Byli dla niego "zepsutym i zwyrodniałym ludem", któremu brakowało religii chrześcijańskiej jako czegoś "najpoważniejszego i najgłębszego", która jednak musiała "wniknąć w najbardziej wewnętrzne tryby państwa"[55].
Jedna z naszych późniejszych wycieczek poprowadziła moją matkę i mnie do zamku Boitzenburg w Uckermark. Stoi on na wysepce w parku krajobrazowym stworzonym przez Petera Josepha Lenné. W czasach istnienia NRD był to dom wypoczynkowy Narodowej Armii Ludowej (NVA). Dzisiaj mieści się tutaj hotel. Do 1945 roku zamek ten wchodził w skład wielkiej posiadłości bardzo rozgałęzionej rodziny von Arnimów. Jedni z nich byli dalekimi krewnymi mojej matki[56]. Rzadko się zdarza, by rodziny szlacheckie nie były ze sobą spokrewnione przynajmniej w jakimś stopniu. Tak to jest, gdy mała kasta społeczna stara się żenić wyłącznie we własnym kręgu. "Wychodź za mąż tylko we własnym gronie", pouczała mnie jakaś krewna, gdy byłam jeszcze dzieckiem. Zatrącało to hodowlą zwierząt i zniewoleniem.
Światopogląd i wizerunek człowieka, samoświadomość, pojmowanie języka i obrazy wroga wśród szlachty były od końca XVIII wieku aż po wiek XX przesiąknięte nieprzejednaną niechęcią do idei "wolności, równości i braterstwa". Jak chłopi, pracownicy dniówkowi, robotnicy czy wręcz Żydzi mogliby choćby uzurpować sobie prawo do bycia "wolnymi i równymi"? Nie mówiąc już o kobietach.
Szlachta bała się jak ognia wszelkich rewolucji i prób ich wywołania, niezależnie od tego, czy były one burżuazyjne czy socjalistyczne, jak rewolucja francuska z 1789, niemiecka z 1848, Komuna Paryska z 1871 czy rewolucja rosyjska z 1917 roku. Za koniec Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego winę ponosili Francuzi. Niemiecka nienawiść do "arcywroga Francji" karmiła się także wieloma bohaterskimi powstaniami i próbami utworzenia republiki francuskiej w XIX wieku.
Święte "stare cesarstwo" było zmurszałe i nie zdołało stawić czoła skutkom wojny trzydziestoletniej, wzmocnieniu się niezliczonych państw terytorialnych, opartemu na postępie techniki szturmowi nowych zjawisk ekonomicznych, rewolucyjnym ideom i wreszcie wojskom napoleońskim. Franciszek II, cesarz Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, stał się Franciszkiem I tylko w Austrii. W Związku Reńskim zebrało się od 1806 roku szesnaście niemieckich księstw - do 1808 doszły kolejne państwa niemieckie, pod protektoratem Francji. Niektórzy pomysłodawcy stworzenia Związku Reńskiego uważali go za "prawdziwy związek germański", dzięki któremu "odrodzone Niemcy" miały potwierdzić swoje miejsce obok Austrii i Prus. Trzonem tych Niemiec miały być: Bawaria, Saksonia, Frankonia, Szwabia, Nadrenia i Westfalia. Ale Związek Reński przetrwał tylko do 1813 roku.
W 1810 roku, za panowania cesarza Napoleona, wojenne działania Francji osiągnęły punkt szczytowy, a Prusy czuły się w dużej mierze wyrzucone do swoich posiadłości nad wschodnią Łabą. Francja zajęła lewobrzeżne tereny Renu, od południowej Badenii po Departament des Bouches de l'Elbe na północy, Oldenburg, Hamburg i Lubekę[57]. Kodeks Napoleona, który jako Code civil de Français (kodeks cywilny Francuzów) wszedł w życie w 1804 roku, obowiązywał na terenach zajętych przez Francję do 1815 roku.
Późne wojny z armią napoleońską (1813-1815) były dla niemieckiej szlachty wojnami "wyzwoleńczymi". Pojęcie to oznaczało zarówno wyzwolenie się spod okupacji Francji, jak i obronę przed nowymi prawami demokratycznymi i obywatelskimi. Chociaż brzmi to paradoksalnie, zwycięstwo przymierza prusko-rosyjsko-austriackiego nad Napoleonem było z jednej strony zwycięstwem nad despotycznym cesarzem Francji, z drugiej zaś "zwycięstwem europejskich monarchii nad rewolucją francuską"[58].
