Bardzo poszukiwany człowiek - John le Carré, Jan Rybicki

Reflow text when sidebars are open.
Trudno mieć pretensje do boksera z Turcji, mistrza wagi ciężkiej, że kiedy spacerował sobie hamburską ulicą pod rękę ze swoją mamą, nie od razu zauważył, iż łazi za nim chudy chłopak w czarnym płaszczu.
Duży Melik, bo tak nazywała boksera cała podziwiająca go dzielnica, był to chłop jak dąb, niedbały w stroju, dobroduszny, o szerokim, naturalnym uśmiechu, czarnych włosach związanych z tyłu głowy w kucyk i chodzie tak swobodnym, że gdy kroczył, nawet bez mamy zajmował pół chodnika. W wieku dwudziestu lat był już w swym małym światku znaną postacią, co zawdzięczał nie tylko sprawności na ringu: był równocześnie kapitanem juniorów w muzułmańskim klubie sportowym, trzykrotnym wicemistrzem Niemiec Północnych na sto metrów stylem motylkowym i jakby tego było mało, świetnym bramkarzem w drużynie piłkarskiej, w której występował co sobotę.
Jak wszyscy bardzo rośli ludzie był przyzwyczajony, że to inni patrzą na niego, a nie on na innych, i również dlatego chudemu chłopakowi udało się śledzić go niepostrzeżenie przez trzy kolejne dni i wieczory.
Kontakt wzrokowy nawiązali po raz pierwszy, gdy Melik i jego mama, Leila, wychodzili z biura podróży Al-Umma, gdzie właśnie zakupili bilety lotnicze, wybierali się bowiem na wesele siostry Melika w ich rodzinnej wiosce pod Ankarą. Melik poczuł utkwiony w sobie wzrok, oglądnął się za siebie i stanął twarzą w twarz z wysokim - prawie tego samego co on wzrostu - lecz przeraźliwie chudym chłopakiem o zmierzwionej brodzie, głęboko osadzonych przekrwionych oczach, w długim czarnym płaszczu, w którego połach mógłby zmieścić jeszcze trzech takich mizeraków. Miał na szyi biało-czarną arafatkę, a na ramieniu turystyczną torbę z wielbłądziej skóry. Wbił wzrok najpierw w Melika, potem w Leilę. I znów w Melika; zapadłe płonące oczy patrzyły błagalnie, bez mrugnięcia.
Ale rozpaczliwy wyraz twarzy chłopca wcale nie musiał Melika szczególnie zaniepokoić, ponieważ biuro podróży znajdowało się na skraju hali dworca głównego, gdzie przez cały dzień wałęsali się wszelkiej maści nieszczęśnicy: niemieccy włóczędzy, Azjaci, Arabowie, Murzyni albo i rodacy Melika, którym nie powiodło się tak dobrze jak jemu - nie wspominając już o beznogich inwalidach na elektrycznych wózkach, dilerach narkotykowych i ich klientach, żebrakach i ich psach czy o siedemdziesięcioletnim kowboju w kapeluszu i nabijanych srebrnymi ćwiekami skórzanych bryczesach do jazdy konnej. Tu mało kto miał pracę, a co poniektórzy nie mieli też prawa przebywania na niemieckiej ziemi - przy odrobinie szczęścia zostawiano ich w spokoju i w starannie pielęgnowanej nędzy aż do najbliższej akcji deportacyjnej, która odbywała się zawsze bez sądu, bez zwłoki i nad ranem. Dlatego też na dworcu tkwili tylko nowo przybyli albo zatwardziali ryzykanci; bardziej doświadczeni nielegalni omijali go szerokim łukiem.
Dodatkowym powodem, by całkiem zignorować chłopaka, była muzyka klasyczna, którą dyrekcja dworca bombarduje tę część podległego jej terenu za pomocą baterii odpowiednio wymierzonych głośników. Nie chodzi jednak o wywoływanie u słuchaczy nastroju spokoju i błogości, lecz o to, żeby szybciej się wynieśli.
Mimo wszystko twarz chudzielca odcisnęła się w świadomości Melika, który na krótką chwilkę zawstydził się własnego szczęścia. Ale czego się tu wstydzić? Tego, że stało się coś cudownego? Tego, że nie może się doczekać, kiedy zatelefonuje do siostry, by jej oznajmić, że ich mama, która ostatnio najpierw przez sześć miesięcy opiekowała się umierającym mężem, a potem przez rok umartwiała się w żałobie, teraz szaleje z radości na myśl, że wkrótce będzie na weselu córki, że przejmuje się już tylko tym, czy będzie miała co na siebie włożyć, czy posag jest odpowiedni i czy pan młody jest tak przystojny, jak twierdzą wszyscy - łącznie z córką?
A więc niby dlaczego Melik nie miałby dalej gawędzić z własną matką? To i gawędził, wręcz z entuzjazmem, przez całą drogę do domu. Potem doszedł do wniosku, że tylko dlatego zwrócił uwagę na tamtego, iż chłopak był taki chudy. I przez tę jego twarz - niby rówieśnika, a już pomarszczoną. I przez to, że na widok tego głodomora w piękny wiosenny dzień pomyślał nagle o zimie.
To było w czwartek.
A w piątek wieczorem, gdy Melik i Leila wychodzili z meczetu, chłopak znów tam był - ten sam, w tej samej arafatce i za dużym płaszczu, skulony w cieniu obskurnej bramy. Tym razem Melik zauważył, że kościste ciało chłopaka jest jakoś dziwnie przechylone - jak gdyby ktoś mu je przetrącił i dotąd nie dało się wyprostować. A rozogniony wzrok pałał jeszcze mocniej niż poprzedniego dnia. Melik popatrzył mu w oczy, pożałował, że to zrobił, i umknął spojrzeniem.
To drugie spotkanie był jeszcze mniej prawdopodobne, bo Leila i Melik prawie nie chodzili do meczetu - nawet do tego umiarkowanego, tureckojęzycznego. Po 11 września 2001 roku w hamburskich meczetach zrobiło się niebezpiecznie. Wystarczyło raz pójść do niewłaściwego meczetu - albo i do właściwego, tyle że trafić w nim na niewłaściwego imama - i już do końca życia można było razem z całą rodziną figurować na policyjnej liście podejrzanych. Nikt nie miał wątpliwości, że na prawie każdy rząd modlących się przypada jeden opłacany przez władze informator. Mało prawdopodobne, by ktokolwiek - czy był muzułmaninem, policyjnym szpiclem czy jednym i drugim - zapomniał, że przed 11 września właśnie w Hamburgu znaleźli bezpieczne schronienie trzej spośród porywaczy - nie mówiąc już o ich współpracownikach i wspólnikach - ani że Mohammed Atta, ten sam, który skierował pierwszy z samolotów na Bliźniacze Wieże, czcił swego gniewnego boga w pewnym skromnym hamburskim meczecie.
Inna rzecz, że od śmierci męża Leila wraz z Melikiem stali się jakby mniej gorliwi w swej wierze. Nieboszczyk był oczywiście muzułmaninem, ale i osobą jak najbardziej świecką, mocno zaangażowaną w obronę praw pracowniczych - przecież właśnie dlatego musiał uchodzić z ojczystego kraju. Tego dnia w ogóle tylko dlatego poszli do meczetu, że Leila, jak to Leila, impulsywnie tego zapragnęła. Teraz była szczęśliwa, żal po mężu powoli przestawał ją przytłaczać - lecz bądź co bądź zbliżała się pierwsza rocznica jego śmierci. Czuła potrzebę porozmawiania z nim, podzielenia się dobrą nowiną. Co prawda na główną piątkową modlitwę i tak już się spóźnili i równie dobrze mogli pomodlić się w domu, kaprysy Leili jednak zawsze były prawem. Logicznie rozumując, że osobiste prośby wysłuchiwane są lepiej, gdy przedstawia się je wieczorem, uparła się iść na ostatnie modły tego dnia - zresztą wtedy w meczecie na ogół nie ma tłoku.