Wyzwolenie ludzi z zależności i nierówności pod względem urodzenia i stanu zawodowego, które obiecywał Kodeks Napoleona, przyspieszyło ustanowienie prawa, potrzebnego kapitalizmowi do ostatecznej likwidacji społeczeństwa feudalnego. Chodziło tu o formalną równość wobec prawa, swobodę wykonywania rzemiosła, zniesienie przymusu należenia do cechu, ochronę prywatnej własności itd. Takie nowoczesne koncepcje prawa przyczyniły się do szybszego przemysłowego rozwoju prowincji nadreńskich. Ale Kodeks Napoleona "nie stworzył nowoczesnego społeczeństwa burżuazyjnego. Na odwrót: społeczeństwo burżuazyjne zrodzone w wieku XVIII i dalej się rozwijające w wieku XIX znalazło w tym kodeksie tylko swój wyraz prawny"[59].
Po drugie prawo francuskie atakowało interesy, władzę i rodowe przywileje szlachty, owej klasy panującej, której w krajach niemieckich nie zagroziła naprawdę jeszcze żadna rewolucja. Wszelka tęsknota za "wolnością, równością i braterstwem", choćby była bardzo mglista, stanowiła dla niemieckiej szlachty, jak dla wszystkich porównywalnych wstecznych elit europejskich, zło par excellence.
Podczas gdy Paryż i Londyn jako światowe metropolie mogły się poszczycić zarówno reakcyjnymi, jak i wykształconymi i oświeconymi kręgami społecznymi, podczas gdy w prowincjach nadreńskich zarysowywał się (ambiwalentny) postęp, Fryderyk Engels opisuje stolicę Prus u schyłku lat czterdziestych XIX wieku z własnego punktu widzenia jako ponurą prowincję: "[...] Berlin z jego tworzącą się dopiero burżuazją, z jego zuchwałym w słowach, lecz tchórzliwym w czynach i płaszczącym się drobnomieszczaństwem, z jego jeszcze zupełnie niedojrzałymi robotnikami, z masą biurokratów, szlachecką i dworską czeladzią, z całą jego specyfiką miasta-"rezydencji". Decydujące znaczenie miało jednak to, że w Berlinie obowiązywało nędzne pruskie prawo krajowe"[60].
"Nędzne pruskie prawo krajowe" opierało się na pańszczyźnie, chłoście, cenzurze prasy, przymusie przynależności do cechu i zamknięciu w twierdzy (areszt niehańbiący) w przypadku obrazy majestatu. Ten, komu działa się krzywda, mógł tylko prosić zwierzchność o łaskę, nie miał jednak prawa wnoszenia skargi. Przeceniane i spóźnione reformy pruskie, reakcja na klęskę w 1806 roku w walkach z Napoleonem, pogorszyły sytuację ekonomiczną pozornie wyzwolonych, a tylko na nowo uzależnionych chłopów i robotników. Przynosiły one korzyści wyłącznie wielkim właścicielom ziemskim i wielkim kupcom.
Po wydaniu edyktu pruskiego w 1812 roku i pod presją wydarzeń we Francji Żydzi stali się w końcu obywatelami państwa pruskiego, przy czym władze państwowe mogły ich w poszczególnych wypadkach pozbawić obywatelstwa. Mieli teraz prawo kupowania ziemi i musieli służyć w wojsku, ale nie mogli awansować do stopni oficerskich. Nie musieli już także płacić specjalnych podatków. Otrzymali prawo swobodnego uprawiania rzemiosła i - związany z takim warunkiem, jak na przykład posiadanie ziemi - dostęp do urzędów miejskich i uniwersyteckich. Nie mogli jednak piastować wyższych stanowisk w administracji, wymiarze sprawiedliwości ani w wojsku. Wszystkie te prawa dotyczyły jedynie tych Żydów, którzy już wcześniej mieszkali w Prusach. Nie miały one jednak zastosowania wobec Niemców pochodzenia żydowskiego, którzy imigrowali do Prus z innego niemieckiego państewka. Poza tym obowiązywały one tylko w Królestwie Pruskim w jego granicach z 1812 roku, nie dotyczyły zatem Wielkiego Księstwa Poznańskiego ani Pomorza Przedniego. Tam prawa Żydów zostały nawet ograniczone do postaci z czasów przednapoleońskich.