Najwyraźniej więc drugie spotkanie Melika z chudym chłopcem, podobnie jak pierwsze, było całkowicie przypadkowe. Przecież inaczej być nie mogło. A przynajmniej tak się wówczas wydawało prostodusznemu, dobrotliwemu Melikowi.
Następnego dnia była sobota, więc Melik pojechał autobusem na drugi koniec miasta do bogatego stryjka, który prowadził rodzinną wytwórnię świec. Stosunki między stryjem i ojcem bywały czasem napięte, ale od śmierci tego drugiego młody człowiek nauczył się cenić przyjaźń krewnego. Wskoczył zatem do autobusu i kogo wtedy zobaczył pod szklaną wiatą przystanku? Oczywiście tego samego chudzielca. Chudzielec patrzył, jak Melik odjeżdża, a gdy ten sześć godzin później wrócił na przystanek, chłopak ciągle tam tkwił. Opatulony arafatką i płaszczem magika, skulony w tym samym kącie wiaty - czekał.
Melik, którego życiową zasadą było miłować tak samo całą ludzkość, poczuł do tego jej przedstawiciela bardzo nieładną i niemającą nic wspólnego z miłosierdziem awersję. Miał wrażenie, że ten chudzielec o coś ma do niego pretensje, i bardzo mu się to nie spodobało. Jeszcze mniej podobał mu się wyraz twarzy tamtego - pełen wyższości mimo nędznego wyglądu. I jeszcze ten wielki płaszcz - czy on myśli, że robi się niewidzialny? A może próbuje dać do zrozumienia, że ma gdzieś nasze zachodnie zwyczaje i dlatego w ogóle nie zwraca uwagi na własny wygląd?
Tak czy inaczej Melik powziął silne postanowienie pozbycia się natręta. Zamiast podejść do niego, zapytać, czy nie jest chory, czy nie potrzebuje pomocy - jak uczyniłby w innej sytuacji - ruszył szybkim krokiem do domu pewny, że chudy chłopak nie ma najmniejszych szans dotrzymać mu kroku.
Dzień był jak na wiosnę niezwykle upalny, słoneczny blask odbijał się od zatłoczonego chodnika. Mimo to chudzielcowi jakimś cudem udało się nadążać za Melikiem. Kusztykał, sapał, rzęził i zlewał się potem, od czasu do czasu podskakując jakby z bólu, ale i tak doganiał go przed każdym przejściem przez jezdnię.
A gdy Melik otworzył drzwi i wszedł do ceglanego domku, który po kilku dziesięcioleciach oszczędzania mama właśnie prawie do końca spłaciła, nie czekał długo, nim przy tych samych drzwiach zadźwięczał dzwonek. Kiedy wrócił na dół i otworzył, zobaczył przed sobą, oczywiście, chudego chłopaka z wielbłądzią torbą na ramieniu, oczyma pałającymi ze zmęczenia po forsownym marszu i twarzą mokrą od potu jak po letnim deszczu, trzymającego w drżącej dłoni kawałek brązowego kartonu z takim oto napisem po turecku: Jestem muzułmaninem, studentem medycyny. Jestem zmęczony i chciałbym zatrzymać się u Państwa. Issa. Jakby na potwierdzenie tych słów z pięknej złotej bransoletki na przegubie jego ręki zwisała maleńka złota replika Koranu.
Teraz jednak Melik już się wściekł. W porządku, w szkole nie był może największym prymusem, jakiego tam pamiętano, ale bynajmniej nie lubił poczucia winy, nie lubił, żeby ktoś go śledził i za nim łaził - szczególnie kiedy tym kimś był zarozumiały żebrak. Melik był dumny, że po śmierci ojca właśnie on wziął na siebie rolę pana domu i opiekuna matki, tym bardziej że udało mu się to, co nie udało się jego ojcu: jako turecki imigrant w drugim pokoleniu rozpoczął dla siebie i mamy żmudną i najeżoną przeciwnościami drogę do obywatelstwa niemieckiego, co oznaczało wzięcie przez władze pod mikroskop wszelkich aspektów życia całej rodziny, pierwszym zaś i koniecznym warunkiem było osiem lat prowadzenia się bez zarzutu. Najście przez pomylonego włóczęgę podającego się za studenta medycyny mogło i Melikowi, i jego mamie tylko zaszkodzić.
- Won stąd - opryskliwie rzucił chudzielcowi po turecku i zastawił sobą całe drzwi. - Ale już. Przestań za nami łazić. I żebym cię tu więcej nie widział.
Ponieważ na wychudłej twarzy nie zobaczył żadnej reakcji poza grymasem bólu, Melik powtórzył swoje żądanie po niemiecku. Lecz kiedy już zamierzał zatrzasnąć tamtemu drzwi przed nosem, zobaczył, że na schodach stoi za nim Leila, patrząc nad jego ramieniem na chłopca i na drżący w jego dłoni napis na kartonie.
I że ma łzy w oczach.
Minęła niedziela, a w poniedziałek rano Melik znalazł wymówkę, by nie iść do pracy, czyli do sklepu spożywczego kuzyna w Wellingsbüttel. Powiedział mamie, że musi zostać w domu i trenować na otwarty turniej boksu amatorskiego, pójść na siłownię i na basen olimpijski. Tak naprawdę jednak uznał, że nie byłoby bezpiecznie zostawić ją samą z tym kopniętym dryblasem z manią wielkości, który jeśli się nie modlił albo gapił w ścianę, snuł się po domu i czule wszystkiego dotykał, jakby pamiętał to z dawnych czasów. W opinii własnego syna Leila była osobą świętą, ale od śmierci męża stała się impulsywna i kierowała się wyłącznie uczuciami. Tym, których postanowiła kochać, potrafiłaby wybaczyć nie wiadomo jakie grzechy. Łagodne zachowanie Issy, jego nieśmiałość i nagłe a niespodziewane napady szczęśliwości sprawiły, że natychmiast stał się członkiem tej ekskluzywnej kategorii ludzkiej.
I w poniedziałek, i we wtorek Issa właściwie tylko spał, modlił się i kąpał. W kontaktach z gospodarzami używał łamanego języka tureckiego z dziwacznym gardłowym akcentem. Odzywał się znienacka i wtedy mówił dużo, pośpiesznie, jakby mówienie było zakazane - a mimo to w uszach Melika wciąż brzmiało to nieznośnie i mentorsko. Poza tym tylko jadł. Gdzie mu się to mieściło? O jakiejkolwiek porze dnia Melik przychodził do kuchni, zastawał tam intruza pochylonego nad miską pilawu. Łyżka ani na chwilę nie zatrzymywała się w powietrzu, oczy łypały na wszystkie strony, jakby ktoś zaraz miał mu wyrwać talerz. Kiedy kończył, wycierał miskę do czysta kawałkiem chleba, który potem zjadał, mrucząc: "Bogu niech będą dzięki". Wtedy na jego twarzy pojawiał się lekki uśmieszek, jakby był w posiadaniu tajemnicy, której inni nie są godni poznać, potem zanosił miskę do zlewu i sam ją mył pod bieżącą wodą - na coś takiego Leila nigdy nie pozwoliłaby synowi czy mężowi, bo kuchnia była jej królestwem, gdzie mężczyźni nie mieli wstępu.
- To kiedy zamierzasz iść na tę twoją medycynę? - zapytał z głupia frant Melik, ale tak, żeby mama słyszała.
- Niedługo, jeśli Bóg pozwoli. Muszę być silny. I nie żebrać.
- Wiesz, będziesz musiał załatwić sobie wizę pobytową. I legitymację studencką. Nie mówiąc już o stu tysiącach euro na mieszkanie i wyżywienie. I o ładnym kabrioleciku, żeby mieć czym wozić dziewczyny.
- Bóg jest miłosierny. Kiedy nie będę żebrał, da mi, co mi będzie potrzeba.
W opinii Melika nawet taka pewność siebie była przejawem czegoś więcej niż tylko pobożności.
- Mamo, jego pobyt kosztuje nas kupę kasy - oznajmił, wdarłszy się raz do kuchni, korzystając z tego, że Issa był na poddaszu. - Tyle żre, tyle się kąpie...
- Nie więcej niż ty, Melik.
- Nie, ale on to nie ja, prawda? My nawet nie wiemy, co to za jeden.
- Issa to nasz gość. Kiedy przyjdzie do zdrowia, zastanowimy się nad jego przyszłością, jeśli Allah pozwoli - odparła górnolotnie mama.
Mało przekonywające wysiłki Issy, by nie robić im kłopotu, w rzeczywistości sprawiały, że Melikowi tym bardziej zawadzał. Kiedy przemykał się wąskim korytarzem albo zaczynał wspinać po schodkach na poddasze, gdzie Leila przygotowała mu posłanie, zachowywał się z nadmierną - zdaniem Melika - ostrożnością, za każdym razem nadając swym ciemnym oczom błagalny wyraz i przywierając do ściany, gdy musiał wyminąć któreś z nich.
- Issa był w więzieniu - oznajmiła Leila pewnego ranka z pełną wyrozumiałością.
Melik był wstrząśnięty.
- Jesteś pewna? Przechowujemy u siebie kryminalistę? A czy policja też jest pewna? A może on sam ci powiedział?
- Powiedział, że w więzieniu w Stambule dają dziennie tylko po kromce chleba i misce ryżu - powiedziała Leila i nim Melik zdążył przedstawić kolejne obiekcje, wygłosiła jedną z ulubionych maksym swego zmarłego męża: - Gościa trzeba szanować. I pomagać ludziom w potrzebie. Żaden dobry uczynek nie zostanie bez nagrody w raju - wyrecytowała. - A twój ojciec nie siedział w Turcji? Nie każdy, kto idzie do więzienia, to zaraz kryminalista. Dla ludzi takich jak Issa czy twój ojciec więzienie to powód do chwały.
Melik jednak wiedział, że mama coś skrywa. Że wymyśliła coś, z czym nie chce się zdradzić. I rzeczywiście: oto Allah wysłuchał jej modlitw i w zamian za męża, którego zabrał do siebie, zesłał jej drugiego syna. A że był nim na wpół obłąkany kryminalista bez prawa pobytu, za to z manią wielkości, najwyraźniej nie miało dla niej najmniejszego znaczenia.
Był z Czeczenii. Okazało się to wieczorem trzeciego dnia pobytu Issy, gdy Leila zaskoczyła ich obu, wypowiadając parę zdań po czeczeńsku - w języku, którego Melik nigdy dotąd w jej ustach nie słyszał. Wychudła twarz Issy rozjaśniła się nagłym zdumionym uśmiechem, który niemal równie szybko zniknął, po czym sam Issa jakby do reszty oniemiał. Ale Leila bardzo prosto wytłumaczyła swe lingwistyczne umiejętności: w Turcji jako mała dziewczynka bawiła się z mieszkającymi w jej wiosce czeczeńskimi dziećmi i nauczyła się trochę ich języka. Już na pierwszy rzut oka domyśliła się, że Issa jest Czeczenem, lecz nic nie mówiła, bo z Czeczenami nigdy nie wiadomo.
Był z Czeczenii, jego matka nie żyła, jedyne, co mu po niej zostało, to ta złota bransoletka z miniaturką Koranu, którą włożyła mu na rękę, nim umarła. Natomiast kiedy i jak umarła, ile miał lat, gdy odziedziczył po niej tę bransoletkę - tych pytań albo naprawdę nie rozumiał, albo nie chciał zrozumieć.
- Czeczenów wszędzie nienawidzą - wyjaśniła Melikowi Leila, podczas gdy Issa z powrotem pochylił głowę i zabrał się za jedzenie. - Ale my nie. Słyszysz, co mówię, Melik?
- No pewnie, że słyszę, mamo.
- Wszyscy oprócz nas prześladują Czeczenów - ciągnęła. - Tak jest i w Rosji, i na całym świecie. Nie tylko Czeczenów, wszystkich rosyjskich muzułmanów. Putin ich prześladuje, a pan Bush jeszcze go podjudza. Putinowi wystarczy, że nazywa to wojną z terrorem, i zaraz może robić, co chce, i nikt nie będzie go powstrzymywał. Nie tak jest, Issa?
Krótka chwila radości Issy dawno jednak minęła. Na jego umęczoną twarz powrócił cień, w piwne oczy - ogień cierpienia, wychudła dłoń zacisnęła się obronnym gestem na bransolecie. Powiedz coś, niech cię diabli, powtarzał w myśli zdegustowany Melik. Jeżeli ktoś niespodziewanie zaczyna mówić do mnie po turecku, ja po turecku odpowiadam, bo tego wymaga grzeczność! A ty czemu żałujesz mojej mamie paru słów podziękowania po czeczeńsku? A może jesteś za bardzo zajęty napychaniem się tym, czym cię częstuje?
Melik miał i inne zmartwienia. Przeprowadziwszy inspekcję poddasza, które Issa traktował jak własne niezawisłe terytorium - chyłkiem, korzystając z tego, że Issa siedział w kuchni i jak zwykle gadał z jego mamą - dokonał pewnych ważnych odkryć: znalazł ukryte resztki jedzenia, jakby Issa przygotowywał ucieczkę; znalazł oprawne w złocone ramki zdjęcie siostry Melika, obecnie szczęśliwej narzeczonej, w wieku lat osiemnastu, skradzione z bezcennego dla mamy rodzinnego ołtarzyka w salonie; znalazł lupę ojca leżącą na hamburskiej książce telefonicznej, otwartej na stronie z numerami licznych w tym mieście banków.
- Bóg dał twojej siostrze miły uśmiech - wyjaśniła Leila z zadowoleniem, odpowiadając na wściekłe zapewnienia Melika, że ukrywają u siebie nie dość, że nielegalnego imigranta, to jeszcze seksualnego zboczeńca. - Ten jej uśmiech ulży sercu Issy.
A więc Issa był z Czeczenii niezależnie od tego, czy mówił czy nie mówił po czeczeńsku. Stracił oboje rodziców, lecz pytany o nich robił minę równie zdziwioną jak jego gospodarze i unosząc brwi, grzecznie odwracał wzrok w kąt pokoju. Nie miał ani ojczyzny, ani domu, był byłym więźniem i nielegalnym imigrantem, ale kiedy już nie będzie żebrakiem, Allah umożliwi mu studia medyczne.