Złagodzenie tyranii stanowo-absolutystycznej spowodowało zgodnie z celami władz państwa większą identyfikację niższych stanów, jak i Żydów z państwem pruskim i jego wojną z Francją. Potrzebowano bowiem materiału ludzkiego do ostatnich wypraw przeciw Napoleonowi.
Na początku XIX wieku w stolicy Prus roiło się od elitarnych kółek towarzyskich, które na swoich sztandarach wypisywały hasła nacjonalistyczne, romantyczne i - skrycie - również antysemickie. Najbardziej elitarnym i mającym największe wpływy polityczne było Chrześcijańsko-Niemieckie Towarzystwo Biesiadne (Christlisch-Deutsche Tischgesellschaft). Założyli je romantyczni pisarze Ludwig Achim von Arnim (1781-1831) i Clemens Brentano (1778-1842), autorzy zbioru pieśni ludowych Cudowny róg chłopca (1806)[61]. Achim von Arnim, syn pruskiego posła i dyrektora berlińskiej Opery Królewskiej za czasów panowania Fryderyka Wielkiego, zaprosił różne osoby do założenia Towarzystwa Biesiadnego 18 stycznia 1811 roku, w dzień koronacji pruskiej (Fryderyka I). W listach nazywał to Towarzystwo dla żartu również "niemieckim towarzystwem żarłocznym" ("deutsche Fressgesellschaft"), w którym miano dyskutować o polityce.
Była to solidna instytucja posiadająca listę członków, statut i porządek obrad. Spotykano się co dwa tygodnie w środy[62]. Członkiem tego Towarzystwa mógł zostać wyłącznie ktoś, kto miał poparcie dziesięciu innych członków - i był chrześcijaninem. Nieobecność kobiet była tak oczywista, że nie wymagała żadnej wzmianki.
Niemcy pochodzenia żydowskiego, którzy przyjęli chrzest, uchodzili wówczas w stanach wykształconych za chrześcijan. Ale większość członków Towarzystwa Biesiadnego była na poły albo nawet całą duszą zwolennikami antysemityzmu "rasistowskiego", wykluczała więc rygorystycznie i bez wyjątku również ochrzczonych Żydów. Achim von Arnim bohatersko bronił chrześcijańskiej czystości tego stowarzyszenia. Nawet gdyby Żydzi zaoferowali "100 000 dukatów za godność mówcy - mówił - i tak zostaliby przez nas wykluczeni"[63].
Towarzyska "równość" panowała jedynie wśród mężczyzn, którzy od urodzenia byli chrześcijanami. Czuli się oni nieskończenie postępowi, ponieważ - kontynuując tradycję towarzystw oświeceniowych - przyjmowano na członków nie tylko mężczyzn z arystokracji, ale także z niższej szlachty oraz z wyższych sfer - wpływowego i/albo zamożnego - mieszczaństwa[64]. Istniała w tym stowarzyszeniu hierarchia (mówca, pisarz, komisja ustawodawcza), ale decyzje podejmowano "demokratycznie", to znaczy według zasady większościowej. Również dlatego szlachta uważała to Towarzystwo za postępowe, a młodzi poeci niemieckonarodowi separowali się od "filistrów" i innych konserwatywnych kołtunów. Ignorowali przy tym fakt, że niektóre żydowskie salony były o wiele bardziej postępowe.
Towarzystwo Biesiadne cieszyło się ogromnym poważaniem, toteż wiele osób ubiegało się o członkostwo w nim, chociaż w Berlinie istniało wiele takich stowarzyszeń, a składki członkowskie były wysokie. W Towarzystwie spotykała się jednak pruska elita - przedstawiciele państwa, wojska, nauki i sztuki: ministrowie wojny, finansów i spraw zagranicznych, członkowie Rady Państwa i rządu, generałowie, dowódcy, posłowie, rektorzy i profesorowie uniwersytetów, nadburmistrzowie, obszarnicy, architekci, teologowie, poeci. Natychmiast musiano podnieść granicę liczebności członków do sześćdziesięciu, potem jednak rosła ona nadal, niekiedy więc trzeba było szukać większego pomieszczenia na spotkanie. Czterdziestu dwóch z osiemdziesięciu pięciu członków wywodziło się według listy ze stanu szlacheckiego[65].