A tak się złożyło, że Melik też kiedyś marzył o zostaniu lekarzem i nawet uzyskał od ojca i stryjów obietnicę wspólnego sfinansowania studiów, choć pociągałoby to za sobą daleko idące wyrzeczenia ze strony całej rodziny. Gdyby jednak trochę lepiej zdał maturę i może ciut mniej zajmował się sportem, tam właśnie byłby teraz - na studiach medycznych. Byłby na pierwszym roku i wkuwałby wiedzę ku chwale swojej rodziny. Nic dziwnego w tej sytuacji, że spokojne zapewnienia Issy, jakoby Allah miał umożliwić mu to, co w tak oczywisty sposób nie powiodło się Melikowi, kazały temu ostatniemu zlekceważyć nakazy Leili i na tyle, na ile pozwalało mu na to jego dobroduszne w sumie serce, przeprowadzić dokładne przesłuchanie nieproszonego gościa.
Nikt nie mógł w tym Melikowi przeszkodzić, bo Leila poszła na zakupy i miała wrócić dopiero późnym południem.
- To ty już trochę studiowałeś medycynę, tak? - zapytał, przysiadając się do Issy, by było bardziej przyjacielsko, i uważając się za najchytrzejszego śledczego świata. - Fajnie.
- Byłem w szpitalu, proszę pana.
- Na praktyce?
- Byłem chory, proszę pana.
Skąd tyle tych "proszę pana"? Też z więzienia?
- Ale być pacjentem to nie to samo co lekarzem, no nie? Lekarz musi wiedzieć, co komu jest. A pacjent siedzi i czeka, aż lekarz go wyleczy.
Issa przyjął to stwierdzenie w taki jakiś skomplikowany sposób, w jaki przyjmował wszelkie stwierdzenia, długie czy krótkie: to uśmiechnął się gdzieś w dal, to podrapał się po brodzie swymi pajęczymi palcami, wreszcie rozpromienił się, lecz nic nie odpowiedział.
- A ile masz lat? - zapytał Melik trochę bardziej wprost, niż początkowo zamierzał. - Jeżeli nie masz nic przeciwko temu, że pytam - dodał sarkastycznie.
- Dwadzieścia trzy, proszę pana. - Tym razem także odpowiedź przyszła po dłuższym namyśle.
- To jesteś już dość stary, nie? Nawet jak pobytówkę ci dadzą jutro, lekarzem zostaniesz, jak będziesz miał trzydzieści pięć lat, nie? A jeszcze musisz się nauczyć niemieckiego. Za to też trzeba płacić.
- Jak Bóg pozwoli, ożenię się z porządną kobietą i będę miał dużo dzieci. Dwóch chłopców, dwie dziewczynki.
- Ale nie z moją siostrą. Bo ona, niestety, wychodzi za mąż już za miesiąc.
- Oby miała wielu synów, jeśli Bóg pozwoli, proszę pana.
Melik zastanowił się, jak teraz zaatakować, i wreszcie się zdecydował:
- A w ogóle jak dostałeś się do Hamburga? - zapytał.
- To bez znaczenia.
Bez znaczenia? A skąd mu się wziął taki zwrot, i to po turecku?
- Nie wiedziałeś, że uchodźców traktują tu gorzej niż w jakimkolwiek innym mieście w całych Niemczech?
- Hamburg będzie moją ojczyzną, proszę pana. Tu mnie przywieźli. Taki był boski wyrok Allaha.
- Kto cię przywiózł? Jacy oni?
- Różni ludzie, proszę pana.
- Jak to: różni?
- Może Turcy, może Czeczeni... Zapłaciliśmy. Zabrali nas na statek. Wsadzili do kontenera. W takim kontenerze mało powietrza.
Issa zaczynał się pocić, lecz Melik nie mógł się teraz wycofać.
- My? Jacy: my?
- Grupa była, proszę pana. Ze Stambułu. Ale sami źli ludzie. Ja takich nie szanuję. - Znów ten pełen wyższości ton w połączeniu z łamanym tureckim.
- Ilu was było?
- Może dwudziestu. A w kontenerze zimno. Po paru godzinach bardzo zimno. Statek płynął do Danii. Byłem szczęśliwy.
- Pewnie do Kopenhagi, co? Do Kopenhagi? To stolica Danii.
- Tak - rozpromienił się, jakby Kopenhaga świetnie mu się kojarzyła. - Do Kopenhagi. W Kopenhadze poszłoby dobrze. W Kopenhadze uciekłbym od złych ludzi. Ale ten statek nie płynął od razu do Kopenhagi. Najpierw musiał do Szwecji. Do Göteborga. Tak?
- Rzeczywiście, jest taki port. W Szwecji - przyznał Melik.
- A w Göteborgu statek miał przybić, wziąć ładunek, potem płynąć do Kopenhagi. Kiedy dopłynął do Göteborga, byliśmy bardzo chorzy, bardzo głodni. Na statku mówią nam: "Nie hałasować. Szwedzi źli. Szwedzi was zabiją". Nie hałasowaliśmy, ale Szwedom nie spodobał się nasz kontener. Mieli psa... - Zastanowił się przez chwilę. - "Nazwisko proszę" - wyrecytował na tyle głośno, że Melik aż usiadł. - "Papiery proszę. Z więzienia? A za co siedziałeś? Uciekłeś z więzienia? A jak?" Mieli dobrych doktorów. Szanuję takich doktorów. Dali nam spać. Jestem im wdzięczny. Kiedyś sam będę takim doktorem. Ale muszę uciekać, jak Bóg pozwoli. Uciec ze Szwecji nie ma szans. NATO ma druty, dużo strażników. Jest ubikacja. A w ubikacji okno. Za oknem brama z portu. Kolega umiał otworzyć bramę. Kolega ze statku. Wróciłem na statek. Statek zawiózł mnie do Kopenhagi. Mówię: nareszcie się udało. Z Kopenhagi ciężarówką do Hamburga. Ja kocham Boga, proszę pana. Ale Zachód też kocham. Na Zachodzie będzie mi wolno go czcić.
- To do Hamburga przyjechałeś ciężarówką?
- Tak było załatwione.
- Czeczeńską ciężarówką?
- Kolega musiał mnie najpierw zaprowadzić na drogę.
- Ten twój kolega z załogi? Ten kolega? Ten sam?
- Nie, proszę pana. Inny kolega. Do drogi szło się trudno. Zanim była ciężarówka, musieliśmy jedną noc spać w polu. - Spojrzał w górę i wychudłe rysy na chwilę napełniły się wyrazem czystej radości. - Gwiazdy były. Bóg miłosierny. Chwała mu za to.
Zmagając się z tym wszystkim, co w tej opowieści było mało prawdopodobne, onieśmielony przez żar, z jakim została opowiedziana, lecz wściekły, że tyle w niej przemilczeń i że nie potrafi ich w żaden sposób wypełnić, Melik czuł, że ta jego wściekłość rozlewa mu się po ramionach i pięściach i że jego bokserskie nerwy skręcają mu się w żołądku.
- To w takim razie gdzie cię wysadziła? Ta zaczarowana ciężarówka, która pojawiła się nie wiadomo skąd? I gdzie cię podwiozła?
Issa jednak już go nie słuchał, jeżeli w ogóle słuchał go jeszcze przed chwilą. Nagle - albo nagle tylko dla poczciwego, ale mało spostrzegawczego Melika - coś, co narastało w Issie, nagle wybuchło. Jak pijany ociężale dźwignął się na nogi i z zaciśniętą na ustach dłonią powlókł się do drzwi, z wysiłkiem je otworzył, choć nawet nie były zamknięte na klamkę, i pokuśtykał do łazienki. Po chwili dom wypełnił się jękami i odgłosami torsji, jakich Melik nie słyszał od śmierci ojca. Stopniowo ucichły, po czym dał się słyszeć najpierw szum wody, potem otwarcie i zamknięcie drzwi łazienki, i wreszcie skrzypienie schodków na poddasze. Później nastała głęboka, niepokojąca cisza, przerywana tylko co kwadrans ćwierkaniem elektronicznej kukułki w zegarze Leili.