Wśród znanych jeszcze dzisiaj członków Towarzystwa są między innymi tacy przedstawiciele arystokracji, jak Carl von Clausewitz (1780-1831), pruski generał, teoretyk wojskowości i autor książki O wojnie (1832); Johann Gottlieb Fichte (1762-1814), profesor i rektor uniwersytetu berlińskiego, czasami wygłaszał mowy w Towarzystwie - na podstawie jego wykładów powstało antysemickie, niemieckonarodowe dzieło Reden an die deutsche Nation ([Mowy do narodu niemieckiego], 1808); Karl Friedrich Schinkel (1781-1841), architekt odpowiedzialny za potężne pruskie budowle i pomniki, jak również antysemita i poeta Friedrich Daniel Ernst Schleiermacher (1768-1834), profesor teologii i filozofii[66].
Towarzystwo Biesiadne stanowi dowód na to, że już w epoce emancypacji w umysłach niemieckiej elity, a przede wszystkim w umysłach szlachty istniał antysemityzm rasowy.
Niemcy znowu były spóźnione. Po ogłoszeniu Karty Praw Żydzi w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej stali się równoprawnymi obywatelami. Wskutek rewolucji francuskiej zostali "wyemancypowani", to znaczy, otrzymali pełne prawa człowieka i obywatela. Na obszarze Niemiec mieli prawa niezależnie od przynależności wyznaniowej jedynie tam, gdzie obowiązywał Kodeks Napoleona. W Prusach antysemityzm pozostał ideologią kół panujących.
Towarzystwo Biesiadne pojmowało siebie wobec stosunków autorytarnych i obwiązującej cenzury jako "zastępczą opinię publiczną", w której ramach omawia się "metody pruskiej biurokracji państwowej", pielęgnuje "miłość do Korony Pruskiej i do Niemiec", a także jako miejsce, gdzie "bez cenzury można wyrażać nienawiść do wszystkiego, co francuskie".
Achim von Arnim był jednym z ideologów, chyba nawet głównym ideologiem. Wygłosił wiele mów biesiadnych. Najobrzydliwsza, wygłoszona między 13 marca a czerwcem 1811 roku[67], jest zatytułowana: Über die Kennzeichnung des Judentums (O cechach charakterystycznych żydostwa). W tym czasie von Arnim, dzięki bliskim politycznym i prywatnym kontaktom z dworem, znał już mający się ukazać w 1812 roku edykt o Żydach. Bez zahamowań grzmiał na zaplanowaną - choć ograniczoną - poprawę ich sytuacji.
W swojej mowie biesiadnej wręcz wypluwał wytwornemu towarzystwu na stół wszystkie legendy o bezczeszczeniu hostii i mordach rytualnych, co w średniowieczu doprowadziło do straszliwych pogromów żydowskich. Twierdził, że obawia się, iż Żydzi potajemnie zakradli się już do ich Towarzystwa. Dziesięciu członków miało prawo przyjmować nowych członków. Wystarczyło więc, żeby dziesięciu Żydów się "zakamuflowało" i zostało członkami Towarzystwa, aby potem móc infiltrować to elitarne stowarzyszenie do czasu, aż "zamiast tego chrześcijańskiego towarzystwa zbierze się synagoga". Zamiast "radosnej pieśni" rozlegną się modły w jidysz, zamiast bażantów będzie się zarzynało "dzieci chrześcijańskie", zamiast planowanych "wielkich dobrych uczynków" będą "zatruwane studnie publiczne" i popełniane wszystkie te "niegodziwości", z których powodu "dręczono Żydów we wszystkich krajach Europy aż do krwi"[68]. Tym samym Achim von Arnim usprawiedliwiał pogromy.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
54 Marco Puschner, Jüdische Aufklärung und politische Romantik, w: Jürgen Daiber i in. (red.): "Aurora", rocznik Eichendorff-Gesellschaft, t. 65, Tübingen (b.d., prawdopodobnie 2005), s. 8.