O czwartej tego samego popołudnia wróciła obładowana zakupami Leila i prawidłowo odczytawszy panującą w domu atmosferę, dała Melikowi burę za niegościnność i splamienie dobrego imienia rodziny. Potem i ona skryła się w swym pokoju, i miotała się po nim w samotności aż do chwili, gdy trzeba było przygotować kolację. Wtedy cały dom napełnił się wonią jedzenia, ale teraz z kolei Melik nie ruszał się ze swego łóżka. O wpół do dziewiątej Leila uderzyła w mosiężny gong - cenny prezent ślubny - który dla Melika zawsze brzmiał trochę jak wyrzut sumienia. Wiedząc, że w takich chwilach mama nie toleruje spóźnialskich, wślizgnął się do kuchni, lecz unikał jej wzroku.
- Issa, kochany, chodź na dół! - zawołała Leila i nie uzyskawszy odpowiedzi, chwyciła laskę nieboszczyka męża i stuknęła w sufit jej gumową stopką, równocześnie spoglądając z wyrzutem na Melika, który pod wpływem jej lodowatego spojrzenia odważył się ruszyć na poddasze.
Issa leżał na materacu w samej bieliźnie. Był zlany potem i skulony na boku. Zdjętą z przegubu bransoletę po matce ściskał kurczowo w mokrej dłoni. Na szyi miał zawieszoną na rzemyku brudną skórzaną sakiewkę. Szeroko otwarte oczy chyba nawet nie zarejestrowały obecności Melika. Ten sięgnął, by dotknąć ramienia Issy, i cofnął się z przerażeniem. Ciało Issy od pasa w górę pokrywała siatka krzyżujących się niebiesko-pomarańczowych sińców. Jedne wyglądały na ślady po biczu, inne po jakimś tępym narzędziu. Na podeszwach stóp - tych samych, które wydeptywały hamburskie chodniki - Melik zauważył jątrzące się rany po przypalaniu papierosem. Dla przyzwoitości owinąwszy Issę w pasie kocem, Melik uniósł go ostrożnie i spuścił przez właz na poddasze w nadstawione ręce Leili.
- Połóż go w moim łóżku - szepnął przez łzy. - Ja będę spał na podłodze. Co tam!... Dam mu nawet zdjęcie siostry, niech się do niego uśmiecha - dodał, przypomniawszy sobie o znalezionym na poddaszu zdjęciu, i wrócił po nie na górę.
Zmaltretowane ciało Issy leżało opatulone szlafrokiem Melika, posiniaczone nogi wystawały za kraniec łóżka Melika, w zaciśniętej kurczowo dłoni wciąż tkwił złoty łańcuszek, nieruchomy wzrok ani na chwilę nie odrywał się od ściany, na której widniały dowody chwały Melika: prasowe zdjęcia triumfującego czempiona, jego bokserskie pasy i przynoszące szczęście rękawice. Tuż obok na podłodze klęczał sam Melik. Chciał wezwać lekarza, zapłacić mu z własnych pieniędzy, Leila jednak nie pozwoliła mu sprowadzać nikogo. To zbyt niebezpieczne. Dla Issy, ale dla nas też. Zapomniałeś, że staramy się o obywatelstwo? Rano gorączka spadnie, zacznie zdrowieć.
Gorączka nie spadła.
Spowita w wielką chustę Leila, część drogi odbywszy taksówką - aby zniechęcić wyimaginowanych prześladowców - złożyła niezapowiedzianą wizytę w meczecie na drugim końcu miasta, do którego uczęszczał podobno jeden z nowo przybyłych tureckich lekarzy. Trzy godziny później wróciła wściekła do domu. Ten nowy młody lekarz okazał się głupcem i oszustem. Na niczym się nie zna, nie ma ani podstawowych kwalifikacji, ani poczucia obowiązków religijnych i najprawdopodobniej w ogóle nie jest lekarzem.
Tymczasem pod jej nieobecność gorączka Issie trochę spadła, Leila mogła więc ograniczyć się do najprostszych zabiegów pielęgnacyjnych, wykorzystując umiejętności zdobyte w czasach, gdy rodziny nie stać było na lekarzy albo jeszcze się ich obawiano. Oświadczyła, że gdyby Issa doznał obrażeń wewnętrznych, nie mógłby tak pchać w siebie jedzenia, jak pchał, i że w takim razie można spokojnie podać mu aspirynę, by do reszty spędzić gorączkę, albo napoić go wodą ryżową z tureckimi naparami ziołowymi.
Zdając sobie sprawę, że Issa ani w zdrowiu, ani w chorobie nie życzyłby sobie, by to ona dotykała jego nagiego ciała, wyekwipowała Melika w ręczniki, okład na czoło i miskę z zimną wodą i kazała przemywać pacjenta co godzinę. W tym celu wciąż jeszcze nękany wyrzutami sumienia Melik musiał zdjąć Issie z szyi skórzaną sakiewkę.
Po długim wahaniu, odczekawszy, aż Issa obróci się twarzą do ściany i zapadnie w półsen przerywany tylko urywanymi pomrukami po rosyjsku, Melik - wyłącznie w interesie gościa, tak przynajmniej sobie to tłumaczył - zdecydował się wreszcie rozwiązać rzemyk i rozchylić sakiewkę.
Najpierw wyjął z niej spięte gumką, zrolowane pożółkłe wycinki z rosyjskich gazet. Zdjął gumkę i rozłożył wycinki na podłodze. Wspólnym elementem każdego było zdjęcie oficera Armii Czerwonej w mundurze. Oficer miał szerokie czoło, potężną żuchwę i w ogóle wyglądał na chama. Mógł mieć trochę ponad sześćdziesiąt lat. Na dwóch wycinkach widniały nekrologi upstrzone prawosławnymi krzyżami i odznakami pułkowymi.
Drugim znaleziskiem Melika był plik spiętych klipsem nowych amerykańskich banknotów pięćdziesięciodolarowych w liczbie dziesięciu. Na ich widok powróciły wszystkie dawne podejrzenia. Zagłodzony, bezdomny, bez grosza przy duszy i pobity uciekinier ma w sakiewce pięćset nowiutkich dolarów?! Czy on je ukradł?... Podrobił?... Czy za to siedział w więzieniu?... Czy tyle mu zostało po spłaceniu przemytników, ludzi ze Stambułu, członka załogi statku, który był tak miły, że go tam ukrył, i kierowcy ciężarówki, który przerzucił go z Kopenhagi do Hamburga? A jeżeli teraz zostało mu pięćset, to ile musiało tego być, kiedy wyruszał w podróż? Więc może te jego bajki o medycynie to wcale nie takie bajki?
Trzecim znaleziskiem była zabrudzona biała koperta, zmięta w kulę, jak gdyby ktoś chciał ją wyrzucić, ale potem zmienił zdanie - bez znaczka ani adresu, z oderwanym skrzydełkiem. Rozprostowawszy ją, Melik wydobył ze środka równie zmięty jednostronicowy list pisany na maszynie cyrylicą. W nagłówku miał wydrukowany dużymi, tłustymi literami adres, datę i nadawcę - tak przynajmniej można się było domyślać. Pod niezrozumiałym tekstem znajdował się nieczytelny podpis złożony niebieskim atramentem, pod nim zaś dopisana ręcznie sześciocyfrowa liczba, wykaligrafowana bardzo wyraźnie. Każda cyfra została nadpisana kilkakrotnie, jakby chciała powiedzieć: "Zapamiętaj!".
Ostatnim skarbem w sakiewce był kluczyk - mały kluczyk o okrągłym trzpieniu, nie większy niż pół palca bokserskiej dłoni Melika. Był robiony maszynowo, nie ręcznie, i miał trzy skomplikowane rzędy ząbków; za mały na drzwi więzienne, pomyślał Melik, za mały na bramę w Göteborgu prowadzącą z powrotem na statek. Ale na przykład do kajdanek mógłby pasować jak ulał.
Melik schował skarby Issy do sakiewki, po czym wsunął ją pod przepoconą poduszkę, by właściciel odnalazł ją zaraz po przebudzeniu. Jednakże następnego ranka wciąż jeszcze było w nim przemożne poczucie winy. Podczas całonocnego czuwania na podłodze, o stopień niżej od leżącego na łóżku Issy, dręczyły go wizje poranionych kończyn gościa i przekonanie o własnej małości.
Jak każdy bokser znał ból - a przynajmniej wydawało mu się dotąd, że zna. Jako tureckie dziecko ulicy nie tylko bił innych - sam też bywał bity. Nawet podczas ostatniej turniejowej walki grad ciosów przeciwnika pchnął go w czerwoną ciemność, z której wielu bokserom nie udaje się powrócić. Na zawodach pływackich, podczas których konkurował z rodowitymi Niemcami, wciąż sprawdzał granice własnej wytrzymałości - a przynajmniej tak mu się dotąd zdawało.
Ale w porównaniu z Issą nie przechodził jeszcze żadnej próby.
Issa to mężczyzna, ja jestem wciąż małym chłopcem. Zawsze chciałem mieć brata i oto teraz stanął na mym progu, a ja go odrzuciłem. On cierpiał za własne przekonania, kiedy ja uganiałem się za tanią sławą na bokserskim ringu.
Wczesnym świtem nieregularny oddech, przez który Melik przez całą noc leżał jak na szpilkach, przeszedł w bardziej równomierne charczenie. Przy zmianie okładu Melik stwierdził z ulgą, że gorączka opadła. Już przed południem następnego dnia gość spoczywał jak basza na stercie złotych atłasowych, zdobnych w kutasiki poduszek Leili przyniesionych z salonu, gospodyni zaś karmiła go życiodajną papką własnej produkcji. Złoty łańcuszek po matce wrócił na swe miejsce na przegubie.
Czerwony ze wstydu Melik odczekał, aż Leila zamknie za sobą drzwi. Klęknął przy łóżku Issy i zwiesił głowę.
- Zaglądałem do twojej sakiewki - powiedział. - Tak mi wstyd, że to zrobiłem. Niech miłosierny Allah mi wybaczy.
Issa pogrążył się w typowym dla niego, tak długim, że zdawałoby się, wiecznym milczeniu, ale po chwili położył wynędzniałą dłoń na barku Melika.
- Nigdy do niczego się nie przyznawaj, przyjacielu - poradził mu sennie, ściskając jego dłoń. - Jeżeli się przyznasz, będą cię tu trzymali do końca życia.
Była godzina szósta po południu w następny piątek, gdy prywatny bank Brue Fr?res plc, dawniej z siedzibą w Glasgow, Rio de Janeiro i Wiedniu, a obecnie w Hamburgu, kładł się spać na cały weekend.
Punktualnie o siedemnastej trzydzieści muskularny portier zamknął frontowe drzwi ładnej willi z tarasem wychodzącym na jezioro Binnenalster. Parę minut później główna kasjerka zamknęła skarbiec i włączyła alarm, kierowniczka sekretariatu pomachała na pożegnanie ostatniej z wychodzących dziewczyn, sprawdziła komputery i kosze na śmieci, najstarsza zaś pracownica banku, Frau Ellenberger, przełączyła telefony na odbiór automatyczny, naciągnęła na głowę beret, odpięła żelazną blokadę z pozostawionego na dziedzińcu roweru i odjechała, by odebrać córkę siostrzenicy z lekcji tańca.
Ale nie omieszkała przedtem żartobliwie skarcić swego pracodawcy, pana Tommy'ego Brue, ostatniego z żyjących współwłaścicieli banku i nosicieli tego sławnego nazwiska.
- Mister Tommy, pan jest jeszcze gorszy niż my, Niemcy - łajała go swą doskonale wyuczoną angielszczyzną, zaglądając do jego gabinetu. - Dlaczego pan tak się zamęcza? Przyszła wiosna! Nie widział pan krokusów i magnolii? Proszę pamiętać, że ma pan już sześćdziesiąt lat. Powinien pan iść do domu i wypić kieliszek wina z małżonką w waszym pięknym ogrodzie! Bo jeżeli nie, wytrze się pan do podszewki - ostrzegła go bardziej po to, by pochwalić się swą miłością do powiastek Beatrix Potter niż w nadziei, że szef się poprawi.
Brue uniósł prawą dłoń i pomachał nią, dobrodusznie parodiując gest papieskiego błogosławieństwa.
- Szerokiej drogi, Frau Elli - odpowiedział niby to z rezygnacją. - Skoro moi pracownicy nie chcą dla mnie pracować przez cały tydzień, ja muszę za nich pracować w weekendy. Tschüss - dodał, posyłając jej całusa.
- Tschüss, Tschüss, panie Tommy. Ukłony dla szanownej małżonki.
- Przekażę.
Oboje wiedzieli, że rzeczywistość jest inna. Bo gdy milkły telefony i pustoszały korytarze, gdy nie było już klientów domagających się widzenia z bankierem i gdy jego żona, Mitzi, szła na brydża ze znajomymi, von Essenami, Brue miał wreszcie całe to królestwo dla siebie. Mógł wtedy spokojnie zastanowić się nad całym mijającym tygodniem, przygotować się na następny. I mógł też - o ile był w nastroju - zaglądnąć w głąb własnej nieśmiertelnej duszy.
Z powodu upału, niezwykłego o tej porze roku, Brue był w koszuli z krótkim rękawem. Spodnie miał na staromodnych szelkach, marynarka zaś szytego na miarę garnituru spoczywała na równie staromodnym stojącym wieszaku, na którym złocony napis: Randall's of Glasgow, sławił nazwę firmy krawieckiej obszywającej już czwarte pokolenie rodziny Brue. Również biurko, przy którym pracował, było tym samym, które Duncan Brue, założyciel banku, zabrał ze sobą na statek, gdy w roku 1908 opuścił Szkocję, mając przy sobie tylko pięćdziesiąt złotych suwerenów w kieszeni i wielkie marzenia w duszy.
Do rodzinnej legendy przeszła także olbrzymia, bo zajmująca całą ścianę mahoniowa biblioteczka. Za jej ozdobnymi przeszklonymi drzwiczkami stały na baczność rzędy oprawnych w skórę arcydzieł literatury światowej: Dante, Goethe, Platon, Sokrates, Tołstoj, Dickens, Szekspir i, może niezbyt pasujący do tego towarzystwa, Jack London. Biblioteczkę, podobnie jak książki, otrzymał dziad Tommy'ego Brue w ramach spłaty jakiegoś długu. Czy czuł się zobowiązany je przeczytać? Legenda twierdzi, że nie, że wystarczyło mu ich posiadanie.