55 Ernst Moritz Arndt, cyt. za: Marco Puschner, dz. cyt., s. 157-164. Powołuje się on na pisma Moritza Arndta: Über den Volkshass (1813), Noch etwas über die Juden, w: Blick aus der Zeit auf die Zeit (1814), jak również: Über den deutschen Studentenstaat (1815).
56 Pułkownik Anton Detlev von Arnim (1680-1744) poślubił Ilsabe Marię von Raven (1695-1739).
57 Granice cesarstwa francuskiego z 1812: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:France_L-1_(1812)-de-alter.svg, pobrano dnia 22.01.2013 r.
58 Fryderyk Engels, Polityka zagraniczna caratu rosyjskiego (1890), w: Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, t. 22, Warszawa 1971, s. 13-56, tutaj: s. 35.
59 Karol Marks, Proces Reńskiego Komitetu Okręgowego Demokratów, w: Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, t. 6, Warszawa 1963, s. 275-295, tutaj: s. 280.
60 Fryderyk Engels, Marks i "Neue Rheinische Zeitung" 1848-1849, w: Karl Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, t. 21, s. 17-27, tutaj: s. 20.
61 Achim von Arnim, Clemens Brentano (red.), Des Knaben Wunderhorn. Alte deutsche Lieder. 3 tomy, Heidelberg 1806/1808 [wyd. pol.: Cudowny róg chłopca, przeł. Robert Stiller, Warszawa 1982].
62 Stefan Nienhaus (red.), Ludwig Achim von Arnim: Texte der deutschen Tischgesellschaft, Werke und Briefwechsel - Historisch-kritische Ausgabe, t. 11, Tübingen 2008, s. 246n.
63 Tamże, tekst nr 19, s. 113.
64 Tamże, s. 250.
65 Por. tamże, spis członków s. 458-482.
66 Wyciąg z listy członków: Karl Alberti (1763-1829), radca stanu w ministerstwie finansów; Carl von Arnim, pracownik pruskiego poselstwa w Sztokholmie, szambelan pruskiego króla Fryderyka Wilhelma III; Friedrich Abraham Wilhelm hrabia von Arnim (1767-1812); Friedrich Wilhelm von Bärensprung (1779-1841), radca rządu pruskiego, od 1814 roku nadburmistrz Berlina; major Karl Moritz Ferdinand von Bardeleben (1777-1868), oficer w twierdzy Spandau; Peter Christian Wilhelm Beuth (1782-1853), tajny nadradca finansowy w ministerstwie finansów, w 1813 roku w Korpusie Lützowa; hrabia Ludwig von Bombelles (1780-1843), sekretarz poselstwa austriackiego; hrabia Karl Friedrich Moritz Paul von Brühl (1772-1837), szambelan zmarłej w 1810 roku królowej Luizy Pruskiej; hrabia Hans Ludwig Friedrich Victor von Bülow (1774-1825), minister finansów Westfalii, bratanek kanclerza Prus Hardenberga; hrabia Ludwig August von Chasot [Chazot] (1763-1813), major i komendant Berlina, krąg przyjaciół barona von Stein; burgrabia i hrabia Friedrich Ferdinand Alexander zu Dohna-Schlobitten (1771-1831), minister spraw wewnętrznych Prus; Carl Georg Albrecht E. von Hacke (1768-1835), później pruski minister wojny; książę Antoni Henryk Radziwiłł (1775-1833), polski i pruski polityk, ziemianin i kompozytor, ożeniony z księżniczką Fryderyką Dorotą Luizą Hohenzollern (1770-1836), bratanicą Fryderyka Wielkiego; wydawca Georg Andrea Reimer (1776-1842), przedstawiciel pruskiego ruchu narodowego i członek Tugendbundu; Carl Otto Friedrich von Voß (1786-1840), syn pruskiego ministra.
67 Tekst nr 19, w: Stefan Nienhaus, dz. cyt., s. 107-148; patrz również wyjaśnienia s. 363-390.
68 Tamże, s. 108.