A na ścianie naprzeciw biurka, niczym ostrzegawczy znak drogowy stojący wiecznie na linii wzroku, wisiało oryginalne, ręcznie malowane, oprawione w złotą ramę drzewo genealogiczne rodziny Brue. Korzenie wielowiekowego dębu tkwiły głęboko w brzegu srebrzystej rzeki Tay. Jego gałęzie sięgały na wschód - ku starej Europie - i na zachód - ku Nowemu Światu. Złote żołędzie przedstawiały miasta, w których zawierane za granicą małżeństwa ożywiały krew rodu, nie mówiąc o jego finansowych zasobach.
Sam zaś Brue był godnym, choć ostatnim już spadkobiercą tej szlachetnej linii. W głębi duszy wiedział zapewne, że Fr?res - bo tak o banku mówiono w rodzinnym gronie - stali się oazą staroświeckiego sposobu prowadzenia interesów. On jeszcze prowadzi Fr?res, ale czas Fr?res już się kończy. Prawda, ma przecież córkę, Georgie, z pierwszego małżeństwa, lecz ostatnim znanym mu miejscem zamieszkania Georgie był aszram pod San Francisco. Bankowość nigdy nie leżała w kręgu jej zainteresowań.
Z wyglądu jednak Brue wcale nie był staroświecki: dobrze zbudowany, dyskretnie przystojny, z szerokim piegowatym czołem i typową dla Szkota wiechą kręconych rudobrązowych włosów, które jakoś udawało mu się okiełznywać i nawet zaczesywać z przedziałkiem przez środek. I była w nim pewność siebie, jaką daje zamożność, za to bez często towarzyszącej jej arogancji. Jego twarz, jeśli nie tężała w zawodowej skrytości, była sympatyczna i mimo całego życia spędzonego za sterami banku - a może właśnie dzięki temu - młoda i pozbawiona zmarszczek. Gdy Niemcy nazywali go typowym Anglikiem, wydawał z siebie głośny śmiech i obiecywał znieść tę zniewagę ze szkocką cierpliwością. Jeżeli należał do ginącego gatunku, to równocześnie w głębi serca był z tego całkiem dumny: Tommy Brue, sól ziemi, dobry człowiek na ciężkie czasy, bynajmniej nie geniusz, ale tym lepiej; ma wspaniałą żonę, jest doskonałym kompanem przy stole, niezłym golfistą. Tak przynajmniej o nim mówiono - i bardzo dobrze.
Przeglądnąwszy ostatni raz kursy zamknięcia i przeliczywszy to na aktywa banku - normalny spadek na piątkowe popołudnie, nie ma się czym przejmować - Brue wyłączył komputer i przebiegł wzrokiem stertę akt zostawionych mu na biurku przez Frau Ellenberger.
Przez cały tydzień zmagał się z niemal niezrozumiałymi zawiłościami współczesnego świata bankierskiego, w którym wiadomo, komu tak naprawdę pożycza się pieniądze, mniej więcej z taką pewnością jak to, kto je wydrukował. Za to przebieg tych piątkowych seansów zależał nie tyle od potrzeby, ile od nastroju. Jeżeli nastrój był dobroduszny, Brue potrafił przez cały wieczór reorganizować za darmo trust dobroczynny któregoś z klientów; jeżeli chciał się rozerwać, wolał zająć się czyimś stadem ogierów, kurortem lub siecią kasyn. A gdy przychodziła pora na pracę z konkretnymi liczbami - którą to umiejętność zawdzięczał ciężkiej pracy, a nie rodzinnym genom - zwykle puszczał sobie Mahlera i zagłębiał się w prospekty domów maklerskich, banków i wiecznie konkurujących ze sobą funduszów inwestycyjnych.
Ale tym razem nie miał luksusu swobodnego wyboru zajęcia. Jeden z jego dobrych klientów stał się przedmiotem postępowania wyjaśniającego na Giełdzie Hamburskiej i choć Haug von Westerheim, prezes komisji, zapewniał, że do żadnych zeznań nie dojdzie, Brue uważał, że musi zaznajomić się dogłębnie z aktualnym stanem sprawy. Najpierw jednak rozparł się w fotelu i jeszcze raz rozpamiętywał chwilę, w której stary Haug złamał ustalone przez siebie zasady dyskrecji:
Wśród wspaniałych marmurów Klubu Angielsko-Niemieckiego trwa w najlepsze wystawne galowe przyjęcie - śmietanka hamburskiego świata finansowego składa hołd jednemu ze swych przedstawicieli. Dziś Tommy Brue kończy sześćdziesiąt lat i co do tego nie ma żadnych wątpliwości, gdyż jak często powtarzał jego ojciec, Edward Amadeus: "Tommy, mój synu, arytmetyka jest tą częścią naszego zawodu, która nigdy nie kłamie". Atmosfera jest podniosła, jedzenie dobre, wino jeszcze lepsze, bogaci są szczęśliwi, a Haug von Westerheim, siedemdziesięcioletni armator, człowiek wielce wpływowy, anglofil i dowcipniś, właśnie wznosi toast za zdrowie jubilata.
- Tommy, kochany chłopie, doszliśmy do wniosku, że za dużo naczytałeś się Oscara Wilde'a - zaczyna piskliwie po angielsku, gdy z wysokim kieliszkiem do szampana staje przed portretem królowej z czasów młodości. - Słyszałeś pewnie o Dorianie Grayu? Tak myśleliśmy. Bo coś nam się zdaje, że poszedłeś za przykładem Doriana Graya. Podejrzewamy, że skarbiec twego banku skrywa odrażający portret Tommy'ego ukazujący jego prawdziwy wiek. Tymczasem ty, w odróżnieniu od twej kochanej królowej, nie zamierzasz starzeć się z godnością, tylko siedzisz tu i uśmiechasz się do nas jak dwudziestopięcioletni sztubak, dokładnie tak, jak uśmiechałeś się, gdy siedem lat temu przybyłeś tu z Wiednia, by pozbawiać nas naszych ciężko zarobionych pieniędzy.
Zrywa się aplauz i nie milknie, Westerheim ujmuje elegancką dłoń żony Tommy'ego i ponieważ Mitzi jest z pochodzenia wiedenką, całuje tę dłoń podwójnie szarmancko, po czym informuje zebranych, że jej uroda, w odróżnieniu od urody jej męża, jest istotnie wieczna. Brue jest autentycznie wzruszony, podnosi się z miejsca, by podziękować Westerheimowi uściskiem dłoni, ale starszy pan, podekscytowany i własnym triumfem, i winem, chwyta go w objęcia i chrapliwie szepcze mu do ucha:
- Tommy, kochany, chłopie... to śledztwo w sprawie twojego klienta... zajmiemy się tym... najpierw sprawę przeciągnie się ze względów proceduralnych... a potem utopi się ją w Łabie... wszystkiego najlepszego, Tommy, przyjacielu... porządny z ciebie gość...
Teraz, nałożywszy okulary do czytania, Brue na nowo poświęcił się studiowaniu zarzutów przeciwko swemu klientowi. Miał wrażenie, że każdy inny bankier dawno już zatelefonowałby do Westerheima i podziękował mu za tych parę słów, tym samym zobowiązując go do dalszego działania. Ale nie Brue. Brue nie potrafił wymagać od starego, by wywiązał się z obietnicy złożonej pochopnie pod wpływem wzruszenia wywołanego uroczystą okazją.
Wziął pióro i napisał karteczkę do Frau Ellenberger: "Bardzo proszę od razu w poniedziałek zatelefonować do sekretariatu Komisji Etyki i zapytać, czy ustalono już datę. Dzięki, TB".
Zrobione, pomyślał. Teraz stary może spokojnie podjąć decyzję, czy doprowadzić do przesłuchań czy wszystko zatuszować.
Na liście spraw do załatwienia na ten wieczór znajdowała się też Wariatka Marianna, jak ją nazywał Brue - ale tylko w obecności Frau Ellenberger. Marianna, wdowa po zamożnym hamburskim handlarzu drewnem, była bohaterką najdłuższej opery mydlanej Brue Fr?res - klientką, która udowadniała, że wszystkie obiegowe opinie o bankowości prywatnej to szczera prawda. Dzisiejszy odcinek serialu miał być o tym, że Marianna doznała ostatnio religijnego objawienia pod wpływem trzydziestoletniego pastora luterańskiego z Danii i lada dzień wszystkich swych dóbr doczesnych - opiewających na bardzo konkretną kwotę równą jednej trzydziestej rezerw banku - pozbędzie się na rzecz tajemniczej fundacji non profit, nad którą pasterską opiekę sprawuje wspomniany duchowny.
Przed Brue leżą teraz wyniki poufnego śledztwa, które zlecił z własnej inicjatywy. Wyniki te nie są zbyt zachęcające. Pastor został ostatnio oskarżony o oszustwo, ale następnie uniewinniony, bo nie pojawili się świadkowie. Ma dzieci z wolnych związków z kilkoma kobietami. Tylko jak biedny bankier Brue ma o tym powiedzieć swej zakochanej po uszy klientce, nie tracąc przy tym jej rachunku? Wariatka Marianna nawet w znacznie korzystniejszych sytuacjach wykazuje słabą tolerancję na złe wiadomości, o czym zdążył się już kilkakrotnie przekonać na własnej skórze. Ostatnio musiał użyć całego swojego wdzięku - chociaż trzeba od razu wyjaśnić, że bez uciekania się do ostateczności! - by nie przeniosła swych kont do jakiegoś szepczącego jej czułe słówka młodzieńca w Goldman Sachs. Jest przecież jej syn, któremu grozi utrata całej fortuny. Marianna chwilami go ubóstwia, lecz - kolejny zwrot akcji - syn ów przebywa obecnie na odwyku w górach Taunus. Być może sprawę załatwiłby jeden dyskretny wyjazd do Frankfurtu...
Brue szybko pisze nową karteczkę do swej wiernej do grobowej deski Frau Ellenberger: "Proszę skontaktować się z kierownikiem ośrodka i ustalić, czy młody człowiek jest w stanie przyjąć gościa (mnie!)".
Pomruki centralki telefonicznej obok biurka rozproszyły jego uwagę, więc zerknął na jej mrugające diody. Jeżeli to gorąca linia z zastrzeżonym numerem, odbierze. Ale nie - więc zabrał się z kolei za wstępną wersję półrocznego sprawozdania firmy, które choć wyglądało nieźle, wymagało lekkiego podrasowania. Długo nad nim nie popracował, bo znowu przeszkodziła mu centralka.
Czy to nowa wiadomość czy też poprzednie pomruki wbiły mu się w pamięć? Kto może dzwonić w piątek o siódmej wieczór? I to otwartą linią? To musi być pomyłka. Ciekawość zwyciężyła - dotknął przycisku odtwarzania. Najpierw rozległ się elektroniczny pisk ucięty zaraz przez Frau Ellenberger, uprzejmie proszącą rozmówcę najpierw po niemiecku, potem po angielsku, by zostawił wiadomość lub zatelefonował jeszcze raz w godzinach pracy.
A potem kobiecy głos, młody, mówiący po niemiecku i niewinny jak głosik chłopca z kościelnego chóru.
Najważniejszą rzeczą w życiu każdego bankiera prywatnego - jak w miłym towarzystwie chętnie nauczał Brue po paru szkockich - nie są, jak logicznie można by przypuszczać, pieniądze. Ani bessy, hossy, fundusze hedgingowe czy derywaty. Dla każdego prywatnego bankiera najważniejszy jest chaos. Uporczywy, powiedziałby wręcz nieprzerwany łoskot, kiedy wszystko wokół wali się jak przysłowiowy domek z kart. Więc jeśli ktoś akurat nie przepada za życiem w ciągłym stanie oblężenia, to całkiem prawdopodobne, że bankowość prywatna nie jest dla tego kogoś wymarzonym zajęciem. Podobne rozumowanie zostało całkiem nieźle przyjęte w przemówieniu, które przygotował sobie w odpowiedzi na toast starego Westerheima.
A będąc zżytym z chaosem od lat, Brue wykształcił w sobie dwa różne sposoby reagowania w chwilach kryzysowych. Jeżeli kryzys pojawiał się na zebraniu rady nadzorczej, a więc w sytuacji, kiedy wzrok całego świata był skierowany właśnie na niego, wstawał, zatykał kciuki za pasek spodni i zaczynał wędrować po sali z kojącym spokojem na twarzy.
Kiedy nikt nie patrzył, chętniej wybierał drugą możliwość, czyli zamarcie w pozycji, w której zastała go zła wiadomość, i pstrykanie palcem w dolną wargę. Tak właśnie postąpił teraz, gdy po raz drugi i trzeci odsłuchiwał pozostawioną wiadomość od początku, od pierwszego pisku.
- Dobry wieczór. Nazywam się Annabel Richter, jestem prawniczką i chciałabym jak najszybciej porozmawiać osobiście z panem Tommym Brue w sprawie klienta, którego reprezentuję.
Którego reprezentuję, ale którego nazwiska nie wymienię - Brue metodycznie sporządził trzecią notatkę. Suchy, niemiecki, choć mówiący z południowym akcentem głos, wykształcony i poirytowany, że nie można mówić wprost.
- Mój klient poinstruował mnie, że mam pozdrowić od niego pana... - urywa, jakby sprawdzała przygotowany wcześniej scenariusz tej rozmowy - pana Lipizzanera. Powtarzam: nazwisko Lipizzaner. Tak jak ta rasa koni, prawda? Sławnych białych koni lipicańskich z Hiszpańskiej Szkoły Jazdy w Wiedniu, czyli w mieście, gdzie przedtem miał siedzibę pański bank? Mam wrażenie, że pański bank dobrze się zna na lipizzanerach.
Unosi głos. Beznamiętna wiadomość o białych koniach zamienia się w błaganie zrozpaczonego chórzysty.
- Proszę pana, mój klient ma do dyspozycji bardzo mało czasu. Oczywiście to nie jest rozmowa na telefon. Poza tym całkiem możliwe, że wie pan o jego sytuacji więcej niż ja, a to na pewno przyśpieszy sprawę. Dlatego byłabym wdzięczna, gdyby po otrzymaniu tej wiadomości oddzwonił pan do mnie na komórkę, żebyśmy mogli umówić się na spotkanie.
Mogłaby już tu zakończyć, ale nie kończy. W głosie chórzysty przebijają teraz ostrzejsze tony:
- Gdyby chciał się pan spotkać późnym wieczorem, z mojej strony nie ma przeszkód. Nawet bardzo późno. Przed chwilą mijałam pana bank i widziałam światło w pana gabinecie. Może osobiście już pana nie ma w pracy, ale ktoś na pewno jest. Jeżeli tak, to bardzo proszę tę osobę, by z łaski swojej niezwłocznie przekazała tę wiadomość panu Tommy'emu Brue, ponieważ tylko pan Tommy Brue jest władny zająć się tą sprawą. Bardzo dziękuję za poświęcony mi czas.
Ciąg dalszy w wersji pełnej